Najważniejsza jest prawda – ks. MARIUSZ FRUKACZ o potrzebie obiektywnego dziennikarstwa

„Amicus Plato, sed magis amica veritas” („Platon przyjacielem, lecz większą przyjaciółką prawda”) – to bardzo ważna starożytna sentencja, którą warto przywołać w kontekście pytania o obiektywne dziennikarstwo w spolaryzowanym społeczeństwie.

 

Nigdy nie miałem wątpliwości co do tego, że w polskim, spolaryzowanym społeczeństwie ciągle trzeba zmagać się o obiektywne dziennikarstwo. Nawet gdy „obiektywizm dziennikarski i bezstronność polityczna mediów, jeśli były kiedykolwiek na jakimś szczycie piramidy, to z pewnością nie był to szczyt piramidy potrzeb i oczekiwań rynku odbiorców produktu medialnego”, jak pisze Mirosław Usidus (TUTAJ), to jednak zawsze chodzi o wolność i prawdę, które powinny stanowić fundament pracy dziennikarza.

 

Mirosław Usidus dużo racji ma w tym, kiedy pisze, że „w świecie osobników uciekających od wolności obiektywizm rzeczywiście przestaje być potrzebny”, to jednak nie zwalnia  nas, dziennikarzy, od obiektywnego dziennikarstwa. Już kiedyś pisałem, że wolność prasy i jej prawo do krytyki są ważniejsze niż dobre samopoczucie polityków. I że nigdy nie wolno zrezygnować z prawdy.

 

Wolność jako dar

 

Wolność jest jednym z największych darów, jaki człowiek otrzymał od Boga. Wolność słowa jest natomiast jednym z najważniejszych osiągnięć współczesnej demokracji. Jest też ona ważnym wymiarem obiektywnego dziennikarstwa.  Warto przypomnieć, co na temat wolności w bardzo klarowny sposób mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. Czytamy w nim, że „wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii. Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego” (n. 1738). Zauważmy zatem, że prawo do wolności powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione, ale ważny jest tutaj kontekst, a mianowicie: „w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego”.

 

Wolność słowa zawsze powinna jednak oznaczać prawdę i dobro człowieka. To bardzo ważna, moim zdaniem, cecha rzetelności dziennikarskiej. Dobre dziennikarstwo to takie, które opiera się na faktach. To jest taka zasada, która powinna zawsze obowiązywać, szczególnie w spolaryzowanym społeczeństwie. Dlatego też prezentując czyste fakty, dziennikarze powinni być wolni od jakichkolwiek nacisków właścicieli mediów czy też polityków.

 

Nie dla dekonstrukcji prawdy

 

Jeśli zgodzimy się na to, aby obiektywne dziennikarstwo nie było ważną potrzebą społeczną, to zgodzimy się również na to, aby nie było wolności słowa i prawdy. Współczesna kultura medialna „produkuje” przekaz oparty na etyce sytuacyjnej i utylitarystycznej. To jest, jak zauważył  kilka lat temu ks. dr hab. Michał Drożdż, (TUTAJ), „destrukcyjny wpływ postmodernizmu na komunikowanie masowe”. „Kwestionuje on mianowicie potrzebę etycznej odpowiedzialności twórców, potrzebę zrozumiałości, prawdziwości i sensowności treści przekazu, społeczną rolę mediów czy też potrzebę racjonalnego krytycyzmu odbiorców”.

 

Nowoczesne mass media, zwłaszcza te elektroniczne, stanowią potężny środek oddziaływania na ludzi i niemal wszystkie dziedziny życia indywidualnego czy społecznego, a więc na politykę, kulturę, Kościół, obyczaje, religijność, ekonomię, stosunki międzynarodowe itp. Coraz częściej mówi się i pisze z niepokojem o nadmiernej i stąd groźnej „władzy mediów”, czyli mediokracji – zauważył kiedyś bp Adam Lepa.

 

Kiedy myślę o obiektywnym dziennikarstwie, to budzi niepokój to, że w podawaniu informacji istnieje skłonność do mierzenia sukcesu według kryterium zysku, nie zaś służby wobec społeczeństwa. Dążenie do zysku i reklamy wywiera nadmierny wpływ na treść społecznego przekazu: popularność góruje nad jakością, która spada do poziomu najniższego wspólnego mianownika, tzw. tabloidyzacji. Ponadto, jak pisał bp Lepa, „media przekraczają swoje uprawnienia, gdy nie zachowują obiektywizmu w opisie wydarzeń, a więc zakłamują istniejące fakty. Szczególnie destrukcyjna jest postawa automanipulacji, której celem jest wygenerowanie mentalności zmanipulowanej”. Zawsze „wykorzystanie potęgi mass mediów i skierowanie jej na właściwe tory zależy przede wszystkim od człowieka”.

 

Zgadzam się z bp. Lepą, że „służba prawdzie i jej obrona w mediach polega ona na obiektywnym i rzetelnym przekazywaniu informacji, unikaniu manipulacji prawdą i przyjmowaniu postawy nieprzekupnej wobec prawdy”. Dlatego najważniejszym kryterium rzeczywistej wartości dziennikarza nie są wcale jego elokwencja, obycie warsztatowe czy błyskotliwość, lecz stosunek do prawdy. Zwłaszcza kiedy mówimy o obiektywnym dziennikarstwie w spolaryzowanym społeczeństwie.

 

W 2014 r. bardzo ważne słowa skierował do dziennikarzy i ludzi mediów abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski. „Wolność oderwana od prawdy o człowieku wyradza się w życiu indywidualnym w samowolę, a w życiu politycznym w przemoc silniejszego i w arogancję władzy. Dlatego dziennikarze, zgodnie ze swoim sumieniem, powinni opierać się siłom nacisku, domagającym się od nich, by przystosowali prawdę do oczekiwań właścicieli mediów czy władzy politycznej. Winni starać się nie tylko informować odbiorców, lecz również ich formować, czyli poniekąd wychowywać odpowiednimi treściami przekazu dziennikarskiego” – napisał abp Depo.

 

Jeśli zrezygnujemy ze zmagań o to, aby obiektywizm dziennikarski był wśród ważnych potrzeb społeczeństwa i zgodzimy się na dekonstrukcję prawdy, to  Jacques Derrida, twórca dekonstrukcjonizmu, pewnie by się ucieszył.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

 

Zapasy w kisielu – ŁUKASZ WARZECHA o wartości mediów społecznościowych

Media społecznościowe stały się jednym z zabójców mediów tradycyjnych. I to na kilka sposobów.

 

Po pierwsze – dla wielu osób są głównym źródłem informacji, także dlatego, że pojawiają się w nich informacje właśnie z mediów tradycyjnych. W związku z tym impuls, żeby sięgać po te tradycyjne media – niezależnie od tego, jaka jest ich forma – maleje. Jeśli na Twitterze przeczytało się dwuzdaniową informację podaną przez np. rozgłośnię radiową – po co jeszcze włączać tę stację na serwis informacyjny, żeby usłyszeć to samo?

 

Po drugie – media tradycyjne pasożytują na mediach społecznościowych, ale w sposób sprawiający, że ich własna jakość poważnie się obniża. Całe teksty na portalach internetowych, czasami materiały telewizyjne czy radiowe, a bywa, że i teksty w czasopismach, budowane są w części lub nawet w całości na cytatach z mediów społecznościowych. To destrukcyjny głuchy telefon: najpierw media tradycyjne podają jakąś informację (często powtarzając ją jak najszybciej za jednym i nie zawsze sprawdzonym źródłem), następnie ta informacja jest komentowana przez różne rozpoznawalne osoby na Twitterze czy Facebooku, a potem media robią z tych komentarzy kolejny materiał. Nie wnosi to kompletnie niczego do debaty.

 

Po trzecie – media społecznościowe stały się wygodnym miejscem wymiany nawet nie opinii, ale ciosów. Kiedyś taka wymiana wymagała jednak pewnego wysiłku i argumentacji, gdy odbywała się na zasadzie dyskusji na gazetowe teksty opiniowe czy choćby w studiu telewizyjnym albo radiowym. Dziś wystarczy 280 znaków na Twitterze – albo nawet mniej, jeśli ktoś umie dokopać przeciwnikowi w bardziej lakoniczny sposób. A że w sferze publicznej dominują emocje – odbiorcy do tego właśnie przyzwyczajeni znajdują zaspokojenie swoich potrzeb obserwacji zapasów w kisielu właśnie w mediach społecznościowych.

 

Ponarzekać oczywiście można, ale nie ma się co kopać z koniem – tak po prostu jest, media społecznościowe są częścią naszej rzeczywistości, a ja sam pisałem wiele razy na portalu SDP, że Twitter jest dla dziennikarza i publicysty właściwie narzędziem pracy. Narzędziem – to znaczy, że pozwala zapoznać się z trendami czy emocjami w najaktywniejszej politycznie części odbiorców, uchwycić reakcje polityków na wydarzenia czy też wdać się w dyskusję z wieloma osobami naraz, w tym z politykami czy innymi dziennikarzami. Czy jednak media społecznościowe mogą być w takim razie miejscem, gdzie realizowane jest dziennikarstwo – nie w sposób przyczynkarski, ale porządnie i rzetelnie? Wątpię.

 

Owszem, media społecznościowe są istotnym uzupełnieniem innych sposobów dotarcia do odbiorców. Trudno znaleźć dzisiaj poważną, większą redakcję, która nie miałaby konta w najważniejszych serwisach i nie korzystała z ich możliwości, żeby podrzucać odbiorcom swoje materiały. To jednak tylko dodatek, choćby dlatego, że media społecznościowe na ogół wymuszają skrótowość i nie sprzyjają pogłębieniu tematu. To nie jest miejsce, gdzie odbiorca mógłby się skupić na materiale choćby przez nieco dłuższy moment.

 

Jakiś czas temu opublikowałem w „Dzienniku Gazecie Prawnej” obszerny wywiad z socjologiem dr. Michałem Łuczewskim. Łuczewski bardzo interesująco mówił o przymusie szybkiej reakcji, która pojawia się, gdy korzystamy z mediów społecznościowych. Tłumaczył, że to swego rodzaju odruch obronny: musimy się odnieść do sprawy, zanim ktoś odniesie się do nas, być może niekorzystnie i agresywnie.

 

To nie jest środowisko, które pozwalałoby na spokojne odbieranie przekazywanej informacji, nie mówiąc już o obszerniejszej analizie czy komentarzu. Tu jednak wciąż optymalne jest środowisko, w którym komunikacja jest jednokierunkowa, przynajmniej na etapie przyswajania materiału. Środowisko, w którym nie ma „hałasu”. Tymczasem media społecznościowe ze swojej natury tworzą otoczenie takiego „hałasu” pełne.

 

Zauważmy, że nie powstało na razie medium, korzystające jedynie z Facebooka czy Twittera – i nie jest to oczywiście przypadek. Poza wyżej wymienionymi przyczynami może chodzić też o obawę przed cenzorską polityką tego typu miejsc.

 

Pomiędzy mediami a mediami społecznościowymi istnieje, owszem, nieco wymuszona symbioza. Wymuszona, bo skoro już społecznościówki istnieją, to trzeba było nauczyć się z nich korzystać w taki sposób, żeby przynosiło to jednak jakieś korzyści. Nie oznacza to jednak, że mogą one zastąpić media tradycyjne czy nawet stanowić jeden z w pełni równoważnych sposobów kanałów, którymi te będą się posługiwać.

