Apel CMWP SDP do Polskiego Radia o przywrócenie współpracy z red. Łukaszem Warzechą

Łukasz Warzecha nie będzie już prowadził audycji w Polskim Radiu 24. Podziękowano mu za współpracę. W czwartek, 14 listopada, Zarząd Główny SDP omówi tę sprawę. Tymczasem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wyraziło swoje stanowisko:

 

CMWP SDP wyraża ogromne zaniepokojenie z powodu zerwania współpracy przez Polskie Radio24 z red. Łukaszem Warzechą, doświadczonym i wyrazistym publicystą, stałym komentatorem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (na portalu sdp.pl) i apeluje do kierownictwa Polskiego Radia S.A. o przywrócenie współpracy z dziennikarzem.  W dniu 12 listopada b.r. w rozmowie telefonicznej red. nacz. PR24 Joanna Turek poinformowała red. Łukasza Warzechę o zdjęciu z anteny jego autorskiego programu „Wróżenie z Faktów” bez wyjaśnienia przyczyn tak radykalnego ruchu, jakim jest zawsze usunięcie z anteny programów konkretnego autora. Jest to kolejny już program Łukasza Warzechy zdjęty z anteny Polskiego Radia 24. W listopadzie 2018 roku z ramówki zniknęła wtorkowa audycja „Szukając dziury w całym”. Audycje były emitowane przez ostatnie  cztery lata.

 

W rezultacie uniemożliwia mu to w praktyce wykonywanie zawodu dziennikarza w Polskim Radiu, co jest wyjątkowo dokuczliwą represją dla każdego publicysty, a co ważniejsze, eliminuje z debaty publicznej cenionego i doświadczonego dziennikarza. Sytuacja ta psuje debatę publiczną w Polsce i jest działaniem na szkodę mediów publicznych w Polsce.

 

CMWP SDP oczekuje wycofania się przez kierownictwo Polskiego Radia z tej pochopnej decyzji.

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

Warszawa 13 listopada 2019 r.

„Grzechy” dziennikarzy – subiektywny przegląd ks. MARIUSZA FRUKACZA

Ludzka wiedza o życiu i sposób myślenia o nim są w znacznym stopniu zdeterminowane przez środki przekazu; ludzkie doświadczenie jako takie stało się w dużej mierze doświadczeniem zdobytym za pośrednictwem mediów. Kiedy obserwujemy dobrze świat współczesny, łatwo w nim zauważyć, że one odgrywają ogromną rolę, stają się w pewien sposób częścią naszego życia. Właśnie w tym kontekście warto zwrócić uwagę na „grzechy”, które popełniają dziennikarze. Oczywiście jest to mój subiektywny wybór owych „grzechów”.

 

Pierwszy: Patrzenie z góry

 

Wydaje się, że bardzo poważnym „grzechem”, który zagraża nam, dziennikarzom, jest patrzenie na czytelnika, widza, czy też radiosłuchacza „z góry”. Trochę takie patrzenie z pozycji celebryty i guru. Wydaje się, że nam, dziennikarzom, dzisiaj bardzo brakuje podejścia z pokorą do drugiego człowieka, naszego czytelnika. Zawsze uważałem, że ważne jest wsłuchiwanie się w ludzi, ich problemy. Myślę, że pracę dziennikarza powinna określać pokora. To znaczy muszę zdawać sobie sprawę z tego, że jestem i mam być rzecznikiem czytelnika. Muszę też wiedzieć, że ktoś, z kim przeprowadzam wywiad, wie więcej ode mnie i muszę pozwolić mu się wypowiedzieć. Oczywiście pokora zakłada również u dziennikarza solidne przygotowanie się np. do przeprowadzenia wywiadu. Pokora tutaj oznacza także mój szacunek dla osoby, z którą rozmawiam.

 

Drugi: Logika dezinformacji

 

Właśnie logika dezinformacji to, moim zdaniem, źródło kolejnych „grzechów” dziennikarzy, a mianowicie manipulacji, albo po prostu kłamstwa. Dzisiaj jednym z najbardziej dyskutowanych zjawisk we współczesnym dziennikarstwie są tzw. fake newsy – fałszywe informacje. Mają one na celu dezinformację, informację bezpodstawną, opartą na nieistniejących lub zniekształconych danych i zmierzającą do oszukania czytelnika, a nawet do manipulowania nim. „Zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych. Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów” –  przypomniał nam, dziennikarzom, papież Franciszek w orędziu na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

Trzeci: Komercja zamiast jakości

 

Jedną z ważnych cech dobrego dziennikarza jest pasja. Kiedy ma się pasję tego, co się robi, to człowiek widzi sens swojej pracy. Niestety, dzisiaj bardzo mocno w świat mediów wkroczyła komercja i to ona zrodziła kolejny „grzech” dziennikarski, a mianowicie obniżenie jakości tekstów i materiałów dziennikarskich.

 

Niestety w tej dziedzinie pokutuje dzisiaj zasada, że „dobra wiadomość to zła wiadomość”. Informacja stała się dzisiaj również „towarem”, który trzeba dobrze sprzedać, w ciekawym i atrakcyjnym opakowaniu. Stąd pogoń za tym, co może ludzi pociągać, a zatem pogoń za jakąś sensacją, czymś mocnym, co przykuje uwagę czytelnika, widza, w ogóle odbiorcę informacji. Stąd także w mediach coraz częściej mniej miejsca na dobre wiadomości. Gdy dzisiaj oglądamy przekazy telewizyjne, to możemy odnieść wrażenie, że nic dobrego w świecie się nie dzieje. Po prostu w świat mediów wkroczyła komercja, wolny rynek, sensacja.

 

W podawaniu informacji istnieje skłonność do mierzenia sukcesu według kryterium zysku, nie zaś służby wobec społeczeństwa. Dążenie do zysku i reklamy wywiera nadmierny wpływ na treść społecznego przekazu: popularność góruje nad jakością, która spada do poziomu najniższego wspólnego mianownika, tzw. tabloidyzacja. Artykuły są tylko odwzorowaniem opisu pędu i szaleństwa ludzi. A powinni czegoś ważnego uczyć.

 

Czwarty: Wyśmiewanie tradycji i religii

 

To bardzo poważny „grzech” pewnej części mediów w Polsce. Istnieje nurt wyśmiewania, ośmieszania głębi tradycji religijnych, które mamy w Polsce i w Europie. To jest „grzech”, który zrodził się w imię nowoczesności. Tylko, że bez tradycji i wartości religijnych na końcu tej nowoczesności i tak będzie rozczarowanie. Tymczasem dziennikarz powinien mieć świadomość dziedzictwa, które tworzy naród, społeczeństwo. Dziennikarstwo nie powinno burzyć, a budować.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Najważniejsi są dla mnie ludzie – JANUSZ MILISZKIEWICZ o pisaniu o kolekcjonerach dzieł sztuki

   W 1979 roku zadebiutowałem jako dziennikarz w miesięczniku „Kolekcjoner Polski”. Zacząłem opisywać dorobek prywatnych kolekcjonerów, którzy chronili dobra kultury narodowej. Przez 40 lat stworzyłem kronikę tej dziedziny życia.  O kolekcjonerstwie pisałem w kilkudziesięciu czasopismach.  

 

Opisałem zbiory nie tylko prominentnych osób jak np. Jan Nowak – Jeziorański, Władysław Bartoszewski, Zbigniew Porczyński czy Grażyna Kulczyk, ale przede wszystkim setek anonimowych miłośników pamiątek narodowych.  Ludzie zawsze byli dla mnie ważniejsi niż dzieła sztuki! Rejestrowałem motywacje kolekcjonerów, ich złudzenia,  tęsknoty.

 

Wycinek polskiej cywilizacji

 

Kolekcjonerów tropiłem z detektywistyczną pasją. W pierwszej kolejności starałem się dotrzeć do ostatnich świadków dwudziestolecia międzywojennego. Szukałem na przykład  Bronisława Krystalla (1887-1983), który w 1937 roku obdarował Muzeum Narodowe w Warszawie. Pytane przeze mnie osoby pukały się w czoło. Mówiły, że Krystall dawno nie żyje. Nie pomógł mi nawet Jerzy Waldorff.

 

Do spotkania z Krystallem doszło w 1981 roku. Różnica wieku między nami wynosiła 67 lat. Rozmowa trwała kilka godzin. Odnalazłem i opisałem kilku kolekcjonerów, którzy jak Krystall, byli samodzielni już w XIX stuleciu.

 

Od początku celowo tworzyłem źródła informacji. Zależało mi, żeby moje artykuły czytano na bieżąco. Zależało mi również,  żeby za kilkadziesiąt lat były one źródłem nieznanych faktów dla nauki.  Opisałem niedoceniany wycinek polskiej cywilizacji.

 

Studiowałem nieliczne publikacje o dobrach kultury utraconych przez Polskę w czasie wojny. Natrafiłem np. na wzmiankę o kolekcji przemysłowca Edwarda Natansona, która spłonęła w 1939 roku. Na chybił trafił pytałem różne osoby o tę kolekcję.

 

Pianista i kolekcjoner Roman Jasiński nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie, ale zaprotegował mnie do Jerzego Grohmana. Grohman nie znał  kolekcji, ale w 1987 roku umówił  mnie z sędziwym Ludwikiem Natansonem, synem (!) Edwarda.  Ludwik Natanson, dzięki moim namowom, zrekonstruował z pamięci zbiory ojca, a ja to uwieczniłem w artykule.

