Czy warto odwieszać Hienę Roku? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Decyzja o zawieszeniu przyznawania antynagrody dziennikarskiej SDP, Hieny Roku, została podjęta w 2016 roku. Czy warto ją kiedykolwiek odwieszać? Mam w tej sprawie mocno mieszane odczucia.

 

Pierwsza Hiena została przyznana jeszcze w 1999, lata przed tym nim polska polityka i polskie media podzieliły się na nienawidzące się plemiona. Przez lata wydawało się, że kryteria są jasne: antynagrodę SDP przyznaje za rażące pogwałcenie norm etycznych i warsztatowych. Tych, co do których – jak się zdaje – panuje powszechna zgoda w środowisku.

 

To się zmieniło, gdy na polskim rynku w pierwszej połowie ubiegłej dekady pojawił się „Fakt”. Dziennik otrzymał Hienę dwa razy pod rząd i był to moim zdaniem skutek klasycznych uprzedzeń wobec tabloidów i niezrozumienia ich formuły. Zresztą w drugim przypadku Hiena została przyznana mimo oczywistej, fatalnej pomyłki dziennika, za którą ten błyskawicznie przeprosił (pomylono zdjęcia na okładce).

 

O „Fakcie” pisałem już kilkakrotnie na portalu SDP, wyjaśniając, dlaczego odegrał w polskich mediach rolę nie tylko ważną, ale też pozytywną. Dziś jest zresztą gazetą o wiele łagodniejszą niż na początku swojego istnienia.

 

Hieny przyznawane w kolejnych latach dają się jakoś, lepiej lub gorzej, obronić, choć z zasady antynagroda zawsze będzie budzić większe emocje niż nagroda. Aż do 2015 roku, kiedy to zdecydowano się przyznać antynagrodę Piotrowi StasińskiemuWojciechowi Czuchnowskiemu za ich wypowiedzi na temat dziennikarzy, zatrzymanych przez policję w czasie okupacji siedziby PKW w 2014 roku. Wypowiedzi Stasińskiego były ostrzejsze, ale dołączenie Czuchnowskiego, który wypowiadał się w sposób znacznie bardziej zniuansowany, zostało – słusznie – skrytykowane przez wiele osób, w tym przeze mnie. Wówczas antynagroda wkroczyła na bardzo grząski, ściśle polityczny grunt.

 

Przypomnijmy – W TVN24 Stasiński powiedział: „Nie wiem jaką rolę odgrywali tam dziennikarze (…) nie wiem jak tam było. Niech oni staną przed sądem i powiedzą. Jeżeli brali udział w zadymie i włamywali się do PKW, to powinni za to odpowiedzieć . Ja uważam, że kwalifikacja, którą zastosowano jest niezwykle łagodna, mir domowy, kwalifikacja, która mogłaby dosyć łatwo być zastosowana, to jest zakłócenie wyborów, czy napaść z przemocą, wdarcie się do instytucji państwowej, więc w sumie to zachowanie policji było łagodne. I teraz podnoszenie, że jakiś dziennikarz przypadkowo, lub nieprzypadkowo został zatrzymany i być może zostanie mu postawiony zarzut zakłócenia miru domowego, niech odpowie na ten zarzut i niech się broni. Ja nie będę bronił dziennikarza ryczałtowo tylko dlatego że jest dziennikarzem, ponieważ wiem, że niektórzy dziennikarze bardzo łatwo zamieniają się w agitatorów ludowych, trybunów ludowych, a nawet partyzantów”.

 

Czuchnowski zaś napisał: „Zakładam, że Pawlicki został zatrzymany w trakcie wykonywania czynności dziennikarskich, więc chętnie przyłączę się do protestu i podpiszę list w tej sprawie. Terlikowskiemu chciałbym jednak przypomnieć całkiem niedawne występy jego dziennikarzy [z TV Republika, którą wtedy kierował Tomasz Terlikowski – Ł.W.], którzy zaatakowani przez narodowców i kiboli podczas demonstracji 11 listopada wykrzykiwali przed kamerą »nie jesteśmy TVN-em«. Słusznie zakładali, że zostali wzięci za reporterów innej stacji. Nie byli jakoś oburzeni samym aktem agresji wobec mediów. Usiłowali tylko sprostować »oczywistą pomyłkę«, że to nie ich powinni tłuc szalikowcy. Gdyby bito tych z TVN, wszystko byłoby ok”.

 

Powstał wówczas list otwarty w proteście przeciwko przyznaniu antynagrody, firmowany przez przeciwną stronę podziału medialno-politycznego – ostatecznie z przyznania jej Czuchnowskiemu SDP się wycofało. Sam listu nie podpisałem, choć mnie do tego zapraszano, ze względu na połączenie w nim dwóch moim zdaniem różnych sytuacji obu publicystów. Byłem skłonny bronić Czuchnowskiego, Stasińskiego już nie. Patrząc jednak na sprawę dzisiaj, bez emocji i z perspektywy – choć listu protestacyjnego nadal bym nie podpisał, uważam, że Hiena dla Stasińskiego mocno wykraczała poza sferę jasnych i klarownych kryteriów warsztatowych czy etycznych. Miała wymiar w dużej mierze polityczny.

 

Rok później antynagrodę dostał Tomasz Lis za przytoczenie w swoim programie fałszywego wpisu Kingi Dudy – i tu Hiena niewątpliwie się należała, bo był to jasny przypadek niedopełnienia staranności, w dodatku potencjalnie obarczony ogromnymi konsekwencjami osobistymi dla zainteresowanych i politycznymi dla ówczesnego kandydata na prezydenta. Kolejnej Hieny już nie przyznano.

 

Problem z Hieną Roku teraz jest taki, że – po pierwsze – wobec dramatycznego podziału politycznego, przekładającego się na media, istnieje poważne ryzyko, że przewagę miałyby antynagrody takie jak dla Stasińskiego, czyli będące skutkiem politycznych sympatii części członków stowarzyszenia. Hiena byłaby traktowana jako sposób na dołożenie „tym z drugiej strony”. Po drugie zaś – i jest to problem znacznie poważniejszy – Hienę Roku już co najmniej kilkakrotnie powinno się było przyznać ludziom z tak zwanej „naszej” strony. Powinna ona była trafić choćby do autora i do odpowiedzialnych za publikację w TVP kłamliwego materiału o dr Katarzynie Pikulskiej (odpowiadał formalnie za jego publikację), mającego wspomóc stanowisko rządu w sporze z lekarzami rezydentami. Być może Hienę za całokształt działalności powinny otrzymać „Wiadomości” TVP. A to dwa z wielu przykładów. Obawiam się jednak, że przyznający antynagrodę byliby ślepi na jedno oko.

