Pasja i pokora – ks. MARIUSZ FRUKACZ o pracy w mediach katolickich

Czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich? Myślę osobiście, że łączy nas bardzo dużo.

 

Mógłbym zatytułować te moje przemyślenia w taki oto sposób: Czy łatwo być dziennikarzem w sutannie? Dziennikarz i kapłan to dopiero ciekawe połączenie. Mam również przekonanie, że dziennikarstwo to jest bardzo ciekawy zawód, ale też powołanie. Przede wszystkim to profesja właściwie bez czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Dziennikarzem jest się 24 godziny na dobę. Trzeba śledzić, słuchać, obserwować, co dzieje się wokół. Ten zawód wymaga samozaparcia, wytrzymałości, ale jest niezwykle ubogacający i potrzebny.

 

Zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich ma wspólny fundament, to służba słowu i słowem. To otwartość na drugiego człowieka, a nade wszystko pasja.

 

Dziennikarstwo dobre albo złe

 

Dziennikarstwo jest albo dobre, albo złe, albo profesjonalne, albo nieprofesjonalne. Moim zdaniem to jest oczywiste, że każdy dziennikarz powinien podchodzić do swojej pracy profesjonalnie, z dobrym warsztatem. Osobiście przede wszystkim jestem księdzem, ale także dziennikarzem. Moim wzorem i przykładem jest dwóch świętych: św. Maksymilian Kolbe, który łączył w sobie posługę kapłańską i dziennikarską, a drugi to bł. ks. Jakub Alberione, który m.in. w 1923 roku założył pismo pod tytułem „Domenica” (Niedziela). Po za tym, jedną rzeczą, która łączy księdza i dziennikarza to służba słowu i słowem. I tak oto ja widzę moją pracę dziennikarską.

 

Pasja, pokora, prawda

 

Kiedy piszę o dziennikarzach zarówno tych z mediów katolickich, jak i tych z mediów świeckich, to wydaje mi się, że trzeba zwrócić uwagę na trzy aspekty pracy dziennikarskiej. Pierwsza rzecz to pasja. Jeżeli dziennikarstwo ma być dobre, to dziennikarz musi mieć pasję do tego, co robi. Myślę, że nigdy nie można pisać tekstu z takim poczuciem, że znowu muszę to zrobić. Dziennikarstwo jest dobre, jeżeli czynię z niego pasję.

 

Po drugie pokora. Właśnie ona jest bardzo ważna w dziennikarstwie, gdyż pisząc tekst,  pokornie zakładam niewiedzę czytelnika. Dobre dziennikarstwo polega też na tym, że nie piszę dla wydawcy. Piszę przede wszystkim dla czytelnika. To jest bardzo trudne, bo czasem wydawca domaga się takiej treści, takiego ułożenia tekstu, które nie do końca jest zgodne z moim sumieniem. Na szczęście w „Niedzieli” nie muszę zmagać się z takimi dylematami.  Pokora polega właśnie  na tym, że piszę dla czytelnika. Znaczy to, że muszę pisać z pełnym szacunkiem. Podam przykład. Byłem na terenach popowodziowych i po trąbie powietrznej z aparatem na szyi. Były momenty, w których wiedziałem, że powinienem robić zdjęcia, bo będą mi potrzebne do tekstu, ale pokora polega na tym, że nie wszędzie włazi się z aparatem czy notatnikiem. Oczywiście dziennikarz za wszelką cenę powinien próbować zdobyć materiał, ale to nie znaczy, że z brakiem pokory wobec drugiego. Dziennikarstwo jest dobre wtedy, gdy  mam szacunek dla odbiorcy, dla tego z kim rozmawiam.

 

Po trzecie tym, czym powinien kierować się każdy dziennikarz to prawda. Jest ona podstawą wszystkiego.  Często jednak zdarza się tak, że dziennikarz ma konflikt sumienia, bo chce napisać prawdę, ale wydawca wyraża sprzeciw. Wtedy rzeczywiście pojawia się problem. Szacunek do prawdy moim zdaniem, zarówno w mediach katolickich, jak i świeckich, polega na tym, że dobry dziennikarz powinien także najpierw przygotować się do materiału. Upewnić się co, do źródła informacji i mieć w sobie poczucie, że pewnej granicy nie powinno się przekraczać.

 

Otwartość na drugiego człowieka

 

Kiedy zastanawiam się nad pracą dziennikarską, niezależnie od tego, czy chodzi tu o media katolickie i świeckie, to uważam, że dziennikarz musi być także otwarty na drugiego człowieka. Kontakt z ludźmi jest niesamowity. Kiedyś jeden ze starszych dziennikarzy powiedział mi, że dobry dziennikarz to także ktoś, kto widzi tematy leżące na ulicy i się po nie schyla. I dodał, że dziennikarz nie może być tylko dziennikarzem. Przede wszystkim musi być człowiekiem, bo to człowieczeństwo jest wszędzie podstawą. Również najważniejsze jest to, aby kochać to, co się robi.

 

Kiedy jako ksiądz myślę o pracy dziennikarskiej, to dla mnie najtrudniejsze jest pisać o dramatach ludzkich. Tego doświadczyłem, gdy opisywałem kiedyś sytuację po trąbie powietrznej. Pamiętam jak z abp. Stanisławem Nowakiem, ówczesnym metropolitą częstochowskim, odwiedzaliśmy rodziny dotknięte kataklizmem trąby powietrznej. Miałem zrobić z tego jakiś materiał. Wiedziałem, że nie mogę uniknąć rozmowy z zapłakanymi rodzicami i ich dziećmi. Nieustannie odzywał się we mnie także duch kapłański i wiedziałem, że muszę przede wszystkim rozmawiać z doświadczonymi tragedią. To było głębokie przeżycie, także odczuwałem pewien wewnętrzny dylemat. Wiedziałem, że mój artykuł może tym ludziom pomóc. Miałem też jakieś wewnętrzne przekonanie, że artykuł nie może być jedynie „towarem na sprzedaż”. Paradoksalnie ci biedni ludzie jak zobaczyli koloratkę, to nie myśleli o mnie jak o dziennikarzu, ale chcieli pomocy duchowej, szczerej rozmowy. Może nawet czasem łatwiej jest w takich sytuacjach dziennikarzom z mediów świeckich zrobić materiał.

 

Czasem też uczestniczę w wydarzeniach nie mających nic wspólnego z wiarą i nieraz doświadczam nieprzyjemności związanych z tym, że jestem księdzem. Kogoś dziwi moja obecność, albo nawet przeszkadza. Nigdy nie zdejmuję koloratki kiedy pracuję jako dziennikarz. Wiele osób uważa za niemożliwe połączenie kapłaństwa z dziennikarstwem. Trudne jest też dla mnie to, czy w swoim artykule kogoś nie urażę, nie skrzywdzę i czy poradzę sobie z pokazaniem wydarzenia w sposób właściwy. Oczywiście też kieruję się zasadą: dbałość o język, przekaz i rzetelność, ale także dobre „opakowanie” artykułu, czyli szatę graficzną.

 

Jeśli mówić o jakiejkolwiek różnicy w pracy w mediach świeckich i katolickich, to z perspektywy czasu widzę, że dziennikarze katoliccy nie podejmują tematów typowo sensacyjnych, tak tylko, żeby sprzedać artykuł. Może w mediach katolickich jest mniejszy wyścig o własną pozycję we wnętrzu macierzystej redakcji. Przynajmniej mnie taki wyścig nigdy nie interesował.

 

Odpowiadając na pytanie czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich, to odpowiem, że nie wyobrażam sobie życia społecznego bez dziennikarzy, zarówno tych z mediów świeckich, jak i katolickich.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz „Niedzieli”

Redakcja w smartfonie – MIROSŁAW USIDUS o warsztacie współczesnego dziennikarza

Jeśli zawód dziennikarsko-redaktorski ma przyszłość, w co niektórzy wątpią, to w pewnością jego przyszłością nie jest kurczowe trzymanie się modelu „ja tylko piszę” lub „tylko mówię do sitka” a reszta mnie nie obchodzi.

 

Ogólny opis umiejętności, który niżej przedstawiam, kiedyś nazwano by zapewne „ABC dziennikarza cyfrowego” lub „Vademecum redaktora internetu”. Dziś jednak nie powinno się już mówić o dziennikarstwie w mediach cyfrowych jako o czymś odrębnym, oddzielnej specjalności czy nawet zawodzie, co się przed laty zdarzało. Teraz są to kompetencje, które posiadać powinien, a wręcz musi, każdy dziennikarz myślący o karierze w jakimkolwiek rodzaju mediów. Pracodawcy medialnemu nie można dziś powiedzieć – „internet mnie nie interesuje”, to znaczy – pewnie można, ale wówczas pracodawca przestanie się interesować współpracą z nami.

 

Wskazuję więc i sygnalizuję dziedziny i kompetencje, w których w dobie cyfrowych mediów wypadałoby się trochę rozwinąć, jeśli do tej pory się nie rozwinęliśmy. Nie zapominając oczywiście o istocie zawodu dziennikarskiego. Nadal chodzi w nim o przekazywanie prawdziwych informacji, obiektywne relacjonowanie i wyjaśnianie rzeczywistości.

 

W ogóle – lepiej, w szczególe – gorzej

 

Najpierw jednak o tym, jak to wygląda na świecieInternational Center for Journalists  (ICFJ) przeprowadziło jesienią 2017 r. pierwsze w historii globalne badanie na temat wykorzystania technologii cyfrowych w mediach informacyjnych na całym świecie. Badanie State of Technology in Global Newsrooms objęło ponad 2200 pracowników newsroomów ze 130 krajów.  Jego wyniki pokazały, że pracownicy redakcji najlepiej mają opanowane takie umiejętności jak ogólną umiejętność pracy w cyfrowych mediach (50 proc.) i wykorzystanie w pracy wielu różnych platform publikacji – 47 proc. Im bardziej badacze wchodzili w pytania o kompetencje szczegółowe, tym ankietowani wypadali słabiej. Jedynie jedna piąta z nich opanowała jakieś techniki analityki danych użytkowników mediów. Na podobnym poziomie jest znajomość systemów zarządzania treścią (CMS). Jeszcze słabiej wypadali badani w dziedzinie wizualizowania danych i treści.

 

Badania analityczne czytelników i użytkowników są jak widać zaniedbywane przez przedstawicieli mediów. Niesłusznie, bo nie jest to bynajmniej sprawa „tych od reklamy i marketingu”. Wiedza o odbiorcach ich pracy jest dla dziennikarzy bezcenna, stanowi jedną z podstawowych różnic w ich pracy dawniej i dziś, pozwala poznawać przez czytelników swoje własne umiejętności, uczyć się i doskonalić pod każdym względem. Z omawianych badań wynika, że, jeśli w ogóle zajmują się już analityką, to pracownicy redakcji na świecie skupiają się głównie na prostych odsłonach stron (50 proc.), mniejszą uwagę zwracając np. na dane demograficzne (30 proc.), konwersję (26 proc.), czas spędzony na stronie (25 proc.) i w niewielkim tylko stopniu na poziomie odrzuceń (16 proc.) i zaangażowania (12 proc.).

 

Społeczności: źródło i interakcja

 

Z badań ICFJ wynikało m. in., że połowa ankietowanych publikuje w mediach społecznościowych i używa narzędzi cyfrowych do weryfikowania informacji. Nieco mniej (44 proc.) używa tych narzędzi do promocji własnej pracy. Ciekawe były odpowiedzi na pytanie, z których z internetowych i innych cyfrowych mediów korzystają zbierając informacje do swoich materiałów. Okazało się, że prawie 90 proc. respondentów korzysta z Facebooka, 77 proc. – z Twittera, 73 proc. – z emaila, mniej zaś wykorzystuje wyszukiwarki – 65 proc.

 

Jak wiadomo w nowoczesnych mediach cyfrowych równie ważna jak zbieranie informacji i publikacja jest interakcja z czytelnikami, widzami i słuchaczami, dotycząca publikowanych treści lub służąca do zbierania informacji. Z badania wynika, że 90 proc. przedstawicieli mediów używa do tego platform social media. Inne formy są kilka razy mniej popularne.

 

Interesujące są odpowiedzi dotyczące stosowanych przez ludzi mediów zabezpieczeń komunikacji, co w niektórych sytuacjach może mieć duże znaczenie, np. dla ochrony źródeł. Okazało się, że ok. jedna piąta używa szyfrowania emaili i rozmów telefonicznych. Jeśli to liczba odzwierciedlająca świadomość problemu, to mało. Jednak być może wcale niemało, jeśli wziąć pod uwagę, że tylko część dziennikarzy ma realnie takie potrzeby.

 

Bez względu na to, czy myślimy o nich jako o komunikacji prywatnej czy profesjonalnej, media społecznościowe mogą być zarówno dobrym źródłem informacji, także tej ogólnej o nastrojach, jak też niezłym sposobem na wypromowanie tego co tworzymy i w końcu samego siebie.

 

Dziś wiele wiadomości znanych jest wcześniej w sieciach społecznościowych niż w jakichkolwiek mediach tradycyjnych. Rozprzestrzeniają się jak pożar, a dziennikarz nie ma nawet szansy ścigać się z tą pożogą na szybkość newsa. Jego atutem jest profesjonalizm, umiejętność spojrzenia na całość, syntezy i przede wszystkim weryfikacji społecznościowych sensacji

 

Ograniczenia szansą dla kreatywności

 

Optymalizacja w wyszukiwarkach internetowych (SEO) – rzecz, o której większość pracowników mediów słyszała, niektórzy poznali temat głębiej, dzięki firmowym szkoleniom i własnej ciekawości. Jest to, mówiąc w skrócie proces wpływania na widoczność strony internetowych w bezpłatnych wynikach w wyszukiwarce internetowej, takiej jak Google. Wprawdzie ta firma niewątpliwie chce dostarczać swoim użytkownikom informacji najwyższej jakości, jednak trzeba pamiętać, że nie działa to „z urzędu”. Mechanizm wyszukiwawczy oparty jest na maszynowym algorytmie i w ostrej konkurencji może wygrać nie ten kto ma „obiektywnie” wartościowe treści, lecz ten kto lepiej rozumie ów algorytm i potrafi odpowiednio przygotować (zoptymalizować) swoje strony pod jego kątem.

 

Ze względu na silną konkurencję, koncepcja ta jest teraz ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Po wybraniu słowa kluczowego, musimy zoptymalizować treść naszego artykułu tak, aby umieścić go jak najlepiej. Czym dokładnie jest słowo kluczowe? Krótko mówiąc, będzie to główny temat, na którym będzie rozwijana nasza historia.

 

Każdy napisany przez dziennikarza artykuł ma temat – to oczywistość. Każdy temat można wyrazić jednym lub kilkoma słowami–kluczami . Jednak, jeśli myślisz o SEO to pomyśl nie tyle o dowolnym, jakie przychodzi ci do głowy, lecz o takim słowie kluczowym, którego używają ludzie w wyszukiwarce do znalezienia treści o tematyce, której dotyczy twój materiał.  Warto bezsprzecznie przeprowadzić ni mniej ni więcej tylko badanie słów kluczowych związanych z tematem. Jest do tego darmowe narzędzie – Google Keyword Planner (wymaga formalnie założenia konto w usłudze Google AdWords). Służy ono najogólniej mówiąc do sprawdzania, czy nasze pomysły na słowa/frazy kluczowe są rzeczywiście tym czego szukają użytkownicy wyszukiwarki. Jeśli okazuje się, że szukają według innego choć podobnego klucza, nie należy trzymać się pierwotnej koncepcji, tylko skorzystać z hasła rzeczywiście używanego.

 

W kolejnych krokach trzeba pamiętać o regułach korzystania ze słów kluczowych, bo wcale nie ma tu dowolności.

 

Nie wchodząc z kwestie techniczne, czyli HTML i znaczniki w kodzie strony, ogólna zasada jest taka, że najważniejsze słowo/fraza klucz, po której wyszukiwany ma być nasz artykuł, wpisujemy do tytułu tekstu in corpore. Nie mówmy, że się nie da. To, moim zdaniem, nie ograniczenie kreatywności, lecz szansa na jej rozwinięcie.

 

Słowo lub słowa kluczowe należy zawrzeć również w pierwszych zdaniach artykułu (pierwsze 100 słów). Potem w tekście również należy ich używać, ale bez przesady i nadmiaru. Algorytmy wyszukiwarkowe są bardziej subtelne niż myślisz i stronę z namolnym powielanie słów kluczowych mogą łatwo uznać za spam. Jeśli używamy gradacji tytuły-podtytuły, śródtytuły to warto korzystać w nich z kluczy, ale nie powtarzać tych samych haseł.

 

Systemy zarządzania treścią na stronach często oferują różne pola tzw. meta-opisu, czyli np. tagi lub alternatywne tytuły zdjęć, których normalnie na stronie nie widać, ale widzą je mechanizmy wyszukiwarek. Nie należy ich lekceważyć. Wpisując je jednak ciągle trzeba pamiętać o zawieraniu słowach kluczowych.

 

Pisząc o słowach kluczowych warto dodać, że wliczamy do nich również całe frazy, składające się z dwóch lub więcej wyrazów. Jeśli są to popularne i wyszukiwane zbitki np. „spór o sądy w Polsce”, to ich wykorzystanie we wszystkich opisanych wyżej elementach zwiększa szanse w wyszukiwarkach.

 

Krótko o linkach internetowych, bo to ogromny i wcale nieprosty temat. Walczymy o odsyłacze do naszych materiałów ze stron wysoko pozycjonowanych w wyszukiwarkach. Dziś już właściwie nie ma „dawania” linków za darmo. Jest to obszar marketingu i biznesu. Dziennikarz powinien o tym wiedzieć.  Jeśli chce odesłać do jakiegoś dobrego źródła, to niech to lepiej będzie strona non-profit typu Wikipedia, a nie konkurencyjne medium czy firma, aby nie przyszli do niego z pretensjami ludzie z działu marketingu. Linkując do materiałów wewnątrz własnego serwisu internetowego, należy używać nie całego adresu http://www.nasza-strona.pl/inny-artykul/, lecz tzw. linku względnego „./inny-artykul/”. Jak to dokładnie robić na pewno wyjaśni administrator strony.

 

Można zauważyć, że np. Google od wielu lat stara się w swoich algorytmach odejść od czysto technicznego podejścia na rzecz jakości treści. Zwiększa to szanse tych, którzy są niekoniecznie biegli w „mechanice” internetu, potrafią natomiast przygotowywać oryginalne i ciekawe treści. Pamiętajmy więc o kilku podstawowych regułach. Piszmy dobre, niepowtarzalne teksty i powinno być OK.  Jeśli zawartość jest poprawna gramatycznie, co tez powinno być atutem profesjonalistów, to będzie to sygnał jakości dla wyszukiwarek.

 

Tworzenie historii multimedialnych

 

Nie miejsce tu na kurs wideo-reporterski, naukę obsługi sprzętu oraz oprogramowania do edycji i montażu. Najważniejsze jest to, by pamiętać, że treści audio i wideo stają się w nowoczesnych mediach cyfrowych nieodrodnym elementem konstrukcji materiału dziennikarskiego, opowieści (ang. storytelling). To samo dotyczy treści pochodzących z internetu, np. z mediów społecznościowych. Materiał reporterski epoki cyfrowej zawiera różnorodność elementów: zdjęcia, filmy, cytaty z Twittera, infografiki, czasem rozbudowane prezentacje interaktywne. Czasem sam materiał jest właściwie złożoną prezentacją, z dobrze przemyślanym zamysłem graficznym, różnorodnością wykorzystanych środków wyrazu. W takich kreatywnych formach specjalizują się np. BBC, „National Geographic”, „New York Times”.

 

Nic jednak na siłę. Nie każda historia będzie jednak koniecznie potrzebowała komponentów wideo lub audio. Podejmowanie decyzji, które artykuły warto wzbogacać o multimedia i o jakie multimedia to kolejna istotna umiejętność cyfrowego dziennikarstwa. Nie różni się ona co do zasady od roboty redakcyjnej starego typu, w której tez ceniona była kreatywność i szerokie spojrzenie. W nowych mediach postuluje się po prostu szerszy wachlarz środków. Redakcja serwisu tytułu prasowego sięga po coś więcej niż zdjęcia, rysunki i infografiki. Redakcja telewizyjna zaczyna myśleć o czymś poza obrazem i dźwiękiem. Redakcja radiowa też patrzy szerzej itd.

 

Wielu doświadczonych praktyków z powodzeniem stosuje to podejście od lat. Babak Dehghanpisheh, korespondent „Newsweeka”, który obszernie relacjonował wydarzenia z Iraku, Iranu i Afganistanu,  zasłynął interaktywnymi grafikami i mapami, które dokładnie wyjaśniały sytuację na terenach objętych walkami. Otwarte na innowacje media idą jeszcze dalej. Niedawno ogromne wrażenie na publiczności zrobiła opracowana przez serwis gazety „San Francisco Chronicle” interaktywna multimedialna „gra” pozwalająca użytkownikom wczuć się w kryzys, z jakim zmaga się miasto jeśli chodzi o zaopatrzenie w wodę.

 

Obecnie wcale nie trzeba zatrudniać do tworzenia interaktywnych wizualizacji prezentacji zatrudniać sztabu specjalistów grafików i informatyków. Istnieją gotowe narzędzia, z których można skorzystać w interaktywnym storytellingu, np.  Sliderocket czy Thinglink. Do tworzenia rozbudowanych infografik mogą posłużyć Easel.ly, Visual.ly, Datawrapper,  Infogr.am, Tableau Public, Chartbuilder lub Raw. A w przypadku dużych i bardziej złożonych zasobów danych można sięgnąć po oprogramowanie do mapowania i wizualizowania danych, takie jak Carto lub Fusion Tables Google’a.

 

Jak samemu zacząć

 

Zagalopowaliśmy się w zaawansowane umiejętności i programy. Tymczasem niektórym, może nawet większości, potrzebne jest coś bardziej podstawowego, coś co wprowadzi ich w świat cyfrowo-internetowych umiejętności. Jest kilka narzędzi, które są łatwo dostępne i każdemu, kto ma chęć nauki, pozwalają poczynić pierwsze kroki. Można oczywiście skorzystać ze specjalnych szkoleń, ale prawdę mówiąc poniższe narzędzia te są tak proste w obsłudze, że „same uczą.”

 

Wspominałem wcześniej o narzędziach analitycznych i analizie odbiorców jako kluczowej umiejętności. Darmową i najbardziej znaną techniką w tej dziedzinie jest Google Analytics. To kopalnia wiedzy. Przede wszystkim pozwala piszącemu i wydawcy ocenić, co działa, a co nie. Czy istnieją pewne rodzaje tematów, które przyciągają więcej czytelników lub oglądających? Jaka sieć społecznościowa dostarcza najwięcej odwiedzających? Które słowa kluczowe dają najlepsze efekty w wyszukiwarce. Analytics oferuje znacznie więcej danych i funkcji niż przeciętny dziennikarz i wydawca potrzebuje. Korzystamy po prostu z tego co jest nam potrzebne i uczymy się wyciągać oprawne wnioski.

 

Narzędziem, które pozwala dowiedzieć się czym jest i na czym polega internetowy system zarządzania treścią jest WordPress, najczęściej używany CMS na świecie. Edytor wizualny sprawia, że stosunkowo łatwo jest dodawać, edytować i usuwać treści. Program ma tryby uczące, pełno dodatkowej literatury wyjaśniająco-poradniczej. Warto nie tylko dlatego, że często stykamy się tą platformą, pracując w Internecie, ale również łatwiej nam po jakim takim opanowaniu WordPressa podejść do innych rozwiązań.

 

Kolejna łatwo dostępną bramą do cyfrowego dziennikarstwa może być… smartfon. Może nie każdy sobie to uświadamia, ale współczesne telefony mają wszystkie funkcje, których potrzebuje dziennikarz. Maszyna ta może być dyktafonem, kamerą do nagrywania, ale również stacją do nadawania audio i wideo na żywo. Można za jego pomocą pisać i publikować treści, być w kontakcie z sieciami społecznościowymi, dyskutować, angażować publiczność. Można za pomocą smartfona przeprowadzić telekonferencyjne kolegium redakcyjne z demonstracjami, z udziałem wielu osób w wielu miejscach.

 

W ogóle, choć może to kontrowersyjnie i trochę dziwnie zabrzmi, dziennikarz, który bez wielkiego bólu i strat w wydajności pracy potrafi przenieść swój warsztat do smartfona, z wszystkimi wcześniej opisywanymi elementami, pisaniem bez błędów, optymalizacją SEO, elementami multimedialnego storytellingu, obsługą CMS-a i analityki stron, zaangażowaniem w social media, jest kwintesencją opisanych wyżej kompetencji, nowoczesnym cyfrowym dziennikarzem pełną gębą.

 

Dlaczego? Dlatego, że jego odbiorcy, czytelnicy i widzowie, bez problemu potrafią zamknąć większość swojej prywatnej i zawodowej aktywności w tym niewielkim urządzeniu. Wypada więc co najmniej dorównywać kompetencjami potencjalnym adresatom naszej pracy.

 

Mirosław Usidus

Wojtek –  dziennikarza ekonomicznego „Rzeczpospolitej” wspomina ROBERT AZEMBSKI

W nocy z 27 na 28 października w wypadku samochodowym pod Mszczonowem zginął Wojciech Romański, wieloletni dziennikarz i redaktor, profesjonalista w każdym calu i bardzo dobry człowiek.    

 

Wojtkiem poznaliśmy się w „starym i dobrym” Businessman Magazine, gdy pomagałem mu w sekretariacie redakcji, redagując przy tym dodatki finansowe oraz regionalne. Były to burzliwe i twórcze lata 90. ubiegłego wieku. W głowach nam wszystkim szumiało od szalonych pomysłów i  ciekawych inicjatyw. Wojtek mawiał wówczas, że reprezentuje „redaktorski styl” , tj. przyjmuje każdy tekst osnuty na dobrym, wciągającym czytelnika pomyśle, nawet gdy wymagał on sporej jeszcze  redakcji. Wolał już sam się tym zająć, nadając artykułom właściwy sznyt i styl. Wpadał na różne zabawne pomysły. Był taki moment, gdy wybierałem się do Szkocji, do dalekiego kuzyna, mieszkającego w zamku na wyspie Skye,  z którym to kuzynem wcześniej, nota bene, nie utrzymywałem kontaktów. Ponieważ kuzyn ten należał do szkockiej arystokracji, Wojtek podsunął pomysł, by wystosować do niego odpowiednio napuszony list, który pomógł mi zredagować… w staroangielszczyźnie. Chciał, bym napisał reportaż z tego wyjazdu. Oczywiście, jak zwykle, przyłożył  „mocną” rękę do jego ostatecznego kształtu.

 

Sam pisał i komentował doskonale, z ogromną swobodą.  Bardzo chętnie poruszał swoje ulubione tematy motoryzacyjne. Był wielkim pasjonatem aut, dostawał wiele zaproszeń od dealerów samochodowych na wyjazdowe study tour’s, testując najnowsze modele. Gdy któregoś razu nie mógł z jakiegoś powodu wyjechać, nie wyrzucił zaproszenia do kosza. Zaproponował bym go zastąpił i przetestował w Pirenejach najnowszy wówczas model Jaguara. Dla mnie, dziennikarza ekonomiczno-finansowego było to duże i niezapomniane przeżycie.

 

Potem nasze drogi redakcyjne rozeszły się. Ilekroć jednak mieliśmy  kontakt, także gdy zamawiał u mnie jakiś artykuł, ostatnio do „Rzeczpospolitej”, kontakt ten był tak samo żywy, jakby nie mijały lata. Wojtek był zawsze opanowany i ciepło zdystansowany wobec świata. Skłonny do żartowania. Wymagał dużo od siebie i nieco mniej od innych. Umiał wybaczyć błąd, właściwie podkręcić tekst, dać autorowi –  zwanemu przez niego nieco ironicznie „pisarzem” –  cenną wskazówkę na przyszłość. Z przeciwności losu, których doświadczył w swoim życiu niemało, potrafił wydobyć dobre rzeczy, wykazując  empatię i starając się pomóc każdemu, kto pomocy potrzebował.

 

Będzie mi Ciebie brakowało Wojtku. Szkoda, że mimo planów, nie udało się nam ostatnio spotkać. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się tam, dokąd się udałeś.

 

Robert  Azembski               

„Nie dajmy się wciągnąć w pułapkę postprawdy”. Dziennikarze na Jasnej Górze

26 października po raz siódmy odbyła się Ogólnopolska Pielgrzymka Dziennikarzy na Jasną Górę, zorganizowana przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.  Uczestniczyło w niej blisko 80 osób.

 

Mszy Św. w kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej przewodniczył abp. Wacław Depo, metropolita częstochowski i przewodniczący Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu.

 

 – My przychodzimy tutaj, jako grupa stanowa, wspólnotowa, aby tak, jak nam podpowiada hasło tegorocznej pielgrzymki, okazać wzajemna troskę o siebie, która łączy się z odpowiedzialnością. A odpowiedzialność musi już być bardzo osobista, bo dzisiaj zbyt dużo słyszymy w zamieszaniu politycznym, społecznym czy międzynarodowym, że odpowiedzialność jest zbiorowa, która nie jest żadną odpowiedzialnością, bo gdzieś są ukryte te czy inne motywy działania, a później skutki tych działań są bardzo tragiczne dla ludzi – podkreślił abp. Depo w homilii.

 

Dziennikarzom szczególnie potrzebny  jest dar odwagi, męstwa i odpowiedzialności za to, co stanowi treść medialnych przekazów podkreślał  arcybiskup.

 

– Ewangelia Jezusa Chrystusa jest dla nas światłem dla ludzkiego rozumu i jest źródłem sensu naszej codziennej egzystencji. Ale człowiek jest wolny. Jesteśmy dramatycznie wolni. Można rozpoznawać prawdę i nie tylko się z nią rozminąć, ale skazać ją na śmierć, tak jak w przypadku Piłata – kontynuował arcybiskup. – Czy współczesnemu człowiekowi nie grozi zaćmienie sumień? Czy mamy prawidłowe pojęcie sumienia? Zbyt wiele znaków wskazuje na to, że w naszych czasach takie zaćmienie istnieje. To sumienie stanowi o wewnętrznej godności człowieka, a zarazem o jego stosunku do Boga – przypomniał arcybiskup słowa św. Jana Pawła II z adhortacji apostolskiej o pokucie i pojednaniu.

 

Abp Depo przytoczył również wypowiedziane w 1991 r. w Olsztynie słowa Papieża Polaka, który zauważył, iż zdarza się, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, aby uzasadnić swoje kłamstwa. – Te słowa Jana Pawła II nie tylko powracają, ale one wprost oskarżają nas i podkreślają: nie dajmy się wciągnąć w pułapkę jakiejkolwiek postprawdy i posthumanizmu bez Boga – dodał arcybiskup.

 

Odnosząc się do czasów współczesnych abp Depo wskazał na dwa, jak sam to określił „bolesne przykłady przerzucenia odpowiedzialności osobistej w sumieniu na tak zwane pola poprawności politycznej”. – Prezydium Konferencji Episkopatu Polski przypomina w każdym ze swoich listów – przypomina również posłom i senatorom – o poszanowaniu wolności sumienia w sprawie uchronienia życia osób i dzieci z wadami genetycznymi. To wynika z prawa Bożego i prawa ludzkiego; to nie jest tylko sprawa konfesyjna, wyznaniowa – służyć życiu w każdym wymiarze – mówił abp Depo. Z kolei wobec sprzeciwu na procedurę in vitro bardzo wyraźnie podkreślamy – również w oparciu o światła rozumu, czyli światła nauki współczesnej i medycyny, a nie tylko wiary i moralności – że nie można zrównywać pragnienia posiadania dziecka z niszczeniem poczętego życia tzw. ponadliczbowych zarodków – kontynuował metropolita częstochowski i z bólem zauważył, że Organizacja Narodów Zjednoczonych wpisała prawo do aborcji i antykoncepcji w prawa człowieka. – Czyli śmierć i cywilizacja śmierci jest prawem człowieka. A wiemy, że poza Bogiem nie ma życia – jest tylko śmierć – ocenił arcybiskup Depo.

 

Wskazując dziennikarzom na poczucie odpowiedzialności za siebie i wszystkich tych, którym służą podkreślił, że „kroczenie po trudnych drogach współczesności wymaga zarówno wysiłku rozumu, jak i serca”. – Chcemy prosić o odwagę wiary i świadectwo, aby nie ulec powiewom mody, oszustwa, liberalizmu i postępującej sekularyzacji, która oddziela człowieka od Boga. Nie lękajmy się jakiejkolwiek formy zaproponowanych nam wojen kulturowo-światopoglądowych – zakończył abp Depo zawierzając dziennikarzy Matce Bożej.

