Musica Divina – ŁUKASZ WARZECHA o spychaniu recenzji kulturalnych na margines

Piszę ten tekst w nocy po koncercie rosyjskiego zespołu Uzorika w krakowskim kościele św. Floriana w ramach festiwalu Musica Divina, organizowanego przez Fundację InCanto. Pięć pań, które udało się nadludzkim wysiłkiem i dzięki pomocy wielu dobrych ludzi sprowadzić do Polski z Rosji w epoce covidowych restrykcji, wykonują staroruską muzykę religijną, tak zwany znamiennyj raspiew i śpiew liniowy. Kto nie słyszał czegoś takiego na żywo, ten nie ma pojęcia, jakich przeżyć może dostarczyć muzyka, i to mimo że w tym przypadku mówimy o muzyce budowanej nieco inaczej niż kanony harmoniczne wypracowane na Zachodzie, znane nam najlepiej.

 

Nie chcę tu jednak pisać o muzyce dawnej, w tym staroruskiej (choć bardzo namawiam do zainteresowania się nią), ale o moim własnym zaskakującym nieco doświadczeniu z mówieniem i pisaniem o kulturze wysokiej. Nie jest to mój główny temat – jak wiedzą wszyscy moi czytelnicy czy widzowie mojego kanału na YouTube. Jestem przede wszystkim publicystą politycznym i ekonomicznym. Owszem, lubię pisać i mówić o sztuce – jako amator oczywiście. Muzyki dawnej słucham od wielu lat, mam dużą kolekcję płyt, ale nie udaję, że jestem zawodowcem. Tym bardziej ucieszyłem się z propozycji napisania tekstu do tegorocznej książki festiwalowej właśnie na Musica Divina. Opisałem w nim własną drogę do muzyki klasycznej.

 

Jestem też wielbicielem muzeów, a że trochę jeżdżę po Polsce, staram się widzom mojego kanału opowiadać o tym, jakie miejsca odwiedzam i co ciekawego można tam zobaczyć. Można by powiedzieć: ars gratia artis, bo przecież ile osób może interesować, że warszawski zespół La Tempesta w szczycie lockdownu w 2020 r. postanowił zarejestrować pierwsze polskie nagranie Handlowskiego „Mesjasza”, że Fundacja InCanto walczyła o pieniądze na festiwal muzyki dawnej w Krakowie (aktualna edycja jest już czwarta) albo że w poznańskim Muzeum Archidiecezjalnym w dawnej Akademii Lubrańskiego można zobaczyć niesamowitą pietę z 1420 r.?

 

I tu można się zdziwić. Liczba wiadomości, komentarzy, reakcji na te właśnie wzmianki o sprawach wysokiej kultury przekroczyła wszelkie moje oczekiwania. Sporo osób wsparło zbiórkę i kupiło płytę z nagraniem „Mesjasza” dzięki informacjom, które znaleźli u mnie – wiem to od ludzi związanych z zespołem La Tempesta. Wiele osób pisało do mnie, że odwiedzili to lub inne miejsce – muzeum, galerię, miejscowość – dzięki mojej rekomendacji. Wiele innych dziękowało za to, że opowiedziałem o miejscu, które jest dla nich ważne albo nad stworzeniem którego pracowali. Każda taka wzmianka, prawdę mówiąc, cieszy mnie bardziej niż dyskusja polityczna w mediach społecznościowych rozpoczęta jakimś moim tekstem.

 

Warto jednak przez moment zastanowić się nad ogólniejszymi wnioskami. Po pierwsze – wnioskuję, że przynajmniej część odbiorców jest spragniona niekoniecznie specjalistycznej recenzji i rekomendacji ze sfery kultury wysokiej. Mam wrażenie, że tego bardzo brakuje.

 

Po drugie – odbiorcom nie przeszkadza połączenie (mowa o wideoblogu) komentarza politycznego ze sprawami kultury. I może ma to związek z wnioskiem pierwszym: recenzje i rekomendacje kulturalne są zepchnięte gdzieś na margines, a już szczególnie jeśli dotyczą dziedzin mniej popularnych. Ja podsuwam je swoim widzom na tym samym poziomie co komentarz polityczny i wiem, że moi odbiorcy są z tego w większości zadowoleni. Piszą, że taki zestaw im się podoba, bo pozwala się na koniec filmu oderwać od polityki. Podoba im się też, że polityczny publicysta staje się dzięki takim tematom bardziej ludzki – ma swoje pasje, zainteresowania niezwiązane z główną dziedziną działalności. To dla mnie dobry sposób na bliższy kontakt z moimi odbiorcami.

 

Po trzecie – czy nie jest przypadkiem tak, że publicystyka kulturalna przeżywa kryzys? Kojarzę fascynujące teksty choćby o muzyce dawnej, ale na bardziej niszowych portalach, takich jak znakomita Teologia Polityczna. Sam pisywałem teksty głównie o kompozytorach, których życie jest kopalnią anegdot, dla Magazynu TVP, potem Magazynu Polsat News i jego następcy – Magazynu Interii. Pisałem o Bachu, Handlu, de Sainte-Colombie, Marais, Gesualdzie, pisałem też o sporach o sztukę nowoczesną i o tym, jak czytać dawne malarstwo. Komentarze czytelników przekonały mnie, że na takie teksty jest popyt i są czytane w miejscach, gdzie wydawałoby się, że sprzedadzą się jedynie tematy z popkultury.

 

Do tego, że mimo potężnych problemów tegoroczny festiwal Musica Divina jednak udało się zorganizować, przyczyniła się rozmowa znanego konserwatywnego vlogera, obserwowanego przez prawie 90 tys. osób, Tomasza Samołyka, z Łukaszem Serwińskim, założycielem Fundacji InCanto i dyrektorem artystycznym Musica Divina. Prawie dwugodzinny wywiad o muzyce dawnej, festiwalu, wyrabianiu sobie gustu muzycznego, obejrzało 20 tys. ludzi. Można powiedzieć, że to niewiele w porównaniu z setkami tysięcy oglądających jakieś paruminutowe bzdury w stylu „facet ściąga gacie w sklepie”, ale proszę sobie uświadomić: 20 tys. ludzi chciało posłuchać o temacie, który w Polsce uznaje się za kompletnie marginalny!

 

Być może więc jakaś część dziennikarzy, na co dzień zajmujących się całkiem innymi sprawami, którzy obawiają się pisania czy mówienia o kulturze wysokiej, bo to nie ich dziedzina, bo przecież są od tego specjaliści, bo nikogo to nie interesuje – przełamie się. Moje doświadczenie każe mi twierdzić, że odbiorców takich treści jest znacznie więcej niż byśmy się spodziewali, a niektórzy mogą nawet nie wiedzieć, że ich to interesuje – bo nigdy na tego typu tematy nie trafili.

 

Kilka razy zdarzyło mi się, że widzowie mojego wideoblogu lub czytelnicy moich tekstów o muzyce pisali, że pod moim wpływem sięgnęli po muzykę dawną albo prosili o pomoc w rozpoczęciu swojej przygody z nią. Zapewniam – taka wiadomość daje gigantyczną satysfakcję.

 

Łukasz Warzecha

Sprawdzą czy to był wypadek – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o śmierci dziennikarki z Chodzieży

Prokuratura Krajowa ma przeanalizować śledztwo w sprawie wypadku, w którym zginęła dziennikarka Anna Karbowniczak. Tuż przed śmiercią kobieta otrzymywała groźby związane z jej pracą.

 

„Na polecenie Zastępcy Prokuratora Generalnego Krzysztofa Sieraka w Departamencie Postępowania Przygotowawczego przeprowadzona zostanie kompleksowa analiza śledztwa dot. śmierci dziennikarki Anny Karbowniczak oraz prawidłowości wydanych w nim decyzji końcowych.” Czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej zamieszczonej w mediach 28 lipca br. Wygląda na to, że wrzesień w współczesnej historii poznańskich dziennikarzy, zapisze się bardzo boleśnie. 1 września 1992 roku został uprowadzony, a następnie zamordowany red. Jarosław Ziętara. 18 lat później, również we wrześniu, dokładnie w czwartek 3 września 2020 roku straciła życie red. Anna Karbowniczak z „Głosu Wielkopolskiego” i portalu naszemiasto.pl. Dziennikarka została śmiertelnie potrącona przez samochód dostawczy podczas jazdy na kolarzówce na trasie pomiędzy Budzyniem a Wągrowcem. Do wypadku doszło na prostym odcinku drogi. Kierowca nie zatrzymał się by udzielić pomocy kobiecie, zbiegł. Dzień później Ania miała świętować swoje 35. urodziny.

 

W poniedziałek, 16 sierpnia 2021 roku, blisko rok po tragicznej śmierci dziennikarki, w Sądzie Rejonowym w Wągrowcu odbyła się pierwsza rozprawa Macieja N.Oliwii P. Maciej N. to kierowca busa, który miał uderzyć w jadącą na rowerze kobietę, a Oliwia P. siedziała na fotelu pasażera. Oboje nie udzielili pomocy Annie Karbowniczak, po wypadku drogowym, do czego się przyznali i pragną dobrowolnie poddać się karze. Pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego nie zgadza się jednak z decyzją o umorzeniu śledztwa wyjaśniającego okoliczności wypadku z września 2020 roku, sprawie ma się przyjrzeć także Prokuratura Krajowa oraz, decyzją sądu, dostarczone zostaną dodatkowe opinie biegłych. W busie był jeszcze trzeci pasażer Mateusz C., który nie zgodził się na dobrowolne poddanie karze i w związku z tym jego sprawa będzie rozpatrywana osobno.

 

Co się wydarzyło

 

Anna Karbowniczak, fot. Facebook

Według relacji policji, w czwartek, 3 września 2020 roku ok. godziny 14.00, zadzwoniła kobieta, która przejeżdżając trasą Budzyń-Wągrowiec, w okolicy miejscowości Brzekiniec zauważyła leżącą, potrąconą przez samochód rowerzystkę. Następnego dnia, 4 września, przed południem ukazał się poniższy komunikat:

 

„Policjanci z Chodzieży poszukują niebieskiego Renault Trafic lub Opla Vivaro. Kierowca takiego auta w czwartek potrącił śmiertelnie 35 letnią rowerzystkę i uciekł z miejsca wypadku (…)

 

Policjanci na miejscu zabezpieczyli ślady wskazujące na to, że poszukiwany mógł poruszać się samochodem Renault Trafic albo Oplem Vivaro koloru niebieskiego. (…)W związku z tą sprawą prosimy o kontakt wszystkie osoby, które widziały takie auto z uszkodzeniami przedniej, prawdopodobnie prawej strony nadwozia.(…).

