KS. ARTUR STOPKA: Pluralizm propagandowych narracji

Wydawać by się mogło, że wynik niedawnego sondażu CBOS na temat rynku mediów powinien nastrajać optymistycznie. Czy faktycznie jest powód do zadowolenia? Zależy dla kogo.

 

Polska Agencja Prasowa (a za nią inne media) podała, iż zdaniem 65 proc. Polaków media w Polsce są pluralistyczne. Tak ma wynikać z sierpniowego sondażu CBOS. Przeciwnego zdania jest 17 proc. badanych.

 

Dużo koncepcji

 

Z tak sformułowanej wiadomości wieje optymizmem. Problem w tym, że może być ona myląca. Kluczem jest rozumienie przymiotnika „pluralistyczne” w odniesieniu do mediów. Od tego zależy, czy większość badanych ma rację, czy też tkwi w błędzie, a przynajmniej w złudzeniu.

 

Jak złożony jest problem rozumienia pluralizmu w sferze mediów można się przekonać np. czytając dostępny w internecie artykuł prof. Tadeusza Kowalskiego zatytułowany „Koncepcje pluralizmu mediów i polityki mediowej w warunkach rozwoju platform cyfrowych”. Został on opublikowany w roku 2017 w drugim numerze „Studiów medioznawczych”. Sprawa naprawdę nie jest prosta.

 

Konieczne wydaje się więc dokonanie pewnego uproszczenia. Spośród licznych koncepcji pluralizmu mediów sięgnijmy tylko po dwie – pluralizmu zewnętrznego i pluralizmu wewnętrznego.

 

Zewnętrzny i wewnętrzny

 

Według prof. Kowalskiego idea pluralizmu zewnętrznego (intermediowego) za punkt wyjścia przyjmuje istnienie wielości niezależnych i autonomicznych mediów i ich właścicieli, różniących się oferowaną zawartością (tematami, skupieniem na typie zawartości lub określonym punkcie widzenia). „Kontrola własności, produkcji, wykonawstwa i dystrybucji znajduje się w wielu centrach dyspozycyjnych” – wyjaśnia autor artykułu.

 

Natomiast pluralizm wewnętrzny (intramediowy) to – jak tłumaczy prof. Kowalski – różnorodność zawartości, usług oraz źródeł ich pochodzenia w ramach danej jednostki mediów, w rezultacie oferującej szerokie spektrum opinii, punktów widzenia, reprezentujących i wartościujących zagadnienia społeczne, etniczne, polityczne i kulturowe. Autor dodaje, że koncepcja pluralizmu wewnętrznego stanowi jeden z istotnych elementów praktycznej realizacji idei mediów publicznych. Można od razu postawić pytanie, czy nie powinna się również odnosić do wszystkich pozostałych mediów. O ile mają być środkiem i miejscem międzyludzkiej komunikacji, a nie narzędziami skutecznej, zwłaszcza ideologicznej, propagandy.

 

Bańka dla każdego

 

Nawet pobieżny rzut oka na funkcjonujące w Polsce media pozwala stwierdzić, że wciąż mamy do czynienia z ich pluralizmem w wersji zewnętrznej. Nadal jest wielu właścicieli i dysponentów mediów, choć zdaniem niektórych następują pod tym względem niekorzystne i niepożądane zmiany. Mamy wielość i różnorodność mediów identyfikowanych i identyfikujących się z rozmaitymi poglądami i ideologiami. Wśród dostępnych na rynku mediów niemal każdy może znaleźć takie, które prezentują bliskie mu treści w preferowany przez niego sposób.

 

Używając modnego dziś słowa, trzeba stwierdzić, że mamy duży pluralizm komunikacyjnych „baniek”. Tendencja do tworzenia tzw. mediów tożsamościowych tę sytuację petryfikuje. Media utwierdzają swoich odbiorców, że na tym właśnie polega ich pluralizm. Na tym, że każdy może znaleźć „swoje” i ograniczyć się do korzystania jedynie z nich.

 

Bez możliwości dialogu

 

Tak pojmowany pluralizm nie służy prawdzie. Nie prowadzi do jej poszukiwania. Nawet nie umożliwia jej szukania. Powoduje, że zamiast jednej, obiektywnej prawdy, pojawia się wiele subiektywnych „prawd”, które tworzone mogą być dowolnie, według aktualnego zapotrzebowania. Tak realizowany pluralizm zamyka poszczególnych odbiorców w konkretnej wizji świata, uniemożliwiając poznanie nie tylko innych spojrzeń, ale przede wszystkim świata rzeczywistego. To pluralizm nie tyle mediów, co pluralizm propagandowych narracji.

 

Taki pluralizm nie dopuszcza do spotkania ludzi, którzy inaczej postrzegają rzeczywistość. Zmusza do przyjęcia i podporządkowania swojego życia jednej, przedstawianej jako jedynie słuszna i autentyczna, wersji świata. Tak kształtowany pluralizm wyklucza możliwość dialogu międzyludzkiego. Promuje wrogość, pogardę, odczłowieczanie każdego, kto nie znajduje się w tej samej „bańce”. Takie rozumienie pluralizmu w mediach faktycznie nie dopuszcza różnorodności, odmienności, wielości. To pluralizm monopoli ideologicznych, zawłaszczania ludzi, traktowania ich jak towar.

 

Wymierne korzyści

 

A co z pluralizmem wewnętrznym? Jeśli jeszcze w niektórych dostępnych Polakom mediach istnieje, to ma charakter szczątkowy. Nie dotyczy poziomu przyjętej w nich narracji. Jeśli dopuszczane są czasami odmienne punkty widzenia, to nie jako równoprawna alternatywa, ale jedynie sposób na umocnienie i podbudowanie własnej wersji „prawdy”.

 

Problem w tym, że właścicielom i dysponentom mediów na rękę jest jedynie pluralizm zewnętrzny. Są oni zainteresowani wspieraniem go i podejmują wiele działań w tym kierunku. Pluralizm wewnętrzny nie przekłada się na korzyści ani polityczne, ani ekonomiczne. Wręcz przeciwnie, może być dla tych zysków zagrożeniem, ponieważ nie ma gwarancji, że spotkanie z odmiennością, różnorodnością, nie skłoni dotychczasowych odbiorców do zmiany poglądów. Świat pozamykany w „bańkach” przynosi wymierne dochody także właścicielom mediów społecznościowych (choć może się wydawać, że to one właśnie mogłyby być przestrzenią komunikacyjnego spotkania i rozmowy). Więc również tutaj w cenie jest pluralizm zewnętrzny, a nie wewnętrzny. Umacniają go mechanizmy i algorytmy, podsuwając propozycje znajomych o podobnych poglądach i treści, z którymi będzie nam łatwo się utożsamić.

 

Przytoczony na wstępie wynik sondażu jest powodem raczej do smutku niż do zadowolenia. Oznacza, że Polacy w swej większości już się przyzwyczaili do istnienia niemal wyłącznie pluralizmu zewnętrznego i zadomowili w świecie medialnych „baniek”. Szanse na jakąś poważną rozmowę mimo różnic w tym kontekście wydają się nikłe.

 

Bez świeżości – ŁUKASZ WARZECHA o telewizjach informacyjnych

Być może klucz do oryginalności i sukcesu leży w formatach, których dziś w telewizjach informacyjno-publicystycznych nie ma, a są w internecie.

 

Portal wirtualnemedia.pl podsumował, że od września w Polsce będzie aż 10 stacji telewizyjnych o profilu informacyjnym. Tak się stanie po tym, jak ruszył kanał Wydarzenia24, zastępujący skasowaną Superstację, a we wrześniu ma zacząć nadawać News24 Jana Dworaka, oparty na współpracy z samorządami. Eksperci kwestionują możliwość wsparcia przez rynek (a więc reklamy, ewentualnie abonentów) takiej liczby telewizji informacyjnych, nawet jeśli część z nich (te formalnie publiczne) mają innego rodzaju zasilanie. Owszem, nie zawsze ten czynnik decyduje, bo w grze są również innego rodzaju względy (np. rebranding Polsatu) – jednak ta sytuacja, stawiająca polski rynek medialny pod tym względem na drugim miejscu w Europie po Ukrainie (15 kanałów), prowokuje innego rodzaju pytanie: czy jest jeszcze w Polsce luka na jakikolwiek kanał publicystyczno-informacyjny, którą dałoby się wykorzystać i z sukcesem zapełnić? Nawet niekoniecznie w skali największych telewizji, ale w takiej, która zapewniłaby dobre miejsce na rynku i pieniądze.

 

Nie mając dostępu do dużych narzędzi analizy rynku trudno pokazać coś więcej niż publicystyczną spekulację, a jednak nawet takie rozważania mogą być ciekawe. Pierwsza bowiem myśl, jaka się pojawia, jest taka, że owszem, są może nawet dwie słabo zapełnione luki. Po pierwsze – miejsce, które konfrontowałoby ze sobą naprawdę różne opinie i tym odróżniałoby się od większości kanałów tego typu, gdzie jednak linia polityczna jest wyczuwalna. Mogłoby to być coś takiego jak obecny Salon24 po przejęciu przez Sławomira Jastrzębowskiego, który postawił na generowanie zainteresowania właśnie poprzez maksymalne zróżnicowanie opinii. Mówiąc obrazowo i w uproszczeniu – kanał, w ramach którego swoje autorskie programy mieliby i Jacek Żakowski, i Rafał Ziemkiewicz, a może nawet mieliby program wspólny. Tyle że to czysta teoria, bo w realnej rzeczywistości bardzo głębokich podziałów zgromadzenie w jednym miejscu tak skonfliktowanych osób wydaje się niemożliwe. A tylko to byłoby ciekawe.

 

Drugie to informacja ekspercka. Na nią zapotrzebowanie jest – nawet jeśli nie bardzo szerokie, to jednak wyraźne. Programy, w których politycy albo publicyści przekrzykują się doskonale już znanymi frazesami może wciąż dobrze się oglądają, ale spora grupa odbiorców jest nimi znudzona. To ci, którzy wciąż nie poddają się postpolitycznej metodzie na robienie polityki na emocjach i oczekują pogłębionej analizy, a jeżeli już ma być konfrontacyjnie, to musi to być konfrontacja dobrze udokumentowanych opinii i twardych faktów. Ci szukają inspiracji na portalach Klubu Jagiellońskiego, Nowej Konfederacji, Biznes Alertu. Nikt dotąd nie spróbował zbudować na takim podejściu kanału publicystyczno-informacyjnego od podstaw, choć częściowo według tej koncepcji funkcjonuje TVN24 Biznes i Świat.

 

Druga myśl to ta, że sprawa nie jest jednak taka prosta. Stworzenie stacji publicystycznej jest stosunkowo łatwe, publicystyczno-informacyjnej już nie. W obu przypadkach natomiast groźny jest paździerz, czyli wrażenie, że widz nie ma do czynienia z profesjonalnym produktem, ale prymitywnym, robionym po taniości programikiem, gdzie co chwila widać dziury. Czasem dosłownie, jeśli tzw. kluczowanie tła na green boksie jest słabej jakości. O ile łatwiej jest tego wrażenia uniknąć, jeżeli robi się stację opartą na rozmowach i autorskich programach, to już znacznie trudniej, gdy chce się do tego włączyć informacje. Tam trzeba mieć odpowiednią liczbę ekip reporterskich, dostęp do zewnętrznych serwisów i duże zaplecze techniczne. Inna sprawa, że sprzęt pozwalający na rejestrację, a nawet transmisję w przyzwoitej jakości jest dziś względnie dostępny i tani. Wciąż jednak stworzenie stacji publicystycznej z własnymi informacjami, a już szczególnie z własnym poważnym serwisem informacyjnym, jest bardzo trudne i kosztowne.

 

To, co jest na rynku i co być ma, wciąż wydaje się krążyć wokół idei, można by rzec, stricte telewizyjnej. Nie ma w tym świeżości. Wiadomo, że TVN24, Polsat News i ich bezpośrednie klony będą trwały w tym schemacie i trudno tu oczekiwać czegoś innego. Ale nowi gracze mogliby już spróbować odmiennego podejścia. Być może klucz do oryginalności i sukcesu leży w formatach, których w telewizjach informacyjno-publicystycznych nie ma, a są w internecie. To tam jest miejsce na długie i spokojne rozmowy z ekspertami, by wspomnieć choćby programy z udziałem Jacka BartosiakaBartłomieja Radziejewskiego, rozmowy Rafała Ziemkiewicza na jego kanale z zapraszanymi gośćmi albo prowadzone przeze mnie rozmowy z cyklu „Polska na Serio” na kanale Świat Rolnika. Można spokojnie założyć, że wiele spośród tych programów ma oglądalność większą niż znaczna część bardziej niszowych stacji informacyjnych w niektórych momentach. I to mimo że nie stoi za nimi żadna reklama, a żeby do nich dotrzeć, często trzeba wiedzieć, gdzie szukać, a czasami jeszcze dodatkowo zapłacić. Tam też pojawiają się swoiste fenomeny, jak rozmowy Krzysztofa Stanowskiego na jego Kanale Sportowym w cyklu „Hejt Park”, bynajmniej niezwiązane ze sportem (w każdym razie nie tylko).

 

Czy takie formaty dałoby się przenieść do „normalnej” telewizji? Pewności nie mam, być może tam straciłyby sporo ze swojej specyfiki. Na pewno oparta na nich telewizja nie mogłaby podlegać klasycznym regułom – na przykład sztywnej ramówce. Ale nie mam wątpliwości, że mogłaby powstać. Tyle że wymagałoby to kilku czynników, które chyba dziś zajść nie mogą. Po pierwsze – niezależnych od władzy inwestorów z przyzwoitymi pieniędzmi; po drugie – całkowitego zerwania z założeniem, że musi to być przedsięwzięcie jakoś umocowane politycznie, choćby gdy idzie o linię; po trzecie – zaangażowania w nie ludzi myślących już w kategoriach innych niż tradycyjna linearna telewizja. A ci być może wolą pozostać tam, gdzie są, czyli przy internecie.

JAROMIR KWIATKOWSKI: Jak uzdrowić dziennikarstwo regionalne

Przez prawie 19 lat (1993-2011) pracowałem w wydawanych w Rzeszowie „Nowinach” – jednej z gazet wchodzących w skład grupy Polska Press. Nie doczekałem już niemieckiego właściciela – musiałem, wraz z kilkoma koleżankami i kolegami, odejść końcem 2011 r. w ramach zwolnienia grupowego, kiedy Anglicy z Mecomu cięli koszty przygotowując grupę gazet pod nazwą Media Regionalne do sprzedaży niemieckiemu koncernowi Verlagsgruppe Passau. Po moim odejściu dochodziły do mnie informacje z mojej byłej redakcji. Wiedziałem, że nie jest dobrze, ale nie przypuszczałem, że jest aż tak źle. Pytanie, czy w tych gazetach, po ich odkupieniu przez PKN Orlen, może być jeszcze normalnie, czy wszystkie niedobre procesy zabrnęły już tak daleko, że nie da się ich odwrócić.

 

Przygotowany przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i „Kurier Wnet” „raport zamknięcia” Polski Press przeraża (czytaj TUTAJ). Wynika z niego, że dziennikarz regionalny stał się niewolnikiem, robotem pracującym coraz więcej za coraz mniejsze pieniądze, bez zabezpieczenia socjalnego. W redakcjach oszczędzano dosłownie na wszystkim. Niemiecki właściciel wycisnął je jak cytrynę, a kiedy okazało się, że ten biznes jest już słabo opłacalny, pozbył się go. Jeżeli chodzi o treść merytoryczną, obowiązywała poprawność polityczna. Ci, którzy kontestowali taką linię gazety, odchodzili z pracy bądź byli z niej wyrzucani, a w najlepszym razie marginalizowani – kazano im zajmować się „ogonami”, na których ciężko było zarobić.

 

Wykupienie przez PKN Orlen grupy gazet Polska Press (w tym „Nowin”) stanowi nowe otwarcie, szansę na poukładanie tego wszystkiego inaczej, lepiej. Na razie zmieniono kilku redaktorów naczelnych. To dobry ruch (pomijając, że wrzucono ich, co wnioskuję na podstawie sytuacji w „Nowinach”, na głęboką wodę bez wystarczającego wsparcia), ale daleko nie wystarczający.

 

Co zatem zrobić, by gazety Polski Press wróciły do swojej właściwej roli?

 

Gazeta dobra czy tania

 

W moim przekonaniu, pierwsza i najważniejsza sprawa to odejście od realizowanej przez Verlagsgruppe Passau i doprowadzonej do absurdu polityki oszczędzania oraz doinwestowanie tych gazet. I to w dwojakim znaczeniu:  zainwestowanie w dziennikarzy (prezes PKN Orlen Daniel Obajtek wie, bo sam o tym jeszcze w kwietniu mówił, że większość pracowników Polski Press nie miała podwyżek od 2008 r.) i w sprzęt, czasami już mocno przestarzały.

 

Ale najważniejsza jest inwestycja w ludzi. Oni robią różnicę. Ci najzdolniejsi, z dobrym warsztatem i dużym dorobkiem. Do tego trzeba wrócić. Gazety regionalne co najmniej kilkanaście lat temu przestały być pracodawcą atrakcyjnym pod względem finansowym. Wspomniany brak podwyżek, zatrudnianie dziennikarzy najczęściej na śmieciówkach lub spychanie ich na samozatrudnienie, przycinanie wierszówek lub marginalizowanie „niepokornych” spowodowały, że dziennikarze mieli dwa wyjścia: albo pogodzić się z takim stanem rzeczy, albo szukać sobie miejsca gdzie indziej – często poza zawodem, bo regionalny rynek pracy dla dziennikarzy jest rachityczny. Poradzić sobie w takich warunkach mogli tylko najlepsi.

 

Truizmem jest stwierdzenie, że gazeta może być albo dobra, albo tania. Verlagsgruppe Passau miała dla polskich gazet jasną strategię: nieważne czy są dobre, ważne, by były tanie. Ta strategia jest zdecydowanie nie do obrony. Innymi słowy: gazety, jeżeli mają być dobre, nie mogą być biedne, bo nie ściągną do siebie dobrych dziennikarzy. Trzeba wyciągnąć wnioski z tej prostej prawdy, odbudować struktury redakcyjne (dziś mocno zredukowane), zatrudnić ludzi na etatach, a nie na śmieciówkach i zacząć solidnie płacić za dobre dziennikarstwo.

 

Ktoś powie: ale przecież gazety papierowe to rynek kurczący się. To prawda. Pojęcie „gazeta” jest skrótem myślowym. Chodzi zarówno wersję papierową, jak i portal internetowy: w przypadku „Nowin” – nowiny24.pl. Trzeba je traktować łącznie, co rodzi następny problem: mądrego kierowania ruchem między wersją papierową i online. Nie ma sensu powielanie w papierze tych samych informacji, z którymi czytelnik zapoznał się już wcześniej na portalu. Do papieru niech trafiają tylko najważniejsze informacje, obudowane szybką publicystyką – komentarzem, felietonem, wywiadem – tłumaczącą je czytelnikowi.

 

Powrót do regionalności

 

Z wzmocnienia finansowej siły gazet wypływają możliwości prowadzenia innych działań. Kolejną ważną sprawą jest powrót gazet do jak najmocniejszego osadzenia w regionie, zarzuconego w czasach Polski Press. W „Nowinach”, tnąc koszty, bardzo mocno ograniczono siatkę korespondentów terenowych. Do tego trzeba wrócić.

 

Po drugie, Polska Press – w ramach oszczędności – zaczęła gromadzić ciekawsze, zdaniem jej szefów, artykuły w banku tekstów, z którego mogły korzystać inne gazety grupy. W efekcie zdziwiony czytelnik z Podkarpacia dostawał reportaże z innych części Polski. Nie twierdzę, że to było nagminne, ale na tyle częste, że prowokowało do zadania pytania, czy to jest jeszcze podkarpacka gazeta regionalna. Dotyczy to także kolumn tematycznych, np. o zdrowiu. To prawda, że dana choroba jest taka sama na Podkarpaciu, Pomorzu czy w Lubuskiem, ale nie jest bez znaczenia, czy w naszym regionie opowiada o niej lekarz z Rzeszowa, Sanoka czy Krosna, czy ze Szczecina lub Wrocławia. Jako czytelnik życzyłbym sobie, by takie gazety jak „Nowiny” zrezygnowały, a przynajmniej radykalnie ograniczyły publikowanie materiałów spoza regionu – przy zwiększonej obsadzie kadrowej nie będzie to trudne.

 

Szybciej czy bardziej rzetelnie

 

W moim przekonaniu, dziennikarze powinni powrócić do istoty swojej misji – dostarczania rzetelnych, kompleksowo opracowanych informacji, a nie tylko kontentu  w ilościach hurtowych. Innymi słowy, trzeba zrezygnować z ilości na rzecz jakości.

 

Dorota Mękarska, doświadczona dziennikarka z Sanoka, pokazywała mi ostatnio tekst na temat konfliktu między burmistrzem jednej z miejscowości a radą miasta. Artykuł zawierał wyłącznie punkt widzenia burmistrza. Można zapytać: celowa manipulacja czy brak czasu na zrobienie rzetelnego materiału, zgodnie z tym co nakazuje nowy dziennikarski bożek: „nie daj się wyprzedzić konkurencji”, który zastąpił starą, poczciwą staranność i rzetelność w zbieraniu materiału. Można też pytać dalej: gdzie był redaktor, wydawca gazety, który powinien zwrócić taki tekst do uzupełnienia? Dlaczego nie zwrócił? Bał się, że konkurencja o tym napisze, a my nie będziemy mieli tego tematu?!

 

Wchodząc do dziennikarstwa, miałem swoich mentorów, którzy odkrywali przede mną tajniki zawodu. Wiele się od nich nauczyłem, i to nie tylko jeżeli chodzi o warsztat dziennikarski. Wtedy starszy, bardziej doświadczony redaktor pracował z dziennikarzem i tekstem, przekazywał swoje uwagi. To była relacja mistrz – uczeń. W dzisiejszym dziennikarstwie nie ma na nią czasu. A może warto do niej wrócić? Wspomniana już Dorota, gdy jej przedstawiłem ten pomysł, stwierdziła, że to jedyna droga, bo przez lata wychowano tabuny media workerów, słabych dziennikarzy, których wbito w dumę, że są kimś, a nie mają w sobie na tyle pokory, by przyjąć do wiadomości, że dziennikarstwo prasowe to permanentna praca – nad warsztatem, ale i nad sobą, swoją wiedzą i rozumieniem świata. W rezultacie powstała kategoria ludzi z giętkim kręgosłupem, ale za to bardzo zadufanych w sobie.

 

Dorota zwróciła mi też uwagę na to, że dawniej z reguły mistrz był jednocześnie redakcyjnym przełożonym. Dziś mamy przełożonych, którzy nie są mistrzami. Rekrutacja przełożonych pod kątem, czy są gotowi spełniać bez szemrania życzenia właścicieli i forsować zasady politycznej poprawności, doprowadziła dziennikarstwo regionalne do stanu zapaści. Czy Polska Press pod nowym właścicielem wykreuje dojrzalsze mechanizmy awansu?

 

Inna sprawa: słabe finansowo redakcje szukają pieniędzy wszędzie – w rezultacie dziennikarze często zajmują się pisaniem tekstów sponsorowanych. To niedobra praktyka, od której trzeba odejść – te dwie sfery muszą być jasno rozgraniczone.

 

Murem za dziennikarzem

 

Doinwestowanie finansowe gazety może oznaczać także powrót do dziennikarstwa śledczego, z którego na poziomie regionalnym zrezygnowano, bo jest drogie. Takie dziennikarstwo nie leżało także w interesie polityków, zdolnych do ręcznego sterowania słabymi finansowo mediami.

 

Dziennikarz śledczy mógłby być wynagradzany nie w systemie wierszówkowym, lecz według stałej gaży (z możliwością premiowania znakomitych materiałów). W przypadku braku efektów pracy w ciągu, powiedzmy, kilku miesięcy, mógłby zostać przesunięty na „zwykły” etat dziennikarski, do systemu wierszówkowego.

 

Wreszcie, doinwestowanie finansowe to także lepsza ochrona prawna dziennikarza. Bogate gazety ogólnopolskie mogą skorzystać nawet z renomowanych kancelarii prawnych, regionalne z reguły mają swojego radcę prawnego, który reprezentuje je w procesach prasowych. Nie wiem, jak jest teraz, bo od kilku lat nie jestem zatrudniony na etacie w żadnej redakcji, ale w czasie mojej pracy w „Nowinach” z biegiem lat nabieraliśmy coraz większych wątpliwości, czy w przypadku procesu wydawca gazety stanąłby za nami murem – ówczesny radca prawny raczej parł do ugody nie patrząc, jak wyglądają nasze procesowe szanse. Jeżeli dziennikarz nie będzie miał pewności, że w razie konfliktu gazeta stanie za nim murem, nie zaryzykuje pisania na trudne tematy. Dorota Mękarska  zwróciła uwagę, że w momencie, kiedy „Nowiny” wycofały się z podejmowania trudnych tematów, skończyły się one także w mediach lokalnych – tam bowiem dziennikarz nie ma praktycznie żadnej ochrony prawnej i redakcje ratowały się tym, że mogły zastosować wybieg „jak napisały >>Nowiny<<” i temat przepisać od „większego brata”.

 

Mieć poglądy to nie zbrodnia

 

Kolejna sprawa to niezależność gazety. Ona również wiąże się ściśle z sytuacją finansową, bo gazety biednej nie stać na niezależność. Niezależność gazety rozumiem bardzo prosto: wszystkie decyzje odnośnie do jej zawartości zapadają wewnątrz redakcji, a redaktor naczelny bierze na siebie rolę piorunochronu, który chroni gazetę przed próbami ręcznego sterowania przez polityków. Ci bowiem, jeżeli tylko będą mieli okazję do takiego sterowania, skwapliwie z niej skorzystają.

 

Mało tego, marzą mi się tacy redaktorzy naczelni, którzy w imię niezależności będą gotowi zrezygnować ze swej funkcji, rozumiejąc, że patrzenie rano na swoje odbicie w lustrze bez obrzydzenia jest więcej warte niż te 10 tys. pensji miesięcznie.

 

Chciałbym przy tym podkreślić, że niezależność od polityków nie oznacza braku poglądów. Nie oznacza gazety, która nie chce nikomu nadepnąć na odcisk. Mieć poglądy w dziennikarstwie to nie zbrodnia. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy je można uzewnętrzniać – w komentarzu, felietonie, artykule publicystycznym. Dziennikarz piszący informację musi swoje poglądy zostawić przed wejściem do redakcji i nie może w tekście pominąć szczegółów istotnych dla sprawy, tylko dlatego, że uderzają w bliską mu opcję polityczną (co skądinąd powinno być dziennikarskim ABC).

 

Tymczasem odnoszę wrażenie, że obecnie dziennikarze raczej stronią od tematyki politycznej, traktują ją jako zło konieczne, obawiając się, że gdy napiszą coś nie po myśli jakiegoś ważnego polityka, to mogą być z tego same kłopoty. Wolą mieć święty spokój, zająć się tematami „bezpiecznymi”. O takich dziennikarzach mówi się „ludzie bez właściwości”. Oni tłumaczą to często tym, że mają kredyty, że ma im się urodzić dziecko itp. A jeszcze gdy nie czują, że redakcja stoi za nimi murem, włącza się u nich myślenie oportunistyczne, choć w tym przypadku nie pozbawione elementów racjonalności: a w imię czego się będę narażał!

 

Cisza grobowca?

 

Dziennikarskie szlify na poziomie gazety codziennej zdobywałem w ukazującym się w Rzeszowie w latach 1990-1993 „Dzienniku Obywatelskim A-Z”. To była niezła szkoła – kto z tych dziennikarskich żółtodziobów się nadawał, został w zawodzie, kto nie – odpadł. Pod względem poglądów redakcja to była zbieranina ludzi „od Sasa do lasa”. Ale mieliśmy, przynajmniej w pierwszym okresie istnienia gazety, jedną zasadę: nie musieliśmy się lubić, ale szanowaliśmy się nawzajem. Naczelny, przysłuchując się mojej dyskusji z koleżanką na temat aborcji, dał nam po pół kolumny, byśmy mogli swoje poglądy wyłożyć na łamach gazety. Warunek był jeden: mają to być merytoryczne argumenty, a nie inwektywy. W „Nowinach” pod koniec lat 90. pokój działu publicystyki był terenem  zażartych dyskusji na tematy, jak ulepszyć ustrój państwa czy jakość publicznej debaty. Podczas takich dyskusji rodziły się publicystyczne tematy.

 

Bardzo mi dziś brakuje w redakcjach takich dyskusji. Starcia, ożywczej wymiany myśli. Atmosferę panującą w „Nowinach” jeszcze przed moim odejściem nazywałem „ciszą grobowca”. Znam redakcje, w których dziennikarzy dyskutujących ucisza się, bo przeszkadzają innym w pracy. Mam swoje jasno skrystalizowane poglądy, ale uważam, że dziennikarstwo spełnia się także w zwarciu z poglądami innych. Dziś tego już nie ma, przynajmniej na poziomie regionalnym. Nie ma na to czasu, bo trzeba cały czas „produkować wsad” do gazety. A może dziennikarze nie mają wiele do powiedzenia na poważniejsze tematy?

 

Oczyścić atmosferę

 

Na koniec zostawiłem rzecz równie istotną jak sytuacja finansowa gazety, a przy tym nie wymagającą pieniędzy. To odbudowa atmosfery w zespole. Na podstawie swoich doświadczeń w „Nowinach” mogę powiedzieć, że redaktor naczelny, który sprawował swoją funkcję przez 15 lat, nie tylko o nią nie dbał, ale wręcz uwielbiał dzielić ludzi. Gdy ktoś mu pasował, potrafił go hołubić. Swojej opozycji redakcyjnej dawał odczuć, jak bardzo jej nie znosi.

 

To droga donikąd. Tak się pracować w jednym zespole nie da. Marzy mi się, by obecnie Polska Press wyłaniała takich szefów, którzy dobrą atmosferę w redakcji uważają za jeden z priorytetów.

 

Nie mam problemu z tym, że w 2011 r. tenże naczelny wręczył mi wypowiedzenie. Właściwie zrobił mi tym przysługę, bo otworzyły się przede mną nowe możliwości zawodowego rozwoju. Jeżeli mam zadrę w sercu, to tylko z jednego powodu: gdy odchodziłem po prawie 19 latach pracy w „Nowinach”, nikt z kierownictwa nawet nie raczył powiedzieć „dziękuję”.  Bo nie byłem w „grupie trzymającej władzę”. To fatalny wzorzec – nie chciałbym się z nim już nigdy spotkać.

 

Po zmianie właściciela skorzystałem z zaproszenia nowego naczelnego i po prawie 10 latach wróciłem – nie tyle do „Nowin”, co do pisania do tej gazety. Podobno nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki, ale może czasami warto spróbować dopuszczając wariant, że można się znów rozczarować?

 

Czas pokaże…

 

„Twoje wszystkie postulaty są słuszne, ale obawiam się, że nierealne” – podsumował dr Paweł Kuca, były dziennikarz „Nowin”, a obecnie politolog na Uniwersytecie Rzeszowskim, gdy mu przedstawiłem tezy artykułu.

 

Być może. Ale jestem przekonany, że jeżeli przynajmniej nie spróbujemy pójść w tę stronę, nie odbudujemy zaufania do zawodu dziennikarskiego. Pytanie, czy nowy właściciel chce to zrobić, czy jedynie chce zmienić polityczne wektory gazet wchodzących w skład Polski Press, na razie pozostaje bez odpowiedzi. Jak to zwykle bywa, czas pokaże…

 

Autor jest dziennikarzem od 1989 r. Obecnie współpracuje z tygodnikiem „Sieci”, „Forum Dziennikarzy”, „Nowinami” i dwumiesięcznikiem „La Salette Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” oraz pisze książki. Mieszka w Rzeszowie.

 

Tekst ukazał się w nr 3(142)

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie do pobrania TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

ŁUKASZ WARZECHA: Za co można zwalniać dziennikarzy

Mało zauważona przemyka sprawa dziennikarza Radia Gdańsk Marcina Mindykowskiego, który niedawno został zwolniony z rozgłośni bez podawania przyczyn po dziewięciu latach pracy. Trudno było nie dostrzec czasowej koincydencji z podpisaniem przez niego apelu w sprawie lex TVN i trudno było znaleźć jakąkolwiek inną przyczynę zwolnienia. Szczególnie że do Mindykowskiego miały docierać informacje, że prezes rozgłośni Adam Chmielecki był niezadowolony ze złożenia przez dziennikarza podpisu pod listem.

 

Ta historia jest o tyle niezwykła, że – jak rzadko kiedy – sprzeciw wobec działania kierownictwa rozgłośni popłynął z różnych miejsc. Krytycznie odniosło się do niego i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ), i Syndykat Dziennikarzy Polskich (związek zawodowy), i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Sprawie ma się także przyglądać rzecznik praw obywatelskich. Co ważne, CMWP SDP zaznaczyło, że nie zajmuje się treścią apelu, podpisanego przez dziennikarza, ale samym bardzo prawdopodobnym powiązaniem tego podpisu ze zwolnieniem Mindykowskiego. To ważna deklaracja, ponieważ w sprawie TVN CMWP SDP nie podziela stanowiska autorów listu – a jednak wyraźnie oddzielono tę kwestię od sprawy zwolnienia dziennikarza z pracy.

 

Ktoś mógłby uznać, że pracodawca ma przecież prawo pozbyć się pracownika, jeżeli uzna, że ten z jakiegoś powodu nie spełnia oczekiwań. Byłoby to jednak zbyt daleko idące uproszczenie, a w tej sytuacji szczególnie nietrafione. Po pierwsze – nie mamy do czynienia z prywatnym medium, ale publicznym, zasilanym publicznymi pieniędzmi (o statusie odrębnej spółki, bo taki mają lokalne rozgłośnie radiowe). Już samo to powinno na zarządzających nim nakładać daleko idące ograniczenia, gdy idzie o dowolność w kreowaniu linii oraz zarządzanie ludźmi. Jak jest faktycznie – wiemy. Trudno to jednak traktować jako usprawiedliwienie.

 

Po drugie – zwalnianie pracowników bez podania przyczyny jest nieakceptowalne nawet w prywatnym biznesie. Niezależnie od prawa pracy, które dotyczy przede wszystkim osób mających właśnie umowy o pracę, jest to zwyczajnie etycznie naganne.

 

Po trzecie – krytycy postępowania zarządu Radia Gdańsk zwrócili uwagę, że jeżeli zwolnienie było skutkiem podpisania apelu w sprawie TVN, oznaczałoby to ograniczanie praw obywatelskich pracownika. Bo przecież Mindykowski nie był tego apelu inicjatorem, dodał tam jedynie swój podpis. Zrobił to jako dziennikarz, ale niekoniecznie jako dziennikarz konkretnej rozgłośni. W tym sensie realizował prawo do zaznaczenia własnego prywatnego stanowiska jako obywatela właśnie.

 

Można by kontrargumentować, że jeżeli pracownik angażuje się w aktywność niespójną z linią firmy, może to być powód do zwolnienia. To jednak wcale nie jest prosta kwestia – by przypomnieć ciągnącą się wciąż sprawę (właściwie – dwie sprawy) pana Janusza Komendy, zwolnionego przez Ikeę za jego wpisy na wewnętrznym forum pracowniczym po tym, jak Ikea w rozsyłanym do pracowników piśmie stwierdziła, że „inkluzywność” wobec mniejszości seksualnych jest „obowiązkiem” zatrudnionych w firmie.

 

W sprawie pana Komendy istotne było między innymi to, że Ikea jako powód zwolnienia podała sprawę, która nie ma nic wspólnego z jej działalnością i przy sprzedaży wyposażenia domów w ogóle nie powinna mieć znaczenia. Można by jednak uznać, że list w sprawie TVN jest powiązany z działalnością radia – w końcu to sprawa dotycząca mediów – zatem trudno to widzieć podobnie jak aferę w Ikei. Lecz wówczas pojawia się pytanie: czy mamy rozumieć, że Radio Gdańsk (lub jakiekolwiek medium publiczne) ma w kwestii dalszej działalności TVN tak wyrazistą i jednoznaczną linię programową, że odstępstwo od niej nawet na jotę, choćby przez podpis pod otwartym listem, ma skutkować zwolnieniem pracownika? Dość niepokojące podejście.

 

Według relacji Wirtualnych Mediów zarząd radia, w tym sam prezes, ma teraz wątpliwości, czy postąpił słusznie. Dobre i to, choć doskonale rozumiem zwolnionego dziennikarza, który stwierdza dziś, że nie wie, czy chciałby wrócić do pracy w tym miejscu oraz że jego zaufanie do pracodawcy zostało naruszone.

Czy dziennikarstwo przeżywa kryzys? – zastanawia się ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS

Media i dziennikarstwo na całym świecie przeżywają kryzys, ale nie taki jak go widzi liberalna lewica.

 

Niedawno przeczytałam tekst, który opowiadał o „fatalnej tendencji” w mediach publicznych – jak wiadomo obsadzonych przez dziennikarzy konserwatywnych –  psucia ich poprzez  nominowanie na stanowiska decydentów ludzi bez talentu i doświadczenia. Racja,  zdarza się, że ten czy ów nie spełnia kryteriów czy  oczekiwań, ale czy to samo nie dzieje się w segmencie mediów lewicowo-liberalnych, komercyjnych? Ilu tam  niekompetentnych, a zdarza się kompromitujących dysponentów, dyrektorów, kierowników redakcji? A przecież takie złe wybory także przekładają się na jakość ich programów. I sprawa druga, a w istocie pierwsza: od 30 lat, z małymi przerwami, ta opcja, na zmianę z post-komunistami, trzymała media publiczne w garści,  panowała monokultura polityczna, czy to jakoś autorowi nie przeszkadzało?

 

W tej chwili,  wraz z wejściem kapitału konserwatywnego na rynek prasowy – „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska”, etc.- nastąpiła demokratyzacja światopoglądowa, pluralizacja rynku medialnego, której w istocie od 1945 roku nie było. Czy tego nie należy punktować? To, moim zdaniem, największe zwycięstwo  mediów w ciągu ostatnich  lat. A syndrom „krótkiej ławki” w istocie nie występuje po żadnej ze stron, ponieważ  wciąż pojawiają się  nowe generacje kandydatów na dziennikarzy i broadcasterów, i   jeśli coś nam grozi, to raczej „inflacja podaży”,  ludzi przypadkowych, niedouczonych, często pochodzących z mediów społecznościowych. Ale to zjawisko występuje przecież  po każdej ze stron.  Tak więc  pisanie o krótkich ławkach, które przekładają się na „degradację mediów jako całości”  nie ma większego sensu, a posługując się jedynie  przykładami  konserwatystów, jest stronnicze i niesprawiedliwe.  Problem jest natomiast, i on nie znika, że lewica,  historycznie i tradycyjnie, mając  gębę pełną frazesów o demokracji, boryka się z kłopotem  zaakceptowania poglądów innych niż własne, i dotyczy  to także rynku medialnego. I zjawisko to, a raczej wada, handicap,  najwyraźniej się pogłębia. Spójrzmy tylko, co dzieje się po zakupieniu od niemieckiej grupy medialnej  Polski Press – co  przecież jest obiektywnie faktem dla polskich mediów, reprezentujących polskie interesy, bardzo pozytywnym. Albo  pandemonium, jakie  rozegrało się  bodaj dziesięć lat temu, kiedy próbowaliśmy  wybrać konserwatystów do  władz SDP.  Nie wahano się wtedy nazwać nas faszystami!  Wciąż  trwa akcja odbijania mediów publicznych i tekst o „fatalnej tendencji”, który krytykuje tylko konserwatystów, świadomie czy nie, wpisuje się w tę narrację, a tym samym niszczenia pluralistycznego rynku medialnego.

 

A więc, rzeczywiście, zdarza się, że szefowie – po różnych stronach sporu i na różnych poziomach kompetencji – nie sprawdzają się. Ale potem przychodzą inni, i „się sprawdzają”. Przecież bodaj 13 kanałów telewizji publicznej i 9 radia publicznego działają,  dostarczają informacji i rozrywki na rożnych poziomach oczekiwania, często  coraz lepiej. Obserwuję ten proces na przykładzie sektora polityki zagranicznej. Widzę coraz większą liczbę korespondentów, w coraz bardziej strategicznych miejscach globu, jedni są lepsi, inni gorsi, lecz prawidłowość jest taka – jest ich generalnie coraz więcej i są generalnie  coraz lepsi. Może przydałoby się tylko sięgać po komentarze nie do politologów, którzy znają świat z zagranicznych gazet lub książek, a do ekspertów, zwykle znających   świat z życia. Do nas nie dotarła jeszcze informacja, że publicysta, zajmujący się sprawami krajowymi, to zupełnie inny zawód niż publicysta  zagraniczny! I nie ma takich cudów, obserwowałam ten segment przez 30 lat w BBC, aby ekspert ds. międzynarodowych znał się na równi dobrze na tematyce brytyjskiej, niemieckiej, indyjskiej czy chińskiej, bo to niemożliwe. Ale – jako członek Rady Programowej PR mówię o tym na zebraniach, w obecności  dyrektorów Jedynki czy PR 24 –  i widać, że jest szansa na dialog, a zatem na poprawę pewnych niedociągnięć. Nie jest łatwo, bo to stajnia Augiasza, nie sprzątana od 1945 roku, ale to się robi. Widać, że decydenci są otwarci na krytykę i chętni, aby korygować niedociągnięcia.

 

Tak, polskie media, dziennikarstwo przeżywają  kryzys. Ale  występuje on po obu stronach ideologicznej barykady, a po wtóre ma zupełnie  inny charakter, niż twierdzi cytowany powyżej autor. No i jest to zjawisko o zasięgu światowym.  Od 30-40 lat trwa zintensyfikowana wojna światopoglądowa, która przekłada się także na media, pierwszą linię ideologicznego frontu . Przesuwanie się na lewo myślenia o państwie, prawie, rodzinie, dotknęło także media.  Przejmowanie przyczółków, stacji radiowych i telewizyjnych, publicznych i prywatnych, gazet i tygodników wciąż trwa. Spójrzmy co się stało z brytyjskim „Observerem” po przejęciu go przez Grupę Guardiana, z niemieckim „Die Welt” czy francuskim „Le Monde’em”.  Coraz więcej polityki, coraz wyraźniejsza lewicowa linia, coraz częściej publicystykę wypiera propaganda.  Bardziej  odczuwalna cenzura i ostrzejsze środki  perswazji. Korporacje cyfrowe postawiły w tym dziele zniszczenia pluralizmu, demokratycznej wymiany myśli „kropkę nad i”. I warto mieć świadomość, że w wojnie, która trwa bez mała 40 lat jedna strona atakuje pod hasłem „niszczyć establishment, historię i tradycję”, a druga próbuje tego kapitału bronić. Bronić znane nam  formy demokracji,  zwykle parlamentarnej,  kodeksów regulujących życie państw i obywateli jak konstytucje, kodeks karny czy prawo zwyczajowe, a zatem wolne wybory, prawa człowieka, wolność słowa.  Wystarczy spojrzeć, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, w Niemczech, ale i w Polsce, aby się zorientować o co chodzi.  A więc dla lewicy liberalnej, jest to wojna zaczepna, a dla strony drugiej, konserwatywnej, obronna. No i widać wyraźnie, że w ciągu ostatnich kilku lat stopień agresji  znacznie się podniósł i zintensyfikował. Pod różnymi pretekstami – w Stanach Zjednoczonych było to pojawienie się  kandydata, a potem kadencja Donalda Trumpa, w Wielkiej Brytanii był to Brexit, w Polsce wygrana w wyborach parlamentarnych konserwatywnego Prawa i Sprawiedliwości, na Węgrzech fenomen Orbana, etc.

 

Pojawiło się więc kilka nowych fenomenów – coraz częstsze  transfery z dziennikarstwa do polityki czy na fotele decydenckie, coraz  szersze i głębsze  upolitycznienie mediów, zaczęła zacierać się granica między publicystyką i propagandą, bardzo zaostrzył się także język politycznego sporu. Wszystkie te zjawiska, nakręcane przez  lewicę,  powodują  niszczenie dziennikarstwa i budzą opór konserwatystów.  Dożyliśmy czasów, kiedy każda  partia konserwatywna – patrz: amerykańscy republikanie, brytyjscy torysi czy niemieccy chadecy – ma coraz szerszy margines socjalny i  upomina się o dobrostan wszystkich obywateli, podczas gdy lewica sufluje ideologię obrony praw mniejszości,  robi to ciężką ręką, i z pominięciem jakichkolwiek demokratycznych procedur.  Identyczna sytuacja panuje w mediach.

 

A teraz  kilka słów, bo mówi się o tym wciąż za mało,  na temat języka mediów, który sygnalizuje zaognienie się politycznego sporu. A więc język mediów, amerykańskich, brytyjskich czy polskich bardzo się w ciągu ostatnich kilku lat zradykalizował i zbrutalizował. Z jednej strony  nakręca spiralę agresji, z drugiej –  efekt bumerangu – generuje w przestrzeni publicznej coraz ostrzejszy konflikt. Minęły już czasy, kiedy National Audit Office, Komisja Kontroli, powoływana przez brytyjski parlament, okazywała się skutecznym narzędziem regulowania nieprawidłowości w mediach, m.in. stronniczość polityczną BBC. A OFCOM, państwowy organ nadzorujący rynek mediów, działał stanowczo i dawał sobie radę z nadużyciem zaufania, wiarygodnością dziennikarzy czy obyczajowymi skandalami w tym światku. Dziś  nikt się z nimi nie liczy. Podobnie komisje etyki mediów czy  organizacje, broniące wolności dziennikarskiej wypowiedzi  w Polsce. Wszystkie te ciała czy też instytucje nadzorujące zniknęły w chaosie politycznego konfliktu,  jak nazwali to Brytyjczycy,  Uncivil War, w nawiązaniu do amerykańskiej Civil War, wojny secesyjnej. Ich głos – w najlepszym razie kończy się to  oświadczeniem – który równie dobrze mógłby się nie ukazać,  bo nic nie załatwia, nikogo nie obchodzi i ma zerowa siłę sprawczą. Chaos, wszystkie chwyty dozwolone,  zachowania niemoralne czy korupcyjne polityków i dziennikarzy  powtarzają się wedle stałego rytmu, budząc coraz mniejsze zdumienie i protest.

 

Walka polityczna neomarksizmu przeciw konserwatyzmowi zachwiała, gorzej zdestabilizowała rynek mediów,  jak mówią Anglicy „to the core”,  „do samego jądra”. Zniszczyła hierarchię wartości i etos, poczucie sensu wykonywania tego zawodu oraz bezpieczeństwa. Czy kiedyś ten zawód się odrodzi,  wsparty o mądrość Kodeksu Dziennikarskiego – tak polskiego jak brytyjskiego, bo są bardzo podobne – nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Dopóki znajdą się ludzie, którzy będą uważali, że prawda i fakty, to podstawowe kryteria oceny, pamiętali o  misji, a w każdym razie o społecznym wymiarze ich pracy i troszczyli się o rzetelność warsztatową.  Podobne wątpliwości miałam po 1989 roku, po odzyskaniu po 45 latach suwerenności Kraju i prawa do wolności słowa i wypowiedzi. A jednak dziennikarstwo się odrodziło. Teraz mamy kolejny zakręt, a  jak wiadomo na wirażach należy być przytomnym i nie przysypiać.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

 

Tekst ukazał się w nr 3(142)

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie do pobrania TUTAJ.

 

 

 

 

 

10593 dni później – KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK o Jarosławie Ziętarze

1 września 2021 roku mija już 29 lat od porwania Jarosława Ziętary, poznańskiego dziennikarza, którego zamordowano, żeby uniemożliwić mu ujawnienie prawdy o ciemnych interesach biznesmenów należących wtedy do grona najbogatszych Polaków. Poproszono mnie, bym w rocznicę napisał o moich relacjach z ofiarą tej niebywałej, do dziś nieosądzonej zbrodni.

 

Byliśmy z Jarkiem niemal rówieśnikami. Nasze drogi krzyżowały się. Po latach koledzy mówili, żeby jeszcze u schyłku PRL widywali nas w tych samych miejscach – na uniwersyteckim nielegalnym wiecu Niezależnego Zrzeszenia Studentów czy na happeningu w obronie kultury niezależnej, który współorganizowałem. Nie poznaliśmy się jednak osobiście ani wtedy, ani w kolejnych latach, gdy wraz ze zmianą ustroju wkroczyliśmy zawodowo w dziennikarstwo.

 

Była trójka takich dziennikarzy: Ziętara, Rusek* i Kaźmierczak. Na konferencjach prasowych to byli dociekliwi młodzi ludzie” – przypominając tamte czasy powiedział przed sądem były poseł Robert Tromski, jeden ze świadków w procesie Aleksandra G. oskarżonego o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary.

 

Faktycznie poznaliśmy się dopiero na początku 1992 roku, gdy Jarek trafił do „Gazety Poznańskiej”, w której pracowałem od poprzedniego roku. Ale i wtedy, przez długi czas nie mieliśmy żadnych kontaktów, poza grzecznościowymi, gdy mijaliśmy się na korytarzach. Byliśmy w różnych działach. Zetknęły nas dopiero perturbacje związane z remontem redakcji. Jakimś trafem losu skierowano nas obu czasowo do pracy razem w zastępczym pomieszczeniu, w biurze ogłoszeń. Potem kilkakrotnie wyjeżdżaliśmy na reporterskie wypady w różne zakątki Wielkopolski. Razem jechaliśmy, ale pracowaliśmy osobno, takie były realia, służbowy redakcyjny samochód dowoził nas tylko w wybrane miejsca.

 

Czasu spędzanego biurko w biurko czy wspólnie w podróżach nie było wiele. Zwróciłem jednak uwagę na zawodowe nawyki Jarka – używał dyktafonu znacznie częściej niż ja; był też bardziej uporządkowany, materiały starannie segregował w teczkach. Z czasem sam przejąłem, zacząłem stosować takie zasady pracy.

 

Rozmawialiśmy na ogół o muzyce i górach – pasji, którą wspólnie dzieliliśmy. Dyskutowaliśmy oczywiście też o sytuacji w Polsce. 1992 rok był burzliwy po względem politycznym. Zapamiętałem, że przeżywał rozczarowanie Unią Demokratyczną. Na ogół nie poruszaliśmy jednak osobistych tematów, nasze koleżeńskie relacje nie przeszły na przyjacielskie. Może zabrakło na to czasu…

 

Po raz ostatni widziałem Jarka Ziętarę 10593 dni temu. Na redakcyjnych schodach. Zwróciłem uwagę, że źle wygląda, był blady. Powiedział, że boli go żołądek, wspomniał, że planuje wybrać się do lekarza.

 

Pożegnaliśmy się. Ja wyszedłem z siedziby „Gazety Poznańskiej”, on do niej wrócił, żeby napisać swój ostatni w życiu artykuł. Ukazał się nazajutrz, 1 września 1992 roku. W dniu, w którym mieliśmy wspólnie wyruszyć na kolejny reporterski wyjazd, ale nasz przydział na służbowy samochód został w niejasnych okolicznościach anulowany…

 

Krzysztof M. Kaźmierczak

 

*Stanisław Rusek, wtedy dziennikarz tygodnika „Poznaniak”. Nie znał Jarka, a ja poznałem go dopiero po porwaniu. Przez kilka miesięcy wspólnie zajmowaliśmy się sprawą Ziętary w ramach dziennikarskiej grupy śledczej.

Zginął, bo był dziennikarzem – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o Jarosławie Ziętarze

Wkrótce, 1 września, minie 29 lat od zniknięcia Jarosława Ziętary. Ten 24-letni dziennikarz padł ofiarą porywaczy i zginął, według świadka Macieja B. pseudonim „Baryła”,  po trzech dniach. To bardzo dużo czasu, żeby uratować młodego dziennikarza i jestem pewna, że chłopak na to bardzo, bardzo liczył. Komu i po co był potrzebny ten czas? Kto pozwolił na tę straszliwą zbrodnię? Aż siedem osób związanych ze sprawą Ziętary poniosło gwałtowną śmierć w zagadkowych okolicznościach.

 

We wtorek, 1 września 1992 roku przed godziną 9. Jarosław Ziętara wyszedł do pracy w „Gazecie Poznańskiej”. Nigdy nie dotarł do redakcji i nikt go już nigdy nie widział.

 

Według bliskich Jarka, a także prokuratury 24-letni dziennikarz został zamordowany. Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczą się dwa procesy w tej sprawie. Jednym z oskarżonych jest Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa. W drugim procesie oskarża się byłych ochroniarzy Elektromisu, o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza. Mirosław R., pseudonim „Ryba” i Dariusz L., pseudonim Lala, udając policjantów, mieli zwabić Ziętarę do samochodu przypominającego radiowóz, a potem przekazać reportera osobom, które go zamordowały. Cała trójka: Aleksander Gawronik, „Ryba” i „Lala” nie przyznają się do winy. Oba procesy, od 2019 roku, obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Pięć lat temu na murze kamienicy przy ul. Kolejowej 49, gdzie mieszkał Ziętara odsłonięto tablicę ku jego pamięci. Umieszczony na niej napis głosi: „zginął dlatego, że był dziennikarzem”. Każdego roku, w dzień uprowadzenia, czyli 1 września, pod dom przychodzą bliscy oraz znajomi Jarka, składają kwiaty i zapalają znicze. Tak będzie również i w tym roku. Tablica powstała z inicjatywy Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, który do dziś walczy o wyjaśnienie okoliczności śmierci reportera.

 

Jarosław Ziętara urodził się 16 września 1968 roku w Bydgoszczy. W latach 1987 -1992 studiował w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Studia zakończył 26 czerwca 1992 r. z wynikiem bardzo dobrym. W okresie od października 1988 do czerwca 1992 r. działał w Uniwersyteckim Centrum Radiowym, gdzie w 1990 r. został redaktorem naczelnym. W styczniu 1992 r. rozpoczął pracę na pełen etat w „Gazecie Poznańskiej”. Kilka miesięcy później, 1 września rano, wyszedł do pracy. Dystans niecałych dwóch kilometrów miał pokonać pieszo. W tym miejscu warto uzupełnić, że pierwotnie tego dnia, Ziętara miał zaplanowany wyjazd w teren, który rano anulowano. Kierowcę redakcyjnego powiadomiono o zmianie planów, w dzień wyjazdu o 8.00 i nie otrzymał innych zadań przez cały dzień pozostając do dyspozycji redakcji. Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji „Gazety Poznańskiej” mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i go uprowadzić. Z zeznań świadków, które do tej pory wybrzmiały na sali sądowej wynika, że poznański dziennikarz został porwany, następnie był torturowany i ostatecznie zamordowany, a jego zwłoki rozpuszczono w kwasie.

 

W roku 1999 Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego. Jego symboliczny grób znajduje się w Bydgoszczy. Rodzice Jarka, pomimo ogromnego zaangażowania przede wszystkim jego ojca Edmunda Ziętary, zmarli, nie doczekawszy się informacji o synu. Wysiłki dojścia do prawdy kontynuuje brat Jarka, Jacek Ziętara, który jest oskarżycielem posiłkowym w obu toczących się w Poznaniu procesach. Jacek Ziętara jest praktycznie na wszystkich rozprawach, co z pewnością nie jest łatwe, zwłaszcza gdy prowadzi się normalne życie zawodowe. Bywa, że rozprawy odbywają się  2 a nawet 3 razy w miesiącu, oczywiście w dni robocze. 29 lat życia w cieniu straszliwej zbrodni, która spotkała tę rodzinę jest jednym z bardzo ważnych wymiarów śmierci dziennikarza, nie wspominając już o wysłuchiwaniu drastycznych opisów wstrząsających losów brata, a czasem nieprawdy, niedomówień czy nawet pomówień na jego temat.

 

W 2019 roku Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie umorzył wątek sprawy Ziętary dotyczący sprawców zabójstwa dziennikarza. Powodem jest śmierć osób wskazywanych przez świadków jako uczestnicy i realizatorzy zbrodni.

 

W maju 2021 roku do sądu z własnej woli zgłosił się Zdzisław K. Wcześniej skontaktował się z redakcją „Głosu Wielkopolskiego”. Do tej pory, 28 lat, milczał, ale zmienił zdanie i postanowił powiedzieć przed sądem co wie o tej sprawie, a jego zeznania miały w założeniu wzmocnić akt oskarżenia. To znaczy potwierdzić stanowisko prokuratury, że Jarosław Ziętara interesował się przekrętami Elektromisu, jego właścicielem oraz że Mariusz Ś. znał się z oskarżonym Aleksandrem Gawronikiem. Kłopot w tym, że świadek wielokrotnie w przeszłości leczył się psychiatrycznie. Zdiagnozowano u niego psychozę schizoafektywną. Dokumenty wskazujące na kłopoty ze zdrowiem pozwoliły mu uniknąć w latach 80. służby wojskowej, a potem pomogły w uniknięciu więzienia. Przyznał, że celowo kładł się do szpitala psychiatrycznego. Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i  zabójstwa dziennikarza, jest autorem książki na ten temat oraz współzałożycielem Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, odnośnie tego świadka zamieścił na stronie internetowej jarek.sledzczy.pl następującą informację:

 

(…) Zeznań (nawet jeśli są prawdziwe) człowieka, który miał orzeczoną niepoczytalność żaden sąd nie uzna za wiarygodne. A jeśli zostałby on przesłuchany mimo niepoczytalności, to w przyszłości może to być podstawą do kwestionowania wyroku i prawidłowości przebiegu procesu oskarżonych w sprawie Ziętary.

 

Dodam przy tym, że z tekstu opublikowanego w „Głosie Wielkopolskim” (i przytaczanego w innych mediach w omówieniach) wynika, że K. nie ma żadnych dowodów i mówi generalnie to, co już wiadomo z trwających procesów. Istotne wątpliwości co do jego chęci złożenia zeznań budzi sprawa zatargu z twórcą Elektromisu (jego dobrym kolegą) i kontakt z adwokatem oskarżonych o udział w zbrodni. Tak więc radzę podchodzić do tej sprawy ze sporym dystansem. (…)

 

Ponadto tezy głoszone przez Zdzisława K. rozmiękczają i podważają dotychczasowy materiał dowodowy i zeznania innych, wiarygodniejszych świadków. Choćby to, że według K, chodziło o papierosy z kierowanej przez niego firmy Strefa Wolnocłowa wyklucza udział w sprawie Aleksandra G., który z tą transakcją z papierosami nie miał nic wspólnego, nie miałby więc powodów podżegać do zabójstwa dziennikarza, a o to jest oskarżony.

 

Trudno dziś przesądzić czy sprawy sądowe wyjaśnią wszystkie niewiadome tej zbrodni. Nie wiadomo też czy udowodnią winę oskarżonym, czy też może w sposób wiarygodny oczyszczą ich z zarzutów. Czy bliscy dowiedzą się gdzie znajdują się szczątki zamordowanego dziennikarza i będą mogli po tylu latach go pochować. I dla mnie osobiście bardzo ważne pytanie: Czy Jarka można było uratować z rąk oprawców? W latach 1991-1992 Ziętarę próbowano zwerbować do pracy w Urzędzie Ochrony Państwa, a kiedy odmówił – oferowano mu współpracę. Niedługo przed uprowadzeniem opisał przekręty w bazach państwowych przedsiębiorstw transportowych. Sprawa przyniosła mu rozgłos, a  jego tekst przedrukowała „Rzeczpospolita”.

 

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Chrystianizacja medialnego kontynentu

Czy na rynku katolickich mediów możliwe są większe przetasowania? Jaka powinna być obecność Kościoła w wirtualnym świecie?

 

Rozszerzenie przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji koncesji dla Radia Profeto, które prowadzą Sercanie z Limanowej, sprowokowało portal WirtualneMedia do postawienia pytania, czy oto powstaje alternatywa dla Radia Maryja?[1] Ponieważ ta ostatnia stacja wciąż budzi mnóstwo emocji, co ciekawe często u ludzi, którzy jej w ogóle nie słuchają, zaczęto poszukiwać odpowiedzi na tę kwestię. Na wirtualnych łamach portalu SDP.PL swoje zdanie wygłosili: ks. Mariusz Frukacz („Komplementarność, nie alternatywa”[2]), ks. Artur Stopka („Decydują słuchacze”)[3]Łukasz Warzecha (Czy jest możliwa alternatyw dla Radia Maryja)[4]. Nieco wcześniej Mirosław Usidus dokonał analizy portalu społecznościowego Agappe.PL, podkreślając przy tym nie tylko jego walory techniczne, ale też narzędzia biznesowe[5]. Wydaje się jednak, że Radio Profeto bliżej do celów Radio Catolica WBNU[6] w Framingham i Radio Catolica WGUA[7] w Lawrence nadających w językach hiszpańskim i portugalskim dla wiernych z Diecezji Bostońskiej, niż do starcia o rząd dusz ze stacją toruńskich redemptorystów. W wypowiedzi dla portalu WirtualneMedia ks. Michał Olszewski SCJ, twórca radia i prezes Fundacji Profeto.pl podkreślił, że bardzo się cieszą, iż będą mogli nadawać w południowej Małopolsce i dzięki temu dotrą z programem ewangelizującym do większej liczby odbiorców. To wszystko.

 

„Chrystianizujcie ten wielki, internetowy kontynent”

 

Te słowa Benedykta XVI pokazują wagę, jaką ten papież przykładał do ewangelizacji przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii. W maju 2011 roku w Watykanie odbyło się spotkanie Ojca Świętego z blogerami. Niespełna pół roku po pierwszym Blog Forum Gdańsk. Na ten temat wypowiadał się wówczas twórca nieistniejącego już, katolickiego portalu społecznościowego Diecezji Kieleckiej KielceLive.PL ks. Jan Duda. Powiedział, że Kościół wędruje z duchem czasu, ale w swoim tempie. Gdy zaproponował ówczesnemu biskupowi kieleckiemu Kazimierzowi Ryczanowi (1939-2017)[8], żeby założył konto w social mediach i coś sam publikował, ten zrobił wielkie oczy i powiedział: „wiesz, ale ja do tego muszę się jeszcze przyzwyczaić”. Biskup Ryczan uważany był za przedstawiciela najbardziej konserwatywnych duchownych. Należy jednak podkreślić, że na powstanie KielceLive zwyczajnie zezwolił i patrzył na ten projekt przychylnym okiem.

 

Autor wspomnianego serwisu, zwracał uwagę na problemy, które leżą po stronie samego duchowieństwa, które powinni wziąć też mocno pod uwagę twórcy Agappe.PL[9]. Podkreślił m.in., że oficjalne kanały np. na YouTube trącą bardzo oficjalnym tonem, za którym współczesny odbiorca, zwłaszcza młody, niespecjalnie przepada.

 

Watykan chce być bliżej ludzi. Powinniśmy więc szukać rozwiązań, jak być bliżej tego człowieka w sieci tak bardziej osobiście – powiedział ks. Duda, podkreślając kontekst aktywności duszpasterzy w mediach już istniejących. – Tym bardziej, że ci, którzy chcieliby się podzielić swoim własnym doświadczeniem wiary pozostają w takim dziwnym ukryciu. Brakuje świadectw, że ludzie nawracają się poprzez Internet. Wciąż też jest za mało osób pod koloratkami, które ujawniają się w sieci i potrafią się przyznać: „jestem kapłanem. Chcesz? Mogę ci pomóc”.

 

Ks. Duda zauważył, że wielu kapłanów po prostu boi się Internetu i tego, co w nim znajdą (np. pełne niechęci wypowiedzi wobec Kościoła). Wyższe seminaria duchowne nie przygotowywały ich do dyskusji w sieci, a Episkopat nie miał żadnego, jednolitego programu, czy chociażby platformy wymiany doświadczeń między duszpasterzami, którzy byli aktywni w mediach społecznościowych, ucząc się wszystkiego samodzielnie, często od podstaw.

 

„Jezus korzystałby z Internetu i miałby swojego rzecznika prasowego”

 

We wspomnianym wywiadzie, udzielonym podcastowi RadioBlog.PL, autor portalu KielceLive.PL wyraził pogląd, że według niego, gdyby Jezus przyszedł dziś na świat w ludzkim wcieleniu, „bez dwóch zdań korzystałby z Internetu i miałby swojego rzecznika prasowego”. Dodał: „Sądzę, że byłby nim św. Jakub, zwany synem gromu, który potrafiłby odpowiedzieć tak, żeby w pięty poszło”.

 

Również we współczesnym Kościele brakuje koordynatora, który zdołałby zebrać w jedną całość nieraz rozproszone i indywidualne działania. Ponadto sami duszpasterze nie należą do grupy szczególnie aktywnej. Zapytany o to ks. Duda odpowiedział ze śmiechem:

 

Walczymy, cały czas walczymy! Trudno jest skłonić kapłanów, żeby siedli i udzielili sensownych odpowiedzi na pytania, które pojawiają się na forum. Wiedzę też po kolegach, że szybko się niecierpliwią i zniechęcają, bo w Internecie nie można liczyć na szybki efekt, a wśród poważnych kwestii są też pytania kompletnie niepoważne, wzięte z kosmosu. Księża by chcieli, żeby ktoś ich czasem pogłaskał, stwierdził, że coś dobrze powiedzieli, a zamiast tego są kolejne prośby i pytania: „chłopie, jesteś księdzem, weź rzesz pomóż, bo sam nie mogę sobie rady z tym dać”. Jako duchowni czasem uciekamy w wygodnictwo. Znam proboszcza, który przestał zamieszczać kazania w plikach MP3 po trzech krytycznych komentarzach.

 

Warto podkreślić, czym było KielceLive.PL. Ks. Duda objaśnił to tak: to taka mała, wirtualna parafia. Co dzień odwiedza nas około tysiąca osób.

 

Radio i wezwanie papieża Franciszka

 

W 2015 roku ojciec Paco Anzoategui pisząc na łamach serwisu TheBostonPilot.com o powstaniu wymienionych już nowych katolickich stacji radiowych, które rozpoczynały wówczas nadawanie dla wiernych z Diecezji Bostońskiej po portugalsku i hiszpańsku, odwoła się do słów papieża Franciszka, który wezwał do niesienia Dobrej Nowiny zwłaszcza tym, którzy znajdują się na peryferiach. Podsumował, że stacje w Farmingham i Lawrence są wielkim krokiem również w kierunku udostępniania katolikom z tych rejonów wysokiej jakości programów i informacji o charakterze lokalnym, krajowym i międzynarodowym[10].

 

Warto przywołać słowa, które przy tej okazji wygłosił kardynał Sean O’Malley na temat radia: Radio jest tak wspaniałym medium, ponieważ dociera do ludzi w domu, w samochodzie, w pracy, o każdej porze dnia i nocy. Radio daje naszej wspólnocie możliwość dzielenia się przesłaniem Kościoła z ludźmi z wszystkich środowisk. Czasami jest to jedyna, możliwa forma podtrzymywania stałego kontaktu. (…) Mam nadzieję, że możliwość słuchania tych stacji będzie źródłem łaski dla wszystkich słuchaczy[11].

 

Na rodzimym rynku

 

Trudno przypuszczać by Radio Profeto w najbliższym czasie przegoniło Radio Maryja, a portal Agappe.PL zagroził dominacji Facebook’a na rodzimym rynku. Stacja toruńskich redemptorystów ma nie tylko trzydziestoletnią tradycję. Szkoli nowe, dziennikarskie kadry, świadomie zarządza marką opartą o, jak to zauważyła Katarzyna Augustyniak, trzy filary: swojskość, patriotyzm i wspólnotę[12]. Może również liczyć na wsparcie środowiska Rodzin Radia Maryja. Natomiast niespecjalnie może mieć nadzieję na ekspansję. Stacje radiowe najczęściej zmienimy w samochodzie: słabnie zasięg ulubionej rozgłośni w trasie? Zmieniamy na inną, podobną. Politycy się kłócą zamiast dyskutować? Reagujemy tak samo. Jak informuje Komitet Badań Radiowych wracamy do przyzwyczajeń sprzed pandemii, czyli radio towarzyszy nam w podróży[13]. Rzadziej zmieniamy częstotliwości w domu lub w pracy, czyli w pozostałych, najczęstszych lokalizacjach[14]. Oczywiście wciąż się zdarza, że sięgniemy po lokalne radio podczas wyjazdu, bo na przykład mają najlepszą w okolicy jakość dźwięku, ale nie są to zmiany trwałe.

 

W 2011 roku CBOS opublikował z okazji 20-lecia Radia Maryja obszerną analizę słuchaczy tej stacji. Podkreślono jej wpływ na zainteresowanie osób starszych rodzimą polityką i braniem udziału w wyborach. Chyba rzadko zwracamy uwagę na ten aspekt, skupiając się głównie na tym, na kogo przeważnie trafiają głosy. Jak się jednak okazało nie tylko na PiS, choć ten dominował. Ze wspomnianych badań wynika, że również na PO, a prezydent RP Bronisław Komorowski był oceniany przez słuchaczy pozytywnie. Rezultaty burzyły też nieco stereotypowy wizerunek odbiorców stacji. W podsumowaniu Mirosława Grabowska napisała, że jedna czwarta słuchaczy mieszkała wówczas w miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców, jedna trzecia legitymowała się wykształceniem średnim lub wyższym, a co piąty nie ukończy 45 roku życia[15]. Mimo wszystko trudno podejrzewać, żeby ci wierni słuchacze postanowili opuścić ulubioną stację. Najwyżej okazać się może, że korzystają z kilku kanałów informacji. Pewne jest natomiast to, że Kościoła w mediach nie może zabraknąć, a to zależy zarówno od aktywności indywidualnej samych kapłanów, jak i spójnej strategii działań. Ten wielki, medialny kontynent wciąż czeka na swojego Ignacego Loyolę.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-profeto-radio-maryja-limanowa-katolickie-radio-malopolska-fm-dab_1 – dostęp 26.08.2021 r.

[2] https://sdp.pl/ks-mariusz-frukacz-komplementarnosc-nie-alternatywa/ – dostęp 26.08.2021 r.

[3] https://sdp.pl/decyduja-sluchacze-ks-artur-stopka-o-koscielnej-radiofonii/ – dostęp 26.08.2021 r.

[4] https://sdp.pl/lukasz-warzecha-czy-jest-mozliwa-alternatywa-dla-radia-maryja/ – dostęp 26.08.2021 r.

[5] https://sdp.pl/agappe-pl-zaskakuje-dojrzaloscia-ekspert-o-szansach-katolickiego-facebooka/ – dostęp 26.08.2021 r.

[6] Skrót od Buena Nueva, czyli Dobrej Nowiny.

[7] Skrót od Nasza Pani z Gwadelupy.

[8] https://www.diecezja.kielce.pl/biskupi/sp-kazimierz-ryczan – dostęp 26.08.2021 r.

[9] https://agappe.pl/ – dostęp 26.08.2021 r.

[10] https://www.thebostonpilot.com/opinion/article.asp?ID=173970 – dostęp 26.0-8.2021 r.

[11] Ibidem.

[12] https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/handle/item/233168 – dostęp 26.08.2021 r.

[13] https://badaniaradiowe.pl/radio-w-polsce-wchodzi-w-2020-rok-z-bardzo-dobrym-wynikiem/ – dostęp 26.08.2021 r.

[14] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-gdzie-sluchamy-dom-praca-samochod-pandemia-koronawirus

– dostęp 26.08.2021 r.

[15] Dwadzieścia lat Radia Maryja, oprac. M. Grabowska, CBOS

ŁUKASZ WARZECHA: O Frasyniuku, Kajdanowiczu i koncesjach

Występ Władysława Frasyniuka w TVN24, w programie prowadzonym przez Grzegorza Kajdanowicza, to z pewnością jeden z najciekawszych medialnych casusów tego roku. Są tu dwa wątki z sobą powiązane: sama wypowiedź gościa i brak reakcji prowadzącego oraz pojawiające się opinie, że miałby to być powód dla odebrania lub nieprzedłużenia koncesji stacji.

 

Nie będę się zajmował oceną słów pana Frasyniuka, bo za nie odpowiada – i być może odpowie przed sądem – on sam. Były opozycjonista skorzystał z wolności słowa, co jednak może oznaczać, w razie przekroczenia granic tejże (ocena należy ostatecznie do sądu), konieczność poniesienia konsekwencji.

 

Dla dziennikarza ważniejsze jest jednak pytanie, jak powinien się w tej sytuacji zachować prowadzący. Nie da się go oddzielić od oceny formy wypowiedzi Władysława Frasyniuka.

 

Co do zasady, prowadzący nie są od tego, żeby cenzurować słowa gości. Można wręcz powiedzieć, że – ze względu na to, iż media grają w swoich politycznych drużynach – takie skłonności pojawiają się zdecydowanie zbyt często w postaci przerywania, stawiania pytań z tezą lub wręcz wchodzenia przez prowadzącego w polemikę z gościem – co absolutnie nie jest jego zadaniem, chyba że mamy do czynienia z autorskim programem publicystycznym, w którym prowadzący jest postacią równorzędną wobec gościa i ma pełne prawo prezentować swoje poglądy. Lecz to inna kategoria i program w TVN24 do niej nie należał.

 

Bywają jednak wyjątkowe okoliczności, w których prowadzący ma obowiązek interweniować. Nie da się ich określić w jednoznaczny sposób, bo to jednak w dużej mierze sprawa wyczucia, lecz to właśnie wyczucie każdy prowadzący mieć powinien na tyle, żeby zauważyć i zareagować w chwili, gdy zaproszony gość przekracza bądź granice dobrego smaku, bądź zaczyna wypowiadać się w obelżywy dla kogoś sposób. To prawda, że język debaty podupadł dramatycznie – wystarczy zauważyć, że wulgaryzm stał się głównym hasłem jednego z ruchów politycznych, a po drugiej stronie także zdarzały się obelgi czy pokazywanie środkowego palca – to jednak nie oznacza, że dziennikarze są zwolnieni z obowiązku reakcji w takich przypadkach. A przynajmniej zwolnieni być nie powinni, szczególnie w tak opiniotwórczej stacji jak TVN24.

 

Wypowiedź Władysława Frasyniuka, pomijając jej merytoryczną ocenę, była nie tyle krytyką postępowania żołnierzy – z czym można by się nie zgodzić, ale co byłoby całkowicie akceptowalne – co po prostu rzucaniem pod ich adresem obelg. W tej sytuacji i już tylko z tego powodu, a więc ze względu na sam język, redaktor Kajdanowicz powinien był zareagować, prosząc rozmówcę o powstrzymanie się od takich wypowiedzi i tym samym zaznaczając, że jego stacja nie utożsamia się z tego typu sposobami ekspresji. Nie ma to nic wspólnego z popieraniem lub zwalczaniem takich czy innych poglądów.

 

Niektórzy dziennikarze, analizując tę sytuację, usprawiedliwiali Kajdanowicza tym, że rzecz miała miejsce w programie na żywo, gdy czasami trudno właściwie zareagować. Te usprawiedliwienia uważam za naciągane. Sformułowanie takie jak „wataha psów”, opisujące żołnierzy Wojska Polskiego, powinny wywołać reakcję z automatu. To było po prostu jaskrawe naruszenie norm.

 

Przeprosiny, które stacja opublikowała na jednym ze swoich twitterowych profili również wydają się niewystarczające. Powinny bowiem pojawić się w tym samym miejscu ramówki, w którym wcześniej miała miejsce rozmowa z panem Frasyniukiem.

 

Drugi wątek to apele o odebranie koncesji TVN24 z powodu tej właśnie rozmowy. Takie sugestie pojawiły się na twitterowym profilu Wojciecha Muchy, redaktora naczelnego należącej do Orlenu „Gazety Krakowskiej”, czy w wypowiedziach posła PiS Jana Mosińskiego. Ten postulat jest całkowicie niedorzeczny – gdyby stacjom telewizyjnym miano odbierać koncesję za pojedynczy incydent, a już w szczególności za wypowiedź zaproszonego gościa, nawet przy braku reakcji prowadzącego, powodowałoby to efekt mrożący o ogromnym natężeniu. Właściwie niemożliwe stałoby się zapraszanie kogokolwiek o krytycznych wobec władzy poglądach, bo zawsze istniałoby zagrożenie, że powie coś, co może zostać zinterpretowane jako powód do odebrania koncesji.

 

Pojawiały się również głosy prezentujące ogólniejsze podejście i argumentujące, że TVN24 powinno stracić koncesję za „antypolskie nastawienie” w ogóle. To równie niebezpieczny sposób rozumowania, przypominający dyskusję, którą toczyłem również na portalu SDP już wielokrotnie w sprawie zarzuconej na razie (jako pomysł ustawy) koncepcji repolonizacji / dekoncentracji mediów. Tam również w kontekście m.in. wykupionego potem przez Orlen Polska Press pojawiał się argument niemal identyczny: że gazety koncernu prezentowały „antypolskie treści”. Co to jednak w praktyce znaczy? Kto ma definiować, co jest „propolskie”, a co „antypolskie”? Szczególnie w sytuacji, gdy trwa bardzo ostry spór polityczny, w którym tego typu argumentacja pojawia się po obu stronach, bo obie twierdzą, że działania strony przeciwnej mają dla polskiego interesu fatalne skutki. Przedmiotem konfliktu jest zasadniczy kierunek, w którym zmierza państwo, a więc i to, co właśnie mu służy, a co nie.

 

Gdybyśmy uzależnili udzielanie mediom koncesji od tego, czy są „propolskie” czy „antypolskie”, otworzylibyśmy po prostu drogę do całkowicie uznaniowego, a tym samym ściśle upolitycznionego traktowania koncesji. Udzielanych przecież przez KRRiT, której skład jest właśnie polityczny. Mogę sobie doskonale wyobrazić, że w zmienionej sytuacji politycznej przeciwna strona sporu sięgnęłaby po identyczny argument, aby odebrać koncesję na przykład Telewizji Trwam, wskazując, że prezentowane tam treści „szkodzą Polsce”.

 

Wracam tutaj do koncepcji, o której wspominałem już jakiś czas temu: problematyczny jest w ogóle proces koncesjonowania mediów elektronicznych i powierzenie go Krajowej Radzie, wybieranej w czysto politycznym trybie. Nie byłoby problemem przekazanie tej kompetencji Naczelnemu Sądowi Administracyjnemu (jeśli w ogóle koncesje miałyby pozostać), ponieważ nie jest ona zapisana w konstytucji, a jedynie w Ustawie o radiofonii i telewizji.

 

Łukasz Warzecha

Decydują słuchacze – KS. ARTUR STOPKA o kościelnej radiofonii

Pojawiły się sugestie, że może powstać alternatywa dla najbardziej znanej kościelnej radiostacji w Polsce. A wraz z nimi szereg ważnych pytań.

 

W pierwszej połowie sierpnia br. rozeszła się informacja, że Radio Profeto, którego dotychczas można było słuchać w internecie oraz na częstotliwości 92.1 FM w Krakowie i okolicznych gminach, powiększyło swój zasięg naziemny. „Po rozszerzeniu koncesji na częstotliwość 100.3 FM w Limanowej, sercańska rozgłośnia jest słyszalna naziemnie prawie w całej Małopolsce” – donosił serwis limanowa.in.

 

Lokalna witryna internetowa przypomniała, że emitowany od 2014 r. w globalnej sieci program Radia Profeto w ostatnich trzech latach testowo nadawany był w systemie DAB+ dla Tarnowa, Sądecczyzny, Bielska Białej, Wrocławia, Warszawy i Trójmiasta. Odnotowano, że rozgłośnia otrzymała koncesję na cyfrowe nadawanie również w Poznaniu, Tarnowie, Częstochowie, Katowicach, Warszawie, Rzeszowie i Toruniu. „Już niedługo będzie w tych lokalizacjach nadawała regularnie program w technologii cyfrowej” – zapewniono.

 

Branżowy serwis Wirtualnemedia.pl informację o zwiększeniu zasięgu rozgłośni należącej do Fundacji Profeto.pl – Sercańskiego Sekretariatu na rzecz Nowej Ewangelizacji, zaanonsował pytaniem: „Będzie alternatywa dla Radia Maryja?”.

 

Prof. Jerzy Bralczyk wyjaśniał kiedyś, że alternatywa to wybór jednej z dwu możliwości. Zwrócił uwagę, że coraz częściej alternatywą nazywamy też jedną z możliwości wyboru, przeciwstawianą innej, np.: „Alternatywą dla europeizacji jest afrykanizacja”.

 

Na stronie sercańskiej Fundacji można przeczytać: „Dzięki powstaniu Radia Profeto w czerwcu 2014 r., promujemy najlepszą muzykę z kategorii CCM (Contemporary Christian Music), towarzyszymy wam przez cały dzień i tworzymy nowoczesny ewangelizacyjny program. Transmitujemy na żywo Msze Święte i nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie”. Z okazji siedmiolecia rozgłośni prezes Fundacji, ks. Michał Olszewski SCJ, zapewniał, że niezmiennie najważniejsze dla jej twórców pozostaną na antenie: Słowo Boże, chrześcijańska muzyka, poranki na żywo, audycje autorskie oraz transmisje live z wydarzeń ewangelizacyjnych. „Nadal będziemy stronić od newsów oraz polityki, by nasza antena zawsze była tą, która łączy, a nie dzieli” – deklarował.

 

Być może właśnie ta deklaracja skłania niektórych obserwatorów do dopatrywania się w sercańskiej rozgłośni alternatywy dla radia firmowanego przez polskich redemptorystów. Podejście do polityki to najbardziej rzucająca się w oczy różnica między tymi dwoma medialnymi przedsięwzięciami.

 

Jednak zacytowane wyżej pytanie, które postawił poświęcony mediom serwis sieciowy, jest głębsze, niż może się wydawać. Da się w nim dostrzec ni to niepewność, ni to wątpliwość dotyczącą samej kwestii alternatywy dla Radia Maryja. Możliwości jej zaistnienia. A może nawet jej potrzeby.

 

Nie są to wcale zagadnienia wydumane. Toruńska rozgłośnia obchodzi w tym roku trzydziestolecie działalności. Dlaczego przez trzy dekady nie powstała w naszym kraju dla niej równie silna alternatywa? A może ta alternatywa istnieje, tylko jej skala jest na miarę potrzeb? Może grono polskich katolików, którzy chcieliby słuchać inaczej sformatowanej konfesyjnej radiostacji, ma taką liczebność, że wystarczającą odpowiedzią na ich oczekiwania są funkcjonujące w wielu miejscach w Polsce stacje diecezjalne?

 

Czy losy projektu pod nazwą Radio Plus nie są dobitnym sygnałem, że Kościół katolicki w naszej Ojczyźnie po prostu nie potrzebuje drugiej silnej wyznaniowej radiofonii ogarniającej swym zasięgiem cały kraj? Może Radio Maryja pod tym względem spełnia wszystko, czego Kościół w naszym kraju (przynajmniej zdaniem osób podejmujących decyzje w takich kwestiach) potrzebuje? Nie zapominajmy, że dla Kościoła media są narzędziem formacji wiernych. Być może toruńska rozgłośnia jest pod tym względem dla Kościoła w wymiarze ogólnopolskim wystarczająca. Niewykluczone, że na ewentualne inne potrzeby wiernych są w stanie zadowalająco odpowiedzieć radia diecezjalne.

 

Pewną wskazówką dla szukających odpowiedzi na powyższe pytania może być sfera kościelnych i katolickich czasopism w Polsce. Dwa największe tygodniki, które powstały kiedyś jako pisma dla pojedynczych diecezji, a w minionych dekadach podjęły ekspansję na teren całego kraju, rywalizują w ogromnej mierze o tego samego odbiorcę. W rezultacie są do siebie bardzo podobne nie tylko pod względem merytorycznym. Jest coś znamiennego w fakcie, że w swym kazaniu 15 sierpnia br. na Jasnej Górze metropolita częstochowski budzącą sporo emocji krytykę „Imagine” Lennona zacytował słowo w słowo z artykułu opublikowanego nie w wydawanej przez jego archidiecezję „Niedzieli”, ale z – wydawałoby się konkurencyjnego – „Gościa Niedzielnego”, wydawanego w Katowicach. Trzeci liczący się na rynku kościelny tygodnik, poznański „Przewodnik Katolicki” zapewne jest alternatywą dla dwóch pozostałych, ale jego nakład daje do myślenia. Jest znacząco niższy niż nakłady pozostałych dwóch czasopism.

 

Z dostępnych informacji wynika, że twórcy Radia Profeto mają ogólnokrajowe ambicje. Ich atutem jest, że podobnie, jak toruńska rozgłośnia, są własnością zgromadzenia zakonnego, a nie którejś z diecezji. Ten fakt sytuuje sercańskie radio inaczej niż staje podlegające poszczególnym biskupom. Czy w założonym formacie okaże się faktyczną alternatywą dla Radia Maryja czas pokaże. W ostateczności o wszystkim mają szansę zadecydować słuchacze.

 

Artur Stopka