Czy każdy, kto tworzy, plagiatuje? – zastanawia się MIROSŁAW USIDUS

W czasach przedinternetowych sprawa plagiatowania tekstów dziennikarza jednej gazety przez dziennikarza z innej redakcji rzadko kiedy wychodziła poza zainteresowane redakcje i niewielką grupę czytelników. Teraz problem ten trafił „pod strzechy”.

 

Gdyby współczesne rozumienie plagiatu sprowadzałoby się tylko kopiowania tekstów słowo w słowo, to sprawa byłaby prosta. Jednak tak nie jest i za plagiat uznaje się dziś dużo więcej, np. podkradanie pomysłów, koncepcji, idei itp. W dodatku, w czasach automatów piszących wiadomości, release’ów komercyjnych powielanych i dystrybuowanych w dziesiątkach kanałów, ograniczania prawa cytatu,  ACTA2, która nie pozwala skorzystać bez licencji z dwu linijek tekstu, sprawa się coraz silniej komplikuje.

 

Oskarżenia o plagiat, naruszenie praw autorskich i własności intelektualnej, to dziś nieomal codzienność. Oskarżenia są ostre, ale sprawy rzadko jednoznaczne. Na przykład zarzuty islandzkiej pisarki Aldy Sigmundsdottir, popularnej autorki książek i artykułów o Islandii, która oskarżyła Adama i Martę Biernatów, autorów książki „Rekin i baran” o plagiat. Internauci w dodatku wskazywali, że w publikacji znalazły się także zdania skopiowane ze strony producenta żelków i innych publikacji o Islandii. No więc, czym była ta książka? Może kompilacją wielu wątków i inspiracji? Nie rozstrzygam. Zwracam tylko uwagę, że, skoro tyle tu uwag, to może sprawa nie jest tak jasna, jak chcieliby oskarżyciele.

 

A przypadek „Króla” Szczepana Twardocha? Jerzy Haszczyński pisał w „Plusie Minusie” o podobieństwie tej książki do dzieła pewnego algierskiego pisarza. Podobnie opowiada o mistrzu boksu walczącym jako reprezentant swojej pogardzanej grupy i zawiera wiele innych analogicznych do zagranicznego dzieła wątków. Czy to plagiat? A może inspiracja? A może coś takiego jak komiks „Kajko i Kokosz” (również oskarżany o plagiat), który kojarzy się z przygodami francuskiego Asterixa, ale przecież nie jest jego dokładną kopią?

 

Odbiorcy, czytelnikowi, widzowi i słuchaczowi, archetypicznemu inżynierowi Mamoniowi najbardziej podobają się kawałki, które już zna. Wątek boksera walczącego nie tylko z przeciwnikami, ale również uprzedzeniami, jest znany, ograny i opisany, podobnie jak motyw dzielnego woja. Parafrazując Janusza Korwina-Mikke bodajże – tworząc, „zawsze się trochę… plagiatuje”.

 

Plagiat kończy karierę? Raczej rzadko

 

Wśród znanych postaci oskarżanych o plagiaty są m. in. Władimir Putin, który skopiował w swojej pracy fragmenty opracowań uczonych Uniwersytetu w Pittsburgu, Joe Biden, który opowiedział w jednym ze swoich przemówień historię opowiedzianą wcześniej przez brytyjskiego labourzystę Neila Kinnocka, nie powołując się na niego. Plagiaty mają nawet swoją historyczną rolę w propagandzie wojennej, gdyż nielegalnie skopiowane z pracy studenta Ibrahima al-Marashiego oraz z periodyku „Jane’s Intelligence Review” fragmenty wykorzystane zostały w „aktach irackich” (ang. „Iraq Dossier”), służących jako jedna z podstaw ataku na ten kraj.

 

Z Polski znamy przypadek znanej obecnie i wciąż aktywnej zawodowo dziennikarki Elizy Michalik, której wytknięto w 2007 roku kopiowanie znaczących partii cudzego tekstu, przy czym ona była innego zdania niż oskarżający ją.

 

Głośne światowe przypadki to Jayson Blair, były reporter „New York Timesa”, który musiał odejść z tej gazety po tym jak napisał artykuł bardzo podobny do artykułu opublikowanego wcześniej w „The San Antonio Express-News”. Kopiowanie i wysysanie z palca zdarzało mu się już wcześniej, ale po tym wyjątkowo bezczelnym plagiacie Blair został zmuszony do rezygnacji. Afera poważnie zachwiała reputacją gazety oraz wywołała wielki skandal w środowisku dziennikarskim, ale to wcale nie taka typowa historia.

 

Bo o plagiat został również oskarżony znany w Polsce dziennikarz CNN Fareed Zakaria, któremu zarzucono skopiowanie artykułu znanej historyk, Jill Lepore. W tym przypadku po tym jak Zakaria przeprosił, sprawa rozeszła się po kościach. Plagiat wybaczono również innemu znanemu amerykańskiemu autorowi, Benowi Domenechowi, który, po wyjściu na jaw, że kopiuje teksty humorysty P. J. O’Rourke musiał odejść z grona autorów bloga „The Washington Post”. Wciąż jednak współpracuje z wieloma innymi mediami w USA.

 

Gdyby przeanalizować wiele różnych przykładów postawienia zarzutów, przypadków udowodnionych i bezspornych, okazałoby się, że takie historie rzadko kończą się całkowitym skreśleniem „sprawcy”. Zapewne główną przyczyną jest narastająca w świecie nowych mediów komplikacja materii. Jak pisałem, przypadki, że ktoś „rżnie na żywca po całości”, czyli przypadki oczywiste, jasne i nie podlegające wątpliwości, są stosunkowo rzadkie. Dużo częściej spotyka się montaże, kompilacje, „wykorzystania”, inspiracje, opracowania, parafrazy i cytaty, które są dalekie od oczywistości. Oczywiście niektórzy nie mają wątpliwości, np. wydawcy prasowi, zwalczający wykorzystanie nawet niewielkich fragmentów tekstu i popierający dyrektywę ACTA2, która nawet tytuł zawarty w linku obejmuje ochroną.

 

Normalności w tej sferze nie sprzyja ekspansja amerykańskiego rozumienia pojęcia plagiat na rynki światowe. W USA rozpowszechnione jest obejmowanie prawem autorskim samych myśli wyrażonych słowem pisanym czy mówionym. Nawet jeśli myśl nie jest szczególnie oryginalna, ba, wręcz banalna, wyrażenie jej innymi słowami, może zostać uznane za plagiat przez parafrazę. Może to być oczywiście „plagiat nieumyślny”, ale wciąż naruszenie praw autorskich, jeśli nie podaje się źródła owej „myśli”. Spotkałem się z opinią, że nawet powtarzanie dowcipu można uznać za plagiat i to także wtedy, gdy opowie się go innymi słowami.

 

Łatwiej plagiatować ale też łatwiej plagiat wykryć

 

Czy rozpowszechnienie mediów społecznościowych ma coś wspólnego ze wzrostem zjawiska rzeczywistego lub domniemanego plagiatowania i zwiększania tolerancji dla kopiowania dzieł cudzego autorstwa. Dzielenie się myślami, żartami i dziełami sztuki innych ludzi w Internecie jest czynnością codzienną. Publikujemy je tak często, że niektóre platformy, takie jak Facebook, poczuły się zobowiązane do opracowania własnych zasad cytowania w celu zwalczania plagiatu, co nie wydaje się oczywiście zanadto skuteczne. Ludzie, zwłaszcza młodzi, spędzają większość czasu w środowisku, w którym prawo autorskie nie jest wysoko cenione.

 

Nic dziwnego, że zjawisko plagiatu narasta. W ankietach przeprowadzonych w 2017 roku wśród ponad 70 tysięcy uczniów szkół średnich przez Międzynarodowe Centrum Uczciwości Akademickiej (ang. International Center for Academic Integrity), 58 proc. badanych przyznało się do plagiatu. W swojej książce „My Word!”, profesor Susan Blum z Uniwersytetu Notre Dame pisze, że 68 proc. studentów przyznaje się do „wycinania i wklejania materiałów z Internetu bez powoływania się na źródła i autorów”. Czy winne są sieci społecznościowe, czy może coś innego, plagiat (choć zapewne nazywany przez samych go praktykujących inaczej) wydaje się być bardziej akceptowany w różnych grupach społecznych.

 

Warto jednak pamiętać, że choć Internet znacznie ułatwił zadanie plagiatorom, to zarazem równie skutecznie pozwala wykrywać plagiaty. Obecnie mamy tak skuteczne wykrywacze kradzieży tekstów jak np. Plagiarism Checker, Plagramme,  Quetext, EasyBib, PlagScan i dziesiątki innych. Cóż, wygląda to jak kolejna wersja starego powiedzonka o komputerach, które rozwiązują problemy, które same stwarzają.

 

Być może najważniejszą zmianą, jaką Internet wprowadził w dziedzinie plagiatu, jest rozpowszechnienie dyskusji i zainteresowanie tym tematem. Przed Internetem plagiat był czymś, o czym rzadko się myślało poza środowiskiem akademickim, wśród pisarzy, czasem dziennikarzy. Sam pamiętam jak to wyglądało w czasach przedinternetowych, w latach 90. Gdy wyszła sprawa plagiatowania tekstów dziennikarza pewnej gazety przez dziennikarza z innej redakcji, to w zasadzie nie wyszło to poza zainteresowane redakcje i niewielką grupę czytelników, która przeczytała notkę na łamach poszkodowanego tytułu. Sprawca plagiatu został ukarany a cała sprawa została w pamięci niewielkiej grupy osób, do której i ja należę.

 

Teraz jest inaczej. Zarzuty wobec Elizy Michalik padły już w czasach internetowych. Sprawa była głośna, szeroko komentowana, potem wielokrotnie przypominana. Wie o niej wielu ludzi i wielu kolejnych wciąż się dowiaduje. To, co kiedyś było przedmiotem zainteresowania środowisk akademickich, dziennikarzy i pisarzy, stało się tematem znacznie szerszym. Problemem plagiatów żyją obecnie właściwie wszyscy użytkownicy sieci. Zejście tej problematyki „pod strzechy” ma takie konsekwencje, że oskarżenia o popełnienie plagiatu formułowane są bardzo szybko i bez szczególnej refleksji nad ich sensem.