 

Dodatkowo „Komendant Powiatowy Policji w Chodzieży wyznaczył specjalną nagrodę finansową dla osoby, która przekaże istotne informacje, przydatne do identyfikacji pojazdu i sprawcy wypadku.”

 

W piątek, ok 18.00 policja ogłosiła, że udało się odnaleźć busa. Kierowcę i samochód namierzono między innymi dzięki zapiskom z monitoringu. Zatrzymano trzech mieszkańców Wągrowca w wieku 25 – 33 lat. Prokuratura wycofała zarzuty wobec brata kierowcy busa i jego znajomego, którzy naprawiali samochód po wypadku oraz zarzuty dotyczące zacierania śladów przez kierowcę i dwoje jego pasażerów. Śledczy, na podstawie opinii biegłego uznali, że to dziennikarka, a nie kierowca, spowodowała wypadek.

 

– Kierowca nie mógł go uniknąć i nie ponosi za to winy. Skoro nie ponosi, to nie mógł zacierać śladów przestępstwa, bo go nie popełnił. Tym samym umorzono wątek zacierania śladów przez pozostałe osoby – powiedział dziennikarzowi portalu Onet.pl, Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

 

Groźby pod adresem red. Anny Karbowniczak

 

Zmarła dziennikarka jeszcze w sierpniu, przed śmiercią spotkała się z poważnymi groźbami, związanymi z jej pracą. Była to wiadomość, w której autor poinformował że posiada informacje o rodzinie dziennikarki, a także o wyglądzie i zainteresowaniach jej samej. Do redakcji wpłynęło też sfałszowane pismo oczerniające kobietę.

 

Anna Karbowniczak relacjonowała dramatyczną historię 2-letniego chłopca, który był ofiarą wielomiesięcznej przemocy domowej i stracił życie uduszony przez 21-letnią matkę. W sierpniu ukazał się kolejny artykuł autorstwa Anny, w którym poinformowała o zbliżającym się akcie oskarżenia wobec matki chłopca i jej partnera. Zwróciła także uwagę, że konsekwencji dyscyplinarnych uniknie odwołany za tę sprawę były komendant policji, gdyż odszedł na własną prośbę na emeryturę. O groźbach pod adresem reporterki została powiadomiona prokuratura. W piątek 4 września 2020 formalnie wszczęto śledztwo dotyczące wspomnianych gróźb i zniesławienia. Rzecznik poznańskiej policji Andrzej Borowiak potwierdził, że śledczy badają ten wątek sprawy. Na ten moment nie łączą jednak obu zagadnień.

Anna Karbowniczak przez wiele lat była dziennikarką „Chodzieżanina”, portalu Chodzież NaszeMiasto.pl i „Głosu Wielkopolskiego”.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

ŁUKASZ WARZECHA: Czy jest możliwa alternatywa dla Radia Maryja

W Małopolsce nadawanie zaczęło katolickie, ewangelizacyjne Radio Profeto. KRRiT wydała w tej sprawie decyzję jeszcze we wrześniu ubiegłego roku, a rozgłośnia wkrótce zacznie cyfrowe nadawanie w kolejnych regionach i tym samym zyska zasięg ustępujący jedynie temu, jaki ma Radio Maryja. Ta wiadomość sprawiła, że pomyślałem o dwóch kościelnych projektach, które zostały zmarnowane: Telewizji Puls i Radiu Plus.

 

Tak, dobrze państwo kojarzą: obie te marki nadal istnieją na medialnym rynku, jednak nie mają już nic wspólnego z pierwotnymi planami. Nie będę tutaj opisywał ich skomplikowanej historii, bo każdy ciekawy może ją bez trudu odnaleźć w Internecie. Dość powiedzieć, że jest to historia straconych szans. Jeżeli dzisiaj spojrzeć na nazwiska, jakie brały udział w tworzeniu TV Puls, można się zdziwić, jak to możliwe, że stacja tak błyskawicznie popadła w kłopoty finansowe. Owszem, to były inne czasy i przebicie się na początku lat 2000. z projektem, mającym odtworzyć częściowo poetykę TVP za prezesury Wiesława Walendziaka, było bardzo trudne. Ale ta smutna historia przez długi czas była w środowisku konserwatywnym przytaczana jako memento, do czego może doprowadzić brak finansowej dyscypliny i myślenie kategoriami życzeniowymi, a nie realnymi. Niektórzy wyciągnęli z tego zresztą wnioski. Inni – bynajmniej.

 

Historia Radia Plus jest bardziej skomplikowana, ale jedno jest jasne: z ogólnopolskiej sieci rozgłośni katolickich, która miała stanowić konkurencję dla lewicowych i liberalnych mediów, nie zostało nic. I to już dawno temu.

 

Na rynku medialnym pod kościelnym sztandarem występuje jeden względnie silny gracz, czyli minikoncern o. Tadeusza Rydzyka. Lecz jakkolwiek byśmy nie oceniali jego dokonań i sposobu przekazywania informacji (zaręczam, że wiele osób myślących stereotypowo mogłoby być zaskoczonych profesjonalizmem niektórych programów TV Trwam, w tym tych informacyjnych), jasne jest, że nie do wszystkich ten przekaz jest skierowany i nie wszystkim będzie odpowiadał. Poza tym są na rynku mediów katolickich gracze papierowi oraz radiowi, rozproszeni, okazjonalnie powiązani w sieci i współpracujący, ale trudno tu mówić o większym znaczeniu.

 

Przyczyny wydają się proste: poszczególne diecezje mają różnych gospodarzy, ci gospodarze mają różne ambicje, różnych współpracowników, różne podejście do mediów. Wielu chce mieć własną rozgłośnię lub gazetę tylko po to, żeby powielała jedynie słuszną linię i przekazywała „ogłoszenia parafialne”, a w ten sposób słuchaczy się nie zdobywa. O telewizji w ogóle nie ma co mówić, bo to o wiele za duże przedsięwzięcie i nie ma mowy, żeby zrealizować je na poziomie pojedynczej diecezji.

 

Poza przedsięwzięciem o. Rydzyka polski Kościół nigdy nie był w stanie stworzyć mediów o większym znaczeniu i to jest zapewne jedna z przyczyn jego obecnego kryzysu. Nie chodzi o to, że takie media broniłyby Kościoła per fas et nefas, bo to byłoby działanie nie tylko kontrproduktywne, ale też zwyczajnie moralnie złe. Chodzi o to, żeby istniało znaczące medialnie miejsce, gdzie można by toczyć uczciwą dyskusję o problemach – w tym problemie pedofilii w Kościele – i gdzie można by uczciwie przekazywać, jakie kroki Kościół w tej sprawie podjął. Zwłaszcza z tym ostatnim jest problem, a media państwowe tutaj nie pomagają, ponieważ ich przekaz jest tak skrajnie propagandowy, że staje się niewiarygodny i niemało odbiorców jest skłonnych uznać, że skoro TVP mówi jedno, to na pewno jest dokładnie odwrotnie.

 

Z tym że to oczywiście nieco idealistyczne podejście. Każdy, kto ma do czynienia z mediami oraz jednocześnie zna trochę kościelne struktury od środka, ten wie, że problemy, które mają również inne media – a więc między innymi kwestia niezależności redakcji od właściciela – w przypadków mediów kościelnych należy pomnożyć przynajmniej przez dwa. Mamy tu choćby delikatny problem posłuszeństwa duchownych pracujących w takich redakcjach wobec swoich przełożonych, którzy są jednocześnie tych mediów właścicielami. Właściciele ci, a więc zwierzchnicy diecezji, nie rozumieją z kolei często, że warunkiem wyjścia medium kościelnego poza krąg ściśle „parafialny” jest danie mu daleko idącej swobody działania i komentowania również poczynań samej hierarchii kościelnej. Znam wypadki, obejmujące również kościelne czasopisma, gdy sprawiało to naprawdę duże problemy – szczególnie tym księżom, którzy zmuszeni byli wybierać pomiędzy tożsamością dziennikarską a klerykalną.

 

Dublowanie przedsięwzięcia o. Rydzyka zapewne nie ma sensu i jest też organizacyjnie niemożliwe, szczególnie że polski Episkopat ma dzisiaj poważniejsze problemy, a i nie jest wystarczająco spójny ideowo, żeby uzgodnić między sobą linię takiego medium. W takim razie pozostaje mieć nadzieję, że rozgłośni w rodzaju Radia Profeto będzie więcej oraz że będą ze sobą przynajmniej umiały współpracować ad hoc, tworząc sieci obejmujące większą część kraju.

 

Kościół nie tylko ma prawo, ale powinien mieć swoje media. Tyle że najpierw jego naczelni pasterze musieliby zmienić swój sposób myślenia o nich, który w zbyt wielu przypadkach pozostaje skrajnie anachroniczny. Być może taka zmiana przyjdzie jako uboczny skutek zmian wymuszonych walką z bardzo trudnymi problemami ukrywanych latami win, które dzisiaj przede wszystkim polskiemu Kościołowi zagrażają.

 

Łukasz Warzecha

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Komplementarność, nie alternatywa

Konkurencyjność, alternatywa to słowa, które oczywiście kojarzą się nam ze światem środków społecznego przekazu. Odbiorcy mediów szukają różnych propozycji, ważnych i bliskich dla siebie, dla własnej wrażliwości. Jednak w mediach katolickich chodzi tak naprawdę o komplementarność przekazu.

 

Powodem napisania tego komentarza jest publikacja, która ukazała się na portalu Wirtualnemedia.pl (TUTAJ).

