O naszych kompleksach pisze WALTER ALTERMANN: Obcych serdecznie zapraszamy

Młody muzyk, jeszcze uczeń szkoły średniej, opowiada w telewizji jaka była jego droga do muzyki. I w pewnej chwili mówi: „I właśnie w tym momencie zapasjonowałem”. Ciekawe urobienie czasownika od rzeczownika. Chłopak stworzył z dwóch słów jedno. Mamy zainteresowanie i pasję. Połączył i nawet logicznie mu wyszło. Tyle tylko, że zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego.

A może młody muzyk użył przedrostka – za, bo ma on w języku polskim siłę wzmacniającą przekaz i oznacza coś ostatecznego. Mówimy przecież zakończony, zastrzelony, zamulony, zapracowany. Kiedyś malował mi mieszkanie człowiek, który z westchnieniem zazdrości stwierdził: „A szwagier wrócił z Niemiec, bardzo mocno zarobiony”. Co miało znaczyć, że szwagier dużo zarobił.

Owszem mamy rzeczowniki odczasownikowe, jak np. dźwig od dźwigania; koparka od kopania, spychacz od spychania. Ale mamy też czasowniki odrzeczownikowe, czyli tzw. gerundia – od łac. gerundivum. Są one tworzone przez odcięcie od czasownika (wyrazu podstawowego) końcówki fleksyjnej i dołączenie do tematu formantu -anie, -enie lub-cie, np.: biegać – bieganie; odpoczywać – odpoczywanie; marzyć – marzenie; podzielić – podzielenie; wprowadzić – wprowadzenie, szyć – szycie, pić – picie. Ale nie mamy na szczęście – jeszcze – komputerowania, pralkowania, samochodowania.

Miejmy nadzieję, że „za-pasjonowanie” się nie przyjmie. Choć naród u nas twórczy lub po nowoczesnemu: „kreatywny”.

Transferobus

Pewien mój znajomy wybiera się właśnie, w dużej gorączce podróżnej – niem. Reisefieber – za granicę. Opowiadając mi o przygotowaniach, stwierdza, że jest dobrze, bo „z hotelu ma transfer busowy na lotnisko”. Tak miał napisane w ofercie biura podróży. Biuro być może pisze tak, żeby być zrozumiałym dla obcokrajowców. Ale znajomy jest Polakiem. Niestety „transfer” jest jednym z angielskich słów, które wypierają nasze, lub obce, ale przyswojone dawniej.

Według słownika PWN „transfer” oznacza dzisiaj: 1. transakcję gospodarczą polegającą na przekazaniu pieniędzy, usługi, technologii itp. przez jedną instytucję drugiej, bez ekwiwalentu; 2. wpływ, jaki wywiera wcześniej nabyta umiejętność na przyswojenie sobie innej umiejętności; 3. przejście zawodnika z jednego klubu do innego w zamian za wynegocjowaną kwotę. 4. przeniesienie lub przesłanie czegoś z miejsca na miejsce.

Z tego wynika, że mój znajomy jest tylko „czymś”, co można przesłać z miejsca na miejsce. Naprawdę przykre jest takie uprzedmiotowienie człowieka i Polaka.

 

Chodziło o to, że hotel zapewnia busy, którymi można na lotnisko dojechać. Ale tak jest więcej pisania i prestiż mniejszy dla hotelu. Inny problem, to zadomowienie się słowa „bus”. Owszem dawniej były znane autokary, autobusy – słowa też pochodzące z angielskiego. Teraz mówimy „bus” na mały autobus. Całkiem to logiczne, bo autobus był duży, a bus jest mniejszy. Ja bym pisał i mówił „mały autobus”. Ale tu chodzi o pośpiech w transferowaniu na lotnisko, więc krótszy dojedzie szybciej.

Agenda

Mówi w telewizji pewien urzędnik: „Nie mieliśmy tego tematu w dzisiejszej agendzie”. Zastanawiam się, dlaczego nie powiedział, że: „W planie narady, spotkania…”; albo „Dzisiaj nie planowaliśmy zajmować się tym tematem”? Bo „agenda” brzmi poważniej – zdaniem urzędnika. A plan… może być nawet lekcyjny.

Strasznie nam się srożą i poważnieją urzędnicze słowa, że bez kija nie podchodź. Trwa urzędnicza walka o powagę ich urzędów. Przypomina mi to zjawisko jedynie carską Rosję, w której urzędnik był figurą, niezależnie od rangi. Choćby jak ten gogolowski ostrzyciel ołówków, to jednak urzędnik! Niby w demokracji urząd jest dla człowieka, jak głoszą demokraci, ale mnie się coś zdaje, że ludźmi – dla których naprawdę istnieją urzędy – to sami urzędnicy.

Dla wyjaśnienia, w dzisiejszym języku polski „agenda” ma kilka znaczeń: 1. fila urzędu lub instytucji; 2. terminarz; 3. ustalony plan jakiegoś spotkania; 4. chrześcijańska księga liturgiczna.

Zalecałbym, apeluję – choć wiem, że adresaci nie odbiorą mego apelu serio – żeby zejść z koturnów i zacząć mówić językiem zrozumiałym dla prostych ludzi. Skoro mamy już oswojony, też obcojęzyczny „plan”, to zostawmy w spokoju tę cholerną „agendę”.

Przestrzeń czasu, mentalna i artystyczna

Przestrzeń to jakiś obszar ziemi, nieba, miast, ulic. Mamy tez przestrzeń w budynkach. Tak było do tej pory. Ale myśmy to zmienili.

Zupełnie tak samo, jak molierowski Sqanarel, który będąc „Lekarzem mimo woli” opowiada Gerontowi, że serce mieści się po prawej stronie. Na to Geront, grzecznie zauważa, że chyba po lewej… Owszem, tak było – odparowuje Sqanarel – ale myśmy to zmienili, i nie musi pan dorównywać nam w postępie wiedzy….

Przestrzeń była niedawno jeszcze normalnym polem lub obszarem. Ale w tej sprawie zmieniło się i to wiele. Słyszałem już o przestrzeni mentalnej, politycznej, o przestrzeni porozumienia, konfliktu, zgody, negocjacji.

Pewien artysta twierdził nawet, że przestrzeń motywuje go do kreacji, rzecz w tym, że musi uprzednio odczuć, zrozumieć i oswoić tę przestrzeń. Mówił o normalnej, pustej wtedy, teatralnej scenie, ale „scena” brzmiałaby nienowocześnie, a przestrzeń kreacji jest nowoczesna. Poza tym – puste sceny i inne przestrzenie niezwykle podniecają wszystkich plastyków. Ale po podnieceniu, najczęściej – gdzieś tak w 75 procentach – widz otrzymuje marne dekoracje lub przeciętne obrazy, bo podniecenie, odczuwanie przestrzeni, nie wystarczają do stworzenia czegokolwiek.

Kiedyś w tym znaczeniu, co teraz „przestrzeń”, używano słowa „sfera” i wystarczało w zupełności. Ale idą zmiany, zmiany, zmiany… Podejrzewam, że w gruncie rzeczy chodzi o bardzo sprytny zabieg psychologiczny. Chodzi o to, żeby odbiorcę zaskoczyć, mówiąc coś tak irracjonalnego, nad czym odbiorca naszego komunikatu będzie się musiał zastanowić. Choćby przez ułamek sekundy. Wtedy myśl mu ucieka i nie ma już siły skupić się nad tym o co „nowoczesnemu Polakowi” chodzi.

Jest to metoda rozpraszania uwagi. Zupełnie jak z psem, prowadzonym przez nas na smyczy, który zaczyna się interesować innym psem, bo chce mu skoczyć do gardła. Ale lekko trącony kolanem, nasz pies – będąc zdziwionym – traci skupienie na tym innym psie. I tak nas bez przerwy trącają kolanem – właściwie nowojęzykiem – politycy, artyści, dziennikarze i urzędnicy. I dajemy im spokój, bo jesteśmy zmęczeni, i nie jesteśmy w stanie rozgryźć o co im chodzi.

Myślę, że Polacy są pełni kompleksów wobec Zachodu. Co prawda wszyscy deklarujemy, że jesteśmy dumnym narodem, ale tak w głębi ducha mamy potworne kompleks „gorszości”. I dlatego tak wchłaniamy obce pojęcia i słowa, żeby jak najbardziej do tego Zachodu się zbliżyć.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Czy Skra coś roznieci?

Dostrzeżono zrujnowane, chyba najwspanialsze miejsce w Warszawie na sportowy stadion, który zresztą już tu był i został zmarnowany. Zmarnowały to władze, bo zajmowały się łupieniem miasta i przejmowaniem kamienic wyrzucając ludzi na bruk.

Teraz „odkryto” wreszcie „Skrę”. O marnotrawstwie krzyczano głośno zbiorowo i indywidualnie – np. nasza miotaczka młotem, wielka mistrzyni, która nawet opuściła załamana Warszawę. Ględzenie o „Skrze” trwało lata i nic się nie działo. Urzędnicy wszelkiego szczebla łączą się osmotycznie lepiej nawet niż „proletariusze wszystkich krajów…”.

Pasożyty mnożą się przez pączkowanie. Zgodnie z prawem Parkinsona, czym jest ich więcej tym szybciej przybywa roboty. Informatyzacja, komputery miały zmniejszyć tłumy darmozjadów. A stało się wręcz przeciwnie. Doszli reperatorzy tychże komputerów, szkoleniowcy. Tak czy siak w praktyce, bo takie są ponoć wymogi formalne, to, co komputerowo musi być również na papierze. Wprawdzie lasów mamy dużo, drzewa jednak płaczą, ludzie sobaczą, a stosy papierzysk piętrzą się jak piramidy w Egipcie.

W pandemii wymyślono pracę zdalną. Matki zostały w domach, co poprawiło los dzieci. Teraz jednak wróciły do szklanych biur.

Gdy do wymordowanej stolicy napłynęła wiejska społeczność nie troszczono się o drzewa i wszędzie, gdzie tylko można było rozpoczęło się wylewanie betonu. Woda deszczowa spływała z trudem, ale tępiciele zieleni cieszyli się. Było miejsko. Potem jeszcze – ostatnio – prywatni producenci dość lipnej kostki brukowej załatwili kostkowanie chodników. Aktor Łukaszewicz w desperackim geście przywiązał się do zabytkowego drzewa, ale i tak je wycięto. Urząd ma zawsze rację. Siła i bezrozumność często wygrywają.