 

Zaufanie i bezinteresowność

 

Byłem amatorem. Nikt nie uczył mnie jak pisać.  Stosowałem się do rad Melchiora Wańkowicza, które zawarł w „Karafce la Fontaine’a”.  Miałem też swoich mistrzów. W „Kurierze Polskim” byli to Stefan ZawadzkiMaciej Łukasiewcz, po latach mój szef w „Rzeczpospolitej”. W „Spotkaniach z zabytkami” był redaktor Krzysztof Nowiński, który drukował mój cykl „Gniazda rodzinne”.

 

Od początku stosowałem zasadę: „po pierwsze nie szkodzić”. Pomijałem wątki, które mogły zaszkodzić bohaterom moich artykułów. Opiszę tu przygodę, która uświadomiła mi konieczność stosowania takiej taktyki.

 

W latach 70. w Warszawie w witrynie państwowego antykwariatu książkowego przy ul. Świętokrzyskiej 14 kolekcjoner Wacław Grymowski  organizował edukacyjne wystawy pamiątek narodowych, np. pocztówek patriotycznych z XIX w. W 1981 roku zaczepiłem starszego pana na ulicy. Zaproponowałem,  że napiszę o nim artykuł.

 

   Grymowski zaufał mi,  zaprosił mnie do swojego mieszkania. Poza protokołem  pokazał mi plakaty, gazety, ulotki z czasów zwycięskiej wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Dokumenty miały skrajnie antyradziecki charakter. Gdybym upowszechnił wiedzę o nich, to zostałyby zarekwirowane i zniszczone, a kolekcjoner miałby problemy z prawem.

 

Wacława Grymowskiego uświadomiłem sobie, że zaufanie i bezinteresowność to podstawa dobrych relacji z kolekcjonerami. Dzięki temu zdobywałem nowe kontakty w hermetycznym środowisku. Pominięte w latach 80.  wątki, wykorzystałem po 1990 roku.

 

W artykule napisałem, że Grymowski bezskutecznie walczy o utworzenie Muzeum Oświaty i Wychowania. Chciał muzeum bezinteresownie wyposażyć w zbiór zabytkowych dokumentów i eksponatów. Dziś nikt nie pamięta  o Wacławie Grymowskim!

 

Poznałem ludzi kolorowych jak rajskie ptaki. Moje artykuły to najczęściej jedyne ślady po ich kolekcjonerskim, życiowym dorobku.

 

Stworzyłem  dla siebie zawodową niszę. 7 sierpnia 2009 roku red. Anita Gargas przeprowadziła ze mną rozmowę dla „Gazety Polskiej”. Powiedziałem, że chcę, żeby stu dziennikarzy na co dzień, tak wnikliwie i fachowo jak ja,  pisało o kolekcjonerstwie i rynku sztuki. Byłby to wtedy ważny problem społeczny. A skoro pisuję praktycznie tylko ja, to jest to traktowane najwyżej jako ciekawostka.

 

Po 1990 r. z konieczności piszę przede wszystkim o powodzi falsyfikatów, cenowych oszustwach i innych patologiach na wolnym rynku. To główne tematy moich artykułów, które od 2001 roku co czwartek publikuję w dziale ekonomicznym „Rzeczpospolitej”.

 

Dlaczego zainteresowałem się kolekcjonerstwem? Pewnie dlatego, że mój ojciec był kolekcjonerem, dla relaksu zbierał etykiety zapałczane. Ojciec stale czytał „Kolekcjonera Polskiego”, od 1972 roku co miesiąc były to cztery kolumny dziennika „Kurier Polski”.

 

Janusz Miliszkiewicz

Symboliczna data – TOMASZ PLASKOTA o tym, jak media opisywały wydarzenia wokół 11 listopada 1918 roku

11 listopada dopiero w 1937 r. decyzją Sejmu uznano świętem państwowym. Data w odrodzonej Rzeczypospolitej była czczona jako Święto Niepodległości, jednak przez lata wzbudzała spory i kontrowersje. Nie było to jedynie wynikiem sporów stronnictw politycznych, które podkreślały własne zasługi w odrodzeniu państwa po latach zaborów. Początkowo sam Józef Piłsudski nie przywiązywał do niej wielkiego znaczenia.

 

 

11 listopada 1918 r. jest datą symboliczną. Co prawda, tego dnia Niemcy podpisały akt kapitulacji kończący Wielką Wojnę, a Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę wojskową „wobec grożącego niebezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego”. Jednak trudno ją uznać za datę odzyskania niepodległości. Jeżeli chodzi o fakty to 7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski, a cztery dni później przejęła od okupantów władzę nad wojskiem. Nasz kraj oficjalnie na mapę Europy powrócił nie 11 listopada 1918 r., ale 28 czerwca 1919 r., kiedy Roman DmowskiIgnacy Jan Paderewski złożyli podpisy pod traktatem wersalskim. Walka o granicę trwała do lipca 1921 r., kiedy zakończyło się trzecie powstanie śląskie.

 

Ale cofnijmy się nieco w czasie. 8 listopada 1918 r. Niemcy mając świadomość swojej klęski zwolniły Józefa Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu i wysłały  go specjalnym pociągiem do Warszawy, żeby uspokoił antyniemieckie nastroje, które mogły zaszkodzić tysiącom ich żołnierzy w Królestwie Polskim. 10 listopada „brygadiera Piłsudskiego powitał na dworcu książę Lubomirski i zabrał go do swego uroczego pałacyku w cienistych ogrodach Frascati na herbatę” – wspominał po latach jeden z najwybitniejszych dziennikarzy II RP Stanisław Cat Mackiewicz. Piłsudski przyjął zaproszenie od jednego z trzech przedstawicieli ówczesnej władzy, czyli Rady Regencyjnej. „Przy herbacie ze śmietanką w jego pałacyku, zdetronizowana przed urodzeniem monarchia i rodząca się republika uprzejmie podały sobie ręce” – oceniał z żalem spotkanie zwolennik ustroju monarchistycznego Cat. Warto w tym miejscu dodać, że Polska odrodziła się w 1918 r. jako monarchia.

 

 

14 listopada Rada Regencyjna podporządkowała Piłsudskiemu również władzę cywilną. Dwa dni później podpisał oficjalne powstanie państwa polskiego i stanął na jego czele jako Naczelnik. Nawiązał tym tytułem do czasów insurekcji kościuszkowskiej. Od tego momentu Piłsudski sprawował najwyższą władzę w kraju, wydawał dekrety, formował ustrój odradzającej się Rzeczypospolitej. Natomiast Komitet Narodowy Polski działający pod przewodnictwem Romana Dmowskiego w Paryżu był przedstawicielstwem dyplomatycznym państwa i reprezentował kraj na kongresie pokojowym kończącym Wielką Wojnę.

 

Józef Piłsudski w pierwszych latach II RP nie przywiązywał dużego znaczenia do 11 listopada. W odczytach wygłoszonych jesienią 1924 r. w Krakowie nie odniósł się do tej daty. „Mówiąc (…) o pierwszych dniach Rzeczypospolitej, biorę okres czasu między końcem października a końcem listopada, gdyż ścisłe daty z wielką trudnością dają się ustalić” – wspominał. I podkreślał: „Fakt, że trudno jest znaleźć jakąś uroczystość wspólną dla wszystkich – wspólną dla wszystkich datę – świadczy o tym, że Rzeczpospolita Polska się stawała, tzn., że upłynął pewien okres czasu, zanim się stała”. Wskazywał, że „okres pomiędzy 22 listopada a 28 listopada 1918 roku jest czasem ostatecznego sformowania się państwa”. 22 listopada 1918 r. zatwierdzono dekret o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej, który powoływał Naczelnika Państwa, rząd i Rzeczpospolitą Polską. Druga data, którą późniejszy Marszałek Polski przytacza i uznaje za istotną dla formowania się odradzającego się państwa, jest dniem, w którym podpisano dekret  o ordynacji wyborczej oraz o wyborach do Sejmu Ustawodawczego.

 

Dla środowisk lewicowych większe znaczenie niż 11 listopada miała data powstania socjalistycznego rządu Jędrzeja Moraczewskiego w Lublinie. „Dzień 7 listopada 1918 roku był dniem, w którym siła moralna polskiej demokracji społecznej ujawniła się w całej pełni” – pisał na tytułowej stronie „Robotnik” organ Polskiej Partii Socjalistycznej. „Gdy spadać poczęły okowy z narodu polskiego, gdy szmat ziemi polskiej stał się istotnie wolnym – natychmiast, niezwłocznie w imieniu narodu polskiego przemówił lud Polski – proklamował Niepodległość i Zjednoczenie Polski” – podkreślał lewicowy dziennik. Prawica podkreślała wagę rocznicy ogłoszenia niepodległości przez Radę Regencyjną (7 października 1918 r.) oraz podpisania traktatu wersalskiego przez Romana DmowskiegoIgnacego Jana Paderewskiego (28 czerwca 1919 r.).  Ale w prasie prawicowej pojawiały się różne opinie na ten temat. Dziennikarz związanego z konserwatystami „Dziennika Poznańskiego”  w 1926 r. pozytywnie odnosił się do listopadowej daty. „Święto 11 listopada uważamy za pomost, przerzucony pomiędzy rzeczywistością dnia dzisiejszego, zgrzytliwą nieraz, płynną w dobre i złe uniesienia” – pisał „Kurier Poznański” – a z drugiej strony – zwrócony ku statecznemu porządkowaniu spraw doniosłych, jakie dojrzewają wtedy i mogą wydać owoce, gdy społeczeństwu powierza się należne mu obowiązki do spełnienia, restytuując jego pełny udział w budowie przyszłości Narodu”.

