WALTER ALERMANN: Walka z językiem polskim, czyli zwycięstwo Marksa

Walka z językiem narasta w miarę rozwoju mediów –  tak właśnie pozwolę sobie strawestować słynną tezę Stalina, że walka z socjalizmem narasta w miarę kolejnych sukcesów socjalizmu.

Jest jednak faktem nieżartobliwym, że póki w Polsce działała jedna państwowa telewizja, jedno państwowe Polskie Radio oraz jeden państwowy koncern RSW Prasa, Książka, Ruch, z językiem nie było tak źle jak teraz. Oczywiście język socjalistycznych mediów był śmiertelnie nudny, ale jednak poprawny.

Nie tęsknię za tamtymi laty i nie namawiam do powrotu do owych czasów, ale jest faktem, że mnogość mediów spowodowała dopuszczenie do klawiatur, mikrofonów, kamer i Facebooków osobników, którzy nie radzą sobie z poprawnym wysławianiem się. I tu mamy starą tezę Marksa – trzymając się już powrotu do lat minionych – że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość, a nawet gorzej, że ilość wymusza obniżenie jakości. Ale przejdźmy już do kolejnych „świeżynek”.

W co gra Iga

Słyszę od sprawozdawców sportowych w telewizji: „Iga gra kapitalny tenis”.  Coś nie bardzo jest to poprawne. Iga Świątek gra w tenisa – to jest dla polskiej normy językowej oczywiste. I tak musi być. Nie wiem dokładnie jak tam jest u Anglików i w USA, ale u nas gra się w piłkę, w tenisa, w siatkówkę, w szachy a nawet w klipę.

Dlaczego sprawozdawcy snobują się na „nowoczesnych”? Nie wiem, ale być może znają trochę angielski. Na tyle, żeby bezmyślnie kopiować obce wzorce. W poprawionym zadaniu „Iga gra kapitalnie w tenisa”, też miałbym wątpliwości co do tego „kapitalnie”. Kapitułowo, kapitałowo, kapitulikowo – jeszcze bym z czymś to w języku polskim kojarzył, ale „kapitalnie”? Dlaczego to Iga nie może grać cudownie, doskonale, wspaniale, porywająco?

Co zrobił teatr

Na wielkim płocie, ogradzającym duży teren budowy w centrum Łodzi, jakiś magistracki urzędnik, odpowiedzialny za autoreklamę miasta, kazał wymalować jakieś obrazki przedstawiające aktorów w akcji, które podpisano: „Teatr odegrał spektakl”.

Zmartwiłem się, bo lubię teatr, ale też lubię język polski. Zatem. Może być, że teatr coś zagrał, że odbyło się przedstawienie, spektakl. Skąd ten urzędnik wziął „odegrał”? Owszem, w języku gwarowym występował, przed kilkudziesięcioma laty, taki zwrot, ale na wsiach, którym daleko do miasta. Zdarzało się też, że jeszcze w dziewiętnastym wieku wędrowne trupy teatralne „coś odgrywały” na prowincji. Ale żeby dzisiaj, w trzecim co do wielkości mieście Polski, dochodziło do „odgrywania”?

Odgrywać się to można w karty. Przy czym nie jest to postawa racjonalna, bo na kilometr pachnie hazardem, czyli stratą. Odgrywać się można na kimś, za jakąś podłość nam uczynioną. I pamiętajmy za co Cygan bił syna: „Cygan bił syna nie za to, że przegrał, ale że się odgrywał”.

Jeszcze co do napisów na łódzkich płotach. Pamiętam, że przed kilkunastoma laty na płocie ogradzającym Plac Dąbrowskiego, przed Teatrem Wielkim, zawisły banery głoszące: „Łodzianie, robimy to dla Was”. Czyli, że władze miejskie wysupłały z własnych kieszeni pieniądze, za które budowniczowie mieli wybudować nową nawierzchnię placu, którego centralnym punktem okazała się być gigantyczna – i wątpliwej urody – fontanna. I jeszcze jedno – ponieważ zbliżała się kampania wyborcza, to te banery były podpisane dwoma nazwiskami: ówczesnego prezydenta miasta i jego zastępcy, bo obaj gdzieś kandydowali. Łaskawcy i dobrodzieje.

Czym zarządza piłkarz na boisku

Istnym kuriozum jest kwestia jednego ze sprawozdawców piłki nożnej w telewizji, który  stwierdził: „Ten piłkarz doskonale zarządza swoimi emocjami  na boisku”. O co temu sprawozdawcy mogło chodzić? Może o to, że będąc faulowany nie pobił faulującego? A może o to, że nie skopał sędziego, który niesłusznie odgwizdał spalonego? Skupiłem się na nudnym meczu, żeby odkryć tę tajemnicę. Po godzinie oglądania odkryłem, że sprawozdawcy chodziło o to, że piłkarz przez większą część meczu zachowywał się spokojnie, wolniutko, statecznie dreptał po boisku, ale w kilku sytuacjach nagle przyspieszał, a nawet zdobył – z tego przyspieszania, czyli z  dobrego zarządzania emocjami – bramkę.

Ten tenże

Jest też nowe modne słówko w obiegu – „tenże”. Coraz więcej dziennikarzy telewizyjnych zamiast mówić „ten”, mówi „tenże”. Oczywiście jest taki zaimek, urobiony z – ten oraz partykuły – że. Tyle tylko, że jest to straszny archaizm. Funkcjonuje jeszcze w kościele i w starych tekstach świeckich. „Tenże” ma charakter podniosły, uroczyste i nobliwy. Ale dlaczego współczesny dziennikarz przy okazji banalnej i codziennej mówi „tenże” zamiast „ten”? Nie rozwikłam tego, a jedyne co mi przychodzi na myśl, to podejrzenie, że dziennikarze mówiący „tenże”, chcą być poważniejsi. Ale jak można być traktowanym poważnie, gdy mówi się językiem przedrozbiorowej Polski?

Momentum

Kolejnym mało zrozumiałym słowem, z wielką, ale miejmy nadzieję chwilową karierą jest „momentum”. Zacząłem obserwować w jakich sytuacjach dziennikarze telewizyjni mówią „momentum”. Otóż w różnych. Przede wszystkim momentum zastępują „tę chwilę, ten moment”.

Słownik internetowy poucza nas, że momentum jest pojęciem z fizyki i oznacza rozpęd, impet. W języku potocznym może też oznaczać tempo, rozmach działań. Przy czym – język potoczny zapożyczył termin z fizyki, nie do końca sensownie.

Stary Doroszewski nie notuje „momentum” w ogóle, bo nie zajmowały go języki techniczne, żargony specjalistyczne. U Doroszewskiego mamy jedynie: „Wpaść gdzieś na moment. Przełomowy moment w czyimś życiu.” I tak być powinno. Dbajmy o prawidłowe używanie „momentu” a „momentum” zostawmy technice i nauce. Bo inaczej wszystkich nas – niedługo – z tego horrendum trafi apopleksium.

Kto kogo dominuje

Mówi dziennikarz sportowy: „Kowalski dominował swego przeciwnika”. Mój Boże, co to ludziom przychodzi do głowy, albo bez pośrednictwa głowy, prosto na język.

Można dominować nad kimś, nad czymś. Dominować pochodzi przecież od dominus czyli pan. Zatem można panować, dominować, czyli przeważać. Da się dominować na boisku lub zdominować dyskusję. Ale nie można dominować kogoś. Panowie i Panie! Poza słowami, mamy jeszcze składnię tych słów!

Obcowanie

Dotychczas zdawało mi się, że „obcowanie” należy do sfery intymnej. I znowu myliłem się. Bo oto dziennikarz twierdzi: „Ten piłkarz doskonale obcuje z piłką”. Tak napisano na portalu „WP Sportowe Fakty”. Chodziło o to, że piłkarz ma doskonałą technikę – w odbiorze piłki, w prowadzeniu i podaniu. Skąd redaktorom wzięło się „obcowanie”? Nie wiem, ale jest śmiesznie. Na dowód zamieszczam znany wiersz Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Mądrym ku przypomnieniu, idiotom ku nauce – jak pisano przed wiekami.

Tadeusz Boy Żeleński – Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna –
Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera – gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne panie
(By od grubszych zacząć braków);
Jak mam nazwać… „obcowanie”
Dwojga różnych płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” – czy też „świństwem,
Lub czym innym w takim guście?

Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o – „rui i porubstwie”!

W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era?
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć –
Lecz wykrztusić jak: „Aniele,
Ja chcę z tobą… »cudzołożyć«!”

Jak wyszeptać do dziewczęcia:
„Chcę… pozbawić cię dziewictwa…
Nie obawiaj się »poczęcia«,
Kpij sobie z »ja-wno-grze-szni-ctwa«!”

Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”

Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi;
Polak cnotę ma w respekcie,
Lub „tentuje” ją – na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się pod stołem…

Niech upadnie ci serweta –
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A przy stole – komunały
O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki.

Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem…”

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Widzę tu zebraną tłumnie
Kapłanów sztuki elitę,
Co swe kudły wnoszą dumnie
Ponad rzesze pospolite.

Wy! „świetlanych duchów związek”,
Wy! „idei stróże czystej”,
Wasz to jest psi obowiązek
Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,
Schowajcie pawie ogony,
Żyjcie – czym każdy z nas żyje,
Idźcie – – kochać… za miliony!

Dość „nastrojów” waszych, dranie!
Uczcie mówić waszych braci:
To jest wasze powołanie!
Od tego was naród płaci!

Język nasz jest skarbem świętym,
Nie igraszką obojętną;
Nie krwią, ale atramentem
Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi.
A nie tępić życia zaród,
Soków pełnię czerpać z ziemi:
Jaki język – taki naród!!!

CEZARY KRYSZTOPA: Dzieci nienarodzone nadal nas potrzebują

Mam ogromny szacunek do działaczy pro life. Ogromny. Trzeba kręgosłupa ze stali, żeby umieć w sprawie takiej jak aborcja, z jednej strony tak oczywistej moralnie, a z drugiej tak potwornie zakłamanej przez „wiodące media” i futrowane pierdylionami koncernów, ideologie, postawić się światu. A to nie są tylko ludzie, których widać na ulicy, ale również tacy cisi, pracujący z matkami, bohaterowie, jak Zuzanna Wiewiórka, która musi mierzyć się z falą odrażającego hejtu, dlatego, że namówiła mamę, żeby nie zabijała swojego dziecka. Mam wrażenie, że wszyscy razem płakaliśmy ze szczęścia kiedy Trybunał Konstytucyjny uznał wreszcie po latach przesłankę eugeniczną za niekonstytucyjną.

Z drugiej jednak strony, może czasem się wydawać, że niektóre środowiska pro life, często ci sami ludzie, wchodzą w ślepą uliczkę. Tak jakby uznały, że wyrok TK zamyka sprawę i w jakimś sensie kończy ich zadanie. I zajęły się sprawami ideologii LGBT. Nie to żebym uważał, że to sprawa nieistotna, ta neomarksistowska ideologia jest dla rodzin i społeczeństw bardzo niebezpieczna, ale kwestia aborcji nadal potrzebuje ich zaangażowania.

Nic nie jest dane raz na zawsze. Zmiana legislacyjna jest owszem wygraną wielką bitwą, ale to nie koniec. Może być cofnięta. Ktoś powie, że jest osadzona na poziomie konstytucyjnym. I będzie miał rację, ale czy mało się dziś pojawia działań pozaprawnych strojących się w szatki „praworządności”? Tak trudno sobie wyobrazić falandyzację prawa przez któryś z obecnych „autorytetów prawniczych”? Albo jakąś kolejną formę instytucjonalnej agresji ze strony Unii Europejskiej?

Nie, ta sprawa zdecydowanie nie jest zamknięta. Wymaga pracy nad opinią publiczną. Tutaj do sukcesu niestety jest daleko. Wymaga presji na rządzących, by, jak obiecywali, wyrok TK obudowali rozwiązaniami dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Tylko zdjęcie z nich części obciążeń i praca nad trwałą zmianą opinii publicznej, może dać zmianę trwałą. Tym bardziej, że nie chodzi tylko o to, żeby aborcja, poza nielicznymi przypadkami, była zakazana, ale również o to by nie była wykonywana nielegalnie.

Kolejnym sygnałem tego jak wiele jeszcze niebezpieczeństw czyha na dzieci nienarodzone jest złożony w Sejmie projekt „Legalna aborcja bez kompromisów” firmowana twarzą wulgarnego herszta agresywnych ulicznych bojówkarzy – Martę Lempart. To, że wg. opinii Ordo Iuris projekt jest zwyczajnie niekonstytucyjny, ma jeszcze dzisiaj znaczenie, ale czy będzie miało znaczenie jutro?

Ci ludzie, drapujący swoje trupie postulaty w serduszka i uśmiechy, nigdy nie przestaną. Dlatego też nas, przedwcześnie przekonanych o tym, że „sprawa jest załatwiona i możemy się zająć czym innym”, nie może zabraknąć na ich drodze.

O niemieckiej akcji wysiedleń na Zamojszczyźnie pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Mężczyźni” wywożą Polaków

24 czerwca 1943 r. Niemcy rozpoczęli drugą fazę masowych wysiedlenia ludności polskiej z Zamojszczyzny. W ciągu kilku miesięcy 1942 r. i 1943 r. z ok. 300 wsi wypędzili ponad 100 tys. mieszkańców, w tym ok. 30 tys. dzieci, częściowo przeznaczonych do germanizacji.

Wynikało to z rozkazu Heinricha Himmlera, który polecił utworzenie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Zresztą Zamojszczyzna od początku okupacji szczęścia nie mała. Niemcy zaczęli od zbrodni na inteligencji (akcja „AB”).

Pierwsze wysiedlenie 2 tys. polskich chłopów z sześciu wsi niemiecki okupant przeprowadził w listopadzie 1941 r. Rok później akcja nabrała zbrodniczego rozmachu w ramach Generalnego Planu Wschodniego.

O co chodziło na Zamojczyźnie? O stworzenie niemieckiego pasa wzdłuż ówczesnej granicy III Rzeszy ze Związkiem Sowieckim i bazy wypadowej dla germanizacji Ukrainy i Białorusi. W przejściowych obozach Polacy byli segregowani do pracy przymusowej, eksterminacji w obozach koncentracyjnych, część została zakwalifikowana do rasy panów (należało posiadać niemieckie cechy rasowe) i zgermanizowana. Dotyczyło to również polskich dzieci, które trafiały do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Łodzi (wówczas Litzmannstadt).

Polacy oczywiście stawili opór. Kolejarze informowali o transportach śmierci do Auschwitz, Majdanka, Łodzi. Na trasie przejazdu mieszkańcy z narażeniem życia wykupywali szczególnie małoletnie ofiary. Opór przybrał charakter masowy i zbrojny. Polegał na samoobronie, przeciwdziałaniu ekspedycjom wysiedlającym. Wielka w tym rola komendanta głównego Batalionów Chłopskich Franciszka Kamińskiego. Partyzanci różnych formacji skutecznie walczyli z kolonizatorami, paląc zasiedlone przez nich wsie i uwalniając represjonowanych Polaków.

1 lutego 1943 r. Polacy stoczyli zwycięską bitwę pod Zaborecznem, która zapobiegła pacyfikacji tej wsi i powstrzymała na pół roku wysiedlenia Zamojszczyzny. Pokonany major Ernst Schweiger, dowódca I Zmechanizowanego Batalionu Żandarmerii w swoim raporcie mówił o ataku 700–800-osobowego oddziału (naprawdę partyzantów było 250), używając terminu „powstanie”. Kolejni niemieccy dowódcy też pisali o „powstaniu zamojskim”, które zagraża nie tylko pacyfikacjom i wysiedleniom, ale całej III Rzeszy.

Niemcy wywieźli z Zamojszczyzny ok. 110 tys. Polaków, w tym ponad 30 tys. polskich dzieci. Na miejsce Polaków chcieli osiedlić ok. 60 tys. etnicznych Niemców z innych krajów, głównie z Besarabii, Bośni, Serbii, Słowenii, ZSRS, oraz Ukrainy. Wszystko pod hasłem Heim ins Reich („Do domu w Rzeszy”) i tworzenia na wschodzie „przestrzeni życiowej” („Lebensraum”). Z Ukrainy Niemcy przesiedlali nie tylko swoich etnicznych obywateli, ale także Ukraińców (Ukraineraktion).

Gdyby nie powstanie zamojskie, ofiar byłoby znacznie więcej. I gdyby nie Elna Gistedt-Kiltynowicz, szwedzka śpiewaczka operowa, która we wrześniu 1939 r. zdecydowała się pozostać w podbitej Warszawie. Z ambasady neutralnej Szwecji wypożyczyła ciężarówkę, którą pojechała na Zamojszczyznę i wykupywała od Niemców polskie dzieci. Zmuszona do wyjazdu w 1949 r. przez komunistów Elna polskim sierotom zapisała przed samotną śmiercią w domu opieki w Szwecji cały swój majątek.

O rozpoczętym w listopadzie 1945 r. procesie niemieckich morderców: procesie norymberskim, szef niemieckiego MSZ Heiko Maas dwa lata temu napisał: „Przed sądem stanęli mężczyźni odpowiedzialni za najohydniejsze zbrodnie w historii”. Wpis powielił ambasador mężczyzn w Polsce Arndt Freytag von Loringhoven.

A zatem nie Niemcy byli zbrodniarzami, tylko mężczyźni.

Przeróbmy zatem (z języka niemieckiego na „mężczyźniany”) wspomnienia Leonarda Szpugi, polskiego rolnika wysiedlonego ze wsi Topólcza w gminie Zwierzyniec: „W tym czasie widziałem naocznie, jak [mężczyźni] odłączali dzieci od matek. (…) Najgorsze tortury, jakie zniosłem, były niczym w porównaniu z tym widokiem. [Mężczyźni] zabierali dzieci, a w razie jakiegoś oporu, nawet bardzo nikłego, bili nahajami do krwi – i matki i dzieci. Wtedy w obozie rozlegał się pisk i płacz nieszczęśliwych. Nieraz matki zwracały się do [mężczyzn] z prośbą o żywność dla zgłodniałych i zmarzniętych dzieci. Jedyne, co mogły otrzymać, to uderzenie laską lub bykowcem. Widziałem, jak [mężczyźni] zabijali małe dzieci”.

Jeśli nie Niemcy są winni, tylko jacyś kosmiczni mężczyźni, to powiedzmy również tak: Ojciec mężczyźnianego dyplomaty, Bernd Freytag von Loringhoven, pochodzący ze starej mężczyźnianej rodziny szlacheckiej, w czasie wywołanej przez mężczyzn II wojny światowej należał do mężczyźnianego Wehrmachtu, brał udział w bitwie między mężczyznami i sowietami pod Stalingradem. W kwietniu przebywał w schronie przywódcy mężczyzn – Adolfa Hitlera. Dlatego współcześnie strona polska nie była zachwycona nominacją mężczyzny Arndta, syna Bernarda na ambasadora mężczyzn w Warszawie.

Szczęśliwie Arndt Freytag von Loringhoven zakończył swoją misję ambasadora Niemiec, przepraszam – mężczyzn – w Polsce. Będzie kolejny ambasador. Czy lepszy?

 

Gorzkie przewidywania przedwyborcze STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Przerębel

Francuska reżyser Celine Sciamma mówiła WO, że „polityków nie obchodzi los dzieci ani ludzi starszych, bo to im się zwyczajnie nie opłaca”. My jednak jak uparte osły ciągle na tych partyjnych wybrańców głosujemy. W zależności od łaski szefa partii lub jego doradców można dostać się na listę wyborczą na dobrym lub gorszym miejscu. Będziesz pokorny, będziesz bez grymasów ssał mleko matki – twojej partii, to dostaniesz Jedynkę. Czym mniej jesteś wierny tym niżej lądujesz.

Większość głosuje nie na konkretnych ludzi, a na partię. I to oczywiście źle. Bo dostaje się potem do rad, Sejmu i Senatu wielu zakłamańców, leni a nawet wrogów Ojczyzny. Tak, tak wrogów bezwstydnych, którzy podnoszą łapę albo i obie nie bacząc komu służą. Bo nieważne czyje co je – ważne tylko co je moje. Łazi to łajdactwo po naszej ziemi i czeka na europejską łaskę. Toleruje się to w imię demokracji, choć demos to lud!

Któregoś dnia lud weźmie cepy w dłoń. Tak już bywało i będzie. Warto jednak próbować zmieniać elekcyjne przyzwyczajenia. Takąż próbą mogą być jednomandatowe okręgi wyborcze. Mówią, że do wyborów daleko. Wcale nie. Jest dokładnie tyle czasu, ile potrzeba na przedstawienie ogromnej rzeszy kandydatów. Bo na wysokie stołki powinni dostać się ludzie godni i kompetentni. Aby takich odszukać wśród 20-30 milionów tu i teraz mieszkających, pracujących, trzeba czasu – by z każdym porozmawiać przed mniejszą lub większą kamerą. Pokazać ich! Niech ludzie ich zobaczą, posłuchają. Wówczas wybiorą dobrze. Może i trafi się jakaś menda tu i tam. Ale to będą wyjątki.

Bezczelne, kłamliwe partyjne kampanie wyborcze sprawy nie załatwią. Media są przypisane i sterowane, podzielone. Tylko wyczerpujące rozmowy przynajmniej nieco niezależnych dziennikarzy (a może nie tylko dziennikarzy), mogą obraz-obrazek obywatela namalować w pełni. A już ludzie wybiorą.

Dlatego akcję wielkiej prezentacji kandydatów należy rozpocząć już! No, powiedzmy po wakacjach, gdy wrócą opaleni i gotowi do boju. Bo to jest prawdziwy bój, walka nie o władzę, ale o to by coś ważnego zrobić w życiu. Partyjni bójcie się. Jeśli ktoś chwali się, że jest już piątą-siódmą kadencję – to przede wszystkim niech wytłumaczy się co zrobił w tym czasie. Na pewno dużo nagadał, przejeździł, przejadł i zarobił. Ale to za mało. Wymienić wreszcie! A może się mylę? Może ci „wprawieni” w demagogii pokonają jednak „pierwszaków-nieśmiałków”. Zobaczymy.

Tak czy owak nie powtarzajmy narodowej zabawy wyborczej tak jak zwykle. Ktoś powie: będzie zamęt. A teraz go nie ma? Naród jest podzielony jak nigdy. Ci na górze już nie ukrywają wzajemnej nienawiści. Ględzą w studiach telewizyjnych i podlizują się dziennikarzom, by ich dalej zapraszać. Po co ten szum? Życie weryfikuje wszystko. Jak jest każdy sam widzi i wie. Co się udało zrobić – widać gołym okiem. Ale gadanie o tym w kółko jest niepotrzebne. Idźmy dalej. Liczmy tylko na siebie.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Ten wyrok to ideologia, nie prawo

 To się dzieje naprawdę. W procesie karnym szanowany, nadzwyczaj kulturalny profesor zostaje skazany za to, że zdystansował się od profesorki publicznie wydzierającej się: „j…ć” i „wy…….ać”. To się dzieje nie w putinowskiej Rosji, tylko u nas w Polsce. Wyrok sądu wydany przez sędzię Karolinę Świderską jest szkodliwy i delikatnie mówiąc niemądry. Jest też nieprawomocny i nie wyobrażam sobie, żeby ta bzdura mogła stać się ostać.
Chociaż to polski wymiar sprawiedliwości, więc wszystko może się wydarzyć. Rozumiem, że lobby sędziowskie wbija maluczkim do głów: „Wyroków sądów nie można komentować”. W ten sposób sędziowie próbują zrobić z siebie święte krowy, z których wymion spijać mamy prawdę objawioną. Swoją drogą sędziowie w Polsce są już w zasadzie świętymi krowami, które za nic nie ponoszą odpowiedzialności, bo tak udało im się skonstruować prawo. Jedyne co robi na nich wrażenie to upublicznienie w jaki sposób orzekają.
Zobaczmy co, jak i na jakiej podstawie orzekła sędzia Świderska, ponieważ mamy prawo i obowiązek przyglądać się wyrokom. Jest sobie taka profesorka na Uniwersytecie Szczecińskim, nazywa się Inga Iwasiów i jest ona wielce zaangażowana. W październiku 2020 roku na demonstracji w Szczecinie po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającym prawo do aborcji miała długie wystąpienie. Wykrzykiwała między innymi: „Nie jak profesorka, tylko jak kobieta powiem: j…ć i wy…….ać”.
Iwasiów należy do elitarnej Rady Doskonałości Naukowej, która zastąpiła w 2019 roku Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów. Do tej rady w roku 2020 należy też profesor Tadeusz Żuchowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W listopadzie 2020 roku na posiedzeniu online (pandemia) wygłasza swoje oświadczenie-rezygnację, które słucha kilkanaście osób, w tym Iwasiów. „Nie akceptuję wulgarności i chamstwa w życiu publicznym, a takim było wystąpienie profesor Iwasiów na wiecu w Szczecinie” i dalej „Nie chcę uczestniczyć w obradach, podejmować kolegialnych decyzji, jeżeli w Zespole Humanistycznym są profesorowie, którzy wypowiadając się publicznie używają języka rynsztokowego. Nie rozstrzygam czym spowodowana jest koprolalia pani profesor Iwasiów, czy zaburzeniami chorobowymi czy brakiem wychowania, ale według mnie takie zachowanie uwłacza zarówno etosowi profesora, jak i szkodzi wizerunkowi Rady Doskonałości Naukowej”. Sytuacja jest nadzwyczaj prosta. Ponieważ publiczne wykrzykiwanie „j…ć” i „wy…….ać” jest chamskie i wulgarne profesor Żuchowski nie akceptuje tego i w geście sprzeciwu nie chce mieć z profesorką Iwasiów nic wspólnego. Jeszcze niedawno z taką profesorką nic wspólnego nie chciałby mieć żaden uniwersytet, ale czasy się niestety zmieniają.
Iwasiów idzie do sądu i z artykułu kodeksu karnego oskarża profesora Żuchowskiego w zniesławienie. Prywatny akt oskarżenia wygląda na jakąś kompletną bzdurę. Artykuł 54 Konstytucji zapewnia przecież wolność wyrażania swoich poglądów, a profesor korzystając z chwytu retorycznego delikatnie obszedł się z wulgarną profesorką. Tak się wydaje, żyjemy jednak w Polsce, do której powoli wkracza kaganiec poprawności politycznej, a ta ma zastraszyć wyrokami inaczej myślących. Profesor Iwasiów przed sądem konstruuje zdumiewające androny. Uważa, że musiała krzyczeć „j…ć” i „wy…….ać”, bo inaczej już było i nie przyniosło to spodziewanego efektu. Idąc jej tokiem rozumowania, jeśli wulgaryzmy nie przyniosą efektu być może zacznie usprawiedliwiać terroryzm, bo przecież „j…ć” i „wy…….ać” okazały się za słabe.
Poza tym Iwasiów włącza kompletnie bezsensownie feministyczną histerię. „Sprzeciw profesora Żuchowskiego z całą pewnością ma charakter paternalistyczny. Opiera się na poczuciu posiadania władzy” – mówi i dodaje „Mechanizm jaki został zastosowany przez profesora Żuchowskiego, jest stary jak świat. Mężczyźni nie tylko objaśniają nam świat, ale też zwalczają kobiety, które nie chcą słuchać ich tyrad przestrzegać narzuconych zasad”. Sprawiedliwie przyznać trzeba, że te słowa to kompletne bzdury. Płeć nie ma tu nic do rzeczy. Gdyby facet-profesor wykrzykiwał takie słowa, to przecież byłoby to to samo chamstwo z sferze publicznej.
Co na to profesor Żuchowski? „Oskarżenie to nieuzasadniona reakcja na mój protest, która ma spowodować zastraszenie innych, żeby nie występowali w obronie przyzwoitości i poprawności języka polskiego”. Trudno się z tą wypowiedzią nie zgodzić. Słowo klucz w tej wypowiedzi to „zastraszenie”. Sędzia Karolina Świderska 15 czerwca skazuje jednak profesora Żuchowskiego na grzywnę 5 tysięcy złotych, 2 tysiące na feministyczne stowarzyszenie i publiczne przeprosiny. W ustnym uzasadnieniu mówi: „W ocenie sądu doszło niewątpliwie do przekroczenia przez oskarżonego granic krytyki wypowiedzi, albowiem wypowiedź oskarżonego była nacechowana złośliwością i w ocenie sądu miała na celu obrażenie Ingi Iwasiów”. Zaraz, zaraz. Zatrzymajmy się tu, załóżmy, że wypowiedź profesora była złośliwa, choć ja tu żadnej złośliwości nie widzę, czy to znaczy, że za złośliwe wypowiedzi możemy zostać skazani w procesie karnym? Werbalna złośliwość jest przestępstwem? Jeśli tak to wkrótce trzeba będzie wsadzić większość Polaków. Poza tym co znaczy „w ocenie sądu wypowiedź miała na celu obrażenie”?
Na jakiej podstawie sąd przypisuje winę? Przecież to czysto subiektywne. Na tej zasadzie powiedzenie komuś „dzień dobry” może zostać uznane przez sąd za obrażające, bo mówiący nie wykazał entuzjazmu? Czyli to nie „j…ć” i „wy…….ać” jest piętnowane przez sąd i uwłacza etosowi profesorskiemu, tylko krytyka takich słów? Ciekawa sprawiedliwość. Ten nieprawomocny wyrok to niestety pewna potęgująca się tendencja. Odbiera się nam wolności myślenia i wypowiadania ocen. Mamy akceptować chamstwo, jeśli służy ono określonej ideologii. Bo ten wyrok nie ma nic wspólnego z prawem. Ma zastraszyć naukowców, dziennikarzy, publicystów. Ten wyrok to ideologia, nie prawo.

Rosyjskie słowa i czołgi idą w parze – WOŁODYMYR SYDORENKO o języku jako broni

Jeśli Rosjanin mówił po rosyjsku, przedstawiano to jako przejaw patriotyzmu, a jeśli Ukrainiec mówił po ukraińsku, interpretowano to jako nazizm, z którym trzeba walczyć.

Słowo „Ukraina” pochodzi z tak zwanej Kroniki Ipatiewa z 1187 roku. Ale nawet teraz, w XXI wieku, rosyjscy prezydenci, obecny – Władimir Putin i były – Dmitrij Miedwiediew, w swoich artykułach próbują twierdzić, że język ukraiński nie istniał, nie istnieje i nie będzie go w przyszłości. Marszałek okupującego krymskiego parlamentu Wołodymyr Konstantinow w niedawnym artykule dokonał „historycznego” odkrycia, stwierdzając, że: „Słowo >Ukraina< jest obce, wprowadzone przez Polaków i trzeba je wyeliminować…” Rosja, zdaniem marszałka, wyznaczyła kurs, aby całkowicie wyeliminować Ukrainę jako państwo. Pierwszym krokiem ma być walka z językiem ukraińskim. Po zajęciu Krymu w 2014 roku rosyjska administracja okupacyjna wprowadziła język rosyjski we wszystkich szkołach i uniwersytetach. Po czasowej okupacji Mariupola, Berdiańska i Melitopola w 2020 r. administracja okupacyjna przede wszystkim skonfiskowała ukraińskie książki z bibliotek, zakazała nauczania w języku ukraińskim, a nawet zmuszała mieszkańców do mówienia po rosyjsku na ulicach. Idą więc parami – rosyjski język, rosyjskie pistolety maszynowe i czołgi.

Prześladowania języka ukraińskiego rozpoczęły się już kilka wieków temu. W 1458 r. Moskwa arbitralnie zajęła metropolię kijowską i zakazała kultu w języku ukraińskim. Kilkadziesiąt lat później księgi ukraińskie były gromadzone w kościołach i zastępowane moskiewskimi. Łącznie w XVI i XX wieku powstało ponad 300 ustaw zakazujących języka ukraińskiego, ukraińskich książek, ukraińskiej literatury obywatelskiej i religijnej oraz nauki języka w szkołach i na uniwersytetach. Jednocześnie rosyjscy urzędnicy wszędzie powtarzają stwierdzenie, że „język jest duszą ludu”, ale tylko w odniesieniu do języka rosyjskiego, zapominając, że dla każdego narodu jego język jest duszą i najcenniejszym skarbem.

Po okresie rusyfikacji Ukraina w czasach ZSRR, gdy państwo to ogłosiło niepodległość, rozpoczęło proces derusyfikacji wszystkich dziedzin swojego życia, zwłaszcza edukacji, nauki, dokumentacji i komunikacji biznesowej. W Rosji proces ten traktowany był jako rusofobia. Szowinistyczna administracja rosyjska uznawała aspiracje Ukraińców do języka ukraińskiego jako nazizm, a nawet pretekst do wojny. Doszło do paradoksalnej sytuacji: jeśli Rosjanin mówił po rosyjsku, przedstawiano to jako przejaw patriotyzmu, a jeśli Ukrainiec mówił po ukraińsku, interpretowano to jako nazizm, z którym nawet trzeba walczyć militarnie.

Tak więc dla okupacyjnych administracji Krymu, Donbasu i innych regionów Ukrainy walka o język rosyjski stałą się zarówno pretekstem do wojny, jak i rodzajem broni w walce z językiem ukraińskim i państwem ukraińskim.

Jednocześnie ani rosyjska nauka, ani biurokracja nigdy nie zagłębiły się w znaczenie i treść rzeczywistych procesów językowych, nie rozumiały praw rozwoju języka. Ucierpiały na tym wszystkie języki republik ZSRR, w tym rosyjski. Stąd w historii znane są przejawy walki urzędników rosyjskich o tak zwaną „czystość języka rosyjskiego”. Faktem jest, że rosyjski jest prawdopodobnie najmłodszym językiem w przestrzeni euroazjatyckiej. W czasie, gdy ukraiński pisarz Iwan Kotlarewski pisał Eneidę (pierwsze części ukazały się w 1798 r.), Aleksander Puszkin jeszcze się nie urodził. Obecny słownik języka ukraińskiego ma prawie dwa razy więcej słów niż słownik języka rosyjskiego. Prawdziwymi twórcami języka rosyjskiego w XVIII – XIX wieku byli Aleksander Puszkin, Michaił Łomonosow i autor słownika Władimir Dahl, który dostosował angielskie, niemieckie, francuskie, hiszpańskie, włoskie i inne słowa do  norm słowotwórczych. W ten sposób okazało się, że w języku rosyjskim większość słów zapożyczono z języków europejskich.

Co zaskakujące, rosyjscy urzędnicy, nie zdając sobie sprawy, że proces rozwoju każdego języka jest procesem pożyczania nowych słów zgodnie z rozwojem praktyki i wzajemnej komunikacji narodów, rozpoczęli już kilka etapów walki „przeciw zaśmiecaniu języka rosyjskiego obcymi słowami”. W XVIII – XIX wieku kontynuowano kilka kampanii „oczyszczenia języka”. To było śmieszne – zaproponowali zastąpienie obcych słów dziwnymi tworami, jakby z rosyjskich wyrazów. Tak sugerowali mówienie nie „kalosze”, ale „mokre stopy”, nie „bilard”  ale „szarotik”, nie „chodnik” ale „bieżnia”, nie „wielkość” ale „splendor”,  nie „piękno” ale „lepota”. Ale nowe, sztuczne słowa nie zakorzeniły się, zwyciężyła praktyka.

Podobnie marszałek podległego Rosji krymskiego parlamentu Wołodymyr Konstantinow przeprowadził kilka kampanii przeciwko obcym słowom. Jednocześnie jednak sam nie dostrzega paradoksu, że sam używa wielu obcych w języku rosyjskim słów. Okazuje się, że jego walka nie ma większego sensu…

 

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarskie palmy pierwszeństwa poprawności politycznej. Przykłady i przypadki

 

Wracając z Izmiru ze zjazdu Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), zapadłem w samolocie w głęboki sen. Kiedy się obudziłem zdałem sobie sprawę, że następny kongres EFJ może się już nie odbyć, bo europejskiemu dziennikarstwu grozi bagno poprawności politycznej. Obym się mylił, ale po pandemii, wobec inwazji rosyjskiej na Ukrainę i pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego spowodowanego przez Moskwę, największym zagrożeniem społecznym jest paraliż rzetelnego dziennikarstwa przez propagandę Kremla i zachodnich przyjaciół Putina. A to realne zagrożenie.

EFJ skupia 73 organizacje i związki zawodowe dziennikarzy z 45 krajów. To, jak podaje Federacja, ponad 320 tys. dziennikarzy ze Starego Kontynentu oraz Turcji, która była gospodarzem tegorocznego zjazdu. Do Izmiru dotarło ponad 50 delegatów i mniej więcej także 50 obserwatorów. Byli też reprezentanci biura EFJ z Brukseli i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (International Federation of Journalists – IFJ) oraz liczne grono tureckich dziennikarzy a także organizatorzy zjazdu z Izmiru.

Tyle statystyki, czas teraz wytłumaczyć, dlaczego dziennikarzom podczas takich kongresów i nie tylko, w takich federacjach jak EFJ – wybaczcie pospolite określenie – odbija palma. Palma politycznej poprawności.

EFJ, SDP i prawa wyborcze

Z Polski było na kongresie dwóch delegatów: piszący te słowa z największej polskiej organizacji branżowej, czyli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich liczącej wg. danych EFJ 2,8 tys. osób oraz będący jeszcze kilka lat temu prominentnym działaczem SDP Krzysztof Bobiński reprezentujący Towarzystwo Dziennikarskie powstałe na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku i liczące wg. danych EFJ 100 osób. W trakcie zjazdu dotarło upoważnienie dla Krzysztofa Bobińskiego do głosowania w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będącego spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów EFJ liczy 350 osób.

Polskie organizacje dziennikarskie dostały w sumie 5 mandatów uprawniających do głosowania, m.in. w wyborach nowych władz. Skomplikowany system elekcji wymusza jednak podział przyznanych głosów pomiędzy trzy reprezentowane na zjeździe polskie grupy.

Za mało, za dużo

W statucie napisane jest, że 2 mandaty dostaje organizacja członkowska EFJ, która liczy ponad 600 osób. Dolnej granicy przyznania jednego głosu zatem nie określono i to była szansa dla małych stowarzyszeń dziennikarskich. Skorzystały z niej dwie polskie organizacje, bo, mimo że razem mają ok. 450 członków, to – ich zdaniem – powinny dostać po jednym mandacie. Tyle tylko, że SDP mając 2,8 tys. członków powinno dostać 4 mandaty, bo tyle przysługuje organizacjom zrzeszonym w EFJ mającym w swoich szeregach ponad 2,4 tys. osób.

Dla porównania: Albanii, której jedyny reprezentant na zjeździe – stowarzyszenie dziennikarskie APJA liczy 220 członków, przyznano 2 głosy a, także jedynemu krajowemu przedstawicielowi, belgijskiej unii dziennikarskiej AGJPB mającej ponad 3,1 tys. członków przysługiwało 5 mandatów. Dysproporcja? Moim zdaniem, to wykrzywienie zasad demokratycznych procedur nacechowane wspieraniem tzw. słabszych, którzy czasem po prostu nie muszą się starać. Ale sprawiedliwość niewiele ma wspólnego z polityką, a przecież nawet dziennikarze z przedpotopowej definicji „apolityczni”, co we współczesnym świecie jest bzdurą, jakąś „politykę” muszą prowadzić w swoich organizacjach, na przykład choćby nawet chłodne, ale kontakty z władzami.

Wspólnie albo wcale?

Prawda zaś jest taka, że Polsce i wielu innym delegacjom krajowym przyznano za mało mandatów, a niektórym dano ich za dużo. To już wina luk prawnych w regulaminie i ustępujących władz. W sumie wielu delegatów szło na kompromis, bo połową karty mandatu głosować nie można. Organizacjom z Polski usiłowały pomóc ustępujące władze EFJ próbując orzekać, ile mandatów może dostać każdy z trzech krajowych członków – padła propozycja, że 4 dla SDP i 1 dla TD, inny przedstawiciel EPJ był za 6 mandatami dla naszego kraju powołując się na arytmetyczną logikę… Na uwagę, że Polsce przysługuje tylko 5 głosów, nic już nie powiedział.

Obrady się przeciągały a turecki upał na zewnątrz przekroczył 35 stopni Celsjusza. Plus wilgotność. Aby nie wracać z udarem słonecznym ustaliliśmy wspólnie z roboczym                 i nieformalnym międzynarodowym gremium „rozjemczo-negocjacyjnym”, że polskie głosy podzielimy następująco: SDP – 3, TD -1, SDRP -1. Na podobne kompromisy poszły inne krajowe organizacje. Ale nie jest to zadowalające rozwiązanie. W przyszłym statucie EFJ trzeba precyzyjnie zapisać zasady głosowania, aby to takich nonsensów nie dopuścić, bo kompromis jest może szlachetny, ale to jednak tylko kompromis.

Izmirska gorączka politycznej poprawności narastała, bo ustępujące władze EFJ, aby nie łamać politycznej poprawności, postanowiły, że głosować się będzie krajami, czyli karty do głosowania, jeśli w danym państwie jest więcej niż jedna organizacja, dostawały na przykład dwa czy trzy stowarzyszenia i przy stoliku komisji wyborczej je dzieliły a dopiero potem reprezentanci szli głosować i wrzucać karty do urny. Jeden bez drugiego nie mógł się ruszyć, chociaż ich mandaty przypisane były do różnych grup dziennikarzy. Obłęd? Nie, polityka europejskiej „równości” i poprawności wzorowana głównie na unijnych zasadach wypracowanych przez lata w Brukseli.

Chorwacka siła i zachodni opór

Delegaci zdecydowali, że następcą przewodniczącego EFJ, którym przez 9 lat był Duńczyk Mogens Blicher Bjerregård, przez najbliższe trzy lata będzie dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever reprezentująca swoją krajową unię medialną (TUCJ).  W Izmirze wybrano także zastępcę szefowej federacji. Został nim turecki dziennikarz Mustafa Kuleli (TGS).

Wydawałoby się, że EFJ stawia na nowe części Europy i Turcję, ale skład siedmioosobowego Komitetu Sterującego (Wykonawczego) Europejskiej Federacji Dziennikarskiej zdaje się temu przeczyć. Chorwatce i Turkowi we władzach największej organizacji dziennikarskiej na Starym Kontynencie towarzyszyć będą głównie przedstawiciele zachodnich stowarzyszeń medialnych: Andrea Roth (DJV) z Niemiec, Anna Del Freo (FNSI) z Włoch, Marta Barcenilla (CCOO) z Hiszpanii, Pablo Aiquel (SNJ-CGT) z Francji, Allan Boye Thulstrup (DJ) z Danii, Martine Simonis (AJP) z Belgii oraz reprezentujący Wielką Brytanię Tim Dawson (NUJ). I to ta siódemka stanowi większość.

Wybór tak ogromnej reprezentacji Zachodu do władz EFJ i faktyczna dominacja we władzach federacji mogą po prostu oznaczać – znowu to napiszę: oby nie – utrzymanie starego kursu, czyli de facto lawirowanie pomiędzy Unią Europejską a stowarzyszeniami z państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej, które dopiero od kilkunastu lat są w stanie wybierać swoje delegacje na zjazdy i kongresy.

Z kronikarskiego obowiązku – nie wybrano m.in. kandydatów z Polski i Ukrainy, choć przedstawicielowi naszych wschodnich sąsiadów Sergiejowi Tomilenko (NUJU) zabrakło tylko kilku głosów, aby być we władzach. Teraz jest pierwszym „rezerwowym”, który w przypadku rezygnacji kogoś z siódemki może wejść w skład Komitetu Sterującego.

Niestety, można spodziewać się, że w obecnych władzach EFJ będzie dominowała narracja podobna do tej w większości instytucji UE, gdzie uważa się, iż od ostatnich wydarzeń na wschodzie kontynentu, od barbarzyńskiej napaści rosyjskich morderców i złodziei na Ukrainę ważniejsze są takie „problemy” jak: kodyfikowanie praw osób LGBT, manipulacyjnie przekazywane „łamanie praworządności” na Węgrzech, w Polsce i innych krajach wschodniej Europy, czy lokalne kłopoty medialne niektórych państw. Marginalizuje się natomiast –  wskazywane na izmirskim kongresie EFJ – przypadki autentycznej cenzury i łamania wolności słowa m.in. we Francji Niemczech, Holandii, w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii oraz na Bałkanach a nawet w Szwajcarii.

Czy za trzy lata, po kadencji tych władz, Europejska Federacja Dziennikarska będzie tak bliska mediom Starego Kontynentu jak Turcja, ogromna jak Chorwacja, empatyczna dla wszystkich narodów jak Niemcy i Francja, wyrozumiała jak Włochy i Hiszpania i skromna jak Wielka Brytania, Belgia i Dania razem wzięte? Tego nie wiem, zatem ośmieliłem się nieco ironicznie o to zapytać.

A może w 2025 roku, na kolejnym zjeździe wyborczym – tu już bez ironii – EFJ będzie tak dalekowzroczna jak teraz m.in. dwie delegacje ukraińskie (IMTUU, NUJU) oraz reprezentanci Litwy (LJU) i Polski (SDP)? Tego też nie wiem, ale warto próbować.

Co do tytułowych porównań. Palmy dobrze rosną w Turcji, gorzej przyjmują się w chłodniejszym klimacie. Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne.

 

WALTER ALTERMANN: Organizacje ekologiczne, czyli byty teoretycznie obywatelskie

Czytam, że jakieś światowe organizacje obrońców czystości ziemi, wody i powietrza uważnie przypatrują się gazociągowi Baltic Pipe, przez który ma być tłoczony norweski gaz do Polski. I już szykują się do protestów. Zresztą, na świecie organizacje proekologiczne są znane i działają od lat siedemdziesiątych XX wieku, w Polsce zadomowiły się na dobre po zmianie ustroju w latach dziewięćdziesiątych.

Właściwie powinienem przyklasnąć ideologii obrońców Ziemi bez mrugnięcia okiem, bo tak jak oni chcę oddychać czystym powietrzem, tak jak ich, martwi mnie zatruwanie wód lądowych i oceanów, wpadam też w depresję na widok kolejnego kawałka Ziemi, którą ktoś dla zysku zabetonował. Czyli mógłbym poprzeć ich bez chwili zastanowienia. Ale… nie mogę być bezkrytyczny. Zresztą „krytykanctwo” jest moją naturą. A szukanie dziury w całym pasjonującym zajęciem.

                                                              Doktrynerzy

Podejrzewam, że „ekologom” tak bardzo zależy na środowisku naturalnym człowieka, że będą o środowisko walczyć do ostatniego człowieka. I zrobią to bez chwili wahania, bo w istocie te ruchy stały się twórcami i propagatorami niezwykle agresywnej doktryny. A członkowie tych grup stali się bardzo podobni do wyznawców Państwa Islamskiego, lub nawet zwolenników Pol Pota. Różnice w doktrynach są jedynie literackie, ale duch, zaciekłość i bezwzględność równe sobie.

Nie rozumiem, jak w czasie wojny, najazdu Rosji, wobec rosyjskich gróźb ataku na inne państwa, kiedy świat wprowadza embargo na rosyjską ropę i putinowski gaz, jak w tym momencie może przyjść komuś do głowy, żeby protestować przeciwko gazociągowi Balitc Pipe.

Czy ci aktywiści nie rozumieją, że bez tych instalacji ogromna część Polski może zamarznąć? Naprawdę nie rozumieją, że Polska chce kupować norweski gaz dla ochrony życia swych obywateli? I dlaczego nie protestowali przeciw gazociągom Nord Stream I i II?

Albo dlaczego nie protestują przeciwko rosyjskiej agresji? Przecież Ziemia na Ukrainie jest rozjeżdżana czołgami i innymi wojskowymi pojazdami. Przecież codziennie tony pocisków wybuchają na ziemi i w powietrzu. A tony ropy naftowej i benzyny, które armia agresora spala? Przecież wybuch każdego pocisku spala ogromne ilości tlenu i zatruwa atmosferę, ziemię i wodę tonami toksycznych substancji. Dlaczego ekolodzy nie protestują przeciwko tym skutkom wojny?

                                                  Protesty w czyim interesie

Gdybym był naiwny, uwierzyłbym, że to tylko szalona nadgorliwość obrońców Ziemi pcha ich do takich bezrozumnych działań. Ale nie jestem tak zupełnie ograniczony. Podejrzewam bowiem, że te ruchy są inspirowane nie tylko szaleństwem, ale być może również – choć nie mam twardych dowodów – przez Rosję. Przy czym, to teoretycznie można by sprawdzić, jeśli tylko państwa Europy by chciały.

Oczywiście nie odbywa się to tak, że ambasador Federacji Rosyjskiej, w paryskiej czy hiszpańskiej kawiarni wręcza jakiemuś ekologowi, pod stolikiem, grubą kopertę. Sposoby są znacznie bardziej wyrafinowane. Rosja – inne państwa także – chcąc mieć wpływ na opinię publiczną w jakimś kraju, wspierają określone, zaprzyjaźnione lub agenturalne stowarzyszenia, fundacje lub ruchy obywatelskie. Te z kolei wspierają inne grupy, tamte jeszcze inne, aż wreszcie pieniądze trafiają do właściwych rąk. To jest taki łańcuszek złej woli i intryg.

Czy to da się sprawdzić? W dużej mierze tak, ale potrzebna byłaby dobra wola organów ścigania kilku, lub nawet kilkunastu państw. Ale nikt nie zamierza robić w tej sprawie śledztwa na wielką skalę, gdy u bram Unii Europejskiej jest wojna, gdy poważnym zagrożeniem są terroryści islamscy, gdy nadal trwa napór uchodźców ekonomicznych z Azji i Afryki.

Z cała pewnością to Rosji zależy na robieniu szumu i złej atmosfery wokół Baltic Pipe. Tylko nikt tego nie będzie sprawdzał. Jak to się skończy? Zapewne jak zawsze. Ekolodzy zostaną kupieni i trochę się uspokoją, inaczej mówiąc zamkną się. Zupełnie tak, jak bywało w wielu miastach Polski jeszcze kilkanaście lat temu i jak dzieje się nadal. O tym poniżej.

                                          Dwa stowarzyszenia a jeden duch

Gdy pod koniec XX wieku zaczęły masowo powstawać w Polsce zagraniczne inwestycje w handlu, transporcie i przemyśle, urosły też w siłę grupy rodzimych ekologów.

I gdy, na przykład  jakaś sieć handlowa chciała – powiedzmy dla przykładu w mojej  Łodzi –  postawić duży supermarket, natychmiast na miejscu dopiero co rozpoczętej budowy pojawiała się grupa ekologów, nazwijmy ją grupą „A”. Przewodził jej prezes stowarzyszenia, pan „B”. Facet był niepozorny, nie rzucał się w oczy, w szarym paletku, w kapeluszu i zawsze ze skórzaną teczką, jaką dawniej nosili urzędnicy niższej kategorii. Protestujący mieli transparenty, kartony z odpowiednimi hasłami, mieli też przenośne megafony – i robili duży hałas. Pan prezes „B” okrzyków nie wznosił, stał nieco z boku i obserwował.

Gdy w tym samym czasie, w innej części Łodzi, jakiś zachodni koncern przystępował do budowy zakładu wytwarzającego jakieś urządzenia, to i tam pojawiała się grupa ekologów, protestująca przeciw niszczeniu środowiska, dewastacji i skażeniu. Tej grupie, nazwijmy ją „B”, przewodził dyskretnie pan prezes „A”.

W finale zadymy ekologicznej, zmęczone firmy inwestorskie, chcąc uniknąć długotrwałych procesów, odwołań, apelacji i kasacji, płaciły spore sumy i sprawa się kończyła. Ale sedno sprawy, którą opowiadam, jest inne. Otóż firmy zachodnie płaciły krzyżowo, czyli tak: Firma budująca hipermarket, oprotestowany przez ekologiczną grupę „A”, wpłacał sporą sumę ma konto grupy „B”. Natomiast firma budująca halę fabryczną, oprotestowywana przez grupę „B”, płaciła grupie „A”.

Kluczem do sukcesu obu grup ekologów był fakt, że w grupie „A” prezesem był pan „B”, a pan „A” wiceprezesem. Natomiast w grupie „B” prezesem był pan „A”, a pan „B” wiceprezesem. W sumie przekręt był czysty, z punktu widzenia prawa. Moralne to nie było, ale moralność jest abstrakcją, a pieniądze są realne.

A jak pieniądze z firm, które chciały mieć spokój, trafiały do obu prezesów/wiceprezesów? W bardzo prosty i też zgodny z prawem. Otóż fundacje i stowarzyszenia mogą zatrudniać pracowników, zlecać osobom trzecim opracowywanie dokumentów, opłacać lokale, itp.

W następnym felietonie pozwolę sobie opisać wielce oryginalną działalność kilku polskich fundacji. Naprawdę potrafimy.

Dziennikarz z konieczności – MYKOŁA SEMENA o tym jak na Krymie narodziło się dziennikarstwo obywatelskie

Dziennikarstwo obywatelskie na Krymie jest zjawiskiem podziwianym przez dziennikarzy i obrońców praw człowieka z całego świata, ale narażonym na surowe represje ze strony Rosji.

W lutym 2014 r. na Krymie pojawili się uzbrojeni mężczyźni w mundurach, zajmując budynki Rady Najwyższej i rządu Krymu, lotnisko Symferopol, prom Kercz i inne obiekty strategiczne, blokując działania wojsk ukraińskich. Władze rosyjskie początkowo odmówiły uznania, że ​​ci uzbrojeni ludzie byli członkami armii rosyjskiej. Prezydent Rosji Władimir Putin przyznał później, że to rosyjska armia.

16 marca 2014 r. na Krymie i Sewastopolu odbyło się nieuznane „referendum” w sprawie statusu półwyspu, w wyniku którego Rosja włączyła Krym do swojego terytorium. Ani Ukraina, ani ONZ, ani Unia Europejska, ani Stany Zjednoczone nie uznały „referendum” za legalne. 18 marca prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił „przystąpienie” Krymu do Rosji. I od tego czasu rozpoczęły się prześladowania działaczy i dziennikarzy.

Z Krymu wydaleni zostali redaktorzy i dziennikarze niezależnych i międzynarodowych mediów. Władze na nowo przeprowadziły akredytację dziennikarzy odmawiając wszystkim reprezentującym niezależne media międzynarodowe lub ukraińskie. Od lata 2014 roku wobec wielu niezależnych dziennikarzy, działaczy obywatelskich i działaczy ruchu narodowego Tatarów Krymskich wszczęto postępowania karne i administracyjne. Aresztowano m.in. blogera, dziennikarza obywatelskiego Narimana Memedeminova, koordynatora Solidarności Krymskiej Servera Mustafayeva, dziennikarzy obywatelskich Remzi Bekirova, Osmana Arifmetetova i Rustema Sheikhalieva. Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy uznał aresztowania dziennikarzy za próbę zablokowania przez władze rosyjskie niezależnego kanału komunikacji między Krymem a Ukrainą, między Krymem a światem.

Czym jest dziennikarstwo obywatelskie?

Kiedy wszyscy zawodowi dziennikarze zostali wydaleni z Krymu lub skazani informacje o życiu na półwyspie były dostępne dla redakcji w Kijowie i krajach europejskich dzięki „wycieczkom” dziennikarzy na Krym. Oficjalnie były to bowiem „wyjazdy do krewnych” lub „wyjazdy do kurortu w celach rekreacyjnych” itp. W rzeczywistości dziennikarze mogli w ten sposób zbierać informacje o życiu na Krymie. Jednak władze rosyjskie szybko zdemaskowały ten manewr i dziennikarzom po prostu zabroniono wjazdu na Krym. Na przykład dziennikarz Taras Ibragimov, który często publikował informacje o sądach krymskich, wywiady z aktywistami i materiały analityczne, otrzymał zakaz wjazdu na wiele lat.

Ale życie na Krymie toczyło się dalej, a rosyjska administracja kontynuowała nielegalne przeszukania, aresztowania, niesprawiedliwe procesy i fałszywe oskarżenia przeciwko działaczom. Jak w takiej sytuacji informować społeczeństwo?

Znaleziono wyjście. Zwykli ludzie, koledzy i przyjaciele ofiar chwytali za smartfony i nagrywali filmy z przeszukań i aresztowań, rozpraw sądowych oraz masowych protestów organizowanych przez mieszkańców Krymu. Filmy te były często emitowane w mediach społecznościowych, były pokazywane w kanałach telewizyjnych i portalach internetowych. Zjawisko to stało się powszechne. Osoby, które nagrywały te filmy, nazywano dziennikarzami obywatelskimi, a z ich usług korzystały powszechnie prawie wszystkie redakcje, gdyż nie można było w inny sposób uzyskać informacji z Krymu.

Wtedy administracja okupacyjna zaczęła prześladować dziennikarzy obywatelskich. Zatrzymywano, konfiskowano materiały filmowe, stawiano fałszywe oskarżenie o zakłócanie porządku, aresztowano i osądzano. Wyroki były bezlitosne – dziennikarzy obywatelskich oskarżano o terroryzm, ekstremizm, przygotowania do przejęcia władzy w Rosji i skazywano na więzienie, nawet na  5 – 15 lat. Obecnie w rosyjskich więzieniach przebywa 11 obywateli Krymu, którzy zostali zatrzymani za nagrywanie na wideo nielegalnych działań administracji okupacyjnej.

Zjawisko masowe

Kilka tygodni temu na Krymie pojawiła się sprawa przeciwko dziennikarzowi obywatelskiemu Sererowi Bekirowowi. Jest technikiem dentystycznym, absolwentem Krymskiego Państwowego Uniwersytetu Medycznego, od kilku lat świadczy usługi stomatologiczne. Jako bloger publikował najświeższe informacje w mediach społecznościowych. Przyszły do ​​niego rosyjskie siły bezpieczeństwa, przeszukały go i oskarżyły o „publiczne nawoływania do działań terrorystycznych, publiczne usprawiedliwianie terroryzmu i propagandę terroryzmu za pomocą Internetu”. Wcześniej na Krymie aresztowano i skazano na podstawie podobnych zarzutów aktywistę krymskotatarskiego, dziennikarza obywatela Krymu Narimana Memedeminova.

26-letni Aziz Azizov został zatrzymany 18 lutego, kiedy prowadził transmisję z sądu w Bakczysaraju, z procesu delegata Kurułtaju Tatarów Krymskich Edema Dudakowa. Łącznie rosyjskie siły bezpieczeństwa zatrzymały 15 osób oskarżonych o naruszanie porządku publicznego i nieprzestrzeganie ograniczeń kwarantanny.

„Próby transmisji przebiegu procesów, w tym zatrzymania rosyjskich funkcjonariuszy organów ścigania, służą interesowi publicznemu i sprawie walki o prawa człowieka” – powiedział Serhij Tomilenko, przewodniczący Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy. Ogólnie rzecz biorąc, dziennikarstwo obywatelskie na Krymie jest zjawiskiem podziwianym przez dziennikarzy i obrońców praw człowieka z całego świata, ale narażonym na surowe represje w Rosji. NSJU wzywa do zwiększenia presji międzynarodowej na Rosję, aby uwolniła dziesięciu dziennikarzy skazanych na wieloletnie więzienie.

To jest wojna przeciwko dziennikarzom, przeciwko prawdzie

We wszystkich przypadkach funkcjonariusze władz okupacyjnych zachowują się brutalnie podczas rewizji i aresztowań, grożą bronią, używają siły, obrażają wszystkich w domu, ignorują małe dzieci, zabierają dokumenty, pieniądze i rzeczy osobiste, nie zostawiają kopii protokołów ani innych dokumentów. Przedstawiciel prezydenta Ukrainy na Krymie Tamila Tasheva na briefingu w Media Center of Ukraine powiedziała, że „13 dziennikarzy krymskich zostało uwięzionych przez Rosję po zdobyciu i aneksji Krymu w 2014 roku. Później, 16 innych cywilów zajmujących się dziennikarstwem obywatelskim, głównym źródłem informacji o wydarzeniach na Krymie po delegalizacji niezależnych mediów, zostało uwięzionych przez rosyjskich okupantów w celu >oczyszczenia pola informacyjnego<”.

Dziennikarze obywatelscy, jak mówi Tamila Tasheva, to ludzie, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z dziennikarstwem ani działalnością zawodową. To bardzo często byli prawnicy, pracownicy usług, którzy po prostu brali w dłonie telefony i filmowali to, co dzieje się na Krymie.

Tamila Tasheva powiedziała, że ​​wśród uwięzionych dziennikarzy cywilnych była pielęgniarka z Teodozji Irina Danilovich, jedyna kobieta prześladowana za działalność dziennikarską na Krymie.

Taszewa ostrzegła, że ​​rosyjskie metody prześladowania dziennikarzy w celu kontrolowania informacji, które Rosja wykorzystuje na Krymie od 2014 roku, rosyjscy okupanci teraz stosują w miastach i wsiach Ukrainy po inwazji na ten kraj.

Pod koniec ubiegłego roku w Symferopolu Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy zorganizował wystawę fotograficzną o życiu i pracy dziennikarzy obywatelskich na Krymie. Wystawa była zbiorem ponad 40 fotografii dziesięciu uwięzionych dziennikarzy Tatarów Krymskich, członków ich rodzin oraz uwięzionego dziennikarza krymskiego, wolnego strzelca Radia Liberty Vladislav Yesipenko. „Ci, których widzisz na tych zdjęciach, wciąż są w więzieniu, ale wiedzą, że ich rodziny są z nimi, a my robimy wszystko, aby przybliżyć dzień ich uwolnienia i aby mogli stale czuć nasze wsparcie” – powiedział na otwarcie wystawy Serhij Tomilenko.

Według analityków ruch dziennikarstwa obywatelskiego, podobny do tego, który powstał na Krymie, pojawia się w warunkach zniszczenia wolności słowa i zgromadzeń, gdy zawodowi dziennikarze zmuszeni są do milczenia. Społeczeństwo przekazuje następnie te uprawnienia dziennikarzom obywatelskim. Jednocześnie, jak zauważył dziennikarz, zjawisko dziennikarzy obywatelskich Krymu różni się od innych podobnych procesów na świecie. Dziennikarstwo obywatelskie na Krymie mogło zaistnieć dzięki temu, że podczas na Krymie, gdy znajdował się on pod jurysdykcją Ukrainy w latach 1991-2014, dziennikarze pracowali w warunkach wolności słowa, a społeczeństwo domagało się informacji o wszystkim, co się wokół niego dzieje. Ponadto dziennikarstwo obywatelskie na Krymie charakteryzuje się tradycjami Tatarów Krymskich, które zrodziły się w latach deportacji. To znaczy wspierania się nawzajem, masowe gromadzenie się w celu monitorowania sądów lub innych spraw publicznych.

Według Mumine Saliyeva, jednej z kuratorek wystawy, żony uwięzionego dziennikarza obywatelskiego Seyrana Saliyeva, rok 2014 był początkiem rozwoju dziennikarstwa obywatelskiego na Krymie. Krymscy dziennikarze obywatelscy opisują aresztowania przez rosyjskich sił bezpieczeństwa, przesłuchania „sądowe” i nadal przesyłają prawdziwe informacje nawet z więzienia.

Jak zauważył wówczas przedstawiciel prezydenta Ukrainy Anton Korynewycz, władze rosyjskie zrobiły wszystko, aby wolność słowa na półwyspie była niemożliwa. W tej sytuacji trudno przecenić znaczenie dziennikarstwa obywatelskiego.

Khalide Bekirova, żona dziennikarza obywatelskiego i więźnia politycznego Krymu Ramzi Bekirova, powiedziała, że ​​jej mąż, z zawodu historyk, musiał zmienić zawód po 2014 roku i zostać dziennikarzem. Nagrywał rewizje, rozprawy „sądowe”, prowadził transmisje. Początkowo był aresztowany, a ostatecznie wraz z 24 innymi dziennikarzami obywatelskimi został oskarżony o popełnienie przestępstwa. Chcieli więc zaprzestać relacjonowania. Ale zatrzymanych zostało więcej dziennikarzy obywatelskich. „My, rodziny zatrzymanych dziennikarzy obywatelskich, żyjemy jak w więzieniu pod gołym niebem… Nasze dzieci to nowe pokolenie dorastające w dążeniu do sprawiedliwości. Od pięciu lat myślą o swojej przyszłości w realiach Krymu. Moje dzieci chcą zostać dziennikarzami, tak jak ich ojciec” – stwierdza Bekirova.

Działaczka na rzecz praw człowieka Maria Tomak podkreśliła, że ​​prześladowania dziennikarzy obywatelskich na Krymie wpisują się w ogólny obraz ucisku wolności słowa, jaki panuje w Federacji Rosyjskiej. Dziennikarstwo obywatelskie jest z jednej strony unikalnym zjawiskiem krymskim, z drugiej zaś częścią globalnego trendu, w miejscach gdzie prześladowani są dziennikarze.

Maye Mustafayeva, żona dziennikarza obywatelskiego i więźnia politycznego Servera Mustafayeva, opisała tortury swojego męża w rosyjskich izbach tortur. Zacytowała również, jak powiedział, że nie obawia się, że jego głos cokolwiek zmieni, ale że wielu bało się sprzeciwić systemowi.

Lilya Lyumanova, żona Ameta Sulejmanowa, dziennikarza obywatelskiego przebywającego w areszcie domowym na Krymie, podkreśliła, że ​​więźniami politycznymi są nie tylko sami represjonowani, ale także ich żony, dzieci, rodzice, krewni i przyjaciele – z których każdy doświadczył własnego bólu .

Wołodymyr Prytula, szef projektu Radio Liberty z Krymu Swoboda, powiedział, że około 60 dziennikarzy współpracujących z projektem musiało albo zaprzestać współpracy, albo wyjechać na Ukrainę kontynentalną. Zastąpili ich dziennikarze obywatelscy. „Musimy podkreślić, że dziennikarstwo nie jest przestępstwem, że dziennikarze nie są przestępcami. Są prześladowani na Krymie za wypełnianie swoich obowiązków zawodowych” – powiedział Wołodymyr Prytula.

Według I sekretarz Związku Dziennikarzy Ukrainy Liny Kushch historia dziennikarstwa obywatelskiego na Krymie to „opowieść o wyborze, o tym, że ludzie, którzy nigdy nie pracowali jako dziennikarze, idą sfilmować prawdę. To opowieść o tym, jak dziennikarze obywatelscy dorastali na swoim poziomie zawodowym, o wspieraniu rodzin, o dziennikarskiej solidarności.”

W komentarzu dla dziennikarzy po wystawie dyplomata USA Walter Braunoller podkreślił: „Bardzo ważne jest, aby stale przypominać całemu światu, że Krym to Ukraina. Jest to szczególnie ważne dla rodzin więźniów politycznych. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby uwolnić tych ludzi i sprowadzić ich do domu…”

CEZARY KRYSZTOPA: Czy ukraińscy żołnierze mają pretensje do swoich sierżantów o niewłaściwe zaimki?

Czy ktoś słyszał może o sukcesach frontowych jakiegoś ukraińskiego „homokomando”? A może o pretensjach trans-żołnierzy, że w okopach nie mają do dyspozycji „trzeciej toalety”, albo, że sierżant używa wobec nich „niewłaściwych” zaimków? Nie? Ciekawe dlaczego? Bo to, że pośród walczących, zapewne w jakimś niewielkim stopniu, odpowiadającym ich odsetkowi w społeczeństwie, znajdują się również osoby homoseksualne, to przecież dość prawdopodobne.

Myślę, że dzieje się tak dlatego, że pośród licznych dramatycznych, wstrząsających i smutnych aspektów wojny, jest przynajmniej ten pozytywny, że brutalnie weryfikuje bezużyteczne ideologie i zachowania. Przypomina co jest w życiu ważne. Ludzie skonfrontowani z sytuacjami ostatecznymi, nie tracą czasu na to co wydumane i zbędne i skupiają się na tym co istotne. Na przykład na tym, że nie określa człowieka to co sobie i w co wtyka.

Wojna przypomina

Wojna na Ukrainie przypomina czemu służy wspólnota narodowa. Że nie jest to cepeliowy przeżytek, tylko zespół wspólnych cech, relacji, więzów, kodów historycznych, które wspomagają poczucie zbiorowego interesu, zbiorowych emocji i zbiorowej pamięci, dzięki którym zbiorowość może przetrwać w kształcie, którego sobie życzy, a nie w kształcie, którego życzą sobie inne zbiorowości.

Wojna na Ukrainie przypomina wartość małżeństwa. Ukraińscy żołnierze na przepustkach nie żenią się ze swoimi tosterami, czy sami ze sobą, tylko ze swoimi narzeczonymi. Pewnie naiwnością byłoby sądzić że wszyscy i że od razu się żenią, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że sytuacje z którymi spotykają się na froncie, skłaniają większą część z nich do poszukiwania związków dających pośród chaosu poczucie oparcia.

Wojna na Ukrainie, podobnie jak zapewne każda wojna, konfrontując ludzi ze śmiercią, skłania ich do poszukiwania odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi nie dają korporacyjne automaty z kolorowymi „ideologiami” za 2,50. Bliskość śmierci skłania do poszukiwania transcendencji nawet najbardziej zatwardziałych.

Jest wiele, zbyt wiele dramatycznych, koszmarnych aspektów wojny. Ale ten jest z punktu widzenia kondycji ludzkiej pozytywny.

Oprzytomnienie.