Ocalmy od zapomnienia groby dziennikarzy na Wschodzie

Jak zwykle w ostatni tydzień października ruszamy za wschodnią granicę na poszukiwania i porządkowanie grobów przedwojennych dziennikarzy, pisarzy, wydawców. Tym razem trasa będzie wiodła przez Lwów i Stanisławów do Kołomyi.

 

Po pracach na cmentarzu łyczakowskim, pierwszy nocleg wypadnie nam we Lwowie. Rano ruszymy do Kołomyi, gdzie będziemy porządkować polski cmentarz i szczególną opieką otoczymy groby naszych przedwojennych kolegów po fachu.

 

Drugi nocleg przewidywany jest w Stanisławowie, gdzie w niedzielę zapalimy znicze na zniszczonym przez Sowietów polskim cmentarzu, na którym byli pochowani również miejscowi dziennikarze. Po śniadaniu i Mszy Św. (dla chętnych)przewidywany jest czas wolny.

 

Wyjazd z Rzeszowa z parkingu Urzędu Marszałkowskiego 25.10.2019 o godzinie 6.30 Przewidywany powrót do Rzeszowa w niedzielę 27.10.2019 na godzinę 18.00 (w zależności od sytuacji na granicy).

 

Koszt wyprawy na jedną osobę to 250 złotych. Pieniądze prosimy przekazać już w autokarze osobie wyznaczonej do zbiórki (przejazd oraz dwa noclegi ze śniadaniem oraz zakup zniczy).

 

Wszystkie dodatkowe atrakcje uczestnicy pokrywają osobiście. Możliwość występów (w piątek 25.10)znakomitego, lwowskiego kabaretu „Czwarta rano”- tylko dla nas. Koszt 30 zł od osoby.

 

Zgłoszenia udziału w wyjeździe proszę przesyłać do koleżanki Jolanty Danak Gajda na adres; [email protected]ów.pl

 

Zgłoszenia przyjmujemy do 20 października. Liczba miejsc ograniczona, więc liczyć się będzie kolejność zgłoszeń. Proszę zabrać ze sobą szczotki, szpachelki, worki na śmieci, sekatory i jakąś odzież ochronną do prac porządkowych.

 

Zapraszam. Pomóżcie ocalić od zapomnienia swoich kolegów dziennikarzy.

 

Andrzej Klimczak

Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

oddział w Rzeszowie

 

Dziennikarze na wynajem – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Tacy będą dziennikarze, jakie ich kształcenie. Jeśli kształci się służalców to nic dziwnego, że potem klepią co im władza każe.

 

Żeby werbalnie brzmiało to ważniej, nazwano tę niby specjalność PR-em, czyli public relations. Ani to relacja, ani wartość społeczna. Równie naukowe jest nauczenie szewstwa, czy robienia pedicure. Choć wymienione zawody są pożyteczne.

 

PR – wciśnięty na rzekomo dziennikarskie wydziały to zbrodnia na żywym ciele pełnych entuzjazmu i nadziei młodych. Wdarła się ta pseudonauka do szlachetnego z założenia zawodu i go pustoszy. Jak można do jednego garnka wrzucać świeże marchewki i groszek dokładając szlam koncepcji wciskania kitu. Dziennikarstwo to szczere i odważne poszukiwanie prawdy, a nie wciskanie dziecka w brzuch.

 

Nieprawda, że durnie rodzą się sami. Właśnie sieje ich się bezrozumnie, dziwiąc potem, że z niewinnego czeladnika wyrasta cwaniak, kłamca – objawiający się potem jako informacyjny publicystyczny manipulant, którego wzorem jest pseudoposeł, pseudosenator.

 

Żurnalistyka i „pijarostwo” nie mają ze sobą nic wspólnego. Jedno to misja społeczna, a drugie – biznes.

 

Hycel, komornik, oficer śledczy to niezbędne dla utrzymania porządku zawody. Ale do ich wykonywania trzeba mieć odpowiednie predyspozycje. Jeśli ktoś chce być dziennikarzem powinien mieć wstręt do brania pieniędzy za usługowe artykuły, audycje i filmy. Należą mu się oczywiście honoraria za pracę, ale nie od bohaterów jego opowieści, ale od redakcji, od mediów.

 

Materiał opłacany musi być oznaczony informacją, że to dzieło na zamówienie, sponsorowane, po prostu rodzaj reklamy.

 

Jeśli nie ma „chińskiego muru” między materiałami reklamowymi a redakcyjnymi – należy karać, eliminować.

 

Nasze państwo dopuściło do gigantycznego oszukiwania swoich obywateli. Choć ma armię „ekonomistów” i „publicystów”. Dopuszczenie by uczenie dziennikarstwa i szykowanie do pracy PR-owców „w jednym stało domu” jest niedopuszczalne.

 

„Dziennikarz” z łbem wzdętym PR-owskimi wskazówkami będzie oczywiście świetnym służącym polityka. Nieważne jakie będą treści, ważne by były opłacone.

 

Po co się martwić, po co trudzić. Przecież można się narazić, ubrudzić. Otrzymujesz wytyczne albo sam odgadujesz myśli pryncypała! Jesteś żywą antycypacją. Robisz pod szefów, tak samo zresztą jak owi robią pod swoich decydentów. Nieważne czy ów przegina w lewo, czy w prawo. Decydent musi mieć wyrobników. Nie będzie się parał za te marne kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Lobbysta świetnie przygotowany na dziennikarskich studiach, za państwowe pieniądze to wyrobnik. Teraz, gdy padają redakcje, łatwo o takich. Chłopcy i panienki gotowi są każdą robotę przyjąć i wykonywać. Chwytają w mig. Służą. Powinni mieć etykietkę jaka to uczelnia ich przygotowała.

 

Stefan Truszczyński

Uzależnieni od lajków – MIROSŁAW USIDUS analizuje jak social media zmieniły życie

Korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, który stworzyli.

 

„Mam trzy i pół tysiąca znajomych i przyjaciół na Facebooku, kolejnych kilka tysięcy na Instagramie, tysiąc pięćset osób obserwuje mnie na Twitterze i posiadam prawie dwa tysiące kontaktów na LinkedIn. A w sobotni wieczór nie mam z kim obejrzeć filmu, czy zjeść kolację” – napisać coś takiego mogą dziś tysiące, a nawet miliony ludzi. Życie społecznościowe to nie to samo co życie społeczne.

 

Spójrzmy, jak w ciągu ostatnich lat zmieniało się znaczenie prostych słów, takich jak „znajomy”, „przyjaciel”, „śledzić”, „lubić”, „nie lubić”? Odpowiedź brzmi: zmieniało się niepostrzeżenie. Przesuwające się w znanych od wieków pojęciach odcienie znaczeniowe przekładają się na znaczące zmiany w świecie naszych relacji społecznych i wartości.

 

„Przyjaciel” z internetu może okazać się kimś niezbyt interesującym „w realu”. „Lubienie” kogokolwiek i czegokolwiek wyłącznie na podstawie obrazka, to zupełnie nowy sens tego słowa. Kupujemy coś, lub udajemy się do miejsc rekomendowanych przez podmioty całkowicie anonimowe i nam nieznane. Rację przyznaje się nie temu, kto potrafi użyć lepszych argumentów lub udowodnić swoje stanowisko przykładami, lecz temu kto skutecznie przykryje argumentację strony przeciwnej przewagą liczebną, zdobędzie większy zasięg. „Mowa nienawiści” nie ma nic wspólnego z nienawiścią, za to wiele z odmiennymi poglądami politycznymi.

 

„It’s a new world,” mówi Reb Tewje w „Skrzypku na dachu”. I ten komentarz bardzo pasuje do społecznej rewolucji, jaka ma miejsce za sprawą mediów społecznościowych. Tylko, być może, ów „nowy świat” nie przez każdego jeszcze jest dostrzegany.

 

Depresja społecznościowa

 

Gdybyż tu chodziło tylko o to, że nadeszło „nowe”. Problem w tym, że nadeszło „gorsze”. Ostatnie lata przyniosły serię badań platform społecznościowych z niezwykle niepokojącymi wynikami. Np. studium przeprowadzone przez Uniwersytet Michigan wykazało, że im więcej czasu dana osoba spędza na Facebooku, tym bardziej obniża się jej samopoczucie i samooocena a narastają nastroje depresyjne. Jeden z autorów badań, Ethan Kross wyjaśniał to w komentarzu medialnym tak: „Na zewnątrz Facebook stanowi nieocenione źródło zaspokajania potrzeb społecznych, pozwalając ludziom łączyć się ze sobą, kontaktować, rozmawiać, jednak potem okazuje się, że zamiast podnosić człowieka na duchu, intensywne korzystanie z Facebooka może w silnym stopniu negatywnie wpłynąć na nastrój”.