 

Większe znaczenie 11 listopada jako rocznicy odzyskania niepodległości zaczęto nadawać po zamachu majowym przeprowadzonym przez Piłsudskiego i wiernych mu żołnierzy w 1926 r. Trzy dni przed świętem Prezes Rady Ministrów Józef Piłsudski ustanowił w okólniku, że 11 listopada 1926 r. „państwo polskie obchodzić będzie 8 rocznicę zrzucenia jarzma niewoli i uzyskania pełnej faktycznej niepodległości”. W dokumencie podkreślono, że data powinna utrwalić się społeczeństwie, a szczególnie „w umysłach młodego pokolenia, które w zaraniu swego życia powinno odczuć doniosłość i uroczystość tego pamiętnego dnia”.

 

 

Obchody 11 listopada miały podobny charakter. Uroczyste nabożeństwa, akademie, odczyty, defilady i parady wojskowe. Jednak dopiero 23 kwietnia 1937 r., prawie dwa lata po śmierci Marszałka, Sejm zdecydował w ustawie, że 11 listopada jako „rocznica odzyskania przez naród Polski niepodległego bytu i jako dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego, zwycięskiego Wodza Narodu w walkach o wolność ojczyzny – jest uroczystym Świętem Niepodległości”. Akt prawny ustanowił dzień jako wolny od pracy i nauki.

 

Rok później odbyły się ostatnie obchody 11 listopada w II Rzeczypospolitej. Z racji, że była to również dwudziesta rocznica odzyskania niepodległości nadano jej niezwykle godną oprawę. Powrót do świętowania nastąpił po czterdziestu latach z inicjatywy środowisk opozycyjnych, Konfederacji Polski Niepodległej i ROPCiO. Tradycję kontynuowała w latach 80. Solidarność. 15 lutego 1989 r. Sejm PRL przyjął ustawę o ustanowieniu Narodowego Święta Niepodległości.

 

Tomasz Plaskota

Ukraina: wysłuchanie parlamentarne w sprawie bezpieczeństwa dziennikarzy

Na Ukrainie od początku 2019 roku odnotowano 208 przypadków agresji wobec dziennikarzy, w tym 149 przypadków napaści fizycznej. Nie lepiej było w poprzednich latach: 235 przypadków w 2018 roku, 281 w 2017, 264 w 2016. Apele o zapewnienie bezpieczeństwa dziennikarzom, wielokrotnie powtarzane przez ukraińskie i międzynarodowe organizacje dziennikarskie, doprowadziły do pierwszego od ponad 10 lat wysłuchania parlamentarnego dziennikarzy. 6 listopada 2019 roku w ławach poselskich Verchovnej Rady zasiadło kilkuset dziennikarzy ukraińskich, a ponad 40 z nich zabrało głos podczas wielogodzinnego wysłuchania parlamentarnego.

 

Jako pierwszy zabrał głos Roman Suszczenko, dziennikarz ukraińskiej agencji prasowej Ukrinform, który ponad 3 lata spędził w rosyjskim więzieniu i kolonii karnej. Wrócił na Ukrainę w ramach ostatniej wymiany jeńców, razem z 24 marynarzami aresztowanymi w Cieśninie Kerczeńskiej, Olehem Sencowem – ukraińskim reżyserze, o którego uwolnienie apelowały rozliczne organizacje z całego świata, studentem Pavlo Hrybem i innymi więźniami politycznymi. Sala przywitała Romana Suszczenkę oklaskami na stojąco. W swoim wystąpieniu zwrócił uwagę na termin wysłuchania parlamentarnego – odbywało się niemalże w Międzynarodowy Dzień Zakończenia Bezkarności Popełniania Zbrodni Wobec Dziennikarzy (2 listopada) – oraz na sytuację ukraińskich więźniów, którzy nie mieli tyle szczęścia co on i wciąż przebywają w rosyjskich więzieniach.

 

Sergyi Tomilenko, prezes Związku Dziennikarzy Ukrainy (NSJU) przypomniał, że do dziś nie odnaleziono sprawców zabójstwa Georgiya Gongadze – założyciela Ukraińskiej Prawdy zamordowanego w 2000 roku , Ihora Aleksandrova – dziennikarza śledczego, autora programu telewizyjnego „Bez Retuszu” zamordowanego w roku 2006, Wiaczesława Weremija – dziennikarza „Vesti”, Pawła Szeremeta, który zginął w 2016 roku w Kijowie w wyniku eksplozji samochodu,  Wadima Komarowa – dziennikarza śledczego, który zmarł w czerwcu 2019 roku w wyniku ciężkiego pobicia i innych. Dobitnie wyjaśnił jak potężną formą cenzury jest strach i zwrócił uwagę, że na Ukrainie ten rodzaj cenzury powszechnie występuje.

 

Oksana Romaniuk z Instytutu Informacji Masowej, organizacji związanej z reporterami bez Granic która monitoruje wolność słowa i wolność mediów na Ukrainie, wyraziła przekonanie, że poprawa sytuacji dziennikarzy będzie możliwa dopiero wtedy, gdy będzie wola polityczna i dialog ze środowiskiem. Skrytykowała nie tylko bierność i marazm władz w sprawie bezpieczeństwa dziennikarzy, ale i samo środowisko dziennikarskie, zwracając uwagę na postępującą polityzację dziennikarzy i wskazując to jako poważne zagrożenie.

 

Switlana Ostapa, zastępca redaktora naczelnego branżowego portalu Detektor Media (dawniej Telekritika) oraz członek rady nadzorczej ukraińskiej telewizji publicznej zwróciła uwagę, że wiele osób, które nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem żąda takich samych praw i ochrony jak dziennikarze. Za wyróżnik dziennikarza uznała działanie w zgodzie ze standardami etycznymi zawodu.

 

Wystąpiło też wielu dziennikarzy z mediów lokalnych, którzy przyjechali do Kijowa na własny koszt, aby wziąć udział w wysłuchaniu i przypomnieć o swoich kolegach, którzy zostali pobici przez nieznanych sprawców, a czasem nawet przez policję.

 

Politycy ukraińscy, którzy zabierali głos podczas wysłuchania parlamentarnego, przyjmowali ze zrozumieniem oczekiwania dziennikarzy odnośnie do bezpieczeństwa wykonywania zawodu. Jednakże podkreślali, że na dziennikarzach ciąży duża odpowiedzialność za przekaz, który kierują do opinii publicznej. Wielokrotnie padało słowo manipulacja, jakiej zdaniem polityków poddawani są odbiorcy mediów na Ukrainie. Najostrzej ujął to Wołodymyr Borodiański, minister kultury, młodzieży i sportu, który powiązał sprawę bezpieczeństwa dziennikarzy z kwestią odpowiedzialności karnej dziennikarzy – w nowym prawie prasowym mają się znaleźć stosowne zapisy dotyczące obu problemów. Dziennikarze zgromadzeni  na sali nie zaprotestowali przeciwko zapowiedzi kryminalizacji przestępstw prasowych.

 

Zawód dziennikarski potrzebuje PR-u – uważa MIROSŁAW USIDUS

Czy zawód dziennikarza stanie się hobby jak garncarstwo? Czy zniknie wraz z rozwojem technologii, jak profesja telefonistki? Czy też może jednak przetrwa w swoim definicyjnym kształcie? Zdania na ten temat są podzielone.

 

Nie jest to tekst o zacieraniu się różnic pomiędzy dziennikarstwem a public relations. Nie jest on też o relacjach świata tradycyjnych mediów z praktyką PR-u. A nawet nie o tym, jak przekierować ścieżkę swojej kariery z dziennikarskiej na „pijarową”. Nie. Nie o tym chcę pisać, lecz o tym, że media w sposób coraz wyraźniejszy potrzebują strategii „public relations” a nawet, powiedzmy sobie szczerze, postępowania w kryzysie komunikacyjnym.

 

Minęły u nas dawno czasy PRL, w których zawód ten miał status wprawdzie wysoki, to jednak kontrowersyjny, ze względu na konieczność pracy i współpracy z mediami oficjalnymi, koncesjonowanymi i cenzurowanymi. Minęły lata 90., które przynajmniej w Polsce i przynajmniej dla prasy, były złotym okresem prosperity a dziennikarze mieli wciąż niezły status społeczny, a także materialny. Nadeszła epoka internetu, potem fala mediów społecznościowych. Pojawili się „media-workerzy”, „brokerzy informacji”, „influencerzy”. Dziennikarz zaczął być postrzegany jako ktoś, kto pod nieco staroświecką nazwą wykonuje podobną do wymienionych wcześniej nowych specjalności pracę. Według jednak coraz powszechniejszej opinii, nie ma powodu, aby miał uważać się za coś lepszego niż wyrobnicy komunikacji komercyjnej.

 

Utrzymaniu „image’u” (celowo używam żargonu zaczerpniętego ze świata PR i marketingu) zawodu dziennikarskiego nie sprzyjała degrengolada materialna wydawców i firm medialnych, a wraz z nimi ich pracowników, wynikająca z presji konkurencyjnej nowych mediów, spadków sprzedaży, zasięgów i pozycji rynkowej starych „outletów”.

 

Odejść jak zecer i metrampaż?