 

Łukasz Warzecha

Między biegunami – ks. ARTUR STOPKA o „obiektywnym dziennikarstwie”

Jacek Kurski stwierdził, że w czasach gwałtownych konfliktów politycznych, tożsamościowych, kulturowych, ideowych i cywilizacyjnych obiektywizm w mediach  jest po prostu nierealny i już nieosiągalny. Ale czy na pewno nie ma na niego zapotrzebowania w spolaryzowanym społeczeństwie?

 

Znany socjolog z Uniwersytetu Śląskiego prof. Krzysztof Łęcki prawie trzy kwartały temu na swoim fejsbukowym profilu zamieścił dużymi literami, niczym mema, interesującą poradę. „Chcesz potwierdzenia, że dobrze myślisz? Odwiedź swój ulubiony portal – albo zajrzyj do swoich znajomych z fb” – zasugerował gronu swoich znajomych. Nic nie wskazuje na to, że żartował, ponieważ swojej podpowiedzi nie opatrzył uśmieszkiem, przymrużonym okiem ani jakimkolwiek innym emotikonem.

 

Ten sam naukowiec i publicysta pół roku później podzielił się w tym samym miejscu ni to spostrzeżeniem, ni to diagnozą, ni to refleksją. „Ostra polaryzacja skutkuje rosnącym prymitywizmem” – powiadomił wszystkich, którym dane było zobaczyć jego post.

 

Choć w żadnym z tych umieszczonych w mediach społecznościowych wpisów nie ma mowy o obiektywizmie, chociaż tylko jeden odnosi się do kwestii polaryzacji, a drugi tylko pośrednio kieruje myśl ku dziennikarstwu, to jednak coś je łączy. Obydwa mogą być pomocne w szukaniu odpowiedzi dla poważnego zagadnienia, zawartego w pytaniu „Czy w spolaryzowanym społeczeństwie jest zapotrzebowanie na obiektywne dziennikarstwo?”.

 

Stan faktyczny

 

Można odnieść wrażenie, że żyjemy w czasach, w których samo pojęcie obiektywizmu, nawet w jego potocznej, słownikowej treści, okazuje się kłopotliwe. Nie jest przesadnie często obecne w codziennej egzystencji dużej części ludzi. Bywa, że nie jest też prawidłowo rozumiane. Zgodnie ze słownikową definicją obiektywizm, do „Przedstawianie i ocenianie czegoś w sposób zgodny ze stanem faktycznym, niezależnie od własnych opinii, uczuć i interesów”.

 

Jednak problem pojawia się przy określaniu „stanu faktycznego”. Okazuje się, że dość powszechnie jest on utożsamiany z czymś, co można określić jako „moją wersję” wydarzeń. Za stan faktyczny uważany jest przez wielu ich ogląd rzeczywistości. Nie zdają sobie sprawy, że jest on uwarunkowany ich emocjami, poglądami, punktem widzenia itd. Zjawisko to dotyka zarówno odbiorców mediów, jak i ich twórców i dysponentów.

 

„My” i „oni”

 

Mówiąc o polaryzacji, jako zjawisku społecznym, zwykle wskazuje się, że polega ona na wyraźnym zaznaczaniu (się) różnic, akcentowaniu skrajności w stanowiskach wobec jakiejś kwestii, przekonaniach, poglądach na jakiś temat. Przypomina się, że jej istotą jest podział dotyczący grup społecznych, ideologii, systemów. Że efektem polaryzacji są siły przeciwstawne sobie, antagonistyczne.

 

Warto jednak podkreślić aspekt polaryzacji, który nie jest szczególnie eksponowany, a wcale nie dla wszystkich oczywisty (nie każdy, kto słyszał o polaryzacji, kojarzy ją z biegunowością). Chodzi o to, że polaryzacja w sensie ścisłym to rozdzielenie elementów jakiegoś układu tylko na dwie grupy. A to prowadzi do bardzo konkretnego sposobu postrzegania rzeczywistości. Staje się ona zero-jedynkowa, czarno-biała. Istnieją w niej tylko dwie grupy – „my” i „oni”. Polaryzacja jest sposobem radykalnego upraszczania nie tylko obrazu świata, ale również relacji międzyludzkich. Niesie daleko idące skutki w polityce, w poszczególnych sferach życia społecznego, a więc także w mediach.

 

W nierealnym świecie

 

Skutkiem polaryzacji jest zapominanie, iż pomiędzy biegunami znajduje się coś jeszcze. Że rzeczywistość jest bogatsza. Wielokolorowa, nie dwubarwna. Że w każdej sprawie może istnieć i istnieje wielość poglądów, a nie tylko dwa. Że żadna społeczność nie składa się wyłącznie z „naszych” i „obcych”. Rezultatem polaryzacji jest życie i funkcjonowanie w nierealnym, sztucznie wykreowanym świecie. W rzeczywistości, w której brakuje prawdy. Obiektywnej prawdy. Takiej, która nie jest wymysłem człowieka.

 

O potrzebie uznania obiektywnej prawdy pisali polscy biskupi w 2014 r. w liście pasterskim z okazji IV Tygodnia Wychowania. Stwierdzili m. in., że współczesny świat próbuje narzucić ludziom przekonanie, iż nie ma żadnej obiektywnej prawdy, a każdy człowiek rozumie i stosuje ją na swój własny, indywidualny sposób. „Co więcej, na człowieka głoszącego istnienie obiektywnej prawdy, według której pragnie on żyć, patrzy się z podejrzliwością, a nawet z lekceważeniem” – wskazywali. Zdiagnozowali też, że w takiej sytuacji przestają obowiązywać wszelkie stałe wartości.

 

Niemożliwy i nieosiągalny?

 

Przyjmuje się wtedy, że nie ma żadnych niepodważalnych punktów odniesienia, a zatem wszystko jest niestałe i zmienne” – zauważyli polscy hierarchowie katoliccy. Przywołali też słowa św. Jana Pawła II, który stanowczo przypominał: „W sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza”. W następnym zdaniu Papież Polak przestrzegał: „Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

 

Powyższe słowa biskupów i Papieża odnoszą się w znacznej mierze także do mediów. Wskazują, na czym polega istota obiektywizmu w dziennikarstwie. Od dawna pojawiają się głosy, że nie jest on w mediach w ogóle możliwy. W 2017 r. prezes TVP Jacek Kurski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stwierdził stanowczo „Nie ma żadnego obiektywnego medium”. Twierdził, że obiektywizm powstaje na nieskrępowanym zderzeniu różnych propozycji i tych ofert. Przekonywał, że ideał BBC z lat 60., oparty na założeniu, iż jakieś medium może być idealnie obiektywne, w czasach gwałtownych konfliktów politycznych, tożsamościowych, kulturowych, ideowych i cywilizacyjnych jest po prostu nierealny i już nieosiągalny. „Ludzie – i to pokazują różne badania – chcą wyboru spośród wyrazistych tożsamości” – zapewniał.

 

Istnieje obiektywnie

 

Zapewne część odbiorców faktycznie chce takiego wyboru. Ale czy wszyscy? Czy świadome polaryzowanie sfery mediów nie jest przymuszaniem części czytelników, widzów, słuchaczy, do funkcjonowania w realiach, które im nie odpowiadają? Mało tego, są sprzeczne z ich oglądem świata, z przekonaniem, że istnieje prawda obiektywna, która wcale nie jest wynikiem jakiegokolwiek wyboru.

 

Choć polaryzacja wydaje się sytuacją przez media i dziennikarzy pożądaną, ponieważ ułatwia oddziaływanie na emocje i pomaga przywiązywać ich do konkretnych gazet, stacji radiowych, kanałów telewizyjnych, serwisów internetowych czy „baniek” w mediach społecznościowych, to jednak przynosi bardzo negatywne skutki. Prof. Krzysztof Łęcki wskazał jeden z nich, nazywając go „rosnącym prymitywizmem”. Za tym określeniem kryje się obniżanie zarówno poziomu i wartości wytwarzanego w mediach kontentu, jak i zaniżanie oczekiwań oraz potrzeb odbiorców. Długotrwały brak obiektywizmu w mediach, obiektywizmu polegającego przede wszystkim na uznawaniu istnienia prawdy obiektywnej, skutkuje niszczeniem systemu wartości, zarówno w wymiarze społecznym, jak i indywidualnym.

 

Dlatego odpowiedź na pytanie „Czy w spolaryzowanym społeczeństwie jest zapotrzebowanie na obiektywne dziennikarstwo?” jest i musi być twierdząca. To zapotrzebowanie istnieje obiektywnie, niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu jest przez dysponentów oraz odbiorców uświadomione.

 

Ks. Artur Stopka

Fakty nie dyskryminują – MAGADALENA KAWALEC-SEGOND o tym jak pisać o osobach LGBT+

Nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa.

 

Istnieje pewna powszechnie występująca cecha ludzkiego umysłu, że rzeczy nienazwane nie istnieją. Jest to bardzo adekwatnie oddane w „Księdze Rodzaju”, gdy Bóg mówi do Adama: „ponazywaj je!” I tak Adam oddaje się pierwszej aktywności intelektualnej człowieka jeszcze w Raju. Istnieje i inna prawidłowość odkryta przez językoznawców już dawno temu, że język kształtuje nasze postrzeganie rzeczywistości.

 

Przykład pierwszy z brzegu. Podczas dyskusji w medium społecznościowym z pewną psychiatrą ja, biolog, powiedziałam, że „już przyjęłam szczepionkę”. Dokładnie tak samo, jak powiedziałabym, że już przyjęłam jakiś lek czy inny profilaktyk. Na co owa lekarz psychiatra zarzuciła mi, że sieję propagandę i chcę oswajać ludzi ze szczepieniami („które jak wiadomo są groźnym eksperymentem, a amantadyna wyleczy cię” ze wszystkiego: od liszajca przez kowid po bezpłodność). Sieję zatem ową propagandę szczepionkową, gdyż „przyjmuje to się Komunię”. No niewątpliwie, choć znam i takich, co „wzięli opłatek”. Wg lekarza psychiatry mam mówić „zaszczepiłam się”, na co odpowiadam, że nie mogę, bo sama tego nie zrobiłam. I tak możemy długo, tylko po co?

 

Jest takie miejsce w debacie publicznej od kilku dekad rozgrzewające się i obecnie nie mniej podminowane takimi „argumentami”, jak debata szczepionkowa czy dotycząca organizmów genetycznie modyfikowanych (GMO). Mianowicie rozpala umysły powszechnie (a nie tylko specjalistów niestety) zagadnienie „języka przyjaznego LGBT+”. Spór jest ustawiony od razu tak, aby ów język miał być przyjazny lub nieprzyjazny. Co jest samo w sobie durnowate, ale tak już żyjemy w cywilizacji szczepionkowców i antyszczepionkowców, to dlaczego nie mielibyśmy ustawiać w podobny sposób wszelkich debat. Gdzie przy pomocy nawet tak wytrawnych dziennikarzy, jak Bogdan Rymanowski, widz po spotkaniu w ringu szklanego okienka specjalisty od szczepionek i psychoterapeutki dostaje do zrozumienia, że prawda o szczepieniach leży po środku, a nie tam, gdzie leży.