 

Dla autorów artykułu fakty, że w Limanowej w południowej Małopolsce działa katolickie Radio Profeto, które nadaje na częstotliwości 100,3 FM, wkrótce zaś w DAB+ stacja rozpocznie regularną emisję w kilku dużych polskich miastach, a Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji podjęła uchwałę o rozszerzeniu koncesji dla tej rozgłośni, stały się powodem do nadania intrygującego tytułu:  „Będzie alternatywa dla Radia Maryja?  Katolickie radio zwiększa zasięg”. Wirtualnemedia.pl podkreślają, że Profeto  „otrzymała też koncesję na regularną cyfrową emisję w Poznaniu, Tarnowie, Częstochowie, Katowicach, Warszawie, Rzeszowie i Toruniu. Emisja może rozpocząć się jeszcze w tym roku. Spośród stacji katolickich lepszym zasięgiem może poszczycić się tylko Radio Maryja”.

 

Ewangelizacja – wspólne dzieło

 

Przede wszystkim warto przypomnieć, że ewangelizacja to wspólne dzieło całego Kościoła. I każde z mediów katolickich ma w tym swój ważny udział. Mamy w Polsce bardzo ciekawe rozgłośnie diecezjalne, które są wielkim dobrem dla wspólnoty Kościoła. Jest bardzo ważne dla wielu ludzi Radio Maryja. Niewątpliwie bardzo ważne jest również to, że Radio Profeto, katolicka, ewangelizacyjna rozgłośnia należąca do prowincji Sercanów, może rozszerzyć swoją działalność. Bo przecież to, co czyni Radio Profeto, jest dużym i ważnym ubogaceniem rynku medialnego w Polsce. Robi dużą i bardzo potrzebną pracę dla dzieła Nowej Ewangelizacji. Przepowiada Dobrą Nowinę, z wykorzystaniem zarówno tradycyjnych metod głoszenia Słowa Bożego, jak i nowatorskich rozwiązań multimedialnych. Poprzez portal i radio Profeto dociera codziennie do tysięcy osób ze Słowem Bożym, rekolekcjami on-line, relacjami z wydarzeń ewangelizacyjnych i chrześcijańską muzyką – jak informuje sam nadawca. Twórcy Profeto już w 2018 r. podkreślali, że „z powodzeniem realizowane są założenia, które od początku stawiali sobie Księża Sercanie. Tylko chrześcijańska muzyka, brak newsów na rzecz programów ewangelizacyjnych i transmisje z wydarzeń ewangelizacyjnych w Polsce. To okazało się trafnym posunięciem, gdyż pozwoliło na zdobycie słuchacza nieprzypadkowego, ale bardzo świadomie wybierającego sercańską rozgłośnię ze względu na jej format ewangelizacyjny”.  Jednak nie wydaje mi się, aby samo Radio Profeto chciało być alternatywą dla Radia Maryja.

 

Obecność orędzia chrześcijańskiego

 

W ewangelizacji przez środki społecznego przekazu nie chodzi o zastanawianie się nad tym, czy jest szansa stworzenia katolickiej alternatywy dla Radia Maryja. Tak naprawdę chodzi o obecność orędzia chrześcijańskiego w przestrzeni medialnej. Bardzo ważna jest tutaj kwestia skuteczności  mediów katolickich w przyciąganiu młodych ludzi do wiary i Kościoła, a nie szukanie alternatyw dla jednej czy drugiej rozgłośni radiowej.

 

Oczywiście poszczególne media katolickie w Polsce mają swoich odbiorców zróżnicowanych. Są przecież w Polsce czytelnicy i radiosłuchacze „czujący z Kościołem” i o tradycyjnej religijności, ale są także odbiorcy o religijności nacechowanej patriotyzmem, czasem bardzo krytyczni wobec sytuacji społecznej i równocześnie bardzo religijni. Trudno dzisiaj wyobrazić sobie rodzinę bez telewizora, młodego człowieka bez komputera czy telefonu komórkowego. W dziedzinie środków społecznego przekazu nastąpił ogromny przewrót. Można powiedzieć, że media nas otaczają. I dlatego trzeba nadal pytać: Co zrobić, aby dziennikarstwo katolickie: prasa, radio, telewizja i to najmłodsze – elektroniczne, uczynić rzeczywistością solidarną?

 

Katolicka solidarność

 

Kiedyś bardzo ważne słowa wypowiedział abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu KEP, że w kwestii mediów katolickich i przekazu treści duszpasterskich i ewangelizacyjnych „katolicka solidarność jest nam zadana”. Trzeba, jak podkreślił abp Depokomplementarności naszego przekazu, a nie dopuszczać konkurencyjności, na którą to ścieżkę próbują nas nieraz wepchnąć media przeciwne Ewangelii i Kościołowi”. Ważna jest zdaniem abp Depokomplementarność informacji, a nie konfrontacyjność”.

 

W podobnym duchu wiele lat temu wypowiadał się bp Adam Lepa, który wyraził opinię o  nie alternatywnym, lecz komplementarnym charakterze funkcjonujących w Polsce katolickich mass mediów. Bo komplementarność pomaga najbardziej skutecznie wypełniać zadania nowej ewangelizacji. Siłą przekazu ewangelizacyjnego jest zawsze wiarygodność.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Dura lex sed lex… – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS komentuje nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji

… „twarde prawo, jednak prawo”, jak mówili  Rzymianie, i nic tu się od dwóch tysięcy lat nie zmieniło. I należy tę przegłosowaną już w Sejmie ustawę o radiofonii i telewizji, która uściśla przepisy, niejasne i niejednoznaczne, po podpisaniu przez prezydenta, jak najszybciej wdrożyć.

 

Wciąż trwa bałagan informacyjny, fake news goni fake news, zarówno w propagandzie wewnętrznej, jak i zagranicznej. TVN oraz cała polska opozycja wymiotły ze swej argumentacji istotę sporu, samo sedno  projektu znowelizowanej ustawy, i ani się zająknie o co w tej batalii naprawdę chodzi. Ze chodzi o to, aby nie pozwolić podmiotom medialnym spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego operować w Polsce nielegalnie, przy pomocy firmy – słupa, wykorzystywać luki prawne, podatkowych, za to pilnować zgodności przekazu z polskim interesem społecznym. Przecież nikt nie ma wątpliwości, że koncern TVN jest poważną częścią politycznego sporu i machiną propagandową liberalnej lewicy i post-komunistów, zmierzającą do wysadzenia z siodła ugrupowania rządzącego, Zjednoczonej Prawicy.

 

Nie byłoby tu nic gorszącego, gdyby TVN nie kreowała się na Katona naszych czasów,  nie kryła się pod hasłem „cała prawda całą dobę”, a równocześnie nie nakręcała spirali przemocy i, jak się ostatnio okazało, nie łamała prawa. Oto okazało się, że choć właścicielem TVN jest  wielki koncern medialny Discovery Inc., telewizja zarządzana jest przez spółkę, mieszcząca się na lotnisku Schiphol w Amsterdamie, Polish Television Holding B.V., która w 2019 roku nie zatrudniała ani jednego pracownika! Czyli klasyczna firma – słup, powołana po to, aby ominąć przepis, pozwalający na posiadanie na terenie EOG więcej niż 49% akcji firmy, w tym przypadku TVN. Bowiem gdyby nie ta „shell company”, „firma wydmuszka”, Discovery Inc., jako firma operująca w Stanach Zjednoczonych, czyli poza Europejskim Obszarem Gospodarczym, nie mogłaby posiadać więcej niż tych 49% akcji. Czyli – powtarzam za posłem – referentem Markiem Suskim –  chodzi o uściślenie przepisów dot. prawa i kapitału, które od lat domagały się uregulowania. A także o zapobieżenie oszustwom i manipulacjom, stosowanym nagminnie przez wielkie koncerny medialne, aby zarobić jak najwięcej pieniędzy jak najniższymi nakładami, często-gęsto omijając prawo.

 

Nieścisłości w polskiej ustawie o radiofonii i telewizji, to szeroko otwarta furtka dla podmiotów medialnych całego świata. Dziś z tych luk korzystają  Amerykanie, ale kto nam zagwarantuje, że jutro nie sięgną po nie Rosja, Chiny czy Bliski Wschód? Nowela, która przedstawił poseł  Marek Suski, to sposób na uszczelnienie naszego rynku medialnego i zabezpieczenie przed mediami zbójeckimi, czy takimi, których przekaz koliduje z naszym interesem społecznym czy bezpieczeństwem narodowym.

 

W pewnym stopniu nie jesteśmy tu bez winy. Oto krótka historia meandrów tej ustawy. Formuła z 1992 roku nie pozwala na pełne przejmowanie stacji radiowych i telewizyjnych w Polsce przez podmioty spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego.  Ale w 2015 roku KRRiT wówczas pod przewodnictwem  Jana Dworaka, bez słowa protestu zgodziła się na przejęcie TVN przez amerykańską firmę Scripps Networks Interactive. Gdyby wówczas ktoś z krajowej rady przeczytał ustawę z 1992 roku, albo pomyślał kategoriami interesu państwa, już wtedy albo by  propozycję Amerykanów odrzucono, albo do parlamentu przesłano by wniosek o nowelizację tej ustawy – tak jak uczyniono teraz.  A tak przez dobrych kilka lat właścicielem TVN była firma – słup z lotniska w Amsterdamie, która najpierw została sprzedana firmie Scripps Network Interactive, a potem, w 2018 roku, Discovery Inc.  Obie spółki były z lokalizacją poza terenu EOG. I dopiero teraz mleko się wylało!

 

Tymczasem TVN od lat notorycznie przesuwa przedmiot sporu z terenu prawa kapitałowego na prawa człowieka – kreuje się na ofiarę „reżimu”. Od kilku tygodni mobilizuje opinię publiczną i głośno upomina się o „wolność słowa”, o „prawa do swobodnej wypowiedzi”, jakby ktoś jej to prawo zabierał. I skrzętnie omija temat  bezpieczeństwa mediów i stosunków kapitałowych, zgodnych z prawem. Należy więc wciąż przypominać – nie  ma mowy o „wpływie rządu na ramówkę TVN”, jest sprawa regulacji stosunków własnościowych bez omijania prawa. Trzeba także dodać, iż rząd nie tworzy nowych przepisów, lecz nowelizuje dawne, więc upada problem procesów sądowych czy arbitraży.

 

Warto także przypominać, że nie ma w Unii Europejskiej państwa, które zezwalałoby na więcej niż 49% inwestycji w firmę medialna kapitału zagranicznego. W istocie 49%, to maksimum. Dlaczego więc w Polsce miałoby być inaczej? Zwłaszcza, gdy Unia Europejska bezustannie musztruje nasze władze, że przedkładają przepisy krajowe ponad unijne. Więc owszem, tym razem stawiamy na unijne. Nie dalej jak dwa lata temu Niemcy obniżyły próg kapitału zagranicznego w swoich firmach z 25 do 10%, argumentując to „obroną interesów narodowych i niemieckiego stylu życia”. Są państwa, które mają – jak Austria – monopol medialny, są jak Wielka Brytania, wcale niedaleka tej formule, bo to parlament wybiera członków BBC Trust (tamtejsza KRRiTV), reguluje prace giganta przy pomocy Karty królewskiej.  Więc my także mamy prawo regulować tę ustawę po swojemu.

 

Oczywiście TVN i jej akolici miotają w naszym kierunku najstraszliwsze grożby. A to, że Amerykanie wycofają swoje wojska z Polski i przemieszczą do Rumunii, a to, że koniec z naszymi świetnymi relacjami handlowymi. Już sobie wyobrażam wpływowe i potężne lobby amerykańskich producentów broni, jak nakłania Biały Dom i Pentagon, aby zakończono wielomiliardowy kontrakt z Polską, a firmy dostarczające LNG, skroplony gaz ziemny,  rezygnują z bardzo korzystnych, wieloletnich umów. Co za nonsens! A że Radio Wolna Europa może powrócić do nadawania w języku polskim? Jak wznowiono emisję w języku węgierskim? Ciekawe kto, zważywszy że obecnie większość światowych mediów ma charakter lewicowo-liberalny, będzie tego słuchał? Natomiast zaniepokoiła mnie wzmianka Pana Prezydenta, że nie podpisze noweli. Mam nadzieję, że zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo zaszkodziłoby to reputacji Polski na świecie. I słupkom popularności Prawa i Sprawiedliwości, i to nie tylko pośród jego „twardego” elektoratu.

 

 

Cienie izolacji – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o dziennikarstwie po pandemii

Czy zmiany wywołane przez pandemię są groźne dla rozwoju dziennikarstwa?

 

Wymieranie zawodu?

 

Jesienią 2020 roku światło dzienne ujrzał raport, opracowany przez International Center for Journalism, zatytułowany: „Journalism and the Pandemic: A Global Snapshot of Impacts”[1]. W badaniu wzięło udział 1400 dziennikarzy ze 125 krajów. Jak zauważył na łamach portalu WNIP (What’s New In Publishing) Faisal Kalim, celem zakrojonego na tak szeroką skalę projektu było m.in. poszukiwanie wizji rozwoju dziennikarstwa po pandemii[2]. Materiał ten miał więc stać się drogowskazem na przyszłość; wytyczyć kierunek, który powstrzyma potencjalne „wymieranie zawodu”, jak to określiła dr Julia Posetti z ICFJ.

 

Powoli zapominamy, jak trudny i przygnębiający był 2020 rok. Od marca obowiązywała i w Polsce restrykcyjna izolacja społeczna. Nie było szczepionek. Ze świata docierały doniesienia o wzrostach zakażeń. Nikt, może poza wąską grupą ekspertów WHO, nie wiedział, z czym świat się właściwie mierzy? Znalazło to oczywiście odzwierciedlenie w przywołanym raporcie. Negatywne skutki emocjonalne i psychiczne pandemii potwierdziło aż 70% badanych. Doszły do tego kłopoty finansowe (aż 89% ankietowanych poinformowało o przynajmniej jednej decyzji właścicieli dotyczących ograniczenia wydatków), przeciążenie pracą, której dodatkowo nie dało się realizować w normalnych trybach, izolacja społeczna i wreszcie samo ryzyko zakażenia wirusem.

 

Od plagi dezinformacji do nadziei

 

Według raportu ICFJ w czasie pandemii wzrosła liczba ataków na dziennikarzy w Internecie. Agresja przeniosła się na ulice: 3% badanych przyznało, że dokonano na nich czynnej napaści. Dziennikarze podkreślili też wzrost dezinformacji, zarówno ze strony prywatnych użytkowników sieci (liderem miłośnicy Facebook.com), jak i samych rządów… Te ostatnie respondenci oskarżyli również o wykorzystywanie pandemii do ograniczania wolności słowa.

 

Pojawiły się jednak i efekty pozytywne. Dziennikarzy skrupulatniej sprawdzali źródła. Korzystali też do angażowania czytelników aktywniej niż dotychczas z platform społecznościowych. Badani uznali, że dzięki temu wzrosło zaufanie odbiorców do firmowanych przez nich materiałów. Co ważne i sami dziennikarze uznali, że mocniej angażują się w swoją pracę, doceniają też bardziej wsparcie, jakie otrzymują ze strony najbliższych.

 

Skromne oczekiwania

 

Wyrażone w raporcie oczekiwania środowiska można uznać za nad wyraz skromne. We wskazówkach dla wszystkich organizacji, które chcą wspierać krytyczne, niezależne dziennikarstwo na wysokim poziomie, napisano, że pracownicy mediów najbardziej oczekują stabilnej sytuacji finansowej: uczciwych wynagrodzeń i zwrotu kosztów operacyjnych (76%). Na dalszych pozycjach znalazły się: podnoszenie kompetencji cyfrowych (publikowanie atrakcyjnych materiałów i ich upowszechnianie) i dotyczących weryfikacji otrzymywanych danych, a nawet samych źródeł (po 67%). Dziennikarze liczą też na bliższą współpracę ze światem nauki (w czasie pandemii dotyczy to oczywiście przede wszystkim reprezentantów nauk o zdrowiu, ale kontekst jest szerszy).

 

Zmiany, zmiany, zmiany

 

Zapewne medioznawcy już niebawem zaczną publikować analizy zawartości mediów w czasie pandemii i deliberować na temat trwałości zmian, które zaszły na tym polu. Na przykład pisma turystyczne skupiły się na wycieczkach krajowych, co wynikało z braku możliwości, lub niepewności wypraw zagranicznych[3]. Trudno jednak uznać, że tak już zostanie.

 

Oczywiście zmienia się nie tylko zawartość. Na przykład CNN konsekwentnie przygotowuje swoje zespoły do pracy zdalnej, szkoląc kadry, jak chałupniczymi metodami zrobić redakcję w domu i przygotowywać materiały bez straty jakości. Stacja zachęca też do zwiększenia aktywności w mediach społecznościowych, w tym do korzystania z takich platform jak Tik Tok[4].

 

James Stagg z „The Caterer” magazynu poświęconego branży hotelarskiej stwierdził w wywiadzie, że przejście redakcji do pracy zdalnej udało się z dwóch powodów: istniały już narzędzia i wszyscy byli bardzo zdeterminowani. Stwierdził jednak, że nie da się pracować na długą metę bez możliwości wizyty na miejscu i rozmów z ludźmi. Podkreślił, jak gigantyczny wpływ na kreatywne pomysły mają spotkania w redakcji i koleżeńskie uwagi[5].

 

Zagrożenia

 

W maju 2021 r. na łamach SDP.PL pisaliśmy o obawach związanych z przeciąganiem pracy zdalnej. Raport opracowany przez Mediolański Instytut Badań Społecznych dla Parlamentu Europejskiego definiuje szereg zagrożeń z wynikających z niekorzystnego wpływu długotrwałej, przymusowej pracy z domu na zdrowie fizyczne i psychiczne pracowników, uznając przy tym na przykład kontrolę ergonomii stanowisk pracy przez odpowiednie służby za iluzoryczną. Stwierdzono ponadto, że niewielu liderów ma predyspozycje do zarządzania zespołem online. Na Wyspach Brytyjskich młodzi dziennikarze zaprotestowali przeciwko likwidacji przez wydawnictwo Reach siedzib redakcji w mniejszych ośrodkach. Zapytali: jak mają pracować nadal z ciasnych mieszkań (mało kto kupował mieszkanie, by było też jego biurem), od kogo mają się uczyć i jaki będzie prestiż redakcji bez siedzib?[6] Nie jest to jedyny przypadek przeciągania pracy zdalnej poza zakres konieczny i nadużywania jej do kolejnej „optymalizacji kosztów” funkcjonowania redakcji. Wiele aspektów długoterminowej pracy zdalnej nie zostało jeszcze w ogóle przebadanych. Pytamy o to dr Annę Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, autorkę: „Raportu z badania pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19a”[7].

 

Czy znamy już wszystkie meandry pracy zdalnej? Wiemy na przykład, jakie są oczekiwania domowników, wobec osoby, które realizuje swoje zawodowe zadania z domu, na przykład, że posprząta, nastawi obiad, pomoże dzieciom w lekcjach, wyjdzie z psem i pobawi się z kotem?

 

Takie wątki pojawiały się sporadycznie w odpowiedziach na pytania otwarte – objaśnia dr Dolot, trenerka biznesu. – Zwłaszcza przedstawiciele młodszego pokolenia podkreślali, że starsi nie rozumieją tej specyfiki, co można streścić w komunikacie: „a z domu – to możesz mi załatwić…”. Pandemia wpłynęła jednak pozytywnie na postrzeganie samych prac domowych. Statystycznie dużo osób musiało opuścić biura i zobaczyli, że praca z domu jest tak samo ważna, a czasem trudniejsza, bo na przykład trzeba umieć się do niej motywować. Ta zmiana postrzegania pracy zdalnej i docenienia jej wartości jest dobra. Są natomiast zdiagnozowane złe strony. Pracujemy dłużej niż w biurach. Niekorzystne jest też to, że ktoś (szef/kolega) dzwoni późno, albo w niedzielę i mówi „akurat mam czas na rozmowę, otwórz maila”… – uzupełnia dr Anna Dolot.

 

Przyszłość zdalnego dziennikarstwa

 

Oczywiście istnieją redakcje, które od początku funkcjonują zdalnie, z kolegiami odbywającymi się online i dostarczaniem materiałów przez łącza elektroniczne. Ważnym aspektem jest jednak to, że zdalnie pracują ci, którzy chcą tak działać, a nie ci, którzy są do tego zmuszani. Długotrwała izolacja, która powoduje zmiany w organizacji działań, może przynieść też liczne, negatywne skutki dla jakości samych materiałów.

 

Nawet w elementarnych kursach dziennikarskich zwraca się uwagę na rolę spotkań bezpośrednich, które ciągle oferują więcej niż kontakt przez telefon, komunikacja online i zdecydowanie więcej niż „sucha” korespondencja e-mail. Zainteresowani poznaniem podstaw tego zawodu dowiadują się, że powinni obserwować reakcje rozmówcy na zadane pytanie, które mogą powiedzieć wiele więcej, niż to będzie wynikało z udzielonej odpowiedzi. Z tego też powodu są chwile, w których politycy najchętniej oddzieliliby się od mediów murem, zwieńczonym drutem kolczastym…

 

Według raportu ICFJ dziennikarze oczekują stabilności finansowej. Google udostępniło ostatnio swoim pracownikom w USA kalkulator, dzięki któremu mogą sprawdzić, ile zarobią, jeśli będą pracowali w centrali, a ile jeśli z domu. Okazuje się, że w tym drugim wypadku ich dochody mogą być… niższe. Google uzależnia bowiem wysokość zarobków od wynagrodzeń na danym terenie[8].

 

W tle wszystkich kalkulacji pozostaje jednak wciąż niewygasła pandemia. CNN zwolniło troje pracowników za przyjście do biura bez szczepienia przeciwko COVID-19. Nie jest to jedyny amerykański pracodawca, który bezwzględnie wymaga szczepień od swoich pracowników[9]. Należy dodać, że ograniczanie powierzchni biurowych redakcji, które następowało w 2020 r., będzie miało niekorzystny wpływ również na zachowanie reżimów sanitarnych, nie mówiąc o spadku komfortu samej pracy.

 

Jak wynika z raportu Menpower Group menadżerowie w Polsce oczekują powrotu pracowników do biur[10]. Warto uzupełnić tę uwagę i dodać, że na zwiększony ruch czekają też kawiarnie i bary ulokowane w pobliżu siedzib. Z kolei rozwój pracy zdalnej zwiększa zainteresowanie pracowników migracjami do miejsc przyjemnych, poza zatłoczone metropolie[11]. Co może mieć interesujące konsekwencje w przyszłości.

 

Pewne pozostaje jednak to, że na odległość powinni pracować ci, którzy wybrali taką formę, a nie ci, którzy muszą. Rolą pracodawcy jest wówczas zapewnienie ergonomiczne stanowiska, wyposażenie we właściwe narzędzia i poszanowanie życia prywatnego, gdy godziny pracy mijają. Siedziba redakcji nie jest kosztem, z którego można łatwo zrezygnować. To miejsce twórczego fermentu, które zapewnia kreatywne pomysły i o jakość, bo mądrość rodzi się w dyskusji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.icfj.org/our-work/journalism-and-pandemic-survey – dostęp 13.08.2021 r..

[2] https://whatsnewinpublishing.com/key-to-reimagining-post-pandemic-journalism-how-the-challenges-unleashed-by-the-pandemic-have-also-unveiled-real-opportunities/ – dostęp 13.08.2021 r.

[3] https://digitalcontentnext.org/blog/2021/06/10/travel-media-execs-outline-their-post-pandemic-plans/ – dostęp 13.08.2021 r.

[4] https://newsday.co.tt/2021/08/11/trinidadian-consultant-trains-with-cnn-in-post-pandemic-journalism/ – dostęp 13.08.2021 r.

[5] https://www.welchpr.co.uk/2021/06/16/journalism-in-a-post-pandemic-world-an-interview-with-james-stagg-the-editor-of-the-caterer/ – dostęp 13.08.2021 r.

[6] https://sdp.pl/sluchajmy-swojego-mozgu-zbigniew-brzezinski-o-pracy-zdalnej-dziennikarzy/ – dostęp 13.08.2021 r.

[7] Raportu z badania pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19, oprac. A. Dolot, Kraków 2020.

Zob. ponad to: https://sdp.pl/bez-kamerki-bo-jestem-w-pidzamie-zbigniew-brzezinski-o-pracy-redakcji-w-czasie-pandemii/#_ftn3 – dostęp 13.08.2021 r.

[8] https://www.bbc.com/news/business-58171716 – dostęp 13.08.2021 r.

[9] https://www.bbc.com/news/world-us-canada-58112125 – dostęp 13.08.2021 r.

[10] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdalna-praca-nie-podoba-sie-polskim-szefom-az-88-proc-z-nich-chce-powrotu-pracownikow-do-biur – dostęp 13.08.2021 r.

[11] https://www.rp.pl/Rynek-pracy/308089934-Praca-zdalna-otwiera-nowe-sciezki-mobilnosci-Polakow.html – dostęp 13.08.2021 r.

Wolność mediów, czy ideologia własnego interesu? – pyta ks. MARIUSZ FRUKACZ

Od momentu pojawienia się „lex TVN” jesteśmy świadkami nie tylko protestów w obronie ponoć wolności mediów, ale nagle również głośno zaczęto mówić o wolności mediów, tak jakby jej już w Polsce nie było.

 

 

Wolność – trudny dar

 

Przede wszystkim w Polsce, moim zdaniem, potrzebna jest nie ulica, ale poważna rozmowa i debata o tym, czym tak naprawdę jest wolność, w tym wolność słowa, wolność mediów. Wolność słowa to bardzo ważne zagadnienie z dziedziny funkcjonowania mediów.  Wolność jest niewątpliwie darem, lecz – jak mówił św. Jan Paweł II – jest nie tylko dana, ale i zadana. Wolności słowa, wypowiadania się, wolności mediów nie można jednak nadużywać i trzeba ją pielęgnować. Warto pamiętać, że wolności mediów nie można oderwać od wolności osoby. Dlatego wolność wypowiadania się nie jest nieograniczona, ona kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Wolność mediów nie może przecież oznaczać pomawiania kogoś, produkcji fake newsów, wspierania hejtu.

 

Bp Adam Lepa przypomniał kiedyś, że właściwym celem i zadaniem mass mediów jest służba prawdzie, bez której wolność nie istnieje. Podkreślił, że „jeżeli dziennikarze będą prawdę  respektować w całej rozciągłości, zdołają uchronić media przed utratą wolności. Wtedy słowo nie będzie zagrożone. Jeśli media mają służyć wolności, same muszą być wolne i należycie korzystać ze swojej wolności. Tymczasem często widoczne są różne formy naruszania wolności słowa w mediach”.

 

Zatrucie informacyjne

 

Dyskusja nad wolnością mediów nie może pominąć ważnego aspektu, jakim jest prawo do informacji. Otóż społeczeństwo powinno mieć dobre rozeznanie i dobrze poinformowanych obywateli. Dlatego prawo do informacji jest nie tylko ważne ze względu na jednostkę, ale również ze względu na dobro wspólne. Natomiast systemowe zniekształcanie informacji sprawia więc, że społeczeństwo staje się chore. Wydaje się, że w kwestii „lex TVN” bój toczy się o pieniądze, a nie o to, aby zadbać o właściwą informację.

 

Jeśli w Polsce chcemy rozmawiać o wolności mediów, to trzeba poważnie przyjrzeć się kwestii lobbingu politycznego i biznesowego. Mam wrażenie, że część protestujących w obronie TVN i wolności mediów, zresztą dziwnym trafem to bardzo często te same osoby z protestów KOD-u i protestów za nieograniczoną aborcją, nie rozumie samej wolności słowa. Jest na tych protestach istna wieża Babel, pomieszanie wszystkiego. Bo jak zrozumieć to, że ktoś protestuje wobec działań rządu w obronie wolności mediów, a przychodzi ubrany w koszulkę z napisem: „czarna zaraza”, albo z symbolem protestu kobiet?

 

Największym zagrożeniem dla wolności mediów jest zawsze lobbing polityczny i biznesowy. Bardzo celnie na ten temat napisał ks. Dominik Lubiński: „Media powinny zatem być wolne od lobbingu politycznego i biznesowego, a jedynym kryterium ich istnienia winien pozostawać przekaz prawdziwych informacji i relacji, bez selektywności wyznaczonej przez wpływowe gremia oraz ośrodki decydentów. Często ekspansja interesów komercyjnych bogatych grup  polityczno-gospodarczych sprawia, że publiczne, a tym bardziej prywatne środki przekazu, realizują politykę przekazu informacji według decyzji władzy tych mediów, uniformizując myślenie, mówienie i zachowanie człowieka, nie zważając na wymogi przekazu obiektywnej prawdy. To prowadzi do zaniku samodzielności myślenia, utrudnia podejmowanie samodzielnych, świadomych i odpowiedzialnych decyzji. Często tendencyjne dystrybuowanie informacji przez wpływowe media powiększa dysproporcję na rynku medialnym, nie wyrównuje szans do korzystania z niej oraz ogranicza prawo do równego dostępu wielu innym podmiotom. Ponadto media jako środki społeczne nie mogą stanowić monopolu na przedstawianie jedynie słusznej „wizji człowieka”, posługującej się często ideologią własnego interesu”. ( Ks. Dominik Lubiński, Ład moralny w świecie mediów w nauczaniu Benedykta XVI, Łódzkie Studia Teologiczne (2011) nr 20, s. 225-234)  No właśnie, czy w ostatnich dniach nie mamy do czynienia z ideologią własnego interesu?

 

Św. Jan Paweł II już w orędziu na XV Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu w 1981 r. napisał: „Istotnie, człowiek realizuje się w wolności. Do tej wciąż pełniejszej realizacji musi on dążyć, nie ograniczając się do słownych lub retorycznych zachwytów, co zdarza się zbyt często, ani nie przeinaczając samego sensu wolności czy też sprzyjając jej w sposób fałszywy, jako swobodzie czynienia wszystkiego, co się tylko podoba, w tym także i zła. Odpowiedzialna wolność pracowników środków przekazu społecznego, która musi kierować i określać dokonywane wybory, nie może nie brać pod uwagę tego, że także odbiorcy tych wyborów są wolni i odpowiedzialni! (…) Trudno nam sobie wyobrazić pracowników środków przekazu oderwanych od własnego podłoża kulturowego; nie powinno to jednak pociągać za sobą narzucania osobom trzecim osobistej ideologii. Człowiek pracujący w tej dziedzinie musi pełnić swą służbę w sposób jak najbardziej obiektywny, nie zmieniając się w «ukrytego deprawatora», powodowanego interesami jakiejś grupy, konformizmem czy chęcią zysku”. Ma rację również bp Adam Lepa, który podkreśla, że „gdzie mówią pieniądze, tam milczy prawda”.

