WIKTOR ŚWIETLIK: Awans społeczny i 10 kwietnia

Przed piętnastym października ubiegłego roku mieliśmy w mediach patologię i propagandę, na szczęście to się zmieniło. Jak powinna wyglądać wzorcowa symbioza dziennikarzy i polityków mogliśmy przekonać się choćby 10 kwietnia tego roku. Standard może nie jest nowy, ale teraz wprowadzany w większym stopniu bez zakłóceń.  

Najważniejsza jest koordynacja. Czasem zresztą wynika ona zresztą z planu, a czasem – w dobrej wprawionej w boju organizacji – wszyscy sami siebie wiedzą co robić. Myślę, że tu było i tak, i tak. Cóż się mogło nie udać, wszystko się udało, posypią się podwyżki, a z czasem pewnie i odznaczenia państwowe.

Trzeba jeszcze jedno docenić. Awans społeczny. Może nie dla wszystkich, ale dla pewnych grup zdecydowanie. Kiedyś ludzie dokuczający rodzinom ofiar tragedii, kpiący z samych tych tragedii, byli jakimiś anonimowymi trollami. Pisali z satysfakcją komentarze pod artykułami korzystając z oszczędności na moderacji. Jeszcze wcześniej pisali anonimowe listy do mediów, donosy do SB albo paśli się swoimi emocjami i wyobrażeniami w zaciszu wypełnionych nienawiścią mieszkań. Teraz w pełni partycypują w życiu publicznym. A pełna partycypacja różnych grup w życiu publicznym to jeden z celów Unii Europejskiej!

Zaczyna więc choćby Radosław Sikorski. Delikatnie, wzruszająco. Podaje link ze zdjęciem stewardessy z prezydenckiego samolotu, na którym napisane jest, że piętnaście minut przed katastrofą powiedziała “panie dyrektorze, wróćmy”. Z artykułu wynika, co prawda, że “miała tak powiedzieć”. Miała tak powiedzieć, bo wszystkie te rozmowy to skrawki, które są dowolnie interpretowane, albo i fałszywe. Portal, który opublikował tekst właśnie dlatego, klasycznie zabezpieczał się prawnie sformułowaniem “miała powiedzieć”. “Mieli powiedzieć” w mediach wszyscy wszystko. Przyjaciel Sikorskiego, o ile ci ludzie mają przyjaciół, Tomasz Lis uwielbiał kpiarsko odwoływać się do rzekomych słów generała Błasika “zmieścisz się, śmiało” i do rzekomych kozackich rozmów między pilotami tuż przed lądowaniem. Wszystko to “mieli powiedzieć”.

Ale dlaczego Radosław Sikorski zdecydował się akurat w ten sposób uczcić tę rocznicę, w której przecież zginęło wielu ludzi, których znał? Raczej wątpliwe by miał jakieś szczególnie dobre relacje z Barbarą Maciejczyk, bo był znany z tego, że osoby z obsługi, w swoim mniemaniu niżej stojące w hierarchii społecznej od siebie, traktował mocno z góry – mówiąc najdelikatniej. Ta sprawa poruszyła go z jednej przyczyny, z jednej przyczyny wykonał ten jeden rocznicowy gest. Bo wpis, ta rzekoma wypowiedź, która “miała się odbyć”, a nie wiadomo czy się odbyła i w jakim kontekście, ma obciążać Lecha Kaczyńskiego. Przerażona kobieta błaga by wracać, ale on nie, twardo chce wymordować wszystkich.

Kolega Sikorskiego i Tuska Roman Giertych już nie miał takich skrupułów. Pasł nienawiść wszystkich silnych razem wyśmiewających się z żartów o “tu polewie” domagając się zbadania wariografem Jarosława Kaczyńskiego, by wyjaśnić wspólnictwo braci w katastrofie.  Potem nieoceniona Pani Shnepf – Wysocka zaprosiła, rocznicowo, Giertycha do odzyskanej telewizji publicznej by odbyć z nim rocznicową rozmowę na ten temat. Brawo! Good job. Co musieli po tej rozmowie czuć bliscy zmarłych, ci ludzie, którzy co roku w tym dniu płaczą,? Nagrodą za taką rozmowę może być nieujawniana pensja, a i zapewne przyłoży się to do dobrej placówki dyplomatycznej dla małżonka.

W tym samym dniu Jarosław Kaczyński nożyczkami odcinał od pomnika smoleńskiego tabliczkę, na której ktoś napisał rozmaite kalumnie na temat jego brata, najbliższego mu człowieka. Takie tabliczki to ważna sprawa. Od momentu kiedy zostaną do pomnika przyczepione strzeże ich stroskana ich losem ekipa dziennikarska. Podobnie jak w sytuacjach, gdy “przypadkowi obywatele” w tym dniu postanawiają obrazić Kaczyńskiego ich prawa głosu strzeże “obywatelski” serwis Okopress, “Gazeta Wyborcza”, “Newsweek”. Ale jest zawsze śmiechu z tego, co Kaczyński odpowie. Ale jest oburzenia, że starszy pan nożyczkami, trochę nieporadnie próbuje z pomnika brata usunąć napis urągający pamięci w rocznicę jego śmierci. Brecht jest. Zabawa. Oburzenie. Emocje. Radość – ale będą wirale. Będą szaleć po mediach. Wszyscy się ubawią.

W tym samym dniu posłowie koalicji Donalda Tuska w europarlamencie współprowadzili do przyjęcia przez Polskę paktu migracyjnego. Dwa dni później w Sztokholmie zginął Polak, który grupie młodych przybyszy spoza Europy zwrócił uwagę, że są zbyt głośno. Zastrzelono, go na oczach dwunastoletniego syna. Czytelnik Okopress, widz TVP, o tym się nie dowiedział. Cóż, szum informacyjny szkodzi. A nowa uśmiechnięta Polska dba o społeczeństwo i w tym zakresie.

CEZARY KRYSZTOPA: Wszyscy wygrali. No, prawie wszyscy

Prawda jak sympatycznie przebiegły ostatnie wybory samorządowe? Każdy wygrał. Również każdy elektorat dostał jakiś prezent. No dobrze, może z nielicznymi wyjątkami.

Weźmy taki elektorat PiS. Sporo już powiedziano i napisano o tym, że dostał nadzieję, która dodała mu wiatru w żaglach, więc nie ma co stwierdzać oczywistości. Warto jednak zauważyć, że dostał również kojące przekonanie, że nie trzeba niczego zmieniać, nie trzeba wyciągać wniosków z tego co się stało 15 października, analizować trendów, przedstawiać wizji. Można mieć beznadziejne listy, nie prowadzić kampanii, a i tak, w sensie arytmetycznym, da się wygrać z opętanym Tuskiem. Jest to wprawdzie poczucie złudne, myślę że jest kwestią czasu zanim jakieś ugrupowanie przedstawi wiarygodną wizję silnej, suwerennej, ambitnej Polski i zgarnie pulę, ale chwila ulgi na razie jest.

Elektorat KO

Albo taki elektorat Koalicji Obywatelskiej. Trzy dni po wyborach i cyk, Tusk ostatecznie rozwiewa nadzieje pisowskiej biedoty na benzynę po 5,19. Ludzie na pewnym poziomie domyślali się przecież, że jako patologiczny kłamca wspominając o benzynie za 5,19, może nie mówić tego na poważnie, a jedynie po to by łatwowiernym makaron na uszy nawinąć. Dla ludzi na pewnym poziomie oczywiste było, że jedyny realny konkret Koalicji Obywatelskiej nie jest nawet zapisany w tych śmiesznych „100 konkretach”, a sprowadza się do obietnicy zapisanej w ośmiu gwiazdkach. Jednak obserwacja min pisowców czekających na decyzję o taniej benzynie – bezcenna. Hasta la vista frajerzy!

W bonusie Rafał Trzaskowski dorzucił pakiet niesamowitej kładki dla pieszych przed wyborami i podniesienia kosztów korzystania z parkingów „Parkuj i jedź” po wyborach. Warszawiacy nie mogą się zdecydować, czy dawać wyraz radości chodząc po kładce, czy korzystając z parkingów.

Reszta

Elektorat Trzeciej Drogi, a szczególnie jej zeteselowskiej nogi (badania nie są na dzień dzisiejszy w stanie stwierdzić oznak życia w hołownianej) dostał prezencik taki malutki, ale jakże cenny – „jeszcze dychamy, nie widomo jak długo, ale jeszcze dychamy” – Tak to już jest, kiedy się wchodzi do basenu z krokodylem, każda minuta życia jest na wagę złota.

Elektorat Konfederacji ma prawo się cieszyć, że ta uzyskała wynik lepszy niż w wyborach samorządowych w 2018 roku. No bo z czego? Tym bardziej, że w 2018 roku Konfederacja w wyborach nie startowała.

Jedynym osiołkiem wydaje się być elektorat Lewicy, któremu nie jestem w stanie wymyślić nawet najbardziej szyderczo definiowanego prezentu. Okazuje się, co za zaskoczenie, że usiłowanie implementowania w Polsce lewackich głupot z Zachodu z kilkunastoletnim opóźnieniem, nie znajduje poklasku pośród jakiejś szczególnej grupy Polaków do tego stopnia, że nawet były sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, obecnie na etacie „autoryteta”, Leszek Miller (dla uczciwości trzeba dodać w konflikcie z obecnym kierownictwem Lewicy), uważa, że „wszyscy wygrali, tylko Czarzasty przegrał”.

Czyli prawie wszyscy zadowoleni. Nie mogłoby tak być zawsze?

HUBERT BEKRYCHT: Za pięć dwunasta, czyli cisza, która nie inspiruje

Za kilka minut nie będzie już można niczego powiedzieć o wyborach, wyborcach a nawet o napoju, który jest wyborowy. Taka to głupota młodej przecież jeszcze pokomunistycznej demokracji, że nam tę ciszę wyborczą wciskają jak pasztetową w sklepie z PRL rodem. A my – jak mówi młodzież – „łykamy jak pelikany”. Myślimy, że to taki bezpiecznik demokracji, choć po grudniowych wydarzeniach ub. r. demokracja to czysta abstrakcja. A prawda jest taka, że urzędnicy z Brukseli nie mogą się nadziwić, bo co komu cisza przed wyborami? Ale w krajach, jak o nas mówią, niezbyt rozwiniętych demokratycznie – a tę opinię o Polsce przez lata umacniali politycy obecnej koalicji rządzącej – taka cisza być musi. Nikt nie wie w Polsce dlaczego, ale uśmiechnięte społeczeństwo tak uznaje i tak jest. Chyba.

Nie wiem, czy wszyscy rozumiemy w jakim stopniu cisza przed jakimikolwiek wyborami jest abstrakcją. W dobie wszech dostępu do sieci i zaszyfrowanych informacji, tudzież popularności – przepraszam wyborczych cenzorów – platform, z tym że społecznościowych, takie przepisy to tylko śmiech z prawa. I demokracji. W niczym cisza nie pomaga, bo plakaty wiszą, napisane przed godziną 23:59 w piątek artykuły, posty i zrobione filmiki mogą sobie dyndać w sieci jak pułkownikom prawo w zajmowanych nielegalnie mediach publicznych.

Geografia ciszy

Cisza przedwyborcza a właściwie wybitnie wyborcza nie obowiązuje w krajach o ugruntowanym systemie politycznym – celowo nie piszę demokratycznym – czyli nie jest potrzebna m.in. Brytyjczykom, Szwajcarom, Belgom, Austriakom, Duńczykom, Szwedom, Finom, Litwinom i Portugalczykom. W Europie, najbardziej chyba sprawiedliwy zakaz agitacji, czyli w dniu wyborów, obowiązuje w Niemczech i na Węgrzech. Polska wydarzeniami z grudnia ub. r. zasłużyła ostatnio na ciszę w polityce w ogóle, ale ma tylko prawie dwudniowy zakaz prowadzenia kampanii przed wyborami, tak samo jest w Chorwacji, Grecji, na Cyprze, Irlandii, Bułgarii i na Słowacji oraz we Francji.

Najdłużej trzeba milczeć we Włoszech, bo aż 15 dni przed wyborami a 5 dni cisza trwa w Hiszpanii. Kilkudniowy post od agitacji obowiązuje m.in. w państwach bałkańskich (Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Rumunia) oraz w Luksemburgu a także w Turcji.

Milczenie wyborcze i historia (krótki kurs)

Oczywiście, dla bardziej dociekliwych, wszystko może mieć w tym zestawieniu logiczne uzasadnienie, ale też i nie: Włochy najdłużej milczą przed wyborami, bo rządy po wojnie trudno tam zliczyć a parlament jest rozdrobniony jak karma dla bezzębnego jelenia. Poza tym Italia, poprzez nadmierną agitację panów w czarnych koszulach, już kiedyś płaciła sporą cenę społeczną za zbytnią „wolność” wyborczą. Z drugiej jednak strony w Niemczech cisza jest tylko w dniu wyborów, ale są tacy, którzy właśnie tam po wojnie wyborów w ogóle nie przeprowadzaliby. W Austrii, gdzie nawet malarze mogą drzeć się w dniu elekcji na kogo głosować, też – zdaniem wielu – lepiej przeprowadzać tylko wybory miss (sprawdzić, czy dzierlatki mają brody) lub wybory komitetu domowego.

Wyciszenia demokratyczne

Cisza wyborcza w Polsce tylko raz minęła się z pędzącym pociągiem prawa. Całkiem niedawno całe tabuny ludzi przed lokalami za nic miały ciszę, kiedy w nocy, bez komunikatu PKW, tworzyły się kolejki po formalnym zakończeniu wyborów a w kraju wiadomo było już jakie są wyniki. Nawet jeden poseł roznosił w nocy wśród wyborców swojego okręgu napoje i nie był w masce, czyli każdy mógł go rozpoznać i ów parlamentarzysta mógł agitować za pomocą dobrze zwanej, nie tylko nad Bosforem, twarzy… To taka była wyciszona demokracja. Wybory się uśmiechnęły ustami polityków i sędziów, którzy są demokratami i o ciszę wyborczą dbają, chociaż zastosowano tu wyciszenie ciszy wyborczej.

W czasie podróży przez Europę śladem występowania ciszy wyborczej pominąłem jednak jeden istotny szczegół. Przed ciszą, w jej trakcie i nawet przed powtórnymi czy powtórzonymi wyborami trzeba mieć na kogo głosować. Czego Państwu i sobie życzę.

 

 

WALTER ALTERMANN: Oj, wybory, wybory, po wyborach smutek…

Tytuł tego felietonu zaczerpnąłem, z małą przeróbką, z ludowej piosenki. W oryginale jest tak:

„Oj, wesele, wesele, po weselu smutek,

oj, wlazła baba na piec,

sparzyła półdupek…”

W rzeczywistości wybory to wielkie społeczne wesele, a skutek powyborczy, jest właściwie  identyczny, jak u tej baby – duże rozczarowanie i obolałe siedzenie. Żeby jednak nie być posądzonym o pójście na łatwiznę, proponuję poniższy wykład.

Wybory, dawniej 22 lipca

Daje się dziś słyszeć, że wybory to wielkie święto demokracji. Ilekroć słyszę takie zadęcie, tylekroć  budzi się we mnie uśpiony burzyciel pomników. Bo dzisiejsze wybory samorządowe bardziej przypominają dawne święto 22 lipca, niż prawdziwą demokrację. Według mnie demokracja, która ogranicza się do możliwości głosowania nie jest jeszcze prawdziwą demokracją. Prawdziwa demokracja, to możliwość weryfikowania działań władzy, poddawania tych działań rozumnej krytyce i wyciąganie bezwzględnych wniosków. Tak samo jak do pełni demokracji konieczna jest weryfikacja obietnic wyborczych i sprawdzanie dotychczasowych osiągnięć życiowych kandydatów do władzy.

Wydawałoby się, że w dobie wolnych mediów, Facebooka, Twittera nie ma nic łatwiejszego, niż rzetelne rozliczenie dotychczas rządzących radnych, burmistrzów, wójtów, prezydentów miast i marszałków województw, ale nic bardziej mylnego. Obecna kampania wyborcza to parada terenowych zarozumialców, gminnych zbawców i lokalnych świętych Mikołajów. Przykłady? Podzieliłem je na dwie kategorie. Pierwsza to auto-chwalba obecnych władz, druga to zapowiedzi kandydatów.

Czego to myśmy nie zrobili

W wielu miastach na nowych obiektach municypalnych, takich jak zajezdnie autobusowe, na  wyremontowanych pośpiesznie, po łebkach ulicach i na ledwo co ukończonych budynkach szkół, żłobków i szpitali pojawiły się transparenty, głoszące: „Zrobiliśmy to dla Was, Łodzianie, Poznaniacy czy Pszczynianie”. I wychodzi na to, że władza robi prezenty swoim wyborcom, z własnej (tej władzy) kasy. Pomijam już fakt, że łodzianie, poznaniacy, pszczynianie zawsze  piszemy małą literą. Nie jesteśmy w końcu Niemcami którzy każdy rzeczownik piszą wielką literą.

Zwracam też uwagę, że pisanie „dla was” jest rodzajem nieprzyjemnego fraternizowania się z  wyborcami, którym władza lokalna ma służyć. A nadto, to wyborcy są dla władzy władzą, nie odwrotnie.

I zupełnie jak w przeddzień 22 lipca obecne władze chwalą się osiągnięciami remontowo-budowlanymi. A czynią to tak, jakby rzeczywiście dochodziło do jakichś masowych cudów, a  władze były po prostu cudotwórcami.

Trzeba być naprawdę mocno w sobie zakochanym, żeby uznać, że remont linii tramwajowej jest objawieniem łaski Bożej, poprzez prezydenta miasta. I tak to, przed wyborami, to co oczywiste i normalne, staje się wydarzeniem metafizycznym, nadludzkim.

I ani słowa o tym, ile z poprzednich obietnic wyborczych naprawdę zrobiono, a ile poszło psu na budę. Nikt nie ma zamiaru z czegokolwiek się rozliczać. Przecież minęło już 5 lat, więc wyborcy nie pamiętają o obiecanych złotych górach…

A czego to my nie zrobimy

Obietnice wyborcze nowych ludzi są równie nadprzyrodzone, co działania ich poprzedników. Ani słowa o pieniądzach – w sensie, skąd je nowi lokalni władcy wezmą. A bez pieniędzy nawet Salomon nie naleje. Nic, czysta abstrakcja jak u Kandinskiego lub niepohamowany kubizm jak u Picassa.

W obietnicach nowych nic się nie trzyma kupy, albo nic niczego się nie trzyma. A to dlatego, że albo nie mają pojęcia o zarządzaniu miastami i gminami, albo też uważają, że nie ma się co skupiać na szczegółach, bo i tak zwycięża wizerunek kandydata. Dlatego pozostaje nowym odwoływanie się do uczuć wyższych, właśnie metafizycznych.

Przejrzałem kilkadziesiąt ulotek wyborczych z całej Polski. Kilka poniżej zacytuję.

„Dlaczego startuję? Bo władza w mieście ignoruje mieszkańców. Chcę im przywrócić szacunek” – niestety kandydat nie rozumie, że szacunek jest w tym tekście dziwnym słowem. Co prawda dobrze brzmi, ale nic nie znaczy. Bo co? Będzie non stop łaził ulicami i każdemu mieszkańcowi będzie się nisko kłaniał kapeluszem? Przy okazji nie będzie też nikogo ignorował.

„Jestem zmianą, na którą czekacie” – pisze kandydatka. Ale nie pisze jaką zmianą, z czego na co. Ot, ma być zmiana, to jestem. Jako kobieta jest nowa nawet ładna, ale iluż wyborców zechce zmienić na nią swe żony?

„Chcę, aby nasze miasto inspirowało” – pisze kandydat, z zawodu nauczyciel, obecnie emeryt. I aż przykro myśleć, czego to on nie uczył w przeszłości. Przede wszystkim nie uczył sensu słów, bo inspiracja to natchnienie. A czymże ma inspirować owo miasto, Duchem Świętym, skłonnościami  do uprawiania sztuk pięknych? Kolejne puste słowa.

„Obecny prezydent jest zmęczony. Dajmy mu odpocząć.” – jakże podle apeluje kandydatka na urząd prezydenta miasta. Sugeruje bowiem, że obecny prezydent nie ma już sił i zdrowia do sprawowania urzędu, a nawet – być może jest chory. Czyli, podłość, podejrzane sugestie i pomówienia. Strzeż Panie wyborców przed takim kandydatem na urzędzie. Bo taka kandydatka będzie gotowa na wszystko.

„Sejmik bez polityki!” – deklaruje kandydat do sejmiku województwa. I kolejna abstrakcja, bo czymże jest sejmik jak nie ciałem politycznym? A tu kandydat zapowiada, że jego polityka nie interesuje… W takim razie nie powinien się ubiegać o mandat. Mógłby zostać dobrym strażnikiem miejskim, szewcem (których tak brakuje), a jeżeli ma ukończone studia to nawet nauczycielem. Tu  dodam, że kandydat o niczym więcej w swoim programie nie informuje.

„Kocham to miasto. Chcę przywrócić mieszkańcom szacunek” – informuje kolejny łaskawca do rady miejskiej. Ale nie zdaje sobie sprawy, że szacunek jest czymś osobistym, własnym, niemal intymnym i nikt nikomu ani nie może go odebrać, ani przywrócić. Szacunek dla innych się ma, albo nie ma. Szacunek jest wartością moralną, wskazówką, jak traktować siebie i innych, by nie naruszać swojej ani cudzej godności. Szacunek służy ochronie tej najważniejszej, najbardziej delikatnej części naszego ja. Wybacz im Panie, bo piszą jak myślą, a myślą – jak widać – bardzo marnie.

Brudno i totalny bałagan

O jednym żaden z kandydatów ani z tych, co już władzę mają ani z tych, co jej tak bardzo pragną nie wspomina… o powszechnym i zniewalającym brudzie i bałaganie, który panuje na wsiach, w miastach i miasteczkach. Elektorat niemiłosiernie brudzi, a władze nie sprzątają.

Dziwne, że nikt, dosłownie nikt z kandydatów, nie podjął tego tematu. A temat widać i czuć na każdym kroku. Obecne władze robią niewiele w kwestii brudu, bo – jak twierdzą – nie mają pieniędzy. Więc zrozumiałe, że obecni udają, że jest czysto. Ale dlaczego ci nowi sprawy nie podejmują? Bo boją się wyborców, których tak niskie tematy mogłyby odstręczyć od głosowania na czyściochów. No i nikt nie lubi, żeby mu wytykać, że jest brudasem.

A prawdę mówiąc, my Polacy lubimy bardziej wzniosłe tematy: honor, dziedzictwo historyczne  odpowiedzialność dziejowa… A przypominanie, żeśmy z dziada pradziada brudasy, nie uchodzi.

Pójdę, ale bez zadowolenia

W sumie mamy programowy mętlik w głowach, kalectwo językowe w ulotkach i nieprzepartą chęć życia przez najbliższe 5 lat na koszt wyborców. Mało, piekielnie mało. I potwornie drogo! Niestety, przed każdymi wyborami wzrasta we mnie poziom anarchizmu. Albowiem nikt ze starych z niczego się nie rozlicza, a nikt z nowych nie sili się nawet na minimum logiki. Do urny oczywiście pójdę, ale bez zadowolenia.

 

 

Na medialny seans spirytystyczny zaprasza WIKTOR ŚWIETLIK: Upiory Wyborczej

Duchy mają to do siebie, że bywają tylko odbiciem tego, co było kiedyś. Kilka lat temu nie bez lekkiego rozbawienia czytywałem o sobie jako o troglodycie z prawicowej kloaki zarzynającym najbardziej inteligencką stację radiową w historii ludzkości. A także jako o mordercy ducha niezależności i wolności, który przy Myśliwieckiej niepodzielnie panował od czasów powstania Trzeciego Programu Polskiego Radia w latach 60. i przez buntowniczą pierwszą połowę lat 80., manifestowany szczególnie po grudniu 1981 roku.

Potem dowiedziałem się jeszcze, za sprawą nieocenionej w dziedzinie researchu redaktor Agnieszki Kublik, że robiłem niezłe przewały, hodowałem trolle, a z radia nie odszedłem sam, tylko osobiście spuścił mnie sam Krzysztof Czabański. Research pani Kublik polegał na tym, że powtórzyła to wszystko po znanym mitomanie Wojciechu Cieśli plus trochę zmyśliła.

Co z tego zostało? Kilka procesów, które wloką się latami. A także, na przykład, rozmowa, którą kilka tygodni temu odbyłem z redaktorem „Gazety Wyborczej” Piotrem Głuchowskim. Nie wiedziałem swoją drogą tego, że Głuchowski za chwilę zasłynie awanturą z Kanałem Zero i Krzysztofem Stanowskim. Za to słyszałem gdzieś tam wcześniej, że to facet, który nie jest takim modelowym Wielińskim. Czasem coś pisze po swojemu. Uprzedziłem go, że z madame Kublik się procesuję, parę rzeczy mu powiedziałem, fakt, że na szybko, podczas jazdy samochodem.

Szczerze mówiąc „Gazeta Wyborcza” nie jest za bardzo w stanie ani mi zaszkodzić, ani pomóc. Wiadomo, że mnie nie znoszą, jako elementu znienawidzonej polskiej czarnej sotni, która nie zaakceptowała Michnika jako pana dusz i karier po wieki. A ja z odwrotnych przyczyn nie przepadam za nimi, choć piszę tu o formacji, a nie o ludziach, którzy bywają przecież różni. Daleki jestem od stygmatyzowania wszystkich, choć mógłbym przecież jechać „funkcjonariuszami z Czerskiej”, „poddziennikarzami” i „małpoludami”, jak to czyni się od kilku lat.

Mam wrażenie, że ani ja, ani Głuchowski tego nie lubimy. Dlatego na koniec nie poprosiłem nawet o autoryzację. Po pierwsze, nie lubię tego zwyczaju, po drugie – też byłem ciekaw, co będzie.I co wyszło? Niewiele. Ani się oburzać, ani wzruszać. Mam wrażenie, że Piotr Głuchowski próbował napisać tekst pod tezę, ale mniej więcej oddając sens wypowiedzi, więc trochę mu poprawili redaktorzy, żeby zbyt uczciwie nie było. To takie stare numery, drobne manipulacje, które zna każdy doświadczony sekretarz redakcji. Wychodzi niby to samo, a co innego. Kilka przykładów:

Jest tam o rozmaitych odejściach w ramach awantur, które odbywały się w Trójce już nie za moich czasów. No i jest choćby o Janie Młynarskim. A kto – tego Janka Młynarskiego – przyjął, wymyślił jego audycję, nie przy oporze, dodam, części “starej” redakcji? Jest za to o całym stadzie “przyjętych” prawicowców, z których większość po prostu bywała jako goście audycji publicystycznych obok innych gości. No to teraz jest taka w odzyskanym przez demokrację tuskową radiu apolityczność, że w sąsiedzkim RDC wprowadzają zapis na Piotra Semkę jako gościa.  Jest we wspomnianym tekście też wyssana już zupełnie z palucha moja wypowiedź, że dziennikarzy „trzeba dyscyplinować”. Jest podobnych rzeczy masa, ale zatrzymam się jeszcze przy dwóch rzeczach. Jest śródtytuł „dwa procent Świetlika” sugerujący, że zostawiłem Trójkę z dwoma procentami słuchalności. Zostawiałem z pięcioma, wedle mocno niemiarodajnego badania, ale przyznaję, że słuchalność spadła, bo i nie mogła nie spaść w warunkach takiego ostrzału medialnego. Polecam sprawdzić za to w biurze reklamy Polskiego Radia, jakie dochody wtedy Trójka przynosiła i jaki odsetek w nich stanowiły podmioty niepubliczne.

Dalej: rzekomo, zalecam Agnieszce Szydłowskiej, obecnej dyrektor, by nie bała się brać na siebie decyzji polityków. Tak naprawdę, zasugerowałem by nie zasłaniała się zarządem. To co się dzieje w jej stacji to jej odpowiedzialność. Na przykład gdy zostaje wywalona Beata Michniewicz. A sorry, „Wyborcza” wyjaśniła. Przeszła na emeryturę.

No i w końcu – to już chyba ze względu na proces z panią Kublik – „Świetlik musiał odejść”. Nie, szanowna „Gazeto” i droga Trójko. Odszedłem, bo miałem dosyć, będąc w historii tej stacji bodajże jedynym dyrektorem, który sam sobie odszedł, nie licząc Michała Olszańskiego, którego do rezygnacji zmusili koledzy. Odszedłem, bo miałem dosyć cierpień na pluszowym krzyżu pana Wojciecha Manna, czasami kojonych podwyżkami. Miałem dosyć ciągłego zewnętrznego podkręcania konfliktu w redakcji przez „Wyborczą”, ludzi pokroju Jerzego Owsiaka i ciągłego słuchania wypłakiwania strachu części tej redakcji, że „jak oni kiedyś przyjdą to się zemszczą za to, że nie odeszliśmy „. Miałem dosyć spławiania jakiś wokołopisowskich nawiedzeńców, bredzących że mam wprowadzić „kulturę narodową” ograniczoną do kilku artystów popierających ich partię plus czasem czyjejś kochanki albo córki, która jest utalentowaną artystką, ale system ją blokuje. Miałem dosyć tego, że nic nie mogę zrobić bo mam wciąż obcinany budżet. I miałem, szczerze mówiąc, też dość przy tej harówie oglądania kolejnych siedem tysięcy coś tam na rękę na koniec miesiąca. Lubicie ujawniać zarobki? Proszę, ujawniam się sam. Może inni pójdą moim śladem? Panowie Czyż, Orłoś, członkowie zarządów PR i TVP zapraszam…

I powiem wam coś jeszcze. Jakbym tam siedział dłużej, to to co się zdarzyło w 2020 roku by się nie zdarzyło, bo miałem na tyle oleju w głowie i kontaktów by to powstrzymać. Tyle, że taka wegetacja dla mnie nie miała sensu. Nie rozwijałaby ani radia, ani mnie. Czułem się jak facet ze słynnej okładki „Super Expressu”, który „cały czas trzymał kredens”. Wyszedłem. Kredens za przeproszeniem p…ł. Widocznie tak miało być.

