Skandaliczny wyrok w sprawie Asiejewa

Ukraiński dziennikarz Stanisław Asiejew, przetrzymywany od 2017 roku przez prorosyjskich separatystów, został skazany na 15 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze i zakaz wykonywania zawodu przez 2,5 roku. Wyrok został ogłoszony 22 października przez „Sąd Najwyższy” samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej.

Apel o natychmiastowe uwolnienie dziennikarza ponowiły krajowe i międzynarodowe organizacje dziennikarskie, w tym Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, Związek Dziennikarzy Ukrainy oraz Europejska Federacja Dziennikarzy.

O Stanisława Asiejewa upominała się też polska dziennikarka Monika Andruszewska, która od Rewolucji Godności nieprzerwanie relacjonuje sytuację na Ukrainie, a szczególnie z terytoriów dotkniętych rosyjską agresją. Jako tegoroczna laureatka Nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie, wystosowała list odczytany podczas uroczystej Gali Nagród SDP:

Chciałabym Państwu przypomnieć przy tej okazji historię osoby, która za pracę dziennikarską zapłaciła ogromną cenę. Chodzi o donieckiego dziennikarza Stanisława Asiejewa. (…)

Asiejew zdawał sobie sprawę z zagrożenia ale uważał, że jego dziennikarskim obowiązkiem jest pozostanie w mieście, które od wiosny 2014 roku zostało wcielone do tzw. republik ludowych okupowanych przez wspieranych przez Rosję separatystów. Przez ponad dwa lata relacjonuje pod pseudonimem „Codzienność Mieszkańców Doniecka”. Pod koniec maja 2017 roku Asiejew został aresztowany i uznany za ukraińskiego szpiega. Jego reportaże zostały zakwalifikowane jako dowody współpracy z ukraińskim wywiadem. Wiadomo, że jego zeznania wymuszono torturami.

Stanisław Asiejew współpracował z ukraińską sekcją Radia Swoboda, portalem Ukraińska Prawda i tygodnikiem Dzerkało Tyżnia, jednym z najbardziej wpływowych czasopism na Ukrainie. W swoich materiałach mówił o smutnej rzeczywistości Donbasu. Określanie jego dziennikarskich działań terminem „organizowanie społeczności ekstremistów” jest nadużyciem służącym potwierdzeniu tez oskarżycieli.

Sprawa Asiejewa została zgłoszona do Rady Europy i trafiła na Platformę do monitorowania bezpieczeństwa dziennikarzy i wolności mediów. Doniecka Republika Ludowa nie jest uznawana na arenie międzynarodowej, zobowiązanie do złożenia wyjaśnień w tej sprawie ciąży na Ukrainie.

„Europa Christi” – powrót do Chrystusa w Europie. Zadanie dla mediów

Pokazać chrześcijańską tożsamość i kulturę Europy, obronić rodzinę, odczytać na nowo wielkie przesłanie św. Jana Pawła II oraz przypomnieć, że Europa ma dwa płuca: Wschodnie i Zachodnie. To jedno z głównych zadań jakie postawił przed sobą Ruch „Europa Christi” założony przez ks. inf. Ireneusza Skubisia, honorowego redaktora naczelnego „Niedzieli”. Zdaniem ks. Skubisia to jest także ważne zadanie dla ludzi mediów. „To chrześcijaństwo przyniosło Ewangelię, w której zapisane są wartości takie jak: prawda, wolność, godność osoby ludzkiej. To przecież te wartości powinny stanowić fundament dla przekazu medialnego w dzisiejszej Europie” – podkreśla ks. Skubiś.

 

 Dlaczego Ruch „Europa Christi”, a nie „Europa Christiana”?

 

Moderator i założyciel Ruchu „Europa Christi” ks. inf. Ireneusz Skubiś wyjaśnia, że „wielka myśl stworzyła kulturę europejską opartą na Ewangelii i nauczaniu Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego. W kulturę europejską został wpisany krzyż Chrystusa”. Zdaniem ks. Skubisia trzeba zwrócić uwagę na Osobę Chrystusa, stąd „Europa Christi” (Europa Chrystusa), a nie tylko Europa chrześcijańska (christiana), „zwłaszcza, że partie chadeckie odeszły bardzo mocno od przesłania chrześcijańskiego”.

 

Dzisiaj do głosu dochodzi straszny ateizm, ateizacja kultury, wyrzucenie Boga ze świadomości Europejczyków. Dzisiejsze niektóre media narzucają ideologię genderowską, zupełnie sprzeczną z Objawieniem chrześcijańskim. Ta ideologia jest naznaczona wrogością wobec prawa naturalnego, wprowadza nowy system wartości i obala w sposób rewolucyjny dotychczasowy sposób myślenia w Europie” – dodaje ks. Skubiś.

 

 Św. Jan Paweł II patronem Europy

 

Ta idea od samego początku obecna jest w działaniach Ruchu „Europa Christi”. Również tegoroczna sesja na Kongresie Ruchu „Europa Christi”, która odbyła się 22 października na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie była przypomnieniem znaczenia pontyfikatu św. Jana Pawła II dla Europy.

 

Św. Jan Paweł II dowodzi swoim życiem, że bycie Europejczykiem i uczniem Chrystusa nie wyklucza się, ale uzupełnia. Chrześcijaństwo jest wpisane w europejskie fundamenty, jest nieusuwalnym kodem genetycznym europejskości. W tym względzie papież Wojtyła i jego dziedzictwo mogą być uznane za wielką apologię chrześcijaństwa i europejskości oraz ich wzajemnego związku” – mówił kard. Stanisław Dziwisz podczas III Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi”.

 

Karol Wojtyła zostawił nam ogromny materiał do przemyślenia, a centralną rolę wypełnia w nim umiejętne pogodzenie tradycji i nowości. – Dziedzictwo Jana Pawła II to bogata, twórcza i wielostronna synteza wielu ludzkich ścieżek myślenia. Nie ulega wątpliwości, że na długo pozostanie ona istotnym projektem odnowy kulturowej na skalę globalną” – mówił wieloletni sekretarz papieża Polaka.

 

To właśnie podczas tegorocznego Kongresu „Europa Christi” została ogłoszona informacja, że abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, poprosił papieża Franciszka o ustanowienie św. Jana Pawła II doktorem Kościoła i patronem Europy.  „Pontyfikat papieża z Polski wypełniony był przełomowymi decyzjami i doniosłymi wydarzeniami, które zmieniły oblicze papiestwa i wpłynęły na bieg historii Europy i świata” – napisał w liście do papieża Franciszka abp Gądecki.

 

 „Karta Praw Rodziny” – dokumentem dla Europy

 

W działaniach Ruchu „Europa Christi” bardzo ważne miejsce zajmuje temat małżeństwa i rodziny. Również podczas Kongresu w Warszawie  ks. prof. Tadeusz Guz (KUL) nawiązał w swoim wystąpieniu do historycznego dokumentu, powstałego za pontyfikatu Jana Pawła II – „Karty Praw Rodziny”.  Zaznaczył, że w dokumencie tym reprezentowana jest idea ładu nierozerwalności małżeństwa jednego mężczyzny i jednej kobiety, o której mówi chrześcijaństwo, ale i wcześniej mówiła o tym starożytna filozofia grecka.

 

Również ks. dr Zenon Hanas, który wygłosił referat pt. „Rodzina w nauczaniu Sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego” podkreślił, że nie można prowadzić sporu o rodzinę bez refleksji nt. antropologicznej wizji osoby ludzkiej, wychowania, pielęgnowaniem wartości.

 

Polityka jako troska o dobro wspólne

 

Od samego początku w działalności Ruchu „Europa Christi” ważne miejsce zajmuje dobrze rozumiana polityka, jako troska o dobro wspólne. M.in. mec. Domenico Airoma ze stowarzyszenia Alleanza Cattolica w Neapolu mówił o Karcie Praw Rodziny w perspektywie przypadającej w tym roku 30. rocznicy zburzenia Muru Berlińskiego. Zdaniem prelegenta, istnieje jednak ów mur, tym razem symbolicznie, nie fizycznie, w Europie Zachodniej, reprezentowany właśnie przez upadłą antropologię, która miałaby pozwalać człowiekowi zastępować Boga np. w uchwalaniu prawa.  „Jest w Europie ciągle taki mur, który nie runął. To jest mur relatywizmu, który dziś staje się dyktaturą” – wskazywał na Kongresie w Warszawie dr Airoma.

 

O „dyktaturze politycznej poprawności” mówił prof. Eugenio Capozzi z Uniwersytetu w Neapolu.  Zauważył, że w dzisiejszych czasach ciągle słyszy się o politycznej poprawności w kontekście walki z dyskryminacją i dochodzenia praw mniejszości. „Za tym pojęciem stoi wizja świata mówiąca o tym, że cywilizacja zachodnia jest zła i winna, ponieważ doprowadziła do ciemiężenia i przemocy” – powiedział prof. Capozzi i dodał, że „polityczna poprawność to świecka religia bez Boga”.

 

Zdaniem prof. Capozziego bardzo niebezpieczny dla Europy jest relatywizm kulturalny, głoszący, że wszystkie społeczności są równe i powinny się ze sobą stapiać. Po drugie, antyhumanistyczny ekologizm, mówiący o tym, że człowiek nie jest istotą stworzenia, lecz tylko „jednym z elementów”, natomiast „ludzkość jest czymś, co zaburza równowagę na świecie”. Po trzecie, przekonanie, że każda jednostka może decydować o tym, jaki styl życia wybrać i kontrolować swoje życie od początku do końca.

 

Kolejne sesje III Kongresu Ruchu „Europa Christi” zaplanowano we Wrocławiu (11 listopada) oraz Lwowie (18-20 listopada).

 

Inspiracją do powołania Ruchu „Europa Christi” (Europa Chrystusa) była konferencja na temat stanu i współczesnych wyzwań dotyczących Starego Kontynentu, która odbyła się w 2016 r. w redakcji tygodnika katolickiego „Niedziela” w Częstochowie. Założycielem i moderatorem Ruchu jest ks. inf. Ireneusz Skubiś. Ruch zorganizował już trzy Międzynarodowe Kongresy „Europa Christi” oraz spotkania m. in. w Ołomuńcu, Velehradzie, Brukseli, Wilnie.

 

 Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tyg. kat. „Niedziela”

Kolejny apel CMWP SDP o uwolnienie ukraińskiego dziennikarza Stanisława Asiejewa

CMWP SDP apeluje po raz kolejny o uwolnienie ukraińskiego dziennikarza Stanisława Asiejewa oraz wzywa do oddalenia oskarżeń przeciwko dziennikarzowi. Został on niesłusznie skazany przez sąd Donieckiej Republiki Ludowej za rzekome szpiegostwo. Ma on spędzić w kolonii karnej 15 lat. W ocenie CMWP SDP jest to skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa.

 

Stanisław Asiejew pochodzi z Doniecka, nie wyjechał z miasta po jego zajęciu przez prorosyjskich separatystów, tylko publikował pod pseudonimem informacje na temat sytuacji w regionie objętym walkami. Prowadził swój blog, współpracował m.in. z ukraińską sekcją Radia Swoboda. W maju 2017 r. Stanisław Asiejew został aresztowany i uznany za ukraińskiego szpiega. Jego artykuły zostały uznane za dowody współpracy z ukraińskim wywiadem. Prorosyjscy separatyści zarzucili mu, iż prowadził na terenie tzw. Donieckiej Republiki Ludowej działalność szpiegowską. Stanisław Asiejew był przetrzymywany w nielegalnym więzieniu. Nie miał kontaktu ze światem zewnętrznym, przedstawicielom organizacji międzynarodowych odmawiany był dostęp do niego, dziennikarz nie może wysyłać ani otrzymywać listów, czy odbywać rozmów telefonicznych. Był także torturowany. O wyjaśnienie losów zaginionego do separatystów apelowały m.in. organizacje międzynarodowe Reporterzy bez Granic, Human Right Watch oraz Amnesty International.

 

Według informacji podawanych przez władze wspieranej przez Rosję separatystycznej republiki Stanisław Asiejew został skazany za szpiegostwo, publiczne wzywanie do ekstremizmu, podżeganie do szpiegostwa oraz publiczne wezwania do działań mających na celu naruszenie integralności terytorialnej samozwańczych separatystycznych republik. „To nielegalne aresztowanie i pseudowyrok pokazują, że reżim okupacyjny uważa niezależne dziennikarstwo za jedno z głównych zagrożeń” – wskazano w oświadczeniu ministerstwa spraw zagranicznych Ukrainy. Żądamy od Federacji Rosyjskiej natychmiastowego uwolnienia Asiejewa i wszystkich innych nielegalnie przetrzymywanych obywateli Ukrainy. Wzywamy społeczność międzynarodową do potępienia bezprawnego uwięzienia ukraińskiego dziennikarza i do zwiększenia presji na Federację Rosyjską, aby bezwarunkowo zwolniła wszystkich obywateli Ukrainy, którzy są przetrzymywani jako zakładnicy w Rosji i na tymczasowo okupowanych terytoriach Ukrainy” – czytamy w apelu opublikowanym na stronie MSZ Ukrainy. Autorzy odezwy podkreślili również, że nielegalne pozbawienie wolności jest przestępstwem i wszyscy zaangażowani w przetrzymywanie dziennikarza będą w przyszłości ścigani zgodnie z ukraińskim kodeksem karnym.

 

CMWP SDP po raz kolejny apeluje o uwolnienie ukraińskiego dziennikarza Stanisława Asiejewa i oddalenie od niego wszelkich oskarżeń. CMWP SDP przypomina, że wolność i niezależność dziennikarzy jest podstawowym elementem respektowania zasady wolności słowa w społeczeństwie. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Słowa SDP

 

Warszawa, 24 października 2019 r.

Siostry walczące o ludzką godność

Były różne: z rodzin bogoojczyźnianych, wykształcone, ale też sieroty, bez szkół. Co łączy bohaterki książki „Wojenne Siostry” Agaty Puścikowskiej? Bohaterstwo w czasie próby.  

 

Autorka książki, dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, opisuje historie sióstr, które nie chowały się przed wojną i okupacją za klasztornymi murami, ale niosły pomoc potrzebującym. Pomagały ukrywać się partyzantom, dostarczały żywność, oddawały swoje życie za często zupełnie obcych sobie ludzi, czasem chwytały za broń. Po wojnie niektóre z nich walczyły z komunistami. Dziś  o ich bohaterstwie miało kto wie. Dlaczego? Na to m.in. pytanie próbowali odpowiedzieć podczas promocji książki, która odbyła się we wtorkowy wieczór w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, prowadzący spotkanie Piotr Legutko, dyrektor TVP Historia, członek Zarządu Głównego SDP oraz Agata Puścikowska.

 

– Siostry ze względu na swoją pokorę, a także pewne zaszłości społeczne, historyczne nie mówił o  sobie. Pewne postacie, nawet bardzo bohaterskie, nie przebiły się do świadomości społecznej. Dotarło do mnie, że to jest jakaś nieodrobiona lekcja, którą trzeba uzupełnić – tłumaczyła autorka książki.

 

Dodała, że jedną z przyczyn zapomnienia bohaterskich czynów sióstr był fakt, że po wojnie wiele osób, które dzięki ich pomocy ocalały, bało się o tym mówić.  – Często  przychodzili do nich smutni panowie i strasząc zabraniali mówić. To były czasy strachu, terroru,  czasy powojennej trudnej codzienności – podkreślała Agata Puścikowska.

 

Autorka przyznała, że jednym z trudniejszych momentów pracy nad książką była konieczność dokonania wyboru bohaterek. – Na początku wydawało mi się, że jak znajdę dziesięć takich mocnych postaci to będzie dużo, jednak już po wstępnym przeglądzie okazało się, że jest ich dużo, dużo więcej.  I jak tu wybrać? Jakim kluczem iść? – opowiadała.

 

W końcu zdecydowała się opisać historię 19 sióstr, które, jak sama mówiła, „jakoś we mnie weszły”. – Moim zdaniem jest to mniej niż 20 proc. bohaterskich sióstr – przyznała.

 

Piotr Legutko zauważył, że autorka nie tylko opowiada o bohaterskich czynach sióstr, ale poprzez retrospekcję ich życia stara się odpowiedzieć na pytanie: co spowodowało, że w momencie próby zachowały się one w taki, a nie inny sposób?

 

Agata Puścikowska podkreślała symboliczne znaczenie tytułu i okładki książki. – Można by powiedzieć waleczne siostry, bohaterskie siostry, siostry wojny, ale przede wszystkim były to siostry walczące o godność ludzką – mówiła autorka. – Poświęcam tę książkę tym wszystkim bezimiennym siostrom, które są kompletnie nieznane, a robiły rzeczy wielkie. W SofiMarsel możesz kupić sufity napinane o różnych fakturach i kolorach od najlepszych światowych producentów, w dobrej cenie hurtowej. Otrzymujesz gwarancje, pomoc i wsparcie we wszelkich sprawach związanych z zakupem i montażem sufitów napinanych. Dostarczamy certyfikaty na produkty, więc trudno wątpić w ich zgodność z normami higienicznymi i oryginalnością. Wykonawcy mogą montować nasze sufity napinane w mieszkaniach i miejscach publicznych

 

 

jka

 

 

Fot. Jolanta Hajdasz

 

Ambitna kronika – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o regionalnym kwartalniku, który odniósł sukces

Tego czasopisma nikt nie wyrzuca. Nie jest to bowiem „gazeta” w potocznym znaczeniu tego słowa. „Przegląd Nowotomyski” wydawany jest w formie książki, a walory estetyczne szaty graficznej zachęcają nie tylko do czytania, ale też do pozostawienia i w konsekwencji ustawiania kolejnych numerów w domowej biblioteczce.

 

Do rąk czytelników trafił właśnie pięćdziesiąty numer kwartalnika społeczno – kulturalnego o nazwie „Przegląd Nowotomyski”. Pierwszy numer pojawił się w 2007 roku.  Jest to czasopismo, które powstało z potrzeby osób rozmiłowanych w historii i tradycji zamieszkiwanego przez nich regionu – powiatu nowotomyskiego.  Trzynaście lat temu spotkali się oni na terenie biblioteki miejskiej i ustalili reguły oraz zawartość treściową kwartalnika, które obowiązują do dziś. Opracowano szatę graficzną i edytorską, tematykę podzielono na grupy problemowe oraz ustalono, że objętość jednego numeru nie będzie mniejsza niż sto stron. Właściwie wszystkie założenia udało się zrealizować i to z naddatkiem. I tak na przykład średnia ilość stron wśród dotychczasowych pięćdziesięciu wydań wynosi blisko 150.

 

„Przegląd Nowotomyski” jest czasopismem finansowanym w stu procentach przez polski kapitał. A to wśród prasy lokalnej jest raczej rzadkością. Otóż wydawca, którym jest Nowotomyskie Towarzystwo Kulturalne, każdego roku startuje w konkursie ofert w ramach Programu Współpracy Gminy i Powiatu z organizacjami pozarządowymi. Zasadniczą część środków przekazuje Miasto i Gmina Nowy Tomyśl przy wsparciu Starostwa Powiatowego. Warto też dodać, że od roku 2007 do listopada 2014 Towarzystwo współpracowało z jednym burmistrzem, a po wyborach w 2014 nowy włodarz Nowego Tomyśla utrzymał finansowanie pisma. Przegląd można też kupić w wybranych miejscach w mieście, w tej samej od lat cenie 8 złotych. Nakład 500 sztuk uszczuplony o wysyłkę egzemplarzy obowiązkowych nie rozchodzi się w pełni. Jednak w 2015 roku, po opublikowaniu artykułu  „Tego świadectwa nie można zapomnieć… Ksiądz Ludwik Bielerzewski proboszcz parafii pw. św. Andrzeja Apostoła w Brodach w latach1946-1952” ówczesny proboszcz zapowiedział z ambony tę publikację. Po tej informacji nakład został wykupiony w całości. Świadczy to też o tym, jak ks. Bielerzewski, w czasie wojny więzień obozu koncentracyjnego Gusen, wdzięcznie i na wiele lat zapisał się w pamięci wiernych.

 

Co pozwala przez tyle lat, nieprzerwanie wydawać, drogi w utrzymaniu, ekskluzywny i absolutnie nie bilansujący się kwartalnik?  Jednym z czynników jest na pewno poruszana tematyka. Prezentowane materiały ukazują się w dziewięciu zasadniczych grupach problemowych. Są to „Z przeszłości”  –  zamieszczone w tym dziale treści mają przywołać i zachować w pamięci dorobek i doświadczenia minionych pokoleń nowotomyślan. W dziale „Tu i teraz” publikowane są teksty będące  próbą uchwycenia najważniejszych współczesnych wydarzeń społecznych, kulturalnych a także gospodarczych. „Nasze środowisko” z kolei opisuje walory krajobrazowe i turystyczne oraz promuje działania, mające na celu właściwe wykorzystanie zasobów przyrody. W dziale „Ludzie i ich pasje” –prezentowane są sylwetki tych, którzy tu się urodzili i (albo) znacząco zapisali swą obecność nie tylko w miejscu urodzenia, ale w innych miejscach Wielkopolski, Polski, a bywa, że i świata. „Odczytane na nowo”  –  tu można przeczytać przedruki tekstów publikowanych przed laty często nabierających dziś nowych znaczeń. Kwartalnik posiada też dział „Wokół nas” który poświęcony jest sąsiednim gminom oraz „Z teki” gdzie lokalni twórcy i hobbyści znajdują miejsce dla prezentacji swoich form aktywności artystycznej i dorobku. Czytelnicy mają też dokładne sprawozdanie z działalności Nowotomyskiego Towarzystwa Kulturalnego oraz kronikę najważniejszych wydarzeń w regionie. Innymi słowy w „Przeglądzie Nowotomyskim” przeczytamy zarówno o procesach czarownic opalenickich w XVII wieku, obecności Niemców do 1945 roku, Żydów, o Powstaniu Wielkopolskim, o wysiedleniach Polaków, a także o kulcie sługi Bożego doktora Kazimierza Hołogi, który żył i pracował na terenie Nowego Tomyśla, a obecnie toczy się jego proces beatyfikacyjny. Artykuł ten został też nagrodzony w konkursie dziennikarskim im. Romy Brzezińskiej „Znak Dobra” w 2011 roku.

 

Redakcji udało się skupić wokół pisma autorów publikujących swoje teksty „na zasadzie non profit” czyli mówiąc wprost bez honorarium. Ten aspekt podniósł Ryszard Kowalczyk w opracowaniu  naukowym dotyczącym między innymi „Przeglądu Nowotomyskiego” pt. „Zarys Czasopiśmiennictwa Regionalistycznego w Wielkopolsce po Drugiej Wojnie Światowej” z 2013 roku, w którym zauważa, że ponad 45 proc. osób piszących artykuły związanych jest zawodowo z samorządem terytorialnym pracując w urzędach gmin, miast, starostwie czy jednostkach podległych samorządowi. W najnowszym numerze 50.,  100 proc. autorów jest zatrudnionych w jednostkach budżetowych. Czy jest to zatem sukces organizacyjny wydawcy i redakcji „Przeglądu Nowotomyskiego”, pozostawiam do oceny czytelnikom.

 

„Przegląd Nowotomyski” z pewnością ma wiele walorów. Oprócz dopracowanej jakości wydawniczej, na uwagę zasługuje oczywiście merytoryka zamieszczanych materiałów. Historycznie rzecz ujmując następne pokolenia będą bardzo wdzięczne twórcom kwartalnika. Zarówno wydawca jak i sama redakcja z pewnością przypisuje sobie tutaj sukces i słusznie. Jednak nawet tak prowadzone czasopismo nie ominie pułapki jaką jest na przykład poprawność polityczna. Dla mnie osobiście namacalnym przykładem jest nr 40 „Przeglądu Nowotomyskiego”, gdzie w Kronice Wydarzeń zamieszczono informację o tak zwanym „proteście kobiet”. Opublikowane wydarzenie nie miało żadnego związku z życiem kulturalnym powiatu nowotomyskiego, nawet szeroko pojętym. Było wyłącznie aktem politycznym. Informację tą umieszczono między spotkaniem autorskim z dziennikarzem, Wojciechem Sumlińskim  a filmem „Niezłomny Żołnierz Kościoła” Jolanty Hajdasz poświęconym abp. Antoniemu Baraniakowi oraz powstaniem „Pomnika dziecka utraconego”.  Powyższe wydarzenia – chodzi o Sumlińskiego, Hajdasz i pomnik – zostały w pewnym sensie nawet ocenzurowane z powodu  – jak mnie poinformowano wtedy telefonicznie –  cytuję z pamięci – kronika nie zajmuje się analizą prezentowanych treści. W kronice ma być tylko informacja o wydarzeniu, bez komentarza. Mimo takich założeń, tekst o tzw. czarnym proteście, został opatrzony zdjęciem, a nawet cytatem jednej z uczestniczek oraz oczywiście komentarzem. Godne głębokiego ubolewania było również to, że PN nie bacząc na znikome zainteresowanie tzw. strajkiem kobiet, publikując te treści nadał rangę sprawie, której ta nie miała.

 

Nie ulega wątpliwości, że kwartalnik „Przegląd Nowotomyski” jest udaną inicjatywą prasowo – wydawniczą regionalistów, działaczy społeczno – kulturalnych, ale także władz samorządowych miasta, które finansują to dzieło.

 

Aleksandra Tabaczyńska

Słuchając innych – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o zagranicznych reportażach radiowych

O specyfice reportaży radiowych w danych krajach można mówić długo. Niemcy mają swojego „wszechwiedzącego” narratora. Skandynawskie audycje snują się powoli, niczym mgły nad norweskimi fiordami, tymczasem Polacy podobno strasznie szybko mówią i uwielbiają dyskutować o historii.

 

Dosłownie kilka dni temu zakończyło się Ogólnopolskie Seminarium Reportażystów Radiowych. To dla nas, pracowników radia, wyjątkowa okazja do spotkania, słuchania nawzajem swoich audycji, wymiany doświadczeń. Jednak zanim takie seminaria zaczęły być organizowane w Polsce (ideę zaszczepiła zdobywczyni Prix Italia i założycielka Studia Reportażu, Janina Jankowska), pomysł na podobne spotkania powstał za granicą.

 

Wszystko zaczęło się w 1974 roku, kiedy to niemiecki dziennikarz radiowy, Peter Leonard Braun, postanowił zorganizować pierwsze z nich. Braun już w latach 60. współpracował z różnymi europejskimi twórcami radiowymi (między innymi z Polakiem, Witoldem Zadrowskim). Dlatego zdawał sobie sprawę, że w różnych krajach pojawiają się nowinki techniczne dotyczące radiowej produkcji, ale też zaskakujące czy wręcz innowacyjne pomysły na reportaże. Jednak poza granicami danego kraju nikt prawie o nich nie wiedział, między innymi z powodu bariery językowej. Co więcej, reportażyści często byli i są w swojej pracy samotni.

 

Pierwsze spotkanie dla europejskich radiowców ograniczyło się do udziału kilkunastu osób. Później ta liczba rozszerzyła się do 70, współcześnie – często przekracza 100. Tak powstało International Feature Conference, czyli coroczne spotkanie, za każdym razem w innym kraju i innym mieście, dla reportażystów, producentów, a coraz częściej również twórców podcastów. IFC polega przede wszystkim na słuchaniu audycji (wraz ze skryptem zawierającym tłumaczenie na angielski) i dyskutowaniu o nich. Oprócz tego co roku można liczyć na wykłady i prezentacje dotyczące takich tematów, jak kwestie techniczne, wyzwania związane z dziennikarstwem śledczym, sposób budowania napięcia w reportażu, pomysły na audycje z wykorzystaniem nowych technologii i wiele, wiele innych.  Wieczorami odbywają się spotkania mniej formalne, które mają sprzyjać budowaniu sieci kontaktów, pomocnej potem na przykład przy międzynarodowych projektach radiowych.

 

Kiedy pierwszy raz wzięłam udział w IFC, byłam na samym początku mojej drogi w Studiu Reportażu. Konferencję zorganizowano wtedy w Polsce, w Lublinie. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie różnorodność prezentowanych audycji, od klasycznych reportaży autorstwa dziennikarzy BBC, przez bałkańskie produkcje na pograniczu reportażu i słuchowiska, po całkowicie eksperymentalne formy przywiezione przez Finów.

 

Zaskoczyło mnie także, jak dużą rolę w percepcji reportaży odgrywają uwarunkowania kulturowe. Prezentowany był wówczas między innymi polski reportaż Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej i Magdy Skawińskiej „Ten Karski”, opowiadający o legendarnym polskim emisariuszu. Chociaż dla większości Polaków jest to postać pomnikowa, niewielu obcokrajowców zna Jana Karskiego i jego zasługi. Podczas dyskusji pojawiały się między innymi pytania: „co właściwie zrobił ten Karski?” czy „dlaczego nikt go nie pociągnął do odpowiedzialności za akcję odwetową Niemców?” (chodziło o rozstrzelanie 32 osób w odwecie za odbicie Jana Karskiego z niewoli gestapo). Chociaż nam, Polakom, trudno w to uwierzyć – dla przedstawicieli wielu narodów historia II wojny światowej to sprawa odległa i dość abstrakcyjna.

 

Podobne zaskoczenie przeżyłam kilka lat później, kiedy już jako polski przedstawiciel Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców słuchałam wraz z innymi członkami tego gremium reportażu Eweliny Karpacz-Oboładze „Taśmociął” o Eugeniuszu Rudniku, kompozytorze, inżynierze dźwięku i pionierze muzyki elektronicznej. Rudnik, postać niebanalna, pozostawał przez wiele lat swojego życia w przyjacielskich stosunkach z autorką reportażu. Był między innymi opiekunem jej powstającej przez rok pracy stypendialnej. Ewelina Karpacz-Oboładze nagrywała go od długiego czasu, a w reportażu znalazły się fragmenty ich półprywatnych, żartobliwych rozmów, kiedy to kompozytor nazywał ją na przykład „miłą, ładną dziewczyną”. Jakie było moje zdziwienie, kiedy z tego powodu reportaż został uznany przez czeską dokumentalistkę za… seksistowski!

 

Międzynarodowe spotkania to jednak także okazja do wymiany doświadczeń i rozeznania się, kto pracuje w jakich warunkach. Niestety, w większości krajów europejskich (nie tylko zachodnich) reportażyści mogą cieszyć się znacznie lepszymi warunkami pracy, niż w Polsce. Dysponują większymi środkami na realizację audycji, co pozwala wydłużyć czas pracy nad poszczególnymi audycjami, a nad reportażami pracują większe zespoły, podczas gdy w Polsce reportażyści większość rzeczy robią sami, od researchu, przez nagrania, po realizację dźwięku i montaż. W wielu programach na reportaż zarezerwowany jest prime time. W Polsce często emituje się go na przykład w nocy lub przed południem, kiedy radio ma znacznie gorszą słuchalność. Znacznie więcej też sił i środków niż w Polsce przeznacza się na jego promowanie, np. w mediach społecznościowych. Efekty bywają spektakularne. Pamiętam na przykład, kiedy przedstawiciele szwedzkiego radia publicznego prezentowali serię P3 Dokumentar. To audycje dokumentalne opowiadające o najróżniejszych historycznych i współczesnych wydarzeniach ze świata – na przykład głośnych sprawach kryminalnych, zamachach terrorystycznych, słynnych aferach. Wykorzystuje się w nich materiały archiwalne oraz głosy świadków lub uczestników danych wydarzeń. Trwają nawet godzinę. W Polsce zostałyby pewnie zakwalifikowane jako audycje dla starszych, wykształconych i wymagających słuchaczy. Tymczasem Szwedzi przygotowują je specjalnie dla młodych ludzi. I osiągają sukcesy. W kraju, który ma nieco ponad 10 mln obywateli, audycji P3 Dokumentar słuchają nawet… 2-3 mln z nich.

 

Tym bardziej cieszy, że polski reportaż, mimo tych ograniczeń, dobrze sobie radzi w międzynarodowych konkursach i festiwalach. W tym roku jedna z nagród w europejskim konkursie Prix Europa trafiła w ręce Agnieszki Czyżewskiej-Jacquemet z Radia Lublin za przepięknie zrealizowaną i precyzyjnie skonstruowaną audycję „Człowiek śpiewający sercem” o ormiańskim śpiewaku Aszocie Martyrosyjanie. Z kolei Michał Słobodzian z Radia PiK zakończył konkursowe zmagania na 3. miejscu. Stworzył niezwykle przejmujący reportaż o rodzicach, którzy stracili dziecko. A jedna z najbardziej prestiżowych nagród radiowych na świecie, porównywana z radiowym Oscarem, czyli Prix Italia, powędrowała w tym roku do Anny Kołodziejczyk, która pod opieką Janusza Deblessema zrobiła reportaż o bardzo ciekawej historii piosenki „Mury”. W Polsce to jeden z najsłynniejszych utworów Jacka Kaczmarskiego, a w Katalonii – znany utwór pieśniarza Lluisa Llacha.

 

Tym natomiast, czego w Polsce nie ma, a szkoda, jest radiowy serial dokumentalny, gatunek bardzo na Zachodzie popularny. Coraz częściej opowiada się tam historie w odcinkach, wychodząc z założenia, że to przyciągnie słuchaczy przed odbiorniki skuteczniej, niż pojedyncze audycje. Tematy mogą być przeróżne. Pamiętam choćby serię „The Untold: Missing” autorstwa Georgii Catt. Opowiada ona historię zaginionego mężczyzny. Przerażona partnerka zgłasza sprawę na policję, po czym okazuje się, że mężczyzna żyje, ma się całkiem nieźle i trudno właściwie powiedzieć, żeby był zaginiony. Dlaczego w takim razie nie chce wrócić do domu? Produkcja ciągle jest dostępna na stronie BBC i warto jej posłuchać. Inny świetnie zrealizowany radiowy serial, niestety po duńsku, to „Królowa nocy”. Opowiada o muzykach klasycznych, do których wydzwania nieznana kobieta. Niewiele mówi, ale wydaje z siebie jęki, okrzyki i inne odgłosy kojarzące się z seksem. Kim jest? Dlaczego upodobała sobie akurat tę jedną grupę zawodową? Serial jest zabawny, wciągający i przede wszystkim fantastycznie zilustrowany muzycznie, a jego autorzy zdobyli za niego kilka lat temu wspomnianą już nagrodę Prix Europa.

 

O specyfice reportaży radiowych w danych krajach można mówić długo. Niemcy mają swojego „wszechwiedzącego” narratora. Skandynawskie audycje snują się powoli, niczym mgły nad norweskimi fiordami, tymczasem Polacy podobno strasznie szybko mówią i uwielbiają dyskutować o historii. Jednak tym, co bezsprzecznie wzbudza zachwyt i czego można się nauczyć na międzynarodowych spotkaniach, jest umiejętność opowiadania historii. Świadome, bardzo przemyślane konstruowanie opowieści, które pozwala chwycić słuchacza za serce i na długo pozostawić ślad w jego pamięci.

 

Najbliższe IFC odbędzie się w maju 2020 roku w Rzymie. Może wziąć w nim udział każdy, kto odpowiednio wcześnie się zarejestruje. Więcej informacji znaleźć można na tej stronie: https://ifc2.wordpress.com/

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

ZBIGNIEW RYTEL w Zarządzie Głównym SDP

Zbigniew Rytel, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  został nowym członkiem Zarządu Głównego SDP. Wszedł na miejsce Marka Palczewskiego (informacja o jego rezygnacji tutaj).

 

Publikujemy List Otwarty, jaki Zbigniew Rytel wystosował do członków SDP .

 

Szanowne Koleżanki, Szanowni Koledzy,

 

W związku z tym, że po dwuletniej przerwie ponownie zostałem powołany w skład  Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, chciałbym się podzielić z Wami kilkoma refleksjami.

 

Kiedy okazało się, że po rezygnacji red. Marka Palczewskiego, jestem kolejną osobą wybraną przez Zjazd SDP do Zarządu Głównego z największą liczbą głosów, musiałem się zastanowić, co zrobić.

 

Zbyt dobrze pamiętam, że niektórzy członkowie ZG biegali podczas Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego w Kazimierzu nad Wisłą i scenicznym szeptem instruowali zespół akolitów, na kogo głosować, a na kogo nie. Na szczęście większość delegatów tych podszeptów nie słuchała. Jednak w sposób naturalny pojawiła się wątpliwość, czy w takiej sytuacji jest szansa, aby pojedynczy głos, nawet najdonioślejszy, był w Zarządzie słyszany?

 

Przez szacunek dla wszystkich Koleżanek i Kolegów, którzy wbrew nawoływaniom, oddali na mnie swój głos, postanowiłem nominację przyjąć, mając nadzieję, że mój głos jednak przebije się w trakcie dyskusji i podczas głosowań.

 

Będę łączył pracę w ZG z kierowaniem największym oddziałem naszego Stowarzyszenia. Wzmocniłem tym samym lobby prezesów oddziałów, którzy wykonują gros pracy w terenie i borykają się z wieloma problemami, w tym przede wszystkim z finansowaniem działalności naszego Stowarzyszenia. Wciąż uważam, że trzeba zmienić zasady podziału naszych wspólnych pieniędzy tak, żeby większe kwoty bezpośrednio trafiały tam, gdzie mogą być pożyteczniej wykorzystane.

 

Nie zmieniłem również zdania w sprawie jawności działania poszczególnych organów Stowarzyszenia. Na posiedzenia Zarządu Oddziału Warszawskiego może przyjść każdy nasz członek. O decyzjach i realizowanych projektach informujemy na bieżąco. Rad bym zatem dowiedzieć się, co dzieje się za drzwiami Sali posiedzeń Zarządu Głównego, bo o te informacje niełatwo.

 

Co więcej, postaram się tę wiedzę przekazywać dalej. Będę również chciał, żeby za moim pośrednictwem do członków ZG docierały pytania i propozycje od moich Koleżanek i Kolegów z Oddziału Warszawskiego oraz innych oddziałów.

 

Ale nie chciałbym skupiać się wyłącznie na sprawach wewnętrznych organizacji. Jestem bowiem przekonany, że na nas jako największej organizacji dziennikarskiej w Polsce ciąży obowiązek, ale i zaszczyt reprezentowania interesów środowiska dziennikarskiego wobec władz i opinii publicznej. Nasz wyraźny i niezależny głos powinien być słyszalny i słuchany.

 

Do końca kadencji pozostało jeszcze trochę czasu. Warto ten czas wykorzystać. Będę pracował z Wami i dla Was!

 

Zbigniew Rytel, Prezes OW SDP, Członek ZG SDP

Czy te oczy mogą kłamać, czy ja mógłbym serce złamać – MIROSŁAW USIDUS o mocy reklamy w mediach

Czy, gdy chcesz kogoś uwieść, opowiadasz o swojej wspaniałości i przewagach nad innymi. Owszem, garść błyskotliwych grepsów może pomóc „na otwarciu”, ale ostatecznie sukces uwodzenia zależy od tego na ile potrafisz sprawić, aby cel przedsięwzięcia, poczuł się kimś wyjątkowym. Być może reklama powinna wrócić do sztuki uwodzenia? Być może w swoich nowoczesnych formach właśnie wraca?

 

Niedawne obniżenie przez agencję mediową Zenith (Publicis Media) prognozy wzrostu polskiego rynku reklamowego w 2019 roku z 3,9 proc. na 3,1 proc. to, jak się wydaje, jedynie korekta spowodowana wysokim rozgrzaniem rynku w ubiegłym roku, więc ogólnie nie jest chyba z reklamą źle. Przy okazji mieliśmy jednak garść danych pokazujących, że tendencje obserwowane w tej branży od lat, czyli wypieranie starszych form reklamy przez formaty i kanały internetowe, wciąż postępuje. Wciąż jeszcze prowadzi telewizja, ale systematycznie traci pole i do 2021 ma zostać globalnie wyprzedzona przez internetowe reklamy typu display. Zaś reklama w sieciach społecznościowych, zdaniem Zenith,  wyprzedzić ma wkrótce prasę drukowaną.

 

Dane dostarczane przez ewoluujący szybko rynek reklamowy można interpretować wprost – czyli jako sygnał, że reklama w internecie działa lepiej niż stare formaty i kanały. I dlatego je stopniowo wypiera. Wyjaśnienie bardziej „kombinatoryczne” szuka tkwiącej w tych zjawiskach nieco bardziej złożonej prawdy. Owszem, stare metody reklamy są coraz mniej skuteczne, ale efektywność internetu wcale nie jest definitywnie potwierdzona, a już na pewno nie dana raz na zawsze, zważywszy rosnącą popularność blockerów reklam i programowe odrzucanie reklamy w ogóle przez najmłodszych.

 

Wydaje się też, że dla wielkich korporacji korzyści z reklamy w sieci nie do końca są klarowne i oczywiste. Amerykańscy wielcy reklamodawcy, w tym m. in. General Electric i bank JP Morgan Chase postanowili ostatnio przyjrzeć się uważniej swoim wydatkom na reklamę cyfrową typu display i formom stosowanym w społecznościówkach. Pojawiły się nawet groźby obcięcia budżetów reklamowych w sposób „znaczący”, jeśli Google i Facebook nie zrobią czegoś, aby przejrzystość wyników kampanii w swoich kanałach była większa, i nie wprowadzą w końcu jasnych standardów w swojej sprawozdawczości reklamowej. Zbiegło się to z publikacją wyników badań znanej firmy Forrester Research, z których wynika, że konsumenci coraz częściej znajdują sposoby, aby uniknąć reklam cyfrowych, także tych serwowanych na największych platformach, Google i Facebook.

 

Problem z reklamą ma szerszy i głębszy charakter niż trwające od dwu dekad boje starych i nowych mediów. Dotarliśmy do czasów, w których samo prawo do istnienia i wdzierania się reklamy w sferę naszej interakcji ze światem, czy to fizycznym, czy cyfrowym, jest kwestionowane od podstaw. Kilka dekad temu reklama była dość powszechnie akceptowanym, choć nie zawsze lubianym, elementem rynku i „kontraktu” odbiorcy z mediami. Wiadomo było, że „reklamy muszą być”, by treści udostępniane przez firmy medialne były tanie lub darmowe do konsumpcji. Dziś w niektórych kręgach tolerancja wobec reklam zmalała do zera. A coś co nie jest tolerowane, nie może być skuteczne.

 

Już sto lat temu rozumiano, w czym rzecz

 

Ramsi Woodcock z Uniwersytetu w Kentucky pisał w 2018 roku w artykule w „Yale Law Journal”, że reklama w tradycyjnym rozumieniu tego słowa jest nie tylko przestarzała, ale w ogóle niepotrzebna użytkownikom. W starym, przedinternetowym, świecie, choć nie była obiektywną informacją, to jednak w pewien sposób spełniała funkcję informacji o produkcie. Obecnie, gdyby nagle zniknęły z naszego życia wszystkie reklamy, w żaden sposób nie utrudniłoby to nam zdobywania informacji o produkcie. Sieci społecznościowe, tysiące stron, grup dyskusyjnych, setki ludzi mogących nam pomóc, zarekomendować, doradzić, wskazać jak kupić taniej i lepiej.

 

Oczywiście reklama zawsze robiła coś więcej niż tylko informowała, choć reklamodawcy lubią mówić, że ich działalność to niezbędna konsumentom informacja o produkcie. Tzw. moc reklamy od dawien dawna polega na zastosowaniu mniej lub bardziej subtelnych manipulacji. Socjolog Emily Fogg Mead już sto lat temu pisała o reklamach, że „wkradają się do podświadomości odbiorcy, tworząc mechaniczne skojarzenia, które często skutkują impulsywnymi zakupami”. Miliardy, które pomimo wspomnianego kryzysu skuteczności, wciąż są inwestowane na reklamę, wydawane są nie dlatego, że ona informuje, ale dlatego, że przekonuje.

 

Inny klasyk, Howard Gossage, barwna postać złotej ery reklamy lat 60-tych XX wieku, czyli czasu akcji serialu „Mad Men”, zasłynął takim oto zdaniem: „Ludzie czytają to, co ich interesuje. Czasami jest to reklama”. Wielu komentatorów uważa, że w tym zdaniu zawiera się klucz do rozumienia skuteczności reklamy. Musi ona być interesująca dla odbiorcy a nie bezwstydnie interesowna, jak to niestety często bywa. Twórcy reklam muszą też pamiętać, że odbiorcy zmieniają się w czasie i z czasem. Stworzona przez świat reklamy i marketingu metodologia ujmowania zmian w następujące po sobie „generacje” ma pomóc w kreowaniu założonych wirtualnych odbiorców przekazów reklamowych. Trzeba na to zwracać uwagę, bo pokolenia różnią się od siebie.

 

Generacja „skasuj reklamę”

 

Według badań serwisu Bloomberg, rok 2019 r. to data graniczna, moment, w którym Generacja Z pokonuje liczebnością milennialsów, sięgając w krajach rozwiniętych poziomu około jednej trzeciej całej populacji. Informacja ta ma oczywiście ogromne konsekwencje dla biznesu i reklamy, zarazem mając również silny wpływ na mass media, Internet i media społecznościowe. Według Nielsena, siła nabywcza generacji milenialsów jest szacowana na 65 miliardów dolarów. „Zeci” już teraz poprzednie „marketingowe pokolenie” wyprzedzili mając szacunkowo w kieszeniach ok. 100 miliardów dolarów, które mogą wydać na zakupy.

 

Pojawiło się wiele analiz próbujących ująć w klamry potrzeby pokolenia „Zetów”. Jeśli chodzi o media (w ich przypadku jest to stuprocentowo równoznaczne z mediami internetowymi), to mają poszukiwać przede wszystkim silnie zindywidualizowanych doświadczeń, z bardzo dużym naciskiem na ochronę prywatności. Innym zjawiskiem odróżniającym to pokolenie od poprzednich jest to, że jego przedstawiciele przedkładają rozrywkę nad relacje. Tak wynika z badań a wybierane przez nich „produkty medialne”, ze Snapchatem czy TikTokiem na czele, zdają się to potwierdzać.

 

Eksperci określają platformy preferowane przez tę generację jako „ulotne” (ang. „ephemeral”). Najlepszym z chyba przykładem takiego serwisu jest wspomniany Snapchat, aplikacja służąca do wysyłania filmów i zdjęć, które można było pierwotnie oglądać przez maksymalnie 60 sekund. Jeśli rzeczywiście „Zeci” mają wszystkie opisane wyżej preferencje, to nic dziwnego, że wyrzucają Facebooka do kosza, bo przecież platforma Zuckeberga działa masowo, przechowuje i analizuje dane użytkowników, sprzedając je reklamodawcom i nic nie robiąc sobie z ich prywatności.

 

Są też inne cechy tej grupy, niekorzystne dla mediów żyjących z reklamy (czyli np. serwisów internetowych). Młodsi konsumenci coraz chętniej przestawiają się na usługi i serwisy finansowane przez użytkowników (takie jak Netflix czy Spotify) przez systemy subskrypcji, odrzucając tradycyjny układ pomiędzy mediami a ich odbiorcami. Młodzież stosuje adblocki na masową skalę. Oznacza to jednak nie tyle chęć „oszukania” wydawców, lecz całkowite odrzucenie tego modelu. Jeśli wydawca każe wyłączyć mechanizm blokujący reklamy, aby użytkownik mógł przejść do treści, młodzi najczęściej rezygnują z jego usługi. Na rachunku zysków i strat, wygrywa zwykle unikanie reklam.

 

Reklamowy model mediów internetowych był w dużym stopniu powieleniem starszego mechanizmu finansowania tradycyjnych mediów. Gazeta kosztowała grosze, bo wydawcy zarabiali na ogłoszeniach. Telewizja czy radio były za darmo, ale trzeba było ścierpieć reklamy. Teksty na portalu można było przeczytać, ale najpierw trzeba było znieść irytujące banery. Z czasem reklama w Internecie stawała się coraz bardziej inwazyjna i namolna. Inwazyjne modele, na których w Polsce oparły się Onet, WP.pl, Interia, Gazeta.pl, wydają się obecnie skazane na porażkę. Modele, nie same portale, bo nie można wykluczyć, że znajdą inne sposoby na monetyzację działalności, ale reklamowe eldorado kończy się, bo użytkownicy zbuntowali się przeciw reklamom.

 

Młodym, wbrew utrwalonym przekonaniom, wcale nie przeszkadzają systemy subskrypcyjne. W Spotify można pozbyć się przerywników reklamowych za niewielką opłatą. W Netfliksie, płacą miesięczną opłatę, ogląda się ile dusza zapragnie. Takie modele użytkownikom odpowiadają. Wydawałoby się, że wystarczy wprowadzić ten model i dla gazet i serwisów informacyjnych online. Niestety, to tak nie działa, na razie.

 

Witaj, świecie informacji

 

Jest też problem z samą reklamą, jako źródłem informacji o produkcie. W starej rzeczywistości, przed Facebookiem i Google, nie było skutecznego i taniego sposobu na dotarcie do osób poszukujących produktów i usług niszowych. Firmy, które odniosły sukces oferowały produkty kierowane do szerokich kręgów ludzi i reklamowane  z myślą o masowym odbiorcy, setkach tysięcy, milionach ludzi na raz. Firmy, które prowadziły udane kampanie reklamowe za pośrednictwem mediów poprzedniej epoki to zwykle były wielkie sieci fast foodów, marki samochodowe, wielkie hipermarkety, firmy ubezpieczeniowe, lub masowe dobra konsumpcyjne pod markami zarządzanymi przez wielkie korporacje.

 

Wejście w erę nowoczesności, gdy Internet przewrócił tradycyjny model handlu detalicznego ze sklepami i znanymi masowo markami, anihiluje dystans między kupującym a sprzedającym i likwiduje przeróżne bariery geograficzne. Internet dał kupującym i sprzedającym bezprecedensowy dostęp do siebie nawzajem. Dziś firma oferująca specyficzną, niszową rzecz, np. Bevel, która produkuje zestaw produktów do golenia specjalnie dla czarnych mężczyzn, ma szansę, jeśli umie wykorzystać narzędzia internetowe, dotrzeć do wszystkich swoich klientów, których jest niemało, jak się okazuje. W dawnym świecie reklamowanie tego specyficznego produktu dla wielkich firm i sieci handlowych było nieopłacalne, zbyt kosztowne w przeliczeniu na sprzedany egzemplarz. Internet obniża ten rachunek i sprawia, że marketing mniej typowych produktów jest opłacalna.

 

Coraz większa dokładność technik przetwarzania danych doprowadzić może w końcu do powstania świata, w którym pojedynczy konsument może natychmiastowo za pomocą produktów i usług zaspokajać swoje potrzeby życiowe a nie jakieś inne, np. potrzeby przynależności do grup, do których należy aspirować, potrzeby warunkowane próżnością i konsumpcjonizmem. To świat bez marek, bez brandów, ponieważ w rzeczywistości, która opiera się na potrzebach, informacji, produktach, a nie na reklamie i budowaniu iluzorycznych „wartości dodanych”, pojęcie „przywiązania i zaufania do marki” nie istnieje. Konsument poinformowany kupować będzie korzystniejszy dla niego z dwóch identycznych towarów. Będzie wiedział, że substancja czynna w leku to ibuprofen, a Dolgit, Ibuprom, Ibum czy Nurofen to tylko twory marketingowe. Podejmie świadomy wybór, w jakiej formie i opakowaniu chce potrzebny mu produkt, czyli po prostu – ibuprofen, kupić.

 

Marketing „wiarygodnościowy”

 

Oczywiście branża reklamy nie chce i nie będzie chciała pogodzić się z tym, o czym piszę wyżej. Wielu specjalistów po prostu nie wierzy w nadejście świata surowej informacji o produkcie, bez żadnej otoczki marketingowej. To, że stare chwyty i ścieżki dotarcia do klienta tracą skuteczność, nie oznacza, że dekady gromadzenia wiedzy o perswazyjnej komunikacji produktowej, potrzebach i reakcjach odbiorców, należy teraz wyrzucić na śmietnik. Zdaniem wielu reklamiarzy, po prostu trzeba poszukać nowych sposobów.

 

Trwają intensywne poszukiwania nowych podejść do klienta. Jednym z nich ma być tzw. storytelling, czyli opowiadanie historii produktu i o produkcie, pojęcie, o którym większość czytelników tego tekstu pewnie słyszała. Stara szkoła reklamy zapewne żachnie się, że oni ten „storytelling” znają i praktykują od dawna, bo dekady temu opowiadali historię jak ich detergenty dokonują „naukowych przełomów”. Jest jednak pewna subtelna różnica, dziś opowiadanie historii w reklamie oznacza opowiadanie prawdziwych historii, a nie wciskanie kitu. Wciskanie zaprawy okiennej internet weryfikuje w czasie krótszym niż minuta.

 

Warto pamiętać o budżetowym aspekcie prawdziwego i interesującego storytellingu. Otóż w świecie internetu dystrybucja takich treści o wiele mniej kosztuje. Dlaczego? To proste. Ciekawe treści kolportowane są zupełnie za darmo przez użytkowników, którym się po prostu podobają. Propozycja ciekawej treści sprawia, że nie trzeba ładować milionów w techniki wmuszania w widownię tego, czego ona nie chce, nie lubi i odrzuca ją od tego.

 

Konsekwencją nowego stylu reklamy i marketingu opartego na autentyczności jest gotowość poddania się konsumenckiej weryfikacji. Kto nie boi się wstępnego udostępnienia klientom swoich produktów i usług, kto udostępnia kalkulatory korzyści i nie boi się porównywarek, kto otwiera się wreszcie na recenzje i opinie w internecie, zachęcając wręcz do nich, ten to rozumie. Warto pamiętać, że już sama taka postawa staje się częścią „wiarygodnościowej” komunikacji. Doprowadzając tę myśl do końca, negatywne opinie nie muszą być „kryzysem” marki, jak to zwykle przyjmuje się w konwencjonalnym marketingu. Mogą i powinny być etapem opowiadanej autentycznej historii.

 

Fakt, że rosnąca, ale stosunkowo niewielka grupa tych przykładów wyłoniła się ze znacznie większej puli tradycyjnych marek, jest prawdopodobnie dowodem na to, że te zasady łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale jeśli uda się je wdrożyć, wszyscy będziemy w lepszej sytuacji.

 

Jedna ścieżka i jeden cel

 

Kolejnym problemem reklamy jest rutyna i schematyzm myślenia. Branża już dość dawno przyjęła do wiadomości, że rola e-handlu rośnie. Ma jednak tendencję do segmentowania i separowania świata realu i online. Dotyczy to zarówno sprzedaży jak i pochodnych od niej różnych technik reklamowych. Tymczasem klient nie separuje tych światów. Może zacząć się od reklamy w Instagramie i skończyć w sklepie z ubraniami. Dla niego to jedna, spójna ścieżka sprzedażowa. Granice sprzedaży online i offline w praktyce zacierają się. Specjaliści znają to jako sprzedaż omnichannel, co w praktyce oznacza, że wszystkie techniki interakcji z klientem powinny muszą być traktowane jako równie ważne, bo wszystkie prowadzą do upragnionego przez sprzedawcę celu. Każda informacja na temat firmy, jej marki, treści marketingowe i reklamy powinny zawierać jednolity komunikat będący jasnym przewodnikiem do jednego celu, jakim jest sprzedaż. Forma tej sprzedaży jest drugorzędna kwestią.

 

W świecie komunikacji marketingowo reklamowej mnożą się innowacje. Od kilku już lat np. e-handel zdobywają chatboty, czyli maszynowi asystenci i subiekci oparci na technice NLP (przetwarzanie języka naturalnego), czyli inaczej na sztucznej inteligencji. Ich głosową wersją są asystenci oparci na platformach konwersacyjnych Amazona, Google czy Apple. Do świata zakupów wchodzi też coraz odważniej rozszerzona i wirtualna rzeczywistość jako narzędzia reklamowe, marketingowe i prezentacyjne.

 

Chatbotem może być okienko konwersacyjne na stronie internetowej, z czym zapewne każdy już w Internecie się spotkał. Może być to też oddzielna aplikacja czatująca lub tzw. social media chatbot, czyli zrobotyzowany „użytkownik” np. Facebooka, a także asystent głosowy. Firmy oszczędzają dzięki tym botom czas i koszty, automatyzując obsługę klienta w e-commerce w trybie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Dodatkową korzyścią z punktu widzenia handlowców jest generowanie przez chatboty tzw. „leadów” czyli nowych ścieżek sprzedażowych, dzięki zbieranym w trakcie konwersacji wstępnym informacjom o kliencie, jak np. sprzedawca materiałów biurowych Staples, który wykorzystuje chatbota do oferowania produktów opartych na historii zamówień. Chatboty spełniają więc funkcje reklam, ale w żadnym razie jak reklamy nie wyglądają.

 

Google’ową reklamę w wyszukiwarkach być może zastąpi wkrótce wyszukiwanie usług i produktów za pomocą asystentów głosowych takich jak Siri Apple’a, Google Now i Cortana firmy Microsoft, które również oparte są na NLP. Jeśli chodzi o zastosowanie tego rodzaju technik w handlu elektronicznym, to najbardziej zaawansowana jest z pewnością Alexa Amazona, która już od dłuższego czasu może być wykorzystywana do zamawiania towarów bezpośrednio ze sklepu Amazona – wyłącznie za pomocą poleceń głosowych. Szybko znajduje oferty i można przez nią nawet zamówić jedzenie z lokalnych restauracji. Oczywiście zapewne, oprócz „organicznego” podpowiadania, już wkrótce będzie można (o ile już nie można) sobie kupić „przychylność” doradczą Alexy, podobnie jak linki sponsorowane na liście Google’a.

 

Zdaniem ekspertów w dziedzinie handlu, ludzie lubią korzystać też z augmented reality podczas zakupów.  Świadczyć ma o tym popularność aplikacji IKEA Place, która pozwala klientom wizualizować modele mebli dostępne w sklepie we własnym domu w trójwymiarowej scenerii. Ważne jest również precyzyjne dopasowanie  wymiarów, co pozwala wyjść poza wyłącznie estetyczne kryteria i sprawdzić dopasowanie mebla do miejsca w mieszkaniu. Dopasować się do samochodu, np. za pomocą okularów AR, można z kolei za pomocą aplikacji firmy Audi. Banana Flame, brytyjski sklep internetowy z odzieżą umożliwia zdalne „przymierzanie” swoich produktów. Wykorzystuje przy tym technikę AR nakładania obrazów strojów na klienta, który używa kamery. Augmented reality wykorzystywana jest również przez przemysł kosmetyczny. Jest to specyficzna forma opisywanego wcześniej storytellingu i marketingu „wiarygodnościowego”.

 

Innym znakiem nowych czasów w handlu, a co za tym idzie – w sferze komunikacji reklamowo-marketingowej, jest daleko posunięta personalizacja produktu. Pozwala kupującym na zakup produktu dostosowanego specjalnie do ich potrzeb, preferencji i stylu. Na przykład Levi’s oferuje personalizowane hafty na spodniach i kurtkach. Z kolei usługa NikeiD pozwala kupującym w całości zaprojektować i zamówić dla siebie takie buty, jakich nie ma nikt. Jeszcze dalej idzie moda na tzw. marki prywatne, czyli zamawiania dla siebie produktów oznakowanych własnym brandem. Oczywiście to ekstra kosztuje, ale spersonalizowane produkty nie mogą być tanie, bo nie są masówką. A więc reklama z pozycji „zobacz jak świetna jest nasza marka” dociera do” „zobacz, jak świetna jest twoja marka”

 

Nowe podejście na marketerach i reklamodawcach wymusza również rosnąca popularność tzw. „social commerce”. Storytelling w takich funkcjach jak „Stories” Instagrama, muszą łączyć z nieustannym zabieganiem o społecznościowe kredyty zaufania, zasięgi i pozycję. Według badania przeprowadzonego przez Bizrate Insights w sierpniu 2019 r., handel społecznościowy należy do najczęściej występujących u kupujących online zachowań. Jest popularniejszy niż wyszukiwanie wizualne, rozszerzona lub wirtualna rzeczywistość (AR/VR) oraz handel za pośrednictwem asystentów głosowych. Ponad jedna trzecia amerykańskich konsumentów twierdzi, że kupowała produkty za pośrednictwem mediów społecznościowych. Może to zapowiadać spory sukces funkcji handlu społecznego wprowadzonych w tym samym mniej więcej czasie w serwisach Instagram, Pinterest i Snapchat.

 

Co ciekawe, handel społecznościowy wcale nie jest nowością. Usługi tego rodzaju wprowadzał już wiele lat temu Facebook i inne platformy, ale potrzebowaliśmy całej dekady, aby wreszcie to „zaskoczyło” a nowe rozwiązania, takie jak wyszukiwania wizualne, AR i VR mogą przenieść cały e-handel w nową epokę. Świat reklamy, jeśli chce być częścią tej nowej epoki, już teraz powinien zacząć uczyć się nowych języków i technik dotarcia do klienteli społecznościowej.

 

Wracając na końcu do analogii z uwodzeniem. Czyż ktoś kto umie opowiadać ciekawe i oryginalne historie, kto jest szczery i narzuca się, kto potrafi cierpliwie słuchać i stara się cię zrozumieć (jak np. chatbot), kto umie zwrócić na ciebie uwagę w społecznościowym tłumie i sprawić, że poczujesz się kimś wyjątkowym, czy takiego kogoś nie nazywamy właśnie osobą o cechach uwodzicielskich? No właśnie.

 

Mirosław Usidus

Protest przeciwko odwołaniu dr TERESY KACZOROWSKIEJ

Kilkadziesiąt osób, ludzi mediów, kultury, polityków,  podpisało się już pod protestem przeciwko decyzji Zarządu Powiatu Ciechanowskiego odwołującej dr Teresę Kaczorowską ze stanowiska dyrektora Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie.

 

Dr Teresa Kaczorowska jest prezesem Klubu Publicystki Kulturalnej SDP, dziennikarką, pisarką, badaczem dziedzictwa narodowego, animatorką kultury. Napisała kilkanaście książek oraz wielu artykułów prasowych i naukowych. Za swoją działalność uhonorowana została licznymi nagrodami i odznaczeniami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta” oraz  Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”.

 

Poniżej publikujemy treść protestu.

 

Protest

„Zgłaszamy protest wobec decyzji Zarządu Powiatu Ciechanowskiego odwołującej dr Teresę Kaczorowską ze stanowiska dyrektora Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie.

 

Podejmując tę decyzję Starostwo pominęło jednoznaczne opinie kierownictw stowarzyszeń twórczych współpracujących z Powiatowym Centrum Kultury i Sztuki, które bardzo pozytywnie oceniły tę współpracę.

 

Powiatowe Centrum Kultury i Sztuki pod dyrekcją pani Teresy Kaczorowskiej stało się znakomicie funkcjonującą  od lat placówką kulturalną, co było odczuwane przez społeczność Ciechanowa i powiatu oraz regionu, placówką znaną również daleko poza Mazowszem.

 

Nagłe odwołanie dyrektor dr Teresy Kaczorowskiej ze stanowiska będzie ogromną, niepowetowaną stratą dla Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki . Dotychczas nie było na tym stanowisku osoby tak pracowitej , zaangażowanej, oddanej sprawie krzewienia kultury.  Zaistniała sytuacja  doprowadzi niewątpliwie  do obniżenia poziomu  działalności placówki oraz zniweczenia niezwykle bogatej oferty kulturalnej świadczonej przez nią dla społeczeństwa .

 

PODPISY:

Robert Kołakowski -poseł na  Sejm RP, Członek Komisji Kultury i Środków Przekazu

 

Maciej Wąsik – sekretarz stanu w KPRM

 

Prof. Bibiana Mossakowska – honorowa obywatelka miasta Ciechanowa

 

Hanna Długoszewska-Nadratowska – dyrektor Muzeum Szlachty Mazowieckiej

 

Krzysztof Gadomski – wicedyrektor MDK w Przasnyszu

 

Jacek Gałężewski – artysta plastyk (Nasielsk)

 

Wojciech Gęsicki – muzyk, poeta

 

Wiktor Golubski – poeta

 

Arkadiusz Gołębiewski – reżyser filmowy, dyrektor Festiwalu NNW, dziennikarz, honorowy obywatel miasta Ciechanowa

 

Krzysztof Skowroński – prezes SDP,

 

Paweł Nowacki – producent filmowy i telewizyjny („Warto rozmawiać”, „Sądy przesady”)

 

Artur Wiśniewski – prezes stowarzyszenia Tak dla Rodziny

 

Piotr Jędrzejczak – reżyser teatralny (Łódź)

 

Piotr  Kaszubowski  – historyk, prezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Przasnyskiej

 

Jolanta Hajdasz – wiceprezes  SDP

 

Michał Kaszubowski – muzyk, pedagog  (Przasnysz)

 

Tomasz Kaszubowski – muzyk, pedagog (Przasnysz )

 

Zdzisław Kruszyński – artysta malarz ( Mława)

 

Ewa Krysiewicz – pedagog

 

Artur Lis – dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Łochowie

 

Krzysztof Martwicki – sekretarz Zarządu Związku Literatów na Mazowszu

 

Jan Ruman – redaktor naczelny Biuletynu IPN

 

Wanda Mierzejewska – poligraf

 

Tadeusz Myśliński – artysta fotografik (Przasnysz)

 

Andrzej Pawłowski – były wicestarosta ciechanowski

 

Marcin Wikło – dziennikarz

 

Marek Piotrowski – muzealnik, poeta

 

Maria Pszczółkowska – katolickie stowarzyszenie Civitas Christiana

 

Joanna Rawik – aktorka, piosenkarka,  dziennikarka

 

Krzysztof Sowiński – artysta plastyk, prezes Stowarzyszenia Pracy Twórczej

 

Jacek Stachiewicz – prezes Związku Piłsudczyków w Ciechanowie

 

Jacek Sumeradzki – artysta malarz, rzeźbiarz (Mława)

 

Bożenna Śliwczak – Galanciak – była dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w Ciechanowie

 

Barbara Tokarska – dziennikarka

 

Krzysztof Turowiecki – poeta (Przasnysz)

 

Andrzej Walasek- artysta malarz  (Działdowo)

 

Ryszard Wesołowski – prezes Akcji Katolickiej w Ciechanowie (Kościół Farny )

 

Tadeusz Woicki – dziennikarz

 

Alina Zielińska – pedagog

 

Bogusława Radziwon, redaktor, wydawca

 

Mirosława Łątkowska, wydawca, Oficyna Wydawnicza Volumen

 

Adam Borowski, Fundcja Obchodów 100 Rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości

 

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY: W świecie „młodych wilczków”

Październik to dziesiąty miesiąc procesu, który toczy się przed Sądem Okręgowym w Poznaniu w związku z porwaniem i zabójstwem dziennikarza Jarosława Ziętary. Oskarżeni, Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” to byli ochroniarze holdingu Elektromis. Obu mężczyzn oskarża się o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza, obaj też nie przyznają się do winy.

 

Kolejna rozprawa odbyła się w czwartek, 17. października. Jako pierwszy stawił się Edward P. 57-letni emerytowany milicjant, a następnie policjant. Świadek zeznał, że w latach 90. zajmował się tak zwaną bandytką. W tym czasie w Poznaniu była znana policji grupa dwudziestolatków, która „próbowała przejąć rządy w mieście”. Zbierali oni haracze z dyskotek, lokali, sklepów… W tym czasie świadek rozpracowywał Przemysława C. C. był oskarżony o wrzucenie granatów do jednego z poznańskich sklepów – Big Star. Sprawa zakończyła się skazaniem sprawców i tak C. trafił do aresztu. Podczas przesłuchania dał znać, że ma dużą wiedzę. Zresztą, jak dodał świadek, sprawa z granatem była tylko wierzchołkiem góry lodowej.

 

– Pewnego razu konwojowałem Przemysława C. do aresztu chyba w Szamotułach. Próbowałem go nakłonić do współpracy z policją. Był młody, mógłby liczyć na obniżenie wyroku. Podczas konwoju, w luźnej rozmowie, dał mi do zrozumienia, że grupa przestępców, w której działał, wykonała poważną sprawę dla Elektromisu. Być może była sugestia, że jest to związane z uprowadzeniem dziennikarza, z uprowadzeniem ludzi. Próbowaliśmy podjąć potem działania operacyjne na terenie aresztu, założyć podsłuch i zainspirować rozmowy pod celą.  Ale to trwało tygodniami, a może i miesiącami. C. miał być przenoszony z celi do celi. Byliśmy w tamtym stanie prawym uzależnieni od dobrej woli aresztu. Załatwianie tego podsłuchu trwało stanowczo zbyt długo. Po pewnym czasie pobrałem Przemysława C. z celi. Dał mi do zrozumienia, że nie mamy o czym rozmawiać. Zaczął się śmiać, że jesteśmy za mali na tę sprawę – zeznawał były policjant.

 

Świadka pytano również o Macieja B. pseudonim „Baryła”, który swoimi zeznaniami obciąża oskarżonych. Edward P. tak odpowiedział: – „Baryła” to był młody wilczek świata przestępczego. Nie wykluczam, że z nim rozmawiałem, ale to nie było coś istotnego. W tamtych latach, w okresie 1991-1993, choć nie mam szczególnej pamięci do dat, w Poznaniu utworzyła się grupa młodych osób, które próbowały przejąć „rządy” w mieście. „Baryła” należał do tej grupy.

 

P. potwierdził, że zna drugiego świadka prokuratury Jerzego U. Tu warto przypomnieć, że U. był w UOP i miał być naocznym świadkiem porwania dziennikarza przez oskarżonych 1 września 1992 roku. Świadek stwierdził, że U. mówił o pracy w SB, MO jednak poznali się gdy U. miał już swoją agencję ochrony. Mężczyźni znają się zarówno zawodowo jak i prywatnie.

 

W latach 90., miał miejsce napad na konwój przewożący pieniądze z marketu Jumbo, kapitałowo powiązanego z Elektromisem. Market ochraniała firma Jerzego U. Świadek poznał bliżej U. w czasie próby wyjaśnienia tego zdarzenia. Według Edwarda P., Jerzy U. miał twierdzić, że współpracował z Elektromisem i wykonywał dla holdingu różne zlecenia. Żalił się, na nadzór jaki prowadzili nad nim „Ryba” i „Lala” oraz że nie mógł się przez nich wykazać. Padła także sugestia, że za tym napadem mogą stać sami ochroniarze, a ponadto że „Lala” ma związek z narkotykami. Edward P. po dopytaniu Jerzego U. o ten wątek stwierdził, że może to być jakaś prywatna sprawa między ochroniarzami, którą U. chce załatwić jego rękami.

 

Edward P. dodał ponadto, że w latach 90. w poznańskiej prokuraturze dominowało przekonanie, że jeśli nie ma ciała, to nie ma zbrodni. Jego zdaniem w sprawie Ziętary błędem było to, że mimo braku zwłok dziennikarza, szybciej nie wszczęto sprawy o zabójstwo. Potwierdził też, że brał udział w poszukiwaniu zwłok reportera.

 

Pod koniec tej części rozprawy oskarżony Mirosława R. złożył oświadczenie. Wynika z niego, że w 1995 roku współpraca Mirosława R. i Dariusza L. się zakończyła. Ponadto według oskarżonego do 1995 roku L. był w Elektromisie podrzędnym ochroniarzem, nie był szefem ochrony. Jerzy U. nigdy nie pracował w Elektromisie i nigdy nie chronił klubu „Sami swoi” za czasów gdy tą ochronę pełnił Mirosław R. To znaczy od momentu gdy klub powstał do zakończenia jego działalności czyli w latach 1999 – 2003.

 

W tym miejscu warto też dodać, że podczas rozprawy nikt nie spytał świadka o jego prywatne relacje z Jerzym U. Według doniesień poznańskich mediów mężczyźni mieli utrzymywać znajomość przez kolejne lata. Z kolei Jerzy U. ma stać na stanowisku, że z byłym policjantem miał zatarg m.in. o pieniądze i ich znajomość zakończyła się konfliktem.

 

Drugim świadkiem podczas czwartkowej rozprawy był Marian J. z zawodu kierowca mechanik. W latach 90. rzecznik prasowy Elektromisu, a później pełnił kolejne wysokie funkcje w Elektromisie i firmach powiązanych z holdingiem. Podczas rozprawy odczytano protokoły z przesłuchań świadka, które Marian J. potwierdził i uściślił. W protokołach wymieniano liczne nazwiska osób, które świadek znał lub mógł coś o nich powiedzieć. I podobnie z nazwami firm. J. dodał, że osoby i firmy wymieniał prokurator, a nie on z własnej pamięci. Potwierdził też znajomość Aleksandra G. z Mariuszem Ś. szefem i założycielem Elektromisu. Mieli się spotkać w wagonie restauracyjnym podczas podróży pociągiem, w której świadek również brał udział. Dodał jeszcze, że media bardzo interesowały się Elektromisem.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni poznański dziennikarz, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Nie odnaleziono do dziś ciała reportera, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego. Dwa śledztwa z lat 90. ubiegłego wieku zakończyły się umorzeniami. Przełom nastąpił kilka lat temu, gdy akta trafiły do krakowskiej prokuratury. Ta skierowała dwa akty oskarżenia. Jeden dotyczy Aleksandra Gawronika, byłego senatora, twórcy pierwszych kantorów i niegdyś najbogatszego Polaka, któremu zarzuca się podżeganie do zabójstwa dziennikarza. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić, kto zabił Jarosława Ziętarę.

 

Aleksandra Tabaczyńska