 

Mieliśmy więc w ciągu ostatniej dekady np. takie kwiatki jak oskarżenia ze strony stołecznego ratusza pod adresem ratusza łódzkiego, że Łódź swoje wytyczne dla ruchu rowerowego wzorowała na takim samym, ale sporządzonym wcześniej dokumencie warszawskim, czyli Łódź „splagiatowała” zasady ruchu rowerowego. Mieliśmy proces przeciw Led Zeppelin o to, że legendarny song „Stairway to Heaven” to plagiat, bo komuś się skojarzył jeden riffów gitarowych z innym kawałkiem. A także m. in. zarzuty wobec projektantów stadionu we Wrocławiu, że wygląda zupełnie jak Zenith Concert Hall w Strasburgu, co można sobie sprawdzić w wyszukiwarce i chyba każdy przyzna, że trzeba być mocno „czepliwym” aby widzieć tu nadużycie w kopiowaniu.

 

Zresztą przyznam, że sam miałem kiedyś taki typowo internetowy copyrightowy ból, gdy parę lat temu Marek Migalski użył w Internecie terminu „PR-l” na określenie rządów Donalda Tuska, który wymyśliłem i użyłem we wpisie blogowym już na początku 2008 roku. Poprosiłem Migalskiego w mediach społecznościowych o podanie, kto pierwszy ten termin wymyślił i użył. Zignorował mnie. Nie postąpiłem jednak po amerykańsku, i nie wytoczyłem procesu o plagiat. Choć zapewne wielu nowo upieczonych znawców zjawiska doradziłoby mi właśnie taki krok.

 

Mirosław Usidus

Szafa gra, a komody tańczą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Samorządnie się samorządzić! To należy się jak psu kość. Teraz, gdy władza nadal pociągnie samodzielnie po 13-tym października, proponuje się nam dziennikarski samorząd. A co to ma właściwie być?

 

PiS wpisał sobie to hasło w program i dowodzi, jakie będą korzyści. A więc – lepsze przygotowanie do zawodu i bardziej etyczna – w epoce hejtu – etyka. Toż to rzeczywiście najbardziej racjonalna racja – potrzeba. Tylko tyle, że deklaratywnie sprawy się nie załatwi. Uczelnie dziennikarskie to mezalians żurnalistyki z PR-em, a bluzg i bezkarność inspiruje chamską bezczelność bez ograniczeń słów i gestów.

 

Jak ma ta nasza samorządność samorządowa być wybrana? W Polsce jest kilkanaście tysięcy ludzi uważających, że uprawiają żurnalistyczny zawód. Z tym, że jeden zrzyna z internetu, a drugi lata po polach, naraża się władzy lub bandytom. Dziumdzia od zapowiadania disco polo ma się za dziennikarkę. Ba, nawet profesor wyższej uczelni grzecznie mówi do niej „pani redaktor”. Pies albo suka (przepraszam: sztuka) pogrzebane są w tym, że ilość nie przechodzi w jakość, a rezultaty niby demokratycznego wyboru widzimy oglądając telewizyjne dysputy z Wiejskiej.

 

Teraz – póki co – jeszcze jakoś tam się samorządzimy. Wisi nam jak miecz nad głową paragraf 212 i każdy przedstawiciel „nadzwyczajnej kasty” może nie tylko usadzić, ale i wsadzić dziennikarza tam, gdzie wielu złodziei dawno już powinno się znaleźć.

 

Biegamy samopas, ale i w grupach. Oto najstarsze i najliczniejsze Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (sam w nim robię). Jakie jest każdy widzi. Fakt, że bardziej prawicowe i konserwatywne, a nawet kościelne niż radzieckie, zdradzieckie i LGBT-owate. SDP samo się wybiera i spłaca. Ma z czego, bo jest nieco zasobne –  w Domy Dziennikarza w Warszawie i Kazimierzu Dolnym. 13 grudnia pamiętnego roku, gdy wewnętrzny wróg napadł na naród zabrano je nam na osiem lat, aleśmy je odebrali. Teraz znów odżywają łupieżcze zakusy. Ale walczymy o swoje. Jest nas około trzech tysięcy. Mamy godną tradycję. SDP zachowywało się zawsze przyzwoicie. Gdy go nie mogło być – to go nie było. Zawsze pomagało potrzebującym, broniło pokrzywdzonych. Nazwiska z przeszłości, na które się powołujemy są godne, ich właściciele byli profesjonalni. Oczywiście czasem różniliśmy się i różnimy w poglądach. Ale nigdy nie łasiliśmy się do obcych, nie wywyższaliśmy się ze względu na kolor skóry, pochodzenie. Owszem, zadzieraliśmy z władzą, bo to czasem obowiązek dziennikarski, ale nie zadzieraliśmy nosa. Staraliśmy się nagradzać sprawiedliwie najlepszych.

 

Bywa, że na nas plują. Ale wolimy tkwić w tradycji tych, których w zbrodniczych czasach nazywano „zaplutymi karłami redakcji”, a teraz żołnierzami wyklętymi, niż będąc analfabetą walczyć o opaczne odczytywanie konstytucji.

 

SDP wie co chce. Jaka ma być Polska i po której stronie jest prawda, prawo i sprawiedliwość. Po 1989 roku wie coraz lepiej.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej stoi również w budynku Foksal 3/5. Ma pokoje piętro nad nami. Bardziej niż sufit dzieli nas wspomnienie stanu wojennego. Upłynęło już wiele lat, ale nie da się wymazać pochodzenia z nieprawego łoża, spłodzenia przez dwóch ojców – Jaruzelskiego i Kiszczaka.

 

SDRP nie ma praktycznie prawie żadnych pieniędzy na działalność. Ich dawni sponsorzy cienko przędą. Jest zadłużone i musi korzystać z naszej pomocy. Płacą tylko za media i utrzymanie porządku. Sale na spotkania organizacyjne wynajmujemy im za darmo. Nie wszystkim w naszym SDP to się podoba. Osobiście uważam, że w sprawach materialnych powinniśmy pomagać kolegom, którzy kiedyś zbłądzili. Mimo dość zasadniczych różnic poglądowych. Materialne troski środowiskowe mamy wspólne. Przecież z zaciśniętymi nawet zębami, ale potrafimy wybaczać.

 

Stowarzyszeniem Gazet Lokalnych (które ponoć dobrze działa) i Katolickim Stowarzyszeniem Dziennikarzy nie będę się tu zajmował, bo za mało o nich wiem. SDP mogłoby być pomocne, jako starszy brat lub siostra, ale oni muszą tego chcieć.

 

Jest jeszcze grupka plwaczy bezwstydnych, to kanapowe Towarzystwo Dziennikarskie. Nieliczne to gremium, bez znaczenia w kraju, ale ruchliwe, uparte i ustosunkowane. Ma emisariuszy w dziennikarskich gremiach zagranicą, którzy szczerze Polski nienawidzą i zawsze chętnie zaszkodzą.

 

I jak tu się dogadać? Jak wybrać wspólnych przedstawicieli. To utopia. PiS wpisał sobie w program wyborczy dziennikarski samorząd. Proszę podać, kto jest autorem tego pomysłu?

 

W środowisku zawrzało: to krok ku ubezwłasnowolnieniu, przeciw wolności słowa! Prezes SDP Krzysztof Skowroński mówi: zorganizujemy otwartą dyskusję środowiska. Pogadać zawsze można. Gadamy zresztą w Polsce długo i usilnie. Tylko ciągle rezultatów nie widać.

 

Dziennikarze dzielą się na „czynowników” i wyrobników. Ci pierwsi są między władzą (partyjną, prywatną, tymi którzy ich mianują) a dostarczycielami artykułów, nagrań radiowych i telewizyjnych. Są pierwszym progiem cenzury, ich podwładni czyli autorzy chcieliby dać się zapamiętać czytelnikowi, słuchaczowi, widzowi. Ten zawodowy podział w codziennej pracy jest naprawdę istotny.

 

Tak samo jest w środowisku. Zawsze funkcja zmienia reportera-redaktora. Można dorabiać różne teorie o odpowiedzialności, doświadczeniu. Ale przecież najcenniejsza jest ta praca „na dole”: dostrzeżenie tematu, trud dokumentacji, odwaga podjęcia sprawy. Mówię tu o rzeczach ważnych, trudnych i niebezpiecznych nawet.

 

Ktoś mi kiedyś wmawiał, że dziennikarz kończy się po 30-tce. Bo potem ma już dzieci, kredyty i nie będzie ryzykował.

 

Organizacje dziennikarskie, stowarzyszenia itp. powinny troszczyć się przede wszystkim o tych „na dole”, ale niestety troszczą się przede wszystkim o funkcyjnych. Oczywiście i oni często wymagają obrony. Ale „wyrobnicy”, ta sól ziemi, ich gwarancje utrzymania pracy (i to nie śmieciowej), ich zarobki – to powinno być troską społecznych opiekunów.

 

No i wyobrażam sobie urzędniczej, hierarchicznej samorządowej struktury! Owszem będą szumne deklaracje i zapowiedzi. A potem przepoczwarzanie się w wałkoni ministerialnych w wypasionych automobilach. Da capo al fine! Szafa gra, a komoda tańczy. Lepiej zostawmy jak jest. Nie majstrujmy. Dziennikarstwo to jednak pasja, pogoń i radość tworzenia. To pomaganie słabszym. To bycie po krytycznej stronie. Inaczej jest niepotrzebne. Wystarczą biuletyny i rzecznicy prasowi. Niech oni sobie założą samorząd.