Obecnie prezydent Warszawy chce wykorzystać liberalny tron. I stąd zapewne odkrycie zniszczonej „Skry”. Oczywiście my wszyscy na czele z Panią Anitą Włodarczyk ucieszymy się, choć boję się, że mistrzyni będzie już sędziwą babcią, kiedy obiecanki zostaną zrealizowane. Ci co dożyją – zobaczą. Osobiście przysposabiam się już do przejścia na drugą stronę w czym wydatnie pomagają mi „przyjaciele”.

A niech tam! Jest jak jest. Mędrcy mówią, że w życiu jest zawsze gorzej i gorzej. Kolorowo to już było i od tego są wspomnienia.

Człowiek jest coraz słabszy, ale dzięki doświadczeniu widzi lepiej. Parady kłamców są podobne. Co kilka lat odradzają się rzesze obiecywaczy, a lud po prostu zawsze ma nadzieję.

W tradycji ludów wschodu szanuje się przynajmniej mądrych starców. U nas biedny lud wykorzystuje się np. w telewizyjnych sondach ulicznych. Reporter z sitkiem nagabuje ludzi na spacerze. Wypowiedzi tych, którzy narzekają wyrzuca się do kosza. Sprytniejsi więc chwalą bezkrytycznie i wtedy na moment pojawiają się w „Wiadomościach”.

A może lepiej, aby w TVP w końcu pojawił się film dokumentalny o Annie Walentynowicz. Jerzy Zalewski przygotowywał go przez 10 lat. Dobrze, że Tomasz Sakiewicz emitował film w „Republice”. Źle, że nie zrobił tego Jacek Kurski dla milionowej widowni Telewizji Polskiej.

Przez 57 lat robiłem co mogłem, biegałem, podróżowałem, jeździłem, latałem, pisałem i robiłem filmy dokumentalne. Nawet podwodne i jako korespondent wojenny. Było ciekawie. Ale teraz sobie myślę, a nawet żałuję, że nie zostałem marynarzem. Mógłbym przepłynąć na statkach handlowych przewożąc pożyteczne miliony ton towarów na pięknych polskich statkach, których już nie ma, bo w ostatnim ćwierćwieczu zniszczono handlową flotę. Do tego szkolnictwo morskie to teraz wprawdzie „akademie”, ale z klasami turystycznymi i krawieckimi.

Czy to się jeszcze da odbudować? Może przynajmniej „Skrę”. Może! „Morze nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Daj Boże, że ze Szwecją i Finlandią. Oczywiście jeżeli turecki jaśnie Pan się zgodzi.

Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda. Choćby w rękawiczkach.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Rozum przed sercem

Wspieram Ukrainę. Wspieram sercem. Jako kraj, który został brutalnie zaatakowany przez prymitywną i krwiożerczą dzicz. Jako kraj krzywdzonych dzieci i krzywdzonych matek. Ale wspieram również rozumem, jako obywatel kraju żyjącego od wieków w złowrogim cieniu Moskwy, świadom tego, że jakby to dramatycznie nie brzmiało, im bardziej Ukraina wykrwawi Rosję, tym więcej będziemy mieli jako Polacy czasu, by przygotować się na to, że możemy być następni.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ta wojna na światowej układance zmieni wiele, a na europejskiej jeszcze więcej.

Putin już przegrał

Przegrał ruski mir, który z użyciem grubego szmalcu ze sprzedaży surowców udało mu się zbudować, „wspólną przestrzeń od Władywostoku po Lizbonę”, którą już prawie zbudował wraz z Niemcami z błogosławieństwem Joe Bidena. Wystarczyło poczekać na odpalenie Nord Stream II. Nie poczekał. Przegrał mechanizm „energetycznego imperium”, przegrał wizerunek Rosji jako „niezwyciężonej”, przyszył Rosjanom gęby podobne nazistowskim Niemcom, pociągnął w dół swoich otwartych i cichych sojuszników, a zmobilizował i wzmocnił wrogów. Więc tak, nawet jeśli będzie mógł ogłosić na Ukrainie jakiś ograniczony sukces – przegrał.

A inni zyskali

Paradoksalnie zyskała Ukraina, przed chwilą jeszcze skazywana na zagładę. Zyskała poparcie społeczne na całym, no powiedzmy w sporej części świata. Zyskała poczucie narodowej wspólnoty zintegrowanej rosyjskim zbydlęceniem. Zyskała urealnienie sojuszy. Zyskała nową broń. Tak, oczywiście, wiele, zbyt wiele również straciła.

Zyskało NATO, które nabrało wigoru po tym jak rzeczywistość postawiła przed nim nowe cele. Zyskały Stany Zjednoczone, które zostały wyszarpnięte ze snu idioty, no niezupełnie wprawdzie i nie wiadomo na jak długo, ale warto odnotować. Zyskała Europa środkowo-wschodnia, która nagle stała się centrum świata. Ba, pewną szansę na przebudzenie się ze swojego snu idioty, zyskała nawet Europa zachodnia, tu jednak nie byłbym przesadnym optymistą.

I zyskała Polska, która nagle stała się środkiem ciężkości wielu kluczowych wydarzeń. Katastrofa opartych na współpracy z Rosją planów geopolitycznych Niemiec i Francji i nowa moralna siła jaką promienieje dziś Polska (nie, to nie jest bez znaczenia, to jest narzędzie prowadzenia polityki międzynarodowej) już powoduje stres dotychczasowych hegemonów. To stąd bierze się zaostrzenie i tak już wściekłych ataków. Polska ma być „zagłodzona” zanim zdąży wykorzystać chwilę ich słabości na przykład z wykorzystaniem dźwigni współpracy z Ukrainą, która na dotychczasowych „strategicznych partnerach”, co akurat nas Polaków nie dziwi, srodze się zawiodła.

Zagrożenia

Trzeba jednak pamiętać również o tym, że przed Polską oprócz niewątpliwych potencjałów, stoi dziś tyle samo zagrożeń. Naprawdę poważnych. Pisałem lata temu, że Rosja może się rozpaść i choć ten fakt sam w sobie byłby dla nas korzystny, to okres, w którym znajdzie się w głębokim kryzysie, będzie dla nas bardzo niebezpieczny. Czy się rozpada nie wiem, ale z pewnością wchodzi w okres wielkiego stresu na różnych płaszczyznach. I ten stres, jako że zawsze byliśmy i jesteśmy na linii strzału, jest i będzie również naszym udziałem. Nawet Rosja wykrwawiona nadal będzie dysponowała bronią atomową, którą my nie dysponujemy. Tak, wiem, NATO. I to oczywiście ważne i potrzebne, ale jak szybko potrafią się anulować sojusze, przekonali się niedawno i Kurdowie i proamerykańscy Afgańczycy. Po prostu warto o tym pamiętać.

Na początku felietonu napisałem, że wspieram Ukrainę sercem i rozumem. Ja jestem prywatnym człowiekiem, mnie wolno. Państwo takiego przywileju mieć nie może i powinno się kierować kolejnością zupełnie odwrotną. Najpierw rozumem, potem na wszelki wypadek jeszcze rozumem, a potem ewentualnie sercem (bo wbrew „pragmatykom” tzw. czynnik ludzki ma znaczenie i w polityce). W tym świetle niepokojącym wydaje się uleganie przez polityków społecznemu bezmyślnemu czasem „sercu”, które każe zmieniać język polski, tak jakby Ukraińcom było to do czegoś potrzebne, czy „rozgrzeszać” symbolikę, która ma prawo kojarzyć się Polakom z mordami na Wołyniu. To czasem bezmyślna droga, którą można wybaczyć porwanym emocjami obywatelom, ale w żadnym razie nie można dopuścić, by kierowało się nią państwo (dość wspomnieć niefortunne słowa rzecznika MSZ Łukasza Jasiny o „sługach”).

„Wspólne państwo”

W ostatnich czasach w przestrzeni publicystycznej pojawia się koncepcja „wspólnego państwa” Polski i Ukrainy. Uważam, że absolutnie przedwczesna. A przynajmniej z polskiego punktu widzenia, bo to naturalne, że Ukraińcy szukają wyjścia z trudnej sytuacji, sięgając również po rozwiązania daleko idące. My jednak, stawiając rozum przez sercem i obrazami „odrodzenia I Rzeczpospolitej”, powinniśmy sobie odpowiedzieć nie na pytanie „jak zrealizować nasze marzenia”, ale na pytanie „jak najlepiej zrealizować interes Polaków takim jakim jest dzisiaj”. A dzisiaj przede wszystkim trzeba wybierać ścieżkę, która zapewni Polakom największe bezpieczeństwo, co wcale nie oznacza, że „nasza chata z kraja”. Chciałoby się, ale Polska nie jest Szwajcarią gdzieś za górami, tylko na przecięciu wielu szlaków i jaka większa wojna gdziekolwiek by nie szła, to niestety zwykle przez Polskę. Wystarczy znać historię. Musimy więc być aktywni, musimy budować struktury sojusznicze daleko poza Polską, historia najwyraźniej wkłada nam w ręce okazję do zbudowania takiej struktury wraz z Ukrainą, czy Wielką Brytanią, która szuka swojego miejsca na mapie, ale naszym absolutnym priorytetem musi być interes Polski i Polaków, a nie mniej czy bardziej abstrakcyjne wizje.

Te oczywiście warto mieć, dyskutować o nich, dzięki czemu w przyszłości wobec kolejnych wyzwań nie stajemy nadzy i bezbronni. Wydaje mi się, że na dziś w naszym zasięgu jest budowa alternatywy dla, padającej na kolana pod ciężarem własnej głupoty i egoizmu Niemców, Unii Europejskiej. Przy czym nie musi i chyba nie powinna to być alternatywa wroga i wykluczająca, po prostu mamy obowiązek zagospodarować nadarzające się potencjały choćby dla dobra naszych dzieci. I taki środkowoeuropejski sojusz być może z Wielką Brytanią i „błogosławieństwem” USA, jest już ogromnym wyzwaniem, któremu sprostać będzie bardzo trudno. Tego zadania nie ułatwiają wezwania do budowy „wspólnego państwa”, które mogą zrażać ludzi niepotrzebnym radykalizmem.