 

Lata temu przyszło mi do głowy, że to może już koniec tej profesji. Dziennikarstwo nie jest w końcu „odwiecznym” zawodem ani nie ma powodu by myśleć, że ma być czymś wiecznym. Jako odrębny zawód o sprecyzowanej definicji żurnalistyka informacyjno-publicystyczna ma może półtora wieku, raczej nie więcej. Bliskie kiedyś dziennikarzom zawody zecera czy metrampaża miały dłuższą historię, ale wystarczyła dekada by zniknęły. Szukając analogii do znikających zawodów można mówić o przeróżnych snycerzach, kołodziejach i puszkarzach z dawnych wieków, które to profesje dziś są strefą hobby – w każdej chwili każdy może w ramach własnych zainteresowań wrócić do tych zajęć. Nikt raczej jednak nie zostanie hobbystycznie telefonistką, który to nieistniejący już zawód jeszcze sto lat temu był całkiem nowoczesny.

 

Czy zawód dziennikarza stanie się hobby jak garncarstwo? Czy zniknie wraz z rozwojem technologii, jak profesja telefonistki? Czy też może jednak przetrwa w swoim definicyjnym kształcie? Zdania na ten temat są podzielone.

 

Przez lata wiele redakcji poświęciło wiele czasu, energii i nakładów, aby przystosować się do świata algorytmów, które rządzą mediami cyfrowymi, internetem i platformami społecznościowymi. Być może nadszedł czas, by zamiast poddawać się algorytmom, zacząć podkreślać, że nie jesteśmy algorytmami, że jesteśmy ludźmi i jako ludzie, dziennikarze, mamy do zaoferowania rzeczy, których żaden algorytm ludziom nie da.

 

Jeśli zgodzimy się, że chodzi nam o przetrwanie tego zawodu, bo stanowi on wartość dla kultury, społeczeństwa i demokracji, to wydaje mi się, że trzeba mu w tym trochę pomóc. A mówiąc dokładniej – pomóc mu w tym powinni sami dziennikarze, podejmując działania, które określam tu jako „strategię PR”, czyli działania informacyjno-komunikacyjne uświadamiające czytelnikom, widzom, słuchaczom, znaczenie i wartość tej profesji z punktu widzenia zarówno pojedynczego odbiorcy, jak społeczeństwa jako ogółu.

 

Że to oczywiste? Otóż niekoniecznie. Dziennikarze wcale nie są postrzegani tak, jak sami chcą się widzieć. Co bardziej świadomi konsumenci mediów dobrze widzieli i widzą wciąż wszystkie szkody, które wyrządzili swojemu wizerunkowi „mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Młodszym zaś potencjalnym odbiorcom dziennikarze i „stare” media nieszczególnie są do czegokolwiek potrzebne, a przynajmniej trudno przedstawicielom tej generacji wskazać różnicę pomiędzy pracą środków masowego przekazu a tym, co można mieć „z netu”.

 

Sny o minionej potędze

 

Coraz bardziej oczywiste jest, że samo niezłomne poczucie profesjonalizmu i wynikającej z tego wyższości nad produktami, wytwarzanymi w Internecie, nie tylko nie pomaga, ale wręcz szkodzi. Nie broni się też jakość i prawdziwość przekazu. Przed laty wielu wydawało się, że na konkurencyjnym rynku informacji, a sieć i media społecznościowe są sublimacją konkurencyjności, prawda musi wygrać, bo jest najlepszym produktem. Zakładano też, że platformy społecznościowe są neutralne, co wydaje się po latach śmieszne.

 

Jeśli ostatnia dekada w rozwoju technik publikacji cyfrowych nauczyła nas czegokolwiek, to przede wszystkim tego, że na konkurencyjnym rynku informacji wspieranych przez reklamy, wygra najbardziej ekstremalna wersja narracji. Prawda nie ma znaczenia. Nie mają też znaczenia i nie zostają należycie docenione profesjonalne wysiłki w dochodzeniu do niej.

 

Oprócz niewzruszonych przekonań o wyższości standardów profesjonalnych, obiektywizmu i jeśli nie prawdy, to przynajmniej bezkompromisowego dążenia do niej, charakterystycznym rysem postawy dziennikarskiej tradycyjnego typu była obojętność na biznesowe aspekty i uwarunkowania działalności mediów, dla których dziennikarze pracują. Niestety, podobnie jak prawda i standardy profesjonalne w tym nowym świecie nie bronią się same, media nie utrzymają się na rynku dzięki samej tylko tradycji, odziedziczonym statusie, i wierze w ich jakość. I tu potrzeba czegoś więcej niż tylko trwanie na sprawdzonych przed laty pozycjach.

Z wyżej opisanymi syndromami „mediów niewzruszonych i niezłomnych” ściśle związane jest przekonanie, że wciąż obowiązuje model ich funkcjonowania z drugiej połowy XX wieku i jest jedynym modelem, jaki można pomyśleć.

 

Częścią tego modelu było aspirowanie przez media do roli bezstronnej i niezaangażowanej politycznie niezależnej siły, którą cokolwiek megalomańsko nazywano „czwartą władzą”. W rzeczywistości, nawet w krajach zachodnich epoka dziennikarstwa pretendującego do bezstronności politycznej, obiektywizmu i niezależności, trwa/trwała stosunkowo krótko. Dopiero w XX wieku firmy publikujące gazety, potem nadające sygnał radiowy i telewizyjny, stały się na tyle silne rynkowo, aby móc sobie pozwolić na daleko idącą niezależność.

 

A nawet u szczytu potęgi, niezawisłość i siła mediów w stabilnych demokracjach nie była czymś bezapelacyjnym. Pamiętam tę niepewność co do publikacji w „New York Times”, z jaką zostawiają widza autorzy „Trzech Dni Kondora” – wcale nie wydaje się oczywiste, że teoretycznie niezależna prasa może postawić się największym potęgom, na przykład CIA. W inny sposób potęgę nacisków działających nawet na największych graczy na rynku medialnym ukazywał film „Informator” z Russellem Crowe i Alem Pacino. A to przecież historie ze „złotych lat” prasy i telewizji. Teraz, gdy organizacje medialne słabną, a prasa w żadnym wypadku nie jest tym, czym była, jest znacznie gorzej. I mówimy tu o krajach zachodnich, ustabilizowanych demokracjach z tradycjami wolnych środków przekazu.

 

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

 

– powiedział kiedyś ktoś lubiący paradoksy i zabawy słowem. To zaskakujące powiedzonko wcale nie jest w opisywanym przeze mnie kontekście bez sensu.

 

Dlaczego sytuacja dziennikarzy jest w jakimś sensie dobra? Bo nie stracili swoich umiejętności, bo wciąż są potrzebni, bo okazuje się, że wciąż mają jakąś rolę do odegrania w społeczeństwie, pod warunkiem, że nie będą usilnie próbować odgrywać ról, które niewiele mają wspólnego z ich zawodem, np. ról polityków.

 

Dlaczego nie beznadziejna? Bo wciąż, pomimo tego co już napisałem, mają szansę przekonać ludzi, że to co robią, w profesjonalnym i rzetelnym, czyli najlepszym dającym się pomyśleć wydaniu, da im coś, czego nie zaoferują żadne oferowane w ostatnich latach w wielkiej obfitości formy „neo” i „para” – medialno-dziennikarskie.

 

Najpierw jednak, zamiast trwać na pozycjach „niewzruszonych i niezłomnych”, aby dać szansę swojej profesji, dziennikarze powinni kilka rzeczy zrobić. Na przykład powinni zaakceptować fakt, że relacja między dziennikarstwem a ludźmi, którym ma ono służyć, została przerwana i wziąć odpowiedzialność za jej ponowne nawiązanie. Bez udawania, że takiego problemu nie ma.

 

Kryzys zaufania, który jest trudnym do zaprzeczenia faktem, sprawia, że nie wystarczy uprawiać dobre dziennikarstwo. Trzeba również ludziom o tym w umiejętny, czyli skuteczny, sposób o tym opowiedzieć. Aby opowiedzieć, trzeba do ludzi dotrzeć, otworzyć się i poszukać ich tam gdzie są a nie czekać aż sami przyjdą, jak kiedyś przychodzili.

 

Przy czym nie ma sensu, abyśmy, stosując ten marketing relacji i public relations, występowali w imieniu „dziennikarstwa jako takiego”. Nie musimy być rzecznikami kolegów, których pracę i decyzje nie zawsze dobrze oceniamy. Wystarczy, że każdy na własny rachunek podejmie wysiłek przekonania odbiorców o wartości jego własnej pracy. Próba wyjaśnienia czytelnikowi lub słuchaczowi, do czego praca konkretnego dziennikarza może mu się przydać, w czym pomóc, jak rozwiązać problemy lub pogłębić wiedzę, to nic innego jak ów PR, który postuluję.

 

To nie żadna czarna magia tylko cierpliwa i konsekwentna praca, której wartość koledzy ze świata public relations dobrze znają A posłużyć do tego mogłyby choćby media społecznościowe, skoro już są, są całkiem dostępne i narobiły tyle zamieszania w negatywnym sensie. Czas zrobić z nich jakiś pozytywny użytek.

 

Dziennikarstwo warto z jednej strony odczarować w oczach opinii publicznej, czyli odejść od wizerunku „kotła czarownic”, w którym warzy się polityczny przekaz medialny dla ludności, czyli w ludowym mniemaniu – propagandowa trucizna. Z drugiej strony pożądane byłoby ponowne zaczarowanie, albo też oczarowanie ludzi umiejętnościami docierania do faktów i prawd, do których docierać potrafią tylko prawdziwi dziennikarze.

