Czy te oczy mogą kłamać, czy ja mógłbym serce złamać – MIROSŁAW USIDUS o mocy reklamy w mediach

Czy, gdy chcesz kogoś uwieść, opowiadasz o swojej wspaniałości i przewagach nad innymi. Owszem, garść błyskotliwych grepsów może pomóc „na otwarciu”, ale ostatecznie sukces uwodzenia zależy od tego na ile potrafisz sprawić, aby cel przedsięwzięcia, poczuł się kimś wyjątkowym. Być może reklama powinna wrócić do sztuki uwodzenia? Być może w swoich nowoczesnych formach właśnie wraca?

 

Niedawne obniżenie przez agencję mediową Zenith (Publicis Media) prognozy wzrostu polskiego rynku reklamowego w 2019 roku z 3,9 proc. na 3,1 proc. to, jak się wydaje, jedynie korekta spowodowana wysokim rozgrzaniem rynku w ubiegłym roku, więc ogólnie nie jest chyba z reklamą źle. Przy okazji mieliśmy jednak garść danych pokazujących, że tendencje obserwowane w tej branży od lat, czyli wypieranie starszych form reklamy przez formaty i kanały internetowe, wciąż postępuje. Wciąż jeszcze prowadzi telewizja, ale systematycznie traci pole i do 2021 ma zostać globalnie wyprzedzona przez internetowe reklamy typu display. Zaś reklama w sieciach społecznościowych, zdaniem Zenith,  wyprzedzić ma wkrótce prasę drukowaną.

 

Dane dostarczane przez ewoluujący szybko rynek reklamowy można interpretować wprost – czyli jako sygnał, że reklama w internecie działa lepiej niż stare formaty i kanały. I dlatego je stopniowo wypiera. Wyjaśnienie bardziej „kombinatoryczne” szuka tkwiącej w tych zjawiskach nieco bardziej złożonej prawdy. Owszem, stare metody reklamy są coraz mniej skuteczne, ale efektywność internetu wcale nie jest definitywnie potwierdzona, a już na pewno nie dana raz na zawsze, zważywszy rosnącą popularność blockerów reklam i programowe odrzucanie reklamy w ogóle przez najmłodszych.

 

Wydaje się też, że dla wielkich korporacji korzyści z reklamy w sieci nie do końca są klarowne i oczywiste. Amerykańscy wielcy reklamodawcy, w tym m. in. General Electric i bank JP Morgan Chase postanowili ostatnio przyjrzeć się uważniej swoim wydatkom na reklamę cyfrową typu display i formom stosowanym w społecznościówkach. Pojawiły się nawet groźby obcięcia budżetów reklamowych w sposób „znaczący”, jeśli Google i Facebook nie zrobią czegoś, aby przejrzystość wyników kampanii w swoich kanałach była większa, i nie wprowadzą w końcu jasnych standardów w swojej sprawozdawczości reklamowej. Zbiegło się to z publikacją wyników badań znanej firmy Forrester Research, z których wynika, że konsumenci coraz częściej znajdują sposoby, aby uniknąć reklam cyfrowych, także tych serwowanych na największych platformach, Google i Facebook.

 

Problem z reklamą ma szerszy i głębszy charakter niż trwające od dwu dekad boje starych i nowych mediów. Dotarliśmy do czasów, w których samo prawo do istnienia i wdzierania się reklamy w sferę naszej interakcji ze światem, czy to fizycznym, czy cyfrowym, jest kwestionowane od podstaw. Kilka dekad temu reklama była dość powszechnie akceptowanym, choć nie zawsze lubianym, elementem rynku i „kontraktu” odbiorcy z mediami. Wiadomo było, że „reklamy muszą być”, by treści udostępniane przez firmy medialne były tanie lub darmowe do konsumpcji. Dziś w niektórych kręgach tolerancja wobec reklam zmalała do zera. A coś co nie jest tolerowane, nie może być skuteczne.

 

Już sto lat temu rozumiano, w czym rzecz

 

Ramsi Woodcock z Uniwersytetu w Kentucky pisał w 2018 roku w artykule w „Yale Law Journal”, że reklama w tradycyjnym rozumieniu tego słowa jest nie tylko przestarzała, ale w ogóle niepotrzebna użytkownikom. W starym, przedinternetowym, świecie, choć nie była obiektywną informacją, to jednak w pewien sposób spełniała funkcję informacji o produkcie. Obecnie, gdyby nagle zniknęły z naszego życia wszystkie reklamy, w żaden sposób nie utrudniłoby to nam zdobywania informacji o produkcie. Sieci społecznościowe, tysiące stron, grup dyskusyjnych, setki ludzi mogących nam pomóc, zarekomendować, doradzić, wskazać jak kupić taniej i lepiej.

 

Oczywiście reklama zawsze robiła coś więcej niż tylko informowała, choć reklamodawcy lubią mówić, że ich działalność to niezbędna konsumentom informacja o produkcie. Tzw. moc reklamy od dawien dawna polega na zastosowaniu mniej lub bardziej subtelnych manipulacji. Socjolog Emily Fogg Mead już sto lat temu pisała o reklamach, że „wkradają się do podświadomości odbiorcy, tworząc mechaniczne skojarzenia, które często skutkują impulsywnymi zakupami”. Miliardy, które pomimo wspomnianego kryzysu skuteczności, wciąż są inwestowane na reklamę, wydawane są nie dlatego, że ona informuje, ale dlatego, że przekonuje.

 

Inny klasyk, Howard Gossage, barwna postać złotej ery reklamy lat 60-tych XX wieku, czyli czasu akcji serialu „Mad Men”, zasłynął takim oto zdaniem: „Ludzie czytają to, co ich interesuje. Czasami jest to reklama”. Wielu komentatorów uważa, że w tym zdaniu zawiera się klucz do rozumienia skuteczności reklamy. Musi ona być interesująca dla odbiorcy a nie bezwstydnie interesowna, jak to niestety często bywa. Twórcy reklam muszą też pamiętać, że odbiorcy zmieniają się w czasie i z czasem. Stworzona przez świat reklamy i marketingu metodologia ujmowania zmian w następujące po sobie „generacje” ma pomóc w kreowaniu założonych wirtualnych odbiorców przekazów reklamowych. Trzeba na to zwracać uwagę, bo pokolenia różnią się od siebie.

 

Generacja „skasuj reklamę”

 

Według badań serwisu Bloomberg, rok 2019 r. to data graniczna, moment, w którym Generacja Z pokonuje liczebnością milennialsów, sięgając w krajach rozwiniętych poziomu około jednej trzeciej całej populacji. Informacja ta ma oczywiście ogromne konsekwencje dla biznesu i reklamy, zarazem mając również silny wpływ na mass media, Internet i media społecznościowe. Według Nielsena, siła nabywcza generacji milenialsów jest szacowana na 65 miliardów dolarów. „Zeci” już teraz poprzednie „marketingowe pokolenie” wyprzedzili mając szacunkowo w kieszeniach ok. 100 miliardów dolarów, które mogą wydać na zakupy.

 

Pojawiło się wiele analiz próbujących ująć w klamry potrzeby pokolenia „Zetów”. Jeśli chodzi o media (w ich przypadku jest to stuprocentowo równoznaczne z mediami internetowymi), to mają poszukiwać przede wszystkim silnie zindywidualizowanych doświadczeń, z bardzo dużym naciskiem na ochronę prywatności. Innym zjawiskiem odróżniającym to pokolenie od poprzednich jest to, że jego przedstawiciele przedkładają rozrywkę nad relacje. Tak wynika z badań a wybierane przez nich „produkty medialne”, ze Snapchatem czy TikTokiem na czele, zdają się to potwierdzać.

 

Eksperci określają platformy preferowane przez tę generację jako „ulotne” (ang. „ephemeral”). Najlepszym z chyba przykładem takiego serwisu jest wspomniany Snapchat, aplikacja służąca do wysyłania filmów i zdjęć, które można było pierwotnie oglądać przez maksymalnie 60 sekund. Jeśli rzeczywiście „Zeci” mają wszystkie opisane wyżej preferencje, to nic dziwnego, że wyrzucają Facebooka do kosza, bo przecież platforma Zuckeberga działa masowo, przechowuje i analizuje dane użytkowników, sprzedając je reklamodawcom i nic nie robiąc sobie z ich prywatności.

 

Są też inne cechy tej grupy, niekorzystne dla mediów żyjących z reklamy (czyli np. serwisów internetowych). Młodsi konsumenci coraz chętniej przestawiają się na usługi i serwisy finansowane przez użytkowników (takie jak Netflix czy Spotify) przez systemy subskrypcji, odrzucając tradycyjny układ pomiędzy mediami a ich odbiorcami. Młodzież stosuje adblocki na masową skalę. Oznacza to jednak nie tyle chęć „oszukania” wydawców, lecz całkowite odrzucenie tego modelu. Jeśli wydawca każe wyłączyć mechanizm blokujący reklamy, aby użytkownik mógł przejść do treści, młodzi najczęściej rezygnują z jego usługi. Na rachunku zysków i strat, wygrywa zwykle unikanie reklam.

 

Reklamowy model mediów internetowych był w dużym stopniu powieleniem starszego mechanizmu finansowania tradycyjnych mediów. Gazeta kosztowała grosze, bo wydawcy zarabiali na ogłoszeniach. Telewizja czy radio były za darmo, ale trzeba było ścierpieć reklamy. Teksty na portalu można było przeczytać, ale najpierw trzeba było znieść irytujące banery. Z czasem reklama w Internecie stawała się coraz bardziej inwazyjna i namolna. Inwazyjne modele, na których w Polsce oparły się Onet, WP.pl, Interia, Gazeta.pl, wydają się obecnie skazane na porażkę. Modele, nie same portale, bo nie można wykluczyć, że znajdą inne sposoby na monetyzację działalności, ale reklamowe eldorado kończy się, bo użytkownicy zbuntowali się przeciw reklamom.

 

Młodym, wbrew utrwalonym przekonaniom, wcale nie przeszkadzają systemy subskrypcyjne. W Spotify można pozbyć się przerywników reklamowych za niewielką opłatą. W Netfliksie, płacą miesięczną opłatę, ogląda się ile dusza zapragnie. Takie modele użytkownikom odpowiadają. Wydawałoby się, że wystarczy wprowadzić ten model i dla gazet i serwisów informacyjnych online. Niestety, to tak nie działa, na razie.

 

Witaj, świecie informacji

 

Jest też problem z samą reklamą, jako źródłem informacji o produkcie. W starej rzeczywistości, przed Facebookiem i Google, nie było skutecznego i taniego sposobu na dotarcie do osób poszukujących produktów i usług niszowych. Firmy, które odniosły sukces oferowały produkty kierowane do szerokich kręgów ludzi i reklamowane  z myślą o masowym odbiorcy, setkach tysięcy, milionach ludzi na raz. Firmy, które prowadziły udane kampanie reklamowe za pośrednictwem mediów poprzedniej epoki to zwykle były wielkie sieci fast foodów, marki samochodowe, wielkie hipermarkety, firmy ubezpieczeniowe, lub masowe dobra konsumpcyjne pod markami zarządzanymi przez wielkie korporacje.

 

Wejście w erę nowoczesności, gdy Internet przewrócił tradycyjny model handlu detalicznego ze sklepami i znanymi masowo markami, anihiluje dystans między kupującym a sprzedającym i likwiduje przeróżne bariery geograficzne. Internet dał kupującym i sprzedającym bezprecedensowy dostęp do siebie nawzajem. Dziś firma oferująca specyficzną, niszową rzecz, np. Bevel, która produkuje zestaw produktów do golenia specjalnie dla czarnych mężczyzn, ma szansę, jeśli umie wykorzystać narzędzia internetowe, dotrzeć do wszystkich swoich klientów, których jest niemało, jak się okazuje. W dawnym świecie reklamowanie tego specyficznego produktu dla wielkich firm i sieci handlowych było nieopłacalne, zbyt kosztowne w przeliczeniu na sprzedany egzemplarz. Internet obniża ten rachunek i sprawia, że marketing mniej typowych produktów jest opłacalna.

 

Coraz większa dokładność technik przetwarzania danych doprowadzić może w końcu do powstania świata, w którym pojedynczy konsument może natychmiastowo za pomocą produktów i usług zaspokajać swoje potrzeby życiowe a nie jakieś inne, np. potrzeby przynależności do grup, do których należy aspirować, potrzeby warunkowane próżnością i konsumpcjonizmem. To świat bez marek, bez brandów, ponieważ w rzeczywistości, która opiera się na potrzebach, informacji, produktach, a nie na reklamie i budowaniu iluzorycznych „wartości dodanych”, pojęcie „przywiązania i zaufania do marki” nie istnieje. Konsument poinformowany kupować będzie korzystniejszy dla niego z dwóch identycznych towarów. Będzie wiedział, że substancja czynna w leku to ibuprofen, a Dolgit, Ibuprom, Ibum czy Nurofen to tylko twory marketingowe. Podejmie świadomy wybór, w jakiej formie i opakowaniu chce potrzebny mu produkt, czyli po prostu – ibuprofen, kupić.

 

Marketing „wiarygodnościowy”

 

Oczywiście branża reklamy nie chce i nie będzie chciała pogodzić się z tym, o czym piszę wyżej. Wielu specjalistów po prostu nie wierzy w nadejście świata surowej informacji o produkcie, bez żadnej otoczki marketingowej. To, że stare chwyty i ścieżki dotarcia do klienta tracą skuteczność, nie oznacza, że dekady gromadzenia wiedzy o perswazyjnej komunikacji produktowej, potrzebach i reakcjach odbiorców, należy teraz wyrzucić na śmietnik. Zdaniem wielu reklamiarzy, po prostu trzeba poszukać nowych sposobów.

 

Trwają intensywne poszukiwania nowych podejść do klienta. Jednym z nich ma być tzw. storytelling, czyli opowiadanie historii produktu i o produkcie, pojęcie, o którym większość czytelników tego tekstu pewnie słyszała. Stara szkoła reklamy zapewne żachnie się, że oni ten „storytelling” znają i praktykują od dawna, bo dekady temu opowiadali historię jak ich detergenty dokonują „naukowych przełomów”. Jest jednak pewna subtelna różnica, dziś opowiadanie historii w reklamie oznacza opowiadanie prawdziwych historii, a nie wciskanie kitu. Wciskanie zaprawy okiennej internet weryfikuje w czasie krótszym niż minuta.

 

Warto pamiętać o budżetowym aspekcie prawdziwego i interesującego storytellingu. Otóż w świecie internetu dystrybucja takich treści o wiele mniej kosztuje. Dlaczego? To proste. Ciekawe treści kolportowane są zupełnie za darmo przez użytkowników, którym się po prostu podobają. Propozycja ciekawej treści sprawia, że nie trzeba ładować milionów w techniki wmuszania w widownię tego, czego ona nie chce, nie lubi i odrzuca ją od tego.

 

Konsekwencją nowego stylu reklamy i marketingu opartego na autentyczności jest gotowość poddania się konsumenckiej weryfikacji. Kto nie boi się wstępnego udostępnienia klientom swoich produktów i usług, kto udostępnia kalkulatory korzyści i nie boi się porównywarek, kto otwiera się wreszcie na recenzje i opinie w internecie, zachęcając wręcz do nich, ten to rozumie. Warto pamiętać, że już sama taka postawa staje się częścią „wiarygodnościowej” komunikacji. Doprowadzając tę myśl do końca, negatywne opinie nie muszą być „kryzysem” marki, jak to zwykle przyjmuje się w konwencjonalnym marketingu. Mogą i powinny być etapem opowiadanej autentycznej historii.

 

Fakt, że rosnąca, ale stosunkowo niewielka grupa tych przykładów wyłoniła się ze znacznie większej puli tradycyjnych marek, jest prawdopodobnie dowodem na to, że te zasady łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale jeśli uda się je wdrożyć, wszyscy będziemy w lepszej sytuacji.

 

Jedna ścieżka i jeden cel

 

Kolejnym problemem reklamy jest rutyna i schematyzm myślenia. Branża już dość dawno przyjęła do wiadomości, że rola e-handlu rośnie. Ma jednak tendencję do segmentowania i separowania świata realu i online. Dotyczy to zarówno sprzedaży jak i pochodnych od niej różnych technik reklamowych. Tymczasem klient nie separuje tych światów. Może zacząć się od reklamy w Instagramie i skończyć w sklepie z ubraniami. Dla niego to jedna, spójna ścieżka sprzedażowa. Granice sprzedaży online i offline w praktyce zacierają się. Specjaliści znają to jako sprzedaż omnichannel, co w praktyce oznacza, że wszystkie techniki interakcji z klientem powinny muszą być traktowane jako równie ważne, bo wszystkie prowadzą do upragnionego przez sprzedawcę celu. Każda informacja na temat firmy, jej marki, treści marketingowe i reklamy powinny zawierać jednolity komunikat będący jasnym przewodnikiem do jednego celu, jakim jest sprzedaż. Forma tej sprzedaży jest drugorzędna kwestią.

 

W świecie komunikacji marketingowo reklamowej mnożą się innowacje. Od kilku już lat np. e-handel zdobywają chatboty, czyli maszynowi asystenci i subiekci oparci na technice NLP (przetwarzanie języka naturalnego), czyli inaczej na sztucznej inteligencji. Ich głosową wersją są asystenci oparci na platformach konwersacyjnych Amazona, Google czy Apple. Do świata zakupów wchodzi też coraz odważniej rozszerzona i wirtualna rzeczywistość jako narzędzia reklamowe, marketingowe i prezentacyjne.

 

Chatbotem może być okienko konwersacyjne na stronie internetowej, z czym zapewne każdy już w Internecie się spotkał. Może być to też oddzielna aplikacja czatująca lub tzw. social media chatbot, czyli zrobotyzowany „użytkownik” np. Facebooka, a także asystent głosowy. Firmy oszczędzają dzięki tym botom czas i koszty, automatyzując obsługę klienta w e-commerce w trybie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Dodatkową korzyścią z punktu widzenia handlowców jest generowanie przez chatboty tzw. „leadów” czyli nowych ścieżek sprzedażowych, dzięki zbieranym w trakcie konwersacji wstępnym informacjom o kliencie, jak np. sprzedawca materiałów biurowych Staples, który wykorzystuje chatbota do oferowania produktów opartych na historii zamówień. Chatboty spełniają więc funkcje reklam, ale w żadnym razie jak reklamy nie wyglądają.

 

Google’ową reklamę w wyszukiwarkach być może zastąpi wkrótce wyszukiwanie usług i produktów za pomocą asystentów głosowych takich jak Siri Apple’a, Google Now i Cortana firmy Microsoft, które również oparte są na NLP. Jeśli chodzi o zastosowanie tego rodzaju technik w handlu elektronicznym, to najbardziej zaawansowana jest z pewnością Alexa Amazona, która już od dłuższego czasu może być wykorzystywana do zamawiania towarów bezpośrednio ze sklepu Amazona – wyłącznie za pomocą poleceń głosowych. Szybko znajduje oferty i można przez nią nawet zamówić jedzenie z lokalnych restauracji. Oczywiście zapewne, oprócz „organicznego” podpowiadania, już wkrótce będzie można (o ile już nie można) sobie kupić „przychylność” doradczą Alexy, podobnie jak linki sponsorowane na liście Google’a.

 

Zdaniem ekspertów w dziedzinie handlu, ludzie lubią korzystać też z augmented reality podczas zakupów.  Świadczyć ma o tym popularność aplikacji IKEA Place, która pozwala klientom wizualizować modele mebli dostępne w sklepie we własnym domu w trójwymiarowej scenerii. Ważne jest również precyzyjne dopasowanie  wymiarów, co pozwala wyjść poza wyłącznie estetyczne kryteria i sprawdzić dopasowanie mebla do miejsca w mieszkaniu. Dopasować się do samochodu, np. za pomocą okularów AR, można z kolei za pomocą aplikacji firmy Audi. Banana Flame, brytyjski sklep internetowy z odzieżą umożliwia zdalne „przymierzanie” swoich produktów. Wykorzystuje przy tym technikę AR nakładania obrazów strojów na klienta, który używa kamery. Augmented reality wykorzystywana jest również przez przemysł kosmetyczny. Jest to specyficzna forma opisywanego wcześniej storytellingu i marketingu „wiarygodnościowego”.

 

Innym znakiem nowych czasów w handlu, a co za tym idzie – w sferze komunikacji reklamowo-marketingowej, jest daleko posunięta personalizacja produktu. Pozwala kupującym na zakup produktu dostosowanego specjalnie do ich potrzeb, preferencji i stylu. Na przykład Levi’s oferuje personalizowane hafty na spodniach i kurtkach. Z kolei usługa NikeiD pozwala kupującym w całości zaprojektować i zamówić dla siebie takie buty, jakich nie ma nikt. Jeszcze dalej idzie moda na tzw. marki prywatne, czyli zamawiania dla siebie produktów oznakowanych własnym brandem. Oczywiście to ekstra kosztuje, ale spersonalizowane produkty nie mogą być tanie, bo nie są masówką. A więc reklama z pozycji „zobacz jak świetna jest nasza marka” dociera do” „zobacz, jak świetna jest twoja marka”

 

Nowe podejście na marketerach i reklamodawcach wymusza również rosnąca popularność tzw. „social commerce”. Storytelling w takich funkcjach jak „Stories” Instagrama, muszą łączyć z nieustannym zabieganiem o społecznościowe kredyty zaufania, zasięgi i pozycję. Według badania przeprowadzonego przez Bizrate Insights w sierpniu 2019 r., handel społecznościowy należy do najczęściej występujących u kupujących online zachowań. Jest popularniejszy niż wyszukiwanie wizualne, rozszerzona lub wirtualna rzeczywistość (AR/VR) oraz handel za pośrednictwem asystentów głosowych. Ponad jedna trzecia amerykańskich konsumentów twierdzi, że kupowała produkty za pośrednictwem mediów społecznościowych. Może to zapowiadać spory sukces funkcji handlu społecznego wprowadzonych w tym samym mniej więcej czasie w serwisach Instagram, Pinterest i Snapchat.

 

Co ciekawe, handel społecznościowy wcale nie jest nowością. Usługi tego rodzaju wprowadzał już wiele lat temu Facebook i inne platformy, ale potrzebowaliśmy całej dekady, aby wreszcie to „zaskoczyło” a nowe rozwiązania, takie jak wyszukiwania wizualne, AR i VR mogą przenieść cały e-handel w nową epokę. Świat reklamy, jeśli chce być częścią tej nowej epoki, już teraz powinien zacząć uczyć się nowych języków i technik dotarcia do klienteli społecznościowej.

 

Wracając na końcu do analogii z uwodzeniem. Czyż ktoś kto umie opowiadać ciekawe i oryginalne historie, kto jest szczery i narzuca się, kto potrafi cierpliwie słuchać i stara się cię zrozumieć (jak np. chatbot), kto umie zwrócić na ciebie uwagę w społecznościowym tłumie i sprawić, że poczujesz się kimś wyjątkowym, czy takiego kogoś nie nazywamy właśnie osobą o cechach uwodzicielskich? No właśnie.

 

Mirosław Usidus

Protest przeciwko odwołaniu dr TERESY KACZOROWSKIEJ

Kilkadziesiąt osób, ludzi mediów, kultury, polityków,  podpisało się już pod protestem przeciwko decyzji Zarządu Powiatu Ciechanowskiego odwołującej dr Teresę Kaczorowską ze stanowiska dyrektora Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie.

 

Dr Teresa Kaczorowska jest prezesem Klubu Publicystki Kulturalnej SDP, dziennikarką, pisarką, badaczem dziedzictwa narodowego, animatorką kultury. Napisała kilkanaście książek oraz wielu artykułów prasowych i naukowych. Za swoją działalność uhonorowana została licznymi nagrodami i odznaczeniami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta” oraz  Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”.

 

Poniżej publikujemy treść protestu.

 

Protest

„Zgłaszamy protest wobec decyzji Zarządu Powiatu Ciechanowskiego odwołującej dr Teresę Kaczorowską ze stanowiska dyrektora Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie.

 

Podejmując tę decyzję Starostwo pominęło jednoznaczne opinie kierownictw stowarzyszeń twórczych współpracujących z Powiatowym Centrum Kultury i Sztuki, które bardzo pozytywnie oceniły tę współpracę.

 

Powiatowe Centrum Kultury i Sztuki pod dyrekcją pani Teresy Kaczorowskiej stało się znakomicie funkcjonującą  od lat placówką kulturalną, co było odczuwane przez społeczność Ciechanowa i powiatu oraz regionu, placówką znaną również daleko poza Mazowszem.

 

Nagłe odwołanie dyrektor dr Teresy Kaczorowskiej ze stanowiska będzie ogromną, niepowetowaną stratą dla Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki . Dotychczas nie było na tym stanowisku osoby tak pracowitej , zaangażowanej, oddanej sprawie krzewienia kultury.  Zaistniała sytuacja  doprowadzi niewątpliwie  do obniżenia poziomu  działalności placówki oraz zniweczenia niezwykle bogatej oferty kulturalnej świadczonej przez nią dla społeczeństwa .

 

PODPISY:

Robert Kołakowski -poseł na  Sejm RP, Członek Komisji Kultury i Środków Przekazu

 

Maciej Wąsik – sekretarz stanu w KPRM

 

Prof. Bibiana Mossakowska – honorowa obywatelka miasta Ciechanowa

 

Hanna Długoszewska-Nadratowska – dyrektor Muzeum Szlachty Mazowieckiej

 

Krzysztof Gadomski – wicedyrektor MDK w Przasnyszu

 

Jacek Gałężewski – artysta plastyk (Nasielsk)

 

Wojciech Gęsicki – muzyk, poeta

 

Wiktor Golubski – poeta

 

Arkadiusz Gołębiewski – reżyser filmowy, dyrektor Festiwalu NNW, dziennikarz, honorowy obywatel miasta Ciechanowa

 

Krzysztof Skowroński – prezes SDP,

 

Paweł Nowacki – producent filmowy i telewizyjny („Warto rozmawiać”, „Sądy przesady”)

 

Artur Wiśniewski – prezes stowarzyszenia Tak dla Rodziny

 

Piotr Jędrzejczak – reżyser teatralny (Łódź)

 

Piotr  Kaszubowski  – historyk, prezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Przasnyskiej

 

Jolanta Hajdasz – wiceprezes  SDP

 

Michał Kaszubowski – muzyk, pedagog  (Przasnysz)

 

Tomasz Kaszubowski – muzyk, pedagog (Przasnysz )

 

Zdzisław Kruszyński – artysta malarz ( Mława)

 

Ewa Krysiewicz – pedagog

 

Artur Lis – dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Łochowie

 

Krzysztof Martwicki – sekretarz Zarządu Związku Literatów na Mazowszu

 

Jan Ruman – redaktor naczelny Biuletynu IPN

 

Wanda Mierzejewska – poligraf

 

Tadeusz Myśliński – artysta fotografik (Przasnysz)

 

Andrzej Pawłowski – były wicestarosta ciechanowski

 

Marcin Wikło – dziennikarz

 

Marek Piotrowski – muzealnik, poeta

 

Maria Pszczółkowska – katolickie stowarzyszenie Civitas Christiana

 

Joanna Rawik – aktorka, piosenkarka,  dziennikarka

 

Krzysztof Sowiński – artysta plastyk, prezes Stowarzyszenia Pracy Twórczej

 

Jacek Stachiewicz – prezes Związku Piłsudczyków w Ciechanowie

 

Jacek Sumeradzki – artysta malarz, rzeźbiarz (Mława)

 

Bożenna Śliwczak – Galanciak – była dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w Ciechanowie

 

Barbara Tokarska – dziennikarka

 

Krzysztof Turowiecki – poeta (Przasnysz)

 

Andrzej Walasek- artysta malarz  (Działdowo)

 

Ryszard Wesołowski – prezes Akcji Katolickiej w Ciechanowie (Kościół Farny )

 

Tadeusz Woicki – dziennikarz

 

Alina Zielińska – pedagog

 

Bogusława Radziwon, redaktor, wydawca

 

Mirosława Łątkowska, wydawca, Oficyna Wydawnicza Volumen

 

Adam Borowski, Fundcja Obchodów 100 Rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości

 

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY: W świecie „młodych wilczków”

Październik to dziesiąty miesiąc procesu, który toczy się przed Sądem Okręgowym w Poznaniu w związku z porwaniem i zabójstwem dziennikarza Jarosława Ziętary. Oskarżeni, Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” to byli ochroniarze holdingu Elektromis. Obu mężczyzn oskarża się o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza, obaj też nie przyznają się do winy.

 

Kolejna rozprawa odbyła się w czwartek, 17. października. Jako pierwszy stawił się Edward P. 57-letni emerytowany milicjant, a następnie policjant. Świadek zeznał, że w latach 90. zajmował się tak zwaną bandytką. W tym czasie w Poznaniu była znana policji grupa dwudziestolatków, która „próbowała przejąć rządy w mieście”. Zbierali oni haracze z dyskotek, lokali, sklepów… W tym czasie świadek rozpracowywał Przemysława C. C. był oskarżony o wrzucenie granatów do jednego z poznańskich sklepów – Big Star. Sprawa zakończyła się skazaniem sprawców i tak C. trafił do aresztu. Podczas przesłuchania dał znać, że ma dużą wiedzę. Zresztą, jak dodał świadek, sprawa z granatem była tylko wierzchołkiem góry lodowej.

 

– Pewnego razu konwojowałem Przemysława C. do aresztu chyba w Szamotułach. Próbowałem go nakłonić do współpracy z policją. Był młody, mógłby liczyć na obniżenie wyroku. Podczas konwoju, w luźnej rozmowie, dał mi do zrozumienia, że grupa przestępców, w której działał, wykonała poważną sprawę dla Elektromisu. Być może była sugestia, że jest to związane z uprowadzeniem dziennikarza, z uprowadzeniem ludzi. Próbowaliśmy podjąć potem działania operacyjne na terenie aresztu, założyć podsłuch i zainspirować rozmowy pod celą.  Ale to trwało tygodniami, a może i miesiącami. C. miał być przenoszony z celi do celi. Byliśmy w tamtym stanie prawym uzależnieni od dobrej woli aresztu. Załatwianie tego podsłuchu trwało stanowczo zbyt długo. Po pewnym czasie pobrałem Przemysława C. z celi. Dał mi do zrozumienia, że nie mamy o czym rozmawiać. Zaczął się śmiać, że jesteśmy za mali na tę sprawę – zeznawał były policjant.

 

Świadka pytano również o Macieja B. pseudonim „Baryła”, który swoimi zeznaniami obciąża oskarżonych. Edward P. tak odpowiedział: – „Baryła” to był młody wilczek świata przestępczego. Nie wykluczam, że z nim rozmawiałem, ale to nie było coś istotnego. W tamtych latach, w okresie 1991-1993, choć nie mam szczególnej pamięci do dat, w Poznaniu utworzyła się grupa młodych osób, które próbowały przejąć „rządy” w mieście. „Baryła” należał do tej grupy.

 

P. potwierdził, że zna drugiego świadka prokuratury Jerzego U. Tu warto przypomnieć, że U. był w UOP i miał być naocznym świadkiem porwania dziennikarza przez oskarżonych 1 września 1992 roku. Świadek stwierdził, że U. mówił o pracy w SB, MO jednak poznali się gdy U. miał już swoją agencję ochrony. Mężczyźni znają się zarówno zawodowo jak i prywatnie.

 

W latach 90., miał miejsce napad na konwój przewożący pieniądze z marketu Jumbo, kapitałowo powiązanego z Elektromisem. Market ochraniała firma Jerzego U. Świadek poznał bliżej U. w czasie próby wyjaśnienia tego zdarzenia. Według Edwarda P., Jerzy U. miał twierdzić, że współpracował z Elektromisem i wykonywał dla holdingu różne zlecenia. Żalił się, na nadzór jaki prowadzili nad nim „Ryba” i „Lala” oraz że nie mógł się przez nich wykazać. Padła także sugestia, że za tym napadem mogą stać sami ochroniarze, a ponadto że „Lala” ma związek z narkotykami. Edward P. po dopytaniu Jerzego U. o ten wątek stwierdził, że może to być jakaś prywatna sprawa między ochroniarzami, którą U. chce załatwić jego rękami.

 

Edward P. dodał ponadto, że w latach 90. w poznańskiej prokuraturze dominowało przekonanie, że jeśli nie ma ciała, to nie ma zbrodni. Jego zdaniem w sprawie Ziętary błędem było to, że mimo braku zwłok dziennikarza, szybciej nie wszczęto sprawy o zabójstwo. Potwierdził też, że brał udział w poszukiwaniu zwłok reportera.

 

Pod koniec tej części rozprawy oskarżony Mirosława R. złożył oświadczenie. Wynika z niego, że w 1995 roku współpraca Mirosława R. i Dariusza L. się zakończyła. Ponadto według oskarżonego do 1995 roku L. był w Elektromisie podrzędnym ochroniarzem, nie był szefem ochrony. Jerzy U. nigdy nie pracował w Elektromisie i nigdy nie chronił klubu „Sami swoi” za czasów gdy tą ochronę pełnił Mirosław R. To znaczy od momentu gdy klub powstał do zakończenia jego działalności czyli w latach 1999 – 2003.

 

W tym miejscu warto też dodać, że podczas rozprawy nikt nie spytał świadka o jego prywatne relacje z Jerzym U. Według doniesień poznańskich mediów mężczyźni mieli utrzymywać znajomość przez kolejne lata. Z kolei Jerzy U. ma stać na stanowisku, że z byłym policjantem miał zatarg m.in. o pieniądze i ich znajomość zakończyła się konfliktem.

 

Drugim świadkiem podczas czwartkowej rozprawy był Marian J. z zawodu kierowca mechanik. W latach 90. rzecznik prasowy Elektromisu, a później pełnił kolejne wysokie funkcje w Elektromisie i firmach powiązanych z holdingiem. Podczas rozprawy odczytano protokoły z przesłuchań świadka, które Marian J. potwierdził i uściślił. W protokołach wymieniano liczne nazwiska osób, które świadek znał lub mógł coś o nich powiedzieć. I podobnie z nazwami firm. J. dodał, że osoby i firmy wymieniał prokurator, a nie on z własnej pamięci. Potwierdził też znajomość Aleksandra G. z Mariuszem Ś. szefem i założycielem Elektromisu. Mieli się spotkać w wagonie restauracyjnym podczas podróży pociągiem, w której świadek również brał udział. Dodał jeszcze, że media bardzo interesowały się Elektromisem.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni poznański dziennikarz, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Nie odnaleziono do dziś ciała reportera, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego. Dwa śledztwa z lat 90. ubiegłego wieku zakończyły się umorzeniami. Przełom nastąpił kilka lat temu, gdy akta trafiły do krakowskiej prokuratury. Ta skierowała dwa akty oskarżenia. Jeden dotyczy Aleksandra Gawronika, byłego senatora, twórcy pierwszych kantorów i niegdyś najbogatszego Polaka, któremu zarzuca się podżeganie do zabójstwa dziennikarza. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić, kto zabił Jarosława Ziętarę.

 

Aleksandra Tabaczyńska

Czy Bóg mieszka w Internecie? – analiza ks. ARTURA STOPKI 

Dominujące dzisiaj w życiu miliardów ludzi social media są skutecznym narzędziem tworzenia społeczności, jednak nie nadają się do tworzenia wspólnot. Tymczasem istotą Kościoła jest wspólnotowość.

 

Sam Kościół jest siecią utkaną przez komunię eucharystyczną, w której jedność nie opiera się na «polubieniach», lecz na prawdzie, na «amen», z którym każdy przylgnął do Ciała Chrystusa, przyjmując innych”. Tak brzmi ostatnie zdanie tegorocznego papieskiego orędzia na 53. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Nawet ten maleńki fragment pokazuje, że nie jest to dokument łatwy w odbiorze. Można nawet powiedzieć, że jest zaskakująco trudny, pogłębiony i wymagający myślenia w sytuacji, gdy przekaz medialny ulega coraz większemu zubożeniu i spłyceniu, stawiając emocje przed rozumem. Można powiedzieć, że papież Franciszek przestawił nie tyle zamknięty zbiór myśli i konkluzji, lecz raczej wprowadzenie do wielowątkowej refleksji obejmującej z jednej strony świat międzyludzkiej komunikacji (w tym środków społecznego przekazu), a z drugiej Kościół jako jej uczestnika i współtwórcę.

 

Cel czy środek?

 

Skrótowe przedstawienia zawartości orędzia mówią, że Następca św. Piotra ostrzega w nim przed zagrożeniami wypływającymi ze złego korzystania z sieci społecznościowej i do budowania w Internecie sieci dialogu, spotkania, strzegącej wspólnoty wolnych osób. Jednak już użyty w tytule cytat z listu św. Pawła Apostoła do Efezjan wskazuje na wartość, na której Papież chciał skupić uwagę odbiorców. „Wszyscy tworzymy jedno”. Kwestia jedności jest stale obecna w treści orędzia. Jedności we wspólnocie. O tym mówi dalszy ciąg tytułu papieskiego dokumentu: „Od wirtualnych wspólnot społecznościowych do wspólnot ludzkich”.

 

Prawie dwadzieścia lat temu, gdy rodził się i kształtował portal Wiara.pl, jednym z zagadnień absorbujących uwagę wielu jego użytkowników było pytanie „Czy Boga można spotkać w Internecie?”. Po wielu dyskusjach wypracowano formułę, która do dziś jest mottem będącego częścią portalu forum internetowego: „Boga nie można spotkać w sieci, ale można (w niej – przyp. A.S.) spotkać ludzi, którzy do niego zaprowadzą”. Współautorzy tego sformułowania, powstałego w czasach, gdy o dominacji serwisów społecznościowych w codziennym życiu miliardów ludzi nikt jeszcze nie mówił, uchwycili jednak wiele z tego, o czym jest mowa w tegorocznym papieskim medialnym orędziu. Intuicyjnie wykryli, że relacje sieciowe są nie celem, lecz środkiem, drogą, która ma prowadzić do spełnienia ewangelizacyjnej misji Kościoła.

 

U początków portalu Wiara.pl można zresztą znaleźć interesujący fakt wskazujący, że już wtedy twórcy dzieł internetowych mieli świadomość tego, co dzisiaj wydaje się oczywistością. Portal powstał pierwotnie jako jeden z serwisów interesującego i nowatorskiego w tamtych czasach na polskim rynku portalu horyzontalnego. Początkowo był przedsięwzięciem skromnym o niezbyt dużych możliwościach udostępnionych (za darmo) przez portal. Jednak po krótkim czasie właściciele portalu zaproponowali znaczące rozszerzenie udostępnionego serwisu powołując się na zaskakujące dla nich szybkie utworzenie się wokół nowego serwisu… społeczności systematycznie go odwiedzających użytkowników. Wymiar społecznościowy okazał się dla nich istotny również po usamodzielnieniu i przekształceniu serwisu w portal dla „wierzących, wątpiących i poszukujących”. Bardzo wcześnie pojawiły się w nim i nadal funkcjonują elementy zaliczane dzisiaj do tzw. mediów społecznościowych, takie jak czat, forum czy platforma blogowa.

 

Promocja spotkania i samoizolacja

 

W internetowej Encyklopedii Zarządzania można wyczytać, że podstawowym założeniem serwisu społecznościowego jest łączenie jego użytkowników ze względu na przynależność do danej grupy, podtrzymywane między nimi więzi, rodzaj wymienianych między nimi informacji (takich jak teksty, zdjęcia, filmy). „Ogólną ideą uczestnictwa w działalności takich serwisów jest obracanie się w danej, zdefiniowanej przez użytkownika grupie społecznej”. W tej wziętej z dość dawno napisanego przez Mirosława Moroza tekstu o efektywności przekazu marketingowego w serwisach społecznościowych definicji został zaanonsowany problem, z którym mierzy się w nich Kościół, i o którym mówi tegoroczne orędzie Franciszka na doroczny dzień poświęcony mass mediom.

 

Choć, jak zauważył na wstępie swego dokumentu Franciszek, odkąd dostępny był Internet, Kościół zawsze starał się promować jego użycie w służbie spotkania między osobami i solidarności między wszystkimi, to jednak serwisy społecznościowe okazały się dla niego szczególnym wyzwaniem. „Sieć jest okazją do promowania spotkania z innymi, ale może również zwiększyć naszą samoizolację, jak sieć pajęcza zdolna do usidlenia” – zauważył Papież. Zwrócił uwagę że to młodzież jest najbardziej narażona na złudzenie, że sieć społecznościowa może całkowicie zaspokoić człowieka na poziomie relacji, aż po niebezpieczne zjawisko młodych „pustelników społecznościowych”, którym grozi całkowite odcięcie się od społeczeństwa. „Ta dramatyczna dynamika ukazuje poważny rozłam w strukturze relacyjnej społeczeństwa, rozdarcie, którego nie możemy lekceważyć”. Mówiąc w uproszczeniu, cały kłopot w tym, że dominujące dzisiaj w życiu miliardów ludzi serwisy są skutecznym narzędziem tworzenia społeczności, jednak nie nadają się do tworzenia wspólnot. Tymczasem istotą Kościoła jest wspólnotowość.

 

Tęsknota za wspólnotą

 

Kościół jest wspólnotą ludzi połączonych wiarą. To coś więcej niż społeczność czy grupa konstruowana wokół wspólnych poglądów, zainteresowań, wrażliwości itp. Dlatego pytanie, przed którym stanął Kościół w związku z wszechobecnością serwisów społecznościowych, brzmi: „Jak odnaleźć prawdziwą tożsamość wspólnotową, będąc świadomym odpowiedzialności, jaką mamy wobec siebie nawzajem, także w sieci online?”. Znalazło się ono w papieskim orędziu. To ważne, gdyż, jak przypomniał Franciszek, zawsze nosimy w sercu tęsknotę za życiem w komunii, pragnienie przynależności do wspólnoty. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, który jest „komunią i przekazem samego siebie”. Prawdziwa wspólnota wymaga bezpośrednich relacji między osobami. Wszelkie relacje w globalnej sieci są zapośredniczone. Istotą przynależności do wspólnoty jest spotkanie. W Internecie spotkanie w dotychczasowym rozumieniu tego słowa (twarzą w twarz) jest niemożliwe. Jednak powszechność sieciowych relacji międzyludzkich zdaje się wskazywać, że może dojść do redefinicji spotkania w świadomości ogromnej części ludzi na świecie. Trudno dzisiaj przewidzieć, jak wpłynie na funkcjonowanie Kościoła i sposób wypełniania jego ewangelizacyjnej misji.

 

W orędziu Franciszka pojawiają się pewne sugestie dotyczące tej kwestii. Papież stwierdził, że jeśli wspólnota kościelna koordynuje swoją działalność poprzez sieć, a następnie wspólnie sprawuje Eucharystię, „to jest ona bogactwem”. Tak samo, jak wtedy, gdy Internet jest szansą, by przybliżyć człowieka do dziejów i doświadczeń piękna lub cierpienia fizycznie od niego dalekich, do wspólnej modlitwy i szukania dobra w ponownym odkryciu tego, co nas łączy.

 

W ten sposób możemy przejść od diagnozy do terapii: otwierając drogę do dialogu, spotkania, uśmiechu, wyrazów czułości… To jest sieć, której chcemy. Sieć, która nie jest stworzona, by pochwycić w pułapkę, ale aby wyzwalać, aby strzec wspólnoty wolnych osób” – napisał Franciszek. Na ile jest to możliwe w obecnie funkcjonujących serwisach społecznościowych? Czas pokaże.

 

ks. Artur Stopka

Wystawa „Za naszą i waszą wolność … Sojusz polsko-ukraiński 1920 roku…”

Fundacja Wolność i Demokracja oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zapraszają na wystawę „Za naszą i waszą wolność … Sojusz polsko-ukraiński 1920 roku. Pamięć w stulecie zawarcia umowy warszawskiej”. Oglądać ją można przed Domem Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

 

Inauguracja wystawy odbyła się we wtorek , 15 października z udziałem prezesa Fundacji Wolność i Demokracja Roberta Czyżewskiego oraz prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego (na zdjęciu).

 

Ekspozycja upamiętnia jeden z ważniejszych sojuszy, jakie II Rzeczpospolita zawarła podczas dwudziestolecia międzywojennego.

 

Sojusz podpisany 21 kwietnia 1920 roku formalizował zawarte jeszcze w grudniu 1919 r. tajne porozumienie i umożliwił dalszą, wspólną walkę z bolszewikami. Polska uznała wówczas Ukraińską Republikę Ludową i Dyrektoriat jako rząd Ukrainy, a także zobowiązywała się do działań na rzecz jego uznania  przez państwa europejskie.   Bezpośrednim następstwem sojuszu była podjęta 25 kwietnia 1920 roku ofensywa przeciwko bolszewikom, zwana również wyprawą kijowską.  Armia ukraińska  walczyła u boku Wojska Polskiego również w dniach największego zagrożenia  dla naszego kraju, będąc jedynym liczącym się sojusznikiem w wojnie z bolszewikami.

 

Na szesnastu planszach  ukazane zostały skomplikowane  losy współpracy polityczno-wojskowej Marszałka Józefa Piłsudskiego i Atamana Głównego Symona Petlury.

 

Wystawę można oglądać do 14 listopada 2019 r. przed siedzibą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

 

 

Projekt współfinansowany przez Narodowe Centrum Kultury w ramach programu „Kultura – interwencje”.

 

TVP nie dominuje na rynku mediów – komentarz WOJCIECHA POKORY do opinii OBWE

Obserwatorzy OBWE słusznie oburzają się na stronniczość mediów i nietolerancję w Polsce. Mam nadzieję, że rzetelnie zbiorą wszystkie te przypadki i dokładnie – w duchu tolerancji – je opiszą, do czego w swoim apelu zachęca CMWP.

 

Obserwatorzy OBWE na konferencji prasowej 14 października b.r. w Warszawie przedstawili wstępne opinie do Raportu nt. przebiegu wyborów 2019 w Polsce. Znalazło się w nich twierdzenie, jakoby wybory parlamentarne zakłócała „narracja nietolerancji” oraz „stronniczość mediów szczególnie publicznych”. Międzynarodowi obserwatorzy OBWE stwierdzili jednoznacznie, iż „obywatele przekraczając próg lokali wyborczych, mieli wiele opcji, lecz ich zdolność dokonania wyboru w oparciu o dostępne informacje była pomniejszona poprzez stronniczość mediów, przede wszystkim nadawcy publicznego” oraz że „czołowi politycy używali (w kampanii wyborczej – przyp. red.) narracji dyskryminacyjnej, co budzi poważne obawy w społeczeństwie demokratycznym”.

 

No to zobaczmy, kto w ostatnim miesiącu, gdy kampania nabrała rozpędu, odpowiada w głównej mierze za nastroje społeczne. Liczby są bezwzględne. W programach publicystycznych w swoim paśmie emisji króluje magazyn Moniki Olejnik:

 

„Nowy sezon programu „Kropka nad i” ogląda średnio 590 tys. widzów. TVN24 w paśmie emisji magazynu Moniki Olejnik jest liderem oglądalności wśród stacji newsowych – wynika z raportu Wirtualnemedia.pl.

 

Jak wygląda sytuacja w wieczornym paśmie programów informacyjnych? Popatrzmy:

 

„Fakty” TVN i TVN24 BiS we wrześniu 2019 roku oglądało średnio 2,90 mln widzów, co zapewniło tym stacjom 23,82 proc. udziału w rynku telewizyjnym. W porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej serwis zyskał 8,47 proc. widzów, czyli 227 tys. oglądających, a jego udział wzrósł z 22,67 proc. – wynika z danych Nielsen Audience Measurement, opracowanych przez portal Wirtualnemedia.pl.

Drugie były „Wiadomości” TVP1 i TVP Info. Widownia tego dziennika zwiększyła się najbardziej w zestawieniu – o 12,76 proc. (310 tys. osób) do 2,74 mln oglądających. Udział „Wiadomości” w rynku wzrósł z 18,37 proc. do 20,38 proc.

Oczko niżej znalazły się „Wydarzenia” Polsatu i Polsatu News. Widownia tego dziennika wyniosła 1,97 mln osób, po wzroście o 1,50 proc. (29 tys. widzów). Średnia widownia „Wydarzeń” na głównej antenie wyniosła 1,83 mln osób, a w Polsacie News było to 141 tys.

Wychodzi na to, że jednak wieczorem TVP ze swoim przekazem trafia do mniejszej liczby widzów, niż TVN i Polsat. Nie znam sytuacji zakłócania sygnału innych stacji na multipleksach, TVP nie dominuje na rynku nadawców. Nie ma już w Polsce miejsc, gdzie dociera jedynie sygnał TVP, a brakuje Polsatu czy TVN-u.  Zatem nie rozumiem stwierdzenia, że przede wszystkim stronniczość mediów publicznych wpłynęła na wynik wyborów. Myślę, że wpłynęła na ten wynik w podobnym stopniu, co nadawców prywatnych. A licząc sam udział w rynku, w mniejszym.

 

Przypomnę o jeszcze jednym czynniku, który mógł wpłynąć na zdolność dokonywania wyboru z winy mediów, ze względu na ich stronniczość. Kilka cytatów:

 

Zły stan służby zdrowia, w szkole strajki zamiast lekcji, rosnące ceny żywności czy propaganda państwowych mediów – m.in. o tym można przeczytać w „Gazecie Przedwyborczej”. To ośmiostronicowy raport redakcji „Gazety Wyborczej”, który podsumowuje ostatnie cztery lata rządów oraz przewiduje możliwe konsekwencje dla Polski zbliżającego się głosowania na posłów i senatorów. Milion egzemplarzy „Gazety Przedwyborczej” będzie dystrybuowanych do 11 października br., czyli do ostatniego dnia przed ciszą wyborczą, w ponad 100 polskich miejscowościach. – powyższy cytat pochodzi z portalu olsztyn.wyborcza.pl.

 

Wirtualnemedia.pl natomiast zrobiły zestawienie na temat oferty medialnej Agory przed wyborami:

 

W związku z wyborami parlamentarnymi „Gazeta Wyborcza” przygotowała swoje specjalne wydanie – 8-stronicową „Gazetę Przedwyborczą”. Będzie ona rozdawana do piątku w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców. Wydrukowano 1 mln egz.

 

Do weekendowego numeru „GW” dołączony zostanie dodatek „Władza” zredagowany wspólnie z „New York Timesem”.

 

Natomiast w zeszłym tygodniu z „Wyborczą” ukazały się kolejne „Czarne Księgi PiS”krytycznym tonie opisujące obecną władzę: „Czarna księga PiSancjum” i „Czarna księga niszczenia klimatu”.

 

Od tygodnia „Gazeta Wyborcza” prowadzi kampanię pod hasłem „Masz dość? Nadszedł czas wyborów” zachęcającą do udziału w wyborach. W rysunkowych spotach dyskryminowane osoby zdecydowanie mówią, że mają dosyć obecnych rządów.

 

Tak, obserwatorzy OBWE słusznie oburzają się na stronniczość mediów i nietolerancję w Polsce. Mam nadzieję, że rzetelnie zbiorą wszystkie te przypadki i dokładnie – w duchu tolerancji – je opiszą, do czego w swoim apelu zachęca CMWP.

 

Wojciech Pokora

 

 

 

 

Apel do OBWE o większy obiektywizm w Raporcie na temat przebiegu wyborów do Sejmu i Senatu

CMWP SDP z ogromnym zaniepokojeniem przyjmuje wstępne informacje międzynarodowych obserwatorów OBWE na temat wyborów do Sejmu i Senatu w Polsce z 13. października b.r. i apeluje o większy obiektywizm i rzetelność przy sporządzaniu Raportu na temat przebiegu Wyborów 2019 w Polsce. Raport ma być przedstawiony międzynarodowej opinii publicznej w połowie grudnia. 

 

Obserwatorzy OBWE na konferencji prasowej 14 października b.r. w Warszawie przedstawili wstępne opinie do w/w Raportu. Znalazło się w nich twierdzenie, jakoby wybory parlamentarne w Polsce zakłócała „narracja nietolerancji” oraz „stronniczość mediów szczególnie publicznych” . Międzynarodowi obserwatorzy OBWE stwierdzili jednoznacznie, iż cyt. obywatele przekraczając próg lokali wyborczych, mieli wiele opcji, lecz ich zdolność dokonania wyboru w oparciu o dostępne informacje była pomniejszona poprzez stronniczość mediów, przede wszystkim nadawcy publicznego oraz że czołowi politycy używali (w kampanii wyborczej – przyp. red.) narracji dyskryminacyjnej, co budzi poważne obawy w społeczeństwie demokratycznym .

 

 W ocenie CMWP SDP są to oceny powierzchowne i krzywdzące zarówno dla polskich polityków, jak i dziennikarzy, oraz dla mediów funkcjonujących w Polsce, ponieważ przedstawiają wypaczony obraz przebiegu kampanii wyborczej w wyborach do Sejmu i Senatu 2019. W ocenie CMWP SDP kampania ta odbyła się bez poważnych zakłóceń i zgodnie z procedurą i przebiegiem charakterystycznym dla każdego demokratycznego kraju. Krytykowana przez obserwatorów OBWE polaryzacja polityczna podmiotów medialnych w Polsce dotyczy nie tylko mediów publicznych, ale także prywatnych, szczególnie tzw. mainstreamowych czyli tych które mają największe audytorium wśród odbiorców. Polaryzacja ta jest skutkiem patologii złożonego procesu transformacji rynku mediów po obaleniu ustroju komunistycznego po 1989 r. i wykluczenia przez wiele lat sporej części społeczeństwa przede wszystkim o prawicowych, konserwatywnych, katolickich poglądach z dostępu do środków masowego komunikowania. Przy sporządzaniu aktualnej oceny programowej mediów publicznych w Polsce konieczne jest więc uwzględnienie tego, iż są one główną przeciwwagą dla liberalnych i lewicowych treści prezentowanych praktycznie we wszystkich mediach prywatnych.

 

Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE powołało Ograniczoną Misję Obserwacji Wyborów w Polsce 10 września 2019 r. Misja będzie kontynuowana do 22 października. Raport końcowy OBWE ma być gotowy za dwa miesiące. Krótkoterminowa Misja Obserwacyjna Wyborów Parlamentarnych składa się z 10 ekspertów OBWE stacjonujących w Warszawie oraz 10 obserwatorów rozmieszczonych na czas kampanii i wyborów w różnych częściach Polski.

 

Ustalenia z obserwacji i wnioski obserwatorów OBWE zawierać będą ocenę, czy sposób przeprowadzenia wyborów parlamentarnych był zgodny z obowiązkami Polski jako państwa członkowskiego OBWE oraz z innymi międzynarodowymi zobowiązaniami i standardami, a także ustawodawstwem krajowym.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa 15 października 2019 r.

Czas by zniknął – JAROSŁAW WARZECHA o art.212 kk

§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,
podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

 

To oczywiście treść słynnego i haniebnego w polskim prawie artykułu 212 KK. Artykułu godnego czasów stalinowskich i stamtąd się ideowo wywodzącego. Nie trzeba być prawnikiem, by spytać – kto jest władny ocenić czy oskarżony naraził czy nie naraził pokrzywdzonego na „utratę zaufania potrzebnego…”? Oczywiście sąd jest w stanie. A wedle jakich kryteriów proszę wysokiego sądu? Boskich? Własnych? A na jakich podstawach zweryfikowanych? Odkąd dokąd rozciąga się zakres utraty zaufania w opinii publicznej? Czyjej opinii? Powszechnej? Czy tylko grupowej?

 

Artykuł na zamówienie? Bo zależy kto zamawia i co ma za plecami? Ja oczywiście głęboko wierzę w absolutną niedyspozycyjność wysokiego sądu, absolutną uczciwość, absolutną odporność na różne naciski. Ja wierzę. Ale czy tak wrażliwa sfera jak prawo pisane powinna się opierać na wierze? Czy też wiarę powinno się raczej stosować do sfery eschatologii?

 

W maju tego roku artykuł został jeszcze zaostrzony. Nie będę się tu wdawał w szczegóły i rozważania czy tzw. „fałszywe dowody” tego wymagały czy były tylko pretekstem do większego kneblowania swobody wypowiedzi. I trudno uwierzyć w zapewnienia ówczesnego wiceministra sprawiedliwości, że to zaostrzenie nie będzie tyczyło dziennikarzy. Praktyka pokazuje nie raz i nie dwa, że jak będzie trzeba to będzie tyczyło.

 

Dyskusja, że haniebny artykuł 212 KK powinien być dawno zniesiony trwa nieprzerwanie od lat. Kolejna władza dochodząc do władzy zapewnia, że tym razem to z pewnością tak. W 2015 roku takie zapewnienia też były, a 212 ma się jak najlepiej i służy także tym, którym w imię choćby racji stanu państwa polskiego służyć nie powinien. Także tym.

 

Powyborczy kurz opada. Początek nowej kadencji. Dobry czas, by artykuł 212 KK odszedł w niebyt. Teraz. Na początku. Bo za chwilę będzie jak zwykle, jak zwykle od lat bywa.

 

Jarosław Warzecha

Noblistka Olga Tokarczuk promuje Polskę? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

  • Większość mediów w Polsce zachwyciła się, gdy 10 października 2019 r. Olga Tokarczuk została ogłoszona laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 2018 rok, „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Czy ten – przepraszam za słowo – bełkot – nie powoduje Państwa dreszczy? Dużo poważniejsze pytanie brzmi: Czy owa „wyobraźnia narracyjna” i „encyklopedyczna pasja” dopuszczają też kłamstwa o Polsce? Bo kalanie swojego gniazda nie powinno być nagradzane, ale piętnowane.

 

(Post)komunistyczna strona Polityka.pl radowała się: „Wielkie święto dla polskiej literatury – Olga Tokarczuk otrzymała Nobla, najważniejsze wyróżnienie dla pisarza na świecie.”

 

Wyborcza.pl cytowała opinie światowej prasy: „Większość mediów zwraca uwagę na kontrowersje związane z przyznaniem Nobla Peterowi Handkemu, za to nie ma wątpliwości, że Nobel należał się Oldze Tokarczuk jak mało komu”.

 

Czy na pewno?

 

„Odwaga mówienia”

 

Nawet media lokujące się po prawej stronie polskiej sceny zapomniały o pewnej wypowiedzi:

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. Takie bzdury opowiadała Olga Tokarczuk w 2015 r. w TVP, po zdobyciu Literackiej Nagrody Nike, ufundowanej przez „Gazetę Wyborczą”. Nieoceniony Adam Michnik chwalił laureatkę za „odwagę mówienia o sprawach trudnych, często bolesnych„.

 

Organ Michnika wpisał się tym samym w kampanię nienawiści, którą od lat prowadzi paszkwilant Jan Tomasz Gross, czy przejmujący od niego antypolską pałeczką inny Jan: Grabowski. Do owych spraw „bolesnych” ta sama „Wyborcza” podchodzi jednak wybiórczo. Inną miarę przykłada bowiem do Żołnierzy Wyklętych, inną do mordujących ich komunistów. Tu „odwagi mówienia” jakoś brakuje.

 

Media i samorządy

 

Ale wracając do p. Tokarczuk i jej bluzgów na Polaków: rzekomych kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów. Czy nie są to – poprzez zastosowanie krzywdzącego uogólnienia – kłamstwa historyczne? Próba zastosowania odpowiedzialności zbiorowej? W końcu: czy to rzeczywiście promocja Polski i Polaków – jak komentują Nobla dla Tokarczuk polit-poprawne media – czy raczej mowa nienawiści wobec Polski i Polaków, będąca podstawą odpychającej i nagannej postawy antypolonizmu?

 

Bo taka postawa nie tylko wyklucza ze wspólnoty, odbiera prawo do reprezentowania tej wspólnoty, nie tylko stawia jej wyrazicieli po stronie zaborców i okupantów Polski, ale powinna być z mocy prawa ścigana.

 

Olgę Tokarczuk od lat promują liberalno-lewicowe, „postępowe” środowiska krajowe i międzynarodowe. To polit-poprawne grono „wzbogaciła” przed laty Rada Miejska w Nowej Rudzie, honorując autorkę, a nawet broniąc ją przez wymyślonym hejtem. Teraz do grona apologetów laureatki Nike dołączyła przed momentem Rada Powiatu Kłodzkiego. Przy sprzeciwie przedstawicieli PiS postanowiła nadać arcy-kontrowersyjnej pisarce odznakę „Zasłużony dla Powiatu Kłodzkiego”.

 

Historia pisana na nowo

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. I tylko nieliczni dziennikarze prawicy pamiętali o tych słowach z okazji Nobla. Na łamach portalu wPolityce.pl. Witold Gadowski w wywiadzie mówił: „Szwedzka Akademia ma pewne preferencje ideologiczne” i dodawał: „Czy pani Tokarczuk ma pozytywny wpływ na popularyzację Polski? Nie sądzę”.

 

Na tym samym portalu Marzena Nykiel napisała: „Taka wizja Polski podoba się światu! Taka jest promowana i nagradzana najwyższymi nagrodami. Nobel literacki dla Olgi Tokarczuk wpisuje się w ten nurt. Z międzynarodowym mandatem będzie mogła sprawniej pisać naszą historię na nowo, jako kraju kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów„.

 

Red. Nykiel przypomniała również, że Olga Tokarczuk brała udział w Strajku Kobiet i Czarnych Marszach organizowanych przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego. A w zakończonych właśnie wyborach do parlamentu agitowała, żeby głosować za demokracją, a nie autorytaryzmem.

 

Tadeusz Płużański

Dziennikarstwo sprzyja nałogom – rozmowa z SZYMONEM BARTNICKIM, byłym dziennikarzem sportowym

Dziennikarze mają swoje problemy, słabości i kompleksy. Internet sprawia, że kontakt z czytelnikami jest bliższy i szybszy. Dziennikarze muszą się z tym zmagać. Nie wszyscy dają radę… – mówi Szymon Bartnicki, były dziennikarz sportowy, hazardzista w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Z dziennikarstwa, które było Twoją pasją trafiłeś do ośrodka  leczenia uzależnień. Kiedy wyszło na jaw, że próbowałeś pożyczać od piłkarzy pieniądze na obstawianie zakładów bukmacherskich, straciłeś pracę w portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Bliscy dowiedzieli się, że jesteś nałogowym hazardzistą i trafiłeś na leczenie do ośrodka w Starych Juchach. Nie masz wrażenia, że znalazłeś się w piekle?

 

Przez chwilę miałem wrażenie, że jestem w piekle i nic już nie ma sensu. Doszedłem do momentu, w którym straciłem chęć do życia. Przez dziesięć lat obstawiania zakładów bukmacherskich, pożyczania pieniędzy na grę, spłacania długów hazardowych z wygranych nagle nie miałem już pieniędzy ani na spłatę zobowiązań, ani na obstawienie nowych zakładów, z których ewentualna wygrana mogłaby umożliwić spłatę chociaż części długów. Pokryło się to w czasie z utratą pracy. Nagle coś, co funkcjonowało przez lata, przestało działać. Starałem się, aby bliscy nie dowiedzieli się o moim nałogu. Przerażała mnie wizja odejścia narzeczonej i odtrącenia przez rodziców. Czułem gigantyczny strach, który przeradzał się w żal do losu i w zobojętnienie. Wracałem z miasta do domu i płakałem. Chciałem najeść się tabletek i skończyć ze sobą, ale brakowało mi odwagi. Tchórzostwo uchroniło mnie przed zrobieniem sobie krzywdy. Ale jednocześnie pogłębiło problemy, bo ze strachu przed reakcją bliskich kombinowałem dalej, zamiast przyznać się do moich problemów.

 

Na czym te kombinacje polegały?

Na ciągłych kłamstwach, na pożyczaniu pieniędzy… Brałem pożyczki na obstawianie zakładów bukmacherskich, by wygrać na spłatę poprzednich. Jeżeli zobowiązania były uregulowane i tak brałem nowe pożyczki na dalszą grę. To było zamknięte koło. Spirala długu nakręcała się.

 

Policzyłeś, ile przegrałeś pieniędzy?

 

Wiem, jakie długi miałem przed pójściem do ośrodka leczenia uzależnień i jaki był ich stan po wyjściu i w późniejszym czasie. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć ile przez te lata przegrałem. Nie zwracałem na to uwagi. Przegrana najczęściej była po prostu motywacją do odegrania się, do zagrania za większą stawkę. Kiedy byłem w „ciągu”, potrafiłem brać kilka chwilówek dziennie po kilka tysięcy złotych i przeznaczyć je na grę. Przerzucałem środki na konto bukmachera, rozmnażałem, wpłacałem do banku  i spłacałem pożyczki. Ruch na koncie był tak duży, że nawet gdybym dzisiaj wyznaczył sobie za cel policzenie przegranej sumy, nie byłbym w stanie tego zrobić. Pierwszy kredyt bankowy otrzymałem nie ze względu na wysokość pensji, ale z uwagi na duże obroty na koncie. Obracałem tak znaczącymi kwotami, że bank przyznał mi kredyt na oświadczenie. Na początku były to tylko pieniądze z wygranych. Później głównie z różnego rodzaju pożyczek. To jednak nie pieniądze były największą stratą.

 

A co?

 

Straciłem wiele relacji z bliskimi. Większość z nich pozostała przy mnie, ale wiele chwil uciekło albo nie minęły tak, jak powinny. Wielokrotnie odmawiałem spędzania czasu z nimi, bo obstawiałem zakłady bukmacherskie. Boli mnie dziś to bardzo, bo niejednokrotnie nie było mnie, mimo że byłem im naprawdę potrzebny.

 

Skoro byłeś w stanie spłacić pięciocyfrową kwotę musiałeś dużo wygrywać.

 

Ale co z tego? Prędzej, czy później to przegrywałem i musiałem ratować się pożyczkami.

 

Także u piłkarzy, o których pisałeś i robiłeś wywiady. Co powiedziałeś zawodnikom, od których próbowałeś pożyczać pieniądze? Przyznałeś się, że potrzebujesz pieniędzy na spłacanie długów hazardowych? Mówiłeś im, że obstawiasz zakłady bukmacherskie?

 

 

Nie u wszystkich piłkarzy, lecz kilku, których uważałem za dobrych kumpli. Wierzyłem, że kiedy będę musiał ratować swoje życie, mogę zwrócić się do nich, a sytuacja w której się znalazłem była dla mnie właśnie czymś w rodzaju walki o życie. Dziś wiem, że nie powinienem w taki sposób walczyć o swoje życie, ale wtedy najważniejsze było dla mnie to, by przetrwać i utrzymać tajemnicę moich problemów przed najbliższymi. Zwracając się do piłkarzy przedstawiłem problem bardzo dokładnie, z tym, że w wersji przeznaczonej dla nich, problem dotyczył mojego młodszego brata, którego chcę ratować. Wstydzić się za to będę do końca życia.

 

Przez to temat Twojego hazardu wyszedł na jaw. Po tym, jak Twój pracodawca dowiedział się, że próbowałeś zdobyć pieniądze u piłkarzy zostałeś zwolniony z portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Możesz opowiedzieć o kulisach tej sprawy? Jak prawda wyszła na jaw? Zawodnicy poinformowali PZPN? Z tego, co pamiętam Twoje zwolnienie było dość dramatyczne. Wyszedłeś na chwilę z pracy, jak wracałeś, karta dostępu do drzwi już nie działała. Później poinformowano Cię o zwolnieniu i jego powodach.

 

Do końca nie wiem, jak pracodawca dowiedział się o sprawie. Usłyszałem, że zostaję zwolniony za usiłowanie pożyczania pieniędzy od piłkarzy. Mieli też zastrzeżenia do mojej pracy… Nie wiem, jak się dowiedzieli. Od osób trzecich słyszałem, że jeden z młodych piłkarzy chciał mi pożyczyć pieniądze, ale darzy dużym zaufaniem swojego menedżera i zapytał go, co ma zrobić. Podobno menadżer przekazał informację dalej. Nie ma znaczenia, jak wiadomość dotarła do mojej pracy. Nie mam o to do nikogo pretensji. Utrata pracy sprawiła, że zacząłem się leczyć i wychodzić z nałogu. Być może gdybym nie stracił pracy, dalej bym się „ślizgał”, pożyczałbym pieniądze i obstawiał zakłady. Może wpakowałbym się w jeszcze większe kłopoty, z których bym już nie wyszedł? Nie wiem, co by  było. Trudno mi o tym myśleć.

 

Jakie mógłbyś mieć jeszcze większe kłopoty?

 

Nie wiem. Może mógłbym się choćby zabić? Byłem wrakiem emocjonalnym. Nie miałem żadnego punktu zaczepienia, który pozwoliłby mi spojrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem. Wiara w lepszą przyszłość pojawiła się dopiero podczas pobytu w ośrodku leczenia uzależnień.

 

Ale mówiłeś, że brakowało Ci odwagi, żeby popełnić samobójstwo.

 

Ale może nabrałbym odwagi? Nie wiem. Boję się myśleć o tym, co by było.  Cieszę się, że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło.

 

Ciągłe kombinowanie, żeby bliscy nie dowiedzieli się o Twoich problemach, doprowadziło do stworzenia struktury kłamstwa.

 

Niemal całe moje życie było kłamstwem.

 

Od czego to się zaczęło? Od małych krętactw czy od razu od dużego kłamstwa?

 

Od małych kłamstw. Kiedy zacząłem obstawiać mecze piłkarskie miałem 16 lat. Zacząłem grać za pieniądze z kieszonkowego. Rodzice o niczym nie wiedzieli. Gdy przegrałem pieniądze  otrzymane na internat musiałem kombinować, jak je odzyskać. Namówiłem babcię na pożyczkę z Providenta. Kłamstwa nawarstwiały się. Obnosiłem się z wygranymi wśród kolegów, o przegranych milczałem. Przykład: faworyt przegrał mecz. Następnego dnia koledzy pytali, czy obstawiłem ten mecz. Skłamałem. Łgarstw było tak dużo, że kiedy przypominam sobie konkretne sytuacje, nie wiem, co wydarzyło się naprawdę. Później przyszły większe kłamstwa, bo i problemy były poważniejsze. W moim życiu wszystko było łgarstwem poza głębokim uczuciem do narzeczonej i rodziny. Niestety, ich też okłamywałem.

 

Bo obiecywałeś, że nie będziesz grał i nie dotrzymywałeś słowa?

 

Kiedy potknęła mi się noga i bliscy przez przypadek dowiadywali się o moim problemie, deklarowałem zmianę życia. Ale okazywało się to kłamstwem, bo szczera chęć zmiany przegrywała z uzależnieniem. Mechanizmy nałogu powodowały, że wracałem do grania. Wychodziłem z narzeczoną do restauracji. Ona była przekonana, że otrzymałem wypłatę i możemy sobie pozwolić na wyjście. W rzeczywistości miałem na koncie tylko kilkadziesiąt złotych, patrząc na to, co zamówiła, musiałem tak dobierać zamówienie, żeby zmieścić w tej kwocie. A wracając do domu wieczorem pożyczałem pieniądze przez internet albo brałem chwilówkę. Często tak się działo. Kłamstw było wiele. Nie sposób ich zliczyć.

 

Jak narzeczona dowiedziała się, że jesteś uzależniony od hazardu?

 

Siedzieliśmy w domu i akurat zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz i  zacząłem się trząść. Dzwonili z windykacji. Odebrałem, ale powiedziałem: pomyłka i rozłączyłem się. Widząc  moją reakcję wiedziała, że kłamię. Zapytała, o co chodzi. Powiedziałem prawdę, bo nie miałem już siły kłamać.

 

Co powiedziała?

 

Spodziewałem się, że spakuje się i wyprowadzi. Przestraszyła się, płakała, ale  powiedziała, że chce być ze mną i pomóc mi pod pewnymi warunkami. Skontaktowała się z naszym wspólnym znajomym, który był hazardzistą.

 

I dziennikarzem sportowym?

 

Tak. Przeszedł leczenie, nie gra i nawet dalej pracuje w zawodzie.

 

Pomógł Ci?

 

Powiedział, że jeżeli chcę żyć, muszę się leczyć. Okazał się moim aniołem stróżem, bo to, że narzeczona zadeklarowała mi pełne wsparcie nie oznaczało końca problemów. Oczywiście czułem pewną ulgę, bo strach przed jej utratą minął, ale nadal nie wiedziałem, co mam począć ze swoim życiem. Znajomy czuwał nade mną do momentu kiedy pojechałem do ośrodka leczenia uzależnień. Słowa, które mi wtedy powiedział – jeżeli  chcesz żyć, musisz się leczyć – do dziś powtarzam czytelnikom mojego bloga i ich rodzinom. To zdanie tak mocno wstrząsnęły moją wyobraźnią, że zacząłem się leczyć. Lepszej decyzji nie mogłem podjąć.

 

Co się działo w ośrodku leczenia uzależnień w Starych Juchach?

 

Wiedziałem, że muszę tam jechać, ale bałem się. Myślałem: o to ja, „wielki pan redaktor” jedzie do miejsca, gdzie spotka żuli z okolicznych dworców. Bardzo się pomyliłem. Ośrodek w Starych Juchach wygląda jak dom wczasowy. Kiedy tam dotarłem, stały pod nim luksusowe samochody. Myślałem, że GPS mnie źle poprowadził. Żadnych żuli w ośrodku nie było, spotkałem  natomiast chirurga i lokalnego polityka. Miałem huśtawki nastrojów, od rozluźnienia i całkowitego relaksu po zjazd emocjonalny. Już w drugim czy trzecim dniu pobytu na papierosie żartowałem z innymi osobami będącymi w ośrodku. Pomyślałem: coś jest nie tak, czuję się, jakbym był na wczasach, a przecież mam szalone problemy. Wewnętrzny spokój przyszedł, bo nie musiałem już udawać. Byłem wśród ludzi, którzy znali prawdę o mnie i akceptowali ją. Na drugi dzień rano czułem się już bardzo źle. Miałem świadomość, że za chwilę są święta Bożego Narodzenia, a ja jestem sam w ośrodku na Mazurach i nie spędzę tego czasu z narzeczoną i z rodziną. Nakręcałem się. Myślałem: kto normalny jedzie zimą na Mazury?

 

Na czym polegała terapia?

 

To potężna praca na emocjach. Na przykład pisaliśmy, a później czytaliśmy w gronie innych pacjentów prace na temat swoich uzależnień. Widziałem dwumetrowego, dobrze zbudowanego żołnierza, który opowiadał o swoim nałogu i płakał. Za chwilę szliśmy na papierosa i potrafiliśmy żartować z tego, co nam dolega. Potem łapałem się na myśleniu, że nie traktuję pobytu w ośrodku poważnie i zacząłem odczuwać agresję. W ośrodku prowadzono pracę na naszej psychice. Uzależnienie jest chorobą psychiczną, wpływa na mózg i nasze myślenie. Na terapii dowiedziałem się, że hazard miał ogromny wpływ na moją świadomość. Miałem zaburzone poczucie własnej wartości, robiłem z drobnej rzeczy, która mogła, ale nie musiała się wydarzyć, osobistą tragedię. Teraz się śmieję, kiedy przypomnę sobie, jakie horrory byłem w stanie wymyśleć z pierdół. Ale były też odwrotne sytuacje. Drobne pozytywne zdarzenie sprawiało, że wsiadałem w rakietę o nazwie optymizm i leciałem w kosmos. W walce z każdym nałogiem najważniejsza jest praca nad własną świadomością i umiejętność radzenia sobie z emocjami. Jedni myśleli, że radzą sobie z własnymi emocjami pijąc alkohol, inni biorąc narkotyki, a ja robiłem to przez hazard. Wszyscy byliśmy w błędzie. W ośrodku spędziłem 8 tygodni. Trudnych, ale niezwykle pożytecznych.

 

Co się zmieniło po opuszczeniu ośrodka? Jak wygląda obecnie Twoje życie?

 

(Chwila milczenia). Cały czas wszystko się zmienia. Przede wszystkim zmienia się moja świadomość. Przewartościowałem swoje życie. Kiedyś uważałem, że praca, kariera i pieniądze są sensem życia. Teraz, kiedy powinienem jeszcze bardziej martwić się o finanse z racji wieku czy z powodu konsekwencji mojego uzależnienia, najważniejsze jest dla mnie spędzanie czasu z bliskimi. Udział w gonitwie za karierą i pieniędzmi, w której jeszcze niedawno uczestniczyłem niszczyła mnie. Dziś potrafię cieszyć się z rzeczy, które nazywane są małymi. Cieszę się, że wstałem, że ukochana osoba jest przy mnie, że jestem zdrowy. Czy słusznie te rzeczy nazywane są małymi? Ale czy ktoś  oddałby ukochaną osobę za pracę? Efektem terapii jest zrozumienie, że są to niezwykle ważne rzeczy. Dzięki terapii osiągnąłem większy spokój niż kiedy pisałem o piłce nożnej. Chciałem wówczas by znajomi ze szkoły średniej mi zazdrościli, że od początku studiów pracowałem w zawodzie, bywałem na meczach, rozmawiałem i przebywałem z piłkarzami. Robiłem, co lubiłem i jeszcze miałem z tego pieniądze. Jednak momentów, w których naprawdę cieszyłem się z pracy dziennikarskiej było niewiele.

 

Wielu dziennikarzy sportowych jest uzależnionych od zakładów bukmacherskich?

 

Sporo osób gra. A czy są uzależnieni? Pierwszą oznaką uzależnienia jest utrata kontroli nad graniem. Nie jestem w stanie ocenić, czy osoba grająca ma kontrolę nad tym, co robi. Słyszy się czasem historie na temat jednego czy drugiego dziennikarza, którzy obstawiają zakłady bukmacherskie i mają z tym problem. Są też dziennikarze, którzy miewają problemy z innymi uzależnieniami. Jeden z kolegów pracujących w zawodzie powiedział mi ciekawą rzecz: mając bliskie relacje zawodowe z piłkarzami odczuwamy potrzebę, żeby  żyć jak oni. Wiemy, ile zarabiają i jak dużo wydają, widzimy, jakimi samochodami jeżdżą i jak się ubierają. Gdzieś w podświadomości rodzi się potrzeba dostosowania się do nich. Drugą kwestią, która powoduje uzależnienia wśród dziennikarzy sportowych jest stres i wysiłek, jaki towarzyszy pracy. Najlepsi  dziennikarze nie są dlatego najlepsi, bo się tacy urodzili, ale dlatego, że poświęcają mnóstwo czasu na pracę. Nawet jeżeli nie są w pracy, komentują wydarzenia piłkarskie na Twitterze, który jest wyjątkowo trudnym forum wymiany opinii.

 

Ze względu na szybkość reakcji?

 

Na Twitterze można bardzo szybko i łatwo narazić się na krytykę. Każdy może popełnić błąd w tekście, np. myląc się w nazwisku piłkarza czy dokonując przejęzyczenia. Taka wpadka zostanie błyskawicznie zauważona i spotka się z krytyką. Nie każdy sobie z tym radzi.

 

Twój nałóg rozwinął się i pogłębił dzięki wykonywanemu zawodowi?

 

Nie, rozwinął się zanim zostałem dziennikarzem. Zacząłem obstawiać zakłady bukmacherskie już w pierwszej klasie szkoły średniej, kiedy trafiłem do szkoły z internatem. Szybko zdobyłem gazetkę z typami i kursami. Wpadłem w nałóg niemal od razu. Błyskawicznie się tym zachłysnąłem, bo zacząłem wygrywać pieniądze. Zwycięstwa spotęgowały nieuzasadniony optymizm. Snułem wizje dostatniego życia z wygranych z hazardu. Kiedy przyjeżdżałem na studia do Warszawy i rozpoczynałem pracę w tygodniku „Piłka Nożna” byłem już mocno uzależniony od bukmacherki. Moja praca nie pogłębiła nałogu, miałem jednak większe możliwość zdobycia informacji. Gdybym nie pracował jako dziennikarz i tak raczej bym grał.

 

Kiedy zrobiłeś pierwsze hazardowe długi?

 

Kiedy jeszcze nie byłem pełnoletni. W pierwszej klasie szkoły średniej przegrałem pieniądze na internat. Naciągnąłem więc babcię na pożyczkę w Providencie. Później mężczyzna prowadzący punkt stacjonarny zakładów bukmacherskich wiedząc, że dużo  wygrywam zaproponował, że da mi pieniądze na zakłady, które oddam mu z wygranej. Pomyślałem: świetny pomysł. Wygrałem, spłaciłem go. Ale wtedy pojawiła się myśl, że wcale nie muszą mieć gotówki, żeby obstawiać. W kilka tygodni zadłużyłem się u niego na 10 tysięcy złotych. To było straszne przeżycie. Zaczęło się od 400 złotych, a potem szło już tysiącami.

 

Spłaciłeś całe 10 tysięcy złotych?

 

Pracownik punktu bukmacherskiego zgodził się, abym jeszcze raz zagrał, bo doszedł do wniosku, że inaczej go nie spłacę. Mecze już się zakończyły, kupon wszedł, można było wypłacić ponad dziewięć tysięcy. Zadzwoniłem do niego, żeby zapytać czy odda mi laptopa, którego zabrał w zastaw, czy dopiero jak zwrócę całą sumę, czyli 10 tysięcy złotych. Tata chciał posłuchać mojej rozmowy i pożartować, bo myślał, że dzwonię do dziewczyny. Bardzo zdziwił się, kiedy usłyszał z kim i o czym rozmawiam. Wziął kupony, pojechał do punktu bukmacherskiego, dopłacił brakującą kwotę i odzyskał laptopa. Bardzo bolesne doświadczenie. Ojciec nigdy mnie nie bił, ale wtedy spodziewałem się, że spuści mi manto. Nic takiego nie zrobił. Wyszedł bez słowa z pokoju. Zapadła cisza, wszedłem do kuchni, rodzice siedzieli przy stole na przeciwko siebie, trzymali się za ręce i płakali. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Obiecałem rodzicom, że więcej nie zagram. Emocje jednak z czasem opadły i wróciłem do hazardu. To było silniejsze ode mnie.

 

Po powrocie z ośrodka leczenia uzależnień nie wróciłeś do pracy w dziennikarstwie. Gdybyś pisał o piłce nożnej pokusa ponownego obstawienia zakładów bukmacherskich byłaby zapewne silniejsza.

 

Na pewno. Wychodząc z ośrodka otrzymaliśmy zalecenia dla trzeźwiejących hazardzistów. Znalazło się tam również zalecenie, że powinienem trzymać się z dala od piłki nożnej.

 

I zgodnie z zaleceniami z ośrodka trzymasz się z dala od piłki nożnej?

 

Nie jestem tak blisko jak byłem kiedyś, ale zdarza się, że czasem oglądam mecze. Od początku wiedziałem, że nie będę w stanie dotrzymać tego punktu. Powiedziałem nawet o tym terapeutce, dzięki czemu mogła czuwać nad tym jak sobie z tym radzę. Regularnie śledzę spotkania Legii Warszawa i kadry narodowej. Pokusy są. Przed i w przerwie meczu słyszę, które zakłady bukmacherskie są sponsorem transmisji. Na bandach umieszczonych wokół boiska widać  zmieniające się kursy. Mój wzrok to wychwytuje. Jeżeli mecz zaczyna mnie irytować, nie zastanawiam się, czy dzieje się tak z powodu wydarzeń boiskowych czy na skutek hazardowego „głodu”. Biorę psa i wychodzę na spacer.

 

Może po prostu dziennikarstwo jest zawodem, który wpycha człowieka w różne nałogi?

 

Obserwuje środowisko dziennikarskie z coraz dalszych rzędów, ale mam wrażenie, że ta praca w pewien sposób sprzyja nałogom. Kibic może pomyśleć, że dziennikarz sportowy nie przeżywa żadnego stresu i napięcia, bo to uczucie zarezerwowane dla osób  pracujących w szpitalach onkologicznych czy dla strażaków i górników. Dziennikarze są ludźmi, którzy są jedynie bliżej piłkarzy niż kibice. Mają problemy, słabości i kompleksy. Internet sprawia, że kontakt dziennikarzy z czytelnikami jest bliższy i szybszy. Dziennikarze muszą się z tym zmagać. Nie wszyscy sobie z tym radzą.

 

Część dziennikarzy nie zwraca uwagi na krytyczne wobec nich komentarze w sieci.

 

Na pewno? Chciałbym poznać dziennikarza, który nie przejmuje się tym co, o nim piszą. Jeżeli w artykule jest błąd, powiadomienie z Twittera pojawia się błyskawicznie na ekranie laptopa czy telefonu. Można wyciszyć powiadomienia, ale rezygnacja ze śledzenia interakcji na Twitterze sprawia, że konto na tym portalu społecznościowym przestaje mieć sens. Dziennikarze muszą w sieci budować swoją markę i potrafić poradzić sobie z krytyką.

 

Chciałbyś wrócić do dziennikarstwa?

 

Nie, ponieważ moje życie toczy się już innym torem. Ktoś może powiedzieć, że tak twierdzę, ponieważ po pobycie w ośrodku leczenia uzależnień nie udało mi się wrócić do pisania. Jestem tego świadomy, ale z perspektywy czasu wyszło mi to na dobre. Nie uczestniczę już w gonitwie za newsami, wywiadami i komentarzami, w której uczestniczą moi koledzy po fachu. Pamiętam doskonale ile kosztowała mnie ta praca. Poświęciłem na nią wiele wysiłku, czasu i życia prywatnego. Nie pracując w zawodzie sam decyduję czy obejrzę mecz czy spędzę czas z narzeczoną. Nie muszę już w święta śledzić meczów Premier League i pisać o nich. Na początku brakowało mi pracy dziennikarskiej, ale teraz już wiem, że ten etap jest dla mnie całkowicie zamknięty. Nie chciałbym wracać do dziennikarstwa. Podziwiam tych, którzy zostali i odnoszą sukcesy. I życzę im jak najlepiej.

 

Czym się teraz zajmujesz?

 

Nie pracuję już w zawodzie, ale nadal piszę. Od ponad dwóch lat prowadzę blog postawnasiebie.org, na którym przedstawiam swoją hazardową historię, od pierwszego obstawionego kuponu po nowe życie już bez hazardu. Blog to wynik pewnej frustracji, że kolejne osoby zachęcały do obstawiania meczów, a nikt nie mówił czym to grozi. Chciałem to zmienić, a jak zacząłem to robić, zauważyłem, że moja praca jest potrzebna. Po lekturze bloga pisali do mnie  hazardziści, którzy zaczęli dostrzegać swój problem. Odzywały się do mnie rodziny hazardzistów. Potrzebujących pomocy kieruję do specjalistycznych ośrodków. Dzielę się swoim doświadczeniem również z młodymi ludźmi w szkołach i w akademiach klubów piłkarskich. Pokazuję na swoim przykładzie czym jest hazard, że uzależnia i jakiego są tego konsekwencje.

 

Dziennikarze sportowi i piłkarze na koszulkach reklamują zakłady bukmacherskie. Twarzą jednego z „buków” był nawet prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Czy taka, legalna promocja hazardu, nie powinna zostać zakazana?

 

Często jestem o to pytany. Kiedy wyszedłem z ośrodka irytowało mnie to i dlatego założyłem blog. Jednak niechęć do reklam zakładów bukmacherskich wynikała z etapu, na jakim wówczas znalazłem się podczas terapii. Dziś nie mam problemu z  reklamami zakładów piłkarskich. Niby dlaczego miałbym mieć? Żadna z osób reklamująca „buków” nie jest winna mojemu uzależnieniu. Jeżeli byłbym alkoholikiem nie oczekiwałbym, że z przestrzeni medialnej znikną reklamy alkoholu. Życzyłbym sobie tylko, by każdej takiej reklamie towarzyszyła informacja o ryzyku uzależnienia. Nie małą czcionką, którą trudno dostrzec, ale taką, jaka jest np. na papierosach. Owszem, ludzie wciąż palą, ale robią to będąc świadomi tego, że szkodzą w ten sposób swojemu zdrowiu. Gdy zaczynałem grać w zakłady bukmacherskie nie byłem tego świadomy.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl.

 


Szymon Bartnicki

Rocznik 1990 r. Pracował w redakcji tygodnika „Piłka Nożna”, w Legii Warszawa, gdzie prowadził stronę internetową Akademii Piłkarskiej oraz w portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Absolwent Społecznej Akademii Nauk w Warszawie, kierunek: Dziennikarstwo i komunikacja społeczna w specjalności marketing medialny i PR.