 

Stefan Truszczyński

 

Radio nie wypada z gry – rozmowa z Krystyną Doktorowicz, dziekanem WRiTv UŚ

Nasz wydział zamienia nazwę  dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie zajmujemy się. W dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego – mówi prof. Krystyna Doktorowicz, dziekan Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Władze Uniwersytetu Śląskiego postanowiły zmienić nazwę Wydziału Radia i Telewizji na Szkołę Filmową im. Krzysztofa Kieślowskiego. Dlaczego?

 

1 października rozpoczyna się dla nas nowy rozdział, bo kultowy Wydział Radia i Telewizji rzeczywiście zmieni nazwę. Nadal będziemy wydziałem Uniwersytetu Śląskiego z tym, że pod nazwą Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego, z takimi samymi strukturami jak każdy inny wydział uniwersytetu. Zamieniamy nazwę dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie się zajmujemy. Oczywiście, w dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego, a takie jednostki, które kształcą dla filmu, dla telewizji, dla nowych mediów, nazywają się w Europie szkołami filmowymi.

 

Od 40 lat wszystkich kandydatów przyciągał prestiż i renoma Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Nowa nazwa wydziału nie zbije potencjalnych studentów z tropu?

 

Mamy nadzieję, że nowa nazwa nie będzie myląca, ponieważ nadal będziemy wydziałem akademickim, a nie jakąś odrębną szkołą. Nowa nazwa odpowiada również czemuś, co przez wiele lat funkcjonowało, powszechnie mówiło się o „szkole filmowej w Katowicach”. W związku z tym, było duże pragnienie zarówno ze strony naszych wykładowców, jak i studentów żeby oficjalnie zmienić nazwę na Szkołę Filmową, która jest bardziej adekwatna do tego czego tu uczymy, czyli skupiamy się przede wszystkim na kierunkach związanych z filmem.

 

W nawiązaniu do starej nazwy – Wydział Radia i Telewizji – pozwolę zapytać co stało się z radiem? Wspominała Pani o filmie, nowych mediach, telewizji. Czy dziennikarstwo radiowe zostało zepchnięte na tor boczny?

 

Jeśli chodzi o radio, to znika ono z naszej nazwy dlatego, że nie prowadzimy już kierunków radiowych. Wiele lat temu mieliśmy taki kierunek, który nazywał się reżyseria radiowa. Warto podkreślić, że właściwie cały Teatr Polskiego Radia to są nasi absolwenci, łącznie z dyrektorem Januszem Kukułą. Nie oznacza to jednak, że radio w ogóle wypada z gry.  Nasz wydział aktualnie nie kształci dziennikarzy radiowych, bo to odbywa się na Wydziale Nauk Społecznych. Jednak myślę, że Szkoła Filmowa im. Krzysztofa Kieślowskiego od października wzmocni swoją współpracę ze studiami dziennikarskimi. Mamy już pewne wspólne plany i nowe pomysły. Chcemy stworzyć takie zespoły, gdzie będą obecni realizatorzy wizji, nasi studenci z realizacji obrazu, reżyserzy filmowi, którzy często zajmują się reżyserią słuchowisk radiowych, producenci, których kształcimy i dziennikarze, którzy będą też korzystać z naszych zasobów, zarówno kadrowych jak  sprzętowych. To wszystko się dziś przenika i właściwie nie ma już takich oddzielnych specjalizacji. Równocześnie zdajemy sobie sprawę, że  bardzo ważna jest nowoczesna infrastruktura do nauki zawodów audiowizualnych, dlatego mamy nadzieję, że będzie to owocna współpraca.

 

Skoro Szkoła Filmowa stawia na współpracę z przyszłymi dziennikarzami, to oznacza, że nie rezygnujecie tak do końca z dziennikarstwa.

 

Dzisiaj praca w sektorze audiowizualnym wymaga przede wszystkim współpracy różnych zawodów medialnych, również różnych umiejętności. Chodzi o to, aby nasi studenci integrowali się poprzez pracę w zespołach, w których można stworzyć od A do Z konkretny materiał filmowy, radiowy, czy telewizyjny. Dlatego od października ruszamy z większą integracją i współpracą międzywydziałową.

 

Co Szkoła Filmowa zmieni w kształceniu studentów?

 

Planujemy bardzo duże zmiany programowe jeżeli chodzi o studia z zakresu realizacji obrazu i fotografii. Ze względu na nowe technologie, które naprawdę zmieniają też estetykę. Odchodzimy od taśmy filmowej, która kiedyś była wyznacznikiem najwyższego poziomu artystycznego.  Dzisiaj technologie cyfrowe deklasują taśmy i one też bardzo wiele zmieniają. Realizacja obrazu staje się coraz bardziej kierunkiem artystyczno-technologicznym. Musimy młodych ludzi uczyć jak przystosowywać się do tych zmian technologicznych i jak kreować rzeczywistość i swoja sztukę  poprzez nowoczesne technologie. Będziemy uczyć rzeczy bardzo nowoczesnych, które tworzą nowe kino, nową telewizję i do takiej zmiany też  się przygotowujemy. To, że absolwent potrafi napisać scenariusz i wyreżyserować klasyczne kino artystyczne, to jest uniwersalne, ale musimy też myśleć o tym, że absolwent  pójdzie do sektora PR-owskiego, czy do sektora reklam lub do telewizji, czy też do sekcji YouTube. Ważne jest to, że się zmienia estetyka i ekonomika, a pewne rzeczy pozostają uniwersalne, bo kino artystyczne zawsze będzie się cieszyło dużym zainteresowaniem. Do tego dochodzą efekty specjalne, które w kinematografii i w realizacji obrazu są niezwykle ważne i my tego musimy uczyć.

 

Jakie są plany na przyszłość? Czy Szkoła Filmowa uruchomi również jakieś kierunki studiów podyplomowych?

 

Jeśli chodzi o studia podyplomowe to tu zaskoczę, bo poważnie myślimy o studiach związanych z radiem. Skąd to się wzięło? Byliśmy partnerem Ogólnopolskiego Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, który ma swoją edycję w Katowicach.  Jest to festiwal dla młodych reżyserów wymyślony jeszcze 20 lat temu przez Kazimierza Kutza. To tu zdobywali nagrody, między innymi Krzysztof Warlikowski, czy Grzegorz Jarzyna. Aktualnie na festiwalu obecne są słuchowiska radiowe. Dlatego poważnie rozważamy uruchomienie radiowych studiów podyplomowych, do czego też namawiali nas koledzy z Teatru Polskiego Radia. Radiowe studia podyplomowe nie tylko dla dziennikarzy, ale przede wszystkim dla reżyserów radiowych. W zakresie studiów podyplomowych planujemy też uruchomienie programu w zakresie pisania scenariuszy, bo to wciąż jest problem w polskiej kinematografii.

 

Jeśli chodzi o wykładowców, czy kadra naukowa również w jakimś stopniu zmieni swój profil?

 

Kadra to w przewadze reżyserowie z różnych pokoleń – od profesora Krzysztofa Zanussiego, który jest wielką ikoną polskiej kinematografii, po kolejne nazwiska z różnych pokoleń takie jak: Michał Rosa, Maciej Pieprzyca, Jan Matuszyński. Jest to mistrzowska szkoła. Wykładowcy mają coś do zaprezentowania z własnej twórczości, są czynnymi artystami. To nie są zwykli nauczyciele zawodu, tylko mistrzowie, których w przyszłości będą naśladować kolejne pokolenia naszych absolwentów.  Kiedyś pracował u nas Krzysztof Kieślowski i wciąż jesteśmy  w tej tradycji. Nasz patron był  reżyserem filmowym, swoją karierę rozpoczął od dokumentalistyki, potem pracował  w wielkiej kinematografii europejskiej, a później już nawet światowej. Każdy student w przyszłości chce być tym Kieślowskim. Wiadomo, że nie każdy nim zostanie, ale jednak po studiach nasi absolwenci doskonale sobie radzą i większość młodych ludzi pracuje w najważniejszych miejscach w filmie i w telewizji. Do tego media bardzo przyciągają i stąd tak duże zainteresowanie naszym wydziałem, który jest oblegany podczas rekrutacji.  Nasze zadanie polega na tym, aby wybrać z tak dużej ilości kandydatów, tych najbardziej utalentowanych.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 


 

dr hab. Krystyna Doktorowicz

Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, stopnień doktora i habilitację otrzymała  na Wydziale Nauk Społecznych. Specjalizuje się systemach medialnych, polityce komunikacyjnej i społeczeństwie informacyjnym. Jest stypendystką European Institute for the Media. Pełni funkcję Dziekana Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego oraz kieruje Zakładem Zarządzania Mediami i Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej.

 

 

 

 

Przywrócić prestiż –  status dziennikarza chorwackiego opisuje GORAN ANDRIJANIĆ

WIDZIANE Z ZAGRZEBIA. W Chorwacji pojawiają się różne pomysły, których celem jest podniesiennie etycznego i profesjonalnego poziomu dziennikarstwa.

 

Prawo i Sprawiedliwość zaproponowało w swoim programie przedwyborczym możliwość uchwalenia ustawy o statusie zawodowym dziennikarza oraz utworzenie samorządu dziennikarskiego, co otworzyło dyskusję wśród dziennikarzy polskich o zasadności takiego pomysłu.

 

Tematy znajdujące się w centrum tej rozprawy, a są to: uregulowanie statusu dziennikarza i jego profesjonalna ochrona, podnoszenie standardów etycznych dziennikarstwa, budowanie finansowej i politycznej niezależności mediów, są ważne dla wszystkich dziennikarzy, także dla chorwackich. Dziennikarze z Chorwacji interesują się nimi już od dłuższego czasu, próbując opracować swój model, który w najlepszy sposób mógłby pomóc w osiągnięciu wspomnianych standardów.