 

Można do tego oczywiście podejść w taki sposób, w jaki niektórzy podchodzą do kwestii linii TVP i uznać, że jeśli SDP będzie piętnować warsztatowe braki i naruszenia etyki choćby tylko u jednej strony sporu, to i tak ma to swoją wartość, bo druga strona może z kolei wytykać podobne zachowania oponentom. W ten sposób mamy rodzaj „pluralizmu”. Ale jest to bardzo kulawy pluralizm. Być może zatem najlepszym rozwiązaniem jest faktycznie nieprzyznawanie Hieny Roku. A może to po prostu ucieczka od problemu?

 

Na koniec – wiem, że pisałem to wielokrotnie na portalu SDP, ale muszę być w tej sprawie jak Katon Starszy, nawołujący do znudzenia do zburzenia Kartaginy: uważam, że Stowarzyszenie powinno zorganizować poważną debatę o stanie mediów publicznych, w tym zwłaszcza TVP, zapraszając do niej różne strony. W przeciwnym wypadku inicjatywę przejmie druga strona. To zresztą już się dzieje, bo debatę z udziałem osób z różnych stron, będącą pokłosiem raportu o mediach, organizuje wkrótce Towarzystwo Dziennikarskie. Wezmę w niej udział – skoro „moje” stowarzyszenie niczego podobnego nie robi. Zarządowi SDP mogę jedynie powiedzieć, że chowanie głowy w piasek nic nie da.

 

Łukasz Warzecha

Ireneusz St. Bruski ponownie prezesem warmińsko-mazurskiego oddziału SDP

Członkowie SDP na Warmii i Mazurach weszli w nową kadencję. 24 października 2019 roku odbyło się w Olsztynie Walne Zebranie Członków Oddziału.

 

Obrady rozpoczęto minutą ciszy za dziennikarzy, którzy zmarli w latach ostatniej kadencji.

 

W ramach przyjętego programu podsumowano kadencję 2016-2019. Uczestnicy obrad, przy dwóch głosach wstrzymujących się,  przyjęli sprawozdania i udzielili absolutorium ustępującym władzom. Następnie odbyła się dyskusja programowa oraz dokonano wyboru nowych władz.

Prezesem Oddziału został ponownie Ireneusz St. Bruski. W skład Zarządu weszli – Wojciech Ciesielski, Zbigniew Piszczako, Grzegorz Radzicki Mateusz Kossakowski; Komisji Rewizyjnej – Wojciech A. Chromy, Zbigniew Połoniewicz Uwe Hahnkamp; Komisji Członkowskiej – Kinga Grabowska, Andrzej Badurek Władysław Katarzyński; Sądu Dziennikarskiego – Martyna Seroka, Mirosław Sochacki Zdzisława M. Kobylińska, natomiast Rzecznikiem Dyscyplinarnym  został Andrzej Zb. Brzozowski.

 

Równocześnie wybrano delegatów na Zjazd SDP. Warmię i Mazury na Zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w 2020 roku będą reprezentować: Ireneusz St. Bruski, Grzegorz Radzicki, Wojciech A. Chromy, Marek LewińskiBożenna Ulewicz.

 

Nowym władzom Oddziału gratulujemy oraz życzymy nowego zapału w  pracy dla dobra żurnalistów i w realizacji zadań statutowych SDP.

 

Źródło: Oddział warmińsko-mazurski SDP

 

CMWP SDP w obronie red. Jana Śpiewaka

W związku z prywatnym aktem oskarżenia wniesionym przeciwko red. Janowi Śpiewakowi oraz skazaniem go z art. 212 § 2 k.k. wyrokiem Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie – II Wydział Karny  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że niniejsza sprawa została objęta monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela w zakresie wolności słowa. CMWP SDP uważa skazanie red. Jana Śpiewaka za skandaliczne naruszenia zasady wolności słowa demokratycznego państwa i apeluje do Sądu odwoławczego o umorzenie postępowania wobec dziennikarza. 

 

W ocenie CMWP SDP skazanie przez sąd I instancji red. Jana Śpiewaka, stanowiło poważne naruszenie jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa. Jan Śpiewak to publicysta i dziennikarz obywatelski, a także zasłużony działacz społeczny i obrońca wyrzucanych  ze swoich mieszkań obywateli Warszawy.  Stając w obronie słabszych i nierzadko bezbronnych wobec administracyjnych instytucji miasta stołecznego Warszawa sprawił, iż tematyka kontrowersyjnej reprywatyzacji w stolicy stała  się znaną opinii publicznej w Polsce, co jest oczywistym działaniem w interesie społecznym. Z niezrozumiałych powodów decyzją Sądu Rejonowego w Warszawie red. Jan Śpiewak ma ponieść za to surowe konsekwencje w postaci skazania w procesie karnym. CMWP SDP nie zgadza się z tą oceną i broni w przesłanym do Sądu odwoławczego stanowisku prawa red. Jana Śpiewaka do swobodnego wyrażania opinii w przestrzeni publicznej, co jest fundamentem funkcjonowania demokratycznego państwa. Szczególnie bulwersujące jest w tej sprawie to, iż uzasadnienie wyroku jest niejawne, tak jak i niejawny był cały proces.

 

Jan Śpiewak jest warszawskim społecznikiem, który w ramach swojej działalności zajmuje się m. in. kwestią legalności obrotu nieruchomościami na obszarze miasta. Został on oskarżony o to, że w 2017 r. za pomocą środków masowego komunikowania miał pomówić oskarżycielkę prywatną o postępowanie, które mogło ją poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu adwokata. Chodziło o powiązanie jej z aferą reprywatyzacyjną a w szczególności wyrażenie przez Jana Śpiewaka na swoim profilu na portalu Twitter opinii, iż osoba ta jako córka ministra przejęła w 2010 r. kamienicę „metodą na kuratora”, „na zmarłego” itp. Informacje na temat badanej przez siebie sprawy przekazywał także na konferencji prasowej. Powyższe spowodowało skazanie Jana Śpiewaka powołanym wcześniej wyrokiem Sądu Rejonowego. Od tego wyroku pełnomocnicy w/w wywiedli apelację.

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Jana Śpiewaka, jak i innych społeczników lub dziennikarzy, do podejmowania tematyki nieprawidłowości przy reprywatyzacji gruntów warszawskich w kontekście osoby oskarżycielki prywatnej. Skazanie Jana Śpiewaka powoduje zatem tzw. efekt mrożący. Jest to nie do pogodzenia z aktywizmem społecznym obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać trudne i kontrowersyjne sprawy, broniąc w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W ocenie CMWP SDP wyrok Sądu I Instancji nie odpowiada międzynarodowym standardom w dziedzinie wolności słowa. Nie służy on założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, lecz służy tłumieniu krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa demokratycznego . Przyczynia się w ten sposób do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

 

Fot. YouTube/Superstacja

CMWP SDP obejmuje monitoringiem proces red. Marcina Roli z wRealu24.pl

W związku z aktem oskarżenia z art. 212 § 2 k.k. wniesionym przeciwko red. Marcinowi Rola Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności  w zakresie wolności słowa.  CMWP SDP stoi na stanowisku, iż  wyrok Sądu I Instancji nie powinien się ostać w obrocie prawnym, gdyż przyczynia się do niszczenia wolnej debaty i  godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, którym jest wolność słowa i mediów. Dlatego CMWP SDP przekazało do Sądu  odwoławczego  (Sąd Okręgowy w Toruniu) opinię w obronie oskarżonego dziennikarza.

 

Red. Marcin Rola jest wydawcą i redaktorem naczelnym telewizji internetowej wRealu24.pl i specjalizuje się w tematyce politycznej i ideowej, nie unikając spraw budzących spory  i kontrowersje społeczne.Został on oskarżony o przestępstwo z art. 216 § 2 k.k., które miało polegać na użyciu w mediach słów powszechnie uznanych za obelżywe wobec uczestniczki protestów w ramach tzw. „czarnego piątku”. Akt oskarżenia wniosła osoba prywatna. Wyrokiem Sądu Rejonowego w Toruniu – II Wydział karny, w/w został skazany z art. 212 § 1 i 2 k.k. za przestępstwo pomówienia (sąd w ten sposób zmienił kwalifikację prawną zarzutu oskarżenia). Wymierzono mu karę 3 miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania pracy na cele społeczne, zobowiązując do zapłaty nawiązki (10 000 zł na rzecz PCK), zadośćuczynienia za doznaną krzywdę osobie skarżącej (500 zł) , zwrotu kosztów oraz przeproszenia. Od powyższego wyroku pełnomocnicy procesowi  M. Roli wnieśli apelację.

 

W ocenie CMWP SDP  wniesienie przeciwko red. M. Roli aktu oskarżenia musiało – z uwagi na specyficzne okoliczności sprawy – budzić zastrzeżenia. Natomiast jego skazanie wyrokiem Sądu I instancji uzasadnia tezę, że w niniejszym postępowaniu karnym miało miejsce poważne naruszenie praw obywatelskich red. M. Roli w zakresie wolności słowa. Należy bowiem zauważyć, iż działania tzw. ruchów feministycznych mają charakter publiczny i budzą ogromne kontrowersje społeczne. Marsze i happeningi feministek wiążą się (poza propagowaniem różnego rodzaju postulatów) także m. in. z promowaniem aborcji, seksualnej anarchii, brakiem poszanowania dla wartości religijnych i kulturowych, a nawet z  epatowaniem wulgarnością. Jak wiadomo, oceny działań tych środowisk mogą być rozmaite, zależnie od poglądów społecznych czy politycznych, nie można jednak zaprzeczyć, że z samego założenia działania te mają prawo budzić kontrowersje, których zresztą środowiska te nie tyle unikają, ale wręcz świadomie je wywołują. Tak samo, przeciętnie rozgarnięty obywatel udający się na tego rodzaju wydarzenie powinien mieć świadomość, że może zetknąć się ze skrajnie różnymi ocenami tegoż wydarzenia, jako kontrowersyjnego i budzącego wątpliwości opinii społecznej – a zwłaszcza z ocenami dziennikarzy, którzy są wyrazicielami tejże opinii. W takich przypadkach należy liczyć się z krytyką społeczną, w tym także medialną. W tym kontekście, przypisane red. M. Roli sformułowania, odnoszące się do całokształtu działalności feministek można uznać za ostre, ale mieszczące się w ramach wolnej debaty. Przy czym istotne jest, że nie można ich nawet powiązać z konkretnym wydarzeniem, a tym bardziej z żadną zindywidualizowaną osobą biorącą w nim udział.

 

Sąd I instancji całkowicie pominął też kontekst społeczny sprawy. Nie można bowiem abstrahować od faktu, że w Polsce występuje silna (i wzmacniająca się) polaryzacja poglądów na tematy istotne dla życia publicznego, takie jak np.: aborcja, edukacja seksualna, ruchy LGBT, itp. Specjaliści z dziedziny mówią wręcz o wojnie kulturowej. Różne strony sporów politycznych i społecznych manifestują przy tym swój światopogląd, częstokroć  nie unikając radykalnych lub bulwersujących haseł. Powszechne są przy tym oskarżenia o nazizm, faszyzm, autorytaryzm, mowę nienawiści, niszczenie demokracji, ale także  (z drugiej strony) o zdradę narodową, zaprzedanie obcym interesom, komunizm, bolszewizm, propagowanie dewiacji, itp. Trudno nie zauważyć, że wiele z tak mocno akcentowanych poglądów odnosi się do zjawisk, ideologii lub całych grup społecznych. Trzeba z całą mocą podkreślić, że w prawidłowo funkcjonującej demokracji spory światopoglądowe są z zjawiskiem normalnym. Bez sporów demokracja nie istnieje. Ten aspekt Sądowi Rejonowemu całkowicie umknął.

 

Kolejną kwestią jest sposób powiązania przez Sąd I instancji zarzutów aktu oskarżenia z inkryminowanym materiałem dziennikarskim (który, jak się okazało, mógł zostać zmontowany co znów umknęło Sądowi Rejonowemu, podobnie jak rzeczywista data publikacji tego materiału). Zarówno stypizowane w art. 212 i 216 k.k. czyny przestępne: zniesławienia i zniewagi, jak i instytucja prywatnego aktu oskarżenia opierają się nie tylko na normach prawa karnego: materialnego i procesowego, ale również na ugruntowanym, wieloletnim orzecznictwie i poglądach doktryny. Z założenia, zniesławienie lub zniewaga powinny być skierowane przeciwko skonkretyzowanej osobie lub osobom, w odniesieniu do których wypowiedziano określone słowa. Tymczasem krytyczne wypowiedzi przypisywane red. M. Roli można co najwyżej odnosić do feminizmu (ruchu), a nie do skonkretyzowanej osoby lub osób fizycznych, nadto były cytatem. Zresztą sformułowania te nie nadają się do użycia jako epitety wobec osoby fizycznej, gdyż nie można nikogo nazwać np. „spędem neonazistek”, czy „spędem feminazistek”: na gruncie języka polskiego takie sformułowanie (użyte w liczbie mnogiej) nie ma racji bytu.

 

Ponadto należy zauważyć, iż  Sąd I instancji nie uniknął ideowego zaangażowania po stronie oskarżenia. Jest to widoczne na str. 11 uzasadnienia wyroku, gdzie Sąd określił aborcję jako jedno z praw dotyczących „zdrowia reprodukcyjnego”, które są „kwestionowane głównie w krajach, w których wolność kobiet jest ograniczana przez zakorzeniony w tradycji patriarchalizm lub fundamentalizm religijny”. Tymczasem traktowanie aborcji jako jednego z „praw reprodukcyjnych”, a kwestionowanie prawa do niej – jako „patriarchalizmu” lub „fundamentalizmu religijnego” jest typowe dla osób należących do ruchów feministycznych, które eksponując takie poglądy, pomijają uznane w polskim porządku prawnym prawo dziecka nienarodzonego do istnienia. Dając w ten sposób wyraz swoim poglądom, Sąd Rejonowy zaprzeczył zasadzie obiektywizmu i naruszył konstytucyjne prawo oskarżonego do rzetelnego procesu sądowego wyrażone m. in. w art. 6 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i art. 45 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Jest bez precedensu to, że Sąd umieścił w uzasadnieniu wyroku tezy zbieżne z aborcyjnymi żądaniami radykalnych środowisk feministycznych w taki sposób, jakby stanowiły one oczywistą prawdę, niepodlegającą dyskusji i powszechnie akceptowaną.

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia można ocenić jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa red. M. Roli do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez ich zniechęcenie go do podejmowania ważnych społecznie tematów. W tym kontekście skazanie oskarżonego stanowi naruszenie praw człowieka i obywatela  i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy, na przykład działalności środowisk feministycznych. To zaś jest nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i maja stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W tej sytuacji wyrok Sądu I Instancji nie powinien się ostać w obrocie prawnym, gdyż przyczyniając się do niszczenia wolnej debaty, godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, którym jest wolność słowa i mediów.

 

Informacja czy agitacja? – ARTUR GUZICKI o kuriozalnym procesie sądowym

Dopiero osiem dni po wyborach parlamentarnych zapadło prawomocne orzeczenie w procesie wytoczonym w trybie wyborczym przez poseł Prawa i Sprawiedliwości Ewę Szymańską legnickiemu portalowi lca.pl.

 

Spór pomiędzy posłanką – wówczas także kandydatką do parlamentu, dotyczył tekstu opublikowanego na łamach lokalnego portalu. Lilla Sadowska, redaktor naczelna lca.pl w materiale „Realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS”, poinformowała czytelników o fakcie, że zaraz po wyborach Sejm pochyli się nad projektem ustawy o zmianie prawa górniczego i geologicznego. Pod projektem tym podpisała się między innymi legnicka posłanka.

 

Jak wynika z zapisów tego projektu, nowe prawo pozwalałoby na budowę kopalni bez konsultacji z mieszkańcami regionu i władzami samorządowymi.
Informacja wywołała falę niekorzystnych dla posłanki komentarzy. Lokalna społeczność już przed dziesięcioma laty protestowała przeciw takiej budowie i eksploatacji największych w Europie złóż węgla brunatnego zalegających w okolicach Legnicy.

 

Reakcja poseł Szymańskiej był natychmiastowa. W piśmie skierowanym do portalu zażądała „sprostowania tekstu” i usunięcia jej zdjęcia. Redakcja odmówiła, bowiem w tekście nie było informacji nieprawdziwych, a tylko takie mogą być prostowane.

 

W efekcie sprawa w trybie wyborczym trafiła do Sądu Okręgowego w Legnicy. Sędzia Joanna Tabor-Wytrykowska, w piątek 11 października, a więc na dwa dni przed wyborami, nakazała redakcji portalu usuniecie tytułu „Realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS” i zdjęcia posłanki PiS, także opublikowanie informacji: „realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS w zestawieniu ze zdjęciem poseł Ewy Szymańskiej był niefortunny, wprowadzał w błąd czytelnika i był zrozumiały w ten sposób, że chce ona i partia Prawo i Sprawiedliwość, aby w okolicach Legnicy powstała kopalnia węgla brunatnego”.

 

Problem w tym, że ani w tekście, ani w jego tytule, autorka nie zamieściła informacji o tym, że ktoś czegoś chce, lub nie chce. Sędzia Tabor -Wyrtykowska nie wskazała także ani jednego zdania, które nie byłoby prawdą. Co więcej uznała, że informacyjny tekst jest „agitacją polityczną” i miał na celu wpłynięcie na decyzje wyborcze czytelników portalu.

 

Z takim rozstrzygnięciem nie zgodzili się dziennikarze portalu. Uznając że uzasadnienie orzeczenia sądu jest w gruncie rzeczy ograniczeniem wolności słowa i sprowadza się do zakazu informowania o poczynaniach polityków będących w kampanii wyborczej – postanowili złożyć odwołanie do Sądu Apelacyjnego.

 

I tu zaczęły się schody.

 

Jako że proces obywał się trybie wyborczym, na złożenie apelacji przedstawiciele portalu mieli zaledwie 24 godziny od wydania orzeczenia sądu pierwszej instancji, które zapadło w przedwyborczy piątek po godzinie 16. Nazajutrz, w sobotę, na godzinę przed upłynięciem tego terminu, z gotową apelacją przedstawiciele portalu pojawili się przed siedzibą Sądu Okręgowego. Na miejscu okazało się, że złożenie apelacji było niemożliwe, ponieważ w budynku Sądu był tylko ochroniarz. Próby skontaktowania się z sędzią dyżurnym nie przyniosły skutku. Jedyna droga dotrzymania terminu to przesłanie dokumentów pocztą. Ekipa korzysta z tej drogi mając świadomość, że w tej sytuacji rozstrzygnięcie procesu wytoczonego w trybie wyborczymi nie ma szans zapaść przed zakończeniem głosowania.

 

Mało tego, w tydzień po wydaniu orzeczenia, sędzia Tabor-Wytrykowska wysyła do siedziby redakcji portalu pismo z informacją, że sama w wydanym przez siebie postanowieniu dopatrzyła się błędu. Okazało się, że pani sędzia nie wpisała do dostarczenia stronom sporu postanowienia, nazwiska protokolantki!

 

W końcu, w tydzień po wyborach sprawa trafia do wrocławskiego Sądu Apelacyjnego, który postanowienie Sądu legnickiego uchyla i sprawę umarza – bowiem czas rozstrzygnięć w trybie wyborczym zakończył się w chwilą zamknięcia lokali wyborczych.

 

Niestety Sąd Apelacyjny nie pochylił się nad merytorycznymi argumentami postanowienia pierwszej instancji i jego uzasadnienia, które zdaniem wielu obserwatorów tego procesu można uznać za kuriozalne. Legnicki Sąd nawet przez chwilę nie zastanawiał się czy informacja podana w spornym tekście zawierała nieprawdę. A tylko taka sytuacja może spowodować nakazanie sprostowania, opublikowania przeprosin czy inną formę zadośćuczynienia. Mało tego, Sąd w pisemnym uzasadnieniu uznał, że informacja prasowa jest formą agitacji politycznej, która miała na celu „wyrobić w wyborcach przekonanie o negatywnych cechach wnioskodawczyni (kandydatki do Sejmu). Sąd nie dopatrzył się przy tym innego celu artykułu, niż wpływ na preferencje wyborcze”.

 

Dla legnickiego Sądu nie miało znaczenia, że rolą mediów jest informowanie o działalności osób sprawujących funkcje publiczne lub aspirujących do ich objęcia. W tym przypadku wolność mediów i prawo obywateli do informacji o otaczającej ich rzeczywistości zupełnie umknęła legnickiej sędzi.

 

W całej tej historii jest coś, co może okazać nie niezwykle niebezpieczne. Otóż, jeśli przyjąć logikę legnickiego Sądu, to każdy polityk w kampanii wyborczej powinien cieszyć się szczególną ochroną, a pisanie o nim jest możliwe tylko w sposób, który pokrywa się z budowanym przez tegoż polityka wizerunkiem. Prawda o jego działaniach nie ma tu żadnego znaczenia!

 

Artur Guzicki

Ringier Axel Springer Polska kontra Witold Gadowski

CMWP SDP jest  medialnym obserwatorem  procesu wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska wytoczonego red. Witoldowi  Gadowskiemu. Jeśli nie dojdzie do ugody między stronami, CMWP SDP oświadcza, iż obejmie ten proces formalnie monitoringiem w ramach swoich kompetencji amicus curiae. CMWP SDP uznaje pozwanie red. Witolda Gadowskiego za publikowane przez niego publicystyczne oceny faktów, do których ma prawo jako dziennikarz, za skandaliczne  naruszenie zasady wolności słowa i oświadcza, iż  broni i nadal będzie bronić praw red. Witolda Gadowskiego do swobody wypowiedzi. 

 

23 października br., przed Sądem Okręgowym w Warszawie, odbyła się już kolejna rozprawa wytoczona przez koncern Axel Springer Polska redaktorowi Witoldowi  Gadowskiemu, znanemu popularnemu dziennikarzowi, wiceprezesowi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Został on pozwany przez kancelarię Kochański, Zięba, która reprezentowała koncern Ringier Axel Springer w momencie, gdy był on własnością kapitału niemieckiego, o to, że rzekomo obraził dobra osobiste tego koncernu mówiąc, iż w przeszłości  pracowali tam naziści. Zarzucono mu, że  Axel Springer Polska istnieje od 2002 roku, więc nie ma takiej możliwości, wobec czego “koncern poczuł się dotknięty”. Poza pełnomocnikami strony pozywającej oraz pozwanego wraz z pełnomocnikiem, w sądowej sali stawiła się liczna publiczność. Rozprawa była nagrywana przez zgromadzone media, sąd jednak nie zgodził się na bezpośrednią transmisję, uzasadniając to tym, że może zdarzyć się nieprzewidziany incydent o charakterze medycznym. Niedługo po rozpoczęciu okazało się, że po raz kolejny już nie dotarł na rozprawę świadek strony pozywającej, usprawiedliwiany przez pełnomocników trudnościami z dojazdem. Sąd zaapelował ponownie o ugodę. Przewodniczący składu sędziowskiego uzasadnił to tym, że strony mają zbliżone stanowiska w wielu kwestiach, szczególnie dotyczących prawdy historycznej i nie ma sensu powoływać dziesiątków świadków-historyków, którzy tę prawdę mieliby poświadczać. Pozwany Witold Gadowski dał krótkie oświadczenie, mówiąc między innymi, że nie będzie przepraszać za prawdę. Wzbudził tym entuzjazm publiczności. Sąd odroczył sprawę bezterminowo oraz oświadczył, że nie wie dlaczego sala jest bez nagłośnienia, bo on takie zapotrzebowanie złożył.

 

Przed salą, a potem przed budynkiem sądu, red. Witold Gadowski udzielał wywiadów mediom – telewizji TV Republika, Wsensie.pl i telewizji wRealu24.pl. Powiedział m.in., że proces wydaje się być farsą, że nie będzie przepraszał za prawdę, po raz kolejny wskazał  liczne dowody na powiązania koncernu Axel Springer z nazistami i powtórzył, że będzie – jeśli taka będzie potrzeba – przypominał coraz więcej historycznych faktów tego dotyczących. Zgromadzenie przerodziło się w wiec poparcia dla red. Gadowskiego i dla prawdy. Na zakończenie odśpiewano pod budynkiem sądu polski hymn.

 

tekst i zdjęcia : Agnieszka Kaczorowska

 

Skandaliczny wyrok w sprawie Asiejewa

Ukraiński dziennikarz Stanisław Asiejew, przetrzymywany od 2017 roku przez prorosyjskich separatystów, został skazany na 15 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze i zakaz wykonywania zawodu przez 2,5 roku. Wyrok został ogłoszony 22 października przez „Sąd Najwyższy” samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej.

Apel o natychmiastowe uwolnienie dziennikarza ponowiły krajowe i międzynarodowe organizacje dziennikarskie, w tym Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, Związek Dziennikarzy Ukrainy oraz Europejska Federacja Dziennikarzy.

O Stanisława Asiejewa upominała się też polska dziennikarka Monika Andruszewska, która od Rewolucji Godności nieprzerwanie relacjonuje sytuację na Ukrainie, a szczególnie z terytoriów dotkniętych rosyjską agresją. Jako tegoroczna laureatka Nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie, wystosowała list odczytany podczas uroczystej Gali Nagród SDP:

Chciałabym Państwu przypomnieć przy tej okazji historię osoby, która za pracę dziennikarską zapłaciła ogromną cenę. Chodzi o donieckiego dziennikarza Stanisława Asiejewa. (…)

Asiejew zdawał sobie sprawę z zagrożenia ale uważał, że jego dziennikarskim obowiązkiem jest pozostanie w mieście, które od wiosny 2014 roku zostało wcielone do tzw. republik ludowych okupowanych przez wspieranych przez Rosję separatystów. Przez ponad dwa lata relacjonuje pod pseudonimem „Codzienność Mieszkańców Doniecka”. Pod koniec maja 2017 roku Asiejew został aresztowany i uznany za ukraińskiego szpiega. Jego reportaże zostały zakwalifikowane jako dowody współpracy z ukraińskim wywiadem. Wiadomo, że jego zeznania wymuszono torturami.

Stanisław Asiejew współpracował z ukraińską sekcją Radia Swoboda, portalem Ukraińska Prawda i tygodnikiem Dzerkało Tyżnia, jednym z najbardziej wpływowych czasopism na Ukrainie. W swoich materiałach mówił o smutnej rzeczywistości Donbasu. Określanie jego dziennikarskich działań terminem „organizowanie społeczności ekstremistów” jest nadużyciem służącym potwierdzeniu tez oskarżycieli.

Sprawa Asiejewa została zgłoszona do Rady Europy i trafiła na Platformę do monitorowania bezpieczeństwa dziennikarzy i wolności mediów. Doniecka Republika Ludowa nie jest uznawana na arenie międzynarodowej, zobowiązanie do złożenia wyjaśnień w tej sprawie ciąży na Ukrainie.

„Europa Christi” – powrót do Chrystusa w Europie. Zadanie dla mediów

Pokazać chrześcijańską tożsamość i kulturę Europy, obronić rodzinę, odczytać na nowo wielkie przesłanie św. Jana Pawła II oraz przypomnieć, że Europa ma dwa płuca: Wschodnie i Zachodnie. To jedno z głównych zadań jakie postawił przed sobą Ruch „Europa Christi” założony przez ks. inf. Ireneusza Skubisia, honorowego redaktora naczelnego „Niedzieli”. Zdaniem ks. Skubisia to jest także ważne zadanie dla ludzi mediów. „To chrześcijaństwo przyniosło Ewangelię, w której zapisane są wartości takie jak: prawda, wolność, godność osoby ludzkiej. To przecież te wartości powinny stanowić fundament dla przekazu medialnego w dzisiejszej Europie” – podkreśla ks. Skubiś.

 

 Dlaczego Ruch „Europa Christi”, a nie „Europa Christiana”?

 

Moderator i założyciel Ruchu „Europa Christi” ks. inf. Ireneusz Skubiś wyjaśnia, że „wielka myśl stworzyła kulturę europejską opartą na Ewangelii i nauczaniu Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego. W kulturę europejską został wpisany krzyż Chrystusa”. Zdaniem ks. Skubisia trzeba zwrócić uwagę na Osobę Chrystusa, stąd „Europa Christi” (Europa Chrystusa), a nie tylko Europa chrześcijańska (christiana), „zwłaszcza, że partie chadeckie odeszły bardzo mocno od przesłania chrześcijańskiego”.

 

Dzisiaj do głosu dochodzi straszny ateizm, ateizacja kultury, wyrzucenie Boga ze świadomości Europejczyków. Dzisiejsze niektóre media narzucają ideologię genderowską, zupełnie sprzeczną z Objawieniem chrześcijańskim. Ta ideologia jest naznaczona wrogością wobec prawa naturalnego, wprowadza nowy system wartości i obala w sposób rewolucyjny dotychczasowy sposób myślenia w Europie” – dodaje ks. Skubiś.

 

 Św. Jan Paweł II patronem Europy

 

Ta idea od samego początku obecna jest w działaniach Ruchu „Europa Christi”. Również tegoroczna sesja na Kongresie Ruchu „Europa Christi”, która odbyła się 22 października na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie była przypomnieniem znaczenia pontyfikatu św. Jana Pawła II dla Europy.

 

Św. Jan Paweł II dowodzi swoim życiem, że bycie Europejczykiem i uczniem Chrystusa nie wyklucza się, ale uzupełnia. Chrześcijaństwo jest wpisane w europejskie fundamenty, jest nieusuwalnym kodem genetycznym europejskości. W tym względzie papież Wojtyła i jego dziedzictwo mogą być uznane za wielką apologię chrześcijaństwa i europejskości oraz ich wzajemnego związku” – mówił kard. Stanisław Dziwisz podczas III Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi”.

 

Karol Wojtyła zostawił nam ogromny materiał do przemyślenia, a centralną rolę wypełnia w nim umiejętne pogodzenie tradycji i nowości. – Dziedzictwo Jana Pawła II to bogata, twórcza i wielostronna synteza wielu ludzkich ścieżek myślenia. Nie ulega wątpliwości, że na długo pozostanie ona istotnym projektem odnowy kulturowej na skalę globalną” – mówił wieloletni sekretarz papieża Polaka.

 

To właśnie podczas tegorocznego Kongresu „Europa Christi” została ogłoszona informacja, że abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, poprosił papieża Franciszka o ustanowienie św. Jana Pawła II doktorem Kościoła i patronem Europy.  „Pontyfikat papieża z Polski wypełniony był przełomowymi decyzjami i doniosłymi wydarzeniami, które zmieniły oblicze papiestwa i wpłynęły na bieg historii Europy i świata” – napisał w liście do papieża Franciszka abp Gądecki.

 

 „Karta Praw Rodziny” – dokumentem dla Europy

 

W działaniach Ruchu „Europa Christi” bardzo ważne miejsce zajmuje temat małżeństwa i rodziny. Również podczas Kongresu w Warszawie  ks. prof. Tadeusz Guz (KUL) nawiązał w swoim wystąpieniu do historycznego dokumentu, powstałego za pontyfikatu Jana Pawła II – „Karty Praw Rodziny”.  Zaznaczył, że w dokumencie tym reprezentowana jest idea ładu nierozerwalności małżeństwa jednego mężczyzny i jednej kobiety, o której mówi chrześcijaństwo, ale i wcześniej mówiła o tym starożytna filozofia grecka.

 

Również ks. dr Zenon Hanas, który wygłosił referat pt. „Rodzina w nauczaniu Sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego” podkreślił, że nie można prowadzić sporu o rodzinę bez refleksji nt. antropologicznej wizji osoby ludzkiej, wychowania, pielęgnowaniem wartości.

 

Polityka jako troska o dobro wspólne

 

Od samego początku w działalności Ruchu „Europa Christi” ważne miejsce zajmuje dobrze rozumiana polityka, jako troska o dobro wspólne. M.in. mec. Domenico Airoma ze stowarzyszenia Alleanza Cattolica w Neapolu mówił o Karcie Praw Rodziny w perspektywie przypadającej w tym roku 30. rocznicy zburzenia Muru Berlińskiego. Zdaniem prelegenta, istnieje jednak ów mur, tym razem symbolicznie, nie fizycznie, w Europie Zachodniej, reprezentowany właśnie przez upadłą antropologię, która miałaby pozwalać człowiekowi zastępować Boga np. w uchwalaniu prawa.  „Jest w Europie ciągle taki mur, który nie runął. To jest mur relatywizmu, który dziś staje się dyktaturą” – wskazywał na Kongresie w Warszawie dr Airoma.

 

O „dyktaturze politycznej poprawności” mówił prof. Eugenio Capozzi z Uniwersytetu w Neapolu.  Zauważył, że w dzisiejszych czasach ciągle słyszy się o politycznej poprawności w kontekście walki z dyskryminacją i dochodzenia praw mniejszości. „Za tym pojęciem stoi wizja świata mówiąca o tym, że cywilizacja zachodnia jest zła i winna, ponieważ doprowadziła do ciemiężenia i przemocy” – powiedział prof. Capozzi i dodał, że „polityczna poprawność to świecka religia bez Boga”.

 

Zdaniem prof. Capozziego bardzo niebezpieczny dla Europy jest relatywizm kulturalny, głoszący, że wszystkie społeczności są równe i powinny się ze sobą stapiać. Po drugie, antyhumanistyczny ekologizm, mówiący o tym, że człowiek nie jest istotą stworzenia, lecz tylko „jednym z elementów”, natomiast „ludzkość jest czymś, co zaburza równowagę na świecie”. Po trzecie, przekonanie, że każda jednostka może decydować o tym, jaki styl życia wybrać i kontrolować swoje życie od początku do końca.

 

Kolejne sesje III Kongresu Ruchu „Europa Christi” zaplanowano we Wrocławiu (11 listopada) oraz Lwowie (18-20 listopada).

 

Inspiracją do powołania Ruchu „Europa Christi” (Europa Chrystusa) była konferencja na temat stanu i współczesnych wyzwań dotyczących Starego Kontynentu, która odbyła się w 2016 r. w redakcji tygodnika katolickiego „Niedziela” w Częstochowie. Założycielem i moderatorem Ruchu jest ks. inf. Ireneusz Skubiś. Ruch zorganizował już trzy Międzynarodowe Kongresy „Europa Christi” oraz spotkania m. in. w Ołomuńcu, Velehradzie, Brukseli, Wilnie.

 

 Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tyg. kat. „Niedziela”

Kolejny apel CMWP SDP o uwolnienie ukraińskiego dziennikarza Stanisława Asiejewa

CMWP SDP apeluje po raz kolejny o uwolnienie ukraińskiego dziennikarza Stanisława Asiejewa oraz wzywa do oddalenia oskarżeń przeciwko dziennikarzowi. Został on niesłusznie skazany przez sąd Donieckiej Republiki Ludowej za rzekome szpiegostwo. Ma on spędzić w kolonii karnej 15 lat. W ocenie CMWP SDP jest to skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa.

 

Stanisław Asiejew pochodzi z Doniecka, nie wyjechał z miasta po jego zajęciu przez prorosyjskich separatystów, tylko publikował pod pseudonimem informacje na temat sytuacji w regionie objętym walkami. Prowadził swój blog, współpracował m.in. z ukraińską sekcją Radia Swoboda. W maju 2017 r. Stanisław Asiejew został aresztowany i uznany za ukraińskiego szpiega. Jego artykuły zostały uznane za dowody współpracy z ukraińskim wywiadem. Prorosyjscy separatyści zarzucili mu, iż prowadził na terenie tzw. Donieckiej Republiki Ludowej działalność szpiegowską. Stanisław Asiejew był przetrzymywany w nielegalnym więzieniu. Nie miał kontaktu ze światem zewnętrznym, przedstawicielom organizacji międzynarodowych odmawiany był dostęp do niego, dziennikarz nie może wysyłać ani otrzymywać listów, czy odbywać rozmów telefonicznych. Był także torturowany. O wyjaśnienie losów zaginionego do separatystów apelowały m.in. organizacje międzynarodowe Reporterzy bez Granic, Human Right Watch oraz Amnesty International.

 

Według informacji podawanych przez władze wspieranej przez Rosję separatystycznej republiki Stanisław Asiejew został skazany za szpiegostwo, publiczne wzywanie do ekstremizmu, podżeganie do szpiegostwa oraz publiczne wezwania do działań mających na celu naruszenie integralności terytorialnej samozwańczych separatystycznych republik. „To nielegalne aresztowanie i pseudowyrok pokazują, że reżim okupacyjny uważa niezależne dziennikarstwo za jedno z głównych zagrożeń” – wskazano w oświadczeniu ministerstwa spraw zagranicznych Ukrainy. Żądamy od Federacji Rosyjskiej natychmiastowego uwolnienia Asiejewa i wszystkich innych nielegalnie przetrzymywanych obywateli Ukrainy. Wzywamy społeczność międzynarodową do potępienia bezprawnego uwięzienia ukraińskiego dziennikarza i do zwiększenia presji na Federację Rosyjską, aby bezwarunkowo zwolniła wszystkich obywateli Ukrainy, którzy są przetrzymywani jako zakładnicy w Rosji i na tymczasowo okupowanych terytoriach Ukrainy” – czytamy w apelu opublikowanym na stronie MSZ Ukrainy. Autorzy odezwy podkreślili również, że nielegalne pozbawienie wolności jest przestępstwem i wszyscy zaangażowani w przetrzymywanie dziennikarza będą w przyszłości ścigani zgodnie z ukraińskim kodeksem karnym.

 

CMWP SDP po raz kolejny apeluje o uwolnienie ukraińskiego dziennikarza Stanisława Asiejewa i oddalenie od niego wszelkich oskarżeń. CMWP SDP przypomina, że wolność i niezależność dziennikarzy jest podstawowym elementem respektowania zasady wolności słowa w społeczeństwie. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Słowa SDP

 

Warszawa, 24 października 2019 r.

Siostry walczące o ludzką godność

Były różne: z rodzin bogoojczyźnianych, wykształcone, ale też sieroty, bez szkół. Co łączy bohaterki książki „Wojenne Siostry” Agaty Puścikowskiej? Bohaterstwo w czasie próby.  

 

Autorka książki, dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, opisuje historie sióstr, które nie chowały się przed wojną i okupacją za klasztornymi murami, ale niosły pomoc potrzebującym. Pomagały ukrywać się partyzantom, dostarczały żywność, oddawały swoje życie za często zupełnie obcych sobie ludzi, czasem chwytały za broń. Po wojnie niektóre z nich walczyły z komunistami. Dziś  o ich bohaterstwie miało kto wie. Dlaczego? Na to m.in. pytanie próbowali odpowiedzieć podczas promocji książki, która odbyła się we wtorkowy wieczór w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, prowadzący spotkanie Piotr Legutko, dyrektor TVP Historia, członek Zarządu Głównego SDP oraz Agata Puścikowska.

 

– Siostry ze względu na swoją pokorę, a także pewne zaszłości społeczne, historyczne nie mówił o  sobie. Pewne postacie, nawet bardzo bohaterskie, nie przebiły się do świadomości społecznej. Dotarło do mnie, że to jest jakaś nieodrobiona lekcja, którą trzeba uzupełnić – tłumaczyła autorka książki.

 

Dodała, że jedną z przyczyn zapomnienia bohaterskich czynów sióstr był fakt, że po wojnie wiele osób, które dzięki ich pomocy ocalały, bało się o tym mówić.  – Często  przychodzili do nich smutni panowie i strasząc zabraniali mówić. To były czasy strachu, terroru,  czasy powojennej trudnej codzienności – podkreślała Agata Puścikowska.

 

Autorka przyznała, że jednym z trudniejszych momentów pracy nad książką była konieczność dokonania wyboru bohaterek. – Na początku wydawało mi się, że jak znajdę dziesięć takich mocnych postaci to będzie dużo, jednak już po wstępnym przeglądzie okazało się, że jest ich dużo, dużo więcej.  I jak tu wybrać? Jakim kluczem iść? – opowiadała.

 

W końcu zdecydowała się opisać historię 19 sióstr, które, jak sama mówiła, „jakoś we mnie weszły”. – Moim zdaniem jest to mniej niż 20 proc. bohaterskich sióstr – przyznała.

 

Piotr Legutko zauważył, że autorka nie tylko opowiada o bohaterskich czynach sióstr, ale poprzez retrospekcję ich życia stara się odpowiedzieć na pytanie: co spowodowało, że w momencie próby zachowały się one w taki, a nie inny sposób?

 

Agata Puścikowska podkreślała symboliczne znaczenie tytułu i okładki książki. – Można by powiedzieć waleczne siostry, bohaterskie siostry, siostry wojny, ale przede wszystkim były to siostry walczące o godność ludzką – mówiła autorka. – Poświęcam tę książkę tym wszystkim bezimiennym siostrom, które są kompletnie nieznane, a robiły rzeczy wielkie. W SofiMarsel możesz kupić sufity napinane o różnych fakturach i kolorach od najlepszych światowych producentów, w dobrej cenie hurtowej. Otrzymujesz gwarancje, pomoc i wsparcie we wszelkich sprawach związanych z zakupem i montażem sufitów napinanych. Dostarczamy certyfikaty na produkty, więc trudno wątpić w ich zgodność z normami higienicznymi i oryginalnością. Wykonawcy mogą montować nasze sufity napinane w mieszkaniach i miejscach publicznych

 

 

jka

 

 

Fot. Jolanta Hajdasz