 

Badacze nie chcą pochopnie wyrokować, czy korzystanie z mediów społecznościowych powoduje depresję, czy też jest może tak, że ludzie ze skłonnościami do depresji chętniej zanurzają się w cyfrowym świecie. W publicystyce zachodniej znane jest pojęcie „social media depression”, które nie ma jeszcze charakteru naukowego. Opisuje cały kompleks stresów i frustracji współczesnego konsumenta internetu. Od napięcia spowodowanego brakiem mobilnego zasięgu, huśtawki nastrojów spowodowanych przerwami z działaniu sieci aż po osamotnienie, gdy w twojej sieci społecznościowej nie masz odzewu i interakcji, nikt nie komentuje, nie lubi i nie udostępnia.

 

Psycholog Jim Daley w artykule opublikowanym w ubiegłym roku w „The Huffington Post” nazwał ten syndrom jeszcze inaczej – DA, „disconnectivity anxiety” („diskonektofobia”?).  Choć nie jest to jeszcze oficjalnie zaburzenie psychiczne, Daley uważa, że problem narasta. „DA wiąże się narastaniem negatywnych emocji, takich jak strach, złość, frustracja, rozpacz i fizyczne cierpienie. Jedyną ulgę, choć krótkotrwałą, daje przywrócenie połączenia z internetem”.

 

Wcześniej Holly Shakya z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego i profesor z Yale Nicholas Christakis spędzili dwa lata badając ponad pięć tysięcy pełnoletnich ludzi, z próby badawczej Gallupa, a wyniki swoich badań opublikowali w 2017 r. Naukowcy śledzili sposób korzystania przez nich z Facebooka, konfrontując te badania z diagnozami ich samopoczucia emocjonalnego i fizycznego, a także wskaźnikiem masy ciała (BMI). „Nasze wyniki wykazują, że chociaż ogólnie sieci społecznościowe były pozytywnie kojarzone, nie dotyczyło to Facebooka” – podsumowali badacze w artykule, który ukazał się w „Harvard Business Review”. „Negatywne wyniki były szczególnie wyraźne, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne”.

 

Dlaczego Facebook jest tak bardzo niekorzystny dla naszej równowagi emocjonalnej? Jeszcze wcześniejsze badania sugerowały, że serwisy te stwarzają coś w rodzaju fałszywej presji na użytkownika ze strony innych członków społeczności. Ponieważ większość ludzi unika publikowania na platformie negatywnych treści lub informacji o stresujących przeżyciach, sieć społecznościowa kreuje mylący obraz środowiska, w którym każdy wydaje się radzić sobie lepiej i mieć więcej frajdy z życia niż ty. Jak zauważają badacze, ekspozycja wyselekcjonowanych, mających „wizerunkowy” i „promocyjny” charakter, obrazów z życia innych ludzi prowadzi do porównań stawiających nasze doświadczenie życiowe w negatywnym świetle.

 

A co z magiczną zdolnością Facebooka łączenia z przyjaciółmi i rodziną, na dowolne odległości? Także to, jak wynika z badań, nie działa dobrze. Zastępowanie rzeczywistych, spotkań, rozmów, bliskości i intymności, komunikacją przez social media, nie zbliża ludzi, lecz prowadzi do dalszej alienacji. Ludzie „wytrenowani” w takich formach komunikacji, gdy się w końcu spotykają, nie potrafią odłożyć swoich telefonów i cieszyć się realnym kontaktem z drugim człowiekiem. Przecież dobrze znamy obrazki grona ludzi siedzących przy jednym stole i wgapiających się z w ekrany swoich smartfonów zamiast ze sobą rozmawiać.

 

Młodzież w świecie lęku

 

Co jakiś czas słyszymy o nastolatkach popełniających samobójstwo w sieciami społecznościowymi w tle. Najgłośniejsze przypadki wydarzyły się w tym roku w Wielkiej Brytanii. Najpierw 14-latka Molly Russell popełniła samobójstwo „instagramowe” a ostatnio piętnastoletnia Ruby Seal zabiła się po tym, jak nikt nie zareagował na jej dramatyczny wpis na Snapchacie.

 

W książce, która ukazała się w tym roku, „Understanding Teenage Anxiety” (pol. „Zrozumieć lęk nastolatków”), autorzy Jennifer Browne i Cody Buchanan, piszą o spustoszeniach, jakie media społecznościowe wyrządzają w duszach i umysłach młodzieży, czyli pokolenia zażywającego tych serwisów w największych dawkach. Książka jest swoistą psychodramą rozgrywającą się pomiędzy matką Jennifer Browne i współautorem, jej nastoletnim system Cody’m Buchananem, która zmaga się z lękami i depresją. A przyczyny są podobne do opisanego wcześniej „targowiska próżności” na Facebooku – gigantyczna presja, zwielokrotniona przez masowe zasięgi i wszechobecność komunikacji.

 

Stara dobra presja rodziców na dzieci jest niczym wobec tych potęg. Artykuł opublikowany w „New York Times Magazine” w 2017 r. opisuje, jakim naciskom w cyfrowych środowiskach szkolnych i akademickich poddawani są młodzi ludzie. Nieustanny osąd, rywalizacja, cyberbullying, mobbing. Tego rodzaju zachowania  w szkołach, grupach młodzieżowych występowały zawsze, ale nigdy nie przenosiły się do „w mediów”, do platform publicznych, na widok tysięcy innych.

 

Media społecznościowe przypominają wirtualny salon, wypełniony wyselekcjonowaną grupą ludzi, z którymi czujemy się komfortowo i chcemy być kojarzeni. Doświadczenia są wybierane i realizowane według kryterium wygody i poziomu łatwości. Zasadniczo, dzieci uczą się wybierać doświadczenia, o których wiedzą, że będą czuć się z nimi komfortowo i generalnie są zadowoleni z tego, że mogą być z nimi kojarzeni. Że to nie jest prawdziwe życie. A jakie to ma znaczenie? W prawdziwym życiu nie ma nic ciekawego.  A jeśli jest, to często nie jest to przyjemne. Więc uciekajmy od prawdziwego życia. Po co zmuszać się do dyskomfortu, skoro nie trzeba, skoro są social media i wymyślona/y ja oraz mnóstwo ludzi, którzy mnie takim wymyślonym podziwiają?

 

Jak seks, a nawet bardziej

 

Media społecznościowe całkowicie zmieniły zakres naszych doświadczeń życiowych. Weźmy na przykład podróże. Nie chodzi tylko o to, że omijanie kijków ze smartfonami utrudnia poruszanie się w tłumie zwiedzających. Także o to, że turyści nie patrzą już nawet na zabytki, dzieła sztuki, czy krajobrazy. Zamiast tego patrzą w wyświetlacze a na nich widzą najczęściej samych siebie i czasem przy okazji jakąś fajną scenerię do „selfika”.

 

Doświadczenie sztuki i historii zostało zastąpione doświadczeniem cyfrowej reprezentacji. Niby nic dziwnego dla „cyfrowych tubylców” – przecież to ich zwykły sposób poznawania świata. Spędzamy więcej czasu zastanawiając się nad tym, jak inni ludzie będą postrzegać nasze przygody, niż faktycznie je mieć.

 

Jeśli ktoś ciągle upiera się, że życie (i pożycie) społeczne wcale się tak nie zmieniło, niech zwróci uwagę na szokujące sygnały, że potrzeba sprawdzania mediów społecznościowych bywa dziś wśród młodzieży silniejsza niż popęd seksualny. Niewiarygodne? A jednak. Już badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Chicago w 2012 roku na grupie badawczej z Niemiec, wykazały, że korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. W tym samym roku naukowcy z Uniwersytetu w Bonn wysunęli przypuszczenie, że za uzależnienie od Internetu odpowiada gen CHRNA4, ten sam, który stoi za nałogiem nikotynowym.

 

Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, którego stworzyli. W 2017 Chamath Palihapitiya, były wiceprezes Facebooka, powiedział: „Krótkotrwałe, napędzane dopaminą pętle zwrotne, które stworzyliśmy w Facebooku, niszczą społeczeństwo, jakie znamy. Brak dyskursu obywatelskiego, brak współpracy, dezinformacja, błędy”. Podczas wystąpienia na Uniwersytecie Stanforda mówił też o „pielęgnowaniu naszego życia na podstawie społecznościowych wyobrażeń o doskonałości”„natychmiastowych nagrodach – sygnałach społecznościowych, serduszkach, lubisiach, kciukach do góry” które otrzymujemy. „Chętnie i bezkrytycznie łączymy to wszystko z wartościami i z prawdą, choć to tylko krótkotrwała i niemal natychmiast przemijająca popularność. Gdy zastrzyk dopaminy instant przestaje działa, zostaje pustka” – podsumował Palihapitiya.

 

Czy to nie paradoksalne, że coś co zostało ochrzczone mianem „społeczności” jest dla prawdziwych społeczności tak silnie destrukcyjne. Że narzędzia, które miały służyć do łączenia ludzi, budowania lepszych więzi i relacji, stały się ostatecznie czymś co izoluje ludzi od siebie wzajemnie. Nawet w romantyczno-seksualnym aspektach, które lata temu na platformach social media wydawały się dość ważne, okazało się, że ostatecznie są one bardziej „zamiast” niż dla prawdziwej bliskości ludzi.