Mógłbym małe i większe manipulacje wymieniać. Tylko po co? Do Głuchowskiego zresztą wielkich pretensji nie mam bo mam wrażenie, że chciał dać panu Bogu świeczkę i Diabłu ogarek. Chciał, żebym ja się nie czuł nadmiernie oszukany, a tekst przeszedł przez redakcję. Pozostaje pytanie. Po co w ogóle z kimkolwiek rozmawiać, skoro linia redakcyjna wyklucza jakąkolwiek realną ciekawość tego, co ma on do powiedzenia? I nie jest to tylko pytanie o „Gazetę Wyborczą”.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Rewolucja 13 grudnia zjada swoje dzieci

Rewolucja zjada swoje dzieci” – to wyświechtane powiedzenie wydaje się wyprawne z treści wieloletnim nadużywaniem. Dlatego wybaczcie, że mimo wszystko wydaje mi się najlepiej opisującym zjawisko, które mam wrażenie szybko narasta od 13 grudnia zeszłego roku.Gdyby przypadek prokurator Wrzosek został opisany przez „prawicowy portal” wywołałby pewnie słuszne, ale ograniczone oburzenie w szeroko pojętej „prawicowej bańce” i tam by pozostał.

Dzięki mechanizmowi plemiennego immunizowania na fakty, prokurator Wrzosek zostałaby jeszcze bohaterką walki z „prawackim oszołomstwem”. Jej pech polega jednak na tym, że afera została ujawniona na portalu zaliczanym do grupy „uśmiechniętych” i przez to w bańce „uśmiechniętych” nie da się jej łatwo zbyć machnięciem ręki.

Wrzosek

Dzięki Patrykowi Słowikowi i Wirtualnej Polsce – nie mam żadnej wiedzy, żeby miało to być elementem jakiejś podskórnej rozgrywki, więc zakładam, że ujawnione zostało w najlepszej intencji – dowidzieliśmy się, że wnioski prokuratorskie dotyczące TVP  – w dość powszechnym mniemaniu cierpiącej na przerost ambicji i pragnienie atencji, jednocześnie wielce „zasłużonej” dla „walki o demokrację” – prokurator Ewy Wrzosek, miały powstać poza prokuraturą. Wskazuje się na międzynarodową kancelarię Clifford Chance, która obecnie… obsługuje media publiczne. Co ciekawe ta sama kancelaria znajduje się w centrum skandalu finansowego Cum-ex w Niemczech.

No i chyba zrobiło się zbyt „grubo” żeby zbyt wielu chciało prok. Wrzosek „ratować”. Wprawdzie najbardziej fanatyczni jak Tomasz Lis, wzywają, żeby „nie zostawiać swoich na polu bitwy”, ale już Donald Tusk „staje w obronie” tak jakoś enigmatycznie i jakby pozostawiając sobie możliwość ewakuacji. A już rzecznik dyscyplinarna adwokatury uznała, że „zachodzi prawdopodobieństwo popełnienia deliktu przez adwokatów”, Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, uznał, że „granice zostały przekroczone”, nawet neo-prokuratura Korneluka informuje, że „prowadzi śledztwo”. Usiłowanie tłumaczeń na zasadzie „wyższej racji” chyba nie przynosi rezultatów.

Bracia Morales

Smutne i głodne święta panowały chyba również w hacjendzie „Braci Moralesów” czyli rozjechanego w Wirtualnej Polsce (sprawę z Moralesem ujawniła wcześniej „poprzednia” TVP) doradcy Platformy Obywatelskiej i internetowego hejtera Bartosza Kopani, oraz jego brata, również internetowego hejtera znanego na platformie „X” jako CasperVanDeHag – Marcina Kopani (sprawa ujawniona na Salonie24 przez Marcina Dobskiego), przypadkiem szefa podlegającej Trzaskowskiemu warszawskiej spółki miejskiej. Podczas jednej z telewizyjnych debat Trzaskowski zapowiedział jego zwolnienie.

Trudno powiedzieć, czy ujawnienie przez Onet sprawy Marka Balawajdera, który miał się dopuścić licznych przypadków mobbingu w RMF ma podobny kontekst. Prawdopodobnie nie, choć im więcej tego typu spraw, tym bardziej drapię się po głowie. Na pewno ciekawie brzmią jakby zawoalowane „groźby” Tuska wobec dziennikarzy WP.

I tak „najdzielniejsze z dzielnych” i „najwierniejsze z wiernych” matrosy rewolucji 13 grudnia, dopiero co cieszyły się euforią entuzjastycznego, mówiąc po ziemkiewiczowsku „jechania PiS”, a już same są „jechane”. Dopiero co łaknący krwi lud niósł ich na ramionach, a już okazało się, że niesie ich w stronę szafotu. Dopiero co czuli się Panami świata, a tu jakaś gilotyna robi zygu zygu po gardzieli.

„Rewolucja zjada swoje dzieci” – przynajmniej na razie, bo do „robespierów” jeszcze nie doszła.

WALTER ALTERMANN: Schrony, których nie mamy

W całej Polsce mamy jedynie 903 schrony. Czym jest schron? Nie ma nawet urzędowej definicji schronu. Jedynie Państwowa Straż Pożarna posługuje się czymś podobnym do urzędowego opisu: Schron jest budowlą ochronną o budowie konstrukcyjnie zamkniętej, hermetycznej, zapewniającej ochronę osób, urządzeń, zapasów materiałowych lub innych dóbr materialnych przed założonymi czynnikami rażenia oddziałowującymi ze wszystkich stron.

Definicja Straży Pożarnej jest o tyle ważna, że to właśnie jej przypadło zarządzanie schronami. Co znaczy utrzymywanie ich w stanie użytku, sprawności i gotowości do spełniania swych funkcji. Dla straży jest to obowiązek nowy, bo istniejący dopiero od dwóch miesięcy. Jak to było ze schronami wcześniej? Lepiej nie drążyć tematu.

W każdym razie istniejące schrony są małe (może i dobrze) dające bezpieczeństwo około 100 osobom każdy. W większości są to schrony jeszcze z czasów komuny.

Schronów nie ma, niczego nie ma

Reporter Wirtualnej Polski Mateusz Dolak zapytał Polaków na bazarze o to, jak oceniają działania polskich władz oraz czy boją się, że wojna mogłaby dotrzeć do naszego kraju. – Putin się tak szybko nie zatrzyma, bo poczuł swoją siłę. Fanatycy, jak poczują siłę, to pójdą naprzód – uważa jedna z pytanych kobiet. Inny z rozmówców mówi – Rządzący powinni coś zrobić, żeby społeczeństwo było przygotowane. Każdy powinien umieć strzelać, posługiwać się bronią i umieć obronić się i zabezpieczyć. Schronów nie ma, niczego nie ma. Jesteśmy kompletnie bezbronni.

Po co komu schrony?

O wojnach uczą nas ciągle z punktu widzenia wojskowych, począwszy od hoplitów, poprzez arkebuzerów aż do czołgistów. Owszem to wojskowi toczą bitwy, ale wojna jest sprawą całych narodów i społeczeństw. A może przede wszystkim cywilów? Wiemy, że wojsko walczy za ojczyznę, w obronie języka, tradycji i własnej kultury. Żołnierze walczą o prawo do bycia osobnym narodem, o prawo do rozwoju w obrębie swojego narodu. Czyli żołnierze walczą za tych, którzy zostają w domach. Bo i cóż byłoby to za zwycięstwo, gdyby uratowały się jedynie armie, a zginęliby wszyscy cywile?

Gdy żołnierze ruszają do walki, zostawiają w domach matki, dziadków, żony i dzieci. I żołnierze walczą w imię ochrony ich życia i stanu ich posiadania. Dlaczego zatem tak mało uczą nas o wpływie wojen na cywilów? Może dlatego że los cywila w czasie wojen jest opłakany, że cywile giną po cichu, niebohatersko, niejako „przy okazji.” Śmierć na polu bitwy jest zawsze zaszczytem, a śmierć pod gruzami zbombardowanego domu ofiarom chwały nie przynosi. Oczywiście w tej
„pedagogice społecznej” chodzi o to, żeby walczyć.

Cywile, masa kłopotliwa

Niestety, gdy o wojny chodzi, cywile nie są traktowani na równi z żołnierzami. Szczególnie wyraźnie widać to obecnie u nas. Przykłady? Wszystkich nas zajmuje – i słusznie – uzbrojenie i wyposażenie naszej armii, ale jakoś media i politycy milczą o zabezpieczeniu życia cywilów, w razie konfliktu zbrojnego. Oczywiście takiego konfliktu może nie być, ale może też być. Jeżeli tak intensywnie myślimy o zdolnościach bojowych armii, to dlaczego milczymy o zabezpieczeniu ludności cywilnej? Powie ktoś, że władza nie chce wszczynać paniki. Jeżeli tak, to władza nie docenia naszego społeczeństwa.

Współczesna wojna, jak dowodzi tego wojna na Ukrainie, może przynieść ogromne zniszczenia w infrastrukturze, przemyśle, transporcie, a także w budynkach miejskich. Dziś żadne z państw nie ma gwarancji, że ich właśnie ominą rakiety spadające na miasta i zabijające ludność cywilną. I dlatego pora uzmysłowić społeczeństwu, że najwyższy już czas zacząć budować schrony w miastach, miasteczkach i wsiach. A powinno ich być tyle i tak powinny być rozmieszczone, żeby większość ludzi mogła znaleźć w nich ocalenie.

Niestety kolejny raz budzimy się z ręką w naczyniu nocnym, lub bardziej elegancko – kopiemy studnie, gdy płoną domy. Bo przecież możemy nie zdążyć.

Brak pieniędzy na schrony, czyli nieprawda

Oczywiście natychmiast odezwą się głosy, że nie mamy pieniędzy na masową budowę schronów. W znacznej części obowiązek ich budowy spadnie na miasta, czyli na władze gmin, a te mają w zwyczaju narzekać na szczupłość środków. Poza tym, schrony pozostaną pod ziemią, w ukryciu i włodarze miast nie będą mogli się nimi pochwalić, przed wyborami. A chwalenie się jest drugim najważniejszym zwyczajem samorządów.

Dlatego spieszę przypomnieć samorządowcom, że w ostatnich latach za ich pieniądze (czyli za pieniądze mieszkańców) kwitnie pod polskim niebem „dzika chałtura w rozległym terenie”. Każde miasto ma jakieś festiwal piosenek, muzyki klasycznej bądź współczesnej. Mnożą się też jarmarczne festiwale świateł, pokazy psów, kotów, ptaszków i gadów. Wszyscy budują na potęgę pomniki, fontanny i dziwaczne muzea. Brukują też co się da, nawet zabytkowe place, które przez wieki były ozdabiane trawnikami, kwietnikami. Teraz te miejskie place przypominają reklamy producentów betonu.

Jeżeli polskie miasta stać na głupawe rozrywki dla mieszkańców, to przy rezygnacji z tych fanaberii, przy równoczesnym uświadomieniu mieszkańcom miast, że ważniejsze są schrony – uda się zyskać poparcie ludzi, bo nie są oni takimi oszołomami jak władze ich siedlisk. Jeżeli nie zaczniemy tego robić od dziś, to może w ogóle nie być widzów festiwali.

Schrony dla cywilów, ważne jak karabiny dla armii

Większość ludności cywilnej Warszawy przeżyła powstanie warszawskie, dzięki piwnicom. Ale wtedy każda kamienica miał piwnicę. A były to konstrukcje solidne i wytrzymywały nawet potężne bombardowania.

Dzisiaj piwnice też są, ale głównie w starych blokach. I dodatkowo są marne, zapchane starymi meblami. Co prawda właściciele tych piwnic mają ustawowy obowiązek, gdyby zaszła taka konieczność, usunąć cały piwniczny dobytek. Ścianki działowe piwnicznych boksów powinny wtedy zostać zburzone. Jednak piwnica to nie schron. Bo w piwnicach nie ma ani wody, ani wentylacji. Nie ma też żadnych miejsc do spania, choćby noszy.

Sprawa schronów jest dla nas tak samo wstydliwa, jak pilna.

 

WALTER ALTERMANN: Czy ktoś jest dzisiaj właścicielem świata?

Mimo burz rewolucji – szczególnie w państwach trzeciego świata, mimo upadku komunizmu, w dalszym ciągu około 96 procent światowego majątku należy jedynie do 3 procent ludzi. Pytanie zatem brzmi – czy ci wybrańcy, właśnie te 3 procent – spośród 8. miliardów ludzi są właścicielami świata i czy oni właśnie decydują o losach całej naszej światowej populacji?

Dzisiejsze media ciągle głoszą, że świat idzie ku dobremu, bo Elon Musk wszczepił komuś do mózgu elektroniczny implant. Poza tym obecnie świat mediów żyje też cudownymi narzędziami do zabijania. I nie chodzi tu o nowe prototypy gilotyny. Chodzi o jeszcze szybsze samoloty wojenne, jeszcze większe rakiety i jeszcze bardziej niszczycielskie bomby. Media owszem, piszą o wojnie na Ukrainie, ale już coraz ciszej i słabiej, bo wojna trwa długo i trochę się już mediom przejadła.

Woda kontra zbrojenia

W świecie zaczyna brakować surowców, więc USA, Chiny i Rosja walczą o wpływy w afrykańskich państwach, żeby mieć dostęp do tamtejszych kopalin. Poprzez wpływy należy tu oczywiście rozumieć przekupywanie afrykańskich rządów. W porównaniu z XIX wiekiem jest o tyle lepiej, że w celu zdobycia surowców, nie wysyła się już do Afryki zbrojnych oddziałów. Ale kolonializm kwitnie – pod inną postacią.

W tym samym czasie miliardy ludzi mają ograniczony dostęp do wody – co w wielu częściach świata jest kluczem do przeżycia. Zastanawiałem się ostatnio, ile kosztowałoby zbudowanie studni głębinowych, rurociągów, stacji uzdatniania podziemnej i morskiej, żeby zaspokoić dostęp do wody wszystkim mieszkańcom planety. Myślę, że w porównaniu z kosztami zbrojeń, prowadzeniem wojen byłoby to śmiesznie mało. To, dlaczego bogaci wolą zbrojenia, zamiast budowania studni biednym, skoro biały świat jest chrześcijański? Ano dlatego, że ze studni nie byłoby żadnego zysku. A jak na razie największe zyski, najbogatszym państwom, zapewniają jednak zbrojenia. Zatem nie widzę szans na taki humanistyczny odruch jak woda dla ludzi. Bomby i rakiety owszem, ale woda?

Pandemia Covid-19 pokazała, że istnieje możliwość szczepienia ludzi niemal całego globu, w tym najbiedniejszych krajów. Owszem, ale nastąpiło to pod groźbą, że mogą zachorować i umrzeć także obywatele najbogatszych państw.

Kiedyś to były nazwiska

Czy da się dzisiaj po imieniu i nazwisku wskazać największych właścicieli świata? Nie bardzo. A jeszcze w XIX wieku kapitał miał nazwiska. I na całym globie znano z nazwiska taki potentatów jak:

Cornelius Vanderbilt (urodzony 27 maja 1794 – zmarły 4 stycznia 1877) – amerykański przedsiębiorca, który swoją potęgę i bogactwo zbudował na transporcie kolejowym i morskim. Był głową sławnej rodziny Vanderbiltów.

Ostatnio, w wieku 88 lat odszedł Nathaniel Charles Jacob Rothschild (urodzony 29 kwietnia 1936 – zmarły 26 lutego 2024), czwarty baron Rothschild, członek brytyjskiej Izby Lordów. Był nestorem potężnego bankowego rodu Rothschildów, bankierem inwestycyjnym, który pełnił ważne role w brytyjskim biznesie i w życiu publicznym.

John Davison Rockefeller (urodzony 8 lipca 1838 – zmarły 23 maja 1937 roku) – amerykański przedsiębiorca, filantrop i fundator Uniwersytetu Chicagowskiego. Obecnie uważany za najbogatszego człowieka w historii, który w ciągu całego swojego życia zgromadził majątek o wartości 660 mld dolarów (według przelicznika z 2007). Jego majątek odziedziczył jedyny syn John D. Rockefeller, a następnie wnuki: John D. Rockefeller 3rd., Nelson, Laurance, Winthrop, David i ich najstarsza siostra Abby.

W Polsce, w mojej rodzinnej Łodzi, mają do dzisiaj swoją historyczną pozycję rodziny fabrykantów, twórców ogromnych fabryk wyrobów bawełnianych: Geyerów, Scheiblerów, Poznańskich, Heinzlów i Kunitzerów.

Wszystkich ich, tych królów biznesu, w świecie i w Polsce łączyło jedno – swoje pozycje budowali z talentem, ale bezwzględnie, niekiedy okrutnie, depcząc konkurentów, wchodząc w podejrzane interesy z władzą, przepłacając ministrów i całe rządy oraz przede wszystkim wyzyskując do cna swoich pracowników. Jednak w porównaniu z dzisiejszymi władcami świata mieli nazwiska.

Anonimowi potentaci

A dzisiaj – poza nielicznymi – władcy świata pozostają anonimowi. Jest jeszcze gorzej, bo dawniej magnaci biznesu mieli też narodowość. Dzisiaj – w dobie globalizacji – nie znamy ani narodowości, ani nazwisk tych, którzy mają wpływ na losy nas wszystkich.

Teraz największe banki, domy maklerskie, fundusze powiernicze inwestują i zarabiają w całym świecie. A dzięki internetowi w ćwierć sekundy można zostać milionerem lub splajtować i zostać nędzarzem. W dalszym ciągu anonimowo. Może czepiam się sprawy tych nazwisk, ale w XIX wieku, gdy każdy wiedział kim jest Rockefeller, to tegoż Rockefellera ten fakt obligował do przyzwoitych zachowań. Albo też jego państwo mogło go do takich zachowań skłonić, przywołać a nawet zmusić.

Były też partie i związki zawodowe, które mogły manifestować przeciwko konkretnemu panu kapitaliście. A dzisiaj? Przeciw globalizmowi w obrocie kapitałem mają protestować? Na to trzeba by mieć ogromne poczucie humoru, a głodnych na takie żarty nie stać.

Jest spisek czy go nie ma

Nie jestem wyznawcą teorii światowego spisku, nie sądzę, że istnieje jakaś ciemna siła, która dybie na pomyślność nas wszystkich. Jednakże zwracam uwagę na fakt, że dzisiaj wielki kapitał urwał się ze smyczy krajowych rządów i jest poza jakąkolwiek kontrolą. A to jest groźne. Bo być może jest i tak, że te wszystkie nasze wybory, ogromny wysiłek kandydatów na radnych i posłów idzie psu na budę. Skoro ponad demokratycznymi państwami świata stoi wyżej ktoś, kto może tym państwom dać korzystne kredyty lub nie dać.

Czy świat kiedykolwiek dojrzeje do tego, żeby nazwiska osób operujących wielkimi kapitałami były znane? Albo inaczej – czy ci, którzy rządzą dziś bankami i giełdami zechcą się ujawnić? Skoro prezydent USA musi ujawniać każdy swój wydatek, skoro musi być czysty jako ta łza, to dlaczego właściciele banków oraz ich najwięksi udziałowcy kryją się w cieniu? Być może boją się odpowiedzialności? A to już jest groźniejsze od najgroźniejszych wojen i pandemii.

 

 

 

 

Po bandzie – ekstremalny przegląd HUBERTA BEKRYCHTA: Krytyka polityczna, czyli leworządność romantyczna

Czasem lubię się pośmiać, zatem wynajduję w sieci periodyki, o których nawet nie wiem, czy jeszcze ukazują się na papierze. Często to niszowe nikomu nieznane portale, czasem jednak – jak w przypadku Krytyki politycznej – tytuły upadłe ideowo, ale hojnie wspierane finansowo przez rozmaite lewicowe i lewackie instytucje.

Krytyka polityczna upadła ideologicznie, bo w zamyśle miała ciążyć ku współczesnemu marksizmowi a skończyła na liberalizmie, który na jej stronach udaje pierwowzór, ale otacza go pleśń współczesnej polityki i huba uwielbienia dla rządzącej obecnie ekipy Tuska.

Trzewia systemu

Nie ma co, rozmach mają i płacić też muszą sporo, bo wielu autorów piszących dla Krytyki politycznej raczej w tanich trampkach nie chodzi. Zresztą, wielu młodych ludzi deklarujących się jako „prekomunistyczni lewacy” – tak o sobie mówią siedząc w modnym i niezbyt tanim barze kawowym – ubiera się nie tyle dobrze, co drogo. Uważają, że metka znanej marki to nie tyle prestiż i szpan, co wyróżnik pozwalający, poprzez wtopienie się w trzewia systemu – wyjść z niego z nieskalanym lewicowym podejściem do życia. Trudne? Będzie jeszcze trudniej, bo opiszę kilka ostatnich artykułów z Krytyki politycznej. Śmiałem się długo, ale potem uświadomiłem sobie, że na to nabiera się teraz nawet lepiej wyedukowana młodzież.

Wywiad z Tuskiem i wyobraźnia

Na przedświątecznych stronach portalu bije po oczach artykuł o wywiadzie (!) z Donaldem Tuskiem autorstwa redaktor naczelnej Krytyki politycznej Agnieszki Wiśniewskiej. Bije dosłownie, bo tytuł owego wstrząsającego dzieła brzmi: „Wywiad z Tuskiem pokazuje paradoks granic naszej wyobraźni.” Moją wyobraźnie już publicystka przekroczyła, ale dalej jest jeszcze lepiej: „Donald Tusk przepowiada wojnę. Straszy, mówi prawdę czy uprawia polityczną grę?” Wreszcie ktoś, może przypadkiem, ale zawsze, napisał prawdę o Tusku. Dziękuję pani Agnieszko.

Dodać trzeba, że na początku nowatorskiego „artykułu o wywiadzie” – może to być nowa dyscyplina dziennikarska, trochę taki medialny rzut młotem – zaznaczono, że sam wywiad ukazał się w Gazecie Wyborczej, jako że premier Tusk udzielił wywiadu tylko „sześciu europejskim gazetom”. Szach, makao i bingo w jednym.

Mózgobójstwo

Jeszcze ciekawiej zapowiada się wywiad z kandydatką na prezydenta Warszawy poseł Magdaleną Biejat. Tym razem to klasyczna na szczęście rozmowa, którą przeprowadziła – jaki to przypadek – na tydzień przed wyborami Paulina Januszewska. Sam wywiad jak wywiad. Biejat nie powie niczego interesującego, czyli skandalicznego, bo nikt jej kontrowersyjnego pytania nie zada, ważna jest promocja rozmowy zawarta w tytule i nadtytule.

Otóż Biejat zwierza się redaktorce lewicowego periodyku a dziennikarka robi z tego tytuł: „Ważne, żeby dzieci nie wchłaniały szkodliwych patriarchalnych wzorców”. No jasne, do diabła z podwyżkami, chaosem politycznym i prawnym w Polsce oraz wojną za naszą wschodnią granicą, najważniejsze są „szkodliwe patriarchalne wzorce”. Uważajcie Państwo, co Wasze dzieci „wchłaniają” razem z papką w żłobku lub z kanapką z żółtym serem w przedszkolu. Nadtytuł śmieszny już nie jest. „Kobietobójstwo” – krzyczy redakcja, abyście przeczytali. Nie warto. Albo nie, przeczytajcie i znajdźcie sens – oprócz kampanii wyborczej i tego, że to w tym akurat periodyku opublikowano – dlaczego to zrobiono pani poseł Biejat? Walki frakcyjne w Nowej Lewicy – d. SLD, d. Lewica, d. Socjaldemokracja RP, d. PZPR? Nie sądzę, ale szukajcie dalej.

Pradziadek za prawnuczka…

Dobra, powiem prawdę, zaciekawił mnie jeden z artykułów i dlatego właśnie napisałem tę zbyt obszerną krytykę Krytyki politycznej. Uwaga, uwaga: „Rozprawa Bartłomieja Sienkiewicza z widmami swojego pradziadka” pióra Dominika Pawlikowskiego – jak przedstawia go redakcja – absolwenta filozofii i filologii germańskiej. I co? Wstyd się przyznać, ale moim zdaniem, większość wnuków a nawet prawnuków nie ma problemów w „widmami” przodków. Dlaczego akurat minister Sienkiewicz miałby mieć problem z czymkolwiek? A z „widmami” pradziada Noblisty to już w ogóle. Chyba, że Quo vadis potraktować jako pytanie do rządu, gdzie zasiada czcigodny prawnuk autora Trylogii. I to nie byle jaki prawnuk, bo taki który w parę dni usiekł media publiczne w Polsce, poćwiartował ich przychody przy okazji wbijając na pal bezpieczeństwo państwa wyłączając sygnał nadawczy medium informacyjnego podczas toczącej się na Ukrainie wojny z Moskalem.

Krytykę przygaście, czyli leworządność

Pierwsze zdanie pana Pawlikowskiego to majstersztyk i właściwie niczego lepszego do wyborów samorządowych nie przeczytacie: „Kiedy pod koniec XIX wieku Henryk Sienkiewicz pisał ‘Trylogię’ i ‘Krzyżaków’, nie mógł się spodziewać, że ogień megalomańskiej mitologii narodowej, który wówczas rozniecił, ponad sto lat później zostanie w spektakularny sposób przygaszony przez jego własnego prawnuka w randze ministra kultury” – pisze na portalu Krytyki politycznej Pawlikowski.

Prawnuk Sienkiewicza obrócił w perzynę media narodowe i „przygasił”, co pradziad „rozniecił”. I jeszcze to zaczepne a nawet obraźliwe i nawiązujące do carskich dystynkcji „w randze ministra kultury”. O Sienkiewiczu tak, o pułkowniku Sienkiewiczu. Oj będzie mniejsza dotacja na pismo.

Jeśli nie mają państwo nic do roboty, to przejrzyjcie, ale myślę, że moja boleść po tych dziennikarskich wykwitach leworządności jest wystarczającą karą. W imieniu czytelników sdp.pl zniosłem to dzielnie. Chyba, bo powieka nadal drga mi nerwowo…

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Śmiech z cierpienia może zadławić

Ludzie, którzy pasą się, cieszą, cudzym nieszczęściem, szkodzą przede wszystkim sobie, a nie innym. Nie wiem, czy jest to w stanie dotrzeć, do któregokolwiek z influencerów medialnych napawających się nowotworem, który dotknął nielubianego przez nich polityka. W Wielki Piątek ludzie nienawidzący innych ludzi powinni przynajmniej pomyśleć o swoich czynach.

Każdego dziecka na religii, a jeszcze trochę takich dzieci jest, uczy się, że Ukrzyżowanie nie było końcem a początkiem. Także początkiem innych krzyżowań za wiarę. Wbrew utartej opinii największym prześladowcą chrześcijan w Rzymie nie był wcale Neron, a późniejszy o ponad dwieście lat Dioklecjan, który wraz z kolegami będącymi przy władzy rozpoczął regularną czystkę. W samym cesarstwie wiele osób z elity politycznej, także tych niechętnych wyznawcom Chrystusa, zwracało uwagę, że jest to średni pomysł. Napasiemy tłum nienawiścią do przeciwników, wyżyjemy się, jakiś czas władza pojedzie na tym antagonizowaniu społeczeństwa, ale potem oni będą mieli męczenników i podbudowę moralną, a my zdegenerowanych morderców, którzy jedyne czego chcą to uniknąć zemsty.

Mieli rację, bo krótko potem cesarz Konstantyn, czy to z przyczyn taktycznych, czy duchowych, zaczął mocno promować chrześcijaństwo, które wówczas już rozpoczęło niepowstrzymany marsz do panowania w całym imperium, a potem Europie. Ludu i elit Rzymu jednak wiele ta historia nie nauczyła, bo kolejnych kilkadziesiąt lat później nakręcili się tym razem nie na chrześcijan, a germańską ludność zamieszkującą półwysep apeniński, w większości rodziny rzymskich legionistów pochodzenia germańskiego. Efektem oczywiście była rzeź tych rodzin, przez chwilę pewnie było nawet fajnie, ale dalszym efektem było to, że duża część legionistów dołączyła się do króla Wizygotów, który wkrótce zajął Rzym i urządził zabawę na drugą nóżkę.

Lubię historię Rzymu, bo tam wszystko jest, ale oczywiście takich historyjek można by wysypać sporo z rękawa czytając o dowolnym okresie na dowolnym kontynencie. Mimo tego ludzie się nie zmieniają. Po prostu od czasu, do czasu chcą by innym było źle. Znajdują jakąś grupę, budują podbudowę moralną i heja. Dziś w naszym kraju, odbywa się to szczęśliwie nie za pomocą noży, stosów czy krzyży, a mediów, czasem z pomocą prokuratury lub służb specjalnych.

W tym wszystkim przypadek Zbigniewa Ziobro i rozmaitych Wielińskich, czy Michalik dworujących sobie z jego bardzo poważnej choroby, moim zdaniem, mocno wykracza poza standard. Ludzie z reguły nie dokuczają chorym na raka i sobie z tego nie dworują, także dlatego, że się go sami boją. Nasze media jednak osiągnęły kolejny etap, kolejny level gry w bezrozumne szczucie. Jeśli ktoś choć trochę śledził co pisałem to mógł zauważyć, że miałem sporo zastrzeżeń do aktywności byłego ministra sprawiedliwości w ostatnich latach. Ale jeszcze więcej zastrzeżeń, mówiąc eufemistycznie, miałem do Tomasza Lisa. Kiedy jednak dopadły go kłopoty zdrowotne ja, ale też choćby chamsko przez niego obrażana Magda Ogórek, życzyliśmy mu zdrowia. Żeby było jasne, nie czuję z tego powodu kombatanctwa. Ale chciałbym to nadmienić, by nikt inny nie mówił, “a wy też”. Nie. To akurat oni. Nie my.

We wszystkim tym, temu kibicowaniu chorobom (ale też powtarzaniu hasełka o “winnych, którzy nie mają się czego obawiać”, w sytuacji, kiedy motywacje aparatu siłowego są w oczywisty sposób polityczne) zastanawia mnie jedno. Ludzie, którzy kibicują chorobie, a nie choremu, choćby go nie lubili, już mu nie zaszkodzą. Jeśli komuś szkodzą to sobie, niech to w Wielki Piątek i przy Wielkiej Nocy rozwijają księża i etycy, bo to ich, a nie moja, branża. Ale nie zmienia to faktu, że może w ciągu najbliższych dni, słabego, zagubionego człowieka, w którym gdzieś tli się dana mu nadzieja i szansa, należy dostrzec nawet w tych obecnych “hejterach”, braciach Kopaniach i innych. Nie wiem jak tam dla Państwa, ale dla mnie jest to stosunkowo trudne. Tak czy siak spróbuję.