 

Oczywiście od dawna toczy się debata nad kształtem polskiej sceny medialnej. Ponadto, jak zauważa Artur Stelmasiak, dziennikarz „Niedzieli”, że tak naprawdę toczy się bitwa o polskość mediów (czytaj TUTAJ).

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak media broniły sądowych morderców

Jeden z portali w Polsce pisząc o śmierci Stefana Michnika początkowo opatrzył informację tytułem: „Smutna wiadomość”, dopiero po szybkiej i ostrej reakcji internautów tytuł ten zdjęto. To nie jedyny przykład obrony komunistycznego mordercy sądowego – w mediach w Polsce i zagranicą. I nie tylko Michnika…

 

Do końca życia Stefan Michnik twierdził, że przeszłość jest jego prywatną sprawą. W Szwecji, do której wyjechał w 1969 r., czuł się na tyle bezpiecznie, że udzielał nawet wywiadów tamtejszym mediom. W 1999 r. gazecie „Dagens Nyheter” swoją rolę sędziego w procesach politycznych lat 50. podsumował stwierdzeniem: „Sądziłem, że służyłem swojemu krajowi. Dziś widzę, że zostałem oszukany”. Czyli dopiero w Szwecji miał zrozumieć, że orzekał na podstawie wymuszonych przez UB zeznań? Czy rzeczywiście przez znaczną część swojego życia był nieświadomy? Przecież należał do – jakby nie patrzeć – inteligenckiej rodziny.

 

Niestety, najpoczytniejszy szwedzki dziennik nie pokusił się o wysłanie do Polski korespondenta, który bez większego trudu dotarłby do rodzin ofiar Stefana Michnika i usłyszał, w jaki sposób „służył swojemu krajowi”…

 

W innym wywiadzie (dla „Nowej Gazety Polskiej” – szwedzkiego dwutygodnika polonijnego) w 1999 r. z rozbrajającą szczerością mówił o swoich zbrodniach: „Kogo dotyczyły te sprawy, to ja nie pamiętam. To są stare rzeczy”, i dodawał: „Moje nazwisko pojawiło się w prasie w 1969 roku jako argument przeciwko Adamowi”.

 

Jak Adam bronił Stefana

 

Szwedzkie gazety szybko podchwyciły, że zarzuty wobec Stefana mają zaszkodzić Adamowi. I są one oczywiście podszyte polskim antysemityzmem – dlatego Polska miała ścigać tylko oprawców pochodzenia żydowskiego: Helenę Wolińską-Brus, Salomona Morela. To oczywiście nie jedyni ścigani, a jakie to było ściganie, napiszę poniżej. Tu tylko rezultat: ani krwawej stalinowskiej prokurator, ani okrutnego komendanta ubeckich obozów, nie udało się sprowadzić do kraju i osądzić. Wolińska zmarła w Wielkiej Brytanii, Morel w Izraelu.

 

Wracamy do stalinowskiego sędziego. Jednego Michnika bronił drugi Michnik. „Gazeta Wyborcza” napisała: „Zaliczono go [Stefana Michnika – TP] do sędziów, których należy ukarać jedynie służbowo i – w odróżnieniu od trzech najbardziej obciążonych [Feliksa Aspisa, Teofila Karczmarza i Juliusza Krupskiego – TP] – nie wszczynać przeciw nim postępowania karnego”.

 

Chodzi o raport tzw. komisji Mariana Mazura (zastępcy prokuratora generalnego PRL), powołanej w 1956 r. do „zbadania przejawów łamania praworządności” w najwyższych organach sądownictwa wojskowego. Stefan Michnik jest tu wymieniany jako jeden ze skompromitowanych sędziów, którzy wydawali wyroki pod dyktando komunistycznych władz i aparatu bezpieczeństwa. Przypomnieć jednak wypada, że komisja nie chciała stawiać ich przed sądem. Na tym polegała propaganda gomułkowskiej „odwilży”. A ponadto: raport Mazura stworzono na podstawie ubeckich papierów, a podobno Adam Michnik nigdy ich nie uznawał. Ale, gdy chodzi o brata…

 

Adam bronił Stefana przede wszystkim tak: w czasach stalinowskich był za młody, żeby to wszystko zrozumieć; a współcześnie za stary, żeby go sądzić. Naczelny „GW” nie pozostał dłużny, również w nekrologu: „Mój Brat wiele wycierpiał z mojego powodu, choć nie z mojej winy”. A ja twierdzę, że bardziej cierpiały ofiary Stefana. Katowane i mordowane na Rakowieckiej, potem zrzucane do bezimiennych dołów na „Łączce”.

 

Jak z Gurowską…

 

Jedną z ofiar Heleny Wolińskiej-Brus był polski gen. August Emil Fieldorf „Nil”. Gdy głośna stała się sprawa ekstradycji tej stalinowskiej inkwizytorki do Polski, tygodnikowi „Sunday Telegrapch” córka generała Maria Fieldorf powiedziała: „Mój ojciec jest uznanym w świecie polskim patriotą, który walczył szlachetnie w obronie kraju przed nazistami. Wolińska, sama prześladowana przez Niemców, której rodzina zginęła z ich rąk, nakazując aresztowanie ojca, faktycznie podpisała na niego wyrok śmierci. Dla dobra mojego taty, mojego bohatera, do końca życia będę walczyć o jej ekstradycję, by stanęła w obliczu sprawiedliwości. Sprawiedliwości, której mojemu tacie odmówiono.”

 

Maria Fieldorf sprawiedliwości jednak nie doczekała (tak samo zresztą, jak odnalezienia szczątków ojca). Jej słowa okazały się prorocze: „Z prokurator Wolińską będzie tak, jak z sędzią Marią Gurowską, której nie chciano postawić przed sądem. Wielu osobom zależało, aby nie doszło do jej procesu.”

 

16 kwietnia 1952 r. sędzia Maria Gurowska (z domu Zand) przewodniczyła składowi sędziowskiemu, który skazał gen. Fieldorfa na śmierć. Zmarła – pod zmienionym nazwiskiem Górowska – w 1998 r., kiedy miał się rozpocząć jej (grubo spóźniony) proces o mord sądowy.

 

Polski Pinochet

 

W 1999 r., kiedy w „Życiu Warszawy” ujawniłem działalność Heleny Wolińskiej (jako jeden z nielicznych kibicował mi nieodżałowany varsavianista Jerzy Kasprzycki), wydawało się, że jej osądzenie jest tylko kwestią czasu. W styczniu tamtego roku, po wysłaniu do Wielkiej Brytanii wniosku o ekstradycję, połączonego z nakazem tymczasowego aresztowania byłej stalinowskiej prokurator, prowadzący śledztwo mówił: „Drogą dyplomatyczną dowiedzieliśmy się, że Anglicy nie wykluczają wydania nam podejrzanej.”

 

W sprawę zaangażowały się najwyższe władze III RP. MSZ zapewniało, że zbadało sprawę w Ambasadzie Brytyjskiej w Warszawie i otrzymało odpowiedź, że nie ma żadnych formalnych przeszkód w ekstradycji Wolińskiej do Polski. Ówczesny wiceminister sprawiedliwości Leszek Piotrowski w wypowiedzi ze stycznia 1999 r. stwierdził: „Są duże szanse na wydanie Wolińskiej. Cała procedura ekstradycyjna jest szybka.”

 

Podobne głosy można było przeczytać w brytyjskich mediach, które obszernie informowały o sprawie. „Daily Mail” pisał: „W świetle sprawy Augusto Pinocheta, brytyjskiemu ministrowi spraw wewnętrznych Jackowi Straw trudno będzie odrzucić polski wniosek o ekstradycję”. „The Sunday Times”: „Jeśli Jack Straw gotów jest zgodzić się na ekstradycję Pinocheta do Hiszpanii, to czemu nie miałby zgodzić się na ekstradycję Heleny Brus?”

 

„Kozioł ofiarny” w kraju Auschwitz

 

W sprawie zaczęły się jednak pojawiać kłopoty. „The Independent” podkreślał, że Wolińska jest jedną z nielicznych już przedstawicielek mniejszości żydowskiej w Polsce, która ocalała z holokaustu: „Byłaby to więc ekstradycja do kraju, gdzie znajdują się takie miejsca, jak Oświęcim i Brzezinka”. W te same tony uderzył „The Sunday Times”: „Czy Żyd może liczyć na sprawiedliwość w kraju Auschwitz, Majdanka i Treblinki, gdzie antysemityzm rodem ze średniowiecza wciąż pozostaje przygnębiająco mocno okopany. (…) Polski antysemityzm odradza się w sposób alarmujący”.

 

Jewish Telegraphic Agency przeprowadziła wywiad z inkwizytorką. Zawarta w tekście sugestia była jasna – fakt przebywania w czasie wojny w warszawskim getcie i doznawane tam cierpienia uprawniły ją do późniejszego prześladowania Polaków (czytaj: polskich antysemitów).

 

Jak się tłumaczyła Wolińska? W wywiadach dla brytyjskiej prasy (z polską nie chciała rozmawiać) oznajmiła, że ta „kretyńska sprawa” jej „nic, a nic nie obchodzi”. Że nie przyjedzie do Polski (podobno jej rodzinnego kraju), gdyż nie może tu liczyć na sprawiedliwy proces, polskie władze nic jej nie obchodzą, a prokuratorowi, który ośmielił się postawić jej zarzuty „ukręciłaby łeb”. Już w „ludowej” partyzantce: Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, pod wdzięcznym pseudonimem „Lena”, była znana z niewyparzonego języka; jej wulgarny styl przerażał nawet innych stalinowców, ale bali się jej, bo niejednemu – ze względu na koneksje na szczytach komunistycznej władzy – złamała karierę, a nawet „załatwiła” odsiadkę.

 

Wspomniany już „Daily Mail” skomentował: „Polska jest krajem demokratycznym, przyjaznym wobec Wielkiej Brytanii. Nie ma powodu by kwestionować niezawisłość polskiego wymiaru sprawiedliwości. W sprawie Wolińskiej rząd brytyjski jest na moralnie grząskim gruncie”.

 

Heleny Wolińskiej w brytyjskiej prasie (z polską też nie chciał rozmawiać) bronił Włodzimierz Brus, jej mąż, z którym przyjechała do Wielkiej Brytanii na początku lat 70. Brus (wcześniej Beniamin Zylberberg, w czasie wojny oficer polityczny LWP, później marksistowski ekonomista, w końcu rewizjonista). Twierdził, że żona jest… kozłem ofiarnym. Po wyjeździe z Polski państwo Brus osiedli w willowej dzielnicy Oksfordu. On wykładał ekonomię, ale też filologię rosyjską i środkowoeuropejską w Wolfson i Saint Anthony’s College. Ona uczestniczyła w sympozjach naukowych, ale przede wszystkim udzielała się towarzysko. Przedstawiciele polskiej emigracji zapamiętali, że wręcz demonstracyjnie popierała „Solidarność” i potępiała stan wojenny.

 

Za zaciągniętymi zasłonami

 

W jednym z wywiadów dla brytyjskiej prasy Wolińska powiedziała również, że do tych „haniebnych kłamstw”, które wyszły z Polski, może się ustosunkować jedynie przed sądem brytyjskim – faktycznie istniała taka możliwość (strona polska występuje wówczas o tzw. pomoc prawną – do miejscowego sądu przybywa polski prokurator, który może osobiście przedstawić zarzut albo uczestniczyć w rozprawie; mogła również składać przed polskim konsulem, lub pracownikiem konsulatu w Londynie) – ale III RP całkowicie to zlekceważyła. Takiej procedury Polska nie wykorzystała również w „ściganiu” Stefana Michnika.

Na pytanie polskiego dziennikarza w dniu wydania nakazu aresztowania Heleny Wolińskiej przez Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie (3 grudnia 1998 r.), była prokurator odpowiedziała: „śmieję się”.

 

Tylko, czy w czasach stalinowskich jej ofiarom też było do śmiechu? Krystyna Sobolewska (żona Juliusza, którego Wolińska wsadziła do więzienia), mówiła mi przed laty: „Wolińskiej trudno dziś życzyć więzienia, kary śmierci, szubienicy. Marzę tylko o jednym – żeby została uznana za inkwizytorkę, człowieka podłego. Żeby ten potwór w mundurze przestał żyć w chwale żony profesora Oksfordu.”

 

Na początku polskich starań o ekstradycję prokurator Wolińskiej-Brus, w „Daily Mail” można było przeczytać: „Za ozdobnymi oknami imponującej wiktoriańskiej posesji w północnym Oksfordzie 80-letnia żona czołowego oksfordzkiego akademika czeka na dzwonek do drzwi. (…) Pieczołowicie skonstruowane emigracyjne życie profesora Brusa i jego żony zawaliło się. Oboje ukrywają się w domu za zaciągniętymi zasłonami, z niepokojem wyczekując wieści z ambasady RP w Londynie lub brytyjskiego MSW”. My też czekaliśmy…

 

Nie był w Auschwitz

 

W lipcu 1992 r. Główna Komisji Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie przestępstw Salomona Morela w powojennym, komunistycznym (nie polskim) Obozie Pracy w Świętochłowicach-Zgodzie. Katowicka prokuratura, mimo iż mieści się zaraz obok jego domu, nie zdążyła go aresztować. Prawdopodobnie ktoś uprzedził oprawcę. Nie wiadomo również, dlaczego od ręki dostał izraelską wizę.

 

W lipcu 2005 r. Izrael odmówił wydania Morela polskim władzom, gdyż prawo izraelskie nie przewiduje ekstradycji swoich obywateli. Ówczesny minister sprawiedliwości Andrzej Kalwas z rządu SLD nie podejmował kolejnych starań.

Były krwawy komendant obozu w Świętochłowicach-Zgodzie i Jaworznie (o czym niżej) wyjechał do córki do Izraela (w Polsce Danuta Morel była piosenkarką i występowała w katowickich kabaretach; w kraju zostawił żonę Wiesławę, syna i drugą córkę). Wkrótce dostał izraelskie obywatelstwo. Wcześniej planował zbiec do Szwecji – swój wniosek o azyl polityczny motywował… rasowymi prześladowaniami, które miały go dotknąć w Polsce.

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się.

Salomon Morel zmarł nieosądzony. I to, co nie mniej ważne: w rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia.

 

„Polska antysemicka”

 

Dopiero kilka lat od ucieczki Morela, w 1998 r., Polska skierowała do jego nowej Ojczyzny – Izraela wniosek ekstradycyjny (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości, które w świetle polskiego i międzynarodowego prawa nie ulegają przedawnieniu). Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela odpowiedziało szybko i treściwie: zbrodnie Morela, jeśli w ogóle miały miejsce, w świetle izraelskiego prawa nie są żadnym ludobójstwem, a ponadto uległy już przedawnieniu. Najciekawszy był komentarz: „wniosek podniósł wiele kwestii odnośnie okresu bezpośrednio po drugiej wojnie światowej, podczas którego w Polsce około tysiąca Żydów zostało zamordowanych przez obywateli polskich. Wiele zeznań świadków, dowodzących tych morderstw znajduje się w aktach Yad Vashem w Jerozolimie w Izraelu i w różnych instytucjach na całym świecie. Wspomniane powojenne morderstwa Żydów były badane przez władze polskie, ale wiele osób spośród odpowiedzialnych za te zbrodnie nie stanęło w obliczu sprawiedliwości. Stąd, chociaż potępiamy wszelkie akty przemocy, łącznie z tymi, o które jest oskarżany Morel, fakt kontynuacji ścigania Morela w zestawieniu ze wspomnianym tłem historycznym jest zarówno niepokojący, jak i smutny…”.

 

Szkoda, że izraelskie ministerstwo nie przypomniało, za co od Yad Vashem medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świta dostał Józef Tkaczyk. A dostał za ratowanie Szlomy Morela i jego rodziny przed śmiercią z rąk Niemców.

 

Po likwidacji obozu w Świętochłowicach Morel został naczelnikiem więzienia w Opolu, potem w Katowicach i Raciborzu, by w 1949 r. zostać komendantem obozu dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie (w czasie wojny, tak jak w Świętochłowicach, była tu filia KL Auschwitz). Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – Salomon Morel nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami Morela byli tu tylko Polacy.

 

Tadeusz Płużański

Śmierć i życie plemion – ŁUKASZ WARZECHA o przypadku Szymona Jadczaka

Muszę przyznać, że z pewnym rozbawieniem przyglądałem się aferze wokół tekstu Szymona Jadczaka (i Patryka Słowika, ale ten drugi pozostał na marginesie sprawy), dziennikarza Wirtualnej Polski (do niedawna związanego z TVN24, a wcześniej także z Gazeta.pl), o tym, jak to Donald Tusk przepisał swój majątek na żonę. Rozbawił mnie nie sam tekst (choć dość rozbawiło mnie tłumaczenie Tuska, opublikowane już po pojawieniu się artykułu, w którym przewodniczący PO opowiadał, że takie posunięcie wykonał z powodu obaw o bezpieczeństwo swojej rodziny) ani też nie reakcja fanów Tuska, którzy natychmiast wzięli na celownik Jadczaka. Rozbawiło mnie, że sam Jadczak wydawał się tym zachowaniem publiki z lekka zszokowany.

 

Kto obserwuje redaktora Jadczaka na Twitterze oraz kto zna jego wypowiedzi, ten wie, że pod względem światopoglądowym jest od obecnie rządzących tak daleki jak to tylko możliwe. Posądzanie go o jakąkolwiek próbę wpisania się w ich narrację jest skrajnie karkołomne, niemal tak, jak próba posądzenia o to samo Tomasza Lisa (niemal, bo jednak Tomasz Lis jest pod tym względem niedościgniony). A jednak to wszystko nie miało znaczenia, gdy Jadczak opublikował wspomniany tekst. Przez fanów Tuska został natychmiast uznany za najpodlejszą personę pod słońcem i obrzucony najgorszymi obelgami.

 

Jadczak skarżył się w Wirtualnych Mediach:

Pewnie błędem było to, że odpowiadałem na zaczepki i chamskie komentarze, bo z fanatykami nie ma co dyskutować. Apeluję też do dziennikarzy, którzy podsycają hejt, bo być może nie zdają sobie sprawy z tego, co idzie za ich wpisami. Dla was to może być fajny, efektowny tweet, za który zbierzecie parę lajków, ale ja dostaję później groźby i wyzwiska. Więc proszę np. Wojciecha Czuchnowskiego, żeby się zastanowił, co robi, bo głupio, jak jedną ręką broni wolności słowa, a drugą nakręca hejt i nienawiść. Nie wiem, czym takie działania różnią się od tego, co robią ludzie z TVP, których tak krytykuje. Efekt jest taki sam.

 

Patrzę na te cierpienia młodego (rocznik 1980) Jadczaka i uśmiecham się półgębkiem. Oto dziennikarz, który był zawsze po jednej stronie sporu politycznego (co nie oznacza, że robił nierzetelne dziennikarstwo, żeby było jasne), nagle odkrył, że i tutaj są agresywni fanatycy, dla których nie jest ważny cały jego dorobek, poglądy, napisane wcześniej teksty czy ujawnione przekręty władzy, ale liczy się tylko ta jedna historia, a właściwie to, że w tytule tekstu Tuska porównano do Mateusza Morawieckiego.

 

Drogi Panie Redaktorze Jadczak! Gdyby przed napisaniem tego tekstu się Pan do mnie odezwał, natychmiast powiedziałbym Panu, co Pana może czekać. Mam to przećwiczone na wszystkie możliwe sposoby, tylko niestety tacy jak Pan, którzy zawsze byli po jednej stronie medialnej barykady i nigdy bądź bardzo rzadko ją przekraczali, nie mieli świadomości, że funkcjonujemy jako dziennikarze w świecie walczących ze sobą na śmierć i życie plemion. Działa to dokładnie tak, jak Pan właśnie doświadczył: mógł Pan walić w obecną władzę przez całą właściwie swoją dziennikarską karierę (znów powtarzam: nie mówię, że bez racji czy nierzetelnie), ale wystarczy, że jednym tekstem tknął Pan święty totem platformerskiego plemienia – Donalda Tuska – a już stał się Pan zdrajcą, sprzedawczykiem i dziennikarską kurtyzaną, której najpewniej osobiście płaci Jarosław Kaczyński, wzywając od czasu do czasu na Nowogrodzką. No, może czasem za pośrednictwem wiernego Sasina.

 

Zabawne jest, gdy tę plemienną rzeczywistość odkrywają nagle dziennikarze, którzy wcześniej korzystali z komfortu przynależności do jednego z plemion, a tym samym nie mieściło im się w głowie, że kiedykolwiek mogą paść ofiarą plemiennej wojny. Udawali często, że problem nie istnieje, bo ich przecież nie dotykał. I tak naprawdę faktycznie nie dotyka on większości dziennikarzy, ponieważ większość dziennikarzy jest dzisiaj zapisana do jednego albo drugiego obozu. Ci, którzy się nie zapisali, doświadczają regularnie tego, czego właśnie doświadczył Jadczak.

 

Być może tu zresztą leży tajemnica pominięcia w tej aferze Patryka Słowika. Po Słowiku kibice Tuska po prostu niczego się nie spodziewali, bo Słowik do żadnego obozu nigdy się nie zapisał. Nie uznano zatem, że zdradził. Cała wściekłość skupiła się na tym, który za zdrajcę został uznany.

 

Przyznam, że dziennikarzowi WP nie współczuję. Na mnie po prostu takie sytuacje nie robią już żadnego wrażenia – znam je doskonale. Liczba obelg, które skierowano pod moim adresem z obu stron barykady idzie zapewne w dziesiątki tysięcy. Zwariowałbym, gdybym miał się tym przejmować. Cieszę się natomiast, gdy takie sytuacje przydarzają się tym pracownikom mediów, którzy dotąd cieszyli się komfortem plemiennej przynależności. Może bowiem dzięki temu dostrzegą, jak skrajnie niezdrowa jest sytuacja, w której od dziennikarzy oczekuje się, że będą wojownikami jednego albo drugiego stronnictwa, a nie, że będą po prostu dobrze wykonywali swoją pracę.

 

Łukasz Warzecha

Ks. ARTUR STOPKA: Człowiek, media, państwo, czyli po co koncesje?

Pytania o to, czy, a jeśli tak, to w jakim stopniu, państwo powinno ingerować w sferę mediów, nie tylko nie traci na aktualności, ale w obliczu zachodzących błyskawicznie zmian w tej dziedzinie, nabiera znaczenia.

 

Jeśli Reed Hastings, założyciel i szef Netflixa w swoich prognozach z 2013 i 2014 roku ma rację, tradycyjnym, liniowym kanałom telewizyjnym zostało zaledwie dziewięć lat, nim umrą. A może nawet mniej. Hastings zapowiedział, że telewizja w swej klasycznej postaci zniknie do roku 2030. Zdaniem niektórych komentatorów tempo prognozowanych przez CEO Netflixa zmian jest szybsze niż się spodziewano. Także w Polsce. „Rozpoczęliśmy drugą połowę 2019 roku i nie widzę już powodów, aby za dekadę istniała klasyczna telewizja. Śmierć telewizji linearnej to fakt” – napisał dwa lata temu Paweł Okopień w serwisie imagazine.pl. Zwrócił m. in. uwagę na lichą (zwłaszcza w okresach wakacyjnych) ofertę poszczególnych kanałów telewizyjnych. Odnotował też, że nadawcy zaczynają „lepsze” treści przygotowywać z myślą najpierw o streamingu albo starają się konstruować rozwiązania hybrydowe, łączące telewizję naziemną z możliwościami, jakie niesie globalna sieć.

 

Już przed pandemią

 

Warto zwrócić uwagę, że cytowane spostrzeżenia dotyczą czasu przed wybuchem pandemii. Dostępne dane pokazują, że podczas epidemii wywołanej koronawirusem, korzystanie z usług platform streamingowych gwałtownie wzrosło. Nie jest tajemnicą, że młodsze pokolenia korzystają z tradycyjnej telewizji w o wiele mniejszym stopniu, niż starsze. Badania pokazały np. w ostatnich latach, że odbiorcy niektórych regionalnych kanałów telewizji publicznej w naszym kraju to przede wszystkim grupa 50+, a nawet 55+.

 

Poważne zmiany dotyczą również radiofonii. Widać je także na polskim rynku. Nie tylko powstały w ostatnim czasie silne stacje radiowe nadające wyłącznie w internecie, ale też coraz większym zainteresowaniem i rosnącą słuchalnością cieszą się podcasty.

 

Restrykcyjne pozwolenia

 

W świetle obowiązujących dziś w Polsce przepisów radia i telewizje internetowe nie mają obowiązku uzyskania koncesji wydawanej przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Rodzi się więc pytanie o to, czy w aktualnej rzeczywistości medialnej i wobec bardzo szybko następujących zmian w sposobach dostarczanie i odbierania kontentu, jest jeszcze miejsce na działalność koncesyjną ze strony państwa.

 

Ustawa z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców, stwierdza, „Wykonywanie działalności gospodarczej w dziedzinach mających szczególne znaczenie ze względu na bezpieczeństwo państwa lub obywateli albo inny ważny interes publiczny wymaga uzyskania koncesji wyłącznie, gdy działalność ta nie może być wykonywana jako wolna albo po uzyskaniu wpisu do rejestru działalności regulowanej albo zezwolenia”. Zacytowany przepis znajduje się w rozdziale zatytułowanym „Reglamentacja działalności gospodarczej”. W komentarzach specjalistów można nawet przeczytać, że koncesja jest najbardziej restrykcyjnym z pozwoleń udzielanych firmom na działania, które wymagają uzyskania specjalnych uprawnień.

 

Niebagatelne pytania

 

Dlaczego rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych poza systemami teleinformatycznymi jest objęte reglamentacją? Czy chodzi bezpieczeństwo państwa lub obywateli? Czy też o „inny ważny interes publiczny”? A jeśli tak, to o jaki? To niebagatelne pytania, a wydarzenia ostatnich miesięcy w naszym kraju, dotyczące jednej z dużych firm ze sfery mediów, potwierdzają ich wagę i znaczenie. W tle stoi niemniej ważne pytanie, o sensowność działalności koncesyjnej państwa w odniesieniu do dwóch wybranych form aktywności medialnej w obecnej sytuacji. Po co wydawać koncesje na działalność, która faktycznie coraz bardziej traci na znaczeniu? Dlaczego państwo ma wciąż ingerować akurat w tej coraz węższej sferze działań w dziedzinie międzyludzkiej komunikacji?

 

Oczywiście, częstotliwości umożliwiające naziemne rozpowszechnianie programów są dobrem ograniczonym i ingerencja państwa w proces ich reglamentacji wydawała się zrozumiała. Ale czy w przyznawaniu koncesji radiowych i telewizyjnych (gdziekolwiek, nie tylko w naszym kraju) w minionych dziesięcioleciach chodziło wyłącznie o sprawiedliwe rozdzielenie dostępnych zasobów między nadawców? Można znaleźć nie jeden przykład dowodzący, że znaczenie miały (mają) zupełnie inne motywy, np. dążenie do reglamentacji lub ograniczenia dostępności do pewnego rodzaju treści lub promowanie innych.

 

Sygnał przewodniczącego

 

Zachodzące zmiany technologiczne powodują, że rośnie dostępność nowych kanałów dystrybucji treści, które nie wymagają korzystania z ograniczonych zasobów. Nie ma więc potrzeby reglamentacji w postaci udzielania przez państwo koncesji, uprawniających do prowadzenia działalności w sferze mediów.

 

Jako sygnał, że przedstawiciele władz państwowych zdają sobie z tego sprawę, można potraktować propozycję złożoną przez przewodniczącego KRRiT Witolda Kołodziejskiego na ręce wicemarszałka Ryszarda Terleckiego. „Proponowane zmiany mają charakter deregulacyjny i polegają na ułatwieniu uruchamiania w Polsce programów radiowych i telewizyjnych, rozpowszechnianych w sposób inny niż rozsiewaczy naziemny, przez zastąpienie systemu koncesyjnego zezwoleniami na rozpowszechnianie satelitarno-kablowe” – można było przeczytać w serwisie wirtualnemedia.pl. Łatwo jednak zauważyć, że również takie rozwiązanie wymaga sensownego uzasadnienia, dlaczego i w imię jakich celów państwo chce rezerwować sobie prawo do udzielania wspomnianych zezwoleń.

 

Facebook bez szans

 

W Polsce niejednokrotnie mieliśmy (i mamy) okazję przekonać się, że państwo (niezależnie od opcji, która akurat jest u władzy) ma zapędy do głębokiego ingerowania w sferę mediów i podejmuje próby decydowania o tym, kto może, a kto nie może produkować i dostarczać odbiorcom jakiekolwiek treści. Dokładnie dziesięć lat temu bardzo zaawansowane były działania zmierzające do tego, aby nawet blogerzy musieli prosić o wpis do rejestru prowadzonego w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. „A ta będzie je kontrolowała i będzie mogła nakładać na nie wysokie kary” – przestrzegał tokfm.pl. „W takich warunkach Facebook nigdy by nie powstał” – komentował wówczas Marcin Pery, prezes związanej z Polsatem firmy Redefine (należał do niej serwis Ipla).

 

Niemal sześć lat temu, w listopadzie 2015 r. Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie zorganizował konferencję naukową pod tytułem „Człowiek – media – państwo: korelacje odpowiedzialności”. Organizatorzy informowali, że celem spotkania było poszukiwanie i wskazywanie obszarów wielorakiej odpowiedzialności pomiędzy człowiekiem i społecznością a mediami i państwem. Mówiono tam m. in. sporo o roli mediów katolickich. „Wykazaliśmy, że zarówno media, jak i państwo mają wymiar służebny wobec człowieka, media powinny chronić jego wartość i godność, a państwo – podstawowe prawa osoby. Miarą i narzędziem tej ochrony jest odpowiedzialność jako wartość” – wyjaśniał ks. prof. Michał Drożdż, który prowadził obrady. Wydaje się, że przypominanie tych elementarnych zasad potrzebne jest nieustannie, również wtedy, gdy podejmuje się kwestię koncesjonowania czy regulowania działalności medialnej przez państwo.

 

Ks. Artur Stopka