ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Pandemia i podcasty

Czy 2020 rok faktycznie był rokiem podcastów?

 

W prognozach dla rynku mediów na 2020 rok specjaliści przewidywali, że będzie to czas niesamowitego wprost rozwoju rynku podcastów. Pisaliśmy o tym na łamach SDP.PL, zwracając przy tym uwagę na możliwe trudności w masowym pojawianiu się nowych kanałów, zwłaszcza gwarantujących wysoką jakość. Nie są to bowiem narzędzia dla każdego i bez wątpienia są bardziej czasochłonne niż prowadzenie bloga, lub uaktualnianie statusów w social mediach[1]. Dziś sprawdzamy, czy prognozy okazały się trafne, czy też pokrzyżowała je pandemia.

 

W opinii ekspertów

 

Czy 2020 r. to  faktycznie był rok podcastów? – zastanawia się z nami Damian Ruciński autor podcastu ITiTy.PL[2] związany z branżą IT od końca minionego stulecia. – W mojej opinii zdecydowanie tak i to zarówno w skali mikro, bo sam zacząłem więcej słuchać oraz uruchomiłem swój pierwszy podcast, jak również w skali makro. Wystarczy spojrzeć chociażby na liczbę polskich podcastów znajdujących się w internetowym katalogu podkasty.info[3], gdzie na początku roku 2020 ich liczba wynosiła około 3400, a obecnie jest to już ponad 6500 pozycji. Gdy spojrzymy na rynek podcastów w skali całego globu, to na dziś podcastindex.org[4] informuje o ponad 4 milionach pozycji! Rosnące zainteresowanie podcastami widać również po stronie słuchających. Przytoczyć można jako dowód liczbę subskrybentów newslettera polecającego polskie podcasty najlepszepolskiepodcasty.pl[5], który wystartował z początkiem 2020 roku, a obecnie co tydzień dociera do prawie 3000 osób!

 

Nieco polemizuje z tą tezą Bartosz Lewicki doświadczony radiowiec, który w 2020 r. współtworzył podcast programu na rzecz zdrowia psychicznego NASZAwtymGŁOWA[6], a obecnie prowadzi kanał „Quizomaniacy – Podcast Wybitnie Teleturniejowy”[7], zwracając uwagę, że wzrost popularności, nie oznacza jeszcze wzrostu wpływów: Komercjalizacja podcastów nie jest łatwa, zwłaszcza w Polsce, gdzie grupa słuchaczy to głównie ludzie znający nasz przepiękny język, trudno jednak mówić o zasięgach globalnych. Jako podcaster można zyskać partnera, lokować informacje o produktach, lub zdobyć sławę i występować jako prelegent za pieniądze. Można również zadziałać od drugiej strony – mieć treści i je publikować, w kawałkach, jako podcasty – zyskując zasięgi i dodatkowych słuchaczy stosunkowo niewielkim kosztem. Tak robi teraz większość rozgłośni radiowych – od TOK FM, przez Wnet po Radio Kielce. Dodajmy do tego stacje radiowe, takie jak Nowy Świat, czy 357, które są dostępne wyłącznie w internecie, nie podlegają pod KRRiTV, mają swoich patronów. Gdzie autor może zajmować się tym, co naprawdę lubi i potrafi – śmieszy, tumani, przestrasza.

 

Można również być najbogatszą firmą świata, Amazonem, stworzyć swoją platformę z muzyką i podkastami, a potem pójść na zakupy. Na przełomie 2020 / 2021 spółka kosmonauty Bezosa wydała około 300 milionów dolarów na Wondery, firmę tworzącą i publikującą podcasty premium, za odtwarzanie których płacą słuchacze. Jak widać, nie jest ich aż tak wielu, bo pół roku później Amazon ogłosił zakup, również za 300 mln dolarów, Art19: platformy służącej do publikacji i „monetyzacji” podcastów. Mówiąc prościej – do dodawania reklam, zarówno przez twórców, jak i automatycznie, w przerwie na reklamę. Aż przypomina się stukanie palcem w garnek i miły męski głos: „Zapraszamy do reklamy”. Tak właśnie radio zaczęło emitować reklamy w Polsce. A my, nieświadomie, zaczęliśmy szukać alternatywy dla radia.

 

Zainteresowanie rozgłośni

 

W ubiegłym roku pisaliśmy na łamach SDP.PL, że rozwojem podcastów zainteresowane jest Auditorium17. Wspomniane przez Lewickiego Radio Kielce oferuje od 2020 r. słuchaczom na własnej platformie 33 różne podcasty, prowadzone zarówno przez dziennikarzy, jak i zaproszonych gości[8]. O to, jakie tematy cieszą się największym zainteresowaniem, pytamy odpowiadającego za tę część aktywności Radia Kielce Roberta Felczaka:

 

Zdecydowanie prowadzą „Kryminalne Historie”[9], za którymi uplasowały się podcasty historyczne, m.in.: „Moc Historii”[10] i „Obrazy wojennych zdarzeń”[11] – informuje Felczak.

 

Analizując zawartość comiesięcznych notowań swoistej listy przebojów podcastów, czyli „Podcast Hot50”, wydawanej przez powstały w 2019 roku „Podcast Magazine (Beyound The Microphon)” można zauważyć, że gusta polskiej publiczności nie odbiegają specjalnie od zamiłowań słuchaczy kanałów anglojęzycznych. Kategorie: „Tru Crime” i „History” budzą i tam żywe zainteresowanie. Popularnością cieszą się też tematy dotyczące biznesu, „Kids and Family” i edukacji. To ostatnie nie powinno dziwić w czasie praktykowania nauki zdalnej na całym globie. Warto zauważyć, że łącznie pismo, którego założycielem jest Steve Olsher, wyróżnia aż 21 kategorii tematycznych kanałów. Co ciekawe Hot50, za której zestawianie odpowiada Rob Actis powstaje nie w oparciu o wskaźniki takie jak: zasięgi, liczba odbiorców, czy dochód, ale na podstawie rekomendacji czytelników „Podcast Magazine” i ich głosowania. W założeniu ma to dać szansę małym, ale wartościowym kanałom na zaistnienie w świadomości miłośników podcastów[12].

 

Bez wpływu pandemii?

 

Patrząc na kolorowe strony „Podcast Magazine”, wydaje się, że pandemia nie miała większego wpływu na rynek podcastów, choć oczywiście temat ten poruszali przywoływani na wirtualnych łamach twórcy (magazyn można czytać online, pobrać w postaci pliku PDF, a nawet… wysłuchać). Jak oceniają to polscy eksperci?

 

– Tak zwani „duzi gracze” dostrzegają potencjał, jaki drzemie w podcastach – odpowiada Damian Ruciński. – To właśnie na czas pandemii  przypada największy podcastowy transfer, czyli przejście Joe Rogana i jego podcastu na wyłączność do Spotify za niebagatelną sumę 100 mln $. Podcasty to medium internetowe, naturalnym jest więc to, że wraz z koniecznością bycia „online” wiele osób przybliżyło się do tej formy konsumowania treści, dostępnych zresztą w jakże popularnym modelu „na żądanie”. Słowo „podcast” już nie jest niezrozumiałe. Wzrasta liczba osób, które podobnie jak ja uważają, że właśnie to medium przemawia (dosłownie i w przenośni) do nich najbardziej.

 

Jak prowadzić podcast?

 

Wszystko wskazuje na to, że prognoza tym razem się sprawdziła, co jest zaskakujące o tyle, że rozwój rynku podcastów przewidywano konsekwentnie od kilku lat i każda z tych dotychczasowych wizji była chybiona. Wydaje się, że pandemia, a zwłaszcza czas izolacji społecznej, miały duży wpływ na popularyzację tego nienowego przecież narzędzia komunikacji. O to, jak prowadzić podcast, pytamy Bartosza Lewickiego. W pierwszej kolejności zwraca uwagę na niski próg wejścia.

 

Żeby zostać dumnym twórcą podcastowym, wystarczy smartfon – objaśnia Lewicki. – Oczywiście, to samo dotyczy Youtuberów, ale przy podcaście nie musimy dbać o tło, strój, makijaż, światło. W podcaście wystarczy, że dookoła jest w miarę cicho i nie ma tego paskudnego echa. Możemy nagrywać tak, żeby nie montować, albo skorzystać z wielu dobrych i darmowych programów do obróbki dźwięku. Mając zabezpieczone zaplecze techniczne, warto skupić się na trzech rzeczach, które pozwolą nam odnieść sukces i zostać gwiazdą. Są to: pomysł, charyzma i wytrwałość.

 

Czy mógłby pan rozwinąć ten ostatni wątek?

 

– Na temat dwóch pierwszych elementów nie będę się wypowiadał – tylu mądrych autorów zajmowało się nimi od czasów antyku – odpowiada Lewicki. Trzeci element jest jednak bardzo ważny: jeśli nie jesteśmy jeszcze gwiazdą, wybicie się z własnym materiałem jest trudne i wymaga czasu oraz radości, że w tym tygodniu wysłuchało nas aż siedem osób. Po drugie, z czasem przychodzą doświadczenie i nawyki, które podpowiadają nam, jak i gdzie nagrywać, czy wycinać każdy oddech i pauzę oraz co jest ważniejsze – forma, czy treść. Nie są to błahe sprawy. Posłuchajcie podcastera, który przedtem nie miał doświadczenia w radiu i telewizji. Porównajcie jego pierwsze i obecne odcinki. Czy nabrał luzu, czy zamiast skupiać się na poziomach nagrania, teraz skupia się bardziej na poziomie merytorycznym. Kiedy się go przyjemniej słucha? Z tego powodu osoby z radiowym obyciem mają łatwiej na starcie. Oni już wiedzą, o co chodzi. Ale z drugiej strony liczy się świeżość i łamanie schematów – pod warunkiem, że robi się to na przyzwoitym poziomie technicznym.

 

Jaka dziś rysuje się przyszłość rynku podcastów?

 

W krajach, w których podcasty są znane dłużej i mają większy potencjał, bo są nagrywane po angielsku, funkcjonują producenci podcastów. Ty masz pomysł, odwagę i nutkę szaleństwa, oni – sprzęt, doświadczenie i odrobinę sceptycyzmu – zauważa Bartosz Lewicki. – Minusem jest oczywiście to, że producenci będą chcieli zarabiać, a początkujący podcaster nie chce za dużo tracić. Ale może kierunkiem rozwoju podcastów jest właśnie taki podział zadań i obowiązków? Jest więc luka, która pewnie zostanie w jakiś sposób wypełniona również nad Wisłą. I zanim zaczniecie na mnie krzyczeć, że to zły pomysł, to pamiętajcie, że The Beatles miało swojego Georga Martina.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/czas-podcastow-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 05.08.2021 r.

[2] https://itity.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[3] https://podkasty.info/ – dostęp 05.08.2021 r.

[4] https://podcastindex.org/ – dostęp 05.08.2021 r.

[5] https://najlepszepolskiepodcasty.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[6] https://naszawtymglowa.pl/podcasty/ – dostęp 05.08.2021 r.

[7] https://open.spotify.com/show/45f4s0byvyoZi5SGQBLusG – dostęp 05.08.2021 r.

[8] https://podcasty.radio.kielce.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[9] https://podcasty.radio.kielce.pl/kryminalne-historie – dostęp 05.08.2021 r.

[10] https://podcasty.radio.kielce.pl/moc-historii – dostęp 05.08.2021 r.

[11] https://podcasty.radio.kielce.pl/obrazy-wojennych-zdarzen – dostęp 05.08.2021 r.

[12] https://podcastmagazine.com/ – dostęp 05.08.2021 r.

Miliarderzy z kosmosu – MIROSŁAW USIDUS o tym jak media zniekształcają rzeczywistość

Media tak bardzo chcą uprościć świat, który nam pokazują, po to oczywiście „byśmy mogli go zrozumieć”, że serwują nam całkiem inną, luźno związaną ze stanem faktycznym, wersję rzeczywistości. Uderzające było to w przypadku opisu medialnego letniej kosmicznej przygody paru bogatych panów.

 

Trzech miliarderów ściga się w kosmos – tyle mniej więcej mógł zrozumieć przeciętny łykacz przekazu serwisów informacyjnych w gorących tygodniach lipca. Mass media, nienawidzące szczegółów oraz wszelkich okoliczności wymykających się ze zgrabnie wymyślonej i opakowanej story, zakłócających zwartość przekazu, orzekły, że pierwszy w kosmosie był Branson, a potem Bezos, ale za to razem z wyciskającą łzy wzruszenia staruszką, której zmowa męskich szowinistów nie pozwoliła być astronautką, bo nie przyjęto na pokład Apollo, choć „była najlepsza”. A Elon Musk? Musk zazdrośnie patrzył, jak ci dwaj orbitują, knując swoje plany?

 

Ponieważ zajmuję się lotami kosmicznymi odrobinę wnikliwiej niż portale kręcące ową story, znanych jest mi sporo owych nudnych detali oraz okoliczności, które w uproszczonych, ale sensacyjnych, doniesieniach były pomijane lub zgrabnie (choć częściej niezgrabnie) „metonimizowane” *. Te wszystkie wchodzące w temat głębiej i szerzej szczegóły może i są nudne, ale gdy je zebrać tworzą zgoła inną „story”, a właściwie odrębne trzy historie, również zresztą bardzo interesujące, niekoniecznie ze sobą powiązane, przynajmniej nie tak jak wiązały je media. Bo wmontowywanie przedsięwzięć trzech panów z ich firmami, ich motywacji i celów, które sobie stawiają, w jedną prościutką pigułkę informacyjną serwowaną w egzaltowanym tonie przez popularne środki masowego przekazu, jest uprawnione w niewielkim stopniu.

 

Branson przeleciał się rakietoplanem wysoko nad Ziemią… i tyle

 

Jedynym wyraźniejszym śladem zazębienia pomiędzy nimi jest i tak wciąż jedynie domniemana chęć wyprzedzenia Bezosa przez Bransona, którego firma Virgin Galactic pracuje nad rakietoplanem do lotów suborbitalnych od piętnastu bez mała lat. Może właśnie dlatego Branson chciał Bezosowi coś udowodnić. Tego nie wykluczam.

 

Problem jednak w tym, że wbrew sformułowaniom w wystrzeliwanych na gorąco relacjach medialnych pojazd VSS Unity Bransona NIE DOLECIAŁ DO PRZESTRZENI KOSMICZNEJ, gdyż maksymalna wysokość lotu, którą osiągnął 11 lipca 2021 roku była o ok. 14 km niżej niż pułap 100 km uznawany przez Międzynarodową Federację Lotniczą, jako umowna granica kosmosu. W USA przyjmuje się nieco inną umowną granicę na wysokości 80 km. No i, Houston, mamy pierwszy problem dla mediów. Zostały po pierwszych doniesieniach poprawione w serwisach społecznościowych przez ludzi dysponujących ową wiedzą, dla dziennikarzy strzelających szybkimi newsami i formułkami, wcześniej całkiem „tajemną”. Pisałem wyżej, że media nienawidzą takich komplikacji i wszelkiego rodzaju niejasnych, niejednoznacznych okoliczności, choć tak naprawdę nie tyle samych komplikujących faktów, ile nie znoszą o nich pisać, mówić, generalnie podejmować wysiłek tłumaczenia tego wszystkiego odbiorcy.

 

Więc, skoro nie ma mowy, by wchodzić za bardzo w szczegóły, trzeba wymyślić wytrych. Zostało nim sformułowanie lot do „granicy kosmosu” albo „na krawędź kosmosu” lub coś w tym stylu. Co ciekawe, stosowane później również w opisie lotu Bezosa, choć ten jednoznacznie przekroczył pułap 100 km. Chodziło zapewne o wpasowywanie obu wydarzeń do założonej ujednoliconej narracji – obaj polecieli gdzieś „na krawędź kosmosu”, bez wnikania, który naprawdę był w kosmosie a który odbył bardzo wysoki lot w atmosferze ziemskiej. Używano też na lot Bransona określenia „lot suborbitalny”, ciesząc się zapewne z wynalazku, ale radość wynikała z ignorancji, gdyż taka nazwą określa się loty, które bez wątpliwości definicyjnie osiągają przestrzeń kosmiczną (czyli przekraczają pułap 100 km).

 

Wiele mediów stosowało też sformułowanie „pierwszy kosmiczny lot turystyczny”, nazywając Bransona zarazem „pierwszym kosmicznym turystą”, co jest dezinformacją nie tylko ze względu na wspomniane wyżej zastrzeżenia co do tego, czy w ogóle dotarł do kosmosu, ale przede wszystkim dlatego, że turystyka kosmiczna dostępna była już dwie dekady temu i ludzie tacy jak Dennis Tito, Mark Shuttleworth, Gregory Olsen, Anousheh Ansari i Charles Simonyi za grube miliony odbyli turystyczne właśnie loty na orbitę Ziemi. Nie ma żadnych wątpliwości, że byli w kosmosie. Przypomnę, że na początku pierwszej dekady XXI wieku spekulowano nawet, że bilet turystyczny w kosmos kupi sobie u Rosjan nikt inny tylko Leszek Czarnecki.

 

By dodać jeszcze tak nienawidzonego przez media komplikującego przekaz sosu, dodam, że pierwszy prototyp rakietoplanu, na którego bazie stworzono VSS Unity Bransona, wehikuł latający o nazwie SpaceShipOne, zbudowany przez wybitnego konstruktora Burta Rutana, w 2004 roku dwa razy w ciągu pięciu dni odbył loty na wysokość przekraczającą pułap 100 kilometrów, co było warunkiem zdobycia prestiżowej nagrody Ansari X PRIZE. To byłyby więc, szesnaście lat temu, pierwsze loty samolotu rakietowego w kosmos.

 

Całe zatem przedsięwzięcie Bransona, po detalicznej analizie, jawi się jako nie wiadomo dokładnie co. Bo wątpliwe, czy w ogóle lot w kosmos, na pewno nie pierwsza turystyka kosmiczna, a sama maszyna (jej protoplastki) miała już wiele lat temu bardziej imponujące osiągnięcia. Skąd więc ta medialna heca połączona z robieniem ludziom wody z mózgu?

 

Bo Bezos miał kilka dni później lecieć? O to chodzi?

 

W medialnym coverage’u lotu Jeffa Bezosa i dobranych przez niego załogantów, w tym jednej przemiłej starszej pani, do której jeszcze wrócę, najzabawniejszy był chaos nazewniczy. Nie dla każdego było jasne czym jest Blue Origin – rakietą, nazwą misji, czy też firmą Bezosa, która zajmuje się rozwojem techniki kosmiczno-rakietowej. Niech za przykład tej konfuzji posłuży tekst z portalu WP.pl, w którym da się znaleźć wszystkie te trzy smaki semantyczne plus bonus w postaci alternatywnej nazwy „New Origin” (zrobiłem screena oryginalnej wersji artykułu, jakby co).

 

Niektóre media obruszyły się na kolportowanego w społecznościach fejka, że pojazd New Sheppard Bezosa wyemitował ileś tam ton dwutlenku węgla. To oczywista bzdura, gdyż jego silniki rakietowe spalają ciekły wodór i nie mają z węglem nic wspólnego. Jednak te same i inne środki przekazu nagminnie fejkowały pisząc o pani Wally Funk i sugerując niedwuznacznie, że ta uczestniczka „programu” Mercury 13, odrzucona przez NASA jako kobieta. „A w testach wypadała świetnie” co prowadziło medialnych mędrków do wniosku, że „mogła polecieć na Księżyc”, ale mówiąc skrótem publicystycznym „zazdrosne samce nie pozwoliły”.

 

Prostowanie tej kreacji medialnej zacznijmy może od tego, że „program” Mercury 13 był prywatnym przedsięwzięciem, w którym kobiety poddawane były testom podobnym do astronautów-mężczyzn. Nie był to w żadnym wypadku program NASA. Wally Funk, która była pilotem, wypadła w niektórych testach bardzo dobrze, ale ogólnie nie była najlepsza w grupie trzynastu testowanych kobiet-pilotów. W tamtych czasach nie miała szans zostać astronautą nie dlatego, że była kobietą, ale z tego samego powodu, z którego szans nie miała większość mężczyzn-pilotów. NASA po prostu rekrutowała wtedy do misji kosmicznych jedynie „test pilots”, czyli według naszej terminologii – pilotów doświadczalnych. Potem kryteria naboru zmieniły się i z czasem zaczęły latać również i kobiety. Ale w latach 60-tych to był podstawowy warunek. Ot i wyjaśnienie historii Wally Funk.

 

Wróćmy do Bezosa, dla którego wbrew medialnemu story Branson z jego ambicjami nie są istotnym i prawdopodobnie w ogóle żadnym punktem odniesienia. Jeśli myśli o kimś, z kim chciałby rywalizować, to jest to z pewnością Elon Musk i jego SpaceX. A ta barwna postać i jego firma są już w zupełnie innej lidze niż zarówno Branson, jak i Bezos (co Bezosa jak sądzę frustruje). SpaceX posyła w kosmos regularnie nie tylko cargo, ale również od niedawna załogi na Międzynarodową Stację Kosmiczną, rozmieszcza na orbicie infrastrukturę kosmicznej telekomunikacji Starlink, buduje rakietę, która ma za kilka lat zabierać ludzi nie w jakieś tam loty „suborbitalne” ale wokół Księżyca a potem także na jego powierzchnię, a niedawno firma Muska została wybrana przez NASA jako partner do misji do księżyca Jowisza – Europy. Nawiasem mówiąc, gdyby Elon chciał polecieć w kosmos to zapewne łatwo mógłby to zrobić, ale wolał wysłać tam samochód Tesla, który znajduje się obecnie gdzieś okolicy orbity Marsa.

 

Lot Bezosa z załogą i to akurat 20 lipca, w rocznicę pierwszego lądowania człowieka na Księżycu, należy rozpatrywać nie w kontekście wymyślonego przez media „wyścigu” z Bransonem, lecz w kontekście przetargu NASA na lądownik księżycowy, który ma pozwolić Amerykanom w ramach programu Artemis powrócić na naszego największego naturalnego satelitę. Po tym jak wiosną agencja wybrała SpaceX jako jedynego partnera w księżycowym programie Bezos być może chciał zademonstrować wszystkim, ale przede wszystkim amerykańskiej administracji, że on i jego Blue Origin mają „kompetencje kosmiczne”. Może większe wrażenie zrobiłoby, gdyby założyciel Amazona i jego załoga wylądowali na pokładzie odzyskiwanej rakiety, bo takie mniej więcej są wymagania lądowania na Księżycu. Niestety członkowie załogi Bezosa wylądowali na ziemi za pomocą tradycyjnej kapsuły ze spadochronem, metodą, która na Księżycu jest niewykonalna z powodu braku atmosfery.

 

O tym, jak bardzo Bezosowi zależy na księżycowym kontrakcie świadczy jego deklaracja, tydzień po tym nagłośnionym locie na orbitę, że wykona w ramach kontraktu prace warte dwa miliardy dolarów, co będzie finansową ulgą dla NASA, aby tylko Blue Origin został dopuszczony jako drugi alternatywny wykonawca infrastruktury załogowej na Księżyc. Jednak trzy dni później biuro Government Accountability Office (GAO) , instytucja kontrolna Kongresu Stanów Zjednoczonych, uznała w sprawie skargi Bezosa i jeszcze jednej firmy na decyzję agencji, że NASA miała pełne prawo do wyboru jednego tylko wykonawcy, SpaceX. Bezos zapowiada, mimo to, dalszą walkę o kontrakt księżycowy.

 

A co z Muskiem? Prawdę mówiąc nie ma wyraźnych śladów zainteresowania szefa SpaceX wyczynami BransonaBezosa. Przynajmniej nie w sferze publicznej. Zatem, zgodnie z przyjętym, zwłaszcza w mediach społecznościowych, sposobem komentowania, Musk „nienawistnie milczał”. To oczywiście żart, gdyż, jak wspomniałem wyżej, on i jego firma grają w innej lidze – Bezosem nie musi się przejmować, a Branson jest dla niego ciekawostką.

 

Piszę o tym wszystkim, by pokazać jak fikcyjna i daleka od rzeczywistego kontekstu była kreślona w popularnych środkach przekazu narracja o „wyścigu miliarderów”. Wychodząc od pomyłek, uproszczeń, czasem wręcz manipulacji i dezinformacji, dochodzimy do poważniejszego zagadnienia, jakim jest zniekształcanie przez media obrazu świata. Ktoś powie – to tylko jakieś zabawy bogatych facetów w kosmosie, bez znaczenia dla naszego codziennego życia. Jednak, skoro media z taką dezynwolturą robią wodę z mózgu w tej sprawie, to mogą robić w każdej innej, także w tej, która bliska jest tym niechętnych kosmicznym tematom, twardo stąpającym po ziemi miłośnikom „rzeczywistych problemów”.

 

Przypadek, który wyżej opisuję, pokazuje też, że nie trzeba bezczelnie kłamać i wypuszczać fake newsy, aby efektywnie zniekształcić rzeczywistość i wykreować narrację niewiele mającą wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Wystarczy trochę uproszczeń, sugestii, mieszania pojęć, montowania informacji, które powiązane są ze sobą w wątpliwy sposób, wszystko to ma się rozumieć podlane sosem „czyniącym przekaz zrozumiałym i strawnym dla przeciętnego odbiorcy” i publice serwuje się alternatywny świat zamiast prawdziwego, tak nieznośnie dla mediów skomplikowanego i niejednoznacznego.

 

Mirosław Usidus

 

*) „Metonimizowane” – od metonimii, czyli zamienni, omówienia czegoś inną nazwą.

Ignoranci i retorzy – MIKOŁAJ J. WACHOWICZ o błędach dziennikarzy

Dobry dziennikarz nie kompromituje się źle użytą retoryką; lepiej przekazać rzetelną informację w sposób mało efektowny, ale przystępny, niżeli epatować odbiorcę retorycznymi popisami.

 

Przedpołudnie 23 lipca 2021. Czytam newsy i dłuższe artykuły internetowe; a choć tematyka zaciekawia, lekturę psują niestety błędy językowe i bulwersujące zniekształcenia faktów. Nie jest to w żadnym razie profesjonalne dziennikarstwo. Autorzy piszą, co wiedzą, ale niekoniecznie wiedzą, co piszą. Czy jednak zawsze świadomie? Zacznijmy ten przegląd od spraw drastycznych z rodzimego podwórka.

 

Na Onecie już sam tytuł tekstu „34-letni elektryk okazał się seryjnym mordercą. Policja zignorowała ostrzeżenie” (zamieszczony 22 lipca o godz. 16.40) – ponieważ traktuje on o czynach zbrodniarza (Bogdana Arnolda) sprzed 55 lat – wskazuje, że autor nie zna realiów PRL-u. Inaczej mundurową formację porządkową nazwałby prawidłowo Milicją Obywatelską. Policję powołano dopiero w roku 1990. Autor (podpisany mt) zresztą brnie dalej i wszędzie konsekwentnie używa terminów policja, policjanci jeszcze 8 razy.

 

„64-letnia solenizantka rzuciła się na męża z tłuczkiem do mięsa. Mężczyzna trafił do szpitala” – czytamy również na Onecie (Źródło: KMP Lublin, RMF FM, 22 lipca godz. 9.23). Lecz dalej okazuje się, że chodziło nie o imprezę imieninową, a o urodzinową. Solenizant to przecież osoba obchodząca imieniny. Urodziny świętuje jubilat (znamy słówko jubileusz?) i tak właśnie było w przypadku krewkiej starszej pani.

 

„Jacek Jaworek nieuchwytny od 13 dni. Policja zmienia strategię”. Artykuł pod takim tytułem opracowała 23 lipca Magdalena Bojanowska na Gazeta.pl. No i dowiadujemy się o nowych nazwach opisujących relacje rodzinne sprawcy i ofiar:

Mężczyzna podejrzewany jest o to, że w leżących kilkadziesiąt kilometrów od Częstochowy Borowcach zamordował swojego brata, szwagierkę oraz ich 17-letniego syna. Z domu, w którym doszło do tragedii, udało się uciec tylko 13-latkowi, który schował się przed wujkiem, a potem uciekł przez okno.

 

Przede wszystkim – żona brata to (jak sama nazwa wskazuje) bratowa, choć niestety ignoranci coraz częściej nazywają ją szwagierką. Szwagierka to raczej siostra męża dla żony, siostra żony dla męża, ewentualnie – żona szwagra. Podobnie dla bratanka – chociażby ten nawet nazywał go nieprawidłowo „wujkiem” Jacek Jaworek pozostanie de factode iure stryjem. Wuj to wyłącznie brat matki, nie ojca, ewentualnie mąż ciotki (dawniej: pociot), ostatecznie kuzyn któregoś rodzica, choć na pewno nie brat stryjeczny ojca. Miejmy jednak wyrozumiałość dla dziennikarzy z licznych pism, którzy znajomością prawidłowych nazw relacji rodzinnej raczej nie grzeszą. Chociażby swego czasu Krzysztof Burnetko, który komentując proces przeciwko autorom monografii „Dalej jest noc”, pisał:

 

Pani Leszczyńska jest bratanicą (więc nie tak bliską w sumie krewną – co znowu może być znamienne) bohatera jednej z cytowanych w książce relacji. Jej wujek Edward Malinowski, sołtys wsi Malinowa, miał pomóc w 1942 r. uciekinierce z getta w Drohiczynie Esterze Drogickiej. Tyle że równocześnie ją ograbił, a na dodatek był „współwinny śmierci kilkudziesięciu Żydów, którzy ukrywali się w lesie i zostali wydani Niemcom”.

(Polityka, „Proces prawdę ci powie”, 23 lipca 2019)

 

Po pierwsze – skoro bratanica, to bratem jej ojca był nie wujek, lecz stryjek. Z innych źródeł medialnych wynika, że pani Filomena Leszczyńska stryjem właśnie, a nie wujem, nazywa zmarłego krewnego. Po drugie – jak można w ogóle bratanicę określić mianem „nie tak bliskiej w sumie krewnej”?! Nazwiska panieńskie bratanic brzmią przecież tak samo jak nazwiska stryjów. Według jakich kryteriów klasyfikuje Burnetko bliskość pokrewieństwa? Może zasugerował się – to w końcu absolwent prawa – kryteriami wyrażonymi w art. 177 Kodeksu postępowania karnego, gdzie określono ściśle kategorie osób najbliższych, którym przysługuje prawo odmowy zeznań? Tam faktycznie pominięto wujów i stryjów, siostrzeńcówbratanków etc. W praktyce kategoria bliskości jest względna – zależy nie od unormowań prawnych, lecz od faktycznych relacji społecznych. Zresztą w tradycyjnych polskich rodzinach bliscy krewni (może już nie w Wielkopolsce, ale na pewno jeszcze na Mazowszu, Podlasiu i w Galicji) to przynajmniej wszyscy potomkowie wspólnego pradziadka. Ciekawe, czy sam Krzysztof Burnetko swoich bratanków i siostrzeńców (jeśli ich ma) uważa również za „nie tak bliskich krewnych”?

 

Ale wracajmy na Onet. W artykule „Włoskie miasteczko na Sycylii sprzedaje domy po dwa euro” poznajemy przy okazji reinterpretację dziejów tej fascynującej wyspy: [Sambuca] Licząca 6 tys. mieszkańców miejscowość, położona koło Agrigento została założona przez Arabów w IX wieku wkrótce po ich przybyciu na Sycylię. Jego pierwotna nazwa brzmiała Zabuth od imienia emira, który kazał zbudować tam zamek. Ślady najstarszej architektury i pradawnych murów widać na każdym kroku. O początkach tej osady przypomina jedna z dzielnic, która od wieków nosi nazwę „arabskiej”.

Przybysze z Bliskiego Wschodu mieszkali tam do XIII w. Większość Arabów została zamordowana podczas podboju tego terytorium przez wojska króla Sycylii Fryderyka II. Ci, którzy pozostali, przeszli na chrześcijaństwo. (23 lipca 2021, godz. 7.28)

 

Treść artykułu sugeruje, że w IX wieku Arabowie przyjechali na Sycylię w pokojowych zamiarach jako osadnicy, lecz cesarz Fryderyk II nie dość, że zagarnął cudze terytorium, to jeszcze dokonał aktu ludobójstwa na potomkach osadników.

 

Otóż sprawa miała się nieco inaczej i to w kilku punktach. W IX wieku (a dokładniej w roku 827) Arabów (zresztą nie z Bliskiego Wschodu, ale z Afryki) i Berberów zaprosił na Sycylię bizantyński zdrajca – uzurpator Eufemiusz w charakterze zbrojnych najemników. Rychło sytuacja wymknęła mu się spod kontroli i muzułmanie dokonali stopniowo brutalnego podboju wyspy, trwającego aż 75 lat. Tak odebrano szczęście, radość doczesną i wolność co najmniej 3 pokoleniom Sycylijczyków, których przodkowie cieszyli się spokojem i dobrobytem od przynajmniej 3 wieków!  Co gorsza – zawłaszczenie Sycylii umożliwiło później najeźdźcom usadowienie się na południu Półwyspu Apenińskiego i ustanowienie krótkotrwałego Emiratu Bari. Odzyskał Sycylię dla chrześcijaństwa w l. 1061 – 1092  nie cesarz Fryderyk II Hohenstauf (1194 – 1250), lecz jego pradziadek po kądzieli – normański hrabia Roger d’Hauteville (1031 – 1101), ojciec słynnego króla Rogera, którego rozsławił operą Karol Szymanowski. Natomiast Fryderyk – zafascynowany zresztą cywilizacją islamską, a przez papieży uważany za Antychrysta – zajął jedynie jakieś muzułmańskie twierdze górskie na Sycylii, zaś ich mieszkańców przesiedlił do Apulii. Jako dziedzic Sycylii nie musiał niczego podbijać, miał jednak prawo tam zrobić porządek.

 

Tyle można przeczytać chociażby w polskiej i angielskiej Wikipedii, gdzie obiektywne hasło Muslim conquest of Sicily szczegółowo relacjonuje dramatyczne zmagania. Włoska Wikipedia precyzuje, że położony na 364 m zamek w Sambuce już w czasach normańskich przeszedł w ręce chrześcijan, jednak nie wspomina w związku z tym o prześladowaniach Arabów, ponieważ ich nie było! Muzułmanom sprawiedliwość wymierzano wedle prawa Koranu w stosownie do tego powoływanych sądach, Grecy zaś podlegali prawu bizantyńskiemu. W meczetach muzułmanie bez przeszkód oddawali się praktykom religijnym. (…) Normanowie dokonali cudu – doprowadzili do harmonii różne elementy etniczne na Sycylii. (…) Surowe, paternalistyczne rządy Sycylijczycy przyjęli z radością, bowiem nastały dobrobyt i sprawiedliwość, jakim wyspiarze nie cieszyli się od pokoleń – pisał znakomity mediewista Steven Runciman w „Nieszporach sycylijskich” (Wydawnictwo „Książnica” 2007, s. 21 – 22). Dopiero w 1223 muzułmanie podnieśli bunt przeciwko polityce Fryderyka i zajęli zamek, co faktycznie wywołało reakcję władcy, słusznie obawiającego się reislamizacji wyspy, a skończyło masakrą po dwuletnich zmaganiach. Bez wątpienia długotrwałe oblężenie eskalowało furię i frustrację wojsk cesarskich, więc tragiczny finał nie zaskakuje. Ciekawe zresztą, jak postrzegają te wydarzenia współcześni mieszkańcy Sambuki?

 

Dodać należy, że buntowniczą ludność przesiedlono do Lucery i okolic na południu Italii, jednak wcale nie wiązało się to z koniecznością konwersji na chrześcijaństwo. Przesiedleńcy, których liczbę ocenia się na 60 tys., z czego aż 1/3 trafiło do samej Lucery, dostali w mieście nawet własny meczet, cieszyli się przywilejami, a znaczna część służyła w wojskach cesarskich. Żyli tam dość spokojnie aż do czasów andegaweńskich. Kto nie wierzy, niechaj sięgnie po „Nieszpory sycylijskie” czy choćby do hasła Muslim settlement of Lucera w Wikipedii angielskiej. A jeszcze więcej znajdzie w eseju Ferdynanda Gregoroviusa „Lucera. Saraceńska osada Hohenstaufów w Apulii”. („Wędrówki po Włoszech”, PIW 1990, t. II, s. 127 – 144). Włosi także opracowali to zagadnienie w swojej Wikipedii, natomiast w polskiej wciąż go brakuje, podobnie jak hasła Muzułmański podbój Sycylii.

 

Nie wiem, czy przekaz medialny na temat Arabów jest efektem podporządkowania się trendowi politycznej poprawności, czy też po prostu historycznej ignorancji ze strony autorki (a może to Onet skrócił i przeinaczył pierwotny tekst?). W każdym razie jest to przekaz bardzo szkodliwy, umniejszający winy muzułmanów, a wcale nie wyjaśniający powodów postępowania chrześcijan. 80 % czytelników (rozmyślnie nawiązuję do Zasady 80  na  20 Vilfredo Pareto) nie zna bowiem takich szczegółów historycznych. U części z nich spowoduje to dysonans poznawczy, a u nastawionych antychrześcijańsko – wzmocni fałszywe przekonanie o rzekomo pokojowym nastawieniu wyznawców Proroka i równie wiarygodnej agresji chrześcijan, a w szczególności krzyżowców. Nawet przy zachowaniu najdalej posuniętego obiektywizmu tekst powinien brzmieć mniej więcej tak:

Licząca 6 tys. mieszkańców miejscowość, położona koło Agrigento, została założona przez Arabów w IX wieku wkrótce po podbiciu przez nich Sycylii. (…) Potomkowie najeźdźcówAfryki – pomimo rewindykacji wyspy przez Normanów – mieszkali tam w dobrobycie do 1223 roku, kiedy wszczęli bunt przeciwko Fryderykowi II. Pewną część Arabów wymordowały po jego stłumieniu dwa lata później wojska królewskie, ale większość przesiedlono do Apulii, gdzie jednak zagwarantowano wolność wyznania i przywileje.

 

Ta narracja nie jest zresztą wyjątkiem. W dwutomowej monografii „The Cambridge History of the Byzantine Empire” z 2008 roku (przekład polski „Bizancjum ok. 500 – 1024” i „Bizancjum 1024 – 1492”, DIALOG 2012 i 2015) pod redakcją Jonathana Sheparda uderzyło mnie zdanie (w tej chwili nie podam strony) o bizantyjskich podbojach na Wschodzie, choć obiektywnie rzecz biorąc była to tylko rewindykacja utraconego terytorium. Także autorzy hasła Cesarstwo Bizantyńskie w polskiej Wikipedii w kilku miejscach używają na określenie działań tego państwa słowa podbój tam, gdzie stosowniejsze byłoby odzyskanie, odbicie, rewindykacja.

 

Przedostaje się również ta narracja do beletrystyki. Świetny skądinąd francuski autor kryminałów Maxime Chattam wykorzystał emocje mieszkańców oblężonej w 1098 roku przez krzyżowców Antiochii jako paralelne do cierpień ofiar nowojorskiego mordercy:

Pod koniec XI wieku, podczas pierwszej wyprawy krzyżowej, miasto Antakya starożytna Antiochia – przez osiem miesięcy było oblegane przez chrześcijan. Muzułmanie bronili swoich dóbr, jak długo mogli. Krzyżowcy obcinali jeńcom głowy i wrzucali je za mury zarówno po to, żeby wzbudzić przerażenie, jak i po to, żeby rozprzestrzenić choroby. Zamknijmy na krótką chwilę oczy naszego życia i obudźmy się wśród tych murów, drżących pod naporem kamieni ciskanych przez katapulty wroga. Są tam mężczyźni, kobiety i dzieci, przyglądający się armii z Zachodu, która nadchodzi nocą. W migoczących płomieniach pochodni widać zbroje bez twarzy, machiny wojenne i kosze pełne odrąbanych głów. Forteca Antakya zaraz się podda, a wtedy nic już nie powstrzyma chrześcijan. Za chwilę zaleją ulice, niosąc śmierć pod płaszczami i w blasku krzywdzących mieczy. Mężczyźni czują, jak serca zamierają im w obliczu rzezi, kobietom krew ścina się w żyłach, dzieci zaś cicho płaczą. Wiedzą, że wkrótce zginą; ich łzy stają się bardziej gorzkie od strachu niż od nienawiści. Tysiące spojrzeń zastyga, podczas gdy taran uderza w bramę. Już po wszystkim. Śmierć zagląda do środka.

Tysiąc lat później, wśród gęstów oparów spowijających Brooklyn, na papierze fotograficznym zostało utrwalone na zawsze to samo intensywne spojrzenie, ta sama tępa, przepełniona przerażeniem rezygnacja.

(„W ciemnościach strachu”, Wydawnictwo Sonia Draga 2018,  początek rozdz. XI)

 

Gdyby Chattam przeczytał I tom „Dziejów wypraw krzyżowych” (PIW 1987) Runcimana, wiedziałby, że Antiochia i inne miasta syryjskie wpadły – podobnie jak Sycylia w ręce Arabów – pod jarzmo tureckie skutkiem zdrady jednostki, a zdecydowanie wbrew woli autochtonów. A w 1098 roku pozostawała pod nim dopiero od 13 lat. Mieszkająca tam większość ormiańska i grecka oczekiwała zachodnich łacinników z mieszanymi uczuciami, jednak ostatecznie przyłączyła się do rozprawy z niewiernym okupantem. A poza tym przekonałby się Francuz, że I krucjatę – międzynarodową koalicję ponad podziałami – zwołano przede wszystkim w celu odyskania terytoriów bizantyjskich na Wschodzie i pomocy tamtejszym chrześcijanom, tłamszonym przez tureckich najeźdźców. Nikt jednak na Zachodzie nie ruszyłby się z domu w celu obrony nieznanych sobie ludzi na nieznanym terytorium, toteż masy zmobilizowano hasłem „Odzyskania Grobu Świętego”. To już jednak materiał na inny artykuł.

 

W omawianych przypadkach autorów tekstów można podzielić na 2 grupy: ignorantów i retorów. Ignoranci (3 pierwsze przypadki) wykazali brak znajomości podstawowych pojęć określających relacje rodzinne i zwyczaje, użyli anachronicznych nazw historycznych. To jeszcze można im wybaczyć: teraz zapewne doczytają i poprawią się, będą też uważali na słowa w innych przypadkach. Zapraszam ich zresztą na korepetycje. Oczywiście odpłatne, zgodnie z żydowskim przysłowiem: „Lekarz, który nie bierze nic, nie wart nic”.

Burnetki, Wysockiej Chattama na korepetycje nie zaproszę; nie są bowiem ignorantami, lecz najwyraźniej znają prawidła retoryki, albowiem cytowane fragmenty ich tekstów trudno mi zaklasyfikować do informacji, opinii i analiz, wypełniają natomiast niewątpliwie znamiona perswazji, ocierając się o manipulacje, zatem perswazji nakłaniającej, którą Mirosław Korolko w „Sztuce retoryki” (Wiedza Powszechna 1990, s. 31) utożsamia z propagandą. Retoryki rozumianej bardziej jako sztuka perswazji, czyli przekonywania (a jeszcze lepiej: oddziaływania), gdzie etyka nie zawsze jest wartością pierwszoplanową, a mniej jako Ars bene dicendi (Sztuka dobrej mowy/wysławiania się) postulowana przez Kwintyliana.

 

Nie wiem natomiast, do której grupy zaklasyfikować polskich wikipedystów, bo pozostają zbyt anonimowi i trudno byłoby sprawdzić, kto z nich użył niefortunnego słowa podbój na określenie odzyskiwanej własności, jak również – dlaczego nie ma dotąd hasła o muzułmańskim podboju Sycylii.

 

Proponuję teraz krótką analizę retoryczną. Analizę – powtarzam – tylko powyższych fragmentów, które wzbudzają kontrowersje. Nie kwestionuję bowiem ani informacyjnych treści artykułu Wysockiej odnośnie do oferty władz sycylijskiego miasteczka, ani walorów powieści Chattama (po 10 rozdziałach frapującej lektury dygresja o Antiochii wywołała we mnie dysonans i niesmak, jednak potem zaciekawienie intrygą wciąż rosło); a choć z wywodem i tezami Burnetki po prostu się nie zgadzam, to przecież nie polemika z całością jest celem mojego tekstu. Burnetko próbował przekonać czytelników, że bratanica to niezbyt bliska krewna, a skoro tak, to chyba nie powinna ją obchodzić dobra sława stryja; Wysocka, że pokojowi muzułmanie zasiedlili Sycylię, lecz agresywni chrześcijanie pozbawili ich mienia, ojczyzny, a nawet życia; Chattam – że w Antiochii z dawien dawna mieszkali wyłącznie islamiści, a tamtejsze dobra były ich prawowitą własnością. W jaki sposób?

 

Wyżej wymienieni –  zgodnie z regułami kompozycyjnymi – kontrowersyjne twierdzenia (sui generis dygresje) wtopili w teksty. U Wysockiej jest to 6-te oraz 10-te, 11-te i 12-te zdanie. U Burnetki – dopiero 9-te i następne, zaś u Chattama – dwa początkowe akapity XI rozdziału. Dlatego niewprawny odbiorca nie zauważy tych mankamentów, gdyż będzie interesować go główny wątek, jednak być może podświadomie przejmie tę narrację i wzmocni swe przekonanie o opresywności chrześcijaństwa, pacyfizmie islamu, dalekim pokrewieństwie z wujami, zwłaszcza jeśli już wcześniej posiadł powierzchowną wiedzę na ten temat, bądź nie dysponuje żadną wiedzą, a owi autorzy i media są dlań niekwestionowanymi autorytetami. Ich wypowiedzi wzmacniają toposy inwencyjne – wypróbowane przez wieki środki oratorskie, a wśród nich toposy z podobieństwa, a zwłaszcza toposy z przeciwieństwa, czyli antytetyczne zestawienia rzeczy. Ale najciekawsze jest posłużenie się znaną od Starożytności amplifikacją, czyli środkiem stylistycznym, a zarazem techniką manipulacyjną, polegającą na celowym powiększeniu bądź pomniejszeniu faktów, osób czy pojęć poprzez uwypuklenie (wzrost), porównanie, domniemanie (rozumowanie), kumulację (nagromadzenie).

 

Tak więc Burnetko, zamiast prawidłowo nazwać zniesławionego Edwarda Malinowskiego stryjem, wybrał coraz częściej używany, lecz błędny, synonim na określenie brata ojca: wuj. W ostatnich dekadach nastąpiła deprecjacja wuja poprzez rozszerzenie pola semantycznego tego pojęcia: wuj to już nie tylko brat matki, ale i ojca, kuzyn rodziców, mąż ciotki, cioteczny bądź stryjeczny dziadek, jakiś starszy kuzyn, którego ze względu na wiek wypada tak nazywać, wreszcie znajomy rodziców albo nawet konkubent matki – co wyśmiewałem 26 lat temu w żartobliwym felietonie „Kim jest wujek?”, zamieszczonym  w niszowym periodyku „Nihil Obstat”. Stryj natomiast w omawianym przypadku brzmiałby zbyt dostojnie i uroczyście. Burnetko zatem – świadomy tej nieznajomości wśród mas – dopuścił się pomniejszenia rangi pokrewieństwa, używając nawet zdrobnienia wujek, akceptowalnego w tekstach literackich, lecz przecież nie w opracowaniach naukowych i w poważnych artykułach, a osłabiając je dodatkowo domniemaniem, jakoby była to nie tak bliska w sumie krewna. Dalej jest już tylko gorzej: wujek Edward to ponoć grabieżca, donosiciel, współsprawca śmierci oto chwyt polegający na odwołaniu się do negatywnej kategorii pojęć. Jak już wiemy, te pomówienia powstały z pomieszania postaci sołtysa  z innym Edwardem Malinowskim. Gdyby autorzy „Dalej jest noc” mieli (tak jak ja) praktykę genealogiczną, ustaliliby najpierw filiację i fakty metrykalne wszystkich Edwardów Malinowskich w okolicy, przez co uniknęliby procesu, a Burnetko nie musiałby się silić na retorykę.

 

Wysocka posłużyła się toposami z przeciwieństwa i negatywnymi pojęciami, przy okazji pomijając w historii Sambuco to, co niewygodne, niepasujące do idyllicznego obrazu muzułmańskiej społeczności wyspy. Zatem Arabowie to przybysze, budujący zamek, zakładający osadę (niemal architekci), gdy tymczasem wojska Fryderyka podbijają, mordują (czyli są mordercami) i – w domyśle – zmuszają muzułmanów do przejścia na chrześcijaństwo. W ramach amplifikacji – powiększono zasługi muzułmanów, umniejszono zaś chrześcijan. I odwrotnie: powiększono zbrodnie chrześcijan – a zbrodnie muzułmańskie pominięto milczeniem (kolejny chwyt retoryczny). W dodatku zrobienie z antypapieskiego cesarza (uwielbianego przez Gregoroviusa, a nie cierpianego przez Runcimana) jakiegoś szczególnego wroga islamu zakrawa na kpinę z inteligencji odbiorcy. Z tekstu zresztą nie wiadomo, czy większość Arabów zamordowano na całym terytorium podbitym przez Fryderyka, czy tylko w Sambuco.

 

Jeszcze dalej posunął się Chattam. Nie tylko zniekształcił obraz dziejów Bliskiego Wschodu w Średniowieczu, nie tylko przeinaczył szczegóły zdobycia Antiochii (żaden taran nic nie wskórał, lecz kluczową wieżę udostępnił ormiański renegat), ale nagromadził negatywne kategorie odnośnie do chrześcijan: krzyżowcy nie dość, że oblegają cudze miasto, to ścinają głowy, budzą przerażenie, rozprzestrzeniają choroby, niosą śmierć. W przeciwieństwie do konkretniejszych – pełnych uczuć – muzułmańskich mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy tylko bronią swej własności (tak naprawdę 13 lat wcześniej zrabowanej Grekom i Ormianom) – chrześcijanie są zdepersonalizowani: nadchodzą nocą (w domyśle – niczym jakieś upiory), noszą zbroje bez twarzy i krzywdzące miecze. Nie mają żadnych ludzkich uczuć, inaczej niż muzułmanie, którym autor przypisał cały katalog afektów perswazyjnych: strach, płacz, zamieranie serc, ścinanie krwi w żyłach. I tylko trochę nienawiści. Topos z podobieństwa wyraża się oczywiście w zestawieniu wspólnych emocji ofiar średniowiecznych krzyżowców i nowojorskiego mordercy:  to samo intensywne spojrzenie, ta sama tępa, przepełniona przerażeniem rezygnacja.

 

Wystarczy. Czy chcemy takiego dziennikarstwa, takiej literatury, takich haseł? Przemycania antychrześcijańskich czy antyrodzinnych treści mimochodem, podczas poruszania innych tematów? Widać zobojętnieliśmy, skoro brakuje reakcji. Dlaczego od wydawców nie oczekujemy stosownych przypisów, kiedy dygresje autorów idą w niebezpiecznych kierunkach? – Takiego przypisu zabrakło przecież w powieści Chattama, choć jeszcze jakieś 20 lat temu często opatrywano komentarzami także literaturę piękną.

 

Bez poprawnej znajomości historii lepiej pominąć dziejowe analogie w powieściach. Bez niej nie ma też profesjonalnego dziennikarstwa. Dobry dziennikarz korzysta ze słowników, jeśli nie zna prawidłowych znaczeń wyrazów – w dobie Internetu nie musi w tym celu wychodzić do biblioteki, ani nawet sięgać do półki. Dobry dziennikarz nie kompromituje się źle użytą retoryką; lepiej przekazać rzetelną informację w sposób mało efektowny, ale przystępny, niżeli epatować odbiorcę retorycznymi popisami. A gdy chce jawnie opowiedzieć się po stronie sporu, powinien czynić to dyskretnie – przynajmniej sine irae (bo o et studio już wówczas trudno). A nade wszystko – dziennikarz, naukowiec czy powieściopisarz – podejmuje wysiłek dotarcia do źródeł pierwotnych (np. ksiąg metrykalnych) albo przynajmniej do poważnych opracowań naukowych.

Agappe.pl zaskakuje dojrzałością – ekspert o szansach „katolickiego Facebooka”

Serwis społecznościowy dla katolików? Dlaczego nie. Początkowo myślałem tak: Agappe.pl nie należy z góry skreślać, że niby „niszowy” serwis, w necie na wszystko jest miejsce. Okazało się, że to dobrze naoliwiona społecznościówka z wszystkimi znanymi z Facebooka czy Twittera „wodotryskami”. W dodatku jest to, co może kogoś zaskoczy, platforma biznesowa plus ecommerce. Zaskoczyli mnie.

 

Po problemach z telefoniczną weryfikacją konta, bo mechanizm weryfikacji telefonicznej nie zadziałał zrazu, w końcu jednak dołączyłem do społeczności. Problemy techniczne to oczywiście nic nowego czy zaskakującego i nie powinno być niespodzianką dla nikogo, kto cokolwiek tworzył, budował, testował i recenzował w internecie. Sygnalizuję autorom jako problem do „ogarnięcia”.

 

Przypomniałem sobie od razu, jak kilka miesięcy temu pisałem tu o platformie Albicla. Udostępniona została jako serwis ewidentnie niegotowy, z mnóstwem luk, niedoróbek i błędów. Po kilku miesiącach, sprawdzona ciężkim bojem (bo rzucili się na nią hejterzy polityczni, ubrani w strój „ekspertów”, oraz armia zwykłych trolli), Albicla, można powiedzieć, technicznie wyszła na prostą. Gdy rejestrowałem się w serwisie rozwijanym przez ludzi Kościoła, spodziewałem się czegoś podobnego jak w styczniu w Albicla. Okazało się, że serwis Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica Archidiecezji Lubelskiej jest na zupełnie innym poziomie niż startująca wówczas Albicla. W Agappe.pl wszystko „śmiga” jak należy. To w sensie technicznym właściwie już dojrzały serwis.

 

Facebook, biznes i modlitwa

 

Po przezwyciężeniu problemu weryfikacji w Agappe.pl (choć nie wiem dokładnie, jak to się stało – nagle znalazłem się na nowej stronie, która pozwalała na weryfikację emailową, która zadziałała), wszedłem do społeczności, jak się okazało, już do pewnego stopnia rozwiniętej i do serwisu, w którym była już historia publikacji, stron, grup, forów. Okazało się, że jest to już gotowy do użytku, działający sprawnie ekosystem.

 

Użytkownik ma na platformie do dyspozycji obiekty i funkcje podobne do znanych z Facebooka, możliwości tworzenia stron, grup, albumów, relacji, z mechanizmem powiadomień w postaci oczywiście dzwonu. Zaskoczył mnie silny element komercyjny w postaci sklepu, prezentacji ofert, ogłoszeń o pracy, połączony również z możliwością zamieszczania własnych produktów i ofert sprzedaży. Agappe.pl oferuje oprócz podstawowego darmowego członkostwa, także cztery poziomy „premium”, od „Sympatyka”, przez „Ambasadora Ewangelizacji” i „Apostoła” po „Vip”-a. Jednak te plany, ceny i harmonogramy ważności planów cenowych są z pewnością jeszcze do przemyślenia dla autorów serwisu. Ja w tym, co ujrzałem, zauważyłem mankamenty logiczne.

 

Ustawienia profilu, prywatności, uwierzytelniania, powiadomień, zarządzanie sesjami i zarobkami zarówno w punktach jak i w realnych pieniądzach, pierwsze zresztą wymienialne na drugie – to wszystko jest w Agappe.pl zaskakująco bogato rozbudowane. Wchodziłem tam z nastawieniem, że wszystko tu będzie kręcić się wokół Kościoła, modlitwy i życia parafialnego, a ujrzałem serwis skrojony na charakter w dużym stopniu biznesowy, dający użytkownikom w tych aspektach potencjalnie ciekawsze możliwości niż Facebook i LinkedIn razem wzięte. Oczywiście nie sprawdziłem, jak działają te komercyjne funkcje, bo to niemożliwe bez prawdziwego zaangażowania, czyli… podjęcia na Agappe.pl operacji biznesowych a ja byłem jedynie zwiedzającym. Oceniam zamysł a ten wcale nie jest taki „kościółkowy” jak to mogłoby się wydawać komuś, kto o Agappe.pl przelotnie usłyszy czy przeczyta w mediach jakąś pobieżną wzmiankę.

 

Co więcej, czytając w strumieniu wpisów komunikaty sygnowane „Platforma Agappe”, odnoszę wrażenie, że twórcy mają pełną świadomość tego co robią, mają przemyślaną strategię i harmonogram rozwoju serwisu. „Pan Bóg się troszczy, dlatego idziemy do przodu. Na tym etapie Agappe.pl posiada funkcje podobne do Facebooka (posty, strony, wydarzenia itd.),” czytam we wpisie. Zatem tak miało być, serwis miał na tym etapie odtwarzać typowe doświadczenie użytkownika Facebooka i tego rodzaju użytkownik łatwo odnajdzie na alternatywnej platformie Agappe to wszystko, co zna z zuckerbergowego tworu.

 

Co dalej? „W kolejnym etapie razem z developerami będziemy tworzyć specyficzne narzędzia dla duszpasterstw, wspólnot, ruchów, księży, diecezji i.in.,” informują twórcy zapraszając do dyskusji i zgłaszania potrzeb i sugestii. No więc zgłosiłem tam na forum pomysł funkcjonalności „Pomódl się za autora posta,” jako społecznościowej reakcji na trollowanie, np. antyklerykałów, którzy mogą zjawić się na Agappe.pl i zapewne nie przegapią okazji.

 

W odróżnieniu jednak od Albicli, z pewnością ta społecznościówka dla katolików, nie jest łatwym celem dla szukających niedoskonałości techniczno-funkcjonalnych, i pretekstu, by móc kopnąć nielubianą przez nich grupę społeczną. Konto nie jest weryfikowane przez proboszcza, więc antyklerykalne trolle z pewnością się zjawią. Jednak jakoś jestem spokojny, że prowadzący Agappe sobie z nimi poradzą.

 

Platforma ma rozbudowany regulamin, który chroni ją przed treściami o bezprawnym charakterze. Czy jest bezpieczna? Cóż, jeśli nie pozwoli ukraść danych użytkowników, co nagminnie zdarza się Facebookowi, Twitterowi czy LinkedIn, to jest bezpieczniejsza niż te wielkie społecznościówki i to kończy temat.

 

Bierność użytkowników z Facebooka – czy można ją przezwyciężyć?

 

Porównuję Agappe.pl głównie z Facebookiem, gdyż platforma w obecnym kształcie silnie się kojarzy z wszystkim tym, co znają użytkownicy tego giganta. I, jeśli będzie się rozrastać, to zapewne głównie kosztem Facebooka.

 

Choć upadek może potrwać jeszcze dość długo, Facebook jest bez wątpienia serwisem schyłkowym, którego młodsi ludzie przestali używać, a najmłodsi nawet nie podejmują już próby używania. Grupą aktywną pozostają na nim ludzie w średnim i starszym wieku. Dla większości z nich samo stworzenie konta i używanie funkcjonalności błękitnej platformy jest największym „technologicznym” osiągnięciem w życiu. Trochę przykro mi to mówić, ale ja, osoba, która od dawna ma dość Facebooka i najchętniej by go porzuciła, używam go wciąż w celach komunikacyjnych, promocyjnych, komercyjnych w pewnym sensie właśnie z powodu inercji odbiorców z wyżej opisanej grupy, którzy są wciąż potencjalnymi odbiorcami tego co tworzę i staram się promować.

 

Tak, starałem się namówić znajomych na alternatywy, na przejście na platformy mniej cenzurowane politycznie, mniej opresyjne i wredne, ale, choć wiele osób w dyskusjach zgadza się ze mną, to pozostaje i tkwi w tej swojej facebookowej „ojczyźnie”, niestety, mam wrażenie, iż na tej samej zasadzie co glisty ze znanego być może niektórym dosadnego dowcipu.

 

Może tym razem, gdy pojawiła się społecznościówka Agappe.pl dadzą się namówić, zwłaszcza ci, którzy na Facebooku zapraszają mnie do modlitwy. Ta katolicka platforma, zapewniam, ma to wszystko, co ma Facebook, a nawet więcej. Czas na kolejne wielkie wyzwanie i osiągnięcie w waszym życiu – opuszczenie Facebooka i wejście (razem ze znajomymi i rodziną) na podobną, nie gorszą platformę.

 

Nisza czy uniwersalność

 

Raczej na pewno nie można powiedzieć, że Agappe.pl jest serwisem sprofilowanym głównie z myślą o najmłodszym użytkowniku, ale oczywiście nie jest to też „platforma dla osób starszych”. Stosuje inny kwantyfikator, ponadpokoleniowy, wyznaniowy, tożsamościowy. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że choć powstała pod patronatem Kościoła, platforma w swej strukturze i funkcjach nie wymaga, aby użytkownik w jakikolwiek sposób zajmował się kwestiami religii. Owszem tego rodzaju wątki w serwisie obecnie dominują, ale to dlatego, że użytkowników nie jest jeszcze tak wielu i społeczność obraca się w kręgu zbliżonym do twórców.

 

Przypominam ponownie, że Agappe.pl, co dla wielu może być największym zaskoczeniem, jest również pomyślana jako platforma biznesowa z mechanizmami pozwalającymi użytkownikom zarabiać. Ja po dwóch dniach od założenia konta, jednym poście i jednym komentarzu, miałem trzy grosze w swoim portfelu. Potencjalnie te aspekty mogą sprawić, że ów teoretyczne „modlitewny” serwis jest czymś bardzo nowoczesnym, gdyż płynie na fali najnowszych światowych trendów w społecznościach internetowych.

 

W ostatnich latach dało się zauważyć coś takiego, jak nowa fala społecznościówek, które, oprócz tego, że zwykle są „antyfacebookiem” albo „antytwitterem”, charakteryzują się najczęściej tym, że pozwalają użytkowników generować przychody, często z dużym stopniem swobody i twórczej samodzielności. Jak należy rozumieć, projektuje się takie mechanizmy z chęci odróżnienia od wielkich chciwych platform, które generują przychody tylko dla siebie, zarabiając na użytkownikach, a ściśle na ich danych.

 

Pisałem już o nowych propozycjach tego typu na portalu SDP, wymieniając w tym gronie np. komunikator Kik, bardzo podobny do Messengera Facebooka a zarazem do Snapchata. Użytkownicy mogą wysyłać tu wiadomości zarówno do pojedynczych znajomych, jak i do całych grup. Od innych komunikatorów odróżnia Kika nacisk na prywatność. W przeciwieństwie do innych aplikacji do wysyłania wiadomości, nie wymaga podania numeru telefonu. Użytkownicy mogą zachować anonimowość, rejestrując się za pomocą nazwy lub adresu e-mail. Kik znajduje się w pierwszej dziesiątce aplikacji dla nastolatków w Stanach Zjednoczonych. Użytkownicy Kika mogą zarabiać pieniądze (serwis ma swoją własną kryptowalutę nazywaną Kin), biorąc udział w ankietach przeprowadzanych przez marki, udostępniając treści lub podejmując inne działania w społeczności.

 

Umożliwiającym użytkownikom generowanie przychodów serwisem do transmisji strumieniowych jest Caffeine.tv, zbudowany przez byłych deweloperów Apple. Można tam strumieniowo transmitować treści multimedialne z komputera lub telewizora, gry wideo, ale również inne treści. Serwis oferuje aktywnym i popularnym „nadawcom” możliwość zarabiania.

 

Jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo za aktywność i ciekawe treści jest Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu.

 

Agappe.pl, jak pisałem, niekoniecznie jest serwisem tematycznym, o niszowym charakterze. Może, dzięki użytkownikom, zyskać znacznie bardziej uniwersalny charakter, ale można też dzieło ludzi Kościoła potraktować jako taką „wąską” tematycznie platformę. Jeśli serwis społecznościowy rozwija się, to jego oblicze i charakter wyłaniają się z czasem a potem mogą ewoluować. Doświadczenie uczy, że sztywne ramy tracą na znaczeniu a jeśli ktoś się przy nich upiera, to szkodzi rozwojowi platformy.

 

Jednak gdyby Agappe.pl trzymało się jednego tematu, religii, modlitwy, życia duchowego, to nie jest to nic szczególnie nowego, gdyż takie tematyczne i „sektorowe” społecznościówki powstają od bardzo dawna. Są takie propozycje na świecie jak np. społecznościowa FindSisterhood dla kobiet, która pozwala użytkowniczkom dyskutować na tematy osobiste w sposób całkowicie anonimowy, giełda lokalnych i sąsiedzkich informacji NextDoor czy Care2, skupiająca 30 milionów ludzi społeczność, która „o coś walczy”, przez organizowanie się, petycje i samopomoc stara się zmienić świat na lepsze.

 

Nisze społecznościowe bywają mocno specyficzne. Jest serwis AOC poświęcony aktywności Alexandrii Ocasio-Cortez, kontrowersyjnej amerykańskiej polityk o poglądach będących mieszanką komunizmu i skrajnego ekologizmu. Powstała sieć tych, którzy odeszli z Facebooka – FaceOff – której celem jest zachowanie kontaktu z wszystkimi, którzy wciąż pozostają na błękitnej platformie. Istnieje nawet platforma nastolatków o nazwie ParentsSpace, która skupia się tematycznie na przewagach nowych typów serwisów społecznościowych nad „serwisami rodziców”, głównie Facebookiem i Twitterem. Podobno analitycy giełdowi opierają na jej treściach swoje przewidywania dotyczące akcji „starych” społecznościówek.

 

Powstało nawet coś takiego jak Readit – anonimowa platforma społecznościowa dla osób, które lubią czytać książki tylko w formacie papierowym, poświęcona w dużym stopniu krytykowaniu ludzi, którzy czytają książki w formacie elektronicznym. Najniżej na Readit notowani są ci, którzy czytają książki w smartfonach i na tabletach.

 

Czy Agappe.pl pójdzie tą drogą, serwisu niejako „wertykalnego”, czyli skupiającego się na jednym typie wątków i aspektów życia społecznościowego, związanych z aktywnością religijną, czy też jednak rozprzestrzeni się horyzontalnie i uniwersalnie, bo konstrukcja techniczna na to pozwala, na wielotematyczną alternatywę dla udręczonych użytkowników Facebooka i trochę w mniejszym stopniu Twittera? Tego nie wiem. Spokojnie i bez zastrzeżeń mogę jednak polecić serwis ludziom szukającym ucieczki z opresyjnych wielkich społecznościówek.

 

Mirosław Usidus

Chyży rój – ŁUKASZ WARZECHA o tym, gdzie zaczyna się obelga

Polityk, ale też publicysta, nie powinien mieć wrażliwości nastolatki w okresie dojrzewania. Jedną z najbardziej żenujących rzeczy jest, gdy w obronie osoby publicznej, ostro werbalnie potraktowanej, stają samozwańczy arbitrzy elegancji – jej zwolennicy – którzy pouczają, że nie można o niej powiedzieć lub napisać, iż jest niemądra, jest psychopatą, wygaduje idiotyzmy, plecie brednie, kłamie, robi z ludzi idiotów, a w ogóle należy bezwzględnie przed nazwiskiem dodawać „pan” lub „pani”. Każde medium ma swoją poetykę. Inaczej pisze się na Twitterze, inaczej w tabloidzie, inaczej w gazecie opiniotwórczej. W jednych miejscach akceptowalny jest język ostrzejszy, w innych nie. Zresztą to, co dzisiaj mogłoby się wydawać zdecydowanie zbyt ostre, w przedwojennej publicystyce było normalne – z czego często nie zdajemy sobie sprawy.

 

To rzekłszy, mam problem z „chyżym rojem”, czyli grą słówek, której użył w swoim programie na żywo w TV Republika Jacek Sobala w odniesieniu do Donalda Tuska. Nie muszę chyba tłumaczyć, co w rzeczywistości znaczy „chyży rój” – wystarczy przestawić pierwsze litery.

 

Mój problem wynika z tego, że nie akceptuję bigoterii, także w mediach, lecz zarazem coś tu zgrzyta. Program „Mówi się” zahacza o coś w rodzaju telewizyjnego stand-upu, czyli satyrycznego monologu, w którym z zasady mogą padać słowa niecenzuralne – choć jednak stand-upem nie jest, a prowadzący jest publicystą z długą zawodową historią. Powiedziałbym więc, że prowadzącemu wolno w nim więcej niż w klasycznym programie publicystycznym – ale jednak nie wszystko. Tu – trudno się z Jackiem Sobalą nie zgodzić – żadne słowo niecenzuralne wprost nie padło, a słów „chyży rój” (nie wymieniając zresztą nazwiska polityka) użył Sobala tylko raz i mimochodem. Zatem reakcja na ten wtręt przypomina trochę sytuację, gdy przed wyborami kilka lat temu jeden z biskupów podczas kazania mówił, żeby nie głosować na złodziei, na co automatycznie oburzyli się politycy Platformy Obywatelskiej. Inna sprawa, że określenie „chyży rój” w odniesieniu do przewodniczącego PO funkcjonuje w kręgach zwolenników obecnej władzy od lat, więc wszyscy świetnie wiedzą, o co chodzi. Sobala wrócił do tematu dopiero, gdy wokół jego słów zrobiła się awantura. Skruchy nie wykazał.

 

Czy warto było się burzyć o te dwa słowa, które przemknęły gdzieś w toku 20-minutowego programu? Moim zdaniem – nie. Ale to nie sprawia, że problem znika, ponieważ, jak zwykle, pozostaje kwestia granic. Była to bowiem bez wątpienia obelga, tyle że lekko zakamuflowana. Jak zareagowaliby Jacek Sobala albo Tomasz Sakiewicz, gdyby w programie z przeciwnej politycznie strony ktoś powiedział o Jarosławie Kaczyńskim np. „konus z hiacyntem w klapie”, czyniąc również aluzję do dawnych rzekomych rewelacji choćby Janusza Palikota? To, rzecz jasna, pytanie retoryczne. Oburzenia moglibyśmy być pewni.

 

Jako się rzekło, politycy muszą być przygotowani na to, że będą traktowani bardzo ostro. I nie idzie tu tylko o czysto merytoryczną krytykę. Czasem w publicystyce potrzebne jest także mocne określenie, skrótowo opisujące negatywne cechy danej osoby – stąd wspomniany przeze mnie na początku „psychopata”, którego to słowa sam użyłem kilkakrotnie w stosunku do ministra Adama Niedzielskiego. Tyle że „psychopata”, jakkolwiek jest to słowo mocne, nie jest wprost obelgą. Tak samo kwalifikowałbym choćby słowo „idiota”, mające zresztą swój grecki rodowód, oznaczające osobę niezainteresowaną sprawami publicznymi (idiotes) w odróżnieniu od polites.

 

Owszem, granica jest płynna i może zależeć od wrażliwości językowej, a jednak da się ją wyznaczyć. Zbędna, trudna do zaakceptowania obelga zaczyna się tam, gdzie wobec danej osoby używamy wulgarnego określenia, które na dodatek nie ma żadnego odniesienia do jej istotnych cech i do sprawy. A nawet jeżeli ma, możemy użyć określenia owszem, złośliwego, ale jednak nie wulgarnego. Trudno się zgodzić, aby dziennikarz miał nazywać nawet najgorzej przez siebie ocenianego polityka, robiącego rzeczy najgłupsze, „poj…em”, gdy może o nim powiedzieć, że słabo myśli, jest niewydolny intelektualnie, bezrozumny – itd. Kiepskim pomysłem jest też odnoszenie się do cech fizycznych.

 

Używane przez nas, dziennikarzy, określenia rezonują z emocjami odbiorców. Z jednej strony mamy dać odpowiednie rzeczy słowo i to czasami musi być słowo mocne; z drugiej jeśli jest to nasz jedyny sposób komentowania i mówienia o tej czy innej osobie publicznej – w oczach widzów, słuchaczy czy czytelników będzie następować jej stopniowa degradacja aż do momentu, gdy taki ktoś stanie się obiektem czystej nienawiści. Mam nadzieję, że o to nikomu nie chodzi.

 

Łukasz Warzecha

Społecznościowo, ale po katolicku – ks. ARTUR STOPKA o projekcie Agappe

Oczywistością wydaje się istnienie ściśle katolickich czasopism, radiostacji, telewizji, a nawet serwisów internetowych. Czy dotyczy to także katolickich mediów społecznościowych?

 

U progu tegorocznych wakacji pojawił się w polskojęzycznym internecie nowy serwis społecznościowy pod nazwą Agappe.pl. „Szczęść Boże! Dołącz do katolickich social media. Twórz posty, strony, grupy, wydarzenia. Dziel się wiarą!” – zachęcają inicjatorzy przedsięwzięcia. Apelując o udostępnianie „wartościowych treści”, informują na wstępie, że Agappe.pl to platforma dla osób wierzących i poszukujących. Definiują się, jako społeczność osób, które nie wstydzą się Jezusa. Obiecują stuprocentową prywatność, przekonując, że dzięki systemowi followersów, to użytkownik decyduje, co chce wyświetlać w serwisie. Obiecują też „Więcej bezpieczeństwa”, zapewniając jeszcze przed rejestracją potencjalnego użytkownika, że jego konto jest w pełni bezpieczne, ponieważ nigdy nie udostępniają danych stronom trzecim.

 

Mają zmysł wiary

 

Wśród informacji/wskazówek poprzedzających rejestrację w serwisie znalazło się m. in. zalecenie, aby używać wyłącznie prawdziwego zdjęcia profilowego (lub domyślnego). „Konta, które nie spełniają wymagań regulaminu zostaną skasowane lub wyłączone” – ostrzegają twórcy przedsięwzięcia. Dodają, że konta, które korzystają z tymczasowych adresów e-mail lub numerów telefonów są w Agappe.pl blokowane. W ramach procesu weryfikacyjnego przy rejestracji trzeba wpisać kod, który otrzymuje się na podany numer telefonu.

 

W wypowiedziach dla mediów ks. Artur Potrapeluk, prezes lubelskiej Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica, która jest właścicielem i operatorem nowej platformy społecznościowej, informował m. in., że treści, które pojawiają się na Agappe.pl, są moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. „Badamy, czy wpisy nie pochodzą np. z niepotwierdzonych objawień prywatnych” – wyjaśniał. Dodał, że bardzo często, zanim jeszcze moderator dotrze do kontrowersyjnego wpisu, sami użytkownicy mają taki zmysł wiary, że wyłapują i zgłaszają, że coś jest nie tak.

 

Absolutnie nie wierzę

 

Podpytywani przez branżowe media eksperci są raczej zgodni. Szanse na sukces nowego sieciowego przedsięwzięcia oceniają sceptycznie. „Tworzy się niepotrzebne byty, które utrudniają użytkownikom życie” – stwierdził nawet w rozmowie z serwisem WirtualneMedia medioznawca Maciej Myśliwiec. Doprecyzował, że przez takie inicjatywy internauci muszą korzystać z jednego portalu, by mieć kontakt z jednymi znajomymi i drugiego, żeby mieć kontakt z innymi. Jego zdaniem dywersyfikacja treści dla użytkownika końcowego nie jest niczym dobrym. „Niezależnie od pobudek, dla których stworzono medium” – podkreślił.

 

Niestety absolutnie nie wierzę w sukces serwisów takich jak Agappe. Niestety, bo oczywiście fajnie byłoby, gdyby wciąż istniała tak łatwa do zajęcia przestrzeń na nowe społecznościówki” – przyznał Norbert Kilen, strategy director w agencji On Board Think Kong w wypowiedzi zamieszczonej w serwisie dobreprogramy.pl.

 

Może być sukcesem

 

Podobnych opinii o szansach katolickiego serwisu społecznościowego można znaleźć znacznie więcej. Ale nie wszyscy całkowicie i z góry go przekreślają. Np. w rozmowie z serwisem press.pl Monika Czaplicka z agencji Wobuzz wskazała, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, zarówno w odniesieniu do użytkowników, jak i reklamodawców. „Wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować” – prognozowała ekspertka. Jej zdaniem przyszłość Agappe.pl zależy w głównej mierze od jego promocji. Sugerowała, że efekt wirusowy może przynieść kilku zapalonych księży, którzy namówią podczas Mszy świętej wiernych do rejestracji w serwisie.

 

Oceny Moniki Czaplickiej delikatnie wskazują na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Rodzi się pytanie, czy Kościół dzisiaj potrzebuje takich inicjatyw, jak Agappe.pl. Ks. Potrapeluk w mediach twierdzi, że nowy serwis społecznościowy jest odpowiedzią na zapotrzebowanie. Kwestia jest jednak szersza niż tylko istnienie jednego sieciowego bytu z etykietką „katolicki”.

 

Przekaz jest bezpieczny

 

Na pierwszy rzut oka rzecz wydaje się prosta i oczywista. Istnieją przecież katolickie, (w tym stricte kościelne) czasopisma, radiostacje, telewizje, strony i serwisy internetowe. Nikt nie ukrywa, że ich adresatami są przede wszystkim ludzie wierzący, należący do Kościoła katolickiego. Nie jest nadużyciem określanie ich mianem „konfesyjnych”. Ich podstawowym zadaniem jest przekaz wiary z nastawieniem nie tyle na zdobywanie nowych wyznawców, ile na utwierdzanie i umacnianie już wierzących. To zadanie ważne i potrzebne.

 

Wiara religijna wymaga nieustannej pielęgnacji, wprowadzania w codzienne życie jej zasad oraz aplikowania ich do konkretnych sytuacji i okoliczności. Tradycyjne media mogą być skutecznymi narzędziami w takim procesie. Są w niewielkim stopniu interaktywne, więc ich przekaz jest bezpieczny, istnieją znikome szanse na jego zakłócenie. W ten model wpisują się również w jakimś stopniu internetowe strony i serwisy, pod warunkiem, że znacząco zostaną w nich ograniczone takie elementy, jak komentarze pod tekstami lub fora dyskusyjne.

 

Nie mają umowy z Kościołem

 

Problem w tym, że dziś jedną z najważniejszych i najpowszechniejszych form korzystania z globalnej sieci są serwisy społecznościowe. To już nie jest jakaś osobna „wirtualna” rzeczywistość, ale część zwyczajnej egzystencji miliardów ludzi na świecie. Media społecznościowe to coś więcej, niż tylko narzędzia komunikacyjne, to środowisko funkcjonowania. To oczywiste, że korzystają z nich miliony katolików. Także po to, aby głosić swoją wiarę i ją umacniać. Również w Polsce nie brak osób (duchownych i świeckich), które w mediach społecznościowych zamieszczają materiały formacyjne, a nawet podejmują pobożnościowe inicjatywy.

 

Jednak w odróżnieniu od mediów tradycyjnych, społecznościowe nie gwarantują bezpiecznego przekazu. Leżąca u ich podstaw interaktywność stwarza duże możliwości jego zakłócenia. W dodatku to właściciele narzucają reguły dotyczące publikowanych treści. To w ich rękach znajdują się skuteczne narzędzia moderacji. Nie mają umowy z Kościołem, że jego członkowie będą traktowani inaczej, niż cała reszta użytkowników. W tym kontekście zrozumiała wydaje się tęsknota niektórych środowisk kościelnych za taką przestrzenią funkcjonowania również w sieci, którą można o wiele bardziej, a nawet w pełni, kontrolować. I w której można się czuć bezpiecznie, która byłaby strefą komfortu, jakiej wielkie platformy społecznościowe nie gwarantują. Wygląda na to, że Agappe.pl jest jedną z prób zaspokojenia tej tęsknoty.

 

Przyniesie Kościołowi pożytek?

 

Czy to jest droga, która spotka się z powszechnym zainteresowaniem katolików i przyniesie Kościołowi pożytek? Czas pokaże. Dziś próby tworzenia wyłącznie katolickich stref społecznościowych w internecie kojarzą się niektórym z takimi pomysłami, jak budowane od kilkunastu lat miasto Ave Maria na Florydzie czy katolickie osiedle pod Warszawą.

 

Jest oczywiste, że wkraczając do globalnej sieci Kościół, katolicy, chcąc nie chcąc, muszą działać według panujących w niej zasad, reguł, a także w jakimś stopniu trendów i tendencji. Jedną z bardzo silnych – także w mediach społecznościowych – jest aktualnie tworzenie „baniek”, nie tylko informacyjnych, ale filtrujących pod bardzo konkretnym kątem treści, które docierają do konkretnego użytkownika. Choć twórcy Agappe.pl zapewniają, że nie chcą tworzyć kolejnej „bańki”, zamysł jednak sam w sobie mocno odpowiada „bańkowym” regułom. Jak wskazują specjaliści, istotą sieciowej „bańki” jest to, że do użytkownika docierają tylko takie treści, które odpowiednie algorytmy (stworzone przez konkretnych ludzi) określiły jako zbieżne z jego światopoglądem oraz zainteresowaniami.

 

Warto jednak zapytać, czy akurat w tej kwestii członkowie Kościoła obecni w internecie nie powinni iść zdecydowanie pod prąd. Bo czy katolicy zamknięci w bezpiecznej internetowej „bańce” wypełnią powierzoną im przez Chrystusa misję głoszenia Ewangelii aż po krańce świata? Także w globalnej sieci?

 

Ks. Artur Stopka

Siła twórcza – ks. MARIUSZ FRUKACZ o polskim, katolickim Facebooku

Media katolickie w Polsce mają coraz ciekawszą ofertę, nie tylko dla młodego pokolenia. Przykładem tego jest Agappe.pl, to serwis społecznościowym stworzony z myślą o katolikach. Pomysłodawcą aplikacji jest ks. Artur Potrapeluk, koordynator lubelskiej Odnowy w Duchu Świętym. Oczywiście, zasadne jest pytanie czy ten serwis ma szansę na rynku?

 

Odpowiadając na to pytanie można zgodzić się z Moniką Czaplicką z agencji Wobuzz, która podkreśla, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, jeżeli chodzi o użytkowników i reklamodawców. Podkreśla Czaplicka, iż „wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować”. (TUTAJ)

 

Z myślą o wierzących

 

Wydaje się jednak, że twórcom serwisu nie chodzi jedynie o sukces rynkowy. Powodzenia związanego z przekazem wiary nie mierzy się ilością reklamodawców. Chociaż oczywiście sama kwestia finansowego utrzymania serwisu jest ważna.  W rozmowie z KAI ks. Artur Potrapeluk, prezes fundacji Nowa Pięćdziesiątnica z Lublina podkreśla, że  Agappe.pl to „nowe miejsce w Internecie, w którym można bez skrępowania dzielić się wiarą”. „Jest to medium dla osób wierzących, w którym mogliby dzielić się w sposób nieskrępowany swoją wiarą, ale także dla poszukujących. Oczywiście w czasie rejestracji nie jest weryfikowane, czy ktoś jest w jakiejś wspólnocie czy przychodzi tylko co niedzielę do kościoła, albo czy jest tylko osobą ochrzczoną” – stwierdził ks. Potrapeluk.

 

Wśród użytkowników portalu są osoby zaangażowane w życie Kościoła. W rozmowie z KAI ks. Potrapeluk podkreśla, że użytkownicy portalu „dzielą się swoimi pasjami, piszą blogi, kręcą filmy, są youtuberami. Ta wymiana treści sprawia, że właśnie na Agappe.pl odkrywamy taki wartościowy kontent”. Duchowny dodaje, że „rejestracja na platformie Agappe.pl jest oczywiście bezpłatna, jednak dla osób, które chciałyby wesprzeć ewangelizację przygotowaliśmy możliwość wykupienia pakietu, dzięki któremu będą mogły promować swoje posty czy strony. Jednak bez tego także można korzystać z portalu i wszystkich jego funkcjonalności. Agappe.pl jest finansowane ze środków własnych fundacji czy darowizn sponsorów, a dodatkowo tworzymy społeczność patronów w serwisie Patronite.pl”.

 

Kiedy myślimy o jakimkolwiek sukcesie Agappe.pl, to warto zwrócić uwagę na to, że serwis powstał w środowisku ludzi związanych z Odnową w Duchu Świętym. To są ludzie bardzo zaangażowani w życie Kościoła. Potrafią także przyciągać wielu młodych osób do wspólnoty wiary. W dzisiejszym Kościele w Polsce jest spora liczba cieszących się dużą popularnością Szkół Nowej Ewangelizacji. A ci ludzie potrafią łączyć rzeczywiste przeżywanie wiary z zaangażowaną obecnością w Kościele, ożywiając parafie, z promocją wiary w sieci. Ja bym w tym upatrywał ewentualnego sukcesu Agappe.pl .

 

Ponadto jak zapewnia ks. Potrapeluk, na tym katolickim social medium znajdują się zarówno profesjonaliści z zakresu branży IT czy bezpieczeństwa danych, a także absolwenci teologii. Ważne jest, że czytelnicy znajdują na nim treści moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. A tego bardzo potrzeba dzisiaj – szczególnie młodemu pokoleniu – by pomóc w budowaniu zmysłu wiary.

 

Szansa dla młodych katolików

 

Serwis skierowany jest do wszystkich katolików i osób wierzących, ale jest to przede wszystkim szansa dla młodego pokolenia do pogłębienia wiary. Warto pamiętać, że wiary nie da się przeżyć on-line – to jednak taki serwis może być pomocny w dotarciu do młodych ludzi.

 

Chociaż rzeczywistość wirtualna cyberprzestrzeni nie może stać się zamiennikiem prawdziwej wspólnoty ludzkiej, wcielonej rzeczywistości sakramentów i liturgii czy też bezpośredniej proklamacji Ewangelii, może jednak je uzupełniać, przyciągać ludzi do pełniejszego doświadczenia życia wiary i ubogacać religijne życie korzystających z niej osób. Dostarcza ona także Kościołowi środka komunikacji w stosunku do szczególnych grup – młodzieży i młodych osób dorosłych, osób starszych i zamkniętych w domach, żyjących na odległych terenach, członków innych grup religijnych – z którymi kontakt innymi sposobami jest utrudniony

– czytamy w dokumencie Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu nt. Kościół a Internet z 2002 r.

 

W związku z zaistnieniem na polskim rynku Agappe.pl warto również zapytać o stosunek młodego pokolenia do Internetu i nowych mediów, bo właśnie w tej przestrzeni Kościół powinien być mocno obecny. Otóż w 2014 r., na zlecenie NASK oraz Rzecznika Praw Dziecka, Wyższa Szkoła Nauk Społecznych PEDAGOGIUM przeprowadziła badania „Nastolatki wobec Internetu”, z których wynika, że w domu codziennie z Internetu korzysta 93,4% badanych. Korzystanie z sieci wśród młodego pokolenia jest zjawiskiem powszechnym. Wyniki badań pokazują również, że rozwój technologii mobilnych znacząco zmienił style korzystania z Internetu przez młodzież. Już ponad połowa młodych osób (52,8%) nie korzysta z komputerów stacjonarnych. Natomiast smartfon służy młodym ludziom do wygodnego korzystania z serwisów społecznościowych, poczty elektronicznej, aplikacji i gier on-line, przeglądania stron www.

 

Badania te pokazują, jak ważna jest obecność Kościoła w sieci, cyberprzetrzeni, czyli tam, gdzie są młodzi ludzie. Dlatego Kościół rozumiejąc popularność portali społecznościowych, blogów, rekolekcji internetowych, stara się właśnie w ten sposób podążać za młodym człowiekiem, a zarazem zdaje sobie sprawę z tego, jak ważny jest komunikatywny język przekazu treści wiary. Nowoczesne narzędzia komunikacji międzyludzkiej mają zbliżać ludzi i nie zasłaniać najważniejszego celu jakim jest zjednoczenie z Bogiem.

 

Warto również sięgnąć do innego raportu NASK z 2018 r. Jest to raport z badań młodych twórców publikujących w internecie 2018 r. (TUTAJ)

 

Celem badań było rozpoznanie doświadczeń i przekonań młodych twórców internetowych. Jak wynika z badań zdecydowana większość badanych internautów prowadziła blogi lub profile na portalach społecznościowych. Tylko jedna osoba prowadziła kanał muzyczny na YouTubie. Szansą dla Agappe.pl jest współtworzenie go z młodymi katolikami.

 

Agappe po grecku znaczy miłość, a jak mówił św. Maksymilian Kolbe „tylko miłość jest siłą twórczą”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Znikające dziedzictwo – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o „kaczkach dziennikarskich” i „sezonie ogórkowym”

Znika zjawisko dziennikarskich kaczek i sezonu ogórkowego. Jakie są tego powody i czy będziemy za nim tęsknić?

 

Zanikające terminy

 

Ze zbiorowej świadomości znikają powoli terminy dziennikarskie, które w minionym stuleciu były dla wszystkich zrozumiałe. Można do nich zaliczyć na przykład: „kaczkę dziennikarską” i „wiadomości wyssane z palca”. Najprawdopodobniej za chwilę do tego grona dołączy i „sezon ogórkowy”. Już dziś wpisując to zapytanie w okno internetowej wyszukiwarki, dostaniemy przede wszystkim odpowiedzi dotyczące uprawy warzyw. Zagadnienie nie zainteresowało środowiska naukowego, co potwierdził, zapytany o tę kwestię Kierownik Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek. Szkoda, bo znika kolejny obszar, który spokojnie można określić mianem dziennikarskiego dziedzictwa. Odchodzi w cień bez wystarczającej analizy i uczonej refleksji. Trudno dziś nawet o dobrą definicję sezonu ogórkowego, popartą zbiorem przykładów. „Kaczka dziennikarska” i „wysysanie wiadomości z palca” miały w tym wypadku więcej szczęścia. Legendarny rysownik Papcio Chmiel ulokował gigantyczny palec w fikcyjnej redakcji pisma „Trele Morele”. Redaktorzy mogli z niego wysysać fałszywe informacje, gdy im brakowało prawdziwych, żeby zapełnić nimi łamy.[1] „Kaczka dziennikarska” to fałszywa wiadomość. Według Władysława Kopalińskiego termin wywodzi się z Francji. Niejaki Cornelius, aby ustalić granicę naiwności czytelników, napisał w artykule, że miał dwadzieścia kaczek, z których jedną zabił, poćwiartował i rzucił pozostałym, które łapczywie ją zjadły. Następnie zabijał kolejne i czynił z nimi podobnie, aż została tylko jedna, która zjadła pozostałych dziewiętnaście. Miało to uzasadnić wyjątkową żarłoczność tego gatunku ptactwa.[2]

 

Szukając definicji

 

Według „Słownika języka polskiego PWN” sezon ogórkowy to okres letniego zastoju w życiu kulturalnym.[3] Internetowe hasło kieruje do Korpusu Języka Polskiego PWN, gdzie znajdziemy kilka przykładów użycia tego terminu. W 1999 r. na łamach pisma „Cosmpolitan” ukazała się taka oto wypowiedź: „- To sezon ogórkowy, nie pracuje się w takim napięciu – mówi Anita Szarlik, dziennikarka. – Trochę tak, jak gdyby przez dwa miesiące była niedziela. Trudno kogokolwiek znaleźć, dlatego każde zdobycie informacji jest plusem”.[4] Kolejny cytat pochodzi już z XXI wieku. W 2004 r. „Fakt” dociekał, dlaczego kolejna seria programu „Idol” pojawi się dopiero wiosną następnego roku. Odpowiedź producentów streszczono w następujący sposób: „Twierdzą, że lato to sezon ogórkowy i wtedy nie warto ruszać z tak dużą produkcją[5]. W 1974 r. w magazynie „Motor” zauważono z pewnym zresztą oburzeniem, że Szkoci mają na sezon ogórkowy Potwora z Loch Ness, a mieszkańcy PRL-u równie interesujące zagadnienie: „jak jeździć? To znaczy przy jakiej proporcji benzyny i oleju”.[6] W Korpusie Języka Polskiego PWN znajdziemy jeszcze kilka przykładów. Najstarsza wzmianka pochodzi z 1974 r., najnowsze z 2004 r.

 

Inaczej termin sezon ogórkowy zdefiniował Piotr Müldner-Nieckowski. Stwierdził, że to okres, w którym nie ma ważnych informacji prasowych.[7] W odróżnieniu od Słownika PWN nie odwołał się w ogóle do kwestii wakacyjnej przerwy w pracy teatrów i innych instytucji wysokiej kultury. Przywołał ten termin jako przykład związku frazeologicznego zwanego frazemem i zjawiska nie badał.

 

Przykłady pociągają

 

Wygląda na to, że pojęcie sezonu ogórkowego najpierw oderwało się od teatralnej posuchy i związało ze względną ciszą w życiu politycznym w czasie parlamentarnych wakacji. Stały dostęp do rozmówców ułatwiła jednak z czasem telefonia komórkowa. Z każdym można się dziś skontaktować, choćby wypoczywał na drugim końcu świata. Liczba informacji, które i tak docierają do redakcji, raczej wymaga selekcji niż wysysania dodatkowych z palca. Redaktor naczelny popularnego serwisu „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc”, dziennikarz z trzydziestoletnim doświadczeniem Dariusz Gacek, zapytany o przykłady zapamiętanych przez niego tematów, które panowały w sezonach ogórkowych, wylicza błyskawicznie: wieloryb Lolek płynący Wisłą, chomik latający z aparatem, jezioro pełne wódki, aktywność UFO, czyli kręgi w zbożu, puma… To zbiór propozycji, które potem wałkowano przez całe lato. Warto od razu zauważyć, że nie są to kwestie tuzinkowe, wręcz przeciwnie! Wypada pochwalić dziennikarską pomysłowość i znajdowanie tematów, które nie tylko elektryzowały odbiorców, skupiając na sobie uwagę, ale też prawdopodobnie pozwalały autorom dobrze się bawić przy redagowaniu kolejnych materiałów. Taki trening kreatywnego pisania realizowany na oczach odbiorców.

 

Z przykładów zawartych w Korpusie Języka Polskiego PWN wynika, że w świadomości samych dziennikarzy sezon ogórkowy wiązał się z powracającymi doniesieniami na temat Nessie, czyli Potwora z Loch Ness. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają, jak przez całe wakacje ekipa „Lata z Radiem” konsekwentnie poszukiwała: „paskudy z Zalewu Zegrzyńskiego”, co miało być rodzimą odpowiedzią na tajemniczą bestię ze szkockiego jeziora.

 

Pojęcia: sezon ogórkowy, kaczka dziennikarska i wiadomości wyssane z palca, wiele łączy. Mowa tu o materiałach sensacyjnych, ale jednocześnie nieszkodliwych, niewywołujących paniki, za to skupiających na sobie uwagę i pozwalających odbiorcom na pogodny uśmiech tuż po odkryciu mistyfikacji i radosną zabawę z przyswajania kolejnych materiałów.

 

Kto „zniknął” sezon ogórkowy

 

Jak już wspomniano najnowsza wzmianka w Korpusie Języka Polskiego PWN pochodzi z 2004 r. Latem 2021 r. trudno znaleźć choćby ślad sezonu ogórkowego. Wciąż docierają do nas komunikaty na temat pandemii, o związanych z tym niepokojach na świecie, programach szczepień, ale też Narodowym Spisie Ludności. Dopiero co skończyło się Euro 2020, a trwa Olimpiada w Tokio. Komunikatów jest pełno. Zupełnie jakby newsy działały jak aplikacja w tle, niby uśpiona, ale przypominająca konsekwentnie o swoim istnieniu. Czasy, o których mówiła Anita Szarlik w 1999 r., bezpowrotnie minęły. Wydaje się, że szczególny wpływ na zanik sezonu ogórkowego ma jednak życie polityczne, prowadzone z niespotykaną dotychczas intensywnością. Zapytana o tę kwestię politolog dr Agnieszka Zaremba odpowiada w następujący sposób:

 

Polityka nie zasypia. Mamy newsy przez 24 godziny to i politycy musieli się dostosować. Obecność w mediach to obecnie być albo nie być dla polityka. Dlatego bardzo wielu wykorzystuje media społecznościowe do kreowania własnego wizerunku, a dla mediów tradycyjnych jest dostępna „na okrągło”. Duże zmiany wywołała pandemia, teraz nikt nie musi zaraz z kamerą przyjeżdżać, wystarczy domowe studio (coraz lepsza jakość kamer w laptopach i telefonach). I z jednej strony to dobrze, że wyborcy mają swoją władzę „na bieżąco”, a z drugiej trochę szkoda, że nie możemy od siebie wzajemnie odpocząć. Poza tym przesyt nie jest wskazany w żadnej dziedzinie i nawet najbardziej zagorzali obserwatorzy sceny politycznej zaczynają się uodparniać na ogromną ilość newsów od polityków. W Polsce w ogóle nie zanosi się w tym roku na sezon ogórkowy. Mamy powrót Donalda Tuska, ciągłe wojenki w obozie rządzącym, konflikt z UE, szczepienia i zakup Abramsow. Od przybytku zdecydowanie tym razem głowa boli.

 

Mundus senescit

 

Ludzie średniowiecza pod pojęciem mundus senescit (świat się starzeje) rozumieli, że: lepiej już było. Może i nam przyjdzie zatęsknić za czasami, w których paskuda bawiła się z dziennikarzami w wodnego berka na Zalewie Zegrzyńskim? Wydaje się, że nikomu by nie zaszkodziła odrobina oddechu i miejsca na pogodny uśmiech, zwłaszcza w wakacje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, księga XVI, wydanie pierwsze 1981 r.

[2] W. Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, s. 447.

[3] https://sjp.pwn.pl/slowniki/sezon%20og%C3%B3rkowy.html – dostęp 26.07.2021 r.

[4] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;258,2;34236.html – dostęp 26.07.2021 r.

[5] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;920,2;8867.html – dostęp 26.07.2021 r.

[6] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;1908,2;6416.html – dostęp 26.07.2021 r.

[7] P. Müldner-Nieckowski, Wprowadzenie do frazeologii, [w:] Nowy szkolny słownik frazeologiczny, Świat Książki, Warszawa 2004 r., s. 14.

(Post)komuna przeciw Wyszyńskiemu – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o medialnych manipulacjach wokół Prymasa Tysiąclecia

Zdjęcie kardynała Stefana Wyszyńskiego i Romana Dmowskiego zestawione z okładką książki „Mein Kampf” Adolfa Hitlera – to prowokacja „Krytyki Politycznej”. Inni „demokraci” wyszydzają Prymasa Tysiąclecia, wmawiając, że był „patriotą PRL”. Spadkobiercy sierpu i młota pogubili się: czy kochać Wyszyńskiego, czy nienawidzić?

 

Oburzenie wywołane polskim wydaniem «Mein Kampf» zdradza zbiorowy wyrzut sumienia. Tymczasem w naszej własnej historii znajdziemy stosy równie strasznej antysemickiej literatury, którą nie tylko wydajemy, ale której autorom stawiamy pomniki” – czytamy na stronie wspomnianej (post)komunistycznej „Krytyki Politycznej”.

 

A my zapytajmy: „Zbiorowy wyrzut sumienia” – czyli czyj? Czy też Polaków? Jeśli tak, to z jakiego powodu? Wmawianej przez was rzekomej kolaboracji Polaków z „nazistami”. A może wy „od zawsze” kolaborujecie z bolszewikami?

 

„Antysemicka literatura Dmowskiego i Wyszyńskiego” – żeby wypisywać takie bzdury, naprawdę trzeba być pożytecznym idiotą, albo…

 

Patron nie dla wszystkich

 

Sejm niepodległej Rzeczpospolitej. Listopad 2020 r. Reprezentanci narodu przyjmują uchwałę, na mocy której kardynał Stefan Wyszyński ma zostać patronem 2021 r. Wybrańcy w liczbie 48 głosują przeciw.

 

Powinniśmy pamiętać o ofiarach pedofilii, a nie upamiętniać przedstawicieli kościoła, który wciąż broni i kryje sprawców” – napisał w mediach społecznościowych poseł opozycyjnej PO Franciszek Starczewski. Z kolei poseł Lewicy (raczej starej niż nowej) Joanna Senyszyn napisała, że „to przez takich jak Stefan Wyszyński i JP2 kościół stał się bezpieczną przystanią dla pedofilów!”, nazywając Prymasa Tysiąclecia „mistrzem” biskupów oskarżanych o popełnienie przestępstw pedofilskich: „W sytuacji, w której kilkudziesięciu polskich biskupów jest oskarżonych o ukrywanie przestępstw pedofilskich, a kilku o popełnienie, honorowanie ich mistrza, nauczyciela i duchowego ojca kompromituje i ośmiesza Sejm, który powinien zachować powściągliwość w uchwalaniu jakichkolwiek dokumentów umacniających zdeprawowaną instytucję Kościoła katolickiego i jego urzędników”. Czerwona zgroza.

 

Zbrodniczy „demokraci”

 

Nie lepsze kawałki znajdujemy np. w innym (post)komunistycznym medium – tygodniku „Przegląd”. Oto autor Paweł Dybicz, razem ze swoim rozmówcą dr hab. Lechem Mażewskim (kiedyś związany – pamiętają Państwo? – z Kongresem Liberalno-Demokratycznym) wciskają swoim czytelnikom tezę, zawartą w tytule, że „Prymas był patriotą PRL”. Oto jedno ze zdań: „Prymas Stefan Wyszyński, podobnie jak kard. August Hlond, jego poprzednik na stolicy arcybiskupiej w Gnieźnie i Warszawie, a tym samym prymas Polski, nie był żadnym zaprzysięgłym wrogiem Polski po 1944/1945 r.

 

Spytać można tym razem: dlaczego w nocy z 25 na 26 września 1953 r., nielegalne, namaszczone (po świecku) w Moskwie komunistyczne władze internowały polskiego prymasa Stefana Wyszyńskiego. I dlaczego przez kolejne trzy lata zsyłały go do kolejnych ośrodków internowania pozbawiając możliwości sprawowania funkcji. To wszystko dlatego, że nie był wrogiem PRL?

 

A gdyby nie bp. Antoni Baraniak i niezłomna postawa tego sekretarza Prymasa Polski (za cenę tortur czerwonych bestii; oprawcy z Rakowieckiej przesłuchiwali go 145 razy, zrywali paznokcie, zamykali w lodowatej, pełnej fekaliów celi, grozili śmiercią), Wyszyński prawdopodobnie z więzienia nigdy by nie wyszedł. Zostałby skazany, osądzony i… stracony. Jak w innych „demokratycznych” komunistycznych totalitaryzmach.

 

„Interrex w kajdankach”

 

Rozumiem, że wymienieni (post)komuniści i liberałowie wolą Jerzego Urbana, który bez wątpienia nie był wrogiem, ale przyjacielem PRL, więcej: funkcjonariuszem komunistycznej junty wojskowej o charakterze zbrojnym. Bo propagandowe tezy rodem z czasów bolszewickiej pogardy nie są im obce.

 

Zacytujmy słowa historyka, dr Wojciecha Stanisławskiego w tekście „Stefan Wyszyński. Interrex w kajdankach” dla Muzeum Historii Polski (muzhp.pl):Arcybiskup Stefan Wyszyński nie pochodził z królewskiego rodu: ojciec był organistą w wiejskim kościele. Jednak Prymasom Polski od połowy XVI wieku przypadał tytuł „interreksa”, zastępującego monarchę na czas jego choroby lub śmierci. Tytuł ten został formalnie zniesiony po rozbiorach Rzeczpospolitej, do „funkcji monarszej” prymasów odwoływano się jednak w czasach niewoli – podczas zaborów, obu wojen światowych i po roku 1945. Dlatego decyzja władz komunistycznych o aresztowaniu Wyszyńskiego we wrześniu 1953 roku, w ponad pół roku po śmierci Stalina, była niesłychanie wymowna. Na pozór kończyła kilkuletnią rozgrywkę między władzami a Kościołem – co prawda w trybie „przewrócenia szachownicy”, ale radykalnie: nie ma Prymasa, nie ma przeciwnika. Jak się okazało, umocniła jedynie autorytet Kościoła w PRL. Po trzydziestu siedmiu miesiącach, w październiku 1956 roku, abp Wyszyński został zwolniony z internowania, do śmierci w 1981 pozostając nieformalnym, ale niekwestionowanym interreksem w socjalistycznym kraju”.

 

Zastępował króla

 

A tak (na stronie Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego) napisał senator, historyk Jan Maria Jackowski: „Uroczystości pogrzebowe Prymasa Tysiąclecia zgromadziły setki tysięcy Polaków. Zostały określone jako królewskie, naród żegnał bowiem Interrexa, czyli kogoś, kto w okresie bezkrólewia, a za takie uznawano rządy komunistów, zastępował króla. Kardynał Wyszyński uchodził zarówno za przywódcę religijnego i moralnego, jak i wielki autorytet społeczny. Przeprowadził ojczyznę i Kościół w Polsce przez czarną noc komunizmu z jego państwowym ateizmem oraz łamaniem podstawowych praw człowieka. Uosabiał trwałość i godność narodu. Jego wielkość uznała nawet władza komunistyczna, która, mimo że bezwzględnie go zwalczała, zgodziła się na zorganizowanie bezprecedensowych w realiach PRL uroczystości pogrzebowych wraz z transmisją radiową i telewizyjną oraz zarządziła kilkudniową żałobę narodową”.

 

Tadeusz Płużański

Jaruzelska i Urban – ŁUKASZ WARZECHA o tym czy dziennikarz powinien z każdym rozmawiać?

Monika Jaruzelska to jedno z unikatowych zjawisk w polskim dziennikarstwie. Kto trafił na jej kanał na YouTube, ten wie. Córka komunistycznego dyktatora nie jest kojarzona z gorącą obroną Peerelu czy stanu wojennego – raczej z umiarkowaniem, zdrowym rozsądkiem i od czasu do czasu poglądami bardziej charakterystycznymi dla centroprawicy niż lewicy (choć tak się politycznie identyfikuje). Przede wszystkim jednak jest znana jako autorka cyklu internetowych wywiadów „Towarzyszka Panienka”, nagrywanych w dawnej willi generała przy ul. Ikara w Warszawie. Tej samej, pod którą za życia Jaruzelskiego odbywały się 13 grudnia demonstracje.

 

Jej rozmowy wyróżniają się kilkoma cechami niemal już nieobecnymi w mainstreamowym dziennikarstwie. Po pierwsze – Jaruzelska naprawdę tylko pyta. Jest wycofana, choć zarazem dobrze przygotowana. Nigdy nie narzuca swoich poglądów, widzowie nie mają wrażenia, że w pytaniach stawia gotowe tezy i oczekuje ich potwierdzenia od rozmówcy. Po drugie – tworzy w czasie rozmowy dobrą atmosferę, czemu sprzyja domowe miejsce nagrań, a co wpływa na rozluźnienie się rozmówców. Po trzecie – nie spieszy się. Brak czasowego limitu to dobra cecha internetu, z której Jaruzelska odpowiednio korzysta. Jej rozmowy mają nawet po ponad dwie godziny.

 

Wreszcie – Jaruzelska stara się rozmawiać z każdym, a widz ma poczucie, że celem rozmowy jest zrozumienie poglądów i motywacji rozmówcy. Jaruzelska zapraszała do siebie ludzi bardzo dalekich od jej własnych poglądów i sekowanych przez główne media. Byli u niej tak skrajnie różni goście jak Krzysztof Bosak, Sławomir Jastrzębowski, Adam Wielomski, Sławomir Pitoń, Andrzej Zybertowicz, Tomasz Terlikowski, Artur Dziambor, Piotr Ikonowicz czy Marcin Rola. A teraz zaprosiła Jerzego Urbana.

 

Właśnie to zaproszenie wywołało awanturę i spory. Duża część publiczności – także, jak można wnioskować z wpisów, stałych widzów kanału pani Moniki – uznała, że to o krok za daleko. Że z ludźmi takimi jak Urban się nie rozmawia. Ale właściwie – dlaczego nie?

 

Zastrzegam: rozmowy z Urbanem w momencie pisania tego tekstu nie widziałem, więc jej nie oceniam. Być może Jaruzelska w tym przypadku nie dała rady – nie wiem. Jednak spór o zaproszenie byłego rzecznika peerelowskiego rządu i byłego redaktora „Polityki” przez – nie waham się napisać – dziennikarkę, robiącą jedne z najlepszych w Polsce wywiadów, jest dobrym pretekstem do zastanowienia się, czy faktycznie są osoby, z którymi dziennikarz nie powinien rozmawiać.

 

Najpierw sprawa, jak sądzę, najprostsza: tak, są ludzie, z którymi rozmawiać się faktycznie nie powinno. To ci, którzy popełnili przestępstwo jedynie po to, żeby przyciągnąć uwagę. Rozmowa z nimi byłaby spełnieniem tego oczekiwania, a zatem stanowiłaby zachętę do podobnych zachowań w przyszłości. Aczkolwiek nawet pisząc te słowa mam wątpliwość: czy faktycznie nie zrobiłbym rozmowy z Herostratesem, gdybym miał taką możliwość? Choć podpalacz Artemizjonu mógłby się przecież ostatecznie okazać osobą całkowicie nieciekawą…

 

Lecz nawet tu granica jest płynna. Motywacja Herostratesa, jaka przetrwała w przekazach do naszych czasów, nie budzi raczej wątpliwości. Ale czy to oznacza, że dziennikarz w ogóle nie powinien rozmawiać z ludźmi, którzy popełniali zbrodnie? To błędne podejście, bo nie jest rolą dziennikarza stawianie się w roli eksperta od etyki, który swoją – a więc i swoich odbiorców uwagę będzie traktował jako narzędzie karania jednych, a nagradzania innych. Dziennikarz ma przede wszystkim zadbać o to, żeby z jego rozmowy coś wynikało. Żeby pokazała odbiorcy coś, o czym nie wiedział. Tym czymś może też być motywacja złego człowieka. Taki był cel Hannah Arendt, gdy pisała „Eichmanna w Jerozolimie” – relację z procesu niemieckiego zbrodniarza, która wprowadziła do obiegu pojęcie banalności zła. Arendt nie miała możliwości rozmowy z Eichmannem, lecz czy można mieć wątpliwości, że skorzystałaby z niej, gdyby taka możliwość się pojawiła?

 

Kazimierz Moczarski, żołnierz AK i dziennikarz, w 1949 r. został osadzony przez komunistów w jednej celi z Jürgenem Stroopem, SS-mańskim zbrodniarzem, katem powstania w warszawskim getcie, a wcześniej – katem Wielkopolski, mającym na sumieniu niezliczone życia żydowskich i polskich obywateli Rzeczypospolitej. Plonem ośmiu miesięcy wspólnego osadzenia obu mężczyzn były „Rozmowy z katem” Moczarskiego – unikatowy, robiący niesamowite wrażenie zapis wypowiedzi Stroopa, opis jego zachowań i jego sposobu myślenia. Moczarski nawet w dramatycznych dla siebie okolicznościach (brutalne śledztwo, trwający proces, w którym groziła mu – ostatecznie faktycznie zasądzona, szczęśliwie nie wykonana – kara śmierci) zachował się jak rasowy dziennikarz.

 

Dziennikarze rozmawiali wielokrotnie z dyktatorami takimi jak Muammar Kaddafi czy Fidel Castro. Cezary Łazarewicz napisał książkę o Januszu Walusiu, który w 1993 r. zamordował w RPA (Waluś mieszkał tam od 1981 r.) lewicowego bojownika i polityka Chrisa Haniego. Pojechał do Afryki, rozmawiał z odsiadującym dożywocie Polakiem. W rozmowie dla „Krytyki Politycznej” powiedział: „Chciałem odtworzyć sposób myślenia Janusza Walusia. Jestem dokumentalistą, w pewnym sensie nie dbam o skutki historii, którą przedstawiam. Przesłanie z tej książki wydaje mi się jasne: patrzcie, do czego może doprowadzić zacietrzewienie ideologiczne. […] A żeby odtworzyć ten sposób myślenia, musiałem go wysłuchać i być wobec niego uczciwy”. Jakkolwiek Łazarewicz jest dziennikarzem o jednoznacznie lewicowych poglądach, trudno się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Prawie nikt nie miał pretensji o jego rozmowę z Walusiem – jeśli już takie się pojawiały, to raczej z lewej strony, zarzucające Łazarewiczowi, że napisał książkę zbyt obiektywną, zamiast ideologicznie Walusia potępić.

 

Ja sam mam na koncie wywiad z Wojciechem Jaruzelskim, który zrobiłem w 2000 r. na zamówienie wydawnictwa Reader’s Digest do dużej książki o Janie Pawle II. Wywiad dotyczył spotkań Ojca Świętego z polskim dyktatorem i uważam go za jedno z najciekawszych dziennikarskich doświadczeń w mojej karierze, szczególnie że uważna obserwacja generała podczas tej rozmowy dała mi, jak sądzę, wgląd w jego odczucia i motywacje, których nie zwerbalizował.

 

Jerzym Urbanie mówiłem zawsze, że jest postacią na wskroś obrzydliwą. Podtrzymuję tę opinię – co jednak nie znaczy, że dziennikarz nie powinien się podjąć rozmowy z nim. Sześć lat temu na portalu wPolityce napisałem tekst po głośnej wówczas rozmowie Agnieszki GozdyryUrbanem w Polsacie.

 

„Z Urbanem bym jednak nie rozmawiał. Jak napisałem, nie wzbudza on we mnie złości, ale wzbudza tak daleko idące obrzydzenie, że nie potrafiłbym się przemóc. Uważam też, że jeśli Urban ma być wykorzystywany w taki sposób, w jaki wykorzystuje się go obecnie w polskich mediach, to lepiej, żeby sobie powoli zdychał w zapomnieniu na swoim złotym łóżku, kupionym za pieniądze zarobione na wdeptywaniu ludzi w błoto. Przez 10 lat mojej pracy w „Fakcie” nigdy, ani razu, nie poprosiliśmy Urbana o wypowiedź. Tabloid robił rzeczy tabloidowe, publikował historyjki o przebiegłych chomikach albo urządzał ustawki czy prowokacje, ale nie przekroczył tej granicy. I za samo to szanuję swoje dawne miejsce pracy. Jeśli dzisiaj jakiś lewacki obrońca Urbana pokpiwa, że „Fakt” wprawdzie nie rozmawiał z Urbanem, ale za to „rozmawiał z bobrem”, to znaczy całkiem po prostu, że jest bezdennie głupi i nic nie rozumie” – pisałem. Ale zarazem dodawałem: „Możliwe jednak, że jakiś kolega po fachu miałby pomysł na dobrą, ciekawą rozmowę z Urbanem, w którym temu przebiegłemu wężowi potrafiłby przeciwstawić odpowiednio głęboką wiedzę i mocny intelekt. Przecież Oni Teresy Torańskiej – rozmowy z ludźmi często również zwyczajnie złymi, a na pewno moralnie godnymi potępienia, są do dzisiaj lekturą obowiązkową i arcyważnym dokumentem epoki”.

 

Moją opinię z 2015 r. muszę jednak dzisiaj lekko zmodyfikować: z Urbanem zrobiłbym jednak wywiad. Będąc postacią obrzydliwą, jest świadkiem epoki. Trzeba też odróżnić długą, wnikliwą rozmowę od traktowania danej osoby jako autorytetu czy eksperta, od którego wydobywa się dwa zdania na dany temat – i pisząc o praktyce „Faktu”, to właśnie miałem na myśli. Z pewnością żadna z osób, których przykłady podawałem w tym tekście, na taką rolę nie zasługuje i w takiej roli w mediach występować nie powinna.

 

Jedno jest w podobnych rozmowach ważne: dziennikarz musi być do nich dobrze przygotowany i nie powinien pozwolić rozmówcy – szczególnie takiemu jak Urban – odgrywać własnego spektaklu. Czy Monice Jaruzelskiej to się uda – nie wiem, bo, jako się rzekło, rozmowy nie widziałem. Wiem, że obserwacja jej dotychczasowych dziennikarskich dokonań daje na to dużą nadzieję. Krytykom jej decyzji przypominam: dziennikarz musi się czasem spotkać również z postaciami odrażającymi, żeby jego odbiorcy nie musieli. To nasza praca.

 

Łukasz Warzecha