Dziennikarze nie potrzebują korporacji – ŁUKASZA WARZECHY głos w dyskusji

Bywa tak, że z dobrymi intencjami rzucone niewinne życzenie wraca rykoszetem o wadze słonia. W sierpniu opublikowałem na portalu SDP tekst o sprawie „dziennikarki obywatelskiej”, pracującej dla opozycyjnego portalu Video KOD, wyprowadzonej przez policję z demonstracji. Na końcu napisałem, że powinna powstać możliwie szeroka prawna definicja dziennikarza. Kilka tygodni później czytam w programie PiS:

 

   Ze względu na odpowiedzialność i szczególne zaufanie, jakim cieszy się profesja dziennikarza, należałoby również stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu (ustawa o statusie zawodowym dziennikarza). Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywał samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa. Możliwe byłoby wtedy zlikwidowanie art. 212 KK, bo powstałaby gwarancja nienadużywania mechanizmów medialnych w sposób nieetyczny. Ustawa ta nie będzie jednak w żadnym stopniu ograniczać zasady otwartości zawodu dziennikarza.

 

I myślę sobie: „Znowu podpowiedziałem”. Oczywiście nie łudzę się, że istnieje jakiś związek między moim felietonem a fragmentem programu PiS, który wzburzył środowisko – ale jakoś tak dziwnie jest…

 

Przede wszystkim wypada zatem wyjaśnić, że czymś innym jest stworzenie prawnej definicji dziennikarza, która musiałaby być możliwie szeroka, tak aby uwzględniać stałą pracę również dla mediów nowego rodzaju – a czymś zupełnie innym stworzenie obowiązkowego samorządu dziennikarskiego. To pierwsze nie musi za sobą pociągać tego drugiego. To drugie jest pomysłem fatalnym w obecnych okolicznościach, które się przez długi czas raczej nie zmienią.

 

Na temat pomysłu, zawartego w programie PiS, wypowiadało się już kilku polityków patii rządzącej, ale żaden nie powiedział wprost (może też nie został zapytany), że dziennikarski samorząd miałby być obowiązkowy i działać na zasadzie obligatoryjnej korporacji zawodowej. Tak jednak wynika z cytowanego fragmentu: skoro PiS odwołuje się do samorządów prawniczych lub lekarskich, to mają one właśnie taką naturę – są obowiązkowe. Tymczasem sama idea obowiązkowego zrzeszania w korporacje jest fatalna. Tego typu konstrukcja sprzyja powstawaniu klik i patologicznych mechanizmów wewnątrzkorporacyjnych – i dokładnie to obserwujemy w tych profesjach, gdzie samorządy są obowiązkowe.

 

Ponad dziesięć lat temu, w styczniu 2009 roku, obowiązkową przynależność do korporacji zawodowych podważyć próbował śp. Janusz Kochanowski jako rzecznik praw obywatelskich, składając w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Uzasadniał to, sięgając po fundamentalną koncepcję obywatelskiej wolności oraz polską konstytucję. Warto tu przypomnieć niemal w całości wywiad, jaki przeprowadziłem z nim wtedy dla „Faktu”:

 

Dzisiaj składa pan do Trybunału Konstytucyjnego wniosek, w którym kwestionuje pan obowiązek przynależności do korporacji zawodowych, takich jak korporacja adwokacka czy architektów. Dlaczego chce pan podważyć zasadę, która obowiązywała w Polsce od wielu lat?

 

   Czy to, że przez lata trzymano się jakiegoś poglądu, znaczy, że był on zgodny z konstytucją i przede wszystkim słuszny? Przymusowa przynależność do korporacji zawodowych narusza jedną z podstawowych wolności obywatelskich. W swoim eseju „O wolności” John Stuart Mill powiada, że jednym z konstytutywnych jej elementów jest swoboda łączenia się w każdym celu, nieprzynoszącym szkody. Swoboda – ale nie przymus. Z kolei w artykule 20. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka jest napisane, że „każdy człowiek ma prawo spokojnego zgromadzania i stowarzyszania się”, a dalej: „Nikogo nie można zmuszać do należenia do jakiegoś stowarzyszenia”.

 

A co na to nasza konstytucja?

 

   W artykule 17. mówi: „W drodze ustawy można tworzyć samorządy zawodowe, reprezentujące osoby wykonujące zawody zaufania publicznego i sprawujące pieczę nad należytym wykonywaniem tych zawodów w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony”. Uważam – i uzasadniam to w swoim wniosku do TK – że z tego artykułu nie wynika obowiązek zrzeszania się.

 

Ale zwolennicy obowiązku należenia do korporacji właśnie tym przepisem podpierają się najczęściej.

 

   Tylko że konstytucji nie można interpretować wybiórczo, sięgając tylko po te punkty, które nam pasują. Trzeba ją interpretować w kontekście wszystkich jej przepisów, a one mówią o prawie obywateli do swobodnego wyboru i wykonywania zawodu – to artykuł 65. konstytucji; o wolności działalności gospodarczej – artykuł 20; o prawie obywateli do zrzeszania się – artykuły 12., 58. I 59. Prawie, nie obowiązku.

 

Zwolennicy przymusowej przynależności do korporacji wskazują na sformułowanie o sprawowaniu pieczy nad należytym wykonywaniem zawodów i tłumaczą, że tej pieczy nie da się sprawować, jeśli członkostwo w korporacjach nie będzie obowiązkowe. Nie mają racji?

 

   Nie, ponieważ ta piecza ma być wykonywana dla ochrony interesu publicznego i w jego granicach, tymczasem tu mamy do czynienia z ochroną interesu wyłącznie grupowego.

 

Chce pan powiedzieć, że grupy zawodowe bronią jedynie samych siebie? Ich przedstawiciele twierdzą, że działają na korzyść obywateli, bo bronią jakości usług.

 

   Nieprawda. W interesie społecznym jest, aby dane usługi były na jak najwyższym poziomie po możliwie najniższej cenie. Interes korporacyjny jest odwrotny: jak najbardziej ograniczyć dostęp do zawodu, tak aby usługi osiągały maksymalną cenę. Jakość nie jest tu istotna. To dotyczy zwłaszcza usług prawnych. Co gorsza, korporacje, będąc w praktyce poza wszelką kontrolą, zamiast oczyszczać własne szeregi z ludzi niespełniających wymogów danej profesji, bronią za wszelką cenę swoich członków przed odpowiedzialnością dyscyplinarną. Ponadto zamykają dostęp do zawodu. W Polsce na 100 tysięcy mieszkańców mamy 68 adwokatów i radców prawnych. W Hiszpanii – 260, we Włoszech – 225, w Anglii – 200, w Niemczech – 150. Młodzi, kończący studia, bezskutecznie dobijają się do drzwi. Ale cierpią na tym także zwykli ludzie, którzy mają niezwykle utrudniony dostęp do pomocy prawnej, a to z kolei sprzyja naruszaniu kolejnego podstawowego prawa obywatelskiego – do rozpatrzenia sprawy przez sąd w rozsądnym terminie. Korporacje wytwarzają też formy nacisku i presji daleko ostrzejsze niż te, jakie ma do dyspozycji państwo. Państwo w procesie sądowym może skazać przestępcę, który sprzeniewierzył się zasadom wykonywania swojego zawodu, na utratę praw do jego uprawiania najwyżej na 10 lat. Korporacja może pozbawić prawa do wykonywania zawodu dożywotnio i to za coś takiego, jak „uporczywe niepłacenie składek”. Innymi słowy członkowie korporacji każą się utrzymywać, od tego nie ma ucieczki, a jeśli ktoś odmówi – oni sami pozbawią go możliwości zarabiania na chleb. To paragraf 22.

 

Członkowie korporacji zawsze przywołują argument, że jeśli przynależność do nich nie będzie obowiązkowa, to ucierpią zwykli ludzie, bo jakość usług radykalnie spadnie. Niezrzeszeni architekci będą budować walące się domy, lekarze będą stawiać złe diagnozy, a adwokaci nie będą umieli wybronić swoich klientów.

 

   To jest fałszywy argument. Wiadomo doskonale, że jakość tych usług dzisiaj nie jest dobra, a monopol zawsze prowadzi do jej pogorszenia, a nie polepszenia. Proszę zresztą spojrzeć, jak to wygląda w innych krajach. W Niemczech nie ma prawniczego egzaminu korporacyjnego, ale egzamin państwowy. W USA, Portugalii czy Hiszpanii zawód odpowiadający naszemu adwokatowi może wykonywać po ukończeniu studiów każdy. W Finlandii czy Szwecji nie ma przymusu należenia do korporacji.

 

Jakie pan proponuje rozwiązanie?

 

   Nie chcę likwidować korporacji zawodowych. Chciałbym jedynie, żeby przynależność do nich była dobrowolna. Chciałbym również, żeby istniała możliwość założenia alternatywnej korporacji zawodowej, gdyby ktoś chciał się tego podjąć. No i oczywiście, aby można było wykonywać swój zawód nie należąc do żadnego stowarzyszenia. Od decyzji, wolnej woli i zasobności portfela klienta zależałoby, jakiego adwokata, architekta czy radcę prawnego by wybrał.

[…]

 

Nie obawia się pan, że trybunał będzie czekał z rozpatrzeniem sprawy do końca pańskiej kadencji, licząc na to, że pana następca wycofa wniosek?

 

   Głęboko wierzę w mądrość i niezależność trybunału i w to, że jego członkowie potrafią się wznieść ponad poczucie grupowej solidarności. Podobnie jak mam nadzieję, że członkowie korporacji, zwłaszcza prawniczych, zrozumieją, że rezygnacja z korporacyjnego monopolu jest jednym z warunków odbudowy zaufania społecznego do ich zawodów, które dzisiaj jest porażająco niskie. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że bardzo trudno się wyrzec takiej wygodnej, monopolistycznej pozycji. To bardzo ludzkie. Być może zatem pierwszy krok trzeba wymusić.

 

A jeśli trybunał odrzuci pański wniosek i jedynym sposobem, aby doprowadzić do obalenia monopolu korporacji będzie zmiana konstytucji – czy pana zdaniem wśród sił politycznych można by zbudować wokół tej sprawy porozumienie?

 

   Wydaje mi się, że tak. Mam wrażenie, że przynajmniej dwie główne siły polityczne pod taką zmianą mogłyby się podpisać.

 

Okazałem się niestety prorokiem złej sprawy: Irena Lipowicz, która zajęła miejsce dr. Janusza Kochanowskiego po jego tragicznej śmierci pod Smoleńskiem, faktycznie wycofała wniosek z TK. Jakże jednak gorzko dzisiaj brzmią słowa o „dwóch głównych siłach politycznych”, które miałyby się podpisać pod koncepcją tragicznie zmarłego rzecznika – oto jedna z nich, mając pełnię władzy, nie tylko nie próbuje zmniejszyć poziomu skorporacjonizowania, ale przeciwnie – chce go zwiększyć, i to w dziedzinie szczególnie czułej, bo zahaczającej o wolność słowa.

 

W sprawie korporacji PiS było kiedyś sceptyczne niemal tak samo jak dr Kochanowski, lecz zapowiadało także skasowanie artykułu 212 kodeksu karnego. O tej obietnicy zapomniało po objęciu władzy – o czym również kilkakrotnie na portalu SDP wspominałem. Teraz nagle okazuje się, że jej spełnienie uzależnia od utworzenia dziennikarskiego samorządu. A przecież art. 212 zagraża nie tylko dziennikarzom, ale właściwie każdemu, kto wypowiada się publicznie, również za pośrednictwem mediów społecznościowych, a więc i dziennikarzom obywatelskim, i aktywistom, i społecznikom, i członkom NGO-sów. Dlaczego jego likwidacja ma być więc uzależniona od tego, czy powstanie samorząd dziennikarski? W tym kontekście cieszy głos Joanny Lichockiej, która stwierdziła, że jej zdaniem te sprawy nie powinny być łączone. Trudno jednak uznać to na razie za coś więcej niż tylko prywatną opinię pani poseł.

