Czy Bóg mieszka w Internecie? – analiza ks. ARTURA STOPKI 

Dominujące dzisiaj w życiu miliardów ludzi social media są skutecznym narzędziem tworzenia społeczności, jednak nie nadają się do tworzenia wspólnot. Tymczasem istotą Kościoła jest wspólnotowość.

 

Sam Kościół jest siecią utkaną przez komunię eucharystyczną, w której jedność nie opiera się na «polubieniach», lecz na prawdzie, na «amen», z którym każdy przylgnął do Ciała Chrystusa, przyjmując innych”. Tak brzmi ostatnie zdanie tegorocznego papieskiego orędzia na 53. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Nawet ten maleńki fragment pokazuje, że nie jest to dokument łatwy w odbiorze. Można nawet powiedzieć, że jest zaskakująco trudny, pogłębiony i wymagający myślenia w sytuacji, gdy przekaz medialny ulega coraz większemu zubożeniu i spłyceniu, stawiając emocje przed rozumem. Można powiedzieć, że papież Franciszek przestawił nie tyle zamknięty zbiór myśli i konkluzji, lecz raczej wprowadzenie do wielowątkowej refleksji obejmującej z jednej strony świat międzyludzkiej komunikacji (w tym środków społecznego przekazu), a z drugiej Kościół jako jej uczestnika i współtwórcę.

 

Cel czy środek?

 

Skrótowe przedstawienia zawartości orędzia mówią, że Następca św. Piotra ostrzega w nim przed zagrożeniami wypływającymi ze złego korzystania z sieci społecznościowej i do budowania w Internecie sieci dialogu, spotkania, strzegącej wspólnoty wolnych osób. Jednak już użyty w tytule cytat z listu św. Pawła Apostoła do Efezjan wskazuje na wartość, na której Papież chciał skupić uwagę odbiorców. „Wszyscy tworzymy jedno”. Kwestia jedności jest stale obecna w treści orędzia. Jedności we wspólnocie. O tym mówi dalszy ciąg tytułu papieskiego dokumentu: „Od wirtualnych wspólnot społecznościowych do wspólnot ludzkich”.

 

Prawie dwadzieścia lat temu, gdy rodził się i kształtował portal Wiara.pl, jednym z zagadnień absorbujących uwagę wielu jego użytkowników było pytanie „Czy Boga można spotkać w Internecie?”. Po wielu dyskusjach wypracowano formułę, która do dziś jest mottem będącego częścią portalu forum internetowego: „Boga nie można spotkać w sieci, ale można (w niej – przyp. A.S.) spotkać ludzi, którzy do niego zaprowadzą”. Współautorzy tego sformułowania, powstałego w czasach, gdy o dominacji serwisów społecznościowych w codziennym życiu miliardów ludzi nikt jeszcze nie mówił, uchwycili jednak wiele z tego, o czym jest mowa w tegorocznym papieskim medialnym orędziu. Intuicyjnie wykryli, że relacje sieciowe są nie celem, lecz środkiem, drogą, która ma prowadzić do spełnienia ewangelizacyjnej misji Kościoła.

 

U początków portalu Wiara.pl można zresztą znaleźć interesujący fakt wskazujący, że już wtedy twórcy dzieł internetowych mieli świadomość tego, co dzisiaj wydaje się oczywistością. Portal powstał pierwotnie jako jeden z serwisów interesującego i nowatorskiego w tamtych czasach na polskim rynku portalu horyzontalnego. Początkowo był przedsięwzięciem skromnym o niezbyt dużych możliwościach udostępnionych (za darmo) przez portal. Jednak po krótkim czasie właściciele portalu zaproponowali znaczące rozszerzenie udostępnionego serwisu powołując się na zaskakujące dla nich szybkie utworzenie się wokół nowego serwisu… społeczności systematycznie go odwiedzających użytkowników. Wymiar społecznościowy okazał się dla nich istotny również po usamodzielnieniu i przekształceniu serwisu w portal dla „wierzących, wątpiących i poszukujących”. Bardzo wcześnie pojawiły się w nim i nadal funkcjonują elementy zaliczane dzisiaj do tzw. mediów społecznościowych, takie jak czat, forum czy platforma blogowa.

 

Promocja spotkania i samoizolacja

 

W internetowej Encyklopedii Zarządzania można wyczytać, że podstawowym założeniem serwisu społecznościowego jest łączenie jego użytkowników ze względu na przynależność do danej grupy, podtrzymywane między nimi więzi, rodzaj wymienianych między nimi informacji (takich jak teksty, zdjęcia, filmy). „Ogólną ideą uczestnictwa w działalności takich serwisów jest obracanie się w danej, zdefiniowanej przez użytkownika grupie społecznej”. W tej wziętej z dość dawno napisanego przez Mirosława Moroza tekstu o efektywności przekazu marketingowego w serwisach społecznościowych definicji został zaanonsowany problem, z którym mierzy się w nich Kościół, i o którym mówi tegoroczne orędzie Franciszka na doroczny dzień poświęcony mass mediom.

 

Choć, jak zauważył na wstępie swego dokumentu Franciszek, odkąd dostępny był Internet, Kościół zawsze starał się promować jego użycie w służbie spotkania między osobami i solidarności między wszystkimi, to jednak serwisy społecznościowe okazały się dla niego szczególnym wyzwaniem. „Sieć jest okazją do promowania spotkania z innymi, ale może również zwiększyć naszą samoizolację, jak sieć pajęcza zdolna do usidlenia” – zauważył Papież. Zwrócił uwagę że to młodzież jest najbardziej narażona na złudzenie, że sieć społecznościowa może całkowicie zaspokoić człowieka na poziomie relacji, aż po niebezpieczne zjawisko młodych „pustelników społecznościowych”, którym grozi całkowite odcięcie się od społeczeństwa. „Ta dramatyczna dynamika ukazuje poważny rozłam w strukturze relacyjnej społeczeństwa, rozdarcie, którego nie możemy lekceważyć”. Mówiąc w uproszczeniu, cały kłopot w tym, że dominujące dzisiaj w życiu miliardów ludzi serwisy są skutecznym narzędziem tworzenia społeczności, jednak nie nadają się do tworzenia wspólnot. Tymczasem istotą Kościoła jest wspólnotowość.

 

Tęsknota za wspólnotą

 

Kościół jest wspólnotą ludzi połączonych wiarą. To coś więcej niż społeczność czy grupa konstruowana wokół wspólnych poglądów, zainteresowań, wrażliwości itp. Dlatego pytanie, przed którym stanął Kościół w związku z wszechobecnością serwisów społecznościowych, brzmi: „Jak odnaleźć prawdziwą tożsamość wspólnotową, będąc świadomym odpowiedzialności, jaką mamy wobec siebie nawzajem, także w sieci online?”. Znalazło się ono w papieskim orędziu. To ważne, gdyż, jak przypomniał Franciszek, zawsze nosimy w sercu tęsknotę za życiem w komunii, pragnienie przynależności do wspólnoty. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, który jest „komunią i przekazem samego siebie”. Prawdziwa wspólnota wymaga bezpośrednich relacji między osobami. Wszelkie relacje w globalnej sieci są zapośredniczone. Istotą przynależności do wspólnoty jest spotkanie. W Internecie spotkanie w dotychczasowym rozumieniu tego słowa (twarzą w twarz) jest niemożliwe. Jednak powszechność sieciowych relacji międzyludzkich zdaje się wskazywać, że może dojść do redefinicji spotkania w świadomości ogromnej części ludzi na świecie. Trudno dzisiaj przewidzieć, jak wpłynie na funkcjonowanie Kościoła i sposób wypełniania jego ewangelizacyjnej misji.

 

W orędziu Franciszka pojawiają się pewne sugestie dotyczące tej kwestii. Papież stwierdził, że jeśli wspólnota kościelna koordynuje swoją działalność poprzez sieć, a następnie wspólnie sprawuje Eucharystię, „to jest ona bogactwem”. Tak samo, jak wtedy, gdy Internet jest szansą, by przybliżyć człowieka do dziejów i doświadczeń piękna lub cierpienia fizycznie od niego dalekich, do wspólnej modlitwy i szukania dobra w ponownym odkryciu tego, co nas łączy.

 

W ten sposób możemy przejść od diagnozy do terapii: otwierając drogę do dialogu, spotkania, uśmiechu, wyrazów czułości… To jest sieć, której chcemy. Sieć, która nie jest stworzona, by pochwycić w pułapkę, ale aby wyzwalać, aby strzec wspólnoty wolnych osób” – napisał Franciszek. Na ile jest to możliwe w obecnie funkcjonujących serwisach społecznościowych? Czas pokaże.