 

Stało się najwyraźniej coś złego. Jeszcze niezbyt dokładnie zdajemy sobie sprawę, co poszło nie tak. Badań i analiz zjawiska jest wciąż trochę mało. W swoim imieniu mogę powiedzieć, że nie o taki społecznościowy Internet chodziło mi, gdyż kilkanaście lat temu z entuzjazmem przyjmowałem pierwsze serwisy tego rodzaju.

 

Mirosław Usidus

 

Samorząd w klatce – WIKTOR ŚWIETLIK o samorządzie dziennikarskim

Jeśli chodzi o samorząd to mam z klasyka klasyków swój ulubiony cytat z czasów powoływania członków KRRiT w 1994 roku: – zrobiłem tak, bo jestem niezależny, samorządny i nazywam się prezydent. Nie trzeba chyba dodawać z kogo to cytat (podpowiedź – nie jest to starotestamentowy Jahwe). Z samorządnością jest tak, że każdy rozumie przez nią co chce. Dowodem, dyskusja, która się ostatnio toczy, także na stronie Sdp.pl.

 

Rządzący politycy mówią, że chcą uregulować zasady na jakich funkcjonuje zawód dziennikarza. Twierdzą, że w ten sposób uporządkują funkcjonowanie tej branży. Fakt, że o takim unormowaniu mówiło się w czasach, kiedy jeszcze miałem bujną fryzurę. Podnoszono wówczas często argument, że na listach rozmaitych zawodów tworzonych przez instytucje państwowe astrologowie i radiesteci mają bardziej ugruntowaną pozycję niż dziennikarze, nie zawsze wymieniani. Wszystko wynikało z braku jednoznacznej definicji. W wielu zachodnich krajach jest nią właśnie przynależność, do któregoś z syndykatów. W USA dziennikarz to ten, kto działa na zlecenie jakiejś redakcji. Tak często przyjmuje się dziś i u nas. Tyle, że redakcją może być jednoosobowy portal, blog, a nawet regularnie odnawiany profil na Facebooku. Wystarczy „periodyczność”.

 

Po co taka regulacja? W teorii wzmacniałaby dziennikarzy profesjonalnych kosztem amatorów. Choćby po to, by było wiadomo kogo chroni prawo prasowe. Kto ma prawo wejść do Sejmu, uzyskać akredytację na mecz, może wejść na konferencję prasową. A kto dziennikarzem nie jest, tylko udaje. Na przykład lobbysta lub czynny polityk.

 

Wszystko ładnie, ale dziennikarze z kolei – i to nie tylko ci, którzy są opętani antypisowską psychozą – twierdzą, że lepiej by politycy się w budowanie samorządów nie bawili. Bo jak się wezmą, to zaraz będą chcieli decydować o tym, kto jest dziennikarzem, a kto nie według klucza politycznego. Cytując Sławka Jastrzębowskiegozrobią samorząd, znaczy porządek”.

 

Nie podzielam ani entuzjazmu pierwszych do budowy samorządów, ani obaw drugich, że jakiś sanhedryn złożony z nominatów politycznych wrogów władzy będzie wykluczał z zawodu jak komisje ze stanu wojennego.

 

Zacznijmy od tych drugich. Po pierwsze mamy już takie sanhedryny. Nazywają się sądy. To one mogą, i w niektórych przypadkach orzekają zakaz wykonywania zawodu dziennikarza. Takie uprawnienie jest skandaliczne, wrogie demokracji i wolności słowa, a sądy w Polsce są upolitycznione do szpiku. Wielu sędziów nie kryje poglądów politycznych, a jeśli posuwają się tak daleko, to zakładam, że te poglądy decydują o wyrokach. Tak uważam, „dwadzieścia osiem filmów o tym nakręciłem…”, więc tu tyle w temacie.

 

Myślę, że jakieś 80 procent polityków – bez względu na opcję – najchętniej wyciszyłoby niechętne im media, tyle, że tego się nie da zrobić. Nie da się w erze mediów społecznościowych i realnej kultury wolności słowa, w której żyjemy. Widzieliście ilu młodych ludzi protestowało na marszach KOD-u? Była to raczej taka trzecia młodość odstawionej klienteli PO. A ilu na demonstracjach w sprawie tzw. ACTA2? Pełno dzieciarni.

 

Cenzura mediów byłaby politycznym samobójstwem. Do tego była już formacja, która przy pomocy raczej gangsterskich – jak na standardy europejskiej polityki – metod, opanowała wszystkie media. Jednego inwestora wypędziła, sprzedała coś szemranemu biznesmenowi, niegrzecznego naczelnego zwolniła naciskając na niemieckiego wydawcę, pozbyła się dziennikarza, który ruszał trudny temat reprywatyzacji, podsłuchiwała, wysyłała tajne służby na redakcje. W dodatku robiła to przy tolerancji ze strony świata i rodzimych obrońców praw człowieka.

 

I co z tego wyszło? Za przeproszeniem Pań – jajco. Nowe media powstały jak grzyby po deszczu, opozycyjne kluby dyskusyjne, jak za komuny, pozwalały na tworzenie struktur, a Twitter został opanowany przez opozycyjną nie mającą mediów prawicę.

 

Czy więc rację mają politycy? Może dobrze by było, gdyby powstało takie ciało, gdzie spotkają się dwaj Kurscy, Blumsztajn, SkowrońskiSakiewicz i będą z władzą rozmawiać? Choćby o artykule 212, fatalnych orzeczeniach sądów, tym jak najlepiej budować umowy dziennikarskie, jak konstruować rynek reklamowy. I tu mam wątpliwości. Bo – może poza 212 – w każdej z tych spraw rzuciliby, o sorry, rzucilibyśmy się sobie do gardeł. Lepiej już urządzić zawody w klatkach.

 

Do tanga trzeba dwojga. A tu jedni stoją z jednej strony ściany, drudzy z drugiej. Nie będzie z tego ani tanga, ani dzieci. Co najwyżej może wyjść mordobicie, czyli nasz chleb powszedni.

 

Wiktor Świetlik         

Sieć osób, nie kabli – KS. MARIUSZ FRUKACZ analizuje nauczanie papieża Franciszka o mediach

Kultura spotkania, dziennikarstwo pokoju i miłosierna komunikacja to najważniejsze elementy edukacji medialnej w nauczaniu papieża Franciszka.

 

Media we współczesnym świecie mają kluczowe znacznie. Zdaje sobie z tego bardzo dobrze sprawę papież Franciszek, który każdego roku kieruje do ludzi mediów i całego Kościoła swoje orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Papież kontynuuje w ten sposób, to co wcześniej czynili św. Paweł VI, św. Jan Paweł II i Benedykt XVI. Edukacja medialna papieża Franciszka bardzo mocno koncentruje się na pojęciach:  bliskości, spotkania i dialogu.

 

Media i kultura spotkania

 

Papież Franciszek zwraca uwagę ludziom odpowiedzialnym za przekaz i komunikację, że w dzisiejszym świecie media mają do odegrania ogromną rolę w tym, aby pomóc ludziom, by poczuli się bliżej siebie nawzajem. Równocześnie powinny budować jedność rodziny ludzkiej, pobudzać do solidarności i lepszego poważnego zaangażowania na rzecz bardziej godnego życia. „Dobra komunikacja pomaga nam być bliżej siebie oraz lepiej poznawać siebie nawzajem, w byciu bardziej zjednoczonymi. Dzielące nas mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Musimy godzić różnice poprzez formy dialogu pozwalające nam wzrastać w zrozumieniu i szacunku” – napisał papież Franciszek w swoim orędziu w 2014 r.

 

Bardzo często papież przypomina, że trzeba poprzez środki społecznego przekazu budować kulturę spotkania. „Kultura spotkania wymaga, abyśmy byli skłonni nie tylko dawać, ale także otrzymywać od innych. Media mogą nam w tym pomóc, zwłaszcza dzisiaj, kiedy sieci ludzkiej komunikacji osiągnęły bezprecedensowy rozwój. Zwłaszcza internet może zaoferować większe możliwości spotkania i solidarności między wszystkimi, a jest to rzecz dobra, jest to Boży dar” – podkreślił Franciszek w swoim orędziu w 2014 r.

 

Ojciec Święty ciągle przypomina, że media mają być w służbie godności osoby ludzkiej, zwłaszcza że „komunikacja jest ostatecznie zdobyczą bardziej ludzką niż technologiczną” i równocześnie „sieć digitalna może być miejscem bogatym w człowieczeństwo, nie siecią przewodów, ale osób”.

 

 

Miłosierne komunikowanie się

 

Papież Franciszek w swoich orędziach zwraca uwagę na nowe sposoby komunikacji. Wskazuje przy tym m.in. na dialog, komunikację bliskości, wysłuchanie i język miłosierdzia. Właśnie zwrócenie jeszcze większej uwagi na miłosierne komunikowanie się jest czymś ważnym dla współczesnych mediów. W swoim orędziu w 2016 r. Franciszek przypomniał, że „komunikacja ma moc budowania mostów, sprzyjania spotkaniu i integracji, ubogacając w ten sposób społeczeństwo”. „Jak to dobrze, gdy widzimy osoby zaangażowane w staranne dobieranie słów i gestów, ażeby przezwyciężyć nieporozumienia, uleczyć zranioną pamięć i budować pokój oraz zgodę. Słowa mogą przerzucać mosty między ludźmi, rodzinami, grupami społecznymi,  narodami. Jest to możliwe zarówno w przestrzeni fizycznej jak i cyfrowej. Dlatego słowa i działania powinny nam pomóc wyjść z zaklętego kręgu potępień i zemsty, które stale wpędzają w matnię osoby i narody, prowadzące do wyrażania się przesłaniami nienawiści. Natomiast słowo chrześcijanina stawia sobie za cel spowodowanie rozwoju komunii i nawet jeśli musi zdecydowanie potępić zło, stara się nie zrywać relacji i komunikacji” – napisał papież.

 

Ojciec Święty w tym samym orędziu wskazał na wysłuchanie jako istotny element miłosiernej komunikacji. „Komunikowanie oznacza dzielenie się, a dzielenie się wymaga wysłuchania, akceptacji. Wysłuchanie to znacznie więcej niż słuchanie. Słuchanie dotyczy dziedziny informacji; natomiast wysłuchanie odwołuje się komunikacji i wymaga bliskości. Wysłuchanie pozwala nam przyjąć właściwą postawę, opuszczając spokojną kondycję widzów, użytkowników, konsumentów. Wysłuchanie oznacza również zdolność dzielenia się pytaniami i wątpliwościami, przemierzenie jakiejś drogi obok siebie, wyzwolenie się z wszelkiej pyszałkowatości wszechmocy i pokorne oddanie swoich umiejętności i darów na służbę dobra wspólnego” – napisał Ojciec Święty.

 

Papież Franciszek zwrócił uwagę również na to, że „to nie technologia określa, czy komunikacja jest autentyczna, czy też nie, ale serce człowieka i jego zdolność do dobrego wykorzystania środków, jakimi dysponuje”.  Dlatego tak ważne w pracy dziennikarskiej powinno być spotkanie pomiędzy komunikacją

a miłosierdziem.

 

Warto w tym miejscu przywołać słowa, które wypowiedział sługa Boży kard. Stefan Wyszyński na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy i prosił ich, aby jak psy lizali rany narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, «psi język». …macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […] Nazwałem Was «psami» dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby «wylizać rany» pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu” – powiedział kard. Wyszyński.

 

Fake news a dziennikarstwo pokoju

 

Jednym z najbardziej dyskutowanych zjawisk we współczesnym dziennikarstwie są tzw. fake news – fałszywe informacje. Mają one na celu dezinformację, informację bezpodstawną, opartą na nieistniejących lub zniekształconych danych i zmierzającą do oszukania czytelnika, a nawet do manipulowania nim. Papież Franciszek temu tematowi poświęcił swoje orędzie do ludzi mediów w 2018 r.  Papież wskazuje na istnienie swoistej logiki dezinformacji: „Zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych. Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów” – napisał papież Franciszek. W swoim orędziu Ojciec Święty przypomina, że najbardziej radykalnym antidotum na wirus fałszu jest oczyszczenie się przez prawdę i krzewienie dziennikarstwa pokoju. „Nie rozumiem przez to wyrażenie dziennikarstwa «dobrodusznego», zaprzeczającego istnieniu poważnych problemów i przyjmującego ckliwe tony. Mam na myśli, przeciwnie, dziennikarstwo bez udawania, wrogie fałszom, sloganom dla efektu i spektakularnym deklaracjom. Dziennikarstwo uprawiane przez osoby dla osób, pojmujące siebie jako służba wszystkim ludziom, zwłaszcza tym stanowiącym większość na świecie, którzy nie mają głosu; dziennikarstwo, które nie spalałoby wiadomości, ale angażowało by się w poszukiwanie prawdziwych przyczyn konfliktów, aby sprzyjać ich dogłębnemu zrozumieniu i przezwyciężaniu przez rozpoczęcie korzystnych procesów; dziennikarstwo zaangażowane we wskazywanie rozwiązań alternatywnych dla eskalacji wrzasku i przemocy słownej” – wyjaśnił Ojciec Święty.

 

 

Sieć solidarna

 

W edukacji medialnej papieża Franciszka bardzo często pojawia się pojęcie wspólnoty – zwłaszcza w kontekście najnowszych technologii i świata cyfrowego. Papież w 2019 r. przypomniał ludziom mediów, że „wspólnota jest o tyle silniejsza, o ile jest bardziej spójna i solidarna, ożywiana uczuciami zaufania i dążąca do wspólnych celów. Wspólnota jako sieć solidarna wymaga wzajemnego słuchania i dialogu opartego na odpowiedzialnym używaniu języka”. Dla papieża Franciszka sieć jest oczywiście okazją do promowania spotkania z innymi. Jednak, jak zwraca uwagę Ojciec Święty, może ona „również zwiększyć naszą samoizolację, jak sieć pajęcza zdolna do usidlenia”. „To młodzież jest najbardziej narażona na złudzenie, że sieć społecznościowa może ich całkowicie zaspokoić na poziomie relacji, aż po niebezpieczne zjawisko młodych „pustelników społecznościowych”, którym grozi całkowite odcięcie się od społeczeństwa” – czytamy w orędziu papieskim z 2019 r.

 

Papież Franciszek zwracając uwagę na pojęcia: kultura spotkanie, miłosierna komunikacja i dziennikarstwo pokoju, niewątpliwie wnosi coś nowego do współczesnej edukacji medialnej.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Samorząd? Niby jak i po co? – opinia SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Władza chce polubić dziennikarzy, dlatego wymyśla dla nich samorząd. Żeby ich ugłaskać, pazurki spiłować, ząbki za kagańce schować. To się może udać. Ale na jakiś czas.

 

Władza to lubi mieć porządek. Prawie zawsze tak jest. Są władze specyficzne, które bardziej lubią napawać się władzą niż porządkiem zabezpieczać przyszłą władzę, ale to inny temat. My fokusujemy się tu na władzę obecną, całkiem pracowitą mniej haratającą w gałę.

 

Ta pracowitość to różne posiada odcienie, należy dodać. Pamiętam odcienie pracowitości marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Marszałek zdawał się prezentować linię prostą, że dziennikarze to utrapienie i należy ich pacyfikować na różne sposoby artykułując to nie jako żadną tam pacyfikacje czy usuwanie z Sejmu, ale porządkowanie właśnie. Nie do końca wiadomo czy była to linia personalna marszałka, frakcyjna, czy też był to pilot linii partyjnej.

 

Walka z dziennikarzami zakończyła się tym, że Kuchciński za loty wyleciał, ale broniono go długo. I tu ważne dla głównego wątku, do którego zaraz przejdziemy. Broniono go tak długo, aż się PiS zorientował, że dziennikarze to prezentują opinię publiczną, a ta akurat wbrew władzy zaczęła niebezpiecznie pomrukiwać w niebezpiecznym czasie przedwyborczym. Zrobiono więc racjonalną kalkulację, że bardziej się opłaca pozbawić marszałka stanowiska niż ryzykować wyborczy wynik. Bezczelnie pozwalam sobie twierdzić, że gdyby nie okres przedwyborczy Marek Kuchciński dalej miłościwie by nam marszałkował.

 

A teraz do rzeczy. Obecna władza zdaje się nosić z pomysłem utworzenia samorządu dziennikarskiego, który porządkowałby sprawy środowiska. Szczegółów nie podano, ale zasugerowano, że miałoby to być coś na wzór samorządów funkcjonujących u lekarzy czy adwokatów. Jest to pomysł zły ze wszystkich powodów, których mogę wymienić kilka tysięcy, ale władza nie podzieli ani jednego mojego argumentu i ja to rozumiem. Optyka władzy w czasie rewolucji jest bowiem inna niż optyka władzy w czasie pokoju, czyli ugruntowanej demokracji. Żyjemy w czasie rewolucji, pora zdać sobie z tego sprawę. Ciągoty władzy, której marzy się takie, albo inne weryfikowanie dziennikarzy raczej pośrednio, niż bezpośrednio są absurdalne, czyli zrozumiałe. Przywołajmy tu kwestię Maurera z „Psów”: „Czasy się zmieniają, ale pan zawsze jest w komisjach”. No właśnie? Kto będzie w tej ewentualnej komisji czy na czele tego samorządu? Przecież tak jak nam rozeszła się Polska, tak rozeszli się dziennikarze. Kiedy władzę w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich przejęli dziennikarze kojarzeni z prawą stroną i konserwatyzmem, strona lewa czy postępowa utworzyła sobie konkurencyjne „Towarzystwo Dziennikarskie” z Sewerynem Blumsztajnem na czele. Źle czy dobrze? To zależy. W czasie rewolucji źle, w czasie ugruntowanej demokracji – a grupujcie się i zrzeszajcie jak wam się podoba, czyli dobrze. I niby kto będzie stał na czele komisji uznającej, że ktoś dziennikarzem jest, albo nie jest, że przewiną zawinił, albo że właśnie, że nie? Seweryn Blumsztajn? Wolne żarty! Już widzę jego bezstronne podejście i obiektywne. Nie wyjdzie mu choćby chciał i naprawdę się starał. No nie da po prostu rady. Za duży ma bagaż doświadczeń, który raczej ciąży a mniej w takich sytuacjach unosi. Więc może Krzysztof Skowroński? Wolne żarty. Przy całym wielkim szacunku także dla niego i jego dokonań, też swój bagaż dźwiga i swoją podświadomość posiada. Obiektywna komisja i samorząd jeden jedyny, nie jest w naszym dziennikarstwie możliwy. I dobrze. Właśnie tu upatruję wartość. W sporze, w prezentowaniu kontrargumentów, w konieczności zmierzenia się z inną optyką, światopoglądem i danymi. To jest wartość. To jednak wartość czasów porewolucyjnych, do których wszyscy we wszystkim powinniśmy w Polsce zmierzać.

 

Ja oczywiście, jak już wspominałem, rozumiem każdą władzę, która dziennikarzy lubi, to znaczy tych, którzy ją lubią. I ta władza, każda władza, chce dziennikarzy teraz polubić samorządem. Żeby ich ugłaskać, pazurki spiłować, ząbki za kagańce schować. To się może udać. Ale na jakiś czas. Potem wahadło przemieści tak, jak ma w swoim zwyczaju. Byłe dziennikarskie pieszczochy zostaną niezłomnymi, a byli niezłomni – pieszczochami. Pisząc to nie chcę nikogo broń Boże urazić, zdaje sobie przecież sprawę, że takich czysto sprzedajnych dziennikarzy to jest garstka, a część ma po prostu takie poglądy, że uznała, że bardziej trzeba teraz władzy pomagać niż patrzeć jej na ręce, bo jest rewolucja. Ja to rozumiem, co wcale nie znaczy, że mi się to podoba. Nikogo pouczać nie zamierzam, bo nie mam sumienia lepszego od innych, tylko lepiej widzę. A ponieważ lepiej widzę, to pozwolę sobie zauważyć, że bardzo krótkowzroczne jest myślenie władzy, której przychodzi do głowy, że my teraz z dziennikarzami zrobimy samorząd, w znaczeniu porządek. Dziennikarze nie są od wychwalania rąk, są od patrzenia na ręce. Tym od władzy, obojętnie jakiej władze zawsze to trudno zrozumieć.

 

Sławomir Jastrzębowski

Ten „samorząd” brzydko pachnie – twierdzi WITOLD GADOWSKI

Wprowadzenie ustawy o zawodzie dziennikarza jest starym postulatem, zgłaszanym także przez SDP. Wielokrotnie o tym mówiłem, ba – straciłem mnóstwo czasu (jeszcze w okresie rządów Krystyny Mokrosińskiej), aby sformułować kilka propozycji do takiej ustawy. Wydawać by się więc mogło, że zapowiadany przez PiS projekt takiej regulacji i wprowadzenia tzw „samorządu dziennikarskiego” może zyskać jedynie poklask całego środowiska. Tak jednak nie jest.

 

Po pierwsze pada pytanie o wolność uprawiania zawodu. Czy tylko osoby zrzeszone w obligatoryjnym samorządzie będą mogły być dziennikarzami?

 

Po co zatem dalsze istnienie SDP?

 

Po drugie: kto będzie decydował o przydatności, bądź nie, do zawodu? Ustawowo ukonstytuowany „samorząd”, którego władze zostaną wyłonione podobnie jak dziwaczna Rada Mediów Narodowych?

 

Można bowiem wyobrazić sobie, ze czołowe miejsca w takim „samorządzie” zajmą dziennikarze z takim dorobkiem jak : Samuel Pereira i jemu podobni luminarze zawodu. Dlaczego? Bo są blisko władzy po prostu.

 

Samorząd z natury powstaje powoli, ustawowo można „powołać” jedynie ciała podobne do RMN.

 

A może decydować o tym będzie parytet polityczny?

 

Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla wolnych dziennikarzy?

 

Pytanie następne: po co – w takiej rzeczywistości – ma istnieć SDP i inne działające obecnie organizacje środowiska?

 

Czy taki „samorząd” ma wydawać licencje na uprawianie zawodu – podobnie (tak chcą pomysłodawcy) jak korporacje prawnicze i lekarskie?

 

Czy zatem pojawi się komisja egzaminacyjna przyznająca owe licencje?

 

Pomysłodawcy tego nie precyzują, a praktyka uczy, że wszelkie niedopowiedzenia wypełniane są treścią zgodną z interesem i poglądami panującej władzy.

 

Jakie były konsultacje ze środowiskiem dziennikarskim przed sformułowaniem tego pomysłu?

 

Wątpliwości jest znacznie więcej i nie przekonuje mnie powoływanie się na uregulowania prawne obowiązujące we Włoszech, Francji, Belgii czy Hiszpanii.

 

Praktyka stosowana obecnie w mediach publicznych napełnia mnie jak najgorszymi przeczuciami. Czas powiedzieć to sobie otwarcie: PO, PSL i SLD dewastowało media publiczne w takim stopniu, że SDP niejednokrotnie przeciwko temu protestowała. Jednak czy praktyka PiS różni się od tamtych działań?!

 

Jeżeli ktoś uważa, że dziś media publiczne pełnią swoją funkcję i rozwijają się w spodziewanym przez nasze środowisko kierunku proszę o naukę i polemikę.

 

W tym wypadku nie jest dla mnie żadnym argumentem skandaliczna (jeśli chodzi o obiektywność i wolność uprawiania zawodu) praktyka większości mediów komercyjnych. To, że TVN nie szanuje zawodu i uprawia nachalną propagandę, w żadnej mierze nie uprawnia kierownictwo nadawców publicznych do stosowania lustrzanej praktyki.

 

Nie ma dziś w Polsce dobrych mediów publicznych, kto zatem zagwarantuje, że nowa ustawa w rękach polityków zapewni gwarancje wolności i prawny ład dla uprawiania naszego zawodu.

 

Oczami wyobraźni widzę się przed komisja egzaminacyjną „samorządu”. Nie jest to miłe wyobrażenie. Można jednak stwierdzić: Gadowski nie nadaje się do tego zawodu.

 

Gdyby tak zawyrokowała komisja złożona z ludzi dawnego IKC – a, czy WańkowiczMackiewiczem doprawieni Gan Ganowiczem, spuściłbym pokornie głowę.

 

Myślicie jednak, że takie tuzy zasiądą w „samorządowej komisji” ?

 

Jednym słowem: nie podoba mi się ten pomysł i czuję wokół niego niezdrowy smrodek, którego nie jest w stanie rozproszyć mój dawny redakcyjny kolega Ryszard Terlecki mówiąc: „naszym celem nie jest utrudnienie dostępności do zawodu dziennikarza, ale próba ucywilizowania tej narastającej komplikacji, jaką są media społecznościowe, portale, które pozwalają sobie na rzeczy nieprzyjemne”.

 

Cóż, jestem stronniczy bowiem osobiście często pozwalam sobie na „rzeczy nieprzyjemne” dla władzy jakakolwiek by ona nie była.

 

Witold Gadowski

Czy każdy, kto tworzy, plagiatuje? – zastanawia się MIROSŁAW USIDUS

W czasach przedinternetowych sprawa plagiatowania tekstów dziennikarza jednej gazety przez dziennikarza z innej redakcji rzadko kiedy wychodziła poza zainteresowane redakcje i niewielką grupę czytelników. Teraz problem ten trafił „pod strzechy”.

 

Gdyby współczesne rozumienie plagiatu sprowadzałoby się tylko kopiowania tekstów słowo w słowo, to sprawa byłaby prosta. Jednak tak nie jest i za plagiat uznaje się dziś dużo więcej, np. podkradanie pomysłów, koncepcji, idei itp. W dodatku, w czasach automatów piszących wiadomości, release’ów komercyjnych powielanych i dystrybuowanych w dziesiątkach kanałów, ograniczania prawa cytatu,  ACTA2, która nie pozwala skorzystać bez licencji z dwu linijek tekstu, sprawa się coraz silniej komplikuje.

 

Oskarżenia o plagiat, naruszenie praw autorskich i własności intelektualnej, to dziś nieomal codzienność. Oskarżenia są ostre, ale sprawy rzadko jednoznaczne. Na przykład zarzuty islandzkiej pisarki Aldy Sigmundsdottir, popularnej autorki książek i artykułów o Islandii, która oskarżyła Adama i Martę Biernatów, autorów książki „Rekin i baran” o plagiat. Internauci w dodatku wskazywali, że w publikacji znalazły się także zdania skopiowane ze strony producenta żelków i innych publikacji o Islandii. No więc, czym była ta książka? Może kompilacją wielu wątków i inspiracji? Nie rozstrzygam. Zwracam tylko uwagę, że, skoro tyle tu uwag, to może sprawa nie jest tak jasna, jak chcieliby oskarżyciele.