 

Na łamach magazynu „Press” ukazał się niedawno w kwestii owego pisania o osobach LGBT+ specjalny tekst – nazwałabym go prostym i instruktażowym (TUTAJ). Nie chce wszczynać tu z nim polemiki, bo ze mnie żaden językoznawca, a jako prosty biolog nie poczuwam się do posiadania podstaw wiedzy niezbędnej, mogłabym zatem jedynie z dezynwolturą udawać eksperta. Myślę takiego dziennikarstwa na pewno nie warto nigdy i na żaden temat uprawiać, a jest go wokół aż nadto. Zastanawia mnie jednak, czy koledzy pouczający klimatologów, epidemiologów i wirusologów oraz genetyków i seksuologów, równie bojowo ruszają na fryzjerów, baristów czy zegarmistrzów oraz hydraulików, z którymi z pewnością przychodzi im się zetknąć w codzienności. Obawiam się, że „znanie się na wszystkim” ma się we krwi tak bardzo, że wyłazi z nas przy wszelkich okazjach.

 

Tu zatem punkt pierwszy, dla mnie ważny. Nie piszę o tym, na czym się nie znam. A jak piszę (bo muszę, człowiek dla chleba robi różne rzeczy, typu tekst o psychologii czy archeologii mnie biologowi się przytrafi), to szukam najlepszego możliwego eksperta wśród uczonych zajmujących się danym zagadnieniem (albo i dwóch) i oni mój tekst czytają, wspomagając jego redakcję. Często pomagają także przy weryfikacji materiałów pochodzących z riserczu etc. Skoro się nie znam na LGBT+ ani na wiedzy o języku, pozostaje mi: a) zrobić najgłębszy możliwy risercz samemu plus b) zapytać eksperta. Wtedy już nie będzie kwestii przyjazności i nieprzyjazności. Jeśli jakimś językiem posługuje się specjalista w danej dziedzinie (np. seksuolog), to znaczy, że jest to język nauki. A on jest jak na razie (i daj Boże, by tak zostało) językiem maksymalnie zobiektywizowanym.

 

Co mnie jednak porusza w tekście z „Press”(gdzie jako żywo autor zapytał osoby mogące uchodzić za ekspertów w tej sprawie) to brak na początku prostego sformułowania, że pisać trzeba jak o wszystkich dokładnie osobach na świecie: z szacunkiem. Oczywiście nieco innym językiem naznaczonym szacunkiem rządzi się dział nekrologów, a innym publicystyka krajowa. Jeśli jednak bardzo widać w naszych tekstach, że komuś o kim piszemy nie podalibyśmy szklanki wody, to chyba bardzo źle. I to nie jest tak, że to my decydujemy, kto jest osobą. Choć wielu ma taką ochotę – to się nazywa depersonalizacja, a nawet i odczłowieczenie się komuś zdarzy – ale to już czysta propaganda, która nawet nie stoi koło dziennikarstwa na jednej półce.

 

Nie chcę też z tekstem z „Press” polemizować, bo ja się zasadniczo z nim zgadzam. Gdybym pisała o tym zagadnieniu (np. robiła wywiad z osoba transpłciową na temat jej transpłciowości – no bo jak na inny, np. fizyki cząstek elementarnych, to co to ma za znaczenie?), to bym zastosowała takie sformułowania, jakie magazyn „Press” wymienił i zdefiniował. Tu jednak mam postulat, aby stosowne językoznawcze gremia zadbały jak najpilniej, aby wszelkie anglizmy zastąpić jednak czymś po polsku adekwatnym i zaznaczam, że na moje wyczucie językowe tłumaczenie „coming out” jako „wyjście z szafy” brzmi niepoważnie.

 

Zmieniamy nasz dziennikarski język – ja też – w toku życia i pracy zawodowej, bo opisywany przez nas świat się zmienia. Skoro pracuję w „zawodzie” popularyzatora nauki w mediach już ponad ćwierć wieku, to oczywiste, że mają miejsce nowe odkrycia naukowe, powstają nowe definicje i klasyfikacje. I nie da się tego ignorować, bo to nieprofesjonalne.

 

Biolodzy zmieniają nazwy – nawet bardzo w nauce utrwalone – gatunków organizmów, gdy w wyniku badań się okazuje, że to co „na oko” było muszką, jest w istocie wywilżną, a to co uważaliśmy za kosa, w istocie jest szpakiem. Nawet hiena już nie jest w biologii hieną, tylko krokutą centkowaną. Może dlatego nie mam tutaj jakiś zasadniczych problemów z terminologią, jaką dla pisania o osobach LGBT+ i związanych z nimi sprawach i zjawiskach proponuje „Press” tylko dlatego, że jest nowa. Pozostaje się zastanowić, czy te zmiany w nomenklaturze mają tu obiektywne naukowe podłoże. Tzw. konsensus naukowy mówi dziś, że tak (np. homoseksualizm oficjalnie przestał być chorobą czy zaburzeniem psychicznym), choć są nieliczne zdania odrębne.

 

Kolejna kwestia, czyli co czują na swój temat osoby nazywane czy wymieniane. Istotna zwłaszcza w bezpośrednim kontakcie z osobą, ale i podczas pisania o osobie czy osobach „dających się wrzucić do wspólnego worka” z dowolnym napisem na wierzchu. Bo rzecz nie tyczy się oczywiście LGBT+, ale absolutnego całokształtu populacji ludzkiej. Pisząc o autyzmie już nie pisze się o „chorobie” tylko o nieneuronormatywności, a o osobie niepełnosprawnej nie pisze się per „kaleka”, o niesłyszącej – „głuchy” etc. Między innymi z tego prostego względu, że to dla nich bolesne.

 

Ze słowem „murzyn” mam kłopot, bo znam jego pochodzenie i historię w języku polskim, zaś osobiście nikogo, kto by się na mnie za jego użycie obrażał. Czy powstanie nazwa np. „Afropolak”? Nie wiem, ale nie miałabym nic przeciwko, aby ktoś o takim pochodzeniu poprosił mnie, aby tak lub jeszcze inaczej się do niego zwracać. Podobnie jeśli jakiś Wojtek prosi, aby mówić do niego Jana czy Kamila. Dopóki nie jestem policjantem, sędzią czy innym urzędnikiem państwowym, który ma w godzinach pracy obowiązek identyfikować osobę na podstawie posiadanych przez nią dokumentów, na czym ma tu polegać mój problem?

 

Ośmielę się całe zamieszanie w umysłach i sercach wywołane niemożnością uznania, że każdy lepiej wie, jak należy do niego mówić, skoro „wygląda” skwitować starym, przedwojennym jeszcze szmoncesem. W przedziale siedzi sobie stary, brodaty żyd z monstrualnymi wręcz pejsami i modli się półgłosem, a naprzeciw siedzi inny mężczyzna i czyta gazetę. Zwraca się on nagle: „Panie starozakonny, która godzina?” Na co ów mu pokazuje zegarek, tzw. cebulę, z zamkniętą kopertą i nadal się modli. Pasażer zdruzgotany mówi: „jak pan może być tak niegrzeczny i pokazywać mi zamknięty zegarek?” Pada odpowiedź: „jak pan przez moje spodnie widzi, że jestem starozakonny, to niech pan przez kopertę zobaczy, która godzina”.

 

Gdy rodzi się pytanie, poszukujemy wiedzy i zrozumienia ile w determinacji płci, a ile w kwestii orientacji seksualnej czy transpłciowości – bo to nie są bardzo związane zjawiska – jest genetyki a ile kultury/zjawisk socjocywilizacyjnych etc., trzeba na bieżąco zapoznawać się z literaturą naukową na dany temat.

 

Jak dotąd da się powiedzieć niedużo o podłożu biologicznym autoidentyfikacji osób z grupą LGBT+. Nie umiemy znaleźć do dziś np. „genów homoseksualizmu”, więc jeśli takie podłoże genetyczne istnieje, to tak jest wielogenowe, że nawet technika GWAS nie daje rady. Oczywiście podłoże biologiczne nie zawsze oznacza wyłącznie genetyczne. Istnieją wpływy środowiskowe, hormonalne np. w okresie prenatalnym osoby, które też są biologiczne. Jeśli jednak więcej, a nawet znacznie więcej, jest tu wpływu kulturowego – nadal nie powinno być to źródłem myślenia dyskryminującego czy uwłaczającego lub opisywania osób bez należnego szacunku, bo bycia Polakiem, katolikiem też sobie i wybieramy i nie wybieramy zarazem, a nie podobałoby się nam, gdyby nas na tej podstawie dyskryminować.

 

Na koniec podzielę się tu materiałem, który znalazłam u świetnych popularyzatorów nauki, na stronie „To tylko teoria” (TUTAJ). Pokazuje on, że właśnie nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa. Jak to ujął jeden znany mi werbista: „Pan Jezus powiedział, że mamy być solą ziemi, a my staramy się być jej cukrem. Tylko soli nie trzeba za dużo – szczypta wystarczy”. Moim zdaniem warto zapoznać się z tym przykładem, bo on pokazuje, jak zachować obiektywizm i mieć oparcie w naukowych faktach, których należy pieczołowicie szukać i próbować zrozumieć – czasem w niezbędnej współpracy ze specjalistą.

 

Zatem: „W związku z popularnym ostatnio wycinkiem programu „Jeden z dziesięciu” i pytaniem o to, czy ssaki mogą być trójpłciowe, odpowiadam jako biolog, że nie. U ssaków występują wyłącznie dwie płcie.

 

Podstawowe fakty:

 

1 – Nie ma czegoś takiego, jak trzecia płeć.

 

2 – Transpłciowość to nie trzecia płeć, lecz niezgodność (inkongruencja) tożsamości płciowej z płcią (osoba płci męskiej utożsamiająca się z płcią żeńską lub na odwrót, czyli typu m/k bądź k/m).

 

3 – Interpłciowość (nazywana też hermafrodytyzmem, a rzadziej obojnactwem) to zbiorcze słowo na różne zaburzenia rozwoju płciowego (głównie choroby genetyczne prowadzące do upośledzenia narządów płciowych, zaburzeń hormonalnych, metabolicznych, procesów poznawczych), w których mogą występować cechy pośrednie między płcią męską i żeńską (między 0 i 1, mówiąc matematycznie; dwójka – czyli na tych liczbach trzecia płeć – się tutaj nie pojawia).

 

4 – U „niższych” ewolucyjnie gatunków zwierząt występuje funkcjonalny hermafrodytyzm (obie płcie u jednego osobnika w jednym czasie lub zmiana płci z jednej na drugą), ale u ssaków jest to zawsze zaburzenie, wynikające zwykle z mutacji chorobotwórczych.

 

5 – Niebinarność odnosi się do kulturowych ról płciowych – jest zjawiskiem kulturowym, nie biologicznym. Niebinarność nie jest więc trzecią płcią ani płcią w ogóle.

 

6 – Gdyby istniała trzecia płeć, to obok gonad, gamet i narządów płciowych męskich i żeńskich mielibyśmy do czynienia z trzecim ich rodzajem i odpowiadającą za jego powstanie maszynerią molekularną.

 

7 – U grzybów, z perspektywy typów kojarzenia gamet, zależnych od różnych, niebinarnych podziałów rodzajów sekwencji genetycznych, można w pewnym sensie mówić o więcej niż dwóch płciach (często nawet bardzo wielu „płciach”).

 

Dodam, że fakty naukowe nie stanowią uzasadnienia dla obrażania czy dyskryminacji. Nie należy też mylić opisu rzeczywistości z jej wartościowaniem – stwierdzenie faktów na temat płci nie obraża ani nie dyskryminuje”.

