Internet nie gwarantuje wieczności – MIROSŁAW USIDUS o archeologii sieci

Nigdy więcej smutnego losu Biblioteki Aleksandryjskiej, która, według legend zgromadziła całą mądrość starożytnego świata i przepadła w całości – taka myśl patronowała wczesnym twórcom i „ideologom” internetu. Okazało się, że cyfrowa przestrzeń jest tkanką równie kruchą i podatną na zniszczenie, zaginięcie i zapomnienie, jak wszelkie zasoby kulturowe.

 

Ćwierć wieku temu, gdy internet zaczynał się rozgaszczać w naszym życiu i pracy, nie zastanawialiśmy się nad tym, czy wszystko, co wówczas powstaje, owe pierwsze proste strony, katalogi, bazy danych, projekty, dokumenty i obrazy, zostanie z nami na stałe lub „na zawsze”. Tak, tak. Tak właśnie wtedy myślano o cyberprzestrzeni – jako o sposobie na „uwiecznienie” wytworów myśli i kultury, w przeciwieństwie do np. ulotnego życia egzemplarza gazety codziennej, który przestawał mieć znaczenie, gdy minął dzień. Internet miał stać się wreszcie trwałym uniwersów wypełnionym całym dorobkiem ludzkości, w którym wszystko co stworzyliśmy i zapisaliśmy na nietrwałych nośnikach materialnych, książkach, płytach, taśmach, miało już po wieczne czasy być w całości dostępne jako ogromne archiwum, wiecznotrwała biblioteka ludzkości, której nikt nie będzie mógł spalić czy rozkraść.

 

Po dwu dekadach z hakiem okazuje się, że, owszem zasoby internetowe stały się przebogate, ale wciąż trudno o cyberprzestrzeni mówić jako o pełnym i trwałym repozytorium dorobku ludzkości. Okazało się też, że przetrwanie rzeczy wydawałoby się (wtedy w latach 90-tych XX wieku) oczywistej, czyli różnego rodzaju artefaktów wczesnego, ale nawet tego nieco późniejszego internetu, wcale nie jest takie oczywiste. Wiele stron czy publikacji, jeśli nikt specjalnie, z planem w głowie, nie zadbał o ich utrwalenie, zapis czy chociażby zrobienie zrzutu ekranowego, istnieje jedynie w pamięci ludzi, którzy je widzieli i czytali. Nawet pierwsza strona WWW, powstała w 1991 roku już nie istnieje. Strona, którą można zobaczyć na stronie World Wide Web Consortium jest kopią wykonaną rok później.

 

Zdajemy sobie coraz silniej sprawę, że sieć nie różni się zasadniczo od terenów eksploracji archeologicznej, gdzie trzeba żmudnie odtwarzać stratygrafię pradziejową, a w głębszych pokładach podobnie jak w archeologii pełno jest luk, braków, których nie da się już niczym wypełnić, bo historyczne artefakty, po prostu zniknęły, zostały zniszczone, przerobione na coś nowszego, jak np. meksykańskie piramidy z których budulec posłużył budowie katolickich kościołów.

 

Są oczywiście narzędzia, które specjalizują się w gromadzeniu danych archiwalnych, pomagające w archeologii dawnej sieci, ale nie ma w nich, bo nie może być, wszystkiego. Nie można powiedzieć, że za ich pomocą dotrzemy do dowolnej starej treści, strony, czy wiadomości. W zasobach służących do archeologii starego internetu, np. w serwisie Internet Archive, jest tylko to, co ktoś przezorny w odpowiednim momencie postanowił zindeksować, zachować i uchronić przed całkowitym skasowaniem.

 

Internet upiorów

 

Strony WWW są aktualizowane – stare wersje znikają. Tak to zwykle bywa. Czasami strony z zasobami, na których nam jako odbiorcom, zależało, z dnia na dzień przestają istnieć na zawsze a przyczyny mogą być różne. Choćby zaprzestanie publikacji przez autora (lub firmę), który od razu sam zamyka serwis lub wygasa on z powodu braku opłat za hosting. Powodów i przypadków jest bardzo wiele. Efektem jest po prostu rozpływanie się w nicość tego, co miało być „wiecznotrwałym repozytorium ludzkości”.

 

Inna para kaloszy to platformy społecznościowe. Właściwie, obecnie wciąż jest na nich dostępne wszystko, nawet publikacje z poprzedniej dekady, ale raczej nie w taki prosty sposób, by po prostu wpisać do wyszukiwarki czy cofnąć się na osi czasu. Facebook jeszcze kilka lat temu oferował tego typu narzędzie, za pomocą którego łatwo, z poziomu profilu, można było wyszukać swoje publikacje od początku obecności na platformie. Była to dosłownie „oś czasu”, w sensie wizualnym. Wycofał się z tego, jak łatwo się domyślić, ze względu na ogromną zasobochłonność takiego kalendarium na żądanie. Pamiętajmy, że łączna liczba postów ponad miliarda użytkowników Fejsa już dawno sięgnęła poziomu bilionów, a pewnie i biliardów.

 

Obecnie swoje i innych stare facebookowe wpisy można wyszukiwać, ale w nieco mniej poręczny sposób, ustawiając słowa kluczowe i lata w wyszukiwarce. Do pradziejowych tweetów też można dotrzeć za pomocą wyszukiwarki Twittera, a dokładnie mówiąc jej rozbudowanej wersji pod adresem: https://twitter.com/search-advanced.

 

Co się jednak stanie z tym wszystkim, co może w nie tak prosty sposób, ale jednak wciąż jest dostępne na Twitterze i Facebooku, gdy te platformy przestaną istnieć. Jeśli ktoś mi mówi, że nigdy nie przestaną istnieć, to reakcją może być tylko pobłażliwy uśmiech. Pozostaje tam spory i rosnący kawałek naszego życia, rzeczy czasem cenne ze względów osobistych, czasem mające szersze, nawet społeczne i kulturowe znaczenie. I myślicie, że w razie czego tymi biliardami wpisów ktoś się ot tak, za darmo, z dobrego serca i „oczywistej potrzeby przechowania tak cennego archiwum”, zaopiekuje? Wątpię.

 

Spójrzmy na zasobny Google. Ktoś pamięta jego podejścia do serwisów społecznościowych, np. Google Buzz. Gdzie są treści z tego serwisu? Ktoś umie wskazać, wydobyć, odzyskać? Po co zresztą tak daleko w przeszłość sięgać. Przypomnijmy sobie Google+, kolejną próbę Google’a walki z Facebookiem. Gdzie są te kręgi znajomych, te udostępniane treści itd.? Przypomnijmy sobie w końcu serwis Myspace, kilkanaście lat temu najpopularniejszą społecznościówkę. Ktoś umie pokazać archiwa owego nadzwyczaj bogatego przecież życia społecznościowego?

 

Jak uważają badacze problemu, na platformach społecznościowych znacząca część publikacji użytkowników i tak znika szybciej, a dokładnie mówiąc – znikają treści, do których odsyłają użytkownicy. Już w 2011 roku Hany Salah-EldeenaMichael L. Nelson z Old Dominion University. Snappily opublikowali pracę pt. „Losing My Revolution: How Many Resources Shared on Social Media Have Been Lost?”. Praca analizowała treści w społecznościach dotyczące sześciu najważniejszych wydarzeń informacyjnych z poprzednich lat – epidemię wirusa H1N1, śmierć Michaela Jacksona, irańskie wybory i protesty, pokojową Nagrodę Nobla dla Baracka Obamy, rewolucję egipską i powstanie syryjskie. Badacze przeanalizowali zasoby, do których odsyłają te tweety, oraz to, czy są one nadal dostępne, czy zostały zachowane w cyfrowym archiwum, czy też przestały istnieć. Okazało się, że rok po wydarzeniu, średnio około 11 proc. treści online, do których odnoszą się media społecznościowe, zostało utraconych, a tylko 20 proc. zarchiwizowanych. Z czasem to zjawisko się pogłębiało – po dwóch i pół roku 27 proc. opublikowanych treści zostało utraconych, a jedynie 41 proc.  Można by powiedzieć, że to nie problem platform, takich jak Twitter, lecz samego WWW. Jednak jaki sens mają i ile są warte wpisy z pourywanymi i pustymi linkami?

 

Podobne zjawisko, które nasuwa łacińską refleksję „sic transit glora mundi”, możemy ujrzeć na stronie Million Dollar Homepage, która powstała w połowie pierwsze dekady XXI wieku opierając się na pomyśle reklamowej sprzedaży pikseli na powierzchni. Sama strona wciąż jest dostępna, stanowiąc pomnik dobrego pomysłu jej twórcy Alexa Tewa, który rzeczywiście zarobił na niej milion a nawet więcej, ale również jako muzeum upiorów internetu. To może przesada, bo tylko część linków prowadzących z obrazkowych reklam pokrywających stronę jest całkowicie urwana, ale wiele jest np. takich, które odsyłają do czegoś innego niż to, do czego prowadziły pierwotnie.

 

Oczywiście nie można powiedzieć, że postęp w kierunku cyfryzacji zasobów kultury i myśli ludzkiej nie został dokonany przez te wszystkie lata i dekady. Do sieci trafiły ogromne biblioteki i archiwa nie tylko tekstu, ale również obrazu i filmu. Trudno wręcz opisać całe to bogactwo, z którego możemy czerpać w cyberprzestrzeni, zarówno w otwartym jak tez tym zamkniętych, komercyjnym internecie. Jednak szybkie, czasem niespodziewane i bardzo bolesne znikanie treści wygenerowanych w internecie przed laty zasiewa niepokój o trwałość tej współczesnej nieprzebranej skarbnicy zasobów. Skoro zniknęły te wszystkie strony i publikacje społecznościowe sprzed dwudziestu pięciu, dwudziestu a nawet piętnastu lat, to zaczynamy myśleć o kruchości tego świata, który istnieje tylko wtedy, gdy ktoś za to płaci, czyli ma czym płacić.

 

Rośnie znaczenie archiwów starej sieci

 

Liczbę stron internetowych istniejących obecnie szacuje się na blisko dwa miliardy. Co sekundę pojawiają się nowe, co widać w serwisie Live Stats, rejestrującym na żywo rozwój internetu za pomocą serii, nieustannie obracających się liczników. Powstawanie nowych obiektów, na przykład stron na WWW, jest często połączone z kasowaniem obiektów starszych. Jeśli starsze wersje nie zostały nigdzie zapisane, to znikają bez powrotu. Zapisywanie wszystkich starszych obiektów to sprawa nieoczywista, bo miejsce na dyskach kosztuje. Czy jest jakiś sposób za odzysk dawniejszych wersji stron i publikacji sieciowych? Owszem, są takie możliwości, ale, wszystko wskazuje na to, że każdy z nich pozwala na to jedynie częściowo, do pewnego stopnia.

 

Istnieje na przykład coś takiego jak Cache Google’a, czyli pamięć podręczna wyszukiwarki Google. Zapisuje zrzuty wszystkich stron internetowych, by wyświetlać je, gdy bieżące wersje nie są dostępne. Strony te zostają zapisane w pamięci podręcznej Google. Trzeba w wynikach wyszukiwani kliknąć w link „Kopia”, by zobaczyć poprzednią zapisaną wersję strony.

 

Trudno jednak uznać to narzędzie za rzeczywiście przydatne do prawdziwej archeologii internetu. Cache podaje wersję poprzednią, wykonaną wtedy, kiedy ostatni raz Googlebot odwiedził stronę, indeksując jej zawartość. A zatem pamięć podręczna Google nie pozwala nam kopać wystarczająco głęboko dla prawdziwego amatora internetowych wykopalisk. Daje nam jedynie dostęp do najnowszej wersji strony, która w 99 proc. przypadków będzie dokładnie tą samą stroną, która działa w danej chwili.

 

Archeolog internetu potrzebuje nie narzędzia, które odsłoni najwyżej to, co było wczoraj, lecz chciałby wkopać się znacznie głębiej. Crawlery Internet Archive w odróżnieniu od robotów indeksujących Google’a skupiają się nie na wyszukiwaniu najnowszych wersji, lecz na „zatrzymywaniu w kadrze” i zapisie wersji historycznych. Serwis prowadzony jest przez organizację non-profit, która podjęła się zadania zachowania informacji cyfrowej dla przyszłych pokoleń. Gromadzi ona wszelkiego rodzaju dane – skany książek, filmy, nagrania audio, obrazy, a nawet programy komputerowe. A co najważniejsze dla nas, Internet Archive daje nam dostęp do sięgającej lat 90-tych historii sieci, mając już w bazie grubo prawie sześćset miliardów zapisanych stron internetowych. Można je przeszukiwać za pomocą strony internetowej Wayback Machine.

 

Serwis powstał w San Francisco z inicjatywy Brewstera Kahle w 1996 roku, czyli we właściwym, można powiedzieć, momencie. Upubliczniony został w 2001 roku, po pięciu latach zbierania danych. W 2016 roku pojawiła się bardziej zaawansowana wersja serwisu. Jak wspomniano wcześniej, Wayback Machine, trochę podobnie do Google, wykorzystuje bota do archiwizacji stron. Nawiguje on między stronami, korzystając z linków. I zapisuje wszystko, co znajdzie w tym procesie. Im więcej linków kierujących do strony z innych domen, tym większa szansa, że strona ta zostanie odkryta, czyli znów analogia do Google, ale z innym punktem ciężkości niż w wyszukiwarce. Dlatego duże i popularne strony mają większe szanse na bycie zapisanymi w sposób automatyczny. Natomiast niewielki blog osobisty może umknąć temu mechanizmowi. Dlatego Internet Archive zaprasza wszystkich do zgłaszania swoich stron do archiwum.

 

Aby znaleźć zarchiwizowane wersje jakiejś strony, trzeba wpisać jej adres URL w pasku wyszukiwania w Wayback Machine. Jeśli nie znamy dokładnego adresu, można spróbować wyszukać po słowach kluczowych, które powinien zawierać. Wynik ma postać graficznego kalendarza z zaznaczeniami. Demonstruje to, ile migawek danej strony zostało utworzonych w ciągu jednego roku. Po wybraniu roku, na kalendarzu poniżej osi czasu pojawiają się kropki, różnej wielkości i barwy. Kropka oznacza, że strona została zarchiwizowana w danym punkcie czasu, a wielkość kropki wskazuje, ile zrzutów zostało wykonanych dla danej daty. Dokładną liczbę można zobaczyć po prostu najeżdżając na kropkę. Kropki mogą mieć cztery różne kolory. Niebieska kropka wskazuje, że obiekt (adres URL) został pomyślnie odwiedzony i zarchiwizowany. Zielony punkt oznacza, że obiekt zawiera przekierowanie do innego snapshota (lub do innego obiektu, który może nie być dostępny w archiwum). Pomarańczowa kropka oznacza, że bot odwiedzając dany URL natrafił na błąd http. Czerwona zaś kropka to wskaźnik, że pojawił się błąd serwera, gdy bot próbował dotrzeć do oryginalnego adresu URL. Jedynymi więc kropkami, które zawierają przechowywane archiwa, są niebieskie. Pozostałe kolory mogą informować o napotkanych problemach lub zmianach w strukturze strony.

 

To co archeolog sieci otrzymuje po wejściu w zarchiwizowany punkt czasowy może być dość zbliżone do oryginalnej strony, jednak nie będzie to kopia „jeden do jednego”. Widać arkusze stylów i kod HTML oryginalnej strony, ale brakuje m. in. możliwości obsługi JavaScript. Innymi słowy, jeśli strona jest dynamiczna, oparta na skryptach, nie otrzymamy dokładnej kopii. Ponadto archiwum często ma problem z przechowywaniem obrazów. Pomimo swoich ograniczeń, narzędzie jest nadal niezwykle użyteczne i daje możliwość zbadania historii pojedynczej strony i jej ewolucji na przestrzeni lat (pod warunkiem, że istnieje wystarczająca ilość zarchiwizowanych danych). Można również uzyskać dostęp do podsumowania historii strony.

 

Nikt nie ma wszystkiego

 

Internet Archive uchodzi za najbogatsze repozytorium historii internetu. Ma jednak swoje ograniczenia i, jak wspominaliśmy nie pokazuje wszystkiego. Narzędzi przydatnych dla archeologów sieciowych jest więcej, ale jasno trzeba sobie powiedzieć, że żadne z nich nie dotrze do wszystkiego a przede wszystkim nie dotrze do tego co fizycznie nie istnieje i nie można zrobić kopii i zrzutu strony. Zamierzenie znalezienia wszystkiego co kiedykolwiek ukazało się w sieci, jest w ogóle niewykonalne. Mając świadomość tych ograniczeń możemy podjąć realistyczną eksplorację, której wyniki będą lepsze, jeśli skorzystamy nie z jednego a z kilku narzędzi, dodając kolejne obszary oferowane przez różne narzędzia.

 

Nie tyle alternatywą Internet Archive, ile innym sposobem utrwalania archiwaliów jest odpłatny serwis Stillio, który wykonuje regularne automatyczne zrzuty ekranowe stron internetowych. Jest to zasadniczo serwis komercyjny stworzony z myślą o webmasterach, specjalistach SEO itp., ale przez to, że gromadzi bazę wersji stron jest również narzędziem dla archeologów sieci. Podobnymi do Stillio rozwiązaniami są PageFreezer lub Domain Tools, w którym można również sprawdzić rekordy Whois, aby ustalić dane kontaktowe właściciela witryny, datę rejestracji domeny, jej historię IP i wiele innych

 

Narzędziem do badania historii serwisów i domen jest archive.today. W porównaniu z Internet Archive nacisk kładzie się tu nie tylko na aspekty tekstowe, ale również przechowanie obrazów, które, o czym każdy użytkownik Wayback Machine wie, że znikają i są niedostępne znacznie częściej niż tekst. Serwis jest darmowy w użyciu, prosi jednak o darowizny bez których nie może funkcjonować.

 

Interfejs programistyczny API archive.today i Internet Archive jest wykorzystywany przez inne szperacze historyczne, np. Memento TimeTravel. Istnieją też lokalizowane wersje repozytoriów archiwalnych takie jak budowany przez British Library od 2004 roku, ukierunkowany na internet brytyjski (choć można znaleźć tym repozytorium także wiele zasobów z innych krajów) serwis – www.webarchive.org.uk, lub archiwum portugalskie arquivo.pt, które jak się w praktyce okazuje, potrafi również serwować polskie zasoby internetowe z dawnych lat.

 

Można się spodziewać, że z biegiem czasu i starzeniem się internetu, rola historycznych archiwów, narzędzi pozwalających wejrzeć w dawne strony, zamierzchłe wersje  i zapomniane publikacje, będzie rosła. Niewykluczone, że archeologia, historia i badanie dziejów sieci stanie się tak samo poważną dziedziną nauki jak historia wojen czy ekonomii a ludzie chętnie będą odwiedzać muzea artefaktów dawnego internetu

 

Internet oprócz wielu innych cech miał też charakterystyczny rys „szybkości” – szybkości działania, dostępu, dystrybucji, zapisu itd. Okazało się, że tempo, w jakim stał się polem badań dla archeologów, w końcu ledwie trzy dekady, również potwierdza tę cechę. Ruiny, skorupy i inne artefakty tradycyjnej archeologii czekały tysiące i setki lat. Cyberprzestrzeń staje się obszarem poszukiwań artefaktów już po kilkunastu latach. Może wkrótce dorobi się swojego Indiany Jonesa?

 

Mirosław Usidus

Sześćset słów – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o krótkich formach dziennikarskich

Dziennikarstwo stoi dziś przed znalezieniem odpowiedzi na pytanie: jak tworzyć krótkie i długie formy tak, by trafiły zarówno do ekspertów, jak i do przypadkowych odbiorców? Czy obligatoryjne skracanie materiałów to ruch w dobrą stronę?

 

Zmiany na polskim rynku Internetowym

 

W lipcu (14.07.2021 r.) ukazał się „Raport strategiczny Internet 2020/2021” opracowany dla Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.[1] Wynika z niego, że czas pandemii wprowadził na rynku znaczne zmiany. Już 90,4% gospodarstw domowych miało w ubiegłym roku dostęp do sieci (wzrost z 86,7%). Rozwijał się dynamicznie rynek e-commerce, a co trzeci mieszkaniec deklarował, że kupił przez Internet produkt, którego tą drogą nie nabył nigdy wcześniej. Co ciekawe najwięcej powstałych nowych e-sklepów (23%) oferowało książki i multimedia. W pierwszym półroczu spadły natomiast o 4% wydatki na reklamę online, co przypomina czas wyczekiwania na dalsze wypadki związane z pandemią COVID-19, w którym znaleźliśmy się w marcu 2020 r. wszyscy, nie tylko biznes. Warto dodać, że ten negatywny trend odwrócił się w drugim półroczu.

 

Istotna zmiana dominującego urządzenia

 

Marcin Niemczyk z Polskiego Badania Internetu, który we wspomnianym raporcie przybliżył obraz użytkowników, zauważył, że to smartfon jest urządzeniem pierwszego wyboru. Korzysta z niego codziennie 24,4 miliona Polaków. W tej kategorii komputery znalazły się daleko w tyle z wynikiem zaledwie 11,4 miliona codziennych użytkowników. W sposób oczywisty zmiana dominującego urządzania ma i będzie miała w przyszłości wpływ na to, w jaki sposób i jakie treści będą podawały media.

 

W raporcie na podstawie danych GUS wyczytamy, że najczęstszym celem korzystania z sieci, była poczta e-mail (65,9%). Na drugim miejscu znalazło się czytanie wiadomości online, gazet lub czasopism (65,4%). Dopiero dalsze pozycje zajęło wyszukiwanie informacji o usługach lub produktach (62,7%), wykonywanie rozmów głosowych i video (55%) i, co na pewno będzie zaskakujące dla namiętnych użytkowników tego typu platform, korzystanie z serwisów społecznościowych (54,8%).

 

Inaczej sytuacja wygląda pod względem czasu poświęcanego różnym miejscom w globalnej sieci. Tu królują: YouTube, Facebook i Google. Kolejne pozycje zajęły grupy: Wirtualna Polska, Allegro, OLX, RAS Polska, Polsat-Interia, Agora i Polska Press.

 

Według badania Mediapanel z grudnia 2020 r., na które powołuję się autorzy „Raportu strategicznego Internet 2020/2021”, pierwsza piątka witryn w kategorii informacje i publicystyka przedstawiała się następująco: onet.pl, o2, se.pl, radiozet.pl, wp.pl, gromadząc od dziewięciu do ponad jedenastu milionów użytkowników. W kategorii: biznes, prawo finanse, na pierwszym miejscu uplasowało się money.pl. Kolejne pozycje zajęły: businessinsider.com.pl, gazeta.pl, rp.pl i wp.pl.

 

Warto dodać, że główne grupy użytkowników ukończyły 35 rok życia, a młodsze pokolenie skupia się na video i informacjach głosowych.

 

Rewolucja to czy nie?

 

W czerwcu 2021 r. serwis Wirtualnemedia.PL poinformował, że nowe zasady dla dziennikarzy wprowadził amerykański serwis Insider. Publikowane w nim artykuły mają liczyć mniej niż sześćset słów. Redaktor naczelny portalu Nicholas Carlson stwierdził, że obecnie teksty mają średnio 700 wyrazów, a czytelnicy porzucają te materiały po dojściu do jednej trzeciej[2]. Można w takim razie postawić pytanie: dlaczego nie od razu 212, tylko całe 600? Carlson tłumaczy, że to górna granicy, a redaktorzy mają pełne prawo prosić o materiał zawierający od 200 do 300 słów.

 

Internet oczywiście przyjmie każdą liczbę znaków, z wolą czytelników jest w tym wypadku inaczej. Zaproponowane rozwiązanie przypomina podejście do treści w mediach tradycyjnych, gdzie czas antenowy, czy rozmiar artykułu są z góry określone. Wygląda to więc raczej na powrót do starych rozwiązań, niż szarżę rewolucjonistów. Czy jednak nie potrzebujemy dogłębnych analiz, materiałów obszernych, które objaśnią nam jakąś zawiłą kwestię?

 

Krótkie informacje i długie opowieści

 

O to, czy faktycznie sięgamy po coraz krótsze treści, pytamy prof. Marzenę Marczewską dyrektorkę Instytutu Literaturoznawstwa i Językoznawstwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach:

 

– Myślę, że tak jest. Żyjemy szybko, jesteśmy bombardowani informacjami. Nie umiemy się koncentrować. Trudno nam się skupić. Powstają poradniki, jak w sieci pisać długie teksty, które sprawiają wrażenie krótkich i nie odstraszają czytelnika. Webwriting ma swoje wymogi. Od pewnego czasu obserwuję popularność bardzo krótkich filmików na portalach typu Jibjab. Mamy tam nawet możliwość wyboru długości nagrania: krótsze wersje filmów (shorties), które personalizujemy, są coraz bardziej popularne. Wniosek: chcemy, by wszystko było podane natychmiast. Widzę też, że wiele osób korzysta z prasy w specyficzny sposób: ludzie czytają tylko tytuły i leady. Rzut oka i wydaje nam się, że wszystko wiemy. Rzadko czytamy całość. Przypominam, że na brak czułości, a więc uważności zwracała uwagę Olga Tokarczuk, która stwierdziła, że obecnie obserwujemy nowy sposób opowiadania o świecie. Serialowy. Zjawisko to opisywał także Jacek Dukaj, który po epoce oralnej i epoce pisma zapowiedział epokę bezpośredniego transferu przeżyć.  Bezpośredni transfer przeżyć bazuje na zmysłach: patrzę – widzę, słucham – słyszę. Wszystko dzieje się teraz. Nie piszemy do przyjaciół – dzwonimy. Nie czytamy powieści – oglądamy filmy. Noblistka sygnalizowała także, że bezpośrednie przekazywania doświadczenia np. za pomocą fotografii, filmu, różnych relacji (np. w mediach społecznościowych) staje się alternatywą dla tradycyjnego czytania. Słowo mówione lub pisane staje się coraz mniej potrzebne. Zwłaszcza w dobie Internetu, który zamiast być doskonałym narzędziem gromadzenia wiedzy, coraz częściej postrzegany jest jako źródło chaosu i narzędzie programowania ludzkich zachowań. Zalewani informacjami, często nieprawdziwymi,  szukamy obrony w „myśleniu upraszczającym, ideologicznym, partyjnym”. Szybkość i nieuważność idą w parze. I nie są pozytywnymi zjawiskami.

 

Księgarze jednak informują, np. Oskar Tracz z CK Wiedza, że chętniej sięgamy po powieści niż po zbiory nowel lub opowiadań.

 

To są zupełnie dwie różne sprawy. Czytanie powieści i śledzenie aktualności w sieci. Czytamy głównie dla przyjemności, dobrej narracji. Łakniemy opowieści, które objaśniają świat. Szukamy też emocji, stąd zapewne niezwykła popularność literatury sensacyjno-kryminalnej i obyczajowo-romansowej. Organizujemy sobie czas, by oddać się przyjemności bycia w innej rzeczywistości.  W ostatnim roku Biblioteka Narodowa odnotowała wzrost poziomu czytelnictwa o 3%. Być może pandemia, która zmieniła tempo naszego życia, miała na to pewien wpływ. Wielu osobom jednak wystarczy funkcjonowanie w sieci. A tam głównie szukamy konkretnych, łatwo dostępnych informacji. Zależy nam na czasie. Po prostu musimy wiedzieć szybko. Stąd tendencja w dziennikarstwie do podawania informacji w pigułce, mimo że Internet pozwala technicznie na bardzo obszerne wypowiedzi – objaśnia prof. Marczewska.

 

Według irlandzkich kursów dziennikarstwa lead powinien składać się z 20 wyrazów. Z recepcji mediów społecznościowych wynika, że wielu ludziom to wystarcza do wyrobienia sobie poglądu na temat całego zagadnienia. Zanika zapotrzebowanie na analizy? Wystarczy komunikat? Jak w dziale sportowym: Legia – Górnik 2 : 0? Kibic nie musi pytać ani o dyscyplinę, ani o skutki takiego, a nie innego rezultatu. Czy to więc nie oznacza, że krótkie treści, bez objaśniania rzeczywistości i tłumaczenia następstw jakichś działań (np. obniżki stóp procentowych), będą tylko dla ekspertów?

 

Dogłębne analizy już od dawna interesują przede wszystkim ekspertów. Jesteśmy leniwi, wymagamy, by ktoś przystosował informację do naszych potrzeb i podał ją najprościej, jak to jest możliwe. Na przykład chcemy wiedzieć, jak bardzo jakaś zmiana prawna wpłynie na wzrost cen paliw i na ceny określonych produktów, ale już niekoniecznie zapoznamy się z obszernym wyjaśnieniem ekspertów, dlaczego tak się może stać i co musiałby się wydarzyć w skali globalnej, by wzrostu cen uniknąć. Dziennikarze bardzo często pełnią rolę nauczycieli: przekazują wiedzę. Bycie dziennikarzem to dziś niezwykle duża odpowiedzialność i misja edukacyjna. Jeśli zaś uważnie obserwujemy funkcjonowanie mediów, widzimy, jak wielka odpowiedzialność za słowo towarzyszy pracy dziennikarskiej – uzupełnia Profesorka.

 

Nie rewolucja a regres

 

Według medioznawcy dr. Tomasza Chrząstka kierownika Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, zmiana w przypadku portalu branżowego, jaką zaproponował naczelny Insidera, nie ma uzasadnienia. Skoro średnia wynosi 212 słów, to znaczy, że są ci czytelnicy, którzy porzucają tekst po przeczytaniu tytułu i leadu i tacy, którzy czytają do końca.

 

Już w połowie lat 80-tych XX w. Umberto Eco popełnił esej Dreaming of the Middle Ages, gdzie opisał zjawisko odchodzenia odbiorców mediów od tekstów na rzecz obrazów. Porównał tę sytuację ze średniowiecznym sposobem objaśniania zawartości Biblii ogółowi niepiśmiennych wiernych za pomocą obrazków. Jak się okazuje, brniemy w to dalej. Ograniczenie tekstów do 600 słów w portalu/czasopiśmie branżowym uważam za nieporozumienie. Już zazdroszczę autorom umiejętności całościowego wyłożenia złożonych kwestii w tej ilości wyrazów. A gdzie miejsce na komentarz czy analizę ekspertów? Media branżowe nie są przecież przeznaczone dla szerokiego odbiorcy, niektórzy wydawcy o tym zapominają i stawiają sobie za cel pozyskanie jak najwięcej reklamobiorców, bo to przełoży się na wynik finansowy.

 

Czy to stały trend w internetowych mediach i czy są jakieś szanse, a może i potrzeby na jego odwrócenie?

 

Niestety trend skracania informacji z czasem postępuje i nie dotyczy już tylko tekstów – odpowiada dr Chrząstek. – Dziś to konsument, poprzez swoje wybory, decyduje czy dane medium utrzyma się na rynku. Kolejne redakcje kroją więc materiały na miarę swoich odbiorców, którzy szukają informacji lekkich, łatwych w odbiorze i przyjemnych. Sam sobie zadaję pytanie, gdzie i czy w ogóle jest jakaś granica tego regresu? Poza tym – wzorem Kato Starszego – dodam, że grupa TVN powinna otrzymać koncesję.

 

Czego potrzebuje konsument?

 

Odpowiedź na pytanie o fatyczne potrzeby konsumentów jest dziś wyjątkowo trudna. Ostatnia uwaga dr Chrząstka dla osób zorientowanych w sytuacji na krajowym rynku medialnym pod każdym względem: prawnym, finansowym i politycznym, będzie jasna. To czy się z nią zgodzą, czy też nie to już zupełnie inna kwestia. Podstawę oceny stanowić będą: wiedza ekspercka i… poglądy. Dla osoby, której ta problematyka nie dotyczy, to komentarz niewiele znaczący, który zostanie zapomniany tuż po doczytaniu do kropki. Jak zatem konstruować informacje, by trafiły zarówno do odbiorców kompetentnych, jak i do tych, których, jak to określiła Profesor Marczewska, należy edukować? To jest wyzwanie dla dziennikarstwa na najbliższe lata.

 

Zbigniew Brzeziński

 

P.S. Niniejszy tekst ponad dwukrotnie przekroczył narzuconą w Insiderze normę, nie wyczerpując przy tym tematu.

 

[1] https://www.iab.org.pl/aktualnosci/raport-strategiczny-internet-2020-2021-iab-polska-najwazniejsze-podsumowanie-rynku-reklamy-cyfrowej-teraz-rowniez-jako-serwis-www/ – dostęp 15.07.2021 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rewolucja-w-amerykanskim-insiderze-dziennikarze-maja-pisac-artykuly-zawierajace-mniej-niz-600-slow – dostęp 15.07.2021 r.

Zbudować relacje z odbiorcą – DAWID KACZMARCZYK o tym jak osiągnąć sukces w nowych mediach

Nowe media są szansą i dają sporo możliwości – mówią twórcy nowych inicjatyw medialnych w Internecie. Miejsce na wartościowe projekty jest, a dotarcie do odbiorcy nigdy nie było tak proste.

 

Amerykański dziennikarz, badacz i znawca nowych mediów Mark Briggs zaczyna swoją książkę „Journalism Next” od słów: „Co będzie następne w dziennikarstwie? Nikt nie jest tego pewny na sto procent, ale wszyscy możemy się zgodzić: zmierzamy w stronę cyfrową.” Ta wyraźnie widoczna cyfryzacja mediów dzieje się na naszych oczach nie tylko w sferze technologicznej, transformacji tradycyjnych form dziennikarskich, ale przede wszystkim w szybko rosnącej popularności nowych, często oddolnych inicjatyw, kanałów czy projektów medialnych. Nic więc dziwnego, że coraz więcej zarówno doświadczonych jak i początkujących dziennikarzy szuka swojego miejsca w Internecie. Również wśród odbiorców widać wyraźnie rosnące zainteresowanie nowymi formami dziennikarskimi. W samej wyszukiwarce Google w ciągu ostatnich pięciu lat w Polsce hasła takie jak „vlog”, „podcast” czy (szczególnie w czasie pandemii) „webinar” nieustannie zyskują na popularności (źródło: Google Trends).

 

 

W stronę dźwięku

 

Według badań firmy Voxnest Polska jest w pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się rynków podcastów na świecie. W 2020 roku wysłuchano w Polsce ponad 300 proc. więcej godzin podcastów niż w roku 2019. Nie dziwi więc fakt, że wielu dziennikarzy to właśnie w podcastach widzi miejsce dla rozwijania swojej działalności medialnej. Krzysztof Kołacz, twórca podcastu BoCzemuNie mówi o tej formie jako o fenomenie, który będzie coraz bardziej popularny.

 

– Podcasty to najbardziej intymne medium. Gdy już wpuszczamy kogoś do swojej głowy, dajemy mu ogromny kredyt zaufania. Gdy ten ktoś nas nie zawiedzie, zyskuje to co najcenniejsze – nasze zaufanie. To ono jest walutą przyszłości, a podcasty to idealny fundament do budowy nowych projektów, sieci podcastów i innych kreatywnych inicjatyw z segmentu audio. W świecie, w którym wszystko pędzi, już raz los zatrzymał nas na ponad rok. I nawet wtedy woleliśmy wybierać to, co nie każe nam zasiadać o określonej godzinie przed szklanym ekranem, ale w czym to my decydujemy, kiedy, w jakich okolicznościach i czy w ogóle zaufamy czyjemuś głosowi – mówi.

 

Podcast BoCzemuNie tworzy od 2017 roku. Jak zauważa odbiorcy podcastów są wymagającą grupą i najważniejsze to koncentrowanie się na wartościowym dla słuchacza przekazie.

 

– Gdy zaczynałem nagrywać sam znalazłem też ostateczną motywację do tego co robię po dziś dzień. Wartość. W życiu staram się wykorzystywać swoje mocne strony i talenty, aby być utylitarnym dla innych. To mnie napędza i dlatego dziś podcast stoi na trzech fundamentach: historiach ludzi, którzy tę wartość w różny sposób niosą, sporcie i świecie technologii, które ludzie łączą, wartości pozwalają wypracowywać, a same przez to, jak wiele wnoszą w naszą codzienność – zmieniają świat  – mówi Kołacz i dodaje: – W technologicznej bańce podcastów w Polsce nie tyle zabiegasz o słuchaczy, co po prostu musisz dostarczać: regularny, naszpikowany pasją i szczegółami materiał.

 

W stronę obrazu

 

Szacuje się, że w ciągu jednej minuty w serwisie internetowym YouTube pojawia się ponad 500 godzin nowych materiałów wideo. Liczba ta może przerażać i rodzić pytanie: w jaki sposób przebić się dzisiaj ze swoją treścią do odbiorcy? Twórcy i autorzy nowych projektów wideo w sieci twierdzą jednak, że jeśli ma się jakościowy, wartościowy pomysł warto go rozwijać. JustynaMarcin Banasikowie założyli siedem lat temu kanał na YouTubie Pasjonaci.tv. Prezentują na nim historie ludzi, którzy są oddani swojej pasji. Marcin Banasik podkreśla jak ważne jest umiejętne opowiadanie historii.

 

– To co widzimy na naszym kanale i czego nauczyliśmy się przez te lata to to, że najlepiej odbierana jest szczerość. Taka prawdziwość konkretnego człowieka. Jeśli na przykład ktoś ma pasję, ale robi to bardziej dla pieniędzy, to od razu widać. Widzowie też to odbierają. Na przykład ludzie starsi, którzy przepracowali w jakimś zawodzie kilkadziesiąt lat i chcą się podzielić swoją historią są niesamowicie szczerzy. Nie potrzebują się popisać przed kamerą. Nie sprzątają swoich warsztatów, nie przygotowują się do nagrania. Właśnie to się świetnie odbiera – mówi.

 

Zauważa również, że chociaż format i konstrukcja kolejnych odcinków jest podobna, to bardzo istotne jest przedstawianie danej historii w taki sposób, żeby odbiorcę zainteresować.

 

– Na sukces projektu wpływa na pewno też pomysł na konkretny odcinek. Czasami jest świetny człowiek, świetna historia, ale kiedy okaże się, że to kolejny z odcinków pokazanych tak jak inne, to od razu widzimy, że wtedy to nie idzie – zauważa i dodaje: – Nagrywaliśmy odcinek z majsterkowiczem z Krakowa. Człowiekiem, który od dziecka uwielbia naprawiać praktycznie wszystko: mikroskopy, aparaty, kamery a ostatnio robi rekonstrukcje broni białej. W swojej piwnicy ma wyjątkowy warsztat, który postanowił sprzedać, kiedy potrzebował pieniędzy na rehabilitację. Jednak szukał takiego kupca, któremu mógłby przekazać również całą swoją wiedzę, jaką przez lata w tym warsztacie zdobywał. Zrobiliśmy odcinek o tym, że majsterkowicz szuka następcy. Po naszej publikacji nagle mnóstwo innych mediów się do niego odezwało, zainteresowało się tą historią. Trzeba więc znaleźć coś, co zaciekawi widza i umieć tę historię opowiedzieć.

 

Podobnego zdania jest Wojciech Siryk – autor kanału podróżniczego oraz twórca serii filmów pt. „Ten świat jest nasz”. Zwraca uwagę, że dzisiejszy, niecierpliwy odbiorca treści wideo w Internecie łatwo może zrezygnować z oglądania naszego materiału, jeśli nie przygotujemy czegoś na najwyższym poziomie.

 

– Największy wpływ na sukces projektu ma „współczynnik utrzymania uwagi odbiorców”. Zasada jest prosta – im dłużej i chętniej widzowie oglądają nasze filmy, tym częściej algorytmy portali społecznościowych będą pokazywały je kolejnym grupom odbiorców. Tego nie da się przeskoczyć i w jakikolwiek sposób oszukać. Na nic chwytliwy tytuł, czy dobra miniaturka, jeśli odbiorcy nie spodoba się to, w co kliknął. Nasz produkt musi być po prostu dobry. Lepszy jeden świetny film niż pięć średnich.

 

W stronę odbiorcy

 

To co najbardziej dziś odróżnia nowe media od tych tradycyjnych to skrócenie dystansu między dziennikarzem a odbiorcą. Oczywistym przykładem są media społecznościowe, ale także wciąż rozwijana, choć mniej popularna niż jeszcze kilkanaście lat temu, forma jaką jest blog. Marta Łysek, dziennikarka, pisarka, autorka bloga Maluczko podkreśla, że choć cele i założenia w prowadzeniu swojego projektu mogą być różne, to bardzo ważny jest kontakt ze swoim odbiorcą.

 

– Prowadzenie bloga nauczyło mnie budowania relacji z czytelnikami. Kiedy jesteś dziennikarzem, często o tym nie myślisz. Piszesz tekst, jest on publikowany i potem nie masz już żadnego albo prawie żadnego wpływu na to, jak ludzie go komentują. Nie ma też zbyt dużej przestrzeni do dyskusji. Kiedy prowadzisz bloga, to jesteś dla odbiorców osobą o wiele bliższą niż dziennikarz, masz z nimi bliższy kontakt, dużo częstszy feedback. Obserwujesz ich reakcje i wchodzisz z nimi w relacje. To duża wartość – mówi.

 

Budowanie relacji to także docieranie do odbiorcy, budowanie społeczności. Choć nie ma złotej zasady, jak efektywnie zdobyć odbiorcę, to są pewne mechanizmy, które w Internecie nie mogą zostać pominięte.

 

– Są różne narzędzia, których można użyć, aby dotrzeć do czytelnika. Pytanie, co chcemy osiągnąć, jaki jest cel prowadzenia bloga. Jeśli celem jest pokazywanie siebie jako eksperta, a blog jest naszym portfolio, to wtedy nie zależy nam na budowaniu relacji, bo nie po to jest ten blog. Natomiast jeśli celem jest jakaś mała zmiana świata – bo na przykład jesteś człowiekiem, któremu ekologia leży na sercu – to chcesz o tym pisać, edukować ludzi, z tymi, którzy myślą podobnie, razem coś zdziałać. Tworzysz wtedy społeczność, z którą razem można coś zmienić – i do tego konieczne są relacje. Wtedy trzeba tak planować czas, żeby odpisywać na wiadomości, odpowiadać na komentarze, sygnalizować swoją obecność, spotykać się w przestrzeni bloga. Kiedy wrzucasz wpis na Facebooka czy na bloga i dostajesz piętnaście komentarzy – to na nie odpowiadasz. Jesteś w tym aktywny, wychodzisz do ludzi, choć jest to czasochłonne – zauważa Marta Łysek.

 

O konsekwencji w utrzymywaniu kontaktu z odbiorcą i świadomości mechanizmów jakie istnieją w nowych mediach mówi również Wojciech Siryk.

 

– Bywa, że algorytmy potrafią być bardzo łaskawe i odbiorcy niemal spadają nam z nieba. Przy czym takie sytuacje należą do coraz rzadszych – tylko nieliczni będą mieli na tyle szczęścia i charyzmy, że zbudują społeczność na kilku udanych viralach. Materiały są ważne, ale nie można zapominać o komunikacji – to żmudna, ale bardzo potrzebna aktywność. Sam posiadam oficjalne, stale aktualizowane konta na kilkunastu portalach i wiem, że to po prostu procentuje. Na najmniej popularnych stronach udało mi się zebrać jedynie kilkudziesięciu obserwujących, a i tak zdarzało mi się usłyszeć lub przeczytać, że dana osoba trafiła na moją twórczość właśnie tam – i to dzięki temu teraz aktywnie wspiera moją działalność.

 

Marcin Banasik z kanału Pasjonaci.tv mówi, że na samym początku prowadzenia kanału nie zastanawiali się nad tym kto ogląda ich materiały, kim jest odbiorca. Jednak, kiedy liczba wyświetleń rosła, zaczęli koncentrować się nie tylko na publikowaniu materiałów, ale również kontakcie z widzami. Zauważa jednak, że każdy kanały na YouTubie mają swoją specyfikę i swoje działania należy do niej dostosować.

 

– Zazwyczaj widzowie lubią mieć kogoś kto jest twarzą danego projektu, z kim się mogą identyfikować. U nas jest inaczej. Każdy odcinek jest inny, każdy ma innego bohatera a wspólnym mianownikiem jest forma. W trakcie rozwijania kanału próbowaliśmy wprowadzać jakieś inne materiały np. „making offy” z produkcji, żeby pokazać ludziom jak wygląda nagrywanie materiałów. Zaczęły się jednak pojawiać głosy odbiorców, żeby nie zaśmiecać kanału innymi filmami tylko publikować takie jak do tej pory. Więc to zawsze jest metoda prób i błędów i słuchania swoich odbiorców.

 

Zawód czy hobby?

 

Choć zarabianie na swoich projektach medialnych z pozoru staje się coraz łatwiejsze, to twórcy podkreślają, że tylko najpopularniejsi autorzy, blogerzy, vlogerzy mogą pozwolić sobie na utrzymywanie się tylko ze swojej działalności w sieci. Niemniej wskazują, że zarabianie na swojej działalności medialnej jest możliwe. Jak mówi Krzysztof Kołacz z podcastu BoCzemuNie, ważna również w tym aspekcie jest społeczność.

 

– Społeczność jest w polskim świecie podcastów złotem. Ale, tak jak na rynku surowców, jest też srebro i brąz. Monetyzować możemy na różne sposoby, ale byłbym hipokrytą, gdybym zaprzeczył, że społeczność pomaga najbardziej. Dla przykładu koledzy z podcastu „MacGadka”, którzy od lat nagrywają o Apple i szkolą ze wszystkich platform tej marki, założyli klub „MacGadka+”, do którego dołączyło w nieco ponad miesiąc ponad 150 osób, godzących się płacić roczny abonament w wysokości 300 zł. Z każdym kwartałem ta stawka rośnie, a chętnych nie brakuje. Inny przykład, oparty na milionowej skali, to Michał Szafrański i jego Klub Finansowych Ninja. Oczywiście, projekt jest pokłosiem sukcesu książki, ale przypominam, że przed książką Michał budował swoją markę osobistą w podcaście. Dziś do klubu należy ponad 4000 osób, a przychód z rocznych abonamentów dawno przekroczył 3 miliony złotych – mówi.

 

Wskazuje również, że w środowisku medialnych projektów z tematu technologii, ale nie tylko coraz częściej różne instytucje lub firmy decydują się na bycie partnerem lub sponsorem danego projektu. – Jeśli chodzi o mój podcast były dwa przełomy. Pierwszym był sponsoring Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie, który trwał sześć miesięcy. Drugi przełom przyszedł w grudniu 2020 roku, po tym jak w czasie pandemii zainteresowanie podcastami w Polsce osiągnęło apogeum. Tylko między styczniem 2021 a lipcem 2021 podcast miał 4 nowych sponsorów, a z początkiem roku udało się wejść w roczną współpracę z partnerem technologicznym podcastu. Jeśli chodzi o konkretne kwoty to mogę powiedzieć, że jest to wzrost na poziomie ponad 400 proc. w ujęciu rocznym, a podcast wygeneruje kilkadziesiąt tysięcy złotych zysku na czysto w ciągu roku.

 

Wiele inicjatyw w nowych mediach często nie jest nastawiona na zysk, lub ewentualny zarobek to po prostu dodatek do tego, co jest głównym celem. Marta Łysek twierdzi jednak, że nie powinno to być w żaden sposób zniechęcające.

 

– Prowadzenie bloga rozumiane jako działalność twórcza jest po prostu rozwijające. Przynosi radość, przynosi relacje. Jeśli jesteś piszącym człowiekiem, to blog pozwala ćwiczyć warsztat. Masz możliwość współpracy z innymi ludźmi, tworzenia z nimi wspólnych projektów. Niezależnie od tego, czy zarabiasz na tym, czy nie, możesz dla siebie mieć z tego dużo dobrego, bo się po prostu rozwijasz. Blog daje też możliwość dawanie dobra, wartości światu. Tak jak u nas na Maluczko. Chcemy pokazać ludziom, że da się dobrze, prosto czytać Ewangelię. Tym się chcemy podzielić – i blog jest do tego świetny. Nie musimy zakładać fundacji, stowarzyszenia. Jesteśmy niezależni, możemy dzisiaj coś wymyślić i jutro zacząć dawać wartość, rozwijać się; niczego więcej nam nie trzeba. To właśnie jest piękne w blogach – że dają bardzo dużo wolności.

 

Podobnego zdania jest Marcin Banasik, który podkreśla, że swój kanał traktują jako zajęcie „po godzinach” i zarabianie na nim nie jest najważniejsze.

 

– Nam to po siedmiu latach daje przede wszystkim mnóstwo radości i pozytywnej energii. Każde spotkanie to jest człowiek. Zawsze bardzo pozytywny. To są ludzie, którzy nam też pomagają w jakiś sposób dostać ten zastrzyk energii na następne dni, tygodnie. To są zawsze świetne spotkania, świetni ludzie. Nawet kiedy jedziemy na urlop, to szukamy ciekawych osób i nagrywamy. To nas tak relaksuje, dodaje energii. Jest to po prostu pasja. Poznawanie ludzi i opowiadanie o tym co robią, to jest świetna rzecz.

 

Kolejny krok

 

Pojawianie się nowych form i możliwości dla dziennikarzy rodzi pytanie co dalej, jaki będzie kolejny krok? Stanisław Stanuch, dziennikarz, wykładowca i znawca nowych mediów podkreśla, że już pojawiają się nowe obszary, które niebawem będą wypełniały dziennikarską pracę i budowały kolejne projekty i inicjatywny w nowych mediach.

 

– Ten trend wideo i podcasty będą na pewno się rozwijać. Jestem tego absolutnie pewny. To widać na wielu przykładach nie tylko nowych inicjatyw medialnych, ale również przenoszenia swoich działań dziennikarskich z mediów tradycyjnych do Internetu – mówi i dodaje: – To, co pojawiło się na Zachodzie mniej więcej dziesięć lat temu to dziennikarstwo danych i nowe dziennikarstwo śledcze. Dziennikarstwo śledcze polegające na ciężkiej pracy z danymi, weryfikacji i sprawdzania z użyciem przygotowanych do tego narzędzi. Dziennikarze muszą poznać rzeczy, które były dla nich obce i nie przypuszczali nawet, że będą je wykorzystywać. Tak jak obecnie mówimy o umiejętnościach multimedialnych, które dzisiaj dominują w prowadzeniu swoich projektów w Internecie, tak kolejnym krokiem będą umiejętności i projekty analityczne, statystyczne, czy na przykład robienie wykresów, które czytelnik sam może eksplorować. W bazach danych jest mnóstwo informacji, które w dziennikarstwie można wykorzystywać. Zachodnie dziennikarstwo bazuje dzisiaj na wykorzystywaniu wszystkich form razem – wideo, podcasty i dziennikarstwo danych. Z tym, niebawem też w Polsce, przyjdzie się dziennikarzom zmierzyć. Dlatego, mimo że może u nas jeszcze ten trend nie jest widoczny, to ja bym w to inwestował i zachęcał do samodzielnego poszukiwania nowych rozwiązań. Tak jak podcasty, które u nas są teraz popularne, w USA rozwijały się prężnie już kilka lat temu, tak projekty medialne bazujące na dziennikarstwie danych za kilka lat będą u nas standardem.

 

Dawid Kaczmarczyk

 

Tusko-wstręt i Kania pełna nadziei – felieton Stefana Truszczyńskiego

Na portalu sdp.pl, nie schodzący tu z ekranu Łukasz Warzecha opowiada o swoich niespełnionych rozmowach z Donaldem Tuskiem. Pasjonujące. Miało się to dziać, ale nie działo w 2008 roku. Dziennikarz – młodzieniec (wówczas) uważany był za prawicowca (wywiad rzeka z Sikorskim), więc go Cerber Graś nie dopuszczał do ukochanego wodza. To bardzo smutne i niezwykle ważne wydarzenie sprzed lat ma pokazać dziś jaki to był wredny dla dziennikarzy pan Tusk.

 

Szukam w internecie korzeni b. premiera, które kojarzą się z Gdańskiem. A teraz szczególnie po germańskim szwargocie nadawanym spod żurawia na Motławie. A tu zaskoczenie. Wystukałem: Tusk – nazwisko. I czytam o wielotysięcznej kolonii Żydów zamieszkałej w Bełchatowie i okolicy. Przybyli tu na przełomie XIX i XX wieku. Społeczność była liczna i świetnie się tam rozwijała. Potem jednak nastąpił jak w całej Polsce lokalny Holocaust i zbudowano Żydom getto. To Niemcy zgotowali starozakonnym piekło na ziemi. Ciekawe jak to dziś ma się do odkrycia Jacka Kurskiego o „dziadku” z Wermachtu.

 

Jeśli już ma się zacząć przedwyborcza walka z Donaldem to chyba nie poprzez informacje, że onegdaj nie chciał się spotykać z panem Łukaszem. Zresztą teraz po urlopie pan Tusk na pewno dopuści wszystkich chętnych, bo jak na razie po mocno nagłośnionym powrocie nie ma ich zbyt wielu.

 

Gdyby TVP działała mądrze robiłaby jak najwięcej wywiadów z liderami PO. Nieważne, że na razie okazuje się – od kilku tygodni – iż kompletnie nic nowego nie mają do powiedzenia. Trzeba by to NIC powtarzać bez końca, aż naród puści pawia (niech się ptak nie męczy).

 

TVN-u nie trzeba będzie likwidować. Pracujący tam ludzie są naprawdę inteligentni i dobrze wyglądają, szczególnie panie, robią program lepszy niż telewizja państwowa. Oni zresztą sami rychło zorientują się, że tuskolubcy niewiele mają do powiedzenia (może Trzaskowski, obrażony, coś wymyśli; a może Hołownia). Poradziłbym dzielnym dziennikarzom, niech spróbują zaprosić państwa Sobolewskich, pana Suskiego, pana Sasina. Myślę, że na pewno przyjdą do Moniki Olejnik, która (np. mnie!) coraz bardziej się podoba. Niczego nie ujmując pani Werner i mniejszym od niej ale tylko wzrostem koleżankom z Wiertniczej. Wiercić dziury w brzuchu politykom to dziennikarska powinność. Nie dziwi więc, że nomen omen żurnaliści z takowej ulicy z zapałem to robią.

 

Gdybym miał telewizję – ale niestety nie zanosi się by do jakiejkolwiek mnie wpuszczono – podrzucałbym codziennie tematy np. pani Dorocie Kani, która na razie dzielnie walczy z przemiennym skutkiem obsadzając szefów gazet Polska Press. Ponad 55 lat jako reporter objeżdżam nasz piękny kraj i znam bardzo wielu dziennikarzy (również młodych). Pani Kania pomału odkrywa karty. Niestety tylko co druga nominacja pani Doroty wydaje się być trafiona. Zdaję sobie sprawę, że pani prezeska Kania jest pod naciskiem różnych wpływowych ludzi – środowisk pisowskich, solidarnościowych, a nawet byłych NZS-owców, kleru i Bóg wie jeszcze kogo. Nie zawsze podzielałem poglądy publicystyczne wyrażane przez tę panią. Ale powierzono jej niezwykle ważną funkcję, jest teraz wielką szefową. Jak Neron kciuk w górę i klient zakwita, kciuk w dół i oznacza won chłopie. Jestem wierzący i pani Kani mimo wszystko ufam, że będzie starała się tworzyć Polską Press, a nie niemiecką. W tej intencji pójdę nawet piechotą do Częstochowy i poproszę arcybiskupa Wacława Depo o audiencję i modły w intencji niezależności dziennikarskiej. Nawet jeśli na stanowisku pani Kania będzie krótko – warto zapisać się w pamięci ludzi dobrze. Zadecyduje odwaga, pracowitość (a tej pani Dorocie nie brakuje) oraz oczywiście prawda i sprawiedliwość. Zapomniane będą grzechy bywsze. Utrwali się nowa prezeska Polska Press jako piękna i bojowa kobieta. A kobiety mogą dużo. Szczęść Boże.

 

Stefan Truszczyński

Ogórek krótki – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO o tym, jak wypełnić łamy latem

Sezon ogórkowy w mediach. Czy jest szansa dla pory pt. „nic się nie dzieje”?

 

Sezon ogórkowy jak wiemy, oznacza bezczynność na niwie kulturalnej. Zamykają się między innymi teatry. Jest tak, jeśli chodzi o państwowe instytucje, utrzymywane na koszt podatnika. „Prywaciarz” na taki luksus nie może sobie pozwolić, wobec czego teatr Polonia czy Buffo działają jak w sezonie.

 

Okres zbierania ogórków u nas czy u zachodnich sąsiadów, to także posucha jeśli chodzi o tematy w mediach.  Aż się chce zacytować piosenkę: „Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic. I nie stanie się nic, aż do końca”. Wakacji oczywiście.

 

Przeglądam sobie „Czwartą władze. Najważniejsze wydarzenia medialne III RP”, wnikliwego red. Witolda Beresia. I rzeczywiście, w lecie za wiele się nie dzieje.

 

Nawet listę najbogatszych Polaków, drukował „Wprost”, jak na złość jeszcze w czerwcu. „Gazeta Polska” listę konfidentów, też jeszcze upchała przed wakacjami. Publicystyczny wyjątek typu „Wasz prezydent, nasz premier” red. Adama Michnika, ukazał się początkiem lipca. Czyli jeszcze przed szczytem sezonu urlopowego. A jak mowa o wczasach, to były jeszcze „Wakacje z agentem”, redaktorów Rafała KasprowaJacka Łęskiego. Ale wydrukowane tuż przed wrześniem, czyli w okresie gdzie naród zaprząta sobie głowę wyprawkami do szkoły swych pociech.

 

Jest w tym dużo racji.

 

Wyobrażacie sobie tego statystycznego Polaka, który, no dobra, niech już będzie, zakupił papierową gazetę. I ten letnik Jan Kowalski, otoczony plażowo obowiązkowym parawanem, czyta sobie niezwykle zachęcające teksty. I to jakie?  Same już tytuły, aż się proszą, żeby zrobić sobie z tego czasopisma kapelusik na upał. Ot choćby: „Nasze triumfy, nasze klęski” czy „Znak sprzeciwu, znak przymusu”.

 

Lipiec jeszcze nie jest taki kiepski. A to TVN chcą przejąć, Donald Tusk coś powie, a to Trybunał co nieco ogłosi. Jednak w sierpniu może być posucha. I pozostaną dzikie zwierzęta znalezione w ubikacjach: „Wąż w klozecie. Austriak ugryziony w WC”. Klikanie gwarantowane. Przecież niemal każdy jest ciekaw, gdzie ten gad ugryzł. W Polsce też, żeby nie było, żeśmy gorsi: „Poranna toaleta z niespodzianką, ze spłuczki wypełzł pyton”. To tylko dwa przykłady z ciepłych miesięcy ubiegłego roku.

 

Krótki risercz i okazuje się, że węży bywało więcej. Czytamy interesujące relacje, o „główce wychodzącej z muszli”  i „zaskoczeniach mieszkańców bloku”. Dominują pytony i to królewskie, a wiele szczęścia mają głównie mieszkańcy Dolnego Śląska.

 

Materiał robi się sam. Dzwonimy po komentarz do; pobliskiego ogrodu zoologicznego, przychodni weterynaryjnej i sklepu zoologicznego, na Straż Miejską i Graniczną, zaprzyjaźnionego profesora od reptiliologii i herpetologii. Dokładamy wypowiedź dyżurnego psychologa zwierząt i specjalisty od zarządzania kryzysowego. Artykuł jak się patrzy.

 

Natomiast mieszkańcy Małopolski i Podkarpacia, mają większą szanse na spotkanie misia. Dzwonimy do eksperta, a ten biegle tłumaczy, że: „uciekając przed niedźwiedziem należy wybrać niezbyt cienkie drzewo, aby je łapą nie złamał.  Ale też nie za bardzo grube. Aby po tym drzewie za nami nie wlazł”.

 

I gdy już jesteśmy w ogródku, to ani się z gąską, ani z brunatnym, ani innym pełzającym się nie witamy.

 

Bowiem czeka nas rewolucja. Na razie w amerykańskim Insiderze. Jak wiadomo, Business Insider to czołówka znanych serwisów o tematyce biznesowo – technologicznej. Wyszło polecenie, aby dziennikarze pisali artykuły zawierające mniej niż 600 słów. Ma być krótko. Bo czytelnik, nawet jak skończył Harvard Business School czy Stanford University, po 212 słowach, ziewa przeciągle i mu za dużo robactwa wlatuje przez otwór gębowy.

 

Też mi odkrycie. W podręcznikach dla dziennikarzy, przecież jest jak byk, aby; pisać zwięźle, przechodzić od razu do rzeczy i nie komplikować narracji. Profesor Walery Pisarek w „Retoryce dziennikarskiej” przytacza nawet Pliniusza MłodszegoWybaczcie mi ten długi list. Nie miałem dość czasu, by go skrócić”. Ot i co. Sztuka skracania. Nareszcie redaktorzy zza Wielkiej Wody na to wpadli.

 

I nadali roboty podwójnie. Bo oprócz niełatwego wymyślania tematów ogórkowych, to jeszcze trzeba będzie opanować niezwykle trudną sztukę pisania bez zbędnego zagmatwania. Za to treściwie i z sensem.

 

Krzysztof Prendecki

ŁUKASZ WARZECHA: Z kim chce rozmawiać władza

Podmiotowe traktowanie mediów przez polityków, to tak naprawdę podmiotowe traktowanie ich odbiorców.

 

Gdy w 2007 r. Donald Tusk został premierem, zorganizowano kilka zamkniętych, swobodnych jego spotkań z dziennikarzami, przy kawie i kanapkach. Byłem bodaj na dwóch. Pamiętam nawet, że indagowałem pana premiera w sprawie jego chłodnego stosunku do Ukrainy. Jak w większości zagadnień polityki zagranicznej, tak i w tej sprawie nowy rząd postanowił zasadniczo odejść od linii poprzedników. Musiało to być w pierwszych miesiącach 2008 r., bo niewiele wcześniej szefami rządów zostali Tusk (w połowie listopada 2007 r.) i Julia Tymoszenko, o której była mowa na spotkaniu (po raz drugi – w połowie grudnia 2007 r.).

 

Być może to indagowanie, a może całokształt mojej ówczesnej publicystyki, ukazującej się w tamtym czasie przede wszystkim w „Fakcie” i coraz krytyczniejszej wobec nowej władzy, sprawiły, że na kolejne spotkania zaproszenia już nie dostałem. Ale też chyba wiele ich się już nie odbyło. Premier Tusk szybko doszedł do wniosku, że nie bardzo opłaca mu się spotykać z tymi, którzy mogą mu zacząć zadawać trudniejsze pytania. Szybko też stało się jasne, że dziennikarze z konserwatywnych mediów nie mają nawet po co wysyłać do Pawła Grasia próśb o wywiad z panem premierem, ponieważ i tak nic z tego nie wyjdzie.

 

Do tych wspominek nakłoniły mnie skierowane do dziennikarzy przeprosiny szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka. Pan minister przepraszał za to, że wcześniej dziennikarze chcący spytać (podczas zdalnej konferencji) o aferę mejlową byli wyłączani. Oceny przeprosin były różne. Jedni stwierdzili, że trzeba to zachowanie docenić, inni wskazywali, że nie dawało się już dłużej ignorować pytań na temat wycieku, a minister Dworczyk, unikający odpowiedzi w tej sprawie, bardzo źle wypadał na tle właśnie Donalda Tuska, ostentacyjnie zapowiadającego otwartość na media i ścierającego się z pracownikami mediów państwowych – ale bez unikania pytań.

 

Patrzę na te okoliczności bez ekscytacji z prostego powodu: doświadczenie uczy mnie, że najbardziej dostępni są politycy niesprawujący w danym momencie władzy, ci zaś, którzy władzę sprawują, zaczynają jak się da unikać konfrontacji z tymi spośród nich, którzy mogliby być prawdziwie kłopotliwi. Przecież dokładnie tak zachowują się od dawna Jarosław KaczyńskiMateusz Morawiecki – ich postawa nie różni się niczym od postawy Donalda Tuska sprzed lat. Jestem też pewien, że gdyby Tusk ponownie znalazł się na stanowisku premiera, bardzo prędko okazałoby się, że wstęp do jego gabinetu mają jedynie dziennikarze przyjaźni, by nie rzec – wręcz zaprzyjaźnieni.

 

Trzeba przyznać, że epidemia okazała się pod tym względem dla obecnie rządzących niezwykle wygodna. Nie tylko zrezygnowano z bezpośrednich konferencji prasowych, ale też z właściwie wszelkich nieoficjalnych spotkań, bardzo dla dziennikarzy użytecznych. Takie się zdarzały – ministrowie zapraszali dziennikarzy, niekoniecznie tylko tych najprzychylniejszych, na spotkania off-the-record. Bywały dziennikarskie tweet-upy, organizowane i przez prezydenta, i przez premiera (choć akurat Mateusz Morawiecki bardzo szybko z tej formy zrezygnował), i przez poszczególnych ministrów. To się skończyło pod pretekstem zagrożenia epidemicznego i można odnieść wrażenie, że politycy odetchnęli z ulgą i wcale nie mają zamiaru do tych spotkań wracać. Dla wielu z nich bowiem takie momenty były jedynymi, gdy zmuszeni byli stanąć twarzą w twarz z tymi przedstawicielami mediów, z którymi nie mieli chęci rozmawiać.

 

Kilka dobrych już tygodni temu Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu zorganizowało spotkanie w formie śniadania prasowego na temat powszechnie krytykowanego projektu poszerzenia i podwyższenia opłaty reprograficznej. Bardzo chciałem na nim być – jako zdecydowany krytyk tego pomysłu – ale zaproszenie do mnie nie dotarło. Gdy udało mi się w tej sprawie skontaktować z przedstawicielką MKDNiS, ta zapewniła mnie, że to nic nie szkodzi, bo będą kolejne spotkania na ten temat i wtedy już znajdę się na liście. Od tamtej pory – głucha cisza. I tak to właśnie wygląda. Standard.

 

Jak niemal zawsze, wszystko sprowadza się do sposobu, w jaki politycy traktują media i dziennikarzy. Jeżeli uznają ich jedynie za instrument do osiągania swoich politycznych celów, oczywiste jest, że potraktują ich właśnie instrumentalnie. A to oznacza rozmawianie jedynie z tymi, którzy rolę instrumentu chętnie zaakceptują. Podmiotowe traktowanie mediów – które są przecież jedynie pośrednikiem, a więc tak naprawdę jest to podmiotowe traktowanie ich odbiorców – jest wówczas, gdy najważniejsi politycy w państwie czują się zobligowani do rozmowy z dziennikarzem niezaprzyjaźnionym, a może nawet nieprzychylnym.

 

Łukasz Warzecha

Zamiast polemiki – TOMASZ PLASKOTA o tym, jak dziennikarz podaje dziennikarza do sądu

Spory w środowisku dziennikarskim czasem są tak ostre, że z łam mediów przenoszą się na salę sądową. Konfliktów nie da się uniknąć, ale można je rozwiązywać inaczej niż na wokandzie sądowej.

 

– Dziwi mnie, że dziennikarze załatwiają swoje sprawy przed sądem. Obniża to rangę zawodu. Nie powinno się prać brudów na zewnątrz. Konflikty należy rozwiązywać we własnym gronie na forum sądu koleżeńskiego – nie ma wątpliwości publicysta tygodnika „Do Rzeczy” Tomasz Z. Zapert.

 

Przed laty straszono go wytoczeniem procesu za krytyczny artykuł o książce Aleksandra Wieczorkowskiego, który w PRL publikował m.in. w „Polityce”, a po 1989 r. drukował swoje teksty m.in. w „Gazecie Wyborczej”. – Grożono mi sądem. Ale temat ucichł, chyba uznano, że moja krytyczna recenzja jest reklamą książki – wspomina.

 

W II Rzeczypospolitej wyjaśnianiem środowiskowych zaszłości zajmował się Syndykat Dziennikarski. Spierano się o różne rzeczy, o plagiaty, zapożyczenia, nawet o sprawy obyczajowe.

 

Nie słychać, żeby w innych korporacjach, np. wśród lekarzy dochodziło do sporów sądowych, bo tam rozwiązywaniem zaszłości zajmują się izby lekarskie. – To, że dziennikarze nie rozwiązują konfliktów polubownie, tylko często na drodze sądowej, wynika z braku jednolitej reprezentacji zawodowej. Między lekarzami czy prawnikami też występują konflikty interesów, bywa też, że prowadzą oni ostrą działalność konkurencyjną. Potrafią jednak rozwiązywać swoje problemy w ramach własnej korporacji zawodowej, oczywiście poza incydentalnymi sprawami, z którymi idą do sądu. Natomiast w naszym środowisku panuje bardzo duży podział. Istniejące organizacje dziennikarskie zrzeszają osoby o podobnych zapatrywaniach i na ogół są skonfliktowane. I to także jest kolejnym polem do sporów, których nie można rozwiązać na forum wewnętrznym, ponieważ nie ma wspólnej reprezentacji – wskazuje dziennikarz i pisarz, obecnie wydawca w programie interwencyjnym „Telekurier” Krzysztof M. Kaźmierczak.

 

Wiceprzewodniczący SDP dziennikarz śledczy Witold Gadowski również wskazuje, że najlepszym rozwiązaniem byłby sąd koleżeński. – Jeżeli jest spór honorowy o obrazę czy pomówienie to można je rozwiązać wewnątrz środowiska dziennikarskiego, gdyby ono było silne i istniało. Natomiast pozywanie do sądu jest wyrazem bezsilności i zacietrzewienia – ocenia Gadowski. – Teoretycznie sprawa powinna być rozwiązana przez wniesienie jej przed sąd koleżeński któregoś ze stowarzyszeń dziennikarskich, najlepiej SDP, bo jest ono największym zrzeszeniem. Albo innego i wewnętrzne rozstrzygnięcie sporu. Sprawy honorowe należy rozwiązywać honorowo, sprawy środowiskowe w środowisku a sprawy kryminalne i karne przed sądem – podkreśla.

 

Większość sporów dziennikarskich w jego ocenie jest ambicjonalna. Nie mają nic wspólnego z merytoryką.

 

Chyba najsłynniejszym procesem w środowisku dziennikarskim był pozew Kamila Durczoka z  2015 r. przeciw dziennikarzom „Wprost” Sylwestrowi Latkowskiemu, Michałowi Majewskiemu, Oldze Wasilewskiej oraz Marcinowi Dzierżanowskiego za artykuły „Ukryta prawda” i „Nietykalny”. Zarzucono w nich Durczokowi mobbing i molestowanie podwładnych w redakcji „Faktów” TVN. Durczok na teksty odpowiedział procesem karnym oskarżając ich autorów z art. 212 Kodeksu karnego, który sankcjonuje zniesławienie.

 

Sąd pierwszej instancji uznał w lipcu 2019 r. dziennikarzy za winnych i skazał ich na grzywny i nawiązki. Na tym sprawa się nie zakończyła. Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał ten wyrok. Następnie w marcu 2021 r. warszawski Sąd Apelacyjny w zmienił orzeczenie sądu pierwszej instancji. Uznał, że wydawcy i byli dziennikarze „Wprost” naruszyli dobra osobiste Durczoka i zobowiązał ich do przeproszenia za swoje stwierdzenia. Wyrok jest prawomocny.

 

Procesy z cyklu „dziennikarze kontra dziennikarze” dotykają głównie dziennikarzy śledczych. We wrześniu 2018 Piotr Nisztor z „Gazety Polskiej” i korespondent TVP w Niemczech Cezary Gmyz przegrali proces cywilny o ochronę dóbr osobistych z redaktorem Janem Pińskim. Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował, że mają przeprosić na Twitterze za tweety publikowane w 2016 r., w których sugerowali kontakty Pińskiego z dilerem narkotyków. Piński oprócz przeprosin domagał się 10 tysięcy złotych zadośćuczynienia, sąd nie przychylił się do tego żądania.

 

To nie jedyna sprawa, w której pozwany był Cezary Gmyz. Dziewięć lat temu proces wytoczył mu dziennikarz Leszek Szymowski. W 2012 r. Gmyz opublikował w „Rzeczpospolitej” artykuł zatytułowany „Próba zastraszenia w obronie nierzetelnej książki”. Stwierdził w nim, że próbowano go zastraszyć, aby nie pisał krytycznego artykułu o książce Szymowskiego „Agenci SB kontra Jan Paweł II”. Sąd Okręgowy w Warszawie w styczniu 2014 r. oddalił powództwo, ponieważ stwierdził, że Gmyz nie był autorem tekstu. W odpowiedzi Szymowski posłużył się dowodem w postaci zaświadczenia wydawcy „Rzeczpospolitej”. Dokument wskazywał, że tekst był napisany przez Gmyza. Sąd nie dopuścił dowodu. Ostatecznie, w 2016 r. Sąd Okręgowy wydał ponowny wyrok w tej sprawie. Nakazał Gmyzowi przeprosić Szymowskiego na łamach „Rzeczpospolitej” oraz zapłacić 32 tys. zł kosztów sądowych.

 

Tomasz Plaskota

 

Nagonka na Polskę – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o burzy wokół TVN

Przepisy w Polsce są niejasne i niejednoznaczne, chcemy je uściślić. I dotyczy to nie tylko stacji TVN, ale wszystkich spółek medialnych” – powiedział wnioskodawca projektu ustawy poseł Marek Suski. Chodzi także o to, aby dostosować polskie regulacje do systemu Unii Europejskiej, o to, aby  nie pozwolić podmiotom medialnym spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego przenikać na polski rynek  nielegalnie, zacierając ślady za spółką – matką, o„tax evasion”, znajdowanie luk podatkowych oraz – to już emisja programów – zgodność przekazu z polskim interesem społecznym.

 

Chciałoby się powiedzieć „here you go again!”. Znowu, jak kilka lat temu w przypadku projektu ustawy o penalizacji antypolonizmu, jak kilka miesięcy temu z projektem innej, dotyczącej prywatyzacji mienia pożydowskiego, rozpoczęła się nagonka na polski rząd, Prawo i Sprawiedliwość oraz Polskę, aby do dalszego procedowania  dokumentu nie dopuścić. A to była ambasador Stanów Zjednoczonych Georgette Mosbacher straszy że „USA mogą zrezygnować z realizacji art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego”, a to żona europosła Radka Sikorskiego grozi  że „procedowanie ustawy anty-TVN może być kluczowym momentem dla tego czy Polska nadal będzie częścią Unii”, TVN wydaje oświadczenie pod hasłem „próbuje się ograniczyć wolność mediów”, a Gazeta Wyborcza powtarza, że za czasów Władysława Gomułki Polacy cieszyli się  większą wolnością słowa niż dziś. Hucpie i głupstwom nie ma końca.

 

Trwają próby nacisku na Polskę, z Brukseli, Berlina i  Waszyngtonu, a żaden z komentatorów nie pofatygował się, aby zapoznać się z projektem i zacząć mówić do rzeczy. Tzn. że jest to prawo, które już obowiązuje w krajach Unii Europejskiej, w Niemczech, Austrii czy Francji, że chodzi jedynie o dostosowanie zapóźnionego o kilka dekad ustawodawstwa polskiego do tego stosowanego na Zachodzie.  Ale także o zapobieżenie oszustwom i kantom, stosowanym przez wielkie koncerny medialne, unikanie płacenia podatków, a także przejmowanie części udziałów przez takie państwa jak Rosja czy Chiny i wszystkie tego, także społeczne,  konsekwencje. W projekcie wskazuje się m.in. że „koncesja na rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych może być udzielona osobie zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego, pod warunkiem, że taka osoba zagraniczna nie jest zależna od innej osoby zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie nie będącym państwem członkowskim EOG”. Czyli mówiąc po polsku: przy ciągłym ruchu kapitałowym wielkich koncernów medialnych kancelarie prawne robią wszystko, aby pomóc swoim klientom wyciskać jak największe zyski oraz płacić jak najniższe podatki, albo wcale. Przecież podobnie czynią giganty elektroniczne jak Google, Facebook czy Tweeter, które np. lokują zarząd w Irlandii, gdzie istnieje zasada, że płaci się podatki tam, gdzie firma faktycznie pracuje, a nie tam, gdzie usytuowany jest zarząd, którego budynek często straszy pustkami. W przypadku TVN właścicielem jest amerykański koncern Discovery, ale zarządza on tą stacją za pośrednictwem spółki Polish Televison Holding BV, zarejestrowaną w Holandii, z siedzibą na lotnisku Schiphol w Amsterdamie, która – to już sprawdzono – w 2019 roku nie zatrudniała ani jednego pracownika! Czyli klasyczna spółka – słup, aby ominąć przepisy. Sprawa wykorzystywania spółek europejskich do omijania ograniczenia maksymalnie 49% udziałów podmiotów zagranicznych w spółkach koncesjonariusza, znana jest od lat. Niejasności i nieścisłości aktualnej ustawy o radiofonii i telewizji wprost zachęcają do obchodzenia przepisów.  Jedne tworzą wirtualne spółki, inne – spółki słupy.

 

U nas wciąż obowiązują zasady przyjęte, trochę na chybcika, w 2004 roku, po przystąpieniu do Unii, gdzie znajdują się furtki dla podmiotów medialnych z całego świata.  I z tych furtek , w przypadku TVN, korzystają Amerykanie. I nie można udawać, że nie ma problemu.  Przecież dziecko wie, że firma powołana w Holandii, w dodatku ghost company, gdzie jak wykazano, nikt nie pracuje, to przekręt, i powołana po to, aby ominąć przepisy. I o ile w Unii Europejskiej mamy organ wspólny, ERGA, który jakoś tam kontroluje podobne przypadki, firmy spoza Unii – kombinują, próbują ominąć unijne przepisy.

 

Inne państwa europejskie już dawno uregulowały prawo dotyczące spółek medialnych. I Niemcy, i Francja, Austria, i Wielka Brytania.  Przy czym i Francja, i Austria zdecydowały się na system dość restrykcyjny. Np. w Niemczech na większościowy kapitał zagraniczny musi wyrazić niemiecki rząd, a  ma prawo ingerować już od 10% takiego wkładu. We Francji i Austrii prawo jest jeszcze ostrzejsze i żadna spółka spoza Francji nie może mieć w firmie medialnej większości kapitałowej. Wielka Brytania strzeże tej zasady jak oka w głowie. Po prostu nie chce, aby inne kraje dyktowały jej swoją „way of life”.  Suflowały swoją narrację historyczną, interpretowały wydarzenia, uczyły obywateli co mają myśleć – przecież  to była jedna z podstawowych przyczyn Brexitu! A więc Brytyjczycy mają swój OFCOM, The Office of Communications, powiązany z parlamentem, mają CMA czyli Competition and Markets Authority, organizacje pozarządowe oraz media, które w podobnych przypadkach, bez względu na to czy to konserwatyści czy liberalna lewica, wspólnie strzegą narodowego rynku medialnego. Że przypomnę casus amerykańskiego magnata medialnego Ruperta Murdocha i BSkyB. Posiadał już 39% udziałów w telewizji British Sky Broadcasting, chciał zakupić pozostałych 61%, ale presja państwa, mediów i społeczeństwa była tak wielka, że transakcję uniemożliwiono. Motywacja? Zbyt wielki wpływ na brytyjski rynek. Posiadał już dzienniki The Times i Sun i Brytyjczycy stwierdzili „co za dużo, to niezdrowo”. W Polsce tylko połowa obywateli oraz mediów jest podobnego zdania, czyli że polski interes narodowy jest ważniejszy niż korzyści finansowe amerykańskiego giganta Discovery, z których nic nie mamy.

 

Dalej – dziś TVN należy do amerykańskiego molocha Discovery, ale przecież trwają tam wieczne fuzje, ustawiczne roszady kapitałowe. O ile pamiętam, dziś Disney znajduje się w rękach Japończyków, i czy trzeba wielkiej wyobraźni, aby dostrzec, że w jakimś momencie Discovery będzie należał do Rosjan czy Chińczyków z ich światową ekspansją kapitałową? Albo – czy nie należy wreszcie zadbać o warunki konkurencji dla polskiego nadawcy, o przejrzystość  fuzji i transparentność przepływu kapitału, o należne podatki, i last but not least, o przekaz, zgodny z polskim interesem społecznym? Ponadto, rozwijamy się,  coraz bardziej otwieramy na świat, także nasz rynek medialny. Czy nie należy czynić to w sposób kontrolowany, zgodny z polskim i unijnym prawem? Wirtualnemedia.pl poprosiły TVN Grupę Discovery o komentarz w tej sprawie, lecz dostały jedynie krótkie oświadczenie: „Podkreślamy, że w roku 2015 KRRiTV zaakceptowała wejście amerykańskiego kapitału do naszej spółki i do czasu ubiegania się o przedłużenie koncesji dla programu TVN24 struktura własnościowa nie budziła żadnych wątpliwości”. Ale teraz budzi. No i  ani słowa o wątpliwościach prawnych!

 

Projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie jest przeciw TVN, nikt nie chce likwidować tej stacji ani tłumić wolności słowa. Nie był konsultowany ani z TVN, ani z Discovery, ani z Amerykanami, ani z Rosją – nie ma znaczenia skąd jest medium, chodzi jedynie o polskie regulacje i polskie interesy. Zresztą co innego wysłuchiwanie opinii, niestety zwykle pełne gróźb i szantaży, a zupełnie co innego kreowanie własnego prawa, gdzie doradców nie potrzebujemy. I niech ręka boska broni Prawo i Sprawiedliwość przed wycofaniem się z tego projektu!  Oraz  poprzedniego, dotyczącego  prywatyzacji, także mienia pożydowskiego. Chyba że chce, aby Polska była traktowana przez państwa Unii oraz  Stany Zjednoczone jak wycieraczka spod drzwi.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Czy jest możliwa wysoka jakość dziennikarstwa w social mediach? – zastanawia się ks. ARTUR STOPKA

Wydawać by się mogło, że media społecznościowe, gromadzące w jednym „miejscu” miliony ludzi, to idealne środowisko dla uprawiania tzw. jakościowego dziennikarstwa. Rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana.

 

Już św. Paweł Apostoł przekonał się, że nie wystarczy znaleźć zebrane w jednym punkcie tłumy odbiorców, lecz trzeba jeszcze, aby byli oni zdolni właśnie tu i teraz przyjąć proponowane im treści. Bez tego, ani rusz.

 

Sytuacja dziennikarzy w social mediach trochę przypomina to, co się zdarzyło, gdy Apostoł Narodów na Akropolu postanowił mówić o Zmartwychwstaniu Jezusa. Ci, którzy początkowo sprawiali wrażenie, że są skłonni go słuchać, nagle powiedzieli „stop”. „Posłuchamy cię innym razem” – oświadczyli. Paweł przekroczył pewien próg, za którym jego przekaz nie trafiał, między innymi dlatego, że nie sprzyjały temu okoliczności. Wygląda na to, że coś podobnego odnosi się do obecności dobrego, jakościowego dziennikarstwa w mediach społecznościowych sensu stricto.

 

Nie klikają

 

Od jakiegoś czasu sporo jest prognoz zapowiadających zmierzch dziennikarstwa profesjonalnego, uprawianego w dotychczasowym kształcie. Apokaliptyczne wizje końca tego zawodu jako jedną z przyczyn wskazują gwałtowny rozwój i upowszechnienie nowych technologii. Możliwości, jakie otrzymują dzięki nim dotychczasowi odbiorcy efektów dziennikarskich wysiłków, miałyby skutecznie wyeliminować potrzebę wysokiej jakości materiałów u większości z nich.

 

Niebagatelną rolę w eliminowaniu zapotrzebowania na środki społecznego przekazu w ich tradycyjnym rozumieniu, jako źródła wiedzy o świecie (a także rozrywki), zdaniem części komentatorów i analityków odgrywają tzw. media społecznościowe. To z nich użytkownicy internetu mogą czerpać newsy, komentarze, opinie itp. Dostają je zarówno w postaci autorskich postów innych użytkowników, jak i w postaci linków do dostępnych w sieci profesjonalnych materiałów dziennikarskich. Wiadomo jednak, że – łagodnie mówiąc – nie wszyscy klikają w odsyłacze. Znacząca część zadowala się np. wyświetlanym na tablicy Facebooka tytułem profesjonalnego materiału. Nie klika w niego.

 

Mają potencjał

 

Możliwe jest jednak inne spojrzenie na problem relacji między jakościowym dziennikarstwem. „Dziennikarstwo nie umiera, a przechodzi prawdziwą cyfrową rewolucję” – pisał ponad dwa lata temu Sebastian Matyszczak w serwisie spidersweb.pl. Taki tytułowy wniosek wyciągnął z analizy opublikowanego przez Nieman Lab zestawienia prognoz dotyczących dziennikarstwa w roku 2019. Przekonywał, że branża dziennikarska, choć zmaga się z wieloma problemami często natury egzystencjalnej, jest jedną z tych, które we współczesnym świecie technologii, mają największy potencjał. Rodzi się jednak pytanie, czy social media to jedna z platform, na których da się uwidocznić ten potencjał? Czy jednak stanowią one dla dziennikarstwa przede wszystkim zagrożenie?

 

Szukając odpowiedzi na powyższe pytania trzeba sprecyzować, co rozumie się pod pojęciem „media społecznościowe”. Radek Skowron na swojej stronie zwrócił niedawno uwagę, że dziś zakres przedsięwzięć określanych tym terminem wydaje się szeroki. Jako „społecznościówki” opisywane są nawet niektóre serwisy sprzed Facebooka. Mniej lub bardziej słusznie.

 

Nie jest niezbędna

 

Po czym poznać media społecznościowe sensu stricto? Po tym, że umożliwiają tworzenie społeczności – gromadzenie użytkowników. Jak podpowiada Wikipedia, „to media służące do interakcji z wykorzystaniem rozbudowanego zestawu narzędzi komunikacyjnych”. Interakcja jest tu pojęciem kluczowym. Drugą istotną cechą rozpoznawczą social mediów jest to, że efekty aktywności poszczególnych członków społeczności mogą oglądać (obserwować) użytkownicy serwisu. Jak zauważył Radek Skowron, tak dzieje się to na Facebooku, na Instagramie, na LinkedInie czy na Twitterze.

 

Czy cyfrowa przestrzeń oparta na zasadzie interakcji, jest dogodnym miejscem do uprawiania dobrej jakości dziennikarstwa? Nie za bardzo. Istotą dziennikarstwa jest zbieranie i upublicznianie informacji o wydarzeniach, ludziach, problemach, a nie wchodzenie w bezpośrednią interakcję z ich odbiorcami. Jeśli dochodzi do interakcji, to jest ona skutkiem dotarcia przekazu, ale nie jest niezbędna.

 

Jest miejsce

 

Co prawda np. na Facebooku zdarzają się użytkownicy, którzy zamieszczają systematycznie treści, które można uznać za jakościowe dziennikarstwo, jednak wykorzystują oni to narzędzie w sposób odbiegający od pierwotnych założeń, zamieniając swój profil lub stronę w rodzaj bloga. Czyli coś, co niektórzy również zaliczają do mediów społecznościowych. Podobnie, jak zaliczają do nich platformy typu YouTube czy te, które umożliwiają publikację podcastów.

 

W czym problem? W tym, że choć istnieją w nich możliwości interakcji użytkowników, to jednak są one mocno ograniczone w stosunku dla mediów społecznościowych w sensie ścisłym. Interakcja nie jest też naczelną zasadą ich funkcjonowania. Jest nią natomiast możliwość udostępniania własnych, przede wszystkim autorskich materiałów i dotarcia z nimi do możliwie szerokiego kręgu odbiorców. W tych sieciowych platformach wciąż króluje elementarna reguła działania tzw. mediów tradycyjnych: nadawca-komunikat-odbiorca. I – jak pokazuje rzeczywistość, to właśnie w tych, częściowo społecznościowych mediach, jest miejsce dla profesjonalnego, jakościowego dziennikarstwa. Odkryli to także niektórzy polscy znakomici dziennikarze i posługują się tym narzędziem z dużym powodzeniem.

 

Mogą być szansą

 

Warto przy okazji dodać, że niektóre ze wspomnianych platform udostępniania materiałów, dają możliwość monetyzacji kontentu, co nie jest bez znaczenia. W mediach społecznościowych sensu stricto takich możliwości zasadniczo nie ma.

 

Czy media społecznościowe mogą być platformą dla dobrego, jakościowego dziennikarstwa? Te, które są social mediami w sensie ścisłym, raczej dają tu niewielkie pole do popisu. Natomiast te, które będąc przestrzeniami sieciowymi nastawionymi przede wszystkim na udostępnianie treści, zwłaszcza autorskich, a w których znajdują się również elementy społecznościowe, z pewnością mogą być dla profesjonalnych dziennikarzy dużą szansą. Jednak jej wykorzystanie wymaga bardzo dużego zaangażowania, mnóstwo pracy i… odrobiny szczęścia.

 

Ks. Artur Stopka

 

 

Zmiany w konstelacjach – MIROSŁAW USIDUS o różnicach między celebrytami starych i nowych mediów

Stare media nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów.

 

Rozmowa w dużej firmie medialnej. „Potrzebujemy do udziału w wydarzeniu kogoś znanego, celebryty”. Ja: „To może Friz? Ma na YouTube miliony wyświetleń i wyprzedza każdą gwiazdę telewizji o kilka długości”. Milczenie. „A kto to jest?” – pyta ktoś w końcu. Krąg rozmówców to ludzie mediów, ale wygląda na to, że ich świat i świat Karola „Friza” Wiśniewskiego wraz z jego „Ekipą” to dwa odrębne i nieznające się kontinua czasoprzestrzenne.

 

Można by w tym oderwaniu środowisk starych mediów upatrywać kolejnej edycji odpowiedzi na pytanie – dlaczego nie potrafią dotrzeć do odbiorców „minus 30”, a może tak naprawdę – „minus 35”, bo segment rynku wychowany na internecie, YouTube i social media wiekowo nie stoi w miejscu i z roku na rok ta „młodzież, która odrzuca tradycyjne środki masowego przekazu” jest coraz starsza, zaś grupa, która wciąż jeszcze chce czytać prasę, słuchać radia i oglądać telewizję, przesuwa się w górę na osi wieku, aż do spadania w przepaść wymierania.

 

W Internecie Orłosiem być trudno

 

Jednak może wróćmy do YouTuberów, którzy w internecie zawstydzają starych celebrytów popularnością, zasięgami i odsłonami. Ktoś słyszał o kimś jakim jak Blowek? Nie. Cóż jest to polska youtube’owa gwiazda, która ma jeszcze więcej subskrybentów niż wspomniany Friz, choć jego twórczość jest nieco mniej popularna, jeśli chodzi o liczbę odsłon. Niemniej kryjący się za tym pseudonimem Karol Gązwa liczy swoje dochody w miliony. Zaczynał od czegoś, co ludzie w wieku powiedzmy, powyżej czterdziestu lat, nigdy nie zrozumieli i nie zrozumieją, czyli od streamowania swoich rozgrywek w grach.

 

Friz, który rywalizuje z Blowkiem o pierwszą pozycje w rankingu YouTube, to, pomimo swoich zaledwie 25 lat, pełna gębą przedsiębiorca. Stworzona przez niego „Ekipa” czyli grupa youtuberów tworzących treści i zarabiających podobnie jak on, szykuje się do giełdowego debiutu. Zarabiają na umowach reklamowych, marketingu i sprzedaży produktów pod własną marką. Podobnie, choć na mniejszą skalę, zarabia kolejna gwiazda polskiego YT, pan o pseudo Rezigiusz. Wraz z FrizemBlowkiem oraz niejakim Stuu, który z nieznanych powodów zakończył działalność, tworzą obecnie top polskiego YouTube’a.

 

Być może niektórzy lepiej kojarzą starszych potentatów tego świata, Wardęgę, Abstrachuje TV, Niekryty Krytyk, czy Isamu. Wciąż są legendami, ale ich gwiazdy w ostatnim czasie wyraźnie przygasły. Także w tym świecie widać swoistą wymianę pokoleniową, trochę podobną do tego zjawiska, które można zaobserwować pomiędzy ich internetowym światem a dawnymi konstelacjami gwiazd ekranu i estrady.

 

Dość często zdarza się internetowym celebrytom gościć w mediach tradycyjnych. Można bez trudu zrozumieć, dlaczego są przez „stare media” zapraszani do udziału i współtworzenia programów i audycji. Tradycyjne środki przekazu, zwłaszcza telewizja, chce w ten sposób przyciągnąć przed telewizory młodszą widownię, to dość jasny zamiar. Skoro to zdarza się coraz częściej, to znaczy, że daje zapewne efekty oglądalnościowe.

 

Niestety, nie można tego samego powiedzieć o zjawisku odwrotnym, czyli próbach wchodzenia celebrytów tego starego świata do internetu. Np. Cezary Pazura, który i tak jest spośród „dawnych” gwiazd, osobą najlepiej radzącą sobie na polskim YouTube, spośród tych, które w ogóle podejmują próby okiełznania nowego medium. Wszelako pan Cezary osiąga popularność o rząd wielkości mniejszą niż wspomniana wyżej czołówka youtuberów. O dokonaniach na YT innych, przecież bardzo znanych z TV postaci, jak Tomasz Kammel czy Maciej Orłoś na przykład, przez wzgląd na miłosierdzie nie wspomnę.

 

Krótko mówiąc, wygląda na to, że stare media tych nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów. Przykro mi.

 

Korporacje nie kontrolują procesu „celebryfikacji”

 

Porównania i analizy świata nowych, internetowych celebrytów z konstelacjami wylansowanych przez stare media, przemysł filmowy i muzyczny, gwiazd są przeprowadzane od wielu lat. Powstała całkiem obszerna literatura naukowa, za której przykład niech posłuży opublikowana pod koniec 2018 roku obszerna praca Melody Nouri z Uniwersytetu w Santa Clara pt. „The Power of Influence: Traditional Celebrity vs. Social Media Influencer” ( z ang. „Siła wpływu: Tradycyjny celebryta vs. influencer mediów społecznościowych”).

 

„Chociaż tradycyjni celebryci mieli ogromny wpływ na trendy popkulturowe naszego społeczeństwa w przeszłości, w ostatnich latach nowe gwiazdy mediów społecznościowych potrafiły zdobyć więcej odbiorców i wpływać na popkulturę w znacząco większym stopniu niż tradycyjni celebryci” –  pisze pani Nouri.

 

Tłumaczy to charakterystyczna dla sieciowych gwiazd „zdolnością do tworzenia społeczności, w których użytkownicy czują się bardziej związani z influencerem” a dzieje się to dzięki „wyższemu poziomowi zaangażowania, autentyczności i siły relacji”.

 

Już w 2004 roku znany badacz mediów Nick Couldry zauważył, że w związku ze zmianami, jakie wtedy przecież dopiero zaczęły zachodzić, proces „celebryfikacji” przestaje być domeną wielkich korporacji medialnych.

 

O procesie „demokratyzacji” celebryctwa i zmniejszaniu dystansu pisało potem wielu innych badaczy, m. in. Alice E. Marwick i Danah Boyd w 2011 i David Marshall w 2016 roku. Powstało też pojęcie „mikrocelebryty”, które ma  nieco rozmyte znaczenie, bo niekiedy rozumie się pod nim jakąkolwiek nie wylansowana przez mainstream medialny, lecz przez internet, gwiazdę, a innym razem nazywa się tak influencera operującego w mniejszej, niekoniecznie masowej, skali, co jest częstym zjawiskiem na Twitterze czy Facebooku.

 

Istotne dla świata tradycyjnych mediów jest pojęcie „ekonomii uwagi”, które skupia się na konkurencji o zainteresowanie i czas odbiorcy. Otóż przegrywają one, przede wszystkim w młodszych grupach odbiorców, walkę konkurencyjną w tej dziedzinie czyli o uwagę i czas odbiorców. Przegrywają nie tylko z największymi gwiazdami Youtube i Instagrama, ale z dziesiątkami innych „mikro” i nawet całkiem „nano”-influencerów, z którymi na co dzień o czas i zainteresowanie musza walczyć mass media. Prawdę mówiąc, gdy mówimy o niektórych grupach wiekowych, to wcale nie muszą już walczyć, bo dawno ich nie ma na placu boju. Jest tylko sieć i świat wirtualny.

 

Chcesz być gwiazdą? Nie gwiazdorz

 

Świat YouTube, Instagrama a od niedawna TikToka, wypracował sobie własne nazewnictwo, kategorie i klasyfikacje celebrytów. Na przykład istnieje takie pojęcie w języku angielskim jak „Instafamous”, jak łatwo zauważyć związane z Instagramem. Osoby tak nazywane przeważnie dobrze wyglądają, pracują w „fajnych” branżach, takich jak modeling czy tatuaże, podążają za tropami i symboliką tradycyjnego świata celebrytów, z pełnymi przepychu autoprezentacjami, designerskimi towarami czy luksusowymi samochodami.

 

Blogi i kanały na Instagramie analizowane w badaniu Erin Duffy & Emily Hund z 2017 roku prezentowały kolekcje produktów Valentino, torebki Chanel i okulary przeciwsłoneczne marki Céline, czyli dobra luksusowe, ale… ale w produkcjach influencerów (właściwie częściej influncerek) nie brakuje także towarów pochodzących z wyprzedaży w „zwykłych sklepach” lub produktów z dyskontów. I to, zdaniem autorek opracowania, całkowicie świadoma strategia „instafamous”. Profesjonalnie myślący o swojej karierze influencerzy z Instagrama wiedzą coś, czego nie wie zapewne epatująca w mediach społecznościowych tylko i wyłącznie luksusowością Kinga Rusin. Umieją i nie obawiają się pokazać, że są „bliżej zwykłych internautów”, pomijając, że generalnie w porównaniu z tradycyjnymi celebrytami o wiele lepiej idzie im tworzenie relacji z odbiorcami, choćby przez bezpośrednie interakcje w komentarzach.

 

Ów specyficzny talent robienia z siebie gwiazdy w internecie polega na takich właśnie zabiegach, które starym konstelacjom celebrytów przychodzą z trudem. Rzadko kogoś śledzą i są aktywni w interakcjach z innymi użytkownikami platformy. Jeśli celebryta wrzuca na swój profil jakiś poruszający wpis na ważny temat np. o zanieczyszczeniu środowiska, przemocy domowej, konieczności wsparcia dzieci z ubogich rodzin, i ten spotyka się z żywą reakcją, tysiącami komentarzy, a gwiazda jest w tym wszystkim, w całej tej fali zaangażowania, nieobecna, to co mają myśleć zwykli ludzie.

 

Znana także w Polsce, dzięki książce „YouTube. Wideo online i kultura uczestnictwa”, Jean Burgess, uważa, że na tej największej na świecie platformie wideo, która jest, o czym niektórzy czasem zapominają, również serwisem społecznościowym, takie atrybuty jak autentyczność i uczciwość twórców treści są  wysoko cenione, a nawet wymagane.

 

Jak łatwo się domyślić, dawnym gwiazdom trudno się na to zdobyć, choćby dlatego, że ich wizerunek jest zwykle produktem opracowanym przez profesjonalistów, konsultantów, zespoły ds. strategii, nad czym sami aktorzy, prezenterzy telewizyjni czy artyści estradowi, mają niewielką kontrolę. Nieraz widziałem różnego rodzaju zapisy i plany strategii marketingu, komunikacji, budowania wizerunku czy to produktu, czy ludzi, w których na potrzeby „nowych mediów”, czyli internetu i społeczności, formułowano zalecenia bycia „autentycznym” i „naturalnym”. I nieodmiennie śmieszyły mnie te strategie, wymyślone w szczelnie odizolowanych od otoczenia korporacyjnym szkłem i chłodną kalkulacją.

 

A jak to robią influencerzy. Na przykład niezbyt u nas znana Aspyn Ovard, która ma 3,4 miliona obserwatorów na swoim kanale, skupiającym się na modzie, czyli jest trochę mniej popularna niż Friz czy Blowek. Młoda pani prowadzi jednak oprócz kanału lifestyle’owego także kanał o nazwie „Aspyn and Parker” z filmikami demonstrującymi jej życie rodzinne. I jest to mniej więcej zwykłe życie pary dwojga młodych ludzi mających małe dziecko. Zarazem charakterystyczny przykład zastosowania zabiegu „zbliżającego” gwiazdę do zwykłego odbiorcy, bo reagowanie na komentarze to nie jedyny przecież sposób.

 

Innym przykładem może być angielska vlogerka modowa i urodowa, znana w internecie jako Zoella, prowadząca kanał z aż jedenastoma milionami subskrybentów. Zoella jest zwykle ostrożna w ferowaniu opinii i poradnictwie. Akcentuje swoją równość z odbiorcami (odbiorczyniami głównie), zwyczajność i fakt bycia taką samą dziewczyną, jak te do których się zwraca. Mówiąc krótko, nie gwiazdorzy i to jest klucz do jej sukcesu.

 

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby artykułu pt. „Badanie wiarygodności profili na Instagramowych profili celebrytów online we wpływaniu na decyzje zakupowe młodych użytkowniczek” (ang. tytuł „Exploring the credibility of online celebrities’ Instagram profiles in influencing the purchase decisions of young female users”) Elmira Djafarovaa i Chloe Rushworth przeprowadziły wywiady z osiemnastoma użytkowniczkami Instagrama w wieku 18-30 lat. Zapytana o opinie dotyczące promocji produktów w mediach społecznościowych, większość z uczestniczek ankiety odpowiadała, że bardziej ceni sobie opinie mniej znanych „Instafamous” i blogerów, niż tradycyjnych celebrytów. Jedna z uczestniczek badania powiedziała bardziej konkretnie, że ufa opiniom internetowych celebrytów, ponieważ są one mniej powierzchowne w porównaniu do, na przykład sławnych osobistości z Hollywood. Okazało się też, że kobiety dobrze zdawały sobie sprawę, że wiele produktów promowanych przez celebrytów jest zbyt drogich i nieosiągalnych dla nich, dlatego też cenią influencerów internetowych, którzy zajmują się również produktami bardziej przystępnymi cenowo. Wielkim gwiazdom z Hollywood to się w zasadzie nie zdarza.

 

Zatem, skoro wiarygodność reklamowa influencerów jest wyższa, to także z punktu widzenia firm szukających możliwości promocji produktów rośnie ich wartość a spada wartość dawnych celebrytów. Choć zapewne nie w każdym segmencie produktów, ale to inna sprawa. Jednak, aby gwiazdy internetu zachowały, to za co są cenione, zwłaszcza w porównaniu do „starych” gwiazd, czyli autentyczność, bliskość o otwartość, reklama i marketing, z którego się utrzymują (choć to mało powiedziane – czasem są to dochody idące w dziesiątki milionów), muszą być inne niż to co znamy z tradycyjnych mass mediów.

 

Powstaje pytanie czy reklamodawcy i biznes są przygotowani na konsekwencje zmian w konstelacjach gwiazd promujących ich produkty. Pomimo korpo-entuzjastycznego „tak”, jakie zapewne usłyszymy, gdy zadamy im to pytanie, sądzę, że jeszcze powinniśmy się wstrzymać z ostatecznym osądem, gdyż ostateczne przestawienie się budżetów reklamowych jeszcze nie nastąpiło.