 

Nie ma wątpliwości, że chorwackie dziennikarstwo przechodzi kryzys profesji. Jak twierdzą medioznawcy: Igor Kanižaj i Božo Skoko w swojej pracy „Mity i prawda o zawodzie dziennikarza – obraz dzienikarza w chorwackiej opinii publicznej“, wydanej w 2010 roku, wizerunek ten jest  „chwiejny“. Kanižaj i Skoko piszą, że kryzys widać w upadku zaufania opinii publicznej wobec mediów, co niesie za sobą spadek nakładów gazet, a dokładnie czytelnictwa, a także traktowanie ich za „skorumpowane“.

 

Jako dwa powody tego kryzysu, obaj naukowcy z Zagrzebia podają wzrost treści o charakterze sensacyjnym w mediach oraz komercjalizację tekstów, jak również obniżenie profesjonalnych standardów i kryteriów pracy. Autorzy zwracają uwagę na paradoks według którego w reżimie komunistycznym zawód dziennikarza należał do bardziej prestiżowego, a dziś jest  uważany za bezwartościowy. Kiedyś, jak piszą, oczekiwało się od dziennikarza określonego wykształcenia i umiejętności, podczas gdy dziś te kryteria zostały bardzo okrojone. Dziś każdy może być dziennikarzem.

 

W tym sensie, jak piszą medioznawcy, dziennikarstwo chorwackie dzieli los przemiany całego społeczeństwa chorwackiego. Transformację tę charakteryzuje z jednej strony demokratyzacja i większa otwartość, które kiedyś były ograniczone, ale z drugiej strony silna komercjalizacja, która powoduje utratę określonych kryteriów.

 

Okres dostosowania do demokracji  naznaczony jest koniecznością przyjęcia określonej regulacji prawnej. Ustawa o mediach tradycyjnych i mediach elektronicznych to dwa dokumenty, które – według naukowców – bardzo szczegółowo definiują zasady na rynku dziennikarskim. Problem jest jednak w tym, że mimo dobrze zdefiniowanych zasad etyki dziennikarskiej ci, którzy je złamią rzadko są karani. Z drugiej jednak strony zła sytuacja w sądownictwie sprawia, że pojedynczy dziennikarze są karani za teksty , w których narazili się silnym i znaczącym politykom. Rzecz zatem dotyczy niespójności prawnej.

 

Przed kilkoma laty stowarzyszenia dziennikarskie w Chorwacji  próbowały zaradzić temu problemowi. Została powołana do życia Rada Mediów, organizacja, w której zasiedli przedstawiciele tego zawodu oraz wydawcy, których celem było podniesienie etycznego i profesjonalnego poziomu dziennikarstwa. Rada powstała w 2011 roku według niemieckiego modelu Presserata, dlatego też w jego założeniu pomagała Fundacja Konrada Adenaura, dość aktywna w Chorwacji. Ideą tej organizacji było, aby rada poprzez swoje aktywności śledziła oraz sankcjonowała łamanie etycznych standardów przez media, a jeden z pomysłów zakładał, że każdy obywatel kraju miał prawo oskarżyć pojedyncze media i dziennikarzy o łamanie zasad etyki. Mimo ambitnego początku Rada nigdy nie wzięła się za poważną pracę. To była jedyna odpowiedzialna próba samoregulacji rynku dziennikarskiego,  choć pojawiają się teraz głosy z kręgów rządowych, kierowanych przez premiera Andreja Plenkovicia, aby wrócić do próby założenia nowej Rady Mediów.

 

Chorwaccy medioznawcy, z którymi rozmawiałem uważają, że zamiast tworzenia takich dużych korporacyjnych instytucji byłoby lepiej, aby regulacje standardów w dziennikarstwie pozostawić odpowiednim stowarzyszeniom i ich aktywnościom. Jeśliby te stowarzyszenia  skutecznie wpływały na wydawców oraz promowały interesy i cele wolnego i niezależnego dziennikarstwa – mówią moi rozmówcy – nie trzeba  stwarzać specjalnej organizacji, która oferowałaby dziennikarstwu to wszystko, czego mu brakuje w profesjonalnym i etycznym sensie.

 

Problem jednak jest w tym, że jak sądzi wielu, główna dziennikarska organizacja w Chorwacji – Chorwackie Stowarzyszenie Dziennikarzy (HND), które działa już od 1910 roku, także znajduje się w kryzysie. W pierwszych dziesięciu latach po ogłoszeniu niezależności Chorwacji HND miało znaczący wpływ w kierowaniu trendami dziennikarskimi oraz ochronie dziennikarzy. Później, jak oceniają inni, organizacja zgubiła zapał. Dziś nie pomaga jej też to, że wielu dziennikarzy w Chorwacji ma wrażenie, iż HND chroni interesy  tylko dziennikarzy lewicowo-liberalnych.

 

Kiedy mówimy o podnoszeniu profesjonalnych standardów, ciekawy jest fakt, że HND to jedne z niewielu stowarzyszeń zawodowych, które nie wymaga od swoich członków wyższego wykształcenia , a jedynie trzech lat doświadczenia zawodowego w redakcji. Jak podają eksperci, to sytuacja nieporównywalna z innymi profesjonalnymi stowarzyszeniami.

 

Jak widać z niepodważalnym kryzysem etycznym dziennikarstwa, o którym się dużo mówi w Polsce, mamy też do czynienia w Chorwacji. W obu krajach przetaczają się dyskusje, jakie znaleźć na to rozwiązanie, które jednocześnie nie zagrozi najważniejszej wartości: wolności mediów.

 

Goran Andrijanić

Przełamywanie monopolu – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o walce o pluralizm mediów

Dziś mamy najbardziej zróżnicowany poglądowo rynek medialny  od 75 lat. A pluralizm mediów to jeden z podstawowych warunków demokracji.

 

Ostatnio nastąpił istny wysyp konferencji przedwyborczych, ale mnie, dziennikarkę, szczególnie zainteresowała konwencja Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy, gdzie prezes Jarosław Kaczyński wspomniał o potrzebie zakończenia  pluralizacji mediów. „Żeby Polska mogła się dalej rozwijać i być państwem demokratycznym – mówił – musimy dokończyć proces pluralizacji mediów. Polakom, obywatelom państwa demokratycznego, należy się prawda..”.  Jeśli zakończymy cytat na „Polakom należy się prawda”,  znajdziemy się w oku cyklonu naszych codziennych zawodowych  kłopotów. Bo dziennikarze  lewicowo-liberalni, jak kiedyś  komunistyczni, wciąż  dowodzą, że pluralizm nie jest im potrzebny i dla konserwatystów nie ma miejsca na rynku medialnym.

 

A oto krótki rys tego sporu. Lata 1945 – 1990, to okres komunistycznej monokultury medialnej z jednej strony i  ulotek, broszurek znacznie rzadziej książek „drugiego obiegu”. Czterdzieści pięć lat komunistycznego monopolu na informacje podawane przez Polską Agencję Prasową, Polskie Radio i Telewizję, „Trybunę Ludu”, „Przyjażń”, etc.  Czyli obraz kraju i zagranicy, suflowany przez moskiewską propagandę, bez szansy na słowo prawdy. Dziś już wszyscy wiemy, że nie była to sytuacja ani zdrowa, ani – z punktu widzenia zasad demokracji – normalna. Konsekwencja zaszłości historycznych, które dokonały się w latach 40., na które nie było społecznej zgody, ale też nie było sposobu, aby się przeciwstawić.

 

Ciekawe z punktu widzenia historyka mediów może być to, że potem, w latach 1990 do około 2005 -2006 r.,  nie było wiele lepiej. Bo „Gazeta Wyborcza” – która miała przyczynić się do rozszerzenia diapazonu światopoglądowego –  konserwowała poprzedni układ. Wspierając postkomunę i blokując napływ lub wypychając konserwatywnych dziennikarzy z przestrzeni dialogu. Zawłaszczyła sobie wielki dziennik – który miał zdemokratyzować prasę – i stworzyła blok postkomuna i liberalna frakcja byłej opozycji. W publicznych mediach elektronicznych, w TVP i Polskim Radiu widać było podobne tendencje. Pozostały w tych samych rękach, a  monopolu skrzętnie pilnowali ludzie, związani albo z postkomuną albo z Unią Wolności, a potem Platformę Obywatelską.  Wystarczy spojrzeć na nazwiska ówczesnych prezesów, aby się przekonać, że moje twierdzenie nie zostało wzięte z księżyca.  Jeszcze cztery lata temu dziennikarze konserwatywni mieli zerową szansę na zamanifestowanie swoich poglądów. Wystarczy przypomnieć pandemonium, jakie rozegrało się bodaj siedem lat temu na Walnym Zjeździe SDP, kiedy okazało się, że  mają oni szansę, by po raz pierwszy od  lat 60  zasiąść w Zarządzie Głównym, aby uświadomić sobie jak bardzo silny był opór lewicy przed pluralizacją mediów. Do dziś pamiętamy tamte sceny i wciąż włos się jeży na głowie.

 

Ale ten podział: konserwatyści – lewicy, byłby zbyt prosty, aby uczciwie opisać całą  sytuację. Bo już na początku lat 90. rozpoczęły się roszady kapitałowe, powstawały prywatne  stacje radiowe i telewizyjne z Polsatem i TVN na czele. Już wtedy wiedzieliśmy, że właściciele/ udziałowcy byli powiązani z poprzednim systemem i suflowali podobną lewicową narrację, tyle że w wersji hard, jak TVN24, lub soft, jak Polsat.  Ale to nie był jeszcze koniec komplikacji.  Równolegle do kapitału prywatnego własnego chowu, pojawiły się  pieniądze zza granicy, głównie niemieckie. Spółki Ringer Axel Springer, Bauer Media Polska, Polska Press (część międzynarodowego koncernu Verlagsgruppen Passau, wydawca mediów regionalnych)  – zmonopolizowały rynek na nie notowaną w Europie skalę! A przecież sami  Niemcy mocno strzegą „czystości etnicznej” swoich mediów,  rzadko zezwalając  na inwestowanie kapitałowi z zewnątrz.  Dalej, Australijczyk Rupert Murdoch, właściciel brytyjskich „Timesa”, „Sunday Timesa” i „Suna” od lat jest solą w oku Brytyjczyków,  którzy twierdzą, że skupiając w swoim ręku część rynku gazet dysponuje ogromną władzę, która zagraża pluralizmowi mediów, a tym samym demokracji. A jaki wpływ na polską opinię społeczną – bezpośredni, poprzez lobbystów oraz stypendia, granty i odznaczenia –  może mieć fakt, że Niemcy  zarządzają tak wielkim segmentem polskiego rynku prasy? Brytyjczycy czy Amerykanie  powiedzieliby, że to sytuacja chora, i  taka jest prawda.