 

A zatem swoisty „image shift” i zmiana narracji na temat dziennikarstwa. Proszę zwrócić uwagę, że cały czas posługuję się specyficznym żargonem zaczerpniętym ze świata PR i komunikacji społecznej. Być może da się porównać dziennikarstwo do starej dobrej marki z tradycjami i prestiżem, która w nowych czasach pokryła się nieco patyną i przestała być wystarczająco sexy dla młodszych pokoleń. Potrzeba „brand reinvention”, renowacji i wypełnienia starych pojęć nowymi, atrakcyjnymi dla odbiorcy treściami. Jakkolwiek to korpo-żargonowo i nieznośnie dla dziennikarskich uszu brzmi, to właśnie to przydałoby się żurnalistyce, która, trwając godnie i niezłomnie na tradycyjnych pozycjach, niestety raczej zmierza do powolnego uschnięcia.

 

Mirosław Usidus

Głowa, żaba i piramida – ŁUKASZ WARZECHA o sztuce pisania felietonów

Felietonistą nie zostanie się w wieku 20 czy 25 lat. Po to, żeby nabrać odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, żeby nimi nasiąknąć, potrzeba żyć minimum lat 30. Pod tym względem felietonista przypominałby zawody takie jak lekarz czy sędzia.

 

Ktoś gdzieś wyczytał, że w jakiejś tam puszczy południowoamerykańskiej znaleziono niedawno olbrzymią głowę z kamienia; wielkość jej równała się rozmiarom dwupokojowego mieszkania z wygodami. Głowa była cała zarośnięta – oczywiście nie z powodu dawnego niegolenia, lecz z powodu dawnego spoczywania w dżungli – zarośnięta  drzewami, poowijana jak sznurami korzeniami krzewów, lianami, omszała. Z trudem oczyszczono głowę z tego wszystkiego, po czym uczeni archeologowie jęli się nad nią głowić (nomen omen!). Po długich debatach, zakropionych sporymi dawkami kaszasy (mocna wódka południowoamerykańska), doszli do wniosku, że głowa jest jedyną pozostałością po wielkiej cywilizacji, istniejącej tam ze dwa tysiące lat temu, przed epoką Majów.

 

Wiadomość ta po prostu mnie przeraziła. Pomyślcie tylko: z wielkiej cywilizacji, z mnóstwa pracy, wysiłków, walk, problemów, miłości, zazdrości, nienawiści, wierzeń, powątpiewań, myśli i odkryć, cierpień i radości cóż pozostało? Ot, po prostu – durna obrośnięta głowa w lesie, przypadkiem w dodatku przez jakichś, wstawionych może facetów odnaleziona. A co będzie, jeśli za tysiąc lat z całego kochanego Krakowa także tylko jedna głowa zostanie i głowę tę odnajdzie ktoś pomiędzy paprociami zarastającymi miejsce, gdzie dziś rozciąga się Rynek Główny z Linią A–B?

 

Proszę wybaczyć ten długi cytat. Skoro jednak miałem pisać o tym, jak się pisze felieton, postanowiłem zadziałać na początek za pomocą przykładu szkatułkowego. Zrobiłem to, co powinien zrobić felietonista, czyli sięgnąłem na swoją półkę, wyjąłem z niej pierwszy tom „Felietonów” Stefana Kisielewskiego (Prószyński i Spółka, Warszawa 2013) i zacytowałem początek tekstu „Głowa w puszczy, żaba i piramida”, który to z kolei tekst jest niemal modelowym przykładem felietonu. Oczywiście sięgnąłem po Kisiela nieprzypadkowo – to moim zdaniem jeden z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszy felietonista w historii polskiego dziennikarstwa. Ja zaś mam do niego dodatkowy sentyment za dystans, poczucie humoru, zachowywanie zdrowego rozsądku i poglądy gospodarcze bliskie moim.

 

Pamiętajmy przy tym, że ten akurat Kisielowy felieton ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” w serii, drukowanej w latach 1945-53, a więc w czasach, kiedy swoboda dziennikarska była, by tak rzec, solidnie ograniczona. Ale o tym dalej.

 

Zaczynam od uwagi mało optymistycznej: felieton to najtrudniejszy gatunek dziennikarski, może obok klasycznego reportażu. Dziennikarski, choć na pograniczu literatury. Ja sam przedstawiam się jako komentator i publicysta, nie jako felietonista, choć może, mając na półce Złotą Rybę, mógłbym zaryzykować. Ale felietonistą się prawie nigdy nie jest etatowo, choć formalnie można mieć rubrykę felietonową w czasopiśmie, na portalu czy okienko felietonowe w radiu (ale to już tylko publicznym, bo żadna prywatna rozgłośnia czegoś takiego nie robi). Nawet jednak jeśli piszemy coś, co w zamierzeniu ma być felietonem, w wielu przypadkach wychodzi nam najzwyklejszy komentarz. O szczebel niżej, co najmniej.

 

Wiedzieć, gdzie sięgnąć

 

Felieton zanika, nie tylko dlatego, że jest niezwykle trudny, ale również dlatego, że atmosfera plemiennej wojny, w której udział biorą także media, nie jest dla tego gatunku sprzyjająca. Felieton z zasady nie może mieć subtelności cepa lub bejsbola, a tymczasem tego się właśnie oczekuje. Nawet wśród laureatów szacownej Złotej Ryby są tacy, którzy porzucili już dawno dystans i inteligentną złośliwość na rzecz walenia z armaty, aby każdym kolejnym tekstem udowadniać swoją lojalność wobec wyznaczonego przez redakcję kursu. Tymczasem felietonista, nawet jeśli podziela ten czy inny pogląd, musi być wobec niego niejako osobny.

 

Felieton – z zasady forma krótka – jest trudny między innymi dlatego, że od autora wymaga rozbudowanej siatki skojarzeń, erudycji przynajmniej na tyle obszernej, aby wiedzieć, po którą z książek stojących na półce sięgnąć, ewentualnie gdzie i czego szukać w internecie, żeby wesprzeć się konkretnym cytatem, anegdotą, legendą. Bez tego nie da się pisać felietonów. Kisiel swój zaczął od anegdoty o nieogolonej z drzew głowie, odnalezionej w południowoamerykańskiej puszczy – ja ten tekst, który państwo czytają (a który felietonem nie jest, ale o felietonistyce opowiada), zacząłem od cytatu z Kisiela. Tak to mniej więcej powinno wyglądać.

 

Felietonista może działać na dwa sposoby.  Albo punktem wyjścia jest wspomniana siatka skojarzeń – któraś z wielu przeczytanych książek, obejrzany w muzeum obraz, film, ewentualnie zasłyszana anegdota, które drogą czasem nieoczywistych analogii i sylogizmów prowadzą do czegoś aktualnego.

 

Albo też odwrotnie – jest coś aktualnego, co aż prosi się o felieton, ale wówczas trzeba znaleźć do tego jakiś punkt odniesienia w swojej siatce skojarzeń, żeby poprowadzić czytelnika nierzadko zawiłą drogą od tego punktu do tego, co aktualne.

 

Czasem zaś można w ogóle od spraw aktualnych abstrahować, żeby zaszczepić w czytelniku refleksję ogólniejszej natury.

 

W każdym przypadku felieton musi się rozgrywać w obrębie obszernego układu odniesień literackich i kulturowych – bez tego staje się zwykłym komentarzem, jakich tysiące. W sukurs mogą nam przyjść setki ludzi: Gombrowicz i Gałczyński, Hašek i Mickiewicz, Słowacki i Koźmian, Velazquez i Rembrandt, Wajda i Kubrick, Szekspir i Orwell, Kaczmarski i Kochanowski, Dick i Chesterton, Cat-Mackiewicz i Rzewuski, sam Kisiel i wielu, wielu innych. Ale trzeba umieć ich o pomoc poprosić – kojarzyć, znać, wiedzieć, gdzie sięgnąć. A nawet wtedy robota nie należy do łatwych. Mnie samemu zdarza się przez kilkadziesiąt minut poszukiwać na półce właściwej książki lub w tej książce właściwego cytatu, albo też w internecie opisu zdarzenia, które w ogólnych zarysach błąka mi się gdzieś w pamięci.

 

Dlatego felietonista nie musi mieć typowo dziennikarskiego doświadczenia – nie musiał zaczynać od redagowania depesz albo pisania o dziurach w drogach – ale musi się interesować. Właśnie tak: interesować się, bez dopełnienia. Interesowanie się jest nieodzowną cechą felietonisty. Dlatego też typowi dla dzisiejszej polskiej rzeczywistości propagandowi wyrobnicy mediów nigdy nie staną się felietonistami, ponieważ ich nieodmienną cechą jest niewolnicza wręcz koncentracja na politycznej grze, która nie pozostawia już miejsca na oderwane od niej lektury, na zdobywanie wiedzy pozornie niepotrzebnej, na słuchanie muzyki – jednym słowem: na interesowanie się tym, co nieprzydatne w bezpośredniej, agresywnej publicystycznej nawalance. Być może Stefan Kisielewski nie byłby felietonistą tak wybitnym, gdyby nie jego praca jako kompozytora.

 

Dlatego też felietonistą nie zostanie się w wieku 20 czy 25 lat. Po to, żeby nabrać odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, żeby nimi nasiąknąć, potrzeba żyć moim zdaniem minimum lat 30. Po tym względem felietonista przypominałby zawody takie jak lekarz czy sędzia – choć bez formalnych granic wiekowych.

 

Dlaczego dziś felietonistyka więdnie

 

Zwróciłem na początku uwagę, że zacytowany przeze mnie felieton Kisiel napisał w latach stalinowskiej nocy. Podobnie jak w przypadku innych publikowanych wówczas tekstów, nawet w „Tygodniku Powszechnym”, piśmie jak owe czasy cieszącym się sporą swobodą, miało to oczywiście wpływ na temat i jego ujęcie. Trudno oczekiwać, żeby felietoniści zajmowali się wówczas krytycznym komentowaniem bieżącej polityki (chyba że próbowali to robić zgodnie z linią siły przewodniej, ale wtedy automatycznie przestawali być felietonistami, a stawali się propagandystami).

 

Czy felietonista powinien zatem bieżączki unikać? Ależ skąd – nie unikał jej śp. Maciej Rybiński, a felietonistą był genialnym. Problem pojawia się, gdy unika się jej z powodu własnego koniunkturalizmu. To nie był przypadek Kisiela w latach 40. czy 50. – on był w sytuacji przymusowej, a mistrzostwem było pisanie takie, żeby nie podpaść cenzurze, lecz zarazem uruchomić u czytelnika odpowiedni mechanizm skojarzeniowy, który pozwalał odnaleźć gdzieś trzecie dno i ukryte tam odniesienie do złowrogiej rzeczywistości.

 

W przypadku niektórych autorów, uważających się dziś za felietonistów, jest trochę inaczej, choć pozory są podobne. Ich teksty bywają odległe od spraw bieżących dlatego, że piszący próbuje ominąć rafę, która prawdopodobnie skutkowałaby dla niego problemami. Na przykład utratą posady w publicznych mediach albo ograniczeniem jego udziału w tym czy innym programie. Nie jest to jednak w żadnym razie sytuacja przymusu porównywalnego z czasami realnego zniewolenia i wierzę, że czytelnicy umieją taki koniunkturalizm wyczuwać.

 

I rzecz kolejna: felietonista musi być ironistą. Nadęcie, tromtadracja, napuszenie, język jak żywcem wyjęty z tyrad towarzyszy Gomułki czy Cyrankiewicza (bo już nawet nie towarzysza Gierka) zamordują każdą próbę napisania felietonu. Felieton musi pokazywać dystans do swojego tematu, choćby i delikatnie. A że o dystans w polskim dziennikarstwie bardzo dziś ciężko, to i felietonistyka więdnie.

 

Tu sięgnę znów po Kisiela, ale tym razem z roku 1987, tuż przed przełomem (ja miałem wtedy lat 13). Oto ostatni akapit tekstu „Lata pozłacane, lata szare”. I nie ma tu znaczenia, czego dotyczy wcześniejszy wywód Kisielewskiego.

 

Dziwaczne to. Dziwaczni ludzie karmią nas białymi kartkami z najnowszej „historiozofii”, dziwacy również próbują zapisywać owe kartki strawą duchową opartą na czystym nonsensie. Ale wiatry ze Wschodu przynoszą nam dziś przeczucia, że da się w przyszłości powalczyć z nonsensem. Po trochu wierzę w to. I próbuję.

 

Walka z nonsensem – to powinno być uniwersalne zalecenie dla każdego felietonisty. Od publikacji cytowanego tekstu Kisiela minęły ponad trzy dekady, od śmierci autora – 28 lat, a nonsens jak miał się świetnie, tak ma nadal. Jest się czym żywić.

 

Moje z kolei osobiste motto jako dziennikarza w ogóle, jako publicysty, a zwłaszcza felietonisty w szczególe, biorę z tekstu absolutnie genialnego – z „Wesela”. Stańczyk na koniec swojego spotkania z Dziennikarzem powiada do niego:

 

Masz tu kaduceus, chwyć!

Rządź!

Mąć nim wodę, mąć!

Na Wesele! Na Wesele!

Idź!

Mąć tę narodową kadź,

serce truj, głowę trać!

Na Wesele! Na Wesele!

Staj na czele!!!

 

Na wszelki wypadek, żeby o tym zaleceniu nie zapomnieć, na półce nad moim biurkiem, za plecami, posadziłem figurkę Stańczyka. Podczas pisania pamiętam, że patrzy mi przez ramię, a jeśli coś zrobię nie tak, na pewno złośliwie skomentuje.

 

Łukasz Warzecha

Staram się być dokumentalistą – rozmowa z MARIUSZEM KAMIŃSKIM, Radiowym Reportażystą Roku

Zawsze podchodzę do kolejnych tematów tak, jakbym każdy reportaż robił po raz pierwszy – mówi Mariusz Kamiński, dziennikarz Polskiego Radia Lublin i Radiowy Reportażysta Roku 2019 w rozmowie z Wojciechem Pokorą.

 

Zdobyłeś tytuł Radiowego Reportażysty Roku 2019 w Konkursie „Melchiory”. Jury doceniło Cię za  konsekwentne, głębokie i przejmujące odkrywanie epizodów z trudnej, współczesnej historii Polski. Czym dla Ciebie jest ta nagroda?

 

Myślę, że jest wielkim sukcesem, ale też wielką odpowiedzialnością przed tym, co przede mną. Na pewno jest nagroda za to, co dotychczas udało mi się osiągnąć w reportażu radiowym, a szczególnie w reportażu historycznym.

 

Walczyłeś o Melchiora wielokrotnie…

 

Startowałem w tym konkursie kilka razy w kategorii Radiowy Reportażysta Roku. Konkurencja jest duża. Jest wielu wybitnych reportażystów w Polsce. Widocznie trzeba było poczekać, żeby zostać radiowym reportażystą roku.

 

W czym tkwi tajemnica twojego sukcesu? 

 

Trudno mi to samemu ocenić, myślę, że najlepiej mogą to zrobić słuchacze.

 

To, że wykonujesz dobrze swoją pracę oceniło jury. Dostałeś nagrodę. Pytam bardziej o to, czy Twoim zdaniem sukces reportażysty radiowego kryje się za jego warsztatem, czy bardziej za tematami, którymi się zajmuje?

 

Na moją pracę składa się zarówno warsztat jak i dobór tematów. Jednak jak teraz o tym myślę, to chyba najważniejszy jest wybór tematu, a dopiero później to, jak zostanie przygotowany, jak zrealizowane zostaną nagrania, czy jak ułożona zostanie dramaturgia. To z jednej strony jest wieloletnie doświadczenie, ale z drugiej – zawsze podchodzę do kolejnych tematów tak, jakbym każdy reportaż robił po raz pierwszy. Nigdy nie wiadomo od razu, jak historia się ułoży. Moja praca polega właśnie na tym, by w sposób atrakcyjny przedstawić ją słuchaczom. W reportażu muszą zmieścić się nowe fakty, coś, co ma walor odkrywczy. Musi znaleźć się część merytoryczna, na której osadzona jest historia, ale muszą w nim być też emocje. W reportażu prasowym owszem, można przedstawić emocje, opisując je, a w radiu mamy element dźwięku, głosów, uchwycenia pewnej wrażliwości mikrofonem. Mamy komfort tego, że bohater sam może wspaniale opowiedzieć jakąś historię. Trzeba mu tylko na to pozwolić. I tu ważny jest warsztat. Dlatego obydwa elementy są ważne, zarówno temat jak i warsztat.

 

Czy zaczynając swoją przygodę z reportażem wzorowałeś się na kimś?

 

W świat reportażu wprowadziły mnie dwie kierowniczki, które wtedy pracowały w Radiu Lublin – Małgorzata Sawicka, a później Anna Kaczkowska. Uczyły mnie jak przygotować dobry reportaż radiowy, niekoniecznie historyczny. Pamiętam jeden z pierwszych moich reportaży, który ułożyłem w sposób, który wydawał mi się bardzo atrakcyjny. Było w nim wszystko – merytoryczna treść i bardzo ciekawie opowiedziana historia. Siedliśmy, bo kiedyś był taki zwyczaj w redakcji reportażu, że siadało się ze swoim mistrzem i przesłuchiwało materiał, a Małgosia Sawicka po przesłuchaniu powiedziała, że zrobiłaby to trochę inaczej. Oczywiście „trochę inaczej” w tym przypadku znaczyło zmianę materiału o 180 stopni. To już nie była historia kobiety, która śpiewała na weselach wesołe piosenki, tylko historia matki, która straciła w życiu, w tragicznych okolicznościach pięcioro dzieci. A to, że śpiewała te piosenki na weselach, w jakiś sposób rekompensowało jej tę wielką stratę. Odreagowywała swoją traumę…

 

Dla radiowca tematy historyczne są wdzięczne, ale są trudniejsze niż dla reportażysty prasowego. Ten drugi wejdzie do archiwum, odnajdzie relacje świadków, opisze je i ma materiał. Ty musisz mieć dźwięk. Szukasz tematu pod tym kątem?

 

Nie. Czasem tematem jest jedno zdanie odnalezione w książce. I to jest punkt wyjścia do historii, którą opowiem. Czasem temat przyniesie znajomy regionalista, czy zadzwoni do mnie słuchacz. Dróg do zdobywania informacji jest mnóstwo. Tylko reportaż historyczny ma to ograniczenie, że niestety świadkowie od nas odchodzą. I faktycznie może się wydawać, że dziennikarz prasowy ma łatwiej w tym zakresie. Na szczęście istnieją archiwa dźwiękowe. Nagrywane wiele lat temu relacje są dla mnie, jako radiowca, niezwykle cenne. Tu, w Radiu Lublin było kiedyś Studio Historii Mówionej i ostatnio przy reportażu „Las nie lubi krzyku” – o zbrodniach w Kąkolewnicy, dokonywanych przez Sąd Ludowego Wojska Polskiego na żołnierzach Armii Krajowej i podziemia niepodległościowego, wykorzystywałem materiały nagrane w 2002 roku przez wolontariuszy Studia Historii Mówionej. To były cenne rzeczy. Jest też Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, który od wielu lat gromadzi takie materiały i doskonale mi się z nimi współpracuje, zawsze mogę na nich liczyć. Jest również Państwowe Muzeum na Majdanku, które także dysponuje nagraniami. Dobrze, że są takie instytucje.

 

Widzisz przyszłość dla reportażu? Rozgłośnie odchodzą od utrzymywania redakcji reportażu, stawia się na krótsze formy.

 

Uciekanie do krótkich form nie wystarczy każdemu. Mam nadzieję, że reportaż będzie miał swoje miejsce w rozgłośniach polskiego radia. To forma ważna, ciekawa, dająca wiele wzruszeń, ale też w warstwie faktograficznej w reportażu można zmieścić więcej niż w formule do 3 minut. Jak istotne są reportaże pokazują liczne konkursy. Przecież organizowane są one nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Biorą w nich udział przedstawiciele polskiej radiofonii, także z Radia Lublin i odnoszą sukcesy. Więc gdzie jak gdzie, ale w mediach publicznych tę formę dziennikarstwa powinno się wspierać.

 

Jako reportażysta radiowy czujesz się dziennikarzem? Czy bardziej historykiem albo artystą?

 

Jestem dziennikarzem. Nie jestem z wykształcenia historykiem, tym bardziej nie jestem artystą. Audycje, które przygotowuję są reportażami, w których maksymalnie staram się dojść do prawdy. Zdobywam jak najwięcej informacji, dociekam, szukam, żeby jak najlepiej to oddać w swojej pracy. Robię więc to, co każdy dziennikarz robić powinien – dociekam prawdy i dokumentuję fakty. Myślę, że często trudno znaleźć drugie dno w tych moich opowieściach, jakąś prawdę uniwersalną, bo nie o to w nich chodzi. Staram się być dokumentalistą, to chyba najlepiej mnie określa.

 


 

Mariusz Kamiński

Dziennikarz radiowy, absolwent socjologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa KUL. Od 21 lat związany z Redakcją Reportażu Polskiego Radia Lublin.

    Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień. Te najcenniejsze to: nagroda w Konkursie im. Jacka Stwory w 2003 r. (reportaż „Ja też chcę być Małyszem”), wyróżnienie w konkursie „Polska i świat” 2003 r., nagrody i wyróżnienia w konkursie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (np. „Bonowiacy” z 2005 r., „Duchy Kurowa” z 2008 r.). W 2002 roku reportaż „Misterium Dzwonu” (współautor Małgorzata Sawicka) reprezentował Polskie Radio w konkursie Prix Europa w Berlinie.

         W 2009 roku wspólnie z Katarzyną Michalak został uhonorowany nagrodą w konkursie „Wspólna Europa” („Burzany i ciernie”). W 2011r. w konkursie SDP nagrodzone zostały reportaże „Lista Zipsera” i „Reportaż o zabijaniu” a w roku 2012 Grand Prix Prezesa Polskiego Radia zdobył reportaż „Przypadek Edwarda Margola” a audycja „Dwa światy” nagrodę SDP.     W 2013 roku audycja „Przypadek Edwarda Margola” znalazła się finale XVI konkursu o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską. W 2014 roku  reportaż „To był wrześniowy dzień” otrzymał honorowe wyróżnienie w konkursie SDP. Rok później audycja „Kto wiatr sieje” (współautor A. Czyżewska-Jacquemet) została wyróżniona w konkursie „Wspólna Europa” a „Reportaż o zabijaniu” zdobył główną nagrodę w konkursie na dokument radiowy  na „VII Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni”, Wyklęci” w 2015 roku.      W tym czasie reportaż pt. „Margita” otrzymał nominację w konkursie o nagrodę Grand Press, a audycja pt. „Wyścig” została nagrodzona w konkursie SDP również w 2015r.  W 2016 r. reportaż „Margita” otrzymał nagrodę im. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w konkursie IPN „Audycja Historyczna Roku”. W 2017 roku audycja „Napiętnowani” została wyróżniona na IX Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” .

         W 2019 roku audycja pt. „Marynarz Dzidek” otrzymała I nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Reportażu i Dokumentu Radiowego „Bałtyk 2019”, reportaż „Józef Widerlik padł” otrzymał wyróżnienie w czasie „XI Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni”. 

         W latach: 2013, 2016, 2017 i 2018 w Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów „Melchiory” był nominowany w kategorii Radiowy Reportażysta Roku.  W 2019 roku został Radiowym Reportażystą Roku i otrzymał statuetkę Melchiora.

 

 

CMWP SDP po raz kolejny w obronie red. Józefa Wieczorka z Krakowa

6 listopada b.r. w Sądzie Okręgowym w Krakowie (Wydział IV Karny Odwoławczy ) odbędzie się rozprawa apelacyjna od wyroku Sądu Rejonowego, w której oskarżonym jest red. Józef Wieczorek, niezależny publicysta i bloger. Jest on skazany za to, iż rozpowszechnił publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, choć o wyłączeniu jawności nie został prawidłowo poinformowany w trakcie rozprawy. Jest to powrót sprawy do Sądu Okręgowego  po kasacji Sądu Najwyższego, co sprawia, iż sprawa ta prowadzona jest w sądach różnych instancji już 5 lat.

 

W związku ze sprawą red. Józefa Wieczorka osk. z art. 241 § 2 k.k., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że zapadły w niniejszej sprawie wyrok skazujący rażąco godzi w prawa i swobody obywatelskie, a jedynym rozsądnym i zgodnym z prawem werdyktem w tej sprawie może być wyrok uniewinniający p. Józefa Wieczorka od postawionego mu zarzutu. Stanowisko nasze zostało przesłane do Sądu pismem z dnia 28 października 2019 r.

 

Skazując red. Józefa Wieczorka Sąd uznał, że rozpowszechnił On publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, zamieszczając na portalu internetowym YouTube nagranie filmowe utrwalające przebieg rozprawy i skazał go za czyn z art. 241 § 2 k.k. , jednak nie można przyjąć, że z informacją przekazaną przez Sąd o prowadzeniu rozprawy z wyłączeniem jawności wiąże się automatycznie wiedza i świadomość każdego co do odpowiedzialności karnej za rozpowszechnianie wiadomości z tejże rozprawy. W tym zakresie, pogląd iż p. Józef Wieczorek zdawał sobie sprawę z tej odpowiedzialności, jest nieuzasadniony. W niniejszej sprawie miała miejsce szczególna sytuacja, bowiem wskutek dynamicznego przebiegu zdarzeń w toku rozprawy przewodnicząca składu orzekającego przeoczyła pouczenie o skutkach niedopełnienia obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności, w tym o odpowiedzialności karnej z art. 241 § 2 k.k. Nadto, wyrażenie przez Sąd I instancji zgody na nagrywanie przez oskarżonego Adama Słomkę przebiegu rozprawy z wyłączeniem jawności, mimo podjętej wcześniej w tej kwestii decyzji odmownej, upewniło obecnego na sali dziennikarza nie tylko w jego przekonaniu co do legalności rejestracji, ale i braku przeciwwskazań do publikacji nagrania.

 

W praktyce, intuicyjne odczucie uczestnika rozprawy rzeczywiście może utożsamiać zgodę na nagrywanie z brakiem niejawności rozprawy, zwłaszcza w takim przypadku jak niniejszy. Obowiązek pouczenia dotyczy pełnej informacji co do tego jakie okoliczności objęte są tajemnicą, a także konsekwencji prawnych w sferze prawa karnego materialnego w razie niezachowania tajemnicy. W tym właśnie celu został on wprowadzony przez ustawodawcę. Aby więc przyjąć, że spełniono znamiona czynu z art. 241 § 2 k.k., zachowanie sprawcy musiałoby zostać popełnione w warunkach wcześniejszego prawidłowego (skutecznego) pouczenia przez sąd o skutkach tegoż zachowania, co nie miało miejsca. W ogóle, mając na względzie fundamentalną zasadę państwa prawa, należy przyjąć, że we wszystkich przypadkach w których przepisy wymagają pouczenia, jego brak nie może szkodzić obywatelowi.

 

Należy podkreślić, że norma art. 362 k.p.k. („Przewodniczący poucza obecnych o obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności i uprzedza o skutkach niedopełnienia tego obowiązku”) ma znaczenie nie tylko dla stron procesu. Gdyby założyć inaczej, pouczenie dokonywane przez sąd na podstawie art. 362 k.p.k. nie mogłoby się odnosić do publiczności. To zaś byłoby sprzeczne z założeniem racjonalności ustawodawcy, który expressis verbis sprecyzował, że pouczenie ma się odnosić do „obecnych” (a nie jedynie do stron lub świadków). Wprawdzie art. 16 § 1 k.p.k. przewidujący ogólny obowiązek pouczenia odnosi się do skutków procesowych dla uczestników postępowania, jednak art. 362 k.p.k. stanowi wobec niego przepis szczególny, odnosi się bowiem do wszystkich osób obecnych. Jeżeli więc pouczenie zostało wprowadzone przez ustawodawcę ma mieć sens i prawną doniosłość, należy konsekwentnie przyjąć, że jego brak (względnie niedotarcie do adresata ) ma wpływ na odpowiedzialność karną. Na gruncie orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz orzecznictwa krajowego, nie do przyjęcia byłby wniosek, że tak istotna czynność sądu rzutuje jedynie na skutki procesowe, a na materialno-prawne żadnego wpływu nie ma. Założenie, że wskutek braku pouczenia obywatel nie poniesie negatywnych skutków procesowych, ale nie ma przeszkód, aby został skazany wyrokiem karnym, jest ewidentnie sprzeczne z całościowym ujęciem konstrukcji odpowiedzialności karnej na gruncie systemu prawa. Jest też nie do pogodzenia z zasadą demokratycznego państwa prawnego, wyrażoną w art. 2 Konstytucji RP.

 

Zgodnie z art. 54 Konstytucji RP, „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Natomiast w myśl art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka „Każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe”.

 

W związku z powyższym CMWP stoi na stanowisku, że skazanie dziennikarza za słowo będzie w tym przypadku stanowić naruszenie praw człowieka i obywatela. Red. Józef Wieczorek powinien zatem zostać uniewinniony.

 

dr Jolanta Hajdasz
dyr. CMWP SDP

 

Szczegółowy opis sprawy tutaj.

 

Pięknie i bogato – EWA BARLIK o tym, jak z pasją pisać o nieruchomościach

Pisanie tekstów dziennikarskich o nieruchomościach dla wielu ambitnych dziennikarzy to po prostu nuda, chałtura albo „krypciocha”, co oznacza sprzeniewierzenie się zasadom niezależnego dziennikarstwa. Najczęściej teksty na ten temat są bowiem dodatkiem do bogatej sekcji ogłoszeniowej gazety. Próba rozkręcenia dziennikarstwa śledczego w tej tematyce nikomu nie jest na rękę: ani inwestorom i deweloperom, bo to oni mają najwięcej za uszami, ani klientom, bo kupując dom czy mieszkanie od razu myślą o jego sprzedaży, więc zły PR oznacza spadek ceny, ani tym bardziej wydawcom, bo każdy inwestor to potencjalny reklamodawca.

 

Dlatego nie łudźmy się, nikt nie napisze tekstu o śmierdzącej kanalizacji i słabych filtrach w klimatyzacji w luksusowym apartamentowcu. Co najwyżej jakiś bloger, który przypadkiem odkryje mankamenty budowli lub fachowiec, który za długo czekał na zapłatę za wykonane prace budowlane coś wywali anonimowo na forum internetowym. Co w takim razie napisze profesjonalny dziennikarz?

 

Opisze lokalizację, inwestora, architekta i ceny. W przypadku każdej inwestycji lokalizacja to rzecz najważniejsza. Dociekliwa osoba sprawdzi dostępność miejsc parkingowych, wyjazd i dojazd w godzinach szczytu, a także bezpośrednie sąsiedztwo.

 

Informacja o inwestorze to już typowo ekonomiczna część tekstu, bo trzeba zweryfikować jego wiarygodność finansową i prawną, by upewnić się, czy inwestycja może zostać zrealizowana w zapowiadanym terminie (ostatnio coraz częściej tak jest, ale kiedyś normą były raczej wielomiesięczne opóźnienia). W części ekonomicznej należałoby się też pochylić nad opłacalnością zakupu nieruchomości w celach inwestycyjnych – np. jaki zwrot z zainwestowanej kwoty nabywca może uzyskać z wynajmu przez kolejne 10 lat, albo dotrzeć do kalkulacji inwestora, który nie buduje na sprzedaż, ale sam zamierza zarabiać na wynajmie.

 

Dobra szkoła pisania w taki sposób o nieruchomościach, by drżały światowe giełdy, to „Financial Times”. Informacja o stanie posiadania IKEA, jednej z największych firm robiących nie mniejsze interesy na rynku nieruchomości, co na samodzielnie składanych meblach, interesuje inwestorów na całym świecie, bo firma działa globalnie. A tylko w podnajmowanych obiektach handlowych IKEA ma aktywa warte niemal 10 mld euro. W dodatku planuje powiększyć ten stan posiadania o 50% w ciągu najbliższych kilku lat, budując bardziej luksusowe centra handlowe i mieszkania inspirowane stylem IKEA w największych miastach świata. Tylko czy kogoś w Polsce to interesuje poza tymi, co sami wynajmują sklepy od IKEA (dokładnie od Ingka Centers). A przecież ten rodzaj edukacji jest czytelnikom bardzo potrzebny. W końcu każdy z grubsza wie, że zawsze opłaca się kupić mieszkanie na wynajem, ale mało kto wie, co to yield czy ROI, a ci co wiedzą, zarabiają na nieruchomościach miliony.

 

Przed architektem nie na klęczkach

 

Nie ma pisania o nieruchomościach bez efektowych zdjęć czy wizualizacji. To oznacza wchodzenia na nowy wysoce specjalistyczny teren zdominowany przez architektów. I tu zaczynają się schody. Wybitni architekci, którzy zaznaczyli w Polsce swoją obecność, sir Norman Foster, Daniel Libeskind, Czesław Bielecki czy wielka czwórka ukrywająca się pod bardziej znaną niż ich nazwiska nazwą JEMS Architekci to tytani intelektu o wszechstronnych zainteresowaniach sztuką, literaturą, muzyką czy życiem społecznym. Próba „odpytania” ich tylko na temat konkretnej inwestycji, w dodatku z pozycji klęczącej przed wielkim twórcą, skończy się tak, że dziennikarzowi wcisną, co zechcą, czasem dla jaj, a czasem na serio wygłaszając rodzaj „artystycznego manifestu”.

 

Nie będę pisać, jak rozmawiać z architektami. Może lepiej z nimi nie rozmawiać? Po prostu pokazać, co wymyślili na początku, a co potem inwestor zrobił z ich projektem próbując wycisnąć z doskonale przemyślanego założenia więcej powierzchni użytkowej. Nie znam przypadku, by kiedykolwiek inwestor ulepszył pierwotne dzieło architekta. Przy okazji można poświęcić kilka słów technologii, bo w budownictwie co chwilę jest mnóstwo przełomowych wynalazków, którymi interesują się czytelnicy.

 

Pokazując natomiast piękną architekturę dziennikarz czy redaktor gazety musi pamiętać o jej autorze, architekcie, a dokładnie o jego prawach autorskich. Z „Muratora” pamiętam zmagania naczelnej tego doskonałego przewodnika dla  remontujących,  budujących domy i mieszkania, by ustalić autorstwo rezydencji pięknie sfotografowanej na okładkę wydania. Nie chodziło o autora zdjęcia, ale właśnie o architekta. Zgodę właściciela obiektu na publikację miał zwykle w ręku autor zdjęcia, ale o nazwisku architekta często nie pamiętał sam inwestor, uważając (często niestety słusznie), że to on jest autorem większości pomysłów.

 

Magia milionów dolarów

 

I najważniejsza część artykułu o nieruchomościach – ceny. Miliony, których nie mamy, których zwykle nie ma też inwestor (ale ma jego bank), ale które sprawiają, że artykuł się czyta (albo klika). Nawet wywołuje silne emocje. Ceny powinny być bliskie nabywcy, a więc będą to ceny metra kwadratowego powierzchni mieszkalnej na sprzedaż, albo miesięczny koszt wynajmu biura czy hali. Oczywiście nigdy nie są to ceny prawdziwe. Te „transakcyjne” sprawny dziennikarz-analityk wydobędzie z biur obrotu nieruchomościami. Jednak te podawane publicznie ceny przyciągają uwagę, rozbudzają wyobraźnię, jak świat długi i szeroki. Stąd czytelników zainteresuje informacja, że metr kwadratowy mieszkania w budynku Złota 44 (zaprojektowanym przez nowojorskie studio Daniela Libeskinda) to 46 tys. zł, a 240-metrowy apartament ktoś tam właśnie kupił za 11 mln zł. Nie mniejsze emocje wywołuje u amerykańskiego czytelnika (może też chińskiego?) news o zakupie tysiącmetrowego apartamentu w Nowym Jorku przez jednego ze stu najbogatszych Chińczyków za 67 mln dolarów.

 

Czemu te abstrakcyjne ceny grzeją czytelników? Bo do działu nieruchomości w gazecie zaglądają ci, którzy mają w kieszeni odłożone przynajmniej sto tysięcy złotych, co czyni ich prawdziwymi krezusami w porównaniu do tych, którzy nie mają nawet zdolności kredytowej. Bogaci czytelnicy działu nieruchomości w gazecie chętnie kupią apartament albo nawet penthouse w rezydencji o romantycznie brzmiącej nazwie, w ekologicznej, szybko rozwijającej się dzielnicy, w tętniącej życiem stolicy państwa lub regionu. Całość – powiedzmy – za 210 tys. zł na kredyt. Czyli będzie to skromna kawalerka na zadupiu w nowopowstającym ciasno zabudowanym osiedlu, bez komunikacji miejskiej, bez infrastruktury, bo sklepy i przedszkola powstaną tam dopiero za kilka lat. Tak jednak napiszą o nieruchomościach tylko te gazety, w których nie ma reklam deweloperów.

 

Ewa Barlik