 

ks. Artur Stopka

Wystawa „Za naszą i waszą wolność … Sojusz polsko-ukraiński 1920 roku…”

Fundacja Wolność i Demokracja oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zapraszają na wystawę „Za naszą i waszą wolność … Sojusz polsko-ukraiński 1920 roku. Pamięć w stulecie zawarcia umowy warszawskiej”. Oglądać ją można przed Domem Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

 

Inauguracja wystawy odbyła się we wtorek , 15 października z udziałem prezesa Fundacji Wolność i Demokracja Roberta Czyżewskiego oraz prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego (na zdjęciu).

 

Ekspozycja upamiętnia jeden z ważniejszych sojuszy, jakie II Rzeczpospolita zawarła podczas dwudziestolecia międzywojennego.

 

Sojusz podpisany 21 kwietnia 1920 roku formalizował zawarte jeszcze w grudniu 1919 r. tajne porozumienie i umożliwił dalszą, wspólną walkę z bolszewikami. Polska uznała wówczas Ukraińską Republikę Ludową i Dyrektoriat jako rząd Ukrainy, a także zobowiązywała się do działań na rzecz jego uznania  przez państwa europejskie.   Bezpośrednim następstwem sojuszu była podjęta 25 kwietnia 1920 roku ofensywa przeciwko bolszewikom, zwana również wyprawą kijowską.  Armia ukraińska  walczyła u boku Wojska Polskiego również w dniach największego zagrożenia  dla naszego kraju, będąc jedynym liczącym się sojusznikiem w wojnie z bolszewikami.

 

Na szesnastu planszach  ukazane zostały skomplikowane  losy współpracy polityczno-wojskowej Marszałka Józefa Piłsudskiego i Atamana Głównego Symona Petlury.

 

Wystawę można oglądać do 14 listopada 2019 r. przed siedzibą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

 

 

Projekt współfinansowany przez Narodowe Centrum Kultury w ramach programu „Kultura – interwencje”.

 

TVP nie dominuje na rynku mediów – komentarz WOJCIECHA POKORY do opinii OBWE

Obserwatorzy OBWE słusznie oburzają się na stronniczość mediów i nietolerancję w Polsce. Mam nadzieję, że rzetelnie zbiorą wszystkie te przypadki i dokładnie – w duchu tolerancji – je opiszą, do czego w swoim apelu zachęca CMWP.

 

Obserwatorzy OBWE na konferencji prasowej 14 października b.r. w Warszawie przedstawili wstępne opinie do Raportu nt. przebiegu wyborów 2019 w Polsce. Znalazło się w nich twierdzenie, jakoby wybory parlamentarne zakłócała „narracja nietolerancji” oraz „stronniczość mediów szczególnie publicznych”. Międzynarodowi obserwatorzy OBWE stwierdzili jednoznacznie, iż „obywatele przekraczając próg lokali wyborczych, mieli wiele opcji, lecz ich zdolność dokonania wyboru w oparciu o dostępne informacje była pomniejszona poprzez stronniczość mediów, przede wszystkim nadawcy publicznego” oraz że „czołowi politycy używali (w kampanii wyborczej – przyp. red.) narracji dyskryminacyjnej, co budzi poważne obawy w społeczeństwie demokratycznym”.

 

No to zobaczmy, kto w ostatnim miesiącu, gdy kampania nabrała rozpędu, odpowiada w głównej mierze za nastroje społeczne. Liczby są bezwzględne. W programach publicystycznych w swoim paśmie emisji króluje magazyn Moniki Olejnik:

 

„Nowy sezon programu „Kropka nad i” ogląda średnio 590 tys. widzów. TVN24 w paśmie emisji magazynu Moniki Olejnik jest liderem oglądalności wśród stacji newsowych – wynika z raportu Wirtualnemedia.pl.

 

Jak wygląda sytuacja w wieczornym paśmie programów informacyjnych? Popatrzmy:

 

„Fakty” TVN i TVN24 BiS we wrześniu 2019 roku oglądało średnio 2,90 mln widzów, co zapewniło tym stacjom 23,82 proc. udziału w rynku telewizyjnym. W porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej serwis zyskał 8,47 proc. widzów, czyli 227 tys. oglądających, a jego udział wzrósł z 22,67 proc. – wynika z danych Nielsen Audience Measurement, opracowanych przez portal Wirtualnemedia.pl.

Drugie były „Wiadomości” TVP1 i TVP Info. Widownia tego dziennika zwiększyła się najbardziej w zestawieniu – o 12,76 proc. (310 tys. osób) do 2,74 mln oglądających. Udział „Wiadomości” w rynku wzrósł z 18,37 proc. do 20,38 proc.

Oczko niżej znalazły się „Wydarzenia” Polsatu i Polsatu News. Widownia tego dziennika wyniosła 1,97 mln osób, po wzroście o 1,50 proc. (29 tys. widzów). Średnia widownia „Wydarzeń” na głównej antenie wyniosła 1,83 mln osób, a w Polsacie News było to 141 tys.

Wychodzi na to, że jednak wieczorem TVP ze swoim przekazem trafia do mniejszej liczby widzów, niż TVN i Polsat. Nie znam sytuacji zakłócania sygnału innych stacji na multipleksach, TVP nie dominuje na rynku nadawców. Nie ma już w Polsce miejsc, gdzie dociera jedynie sygnał TVP, a brakuje Polsatu czy TVN-u.  Zatem nie rozumiem stwierdzenia, że przede wszystkim stronniczość mediów publicznych wpłynęła na wynik wyborów. Myślę, że wpłynęła na ten wynik w podobnym stopniu, co nadawców prywatnych. A licząc sam udział w rynku, w mniejszym.

 

Przypomnę o jeszcze jednym czynniku, który mógł wpłynąć na zdolność dokonywania wyboru z winy mediów, ze względu na ich stronniczość. Kilka cytatów:

 

Zły stan służby zdrowia, w szkole strajki zamiast lekcji, rosnące ceny żywności czy propaganda państwowych mediów – m.in. o tym można przeczytać w „Gazecie Przedwyborczej”. To ośmiostronicowy raport redakcji „Gazety Wyborczej”, który podsumowuje ostatnie cztery lata rządów oraz przewiduje możliwe konsekwencje dla Polski zbliżającego się głosowania na posłów i senatorów. Milion egzemplarzy „Gazety Przedwyborczej” będzie dystrybuowanych do 11 października br., czyli do ostatniego dnia przed ciszą wyborczą, w ponad 100 polskich miejscowościach. – powyższy cytat pochodzi z portalu olsztyn.wyborcza.pl.

 

Wirtualnemedia.pl natomiast zrobiły zestawienie na temat oferty medialnej Agory przed wyborami:

 

W związku z wyborami parlamentarnymi „Gazeta Wyborcza” przygotowała swoje specjalne wydanie – 8-stronicową „Gazetę Przedwyborczą”. Będzie ona rozdawana do piątku w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców. Wydrukowano 1 mln egz.

 

Do weekendowego numeru „GW” dołączony zostanie dodatek „Władza” zredagowany wspólnie z „New York Timesem”.

 

Natomiast w zeszłym tygodniu z „Wyborczą” ukazały się kolejne „Czarne Księgi PiS”krytycznym tonie opisujące obecną władzę: „Czarna księga PiSancjum” i „Czarna księga niszczenia klimatu”.

 

Od tygodnia „Gazeta Wyborcza” prowadzi kampanię pod hasłem „Masz dość? Nadszedł czas wyborów” zachęcającą do udziału w wyborach. W rysunkowych spotach dyskryminowane osoby zdecydowanie mówią, że mają dosyć obecnych rządów.

 

Tak, obserwatorzy OBWE słusznie oburzają się na stronniczość mediów i nietolerancję w Polsce. Mam nadzieję, że rzetelnie zbiorą wszystkie te przypadki i dokładnie – w duchu tolerancji – je opiszą, do czego w swoim apelu zachęca CMWP.

 

Wojciech Pokora

 

 

 

 

Apel do OBWE o większy obiektywizm w Raporcie na temat przebiegu wyborów do Sejmu i Senatu

CMWP SDP z ogromnym zaniepokojeniem przyjmuje wstępne informacje międzynarodowych obserwatorów OBWE na temat wyborów do Sejmu i Senatu w Polsce z 13. października b.r. i apeluje o większy obiektywizm i rzetelność przy sporządzaniu Raportu na temat przebiegu Wyborów 2019 w Polsce. Raport ma być przedstawiony międzynarodowej opinii publicznej w połowie grudnia. 

 

Obserwatorzy OBWE na konferencji prasowej 14 października b.r. w Warszawie przedstawili wstępne opinie do w/w Raportu. Znalazło się w nich twierdzenie, jakoby wybory parlamentarne w Polsce zakłócała „narracja nietolerancji” oraz „stronniczość mediów szczególnie publicznych” . Międzynarodowi obserwatorzy OBWE stwierdzili jednoznacznie, iż cyt. obywatele przekraczając próg lokali wyborczych, mieli wiele opcji, lecz ich zdolność dokonania wyboru w oparciu o dostępne informacje była pomniejszona poprzez stronniczość mediów, przede wszystkim nadawcy publicznego oraz że czołowi politycy używali (w kampanii wyborczej – przyp. red.) narracji dyskryminacyjnej, co budzi poważne obawy w społeczeństwie demokratycznym .

 

 W ocenie CMWP SDP są to oceny powierzchowne i krzywdzące zarówno dla polskich polityków, jak i dziennikarzy, oraz dla mediów funkcjonujących w Polsce, ponieważ przedstawiają wypaczony obraz przebiegu kampanii wyborczej w wyborach do Sejmu i Senatu 2019. W ocenie CMWP SDP kampania ta odbyła się bez poważnych zakłóceń i zgodnie z procedurą i przebiegiem charakterystycznym dla każdego demokratycznego kraju. Krytykowana przez obserwatorów OBWE polaryzacja polityczna podmiotów medialnych w Polsce dotyczy nie tylko mediów publicznych, ale także prywatnych, szczególnie tzw. mainstreamowych czyli tych które mają największe audytorium wśród odbiorców. Polaryzacja ta jest skutkiem patologii złożonego procesu transformacji rynku mediów po obaleniu ustroju komunistycznego po 1989 r. i wykluczenia przez wiele lat sporej części społeczeństwa przede wszystkim o prawicowych, konserwatywnych, katolickich poglądach z dostępu do środków masowego komunikowania. Przy sporządzaniu aktualnej oceny programowej mediów publicznych w Polsce konieczne jest więc uwzględnienie tego, iż są one główną przeciwwagą dla liberalnych i lewicowych treści prezentowanych praktycznie we wszystkich mediach prywatnych.

 

Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE powołało Ograniczoną Misję Obserwacji Wyborów w Polsce 10 września 2019 r. Misja będzie kontynuowana do 22 października. Raport końcowy OBWE ma być gotowy za dwa miesiące. Krótkoterminowa Misja Obserwacyjna Wyborów Parlamentarnych składa się z 10 ekspertów OBWE stacjonujących w Warszawie oraz 10 obserwatorów rozmieszczonych na czas kampanii i wyborów w różnych częściach Polski.

 

Ustalenia z obserwacji i wnioski obserwatorów OBWE zawierać będą ocenę, czy sposób przeprowadzenia wyborów parlamentarnych był zgodny z obowiązkami Polski jako państwa członkowskiego OBWE oraz z innymi międzynarodowymi zobowiązaniami i standardami, a także ustawodawstwem krajowym.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa 15 października 2019 r.

Czas by zniknął – JAROSŁAW WARZECHA o art.212 kk

§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,
podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

 

To oczywiście treść słynnego i haniebnego w polskim prawie artykułu 212 KK. Artykułu godnego czasów stalinowskich i stamtąd się ideowo wywodzącego. Nie trzeba być prawnikiem, by spytać – kto jest władny ocenić czy oskarżony naraził czy nie naraził pokrzywdzonego na „utratę zaufania potrzebnego…”? Oczywiście sąd jest w stanie. A wedle jakich kryteriów proszę wysokiego sądu? Boskich? Własnych? A na jakich podstawach zweryfikowanych? Odkąd dokąd rozciąga się zakres utraty zaufania w opinii publicznej? Czyjej opinii? Powszechnej? Czy tylko grupowej?

 

Artykuł na zamówienie? Bo zależy kto zamawia i co ma za plecami? Ja oczywiście głęboko wierzę w absolutną niedyspozycyjność wysokiego sądu, absolutną uczciwość, absolutną odporność na różne naciski. Ja wierzę. Ale czy tak wrażliwa sfera jak prawo pisane powinna się opierać na wierze? Czy też wiarę powinno się raczej stosować do sfery eschatologii?

 

W maju tego roku artykuł został jeszcze zaostrzony. Nie będę się tu wdawał w szczegóły i rozważania czy tzw. „fałszywe dowody” tego wymagały czy były tylko pretekstem do większego kneblowania swobody wypowiedzi. I trudno uwierzyć w zapewnienia ówczesnego wiceministra sprawiedliwości, że to zaostrzenie nie będzie tyczyło dziennikarzy. Praktyka pokazuje nie raz i nie dwa, że jak będzie trzeba to będzie tyczyło.

 

Dyskusja, że haniebny artykuł 212 KK powinien być dawno zniesiony trwa nieprzerwanie od lat. Kolejna władza dochodząc do władzy zapewnia, że tym razem to z pewnością tak. W 2015 roku takie zapewnienia też były, a 212 ma się jak najlepiej i służy także tym, którym w imię choćby racji stanu państwa polskiego służyć nie powinien. Także tym.

 

Powyborczy kurz opada. Początek nowej kadencji. Dobry czas, by artykuł 212 KK odszedł w niebyt. Teraz. Na początku. Bo za chwilę będzie jak zwykle, jak zwykle od lat bywa.

 

Jarosław Warzecha

Noblistka Olga Tokarczuk promuje Polskę? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

  • Większość mediów w Polsce zachwyciła się, gdy 10 października 2019 r. Olga Tokarczuk została ogłoszona laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 2018 rok, „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Czy ten – przepraszam za słowo – bełkot – nie powoduje Państwa dreszczy? Dużo poważniejsze pytanie brzmi: Czy owa „wyobraźnia narracyjna” i „encyklopedyczna pasja” dopuszczają też kłamstwa o Polsce? Bo kalanie swojego gniazda nie powinno być nagradzane, ale piętnowane.

 

(Post)komunistyczna strona Polityka.pl radowała się: „Wielkie święto dla polskiej literatury – Olga Tokarczuk otrzymała Nobla, najważniejsze wyróżnienie dla pisarza na świecie.”

 

Wyborcza.pl cytowała opinie światowej prasy: „Większość mediów zwraca uwagę na kontrowersje związane z przyznaniem Nobla Peterowi Handkemu, za to nie ma wątpliwości, że Nobel należał się Oldze Tokarczuk jak mało komu”.

 

Czy na pewno?

 

„Odwaga mówienia”

 

Nawet media lokujące się po prawej stronie polskiej sceny zapomniały o pewnej wypowiedzi:

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. Takie bzdury opowiadała Olga Tokarczuk w 2015 r. w TVP, po zdobyciu Literackiej Nagrody Nike, ufundowanej przez „Gazetę Wyborczą”. Nieoceniony Adam Michnik chwalił laureatkę za „odwagę mówienia o sprawach trudnych, często bolesnych„.

 

Organ Michnika wpisał się tym samym w kampanię nienawiści, którą od lat prowadzi paszkwilant Jan Tomasz Gross, czy przejmujący od niego antypolską pałeczką inny Jan: Grabowski. Do owych spraw „bolesnych” ta sama „Wyborcza” podchodzi jednak wybiórczo. Inną miarę przykłada bowiem do Żołnierzy Wyklętych, inną do mordujących ich komunistów. Tu „odwagi mówienia” jakoś brakuje.

 

Media i samorządy

 

Ale wracając do p. Tokarczuk i jej bluzgów na Polaków: rzekomych kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów. Czy nie są to – poprzez zastosowanie krzywdzącego uogólnienia – kłamstwa historyczne? Próba zastosowania odpowiedzialności zbiorowej? W końcu: czy to rzeczywiście promocja Polski i Polaków – jak komentują Nobla dla Tokarczuk polit-poprawne media – czy raczej mowa nienawiści wobec Polski i Polaków, będąca podstawą odpychającej i nagannej postawy antypolonizmu?

 

Bo taka postawa nie tylko wyklucza ze wspólnoty, odbiera prawo do reprezentowania tej wspólnoty, nie tylko stawia jej wyrazicieli po stronie zaborców i okupantów Polski, ale powinna być z mocy prawa ścigana.

 

Olgę Tokarczuk od lat promują liberalno-lewicowe, „postępowe” środowiska krajowe i międzynarodowe. To polit-poprawne grono „wzbogaciła” przed laty Rada Miejska w Nowej Rudzie, honorując autorkę, a nawet broniąc ją przez wymyślonym hejtem. Teraz do grona apologetów laureatki Nike dołączyła przed momentem Rada Powiatu Kłodzkiego. Przy sprzeciwie przedstawicieli PiS postanowiła nadać arcy-kontrowersyjnej pisarce odznakę „Zasłużony dla Powiatu Kłodzkiego”.

 

Historia pisana na nowo

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. I tylko nieliczni dziennikarze prawicy pamiętali o tych słowach z okazji Nobla. Na łamach portalu wPolityce.pl. Witold Gadowski w wywiadzie mówił: „Szwedzka Akademia ma pewne preferencje ideologiczne” i dodawał: „Czy pani Tokarczuk ma pozytywny wpływ na popularyzację Polski? Nie sądzę”.

 

Na tym samym portalu Marzena Nykiel napisała: „Taka wizja Polski podoba się światu! Taka jest promowana i nagradzana najwyższymi nagrodami. Nobel literacki dla Olgi Tokarczuk wpisuje się w ten nurt. Z międzynarodowym mandatem będzie mogła sprawniej pisać naszą historię na nowo, jako kraju kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów„.

 

Red. Nykiel przypomniała również, że Olga Tokarczuk brała udział w Strajku Kobiet i Czarnych Marszach organizowanych przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego. A w zakończonych właśnie wyborach do parlamentu agitowała, żeby głosować za demokracją, a nie autorytaryzmem.

 

Tadeusz Płużański

Dziennikarstwo sprzyja nałogom – rozmowa z SZYMONEM BARTNICKIM, byłym dziennikarzem sportowym

Dziennikarze mają swoje problemy, słabości i kompleksy. Internet sprawia, że kontakt z czytelnikami jest bliższy i szybszy. Dziennikarze muszą się z tym zmagać. Nie wszyscy dają radę… – mówi Szymon Bartnicki, były dziennikarz sportowy, hazardzista w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Z dziennikarstwa, które było Twoją pasją trafiłeś do ośrodka  leczenia uzależnień. Kiedy wyszło na jaw, że próbowałeś pożyczać od piłkarzy pieniądze na obstawianie zakładów bukmacherskich, straciłeś pracę w portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Bliscy dowiedzieli się, że jesteś nałogowym hazardzistą i trafiłeś na leczenie do ośrodka w Starych Juchach. Nie masz wrażenia, że znalazłeś się w piekle?

 

Przez chwilę miałem wrażenie, że jestem w piekle i nic już nie ma sensu. Doszedłem do momentu, w którym straciłem chęć do życia. Przez dziesięć lat obstawiania zakładów bukmacherskich, pożyczania pieniędzy na grę, spłacania długów hazardowych z wygranych nagle nie miałem już pieniędzy ani na spłatę zobowiązań, ani na obstawienie nowych zakładów, z których ewentualna wygrana mogłaby umożliwić spłatę chociaż części długów. Pokryło się to w czasie z utratą pracy. Nagle coś, co funkcjonowało przez lata, przestało działać. Starałem się, aby bliscy nie dowiedzieli się o moim nałogu. Przerażała mnie wizja odejścia narzeczonej i odtrącenia przez rodziców. Czułem gigantyczny strach, który przeradzał się w żal do losu i w zobojętnienie. Wracałem z miasta do domu i płakałem. Chciałem najeść się tabletek i skończyć ze sobą, ale brakowało mi odwagi. Tchórzostwo uchroniło mnie przed zrobieniem sobie krzywdy. Ale jednocześnie pogłębiło problemy, bo ze strachu przed reakcją bliskich kombinowałem dalej, zamiast przyznać się do moich problemów.

 

Na czym te kombinacje polegały?

Na ciągłych kłamstwach, na pożyczaniu pieniędzy… Brałem pożyczki na obstawianie zakładów bukmacherskich, by wygrać na spłatę poprzednich. Jeżeli zobowiązania były uregulowane i tak brałem nowe pożyczki na dalszą grę. To było zamknięte koło. Spirala długu nakręcała się.

 

Policzyłeś, ile przegrałeś pieniędzy?

 

Wiem, jakie długi miałem przed pójściem do ośrodka leczenia uzależnień i jaki był ich stan po wyjściu i w późniejszym czasie. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć ile przez te lata przegrałem. Nie zwracałem na to uwagi. Przegrana najczęściej była po prostu motywacją do odegrania się, do zagrania za większą stawkę. Kiedy byłem w „ciągu”, potrafiłem brać kilka chwilówek dziennie po kilka tysięcy złotych i przeznaczyć je na grę. Przerzucałem środki na konto bukmachera, rozmnażałem, wpłacałem do banku  i spłacałem pożyczki. Ruch na koncie był tak duży, że nawet gdybym dzisiaj wyznaczył sobie za cel policzenie przegranej sumy, nie byłbym w stanie tego zrobić. Pierwszy kredyt bankowy otrzymałem nie ze względu na wysokość pensji, ale z uwagi na duże obroty na koncie. Obracałem tak znaczącymi kwotami, że bank przyznał mi kredyt na oświadczenie. Na początku były to tylko pieniądze z wygranych. Później głównie z różnego rodzaju pożyczek. To jednak nie pieniądze były największą stratą.

 

A co?

 

Straciłem wiele relacji z bliskimi. Większość z nich pozostała przy mnie, ale wiele chwil uciekło albo nie minęły tak, jak powinny. Wielokrotnie odmawiałem spędzania czasu z nimi, bo obstawiałem zakłady bukmacherskie. Boli mnie dziś to bardzo, bo niejednokrotnie nie było mnie, mimo że byłem im naprawdę potrzebny.

 

Skoro byłeś w stanie spłacić pięciocyfrową kwotę musiałeś dużo wygrywać.

 

Ale co z tego? Prędzej, czy później to przegrywałem i musiałem ratować się pożyczkami.

 

Także u piłkarzy, o których pisałeś i robiłeś wywiady. Co powiedziałeś zawodnikom, od których próbowałeś pożyczać pieniądze? Przyznałeś się, że potrzebujesz pieniędzy na spłacanie długów hazardowych? Mówiłeś im, że obstawiasz zakłady bukmacherskie?

 

 

Nie u wszystkich piłkarzy, lecz kilku, których uważałem za dobrych kumpli. Wierzyłem, że kiedy będę musiał ratować swoje życie, mogę zwrócić się do nich, a sytuacja w której się znalazłem była dla mnie właśnie czymś w rodzaju walki o życie. Dziś wiem, że nie powinienem w taki sposób walczyć o swoje życie, ale wtedy najważniejsze było dla mnie to, by przetrwać i utrzymać tajemnicę moich problemów przed najbliższymi. Zwracając się do piłkarzy przedstawiłem problem bardzo dokładnie, z tym, że w wersji przeznaczonej dla nich, problem dotyczył mojego młodszego brata, którego chcę ratować. Wstydzić się za to będę do końca życia.

 

Przez to temat Twojego hazardu wyszedł na jaw. Po tym, jak Twój pracodawca dowiedział się, że próbowałeś zdobyć pieniądze u piłkarzy zostałeś zwolniony z portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Możesz opowiedzieć o kulisach tej sprawy? Jak prawda wyszła na jaw? Zawodnicy poinformowali PZPN? Z tego, co pamiętam Twoje zwolnienie było dość dramatyczne. Wyszedłeś na chwilę z pracy, jak wracałeś, karta dostępu do drzwi już nie działała. Później poinformowano Cię o zwolnieniu i jego powodach.

 

Do końca nie wiem, jak pracodawca dowiedział się o sprawie. Usłyszałem, że zostaję zwolniony za usiłowanie pożyczania pieniędzy od piłkarzy. Mieli też zastrzeżenia do mojej pracy… Nie wiem, jak się dowiedzieli. Od osób trzecich słyszałem, że jeden z młodych piłkarzy chciał mi pożyczyć pieniądze, ale darzy dużym zaufaniem swojego menedżera i zapytał go, co ma zrobić. Podobno menadżer przekazał informację dalej. Nie ma znaczenia, jak wiadomość dotarła do mojej pracy. Nie mam o to do nikogo pretensji. Utrata pracy sprawiła, że zacząłem się leczyć i wychodzić z nałogu. Być może gdybym nie stracił pracy, dalej bym się „ślizgał”, pożyczałbym pieniądze i obstawiał zakłady. Może wpakowałbym się w jeszcze większe kłopoty, z których bym już nie wyszedł? Nie wiem, co by  było. Trudno mi o tym myśleć.

 

Jakie mógłbyś mieć jeszcze większe kłopoty?

 

Nie wiem. Może mógłbym się choćby zabić? Byłem wrakiem emocjonalnym. Nie miałem żadnego punktu zaczepienia, który pozwoliłby mi spojrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem. Wiara w lepszą przyszłość pojawiła się dopiero podczas pobytu w ośrodku leczenia uzależnień.

 

Ale mówiłeś, że brakowało Ci odwagi, żeby popełnić samobójstwo.

 

Ale może nabrałbym odwagi? Nie wiem. Boję się myśleć o tym, co by było.  Cieszę się, że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło.

 

Ciągłe kombinowanie, żeby bliscy nie dowiedzieli się o Twoich problemach, doprowadziło do stworzenia struktury kłamstwa.

 

Niemal całe moje życie było kłamstwem.

 

Od czego to się zaczęło? Od małych krętactw czy od razu od dużego kłamstwa?

 

Od małych kłamstw. Kiedy zacząłem obstawiać mecze piłkarskie miałem 16 lat. Zacząłem grać za pieniądze z kieszonkowego. Rodzice o niczym nie wiedzieli. Gdy przegrałem pieniądze  otrzymane na internat musiałem kombinować, jak je odzyskać. Namówiłem babcię na pożyczkę z Providenta. Kłamstwa nawarstwiały się. Obnosiłem się z wygranymi wśród kolegów, o przegranych milczałem. Przykład: faworyt przegrał mecz. Następnego dnia koledzy pytali, czy obstawiłem ten mecz. Skłamałem. Łgarstw było tak dużo, że kiedy przypominam sobie konkretne sytuacje, nie wiem, co wydarzyło się naprawdę. Później przyszły większe kłamstwa, bo i problemy były poważniejsze. W moim życiu wszystko było łgarstwem poza głębokim uczuciem do narzeczonej i rodziny. Niestety, ich też okłamywałem.

 

Bo obiecywałeś, że nie będziesz grał i nie dotrzymywałeś słowa?

 

Kiedy potknęła mi się noga i bliscy przez przypadek dowiadywali się o moim problemie, deklarowałem zmianę życia. Ale okazywało się to kłamstwem, bo szczera chęć zmiany przegrywała z uzależnieniem. Mechanizmy nałogu powodowały, że wracałem do grania. Wychodziłem z narzeczoną do restauracji. Ona była przekonana, że otrzymałem wypłatę i możemy sobie pozwolić na wyjście. W rzeczywistości miałem na koncie tylko kilkadziesiąt złotych, patrząc na to, co zamówiła, musiałem tak dobierać zamówienie, żeby zmieścić w tej kwocie. A wracając do domu wieczorem pożyczałem pieniądze przez internet albo brałem chwilówkę. Często tak się działo. Kłamstw było wiele. Nie sposób ich zliczyć.

 

Jak narzeczona dowiedziała się, że jesteś uzależniony od hazardu?

 

Siedzieliśmy w domu i akurat zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz i  zacząłem się trząść. Dzwonili z windykacji. Odebrałem, ale powiedziałem: pomyłka i rozłączyłem się. Widząc  moją reakcję wiedziała, że kłamię. Zapytała, o co chodzi. Powiedziałem prawdę, bo nie miałem już siły kłamać.

 

Co powiedziała?

 

Spodziewałem się, że spakuje się i wyprowadzi. Przestraszyła się, płakała, ale  powiedziała, że chce być ze mną i pomóc mi pod pewnymi warunkami. Skontaktowała się z naszym wspólnym znajomym, który był hazardzistą.

 

I dziennikarzem sportowym?

 

Tak. Przeszedł leczenie, nie gra i nawet dalej pracuje w zawodzie.

 

Pomógł Ci?

 

Powiedział, że jeżeli chcę żyć, muszę się leczyć. Okazał się moim aniołem stróżem, bo to, że narzeczona zadeklarowała mi pełne wsparcie nie oznaczało końca problemów. Oczywiście czułem pewną ulgę, bo strach przed jej utratą minął, ale nadal nie wiedziałem, co mam począć ze swoim życiem. Znajomy czuwał nade mną do momentu kiedy pojechałem do ośrodka leczenia uzależnień. Słowa, które mi wtedy powiedział – jeżeli  chcesz żyć, musisz się leczyć – do dziś powtarzam czytelnikom mojego bloga i ich rodzinom. To zdanie tak mocno wstrząsnęły moją wyobraźnią, że zacząłem się leczyć. Lepszej decyzji nie mogłem podjąć.

 

Co się działo w ośrodku leczenia uzależnień w Starych Juchach?

 

Wiedziałem, że muszę tam jechać, ale bałem się. Myślałem: o to ja, „wielki pan redaktor” jedzie do miejsca, gdzie spotka żuli z okolicznych dworców. Bardzo się pomyliłem. Ośrodek w Starych Juchach wygląda jak dom wczasowy. Kiedy tam dotarłem, stały pod nim luksusowe samochody. Myślałem, że GPS mnie źle poprowadził. Żadnych żuli w ośrodku nie było, spotkałem  natomiast chirurga i lokalnego polityka. Miałem huśtawki nastrojów, od rozluźnienia i całkowitego relaksu po zjazd emocjonalny. Już w drugim czy trzecim dniu pobytu na papierosie żartowałem z innymi osobami będącymi w ośrodku. Pomyślałem: coś jest nie tak, czuję się, jakbym był na wczasach, a przecież mam szalone problemy. Wewnętrzny spokój przyszedł, bo nie musiałem już udawać. Byłem wśród ludzi, którzy znali prawdę o mnie i akceptowali ją. Na drugi dzień rano czułem się już bardzo źle. Miałem świadomość, że za chwilę są święta Bożego Narodzenia, a ja jestem sam w ośrodku na Mazurach i nie spędzę tego czasu z narzeczoną i z rodziną. Nakręcałem się. Myślałem: kto normalny jedzie zimą na Mazury?

 

Na czym polegała terapia?

 

To potężna praca na emocjach. Na przykład pisaliśmy, a później czytaliśmy w gronie innych pacjentów prace na temat swoich uzależnień. Widziałem dwumetrowego, dobrze zbudowanego żołnierza, który opowiadał o swoim nałogu i płakał. Za chwilę szliśmy na papierosa i potrafiliśmy żartować z tego, co nam dolega. Potem łapałem się na myśleniu, że nie traktuję pobytu w ośrodku poważnie i zacząłem odczuwać agresję. W ośrodku prowadzono pracę na naszej psychice. Uzależnienie jest chorobą psychiczną, wpływa na mózg i nasze myślenie. Na terapii dowiedziałem się, że hazard miał ogromny wpływ na moją świadomość. Miałem zaburzone poczucie własnej wartości, robiłem z drobnej rzeczy, która mogła, ale nie musiała się wydarzyć, osobistą tragedię. Teraz się śmieję, kiedy przypomnę sobie, jakie horrory byłem w stanie wymyśleć z pierdół. Ale były też odwrotne sytuacje. Drobne pozytywne zdarzenie sprawiało, że wsiadałem w rakietę o nazwie optymizm i leciałem w kosmos. W walce z każdym nałogiem najważniejsza jest praca nad własną świadomością i umiejętność radzenia sobie z emocjami. Jedni myśleli, że radzą sobie z własnymi emocjami pijąc alkohol, inni biorąc narkotyki, a ja robiłem to przez hazard. Wszyscy byliśmy w błędzie. W ośrodku spędziłem 8 tygodni. Trudnych, ale niezwykle pożytecznych.

 

Co się zmieniło po opuszczeniu ośrodka? Jak wygląda obecnie Twoje życie?

 

(Chwila milczenia). Cały czas wszystko się zmienia. Przede wszystkim zmienia się moja świadomość. Przewartościowałem swoje życie. Kiedyś uważałem, że praca, kariera i pieniądze są sensem życia. Teraz, kiedy powinienem jeszcze bardziej martwić się o finanse z racji wieku czy z powodu konsekwencji mojego uzależnienia, najważniejsze jest dla mnie spędzanie czasu z bliskimi. Udział w gonitwie za karierą i pieniędzmi, w której jeszcze niedawno uczestniczyłem niszczyła mnie. Dziś potrafię cieszyć się z rzeczy, które nazywane są małymi. Cieszę się, że wstałem, że ukochana osoba jest przy mnie, że jestem zdrowy. Czy słusznie te rzeczy nazywane są małymi? Ale czy ktoś  oddałby ukochaną osobę za pracę? Efektem terapii jest zrozumienie, że są to niezwykle ważne rzeczy. Dzięki terapii osiągnąłem większy spokój niż kiedy pisałem o piłce nożnej. Chciałem wówczas by znajomi ze szkoły średniej mi zazdrościli, że od początku studiów pracowałem w zawodzie, bywałem na meczach, rozmawiałem i przebywałem z piłkarzami. Robiłem, co lubiłem i jeszcze miałem z tego pieniądze. Jednak momentów, w których naprawdę cieszyłem się z pracy dziennikarskiej było niewiele.

 

Wielu dziennikarzy sportowych jest uzależnionych od zakładów bukmacherskich?

 

Sporo osób gra. A czy są uzależnieni? Pierwszą oznaką uzależnienia jest utrata kontroli nad graniem. Nie jestem w stanie ocenić, czy osoba grająca ma kontrolę nad tym, co robi. Słyszy się czasem historie na temat jednego czy drugiego dziennikarza, którzy obstawiają zakłady bukmacherskie i mają z tym problem. Są też dziennikarze, którzy miewają problemy z innymi uzależnieniami. Jeden z kolegów pracujących w zawodzie powiedział mi ciekawą rzecz: mając bliskie relacje zawodowe z piłkarzami odczuwamy potrzebę, żeby  żyć jak oni. Wiemy, ile zarabiają i jak dużo wydają, widzimy, jakimi samochodami jeżdżą i jak się ubierają. Gdzieś w podświadomości rodzi się potrzeba dostosowania się do nich. Drugą kwestią, która powoduje uzależnienia wśród dziennikarzy sportowych jest stres i wysiłek, jaki towarzyszy pracy. Najlepsi  dziennikarze nie są dlatego najlepsi, bo się tacy urodzili, ale dlatego, że poświęcają mnóstwo czasu na pracę. Nawet jeżeli nie są w pracy, komentują wydarzenia piłkarskie na Twitterze, który jest wyjątkowo trudnym forum wymiany opinii.

 

Ze względu na szybkość reakcji?

 

Na Twitterze można bardzo szybko i łatwo narazić się na krytykę. Każdy może popełnić błąd w tekście, np. myląc się w nazwisku piłkarza czy dokonując przejęzyczenia. Taka wpadka zostanie błyskawicznie zauważona i spotka się z krytyką. Nie każdy sobie z tym radzi.

 

Twój nałóg rozwinął się i pogłębił dzięki wykonywanemu zawodowi?

 

Nie, rozwinął się zanim zostałem dziennikarzem. Zacząłem obstawiać zakłady bukmacherskie już w pierwszej klasie szkoły średniej, kiedy trafiłem do szkoły z internatem. Szybko zdobyłem gazetkę z typami i kursami. Wpadłem w nałóg niemal od razu. Błyskawicznie się tym zachłysnąłem, bo zacząłem wygrywać pieniądze. Zwycięstwa spotęgowały nieuzasadniony optymizm. Snułem wizje dostatniego życia z wygranych z hazardu. Kiedy przyjeżdżałem na studia do Warszawy i rozpoczynałem pracę w tygodniku „Piłka Nożna” byłem już mocno uzależniony od bukmacherki. Moja praca nie pogłębiła nałogu, miałem jednak większe możliwość zdobycia informacji. Gdybym nie pracował jako dziennikarz i tak raczej bym grał.

 

Kiedy zrobiłeś pierwsze hazardowe długi?

 

Kiedy jeszcze nie byłem pełnoletni. W pierwszej klasie szkoły średniej przegrałem pieniądze na internat. Naciągnąłem więc babcię na pożyczkę w Providencie. Później mężczyzna prowadzący punkt stacjonarny zakładów bukmacherskich wiedząc, że dużo  wygrywam zaproponował, że da mi pieniądze na zakłady, które oddam mu z wygranej. Pomyślałem: świetny pomysł. Wygrałem, spłaciłem go. Ale wtedy pojawiła się myśl, że wcale nie muszą mieć gotówki, żeby obstawiać. W kilka tygodni zadłużyłem się u niego na 10 tysięcy złotych. To było straszne przeżycie. Zaczęło się od 400 złotych, a potem szło już tysiącami.

 

Spłaciłeś całe 10 tysięcy złotych?

 

Pracownik punktu bukmacherskiego zgodził się, abym jeszcze raz zagrał, bo doszedł do wniosku, że inaczej go nie spłacę. Mecze już się zakończyły, kupon wszedł, można było wypłacić ponad dziewięć tysięcy. Zadzwoniłem do niego, żeby zapytać czy odda mi laptopa, którego zabrał w zastaw, czy dopiero jak zwrócę całą sumę, czyli 10 tysięcy złotych. Tata chciał posłuchać mojej rozmowy i pożartować, bo myślał, że dzwonię do dziewczyny. Bardzo zdziwił się, kiedy usłyszał z kim i o czym rozmawiam. Wziął kupony, pojechał do punktu bukmacherskiego, dopłacił brakującą kwotę i odzyskał laptopa. Bardzo bolesne doświadczenie. Ojciec nigdy mnie nie bił, ale wtedy spodziewałem się, że spuści mi manto. Nic takiego nie zrobił. Wyszedł bez słowa z pokoju. Zapadła cisza, wszedłem do kuchni, rodzice siedzieli przy stole na przeciwko siebie, trzymali się za ręce i płakali. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Obiecałem rodzicom, że więcej nie zagram. Emocje jednak z czasem opadły i wróciłem do hazardu. To było silniejsze ode mnie.

 

Po powrocie z ośrodka leczenia uzależnień nie wróciłeś do pracy w dziennikarstwie. Gdybyś pisał o piłce nożnej pokusa ponownego obstawienia zakładów bukmacherskich byłaby zapewne silniejsza.

 

Na pewno. Wychodząc z ośrodka otrzymaliśmy zalecenia dla trzeźwiejących hazardzistów. Znalazło się tam również zalecenie, że powinienem trzymać się z dala od piłki nożnej.

 

I zgodnie z zaleceniami z ośrodka trzymasz się z dala od piłki nożnej?

 

Nie jestem tak blisko jak byłem kiedyś, ale zdarza się, że czasem oglądam mecze. Od początku wiedziałem, że nie będę w stanie dotrzymać tego punktu. Powiedziałem nawet o tym terapeutce, dzięki czemu mogła czuwać nad tym jak sobie z tym radzę. Regularnie śledzę spotkania Legii Warszawa i kadry narodowej. Pokusy są. Przed i w przerwie meczu słyszę, które zakłady bukmacherskie są sponsorem transmisji. Na bandach umieszczonych wokół boiska widać  zmieniające się kursy. Mój wzrok to wychwytuje. Jeżeli mecz zaczyna mnie irytować, nie zastanawiam się, czy dzieje się tak z powodu wydarzeń boiskowych czy na skutek hazardowego „głodu”. Biorę psa i wychodzę na spacer.

 

Może po prostu dziennikarstwo jest zawodem, który wpycha człowieka w różne nałogi?

 

Obserwuje środowisko dziennikarskie z coraz dalszych rzędów, ale mam wrażenie, że ta praca w pewien sposób sprzyja nałogom. Kibic może pomyśleć, że dziennikarz sportowy nie przeżywa żadnego stresu i napięcia, bo to uczucie zarezerwowane dla osób  pracujących w szpitalach onkologicznych czy dla strażaków i górników. Dziennikarze są ludźmi, którzy są jedynie bliżej piłkarzy niż kibice. Mają problemy, słabości i kompleksy. Internet sprawia, że kontakt dziennikarzy z czytelnikami jest bliższy i szybszy. Dziennikarze muszą się z tym zmagać. Nie wszyscy sobie z tym radzą.

 

Część dziennikarzy nie zwraca uwagi na krytyczne wobec nich komentarze w sieci.

 

Na pewno? Chciałbym poznać dziennikarza, który nie przejmuje się tym co, o nim piszą. Jeżeli w artykule jest błąd, powiadomienie z Twittera pojawia się błyskawicznie na ekranie laptopa czy telefonu. Można wyciszyć powiadomienia, ale rezygnacja ze śledzenia interakcji na Twitterze sprawia, że konto na tym portalu społecznościowym przestaje mieć sens. Dziennikarze muszą w sieci budować swoją markę i potrafić poradzić sobie z krytyką.

 

Chciałbyś wrócić do dziennikarstwa?

 

Nie, ponieważ moje życie toczy się już innym torem. Ktoś może powiedzieć, że tak twierdzę, ponieważ po pobycie w ośrodku leczenia uzależnień nie udało mi się wrócić do pisania. Jestem tego świadomy, ale z perspektywy czasu wyszło mi to na dobre. Nie uczestniczę już w gonitwie za newsami, wywiadami i komentarzami, w której uczestniczą moi koledzy po fachu. Pamiętam doskonale ile kosztowała mnie ta praca. Poświęciłem na nią wiele wysiłku, czasu i życia prywatnego. Nie pracując w zawodzie sam decyduję czy obejrzę mecz czy spędzę czas z narzeczoną. Nie muszę już w święta śledzić meczów Premier League i pisać o nich. Na początku brakowało mi pracy dziennikarskiej, ale teraz już wiem, że ten etap jest dla mnie całkowicie zamknięty. Nie chciałbym wracać do dziennikarstwa. Podziwiam tych, którzy zostali i odnoszą sukcesy. I życzę im jak najlepiej.

 

Czym się teraz zajmujesz?

 

Nie pracuję już w zawodzie, ale nadal piszę. Od ponad dwóch lat prowadzę blog postawnasiebie.org, na którym przedstawiam swoją hazardową historię, od pierwszego obstawionego kuponu po nowe życie już bez hazardu. Blog to wynik pewnej frustracji, że kolejne osoby zachęcały do obstawiania meczów, a nikt nie mówił czym to grozi. Chciałem to zmienić, a jak zacząłem to robić, zauważyłem, że moja praca jest potrzebna. Po lekturze bloga pisali do mnie  hazardziści, którzy zaczęli dostrzegać swój problem. Odzywały się do mnie rodziny hazardzistów. Potrzebujących pomocy kieruję do specjalistycznych ośrodków. Dzielę się swoim doświadczeniem również z młodymi ludźmi w szkołach i w akademiach klubów piłkarskich. Pokazuję na swoim przykładzie czym jest hazard, że uzależnia i jakiego są tego konsekwencje.

 

Dziennikarze sportowi i piłkarze na koszulkach reklamują zakłady bukmacherskie. Twarzą jednego z „buków” był nawet prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Czy taka, legalna promocja hazardu, nie powinna zostać zakazana?

 

Często jestem o to pytany. Kiedy wyszedłem z ośrodka irytowało mnie to i dlatego założyłem blog. Jednak niechęć do reklam zakładów bukmacherskich wynikała z etapu, na jakim wówczas znalazłem się podczas terapii. Dziś nie mam problemu z  reklamami zakładów piłkarskich. Niby dlaczego miałbym mieć? Żadna z osób reklamująca „buków” nie jest winna mojemu uzależnieniu. Jeżeli byłbym alkoholikiem nie oczekiwałbym, że z przestrzeni medialnej znikną reklamy alkoholu. Życzyłbym sobie tylko, by każdej takiej reklamie towarzyszyła informacja o ryzyku uzależnienia. Nie małą czcionką, którą trudno dostrzec, ale taką, jaka jest np. na papierosach. Owszem, ludzie wciąż palą, ale robią to będąc świadomi tego, że szkodzą w ten sposób swojemu zdrowiu. Gdy zaczynałem grać w zakłady bukmacherskie nie byłem tego świadomy.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl.

 


Szymon Bartnicki

Rocznik 1990 r. Pracował w redakcji tygodnika „Piłka Nożna”, w Legii Warszawa, gdzie prowadził stronę internetową Akademii Piłkarskiej oraz w portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Absolwent Społecznej Akademii Nauk w Warszawie, kierunek: Dziennikarstwo i komunikacja społeczna w specjalności marketing medialny i PR.

 

 

CMWP przestrzega przed udziałem w wendetcie – komentarz WOJCIECHA POKORY

Centrum Monitoringu Wolności Prasy w oświadczeniu z 26 kwietnia 2019 r. wyraziło protest przeciwko decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie skazującego „Gazetę Polską” za publikację dot. męża szefowej Fundacji Otwarty Dialog. CMWP zwróciło uwagę, że wyrok naruszał zasadę wolności słowa i miał na celu zniechęcanie dziennikarzy do przedstawiania w postaci publikacji istotnego, wymagającego publicznego wyjaśnienia problemu, jakim jest zawsze transparentność finansowania działalności publicznej oraz zaangażowanych w nią osób (więcej o tym apelu można przeczytać tutaj)

 

Nie dziwi mnie zatem, że Centrum na zapowiedź kolejnych procesów wytaczanych przez FOD zareagowała apelem o ostrożność przy relacjonowaniu przyczyn, przebiegu i treści konferencji prasowej na której procesy te zapowiedziano. Niewątpliwie sytuacja, gdy podmiot dysponujący dużymi środkami finansowymi pozywa swoich krytyków zapowiadając serię procesów na horrendalne kwoty – od dziennikarza obywatelskiego Marcina Reya żąda się np. 100 tys. zł – musi budzić niepokój. I budzi. Szczególnie organizacji, która powołana została do tego, by bronić swobody dziennikarzy w docieraniu do źródeł informacji, umacniania wolności prasy i mediów elektronicznych oraz by strzec wykorzystania wolności słowa. Przy czym zastrzegam, też uważam że każdy ma prawo bronić swojego dobrego imienia. Fundacja Otwarty Dialog ma prawo udowodnić przed sądem, że została poszkodowana czyimś pomówieniem, jeśli została pomówiona ma prawo żądać satysfakcji. Ale nie ma prawa do wendety. I CMWP apeluje (tutaj) o ostrożność w tym względzie. By nie wchodzić w emocje, szczególnie że czas przedwyborczy sprzyja dziś tych emocji wykorzystywaniu.

 

Dla mnie jest ciekawy jeszcze jeden aspekt sprawy. Na branżowym portalu Press pojawiły się wypowiedzi m.in. członka zarządu Towarzystwa Dziennikarskiego Jana Ordyńskiego. Przeczytałem je z zaciekawieniem, spodziewając się obrony dziennikarzy narażonych na procesy. Dlaczego spodziewałem się obrony? Bo mam w pamięci apel m.in. red. Ordyńskiego w sprawie „szykan wobec dziennikarzy krytycznych wobec władzy”. Równo dwa lata temu w liście do dziennikarzy Towarzystwo Dziennikarskie informowało świat dziennikarski: Coraz częściej mamy do czynienia tzw. „legal harassment” – czyli nadużywaniem prawa w celu prześladowania wybranych osób. Władza wykorzystuje środki, którymi legalnie dysponuje, do tłumienia chronionej ustawowo krytyki prasowej (zobacz tutaj) . Centrum Monitoringu Wolności Prasy w swoim apelu było bardziej stonowane, nie zarzuca FOD „Legal harassment”, a jedynie prosi o ostrożność, dlatego spodziewałem się, że radykalne Towarzystwo Dziennikarskie w tym tonie uzupełni apel CMWP. W zamian dostaliśmy atak na Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Rozczarowujące.

 

W tekście zamieszczonym w Press zwrócił moją uwagę jeszcze jeden fragment. Swoisty coming out redaktora Bartosza Węglarczyka z portalu Onet.pl. Publiczne wyrażenie zdania, że każdy dziennikarz powinien sam sobie wyznaczać standardy pracy dziennikarskiej jest dosyć ryzykowne. Także w kontekście zapowiadanych procesów z FOD. Bo gdyby rzeczywiście taka zasada funkcjonowała, to nikt by już nie miał czego szukać przed sądami.  Wszystko byłoby relatywne. Mam nadzieję jednak, że tak nie jest ani w życiu zawodowym pana redaktora, ani w życiu redakcji, którą kieruje. Inaczej przyznałby, że niektórzy sami mogą określać takie zasady jak dążenie do prawdy, bezstronność i uczciwość, poszanowanie prawa i respektowanie dobrych obyczajów, a przede wszystkim – niezależność od grup interesów.

 

Wojciech Pokora

Apel CMWP SDP do dziennikarzy i internautów w sprawie konferencji prasowej Fundacji Otwarty Dialog

CMWP SDP apeluje do wszystkich dziennikarzy i internautów o rozwagę, rzetelność i nie uleganie emocjom przy relacjonowaniu przyczyn, przebiegu i treści konferencji prasowej Fundacji „Otwarty Dialog” z 10 października 2019 r.

 

Termin konferencji, jakość przekazywanych informacji jednoznacznie atakujących jedną stronę będącej na finiszu rywalizacji politycznej oraz wcześniejsze kontrowersje wokół działalności organizatora konferencji, jaką jest Fundacja „Otwarty Dialog”, sprawiają, iż należy podchodzić do prezentowanych dziś publicznie informacji z ogromnym dystansem i ostrożnością.

 

Kontrowersyjna Fundacja Otwarty Dialog 10 października b.r. czyli na jeden dzień przed ogłoszeniem ciszy wyborczej przed wyborami do Sejmu i Senatu, które zaplanowane są na 13 października 2019 r. poinformowała na konferencji prasowej iż jest obiektem ataków ze strony – cyt. rządu PiS, podporządkowanych mu struktur państwowych oraz rządowych i prorządowych mediów. Fundacja poinformowała, iż z tego powodu złożyła 20 pozwów przeciwko mediom, dziennikarzom a także politykom PiS . CMWP SDP zwraca uwagę, iż weryfikowanie tych niesprawdzonych informacji przez media w tak krótkim czasie jest praktycznie niemożliwe ze względu na liczbę oskarżeń oraz ich zakres, pozwy liczą nawet kilkadziesiąt stron. Fundacja żąda od dziennikarzy odszkodowań w wysokości nawet kilkuset tysięcy złotych, a poprzez wybór terminu poinformowania o nich opinii publicznej praktycznie uniemożliwia rzeczową debatę i polemikę z wysuwanymi przeciwko mediom i politykom zarzutom.

 

CMWP SDP podkreśla, iż szanuje prawo każdego do własnej interpretacji wszystkich zdarzeń oraz do rozpowszechniania tych ocen w przestrzeni publicznej, ale ze względu na szczególny czas w jakim się znajdujemy – tuż przed odbywającymi się raz na cztery lata wyborami – konieczna jest szczególna odpowiedzialność dziennikarzy i ludzi mediów za wygłaszane publicznie opinie. Szanując fundamentalną w społeczeństwie rolę wolnej prasy, apelujemy do osób publikujących swoje opinie w mediach tradycyjnych jak i informatycznych o rozwagę i rygorystyczne przestrzeganie zasad etyki dziennikarskiej przy relacjonowaniu “zarzutów” Fundacji Otwarty Dialog , tak by niesprawdzone informacje nie zakłóciły przebiegu najważniejszego wydarzenia dla demokratycznego państwa, jakim są zawsze wybory do Parlamentu.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 10 października 2019 r.

Dziennikarze i wybory – komentarz ELŻBIETY KRÓLIKOWSKIEJ-AVIS

Już od dawna znamy niebezpieczne związki między dziennikarzami, skandalami i wygranymi lub przegranymi wyborami.  Kilka dni temu wybuchła w Polsce afera „Neumann-gate”, zawartość nagranych w Tczewie taśm wylała się z mediów i już dziś wiadomo, że nie pomoże  PO-KO wygrać wyborów. Oczywiście, jest to jeden z wielu faktorów, bo równie ważny, jeśli nie ważniejszy jest brak pakietu wartości, zero programu  i fatalny the Civic Platform’s  politicians performance, czyli brak dorobku i fatalne zachowania polityków PO  w ciągu  ostatnich czterech lat.  „Rzygam tym Tczewem, słowo honoru daję”,  „dopóki jesteś  k…  członkiem PO, będę cię bronił jak niepodległości, jeżeli nie – masz problem”,  „sądy, ja ci gwarantuję, że przez rok nie  przeciągną  żadnej takiej sprawy” i „ w dupie mam, k…, kto jest waszym kandydatem, może być Jan Kowalski, bo tak czy inaczej musi to być  nasz człowiek”. Jaki obraz PO wyłonił się z  wyemitowanych przez TVP Info taśm?   Oto po raz któryś  partia pokazuje swoje złe oblicze –  nie to oficjalne, odświętne, prezentowane w mediach czy na konwencjach, ale prywatne,  które ujawnia się jedynie w rozmowach kuluarowych. Cyniczny stosunek do państwa i wyborców, żadnego zaplecza ideologicznego, motorem działania  jest wyłącznie dobro partii, a złą formą  – zakulisowe machinacje. Co, jak wiadomo, nigdy nie kończy się dobrze dla obywateli. Styl działania Cosa Nostry czy Camorry , a reakcja  na ujawnienie  typowa dla środowisk przestępczych czyli  „idziemy w zaparte”.  Oto kulisy „pracy politycznej” Platformy Obywatelskiej,  największego ugrupowania opozycji totalnej.

 

„Taśmy Neumanna” ujawnili – jak to zwykle w Europie bywa – dziennikarze. W pierwszym przypadku TVP Info, a informacje,  związane z „wydziałem nienawiści” w ratuszu w Inowrocławiu, gdzie rządzi klan Brejzów,  program TVP „Alarm”.  Wprawdzie opozycja zrobiła wszystko, żeby zminimalizować impakt   skandalu  Neumanna – „odgrzewane kotlety” Schetyny, „nie będę się tym zajmować, bo to stare sprawy”  Kidawy Błońskiej – ale  konserwatywne Prawo i Sprawiedliwość i obywatele wiedzą swoje. Czyli, że media, obok informowania, właśnie po to są,  aby wykrywać wpadki rządu i żelazną miotłą wymiatać z przestrzeni publicznej skompromitowanych polityków, także tych z najwyższej półki. I że to one bywają zwykle pierwsze w ujawnianiu afer korupcyjnych czy obyczajowych, czego skutkiem bywa zmiana rządu – patrz: rezygnacja ministra  spraw zagranicznych Johna Profumo czy nagła i tajemnicza  rezygnacja  premiera Wilsona. Do dziś wcale głośno się mówi  o jego nielegalnych kontaktach z radzieckimi służbami specjalnymi.

 

To przecież renomowany dziennik „The Times”, a właściwie jego niedzielne wydanie „Sunday Times” 7 czerwca 1992 roku opublikował pierwszy odcinek sensacyjnej książki Andrew Mortona „Diana: prawdziwa historia”, która zatrzęsła posadami brytyjskiej monarchii i zmieniła jej formułę.  Albo afera wokół premiera Tony Blaira.  Trzy razy z kolei wygrał dla Labour Party wybory , a potem, kiedy Wielka Brytania, u boku Stanów Zjednoczonych, przystąpiła do wojny w Iraku,  jeden wywiad w BBC przyczynił się do jego upadku. Była to rozmowa dziennikarza BBC Andrew Gillighana z doradcą Blaira, Davidem Kelly, podczas której zostało ujawnione, że Saddam Hussein nie dysponował bronią chemiczną i że rządowy raport kłamie. Najpierw prof. Kelly popełnił samobójstwo, a potem Labour Party spowodowała rezygnację swojego szefa  i zarazem premiera, Tony Blaira.  Ale zaczęło się od rozmowy dziennikarza lewicowej dodajmy  BBC – przypominając równocześnie, że Partia Pracy  bynajmniej nie jest konserwatywna!  Chodziło zatem o pryncypia.  Z kolei konserwatywny „The Daily Telegraph”, eksponując w grudniu 2009 roku wielką aferą korupcyjną w Izbie Gmin, uderzył nie tylko w posłów laburzystów i liberalnych demokratów, ale i w swoich, w konserwatystów. Jak to się skończyło? Ano w pół roku później, w maju 2010 roku, do wyborów parlamentarnych nie stanęło 39 znanych nazwisk z trzech głównych ugrupowań.  Teraz, w epoce Brexitu, w Wielkiej Brytanii nastąpiło wyraźne tąpniecie procedur demokratycznych, ale jeszcze niedawno, kiedy pojawiał się skandal,  interweniowały wszystkie media, bez względu na światopogląd. I zgodnie twierdziły, że – jeśli dochodzi do nagannych zachowań polityków, łamania prawa i psucia demokracji  – należy  głośno protestować. Wespół – zespół. Bowiem rząd i parlament, sądy i media publiczne mają służyć nie dobru swojej partii, lecz  państwa i obywateli.

 

A teraz, jak zareagowali podczas tej wielkiej afery z 2009 roku David Cameron, Nick CleggEd Miliband? Otóż wszyscy trzej zapowiedzieli skompromitowanym posłom –  odchodzisz z partii dziś, albo nie stajesz do elekcji za pół roku. To dlatego, na mocy dżentelmeńskiej umowy, w wyborach powszechnych w maju 2010 zabrakło tyle znanych twarzy! Sławomir Neumann, prawdopodobnie na skutek decyzji Schetyny,  zrezygnował z przywództwa  klubu parlamentarnego Platformy.  Ale Brytyjczycy  mówią w takich okolicznościach „too little, too late”.  Bo  wedle cywilizowanych standardów, po takiej kompromitacji, powinien natychmiast zrezygnować z członkostwa  partii  i  z kandydowania w wyborach za tydzień. Jego koledzy nadal bagatelizują sprawę, a sam Neumann powtarza, że „wyborcy sami zadecydują”. Jeśli jednak po tym, co poseł PO powiedział o swoim elektoracie w Tczewie i gdzie indziej ludzie zdecydują się  na niego głosować, to może istotnie „g…. wiedzą”?  Nie znają swoich praw i zindoktrynowani przez  „neumannów”, mimo wszystko zagłosują na swoje ugrupowanie? I im bardziej skompromitowane, tym więcej otrzyma głosów? To już  jako „ ofiarą politycznych manipulacji PiS”?. Pozostaje  pytanie – co to za rzeczywistość partyjna, która stawia polityka i jego elektorat w tak  dziwacznej sytuacji? I jak się to ma do zasad demokracji, w centrum której  stoi nie polityk, ale jego wyborca?

 

I kolejna sprawa. Jeśli Grzegorz Schetyna, Sławomir Neumann i Ska. wciąż narzekają, że  media publiczne „polują na nich” i że  „są ofiarami zmasowanego ataku PiS”, to znaczy, że wciąż  nie rozumieją zasad polityki, ani demokratycznego państwa prawa.  A więc daleko jeszcze do chwili, kiedy – jak premier Cameron  w 2009 roku – powiedzą do swoich deputowanych: „Ludzie są zirytowani naszym nagannym postępowaniem. I musimy zrobić wszystko, żeby odzyskać ich zaufanie”.  Z drugiej strony rzeczywiście jest prawdopodobne, że elektorat  PO i komercyjne media o swoich prawach i obowiązkach „g… wiedzą”.  Czy  inaczej, działając na własną szkodę, by się ich nie domagali?

 

Elżbieta Królikowska-Avis