A co, kiedy już tę nową sojuszniczą strukturę zbudujemy? A co Bóg da, byle spokojnie i w rytmie refleksji na temat polskiego interesu.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Szablista wszech czasów Jerzy Pawłowski podwójnym agentem

W 1976 r. został skazany na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz USA – 10 lat spędził w więzieniu. Mało kto wie, że wcześniej był tajnym współpracownikiem UB i SB, czemu do końca życia zaprzeczał. Odkrywamy nieznaną historię szablisty wszech czasów – Jerzego Pawłowskiego.

Wielokrotny olimpijczyk (1952 – 1972), złoty, trzykrotnie srebrny i brązowy medalista olimpijski, 18-krotny medalista MŚ, 14-krotny indywidualny mistrz Polski we florecie i szabli. W sumie zdobył 21 medali. Najlepszy sportowiec XXV i XXX-lecia PRL (wyprzedził nawet Irenę Szewińską; na którą – jak się potem okazało – donosił bezpiece), laureat plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski (1957 i 1968).

Jerzy Pawłowski lubił podkreślać, że jego rodzina była nękana przez komunę, co przekładało się też na jego postawę: „Miałem antyubecką świadomość. Ubek to było pojęcie ponadnarodowe, to była władza pozbawiająca człowieka osobowości. Przeraźliwie wszechmocna”. O swoich związkach z ubecją milczał.

Przygodę ze sportem zaczął w 1949 r. w klubie „Grochów”, skąd trafił do milicyjnej „Gwardii”. Po trzech latach, kiedy powołano go do LWP, przeniósł się do „Legii”. Wojskowemu klubowi pozostał wierny do końca sportowej kariery, armii do końca życia – był zawodowym wojskowym. Szybko trafił pod skrzydła słynnego węgierskiego trenera, majora Janosa Keveya. Pierwszy tytuł – mistrza Polski we florecie – zdobył już w 1952 r. Największym sukcesem, w wieku 36 lat, było pierwsze miejsce na igrzyskach olimpijskich w 1968 r. w Meksyku.

Pawłowski był u szczytu sportowej kariery. W 1973 r., w uznaniu zasług, wybrano go prezesem Polskiego Związku Szermierczego, którym był przez dwa lata. W międzyczasie ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Rozpoczął pracę jako adiunkt w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie.

Sielanka skończyła się w kwietniu 1975 r., kiedy został aresztowany przez kontrwywiad wojskowy (operacja jego rozpracowania nosiła kryptonim „Gracz”). Miał wpaść w restauracji Baszta w Pyrach. Inna wersja głosiła, że Pawłowski nie żyje, że zabito go na Okęciu, kiedy próbował uciec z Polski. Plotka była o tyle uzasadniona, że człowiek, który przez lata był na pierwszych stronach gazet, nagle zniknął. Cenzura zakazała wymieniać jego nazwiska nawet w kontekście wcześniej odniesionych sukcesów. Rzecz jasna złoty medalista nie mógł też znaleźć się w kadrze na zbliżające się szermiercze MŚ. Milczenie o Pawłowskim trwało 10 lat i 44 dni, czyli dokładnie tyle, ile przesiedział w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie i w Barczewie.

Z ujawnionych dokumentów śledztwa i procesu wynika, że Pawłowski do szpiegostwa przyznał się bardzo szybko – podczas trzech dwugodzinnych przesłuchań. Potwierdził, że CIA zwerbowało go wiosną 1964 r. podczas jego pobytu w USA i nadało pseudonim „Paweł”. Na polecenie Amerykanów miał wstąpić do PZPR.

Dla Amerykanów był cenny nie tylko dlatego, że był światowej sławy szermierzem, ale to, że był majorem LWP, a przede wszystkim współpracował z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Te ostatnie zwerbowały go w 1950 r. i nadały pseudonim „Szczery”. Tu o współpracy miał zadecydować szantaż.

Już w wolnej Polsce (kiedy został zdemaskowany jako agent bezpieki), wyznał: „Podpisałem zobowiązanie, ponieważ nie chciałem, żeby dobrali się do mojego ojca, żołnierza AK”. Historia z ojcem w AK to bajka. Tej samej bezpiece Pawłowski po aresztowaniu opowiedział o szczegółach pracy dla Amerykanów. Donosił również na kolegów-sportowców. W jego aktach są m.in. informacje, że podczas meksykańskiej olimpiady Szewińska i Komar zajmowali się handlem.

Po roku od aresztowania – 8 kwietnia 1976 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego skazał go na 25 lat więzienia, utratę praw publicznych na 10 lat i zdegradował do stopnia szeregowca.

„Zdrada Ojczyzny, zbrodnia szpiegostwa – działania przeciw podstawowym interesom obrony kraju – musi wywoływać tym surowsze potępienie, gdy czynu tego dopuszcza się człowiek, któremu Polska Ludowa umożliwiła wykształcenie, rozwijanie zamiłowań i wykorzystanie talentu sportowego, awans społeczny i dostatni byt, sukcesy i sławę w ulubionej dyscyplinie sportu. Nie może nie wywoływać odrazy fakt, że Jerzy Pawłowski reprezentując nasze barwy narodowe na wielu imprezach sportowych, jednocześnie zdradzał Polskę, sprzedając za nędzne, judaszowskie srebrniki [o pieniądzach od CIA niżej – TP], jej tajemnice. Pawłowski prowadził podwójne życie. Był człowiekiem o dwóch obliczach – istniał inny Pawłowski – karierowicz, bezkrytyczny wielbiciel Zachodu, samolub, dorobkiewicz – Pawłowski, dla którego dobrem najwyższym są pieniądze” – pisał organ Ministerstwa Obrony Narodowej – „Żołnierz Wolności”. Zdrada Ojczyzny nie musiała być jednak tak wielka, skoro Pawłowski dostał „jedynie” 25 lat. Za szpiegostwo groziła bowiem kara śmierci.

W celi w Barczewie przebywał z kryminalistami, którzy – jak mówił – mieli go zniszczyć, ale nie dał się, a kilku nawet przyłożył. Za cenę wcześniejszego wyjścia z więzienia, w okresie stanu wojennego, władze zaproponowały Pawłowskiemu napisanie książki i nagranie filmu, w których potępi imperializm i pochwali socjalizm, i PRL, czyli pośrednio Jaruzelskiego i Kiszczaka. Więzień zgodził się. W pełni poparł też decyzję WRON. Wkrótce przyszła nagroda. W 1984 r. na specjalnym posiedzeniu Rada Państwa PRL udzieliła mu łaski. Postanowiono wymienić Pawłowskiego i czterech innych agentów amerykańskich osadzonych w polskich więzieniach na skazanego w USA superszpiega PRL-u Mariana Zacharskiego. Słynna wymiana nastąpiła w 1985 r. na moście w Berlinie.

Pawłowski postanowił jednak zostać w Polsce. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówił: „Zaprosił mnie konsul generalny USA i zapytał, czy chcę wyjechać do jego kraju, odpowiedziałem, że zostaję. I jeszcze mu powiedziałem, że zostaję dlatego, że to jest mój kraj i że to komuniści powinni wyjechać do Rosji, jeśli im pobyt w Polsce nie odpowiada. Ja mam pewne zasady”. Pawłowski zawsze mówił obrazowo, górnolotnie. Pierwszy raz propozycję pozostania w Stanach miał dostać w 1958 r. na szermierczych mistrzostwach świata. Ma się rozumieć – odmówił.

Można przypuszczać, że w 1985 r. Pawłowski został w Polsce, bo nic już mu nie groziło. Karę – i to w skróconym czasie – odsiedział i na tym represje się skończyły. Odzyskał wolność i znów, mimo 53 lat, zaczął trenować, ale tylko amatorsko, gdyż na reprezentowanie Polski już mu nie pozwolono.

Dlaczego szpiegował? Dla pieniędzy – to klasyczna definicja szpiegostwa. Pod koniec lat 60. Pawłowski jeździł ekskluzywnym mercedesem 300, takim jak ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkał w centrum stolicy w domu wypełnionym antycznymi meblami i kolekcją cennych obrazów. Po wyroku skonfiskowano mu majątek (w ramach dodatkowej kary), ale potem musiano mu go zwrócić – na filmie Jerzego Zalewskiego „Szpiedzy” widać Pawłowskiego w pięknym salonie na tle zabytkowych sprzętów. Sam tłumaczył to szczęściem w pokerze, w którego namiętnie i z powodzeniem grał.

Pawłowski utrzymywał: „Nigdy nie brałem pieniędzy od CIA. To kłamstwo komunistycznej propagandy i dziennikarzy powiązanych z SB. Kiedy mnie skazywali, za wszelką cenę chcieli mi udowodnić pobieranie ogromnych pieniędzy za szpiegostwo, takich, jakie KGB, GRU oraz polskie SB i MSW płaciły swym agentom na Zachodzie, np. Zacharskiemu. (…) Tworzona przez SB, WSW i generała Kiszczaka teoria mojej rzekomej pazerności na pieniądze [Kiszczak pisze o tym w swoich wspomnieniach, przy okazji pracy Pawłowskiego dla służb specjalnych PRL – TP], musiała uzasadniać skandaliczny kapturowy proces i wyrok, jaki otrzymałem. Była to zemsta generała Kiszczaka, mieściła się w ogólnej polityce okłamywania społeczeństwa, a w moim przypadku było to szkalowanie świadome» zdrajcy komuny «, jakim niewątpliwie byłem”.
Innym razem (kiedy okazało się, że jednak pieniądze brał) mówił: „Otrzymałem tylko raz zwrot kosztów podróży i utrzymania przez 12 dni we Francji. To wszystko!”.

Zwrot kosztów nie mógł jednak wystarczyć na mercedesa i antyki. Można spytać – skoro wcześniej pobierał wynagrodzenie od UB, dlaczego później miał nie skorzystać z pieniędzy CIA? Do wygodnego życia wystarczała pensja majora WP i apanaże wybitnego szablisty – pupilka władz. On jednak chciał więcej.

Wielkim patriotą Pawłowski został po 1989 r. Wtedy właśnie zaczął opowiadać, jak to z narażeniem życia walczył z komuną. Tylko jeśli ideowo pracował dla CIA, to jak nazwać jego wcześniejszą pracę dla UB?