 

Czy cnota boi się krytyk? – ŁUKASZ WARZECHA o koncesji dla TVN24

Gdy kilkakrotnie zabierałem na portalu SDP głos w sprawie koncepcji repolonizacji (nazywanej też dla niepoznaki „dekoncentracją”) – i był to głos zdecydowanie krytyczny – wspominałem także, że wbrew politycznym pohukiwaniom jedynymi mediami, do których można by zastosować przepisy dopuszczalne w Unii Europejskiej, a ograniczające obce udziały w mediach, są stacje czy czasopisma będące współwłasnością podmiotów spoza UE. Tak się zaś składa, że w polskich warunkach w grę wchodziła jedynie telewizja TVN, będąca własnością amerykańską. Pisałem to w innych jeszcze okolicznościach, a więc gdy prezydentem USA był Donald Trump, a jego plenipotentką na Polskę niezrównana pani ambasador Georgette Mosbacher. Jako że poprzednia administracja amerykańska była przez polski rząd uznawana za bardzo przyjazną, a na przeświadczeniu o tej przyjaźni opierała się znaczna część polskiej polityki zagranicznej, zwłaszcza w aspekcie bezpieczeństwa – było jasne, że choć TVN jest dla obecnej władzy zadrą, żaden wrogi gest wykonany nie zostanie.

 

Dzisiaj postawiłbym tezę, że gdyby Trump wygrał był drugą kadencję, nie mielibyśmy coraz wyraźniej przebijającej się debaty o przedłużeniu koncesji dla TVN24. Sprawa ma dwa, może nawet trzy łączące się wymiary: polityczny międzynarodowy przechodzący w krajowy, krajowy właśnie oraz ściśle prawny. Bardzo szybko okazało się, że z administracją Joego Bidena relacje rządu Zjednoczonej Prawicy będą o niebo trudniejsze niż były z Trumpem. Nowa władza w Waszyngtonie może mieć tendencję, aby uderzać w Polskę jako przykład swojej bezwzględnej walki o postępowe wartości – nawet w przypadku nominalnie przecież ważnych wciąż sojuszników. Gra na swoje wewnętrzne podwórko – doskonale to znamy. Sprawa wolności mediów, w tym koncesji dla TVN24, może tu być idealnym przypadkiem pokazowym dla rodzimej publiczności.

 

To zarazem powoduje, że w obozie władzy mogą narastać dążenia, aby właśnie w ten sposób w administrację Bidena uderzyć – odmawiając koncesji stacji niezmiennie krytycznej wobec rządzących (pominę miłosiernym milczeniem prognozy niektórych, czynione w momencie przejmowania TVN przez Scripps Network w 2015 r., gdy wieszczyli, że nadchodzi radykalna zmiana linii i za moment TVN stanie się telewizją „prawicową” – rozumianą jako „wspierającą PiS”). Nie wiem co prawda, jaką korzyść miałoby nam to przynieść, ale niektórzy politycy nie analizują sytuacji w takich kategoriach. W każdym razie czynnik kładzenia uszu po sobie, aby nie urazić „wielkiego przyjaciela Polski” Donalda Trumpa – zniknął.

 

Jednocześnie nie sposób nie dostrzec, że w wypowiedziach wielu radykalnych działaczy partii rządzącej, dotyczących tej sprawy – takich jak cytowany niedawno przez Wirtualne Media Jan Mosiński – gra głęboka, emocjonalna niechęć do TVN24. Z drugiej jednak strony istnieje faktyczny, realny problem, polegający na strukturze własnościowej koncernu, będącego właścicielem TVN24 – czyli połączonych niedawno Discovery i Warner – i zawierający się w pytaniu, czy w obecnej postaci TVN24 nie łamie prawa, ograniczającego udział w mediach elektronicznych podmiotów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (nieco szerszego niż UE – należy do niego np. Norwegia, ale już nie Szwajcaria). Ponieważ amerykańskie podmioty działają z kolei za pośrednictwem podmiotu zarejestrowanego w EOG, odpowiedź nie jest rzeczywiście łatwa. Jeżeli zaś byłaby odmowna, to mimo że TVN24 sygnalizuje, iż jest gotowa na różne warianty, mielibyśmy do czynienia z decyzją postrzeganą jako ściśle polityczna, bo nie opartą na prostym zero-jedynkowym kryterium, lecz na twórczej interpretacji przepisów.

 

To wszystko prowadzi do oczywistego pytania: czy naprawdę to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji powinna wydawać koncesje? KRRiT jest z zasady organem upolitycznionym, bo jej pięcioro członków wybierają Sejm (dwoje), Senat (jeden) i prezydent (dwoje). W obecnym układzie w uproszczeniu można powiedzieć, że większość w KRRiT reprezentuje poglądy obozu władzy lub mu raczej bliskie. Tymczasem koncesja powinna być wydawana tak jak wydaje się prawo jazdy (lub w niektórych kategoriach pozwolenie na broń): jeżeli spełnia się jasne i jednoznaczne kryteria, koncesję się dostaje i koniec. Trzeba pamiętać, że chociaż KRRiT jest opisana w konstytucji (art. 213-215), to nasza ustawa zasadnicza nie mówi o jej szczegółowej roli, a więc odebranie Radzie uprawnienia koncesyjnego nie wymagałoby żadnych zmian na poziomie konstytucyjnym.

 

Może warto o tym pomyśleć? Piszę to oczywiście z pełną świadomością, że w tej chwili i w tym politycznym układzie to postulat całkowicie nie do zrealizowania, ale przecież to nie zwalnia nas od myślenia o poprawieniu działania polskiego państwa.

 

Kto w takim razie miałby koncesje przyznawać? Tu odpowiedź wydaje się oczywista: sąd. Mógłby to być np. Naczelny Sąd Administracyjny. Sędziowie, mimo kontrowersji wokół ich nominacji, są wciąż w oczywisty sposób ustawieniu dużo bardziej poza polityką niż członkowie KRRiT. Sędziowie NSA są najlepiej wykwalifikowani do podejmowania decyzji administracyjnych, a taką jest również dzisiaj wydanie koncesji dla podmiotu radiowego czy telewizyjnego. Mają największe doświadczenie w obiektywnym ocenianiu przesłanek oraz interpretowaniu prawa tam, gdzie nie jest ono jednoznaczne.

 

Gdy zaś idzie o TVN24, w interesie rządzących jest, aby tę sprawę załatwić jak najprędzej (już teraz wniosek leży w KRRiT ponad rok) i możliwie korzystnie dla stacji. W końcu – jak powiedział Ignacy Krasicki – prawdziwa cnota krytyk się nie boi.

 

Łukasz Warzecha

Dziennikarskie ćmy – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Dziennikarz powinien dbać o swój wizerunek. Podobanie się władzy – to profity, ale i wstyd, żenada i plama, której Vanish nie usunie.         

 

Jeden z moich dziś już bywszych kolegów doniósł do redaktora stowarzyszeniowego – też już bywszego – periodyku: Truszczyński reanimuje komuchów. Chodziło mu o to, że napisałem wspomnienia o Ambrosiewiczu, Walterze, Pachu, MiroszowejDziedzicowej.

 

Tak, to byli dziennikarze słuchani i mający wpływ na ludzi – oczywiście pracujący w okresie reżimowym – ale w tym co było, co dało się ocalić robili dużo i dobrze.

 

Po dzisiejszych, pożal się Boże „idolach”, nic nie zostanie. Chłopaki wylecicie z obiegu i pamięć o was zaginie. Kupcie sobie od jakiegoś biskupa ziemię orną – to będzie zabezpieczenie.

 

Obejrzałem ostatnio dyskusję w TVP. Było tego prawie godzinę. O Pani Staroń. Ładniutka inżynierka, pomagająca dzielnie biednym ludziom i opowiadająca o tym w programie TVP u Jaworowicz. Wzruszające to relacje i przygnębiające. Kandydat na RPO stara się. Podobnie jak Ikonowicz. Ci prawdziwi społecznicy rzeczywiście zasługują na oklaski i medale. Ale funkcja RPO to prawno-administracyjne kompetencje. W tłumie decydentów, którzy wyrastają jak grzyby po deszczu, większość to ludzie siedzący cichutko jak mysz pod miotłą. Pączkowanie urzędów, urzędników, tony makulatury prawniczo-administracyjnej czego nikt nie czyta – to zmora, zaciskający się gordyjski węzeł. A dobre reformy, bo ciepłe, były te, które zimą nosiły nasze babcie. Inne to tylko szumne zapowiedzi i dreptanie w miejscu.

 

Dziennikarze ćmy podłączają się. Chętnie krytykują „tamto”. Rzeczywiście wolności słowa nie było. Teraz jest. Naprawdę. I nikt nikomu nie przeszkadza mówić co myśli. Najwyżej trzeba zmienić redakcję. Fakt, że w wypadku krytyki władzy media – usługowe – głównie telewizja i radio publiczne odstawiają na bok odważniaka ciupasem. Ma być tam jak kiedyś: krytyka – proszę, ale konstruktywna.

 

To wszystko co napisałem wcale nie oznacza, że nie należy podejmować prób: jak Zaremba, WarzechaZiemkiewicz – ale i wielu innych. Choć nie jest ich tak dużo.

 

Teraz jest taka szansa. Niemieccy właściciele lokalnej prasy tracili na wydawanych w Polsce gazetach, więc pojawiła się okazja zakupu. I Obajtek kupił. To energiczny gość. Ale nie wiadomo co z tym zrobi.

 

Pani Dorota Kania wyznaczona do podejmowania decyzji personalnych to dobra dziennikarka. Sprawna. Ale czy na głównych terenowych stołkach zasiądą porządni dziennikarze, którzy będą choćby się starać pracować niezależnie, a nie być tylko przydupasami władzy?

 

Polska to bardziej „teren” niż „warszawka”. W centrali głównym marzeniem polityka jest występ w studio TVP na pl. Powstańców lub Woronicza. Tam go nikt nie „przyciśnie”. Lelum polelum.

 

Dziennikarz jest dziennikarzem tylko wówczas, gdy krytykuje, obnaża, wyciąga jak psu z gardła informacje i oceny. Do chwalenia wystarczą rzecznicy ministerstw, organizacji.

 

Jest nowa rzeczywistość – nieporównywalna. Ale prawda jest jedna. Oceny się zmieniają. Dziennikarz powinien dbać o swój wizerunek. Podobanie się władzy – to profity, ale i wstyd, żenada i plama, której Vanish nie usunie. Młodzi będą mieli w tym zawodzie długi żywot. Choć nie łatwo. Mogą być zwalniani. I będą musieli szukać od nowa. Etat mogą tracić, ale twarzy nigdy.

 

Stefan Truszczyński                                                                       

 

MIROSŁAW USIDUS: Dziennikarski obiektywizm na jednym wózku z wolnością

Około rok temu przeczytałem w jednym z najbardziej znanych tekstowisk internetowych, „Medium”, tekst pani (panny?) Nafari Vanaski, osoby o czarnym kolorze skóry, co ma tu znaczenie, o tym jak porzuciła pracę w zawodzie dziennikarskim, gdy uznała, że dążenie do obiektywizmu oznacza rasizm.

 

Być może spłycam jej wywody, ale z tego, co napisała nie chce płynąć inny wniosek. Vanaski opowiedziała, jak po kilkunastu latach pracy w zawodzie dziennikarskim dochrapała się pozycji felietonisty, ale jak sama wyjaśnia, głównie dlatego, że zastąpiła innego czarnego felietonistę. Może dla niej wygląda to OK, ale mnie trudno oprzeć się wrażeniu, że redakcja gazety w Pitsburgu, gdzie pracowała, zwracała uwagę nie tyle na jej umiejętności i talent, ile na parytet rasowy.