 

A przypadek „Króla” Szczepana Twardocha? Jerzy Haszczyński pisał w „Plusie Minusie” o podobieństwie tej książki do dzieła pewnego algierskiego pisarza. Podobnie opowiada o mistrzu boksu walczącym jako reprezentant swojej pogardzanej grupy i zawiera wiele innych analogicznych do zagranicznego dzieła wątków. Czy to plagiat? A może inspiracja? A może coś takiego jak komiks „Kajko i Kokosz” (również oskarżany o plagiat), który kojarzy się z przygodami francuskiego Asterixa, ale przecież nie jest jego dokładną kopią?

 

Odbiorcy, czytelnikowi, widzowi i słuchaczowi, archetypicznemu inżynierowi Mamoniowi najbardziej podobają się kawałki, które już zna. Wątek boksera walczącego nie tylko z przeciwnikami, ale również uprzedzeniami, jest znany, ograny i opisany, podobnie jak motyw dzielnego woja. Parafrazując Janusza Korwina-Mikke bodajże – tworząc, „zawsze się trochę… plagiatuje”.

 

Plagiat kończy karierę? Raczej rzadko

 

Wśród znanych postaci oskarżanych o plagiaty są m. in. Władimir Putin, który skopiował w swojej pracy fragmenty opracowań uczonych Uniwersytetu w Pittsburgu, Joe Biden, który opowiedział w jednym ze swoich przemówień historię opowiedzianą wcześniej przez brytyjskiego labourzystę Neila Kinnocka, nie powołując się na niego. Plagiaty mają nawet swoją historyczną rolę w propagandzie wojennej, gdyż nielegalnie skopiowane z pracy studenta Ibrahima al-Marashiego oraz z periodyku „Jane’s Intelligence Review” fragmenty wykorzystane zostały w „aktach irackich” (ang. „Iraq Dossier”), służących jako jedna z podstaw ataku na ten kraj.

 

Z Polski znamy przypadek znanej obecnie i wciąż aktywnej zawodowo dziennikarki Elizy Michalik, której wytknięto w 2007 roku kopiowanie znaczących partii cudzego tekstu, przy czym ona była innego zdania niż oskarżający ją.

 

Głośne światowe przypadki to Jayson Blair, były reporter „New York Timesa”, który musiał odejść z tej gazety po tym jak napisał artykuł bardzo podobny do artykułu opublikowanego wcześniej w „The San Antonio Express-News”. Kopiowanie i wysysanie z palca zdarzało mu się już wcześniej, ale po tym wyjątkowo bezczelnym plagiacie Blair został zmuszony do rezygnacji. Afera poważnie zachwiała reputacją gazety oraz wywołała wielki skandal w środowisku dziennikarskim, ale to wcale nie taka typowa historia.

 

Bo o plagiat został również oskarżony znany w Polsce dziennikarz CNN Fareed Zakaria, któremu zarzucono skopiowanie artykułu znanej historyk, Jill Lepore. W tym przypadku po tym jak Zakaria przeprosił, sprawa rozeszła się po kościach. Plagiat wybaczono również innemu znanemu amerykańskiemu autorowi, Benowi Domenechowi, który, po wyjściu na jaw, że kopiuje teksty humorysty P. J. O’Rourke musiał odejść z grona autorów bloga „The Washington Post”. Wciąż jednak współpracuje z wieloma innymi mediami w USA.

 

Gdyby przeanalizować wiele różnych przykładów postawienia zarzutów, przypadków udowodnionych i bezspornych, okazałoby się, że takie historie rzadko kończą się całkowitym skreśleniem „sprawcy”. Zapewne główną przyczyną jest narastająca w świecie nowych mediów komplikacja materii. Jak pisałem, przypadki, że ktoś „rżnie na żywca po całości”, czyli przypadki oczywiste, jasne i nie podlegające wątpliwości, są stosunkowo rzadkie. Dużo częściej spotyka się montaże, kompilacje, „wykorzystania”, inspiracje, opracowania, parafrazy i cytaty, które są dalekie od oczywistości. Oczywiście niektórzy nie mają wątpliwości, np. wydawcy prasowi, zwalczający wykorzystanie nawet niewielkich fragmentów tekstu i popierający dyrektywę ACTA2, która nawet tytuł zawarty w linku obejmuje ochroną.

 

Normalności w tej sferze nie sprzyja ekspansja amerykańskiego rozumienia pojęcia plagiat na rynki światowe. W USA rozpowszechnione jest obejmowanie prawem autorskim samych myśli wyrażonych słowem pisanym czy mówionym. Nawet jeśli myśl nie jest szczególnie oryginalna, ba, wręcz banalna, wyrażenie jej innymi słowami, może zostać uznane za plagiat przez parafrazę. Może to być oczywiście „plagiat nieumyślny”, ale wciąż naruszenie praw autorskich, jeśli nie podaje się źródła owej „myśli”. Spotkałem się z opinią, że nawet powtarzanie dowcipu można uznać za plagiat i to także wtedy, gdy opowie się go innymi słowami.

 

Łatwiej plagiatować ale też łatwiej plagiat wykryć

 

Czy rozpowszechnienie mediów społecznościowych ma coś wspólnego ze wzrostem zjawiska rzeczywistego lub domniemanego plagiatowania i zwiększania tolerancji dla kopiowania dzieł cudzego autorstwa. Dzielenie się myślami, żartami i dziełami sztuki innych ludzi w Internecie jest czynnością codzienną. Publikujemy je tak często, że niektóre platformy, takie jak Facebook, poczuły się zobowiązane do opracowania własnych zasad cytowania w celu zwalczania plagiatu, co nie wydaje się oczywiście zanadto skuteczne. Ludzie, zwłaszcza młodzi, spędzają większość czasu w środowisku, w którym prawo autorskie nie jest wysoko cenione.

 

Nic dziwnego, że zjawisko plagiatu narasta. W ankietach przeprowadzonych w 2017 roku wśród ponad 70 tysięcy uczniów szkół średnich przez Międzynarodowe Centrum Uczciwości Akademickiej (ang. International Center for Academic Integrity), 58 proc. badanych przyznało się do plagiatu. W swojej książce „My Word!”, profesor Susan Blum z Uniwersytetu Notre Dame pisze, że 68 proc. studentów przyznaje się do „wycinania i wklejania materiałów z Internetu bez powoływania się na źródła i autorów”. Czy winne są sieci społecznościowe, czy może coś innego, plagiat (choć zapewne nazywany przez samych go praktykujących inaczej) wydaje się być bardziej akceptowany w różnych grupach społecznych.

 

Warto jednak pamiętać, że choć Internet znacznie ułatwił zadanie plagiatorom, to zarazem równie skutecznie pozwala wykrywać plagiaty. Obecnie mamy tak skuteczne wykrywacze kradzieży tekstów jak np. Plagiarism Checker, Plagramme,  Quetext, EasyBib, PlagScan i dziesiątki innych. Cóż, wygląda to jak kolejna wersja starego powiedzonka o komputerach, które rozwiązują problemy, które same stwarzają.

 

Być może najważniejszą zmianą, jaką Internet wprowadził w dziedzinie plagiatu, jest rozpowszechnienie dyskusji i zainteresowanie tym tematem. Przed Internetem plagiat był czymś, o czym rzadko się myślało poza środowiskiem akademickim, wśród pisarzy, czasem dziennikarzy. Sam pamiętam jak to wyglądało w czasach przedinternetowych, w latach 90. Gdy wyszła sprawa plagiatowania tekstów dziennikarza pewnej gazety przez dziennikarza z innej redakcji, to w zasadzie nie wyszło to poza zainteresowane redakcje i niewielką grupę czytelników, która przeczytała notkę na łamach poszkodowanego tytułu. Sprawca plagiatu został ukarany a cała sprawa została w pamięci niewielkiej grupy osób, do której i ja należę.

 

Teraz jest inaczej. Zarzuty wobec Elizy Michalik padły już w czasach internetowych. Sprawa była głośna, szeroko komentowana, potem wielokrotnie przypominana. Wie o niej wielu ludzi i wielu kolejnych wciąż się dowiaduje. To, co kiedyś było przedmiotem zainteresowania środowisk akademickich, dziennikarzy i pisarzy, stało się tematem znacznie szerszym. Problemem plagiatów żyją obecnie właściwie wszyscy użytkownicy sieci. Zejście tej problematyki „pod strzechy” ma takie konsekwencje, że oskarżenia o popełnienie plagiatu formułowane są bardzo szybko i bez szczególnej refleksji nad ich sensem.

 

Mieliśmy więc w ciągu ostatniej dekady np. takie kwiatki jak oskarżenia ze strony stołecznego ratusza pod adresem ratusza łódzkiego, że Łódź swoje wytyczne dla ruchu rowerowego wzorowała na takim samym, ale sporządzonym wcześniej dokumencie warszawskim, czyli Łódź „splagiatowała” zasady ruchu rowerowego. Mieliśmy proces przeciw Led Zeppelin o to, że legendarny song „Stairway to Heaven” to plagiat, bo komuś się skojarzył jeden riffów gitarowych z innym kawałkiem. A także m. in. zarzuty wobec projektantów stadionu we Wrocławiu, że wygląda zupełnie jak Zenith Concert Hall w Strasburgu, co można sobie sprawdzić w wyszukiwarce i chyba każdy przyzna, że trzeba być mocno „czepliwym” aby widzieć tu nadużycie w kopiowaniu.

 

Zresztą przyznam, że sam miałem kiedyś taki typowo internetowy copyrightowy ból, gdy parę lat temu Marek Migalski użył w Internecie terminu „PR-l” na określenie rządów Donalda Tuska, który wymyśliłem i użyłem we wpisie blogowym już na początku 2008 roku. Poprosiłem Migalskiego w mediach społecznościowych o podanie, kto pierwszy ten termin wymyślił i użył. Zignorował mnie. Nie postąpiłem jednak po amerykańsku, i nie wytoczyłem procesu o plagiat. Choć zapewne wielu nowo upieczonych znawców zjawiska doradziłoby mi właśnie taki krok.

 

Mirosław Usidus

Szafa gra, a komody tańczą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Samorządnie się samorządzić! To należy się jak psu kość. Teraz, gdy władza nadal pociągnie samodzielnie po 13-tym października, proponuje się nam dziennikarski samorząd. A co to ma właściwie być?

 

PiS wpisał sobie to hasło w program i dowodzi, jakie będą korzyści. A więc – lepsze przygotowanie do zawodu i bardziej etyczna – w epoce hejtu – etyka. Toż to rzeczywiście najbardziej racjonalna racja – potrzeba. Tylko tyle, że deklaratywnie sprawy się nie załatwi. Uczelnie dziennikarskie to mezalians żurnalistyki z PR-em, a bluzg i bezkarność inspiruje chamską bezczelność bez ograniczeń słów i gestów.

 

Jak ma ta nasza samorządność samorządowa być wybrana? W Polsce jest kilkanaście tysięcy ludzi uważających, że uprawiają żurnalistyczny zawód. Z tym, że jeden zrzyna z internetu, a drugi lata po polach, naraża się władzy lub bandytom. Dziumdzia od zapowiadania disco polo ma się za dziennikarkę. Ba, nawet profesor wyższej uczelni grzecznie mówi do niej „pani redaktor”. Pies albo suka (przepraszam: sztuka) pogrzebane są w tym, że ilość nie przechodzi w jakość, a rezultaty niby demokratycznego wyboru widzimy oglądając telewizyjne dysputy z Wiejskiej.

 

Teraz – póki co – jeszcze jakoś tam się samorządzimy. Wisi nam jak miecz nad głową paragraf 212 i każdy przedstawiciel „nadzwyczajnej kasty” może nie tylko usadzić, ale i wsadzić dziennikarza tam, gdzie wielu złodziei dawno już powinno się znaleźć.

 

Biegamy samopas, ale i w grupach. Oto najstarsze i najliczniejsze Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (sam w nim robię). Jakie jest każdy widzi. Fakt, że bardziej prawicowe i konserwatywne, a nawet kościelne niż radzieckie, zdradzieckie i LGBT-owate. SDP samo się wybiera i spłaca. Ma z czego, bo jest nieco zasobne –  w Domy Dziennikarza w Warszawie i Kazimierzu Dolnym. 13 grudnia pamiętnego roku, gdy wewnętrzny wróg napadł na naród zabrano je nam na osiem lat, aleśmy je odebrali. Teraz znów odżywają łupieżcze zakusy. Ale walczymy o swoje. Jest nas około trzech tysięcy. Mamy godną tradycję. SDP zachowywało się zawsze przyzwoicie. Gdy go nie mogło być – to go nie było. Zawsze pomagało potrzebującym, broniło pokrzywdzonych. Nazwiska z przeszłości, na które się powołujemy są godne, ich właściciele byli profesjonalni. Oczywiście czasem różniliśmy się i różnimy w poglądach. Ale nigdy nie łasiliśmy się do obcych, nie wywyższaliśmy się ze względu na kolor skóry, pochodzenie. Owszem, zadzieraliśmy z władzą, bo to czasem obowiązek dziennikarski, ale nie zadzieraliśmy nosa. Staraliśmy się nagradzać sprawiedliwie najlepszych.

 

Bywa, że na nas plują. Ale wolimy tkwić w tradycji tych, których w zbrodniczych czasach nazywano „zaplutymi karłami redakcji”, a teraz żołnierzami wyklętymi, niż będąc analfabetą walczyć o opaczne odczytywanie konstytucji.

 

SDP wie co chce. Jaka ma być Polska i po której stronie jest prawda, prawo i sprawiedliwość. Po 1989 roku wie coraz lepiej.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej stoi również w budynku Foksal 3/5. Ma pokoje piętro nad nami. Bardziej niż sufit dzieli nas wspomnienie stanu wojennego. Upłynęło już wiele lat, ale nie da się wymazać pochodzenia z nieprawego łoża, spłodzenia przez dwóch ojców – Jaruzelskiego i Kiszczaka.

 

SDRP nie ma praktycznie prawie żadnych pieniędzy na działalność. Ich dawni sponsorzy cienko przędą. Jest zadłużone i musi korzystać z naszej pomocy. Płacą tylko za media i utrzymanie porządku. Sale na spotkania organizacyjne wynajmujemy im za darmo. Nie wszystkim w naszym SDP to się podoba. Osobiście uważam, że w sprawach materialnych powinniśmy pomagać kolegom, którzy kiedyś zbłądzili. Mimo dość zasadniczych różnic poglądowych. Materialne troski środowiskowe mamy wspólne. Przecież z zaciśniętymi nawet zębami, ale potrafimy wybaczać.

 

Stowarzyszeniem Gazet Lokalnych (które ponoć dobrze działa) i Katolickim Stowarzyszeniem Dziennikarzy nie będę się tu zajmował, bo za mało o nich wiem. SDP mogłoby być pomocne, jako starszy brat lub siostra, ale oni muszą tego chcieć.

 

Jest jeszcze grupka plwaczy bezwstydnych, to kanapowe Towarzystwo Dziennikarskie. Nieliczne to gremium, bez znaczenia w kraju, ale ruchliwe, uparte i ustosunkowane. Ma emisariuszy w dziennikarskich gremiach zagranicą, którzy szczerze Polski nienawidzą i zawsze chętnie zaszkodzą.

 

I jak tu się dogadać? Jak wybrać wspólnych przedstawicieli. To utopia. PiS wpisał sobie w program wyborczy dziennikarski samorząd. Proszę podać, kto jest autorem tego pomysłu?

 

W środowisku zawrzało: to krok ku ubezwłasnowolnieniu, przeciw wolności słowa! Prezes SDP Krzysztof Skowroński mówi: zorganizujemy otwartą dyskusję środowiska. Pogadać zawsze można. Gadamy zresztą w Polsce długo i usilnie. Tylko ciągle rezultatów nie widać.

 

Dziennikarze dzielą się na „czynowników” i wyrobników. Ci pierwsi są między władzą (partyjną, prywatną, tymi którzy ich mianują) a dostarczycielami artykułów, nagrań radiowych i telewizyjnych. Są pierwszym progiem cenzury, ich podwładni czyli autorzy chcieliby dać się zapamiętać czytelnikowi, słuchaczowi, widzowi. Ten zawodowy podział w codziennej pracy jest naprawdę istotny.

 

Tak samo jest w środowisku. Zawsze funkcja zmienia reportera-redaktora. Można dorabiać różne teorie o odpowiedzialności, doświadczeniu. Ale przecież najcenniejsza jest ta praca „na dole”: dostrzeżenie tematu, trud dokumentacji, odwaga podjęcia sprawy. Mówię tu o rzeczach ważnych, trudnych i niebezpiecznych nawet.

 

Ktoś mi kiedyś wmawiał, że dziennikarz kończy się po 30-tce. Bo potem ma już dzieci, kredyty i nie będzie ryzykował.

 

Organizacje dziennikarskie, stowarzyszenia itp. powinny troszczyć się przede wszystkim o tych „na dole”, ale niestety troszczą się przede wszystkim o funkcyjnych. Oczywiście i oni często wymagają obrony. Ale „wyrobnicy”, ta sól ziemi, ich gwarancje utrzymania pracy (i to nie śmieciowej), ich zarobki – to powinno być troską społecznych opiekunów.