 

Lata 2000, początek millennium. Polscy konserwatyści mają już  grupę „Gazety Polskiej”, tygodnik, miesięcznik, potem doszlusowała TV Republika;  „koncern toruński” i „Nasz Dziennik”, Radio Maryja i TV Trwam;  pojawiła się grupa Fratria, tygodnik „Sieci”, miesięcznik „W Sieci Historii”, portal wPolityce.pl, telewizja wPolsce.pl. Wprawdzie „Plus Minus”, dodatek „Rzeczpospolitej” wkrótce powędrował w lewo,  za to znakomity tygodnik „Do Rzeczy” – w prawo.  A „Gazeta Warszawska” zyskiwała sobie coraz liczniejsze grono czytelników. Po raz pierwszy od  1945 roku  rynek medialny zaczął się normalizować, pluralizować.  Zaczęło się mówić o „wrażliwości konserwatywnej”, innej niż lewicowo-liberalna,  konserwatyści  pojawili  się w przestrzeni publicznej i  manifestowali swoje racje.  A  lewicowo-liberalne  – starym, dobrym zwyczajem –  blokować ich i odmawiać prawa głosu.  Jesteśmy na etapie legitymizacji konserwatystów i wciąż trwa zażarta walka, aby do tej legitymizacji nie dopuścić. A dziennikarze tacy jak Tomasz Lis i  Jarosław Kurski, podobno demokraci, zamiast cieszyć się z poszerzania się przestrzeni pluralizmu mediów, robią wszystko, aby inne opcje światopoglądowe niż ich własna, z debaty przepędzić.  A dziś mamy najbardziej zróżnicowany poglądowo rynek medialny  od 75 lat. Przez kilka dekad uważnie obserwowałam brytyjski rynek  – gdzie pierwszy dwutygodnik „Oxford Gazette” pojawił się w XVII wieku, gazetę niedzielną „The Observer” czytywała już Jane Austen i siostry Bronte, a BBC uchodziła za wzór obiektywizmu –  i raczej wiem, co mówię.

 

A wracając do konwencji  PiS w Bydgoszczy i tych paru słów nt. „dokończenia procesu pluralizmu medialnego”.  Przecież pluralizm – obok światopoglądowego, religijnego i partyjnego – to jeden z kluczowych warunków demokracji. Zapewnia prawo do informacji  i uczestnictwa w dialogu publicznym.  To pas transmisyjny od władzy do społeczeństwa, która może informować, tłumaczyć swoje projekty i uzyskiwać informacje zwrotne. To także akces do prawdy – nie sfejkowanej i nie zmanipulowanej. Wydawałoby się, że pod hasłem „dokończenie procesu pluralizacji mediów powinno się podpisać całe środowisko dziennikarskie. A jednak tak nie jest. Są nawet  koledzy, którzy twierdzą, że za komuny było z prawdą lepiej niż w latach 2015-19!  Szybowanie nad  Nibylandią czy celowe zakłamywanie prawdy w walce politycznej, by znów wypchnąć konserwatystów z przestrzeni publicznej, gdzie dyskutowane są sprawy ważne dla państwa i ludzi.  Stawiam na to drugie.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Być tam, gdzie człowiek – ks. MARIUSZ FRUKACZ o mediach katolickich w czasie wyborów

Czy media katolickie powinny pisać o polityce i wyborach? Uważam, że tak. Polityka jest przede wszystkim ważną częścią ludzkiego życia. Oczywiście głównym zadaniem mediów katolickich ma być służba w dziele ewangelizacji, ale przecież mówiąc językiem św. Jana Pawła II: „Ewangelia nie prowadzi do zubożenia czy zgaszenia tego, co każdy człowiek, lud i naród, każda kultura w ciągu historii poznają i realizują jako dobro, prawdę i piękno” (enc. „Slavorum Apostoli” n. 18). Tak naprawdę Ewangelia jest pochyleniem się nad godnością i wielkością człowieka.

 

Kościół – i media katolickie – mają prawo oceniać rzeczywistość polityczną, bo przecież w niej funkcjonuje człowiek. Media katolickie mają też okazję przypomnieć, że polityka, działalność polityczna, ma służyć człowiekowi, dobru wspólnemu, a nie jest to jedynie sposób na zdobycie władzy. Jest to również niewątpliwie szansa na pokazanie innego obrazu polityki.

 

Chrześcijanin to obywatel w społeczeństwie

 

Warto przypomnieć, że pośród świętych czczonych przez Kościół wielu jest mężczyzn i kobiet, którzy służyli Bogu przez ofiarny udział w działalności politycznej i sprawowaniu rządów. Należy do nich św. Tomasz Morus, ogłoszony przez św. Jana Pawła II patronem rządzących i polityków, który potrafił świadczyć o niezbywalnej godności sumienia nawet za cenę męczeństwa. „Nota doktrynalna o niektórych aspektach działalności i postępowania katolików w życiu politycznym”, wydana w 2002 roku przez Watykańską Kongregację Nauki Wiary, przypomina, że „Życie w demokratycznym systemie politycznym nie mogłoby się pomyślnie rozwijać bez aktywnego, odpowiedzialnego i ofiarnego uczestnictwa wszystkich, choć formy tego udziału, płaszczyzny, na jakich on się dokonuje, zadania i odpowiedzialność mogą być bardzo różne i wzajemnie się uzupełniać…Gdy dochodzi do konfrontacji polityki z zasadami moralnymi, które nie mogą być uchylone, nie dopuszczają wyjątków ani żadnych kompromisów, zadanie katolików staje się szczególnie ważne i odpowiedzialne. W obliczu tych fundamentalnych i niezbywalnych nakazów etycznych wierzący muszą zdawać sobie sprawę, że w grę wchodzi sama istota ładu moralnego, od którego zależy integralne dobro ludzkiej osoby….Błędem byłoby utożsamianie słusznej postawy autonomii, jaką katolicy powinni przyjmować w życiu politycznym, z postulatem niezależności od nauczania moralnego i społecznego Kościoła” (zob. dokument https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kdwiary/nota_polityka_24112002.html).

 

Widzimy, jak bardzo stan mediów w Polsce jest zróżnicowany ze względu na ich światopogląd. Dlatego media katolickie zobowiązane są do wierności Ewangelii i nauce Kościoła. A generalną misją mediów katolickich jest służenie rozwojowi osoby ludzkiej. Przecież w ciągu minionych dwóch tysięcy lat historii każdy chrześcijanin uczestniczył w życiu tego świata na różne sposoby. Jednym z nich był udział w działalności politycznej. Chrześcijanie, żyjąc w społeczeństwie, podejmują obowiązki jako obywatele. Dotyczy to także kwestii wyborów.

 

Sumienie obywatelsko-polityczne

 

Wielki Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński ujmował problem życia społecznego w dwóch płaszczyznach: w płaszczyźnie sumienia narodowego i sumienia obywatelskiego. Dla kard. Wyszyńskiego sumienie obywatelsko-polityczne oznaczało prymat człowieka i to, że władza jest służbą. Właśnie w okresie wyborczym media katolickie mają prawo i obowiązek przypominać o prymacie człowieka w polityce i o tym, że ludzie sięgający po władzę mają realizować służbę wobec człowieka i narodu.

 

Jak przypomina Kompendium Nauki Społecznej Kościoła – „Wierni świeccy powinni patrzeć na media jako na potencjalne, potężne narzędzia solidarności: Solidarność jawi się jako konsekwencja prawdziwej i słusznej informacji oraz swobodnej wymiany myśli, które sprzyjają poznaniu i poszanowaniu innych”. „Nie dzieje się tak, jeżeli środki społecznego przekazu wykorzystywane są do budowania i wspierania systemów ekonomicznych, które służą zaspokajaniu chciwości i żądzy zysku. W obliczu poważnych niesprawiedliwości decyzja o całkowitym przemilczaniu przez media niektórych aspektów ludzkiego cierpienia jest przejawem wybiórczości, której nie można niczym usprawiedliwić” (n. 561). Ponadto „Polityczne zaangażowanie katolików często wiązane jest z „laickością”, czyli rozróżnieniem pomiędzy sferą polityczną a religijną. Rozróżnienie to „jest wartością przyswojoną już i uznaną przez Kościół, należącą do dziedzictwa wypracowanego przez cywilizację”. „Katolicka nauka moralna jednakże wyraźnie odrzuca perspektywę laickości rozumianej jako autonomiczna w odniesieniu do prawa moralnego: „«Laickość» bowiem oznacza przede wszystkim postawę kogoś, kto respektuje prawdy wypływające z naturalnej wiedzy o człowieku żyjącym w społeczności, niezależnie od tego, że prawdy te są zarazem częścią nauczania określonej religii, albowiem prawda jest jedna”. „Szczere poszukiwanie prawdy, popieranie i obrona przy pomocy dozwolonych środków, prawd moralnych odnoszących się do życia społecznego – sprawiedliwości, wolności, szacunku dla życia oraz innych praw człowieka – jest prawem i obowiązkiem wszystkich członków wspólnoty społecznej i politycznej” (n.571, zob. cały dokument http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_councils/justpeace/documents/rc_pc_justpeace_doc_20060526_compendio-dott-soc_pl.html)

 

 

   Media katolickie w swojej publicystyce mogą i powinny przypomnieć, że sumienie nie jest własnością jakiejkolwiek partii czy grupy wyborczej. Kościół nie może wskazać, na którą partię mamy głosować, ale równocześnie dokumenty Kościoła w wielu miejscach wskazują, że w demokratycznym i pluralistycznym państwie wybory są partycypacją we władzy na rzecz dobra wspólnego. Dlatego też wszyscy obywatele powinni pamiętać o swoim prawie, a nawet obowiązku brania udziału w wolnych wyborach. Kościół, jak przypomniał to kiedyś św. Paweł VI, mając bardzo wielkie doświadczenie w sprawach ludzkich, ma  uniwersalne spojrzenie zarówno na człowieka, jak i na sprawy ludzkie. A takie spojrzenie realizują media katolickie.

 

Dziennikarz, także ten katolicki, powinien być tam, gdzie jest człowiek. A człowiek jest także w świecie polityki. Chrześcijan to człowiek wierzący i obywatel, który żyje w konkretnej rzeczywistości społecznej

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

Film Jolanty Hajdasz nagrodzony na Festiwalu „KSF Niepokalana 2019”

„Powrót” w reżyserii Jolanty Hajdasz, wiceprezes SDP i dyrektor CMWP SDP, zdobył II nagrodę w kategorii „Dokument historyczny” na zakończonym w niedzielę XXXIV Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów „KSF Niepokalana 2019”.

 

„Powrót” to trzeci dokument Jolanty Hajdasz, po „Zapomnianym męczeństwie” i „Żołnierzu niezłomnym Kościoła”, o arcybiskupie Antonim Baraniaku, salezjaninie, kapelanie i sekretarzu Prymasów Polski Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego. Duchowny mimo gehenny, jaką przeżył w ubeckim więzieniu, pozostał niezłomny.

 

Nagroda na Festiwalu „KSF Niepokalana 2019”, to kolejne w tym roku wyróżnienie dla filmu „Powrót”. W kwietniu dokument otrzymał Feniksa 2019 – główną nagrodę Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w kategorii Multimedia.

 

Na organizowany przez Katolickie Stowarzyszenie Filmowe im. św. Maksymiliana Marii Kolbego XXXIV Międzynarodowy Katolicki Festiwal Filmów i Multimediów „KSF Niepokalana 2019”.  wpłynęły 64 prace  z 12 krajów: Białorusi, Filipin, Guatemalii, Hiszpanii, Hong Kongu, Indii, Łotwy, Szwecji, Ukrainy, USA, Wenezueli i Polski. Grand Prix zdobył film Rafała Brylla „Kresy”. Ten fabularyzowany dokument opowiada o zbrodniach ludobójstwa dokonywanych na Polakach przez ukraińskich banderowców za to tylko, że byli Polakami i katolikami.

 

jka, fot. Twitter/Jolanta Hajdasz

 

Więcej o filmie „Powrót”

 

Piractwo – ROBERT AZEMBSKI o kradzieży tekstów dziennikarskich

Kopiowanie cudzych treści to wciąż poważny problem w polskich mediach. I chociaż ostatnio wydawcom udaje się ograniczyć ten proceder, to bez zmian w prawie nie ma mowy o wygraniu walki z piratami.

 

Nadal nie jest dobrze, wciąż łamane są prawa autorskie. Uprawia się, mówiąc łagodnie – „kradziejstwo”, a dosadnie i wprost – złodziejstwo. Łupem złodziei nie padają co prawda ani pieniądze, złoto, czy kosztowności, ale cudze dzieła, twórczość. Cenne, bo wymagające nieraz dużego nakładu pracy i intelektualnego wysiłku ze strony dziennikarzy i redaktorów.

 

Kilkanaście dni temu „błąd „404” pojawił się na monitorach komputerów po tym, jak tygodnik „Najwyższy Czas” zdjął ze swojej strony internetowej skopiowany w dużej mierze z „Dziennika Gazety Prawnej” jeden z artykułów na temat śmierci Piotra Woźniaka-Staraka. Stało się to po interwencji autorki, dziennikarki DGP, na Facebooku.

 

    – Nie ma tygodnia, bym nie dostawał sygnału, że gdzieś w internecie na czyichś stronach są nasze artykuły – ubolewa Krzysztof Jedlak, redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”. – Naszymi treściami pożywiają się setki stron, portali i portalików, agregatorów treści itp. Inni, duzi wydawcy oczywiście też mają podobny problem. Do niedawna wiele dużych tytułów niestety lekceważyło problem podkradania treści – dodaje.

 

Gdy w grudniu 2008 r. startował nowy projekt spółki o2.pl, portal o nazwie „Sfora”, niektórzy wydawcy początkowo nawet się ucieszyli. Serwis streszczał całe artykuły, linkował do źródeł – zrobi nam darmową, dodatkową reklamę – cieszyli się. Szybko jednak okazało się, że serwis zjada czytelnictwo, odbiera reklamy, zyskując popularność pośród rosnącej grupy odbiorców, którym wystarczały skróty artykułów. Podobne problemy były z serwisem Wykop. 10 największych wydawców doszło więc do wniosku, że Sfora.pl to nowe zagrożenie i należy szybko zareagować. Ale jak? W tamtym czasie wierzono jeszcze, że wystarczy wspólnie z wydawcami internetowymi wypracować kodeks dobrych praktyk korzystania z cudzych treści redakcyjnych.

 

   – Swego czasu mieliśmy nadzieję, że podobny kodeks przygotujemy i przyjmiemy wspólnie z firmami wydającymi w internecie. Niestety do tej pory nie udało nam się doprowadzić do szczęśliwego finału – w którymś momencie otrzymaliśmy odpowiedź, że środowisko internetowe wypracuje takie zasady wewnętrznie. Na bazie kodeksu stworzyliśmy więc coś takiego, co nazwaliśmy „notą redakcyjną”, określającą etyczne i prawidłowe wykorzystanie treści, także prawa cytatu, licencji itd. Wydawcy, którzy przyjęli tę „notę” precyzującą co wolno, a czego nie wolno robić, stosują szczególne oznakowanie – mówi Marek Frąckowiak, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy. Jestem jednak przekonany, że dopiero implementacja „Dyrektywy o prawach autorskich i prawach pokrewnych”otworzy perspektywę dla przywrócenia zasad elementarnej uczciwości w biznesie medialnym. Proszę też zwrócić uwagę na fakt, że środowiska artystyczne, szeroko pojętej kultury, mają o wiele większy i szerszy zakres ochrony praw autorskich od środowiska dziennikarskiego. Dobrze by było, gdybyśmy otrzymali w naszych działaniach wsparcie Ministerstwa Kultury, którego w tej chwili bardzo nam brakuje – dodaje Marek Frąckowiak.

 

Jeszcze w połowie października 2009 r. Sąd Okręgowy w Białymstoku wydał ważny wyrok. INFOR Biznes (wydawca „Dziennika Gazety Prawnej) domagał się odszkodowania od prowadzącego serwis Mojeprawo.pl, który kopiował w całości artykuły opublikowane w serwisach. Ponad 103,9 tys. zł wyrokiem sądu przypadło wydawcy DGP od firmy Al Pari Business Centre, właściciela pozwanego serwisu. W 2013 r. Edward Miszczak, ówczesny dyrektor programowy TVN, zwrócił uwagę na nowości programowe konkurencyjnych stacji, niemal takie same jak programy TVN-u. Chodziło o nowe produkcje Polsatu – „Top Chef”, „Nasz dom” oraz „Czyja wina?”. Ówczesna dyrektor programowa Polsatu Nina Terientiew obśmiała zarzuty Miszczaka, twierdząc, że „cały świat telewizji kopiuje siebie nawzajem”.

 

Prawnicy są coraz częściej zgodni co do tego, że w myśl przepisów prawa autorskiego, bez zgody właściciela gazety czy serwisu nie wolno kopiować, czy robić przedruków. I jeszcze na tym zarabiać. Od pirata można domagać się, by przestał naruszać prawa autorskie ale i zapłaty odszkodowania w postaci dwukrotnego, a nawet trzykrotnego, wynagrodzenia. W ekstremalnych przypadkach za kradzież treści grozi kara do 2 lat pozbawienia wolności. Prawo autorskie dopuszcza jednak pewne odstępstwa w ramach tzw. dozwolonego użytku publicznego (w szczególności prawo cytatu, prawo przedruku, dozwolony użytek prywatny itp.), o ile redakcja nie zastrzegła sobie wyłączności. Prawo cytatu stanowi jedną z prawnie dozwolonych form użytku chronionych utworów, ale nie jest bezwarunkowe. Proporcja przytaczanego utworu do wkładu własnej twórczości nie powinna wzbudzać wątpliwości, że cytujący stworzył własne dzieło.

 

   – Problem kopiowania artykułów, czyli nazwijmy to wprost – złodziejstwa, wynika w dużym stopniu z kwestii granic, kiedy i jak można korzystać z cudzego tekstu, co normują niezbyt precyzyjnie art. 25-29 Prawa autorskiego. Wykradający treści, broniąc się, nadużywają zawartego w tej ustawie tzw. prawa dozwolonego użytku, stosując jego nadmiernie rozszerzoną wykładnię – uważają, że wszystko im wolno, że mogą bez ograniczeń czerpać garściami z czyjejś pracy – mówi Maciej Hoffman, prezes zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy i Wydawców Repropol.

 

Po 8 latach walk prawnych i kilku rozprawach sądowych, środowisko wydawców prasy czeka na ogłoszenie na piśmie sierpniowego wyroku Sądu Najwyższego w sprawie INFOR Biznes przeciwko Press-Service Monitoring Mediów – o bezumowne wykorzystywanie artykułów prasowych i fragmentów całych wydań gazety „Dziennik Gazeta Prawna” w treściach dostarczanych w ramach usług monitorowania mediów (tzw. press-clippingu). Sprawa została skierowana do ponownego rozpatrzenia przez poznański Sąd Apelacyjny, a pozwana firma broni się jeszcze prawem cytatu. Jej zakończenie w Sądzie Najwyższym oraz wejście w życie tzw. praw pokrewnych powinny dobrze wpłynąć na rynek.