 

Wyjaśnienia, jakie w tej sprawie przedstawiają przedstawiciele PiS – wypowiedzieli się m.in. wicepremier Piotr Gliński i wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki – nie uspokajają. Program nie wspomina w ogóle o tym, w jaki sposób miałyby być wyłaniane władze dziennikarskiej korporacji, a przecież ma to kluczowe znaczenie – szczególnie w sytuacji dramatycznych podziałów. Oraz wziąwszy pod uwagę, że – według programu PiS – korporacja miałaby dbać „o standardy etyczne i zawodowe” oraz dokonywać samoregulacji i odpowiadać za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak w obecnych warunkach miałoby się udać uzgodnić wspólną strategię środowiska w którejkolwiek z tych spraw. Chyba że stałoby się to, czego niektórzy już się obawiają: samorząd zostałby w istocie narzucony dziennikarzom, a na jego czele stanęliby ci, którzy nie robią władzy problemów i to oni przejęliby kontrolę nad wszystkimi tymi procesami. Oczywiście – bez złudzeń – przy zmianie władzy zmieniliby się też ci, którzy kontrolują samorząd.

 

Wicepremier Piotr Gliński powiada, że wszystkie pomysły będą konsultowane ze środowiskiem. Tylko że środowisko jest podzielone jak nigdy – o czym również wielokrotnie pisałem na portalu SDP i z czym trzeba się po prostu pogodzić. To konsekwencja sytuacji politycznej i nie da się tego sklejać na siłę. Jak w takim razie pan wicepremier wyobraża sobie konsultacje ze „środowiskiem” w sprawie powołania samorządu, gdy po jednej stronie stołu usiądą Tomasz SakiewiczMichał Karnowski, a po drugiej Jarosław KurskiJerzy Baczyński? Chyba że mówiąc o „środowisku” pan wicepremier ma na myśli tylko tę jego połowę, która nie będzie robić problemów. Zresztą druga połowa już zgłasza sprzeciw wobec samej idei powołania samorządu dziennikarskiego. I nawet jeżeli jest to sprzeciw cokolwiek automatyczny – opozycyjni dziennikarze z automatu kontestują wszystko, co proponuje obecna władza – to tak czy owak jest on faktem. Co w takim razie? Przejście nad tym stanowiskiem do porządku dziennego?

 

Na taką myśl nakierowuje mnie z kolei wypowiedź Ryszarda Terleckiego, która zabrzmiała cokolwiek złowrogo: „Naszym celem nie jest ograniczenie otwartości czy dostępności do zawodu dziennikarza czy misji dziennikarskiej, ale próba ucywilizowania tej narastającej komplikacji, jaką są media społecznościowe, portale, które pozwalają sobie często na rzeczy wyjątkowo niesympatyczne i nieprzyjemne”. „Rzeczy niesympatyczne i nieprzyjemne” – dla kogo? Dla rządzących? Jeśli władza mówi o „ucywilizowaniu” dziedziny, która stanowi dla niej problem – to powinny odezwać się wszystkie dzwonki alarmowe.

 

Co zatem robić? Odpowiedź brzmi: z pewnością nic w kierunku powołania jakiegokolwiek obowiązkowego samorządu dziennikarskiego. To musi się skończyć w obecnych warunkach jakąś formą instytucjonalnego podporządkowania dziennikarzy władzy.

 

Łukasz Warzecha

Polska wywołała wojnę? – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o medialnych kłamstwach w 80. rocznicę agresji sowieckiej na Polskę

Zarówno w Niemczech, jak i Rosji coraz częściej słyszymy kłamstwa, że Polska nie była ofiarą, ale inspiratorem II wojny światowej.

 

Nie tylko w dzisiejszej Rosji, ale w Europie, a nawet na świecie przyjęto sowiecką propagandę, że wojna zaczęła się od ataku Niemiec na Rosję, czyli od operacji Barbarossa. Rosja lansuje ten właśnie scenariusz, przedstawiając siebie jako ofiarę wojny, a potem głównego gieroja i wyzwoliciela, chcąc całkowicie wymazać fakt, że wespół z Niemcami do wojny doprowadziła. Doprowadziła antypolskim paktem RibbentropMołotow, który był de facto międzypaństwową umową HitlerStalin.

 

Co mówi obecna Rosja?

 

Że pakt RibbentropMołotow był jednym z wielu podpisanych wówczas paktów i wcale nie miał charakteru agresywnego. Właśnie Ministerstwo obrony Rosji opublikowało dokumenty z 1939 r., w tym kopie odtajnionych protokołów paktu szefów MSZ Niemiec i Rosji, działających w imieniu swoich szefów – HitleraStalina. W komentarzu nakłamano, że to Polska „wspierała faszystowski blok” Niemiec i Włoch na równi z Japonią.

 

W październiku 2018 r. w wywiadzie dla „Kommiersanta” ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andrejew powiedział: „Dopóki w Polsce nie zostanie bezwarunkowo uznany dług wdzięczności wobec radzieckich żołnierzy, którzy ginęli na tej ziemi, dopóki zamiast wyzwolicielami będzie się ich nazywać okupantami – to na płaszczyźnie oficjalnej na tematy historyczne w ogóle nie mamy o czym rozmawiać„. I te słowa niestety wciąż stronę rosyjską obowiązują. A potem zwolennicy Rosji dziwią się, dlaczego na 1 września nie został zaproszony do Polski Putin.

 

Co mówią dzisiejsze Niemcy?

 

Po pierwsze, nie chcą wypłacać nam żadnych odszkodowań: komunistyczna PRL miała skutecznie zrezygnować z wojennych reparacji wobec komunistycznej DDR; choć w innych przypadkach współczesne Niemcy DDR nie uznają. Po drugie, też sugerują, że Polska II wojnę światową wywołała.

 

Historyk i wpływowy polityk niemieckiej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD) Stefan Scheil od lat twierdzi, że agresywna Polska dyktatora Piłsudskiegomarzyła o zwycięstwie nad Niemcami”, pragnąc w pierwszym rzędzie odebrać Niemcom Śląsk i Gdańsk. A Niemcy musiały się tylko przed polskim imperializmem bronić.

 

„Spiegel” demaskuje kłamstwa

 

Inaczej sprawę opisuje niemiecki tygodnik „Der Spiegel”: „W Rosji narasta sprzeciw wobec negatywnej oceny paktu Ribbentrop–Mołotow”. Dalej magazyn ocenia: „Jest to wyjątkowo niebezpieczne, bo ma wpływ na podejście Moskwy do aktualnej polityki światowej”.

 

„Spiegel” przypomina, że w Rosji wybielanie paktu rozpoczęło się na dobre w marcu, kiedy moskiewski dziennik „Izwiestia” opublikował artykuł dyrektora ds. naukowych Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego (RWIO) Michaiła Miagkowa. Historyk wezwał, by Rosja „przestała wreszcie posypywać głowę popiołem”.

 

Warto podkreślić, że RWIO powstało w 2012 r. z inicjatywy Władimira Putina, aby „zwalczać wypaczenia dotyczące rosyjskiej historii wojskowości”. I tak zwalczają „kłamstwo paktu Ribbentrop–Mołotow”. Bo zdaniem Miagkowa i podobnych mu rosyjskich specjalistów, inne państwa także podpisywały umowy z Hitlerem. One też zawierały tajne protokoły.

 

A rozbiór Polski? A okupacja państw bałtyckich?: „Stalin po prostu odebrał terytoria, które kiedyś należały do Związku Sowieckiego albo Rosji”. To samo zrobiła Francja z Alzacją i Lotaryngią. A poza tym ZSRS musiał przecież bronić Ukraińców i Białorusinów mieszkających na wschodzie ówczesnej Polski.

 

To samo głosiła propaganda Stalina w 1939 r., kiedy wbił nam nóż w plecy. To samo głosiła propaganda Putina w 2014 r., kiedy zajmował Krym. „To tłumaczy, dlaczego Moskwa chce rehabilitacji paktu. Próbuje nawiązać do mitu starej, wielkiej Rosji” – zauważa „Der Spiegel”. Czyli – jak można wnioskować – usprawiedliwić byłe, obecne i przyszłe (?) podboje…

 

Potwierdził to pośrednio były minister obrony Rosji Siergiej Iwanow, stwierdzając, że negatywna ocena paktu RibbentropMołotow doprowadziła w latach 90. ubiegłego wieku do dyplomatycznego, ideologicznego i faktycznego rozbrojenia jego kraju. Czyli teraz chcieliby się dozbroić… „Der Spiegel” alarmuje, że ocena paktu „nie jest wewnętrzną sprawą Rosji. (…) Ma wpływ na podejście tego kraju do prawa międzynarodowego i na bieżącą politykę światową”. I trudno się w tej kwestii z Niemcami nie zgodzić.

 

Opór wobec Sowietów

 

Natomiast rola Polski we wrześniu 1939 r. jest istotna z wielu powodów. Jako pierwsi zostaliśmy zaatakowani przez hitlerowskie Niemcy – wcześniej następowały tylko aneksje terytorialne.

 

Po drugie – stawiliśmy opór, podczas gdy wiele innych państw tego nie uczyniło.

 

Po trzecie. Wbrew obiegowym opiniom, wyrażanym w większości mediów w Polsce, stawiliśmy również opór wobec Sowietów. Chociażby Grodno, głównie dzięki ideowej polskiej młodzieży. Także umocniony rejon Sarny próbował odpierać ataki wojsk bolszewickich. Sowietom ofiarnie przeciwstawiał się Korpus Obrony Pogranicza. Istniał oczywiście rozkaz marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, żeby z Sowietami nie walczyć, ale nie był on do końca realizowany, bo nie do wszystkich dotarł. Naturalna dla wojska jest obrona granic – a więc żołnierze Rzeczpospolitej ich bronili.

 

 

Sowieci tylko „wkroczyli”

 

 

Po czwarte – i chyba z omawianych tu punktów najważniejsze. Większość mediów w Polsce wciąż powtarza sowiecko-rosyjską (stalinowsko-putinowską) propagandę, że Armia Czerwona wcale na Polskę nie napadła. W przeciwieństwie do Niemców, którzy 1 września dokonali zbrojnej agresji, Rosjanie 17 września tylko niewinnie wkroczyli, czyli przeszli granicę i poszli dalej. Najsmutniejsze jest to, że takiej historii uczona jest nadal w wielu szkołach polska młodzież.

 

Dopowiedzmy: w jakim celu Sowieci do Rzeczpospolitej wkroczyli? Ano nie po to, aby nas podbijać, okupować i mordować? Po to, aby „wyzwalać” białoruskich i ukraińskich chłopów spod buta polskiego pana.

 

I ostatnia rzecz – co prawda wojnę obronną przegraliśmy, ale zaraz stworzyliśmy Państwo Podziemne, a więc strukturę tak polityczną, jak i wojskową, czyli fenomen na skalę światową. Ale to już inna historia.

 

Tadeusz Płużański

Czy zawód dziennikarza powinien być regulowany? – zachęcamy do dyskusji

Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało w swoim programie, że należałoby stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu (ustawa o statusie zawodowym dziennikarza). Uchwalenie takiej ustawy dałoby możliwość utworzenia samorządu dziennikarskiego.

 

O doprecyzowanie, na czym polega pomysł PiS, poprosiłem posłankę Joannę Lichocką, wieloletniego członka SDP i członka Rady Mediów Narodowych.

 

Taka ustawa jeszcze nie powstała, ten punkt w naszym programie nie mówi jednoznacznie, że chcemy to zrealizować, my postulujemy, że dobrze byłoby taką ustawę przygotować – mówi Joanna Lichocka. – Ten punkt służy uruchomieniu dyskusji, która musi być przeprowadzona przez samych dziennikarzy, czy takie zasady, jakie obowiązują np. we Francji, czy regulacje dotyczące statusu dziennikarza ze Stanów Zjednoczonych, są warte zastosowania w naszym kraju. Jeśli ustawa zostanie przygotowana, to powinna powstać we współpracy ze środowiskami dziennikarskimi. Nie wyobrażam sobie, żeby np. głos Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nie został wysłuchany i uwzględniony. Ten pomysł nie jest oryginalny, bo takie samorządy dziennikarskie funkcjonują na świecie i są silnymi organizacjami. Z jednej strony pilnują one interesów dziennikarzy – świetnym tego przykładem jest właśnie Francja, z drugiej strony pilnują statusu i prestiżu tego zawodu, są pewnego rodzaju samoregulatorem. Taka izba dziennikarska, gdyby powstała w Polsce, być może uzdrowiłaby część problemów jakie środowisko dziennikarskie gnębią. Może np. pomóc w podniesieniu statusu tego zawodu, a to jest przecież zawód zaufania publicznego – mówi posłanka Lichocka.

 

Kto powinien w takiej izbie zasiadać?

 

Tego nie wiem – odpowiada Joanna Lichockaale to muszą być osoby ze środowiska dziennikarskiego. My możemy w porozumieniu ze środowiskiem dziennikarskim zrobić ramy dla funkcjonowania takiej instytucji, ale stworzyć samą instytucję i nadać jej kształt muszą dziennikarze.

 

W komentarzach na ten temat pojawiły się wypowiedzi, że utworzenie samorządu może wpłynąć na wolę likwidacji art 212 KK, który wówczas stałby się zbędny. Jednak posłanka Joanna Lichocka uważa, że artykuł ten należy zlikwidować bez względu na fakt powstania samorządu:

 

–   Artykuł 212 jest zapisem, który może być narzędziem represji dla dziennikarzy – podkreśla. –  Udało nam się usunąć z prawa prasowego ważne i kompromitujące zapisy. Myślę tutaj o tym zapisie, że dziennikarza można było wyrzucić za nieprzestrzeganie linii redakcyjnej wydawnictwa, to jest przecież zapis ze stanu wojennego. Wolność słowa i wolność dziennikarstwa w Polsce była fasadowa dopóki obowiązywał ten zapis, czyli ostatnie 30 lat. Myśmy go zlikwidowali i teraz, jeśli uda nam się zlikwidować artykuł 212 KK, to najważniejsze elementy represji zapisane w prawie, które mogą być stosowane wobec dziennikarzy, nie będą obowiązywać, to jest bardzo ważne. I to nie ma nic wspólnego z samorządem dziennikarskim w mojej ocenie – dodała posłanka PiS.

Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich uważa, że dyskusja nad powołaniem samorządu jest potrzebna:

 

Chętnie weźmiemy udział w dyskusji na temat projektu samorządu dziennikarskiego, bo to ważna rzecz, żeby podczas tworzenia takiego ciała nie została naruszona niezależność dziennikarska i wolność słowa. Gdyby ta inicjatywa miała pomóc odzyskać wiarygodność mediom, a to na pewno by się przydało, to warto o tym rozmawiać, bo dziś trudno jest nawet zdefiniować zawód dziennikarza. Na takie rozmowy jesteśmy jako SDP otwarci.

 

Podobnego zdania jest dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz:

 

W mojej ocenie jest to dobry pomysł i wymaga głębokiego zastanowienia i przygotowania, żeby go wprowadzić w życie. Traktuję to jako próbę zapanowania nad tym, kto tak naprawdę dzisiaj pełni funkcję dziennikarza. Dzisiaj pod dziennikarza można się łatwo podszyć. Należy pamiętać, że nie każda publikacja ma charakter dziennikarski, nie każdy wpis w internecie jest artykułem prasowym, a coraz częściej jest tak traktowany. Oczywiście nikt nikomu nie zamierza zamykać ust i nie ma problemu, że różne publikacje w przestrzeni Internetu się pojawiają, ale dobrze byłoby odróżnić, kto jest dziennikarzem i pracuje zgodnie z regułami i zasadami etyki zawodowej, kto przygotowuje swoje materiały i publikacje zgodnie z regułami sztuki dziennikarskiej, a kto tego nie robi, tylko po prostu komentuje ze swojego punktu widzenia rzeczywistość. Odbiorca ma prawo do jednego i drugiego, ale może trzeba wreszcie jasno pokazać reguły związane chociażby z etyką zawodową. Dla nas, czyli osób wykonujących zawód dziennikarza, jest bardzo ważne, żeby w jakiś sposób można było zacząć regulować zawód dziennikarza w Polsce – podkreśla dyrektor CMWP.

 

Na czym takie regulacje powinny polegać? Jolanta Hajdasz zwraca uwagę na kilka aspektów:

 

Zauważmy ilu dziennikarzy pracuje bez jakiejkolwiek ochrony, czy jakiegokolwiek ubezpieczenia. Dziś nie obowiązują żadne standardy dotyczące wynagrodzeń dziennikarzy, nie ma też standardów odnośnie ubezpieczeń. Brak jest jasnych standardów regulujących kogo i w jaki sposób powołuje się do pełnienia funkcji w mediach. Czasem to wręcz uwłaczające, gdy widzi się osoby, które nigdy nie pełniły żadnych funkcji w mediach, nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem i obejmują rożnego rodzaju kierownicze stanowiska. Moim zdaniem próba w jakiś sposób dostrzegania tego problemu i jego regulacji jest bardzo ciekawa i godna namysłu. To na pewno nie musi od razu łamać nikomu sumienia. Z punktu widzenia statusu dziennikarza jest bardzo wskazane, żeby zacząć o tym rozmawiać.

 

Jednak pomysł regulowania statusu dziennikarza budzi kontrowersje wielu środowisk. Zdaje sobie z tego sprawę także szefowa CMWP SDP:

 

Ja też przez lata byłam karmiona tym, że gdyby w 1989 roku były ustalone regulacje statusu dziennikarza, to ludzie spoza układów okrągłostołowych nigdy nie mogliby tego zawodu wykonywać. Dlatego taki samorząd nie może przerodzić się w sformalizowaną instytucję ułatwiającą eliminowanie dziennikarzy z zawodu, to zawsze jest bardzo ryzykowne w tego typu instytucjach, ale mając tego świadomość, nie powinniśmy się całkowicie blokować. Trzeba mieć na uwadze, żeby nikogo nie usunąć z przestrzeni dziennikarskiej i zacząć w jakiś sposób odróżniać profesjonalnych dziennikarzy od chociażby PR-owców. To wcale nie będzie łatwe. Ja dziś nie widzę metody, żeby taki samorząd powołać jednym ruchem ręki, ale na pewno można zacząć o tym myśleć i rozmawiać w gronie osób wykonujących zawód dziennikarza w różnych mediach. Bo trzeba unormować chociażby kwestie tego, kto może mieć prawo wchodzić na konferencje prasowe czołowych polityków, w sensie jak weryfikować tych, którzy zgłaszają się dzisiaj na takie konferencje. Na dziś każdy, mając legitymację prasową, ma prawo się akredytować i nikt nie ma prawa mu tego odmówić. Bywa jednak, że medium czy portal którego legitymacją taki „dziennikarz” się posługuje, nie figuruje nawet w rejestrze mediów. W Niemczech, gdy dziennikarz jest członkiem jakiegoś uznanego stowarzyszenia i ma jego legitymację, może brać udział w dużych wydarzeniach medialnych. Każdy może pisać co chce, ale dziennikarz, który nie jest zrzeszony i nie podlega żadnej weryfikacji, ma nieco inny status niż dziennikarz, który poddaje się rygorom bycia członkiem jakiegoś gremium zawodowego, które przecież eliminuje tych, którzy z jakiś przyczyn się do zawodu nie nadają – podkreśla dr Jolanta Hajdasz.

 

Zanotował: Wojciech Pokora

 

 

Rodzina przyjaciół reportażu – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o spotkaniach ze słuchaczami

Chociaż nasze prace często zdobywają nagrody, a kiedy są emitowane w radiu, słuchają ich setki tysięcy słuchaczy, to i tak największe emocje towarzyszą bezpośredniemu spotkaniu z publicznością.

 

Jest wczesny wieczór. Na piętrze kamienicy przy Rynku Starego Miasta w Warszawie zbierają się tłumy. Jeszcze słychać szmer rozmów, ale wkrótce zapanuje cisza. Już za chwilę popłyną słowa układające się w niezwykłą historię. Wszyscy usiądą zasłuchani. Popatrzą niby przed siebie, ale chyba niewiele zobaczą. Będą zbyt zajęci. Prawdopodobnie wyświetlą w głowach swój własny film dokumentalny. Bo chociaż słowa opowieści słychać wyraźnie, obrazy jej towarzyszące powstają wyłącznie dzięki wyobraźni.

 

Tak właśnie wyglądają Spotkania z Reportażem, organizowane już od 19 lat w warszawskim Klubie Księgarza. Wymyśliła je redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, Irena Piłatowska.

 

   – Pomysł narodził się przy okazji 55. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego – tłumaczy. – Chciałam zaprezentować publiczności unikalne materiały znajdujące się w archiwum Polskiego Radia – powstańcze reportaże. Nawet ówczesny prezes nie wiedział, jakie to skarby. Twierdził, że na pewno zostały zmanipulowane. Tymczasem to właśnie reportaż w czasach PRL-u przemycał prawdę o różnych wydarzeniach. Przez to, że opowiadał o indywidualnych losach konkretnych ludzi, przechodził czasem przez sito cenzury.

 

Ponieważ nie było jeszcze wtedy Muzeum Powstania Warszawskiego, Irena Piłatowska jako miejsce spotkań wybrała Muzeum Historyczne m. st. Warszawy. Raz w tygodniu, przez cały okres kiedy trwało powstanie, prezentowany był jeden reportaż. Zapraszano też gości, między innymi Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Powstały płyty „Głosami powstańców”, ale to nie one są najcenniejszą pamiątką po tamtym czasie.

 

   – Najbardziej utkwił mi w głowie wpis harcerzy w księdze pamiątkowej, którzy napisali, że dziękują za możliwość uczenia się historii od tych, którzy ją tworzyli – wspomina redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu. – Zobaczyłam wtedy, jak ogromna jest siła takich spotkań i zrozumiałam, że radio musi wychodzić do słuchaczy.

 

Właściwe Spotkania z Reportażem powstały jednak w zupełnie innych okolicznościach.

 

   – Ciąg dramatycznych przeżyć sprawił, że musiałam zająć się czymś, co pozwoli mi zapomnieć o bólu i zacząć normalnie funkcjonować – mówi Irena Piłatowska. – A ponieważ akurat skończyłyśmy z Anną Sekudewicz z Radia Katowice reportaż „Siusiający na Księżyc”, do którego muzykę napisał Marcin Błażusiak, postanowiłyśmy zaprezentować efekty naszej pracy publiczności. Spotkanie w Klubie Księgarza okazało się sukcesem, zorganizowałam więc kolejne i tak to już trwa 19 lat, przy pomocy i dzięki życzliwości Jana Rodzenia z Klubu Księgarza.

 

Swoje reportaże prezentujemy tam my, jako pracownicy Studia Reportażu i Dokumentu, ale też inni uznani reportażyści z całej Polski. Zdarza się, że spotkania organizowane są gościnnie w innych miastach, czasami nawet za granicą. I chociaż nasze prace często zdobywają nagrody, a kiedy są emitowane w radiu, słuchają ich setki tysięcy słuchaczy, emocje towarzyszące bezpośredniemu spotkaniu z publicznością są ogromne. Nie są to wyłącznie moje odczucia.

 

   – ​Ja też mam tremę i lekki niepokój, czy ktoś nie powie: ale nuda – mówi reportażystka Hanna Bogoryja-Zakrzewska. – Na szczęście tak się nie zdarzyło. Za to kilka razy po spotkaniu autorskim ktoś zdecydował się opowiedzieć mi swoją historię, albo wskazać bohatera następnej opowieści.

 

Inna reportażystka dodaje: – Nie przepadam za sytuacjami, w których uwaga jest przekierowana, nawet w małym stopniu, z reportażu na mnie. Robię reportaż, to dla mnie największa przyjemność, potem antena i bardzo jest miło, jeśli ktoś powie coś dobrego po wysłuchaniu. Natomiast nie lubię mówić o sobie. Podobnie mam z nagrodami, fajnie jeśli są, ale kiedy mam wyjść na scenę i wygłosić parę zdań, kolana mi się uginają. Jednak kiedy przychodzę na spotkania z koleżankami i kolegami, i widzę zainteresowanie ze strony słuchaczy, myślę, że warto je dla nich organizować.

 

Bo to właśnie możliwość spotkania twarzą w twarz z autorem reportażu, a często także jego bohaterem, jest tym, co przyciąga publiczność. Nawet w naszych szalonych, szybkich, cyfrowych czasach.

 

   – Internet daje możliwość, żeby podejrzeć, jak działa radio. Można zobaczyć zdjęcie autora, bohatera, czasami znaleźć jakiś krótki filmik z nimi w rolach głównych. Ale to nie zastąpi spotkania – przekonuje Irena Piłatowska. – Wzrusza mnie, kiedy ktoś z publiczności podchodzi i usprawiedliwia się, dlaczego nie mógł przyjść na poprzednie spotkanie: bo na przykład wyjechał albo zachorował. W ciągu tych wszystkich lat powstało coś na kształt rodziny przyjaciół reportażu.

 

   – Najbardziej lubię, gdy publiczność zadaje pytania, wtedy czuję, że jest zainteresowana tym, co robię – opowiada Hanna Bogoryja-Zakrzewska. – Podczas spotkania we Lwowie młodzi ludzie klaskali w pewnych momentach i to było niesamowite, nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam.

 

Nie da się ukryć, że najbardziej zapadają w pamięć te spotkania, w których udział biorą bohaterowie reportażu. Chociaż ich historia przedstawiona jest już w audycji – zawsze odpowiadają oni na nieskończenie wiele dodatkowych pytań. W końcu są to postaci nietuzinkowe.

 

Pamiętam na przykład spotkanie z panią Lesią – Ukrainką pracującą w Polsce, która była bohaterką mojego reportażu „Cienkie nitki szczęścia”. Jej dramatyczne losy wzbudziły duże zainteresowanie wśród uczestników spotkania (była w Polsce sprzedana jako niewolnica, potem przebywała w naszym kraju nielegalnie). Odpowiedziała na wiele dodatkowych pytań  (zapis spotkania z nią można znaleźć tutaj).  Z kolei kilka miesięcy temu odbyło się spotkanie, podczas którego prezentowano mój reportaż „Splecione losy”. Opowiadał on o niezwykłej przyjaźni Polaka i Japończyka. Chociaż bohaterowie reportażu już od dawna nie żyją, na spotkaniu byli obecni ich bliscy. Co dodali do historii opowiedzianej w audycji? Można przekonać się tutaj.

 

   Irena Piłatowska jest z kolei pod wrażeniem ostatniego spotkania, podczas którego prezentowano reportaż Joanny Bogusławskiej „Życie spełnione”. Jego bohaterem jest Józef Walaszczyk, który urodził się w 1919 roku. W czasie II wojny światowej uratował życie 53 Żydom. W pierwszych latach okupacji poznał dziewczynę, która wyjawiła mu swoją żydowską tożsamość podczas kontroli przeprowadzonej przez Niemców.

 

Od tej pory Józef Walaszczyk opiekował się nią, początkowo przechowując ją w swojej kawalerce przy ulicy Kruczej, wyrabiając aryjskie dokumenty, później kwaterując ją w różnych mieszkaniach w stolicy. Mimo jego starań dziewczyna została aresztowana przez gestapo wraz z grupą 21 osób. Józef Walaszczyk doprowadził do zwolnienia zatrzymanych, organizując okup w wysokości jednego kilograma złota (zapis spotkania odnaleźć można tutaj)

 

   – Wydawać by się mogło, że reportaż dokładnie opowiada historie bohaterów, ale nigdy nie da się w nim zawrzeć wszystkiego – przekonuje redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu. – I to właśnie takie drobiazgi dodawane, opowiadane podczas spotkań, stanowią o ich sile. Ludzie potrzebują reportażu. Chcą słuchać opowieści i konfrontować z nimi własne życie.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

O pluralizmie hejtu – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Pod koniec ubiegłego roku pisałem na portalu SDP, że terminy „hejt” i „hejterzy” już od dawna nie mają nic wspólnego z nienawiścią (choć sugerowałoby to pochodzenie słowo źrodłowe „hate”). Mają za to wiele wspólnego z walką (ang. „to fight”). Zaś armie ludzi, zatrudnianych do emocjonalnego komentowania w Internecie należałoby nazwać „fighterami”, albo „żołnierzami”.

 

Zaangażowane politycznie i walczące media nie stoją w tych szeregach daleko, zaś dziennikarze oddający się walce dla jakiejś idei, z powodzeniem mogą być nazywani „fighterami”, co może by i zaakceptowali (bo epitetów typu „hejter” – z pewnością nie). W Polsce coś takiego jak dziennikarz neutralny politycznie, zdystansowany równo od wszystkich aktorów i spektakli życia politycznego, zasadniczo nigdy nie istniało. A skoro spolaryzowane i podzielone jest środowisko dziennikarskie, to dlaczego mamy oczekiwać by rzesze zwykłych internautów nie były „żołnierzami” idei.

 

Nie mogę się zmusić do traktowania problemu „internetowego hejtu” z pełną powagą, choćby dlatego, że wiem, że kto w Internecie nie szuka hejtu, ten go wcale wiele nie widzi. Do zaangażowanego śpiewu w chórze potępiających „hejt” i „hejterów” nie skłania też relatywizm oskarżeń, w których nieodmiennie „hejtuje” strona przeciwna.

 

Etiopia miała uciszyć podżegaczy – uciszyła wszystkich

 

Z dużo większą powagą traktuję natomiast cenzorskie zagony rządów w świecie dalekim a czasem nawet całkiem bliskim, które pod pretekstem „obrony przed hejtem” łacno korzystają z okazji by blokować i cenzurować Internet. Pisał o tym niedawno „The Economist” w interesującym artykule w jednym z wydań sierpniowych.

 

Magazyn ilustruje tezę o wykorzystywaniu prawdziwego lub rzekomego zagrożenia hejtem do niepokojących działań władz państwowych przykładem z Etiopii, gdzie w atmosferze zamachu stanu odcięto niedawno dostęp do sieci 98-śmiu procentom mieszkańców. „Ludzie otrzymywali zniekształcone wiadomości i byli bardzo zdezorientowani”, opowiadał Gashaw Fentahun, dziennikarz Amhara Mass Media Agency. On i jego koledzy próbowali przekazywać relacje z wydarzeń. Jednak zamiast, zgodnie ze stanem współczesnej techniki, przesyłać cyfrowe pliki audio i wideo za pomocą łączy, musieli je przewozić do centrali samolotem, co oczywiście powodowało ogromne opóźnienia w publikacji.

 

W Afryce politycznie motywowane blokowanie sieci jest dość często spotykane. Robią to władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, niedawno też Konga, gdy oskarżono władze o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Ale oczywiście takie rzeczy zdarzają się również na innych kontynentach. Np. rząd Indii regularnie blokuje Internet w spornym Kaszmirze. Nie działają wtedy zwykle również telefony. Ludzie tracą ze sobą kontakt a media nie są w stanie normalnie pracować.

 

Sprawy nie zawsze mają czarno–biały charakter. Nowy rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował w ostatnich latach rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolne media oznaczały zarazem wolność słowa dla podżegaczy do waśni na tle etnicznym. Prawie trzy miliony Etiopczyków zostało wypędzonych w ostatnim czasie ze swoich domów, wskutek walk pomiędzy nienawidzącymi się grupami.

 

Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się, jak wyżej wspomniałem, na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. W planie jest uznanie „mowy nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję. Wielu obawia się, że prawo to zostanie wykorzystane do zamknięcia w więzieniach wszystkich, także tych pokojowo nastawionych dysydentów.

 

Rasizm poezji Safony

 

Oczywiście w sytuacji, gdy ani wobec Rosji, ani tym bardziej wobec Chin, nie można mieć złudzeń i oczekiwań co do wolności słowa, „The Economist” za panujący na świecie klimat sprzyjający cenzurze i represjom obwinia Stany Zjednoczone, supermocarstwo dotychczas broniące wolności słowa. Prezydent Donald Trump znany jest z krytyki mediów. I to on – zdaniem komentatorów – nie tylko „Economista” zachęca, daje preteksty i argumenty autokratom. Ale czy można Trumpa winić, gdy amerykańskie media liberalne/lewicowe go po prostu nienawidzą i okazują to na każdym kroku. Jest tylko człowiekiem.

 

 

Są pretensje do polityka, który próbuje się bronić, gdy jest, jego zdaniem, nieprawdziwie i niesprawiedliwie traktowany przez media, ale nie ma do mediów, które w sposób widoczny jak na dłoni są nieobiektywne politycznie. W „fighterskim” zapale ten i ów dziennikarz się trochę zapomniał.

 

Przypominanie mu o tym, że odszedł od bezstronności, to nie hejt i atak na wolność słowa, ale tak właśnie najczęściej jest odbierane. A przecież to nie od polityka oczekuje się politycznej neutralności (byłoby to nawet absurdalne), lecz właśnie od dziennikarza, przynajmniej w swoistym idealistycznym rozumieniu roli tego zawodu.

 

Klimatowi dla wolności słowa nie sprzyjają również nastroje w pokoleniu „płatków śniegu”, o których pisałem niedawno. Dla nich „hejtem” i „mową nienawiści” jest czasem w ogóle posiadanie odmiennego zdania. Czy liberalni dziennikarze walczą z „kulturą oburzenia”, skłonną do represjonowania osób mówiących mniej wygodne rzeczy? Nie bardzo, choć cytowany przeze mnie „The Economist” umie na to zwrócić uwagę.

 

Broni na przykład prawniczki i działaczki Heather Lynn Mac Donald, która publicznie głosi, że protesty „Black Lives Matter” skłoniły policję do wycofania się z dzielnic o wysokiej przestępczości, a to doprowadziło do gwałtownego wzrostu liczby zabójstw w okolicach zamieszkałych przez czarnoskórych. Choć jej twierdzenia są poparte twardymi danymi, musiała niedawno zostać ewakuowana z Claremont McKenna College w Kalifornii samochodem policyjnym. Wściekli protestujący twierdzili, że udzielenie jej głosu było aktem „przemocy”, który odmawiał „czarnym ludziom prawo do istnienia”. Z pewnością zabójcy w niebezpiecznych dzielnicach szanują prawo do istnienia tych ludzi.

 

Wielu radykałów twierdzi, że słowa są „przemocą”, jeśli oczerniają grupy znajdujące się w (ich zdaniem) niekorzystnej sytuacji. Niektórzy dodają, że każdy, kto pozwala wyrażać takie „obraźliwe” poglądy, aprobuje te poglądy. Prowadzi to do absurdalnych konfliktów i konfrontacji. Niedawno np. w Reed College w Portland, w stanie Oregon, została okrzyczana „antyczarną” lesbijska wykładowczyni Lucia Martinez Valdivia, za to, że cytowała Safonę, „białą poetkę”. „Faszystą” można być obecnie na amerykańskim kampusie nazwanym za cokolwiek. Nic dziwnego, że większość ludzi niechętnie wyraża swoje poglądy, a to co naprawdę myśli, zachowuje dla siebie, czyli wolność słowa jest dławiona, niczym w komunie, gdy poza zaufanym gronem pewnych rzeczy bezpieczniej było nie mówić.

 

„Transfobiczne” feministki

 

W USA najniebezpieczniejszymi minami są kwestie rasowe. W Wielkiej Brytanii lepiej z kolei nie odzywać się na temat transseksualizmu. Nie tak dawno rada Miasta Leeds zabroniła Woman’s Place uk, grupie feministek, organizacji spotkania, ponieważ działacze organizacji rozmytych płciowo oskarżyli kobiety o „transfobię”, jedną z najstraszliwszych form „mowy nienawiści” i „hejtu” jaką tylko niewolnicy poprawności politycznej mogą sobie wyobrazić. Feministki zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nie uważają, że samo powiedzenie „jestem kobietą”, czyni biologicznego mężczyznę kobietą i daje mu np. prawo wstępu do miejsc przeznaczonych tylko dla kobiet, takich jak przebieralnie i schroniska ofiar gwałtów.

 

W krajach takich jak Wielka Brytania z „hejtem”, czyli niedostatecznie entuzjastycznymi wypowiedziami na temat przedstawicieli środowiska LGBTQ, walczy się już prawie tak samo surowo jak w Afryce – wkraczają organy państwa. Chyba, że jest się Martiną Navrátilovą, wtedy kończy się na kampanii hej… przepraszam, ta strona nie „hejtuje”, ona „wyraża uzasadnione oburzenie”.

 

Niemal niemożliwe jest przeprowadzenie swobodnej debaty. Nigdy czegoś takiego nie widziałam”, komentuje Ruth Serwotka, współzałożycielka Woman’s Place uk. Jej organizacja zwołuje spotkania z zaledwie kilkugodzinnym wyprzedzeniem, aby unikać agresji ze strony LGBTQ. Feministki, które kwestionują „samoidentyfikację płci” narażają się na groźby gwałtu lub śmierci. Niektóre były ofiarami zorganizowanych kampanii mających na celu wyrzucenie ich z pracy, pozbawienie dostępu do Twittera lub aresztowanie. W marcu, na przykład, Caroline Farrow, katolicka dziennikarka, została przesłuchana przez brytyjską policję po tym, jak ktoś skarżył się, że użyła złego zaimka do opisania transseksualnej dziewczyny. Inna feministka, 60-letnia Maria MacLachlan, została pobita przez transseksualną aktywistkę w Speakers’ Corner w Londynie, miejscu, które symbolizuje wolność słowa.

 

Jak rozbroić fightera?

 

Jak widać w miarę zaostrzania się walki z „hejtem” i „mową nienawiści” w niektórych krajach zachodnich ludziom, którzy zrazu śmiali się z szaleństw poprawności politycznej, uśmiech stygnie na ustach. Wielkiej Brytanii i kilku innym krajom nie jest wcale daleko do krajów, w których przepisy zakazujące „mowy nienawiści” stały się elastycznym narzędziem kryminalizacji dysydentów.

 

 

W marcu władze Kazachstanu aresztowały Serikzhana Bilasha za „podżeganie do nienawiści etnicznej”. Zatrzymany skarżył się na masowe więzienie Ujgurów w Chinach, głównego partnera gospodarczego Kazachstanu. Rząd Ruandy interpretuje prawie każdą krytykę pod swoim adresem jako nawoływanie do kolejnego ludobójstwa. Nowe przepisy „antyhejterskie” w Indiach mogą zablokować jakąkolwiek dyskusję w Internecie, zważywszy na złożoną strukturę tamtejszego społeczeństwa.

 

I także dlatego, niechętnie słucham wszelkich nawoływań do „ukrócenia hejtu” w Internecie. Wiem, że zawsze dotrzemy do pytania – kto ma ustalać, co jest a co nie jest ową „mową nienawiści”. I niestety, zbyt często słyszę coś w tym stylu: „my tylko słusznie, krytykujemy, oni hejtują”. Każdy myślący człowiek, obserwując te spory, dojdzie do wniosku, że może najlepiej dla wolności i demokracji będzie, jeśli utrzymany zostanie pluralizm i względna równowaga hejtu.

 

Co nie znaczy, że należy tego rodzaju działania pochwalać, lekceważyć i zbywać milczeniem. Przeciwnie, media powinny o tym pisać i pokazywać jak najszerzej techniki stosowane przez oddziały sieciowych „żołnierzy”. To właśnie w ten sposób się ich rozbraja. Zdemaskowani stają się bardziej śmieszni niż groźni. Ostatecznie chodziłoby o to, by wykorzystanie tych metod walki było na tyle ryzykowne wizerunkowo, że każdy kilka razy zastanowiłby się, zanim włączyłby tryb hejterski do swoich działań komunikacyjnych.

 

Mirosław Usidus

To jeszcze uniwersytet czy już wyższa szkoła łamania kręgosłupów? – pyta WOJCIECH POKORA

Felieton to niewielki i specyficzny utwór publicystyczny, utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający – często skrajnie złośliwie – osobisty punkt widzenia autora. Niestety, żeby był efektowny, wymaga inteligencji felietonisty. Wówczas nawet ktoś, kto został pokąsany przez autora czuje, że mimo wszystko obcował z jakąś formą sztuki i łatwiej mu przyjąć krytykę. Bo felietoniści mają to do siebie, że lubią krytykować, zarówno fakty jak i osoby. Ten typ tak ma.

 

Ale różnica między dobrym a złym felietonem jest taka sama jak między dobrą a złą sztuką. Czasem ktoś wsadzi flagę w psią kupę i nazywa się artystą i wówczas tylko zaprzyjaźnieni lub usłużni odbiorcy kiwają z entuzjazmem głowami, że oto przecież ze sztuką obcują. Pozostali odbiorcy czują niesmak i też kiwają głowami ale raczej z dezaprobatą. Chamstwa nie należy mylić z prymitywizmem. Nie inaczej jest z felietonem.

 

W tygodniku wSieci pojawił się niedawno felieton Aleksandra Nalaskowskiego zatytułowany „Wędrowni gwałciciele”. Autor zajął się w swoim tekście, o ile dobrze rozumiem, marszami równości, ideologią LGBT i policją, która jako „zaciężna armia” pozwala „im” „gwałcić kolejne miasta” i „nas” „spychać w zaułki”, „bo centra zajmują oni. Dla zniewieściałych gogusiów, wesołków na utrzymaniu mamusi, facecików chcących się wiecznie bawić i dla obleśnych, grubych, wytatuowanych bab, które ostentacyjnie się całują jak na wyuzdanych filmach, i dla osobników, którym trudno przypisać jakąś płeć”. Jak autor sam stwierdza: „Nikogo nie dzielę – tylko nazywam istniejący i faktyczny podział. Bo jesteśmy zdumieni, bezradni <<my>> i gwałcący Polskę <<oni>> laufry tęczowej zarazy”. Łatwo się domyślić, że po felietonie napisanym w powyższym tonie, musi pojawić się reakcja w tonie podobnym. Autor nie bawił się w subtelności, nie szukał zgrabnych bon motów, chciał wywołać skrajne emocje. I wywołał. Zapewne nie tylko wśród tych, których starał się swoim tekstem obrazić. Jednak odpowiedź na felieton przyszła z niespodziewanej strony i była zdecydowanie nieadekwatna do sytuacji.

 

Rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, prof. Andrzej Tretyn, na trzy miesiące zawiesił w obowiązkach nauczyciela akademickiego prof. Aleksandra Nalaskowskiego i wszczął wobec niego procedurę dyscyplinarną. Na Nalaskowskiego nałożono zakaz nadzorowania opracowywanych przez studentów prac naukowych pod kątem merytorycznym i metodycznym. Nie może on też prowadzić badań naukowych i prac rozwojowych. Władze uczelni zabroniły profesorowi uczestniczenia w pracach organizacyjnych uczelni oraz kształcenia kadry naukowej. Nie może także wykonywać innych obowiązków związanych z pełnieniem funkcji kierownika Katedry Edukacji Dziecka na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. To wszystko za felieton.

 

I z tym się zgodzić nie można, bo bardziej pachnie to zemstą niż ewentualną karą. Przede wszystkim profesor Nalaskowski nie występował w tygodniku wSieci jako przedstawiciel uczelni. Nigdzie w jego tekście nie powołuje się na jej autorytet, więc co ma rektor UMK do jego prywatnej działalności publicystycznej? Profesor ma prawo mieć poglądy i ma prawo je wyrażać, każdy kto się z nimi nie zgadza może podjąć z profesorem polemikę. Dopóki jako publicysta nie łamie prawa, dopóty może pisać co tylko zechce, nawet głupoty. Kwestie etyczne oczywiście mają znaczenie, ale jeśli rektor chciałby z tego powodu zawiesić swojego pracownika, nie powinien robić tego jednoosobowo, ma od tego odpowiednie ciała uczelniane, które mogą sprawę zbadać. I najważniejsze, czy to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem debat intelektualnych? Czy nie na uniwersytecie spoczywa odpowiedzialność za dbałość o wolność słowa i wolność posiadania własnych poglądów? Czym jest uniwersytet w wydaniu rektora UMK? Czy przypadkiem nie staje się narzędziem do łamania sumień? Za chwilę pracownicy naukowi przestaną na tej uczelni stawiać pytania i tezy, które mogłyby budzić kontrowersje, powtarzając dozwolone przez władze slogany. Czy to nadal będzie uniwersytet czy wyższa szkoła łamania kręgosłupów?

 

Przeciwko działaniom rektora Tretyna zaprotestowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które „zwraca uwagę, iż karanie autora za publikowane przez niego treści, jak ma to miejsce w przypadku prof. Aleksandra Nalaskowskiego, prowadzi do uruchomienia i upowszechnienia w komunikowaniu masowym mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się także innych publicystów i nie podejmowania przez nich trudnych i kontrowersyjnych tematów społecznych. W oczywisty sposób niszczy to zasadę wolności słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów, jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi”.

 

Wojciech Pokora

 

Protest CMWP SDP przeciwko zawieszeniu w pracy prof. Aleksandra Nalaskowskiego

 

Dziennikarstwo obrazkowe – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o sile rysunku w mediach  

Cartoony to w Wielkiej Brytanii odrębny rodzaj dziennikarstwa, tak stary jak sama brytyjska prasa. W Polsce niestety jest niedoceniany.

 

„The Times” sprzed paru dni: roześmiany Boris Johnson ze strzechą blond włosów i flagą Wielkiej Brytanii w ręku, zawieszony na dźwigu, szybuje nad Big Benem i krzyczy wheeeee!  A nad cartoonem napis „zawieszony”, oczywiście parlament,  autor – Peter Brookes.  I „Daily Mail”, rysunek  Pugha ilustrujący  wyścig do fotela premiera sprzed 6 tygodni. Mąż do żony: „Trudno powiedzieć, którego wybrać? Jeden obiecuje darmowy olejek do opalania, ale drugi – darmowe kostki lodu do drinków…” Albo cartoon tego samego rysownika, komentujący  tekst „o radosnych pogrzebach”. Gość szalejący w nadmuchanym zamku dla dzieci do kolegi: „To był naprawdę zabawny pogrzeb, ale nie jestem pewien co do tego fun castle”. Od razu przypominają się plany obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej, proponowane przez prezydent Aleksandrę Dulkiewicz w Gdańsku, prawda?  Ten sam trop. Zabawne rysunki są i w  konserwatywnym „Daily Telegraphie” i w lewicowym „Guardianie”, a także w lewicowym tygodniku satyrycznym „Private Eye”, prowadzonym od lat przez Iana Hislopa.  Są wszędzie lub prawie wszędzie, cartoony to w Wielkiej Brytanii odrębny rodzaj dziennikarstwa, tak stary jak sama brytyjska prasa.

 

Co to właściwie jest ten cartoon? To rodzaj humorystycznej ilustracji w pararealistycznym  stylu. Ewoluował przez całe wieki – dziś stosowany w prasie głównie do krytyki politycznej czy społecznej. A ktoś, kto je tworzy nazywa się a cartoonist, w polskim języku właściwie nie ma odpowiednika, może karykaturzysta prasowy? Choć ta nazwa nie do końca odpowiada charakterowi jego pracy. Cartoon powstał w XIX wieku, a  w 1843 r. pojawiło się pierwsze klasyczne pismo satyryczne, „Punch” (cios, uderzenie).  Cartoony zaczęły odtąd służyć jako humorystyczne, ironiczne czy satyryczne komentarze do artykułów. Podobno ten rodzaj zastosowania rozpoczął się serią szkiców  autorstwa Johna Leecha w „Punchu”, aby wyśmiać  historyczne freski nowego wtedy Pałacu Westminsterskiego, gmachu parlamentu brytyjskiego.  Ale za prekursora satyry obrazkowej i politycznej uważane są rysunki Williama Hoggartha żyjącego w XVIII-wiecznej Anglii , a jego pierwsze „polityczne cartoony” produkował George Townshend.

 

To medium, ten gatunek dziennikarstwa szybko się wówczas rozwijał, a najważniejsi z rysowników tamtych czasów to James GillrayThomas Rowlandson, obaj pracujący w Londynie. I ten pierwszy został uznany na Wyspach za „ojca cartoonu politycznego”. Poszturchiwał króla Jerzego III, premierów, ministrów, generałów i hierarchów duchownych, pokazując ich jako pretensjonalnych głupców i bufonów. Ale trzeba przyznać, że rozdawał ciosy po równo, bo duża część jego prac krytykowała także wielką rewolucję francuską, pogrążoną w przemocy i chaosie Francję oraz Napoleona. Od 1815 do 1840 roku „królem cartoonu” został George Cruikshank, który z kolei zasłynął z prasowej karykatury społecznej.

 

W połowie XIX wieku większość gazet w wielu krajach zaczęła komentować w ten sposób „temat dnia” czy „politykę dnia”.  W Nowym Jorku bardzo znanym rysownikiem stał się Thomas Nast, w Londynie sir John Tenniel, a w Paryżu – Honore Daumier. Dziś  cartoons zobaczyć można w gazetach i magazynach jak świat długi i szeroki, rysunek i podpis, z rzadka słowa w „dymkach”. Za najbardziej znanych cartoonistów uchodzą brytyjscy Peter Brookes z „Timesa”,  Pugh z „Daily Maila” i Peter Arno z „New Yorkera”, ojciec nowoczesnego prasowego rysunku satyrycznego. I dalej – Charles Addams, Charles Barsotti, Bill Hoest, Virgil  ParchRichard Thompson, który  pracował dla  „The Washington Post”. Najlepsze cartoony znaleźć można w prasie brytyjskiej i amerykańskiej, i te dwa kraje mają najdłuższą i najbogatszą tradycję tego gatunku dziennikarskiego.

 

W dziennikach, tygodnikach czy na stronach internetowych istnieje wiele rodzajów rysunków prasowych, np. gag cartoons, jeden obrazek z podpisem lub, rzadziej, „dymkiem”. Dalej, comic strips, w Wielkiej Brytanii znane jako cartoon strips. Jest to kilka rysunków, ilustrujących jakieś zdarzenie czy proces.  W Stanach Zjednoczonych zwane są  comics  (komiksy), albo funnies. A autorzy tych comic strip – ale także comic books czy grapic novels – zwykle także zwani są cartoonistami. Takie  serie rysunkowe w prasie, ale także  graphic books zawierają często treści humorystyczne, ale również przygody czy dramaty. W każdym razie mistrzami w tej kategorii, comic strips, w Wielkiej Brytanii są m.in. Scott Adams, Steve Bell, Charles Schulz czy Bill Watterson.  Znamy także inny  rodzaj takiego gatunku dziennikarstwa, tzw. editorial cartoons. Są one zwykle poważniejsze w tonacji i używają bardziej wysublimowanej formy –  zamiast prostego humoru, raczej ironii i satyry. I służą  jako rysunkowa metafora, komentująca jakiś punkt widzenia dziennika czy tygodnika na aktualne zagadnienia polityczne czy społeczne. Editorials cartoons często używają „dymków” i kilku rysunków. W tej konkurencji bardzo znani są David Low, Jeff MacNelly, Mike Peters czy Gerald Scarfe.

 

Jednak dokładniej, te, o które nam chodzi, to political cartoons, ilustracje w gazetach i tygodnikach, komentujące zwykle jakieś zdarzenia polityczne, kulturalne i społeczne, które już zaistniały lub „wiszą w powietrzu”. Zwykle subtelna lub mniej subtelna krytyka, nigdy agresywna, a zawsze zaprawiona dobrym humorem. Ten humor rysunkowy w prasie bywa bardzo skuteczny, za to obiekt krytyki może się wprawdzie skarżyć z  paragrafu  o ochronę dóbr osobistych, ale rzadko z dobrym skutkiem. Takie procesy z cartoonistami są w historii tego gatunku niezwykle rzadkie.  Jeszcze rzadziej kończą się skazaniem dziennikarza – rysownika. Jeden z nielicznych takich przykładów miał miejsce w Wielkiej Brytanii w 1921 roku, kiedy to  J. H. Thomas, prezes Krajowego Związku Kolejarzy, wystąpił – uwaga! – przeciw magazynowi Brytyjskiej Partii Komunistycznej. Podobno nazwanie go  „bardzo lewicowym”, bardzo go dotknęło, toteż wytoczył magazynowi BPK proces. Egzotyczne, prawda? Zwłaszcza, kiedy przypomnieć, że lewicowe ideologie podbijają dziś świat i z pewnością żaden członek ugrupowania Lewica czy środowiska LGBT w podobnej sytuacji nie czułby się obrażony. Oto jak zmieniają się czasy i obyczaje, i ten proces można dostrzec, oglądając stare, choć wciąż „jare” rysunki prasowe.

 

W Polsce tradycja cartoonów politycznych w prasie po II wojnie, właściwie jeszcze nie odżyła. Choć próby trwają. Znajdziemy je głównie w tygodnikach, np.  „Do Rzeczy”, „Sieci” czy  „Gazecie Polskiej”. Rysunki w tej ostatniej na „dwójce” czy „trójce” nawiązują do świata absurdu, taki rodzaj  prasowej „Różowej Alternatywy”. Ale choć z klasyką nie mają wiele wspólnego – to raczej autorska interpretacja gatunku – mają swoich zwolenników.  W „Do Rzeczy”  jest Cezary Krysztopa, prezentujący krótszy dystans do tematu. Np. koszmarna nauczycielka  pewnie entuzjastka LGBT,  krzyczy do przestraszonego ucznia: „Czy to ty wyemitowałeś to CO2? Proszę natychmiast do Rodzica A!”  Ale prawdziwym królem polskiej prasowej satyry jest Andrzej Krauze, pracujący w Londynie i dla konserwatywnego „Timesa” i dla lewicowego „Guardiana”, a w Polsce dla tygodników „Sieci” i „Do Rzeczy”. To jest mistrz nad mistrze! Równocześnie najbliższy tradycji klasyki anglosaskiej,  ale z mocnym rysem autorskim. W wielu swoich rysunkach sięga po metaforę, do „opowiastek z życia zwierząt”, jak niegdyś biskup Krasicki czy Kryłow. Oto jeden z ostatnich „rysunków tygodnia”. Wilk pożera owcę, dwie inne nieszczęśnice czekają na swoją kolej, i napis: „Była jedynka, nie ma jedynki, była dwójka nie ma dwójki, trójka? Wybory, wybory i po wyborach!” Humor, ironia, sarkazm,  to w polityce niezwykle skuteczna broń, i niektóre cartoony są tego znakomitym dowodem.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Być pokornym, ale nieprzeciętnym – ks. ARTUR STOPKA o grzechach dziennikarzy

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż zestawienie listy dziennikarskich grzechów. W rzeczywistości sprawa wcale nie jest taka oczywista. Łatwo pomylić skutki z przyczynami.

 

Alarmistyczne wypowiedzi na temat stanu polskiego dziennikarstwa pojawiają się co najmniej od kilkunastu lat. Dołączanie do rytualnych narzekań oraz wytykania błędów i grzechów nie wydaje się dzisiaj szczególnie konstruktywne. Robienie innym rachunku sumienia to zajęcie być może chwilowo poprawiające własne samopoczucie, ale jednak w dłuższej perspektywie przynoszące niewielkie rezultaty. Tym bardziej, że adresaci tego typu przesłań rzadko (a może nawet wcale) odnoszą je do siebie. Są przekonani, że robią to, czego się od nich oczekuje. Czego oczekują nie tylko pracodawcy, ale również odbiorcy. Co bolesne, częściowo mają rację.

 

Długa lista

 

Daje do myślenia fakt, że w ramach zainicjowanego przez serwis wirtualnemedia.pl w lutym bieżącego roku cyklu „7 grzechów głównych dziennikarstwa” można znaleźć aktualnie jedynie dwie wypowiedzi. Paweł Reszka jako pierwszy grzech omawia lenistwo. Stadność jako drugi omawia Michał Szułdrzyński.

 

W kwietniu ubiegłego roku w Salonie24 Grzegorz Wszołek wymienił aż osiem grzechów głównych dziennikarzy, twierdząc, że to z ich powodu media przechodzą kryzys. Na liście znalazły się: upolitycznienie, brak pieniędzy na prawdziwą misję, publicystyka w serwisach informacyjnych, gwiazdorstwo, manipulacje, Brak jakichkolwiek rozliczeń (a dokładniej mówiąc jakichkolwiek konsekwencji w przypadku łamania elementarnych zasad nie tylko dziennikarstwa, ale również życia społecznego), brak zadawania pytań, wynikający z przekonania, że dziennikarz wie wszystko oraz dopasowywanie się przez dziennikarzy do oczekiwań „swoich elektoratów”.

 

Trudno się z tym spisem nie zgodzić, podobnie jak ze stwierdzeniem, że lista grzechów polskich mediów jest znacznie dłuższa. Można do niej dopisać tabloidyzację, pogoń za „klikalnością”, lekceważenie odbiorców i traktowanie ich z pogardliwą wyższością, nierzetelność (zwłaszcza wyścig na newsy, który niemal całkowicie wyeliminował z praktyki dziennikarskiej zasadę sprawdzania informacji w dwóch niezależnych źródłach), brak poszanowania pracy innych i powszechne stosowanie metody kopiuj/wklej bez podania pierwotnego źródła materiału.

 

Objawy i przyczyny

 

Zapewne niejeden użytkownik mediów jest w stanie coś do tego spisu dodać. Problem jednak leży nie w wydłużaniu w nieskończoność katalogu dziennikarskich grzechów i dodawanie do niego wciąż słabości. One są przejawem, skutkiem czegoś znacznie istotniejszego. Nie lekceważąc więc objawów, trzeba szukać przyczyny choroby. Praktyka pokazuje, że grono zainteresowanych tą kwestią jest znacznie mniejsze niż przy wytykaniu kolejnych dziennikarskich uchybień.

 

W 2012 roku Andrzej Stankiewicz napisał na łamach „Znaku”: „Jak tak dalej pójdzie, to w mediach dziennikarzy zastąpią internetowi zarządcy contentu”. Tym zdaniem rozpoczynał tekst zatytułowany „Siedem grzechów mediów”. W tytułowej siódemce znalazły się: prowincjonalizacja, Internet (jako medialny kanibal), kryzys (jako pretekst do przeprowadzenia drastycznych redukcji w redakcjach), zaściankowość właścicieli, tabloidyzacja, upolitycznienie dziennikarzy oraz… organa ścigania i wymiar sprawiedliwości (jako narzędzia do faktycznego ograniczania dociekliwości dziennikarskiej). „Nie wiem, który ze wspomnianych siedmiu grzechów najbardziej wypaczy media w najbliższych latach. Ja najbardziej się boję, że zadziała uderzająca mieszanka, mutacja, która odmieni media na trwałe — i na gorsze” – pisał siedem lat temu Stankiewicz, dodając, że nie pokusi się o wystawienie recept, jak sytuacji zaradzić. Zadeklarował jednak, że na pewno nie zamierza stać się sprowincjonalizowanym i upolitycznionym zarządcą contentu w stabloidyzowanym medium znajdującym się we władaniu zaściankowego właściciela.

 

Realne korzyści

 

Byłoby ciekawe przeprowadzenie wśród obecnych pracowników mass mediów w naszym kraju sondażu pokazującego, ilu z nich jest dziś gotowych do podjęcia takiego zobowiązania. Warto by też przyjrzeć się uważnie, jakie są dzisiaj w Polsce realne możliwości uprawiania zawodu zgodnie z przedstawionym przez Stankiewicza założeniem. Robienie rachunku sumienia dziennikarzom powinno być poprzedzone analizą sytuacji, w jakiej aktualnie funkcjonują. Nie chodzi o usprawiedliwianie, ale o zweryfikowanie faktycznych szans na pracę w mediach bez łamania elementarnych standardów i podstawowych zasad.

 

   Prawda jest brutalna. Media w ogromnej części przestały pełnić rolę służebną wobec odbiorców (nie należy jej mylić z odpowiadaniem na ich zachcianki i podsycaniem najniższych instynktów). Ich zadaniem stało się przynoszenie realnych korzyści właścicielom i dysponentom. Korzyści nie tylko materialnych, ale bardzo wymiernych. To właśnie dlatego zamiast rzetelnie i bezstronnie informować oraz objaśniać świat, uprawiają ideologiczną propagandę, wpierając odbiorcom jedynie słuszną wizję rzeczywistości. Oddziaływanie na płytkie emocje stało się ważniejsze niż kierowanie się rozumem i pogłębiona refleksja.

 

Heroizm?

 

Wspomniana wyżej zmiana podejścia właścicieli i dysponentów mediów do ich misji nie dotyczy oczywiście tylko Polski, jednak wygląda na to, że w naszym kraju bardzo szybko przyniosła negatywne skutki, wyrażające się również w sposobie wykonywania zawodu dziennikarza. Przesadą byłoby stwierdzenie, że bycie dziennikarzem w dawnym tego słowa znaczeniu, praca zgodnie z budowanym przez stulecia etosem, jest dzisiaj w polskich granicach niemożliwe. Jednak coraz częściej wymaga jeśli nie heroizmu, to przynajmniej twardej skóry i dużej moralnej odporności. Coraz wyraźniej widać, że dziennikarstwo w dawnym rozumieniu nie jest w swej istocie zawodem dla wszystkich. Używane w tonie pogardliwym określenie „mediaworker” powoli zaczyna tracić negatywne zabarwienie, a niektóre uczelnie wprost już proponują „mediaworking” jako kierunek studiów magisterskich. Być może wyraźne rozdzielenie „pracy w mediach” od „dziennikarstwa” pozwoli przywrócić mu znaczenie, zaufanie i autorytet.

 

Zachodzące w mediach zmiany zaowocowały także w Polsce odzwyczajeniem dużej części odbiorców od dziennikarstwa w ścisłym tego słowa znaczeniu. Gołym okiem widać, że maleje popyt na materiały realizowane według jego reguł. Nie znaczy to, że w ogóle nie ma na nie zapotrzebowania. Trzeba jednak mieć świadomość, że będzie ono adresowane do mniejszości społeczeństwa. Mniejszości bardzo wymagającej, która nie będzie udzielała przyzwolenia na panoszenie się wśród dziennikarzy wymienionych wyżej grzechów i słabości. Taka sytuacja będzie ich motywowała do przestrzegania najwyższych standardów i robienia we własnym zakresie systematycznych rachunków sumienia.

 

Pokorni i wolni

 

   Papież Franciszek w maju br. dziennikarzom z całego świata powiedział, że Kościół ich szanuje, a ich rolę uważa za niezbędną. „Wasza rola jest niezbędna i to nakłada na was także wielką odpowiedzialność; wymaga to od was szczególnej troski o słowa, których używacie w swoich artykułach, o obrazy, jakie przekazujecie w waszych relacjach, o wszystko, czym dzielicie się w mediach społecznościowych” – tłumaczył. Co ciekawe, podkreślał znaczenie w pracy dziennikarza pokory. Jednak od razu zaznaczył, że dziennikarze pokorni to nie znaczy przeciętni. „Dziennikarz pokorny jest wolny, wolny od uwarunkowań, wolny od uprzedzeń i dlatego odważny. Wolność wymaga odwagi” – mówił.

 

Papieskie przesłanie dobrze pokazuje, którędy wiedzie droga do wyjścia z kryzysu dziennikarstwa i do przezwyciężenia nękających tych, którzy wybrali je jako życiową misję.

 

Artur Stopka

Sam tego chciałeś, Jacku Kurski – ADAM SOCHA o Mariuszu Kowalewskim

Media rozpisywały się o wywiadzie z byłym pracownikiem TVP, „dziennikarzem śledczym” Mariuszem Kowalewskim, który ukazał się na łamach tygodnika „Polityka”. Kowalewski stwierdził w nim, że praca w TVP sprowadza się do szukania haków na opozycję, a także na osoby z obozu „dobrej zmiany”, które naraziły się prezesowi Jackowi Kurskiemu. Przez dwa tygodnie – jak powiada w tym wywiadzie –  miał być śledzony szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, który chciał, by „prezes TVP został zwolniony ze stanowiska”. Miano też nagrywać z ukrytej kamery I zastępcę naczelnego „Gazety Wyborczej” Jarosława Kurskiego, brata prezesa TVP. Nad posiadłością Tomasza Lisa w Konstancinie  miał latać dron.  Kowalewski twierdzi, że stracił pracę w TVP, gdyż nie chciał ujawnić prezesowi Kurskiemu, skąd miał informację, iż koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński ma zostać odwołany (co się nie potwierdziło), a wyjawienia źródła miał się ponoć od Kurskiego domagać Kamiński.

 

Zarząd TVP wszystkiemu zaprzecza i zapowiada kroki prawne wobec redakcji „Polityki” i Kowalewskiego.

 

Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało” – pomyślałem sobie po lekturze wywiadu. Bowiem na wieść, iż TVP zatrudniło Mariusza Kowalewskiego prezes Fundacji „Debata” (wydawcy olsztyńskiego miesięcznika „Debata” i portalu debata.olsztyn.pl) Bogdan Bachmura wystosował w lipcu 2016 roku do Rady Etyki Mediów, ZG SDP oraz do prezesa TVP Jacka Kurskiego List otwarty, w którym protestował przeciwko zatrudnianiu w mediach publicznych, zwanych „narodowymi” dziennikarza, który „wielokrotnie podeptał idee służby publicznej opartej na rzetelności, uczciwości, bezstronności i obywatelskiej wrażliwości, a także na najlepszych wzorcach i standardach warsztatowych, a więc te wartości, które wyznaczają dziennikarzom telewizji publicznej sposób postępowania zawodowego”.

 

Kim jest Mariusz Kowalewski? Zaczynał karierę dziennikarską w Olsztynie, w „Gazecie Olsztyńskiej” i miejscowym oddziale „ Gazety Wyborczej”, następnie dostał etat w „Rzeczpospolitej” i właśnie tekstem w tym piśmie zasłynął. Tekst dotyczył tzw. „afery seksualnej” w olsztyńskim ratuszu. Prezydent Olsztyna Czesław Jerzy Małkowski miał molestować podległe urzędniczki a jedną z nich, z którą miał wcześniej romans, zgwałcić, gdy była w zaawansowanej ciąży. Proces w tej sprawie toczy się do dzisiaj.

 

Później jednak Mariusz Kowalewski stał się dziennikarzem od „mokrej roboty”. Zasłynął z niszczenia osób publicznych za pomocą bezpodstawnych oskarżeń i sfałszowanych dokumentów. Redakcje, które publikowały jego teksty przegrywały procesy i płaciły wysokie odszkodowania.

 

Tę czarną listę otwiera „Rzeczpospolita”, która musiała zapłacić 90 tysięcy złotych odszkodowania na cele charytatywne po przegranym procesie z posłanką Lidią Staroń (dzisiaj niezależna senator). We wrześniu 2008 roku Mariusz Kowalewski napisał, że posłanka PO wzbogaciła się o kilkaset tysięcy złotych dzięki nowelizacji Prawa Spółdzielczego, nad którą pracowała. Artykułem tym dziennikarz wpisywał się w nagonkę lobby prezesów spółdzielni mieszkaniowych przeciwko posłance, autorce nowelizacji prawa spółdzielczego, która miała przywrócić kontrolę członków spółdzielni nad ich zarządami. Sąd za nieprawdziwy uznał zarzut o uwłaszczeniu się poseł Staroń dzięki noweli Prawa Spółdzielczego. Ocenił też, że Kowalewski nie dochował należytej staranności przy gromadzeniu materiałów prasowych i nie zweryfikował prawdziwości stawianego posłance zarzutu.

 

Kolejna akcja w wykonaniu Mariusza Kowalewskiego dotyczyła obrony dr. hab. Piotra Obarka, byłego dziekana Wydziału Sztuki Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, któremu Rada Wydziału Grafiki ASP w Warszawie odebrała w 2016 roku habilitację z powodu plagiatu. Mariusz Kowalewski w tekście pt. „Zniszczyć naukowca!” na łamach tygodnika „Uważam Rze” (2.09.2013 r. za redaktora naczelnego Jana Pińskiego), twierdził, że Piotr Obarek jest ofiarą spisku, w którym uczestniczył dr hab. Marek Wroński (obecnie sekretarz Komisji Rewizyjnej SDP) i ówczesna minister nauki Barbara Kudrycka. Następnie Mariusz Kowalewski wystąpił jako świadek Piotra Obarka w procesie, który ten wytoczył koleżance z wydziału za zawiadomienie Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów o podejrzeniu popełnienia przez niego plagiatu (Piotr Obarek proces przegrał).

 

Jednocześnie dziennikarz rozpoczął akcję atakowania i dyskredytowania osób, które zaangażowały się w zdemaskowanie plagiatora lub stanęły w obronie spotwarzanej publicznie autorki zawiadomienia do Centralnej Komisji. „Rzeczpospolita” opublikowała 17 lipca 2013 roku jego tekst zatytułowany „Plagiator w resorcie Kudryckiej”, mający zdyskredytować dr. hab. Marka Wrońskiego, który od lat walczy na łamach „Forum Akademickiego” ze zjawiskiem plagiatu w nauce polskiej i również napisał o sprawie plagiatu Piotra Obarka. „Rzeczpospolita” przegrała proces z Markiem Wrońskim. Sąd apelacyjny utrzymał w lipcu 2016 roku ten wyrok w mocy. Dziennik musiał przeprosić za podanie nieprawdziwych i szkalujących informacji, iż był on podejrzany o plagiat oraz zapłacić 25 tys. złotych kary.

 

Jednak wszystkie swoje wcześniejsze teksty Mariusz Kowalewski przebił publikując 7 maja 2014 roku, na założonym w tym celu blogu pt. „Dziennikarz śledczy Mariusz Kowalewski”, sfałszowany wyrok z 1978 roku, rzekomo skazujący Ryszarda Józefa Góreckiego za współżycie z małoletnią. (Z tego co wiem, Kowalewski wcześniej proponował ten materiał kilku redakcjom, ale każda odrzuciła go, jako niewiarygodny). Publikacji towarzyszyła akcja rozrzucania na terenie Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i do skrzynek pocztowych pracowników UWM ksero tego artykułu. Ujawnienie odrażającego przestępstwa z lat młodości rektora UWM i senator PO miało go skompromitować oraz spowodować ustąpienie ze stanowisko, które dopiero co objął po zaciętej walce wyborczej, wygranej niewielką ilością głosów.

 

Mówiło się, że za tą prowokacją stała „spółdzielnia” kilku osób z UWM, którym rektor z różnych powodów się naraził. Jak ujawniło późniejsze śledztwo, Mariusz Kowalewski w chwili publikacji miał pełną świadomość, iż wyrok jest fałszywką, a wobec Ryszarda Góreckiego nigdy nie toczyło się postępowanie karne. Twierdził, że ten „dokument” znalazł w skrzynce pocztowej.

 

Przez szereg miesięcy Kowalewski nie odbierał wezwań sądowych. Następnie, mimo wyroków sądowych, przez szereg miesięcy nie zdejmował sfałszowanego dokumentu z blogu. Sąd Okręgowy w Olsztynie (29.05.2015 roku) nakazał dziennikarzowi przeproszenie prof. Ryszarda Góreckiego, rektora UWM i senatora RP, za naruszenie jego dóbr osobistych. Sąd nie miał żadnych wątpliwości, iż dziennikarz posłużył się na swoim blogu fałszywym wyrokiem. Ten wyrok utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny podwyższając nawiązkę na rzecz domu dziecka do 15 000 zł.

 

Również Sąd Okręgowy w Olsztynie (apelacyjny), wyrokiem z 29 października 2018 r. z art. 212 par. 2 kk, uznał iż Mariusz Kowalewski jest winny pomówienia i zniesławienia poprzez publikację sfałszowanego wyroku rzekomo skazującego Ryszarda Józefa Góreckiego za współżycie z małoletnią. Sąd stwierdził, iż Kowalewski w chwili publikacji miał wiedzę, iż wobec pokrzywdzonego Ryszarda Józefa Góreckiego w latach 70. XX wieku nie toczyło się postępowanie karne, którego dotyczył wyrok w sprawie III K 876/78 (wyrok o takiej sygnaturze dotyczył innej osoby, która została skazana za kradzież auta). Sąd wymierzył dziennikarzowi karę grzywny w wysokości 100 stawek dziennych po 40 zł każda (4 tys. złotych). Wyrok jest prawomocny.

 

Byłem zszokowany, gdy na ostatnim zjeździe SDP w Kazimierzu Dolnym koledzy delegaci (Stefan Truszczyński i Zbigniew Rytel) powitali mnie „newsem”, iż  Mariusz Kowalewski został zatrudniony w TVP Info jako kierownik działu śledczego. Natychmiast podzieliłem się tą wiadomością z delegatem, poszkodowanym przez Kowalskiego dr. hab. Markiem Wrońskim a następnie poinformowałem o tym skandalu, w swoim wystąpieniu na zjeździe, pozostałych uczestników.

 

Wyraziłem wówczas opinię, iż prezes Kurski potrzebował nie wiarygodnych, rzetelnych dziennikarzy „z kręgosłupem”, ale właśnie „fachowców od mokrej roboty”. Zatrudnienie Kowalewskiego tym bardziej było rażące, gdyż z telewizji publicznej zwolniono wówczas szereg dziennikarzy i prezenterów, którym nowe władze TVP zarzuciły „łamanie etyki i standardów dziennikarskich”.

 

Zjazd w żaden sposób nie zareagował na moją informację, nie przyjął mojego projektu uchwały krytykującej przekształcenie mediów publicznych w narzędzie tępej propagandy. Toteż jedyne co nam (pismu „Debata”) pozostało, to wystosowanie listu otwartego w tej sprawie do prezesa Jacka Kurskiego. Odpowiedzi nie było.

 

Odpowiedzi udzielił Mariusz Kowalewski wywiadem dla tygodnika „Polityka”.

 

Adam Socha

 


 

Rozmowa z Mariuszem Kowalewskim

 

Adam Socha:  Jaki był powód Twojego rozstania się z TVP?

 

Mariusz Kowalewski: Powiedziałem to  w wywiadzie z „Polityką”.

 

Chciałbym to usłyszeć od Ciebie.

 

Nie mam nic do dodania.

 

Czy w jakikolwiek sposób zaszkodził ci protest w sprawie twojego zatrudnienia w TVP, skierowany przez prezesa Fundacji „Debata” Bogdana Bachmurę do prezesa Jacka Kurskiego?

 

Nic nie zaszkodziło. Nikt na to nie zwrócił uwagi.

 

Czy podtrzymujesz zarzuty, jakie postawiłeś wobec kierownictwa TVP w wywiadzie dla „Polityki”?

 

Wszystko podtrzymuję, na wszystko mam dowody. To, co się ukazało w wywiadzie, to tylko 30 proc. tego, co powiedziałem Piotrowi Pytlakowskiemu. Wiadomo, gazeta nie jest z gumy, żeby się wszystko zmieściło.

 

Czy wobec tego zamierzasz napisać np. książkę na temat swojej pracy w TVP?

 

Jestem zapracowany i strasznie zajęty i nie mam czasu na pisanie książek.

 

Z czego teraz żyjesz?

 

Tajemnica poufności, coś robię dla jednej z dużych telewizji.

 

Czy to będzie materiał dziennikarski.

 

Coś innego. Nie jestem osoba publiczną i nie muszę o tym mówić.

 

Czy chciałbyś skomentować prawomocny wyrok w sprawie wytoczonej tobie, przez prof. Góreckiego o zniesławienie. Proces przegrałeś.

 

Nie komentuję wyroków sądów, zwłaszcza absurdalnych.

 

Rozmawiał Adam Socha

Krótkie życie bojkotów – ŁUKASZ WARZECHA o politykach wracających do telewizji

Bojkoty mediów przez partie mają już w III RP pewną historię. Platforma zdecydowała właśnie o zakończeniu bojkotu TVP. Inny podobny bojkot drugiej strony politycznej sceny skończył się kiedyś podobnie. Zero zdziwień.

 

Był rok 2008, 16 lipca. To wtedy Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało o rozpoczęciu bojkotu TVN. Jak tłumaczył wówczas Przemysław Gosiewski, PiS dostrzegał w TVN brak obiektywizmu dziennikarskiego i nie mógł „godzić się na tego typu praktyki”. W swoim postanowieniu Prawo i Sprawiedliwość przetrwało niemal dokładnie pół roku. W styczniu 2009 Komitet Polityczny tej partii zdecydował o zakończeniu bojkotu, na wniosek Jarosława Kaczyńskiego.

 

Bojkot TVP przez Platformę Obywatelską trwał tylko trochę dłużej. Decyzję podjęła największa partia opozycji w styczniu tego roku, o zakończeniu (lub zawieszeniu na czas kampanii wyborczej) zdecydowała dopiero co.

 

W obu przypadkach motywacja do rozpoczęcia bojkotu była bardzo podobna, w zasadzie identyczna. Politycy PiS i PO mieli poczucie, że nie są odpowiednio w TVN i TVP traktowani fair, a przy okazji chcieli zademonstrować swój dystans wobec stacji ich zdaniem otwarcie stojących po stronie politycznych rywali. Ta ocena była zresztą w obu przypadkach słuszna.

 

I w obu przypadkach powstawała ta sama wątpliwość: czy bojkot przynosi więcej strat czy korzyści?

 

Abstrahując od krótkotrwałego profitu, jakim jest demonstracja polityczna – przedstawiciele bojkotującego ugrupowania zyskują podwójnie. Jeden zysk to uniknięcie dyskomfortu i związanego z nim ryzyka, które wynikają ze starcia z nieprzychylnymi, napastliwymi prowadzącymi. Drugi to pozbawienie bojkotowanej stacji możliwości urządzania najatrakcyjniejszych dla widza igrzysk dzięki zapraszaniu obu stron politycznego konfliktu. A to już poważny problem dla telewizji, bo – jakkolwiek może nam się to nie podobać – w Polsce programy publicystyczne z politykami oglądają się, gdy jest ostro, gdy jest starcie, choćby z prowadzącym. Kiedy brakuje jednej ze stron, robi się kłopot. Inna sprawa, że z tego powodu żadna z bojkotowanych stacji nie zmieniła swojego podejścia. Oczywiście w gorszym położeniu jest wówczas telewizja komercyjna, która musi walczyć o oglądalność, niż państwowa, która wypełnia polityczne zlecenia, a oglądalność jest na dalszym miejscu.

 

Lecz partie również tracą na bojkocie. Nieobecni, jak wiadomo, nie mają racji. W latach 2008 – 2009, gdy PiS bojkotował TVN, rzeczywistość nie była jeszcze tak ściśle podzielona pomiędzy polityczno-medialne bańki jak dziś, więc motywacja do zakończenia bojkotu mogła być silniejsza. Lecz nawet dzisiaj możliwość dotarcia do drugiej strony jest istotnym czynnikiem, choćby jedynym skutkiem było zasianie jakiejś wątpliwości u kilku procent odbiorców. Co więcej, ci, którzy wciąż w danym medium się pojawiają, mogą nieobecnych prezentować jako tchórzy, niemających odwagi zetrzeć się z przeciwnikiem i dlatego rejterujących. To nie wygląda dobrze, nawet jeżeli trafia głównie do i tak nieprzychylnych bojkotującym widzów.

 

Platforma, inaczej niż PiS na początku 2009 roku, podjęła decyzję o zakończeniu bojkotu na ostatnim etapie kampanii wyborczej, mając więc po temu bardzo konkretny powód. W dodatku zgrywa się to z próbą zaprezentowania innej twarzy partii poprzez wyznaczenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako kandydatki na premiera. W tym kontekście dysonansem jest „rada” dr. Marka Migalskiego: „Trzeba tam iść, pluć w twarz »dziennikarzom« TVP i zwracać się bezpośrednio do wyborców”. Jeśliby w ogóle uznać to za coś więcej niż desperacką próbę zwrócenia na siebie uwagi, to sugestia Migalskiego jest słaba. Przed kamerą nie wygrywa zwykle ten, kto wykaże się większą agresją, ale ten, kto oponenta skonfunduje, celnie, ale elegancko zripostuje, kto rzuci chwytliwym bon motem. Politycy opozycji próbowali przy różnych okazjach atakować dziennikarzy, prowadzących programy w TVP. Ale to gra wyłącznie do własnego twardego elektoratu, a ten i tak TVP raczej nie ogląda. Nawet jeśli ma się naprzeciw siebie prowadzącego, który nie trzyma się reguł i którego głównym zadaniem jest maksymalnie utrudnić życie gościowi, to punktuje się, wytrzymując taką sytuację i wychodząc z niej obronną ręką. Chyba że – sam tego niegdyś doświadczyłem jako komentator właśnie w TVP, jeszcze za poprzedniej władzy – padają oskarżenia sformułowane tak bardzo wprost i tak obraźliwe, że jedyną reakcją pozostaje opuszczenie studia. To jednak powinna być ostateczność.

 

Skoro obie partie swoje bojkoty zakończyły po podobnym czasie, można uznać, że obie doszły do identycznego wniosku: per saldo, w dłuższym okresie, to się nie opłaca. Ale też żadna z nich nie miała lub nie ma spójnego i ciekawego pomysłu, jak poradzić sobie z nieprzychylnym medialnym otoczeniem.