 

No i wyobrażam sobie urzędniczej, hierarchicznej samorządowej struktury! Owszem będą szumne deklaracje i zapowiedzi. A potem przepoczwarzanie się w wałkoni ministerialnych w wypasionych automobilach. Da capo al fine! Szafa gra, a komoda tańczy. Lepiej zostawmy jak jest. Nie majstrujmy. Dziennikarstwo to jednak pasja, pogoń i radość tworzenia. To pomaganie słabszym. To bycie po krytycznej stronie. Inaczej jest niepotrzebne. Wystarczą biuletyny i rzecznicy prasowi. Niech oni sobie założą samorząd.

 

Stefan Truszczyński

 

Radio nie wypada z gry – rozmowa z Krystyną Doktorowicz, dziekanem WRiTv UŚ

Nasz wydział zamienia nazwę  dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie zajmujemy się. W dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego – mówi prof. Krystyna Doktorowicz, dziekan Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Władze Uniwersytetu Śląskiego postanowiły zmienić nazwę Wydziału Radia i Telewizji na Szkołę Filmową im. Krzysztofa Kieślowskiego. Dlaczego?

 

1 października rozpoczyna się dla nas nowy rozdział, bo kultowy Wydział Radia i Telewizji rzeczywiście zmieni nazwę. Nadal będziemy wydziałem Uniwersytetu Śląskiego z tym, że pod nazwą Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego, z takimi samymi strukturami jak każdy inny wydział uniwersytetu. Zamieniamy nazwę dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie się zajmujemy. Oczywiście, w dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego, a takie jednostki, które kształcą dla filmu, dla telewizji, dla nowych mediów, nazywają się w Europie szkołami filmowymi.

 

Od 40 lat wszystkich kandydatów przyciągał prestiż i renoma Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Nowa nazwa wydziału nie zbije potencjalnych studentów z tropu?

 

Mamy nadzieję, że nowa nazwa nie będzie myląca, ponieważ nadal będziemy wydziałem akademickim, a nie jakąś odrębną szkołą. Nowa nazwa odpowiada również czemuś, co przez wiele lat funkcjonowało, powszechnie mówiło się o „szkole filmowej w Katowicach”. W związku z tym, było duże pragnienie zarówno ze strony naszych wykładowców, jak i studentów żeby oficjalnie zmienić nazwę na Szkołę Filmową, która jest bardziej adekwatna do tego czego tu uczymy, czyli skupiamy się przede wszystkim na kierunkach związanych z filmem.

 

W nawiązaniu do starej nazwy – Wydział Radia i Telewizji – pozwolę zapytać co stało się z radiem? Wspominała Pani o filmie, nowych mediach, telewizji. Czy dziennikarstwo radiowe zostało zepchnięte na tor boczny?

 

Jeśli chodzi o radio, to znika ono z naszej nazwy dlatego, że nie prowadzimy już kierunków radiowych. Wiele lat temu mieliśmy taki kierunek, który nazywał się reżyseria radiowa. Warto podkreślić, że właściwie cały Teatr Polskiego Radia to są nasi absolwenci, łącznie z dyrektorem Januszem Kukułą. Nie oznacza to jednak, że radio w ogóle wypada z gry.  Nasz wydział aktualnie nie kształci dziennikarzy radiowych, bo to odbywa się na Wydziale Nauk Społecznych. Jednak myślę, że Szkoła Filmowa im. Krzysztofa Kieślowskiego od października wzmocni swoją współpracę ze studiami dziennikarskimi. Mamy już pewne wspólne plany i nowe pomysły. Chcemy stworzyć takie zespoły, gdzie będą obecni realizatorzy wizji, nasi studenci z realizacji obrazu, reżyserzy filmowi, którzy często zajmują się reżyserią słuchowisk radiowych, producenci, których kształcimy i dziennikarze, którzy będą też korzystać z naszych zasobów, zarówno kadrowych jak  sprzętowych. To wszystko się dziś przenika i właściwie nie ma już takich oddzielnych specjalizacji. Równocześnie zdajemy sobie sprawę, że  bardzo ważna jest nowoczesna infrastruktura do nauki zawodów audiowizualnych, dlatego mamy nadzieję, że będzie to owocna współpraca.

 

Skoro Szkoła Filmowa stawia na współpracę z przyszłymi dziennikarzami, to oznacza, że nie rezygnujecie tak do końca z dziennikarstwa.

 

Dzisiaj praca w sektorze audiowizualnym wymaga przede wszystkim współpracy różnych zawodów medialnych, również różnych umiejętności. Chodzi o to, aby nasi studenci integrowali się poprzez pracę w zespołach, w których można stworzyć od A do Z konkretny materiał filmowy, radiowy, czy telewizyjny. Dlatego od października ruszamy z większą integracją i współpracą międzywydziałową.

 

Co Szkoła Filmowa zmieni w kształceniu studentów?

 

Planujemy bardzo duże zmiany programowe jeżeli chodzi o studia z zakresu realizacji obrazu i fotografii. Ze względu na nowe technologie, które naprawdę zmieniają też estetykę. Odchodzimy od taśmy filmowej, która kiedyś była wyznacznikiem najwyższego poziomu artystycznego.  Dzisiaj technologie cyfrowe deklasują taśmy i one też bardzo wiele zmieniają. Realizacja obrazu staje się coraz bardziej kierunkiem artystyczno-technologicznym. Musimy młodych ludzi uczyć jak przystosowywać się do tych zmian technologicznych i jak kreować rzeczywistość i swoja sztukę  poprzez nowoczesne technologie. Będziemy uczyć rzeczy bardzo nowoczesnych, które tworzą nowe kino, nową telewizję i do takiej zmiany też  się przygotowujemy. To, że absolwent potrafi napisać scenariusz i wyreżyserować klasyczne kino artystyczne, to jest uniwersalne, ale musimy też myśleć o tym, że absolwent  pójdzie do sektora PR-owskiego, czy do sektora reklam lub do telewizji, czy też do sekcji YouTube. Ważne jest to, że się zmienia estetyka i ekonomika, a pewne rzeczy pozostają uniwersalne, bo kino artystyczne zawsze będzie się cieszyło dużym zainteresowaniem. Do tego dochodzą efekty specjalne, które w kinematografii i w realizacji obrazu są niezwykle ważne i my tego musimy uczyć.

 

Jakie są plany na przyszłość? Czy Szkoła Filmowa uruchomi również jakieś kierunki studiów podyplomowych?

 

Jeśli chodzi o studia podyplomowe to tu zaskoczę, bo poważnie myślimy o studiach związanych z radiem. Skąd to się wzięło? Byliśmy partnerem Ogólnopolskiego Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, który ma swoją edycję w Katowicach.  Jest to festiwal dla młodych reżyserów wymyślony jeszcze 20 lat temu przez Kazimierza Kutza. To tu zdobywali nagrody, między innymi Krzysztof Warlikowski, czy Grzegorz Jarzyna. Aktualnie na festiwalu obecne są słuchowiska radiowe. Dlatego poważnie rozważamy uruchomienie radiowych studiów podyplomowych, do czego też namawiali nas koledzy z Teatru Polskiego Radia. Radiowe studia podyplomowe nie tylko dla dziennikarzy, ale przede wszystkim dla reżyserów radiowych. W zakresie studiów podyplomowych planujemy też uruchomienie programu w zakresie pisania scenariuszy, bo to wciąż jest problem w polskiej kinematografii.

 

Jeśli chodzi o wykładowców, czy kadra naukowa również w jakimś stopniu zmieni swój profil?

 

Kadra to w przewadze reżyserowie z różnych pokoleń – od profesora Krzysztofa Zanussiego, który jest wielką ikoną polskiej kinematografii, po kolejne nazwiska z różnych pokoleń takie jak: Michał Rosa, Maciej Pieprzyca, Jan Matuszyński. Jest to mistrzowska szkoła. Wykładowcy mają coś do zaprezentowania z własnej twórczości, są czynnymi artystami. To nie są zwykli nauczyciele zawodu, tylko mistrzowie, których w przyszłości będą naśladować kolejne pokolenia naszych absolwentów.  Kiedyś pracował u nas Krzysztof Kieślowski i wciąż jesteśmy  w tej tradycji. Nasz patron był  reżyserem filmowym, swoją karierę rozpoczął od dokumentalistyki, potem pracował  w wielkiej kinematografii europejskiej, a później już nawet światowej. Każdy student w przyszłości chce być tym Kieślowskim. Wiadomo, że nie każdy nim zostanie, ale jednak po studiach nasi absolwenci doskonale sobie radzą i większość młodych ludzi pracuje w najważniejszych miejscach w filmie i w telewizji. Do tego media bardzo przyciągają i stąd tak duże zainteresowanie naszym wydziałem, który jest oblegany podczas rekrutacji.  Nasze zadanie polega na tym, aby wybrać z tak dużej ilości kandydatów, tych najbardziej utalentowanych.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 


 

dr hab. Krystyna Doktorowicz

Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, stopnień doktora i habilitację otrzymała  na Wydziale Nauk Społecznych. Specjalizuje się systemach medialnych, polityce komunikacyjnej i społeczeństwie informacyjnym. Jest stypendystką European Institute for the Media. Pełni funkcję Dziekana Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego oraz kieruje Zakładem Zarządzania Mediami i Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej.