Staram się być dokumentalistą – rozmowa z MARIUSZEM KAMIŃSKIM, Radiowym Reportażystą Roku

Zawsze podchodzę do kolejnych tematów tak, jakbym każdy reportaż robił po raz pierwszy – mówi Mariusz Kamiński, dziennikarz Polskiego Radia Lublin i Radiowy Reportażysta Roku 2019 w rozmowie z Wojciechem Pokorą.

 

Zdobyłeś tytuł Radiowego Reportażysty Roku 2019 w Konkursie „Melchiory”. Jury doceniło Cię za  konsekwentne, głębokie i przejmujące odkrywanie epizodów z trudnej, współczesnej historii Polski. Czym dla Ciebie jest ta nagroda?

 

Myślę, że jest wielkim sukcesem, ale też wielką odpowiedzialnością przed tym, co przede mną. Na pewno jest nagroda za to, co dotychczas udało mi się osiągnąć w reportażu radiowym, a szczególnie w reportażu historycznym.

 

Walczyłeś o Melchiora wielokrotnie…

 

Startowałem w tym konkursie kilka razy w kategorii Radiowy Reportażysta Roku. Konkurencja jest duża. Jest wielu wybitnych reportażystów w Polsce. Widocznie trzeba było poczekać, żeby zostać radiowym reportażystą roku.

 

W czym tkwi tajemnica twojego sukcesu? 

 

Trudno mi to samemu ocenić, myślę, że najlepiej mogą to zrobić słuchacze.

 

To, że wykonujesz dobrze swoją pracę oceniło jury. Dostałeś nagrodę. Pytam bardziej o to, czy Twoim zdaniem sukces reportażysty radiowego kryje się za jego warsztatem, czy bardziej za tematami, którymi się zajmuje?

 

Na moją pracę składa się zarówno warsztat jak i dobór tematów. Jednak jak teraz o tym myślę, to chyba najważniejszy jest wybór tematu, a dopiero później to, jak zostanie przygotowany, jak zrealizowane zostaną nagrania, czy jak ułożona zostanie dramaturgia. To z jednej strony jest wieloletnie doświadczenie, ale z drugiej – zawsze podchodzę do kolejnych tematów tak, jakbym każdy reportaż robił po raz pierwszy. Nigdy nie wiadomo od razu, jak historia się ułoży. Moja praca polega właśnie na tym, by w sposób atrakcyjny przedstawić ją słuchaczom. W reportażu muszą zmieścić się nowe fakty, coś, co ma walor odkrywczy. Musi znaleźć się część merytoryczna, na której osadzona jest historia, ale muszą w nim być też emocje. W reportażu prasowym owszem, można przedstawić emocje, opisując je, a w radiu mamy element dźwięku, głosów, uchwycenia pewnej wrażliwości mikrofonem. Mamy komfort tego, że bohater sam może wspaniale opowiedzieć jakąś historię. Trzeba mu tylko na to pozwolić. I tu ważny jest warsztat. Dlatego obydwa elementy są ważne, zarówno temat jak i warsztat.

 

Czy zaczynając swoją przygodę z reportażem wzorowałeś się na kimś?

 

W świat reportażu wprowadziły mnie dwie kierowniczki, które wtedy pracowały w Radiu Lublin – Małgorzata Sawicka, a później Anna Kaczkowska. Uczyły mnie jak przygotować dobry reportaż radiowy, niekoniecznie historyczny. Pamiętam jeden z pierwszych moich reportaży, który ułożyłem w sposób, który wydawał mi się bardzo atrakcyjny. Było w nim wszystko – merytoryczna treść i bardzo ciekawie opowiedziana historia. Siedliśmy, bo kiedyś był taki zwyczaj w redakcji reportażu, że siadało się ze swoim mistrzem i przesłuchiwało materiał, a Małgosia Sawicka po przesłuchaniu powiedziała, że zrobiłaby to trochę inaczej. Oczywiście „trochę inaczej” w tym przypadku znaczyło zmianę materiału o 180 stopni. To już nie była historia kobiety, która śpiewała na weselach wesołe piosenki, tylko historia matki, która straciła w życiu, w tragicznych okolicznościach pięcioro dzieci. A to, że śpiewała te piosenki na weselach, w jakiś sposób rekompensowało jej tę wielką stratę. Odreagowywała swoją traumę…

 

Dla radiowca tematy historyczne są wdzięczne, ale są trudniejsze niż dla reportażysty prasowego. Ten drugi wejdzie do archiwum, odnajdzie relacje świadków, opisze je i ma materiał. Ty musisz mieć dźwięk. Szukasz tematu pod tym kątem?

 

Nie. Czasem tematem jest jedno zdanie odnalezione w książce. I to jest punkt wyjścia do historii, którą opowiem. Czasem temat przyniesie znajomy regionalista, czy zadzwoni do mnie słuchacz. Dróg do zdobywania informacji jest mnóstwo. Tylko reportaż historyczny ma to ograniczenie, że niestety świadkowie od nas odchodzą. I faktycznie może się wydawać, że dziennikarz prasowy ma łatwiej w tym zakresie. Na szczęście istnieją archiwa dźwiękowe. Nagrywane wiele lat temu relacje są dla mnie, jako radiowca, niezwykle cenne. Tu, w Radiu Lublin było kiedyś Studio Historii Mówionej i ostatnio przy reportażu „Las nie lubi krzyku” – o zbrodniach w Kąkolewnicy, dokonywanych przez Sąd Ludowego Wojska Polskiego na żołnierzach Armii Krajowej i podziemia niepodległościowego, wykorzystywałem materiały nagrane w 2002 roku przez wolontariuszy Studia Historii Mówionej. To były cenne rzeczy. Jest też Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, który od wielu lat gromadzi takie materiały i doskonale mi się z nimi współpracuje, zawsze mogę na nich liczyć. Jest również Państwowe Muzeum na Majdanku, które także dysponuje nagraniami. Dobrze, że są takie instytucje.

 

Widzisz przyszłość dla reportażu? Rozgłośnie odchodzą od utrzymywania redakcji reportażu, stawia się na krótsze formy.

 

Uciekanie do krótkich form nie wystarczy każdemu. Mam nadzieję, że reportaż będzie miał swoje miejsce w rozgłośniach polskiego radia. To forma ważna, ciekawa, dająca wiele wzruszeń, ale też w warstwie faktograficznej w reportażu można zmieścić więcej niż w formule do 3 minut. Jak istotne są reportaże pokazują liczne konkursy. Przecież organizowane są one nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Biorą w nich udział przedstawiciele polskiej radiofonii, także z Radia Lublin i odnoszą sukcesy. Więc gdzie jak gdzie, ale w mediach publicznych tę formę dziennikarstwa powinno się wspierać.

 

Jako reportażysta radiowy czujesz się dziennikarzem? Czy bardziej historykiem albo artystą?

 

Jestem dziennikarzem. Nie jestem z wykształcenia historykiem, tym bardziej nie jestem artystą. Audycje, które przygotowuję są reportażami, w których maksymalnie staram się dojść do prawdy. Zdobywam jak najwięcej informacji, dociekam, szukam, żeby jak najlepiej to oddać w swojej pracy. Robię więc to, co każdy dziennikarz robić powinien – dociekam prawdy i dokumentuję fakty. Myślę, że często trudno znaleźć drugie dno w tych moich opowieściach, jakąś prawdę uniwersalną, bo nie o to w nich chodzi. Staram się być dokumentalistą, to chyba najlepiej mnie określa.

 


 

Mariusz Kamiński

Dziennikarz radiowy, absolwent socjologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa KUL. Od 21 lat związany z Redakcją Reportażu Polskiego Radia Lublin.

    Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień. Te najcenniejsze to: nagroda w Konkursie im. Jacka Stwory w 2003 r. (reportaż „Ja też chcę być Małyszem”), wyróżnienie w konkursie „Polska i świat” 2003 r., nagrody i wyróżnienia w konkursie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (np. „Bonowiacy” z 2005 r., „Duchy Kurowa” z 2008 r.). W 2002 roku reportaż „Misterium Dzwonu” (współautor Małgorzata Sawicka) reprezentował Polskie Radio w konkursie Prix Europa w Berlinie.

         W 2009 roku wspólnie z Katarzyną Michalak został uhonorowany nagrodą w konkursie „Wspólna Europa” („Burzany i ciernie”). W 2011r. w konkursie SDP nagrodzone zostały reportaże „Lista Zipsera” i „Reportaż o zabijaniu” a w roku 2012 Grand Prix Prezesa Polskiego Radia zdobył reportaż „Przypadek Edwarda Margola” a audycja „Dwa światy” nagrodę SDP.     W 2013 roku audycja „Przypadek Edwarda Margola” znalazła się finale XVI konkursu o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską. W 2014 roku  reportaż „To był wrześniowy dzień” otrzymał honorowe wyróżnienie w konkursie SDP. Rok później audycja „Kto wiatr sieje” (współautor A. Czyżewska-Jacquemet) została wyróżniona w konkursie „Wspólna Europa” a „Reportaż o zabijaniu” zdobył główną nagrodę w konkursie na dokument radiowy  na „VII Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni”, Wyklęci” w 2015 roku.      W tym czasie reportaż pt. „Margita” otrzymał nominację w konkursie o nagrodę Grand Press, a audycja pt. „Wyścig” została nagrodzona w konkursie SDP również w 2015r.  W 2016 r. reportaż „Margita” otrzymał nagrodę im. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w konkursie IPN „Audycja Historyczna Roku”. W 2017 roku audycja „Napiętnowani” została wyróżniona na IX Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” .

         W 2019 roku audycja pt. „Marynarz Dzidek” otrzymała I nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Reportażu i Dokumentu Radiowego „Bałtyk 2019”, reportaż „Józef Widerlik padł” otrzymał wyróżnienie w czasie „XI Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni”. 

         W latach: 2013, 2016, 2017 i 2018 w Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów „Melchiory” był nominowany w kategorii Radiowy Reportażysta Roku.  W 2019 roku został Radiowym Reportażystą Roku i otrzymał statuetkę Melchiora.

 

 

CMWP SDP po raz kolejny w obronie red. Józefa Wieczorka z Krakowa

6 listopada b.r. w Sądzie Okręgowym w Krakowie (Wydział IV Karny Odwoławczy ) odbędzie się rozprawa apelacyjna od wyroku Sądu Rejonowego, w której oskarżonym jest red. Józef Wieczorek, niezależny publicysta i bloger. Jest on skazany za to, iż rozpowszechnił publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, choć o wyłączeniu jawności nie został prawidłowo poinformowany w trakcie rozprawy. Jest to powrót sprawy do Sądu Okręgowego  po kasacji Sądu Najwyższego, co sprawia, iż sprawa ta prowadzona jest w sądach różnych instancji już 5 lat.

 

W związku ze sprawą red. Józefa Wieczorka osk. z art. 241 § 2 k.k., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że zapadły w niniejszej sprawie wyrok skazujący rażąco godzi w prawa i swobody obywatelskie, a jedynym rozsądnym i zgodnym z prawem werdyktem w tej sprawie może być wyrok uniewinniający p. Józefa Wieczorka od postawionego mu zarzutu. Stanowisko nasze zostało przesłane do Sądu pismem z dnia 28 października 2019 r.

 

Skazując red. Józefa Wieczorka Sąd uznał, że rozpowszechnił On publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, zamieszczając na portalu internetowym YouTube nagranie filmowe utrwalające przebieg rozprawy i skazał go za czyn z art. 241 § 2 k.k. , jednak nie można przyjąć, że z informacją przekazaną przez Sąd o prowadzeniu rozprawy z wyłączeniem jawności wiąże się automatycznie wiedza i świadomość każdego co do odpowiedzialności karnej za rozpowszechnianie wiadomości z tejże rozprawy. W tym zakresie, pogląd iż p. Józef Wieczorek zdawał sobie sprawę z tej odpowiedzialności, jest nieuzasadniony. W niniejszej sprawie miała miejsce szczególna sytuacja, bowiem wskutek dynamicznego przebiegu zdarzeń w toku rozprawy przewodnicząca składu orzekającego przeoczyła pouczenie o skutkach niedopełnienia obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności, w tym o odpowiedzialności karnej z art. 241 § 2 k.k. Nadto, wyrażenie przez Sąd I instancji zgody na nagrywanie przez oskarżonego Adama Słomkę przebiegu rozprawy z wyłączeniem jawności, mimo podjętej wcześniej w tej kwestii decyzji odmownej, upewniło obecnego na sali dziennikarza nie tylko w jego przekonaniu co do legalności rejestracji, ale i braku przeciwwskazań do publikacji nagrania.

 

W praktyce, intuicyjne odczucie uczestnika rozprawy rzeczywiście może utożsamiać zgodę na nagrywanie z brakiem niejawności rozprawy, zwłaszcza w takim przypadku jak niniejszy. Obowiązek pouczenia dotyczy pełnej informacji co do tego jakie okoliczności objęte są tajemnicą, a także konsekwencji prawnych w sferze prawa karnego materialnego w razie niezachowania tajemnicy. W tym właśnie celu został on wprowadzony przez ustawodawcę. Aby więc przyjąć, że spełniono znamiona czynu z art. 241 § 2 k.k., zachowanie sprawcy musiałoby zostać popełnione w warunkach wcześniejszego prawidłowego (skutecznego) pouczenia przez sąd o skutkach tegoż zachowania, co nie miało miejsca. W ogóle, mając na względzie fundamentalną zasadę państwa prawa, należy przyjąć, że we wszystkich przypadkach w których przepisy wymagają pouczenia, jego brak nie może szkodzić obywatelowi.

 

Należy podkreślić, że norma art. 362 k.p.k. („Przewodniczący poucza obecnych o obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności i uprzedza o skutkach niedopełnienia tego obowiązku”) ma znaczenie nie tylko dla stron procesu. Gdyby założyć inaczej, pouczenie dokonywane przez sąd na podstawie art. 362 k.p.k. nie mogłoby się odnosić do publiczności. To zaś byłoby sprzeczne z założeniem racjonalności ustawodawcy, który expressis verbis sprecyzował, że pouczenie ma się odnosić do „obecnych” (a nie jedynie do stron lub świadków). Wprawdzie art. 16 § 1 k.p.k. przewidujący ogólny obowiązek pouczenia odnosi się do skutków procesowych dla uczestników postępowania, jednak art. 362 k.p.k. stanowi wobec niego przepis szczególny, odnosi się bowiem do wszystkich osób obecnych. Jeżeli więc pouczenie zostało wprowadzone przez ustawodawcę ma mieć sens i prawną doniosłość, należy konsekwentnie przyjąć, że jego brak (względnie niedotarcie do adresata ) ma wpływ na odpowiedzialność karną. Na gruncie orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz orzecznictwa krajowego, nie do przyjęcia byłby wniosek, że tak istotna czynność sądu rzutuje jedynie na skutki procesowe, a na materialno-prawne żadnego wpływu nie ma. Założenie, że wskutek braku pouczenia obywatel nie poniesie negatywnych skutków procesowych, ale nie ma przeszkód, aby został skazany wyrokiem karnym, jest ewidentnie sprzeczne z całościowym ujęciem konstrukcji odpowiedzialności karnej na gruncie systemu prawa. Jest też nie do pogodzenia z zasadą demokratycznego państwa prawnego, wyrażoną w art. 2 Konstytucji RP.

 

Zgodnie z art. 54 Konstytucji RP, „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Natomiast w myśl art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka „Każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe”.

 

W związku z powyższym CMWP stoi na stanowisku, że skazanie dziennikarza za słowo będzie w tym przypadku stanowić naruszenie praw człowieka i obywatela. Red. Józef Wieczorek powinien zatem zostać uniewinniony.

 

dr Jolanta Hajdasz
dyr. CMWP SDP

 

Szczegółowy opis sprawy tutaj.

 

Pięknie i bogato – EWA BARLIK o tym, jak z pasją pisać o nieruchomościach

Pisanie tekstów dziennikarskich o nieruchomościach dla wielu ambitnych dziennikarzy to po prostu nuda, chałtura albo „krypciocha”, co oznacza sprzeniewierzenie się zasadom niezależnego dziennikarstwa. Najczęściej teksty na ten temat są bowiem dodatkiem do bogatej sekcji ogłoszeniowej gazety. Próba rozkręcenia dziennikarstwa śledczego w tej tematyce nikomu nie jest na rękę: ani inwestorom i deweloperom, bo to oni mają najwięcej za uszami, ani klientom, bo kupując dom czy mieszkanie od razu myślą o jego sprzedaży, więc zły PR oznacza spadek ceny, ani tym bardziej wydawcom, bo każdy inwestor to potencjalny reklamodawca.

 

Dlatego nie łudźmy się, nikt nie napisze tekstu o śmierdzącej kanalizacji i słabych filtrach w klimatyzacji w luksusowym apartamentowcu. Co najwyżej jakiś bloger, który przypadkiem odkryje mankamenty budowli lub fachowiec, który za długo czekał na zapłatę za wykonane prace budowlane coś wywali anonimowo na forum internetowym. Co w takim razie napisze profesjonalny dziennikarz?

 

Opisze lokalizację, inwestora, architekta i ceny. W przypadku każdej inwestycji lokalizacja to rzecz najważniejsza. Dociekliwa osoba sprawdzi dostępność miejsc parkingowych, wyjazd i dojazd w godzinach szczytu, a także bezpośrednie sąsiedztwo.

 

Informacja o inwestorze to już typowo ekonomiczna część tekstu, bo trzeba zweryfikować jego wiarygodność finansową i prawną, by upewnić się, czy inwestycja może zostać zrealizowana w zapowiadanym terminie (ostatnio coraz częściej tak jest, ale kiedyś normą były raczej wielomiesięczne opóźnienia). W części ekonomicznej należałoby się też pochylić nad opłacalnością zakupu nieruchomości w celach inwestycyjnych – np. jaki zwrot z zainwestowanej kwoty nabywca może uzyskać z wynajmu przez kolejne 10 lat, albo dotrzeć do kalkulacji inwestora, który nie buduje na sprzedaż, ale sam zamierza zarabiać na wynajmie.

 

Dobra szkoła pisania w taki sposób o nieruchomościach, by drżały światowe giełdy, to „Financial Times”. Informacja o stanie posiadania IKEA, jednej z największych firm robiących nie mniejsze interesy na rynku nieruchomości, co na samodzielnie składanych meblach, interesuje inwestorów na całym świecie, bo firma działa globalnie. A tylko w podnajmowanych obiektach handlowych IKEA ma aktywa warte niemal 10 mld euro. W dodatku planuje powiększyć ten stan posiadania o 50% w ciągu najbliższych kilku lat, budując bardziej luksusowe centra handlowe i mieszkania inspirowane stylem IKEA w największych miastach świata. Tylko czy kogoś w Polsce to interesuje poza tymi, co sami wynajmują sklepy od IKEA (dokładnie od Ingka Centers). A przecież ten rodzaj edukacji jest czytelnikom bardzo potrzebny. W końcu każdy z grubsza wie, że zawsze opłaca się kupić mieszkanie na wynajem, ale mało kto wie, co to yield czy ROI, a ci co wiedzą, zarabiają na nieruchomościach miliony.

 

Przed architektem nie na klęczkach

 

Nie ma pisania o nieruchomościach bez efektowych zdjęć czy wizualizacji. To oznacza wchodzenia na nowy wysoce specjalistyczny teren zdominowany przez architektów. I tu zaczynają się schody. Wybitni architekci, którzy zaznaczyli w Polsce swoją obecność, sir Norman Foster, Daniel Libeskind, Czesław Bielecki czy wielka czwórka ukrywająca się pod bardziej znaną niż ich nazwiska nazwą JEMS Architekci to tytani intelektu o wszechstronnych zainteresowaniach sztuką, literaturą, muzyką czy życiem społecznym. Próba „odpytania” ich tylko na temat konkretnej inwestycji, w dodatku z pozycji klęczącej przed wielkim twórcą, skończy się tak, że dziennikarzowi wcisną, co zechcą, czasem dla jaj, a czasem na serio wygłaszając rodzaj „artystycznego manifestu”.

 

Nie będę pisać, jak rozmawiać z architektami. Może lepiej z nimi nie rozmawiać? Po prostu pokazać, co wymyślili na początku, a co potem inwestor zrobił z ich projektem próbując wycisnąć z doskonale przemyślanego założenia więcej powierzchni użytkowej. Nie znam przypadku, by kiedykolwiek inwestor ulepszył pierwotne dzieło architekta. Przy okazji można poświęcić kilka słów technologii, bo w budownictwie co chwilę jest mnóstwo przełomowych wynalazków, którymi interesują się czytelnicy.

 

Pokazując natomiast piękną architekturę dziennikarz czy redaktor gazety musi pamiętać o jej autorze, architekcie, a dokładnie o jego prawach autorskich. Z „Muratora” pamiętam zmagania naczelnej tego doskonałego przewodnika dla  remontujących,  budujących domy i mieszkania, by ustalić autorstwo rezydencji pięknie sfotografowanej na okładkę wydania. Nie chodziło o autora zdjęcia, ale właśnie o architekta. Zgodę właściciela obiektu na publikację miał zwykle w ręku autor zdjęcia, ale o nazwisku architekta często nie pamiętał sam inwestor, uważając (często niestety słusznie), że to on jest autorem większości pomysłów.

 

Magia milionów dolarów

 

I najważniejsza część artykułu o nieruchomościach – ceny. Miliony, których nie mamy, których zwykle nie ma też inwestor (ale ma jego bank), ale które sprawiają, że artykuł się czyta (albo klika). Nawet wywołuje silne emocje. Ceny powinny być bliskie nabywcy, a więc będą to ceny metra kwadratowego powierzchni mieszkalnej na sprzedaż, albo miesięczny koszt wynajmu biura czy hali. Oczywiście nigdy nie są to ceny prawdziwe. Te „transakcyjne” sprawny dziennikarz-analityk wydobędzie z biur obrotu nieruchomościami. Jednak te podawane publicznie ceny przyciągają uwagę, rozbudzają wyobraźnię, jak świat długi i szeroki. Stąd czytelników zainteresuje informacja, że metr kwadratowy mieszkania w budynku Złota 44 (zaprojektowanym przez nowojorskie studio Daniela Libeskinda) to 46 tys. zł, a 240-metrowy apartament ktoś tam właśnie kupił za 11 mln zł. Nie mniejsze emocje wywołuje u amerykańskiego czytelnika (może też chińskiego?) news o zakupie tysiącmetrowego apartamentu w Nowym Jorku przez jednego ze stu najbogatszych Chińczyków za 67 mln dolarów.

 

Czemu te abstrakcyjne ceny grzeją czytelników? Bo do działu nieruchomości w gazecie zaglądają ci, którzy mają w kieszeni odłożone przynajmniej sto tysięcy złotych, co czyni ich prawdziwymi krezusami w porównaniu do tych, którzy nie mają nawet zdolności kredytowej. Bogaci czytelnicy działu nieruchomości w gazecie chętnie kupią apartament albo nawet penthouse w rezydencji o romantycznie brzmiącej nazwie, w ekologicznej, szybko rozwijającej się dzielnicy, w tętniącej życiem stolicy państwa lub regionu. Całość – powiedzmy – za 210 tys. zł na kredyt. Czyli będzie to skromna kawalerka na zadupiu w nowopowstającym ciasno zabudowanym osiedlu, bez komunikacji miejskiej, bez infrastruktury, bo sklepy i przedszkola powstaną tam dopiero za kilka lat. Tak jednak napiszą o nieruchomościach tylko te gazety, w których nie ma reklam deweloperów.

 

Ewa Barlik

Uratować od zniszczenia i zapomnienia

Po raz dziesiąty, członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, historycy Instytutu Pamięci Narodowej, przy udziale bibliotekarzy, zadbali o groby przedwojennych żurnalistów, literatów i wydawców pochowanych na cmentarzach za wschodnią granicą kraju.

 

Inicjatywa poszukiwań grobów dziennikarzy powstała przed dziesięciu laty. Zaczęli ją realizować dziennikarze Polskiego Radia Rzeszów – Jolanta Gajda- Danak oraz Jacek Borzęcki.

 

– Jeździliśmy na początku prywatnym samochodem w kilka zaledwie osób – wspomina Jolanta Gajda-Danak. – Z upływem lat dołączało do nas coraz więcej chętnych do pomocy, dziennikarze z SDP, ci jeszcze nie zorganizowani oraz historycy IPN i przedstawiciele Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich.

 

Akcja poszukiwania grobów przedwojennych dziennikarzy zatacza coraz szersze kręgi. Przed dziesięciu laty obiektem poszukiwań był tylko cmentarz łyczakowski. Osiem lat temu do poszukiwań dołączył oddział rzeszowski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy wsparciu Zarządu Głównego SDP. Od tego czasu poszukiwania objęły również cmentarz janowski największy we Lwowie. Oraz cmentarz w położonych nieopodal Lwowa Winnikach.

 

Tylko na trzech cmentarzach odnaleziono już ponad siedemdziesiąt grobów naszych przedwojennych kolegów. Przy okazji dokonywane są dodatkowe „pozadziennikarskie” odkrycia, tak jak w przypadku odnalezienia zapomnianego i uszkodzonego pomnika Orląt Lwowskich w Winnikach, czy grobu przedwojennego policjanta Alfreda Kojata. Zginął on z rąk zamachowców należących najprawdopodobniej do tej samej grupy terrorystycznej, która była odpowiedzialna za śmierć ministra Bronisława Pierackiego w 1934 roku, wielkiego orędownika pojednania polsko-ukraińskiego. Co ciekawe minister Pieracki został zastrzelony przez ukraińskiego zamachowca Hrihorija Maciejko, w Klubie Towarzyskim przy ulicy Foksal 3 w Warszawie, w którym przed wojną często spotykali się politycy i wojskowi, a dziś w tym miejscu mieści się siedziba SDP.

Dzięki materiałom prasowym jakie ukazały się po ubiegłorocznej akcji SDP, do Winnik dotarli policjanci, którzy odnowili grób swojego przedwojennego kolegi. To kolejny sukces naszych wypraw, podczas których apelujemy do rodaków, aby zajęli się grobami swoich branżowych, przedwojennych kolegów.

 

To tylko część sukcesów jakie są udziałem uczestników corocznej akcji poszukiwania przedwojennych grobów dziennikarskich. Oprócz inwentaryzowania grobów, dbania o przywrócenie im dawnej świetności, akcja dziennikarzy, historyków IPN i bibliotekarzy pozwala uchronić groby, o których często nikt już nie pamięta, przed zniszczeniem, a ludzi ważnych dla światowej kultury i nauki przed zapomnieniem. Mas tome cuidado, pois para lidar com binárias, habilidades de trading e conhecimentos técnicos específicos ainda são importantes. Acima de tudo, é essencial a adoção de estratégias de opções binárias consistentes e inteligentes para negociar no mercado binário. Não é possível se dar ao luxo de errar muito, pois é seu dinheiro que está para jogo. Neste artigo, aprofundamos a discussão sobre quais estratégias podem ser usadas pelos traders para conseguir lucros significativos.

 

Tegoroczny, jubileuszowy – dziesiąty już wyjazd zorganizowany przez oddziały rzeszowskie SDP i IPN – rozpoczęliśmy na cmentarzu łyczakowskim od zapalenia zniczy na grobie ukraińskiego dziennikarza Oleksandra  Krywenki, byłego redaktora naczelnego współczesnego pisma Polityka i Kultura wydawanego krótko po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w 1991 roku.

 

Jak co roku grupa wolontariuszy ruszyła, aby prowadzić prace porządkowe na łyczakowskiej nekropolii. I jak co roku znaleziono kolejny, nieznany nam dotychczas grób dziennikarza.

Rankiem, następnego dnia ruszyliśmy do Kołomyi, gdzie zachował się w dość dobrym stanie polski, przedwojenny cmentarz. Chociaż słowo „dość dobrym” jest nie do końca na miejscu, bowiem w wielu otwartych komorach grobowych piętrzą się worki ze śmieciami. Wiele pomników jest mocno uszkodzonych, a upamiętnienia legionistów II Żelaznej Kompanii Gen Hallera, zamienione – nie wiedzieć dlaczego – na upamiętnienia Strzelców Siczowych. Ale i tutaj w miarę naszych możliwości prowadzone były prace porządkowe.

Po drodze do Kołomyi zatrzymaliśmy się w Winnikach, przyjęci gościnnie przez proboszcza ks. Leona Salomona, który oprowadził nas po miejscowym cmentarzu i pokazał pomnik Jana Pawła II, którego odsłonięcia miał dokonać nazajutrz Arcybiskup Mieczysław Mokrzycki, Metropolita Lwowski.

Następnego dnia, po raz pierwszy, weszliśmy na mocno zarośnięty cmentarz w Bohorodczanach, niegdyś powiatowym miasteczku oddalonym o 20 kilometrów od Stanisławowa. Kilka uporządkowanych grobów – w tym legionowy – to zasługa proboszcza ze Stanisławowa, który z przyjaciółmi z Polski tydzień wcześniej porządkował zapomniane mogiły.

 

W dniu powrotu do Polski, przed południem, zapaliliśmy znicze w centralnym parku Stanisławowa (Iwanofrankiwska), gdzie do lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia istniał polski cmentarz. Za czasów Związku Radzieckiego, Sowieci spychaczami usunęli wszelkie pomniki nagrobne, pozostawiając jedynie kilka, stanowiących dzisiaj elementy architektury parkowej. Nadal jednak w tym miejscu spoczywają nasi rodacy, których w większości nie ekshumowano.

 

Ci, którzy uczestniczyli w naszej wyprawie po raz pierwszy zastanawiali się, dlaczego dla Sowietów tak ważnym zadaniem było niszczenie polskich grobów. To była nieudolna próba wymazania z historii Europy naszego narodu. Dzisiaj stare cmentarze nadal niszczeją, a zabytkowe groby, często zwieńczone  wspaniałymi pomnikami – dziełami sztuki są dewastowane. To dziwi, jeśli wziąć po uwagę, że dzieje się to w kraju aspirującym do wspólnoty europejskiej, w kraju, który chce zerwać z obyczajami wprowadzanymi niegdyś siłą przez Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. W kraju, w którym szacunek dla zmarłych był zawsze wielki.

 

Andrzej Klimczak

Nie u siebie – ZBIGIEW BRZEZIŃSKI tłumaczy dlaczego nie wygramy z Facebookiem

W mediach społecznościowych nigdy nie jesteśmy u siebie. Każde nasze konto to tylko tapczan zajmowany w budynku, którego właściciel może nagle podnieść czynsz, albo wpuścić „czyścicieli kamienic”…

 

Miesiąc temu Krzysztof Czabański[1] poinformował, że złożył pozew przeciw Facebook, Inc. za łamanie konstytucyjnej zasady wolności słowa. Swoje działanie uzasadniał tym, że treści zamieszczane z jego konta poselskiego nie są przez serwis zatwierdzane do rozpowszechniania na podstawie mętnego regulaminu. Zwrócił przy tym uwagę, że dyskusja ze światowym potentatem w dziedzinie social media, to rozmowa z tworem bezosobowym, bo pod odpowiedziami nikt się nie podpisuje. W tym miejscu warto zauważyć, że firma założona w 2004 roku przez Marka Zuckerberga ma siedzibę w Menlo Park w Kalifornii, gdzie obowiązuje odmienny system prawny, czyli common law (prawo precedensów). Amerykanie nieraz udowodnili, że potrafią chronić interesy swoich firm i obywateli wobec roszczeń zewnętrznych, a sam Facebook pokazał, że takie pozwy po prostu odrzuca[2]. Żeby więc wejść w merytoryczny spór z gigantem Czabański musiałby zapewne skłonić do współpracy Komisję Europejską.

 

Może gorzej być …

 

W 2017 roku rysownik, dziennikarz i społecznik Jerzy Wasiukiewicz poinformował na swoim profilu osobistym na Facebook.com, że przez serwis zablokowanych zostało 24 strony, których był administratorem lub redaktorem. Zniknęła m.in. strona z satyrycznymi rysunkami „Kot Kaczora”, pubu „Jaskinia”, czy Marszu Pamięci Powstania Warszawskiego. Z wyżej wspomnianych obserwowałem Kota Kaczora i nie mam pojęcia, czemu zwierzak zagrażał lub co naruszał. Zresztą, w końcu to jest kot, a w Internecie raczej lubi się kotki.

 

„Które prawo dla nas, a które prawo dla nich?”

 

Cytatem z piosenki Kultu poprzedzę wypowiedź Wasiukiewicza, którego poprosiłem o komentarz do tej sprawy:

 

 

„Jeżeli chodzi o zamknięcie fanpejdży to Facebook podał informacje, które wprowadzały w błąd opinię publiczną, które naruszały nasze dobre imię, nasze dobra osobiste. Wyraźna była bowiem sugestia i informacja, jaka potem była przekazywana w mediach jakby z naszej strony dochodziło do jakichś szczególnych działań, niemalże przestępczych.

 

Wszystkie działania podejmowane przez nas na Facebooku były zgodne z polskim prawem, ale również zgodne z regulaminami tego serwisu. To Facebook wobec nas podjął działania niestandardowe, wykraczające poza regulaminy, na które się powoływał w swoim komunikacie (…)[3].

 

Natomiast sama sprawa zamknięcia fp (fanpejdży – przyp. redakcji) była bezprecedensowa! I miała wymiar, moim zdaniem, polityczny. Na przykład celem zamknięcia fp „Dziennika Narodowego”, był atak na naszą działalność. Pretekst stanowił zarzut, że były łączone jakieś fanpejdże rzekomo niezgodnie z zasadami Facebooka. Serwis ma narzędzia do tego, aby na wcześniejszym etapie zablokować możliwość łączenia fp jeżeli ma do tego zastrzeżenia. Tymczasem fanpejdże były za każdym razem łączone, czy zmieniały nazwy za zgodą Facebooka. Serwis potraktował przy tym swoich użytkowników jak idiotów, którzy nie wiedzą jakie strony chcą oglądać, o czym czytać i co widzieć. Warto podkreślić, że zamknięcie fp „Dziennika” miało miejsce w tym roku, czyli w roku wyborczym, kiedy odbyły się kampanie do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu oraz Senatu RP. To otwarta ingerencja ze strony Facebooka w polską politykę, w kształtowanie opinii publicznej”.

 

Kradzież w białych rękawiczkach?

 

Przytoczmy jeszcze jeden fragment z wypowiedzi Wasiukiewicza:

 

„(…) Facebook pobierał regularnie pieniądze za wszelkie promocje zamieszczane na fanpejdżach. Najwięcej reklam puszczaliśmy na fp „Dziennika”. Zamknięcie fanpejdża „Dziennika Narodowego” nie miało z punktu widzenia biznesowego najmniejszego sensu dla Facebooka (ponieważ fp przynosił im małe bo małe ale wpływy). Dlatego trzeba upatrywać w tym jedynie celu politycznego. Facebook w moim odczuciu zamykając fp na którego tworzenie, rozwój wydawaliśmy pieniądze poprzez zamieszczenie reklam, po prostu nas okradł”.

 

„Standardy społeczności”

 

Z perspektywy Community Standars deklarowanych przez Facebook, Inc. wynika, że są one liberalne i dopuszczają nawet kontrowersyjne poglądy. Przywołajmy całość części zatytułowanej: „Swoboda wypowiedzi”:

 

„Naszą misją jest umożliwienie przedstawiania różnych punktów widzenia. Staramy się dopuszczać treści, które pewne osoby uznają za kontrowersyjne, chyba że ich usunięcie może zapobiec konkretnym krzywdom. Ponadto czasami dopuszczamy treści naruszające nasze standardy, na przykład gdy są warte opublikowania, dotyczą istotnych kwestii lub są ważne dla interesu publicznego. Wcześniej jednak zawsze ustalamy, czy publikacja tych treści jest korzystna dla interesu publicznego w porównaniu ze skutkami wystąpienia rzeczywistych krzywd”[4].

 

Skoro tak, to może po prostu amerykańską centralę zbyt mało interesuje Facebook w Polsce i jego polityka? Cóż się zresztą dziwić, skoro gdybyśmy nawet wszyscy założyli konta (od noworodków po najstarszych ze starców), byłoby nas cztery razy mniej niż fanów samego Christiano Ronaldo (ponad 122 miliony według aktualnych danych Socialbakers.com).[5] „Dobry car i źli urzędnicy”? Być może…

 

Poziom rozmowy

 

Krzysztof Czabański zwrócił uwagę, że dialog z Facebook, Inc. To nie jest rozmowa z kimś konkretnym. Wie to każdy, któremu chociaż raz zarzucono „naruszenie standardów”. W 2017 roku zamieściłem reklamę bezpłatnego webinarium dla uczniów, zatytułowanego: „Tester gier – zawód czy zabawa?”. Tuż po uruchomieniu wyświetlanie zostało zablokowane, a do mnie przyszła wiadomość, że materiał narusza regulamin. Pomyślałem, że może chodzi o ochronę nieletnich. Odpisałem więc, że zajęcia są elementem akcji, której patronuje Ministerstwo Edukacji Narodowej, więc nie ma obaw. Poprosiłem też o wskazanie konkretnego punktu, który mój materiał narusza. W odpowiedzi poinformowano mnie, że na grafice jest za dużo treści… Zirytowany zażądałem jednoznacznego określenia powodu zatrzymania mojej reklamy: albo konkretny punkt regulaminu, albo za dużo treści na grafice. Żadna więcej odpowiedź nie przyszła, mój materiał został powtórnie zatwierdzony do wyświetlania. To nie była rozmowa z automatem. Tak pokrętnie myśląca maszyna po prostu nie istnieje.

 

U siebie i nie siebie

 

Jak pokazują powyżej przytoczone przykłady nasze profile osobiste, czy fanpejdże to li tylko tapczany zajmowane w cudzym budynku, w którym właściciel sam ustala zasady z pozycji silniejszego i nie liczy się z rzeczywistym Local Community – społecznością danego kraju.

 

Ceniony bloger, aktywny od kilku lat pod pseudonimem Jason Hunt (wcześniej: Kominek), w bardzo praktycznej książce „Social Media Start”[6] stwierdził, że jak chcemy mieć własny kanał kontaktu z czytelnikami, powinniśmy inwestować w newsletter. Wówczas w całości zarządzamy zarówno jego treścią jak i dystrybucją. Wydaje się też, że wraca czas budowania społeczności skupionych wokół konkretnych tytułów prasowych na własnych stronach. To domek ciasny, ale własny, a i szlachcic na zagrodzie przecież równy wojewodzie. A nasze treści w dużych mediach społecznościowych? Jak to ujął podczas I Blog Forum Gdańsk światowej sławy ekspert w tej dziedzinie Brian Solis: „mówię do ciebie i mówię przez ciebie”, czyli jeżeli moje treści będą dobre, to zechcesz je udostępnić swojej społeczności. Jak to się więc mówiło dekadę temu: „Content is King”!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/czabanski-zlozylem-pozew-przeciwko-facebookowi-ws-lamania-zasady-wolnosci-slowa/kckth35

[2] https://businessinsider.com.pl/media/internet/facebook-odrzucil-polski-pozew/5b8vn9r

[3] Zob. komunikat z 11 stycznia 2019 roku: https://newsroom.fb.com/news/h/walka-z-nieautentycznymi-dzialaniami-na-facebooku-w-polsce/

[4] https://www.facebook.com/communitystandards/

[5] https://www.socialbakers.com/statistics/facebook/pages/total/celebrities

[6] https://jasonhunt.store/produkt/social-media-start/

Pasja i pokora – ks. MARIUSZ FRUKACZ o pracy w mediach katolickich

Czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich? Myślę osobiście, że łączy nas bardzo dużo.

 

Mógłbym zatytułować te moje przemyślenia w taki oto sposób: Czy łatwo być dziennikarzem w sutannie? Dziennikarz i kapłan to dopiero ciekawe połączenie. Mam również przekonanie, że dziennikarstwo to jest bardzo ciekawy zawód, ale też powołanie. Przede wszystkim to profesja właściwie bez czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Dziennikarzem jest się 24 godziny na dobę. Trzeba śledzić, słuchać, obserwować, co dzieje się wokół. Ten zawód wymaga samozaparcia, wytrzymałości, ale jest niezwykle ubogacający i potrzebny.

 

Zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich ma wspólny fundament, to służba słowu i słowem. To otwartość na drugiego człowieka, a nade wszystko pasja.

 

Dziennikarstwo dobre albo złe

 

Dziennikarstwo jest albo dobre, albo złe, albo profesjonalne, albo nieprofesjonalne. Moim zdaniem to jest oczywiste, że każdy dziennikarz powinien podchodzić do swojej pracy profesjonalnie, z dobrym warsztatem. Osobiście przede wszystkim jestem księdzem, ale także dziennikarzem. Moim wzorem i przykładem jest dwóch świętych: św. Maksymilian Kolbe, który łączył w sobie posługę kapłańską i dziennikarską, a drugi to bł. ks. Jakub Alberione, który m.in. w 1923 roku założył pismo pod tytułem „Domenica” (Niedziela). Po za tym, jedną rzeczą, która łączy księdza i dziennikarza to służba słowu i słowem. I tak oto ja widzę moją pracę dziennikarską.

 

Pasja, pokora, prawda

 

Kiedy piszę o dziennikarzach zarówno tych z mediów katolickich, jak i tych z mediów świeckich, to wydaje mi się, że trzeba zwrócić uwagę na trzy aspekty pracy dziennikarskiej. Pierwsza rzecz to pasja. Jeżeli dziennikarstwo ma być dobre, to dziennikarz musi mieć pasję do tego, co robi. Myślę, że nigdy nie można pisać tekstu z takim poczuciem, że znowu muszę to zrobić. Dziennikarstwo jest dobre, jeżeli czynię z niego pasję.

 

Po drugie pokora. Właśnie ona jest bardzo ważna w dziennikarstwie, gdyż pisząc tekst,  pokornie zakładam niewiedzę czytelnika. Dobre dziennikarstwo polega też na tym, że nie piszę dla wydawcy. Piszę przede wszystkim dla czytelnika. To jest bardzo trudne, bo czasem wydawca domaga się takiej treści, takiego ułożenia tekstu, które nie do końca jest zgodne z moim sumieniem. Na szczęście w „Niedzieli” nie muszę zmagać się z takimi dylematami.  Pokora polega właśnie  na tym, że piszę dla czytelnika. Znaczy to, że muszę pisać z pełnym szacunkiem. Podam przykład. Byłem na terenach popowodziowych i po trąbie powietrznej z aparatem na szyi. Były momenty, w których wiedziałem, że powinienem robić zdjęcia, bo będą mi potrzebne do tekstu, ale pokora polega na tym, że nie wszędzie włazi się z aparatem czy notatnikiem. Oczywiście dziennikarz za wszelką cenę powinien próbować zdobyć materiał, ale to nie znaczy, że z brakiem pokory wobec drugiego. Dziennikarstwo jest dobre wtedy, gdy  mam szacunek dla odbiorcy, dla tego z kim rozmawiam.

 

Po trzecie tym, czym powinien kierować się każdy dziennikarz to prawda. Jest ona podstawą wszystkiego.  Często jednak zdarza się tak, że dziennikarz ma konflikt sumienia, bo chce napisać prawdę, ale wydawca wyraża sprzeciw. Wtedy rzeczywiście pojawia się problem. Szacunek do prawdy moim zdaniem, zarówno w mediach katolickich, jak i świeckich, polega na tym, że dobry dziennikarz powinien także najpierw przygotować się do materiału. Upewnić się co, do źródła informacji i mieć w sobie poczucie, że pewnej granicy nie powinno się przekraczać.

 

Otwartość na drugiego człowieka

 

Kiedy zastanawiam się nad pracą dziennikarską, niezależnie od tego, czy chodzi tu o media katolickie i świeckie, to uważam, że dziennikarz musi być także otwarty na drugiego człowieka. Kontakt z ludźmi jest niesamowity. Kiedyś jeden ze starszych dziennikarzy powiedział mi, że dobry dziennikarz to także ktoś, kto widzi tematy leżące na ulicy i się po nie schyla. I dodał, że dziennikarz nie może być tylko dziennikarzem. Przede wszystkim musi być człowiekiem, bo to człowieczeństwo jest wszędzie podstawą. Również najważniejsze jest to, aby kochać to, co się robi.

 

Kiedy jako ksiądz myślę o pracy dziennikarskiej, to dla mnie najtrudniejsze jest pisać o dramatach ludzkich. Tego doświadczyłem, gdy opisywałem kiedyś sytuację po trąbie powietrznej. Pamiętam jak z abp. Stanisławem Nowakiem, ówczesnym metropolitą częstochowskim, odwiedzaliśmy rodziny dotknięte kataklizmem trąby powietrznej. Miałem zrobić z tego jakiś materiał. Wiedziałem, że nie mogę uniknąć rozmowy z zapłakanymi rodzicami i ich dziećmi. Nieustannie odzywał się we mnie także duch kapłański i wiedziałem, że muszę przede wszystkim rozmawiać z doświadczonymi tragedią. To było głębokie przeżycie, także odczuwałem pewien wewnętrzny dylemat. Wiedziałem, że mój artykuł może tym ludziom pomóc. Miałem też jakieś wewnętrzne przekonanie, że artykuł nie może być jedynie „towarem na sprzedaż”. Paradoksalnie ci biedni ludzie jak zobaczyli koloratkę, to nie myśleli o mnie jak o dziennikarzu, ale chcieli pomocy duchowej, szczerej rozmowy. Może nawet czasem łatwiej jest w takich sytuacjach dziennikarzom z mediów świeckich zrobić materiał.

 

Czasem też uczestniczę w wydarzeniach nie mających nic wspólnego z wiarą i nieraz doświadczam nieprzyjemności związanych z tym, że jestem księdzem. Kogoś dziwi moja obecność, albo nawet przeszkadza. Nigdy nie zdejmuję koloratki kiedy pracuję jako dziennikarz. Wiele osób uważa za niemożliwe połączenie kapłaństwa z dziennikarstwem. Trudne jest też dla mnie to, czy w swoim artykule kogoś nie urażę, nie skrzywdzę i czy poradzę sobie z pokazaniem wydarzenia w sposób właściwy. Oczywiście też kieruję się zasadą: dbałość o język, przekaz i rzetelność, ale także dobre „opakowanie” artykułu, czyli szatę graficzną.

 

Jeśli mówić o jakiejkolwiek różnicy w pracy w mediach świeckich i katolickich, to z perspektywy czasu widzę, że dziennikarze katoliccy nie podejmują tematów typowo sensacyjnych, tak tylko, żeby sprzedać artykuł. Może w mediach katolickich jest mniejszy wyścig o własną pozycję we wnętrzu macierzystej redakcji. Przynajmniej mnie taki wyścig nigdy nie interesował.

 

Odpowiadając na pytanie czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich, to odpowiem, że nie wyobrażam sobie życia społecznego bez dziennikarzy, zarówno tych z mediów świeckich, jak i katolickich.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz „Niedzieli”

Redakcja w smartfonie – MIROSŁAW USIDUS o warsztacie współczesnego dziennikarza

Jeśli zawód dziennikarsko-redaktorski ma przyszłość, w co niektórzy wątpią, to w pewnością jego przyszłością nie jest kurczowe trzymanie się modelu „ja tylko piszę” lub „tylko mówię do sitka” a reszta mnie nie obchodzi.

 

Ogólny opis umiejętności, który niżej przedstawiam, kiedyś nazwano by zapewne „ABC dziennikarza cyfrowego” lub „Vademecum redaktora internetu”. Dziś jednak nie powinno się już mówić o dziennikarstwie w mediach cyfrowych jako o czymś odrębnym, oddzielnej specjalności czy nawet zawodzie, co się przed laty zdarzało. Teraz są to kompetencje, które posiadać powinien, a wręcz musi, każdy dziennikarz myślący o karierze w jakimkolwiek rodzaju mediów. Pracodawcy medialnemu nie można dziś powiedzieć – „internet mnie nie interesuje”, to znaczy – pewnie można, ale wówczas pracodawca przestanie się interesować współpracą z nami.

 

Wskazuję więc i sygnalizuję dziedziny i kompetencje, w których w dobie cyfrowych mediów wypadałoby się trochę rozwinąć, jeśli do tej pory się nie rozwinęliśmy. Nie zapominając oczywiście o istocie zawodu dziennikarskiego. Nadal chodzi w nim o przekazywanie prawdziwych informacji, obiektywne relacjonowanie i wyjaśnianie rzeczywistości.

 

W ogóle – lepiej, w szczególe – gorzej

 

Najpierw jednak o tym, jak to wygląda na świecieInternational Center for Journalists  (ICFJ) przeprowadziło jesienią 2017 r. pierwsze w historii globalne badanie na temat wykorzystania technologii cyfrowych w mediach informacyjnych na całym świecie. Badanie State of Technology in Global Newsrooms objęło ponad 2200 pracowników newsroomów ze 130 krajów.  Jego wyniki pokazały, że pracownicy redakcji najlepiej mają opanowane takie umiejętności jak ogólną umiejętność pracy w cyfrowych mediach (50 proc.) i wykorzystanie w pracy wielu różnych platform publikacji – 47 proc. Im bardziej badacze wchodzili w pytania o kompetencje szczegółowe, tym ankietowani wypadali słabiej. Jedynie jedna piąta z nich opanowała jakieś techniki analityki danych użytkowników mediów. Na podobnym poziomie jest znajomość systemów zarządzania treścią (CMS). Jeszcze słabiej wypadali badani w dziedzinie wizualizowania danych i treści.

 

Badania analityczne czytelników i użytkowników są jak widać zaniedbywane przez przedstawicieli mediów. Niesłusznie, bo nie jest to bynajmniej sprawa „tych od reklamy i marketingu”. Wiedza o odbiorcach ich pracy jest dla dziennikarzy bezcenna, stanowi jedną z podstawowych różnic w ich pracy dawniej i dziś, pozwala poznawać przez czytelników swoje własne umiejętności, uczyć się i doskonalić pod każdym względem. Z omawianych badań wynika, że, jeśli w ogóle zajmują się już analityką, to pracownicy redakcji na świecie skupiają się głównie na prostych odsłonach stron (50 proc.), mniejszą uwagę zwracając np. na dane demograficzne (30 proc.), konwersję (26 proc.), czas spędzony na stronie (25 proc.) i w niewielkim tylko stopniu na poziomie odrzuceń (16 proc.) i zaangażowania (12 proc.).

 

Społeczności: źródło i interakcja

 

Z badań ICFJ wynikało m. in., że połowa ankietowanych publikuje w mediach społecznościowych i używa narzędzi cyfrowych do weryfikowania informacji. Nieco mniej (44 proc.) używa tych narzędzi do promocji własnej pracy. Ciekawe były odpowiedzi na pytanie, z których z internetowych i innych cyfrowych mediów korzystają zbierając informacje do swoich materiałów. Okazało się, że prawie 90 proc. respondentów korzysta z Facebooka, 77 proc. – z Twittera, 73 proc. – z emaila, mniej zaś wykorzystuje wyszukiwarki – 65 proc.

 

Jak wiadomo w nowoczesnych mediach cyfrowych równie ważna jak zbieranie informacji i publikacja jest interakcja z czytelnikami, widzami i słuchaczami, dotycząca publikowanych treści lub służąca do zbierania informacji. Z badania wynika, że 90 proc. przedstawicieli mediów używa do tego platform social media. Inne formy są kilka razy mniej popularne.

 

Interesujące są odpowiedzi dotyczące stosowanych przez ludzi mediów zabezpieczeń komunikacji, co w niektórych sytuacjach może mieć duże znaczenie, np. dla ochrony źródeł. Okazało się, że ok. jedna piąta używa szyfrowania emaili i rozmów telefonicznych. Jeśli to liczba odzwierciedlająca świadomość problemu, to mało. Jednak być może wcale niemało, jeśli wziąć pod uwagę, że tylko część dziennikarzy ma realnie takie potrzeby.

 

Bez względu na to, czy myślimy o nich jako o komunikacji prywatnej czy profesjonalnej, media społecznościowe mogą być zarówno dobrym źródłem informacji, także tej ogólnej o nastrojach, jak też niezłym sposobem na wypromowanie tego co tworzymy i w końcu samego siebie.

 

Dziś wiele wiadomości znanych jest wcześniej w sieciach społecznościowych niż w jakichkolwiek mediach tradycyjnych. Rozprzestrzeniają się jak pożar, a dziennikarz nie ma nawet szansy ścigać się z tą pożogą na szybkość newsa. Jego atutem jest profesjonalizm, umiejętność spojrzenia na całość, syntezy i przede wszystkim weryfikacji społecznościowych sensacji

 

Ograniczenia szansą dla kreatywności

 

Optymalizacja w wyszukiwarkach internetowych (SEO) – rzecz, o której większość pracowników mediów słyszała, niektórzy poznali temat głębiej, dzięki firmowym szkoleniom i własnej ciekawości. Jest to, mówiąc w skrócie proces wpływania na widoczność strony internetowych w bezpłatnych wynikach w wyszukiwarce internetowej, takiej jak Google. Wprawdzie ta firma niewątpliwie chce dostarczać swoim użytkownikom informacji najwyższej jakości, jednak trzeba pamiętać, że nie działa to „z urzędu”. Mechanizm wyszukiwawczy oparty jest na maszynowym algorytmie i w ostrej konkurencji może wygrać nie ten kto ma „obiektywnie” wartościowe treści, lecz ten kto lepiej rozumie ów algorytm i potrafi odpowiednio przygotować (zoptymalizować) swoje strony pod jego kątem.

 

Ze względu na silną konkurencję, koncepcja ta jest teraz ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Po wybraniu słowa kluczowego, musimy zoptymalizować treść naszego artykułu tak, aby umieścić go jak najlepiej. Czym dokładnie jest słowo kluczowe? Krótko mówiąc, będzie to główny temat, na którym będzie rozwijana nasza historia.

 

Każdy napisany przez dziennikarza artykuł ma temat – to oczywistość. Każdy temat można wyrazić jednym lub kilkoma słowami–kluczami . Jednak, jeśli myślisz o SEO to pomyśl nie tyle o dowolnym, jakie przychodzi ci do głowy, lecz o takim słowie kluczowym, którego używają ludzie w wyszukiwarce do znalezienia treści o tematyce, której dotyczy twój materiał.  Warto bezsprzecznie przeprowadzić ni mniej ni więcej tylko badanie słów kluczowych związanych z tematem. Jest do tego darmowe narzędzie – Google Keyword Planner (wymaga formalnie założenia konto w usłudze Google AdWords). Służy ono najogólniej mówiąc do sprawdzania, czy nasze pomysły na słowa/frazy kluczowe są rzeczywiście tym czego szukają użytkownicy wyszukiwarki. Jeśli okazuje się, że szukają według innego choć podobnego klucza, nie należy trzymać się pierwotnej koncepcji, tylko skorzystać z hasła rzeczywiście używanego.

 

W kolejnych krokach trzeba pamiętać o regułach korzystania ze słów kluczowych, bo wcale nie ma tu dowolności.

 

Nie wchodząc z kwestie techniczne, czyli HTML i znaczniki w kodzie strony, ogólna zasada jest taka, że najważniejsze słowo/fraza klucz, po której wyszukiwany ma być nasz artykuł, wpisujemy do tytułu tekstu in corpore. Nie mówmy, że się nie da. To, moim zdaniem, nie ograniczenie kreatywności, lecz szansa na jej rozwinięcie.

 

Słowo lub słowa kluczowe należy zawrzeć również w pierwszych zdaniach artykułu (pierwsze 100 słów). Potem w tekście również należy ich używać, ale bez przesady i nadmiaru. Algorytmy wyszukiwarkowe są bardziej subtelne niż myślisz i stronę z namolnym powielanie słów kluczowych mogą łatwo uznać za spam. Jeśli używamy gradacji tytuły-podtytuły, śródtytuły to warto korzystać w nich z kluczy, ale nie powtarzać tych samych haseł.

 

Systemy zarządzania treścią na stronach często oferują różne pola tzw. meta-opisu, czyli np. tagi lub alternatywne tytuły zdjęć, których normalnie na stronie nie widać, ale widzą je mechanizmy wyszukiwarek. Nie należy ich lekceważyć. Wpisując je jednak ciągle trzeba pamiętać o zawieraniu słowach kluczowych.

 

Pisząc o słowach kluczowych warto dodać, że wliczamy do nich również całe frazy, składające się z dwóch lub więcej wyrazów. Jeśli są to popularne i wyszukiwane zbitki np. „spór o sądy w Polsce”, to ich wykorzystanie we wszystkich opisanych wyżej elementach zwiększa szanse w wyszukiwarkach.

 

Krótko o linkach internetowych, bo to ogromny i wcale nieprosty temat. Walczymy o odsyłacze do naszych materiałów ze stron wysoko pozycjonowanych w wyszukiwarkach. Dziś już właściwie nie ma „dawania” linków za darmo. Jest to obszar marketingu i biznesu. Dziennikarz powinien o tym wiedzieć.  Jeśli chce odesłać do jakiegoś dobrego źródła, to niech to lepiej będzie strona non-profit typu Wikipedia, a nie konkurencyjne medium czy firma, aby nie przyszli do niego z pretensjami ludzie z działu marketingu. Linkując do materiałów wewnątrz własnego serwisu internetowego, należy używać nie całego adresu http://www.nasza-strona.pl/inny-artykul/, lecz tzw. linku względnego „./inny-artykul/”. Jak to dokładnie robić na pewno wyjaśni administrator strony.

 

Można zauważyć, że np. Google od wielu lat stara się w swoich algorytmach odejść od czysto technicznego podejścia na rzecz jakości treści. Zwiększa to szanse tych, którzy są niekoniecznie biegli w „mechanice” internetu, potrafią natomiast przygotowywać oryginalne i ciekawe treści. Pamiętajmy więc o kilku podstawowych regułach. Piszmy dobre, niepowtarzalne teksty i powinno być OK.  Jeśli zawartość jest poprawna gramatycznie, co tez powinno być atutem profesjonalistów, to będzie to sygnał jakości dla wyszukiwarek.

 

Tworzenie historii multimedialnych

 

Nie miejsce tu na kurs wideo-reporterski, naukę obsługi sprzętu oraz oprogramowania do edycji i montażu. Najważniejsze jest to, by pamiętać, że treści audio i wideo stają się w nowoczesnych mediach cyfrowych nieodrodnym elementem konstrukcji materiału dziennikarskiego, opowieści (ang. storytelling). To samo dotyczy treści pochodzących z internetu, np. z mediów społecznościowych. Materiał reporterski epoki cyfrowej zawiera różnorodność elementów: zdjęcia, filmy, cytaty z Twittera, infografiki, czasem rozbudowane prezentacje interaktywne. Czasem sam materiał jest właściwie złożoną prezentacją, z dobrze przemyślanym zamysłem graficznym, różnorodnością wykorzystanych środków wyrazu. W takich kreatywnych formach specjalizują się np. BBC, „National Geographic”, „New York Times”.

 

Nic jednak na siłę. Nie każda historia będzie jednak koniecznie potrzebowała komponentów wideo lub audio. Podejmowanie decyzji, które artykuły warto wzbogacać o multimedia i o jakie multimedia to kolejna istotna umiejętność cyfrowego dziennikarstwa. Nie różni się ona co do zasady od roboty redakcyjnej starego typu, w której tez ceniona była kreatywność i szerokie spojrzenie. W nowych mediach postuluje się po prostu szerszy wachlarz środków. Redakcja serwisu tytułu prasowego sięga po coś więcej niż zdjęcia, rysunki i infografiki. Redakcja telewizyjna zaczyna myśleć o czymś poza obrazem i dźwiękiem. Redakcja radiowa też patrzy szerzej itd.

 

Wielu doświadczonych praktyków z powodzeniem stosuje to podejście od lat. Babak Dehghanpisheh, korespondent „Newsweeka”, który obszernie relacjonował wydarzenia z Iraku, Iranu i Afganistanu,  zasłynął interaktywnymi grafikami i mapami, które dokładnie wyjaśniały sytuację na terenach objętych walkami. Otwarte na innowacje media idą jeszcze dalej. Niedawno ogromne wrażenie na publiczności zrobiła opracowana przez serwis gazety „San Francisco Chronicle” interaktywna multimedialna „gra” pozwalająca użytkownikom wczuć się w kryzys, z jakim zmaga się miasto jeśli chodzi o zaopatrzenie w wodę.

 

Obecnie wcale nie trzeba zatrudniać do tworzenia interaktywnych wizualizacji prezentacji zatrudniać sztabu specjalistów grafików i informatyków. Istnieją gotowe narzędzia, z których można skorzystać w interaktywnym storytellingu, np.  Sliderocket czy Thinglink. Do tworzenia rozbudowanych infografik mogą posłużyć Easel.ly, Visual.ly, Datawrapper,  Infogr.am, Tableau Public, Chartbuilder lub Raw. A w przypadku dużych i bardziej złożonych zasobów danych można sięgnąć po oprogramowanie do mapowania i wizualizowania danych, takie jak Carto lub Fusion Tables Google’a.

 

Jak samemu zacząć

 

Zagalopowaliśmy się w zaawansowane umiejętności i programy. Tymczasem niektórym, może nawet większości, potrzebne jest coś bardziej podstawowego, coś co wprowadzi ich w świat cyfrowo-internetowych umiejętności. Jest kilka narzędzi, które są łatwo dostępne i każdemu, kto ma chęć nauki, pozwalają poczynić pierwsze kroki. Można oczywiście skorzystać ze specjalnych szkoleń, ale prawdę mówiąc poniższe narzędzia te są tak proste w obsłudze, że „same uczą.”

 

Wspominałem wcześniej o narzędziach analitycznych i analizie odbiorców jako kluczowej umiejętności. Darmową i najbardziej znaną techniką w tej dziedzinie jest Google Analytics. To kopalnia wiedzy. Przede wszystkim pozwala piszącemu i wydawcy ocenić, co działa, a co nie. Czy istnieją pewne rodzaje tematów, które przyciągają więcej czytelników lub oglądających? Jaka sieć społecznościowa dostarcza najwięcej odwiedzających? Które słowa kluczowe dają najlepsze efekty w wyszukiwarce. Analytics oferuje znacznie więcej danych i funkcji niż przeciętny dziennikarz i wydawca potrzebuje. Korzystamy po prostu z tego co jest nam potrzebne i uczymy się wyciągać oprawne wnioski.

 

Narzędziem, które pozwala dowiedzieć się czym jest i na czym polega internetowy system zarządzania treścią jest WordPress, najczęściej używany CMS na świecie. Edytor wizualny sprawia, że stosunkowo łatwo jest dodawać, edytować i usuwać treści. Program ma tryby uczące, pełno dodatkowej literatury wyjaśniająco-poradniczej. Warto nie tylko dlatego, że często stykamy się tą platformą, pracując w Internecie, ale również łatwiej nam po jakim takim opanowaniu WordPressa podejść do innych rozwiązań.

 

Kolejna łatwo dostępną bramą do cyfrowego dziennikarstwa może być… smartfon. Może nie każdy sobie to uświadamia, ale współczesne telefony mają wszystkie funkcje, których potrzebuje dziennikarz. Maszyna ta może być dyktafonem, kamerą do nagrywania, ale również stacją do nadawania audio i wideo na żywo. Można za jego pomocą pisać i publikować treści, być w kontakcie z sieciami społecznościowymi, dyskutować, angażować publiczność. Można za pomocą smartfona przeprowadzić telekonferencyjne kolegium redakcyjne z demonstracjami, z udziałem wielu osób w wielu miejscach.

 

W ogóle, choć może to kontrowersyjnie i trochę dziwnie zabrzmi, dziennikarz, który bez wielkiego bólu i strat w wydajności pracy potrafi przenieść swój warsztat do smartfona, z wszystkimi wcześniej opisywanymi elementami, pisaniem bez błędów, optymalizacją SEO, elementami multimedialnego storytellingu, obsługą CMS-a i analityki stron, zaangażowaniem w social media, jest kwintesencją opisanych wyżej kompetencji, nowoczesnym cyfrowym dziennikarzem pełną gębą.

 

Dlaczego? Dlatego, że jego odbiorcy, czytelnicy i widzowie, bez problemu potrafią zamknąć większość swojej prywatnej i zawodowej aktywności w tym niewielkim urządzeniu. Wypada więc co najmniej dorównywać kompetencjami potencjalnym adresatom naszej pracy.

 

Mirosław Usidus

Wojtek –  dziennikarza ekonomicznego „Rzeczpospolitej” wspomina ROBERT AZEMBSKI

W nocy z 27 na 28 października w wypadku samochodowym pod Mszczonowem zginął Wojciech Romański, wieloletni dziennikarz i redaktor, profesjonalista w każdym calu i bardzo dobry człowiek.    

 

Wojtkiem poznaliśmy się w „starym i dobrym” Businessman Magazine, gdy pomagałem mu w sekretariacie redakcji, redagując przy tym dodatki finansowe oraz regionalne. Były to burzliwe i twórcze lata 90. ubiegłego wieku. W głowach nam wszystkim szumiało od szalonych pomysłów i  ciekawych inicjatyw. Wojtek mawiał wówczas, że reprezentuje „redaktorski styl” , tj. przyjmuje każdy tekst osnuty na dobrym, wciągającym czytelnika pomyśle, nawet gdy wymagał on sporej jeszcze  redakcji. Wolał już sam się tym zająć, nadając artykułom właściwy sznyt i styl. Wpadał na różne zabawne pomysły. Był taki moment, gdy wybierałem się do Szkocji, do dalekiego kuzyna, mieszkającego w zamku na wyspie Skye,  z którym to kuzynem wcześniej, nota bene, nie utrzymywałem kontaktów. Ponieważ kuzyn ten należał do szkockiej arystokracji, Wojtek podsunął pomysł, by wystosować do niego odpowiednio napuszony list, który pomógł mi zredagować… w staroangielszczyźnie. Chciał, bym napisał reportaż z tego wyjazdu. Oczywiście, jak zwykle, przyłożył  „mocną” rękę do jego ostatecznego kształtu.

 

Sam pisał i komentował doskonale, z ogromną swobodą.  Bardzo chętnie poruszał swoje ulubione tematy motoryzacyjne. Był wielkim pasjonatem aut, dostawał wiele zaproszeń od dealerów samochodowych na wyjazdowe study tour’s, testując najnowsze modele. Gdy któregoś razu nie mógł z jakiegoś powodu wyjechać, nie wyrzucił zaproszenia do kosza. Zaproponował bym go zastąpił i przetestował w Pirenejach najnowszy wówczas model Jaguara. Dla mnie, dziennikarza ekonomiczno-finansowego było to duże i niezapomniane przeżycie.

 

Potem nasze drogi redakcyjne rozeszły się. Ilekroć jednak mieliśmy  kontakt, także gdy zamawiał u mnie jakiś artykuł, ostatnio do „Rzeczpospolitej”, kontakt ten był tak samo żywy, jakby nie mijały lata. Wojtek był zawsze opanowany i ciepło zdystansowany wobec świata. Skłonny do żartowania. Wymagał dużo od siebie i nieco mniej od innych. Umiał wybaczyć błąd, właściwie podkręcić tekst, dać autorowi –  zwanemu przez niego nieco ironicznie „pisarzem” –  cenną wskazówkę na przyszłość. Z przeciwności losu, których doświadczył w swoim życiu niemało, potrafił wydobyć dobre rzeczy, wykazując  empatię i starając się pomóc każdemu, kto pomocy potrzebował.

 

Będzie mi Ciebie brakowało Wojtku. Szkoda, że mimo planów, nie udało się nam ostatnio spotkać. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się tam, dokąd się udałeś.

 

Robert  Azembski               

„Nie dajmy się wciągnąć w pułapkę postprawdy”. Dziennikarze na Jasnej Górze

26 października po raz siódmy odbyła się Ogólnopolska Pielgrzymka Dziennikarzy na Jasną Górę, zorganizowana przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.  Uczestniczyło w niej blisko 80 osób.

 

Mszy Św. w kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej przewodniczył abp. Wacław Depo, metropolita częstochowski i przewodniczący Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu.

 

 – My przychodzimy tutaj, jako grupa stanowa, wspólnotowa, aby tak, jak nam podpowiada hasło tegorocznej pielgrzymki, okazać wzajemna troskę o siebie, która łączy się z odpowiedzialnością. A odpowiedzialność musi już być bardzo osobista, bo dzisiaj zbyt dużo słyszymy w zamieszaniu politycznym, społecznym czy międzynarodowym, że odpowiedzialność jest zbiorowa, która nie jest żadną odpowiedzialnością, bo gdzieś są ukryte te czy inne motywy działania, a później skutki tych działań są bardzo tragiczne dla ludzi – podkreślił abp. Depo w homilii.

 

Dziennikarzom szczególnie potrzebny  jest dar odwagi, męstwa i odpowiedzialności za to, co stanowi treść medialnych przekazów podkreślał  arcybiskup.

 

– Ewangelia Jezusa Chrystusa jest dla nas światłem dla ludzkiego rozumu i jest źródłem sensu naszej codziennej egzystencji. Ale człowiek jest wolny. Jesteśmy dramatycznie wolni. Można rozpoznawać prawdę i nie tylko się z nią rozminąć, ale skazać ją na śmierć, tak jak w przypadku Piłata – kontynuował arcybiskup. – Czy współczesnemu człowiekowi nie grozi zaćmienie sumień? Czy mamy prawidłowe pojęcie sumienia? Zbyt wiele znaków wskazuje na to, że w naszych czasach takie zaćmienie istnieje. To sumienie stanowi o wewnętrznej godności człowieka, a zarazem o jego stosunku do Boga – przypomniał arcybiskup słowa św. Jana Pawła II z adhortacji apostolskiej o pokucie i pojednaniu.

 

Abp Depo przytoczył również wypowiedziane w 1991 r. w Olsztynie słowa Papieża Polaka, który zauważył, iż zdarza się, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, aby uzasadnić swoje kłamstwa. – Te słowa Jana Pawła II nie tylko powracają, ale one wprost oskarżają nas i podkreślają: nie dajmy się wciągnąć w pułapkę jakiejkolwiek postprawdy i posthumanizmu bez Boga – dodał arcybiskup.

 

Odnosząc się do czasów współczesnych abp Depo wskazał na dwa, jak sam to określił „bolesne przykłady przerzucenia odpowiedzialności osobistej w sumieniu na tak zwane pola poprawności politycznej”. – Prezydium Konferencji Episkopatu Polski przypomina w każdym ze swoich listów – przypomina również posłom i senatorom – o poszanowaniu wolności sumienia w sprawie uchronienia życia osób i dzieci z wadami genetycznymi. To wynika z prawa Bożego i prawa ludzkiego; to nie jest tylko sprawa konfesyjna, wyznaniowa – służyć życiu w każdym wymiarze – mówił abp Depo. Z kolei wobec sprzeciwu na procedurę in vitro bardzo wyraźnie podkreślamy – również w oparciu o światła rozumu, czyli światła nauki współczesnej i medycyny, a nie tylko wiary i moralności – że nie można zrównywać pragnienia posiadania dziecka z niszczeniem poczętego życia tzw. ponadliczbowych zarodków – kontynuował metropolita częstochowski i z bólem zauważył, że Organizacja Narodów Zjednoczonych wpisała prawo do aborcji i antykoncepcji w prawa człowieka. – Czyli śmierć i cywilizacja śmierci jest prawem człowieka. A wiemy, że poza Bogiem nie ma życia – jest tylko śmierć – ocenił arcybiskup Depo.

 

Wskazując dziennikarzom na poczucie odpowiedzialności za siebie i wszystkich tych, którym służą podkreślił, że „kroczenie po trudnych drogach współczesności wymaga zarówno wysiłku rozumu, jak i serca”. – Chcemy prosić o odwagę wiary i świadectwo, aby nie ulec powiewom mody, oszustwa, liberalizmu i postępującej sekularyzacji, która oddziela człowieka od Boga. Nie lękajmy się jakiejkolwiek formy zaproponowanych nam wojen kulturowo-światopoglądowych – zakończył abp Depo zawierzając dziennikarzy Matce Bożej.

Po Mszy św.  odbyło się spotkanie dyskusyjne. W imieniu SDP głos zabrała Jolanta Hajdasz, wiceprezes Stowarzyszenia, dyrektor CMWP SDP.

 

– Pielgrzymka to refleksja nad wyzwaniami, przed jakimi każdego dnia stajemy wykonując zawód dziennikarza  – powiedziała Jolanta Hajdasz.

 

– Znamy sądy 24-godzinne, ale my, dziennikarze, pracujemy już w sądach  24- sekundowych, gdzie publikując w Internecie , na facebooku, twitterze, czy w całodobowej telewizji musimy błyskawicznie wydawać wyroki, o tym czy ktoś lub coś jest godne pochwały, czy wręcz przeciwnie, czy „lubię to” , czy też nie. Coraz bardziej jest więc nam potrzebna refleksja nad kryteriami tych ocen  –  dodała  wiceprezes SDP .

Tematem przewodnim tegorocznej pielgrzymki dziennikarzy było hasło: „Wzajemna troska i odpowiedzialność – kapłan, dziennikarz”. W tym roku  uczestnicy pielgrzymki mieli także niecodzienną okazję zwiedzania najstarszej części biblioteki Ojców Paulinów, gdzie znajdują się niezwykle cenne księgi i dokumenty Jasnej Góry .  Ta część  jasnogórskiego klasztoru jest na co dzień niedostępna dla  zwiedzających. Uczestników dziennikarskiej pielgrzymki oprowadził po niej o. Andrzej Grad OSPPE, dyrektor Radia Jasna Góra.

 

 

 

Fot.: B. Dobrzyńska, A. Kaczorowska