Pawłowski nie wstydził się określenia – Wallenrod. Żalił się, że wolna Polska rehabilituje innych patriotów, a jego nie. Tylko czy były podstawy do rehabilitacji?

 

 

WALTER ALTERMANN: Niebezpieczna otchłań kultury, czyli seriale telewizyjne

Niedawno odbyła się Gala Telekamer 2022. Od 25 lat organizuje ją magazyn „Tele Tydzień” i tak było również w tym roku. Nagrody przyznano w wielu kategoriach – i o dziwo – w każdej z nich pojawiały się znany tytuły i nazwiska. Czy wybór tych, a nie innych programów, filmów i dziennikarzy zawsze był trafny? Jestem jedynie zwykłym widzem – choć mocno uzależnionym od oglądania telewizji – i nie mnie oceniać.

Mnie zaskoczyła jedna kategoria – seriale. Nagrodzono bowiem serial świetny pod każdym względem. A okazało się nim „Ranczo”. Skąd moje zaskoczenie? Bo przerażająca większość polskich seriali jest okropna. Zanim jednak pozwolę sobie na drastyczną krytykę całości, pozwolę sobie powiedzieć kilka miłych słów na temat dwóch świetnych produkcji. Pierwszą jest „Ranczo”, a drugą „Ucho Prezesa”.

Ranczo

„Ranczo” okazało się wielkim sukcesem. I nie dlatego, że ogromna większość naszych seriali jest przykra w oglądaniu. Ten serial po prostu zrobili fachowcy.

Najpierw zwróćmy uwagę na autora scenariusza, a jest nim Andrzej Grembowicz, który używał niekiedy pseudonimu – Robert Brutter. Pisarz zmarł, niestety, w listopadzie 2018 roku. Był onegdaj pracownikiem Sejmu i redaktorem naczelnym „Kroniki Sejmowej”. Był laureatem nagrody Hartley-Merill, za scenariusz filmu „Tam, gdzie żyją Eskimosi.

Wiem, że zaczynając od scenarzysty jestem wyjątkiem. W Polsce od kilkudziesięciu lat nazwiska scenarzystów filmowych są pomijane. Producenci promują swe osiągnięcia nazwiskami reżyserów i aktorów, uważając że taka taktyka przyciesie im większe zyski. I to dlatego mamy w telewizjach kablowych informacje: „Ziemia obiecana – film Andrzeja Wajdy”. Oczywiście film stworzył wielki reżyser Wajda, ale o nobliście Reymoncie już się nie wspomina.

A to właśnie scenarzyści są ojcami klęski lub sukcesu, szczególnie w przypadku seriali. Oni dają myśl i styl. Oni budują to co najważniejsze w filmie – konflikty między postaciami, i podpowiadają gdzie i kiedy, w jakich przestrzeniach rozgrywają się sprawy. Oni wreszcie budują piórem – lub klawiszami komputera – psychikę bohaterów, ich zachowania i odruchy. I dopiero potem wkracza reżyser.

W przypadku „Rancza” reżyser jest bardzo dobry. Wojciech Adamczyk jest absolwentem PWST w Warszawie. Najpierw skończył wydział aktorski tej uczelni. Czyli – jako aktor rozumie aktorów, umie po aktorsku myśleć. A potem wydział reżyserii, i jako reżyser potrafi własne doświadczenia aktorskie wykorzystać na planie filmowym. Poza tym – Adamczyk jest mądrym reżyserem, ani w teatrze, ani w filmie nigdy nie jest banalny.

I tych dwu ludzi było podstawą sukcesu „Rancza”. Świetnie również serial obsadzono. A każdemu z obsady dano szansę na „zagranie” roli. Sytuacje były kreślone wyraźnie, ale subtelnie. A to jest już dla aktora szczęście. Wszyscy aktorzy w „Ranczu” dostali szansę na zbudowanie roli „pełnych ludzi” i wykorzystali ją. A to jest bardzo rzadko spotykane w naszych serialach.

Najczęściej bowiem oczekuje się od aktora zagrania „typa”, postaci płaskiej i ograniczonej do jednej dyrektywy, jednego znaku rozpoznawczego. I w konsekwencji widz otrzymuje postacie komiksowe, bez życia wewnętrznego, obdarte z cech ludzkich.

Ucho prezesa

Drugim serialem, który w ostatnich latach mnie zachwycił jest „Ucho Prezesa”. Ta produkcja zaistniała najpierw w Internecie, a dopiero po kilku latach znalazła się w programach telewizyjnych, ale  kablowych i niszowych.

Ten serial był bowiem obłożony „klątwą” dzieła antypisowskiego. Obozowi władzy nie bardzo się to mogło spodobać. Opozycji natomiast – i owszem. Jednak – jak się okazało – twórcy byli zbyt mądrzy, by ograniczyć się do politycznej agitki. Stworzyli serial o władzy, owszem. Na przykładzie ostrej karykatury rządu, też prawda. Ale przecież nie tylko do tego się ograniczyli. Serial prezentuje także wielką rzeszę postaci polityków również z opozycji. I w sumie otrzymaliśmy dzieło o polskiej polityce naszych czasów, o ludziach robiących politykę.

Oglądając „Ucho Prezesa” uwierzyłem też w polskich aktorów. Żadnej rodzajowości, żadnego udawania jakichś nieludzkich stworów. Każdy z aktorów – a było ich w serialu bardzo wielu – stworzył istną perełkę, niesamowity filigran. Precyzyjnie, choć odważnie – jak na komedię przystało.

I to wszystko jest, przede wszystkim, zasługą Roberta Górskiego, który napisał scenariusz i zagrał tytułową rolę Prezesa. Górski od lat w swoim kabarecie uczy i rozśmiesza, i nigdy nie idzie po linii najmniejszego oporu. Nie idzie na łatwiznę. Aktorzy jego kabaretu, jak i on sam, są bardzo wymagający od siebie. Naprawdę tworzą sztukę.

Inne seriale

W obu powyższych serialach aktorzy nie grają „żyćka” – jak mawiał o klasyce teatralnej swoich czasów Witkacy. Zarówno w „Ranczu”, jak i w „Uchu Prezesa”  nikt nie pokazuje jak się nalewa wodę do szklanki, jak się otwiera drzwi i jak się podlewa kwiaty doniczkowe. W tych dobrych serialach sytuacja goni sytuację, każda najmniejsza scena ma swoją zaskakująca puentę. A najważniejsze, że sytuacje służą dialogom, treści i sensom.

Najczęściej seriale kręcą młodzi reżyserzy filmowi lub ambitni operatorzy. I ani jedni, ani drudzy na mają żadnego doświadczenia z warsztatem aktora, a nawet z pracą z aktorem. Teoretycznie uczą tego szkoły filmowe, ale w bardzo minimalnym zakresie. Więcej czasu w programie reżyserów filmowych zajmuje technika. A w przypadku operatorów technika filmowa jest jedyną sprawą, której uczą szkoły.

Dlaczego producenci powierzają zatem reżyserię ludziom słabo przygotowanym do tak trudnych zadań? Bo młodzi adepci reżyserii czy operatorzy gwarantują producentom, że jakoś to będzie, jakoś się wszystko zmontuje. No i są o wiele tańsi, nie stawiają wygórowanych oczekiwań co do obsady. Nie wzdrygną się też przed firmowaniem scenariuszowej tandety. Młodym zależy na zaistnieniu. A że jest to najczęściej zaistnienie traumatyczne, jak upadek z drugiego piętra na krzaki róż…? Po latach ludzie zapomną, a jednak jakiś dorobek do CV się wpisze.

W słabych serialach młodzi aktorzy, którzy już po piątym odcinku okrzyknięci są gwiazdami, nie grają. Nie grają, bo jeszcze nie potrafią. Owszem, coś mówią, przemierzają kilkanaście kroków na planie, wykonują różne gesty, czasem śmieją się lub płaczą. Ale to nie jest gra. Oni są zaledwie pokazywani. I żaden z reżyserów seriali niczego ich nie nauczy. Bo aktor zawsze uczył się w teatrze. Tam budował role, podpatrywał starszych, oglądał mistrzów zawodu.

Seriale policyjne

Osobnym podgatunkiem serialowym są polskie seriale policyjne. Nieodmiennie aktorzy grający w takich serialach zachowują się jak komandosi z Navy Seals, czyli sprawnie biegają z bronią długą, gotową do strzału, biegają też jedynie z pistoletami i zawsze strzelają bez opamiętania. Nawet w komisariatach nie chodzą normalnie – zawsze są w biegu. Jakby przed chwilą dowiedzieli się, że za kilka minut komisariat wyleci w powietrze.

Podejrzewam, że żaden z twórców tych seriali nigdy nie był na komisariacie policji, choćby w roli podejrzanego o zastawienie swoim samochodem wjazdy do bramy. Zobaczyłby zmęczonych urzędników, w nieświeżych mundurach, w zmęczonych wnętrzach. Poczułby atmosferę komisariatu, w którym trzeba się zmierzyć z zapisywaniem ton papieru. I nie starcza już zdrowia za uganianiem się za przestępcami.

Ale w serialach… gdy dziarskim policjantom zdarzają się momenty, w których należy coś przemyśleć – widzimy na ich twarzach potworne cierpienie. Bo zdaniem scenarzystów człowiek – nawet policjant – żeby coś przemyśleć musi usiąść, zasępić się przez dłuższą chwilę i robić przy tym cierpiące miny… A może wszyscy ci scenarzyści i reżyserzy od policyjnych seriali sami cierpią pisząc scenariusze, reżyserując? Chyba jednak po prostu pomyliło się im skupienie nad sprawą z ogólnoludzko-zwierzęcym cierpieniem.

A może to tylko ja oczekuję od seriali za dużo? Może powinienem zaakceptować dziką komercję i jej tragikomiczne skutki?

 

Czującym się kiepsko dobrze życzy WALTER ALTERMANN: Zdrówka, czyli w szponach mafii

Są mocne dowody, że zdrowie jest poważnym problemem – tak indywidualnym, jak społecznym. Skoro już ojciec naszej literatury, Jan Kochanowski, pisał z troską o zdrowiu:

           

                        Ślachetne zdrowie,

                        Nikt się nie dowie,

                        Jako smakujesz,

                        Aż się zepsujesz.

 

Problem jest odwieczny. A w miarę postępu cywilizacji stał się również społecznym.

 

Od kiedy sięgam pamięcią, Polacy zawsze narzekali na społeczna służbę zdrowia. Po roku 1990 kolejne rządy zapowiadały gruntowne reformy tej służby. Niektóre z rządów zaczynały nawet jakieś ruchy „w tym temacie”, inne kończyły na zapowiedziach – może nawet na szczęście, dla nas pacjentów. Dziś jednak zostawiamy w spokoju państwowe struktury makro i zajmiemy się mało znanymi, ale wielce znaczącymi aspektami naszego zdrowia prywatnego.

Po pierwsze. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. I nie jest tak, że na rynku usług zdrowotnych, medycznych żadnych pieniędzy nie ma. Pieniądze są i zawsze się znajdą, bo wszyscy traktujemy naszą kondycję, zdrowie i sprawność fizyczną jako sprawy najważniejsze.

Po drugie, o tym, że jesteśmy gotowi wydawać spore pieniądze na zdrowie wiemy nie tylko my. Źle dla nas, że świetnie zdają sobie z tego sprawę producenci leków, paraleków, suplementów diety, środków poprawiających urodę oraz lekarze od urody. A w sukurs producentom medykamentów i lekarzom przychodzą kolejne dwie nasze, zwykłych ludzi niewiedze pozwalając coraz lepiej żyć koncernom od lekarstw.

 

Niewiedza pierwsza – każdy kiedyś umrze

 

Najbardziej zadziwiające jest to, że do ludzi nie dociera smutny finał, że każdy z nas kiedyś umrze. To znaczy – wszyscy wiedzą jaki będzie koniec, ale żyją tak jakby mieli żyć wiecznie. Ciągle udają młodych, bez zmarszczek, sprawnych, bez bolączek wieku dojrzałego i starczego. I dlatego każdą naturalną śmierć przyjmują jak zaskakujący tragiczny wypadek.

Mój znajomy miał matkę, która dożyła pięknego wieku 95 lat. Niestety z osiągnięciem 90-ciu lat zaczęła tracić pamięć. Znajomy jako dobry syn, opiekował się dobrze matka do końca.

Pewnego dnia 90-letnia matka staruszka mówi do syna:

– A może poszlibyśmy odwiedzić Stasię?

– Mamo, przecież Stasia już od trzech lat nie żyje. Byliśmy przecież na jej pogrzebie.

– Ale ona przecież była ode mnie młodsza o całe dwa lata… – mówi zafrasowana matka.

– No tak, ale umarła.

– Wypadek jakiś był, tak? – pyta matka – Ludzie teraz tacy nieostrożni są, nie przechodzą na zielonym, a ci kierowcy jeszcze gorsi.

 

Niewiedza druga – uroda przemija

 

Ludzie nie przyjmują również do wiadomości, że z wiekiem młodzieńcza uroda znika. Nie znaczy to, że ludzie po 60-tym roku życia robią się brzydcy. Nie, oni się po prostu starzeją. I to starzenie się każdego z nas, jest dla wielu rzeczą straszną, z którą nie chcą się pogodzić. Denerwują się, popadają w zamyślenie, a niekiedy nawet w depresję.

Znałem pewną aktorkę, która po skończeniu 60-ego roku życia postanowiła nigdy więcej nie pokazać się na scenie. Nie wychodziła nawet do sklepów, przestała spotykać się ze znajomymi. Tak się sobie nie podobała. Trzeba tu wyjaśnić, że była piękną kobietą, amantką i jako pani 60-letnia nadal mogła cieszyć oko. Bo jej uroda nie przeminęła, ona się po prostu zmieniła wraz z wiekiem.

 

Dyktatura i terror młodości

 

Takie są skutki kulturowej dyktatury młodości. W telewizjach tylko to piękne, co młode. Owszem, pojawiają się – głównie w reklamach – również ludzie starsi, ale zawsze wtedy, gdy trzeba reklamować ubezpieczenia na wypadek śmierci lub pojawia się w ofercie cudowny żel na stawy i środki do czyszczenia protez zębowych.

Mój lekarz pierwszego kontaktu twierdził, że człowiek obliczony jest przez stwórcę na 50 lat życia. A reszta – mówił, uśmiechając się złośliwie – reszta, to takie tam przeciąganie liny z losem. W ogóle miał niezwykle prawidłowy stosunek do pacjentów. Kiedy mówiłem mu, że tu mnie boli, tam strzyka… Kiwał głową i mówił – A wie pan jakie ja mam problemy ze zdrowiem?

Fakt, że mamy do czynienia z dyktaturą, a nawet terrorem młodości, ma przede wszystkim ogromny wpływ na zyski koncernów farmaceutycznych oraz przemysłu pielęgnacji urody.

Na pytanie jaka gałąź światowego przemysłu przynosi teraz największe zyski, większość z ludzi powie, że nafta. „Nafta rządzi światem” – to było hasło światowej lewicy w okresie międzywojennym i jeszcze trochę po wojnie. Ale teraz już tak nie jest. Największe zyski osiągają producenci leków i środków pielęgnacji urody. I zrobią wszystko, żeby te zyski stale zwiększać. Bo nie jest prawdą, że istnieje jakaś granica, przed którą bogaty zatrzymuje się i mówi:

– Chyba już mi wystarczy, jakoś z biedą na bentleya i jachcik wystarczy.

 

Coraz więcej chorób, coraz więcej lekarstw

 

Jeszcze w czasach mojej młodości aspiryna leczyła wszystkie skutki przeziębień. Dzisiaj mamy lekarstwa na katar zwykły, przewlekły, bardzo przewlekły, chroniczny, napadowy, zaskakujący i męczący. Oferują nam lekarstwa uśmierzające ból konkretnych organów, wszystkich kończyn razem i każdej z osobna. Z roku na rok rośnie liczba zdiagnozowanych jednostek chorobowych. Bo każda nowa musi mieć nowe lekarstwo.

Ale co tam lekarstwa… Proszę wejść do jakiejkolwiek apteki i rozejrzeć się. Przecież w każdej z aptek 80 procent miejsc na półkach i w regałach zajmują środki pielęgnacji.  Skutkiem czego, jeżeli lekarz przepisał nam jakieś „poważne” lekarstwo, to nieodmiennie słyszymy: Proszę przyjść jutro, sprowadzimy to dla pana.

Rozumiem to tak, że aptekarz nie ma już miejsca na lekarstwa, bo musi trzymać na półkach całe „linie” środków na zmarszczki. A są osobne dla każdej z kilkunastu rodzajów skór, dla różnych przedziałów wieku, na każdą z czterech pór roku, do życia w mieszkaniach suchych i wilgotnych…

Pojawiła się nawet „medycyna urody” jako osobna specjalność. Powstają salony piękności, rehabilitacji, medycyny naturalnej, tybetańskiej, azteckiej, mongolskiej, chińskiej, japońskiej i malajskiej. Nie spotkałem jeszcze salonów aborygeńskich i buszmeńskiej, ale to kwestia czasu.

Państwowa służba zdrowia twierdzi, że „przeprowadza rehabilitację w ograniczony zakresie”, bo fizjoterapeutów nie ma. Nie ma w służbie zdrowia, ale w prywatnych gabinetach i klinikach czekają.

Coraz częściej widzimy w telewizji panie, które cudownie odmłodniały. A starsze aktorki, nie chcące grać babć, pojawiają się w drugim wcieleniu jako o wiele młodsze. Młodsze od siebie samych sprzed 20 lat. Wybitna aktorka Ewa Wiśniewska powiedziała, że jej młodsze koleżanki zamiast ust mają teraz parówki. No cóż, botox może i pomaga na skórę, ale na mózg nie bardzo. A „władcy świata”? Gdy widzę ponaciąganych Berlusconiego i Putina budzi się we mnie litość. Inny problem, czy taki Putin nakazał teraz wszystkie swoje starsze zdjęcia i filmy retuszować?

 

Domagam się światowego śledztwa

 

Długo zastanawiałem się, kto wprowadził obowiązkową modę na młodość. Rozpatrywałem różne warianty i zawsze wychodziło mi, że stoją za tym producenci leków i środków upiększających. Bo tylko oni mają w tym interes. A przecież starorzymska zasada „cui bono” podpowiada nam, że zbrodni dopuszcza się ten, kto ma w tym interes.

Producenci leków i środków do poprawy urody twierdzą, że owszem, że sama produkcja nie kosztuje wiele, ale już badania leków są niebywale drogie. Dziwne, że jakoś nikt z mediów nie wspomina, że jakieś 7 lat temu w USA wybuchła niebywała afera, gdy którejś z rządowych agencji zechciało się sprawdzić dużego producenta, czy rzeczywiście prowadzi on badania, przed wprowadzeniem leków na rynek. Okazało się, że żadnych badań nie ma. Nałożono na chciwca karę kilkunastu milionów dolarów i już. Mówię „i już” bo jakoś nie przeprowadzono kontroli w innych krajach…

U nas również nikt się tym przypadkiem nie zajął. Może nie było akurat gotowych do pracy lekarzy, biochemików i prostych laborantów, bo wszyscy wyjechali na wycieczki zagraniczne, fundowane przez producentów i hurtowników leków – lekarzom właśnie.

Podsunąłbym naszym władzom śledczym zajęcie się sprawą rynku leków. Bo jeżeli na tym rynku nie działa mafia, to ją nazwać? A może są tam zmowy cenowe? Może jakieś układy producentów, hurtowników i aptekarzy? A za carskich czasów za zmowę szło się na Sybir. I to akurat – przypadkiem – było w tej Rosji dobre.

Ja bym się – proszę Państwa – nie śmiał, z tego co napisałem. Bo sprawa jest ważna i warto poniuchać. Ale radziłbym niuchającym, by nie korzystali z żadnych nowości medycznych na polepszanie węchu…

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wyklęta „Marcysia” – ofiara bezpieki i Rzepeckiego

5 czerwca 1949 r. kpt. Emilia Malessa ps. m.in. „Marcysia” popełniła samobójstwo. Miała 40 lat i była bezsilna, obarczona poczuciem winy, odrzucona przez część środowiska byłych żołnierzy Armii Krajowej, które zarzucało jej zdradę i „wsypanie” kolegów. Przyczynił się do tego Józef Goldberg-Różański, który dał jej oficerskie słowo honoru, że żaden z ujawnionych niepodległościowców nie będzie represjonowany. Ale przede wszystkim przełożony „Marcysi” – płk Jan Rzepecki.

 

Emilia Malessa, urodzona w 1909 r. w rodzinie o tradycjach patriotycznych, 1 września 1939 r. zgłosiła się do pracy w Ochotniczej Służbie Kobiet. Od października 1939 r. organizowała komórkę łączności zagranicznej przy Komendzie Głównej Służby Zwycięstwu Polski, którą kierowała następnie w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej aż do końca okupacji niemieckiej.

Zadaniem placówki, działającej pod kryptonimami: „Zenobia”, „Łza”, „Załoga” i najbardziej znanym – „Zagroda”, było utrzymywanie łączności między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie. Na przełomie lat 1943 i 1944 – w okresie największego rozwoju – „Zagroda” dysponowała 120 ludźmi w całej Europie. „Pani na Zagrodzie”, jak ją nazywano, zorganizowała też trasy kurierskie i system ekspedycji poczty, bazujący na najnowszych osiągnięciach techniki fotograficznej (mikrofilmowanie). Komórka łączności odbierała także przeszkolonych na Zachodzie żołnierzy – cichociemnych. To „Marcysia”, w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. pod Skierniewicami przejmowała pierwszego cichociemnego – majora Jana Piwnika, „Ponurego”, z którym dwa lata później wzięła ślub.

Virtuti Militari i awans na kapitana

W Powstaniu Warszawskim „Marcysia” otrzymała order Virtuti Militari za bohaterską służbę kurierską podczas walk w Śródmieściu, w Batalionie Szturmowym kpt. Kazimierza Bilskiego „Ruma”, do którego przeszła na własną prośbę (miała przydział do odwodu sztabu KG AK). Po kapitulacji Powstania uciekła z transportu do Rzeszy i przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowała kanały łączności między AK a Zachodem.

Za całokształt działalności konspiracyjnej Emilia Malessa została awansowana do stopnia kapitana. Po rozwiązaniu AK pozostała w podziemiu, najpierw w organizacji „NIE” (jej dowódca – August Emil Fieldorf, jeszcze jako pułkownik, polecił jej zorganizowanie szlaku kurierskiego z kraju na Zachód), potem w Delegaturze Sił Zbrojnych, w końcu w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Była członkiem ścisłego sztabu, a przede wszystkim nadal kierowała komórką łączności zagranicznej. 31 października 1945 r. została aresztowana przez UB.

Na polecenie Rzepeckiego

Tu zaczyna się początek tragedii Emilii Malessy. W areszcie ujawniła kolegów z WiN-u. Powód? Pułkownik Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP ręczył jej „oficerskim słowem honoru”, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Różański przekonywał, odwołując się do jej patriotycznych uczuć: „tylu już Polaków niepotrzebnie zginęło, trzeba z tym skończyć”. Jeśli nie pójdzie na ugodę – argumentował dalej ubek – „będzie odpowiedzialna za mordownię”. „Marcysia” uwierzyła, wychowana w świecie wartości, w którym słowo honoru coś znaczyło.

Różański słowa jednak nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania członków WiN. Po latach winę zrzucał na innych – twierdził, że jego honor ma swoją wagę, ale zwolnieniu aresztowanych kategorycznie sprzeciwił się Bierut, który – dodatkowo – zarzucił mu uleganie drobnomieszczańskim przesądom. Z kolei radziecki doradca MBP – płk NKWD Jurij Nikołaszkin zdziwił się ponoć: „Co to znaczy, że ty dałeś słowo honoru? Jeśli dałeś, to znaczy ono było twoje, a jak było twoje, to możesz je odebrać”.

W więzieniu, oszukana i zrozpaczona Malessa, w akcie protestu, podjęła pierwszą głodówkę. Wiele wskazuje jednak na to, że decyzję o ujawnieniu uzgodniła wcześniej z kierownictwem organizacji. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk Jana Rzepeckiego (a także płk Antoniego Sanojcy), co w wojsku oznaczało ni mniej, ni więcej tylko rozkaz. Według relacji Rzepecki nie pozostawił „Marcysi” wyboru: jeśli nie ujawni współpracowników, zaszkodzi im znacznie bardziej. Obaj pułkownicy mieli to potwierdzić w rozmowie z historykiem Cezarym Chlebowskim. Jeśli tak, oznacza to, że Rzepecki przerzucił całą odpowiedzialność za swoją decyzję na Malessę.

„Sędziowie”

Od 4 stycznia 1947 r. była sądzona, razem z dziewięcioma innymi WIN-owcami przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Trwającemu miesiąc procesowi przewodniczył płk Władysław Garnowski. Ten przedwojenny prawnik (studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie), AK-owiec, po wojnie w sądownictwie wojskowym (m.in. szef WSR w Poznaniu i w Warszawie), a w końcu prezes Najwyższego Sądu Wojskowego, ma na koncie w sumie 23 wyroki śmierci.

Prócz Garnowskiego sądzili: Jan Hryckowian i Stanisław Kaczmarek. Hryckowian, też przedwojenny prawnik (po Uniwersytecie Jagiellońskim), urodzony w 1907 r. w Latrobe (Pensylwania), w czasie wojny – jako oficer AK – odznaczony Krzyżem Walecznych (jego żona, Stanisława Hryckowian była adiutantem gen. Fieldorfa „Nila”). Miesiąc po procesie Rzepeckiego, w marcu 1947 r., już w randze podpułkownika, został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Wtedy właśnie dopuścił się największej liczby zbrodni sądowych (w sumie 16., w tym mord na Witoldzie Pileckim).

Mniej znany, ale równie krwawy oprawca w todze – kpt. Stanisław Kaczmarek, też był sędzią warszawskiego WSR. Jako przewodniczący składu i sędzia pomocniczy skazywał byłych żołnierzy AK (w tym 3 i 5 Wileńskiej Brygady) oraz działaczy niepodległościowych. Wielu zostało straconych.

Oskarżyciel

Oskarżał sam Naczelny Prokurator Wojskowy Henryk Holder. Urodzony w 1914 r. w Szczerzcu (Lwowskie), syn Mojżesza i Wincentyny. Tak jak Garnowski był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wojny podporucznik Armii Czerwonej. Naczelnym Prokuratorem Wojskowym był w latach 1946-1948. Przez następne dwa lata kierował Departamentem Służby Sprawiedliwości MON (odmawiał m.in. ułaskawienia skazanych na karę śmierci).

Po przeniesieniu do rezerwy, m.in. dyrektor Biura Prawnego Rady Państwa.
W mowie oskarżycielskiej płk Holder zarzucił WiN-owcom m.in. terroryzm, morderstwa, szpiegostwo, propagandę antypaństwową, a także współpracę z faszystami z NSZ i UPA, oraz uchylanie się od służby wojskowej (oczywiście w lWP). Atakował „reakcję” – PSL i rząd na emigracji, wykazując ich związki z WiN (w rzeczywistości nie chciał ich premier Mikołajczyk, słusznie obawiając się prowokacji).

Koniec pięknej karty

Proces nazwano – od nazwiska głównego podsądnego – procesem Rzepeckiego. Jego patriotyczna karta była długa: żołnierz Legionów, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, w okresie międzywojennym służył zawodowo w wojsku, w maju 1926 r. stanął po stronie rządu przeciwko zamachowi Józefa Piłsudskiego, we wrześniu 1939 r. szef oddziału operacyjnego w sztabie armii „Kraków”, od października 1939 r. w SZP, następnie w ZWZ i AK (szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej – za czteroletnią służbę na tym stanowisku otrzymał Złoty Krzyż Virtuti Militari), po Powstaniu Warszawskim w niewoli niemieckiej, organizator i dowódca Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Tu niestety piękna karta Rzepeckiego się kończy. Stefan Korboński (ostatni delegat Rządu na Kraj, podwładny Rzepeckiego) zapisał: „Po aresztowaniu ujawnił on wszystko bez wyjątku: ludzi, adresy, broń i pieniądze, obliczane na około jeden milion dolarów. Według wiadomości, jakie do mnie doszły, nie zostało to na nim wymuszone torturami [potwierdzają to inne relacje], a stało się dzięki pewnemu systemowi obrony, jaki Rzepecki przyjął. Przyznał on uroczyście i kategorycznie, że pozostanie w konspiracji było ciężkim błędem i oświadczył, że ze swej strony dokona wszystkiego, by ten błąd naprawić i podziemie WiN ostatecznie zlikwidować. Wobec tego w śledztwie wydał wszystkich i wszystko. W zamian za to otrzymał przyrzeczenie, że nikt z ludzi przez niego ujawnionych nie zostanie aresztowany i to przyrzeczenie było przez szereg miesięcy przez bezpiekę honorowane. Jest to pierwszy wypadek masowego ujawnienia podwładnych, dokonany przez przełożonego, bez ich wiedzy i zgody”.

Potem, gdy na Rakowiecką trafił rtm Witold Pilecki, ubecy chcieli go „przekonać”, aby namawiał żołnierzy niepodległościowego podziemia do ujawnienia się, tak jak to zrobił prezes WiN. Pilecki odpowiedział: „Rzepeckiemu za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz”. Dlatego Rzepecki uniknął śmierci, a Pilecki musiał zginąć. Musiała zginąć również Emilia Malessa…

„Nie lubi chodzić na pogrzeby”

Malessę „bronił” Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, należący do starannie wyselekcjonowanego grona w pełni dyspozycyjnych wobec bezpieki adwokatów. Stefan Korboński wspominał: „Gdy na zakończenie zabrali głos adwokaci (…) poszli oni po utartej drodze obrony w wypadkach, gdy oskarżeni przyznają się do winy. Powołując się na złe środowisko, w którym ich klienci wyrośli, na błędy polityczne Polski przedwrześniowej, na reakcyjność otoczenia, w którym działali, wreszcie podkreślając fakt, że oskarżeni przejrzeli na oczy, przyznali się do popełnienia przestępstwa, jakim była ich podziemna działalność i okazali żal oraz skruchę, prosili o łagodny wymiar kary. Tak to do ostatniego dowódcy wojskowego podziemia i jego sztabu zastosowano system obrony, typowy dla procesów o kradzież z włamaniem”.

O Maślance mówiło się, że interesują go tylko ci klienci, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Gdy jeden z aresztowanych dowódców AK zwrócił mu kiedyś uwagę, że taki sposób obrony godzi w jego honor, Maślanko odpowiedział, że „ten towar nie jest już obecnie w obiegu”. Czasem odmawiał podjęcia się obrony, bo „nie lubi chodzić na pogrzeby”.

Po miesiącu procesu – 3 lutego 1947 r. ogłoszono wyrok. Najwyższą karę – KS – otrzymał Marian Gołębiewski. Kazimierz Leski i Henryk Żuk dostali po 12 lat, Józef Rybicki i Ludwik Muzyczka – po 10, Jan Rzepecki – 8, Jan Szczurek-Cergowski – 7, Antoni Sanojca – 6, Tadeusz Jachimek – 4. Najłagodniej potraktowano Emilię Malessę, skazując ją na 2 lata. Większość skazanych (w tym Malessę) następnie ułaskawiono. Komuniści chcieli w ten sposób udawać łagodnych wobec tych, którzy wyznali swoje winy, a przede wszystkim potępili dalszy opór, legalizując nową władzę. Jak wyglądała łaskawość „ludowej” władzy? Wielu skazanych w procesie Rzepeckiego (w tym on sam) i innych powojennych procesach, zostało potem ponownie aresztowanych. Byli torturowani w śledztwie, a następnie odsiadywali wieloletnie wyroki.

Nie chciała opuścić więzienia

Ruta Czaplińska (szefowa łączności Komendy Głównej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ps. „Ewa”) w książce „Z archiwum pamięci. 3653 więzienne dni” wspominała „Marcysię” – koleżankę z Rakowieckiej: „Mimo, że w procesie dostała tylko dwa lata i była ułaskawiona przez Bieruta (mogła być natychmiast zwolniona), nie chciała opuścić więzienia. Cały czas była namawiana na wyjście z obietnicą zwolnienia pozostałych aresztowanych. Ale ona uparcie trwała przy swoim. Wyszła wreszcie parę miesięcy potem i swoją walkę prowadziła już na wolności, wierząc, że będzie mogła więcej osiągnąć. Prowadziła liczne pertraktacje z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, przypominając bezustannie o wszystkich przyrzeczeniach wypuszczenia na wolność ujawnionych osób, wymieniając wszystkich z nazwiska”.

Emilia Malessa domagała się po prostu dotrzymania słowa honoru, które dał jej Józef Różański. Zabiegała o wizytę u Bieruta, pisała do szefa bezpieki Radkiewicza (obszerny memoriał pozostał bez odpowiedzi).
Na wiosnę 1948 r. listę z nazwiskami aresztowanych i okolicznościami ich ujawnienia wysłała też do placówek dyplomatycznych. Świat jednak milczał. Prócz interweniowania u władz, „Marcysia” pomagała też więzionym i ich rodzinom. Odwiedzała w celach towarzyszki niedoli, wysyłała im paczki. Świadczyła na rzecz żołnierzy podziemia, zeznając z wolnej stopy na ich procesach.

W kwietniu 1949 r. Malessa napisała list do Różańskiego: „Po wyczerpaniu na przestrzeni trzech i pół lat wszystkich środków dla uzyskania zwolnienia pozostałych ujawnionych, donoszę Panu Pułkownikowi, że od 9 kwietnia podjęłam głodówkę [przechodnie na ul. Rakowieckiej widzieli ją skuloną pod więziennym murem], jako ostatni z mojej strony akt protestu przeciwko niedotrzymaniu umowy dotyczącej akcji ujawniania WiN i grupy »Liceum«. Mając za sobą wypełnienie wszystkich obowiązków wobec mego kraju w okresie okupacji oraz w pierwszym okresie niepodległości przez dokonanie aktu ujawniania, mam niewątpliwie prawo oczekiwać od władz bezpieczeństwa, a w szczególności od Pana Pułkownika jako głównego inicjatora akcji ujawniania, decyzji, która zapobiegnie mojej śmierci i dalszemu więzieniu lojalnie ujawnionych wobec państwa ludzi”.

Jan Rzepecki po ostatecznym wyjściu na wolność w połowie lat 50. został zrehabilitowany. Służył w LWP, działał w ZBoWiD-zie, w 1956 r. poparł Gomułkę, został historykiem. Uratował głowę, ale czy honor?
Ruta Czaplińska: „Marcysia” „wielokrotnie, jeszcze w więzieniu mokotowskim, a potem już na wolności, chciała się widzieć i rozmawiać z Rzepeckim, ale ten nie poczuwał się do niczego i zostawił ją samą”. Do dziś często poświadcza się nieprawdę, że WiN ujawniła Malessa, a Rzepecki – postawiony przed faktami dokonanymi, nie mając już wyboru – tylko to potwierdził.

 

Pani Mario, szacunek! O laureatce Nagrody im. Romualda Lazarowicza przyznawanej przez Dolnośląski Oddział SDP   

Dzisiaj będzie o dziennikarstwie, czyli o własnym podwórku i o tym, co od wielu już lat jest najbliższe – przynajmniej zawodowo – piszącemu te słowa.

Dwa dni temu swój finał miała pierwsza edycja Dolnośląskiego Konkursu Dziennikarskiego o Nagrodę im. Romualda Lazarowicza. Laureatem konkursu została Maria Woś, nestorka wrocławskich dziennikarzy – Kapituła pod przewodnictwem prof. Zbigniewa Makarewicza wybrała jednogłośnie prace nadesłane przez Redaktor Marię Woś, która w swoich cotygodniowych felietonach nadawanych na antenie Radia Wrocław, podejmuje lokalną społeczną i kulturalną tematykę, wspaniale posługując się językiem polskim – podkreślał podczas uroczystości Jan Poniatowski, Prezes Zarządu Oddziału Dolnośląskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które zorganizowało konkurs.

Pani Maria odebrała pamiątkowy dyplom z rąk Heleny Lazarowicz, wdowy po śp. Romualdzie Lazarowiczu. Ze wzruszeniem powiedziała, że to dla niej nagroda szczególna, bo postać patrona jest uosobieniem wartości jaką jest służba Polsce, a do tego był dziennikarzem i wydawcą, co podkreśla jej zawodowy wymiar i charakter.  – Ubolewam tylko, że młodzi dziennikarze nie wydają się być zainteresowani tą tematyką, a to właśnie oni powinni ubiegać się o nagrody – dodała laureatka.

„Pani Mario, szacunek!” – napisał po wręczeniu nagrody Krzysztof Kunert, wrocławski dziennikarz oraz reżyser filmów dokumentalnych. I dodał:  „Pomyśleć, że mogliśmy nie mieć Pani Marii we Wrocławiu. Kiedy udało mi się ją namówić do udziału w *Pionierach*, moim dokumencie o pierwszych mieszkańcach powojennego Wrocławia usłyszałem, że nasze miasto stało się domem pani Redaktor przypadkowo. – Wcale nie chciałam wysiadać w te ruiny, po prostu pociąg dalej nie jechał – opowiadała podczas nagrań.”

Wielce Szanowna Pani Mario! Z całego serca gratulujemy nagrody i dziękujemy za to, że każdego dnia jest Pani dla nas niedoścignionym wzorem prawdziwego, odpowiedzialnego i rzetelnego dziennikarstwa.

Janusz Gajdamowicz

„Gazeta Wrocławska”

 

CEZARY KRYSZTOPA: Jesteśmy za głupi, aby to pojąć

Jeszcze chwilę temu na szwajcarskich lotniskach prężyły się smukłe sylwetki prywatnych odrzutowców „mędrców”, którzy zlecieli się na Światowe Forum w Davos. Z tego co mi wiadomo żaden z tych samolotów nie porusza się dzięki sile wiatru czy słońca, żaden nie jest na baterię, ani nawet na pastę sojową. Wszystkie, literalnie wszystkie, latają dzięki spalaniu bardzo mało ekologicznego paliwa lotniczego pochodzącego ze straszliwych surowców kopalnych. Nie wiem jak w tym roku, ale podobno w 2020 żeby szczyt w Davos mógł się odbyć, do Szwajcarii przylecieć musiało 1500 samolotów, które ilość wyemitowały CO2 równą ilości w sytuacji, w której te same samoloty przetransportowałyby 76 652 zwykłych pasażerów do Davos i z powrotem.

Jednak nasi mędrcy są na to poświęcenie gotowi, tym bardziej, że w końcu decydują w swoim przekonaniu o losach świata. Tylko oni. Niedługo potem rozjadą się do swoich krajów, by z pełnym przekonaniem uchodzić za „demokratów” czy wręcz „obrońców demokracji”. Wprawdzie demokracja to z definicji rządy ludu, nie „mędrców” z ich prywatnymi odrzutowcami, ale od lat przecież mówimy już o demokracji liberalnej, w której „rządy bezrozumnego ludu” są w rzeczywistości zastąpione rządami „światłych gremiów”, które od ludu widzą lepiej. W innych, mniej postępowych czasach, taką formę nazwano by oligarchią, ale dziś jednak lepiej w uszach ludu brzmi „demokracja liberalna”. A kiedy w uszach ludu brzmi to lepiej, lud uspokojony poczuciem, że „nadal żyje w demokracji” nie wydaje niepotrzebnych okrzyków, które mogłyby „mędrcom” zakłócić doniosłe procesy myślowe.

Ku naszej radości

A procesy te sięgają na tyle daleko, że zwykły człowiek nigdy by za nimi nie nadążył. Być może więc, biorąc pod uwagę niedoskonałość materii, z którą przyszło „mędrcom” pracować, całkiem możliwe, że na przeszkodzie planowanemu za pięć lat wprowadzeniu „globalnej waluty” stanie ten niewydolny „czynnik ludzki”. W innych jednak przypadkach, takich jak obciążenie gospodarek, szczególnie Europy, mechanizmami duszącymi wstydliwą konsumpcję i emisję CO2, wysokie gremia wydają się nadzwyczaj skuteczne. Wprawdzie redukcja emisji CO2 przez coraz bardziej upośledzoną gospodarczo Europę, w skali niemiłosiernie kotłującego świata, wydaje się mało zauważalna, ale to mało istotne wobec przejmującej symboliki poświęcenia, dawania przykładu i kary za stulecia europejskiej supremacji.

Również przyszłość wielkie umysły malują nam w jakże ambitnych barwach, planując odebrać przygłupim, ciągle skażonym demokracją w przestarzałym rozumieniu tego słowa, rządom lokalnym, kolejne partie suwerenności. I wykorzystując w tym celu atmosferę pewnego niepokoju, ciągle obecnego po pandemii, która przeorała świat w te i nazad, oddać je o ileż bardziej światłemu WHO, żeby już nigdy więcej nikt nie śmiał kwestionować nieomylności jego wyroków. Ku naszej radości, jak najbardziej i nasz rząd również prowadzi w tej sprawie negocjacje.

Adoracja

Nie łudźmy się, horyzontów ku którym sięgają umysły „mędrców” nie jesteśmy w stanie objąć. W ich tytanicznej pracy nie jesteśmy w stanie im pomóc. Jedyne co możemy, to spróbować je swoimi ograniczonymi, choć przecież pełnymi gorącej wiary w to, że nad nami czuwają, umysłami i sercami, adorować.

Chyba, że ktoś jest akurat w Szwajcarii, wtedy może symbolicznie pomachać chusteczką odrzutowcom.

Pomorskie korzenie. Relacja MARII GIEDZ z regionalnej edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Kultury Ludowej

„Jawor – U źródeł kultury” – tak nazwano Ogólnopolski Festiwal Kultury Ludowej zainicjowany dwanaście lat temu przez Radio Kielce, a w tym roku realizowany przez 12 regionalnych rozgłośni, również Radio Gdańsk.

W tytule użyto słowa „jawor”, nazwy jednego z drzew, które symbolizuje siłę, początek, narodziny, ale i ochronę, wieczność, a nawet nadzieję. To słowo odnosi się także do kultury ludowej (drzewo jawor występuje w Nowym Testamencie, w staropolskich pieśniach, w poezji), która jest tym pierwszym elementem przyczyniającym się, że dana społeczność zaczyna być postrzegana podmiotowo, że staje się podstawą tworzącą naród, w tym przypadku naród Polski. Gdyby nie kultura ludowa, między innymi ta kaszubska na Pomorzu, być może dzisiaj nie byłoby Polski, a przede wszystkim polskiej kultury. Ważny jest język, na przykład kaszubski, tak często przez ignorantów utożsamiany z dialektem niemieckim, a przecież jest to język staropolski. To dzięki uporze Kaszubów na Pomorzu przetrwała polskość. Dla poparcia tego stwierdzenia przytoczę najbardziej popularną modlitwę w wersji kaszubskiej i to w dwóch dialektach. Czy rzeczywiście jest to odmiana niemieckiego?

Òjcze nasz, jaczi jes wniebie, niech sã swiãcy Twòje miono, niech przińdze Twòje królestwò, niech mdze Twòja wòlô jakno wniebie tak téż nazemi. Chleba najégò, pòwszédnégò dôj nóm dzysô iòdpùscë nóm naje winë, jak imë òdpùszcziwómë naszim winowajcóm. Anie dopùscë nanas pòkùszeniô, ale nas zbawi òde złégò. Amen”.

Wojcze nasz, który jes w Niebie, swianceno bondze Imio twöji przijdze krolejstwö – stani sá two wolo, chleb nasz dej nám dej dziś, wopuszczaj nám nasze winie ako me wypùszczome nasze winowacy. Nie wodza nas na pokuszenie, la nas wàbawnij wote zlewo. Won twoj jest to krolejstwö esz nà wieki wiecznej. Omenka.”

Zdaniem Jarosława Sellina, sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków, „kultura ludowa, czyli malarstwo, w tym malarstwo na szkle, rzeźba, pieśń, taniec, plastyka, tkanina, czyli różne fantastyczne dziedziny i zjawiska są najgłębszymi korzeniami naszej kultury narodowej. Warto więc odnajdywać artystów, którzy to pielęgnują i przenoszą do kolejnych pokoleń. Zresztą taki jest cel owego festiwalu”.

Dla Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk stało się oczywistym, że nie można prezentować kultury polskiej bez udziału twórców z Pomorza. Dlatego Radio Gdańsk po raz pierwszy w tym roku dołączyło do grona organizatorów. Przecież Pomorze jest bardzo ważnym regionem Polski, wybijającym się pod względem kultury.

Laureaci pomorskiej konkursu Jawor 2022. Fot. Maria Giedz

Kiedy w gdańskim radio ogłoszono konkurs liczono na kilka zgłoszeń z każdej kategorii: solista: śpiewak lub instrumentalista, kapela lub zespół ludowy (w tym kapele oraz zespoły dziecięce i młodzieżowe), rękodzieło i sztuka ludowa. Ku zdziwieniu organizatorów wpłynęło 49 zgłoszeń głównie z Kaszub i Kociewia, a wszyscy twórcy byli bardzo dobrzy. Niestety nie wszyscy mogli otrzymać nagrodę główną, czyli uczestnictwo w finale ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Radio Kielce, który odbędzie się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni koło Kielc. A wyjazd ten jest szansą na nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego. Finał ogólnopolski odbędzie się w dniach 25-26 czerwca.

Ci najlepsi spośród bardzo dobrych otrzymali wyróżnienia, a niektórzy z nich, obok finalistów, wzięli udział w koncercie podsumowującym eliminacje regionalne. Tak więc w niedzielne popołudnie (29 maja 2022) w Studio Koncertowym im. Janusza Hajduna Radia Gdańsk było niezwykle wesoło i śpiewnie. Rozbrzmiewała muzyka Kaszub i Kociewia, a to m.in. dzięki Kaszubskiemu Zespołowi Pieśni i Tańca „Sierakowice”, który funkcjonuje nieprzerwanie od 42 lat, wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, a przede wszystkim uczy, wychowuje i kształtuje poczucie regionalnego patriotyzmu u kolejnych pokoleń. Znakomity był też dziecięcy zespół „Lubichowskie Kociewiaki” (wyróżniony) grające m.in. na takich instrumentach jak diabelskie skrzypce, nieco różniące się od kaszubskich i burczybasie. Wszystkie były poubierane w kociewskie stroje eksponujące głównie trzy kolory: czerwień, biel i błękit. Jakże są skromniejsze od tych kaszubskich pełnych haftów i bogatszej kolorystyki, zwłaszcza w stroju kobiecym. Dzieciaki, oprócz gry, śpiewu i tańca, przygotowały recytację miejscowych utworów, w których akcentowały, że Kociewie to też Polska. A na koniec, już po pożegnaniu się, jeden z maluchów oznajmił wszystkim: „A tera róbta co chceta, hej!” i zszedł ze sceny.

Janusz-Świątkowski laureat w kategorii solista to niezwykle barwna postać. Fot. Maria Giedz

Duże wrażenie na publiczności zrobił Janusz Świątkowski z Kożyczkowa na Kaszubach, niezwykle barwna postać, zwycięzca w kategorii „solista: śpiewak lub instrumentalista”. Śpiewając i grając przeniósł widzów w świat opowieści o zwykłych ludziach, ich codzienności, troskach, smutkach, ale i radości. Mimo, że najczęściej gra na gitarze, pisze teksty, wiersze, był dziennikarzem, ale stał się budowlańcem, to fascynujący był jego pokaz gry na bazunie, instrumencie pasterskim. Bazuna to taka długa na ok. 2 metry, drewniana trąba, wykorzystywana jako instrument sygnalizacyjny przez rybaków, a także do witania Nowego Roku.

Furorę zrobiło też rodzinne muzykowanie z wyróżnioną solistką Grażyną Miłosz, podczas którego niemal wszyscy na widowni dośpiewywali refren „a kuku”.

Niezwykłym wydarzeniem, bo tak to chyba należy nazwać, była prezentacja rzeźb Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa, która, jak sama mówi, żyje gdzieś z dala, poza światem i lubi ten swój „pozaświat”. Zaprezentowała coś, co można nazwać teatrem kukiełkowym, tylko nie dla dzieci. Jej drewniane rzeźby, nieco spłaszczone, przypominające odbite od ściany płaskorzeźby ludzi, samochodów, zwierząt, ale dwustronne, miały długie, cienkie prowadnice czy styliska, jak w kukiełkach. Artystka trzymała je za rączki, przekładała je, przesuwała, bawiła się jak w prawdziwym teatrze lalkowym. Przy tym tworzyła opowieść o ludziach, starych i młodych, spracowanych, a także o postawach często zapominanych w codziennym życiu, jak szacunek, posłuszeństwo, o wartościach, o miłości, przyjaźni.

Ożywione rzeźby Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa to prawdziwy teatr. Fot. Maria Giedz

Artystka ożywiała swoje rzeźby, mówiąc, opowiadając, burcząc, śpiewając: „Jeden człowiek tworzy całość, kobietę, mężczyznę, wolność…”. „Rzeźba, to wizja i trzeba ją zobaczyć. Ona kiedyś była lasem, rosła, szumiała. Jest w niej jakaś dusza. Nie tworzę po to, żeby ktoś miał rozrywkę, ale po to, aby po obejrzeniu mojej sztuki ludzie zaczęli inaczej myśleć”.

Po takiej uczcie duchowej, trwającej zaledwie dwie godziny refleksje cisnęły się do głowy. I po co nam ta globalizacja, odczłowieczanie, zakłamanie, życie w brutalnym świece, bycie nikim? Nasza tradycja, nasze korzenie, to radość, wolność. – Kultura ludowa, to nie tylko skansen, to codzienne życie – twierdzi Magdalena Sitek z Radia Kielce, które zorganizowało pierwszy konkurs „Jawor” w 2010 r. – Wiele osób po latach oglądając, czy słuchając kapeli z różnych rejonów Polski odkrywa własną tożsamość, wraca do korzeni. A Adam Chmielecki dodaje, że – kultura ludowa jest istotnym elementem kultury narodowej, jest przekazicielem tradycji i tożsamości. To między innymi ta kultura przyciąga na Pomorze miliony turystów.

Kaszubka grająca na diabelskich skrzypcach. Fot. Maria Giedz

Dla niektórych to co ludowe, to nuda, tandeta, staromodne, nie da się tego słuchać. Jakże się mylą, bo ta prawdziwa „ludowość” jest szczera, czysta, otwarta, radosna, porywa do tańca, a życie, nawet to smutne staje się piękne i nabiera sensu.