Po Mszy św.  odbyło się spotkanie dyskusyjne. W imieniu SDP głos zabrała Jolanta Hajdasz, wiceprezes Stowarzyszenia, dyrektor CMWP SDP.

 

– Pielgrzymka to refleksja nad wyzwaniami, przed jakimi każdego dnia stajemy wykonując zawód dziennikarza  – powiedziała Jolanta Hajdasz.

 

– Znamy sądy 24-godzinne, ale my, dziennikarze, pracujemy już w sądach  24- sekundowych, gdzie publikując w Internecie , na facebooku, twitterze, czy w całodobowej telewizji musimy błyskawicznie wydawać wyroki, o tym czy ktoś lub coś jest godne pochwały, czy wręcz przeciwnie, czy „lubię to” , czy też nie. Coraz bardziej jest więc nam potrzebna refleksja nad kryteriami tych ocen  –  dodała  wiceprezes SDP .

Tematem przewodnim tegorocznej pielgrzymki dziennikarzy było hasło: „Wzajemna troska i odpowiedzialność – kapłan, dziennikarz”. W tym roku  uczestnicy pielgrzymki mieli także niecodzienną okazję zwiedzania najstarszej części biblioteki Ojców Paulinów, gdzie znajdują się niezwykle cenne księgi i dokumenty Jasnej Góry .  Ta część  jasnogórskiego klasztoru jest na co dzień niedostępna dla  zwiedzających. Uczestników dziennikarskiej pielgrzymki oprowadził po niej o. Andrzej Grad OSPPE, dyrektor Radia Jasna Góra.

 

 

 

Fot.: B. Dobrzyńska, A. Kaczorowska

 

Czy warto odwieszać Hienę Roku? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Decyzja o zawieszeniu przyznawania antynagrody dziennikarskiej SDP, Hieny Roku, została podjęta w 2016 roku. Czy warto ją kiedykolwiek odwieszać? Mam w tej sprawie mocno mieszane odczucia.

 

Pierwsza Hiena została przyznana jeszcze w 1999, lata przed tym nim polska polityka i polskie media podzieliły się na nienawidzące się plemiona. Przez lata wydawało się, że kryteria są jasne: antynagrodę SDP przyznaje za rażące pogwałcenie norm etycznych i warsztatowych. Tych, co do których – jak się zdaje – panuje powszechna zgoda w środowisku.

 

To się zmieniło, gdy na polskim rynku w pierwszej połowie ubiegłej dekady pojawił się „Fakt”. Dziennik otrzymał Hienę dwa razy pod rząd i był to moim zdaniem skutek klasycznych uprzedzeń wobec tabloidów i niezrozumienia ich formuły. Zresztą w drugim przypadku Hiena została przyznana mimo oczywistej, fatalnej pomyłki dziennika, za którą ten błyskawicznie przeprosił (pomylono zdjęcia na okładce).

 

O „Fakcie” pisałem już kilkakrotnie na portalu SDP, wyjaśniając, dlaczego odegrał w polskich mediach rolę nie tylko ważną, ale też pozytywną. Dziś jest zresztą gazetą o wiele łagodniejszą niż na początku swojego istnienia.

 

Hieny przyznawane w kolejnych latach dają się jakoś, lepiej lub gorzej, obronić, choć z zasady antynagroda zawsze będzie budzić większe emocje niż nagroda. Aż do 2015 roku, kiedy to zdecydowano się przyznać antynagrodę Piotrowi StasińskiemuWojciechowi Czuchnowskiemu za ich wypowiedzi na temat dziennikarzy, zatrzymanych przez policję w czasie okupacji siedziby PKW w 2014 roku. Wypowiedzi Stasińskiego były ostrzejsze, ale dołączenie Czuchnowskiego, który wypowiadał się w sposób znacznie bardziej zniuansowany, zostało – słusznie – skrytykowane przez wiele osób, w tym przeze mnie. Wówczas antynagroda wkroczyła na bardzo grząski, ściśle polityczny grunt.

 

Przypomnijmy – W TVN24 Stasiński powiedział: „Nie wiem jaką rolę odgrywali tam dziennikarze (…) nie wiem jak tam było. Niech oni staną przed sądem i powiedzą. Jeżeli brali udział w zadymie i włamywali się do PKW, to powinni za to odpowiedzieć . Ja uważam, że kwalifikacja, którą zastosowano jest niezwykle łagodna, mir domowy, kwalifikacja, która mogłaby dosyć łatwo być zastosowana, to jest zakłócenie wyborów, czy napaść z przemocą, wdarcie się do instytucji państwowej, więc w sumie to zachowanie policji było łagodne. I teraz podnoszenie, że jakiś dziennikarz przypadkowo, lub nieprzypadkowo został zatrzymany i być może zostanie mu postawiony zarzut zakłócenia miru domowego, niech odpowie na ten zarzut i niech się broni. Ja nie będę bronił dziennikarza ryczałtowo tylko dlatego że jest dziennikarzem, ponieważ wiem, że niektórzy dziennikarze bardzo łatwo zamieniają się w agitatorów ludowych, trybunów ludowych, a nawet partyzantów”.

 

Czuchnowski zaś napisał: „Zakładam, że Pawlicki został zatrzymany w trakcie wykonywania czynności dziennikarskich, więc chętnie przyłączę się do protestu i podpiszę list w tej sprawie. Terlikowskiemu chciałbym jednak przypomnieć całkiem niedawne występy jego dziennikarzy [z TV Republika, którą wtedy kierował Tomasz Terlikowski – Ł.W.], którzy zaatakowani przez narodowców i kiboli podczas demonstracji 11 listopada wykrzykiwali przed kamerą »nie jesteśmy TVN-em«. Słusznie zakładali, że zostali wzięci za reporterów innej stacji. Nie byli jakoś oburzeni samym aktem agresji wobec mediów. Usiłowali tylko sprostować »oczywistą pomyłkę«, że to nie ich powinni tłuc szalikowcy. Gdyby bito tych z TVN, wszystko byłoby ok”.

 

Powstał wówczas list otwarty w proteście przeciwko przyznaniu antynagrody, firmowany przez przeciwną stronę podziału medialno-politycznego – ostatecznie z przyznania jej Czuchnowskiemu SDP się wycofało. Sam listu nie podpisałem, choć mnie do tego zapraszano, ze względu na połączenie w nim dwóch moim zdaniem różnych sytuacji obu publicystów. Byłem skłonny bronić Czuchnowskiego, Stasińskiego już nie. Patrząc jednak na sprawę dzisiaj, bez emocji i z perspektywy – choć listu protestacyjnego nadal bym nie podpisał, uważam, że Hiena dla Stasińskiego mocno wykraczała poza sferę jasnych i klarownych kryteriów warsztatowych czy etycznych. Miała wymiar w dużej mierze polityczny.

 

Rok później antynagrodę dostał Tomasz Lis za przytoczenie w swoim programie fałszywego wpisu Kingi Dudy – i tu Hiena niewątpliwie się należała, bo był to jasny przypadek niedopełnienia staranności, w dodatku potencjalnie obarczony ogromnymi konsekwencjami osobistymi dla zainteresowanych i politycznymi dla ówczesnego kandydata na prezydenta. Kolejnej Hieny już nie przyznano.

 

Problem z Hieną Roku teraz jest taki, że – po pierwsze – wobec dramatycznego podziału politycznego, przekładającego się na media, istnieje poważne ryzyko, że przewagę miałyby antynagrody takie jak dla Stasińskiego, czyli będące skutkiem politycznych sympatii części członków stowarzyszenia. Hiena byłaby traktowana jako sposób na dołożenie „tym z drugiej strony”. Po drugie zaś – i jest to problem znacznie poważniejszy – Hienę Roku już co najmniej kilkakrotnie powinno się było przyznać ludziom z tak zwanej „naszej” strony. Powinna ona była trafić choćby do autora i do odpowiedzialnych za publikację w TVP kłamliwego materiału o dr Katarzynie Pikulskiej (odpowiadał formalnie za jego publikację), mającego wspomóc stanowisko rządu w sporze z lekarzami rezydentami. Być może Hienę za całokształt działalności powinny otrzymać „Wiadomości” TVP. A to dwa z wielu przykładów. Obawiam się jednak, że przyznający antynagrodę byliby ślepi na jedno oko.

 

Można do tego oczywiście podejść w taki sposób, w jaki niektórzy podchodzą do kwestii linii TVP i uznać, że jeśli SDP będzie piętnować warsztatowe braki i naruszenia etyki choćby tylko u jednej strony sporu, to i tak ma to swoją wartość, bo druga strona może z kolei wytykać podobne zachowania oponentom. W ten sposób mamy rodzaj „pluralizmu”. Ale jest to bardzo kulawy pluralizm. Być może zatem najlepszym rozwiązaniem jest faktycznie nieprzyznawanie Hieny Roku. A może to po prostu ucieczka od problemu?

 

Na koniec – wiem, że pisałem to wielokrotnie na portalu SDP, ale muszę być w tej sprawie jak Katon Starszy, nawołujący do znudzenia do zburzenia Kartaginy: uważam, że Stowarzyszenie powinno zorganizować poważną debatę o stanie mediów publicznych, w tym zwłaszcza TVP, zapraszając do niej różne strony. W przeciwnym wypadku inicjatywę przejmie druga strona. To zresztą już się dzieje, bo debatę z udziałem osób z różnych stron, będącą pokłosiem raportu o mediach, organizuje wkrótce Towarzystwo Dziennikarskie. Wezmę w niej udział – skoro „moje” stowarzyszenie niczego podobnego nie robi. Zarządowi SDP mogę jedynie powiedzieć, że chowanie głowy w piasek nic nie da.

 

Łukasz Warzecha

Ireneusz St. Bruski ponownie prezesem warmińsko-mazurskiego oddziału SDP

Członkowie SDP na Warmii i Mazurach weszli w nową kadencję. 24 października 2019 roku odbyło się w Olsztynie Walne Zebranie Członków Oddziału.

 

Obrady rozpoczęto minutą ciszy za dziennikarzy, którzy zmarli w latach ostatniej kadencji.

 

W ramach przyjętego programu podsumowano kadencję 2016-2019. Uczestnicy obrad, przy dwóch głosach wstrzymujących się,  przyjęli sprawozdania i udzielili absolutorium ustępującym władzom. Następnie odbyła się dyskusja programowa oraz dokonano wyboru nowych władz.

Prezesem Oddziału został ponownie Ireneusz St. Bruski. W skład Zarządu weszli – Wojciech Ciesielski, Zbigniew Piszczako, Grzegorz Radzicki Mateusz Kossakowski; Komisji Rewizyjnej – Wojciech A. Chromy, Zbigniew Połoniewicz Uwe Hahnkamp; Komisji Członkowskiej – Kinga Grabowska, Andrzej Badurek Władysław Katarzyński; Sądu Dziennikarskiego – Martyna Seroka, Mirosław Sochacki Zdzisława M. Kobylińska, natomiast Rzecznikiem Dyscyplinarnym  został Andrzej Zb. Brzozowski.

 

Równocześnie wybrano delegatów na Zjazd SDP. Warmię i Mazury na Zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w 2020 roku będą reprezentować: Ireneusz St. Bruski, Grzegorz Radzicki, Wojciech A. Chromy, Marek LewińskiBożenna Ulewicz.

 

Nowym władzom Oddziału gratulujemy oraz życzymy nowego zapału w  pracy dla dobra żurnalistów i w realizacji zadań statutowych SDP.

 

Źródło: Oddział warmińsko-mazurski SDP

 

CMWP SDP w obronie red. Jana Śpiewaka

W związku z prywatnym aktem oskarżenia wniesionym przeciwko red. Janowi Śpiewakowi oraz skazaniem go z art. 212 § 2 k.k. wyrokiem Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie – II Wydział Karny  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że niniejsza sprawa została objęta monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela w zakresie wolności słowa. CMWP SDP uważa skazanie red. Jana Śpiewaka za skandaliczne naruszenia zasady wolności słowa demokratycznego państwa i apeluje do Sądu odwoławczego o umorzenie postępowania wobec dziennikarza. 

 

W ocenie CMWP SDP skazanie przez sąd I instancji red. Jana Śpiewaka, stanowiło poważne naruszenie jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa. Jan Śpiewak to publicysta i dziennikarz obywatelski, a także zasłużony działacz społeczny i obrońca wyrzucanych  ze swoich mieszkań obywateli Warszawy.  Stając w obronie słabszych i nierzadko bezbronnych wobec administracyjnych instytucji miasta stołecznego Warszawa sprawił, iż tematyka kontrowersyjnej reprywatyzacji w stolicy stała  się znaną opinii publicznej w Polsce, co jest oczywistym działaniem w interesie społecznym. Z niezrozumiałych powodów decyzją Sądu Rejonowego w Warszawie red. Jan Śpiewak ma ponieść za to surowe konsekwencje w postaci skazania w procesie karnym. CMWP SDP nie zgadza się z tą oceną i broni w przesłanym do Sądu odwoławczego stanowisku prawa red. Jana Śpiewaka do swobodnego wyrażania opinii w przestrzeni publicznej, co jest fundamentem funkcjonowania demokratycznego państwa. Szczególnie bulwersujące jest w tej sprawie to, iż uzasadnienie wyroku jest niejawne, tak jak i niejawny był cały proces.

 

Jan Śpiewak jest warszawskim społecznikiem, który w ramach swojej działalności zajmuje się m. in. kwestią legalności obrotu nieruchomościami na obszarze miasta. Został on oskarżony o to, że w 2017 r. za pomocą środków masowego komunikowania miał pomówić oskarżycielkę prywatną o postępowanie, które mogło ją poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu adwokata. Chodziło o powiązanie jej z aferą reprywatyzacyjną a w szczególności wyrażenie przez Jana Śpiewaka na swoim profilu na portalu Twitter opinii, iż osoba ta jako córka ministra przejęła w 2010 r. kamienicę „metodą na kuratora”, „na zmarłego” itp. Informacje na temat badanej przez siebie sprawy przekazywał także na konferencji prasowej. Powyższe spowodowało skazanie Jana Śpiewaka powołanym wcześniej wyrokiem Sądu Rejonowego. Od tego wyroku pełnomocnicy w/w wywiedli apelację.

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Jana Śpiewaka, jak i innych społeczników lub dziennikarzy, do podejmowania tematyki nieprawidłowości przy reprywatyzacji gruntów warszawskich w kontekście osoby oskarżycielki prywatnej. Skazanie Jana Śpiewaka powoduje zatem tzw. efekt mrożący. Jest to nie do pogodzenia z aktywizmem społecznym obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać trudne i kontrowersyjne sprawy, broniąc w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W ocenie CMWP SDP wyrok Sądu I Instancji nie odpowiada międzynarodowym standardom w dziedzinie wolności słowa. Nie służy on założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, lecz służy tłumieniu krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa demokratycznego . Przyczynia się w ten sposób do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

 

Fot. YouTube/Superstacja

CMWP SDP obejmuje monitoringiem proces red. Marcina Roli z wRealu24.pl

W związku z aktem oskarżenia z art. 212 § 2 k.k. wniesionym przeciwko red. Marcinowi Rola Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności  w zakresie wolności słowa.  CMWP SDP stoi na stanowisku, iż  wyrok Sądu I Instancji nie powinien się ostać w obrocie prawnym, gdyż przyczynia się do niszczenia wolnej debaty i  godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, którym jest wolność słowa i mediów. Dlatego CMWP SDP przekazało do Sądu  odwoławczego  (Sąd Okręgowy w Toruniu) opinię w obronie oskarżonego dziennikarza.

 

Red. Marcin Rola jest wydawcą i redaktorem naczelnym telewizji internetowej wRealu24.pl i specjalizuje się w tematyce politycznej i ideowej, nie unikając spraw budzących spory  i kontrowersje społeczne.Został on oskarżony o przestępstwo z art. 216 § 2 k.k., które miało polegać na użyciu w mediach słów powszechnie uznanych za obelżywe wobec uczestniczki protestów w ramach tzw. „czarnego piątku”. Akt oskarżenia wniosła osoba prywatna. Wyrokiem Sądu Rejonowego w Toruniu – II Wydział karny, w/w został skazany z art. 212 § 1 i 2 k.k. za przestępstwo pomówienia (sąd w ten sposób zmienił kwalifikację prawną zarzutu oskarżenia). Wymierzono mu karę 3 miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania pracy na cele społeczne, zobowiązując do zapłaty nawiązki (10 000 zł na rzecz PCK), zadośćuczynienia za doznaną krzywdę osobie skarżącej (500 zł) , zwrotu kosztów oraz przeproszenia. Od powyższego wyroku pełnomocnicy procesowi  M. Roli wnieśli apelację.

 

W ocenie CMWP SDP  wniesienie przeciwko red. M. Roli aktu oskarżenia musiało – z uwagi na specyficzne okoliczności sprawy – budzić zastrzeżenia. Natomiast jego skazanie wyrokiem Sądu I instancji uzasadnia tezę, że w niniejszym postępowaniu karnym miało miejsce poważne naruszenie praw obywatelskich red. M. Roli w zakresie wolności słowa. Należy bowiem zauważyć, iż działania tzw. ruchów feministycznych mają charakter publiczny i budzą ogromne kontrowersje społeczne. Marsze i happeningi feministek wiążą się (poza propagowaniem różnego rodzaju postulatów) także m. in. z promowaniem aborcji, seksualnej anarchii, brakiem poszanowania dla wartości religijnych i kulturowych, a nawet z  epatowaniem wulgarnością. Jak wiadomo, oceny działań tych środowisk mogą być rozmaite, zależnie od poglądów społecznych czy politycznych, nie można jednak zaprzeczyć, że z samego założenia działania te mają prawo budzić kontrowersje, których zresztą środowiska te nie tyle unikają, ale wręcz świadomie je wywołują. Tak samo, przeciętnie rozgarnięty obywatel udający się na tego rodzaju wydarzenie powinien mieć świadomość, że może zetknąć się ze skrajnie różnymi ocenami tegoż wydarzenia, jako kontrowersyjnego i budzącego wątpliwości opinii społecznej – a zwłaszcza z ocenami dziennikarzy, którzy są wyrazicielami tejże opinii. W takich przypadkach należy liczyć się z krytyką społeczną, w tym także medialną. W tym kontekście, przypisane red. M. Roli sformułowania, odnoszące się do całokształtu działalności feministek można uznać za ostre, ale mieszczące się w ramach wolnej debaty. Przy czym istotne jest, że nie można ich nawet powiązać z konkretnym wydarzeniem, a tym bardziej z żadną zindywidualizowaną osobą biorącą w nim udział.

 

Sąd I instancji całkowicie pominął też kontekst społeczny sprawy. Nie można bowiem abstrahować od faktu, że w Polsce występuje silna (i wzmacniająca się) polaryzacja poglądów na tematy istotne dla życia publicznego, takie jak np.: aborcja, edukacja seksualna, ruchy LGBT, itp. Specjaliści z dziedziny mówią wręcz o wojnie kulturowej. Różne strony sporów politycznych i społecznych manifestują przy tym swój światopogląd, częstokroć  nie unikając radykalnych lub bulwersujących haseł. Powszechne są przy tym oskarżenia o nazizm, faszyzm, autorytaryzm, mowę nienawiści, niszczenie demokracji, ale także  (z drugiej strony) o zdradę narodową, zaprzedanie obcym interesom, komunizm, bolszewizm, propagowanie dewiacji, itp. Trudno nie zauważyć, że wiele z tak mocno akcentowanych poglądów odnosi się do zjawisk, ideologii lub całych grup społecznych. Trzeba z całą mocą podkreślić, że w prawidłowo funkcjonującej demokracji spory światopoglądowe są z zjawiskiem normalnym. Bez sporów demokracja nie istnieje. Ten aspekt Sądowi Rejonowemu całkowicie umknął.

 

Kolejną kwestią jest sposób powiązania przez Sąd I instancji zarzutów aktu oskarżenia z inkryminowanym materiałem dziennikarskim (który, jak się okazało, mógł zostać zmontowany co znów umknęło Sądowi Rejonowemu, podobnie jak rzeczywista data publikacji tego materiału). Zarówno stypizowane w art. 212 i 216 k.k. czyny przestępne: zniesławienia i zniewagi, jak i instytucja prywatnego aktu oskarżenia opierają się nie tylko na normach prawa karnego: materialnego i procesowego, ale również na ugruntowanym, wieloletnim orzecznictwie i poglądach doktryny. Z założenia, zniesławienie lub zniewaga powinny być skierowane przeciwko skonkretyzowanej osobie lub osobom, w odniesieniu do których wypowiedziano określone słowa. Tymczasem krytyczne wypowiedzi przypisywane red. M. Roli można co najwyżej odnosić do feminizmu (ruchu), a nie do skonkretyzowanej osoby lub osób fizycznych, nadto były cytatem. Zresztą sformułowania te nie nadają się do użycia jako epitety wobec osoby fizycznej, gdyż nie można nikogo nazwać np. „spędem neonazistek”, czy „spędem feminazistek”: na gruncie języka polskiego takie sformułowanie (użyte w liczbie mnogiej) nie ma racji bytu.

 

Ponadto należy zauważyć, iż  Sąd I instancji nie uniknął ideowego zaangażowania po stronie oskarżenia. Jest to widoczne na str. 11 uzasadnienia wyroku, gdzie Sąd określił aborcję jako jedno z praw dotyczących „zdrowia reprodukcyjnego”, które są „kwestionowane głównie w krajach, w których wolność kobiet jest ograniczana przez zakorzeniony w tradycji patriarchalizm lub fundamentalizm religijny”. Tymczasem traktowanie aborcji jako jednego z „praw reprodukcyjnych”, a kwestionowanie prawa do niej – jako „patriarchalizmu” lub „fundamentalizmu religijnego” jest typowe dla osób należących do ruchów feministycznych, które eksponując takie poglądy, pomijają uznane w polskim porządku prawnym prawo dziecka nienarodzonego do istnienia. Dając w ten sposób wyraz swoim poglądom, Sąd Rejonowy zaprzeczył zasadzie obiektywizmu i naruszył konstytucyjne prawo oskarżonego do rzetelnego procesu sądowego wyrażone m. in. w art. 6 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i art. 45 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Jest bez precedensu to, że Sąd umieścił w uzasadnieniu wyroku tezy zbieżne z aborcyjnymi żądaniami radykalnych środowisk feministycznych w taki sposób, jakby stanowiły one oczywistą prawdę, niepodlegającą dyskusji i powszechnie akceptowaną.

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia można ocenić jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa red. M. Roli do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez ich zniechęcenie go do podejmowania ważnych społecznie tematów. W tym kontekście skazanie oskarżonego stanowi naruszenie praw człowieka i obywatela  i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy, na przykład działalności środowisk feministycznych. To zaś jest nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i maja stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W tej sytuacji wyrok Sądu I Instancji nie powinien się ostać w obrocie prawnym, gdyż przyczyniając się do niszczenia wolnej debaty, godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, którym jest wolność słowa i mediów.

 

Informacja czy agitacja? – ARTUR GUZICKI o kuriozalnym procesie sądowym

Dopiero osiem dni po wyborach parlamentarnych zapadło prawomocne orzeczenie w procesie wytoczonym w trybie wyborczym przez poseł Prawa i Sprawiedliwości Ewę Szymańską legnickiemu portalowi lca.pl.

 

Spór pomiędzy posłanką – wówczas także kandydatką do parlamentu, dotyczył tekstu opublikowanego na łamach lokalnego portalu. Lilla Sadowska, redaktor naczelna lca.pl w materiale „Realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS”, poinformowała czytelników o fakcie, że zaraz po wyborach Sejm pochyli się nad projektem ustawy o zmianie prawa górniczego i geologicznego. Pod projektem tym podpisała się między innymi legnicka posłanka.

 

Jak wynika z zapisów tego projektu, nowe prawo pozwalałoby na budowę kopalni bez konsultacji z mieszkańcami regionu i władzami samorządowymi.
Informacja wywołała falę niekorzystnych dla posłanki komentarzy. Lokalna społeczność już przed dziesięcioma laty protestowała przeciw takiej budowie i eksploatacji największych w Europie złóż węgla brunatnego zalegających w okolicach Legnicy.

 

Reakcja poseł Szymańskiej był natychmiastowa. W piśmie skierowanym do portalu zażądała „sprostowania tekstu” i usunięcia jej zdjęcia. Redakcja odmówiła, bowiem w tekście nie było informacji nieprawdziwych, a tylko takie mogą być prostowane.

 

W efekcie sprawa w trybie wyborczym trafiła do Sądu Okręgowego w Legnicy. Sędzia Joanna Tabor-Wytrykowska, w piątek 11 października, a więc na dwa dni przed wyborami, nakazała redakcji portalu usuniecie tytułu „Realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS” i zdjęcia posłanki PiS, także opublikowanie informacji: „realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS w zestawieniu ze zdjęciem poseł Ewy Szymańskiej był niefortunny, wprowadzał w błąd czytelnika i był zrozumiały w ten sposób, że chce ona i partia Prawo i Sprawiedliwość, aby w okolicach Legnicy powstała kopalnia węgla brunatnego”.

 

Problem w tym, że ani w tekście, ani w jego tytule, autorka nie zamieściła informacji o tym, że ktoś czegoś chce, lub nie chce. Sędzia Tabor -Wyrtykowska nie wskazała także ani jednego zdania, które nie byłoby prawdą. Co więcej uznała, że informacyjny tekst jest „agitacją polityczną” i miał na celu wpłynięcie na decyzje wyborcze czytelników portalu.

 

Z takim rozstrzygnięciem nie zgodzili się dziennikarze portalu. Uznając że uzasadnienie orzeczenia sądu jest w gruncie rzeczy ograniczeniem wolności słowa i sprowadza się do zakazu informowania o poczynaniach polityków będących w kampanii wyborczej – postanowili złożyć odwołanie do Sądu Apelacyjnego.

 

I tu zaczęły się schody.

 

Jako że proces obywał się trybie wyborczym, na złożenie apelacji przedstawiciele portalu mieli zaledwie 24 godziny od wydania orzeczenia sądu pierwszej instancji, które zapadło w przedwyborczy piątek po godzinie 16. Nazajutrz, w sobotę, na godzinę przed upłynięciem tego terminu, z gotową apelacją przedstawiciele portalu pojawili się przed siedzibą Sądu Okręgowego. Na miejscu okazało się, że złożenie apelacji było niemożliwe, ponieważ w budynku Sądu był tylko ochroniarz. Próby skontaktowania się z sędzią dyżurnym nie przyniosły skutku. Jedyna droga dotrzymania terminu to przesłanie dokumentów pocztą. Ekipa korzysta z tej drogi mając świadomość, że w tej sytuacji rozstrzygnięcie procesu wytoczonego w trybie wyborczymi nie ma szans zapaść przed zakończeniem głosowania.

 

Mało tego, w tydzień po wydaniu orzeczenia, sędzia Tabor-Wytrykowska wysyła do siedziby redakcji portalu pismo z informacją, że sama w wydanym przez siebie postanowieniu dopatrzyła się błędu. Okazało się, że pani sędzia nie wpisała do dostarczenia stronom sporu postanowienia, nazwiska protokolantki!

 

W końcu, w tydzień po wyborach sprawa trafia do wrocławskiego Sądu Apelacyjnego, który postanowienie Sądu legnickiego uchyla i sprawę umarza – bowiem czas rozstrzygnięć w trybie wyborczym zakończył się w chwilą zamknięcia lokali wyborczych.

 

Niestety Sąd Apelacyjny nie pochylił się nad merytorycznymi argumentami postanowienia pierwszej instancji i jego uzasadnienia, które zdaniem wielu obserwatorów tego procesu można uznać za kuriozalne. Legnicki Sąd nawet przez chwilę nie zastanawiał się czy informacja podana w spornym tekście zawierała nieprawdę. A tylko taka sytuacja może spowodować nakazanie sprostowania, opublikowania przeprosin czy inną formę zadośćuczynienia. Mało tego, Sąd w pisemnym uzasadnieniu uznał, że informacja prasowa jest formą agitacji politycznej, która miała na celu „wyrobić w wyborcach przekonanie o negatywnych cechach wnioskodawczyni (kandydatki do Sejmu). Sąd nie dopatrzył się przy tym innego celu artykułu, niż wpływ na preferencje wyborcze”.

 

Dla legnickiego Sądu nie miało znaczenia, że rolą mediów jest informowanie o działalności osób sprawujących funkcje publiczne lub aspirujących do ich objęcia. W tym przypadku wolność mediów i prawo obywateli do informacji o otaczającej ich rzeczywistości zupełnie umknęła legnickiej sędzi.

 

W całej tej historii jest coś, co może okazać nie niezwykle niebezpieczne. Otóż, jeśli przyjąć logikę legnickiego Sądu, to każdy polityk w kampanii wyborczej powinien cieszyć się szczególną ochroną, a pisanie o nim jest możliwe tylko w sposób, który pokrywa się z budowanym przez tegoż polityka wizerunkiem. Prawda o jego działaniach nie ma tu żadnego znaczenia!

 

Artur Guzicki

Ringier Axel Springer Polska kontra Witold Gadowski

CMWP SDP jest  medialnym obserwatorem  procesu wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska wytoczonego red. Witoldowi  Gadowskiemu. Jeśli nie dojdzie do ugody między stronami, CMWP SDP oświadcza, iż obejmie ten proces formalnie monitoringiem w ramach swoich kompetencji amicus curiae. CMWP SDP uznaje pozwanie red. Witolda Gadowskiego za publikowane przez niego publicystyczne oceny faktów, do których ma prawo jako dziennikarz, za skandaliczne  naruszenie zasady wolności słowa i oświadcza, iż  broni i nadal będzie bronić praw red. Witolda Gadowskiego do swobody wypowiedzi. 

 

23 października br., przed Sądem Okręgowym w Warszawie, odbyła się już kolejna rozprawa wytoczona przez koncern Axel Springer Polska redaktorowi Witoldowi  Gadowskiemu, znanemu popularnemu dziennikarzowi, wiceprezesowi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Został on pozwany przez kancelarię Kochański, Zięba, która reprezentowała koncern Ringier Axel Springer w momencie, gdy był on własnością kapitału niemieckiego, o to, że rzekomo obraził dobra osobiste tego koncernu mówiąc, iż w przeszłości  pracowali tam naziści. Zarzucono mu, że  Axel Springer Polska istnieje od 2002 roku, więc nie ma takiej możliwości, wobec czego “koncern poczuł się dotknięty”. Poza pełnomocnikami strony pozywającej oraz pozwanego wraz z pełnomocnikiem, w sądowej sali stawiła się liczna publiczność. Rozprawa była nagrywana przez zgromadzone media, sąd jednak nie zgodził się na bezpośrednią transmisję, uzasadniając to tym, że może zdarzyć się nieprzewidziany incydent o charakterze medycznym. Niedługo po rozpoczęciu okazało się, że po raz kolejny już nie dotarł na rozprawę świadek strony pozywającej, usprawiedliwiany przez pełnomocników trudnościami z dojazdem. Sąd zaapelował ponownie o ugodę. Przewodniczący składu sędziowskiego uzasadnił to tym, że strony mają zbliżone stanowiska w wielu kwestiach, szczególnie dotyczących prawdy historycznej i nie ma sensu powoływać dziesiątków świadków-historyków, którzy tę prawdę mieliby poświadczać. Pozwany Witold Gadowski dał krótkie oświadczenie, mówiąc między innymi, że nie będzie przepraszać za prawdę. Wzbudził tym entuzjazm publiczności. Sąd odroczył sprawę bezterminowo oraz oświadczył, że nie wie dlaczego sala jest bez nagłośnienia, bo on takie zapotrzebowanie złożył.

 

Przed salą, a potem przed budynkiem sądu, red. Witold Gadowski udzielał wywiadów mediom – telewizji TV Republika, Wsensie.pl i telewizji wRealu24.pl. Powiedział m.in., że proces wydaje się być farsą, że nie będzie przepraszał za prawdę, po raz kolejny wskazał  liczne dowody na powiązania koncernu Axel Springer z nazistami i powtórzył, że będzie – jeśli taka będzie potrzeba – przypominał coraz więcej historycznych faktów tego dotyczących. Zgromadzenie przerodziło się w wiec poparcia dla red. Gadowskiego i dla prawdy. Na zakończenie odśpiewano pod budynkiem sądu polski hymn.

 

tekst i zdjęcia : Agnieszka Kaczorowska