 

Ponieważ to wydawca sfinansował powstanie i funkcjonowanie danego medium, ponosi na jego funkcjonowanie nakłady, dalatego nowe przepisy dotyczące praw pokrewnych pozwolą mu na automatyczne przeniesienie praw w celu dochodzenia roszczeń z tytułu strat majątkowych na wydawnictwo.

 

   – Dobra wiadomość nadeszła właśnie z Portugali. Tamtejszy sąd, 4 września br.,w takiej samej sprawie orzekł, że obowiązkiem pressclipera jest zawarcie umowy licencyjnej z organizacją zbiorowego zarządu lub wydawcą w celu wykorzystania artykułów prasowych do swojej działalności. Zasądził jednocześnie odszkodowanie od firm pressclipingowych na rzecz wydawców – mówi Maciej Hoffman.

 

Wyprostowanie orzecznictwa sądowego pozwoli objąć ochroną praw autorskich również tzw. krótką informację prasową (newsy), wypracowywaną z trudem przez wiele redakcji. Może to zapobiec dalszej degradacji prasy i spadkowi przychodów reklamowych. Z drugiej strony, ludzie zaczynają być znużeni fake newsami i niezdarnie redagowanymi artykułami – najczęściej na bazie ukradzionych treści. Szukają treści wiarygodnych i niejednostronnych. Widać to w stopniowym odbudowywaniu przychodów przez takie redakcje jak „Dziennik Gazeta Prawna, „Rzeczpospolita”,  „Puls Biznesu”, czy „Gazeta Bankowa”, oraz w rosnącej popularności tytułów hobbistycznych i branżowych. Trzymają się tygodniki opinii, spośród których wyróżnia się ostatnio redagowany na wysokim poziomie „Tygodnik Powszechny”. – Powoli tworzy się społeczna świadomość, że dobra autorskie podlegają takiej samej ochronie, jak wartości materialne, jak np. zegarek, samochód, czy dom – stwierdza Maciej Hoffman. Należy oczekiwać, że wspólne działania organizacji dziennikarskich i wydawców, jakie powinny być podjęte w związku z nowelizacją ustawy o prawach pokrewnych, przyniosą dodatkową „kasę” dziennikarzom i wydawcom. To wydawcy polscy zadeklarowali przy ustanowieniu dyrektywy, że przychody z praw będą dzielone 50% na 50% pomiędzy dziennikarzami i wydawcami.

 

Wiele lat intensywnych i mozolnych działań Izby Wydawcow Prasy i Repropolu oraz samych redakcji przyniosło wyraźny spadek naruszeń prawa autorskiego. Podczas, gdy liczba takich naruszeń wobec 25 najważniejszych tytułów prasowych w pierwszym dzisięcioleciu nowego stulecia wynosiła średnio aż 90 tys.w skali miesiąca, już na samym początku trwającej od 4 lat współpracy Repropolu z firmą Anty Piracy Protection spadła skokowo do ok. 3 tysięcy. Potem było już tylko lepiej. Przykładowo, w lipcu br. wykryto 1557 naruszeń, z czego udało się doprowadzić do usunięcia 1424.

 

Odwoływać się do przyzwoitości i moralności piratów oczywiście można i należy. Ale to za mało. Życie pokazało bowiem, że dopiero systematyczne identyfikowanie i„nękanie” w postaci ostrzeżeń i przedsądowych wezwań przynosi wymierne efekty, hamując spadek sprzedaży oraz wpływów z reklam tytułów prasowych.

 

Robert Azembski

Zamieniłem pióro na karabin – rozmowa z ADAMEM BEDNARCZYKIEM, dziennikarzem wojennym

Dzięki mojej służbie w wojsku chorwackim podczas wojny na Bałkanach powstał prawdziwy reportaż wcieleniowy . W pierwszym wydaniu wspomnień nie pisałem, że byłem żołnierzem – mówi Adam Bednarczyk, autor artykułów i książek o wojnie w Jugosławii, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Jesienią 1992 r. wyruszyłeś z Krakowa do Bośni jako dziennikarz krakowskiej mutacji dziennika „Nowy Swiat”. Co wpłynęło na twoją decyzję, żeby zostać korespondentem wojennym?

 

W mediach śledziłem obronę Vukovaru. Miasta broniło 1800 lekko uzbrojonych Chorwatów przed 38 tysiącami Serbów dysponujących ciężką artylerią i lotnictwem. Skala porównawcza sił była jak w Powstaniu Warszawskim. Serbowie zamordowali rannych w szpitalu. Chyba to najbardziej mną wstrząsnęło. Wrzuciłem do plecaka rzeczy osobiste i pojechałem do Bośni. Zamierzałem być w Chorwacji tydzień lub dwa, zebrać materiały i napisać kilka reportaży. Trafiłem do regionu Posavina, gdzie toczyły się walki Chorwatów z Serbami. Do kraju nie wysłałem żadnej relacji ani reportażu. Szybko zamieniłem pióro na karabin. Po czterech dniach pobytu założyłem mundur armii chorwackiej.

 

Chorwaci namawiali Cię, żebyś dołączył do ich wojska?

 

Nie było żadnej agitacji. Zdecydowało to, co zobaczyłem na miejscu. Słabo uzbrojeni Chorwaci walczyli przeciwko czwartej armii Europy, JNA, czyli Jugosławiańskiej Armii Ludowej. Wstrząsnął mną też widok pochodów uchodźców wypędzanych ze swoich ziem.

 

Od razu Ci zaufali?

 

Nie. Przez dwa tygodnie oswajali się ze mną. W pewnym sensie miałem sporo szczęścia. Trafiłem do elitarnej jednostki, do plutonu dywersyjno-zwiadowczego. Na ogół obcokrajowcy nie trafiali do batalionów desantowych. Byli przydzielani do służby wartowniczej, rzadko brali udział w akcjach napadowych. Na moją korzyść przemawiało to, że w Polsce odbyłem przeszkolenie wojskowe. Byłem w służbach naziemnych lotnictwa. Po dwóch tygodniach otrzymałem legitymację wojską i zostałem żołnierzem armii chorwackiej. Szybko wtopiłem się w otoczenie.

 

Żołnierzem czy najemnikiem?

 

Nie byłem żadnym najemnikiem! Byłem ochotnikiem. Dostawałem takie same pieniądze, jak koledzy z armii chorwackiej.

 

Wstępując do armii składałeś taką samą przysięgę jak Chorwaci? Pamiętasz ją?

 

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie jej słów. Pamiętam, że prawą rękę trzymałem na sercu. Moim plusem było to, że bardzo szybko poznałem język chorwacki. Po miesiącu byłem w stanie porozumieć się z ludźmi, którzy mnie otaczali. Jeżeli nie byłeś w stanie rozmawiać z Chorwatami w ich języku, nie rozumiałeś komend i rozkazów. W pociągu do Bośni poznałem Węgra, Zsolta, który jechał, żeby dołączyć do armii chorwackiej. Nie poszedł na żadną akcję, bo nie mówił po chorwacku. A ja już po miesiącu uczestniczyłem w pierwszej akcji. Odbijaliśmy chorwacką wioskę z rąk Serbów. Akcja była prosta: wybiegaliśmy z okopów i szliśmy do przodu. Najtrudniej było wyskoczyć z okopu. Jak już to zrobiłeś, nie czułeś strachu, bo nie było czasu na lęk. Strzelało się seriami, bez celowania. Na akcję brałem dziesięć magazynków i plecak naboi. Pięćset sztuk amunicji to było minimum. W magazynku było trzydzieści naboi.

 

Z jakiego karabinu strzelałeś?

 

Z Kałasznikowa albo z „argentynki”, czyli z argentyńskiej wersji amerykańskiego karabinu M-16. Kałasznikow był lepszy, nie było problemów z amunicją do niego. Wrogowie też używali takiej broni. Kiedy zdobyliśmy ich pozycje, można było zaopatrzyć się w amunicję, która pasowała do naszych karabinów. Pewnie chciałbyś spytać, czy zabijałem.

 

Tak.

 

Zabijałem. Na wojnie nie ma wyboru. Albo zabijesz wroga albo zginiesz. Nie wiem ile osób zabiłem. Tego nikt nie wie i nikt tego nie powie. Najniebezpieczniejsze było wynoszenie rannych kolegów z pola walki, ponieważ cały czas trwał ostrzał.

 

Zdarzało się wam zostawić rannych na polu walki?

 

Nigdy. Byliśmy i jesteśmy jak rodzina. Cztery lata temu pierwszy raz od wojny pojechałem na tereny, gdzie walczyłem. Odnalazłem dom mojego dowódcy, Krešo. Zadzwoniłem do furtki, wyszła jego żona, powiedziała, że mąż jest na rybach. Pokazałem jej książkę i wspólne zdjęcia z jej mężem, żeby wiedziała kim jestem. Pożegnaliśmy się i poszliśmy wynająć kwaterę w położonym w tej miejscowości gospodarstwie agroturystycznym. Na drugi dzień rano drzwi się otwierają, wchodzi mój dowódca, patrzy na mnie i łzy ciekną mu po twarzy. Też płakałem. Później pojawiło się kilkudziesięciu kolegów z czasów walk. Godnie uczciliśmy nasze spotkanie po latach. Kiedy toczyła się wojna mój dowódca miał pod sobą cztery tysiące ludzi, ale pamiętał mnie. W okolicy byłem jedynym obcokrajowcem. Pojawiło się ich trochę, ale szybko się wykruszali. Było kilku Anglików, przyjechali na miesiąc, dwa. Porobili fotki i wrócili do siebie. W moim plutonie było dwóch Węgrów, kilku Anglików, czterech Hiszpanów, Portugalczyk. Ogólnie z obcokrajowców najwięcej było Niemców.

 

Spotkałeś Polaków walczących ramię w ramię z Chorwatami?

 

Ani jednego. Słyszałem o dwóch walczących w miasteczku obok, ale jak tam się pojawiłem, ich już nie było. Jeden miał na imię Bogdan, a drugi Jerzy. Szacuję, że po stronie chorwackiej mogło walczyć około setki naszych rodaków.

 

Po serbskiej stronie mogło walczyć ich więcej?

 

Nie sądzę. Ale Serbowie zachęcali Polaków do walki w ich szeregach.

 

W ilu akcjach zbrojnych uczestniczyłeś?

 

Szacuje, że około 50. Mniej więcej jedna na tydzień. Ale były okresy, że przez dwa tygodnie nic się nie działo. Była nuda. Graliśmy w karty, oglądaliśmy telewizję, piliśmy piwo. Czasami na akcjach było bardzo ciężko. Nie tylko ze względu na grożące niebezpieczeństwo i czyhającą na nas śmierć. Było mokro, zimno, ciemno, mieliśmy tylko punktowe latarki, żadnego mocniejszego źródła światła nie można było mieć. Pod koniec mojego pobytu w chorwackiej armii brałem udział głównie w drobnych zwiadach. Wróciłem do Polski na Wielkanoc w kwietniu 1993 r. To był szok dla rodziny. Nie mieli o mnie żadnych wiadomości poza jedną kartką, którą wysłałem na początku pobytu w Bośni. Myśleli, że nie żyję.

 

Najbardziej spektakularna akcja opisywana przez Ciebie w „Dobij mnie Europo” to chyba ta z wysadzeniem pięciu serbskich czołgów?

 

Tak. Nikt z nas nie zginął, ani nie był ranny.

 

Z jakiego powodu? Zdecydowała mentalność, temperament?

 

W Polsce mówiono o mnie, że mam chorwacką krew. Chorwaci przenosili na mnie szacunek, jakim darzyli papieża Jana Pawła II. To była wojna religijna, katolików z prawosławnymi. Każdy Chorwat nosił za pagonem albo na szyi różaniec. Serbów poznawało się po prawosławnych krzyżach. Tam, gdzie walczyłem, dwie muzułmańskie brygady biły się po stronie chorwackiej. Składały się głównie z uchodźców z terenów bośniackich zajętych przez Serbów. Nie mieliśmy żadnych konfliktów z muzułmanami. Inaczej było w Mostarze, gdzie Chorwaci walczyli z muzułmanami. W Bośni jest w dalszym ciągu tygiel. Ręczę ci, że Serbowie nigdy nie odpuszczą Kosowego Pola. Dla nich to świętość. Jak dla nas Gniezno czy Jasna Góra.

 

Obserwowałeś wojnę z bliska, byłeś jej uczestnikiem. Jakie miałeś porównanie z filmowymi i książkowymi opisami wojny znanymi ci wcześniej?

 

To całkiem inna opowieść. To, co tam zobaczyłem i przeżyłem nie ma nic wspólnego z serialami wojennymi. Już po dwóch tygodniach oswoiłem się z wojną. Śmierć, ranni, ruiny stały się czymś normalnym i codziennym.

 

Człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić?

 

Tak. Jedną z przyczyn powrotu do kraju była znieczulica. Dwieście metrów ode mnie wybuchła bomba. Nie zareagowałem. Wiedziałem, że czas wracać do kraju.

 

Po powrocie do Polski nie chciałeś napisać żadnego reportażu o tym co przeżyłeś i widziałeś?

 

Nie. Chciałem mieć święty spokój. Ale w końcu kolega namówił mnie, żebym napisał wspomnienia. Pisanie pomogło poukładać niektóre sprawy. Czasami wracam myślami do wojny, ale nie dręczą mnie koszmary.

 

Ale jednak reportaż o wojnie bałkańskiej napisałeś. Pierwsze wydanie twoich wspomnień „Dobij mnie Europo” wyszło w 1997 r.

 

Dzięki mojej służbie w wojsku chorwackim podczas wojny na Bałkanach powstał reportaż wcieleniowy (śmiech). W pierwszym wydaniu wspomnień nie pisałem, że byłem żołnierzem. Mogłem to zrobić dopiero po latach, w drugim wydaniu, które ukazało się w 2015 r.

 

Tajne służby nie ścigały Cię po powrocie? Za walkę w szeregach obcej armii groziło więzienie.

 

Nie. Ale byłem inwigilowany, prawdopodobnie przez Wojskowe Służby Informacyjne. Wypytywano o mnie wśród znajomych. Kiedy wróciłem do Krakowie akurat była afera „Gumisia”, którego oskarżano o podkładanie bomb. Prawdopodobnie mnie też wytypowano jako potencjalnego sprawcę. Dochodziło do absurdalnych sytuacji. Siedzę wieczorem w knajpie, pije piwo, a obok mnie przy sąsiednim stoliku siedzi mężczyzna i pije przez pół godziny herbatę. Poprosiłem kelnerkę, żeby mu przyniosła piwo. Uciekł.

 

Polscy dziennikarzy wiedzieli, że walczysz na Bałkanach? Docierali do Ciebie? Prosili o informacje?

 

Pojawiali się dziennikarze francuscy i włoscy. Za kilka kartonów Marlboro robiliśmy dla nich pozorowane ataki. Biegliśmy z karabinami, a oni nas filmowali i robili zdjęcia. To było śmieszne. Piszę o tym szerzej w moich wspomnieniach pod tytułem „Dobij mnie Europo”. Polscy dziennikarze pojawili się w Chorwacji dopiero po wojnie…

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, dziennikarz portalu wPolityce.pl, fot. warbook.pl

 


 

Adam Bednarczyk

Rocznik 1965 r. autor artykułów o wojnie w Jugosławii, które ukazywały się m.in. w „Czasie Krakowskim”, „Dzienniku Polskim”, „Komandosie” oraz książki wspomnieniowej pod tytułem „Dobij mnie Europo”.

 

W sprawie korporacji – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Nie jest przypadkiem, że zawód dziennikarza po 1989 został puszczony samopas. Pogląd, że powinien on uwolnić się od ograniczeń z okresu PRL-u, zadecydował o niepowoływaniu samorządu dziennikarskiego, ale tak naprawdę nie był on na rękę właścicieli tworzących się spółek medialnych i zarządców mediów publicznych. Niestety, środowisko dziennikarskie w większość uległo temu poglądowi, zapatrzone na ogół na celebrytów  swojego zawodu. Bo w dużym stopniu wyśmiewanie przez tychże celebrytów  pomysłu powołania korporacji dziennikarskiej paraliżowało wszelkie próby jej stworzenia. W samej historii SDP po 1989 było kilka takich prób, które skończyły się na niczym, były to tylko oddolne inicjatywy o ograniczonym zasięgu. Dlatego aktualny pomysł przedstawiony przez PiS ustawowego powołania izby dziennikarskiej, która dbałaby o przestrzeganie standardów pracy dziennikarza, uważam za pożyteczny. Zresztą – jak zaznaczył to Krzysztof Czabański, poseł PiS-u – ma to być początek dyskusji środowiskowej na ten temat.

 

Bez wątpienia przeciwników ustawowego powołania samorządu dziennikarskiego będzie dużo. Prawdopodobnie nawet ci dziennikarze, którzy po ewentualnym utworzeniu takiej izby mieliby mocniejsze oparcie  w wypełnianiu swojej pracy zgodnie ze swoim sumieniem, mogą  w tej chwili być oponentami proponowanego rozwiązania z uwagi jednak na kodyfikowanie norm tego zawodu. Ale bez kodyfikowania statusu dziennikarza, jego praw i obowiązków, trudno mówić o ochronie  profesji dziennikarskiej, narażonej na naciski, szantaż czy manipulacje i przede wszystkim autocenzurę. Czasem presja wydawcy, na ogół nie wypowiadana oficjalnie, jest tak silna, że dziennikarz nie odważy się podjęcia tematu niewygodnego dla określonego medium z uwagi na groźbę utraty pracy.

 

Obecnie mamy do czynienia z monopolami na rynku medialnym. Na przykład prasa regionalna i lokalna jest w rękach spółek o obcym, przede wszystkim niemieckim kapitale, które prowadzą bardzo określoną politykę informacyjną. I dziennikarz takiego medium, który  odważyłby  się wyjść poza ramy tej polityki, zostanie z niego wykluczony. I nie ma gdzie  się odwołać, nie znajdzie żadnej instancji chroniącej statusu dziennikarza, który powinien działać jako zawód zaufania publicznego czyli w imieniu szerszym, społecznym. Zdarzają się też sytuacje, że dziennikarz przekracza to zaufanie, szkodząc de facto całemu środowisku, które powinno mieć szanse reagowania na takie przypadki.

 

Oczywiście, największy problem pojawia się z właściwym, czyli precyzyjnym i bezstronnym pod względem politycznym napisaniem projektu takiej ustawy, która nie powodowałaby dominacji jednej strony głęboko podzielonego światopoglądowo środowiska dziennikarskiego i nadużywania jej przepisów. Obecnie wyłonienie takich instancji, które byłyby akceptowane przynamniej przez większość dziennikarzy wydaję się zadaniem niemożliwym do wykonania, co nie znaczy, że nie należy rozpocząć właśnie dyskusji na ten temat, szczególnie nad ramami takiej ustawy.

 

Krytycy pomysłu podstawowe zagrożenie upatrują w obowiązkowej przynależności do korporacji, czyli zamknięciu się środowiska, w sytuacji, kiedy dziennikarzem może być niemal każdy. Ale to właśnie dlatego, biorąc pod uwagę status jaki  ma dziennikarz, czyli człowieka odpowiedzialnego za słowo, izba dziennikarska jest przydatna. Nie uważam też, że jedynym kryterium przynależności  do zawodu powinna być legitymacja bycia w  korporacji. Nie można  też ograniczać  wolnej wypowiedzi sygnowanych przez konkretnego autora w mediach społecznościowych. Ewentualna ustawa nie powinna mieć charakteru wykluczającego z zajmowania się pracą dziennikarską,  a raczej stwarzać takie umocowania tego zawodu, że sami dziennikarze będą zainteresowani przynależnością do korporacji.

 

Jerzy Kłosiński