 

Dziennikarce przyszło zrelacjonować historię aresztowanego czarnego mężczyzny, który przejechał na czerwonym i nie zatrzymał się na wezwanie policji, rozbijając się w końcu swoim samochodem o taksówkę. Policja otworzyła podczas pościgu ogień, zakładając, jak sądzę, że takie zachowanie to znak, że ma do czynienia z groźnym przestępcą. Z jej relacji wynika, że bardzo zależało jej na publikacji materiału demonstrującego przede wszystkim nagranie pochodzące od prawnika zatrzymanego, ukazujące punkt widzenia uciekiniera, jak bał się o swoje życie, gdy policjanci zaczęli strzelać.

 

Z relacji czarnej byłej dziennikarki wynika, że zależało jej na przedstawieniu głównie racji aresztanta, z naciskiem na okrucieństwo i bezwzględność policji. Dążyła do całkowicie jednostronnego, zgodnego z broniącą przestępców, jeśli są czarnoskórzy, linią ideologiczną ruchu Black Lives Matter. Wyrażała oburzenie, że redakcja chciała zrównoważyć artykuł ukazując również wyjaśnienie zachowania policjantów i stanowisko policji. Całkowicie zamknięta w swojej jednostronności zupełnie nie przyjmowała do wiadomości, że przekaz aresztowanego przestępcy raczej nie powinien dominować tego materiału.

 

W konkluzji swoich wywodów Vanaski wygłasza napompowaną rasową ideologią tyradę to ty, jak to newsroomy gazet „są idealnym schronieniem dla rasizmu i białej supremacji”. Z wszystkiego co pisze wynika jednoznacznie, iż takie pojęcie jak obiektywizm dla niej nie istnieje – jest tylko systemowy rasizm, który każe źle (czyli obiektywnie) pisać o czarnych. Każdy, kto ma jakieś pojęcie o amerykańskich mediach, zdaje sobie sprawę, że to, co wypisuje egzaltowana aktywistka (bo już nie dziennikarka) to piramidalna bzdura. W dotkniętych wieloma problemami, skarlałych i znajdujących się pod nieustanna presją hunwejbinów, amerykańskich mediach jest po prostu wciąż sporo ludzi, którym zależy na relacjonowaniu wydarzeń w sposób bezstronny i kontradyktoryjny. Obawiam się jednak, że przyszłość należy do hunwejbinów takich jak Nafari Vanaski, bo w spolaryzowanych społeczeństwach obiektywizm jest coraz mniej ceniony i poszukiwany.

 

Debata nawołująca do „skończenia wreszcie z obiektywizmem” w tamtejszych mediach rozgorzała z ogromną siłą szczególnie po śmierci George’a Floyda, narkomana wynoszonego obecnie przez neomarksistów na ołtarze. Dobrym przykładem wzbudzonych ideologicznie komentarzy lewicowych komentatorów może być to, co napisał były reporter „Washington Post”, Wesley Lowery, w „New York Times”, że medialny obiektywizm „stanowi szczyt piramidy zbudowany z subiektywnych decyzji” i został zdefiniowany „prawie wyłącznie przez białych reporterów i ich przeważnie białych szefów”.

 

Z kwestii rasowych lewicowi „myśliciele” chętnie przenosili się na inne ważne dla nich tematy. Określający się jako „trans” Lewis Raven Wallace, autor książki „The View From Somewhere” napisał m. in.: „Uważam, że obiektywizm sam w sobie jest mitem, który został utrwalony w oparciu o normatywną perspektywę białego mężczyzny cisgender w dziennikarstwie. Dziennikarstwo, które nazywamy obiektywnym, jest generalnie po prostu stronnicze, skłaniając się w kierunku akceptowalnych norm społecznych i politycznych”. Gdyby pan Wallace był oczytany w Leninie i innych teoretykach marksizmu to zapewne by dodał, że obiektywizm jest „burżuazyjnym przeżytkiem” i narzędziem zniewolenia klasy robotniczej przez klasę panującą, gdyż jego wywody maja właściwie ten sam wydźwięk, używają jedynie innej terminologii.

 

Prasa plemienna

 

Obiektywizm dziennikarski i bezstronność polityczna mediów, jeśli były kiedykolwiek na jakimś szczycie piramidy, to z pewnością nie był to szczyt piramidy potrzeb i oczekiwań rynku odbiorców produktu medialnego. Takie jest moje zdanie i postaram się je uzasadnić odwołując się do polskiego rynku środków masowego przekazu.

 

„Gazeta Wyborcza” nigdy nie była medium bezstronnym politycznie – co do tego możemy się chyba wszyscy zgodzić. Kiedyś jednak, powiedzmy, jeszcze jakieś dwie dekady temu, przydawała się czasem do czegoś poza aktywistycznym samopotwierdzaniem w ograniczonym politycznym kręgu, by nie powiedzieć – sekcie. Dziś, inaczej niż kiedyś, sprawia wrażenie oszalałego politycznego biuletynu, redagowanego przez kogoś owładniętego silną manią prześladowczą.

 

Czy to źle czy dobrze? Chyba źle, jednak wyjście z tego ekstremalnego ciągu i podjęcie próby zdobycia się na obiektywizm, na jakiś rodzaj neutralności politycznej, nawet względnej, byłoby prawdopodobnie dla „GW” zabójcze. Z tego drogi nie ma odwrotu, bo nie ma na rynku innej, czekającej na odmienioną „Wyborczą”, grupy czytelniczej. Jest ta, która oczekuje nie obiektywizmu lecz serwowania politycznych, plemiennych, całkowicie jednostronnych samopotwierdzeń.

 

Zresztą, czy są i kiedykolwiek były w ogóle jakieś znaczące, także w sensie biznesowym, grupy odbiorców, które oczekują obiektywizmu, cenią go i są gotowe zapłacić godną cenę tylko i właśnie dlatego, że oferuje im się  bezstronność i obiektywizm? Niestety wątpię. Można by sięgnąć po obecne przykłady, takie jak media wydawnictwa Infor, „Gazeta Prawna” czy portal Dziennik.pl, która może nie stawia sobie explicite takich celów, ale wyważa, utrzymuje się gdzieś w środku, w równowadze i w jako takiej bezstronności. Ma swoją grupę odbiorców, ale czy tej grupie właśnie nade wszystko o bezstronność chodzi, czy może o inne cechy produktu oferowanego przez Infor? Poza tym, po pierwsze nie jest to grupa najliczniejsza, po drugie – z danych rynkowych wynika, że nie rośnie. Z większych zasięgowo mediów można by wskazać na informacyjne kanały Polsatu, krytykowane, co znamienne, zarówno z lewa jak i z prawa. Byłyby więc bliskie środka i obiektywizmu. Jednak nie widać, by na tym rynkowo wygrywały, przynajmniej jak do tej pory.

 

Obiektywizm i wyważenie nie były w najwyższej cenie także wcześniej, w czasach zwłaszcza dla prasy znacznie lepszych. Za bezstronną gazetę uchodziła w latach 90-tych ubiegłego wieku „Rzeczpospolita”. Zarazem dość powszechna była opinia, że była „nudna”. Piszę o tym, abyśmy nie idealizowali dawnych czasów w mass mediach i samych siebie jako czytelników/odbiorców. Ani to, że media mają być obiektywne było wówczas aż tak oczywiste, ani też nie było ze strony publiczności jakiejkolwiek silnej presji na to i oczekiwania bezstronności.

 

Dawniej jednak, nawet w „wyrazistych” politycznie mediach, jeśli chciały uchodzić za poważne (a chciały, co być może jest istotą różnicy z czasami obecnymi), dokładano starań o zachowanie pewnych standardów, przedstawienia przeciwstawnych racji, wysłuchania drugiej strony, pokazywania różnych aspektów zjawisk i wydarzeń. Wpuszczanie na łamy czy antenę oszalałego aktywizmu bez wyraźnego zaznaczenia, że nie wyraża to poglądów redakcji, przesuwało zazwyczaj tytuł czy kanał do segmentu innego niż definicyjne mass media.

 

Winni politycy, social media, ale…

 

Przyczyn rozstania może nie z obiektywizmem, bo ten w mediach zawsze był czymś wątpliwym, lecz ze staraniami, by go okazać, jak zwykle jest cała chmara. Dziennikarze lubią zwalać na polityków i zapewne mają sporo racji, gdyż politycy w dużym stopniu przyczynili się do spolaryzowania sporu i radykalizacji plemion medialnych. Donald Tusk, choć jako premier rządził rządem decydującym o losie wszystkich Polaków, pewne środki przekazu omijał, pomijał, nie wypowiadał się dla nich a czasem wręcz na różne sposoby starał się im zaszkodzić. Kontynuatorem tego typu „polityki informacyjnej” jest dziś Rafał Trzaskowski, który zresztą całkiem otwarcie zwalcza cześć mediów, które nie są zgodne z jego mediaplanem i nie współpracują w budowaniu jego wizerunku.

 

Politycy drugiej strony, choć w mniejszym stopniu, też mieli przypadki podobnych zachowań. Wspomnę o nieco zapomnianej już sprawie bojkotu TVN przez opozycyjne wówczas PiS. Nie różniło się to znacząco od stosowanego dziś przez polityków PO bojkotu „mediów PiS”.

 

Te bojkoty i dzielenie przez polityków mediów na „nasze” i „ich” silnie wzmacniały polaryzację polityczną w świecie środków masowego przekazu. Gdyby dla mediów najważniejsza była bezstronność i obiektywizmu, wystąpiłyby solidarnie przeciw zabiegom dzielącym polityków. Jednak nie zrobiły tego. Milcząco, a czasem całkiem otwarcie i aktywnie, akceptują te polaryzację i dzielenie mediów podług podziałów plemiennych w polityce. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, ma to związek z profitami, reklamami, kontraktami sponsorskimi, zleceniami na kampanie, jakimi politycy, gdy rządzą, nagradzają „swoje” media. Jakoś trudno dziś wyobrazić sobie taką sytuację, gdy media zgodnie, ponad podziałami, protestują przeciw temu systemowi dystrybucji konfitur. Protestują raczej, gdy z powodu politycznej zmiany, konfitury trafiają do mediów z przeciwnego plemienia.

 

Zatem, owszem, politycy z pełną premedytacją polaryzują, ale media akceptują system tworzony przez polityków i chętnie stają jednoznacznie po stronie plemienia.

 

Można też za zmierzch pretensji do obiektywizmu obwiniać ekspansję internetu a szczególnie mediów społecznościowych. Wielokrotnie pisałem w artykułach na portalu SDP o tym, jak potężnymi wzmacniaczami polaryzacji społecznych i politycznych są algorytmy Facebooka czy Twittera. Gdyby jednak dziennikarze, redaktorzy i publicyści, chcieli wskazywać na te mechanizmy jako przyczynę radykalnej rezygnacji z dążeń do obiektywnego relacjonowania faktów przez środki masowego przekazu, to uznałbym to za kompromitację samych mediów. Oznaczałoby to, że nawet nie próbują wracać do standardów, nie starają się zaoferować żadnej alternatywy dla zalewu fejków, półprawd, bezpodstawnych oskarżeń, zwykłego hejtu i wszelkiego innego „dobra” płynącego szeroką strugą przez social media. Co gorsza, może zrodzić się podejrzenie, że media same wykorzystują algorytmy do lansowania się na najmniej wartościowym i polaryzującym „kontencie”.

 

Mam coraz silniejsze wrażenie, że nasilanie się plemienności i polaryzacji w mediach, przy rezygnacji z jakichkolwiek prób zachowania obiektywizmu, wynika z nieco innych przyczyn. Chodzi mianowicie o specyficzną strategię biznesową „zminiaturyzowanych” mediów. Np. gazeta taka jak „GW” nie ma już liczonych wiele setek tysięcy nakładów, nie spełnia tych wszystkich funkcji, czytadła, poradnika, guide’a po mieście, życiu kulturalnym i telewizyjnym, tablicy ogłoszeń drobnych, nie ma dziesiątków innych zastosowań spełniających rozliczne potrzeby, jakie miała jeszcze ponad dwie dekady temu. Ma za to wierne, choć już stosunkowo nieliczne plemię polityczne jako czytelników, które ma oczekiwania zredukowane do codziennego potwierdzania poglądów i plemiennego sposobu myślenia. I „Wyborcza” tej ostatniej reduty swojego biznesu broni, całkiem świadomie. Tak uważam.

 

Nawiasem mówiąc głośny ostatnio spór portalu Gazeta.pl z redakcją „Gazety Wyborczej” w dużym stopniu dotyczy właśnie tego o czym wyżej piszę. W warstwie definiowania biznesu, oczywiście, bo zapewne duże znaczenie w tej wewnątrz-agorowej kłótni mają kwestie personalne i ambicjonalne.

 

Społeczeństwo, które ucieka od wolności, nie potrzebuje obiektywnych mediów

 

W wielu publikacjach neomarksistowskich hunwejbinów zwalczających ostatnio w USA z nasiloną nienawiścią pojęcie tradycyjnie rozumianego obiektywizmu w dziennikarstwie, jako wyrazu „białej” czy też „hetero”-supremacji, przewija się opinia, że obiektywizm nie pozwala reporterowi poznać „prawdy”. To zwróciło moją uwagę gdy czytałem serię artykułów nie będących właściwie już żadna publicystyką lecz ideologicznymi manifestami.

 

Z tą „prawdą” właściwie to jest racja, gdyby się tak głębiej zastanowić. Wprawdzie pisze się zwyczajowo od dawien dawna, że media mają dążyć do pokazywania prawdy. Trzeba jednak przyznać, iż nigdy nie chodziło o tę jedną jedyną prawdę, bo ta jedyna, jest w sensie filozoficznym nieosiągalna, niepoznawalna. Obiektywizm dziennikarski polegał nie na docieraniu do tej „jedynej”, co jest zajęciem daremnym, ale raczej pokazywaniu „jednej prawdy”, „drugiej prawdy”, „tamtej prawdy” i „prawdy przeciwnej”, tak by odbiorca miał możliwie jak najdokładniejsze i najuczciwsze ich przedstawienie, mógł je poznać i wyrobić sam sobie własne zdanie o tym, kto w tym wszystkim wydaje się być najbliższy prawdy.

 

Obiektywizm dziennikarski więc rzeczywiście nie oferuje jednej i niepodważalnej prawdy w takim rozumieniu, w jakim próbują wcisnąć nam swoją „prawdę” politycy i ideologowie. Zwalczający obiektywizm, czy to neomarksiści z Black Lives Matter, czy medialni przywódcy plemion politycznych w Polsce, nie oferują różnorodnych i ścierających się, ale jedną prawdę.

 

W tradycyjnie rozumianym obiektywizmie dziennikarskim chodzi o jak najwierniejsze, najdokładniejsze i jak najuczciwsze przekazanie różnorodnych prawd. Ma to sens dla społeczeństwa wolnych, zdolnych do samodzielnego myślenia i decydowania, ludzi. W świecie osobników uciekających od wolności obiektywizm rzeczywiście przestaje być potrzebny. W wielu miejscach w tym tekście sugerowałem, że wcale nie tak dużo ludzi dawniej ani tym bardziej teraz oczekuje bezstronności i obiektywizmu, co oznacza zarazem, że słabe były dążenia do wolności i samodzielności w decyzjach, i słabną coraz bardziej. Mówiąc w skrócie – w społeczeństwie, w którym jest słaby popyt wolność i niezależność poglądów, nie potrzeba również obiektywizmu w mediach.

 

Mirosław Usidus

Znaleźć miejsce dla siebie – DAWID KACZMARCZYK o tym jak młodzi patrzą na dziennikarstwo

Przyszłość zawodu jest trudna i niepewna, ale dzięki pracy, konsekwencji  i otwarciu na nowe technologie można się odnaleźć na współczesnym medialnym rynku – mówią zgodnie młodzi dziennikarze.

 

W środowisku nierzadko słyszymy głosy o końcu zawodu dziennikarza, biednych redakcjach czy niestabilnym zatrudnieniu. O tym jak wygląda to z perspektywy młodych ludzi, wchodzących w zawód, jak widzą przyszłość mediów i gdzie szukają swoich szans rozmawiamy z laureatami krakowskich Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka.

 

Nowe zadania

 

Przyszłość zawodu w oczach nagrodzonych przedstawicieli młodego pokolenia dziennikarzy jest pełna nadziei. Choć zdają sobie sprawę z trudności, które w pracy w mediach pojawiają się regularnie, zauważają również nowe wyzwania, które przynosi przede wszystkim bardzo szybko zmieniający się świat mediów. Antoni Rokicki, dziennikarz Polskiego Radia, laureat VII edycji konkursu w kategorii Debiut Publicystyczny przyznaje, że choć początki pracy nie są łatwe, to dostrzega bardzo ważne zadania, jakie dzisiaj stoją przed dziennikarzami.

 

– Nie ma we mnie pesymistycznego nastawienia, że ten zawód się skończy, albo że redakcje będą upadały – mówi. – Dobre dziennikarstwo, jakościowe dziennikarstwo zawsze się obroni. Takim sprawdzianem był i dalej jest czas pandemii. Ostatni rok pokazał nam jak ważne jest to, żeby informacja była sprawdzona, dobrze skonstruowana i że dziennikarze mają ważną misję i ważne zadanie do wykonania – dodaje.

 

Weryfikacja informacji, właściwy fact-checking to te elementy zawodu, które wskazywane są jako jedne z najistotniejszych umiejętności dziennikarza obecnie i w przyszłości. – Nie widzę zagrożenia dla dziennikarstwa. Dzisiaj, kiedy teoretycznie każdy może być dziennikarzem, bo prowadzi konto na Twitterze albo YouTubie, jeszcze bardziej potrzebujemy profesjonalnych dziennikarzy, którzy potrafią weryfikować fakty, mają większą wiedzę na pewne tematy i przede wszystkim umiejętności językowe, które ostatnio, zwłaszcza w mediach społecznościowych, ubożeją – mówi Paulina Zywar, dziennikarka Onetu, laureatka VIII edycji w kategorii Debiut publicystyczny oraz tegoroczna zdobywczyni nagrody z kategorii Reportaż po debiucie.

 

Podobnego zdania jest Michał Zieliński, dziennikarz i fotoreporter, laureat Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka z 2015 roku. Podkreśla, że dzisiaj szybkość przekazu medialnego powoduje wiele niedoskonałości. – Myślę, że to pośpiech jest największym problemem współczesnego dziennikarstwa – zauważa. I dodaje: – Wbrew ogólnemu podejściu ja jestem dobrej myśli, jeśli chodzi o przyszłość dziennikarstwa. Wydaje mi się, że ludzie tym pośpiechem są już trochę zmęczeni. Dzisiaj często w pierwszej kolejności dostajemy informacje z mediów społecznościowych. Ale jeżeli chcemy mieć pewność, że dana informacja jest prawdziwa, zweryfikowana to sięgamy do bardziej specjalistycznych źródeł, które właśnie przez to zaczynają znowu być potrzebne.

 

Laureatka IX edycji w kategorii Reportaż po debiucie – Daria Kobylińska – zwraca jednak uwagę na niebezpieczeństwa, które w przyszłości według niej będą miały zły wpływ na rozwój mediów. – Przyszłość dziennikarstwa rysuje się w czarnych barwach. Problemem jest tutaj zarówno upolitycznienie mediów, jak i biedne redakcje, których nie stać na robienie ambitnych materiałów, których realizacja wymaga nie tylko dużych nakładów czasu, ale również pieniędzy. Natomiast z drugiej strony warto mieć na uwadze to, że obok upolitycznionych koncernów medialnych w Internecie powstaje całkiem sporo oddolnych inicjatyw, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tej części społeczeństwa, która chce nie tylko wartościowego dziennikarstwa, ale również bezstronnego i niezaangażowanego politycznie. I to właśnie one dają nadzieję na to, że dziennikarstwo przetrwa, bo ono jest potrzebne – komentuje.

 

Szansa w nowych mediach

 

Ważną perspektywą rozwijania swojej ścieżki dziennikarskiej kariery są – według nagrodzonych młodych dziennikarzy – możliwości jakie daje dzisiaj Internet. Łatwość w dotarciu do odbiorcy, dostęp do narzędzi tworzenia profesjonalnych treści, czy w końcu rosnąca popularność nowych form takich jak podcasty, blogi czy serwisy społecznościowe otwierają przed młodymi dziennikarzami nowe kanały do publikowania swoich materiałów.  Adrian Burtan – laureat IX edycji w kategorii Debiut publicystyczny i tegoroczny zwycięzca w kategorii Inicjatywa roku, wskazuje na nowe media, jako dobre miejsce do budowania nowych, jakościowych inicjatyw medialnych.  – Widzę szansę dla młodych dziennikarzy w nowych mediach. Czy to w podcastach, czy w kanałach na YouTubie, czy w innych formach internetowych. Zwłaszcza jeśli pracowało się wcześniej w mediach tradycyjnych, ma się warsztat, bazę kontaktów i o wiele łatwiej jest wtedy wystartować ze swoim projektem – mówi.

 

Zauważa, że przy budowaniu swojego kanału internetowego problemem zwykle są finanse. Zwraca jednak uwagę na nowe modele zarabiania w Internecie prowadząc dziennikarskie działania. –  „Często np. podcasterzy chcąc zarobić na swoim projekcie otwierają zbiórki na portalach crowdfoundingowych. Finansowanie społecznościowe to najlepsza rzecz jaka mogła spotkać twórców w XXI wieku. Widzę jak ten model pozytywnie wpływa na inicjatorów nowych projektów medialnych. Choć trzeba zauważyć, że ten sposób finansowania z jednej strony jest łatwy i korzystny, ale nie jest stabilny. Patroni przychodzą i odchodzą więc trzeba się z tym liczyć – zauważa.

 

Również Daria Kobylińska przyznaje, że nowe media to duża szansa dla młodych dziennikarzy, ale dobrze jest zdobyć wcześniej doświadczenie w redakcji. – Z mojego punktu widzenia najlepiej byłoby, gdyby młodzi dziennikarze rozwijali skrzydła w redakcjach. Przede wszystkim dlatego, że tam mają szansę uczyć się warsztatu od doświadczonych już dziennikarzy, na których wsparcie oraz rady mogą liczyć, a przynajmniej z założenia powinni. Chociaż oddolne inicjatywy również są bardzo dobrym rozwiązaniem – przede wszystkim dlatego, że dają dużą niezależność oraz swobodę w publikowaniu treści, to uważam, że na początku swojej drogi dobrze jest poznać realia w jakich funkcjonują media. Takie doświadczenie na pewno bardzo się przyda i pomoże przy tworzeniu własnych projektów – mówi.

 

Nowe media to nie tylko przestrzeń do nowych inicjatyw, ale także ważne miejsce pracy dziennikarza. Antoni Rokicki zauważa, że istotna jest dzisiaj umiejętność świadomego wykorzystywania mediów społecznościowych w dziennikarskiej pracy. – Jednym z większych wyzwań jest umiejętne posługiwanie się mediami społecznościowymi. Z mojej perspektywy reportażysty widzę, że u dziennikarzy w mediach społecznościowych bardzo dużo jest opinii, a za mało jest pytań. Często chcemy szybko i jak najostrzej skomentować dane wydarzenie czy zjawisko. A czasami wystarczyłoby zadać dobre pytanie, co przecież jest podstawą naszego zawodu. – komentuje. Zauważa również, że dziennikarz staje się coraz bardziej wielozadaniowy i przyszłość zawodu będzie jeszcze bardziej multimedialna.  – Mimo, że pracuję w radiu i dźwięk jest tu najważniejszy, to muszę zadbać także o wysoką jakość tekstów przygotowywanych na stronę internetową, do mediów społecznościowych, o odpowiednie zdjęcia. Wyczuwa się także potrzebę myślenia o treściach wideo. Być może za kilka lat będziemy jeszcze dodatkowo coś nagrywać. Trzeba być otwartym, bo ta multimedialność jest bardzo blisko każdego dziennikarza – stwierdza.

 

Odnaleźć miejsce dla siebie

 

Młodzi dziennikarze zgodnie podkreślają, że należy spróbować samemu określić swoje miejsce a przyszłość zawodu, choć może trudna i niepewna, to dzięki pracy, konsekwencji i rozwijaniu warsztatu otworzy sporo obszarów dla młodych. Dagmara Wysocka – laureatka IX edycji w kategorii Młodzi twórcy filmowi im. ks. prof. Andrzej Baczyńskiego zauważa, że Internet, który masowo tworzy nowych dziennikarzy jest zagrożeniem dla profesjonalizmu, ale realizowanie swoich, wartościowych pomysłów przez młodych dziennikarzy jest kluczem do znalezienia miejsca dla siebie. – Przyszłość dziennikarstwa jest wielką niewiadomą. Na pewno będzie istnieć, nie wiadomo tylko w jakiej formie. Obecnie większość z nas ma dostęp do Internetu, który sprawia, że praca dziennikarzy może wydawać się coraz bardziej niepotrzebna, ponieważ bardzo ciężko jest przebić się przez informacyjny szum, który generowany jest często przez nierzetelne źródła. Młody dziennikarz, który wchodzi na ścieżkę zawodową, powinien słuchać głosu serca. Iść w tematy, które go interesują. Dziennikarstwo to przecież nie smutny obowiązek, to hobby oraz styl życia.  Zmienia się ono każdego dnia i przyjmuje nowe oblicze – stwierdza.

 

Michał Zieliński podkreśla, że najważniejszą dla niego motywacją do bycia dziennikarzem jest to, że chce to robić. I dodaje: – Uważam, że jeżeli ktoś chce opowiadać historie, to niezależnie od tego czy zaczynał 20 lat temu, czy 10 lat temu, czy teraz, to miejsce w tym świecie znajdzie. Są takie przykłady. Pojawiają się cały czas nowe nazwiska i widać, że te osoby się bardzo dobrze odnalazły. Realizują się i mają przestrzeń do tego, żeby te historie opowiadać. Co prawda ten rynek medialny nie jest tak pojemny jak byśmy chcieli i na pewno jest ograniczony pod względem finansowym. Budżety są jakie są. Dlatego te wątpliwości bardziej doświadczonych dziennikarzy rozumiem. Współczesny rynek jest trudniejszy. Jest większa konkurencja i zawód już nie jest sam w sobie tak elitarny. Ale wciąż swoją przestrzeń można odnaleźć.

 

Ministerstwo Miłości w mediach – ŁUKASZ WARZECHA o nowej koordynatorce portalu Gazeta.pl

Jak wiadomo, media działające z kościelnym imprimatur (nie dosłownie, bo mogą to być dzisiaj również media elektroniczne lub internetowe) powinny posiadać asystenta kościelnego, a więc kogoś, kto dba, żeby prezentowane treści nie stały w sprzeczności z podstawowymi zasadami wiary i nauczania Kościoła. Niegdyś takiego asystenta miał na przykład „Tygodnik Powszechny”, ale było to jeszcze w czasach, gdy nie zmienił się ostatecznie w pismo dla baaardzo postępowych katolików, afiliowane nieformalnie przy „Gazecie Wyborczej”.

 

Teraz zaś w tle konfliktu pomiędzy redakcjami papierowej „Wyborczej” a portalu Gazeta.pl, które miałyby zostać połączone (pisałem o tym poprzednio na portalu SDP) pojawia się powołanie w Gazeta.pl asystentki – tyle że nie kościelnej, ale tęczowej. W tej roli występuje młoda dziennikarka Wiktoria Beczek, która została „koordynatorką treści dotyczących różnorodności i inkluzywności”. Na pierwszy rzut oka rozszyfrowanie znaczenia tej funkcji może sprawiać pewne problemy. Czy na przykład może to oznaczać, że portal Gazeta.pl, który w swoim przekazie jest jawnie nieprzyjazny wobec Kościoła, ludzi wierzących albo tych o przekonaniach prawicowych dzięki pani Beczek zacznie patrzeć na nich przychylniejszym okiem? W końcu jak inkluzywność, to inkluzywność.

 

Otóż myślę, że wątpię, bo przecież funkcję pani Beczek trzeba rozumieć tak, jak rozumiało się nazwy instytucji w „Roku 1984” Orwella. Na przykład Ministerstwo Miłości zajmowało się wzbudzaniem nienawiści i tępieniem wrogów ludu. Tu jest podobnie: zadaniem pani Beczek nie będzie poszerzenie spektrum i wniesienie do portalu nowych punktów widzenia, ale dokładnie przeciwnie – strzeżenie politpoprawnej i tęczowej ortodoksji.

 

Przyznaję, że pani koordynator dostaje zadanie trudne, bo jak można by portal Gazeta.pl jeszcze bardziej utolerancyjnić, uinkluzywnić i uróżnorodnić, skoro we wszystkich tych kwestiach, oczywiście jedynie słusznie rozumianych, osiągnął on już, wydawałoby się, szczyt możliwości? Jestem przekonany, że pani Beczek ma tu jednak wciąż spore pole do popisu. Wprawdzie dziennikarze portalu już stosują postępowe feminatywy w nazwach zawodów, ale to przecież o wiele za mało.

 

Jak wyjaśnia pani Beczek na portalu Wirtualne Media:

 

W publikacjach wciąż stosowane są bowiem określenia archaiczne, obraźliwe wobec osób z grup doświadczających wykluczenia. W artykułach przekazujemy nie tylko informację, ale też narrację, w tym język – a to, jak opowiadamy o osobach i zjawiskach, wpływa na ich postrzeganie. W Gazeta.pl chcemy pokazywać, że można pisać inaczej – tak, by nie sprawiać bólu tym, o których piszemy i aby wzmacniać głosy dotąd niedostrzegane, wypychane poza dyskurs. Inkluzywny język to widzialność. Kiedy mówimy i piszemy o osobach z niepełnosprawnościami, osobach LGBT+, osobach niebiałych, uchodźcach, kobietach i osobach mogących zajść w ciążę, pokazujemy, że ich doświadczenia są ważne.

 

Na przykład napisanie o kobiecie, że jest kobietą, może tej osobie sprawić ból, bo przecież tego samego dnia wieczorem może się ona już poczuć mężczyzną. Albo jednorożcem. Z kolei w przypadku „głosów wypychanych poza dyskurs” trzeba wytyczyć słuszne granice. W Gazeta.pl, która co piątek lansuje najbardziej zaangażowaną wersję klimatyzmu i ekologizmu, całkowicie poza dyskurs są wypychane głosy sceptyczne wobec tych tendencji, ale to przecież nie powód, by zapraszać do dyskusji jakiegoś foliarza, który zacznie coś bredzić o tym, ile przeciętnego Polaka będzie kosztować zielona rewolucja.

 

Bardzo cenię sobie również to, że pani Beczek oddziela kobiety od „osób mogących zajść w ciążę”. Jak wyjaśnili mi na Twitterze światlejsi ode mnie obywatele, taką osobą może być np. transmężczyzna. (Tu przepraszam, jeśli się pomyliłem – nie jestem w stanie zapamiętać, czy aktualny stan osoby trans to ten, który podaje się w jej określeniu, czy też podaje się ten poprzedni. A więc czy „transmężczyzna” to mężczyzna, który aktualnie jest kobietą – czy odwrotnie. Składam niniejszym samokrytykę i obiecuję poprawę.)

 

O takim drobiazgu jak „osoby niebiałe” nawet nie wspominam, bo wstyd. Chciałbym się tylko dowiedzieć, czy w takim razie osoby białej nie należałoby nazywać osobą „nieczarną”. Ale znów nie wiem, czy nie jest to jednak nadużycie, polegające na wyróżnieniu jako punktu odniesienia jednego koloru skóry, bo przecież osoba biała jest równocześnie nieżółta. Mam nadzieję, że pani Beczek rozstrzygnie w jedynie słuszny sposób takie dylematy.

 

Ponadto stoi przed nią ogromne zadanie wyplenienia z języka portalu nadużywanych za sprawą archaicznych przyzwyczajeń zaimków typu „on”, „ona”, „jego”, „jej”. Postępowy kolektyw prowadzący stronę zaimki.pl (od razu uprzedzam: ta strona nie jest jakimś głupim żartem, mającym na celu wykpienie postępowych idei w języku – ona jest całkiem na serio) ma dla pani Beczek gotową ściągę. I tak w dziale „osobatywy” dowiemy się, że zamiast pisać „kucharki” powinniśmy napisać „osoby kucharskie”, a zamiast pisać „prezesi” – „osoby prezesujące”. Z kolei w dziale zaimków zapoznamy się z takimi nowościami jak „vono/vego”, „miau/miaugo” albo „ony/jegi”, że nie wspomnę o arcyciekawej formie „onø/jenø”.

 

Jak widać, przed osobą koordynującą Beczek mnóstwo pracy, bo choć redakcja Gazeta.pl jest z pewnością nad wyraz postępowa, to jednak trzeba będzie wykorzenić mnóstwo złych, nieuświadomionych, patriarchalnych nawyków językowych, nim wreszcie będzie w pełni postępowo, tolerancyjnie i inkluzywnie.

 

Osobom dziennikarskim z „Gazety Wyborczej” szczerze współczuję.

 

Łukasz Warzecha

 

 

Dobry człowiek, twardy facet – sylwetka Andrzeja Poczobuta, laureata Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP

Poważnie traktuje swoje dziennikarskie posłannictwo, podobnie jak działalność w Związku Polaków na Białorusi i bycie Polakiem. Szalenie bezkompromisowy dziennikarz, bardzo oddany zawodowi. Ideowy, zacięty, strasznie twardy facet, co widać nawet w osobistych relacjach – nie kryje swojej sympatii do Andrzeja Poczobuta Agnieszka Romaszewska-Guzy. Podkreśla, że jest częścią białoruskiej społeczności dziennikarskiej i człowiekiem szanowanym przez innych dziennikarzy. W swoich ocenach szefowa TV Biełsat nie jest odosobniona.

 

Poczobutowi należy się ogromny szacunek za to, że mimo choroby odmówił wyjazdu z Białorusi. W latach 80. też uważałam, że należy pozostać w kraju. Nawet za cenę aresztu – mówi sekretarz generalna SDP i działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL Jadwiga Chmielowska.  Podkreśla, że władze totalitarne zawsze chcą się pozbyć z kraju odważnych, aktywnych i mądrych ludzi.

 

Współpracujący z polsko-białoruskim dziennikarzem, współautor „Programu Wschodniego” w Radiu Wnet Paweł Bobołowicz zwraca uwagę na inną, rzadką cechę. – Nawet w Polsce potrafi jednoczyć ludzi, których jest bardzo ciężko połączyć ze względu na funkcjonujące u nas podziały. Bez względu na to czy nasze serca ciągną bardziej do prawicy, czy do lewicy, wszyscy wiemy, że do Andrzeja można zadzwonić i dowiedzieć się prawdy o wydarzeniach na Białorusi – mówi.

 

Poczobut od kilkunastu lat jest korespondentem „Gazety Wyborczej” w Grodnie, a od kilku miesięcy dzieli się wiedzą ze słuchaczami Radia Wnet, gdzie prowadzi redakcję białoruską. – Absolutnie profesjonalny i bardzo rzetelny – chwali dziennikarz Radia Wnet.

 

Profesjonalizm, rzetelność, duża wiedza, znajomość poruszanych tematów, docenienie przez media z różnych stron dziennikarskiej i politycznej barykady. To dużo, ale to tylko część cech blogera i dziennikarza, ale również działacza polskiej mniejszości i historyka. Dyrektor telewizji Biełsat wskazuje kolejną dość rzadką cechę w dzisiejszym, nie tylko dziennikarskim świecie.

 

Jest dobrym i lojalnym kolegą. Mogłam to wypróbować, kiedy w czasie rządów PO-PSL zaproponowano mu, żeby zajął moją posadę dyrektora TV Bielsat. Nie zgodził się. Nie dlatego, że nie podobał mu się pomysł, ale uważał, że tak się nie robi i uprzedził mnie o propozycji jaką otrzymał. Zrobił to, chociaż nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi – wspomina Agnieszka Romaszewska-Guzy.

 

Poczobut woli przekazywać informacje, co jest misją jego zawodu, niż gwiazdorzyć w mediach. Nie szuka wyznawców. Prawdopodobnie wynika to z jego charakteru.

 

Jest dość skrytym człowiekiem. Nie jest typem gwiazdora. Nie obnosi się ze sobą, nie jest zakochany w sobie z wzajemnością – opowiada Agnieszka Romaszewska-Guzy. Jak mówi większość rzeczy, które wie o Poczobucie, dowiedziała się z innych źródeł niż on sam. Od niego niewiele można się dowiedzieć, bo nigdy specjalnie nie opowiada o życiu prywatnym.

 

Ma swoje zdanie na dany temat. Jak sobie je wyrobi, twardo się go trzyma. Pasjonat historii i samouk w tej dziedzinie, bo ukończył wydział prawa. Wszystkie badania historyczne prowadzi sam – dodaje szefowa TV Biełsat.

 

Szczególnie od sierpnia ubiegłego roku, podczas rozmów z nim, miałem uczucie, że mówię z osobą, która za swoje słowa może zapłacić cenę wolności. I tak się niestety stało – wskazuje Bobołowicz.

 

25 marca Andrzej Poczobut po raz kolejny za działalność dziennikarską, społeczną i polityczną trafił do aresztu. Tam obchodził 48. urodziny. Można powiedzieć, że przebywanie w aresztach to jego smutna codzienność od 2011 roku. Wtedy prokuratura postawiła mu zarzut o znieważenie prezydenta Aleksandra Łukaszenki w artykułach publikowanych w „Gazecie Wyborczej”, na portalu „Biełorusskij Partizan” oraz na jego blogu. Zatrzymano go na 72 godziny po czym umieszczono w areszcie śledczym. W lipcu 2011 roku sąd w Grodnie skazał go na 3 lata więzienia w zawieszeniu na okres 2 lat. Dwa lata później sąd zdecydował o zwolnieniu Poczobuta z odbywania kary.

 

Ostatnio dziennikarz usłyszał absurdalny zarzut podżegania do nienawiści, za co w białoruskim kodeksie karnym grozi od 5 do 12 lat więzienia. A wszystko w związku z organizacją tradycyjnego kiermaszu Kaziuki, który według tamtejszych władz jest nielegalny. Powiedzieć, że to absurdalne zarzuty to stwierdzić banał. Jak podkreślają rozmówcy portalu sdp.pl, z olbrzymim szacunkiem zawsze odnosił się do swoich dwóch ojczyzn  –  Białorusi i Polski.

 

Byłem zaskoczony tym, że władze białoruskie posunęły się do aresztowania Poczobuta pod sfingowanym zarzutem działalności antypaństwowej. To dowód, że reżim Łukaszenki jest gotowy na bardzo zdecydowane działania. Przed porwaniem samolotu z Ramanem Pratasiewiczem to było chyba najbardziej drastyczne posunięcie białoruskiego reżimu na styku Polska-Białoruś – komentuje dziennikarz Krzysztof M. Kaźmierczak.

 

 Andrzej to człowiek olbrzymiej tolerancji i otwartości. Jak można mu stawiać zarzuty, że może rozbudzać nienawiść międzyetniczną czy międzyreligijną? – retorycznie pyta Paweł Bobołowicz.

 

Można, bo w sowieckim systemie na każdego znajdzie się paragraf.

 

Świadomość kolejnego aresztowania towarzyszyła Poczobutowi cały czas. – Pytałem go w sierpniu ubiegłego roku czy nie obawia się utraty wolności. Andrzej odpowiedział, że to kwestia czasu, a nie tego, czy tak się stanie – wspomina dziennikarz Radia Wnet.  I na sięganiu po najbardziej drastyczne metody – jak wskazuje Paweł Bobołowicz – polega przewidywalność reżimu Łukaszenki.

 

Z najnowszych informacji wynika, że stan zdrowia Andrzeja Poczobuta jest zły. 16 czerwca w rozmowie z portalem Kresy24.pl, jego żona Oksana poinformowała że zaraził się koronawirusem, kaszle i słabnie. W areszcie w Żodzinie nie ma ambulatorium. Dziennikarz przebywa w przepełnionej 13-osobowej, zawszonej celi, w której nie ma stałego dopływu powietrza. Najbliższe dni będą dla Poczobuta, który cierpi na wadę serca szczególnie trudne, bo Białoruś czeka fala upałów.

 

Przetrzymywanie go w warunkach, które są bardzo ciężkie nawet dla w pełni zdrowej osoby jest dużym zagrożeniem. Nie należy lekceważyć informacji, które do nas docierają. Przede wszystkim apeli pani Oksany Poczobut, która upomina się o badania lekarskie dla Andrzeja i dostarczanie leków – mówi Bobołowicz.

 

Obaw nie kryją i inni. – Może być zagrożone jego życie. A dla reżimu byłoby wygodne, żeby się go pozbyć np. gdyby zmarł na COVID-19 – ocenia Kaźmierczak.

 

Poczobut mógł opuścić areszt. Musiałby się jednak zgodzić na emigrację np. do Polski. Nie zdecydował się na ten krok.

 

To człowiek niezłomny, a niestety takie osoby płacą wysoką cenę. Andrzej nie jest osobą, która będzie chciała skorzystać z prostych możliwości. Przez tyle lat nie dał się wyrzucić z Białorusi. Od początku jest jednoznaczny w ocenie reżimu Łukaszenki. Więzienie nie stanowiło dla niego strachu, który miałby spowodować, że przestanie mówić prawdę. Ale to niestety odciska się na nim i musimy się martwić o niego, o Andżelikę Borys i o wszystkie osoby, które reżim traktuje z pełną brutalnością – podkreśla Bobołowicz.

 

Kaźmierczak liczy, że władzom nie uda się zmusić Poczobuta do emigracji, bo jego siłą jest to, że przygląda się z bliska ich działaniom.

 

Polska i Unia Europejska zrobiły za mało w sprawie Poczobuta i innych zatrzymanych osób. Dlatego podpisałem list, który był nie tylko sprzeciwem wobec tego co dzieje się na Białorusi, ale również apelem do władz Polski i UE o podjęcie zdecydowanych działań w sprawie więzionych na Białorusi osób z polskimi korzeniami, w tym Andrzeja Poczobuta – wskazuje nasz rozmówca.

 

Fala prześladowań niezależnych mediów i dziennikarzy na Białorusi przyspieszyła po wyborach prezydenckich, które odbyły się w sierpniu 2020 roku. Wcześniej takie działania też były podejmowane, ale teraz są znacznie bardziej dotkliwe i zataczają znacznie szersze kręgi.

 

Władze białoruskie realizują konsekwentnie swoją strategię, która polega na uciszaniu czy zamykaniu środków komunikacji, z których można czerpać niezależne informacje. Najpierw aresztowano dziennikarzy, którzy relacjonowali protesty. Potem zaostrzono represje wobec nich. Można nawet powiedzieć o polowaniu na dziennikarzu relacjonujących protesty, które w kilku przypadkach zakończyły się wyrokami długoletniego więzienia – nie ma wątpliwości publicysta portalu wPolityce.pl i analityk spraw międzynarodowych Marek Budzisz. Wskazuje, że działania dotyczyły nie tylko największego portalu TUT.by, który generował około 60 proc. wszystkich odsłon w sieci, ale również Niezależnego Związku Dziennikarzy Białoruskich czy lokalnych mediów.

 

W ocenie sekretarz generalnej SDP Jadwigi Chmielowskiej jesteśmy świadkami przebudzenia się narodu białoruskiego i wielkiej identyfikacji narodowej wśród społeczeństwa naszych sąsiadów. Tamtejsi dziennikarze odgrywają w niej znaczącą rolę. – Dziennikarze relacjonujący to, co się u nich dzieje stanowili zagrożenie dla reżimu, który nie chciał, żeby Białorusini się identyfikowali z własną narodowością. Zamykanie dziennikarzy jest gestem rozpaczy władz totalitarnych, które nie chcą, żeby ich naród był świadomy. Dziennikarze i media służą do komunikacji w społeczeństwie – przekonuje była działaczka opozycji w PRL i wskazuje, że prześladowanie dziennikarzy grozi destabilizacją państwa.

 

Prognoza dalszych działań władz białoruskich nie nastrajają optymistycznie. Nic nie wskazuje, że w najbliższym czasie dojdzie do liberalizacji systemu. – Białoruskie władze wielokrotnie, nawet publicznie deklarowały, że pójdą do końca i zlikwidują niezależny obieg informacji na Białorusi. Zrobią to zastraszając dziennikarzy, aresztując i zamykając w więzieniach, zmuszając niepokornych do emigracji albo przejmując media. Z tym ostatnim działaniem mamy do czynienia w przypadku portalu TUT.by – twierdzi Budzisz. Trudno więc w jego ocenie mówić o przejawach czy zwiastunach, że obecna linia polityczna stanie się mniej represyjna. – Niestety spodziewam się, że pan Poczobut, niezależny dziennikarz i jeden z liderów polskiej mniejszości na Białorusi, który na dodatek odmówił emigracji, zostanie skazany na długie więzienie – ubolewa analityk. Dodaje: – Ale to nie znaczy, że należy rezygnować z wywierania presji. Prędzej czy później władze w Mińsku muszą ustąpić. Najprawdopodobniej więźniowie polityczni zostaną wypuszczeni na wolność. To powinno być w ogóle warunkiem jakichkolwiek rozmów czy poluzowania presji.

 

Zakres możliwych działań podejmowanych na rzecz uwolnienia Andrzeja Poczobuta i innych więźniów politycznych nie jest szeroki. Nie można jednak rezygnować. – Potrzebny jest maksymalny rozgłos na arenie europejskiej i międzynarodowej. Jestem również zwolenniczką sankcji i bardzo ostrego potraktowania reżimu białoruskiego oraz rosyjskiego, bo one są ze sobą połączone – podsumowuje Agnieszka Romaszewska-Guzy.

 

Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia