Prezydent Andrzej Duda zawetował „lex TVN”

Odmawiam podpisanie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji i kieruję ją do Sejmu do ponownego rozpatrzenia – ogłosił w poniedziałek, 27 grudnia prezydent RP Andrzej Duda.

 

Prezydent w wystąpieniu, podczas którego poinformował o swojej decyzji przyznał, że mając poważnie zastrzeżenia do przepisów nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, rozważał dwa scenariusze – skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego oraz zwrócenie do Sejmu do ponownego rozpatrzenia.

 

Jednym z argumentów, który skłonił Andrzeja Dudę do zawetowania nowych przepisów, była kwestia umowy międzynarodowej – o wzajemnych stosunkach gospodarczych i handlowych z USA.

 

– Rozważałem również te najważniejsze normy konstytucyjne. Po pierwsze kwestia ochrony prawa własności, po drugie kwestia ochrony zasady swobody działalności gospodarczej – podkreślił prezydent.

 

Dodał, że podejmując decyzję, brał również pod uwagę kwestie pluralizmu medialnego i wolności słowa oraz opinię znacznej części społeczeństwa, która uznawała tę sprawę za jątrzącą i otwierającą kolejny, niepotrzebny spór.

 

Prezydent podkreślił, że jest zwolennikiem ograniczenia posiadania udziałów w podmiotach medialnych przez kapitał zagraniczny.  – Właściwe w każdym demokratycznym kraju takie ograniczenia są – mówił Andrzej Duda. –  Jako prezydent podzielam opinie, że takie ograniczenia powinny zostać wprowadzone, ale powinny zostać wprowadzone na przyszłość.

 

Nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji mającą na celu uszczelnienie i uściślenie obowiązujących od 2004 r. przepisów, które mówią o tym, że właścicielem telewizji czy radia działających na podstawie polskich koncesji mogą być podmioty z udziałem zagranicznym, pozaeuropejskim nieprzekraczającym 49 proc, Sejm przyjął 17 grudnia, odrzucając wcześniejsze veto Senatu (pisaliśmy o tym TUTAJ). Nowe przepisy nazwane zostały powszechnie „lex TVN” ponieważ zdaniem krytyków uderzały one głównie w stację TVN. Przeciwko nowelizacji w wielu miastach Polski odbyły się demonstracje (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

Zmiany, które wprowadzała nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, popierało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (stanowisko TUTAJ).

 

opr. jka, źródła: Twitter/Kancelaria Prezydenta RP, polskieradio24.pl

 

KS. ARTUR STOPKA: Między Norwidem a BanBye.pl

Próby tworzenia alternatyw dla YouTube czy Facebooka nie powinny zaskakiwać. Nie ma w tym nic dziwnego, że niezadowoleni z funkcjonowania jakiejś firmy czy źródła usług, postanawiają sami stworzyć przedsięwzięcie spełniające ich potrzeby i oczekiwania. Problem jednak w tym, jakie są ich faktyczne intencje.

 

Kto nigdy nie prowadził w internecie przedsięwzięcia umożliwiającego użytkownikom umieszczanie własnych treści (choćby najprostszego forum czy nawet  zwykłego serwisu/bloga z możliwością komentowania zawartych w nim materiałów), może nie zdawać sobie sprawy, jakie pułapki czyhają w tego typu działalności.

 

Może też nie mieć świadomości, że istnieje ogromna różnica między wolnością słowa a wolnością upowszechnienia tego, co komuś akurat przyjdzie do głowy. A co najważniejsze, może nie zdawać sobie sprawy, że wolność jako jedyna zasada, wokół której tego typu sieciowe dzieło jest konstruowane, rychło okazuje się daleko niewystarczająca. Bez prawdy i miłości staje się samowolą, która niejednokrotnie prowadzi do krzywdy.

 

Alternatywa dla giganta

 

Może nie wiedzieć jeszcze jednego: z udostępnianiem innym przestrzeni na ich przekaz i ułatwiających go narzędzi wiąże się odpowiedzialność. Nie tylko wobec stanowionego przez ludzi prawa. O wiele ważniejsza jest odpowiedzialność moralna.

 

Dlatego prawdopodobnie wielu nie ma pojęcia, przed jakimi wyzwaniami stoją twórcy otwartej w połowie grudnia polskiej platformy streamingowej pod adresem BanBye.pl. Według założeń ma ona być alternatywą dla YouTube, światowego giganta, który mnóstwo wysiłku wkłada w moderowanie zawartości swoich serwerów, wskutek czego pewien typ treści ma coraz mniejsze szanse, by się tam pojawić. Coraz intensywniej banowani twórcy usuwanych przez administratorów YT materiałów uważają takie praktyki za przejaw cenzury i dławienie wolności. Właśnie dla nich i dla ich odbiorców przeznaczony jest nowy serwis streamingowy. Mówiąc skrótowo, to miejsce dla tych, którzy nie odnajdują się w tzw. mainstreamie. Ani jako nadawcy, ani jako konsumenci kontentu.

 

YouTube, czyli…

 

Nie wiadomo, czy o wymiennych wyżej kwestiach myśleli Jawed Karim, Chad Hurley, Steve Chen, gdy w lutym 2005 roku zakładali serwis internetowy umożliwiający zupełnie im nieznanym ludziom bezpłatne umieszczanie materiałów wideo? Wiadomo, że globalny sukces zmusił jego właścicieli do wprowadzenia i stanowczego przestrzegania kolejnych zasad regulujących jego funkcjonowanie. Reguł dotyczących także upublicznianych w ich serwisie treści.

 

Wiadomo natomiast, że nazwali swoje przedsięwzięcie YouTube. Można tę nazwę tłumaczyć na wiele sposobów, ale najbardziej adekwatny wydaje się przekład „Ty nadajesz”. Na tym polega istota rzeczy w tego typu serwisach streamingowych. Ich założyciele mówią potencjalnym autorom filmów: „Dajemy ci możliwość kreowania własnego przekazu i dotarcia z nim do innych”. A oglądającym sygnalizują: „Możecie oglądać treści, których być może nigdzie indziej nie znajdziecie”.

 

Szatniarz nie odpowiada?

 

Nie można jednak zapominać, że każdy, kto zechce z tej możliwości skorzystać, robi to, mówiąc obrazowo, „na ich podwórku”. Użytkownik dodający jakieś materiały nie staje się gospodarzem, który za udostępniane treści ponosi wyłączną odpowiedzialność. Ponosi ją również dysponent serwisu. Umożliwia przecież rozprzestrzenianie przekazu. Ma go na swoich serwerach. Pozwala, by miały do niego dostęp miliony internautów. Nie może naśladować szatniarzy z filmu „Miś”, którzy umieścili tabliczkę „Za garderobę i rzeczy pozostawione w szatni szatniarz nie odpowiada”.

 

Nazwa nowego polskiego serwisu streamingowego niesie zupełnie inny komunikat, niż nazwa światowego lidera w tej branży. Sugeruje, że użytkownik z powodu zamieszczanych treści nie zostanie „zbanowany”, nie będzie pozbawiony możliwości korzystania z proponowanej mu internetowej usługi, a materiały, które wrzuci na serwery, nigdy nie przestaną być dostępne dla odbiorców. Biorąc treść domeny całkowicie serio, można by się spodziewać, że nie spotka to nigdy i nikogo. Wystarczy jednak zajrzeć do regulaminu platformy, aby odkryć, że wielokrotnie jest w nim mowa o blokowaniu, a nawet usuwaniu zamieszczonych przez użytkowników treści. Co prawda „Administrator zobowiązuje się, że z własnej inicjatywy nie będzie usuwać, blokować, ograniczać widoczności treści umieszczanych przez Twórców”, ale od razu dodaje: „z zastrzeżeniem sytuacji szczególnych wynikających z Regulaminu”.

 

Zasady na podwórku

 

Nic w tym dziwnego. Byłoby całkowicie nieodpowiedzialne, gdyby właściciel nowego serwisu streamingowego puścił wszystko „na żywioł” i nie zagwarantował sobie możliwości moderowania dostarczanych przez użytkowników treści. Nawet największy miłośnik wolności, kierując się zdrowym rozsądkiem, nie pozwoli, aby wpuszczeni na jego podwórko ludzie nie przestrzegali żadnych zasad. Błyskawicznie straciłby kontrolę nad swoją własnością. Co więcej, mógłby zostać zmuszony do ponoszenia odpowiedzialności za wybryki i ekscesy użytkowników należącej do niego przestrzeni.

 

Pierwsi komentatorzy nowego sieciowego przedsięwzięcia na polskim gruncie wskazują, że w przeciwieństwie do Albicli, innej inicjatywy, pomyślanej jako „wolnościowa” alternatywa dla mainstreamowego Facebooka, BanBye.pl od strony technicznej nie budzi większych zastrzeżeń. Czy wobec tego można ją uznać za sukces? Na tego typu oceny jest jeszcze o wiele za wcześnie. Nie jest wykluczone, że wzorowane na spektakularnym globalnym dziele przedsięwzięcie osiągnie powodzenie.

 

Idea stojąca w tle

 

Warto jednak zastanowić się nad ideą stojącą w tle, zarówno BanBye.pl, jak i Albicli i podobnych inicjatyw również w innych miejscach na ziemskim globie. Ich twórcy odwołują się do wolności, oburzeni sposobem funkcjonowania największych światowych graczy. Twierdzą, że tworzą swe serwisy w obronie wolności słowa. Czy rzeczywiście?

 

Już Cyprian Kamil Norwid zwracał uwagę, że istnieje ogromna różnica między wolnością słowa i „wolnością mówienia”. Jego myśl kontynuował św. Jan Paweł II we wciąż mało znanej, a nabierającej z upływem czasu niebywałej aktualności, homilii wygłoszonej w Olsztynie 6 czerwca 1991 r. Papież Polak powiedział wprost, że wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa.

 

Nie wystarczy samo mówienie

 

Nasz rodak na na Stolicy Piotrowej wyjaśnił, że niewiele daje wolność mówienia, jeśli wypowiadane słowo nie jest wolne. „Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych – dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami” – precyzował. Ostrzegał, że niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko. Mówił też, że nie wystarczy nawet samo mówienie prawdy. „Prawda zostaje poniżona także wówczas, gdy nie ma w niej miłości do niej samej i do człowieka” – podkreślał.

 

Analizując takie inicjatywy, jak BanBye.pl, trudno uciec od pytania, czy faktycznie chodzi w nich o wolność słowa, czy też tylko o wolność wypowiedzi i możliwość obecności pewnych treści w przestrzeni publicznej. Odpowiedź przyniesie przyszłość tego rodzaju dzieł. I nie chodzi w niej wcale o miarę popularności serwisu, liczbę użytkowników i skalę odniesionego komercyjnego sukcesu.

 

Fabryki śrubek – ŁUKASZ WARZECHA o związkach zawodowych w mediach

Nigdy, nawet w najtrudniejszych momentach dziennikarskiej kariery z punktu widzenia pracownika mediów, nie zapisałem się do związku zawodowego. Inna sprawa, że takich momentów zbyt wiele nie było. W zasadzie był tylko jeden – okres zmierzchu dziennika „Życie”, kiedy to na wypłatę przychodziło czekać po dwa miesiące albo więcej, a kierownictwo nieustannie mamiło, że to już za momencik, za chwileczkę. I tak aż do upadku gazety. O ile wiem, związek zawodowy, który tam wówczas powstał, i tak niczego nie wywalczył.

 

Moja niechęć do zapisania się do związku zawodowego miała kilka przyczyn. Pierwsza była ideowa: do związków zawodowych mam stosunek w najwyższym stopniu nieufny, w większości wypadków uważam, że bardziej szkodzą niż pomagają, a regulacje ustawowe sprawiają, że dla pracodawcy mogą być prawdziwym koszmarem. Jako liberał zapisanie się do związku zawodowego uznałbym za absolutną ostateczność. Prędzej chyba wstąpiłbym do Kościoła pastora Chojeckiego.

 

Po drugie – przez całe życie z pracodawcami, a właściwie zleceniodawcami łączą mnie relacje cywilnoprawne i uważam to za sytuację bardzo korzystną. Nigdy nie potrzebowałem etatu i nie było moim marzeniem podleganie kodeksowi pracy. Związki zawodowe zaś są przede wszystkim dla pracowników sensu stricto, a więc dla osób związanych z pracodawcą stosunkiem pracy. Jako współpracownik licznych mediów, ceniłem sobie swobodę, jaką daje taka sytuacja. Rozumiem jednak, że dla wielu nie byłoby to rozwiązanie komfortowe.

 

Po trzecie – nie wierzyłem w skuteczność związków zawodowych, ale przyznaję, że moje doświadczenie jest tutaj bardzo ograniczone. Czym innym jest projekt powołania związku zawodowego w niewielkiej redakcji, a czym innym w dużej firmie, która rządzi się regułami korporacyjnymi.

 

Stąd informacja o tym, że w TVN powstał pierwszy związek zawodowy, budzi we mnie bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony wiem, że wielkie korporacje medialne mają tendencję do tego, żeby redakcje, które im podlegają, traktować jak fabryki śrubek, podczas gdy media mają jednak swoją specyficzną naturę, którą należy szanować, żeby dobrze działały. Oczywiście trzeba tu znaleźć kompromis, bo właściciel ma przecież prawo oczekiwać, że dane medium będzie przynosić zyski.

 

Z drugiej strony związki zawodowe mają immanentną skłonność do wyszukiwania spraw, które wcale nie muszą być problematyczne, ale walcząc z którym będą uzasadniały swoje istnienie. Gdy w dodatku czytam, że związek zawodowy w TVN jest agendą Związkowej Alternatywy, kierowanej przez Piotra Szumlewicza, który jako dziennikarz dał się poznać jako fanatyczny wręcz lewicowiec, moja nieufność rośnie. Dla ludzi takich jak Szumlewicz walka z korporacjami może być sposobem na promocję samych siebie bardziej niż wynikać z potrzeby związkowców.

 

Załóżmy jednak, że rzeczywiście w firmie wielkości TVN, w Agorze, TVP czy Polsacie związki zawodowe mają jakiś sens. Choćby dlatego, że ułatwiają wyłonienie reprezentacji do rozmów z zarządami, podejmującymi często decyzje w oderwaniu od panujących „na dole realiów”. W mediach państwowych związki mogą mieć i to dodatkowe uzasadnienie, że pozwalają skuteczniej walczyć z naciskami politycznymi, a czasami pozwalają ochronić niepokornych pracowników przed zwolnieniem właśnie z przyczyn politycznych. Jednak w mniejszych mediach to już przerost formy nad treścią. Poza tym korporacyjne molochy medialne, jakkolwiek będą nadal istnieć i dominować swoimi pieniędzmi i siłą organizacji, nie są już jedynymi ważnymi aktorami. Druga strona medialnego świata to niezliczone dziennikarskie drobne inicjatywy, bazujące na całkowitej niezależności, pracy na własny rachunek, na kanałach internetowych, produkcji podcastów i podobnych technologiach. Tam związki zawodowe są kompletnie bez sensu. I nie powiem, żeby mnie to martwiło.

 

Łukasz Warzecha

Marszałek Senatu Tomasz Grodzki przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Pierwsza rozprawa

21 grudnia br. w warszawskim Sądzie Rejonowym odbyła się rozprawa karna, na której otwarto przewód sądowy w sprawie z oskarżenia prywatnego prof. Tomasza Grodzkiego wobec red. Tomasza Sakiewicza. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP.

 

Marszałek Senatu oskarża redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” o pomówienia i narażanie na utratę zaufania społecznego poprzez publikowanie na swoim profilu Twitter, a także w mediach Strefy Wolnego Słowa wypowiedzi kłamliwych i krzywdzących dla Tomasza Grodzkiego. Redaktor Tomasz Sakiewicz wielokrotnie odnosił się bowiem do głośnej afery korupcyjnej z udziałem Tomasza Grodzkiego – który jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie miał (jak twierdzi Prokuratura) od swoich pacjentów i ich rodzin przyjmować pieniądze za świadczone tam usługi – nazywając go m. in. zwykłym łapówkarzem. Marszałek Senatu zaprzecza jakimkolwiek zarzutom dotyczącym czerpania nielegalnych korzyści majątkowych. 22 marca 2021 r. do Senatu trafił  wniosek  Prokuratury Regionalnej w Szczecinie o uchylenie immunitetu Marszałka Grodzkiego. Wg  prokuratury Tomasz Grodzki w latach 2006-12 jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie brał pieniądze od pacjentów, których miał operować. Prokuratura zamierza postawić Tomaszowi Grodzkiemu cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Senat RP do tej pory nie zajął się sprawą uchylenia immunitetu Marszałka Tomasza Grodzkiego.

 

21 grudnia br. podczas niejawnej rozprawy  został odczytany akt oskarżenia. Na tym etapie sprawy red. Tomasz Sakiewicz odmówił złożenia wyjaśnień. Kolejna rozprawa odbędzie się 1 marca 2022 r.  Naczelny GP zadeklarował, iż będzie starał się o to, by sprawa została odtajniona.

 

W tym samym dniu odbyła się sprawa cywilna z powództwa stacji TVN, która domaga się od red. Sakiewicza sprostowania w związku z publikacją tygodnika „Gazeta Polska” z 10 listopada 2010 r. Chodzi o okładkę ukazującą twarze paru osób publicznych w towarzystwie logotypów wybranych ugrupowań oraz mediów – wśród nich TVN. Grafika odwołuje się do wystąpień przeciw wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 r. i została opatrzona podpisem „oni roznieśli zarazę i śmierć”. Z powodu tego, że obie rozprawy odbywały się w bardzo bliskiej odległości czasowej od siebie, a miały miejsce w dwóch różnych sądach na terenie Warszawy, naczelny GP nie był w stanie wziąć udziału w obu posiedzeniach. Mimo to sąd nie przychylił się do złożonej przez dziennikarza prośby o przełożenie terminu posiedzenia w postępowaniu cywilnym. Ze względu na obowiązek osobistego stawiennictwa na rozprawie karnej, Sakiewicz zrezygnował z obecności na rozprawie z TVN. Został on tym samym pozbawiony możliwości zabrania głosu jako pozwany.

 

W tej samej sprawie wystąpił już przeciw red. Sakiewiczowi poseł Platformy Obywatelskiej Borys Budka (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

Zawiadomienie o objęciu tej sprawy  monitoringiem CMWP SDP jest TUTAJ.

 

 

 

Dziennikarze na granicy polsko-białoruskiej. Relacja CMWP SDP

Ponad 100 dziennikarzy  uczestniczyło do tej pory w wyjazdach z funkcjonariuszami Straży Granicznej w strefę pasa przygranicznego Polski i Białorusi, a Kancelaria Prezesa Rady Ministrów wydała ponad 140 dziennikarskich akredytacji.  Informacje te CMWP SDP uzyskało od Straży Granicznej i  z Biura Prasowego KPRM po skierowaniu pytań do tych instytucji  po dwóch tygodniach  obowiązywania znowelizowanej ustawy o ochronie granicy. Ze względów bezpieczeństwa dziennikarze nadal nie mogą swobodnie pracować na tym terenie,  warunki pracy, jakie dla nich przygotowano  umożliwiają  jednak przygotowanie prostych materiałów informacyjnych i reporterskich. Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP uczestniczyła w wyjeździe akredytowanych dziennikarzy  na granicę z Białorusią 16 grudnia.

  

CMWP SDP na akredytację czekało około tydzień, podobnie jak  inni uczestnicy wyjazdu tego dnia –  red. Agnieszka Jędrzejczak  z TVP 3 Łódź , która wraz z operatorem Stanisławem Ścieszką przygotowywała relacje dla TVP Info oraz red. Michał Bruszewski z Tygodnika „Solidarność” . Jedynie red. Martyna Bielska  z  Onetu na wyjazd na granicę czekała ponad 2 tygodnie, pierwsze wnioski o akredytację wysłała zaraz po 1 grudnia.  Kapitan Krystyna Jakimik Jarosz  z  referatu prasowego Podlaskiego  Oddziału  Straży Granicznej, która towarzyszyła dziennikarzom podczas tego wyjazdu wyjaśniała tę sytuację  liczbą napływających  do SG zgłoszeń , codziennie jest ich kilka, kilkanaście , a Straż Graniczna stara się organizować te wyjazdy ze względów logistycznych dla około 7 osób dziennie . Najczęściej są to grupy łączone dla dziennikarzy różnych mediów – prasy, radia, telewizji czy internetu. W dniu, w którym CMWP SDP uczestniczyło w takim wyjeździe , dziennikarze byli na placówce  SG w Szudziałowie, Czeremsze, Krynkach, Jurowlanach, Minkowcach i Usnarzu Górnym.

 

Scenariusze każdego takiego dziennikarskiego wyjazdu są podobne: dziennikarze oglądają wskazany przez SG  posterunek żołnierzy w odległości 15 m od ogrodzenia z koncertiny, rozmawiają z wybranym patrolem strażników granicznych, starają się rozmawiać z mieszkańcami przygranicznych wsi, choć z oczywistych względów nie jest to proste, odbywa się przecież pod okiem strażników i żołnierzy.  16 grudnia dziennikarze zostali także przewiezieni na miejsce byłego obozowiska migrantów w Usnarzu Górnym, pokazano im także miejsca forsowania granicy i sposoby jej patrolowania.

 

Do tej pory w takich wyjazdach nie uczestniczyli dziennikarze mediów zagranicznych ze względu na to, iż podlegają oni bardziej szczegółowej i wnikliwej weryfikacji niż dziennikarze z Polski. Jak poinformował przedstawiciel biura prasowego KPRM wpłynęły już wnioski o akredytację  dziennikarzy  m.in. z AP i  ZDF oraz z mediów m.in.  Danii i Finlandii,  one mają być udzielone w pierwszej kolejności.

 

Reportaż Martyny Bielskiej z Onetu z w/opisywanego wyjazdu jest TUTAJ.

 

Przygotowane dla dziennikarzy i działające od 3 grudnia Centrum  Prasowe zlokalizowane jest w Popławcach, w miejscowości leżącej między Kuźnicą, a Sokółką. Centrum jest przygotowane do prowadzenia konferencji prasowych , wyposażone jest w sprzęt do streamingu i  wi-fi oraz podstawowe zaplecze socjalne (kuchenka, toaleta).  Z Centrum może korzystać każdy dziennikarz, który ma akredytację KPRM, można ją uzyskać pisząc na adres [email protected] . Zgłoszenia dziennikarzy polskich rozpatrywane są w ciągu doby.  Akredytacja KPRM nie upoważnia jednak do wyjazdu na granicę z funkcjonariuszami  Straży Granicznej, tę trzeba uzyskać poprzez zgłoszenie mailem na adres: [email protected] .

 

Na mocy  znowelizowanej  ustawy o ochronie granicy od 1 grudnia 2021 r. do 1 marca 2022 r. obowiązuje zakaz przebywania w 183  miejscowościach i w pasie przygranicznym z Białorusią. Zakaz ten obejmuje 115 miejscowości w województwie podlaskim i 68 w lubelskim.  Dziennikarze  mogą tam pracować na podstawie akredytacji,  za organizację wizyt mediów na granicy z Białorusią (dalej zwanej „wizytą”) odpowiada Straż Graniczna.

 

Wyjazd CMWP SDP na granicę z Białorusią w ramach dziennikarskiej akredytacji jest wstępem do opracowania przez Centrum Raportu na temat pracy dziennikarzy  w czasie trwania wojny hybrydowej na wschodniej granicy naszego kraju.

 

Fotorelację w wyjazdu można obejrzeć TUTAJ.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Liberalny stan wojenny”

W grudniu mamy bolesne rocznice, wśród nich najważniejszą. W 40 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce znowu słyszeliśmy w liberalnych i lewicowych mediach, że nie był on wcale taki zbrodniczy i zły, a wprowadzający go Jaruzelski to polski patriota. Szczęśliwie, coraz mniej Polaków – jak wynika z sondaży – „kupuje” te manipulacje medialne.

 

Przypominają się słowa płk Adama Mazguły sprzed kilku lat o „kulturalnym” stanie wojennym: „Oczywiście były tam jakieś bijatyki, jakieś ścieżki zdrowia, ale generalnie jednak dochowano jakiejś kultury w tym całym zdarzeniu” – mówił podczas protestu przeciwko zniesieniu przywilejów emerytalnych, związanych z pracą w aparacie represji PRL.

 

Kilkanaście dni temu w programie Anity Gargas „Magazyn śledczy” w TVP zobaczyliśmy, jak podobne rzeczy głosi… Adam Michnik. 20 lat temu Michnik przyszedł podchmielony do Jaruzelskiego i twierdził, że stan wojenny to „najbardziej liberalny zamach stanu w dziejach świata”. 40 ofiar – twierdził naczelny „Gazety Wyborczej”. 14 – skorygował Jaruzelski. Już sama licytacja była obrzydliwa. Tym bardziej, że miała miejsce dokładnie w rocznicę – w nocy z 12 na 13 grudnia 2001 roku. Chwilę wcześniej skończyła się przed willą towarzysza generała przy ul. Ikara na warszawskim Mokotowie uroczystość ofiary stanu wojennego upamiętniająca.

 

Wiemy tymczasem, że powstała po 1989 roku komisja Rokity ustaliła ok. 100 ofiar. Problem w tym, że komisja prac nie zakończyła, ale bez pomyłki możemy powiedzieć, że przy dalszych badaniach liczby wzrastałyby, a nie malały.

 

Dalej w swoim miłosnym uniesieniu Michnik nazwał Jaruzelskiego polskim patriotą. W programie „O co chodzi” w TVP Info spytałem dr Karola Nawrockiego, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej: Jeśli Jaruzelski jest patriotą, bohaterem, to kim są jego ofiary, ofiary stanu wojennego, ludzie Solidarności, górnicy zamordowani w kopalni „Wujek” – zdrajcami? Szef IPN przyznał, że przyjmując taką perspektywę, tak właśnie trzeba by powiedzieć.

 

Ale czy to wszystko powinno nas w ogóle dziwić? Czy to dziwne, że przy Okrągłym Stole spotykają się:

 

Wojciech Jaruzelski, który urodził się w patriotycznej, ziemiańskiej, religijnej rodzinie, a potem zdradził – został komunistą.

 

Adam Michnik, który urodził się w komunistycznej rodzinie i został rewizjonistą – chciał reformować komunizm.

 

Po materiale Anity Gargas Michnika broniła jego „Gazeta Wyborcza”, onet.pl. TVN 24. Te wszystkie lewicowo-liberalne media pomijały meritum rozmowy MichnikJaruzelski, przekierowując uwagę na temat poboczny: skąd autorka reportażu miała nagrania? Dziennikarze szczęśliwie mają prawo do ochrony źródeł informacji (o czym „oburzone” redakcje powinny wiedzieć). A skądinąd wiadomo, że nagrania miały trafić za Ocean, sprzedane za ciężkie z pewnością pieniądze do amerykańskiego Instytutu Hoovera, tylko na Okęciu przejęli je pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej.

 

Wzruszający był komentarz dziennikarza „GW” Wojciecha Czuchnowskiego, który w rozmowie z Wirtualną Polską stwierdził, że Michnik zawsze broni tych, którzy są aktualnie słabsi. Czyli w 2001 roku słaby był Jaruzelski? Czyżby? To klasyczne odwracanie pojęć: dobra i zła, bohatera i zdrajcy, ofiary i kata.

 

Prezydent Andrzej Duda w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL na Rakowieckiej przywrócił właściwą perspektywę: „w 40 rocznicę trzeba nie tylko mówić, ale krzyczeć, że Jaruzelski był zwykłym tchórzem i zdrajcą”. Znamienne, że odpowiedział na to były prezydent Bronisław Komorowski, który zganił obecną głowę państwa: „trzeba mieć trochę umiaru i kultury”, „nie wypada się dzisiaj ścigać na nienawiść”. Czyli powiedzenie prawdy to brak kultury? Czyli Komorowski popiera pogląd Michnika?

 

Lewicowo-liberalne media nie widzą też niczego nagannego w tym, że sędzia stanu wojennego Józef Iwulski, skazujący w owym czasie polskich niepodległościowców pod dyktando komunistycznych władz, nadal pracuje w Sądzie Najwyższym, a nawet jest prezesem Izby Pracy Ubezpieczeń Społecznych SN. Dzieje się tak, mimo iż na wniosek IPN, Izba Dyscyplinarna SN zawiesiła Iwulskiego. Miał być ścigany, a orzeka…

 

Ale niesmaku i żenady jeszcze nie dosyć. W stacji TVN ten, kto lubi „wolne media” mógł obejrzeć rozmowę dziennikarza Konrada Piaseckiego z… Jerzym Urbanem. Goebbels stanu wojennego opowiadał, że Jaruzelskiw razie radzieckiej interwencji palnie sobie w łeb”. Czyli to nie żadna junta wojskowa, żaden związek przestępczy o charakterze zbrojnym, tylko grono patriotów.

 

Jeszcze portal onet.pl., który stan wojenny uczcił tekstem pod tytułem: „Mówili o nim <<dyktator>>. W domu milczał i brał kieszonkowe od żony. Tajemnice rodziny Jaruzelskich”. Całej historii miłości Wojciecha do Barbary, wybaczą Państwo, nie będę przytaczał, tylko początek materiału: „Gdy się poznali, ona była artystką wojskowego zespołu pieśni i tańca, a on pułkownikiem. Choć przeżyli ze sobą ponad 50 lat, różnili się jak ogień i woda. <<Moi rodzice – trudno wyobrazić sobie parę, która by bardziej do siebie nie pasowała>> – kwituje Monika, jedyne dziecko Barbary i Wojciecha Jaruzelskich. Gdy generał wprowadził w Polsce stan wojenny, jego żona i córka musiały mierzyć się z łatką <<rodziny dyktatora… Barbara nie chciała być oceniana przez pryzmat działań męża. Monika z kolei próbowała łagodzić napiętą sytuację wśród rówieśników”. No i mamy prawdziwe ofiary stanu wojennego. Co tam jacyś zabici górnicy, co tam zamordowani księża.

 

W tym roku „Gazeta Wyborcza”, TVN 24 i onet.pl przebiły „Trybunę”, czy „Przegląd”.

 

Ale to wszystko już było. W 2016 roku Jolanta Kwaśniewska powiedziała w wywiadzie dla Wirtualnej Polski o stanie wojennym: „To był dla wszystkich Polaków, ale także dla nas, bardzo trudny czas. Nie pracowałam, mojemu mężowi zamknęli redakcję „ITD”, w której był redaktorem naczelnym, i zostaliśmy bez środków do życia. Mieszkaliśmy w 30-metrowej kawalerce. Mieliśmy płytki PCV i pusty dom z dwoma materacami na podłodze i sznurkiem, na którym wisiały nasze rzeczy. Reszta była w pudłach (…) Jak przyszedł stan wojenny, to nie wiedziałam nawet, co się dzieje u naszych rodziców. To było trudne i traumatyczne doświadczenie”. Powtórzmy: Co tam jacyś zabici górnicy, co tam zamordowani księża.

 

A co małżonek Aleksander Kwaśniewski mówił w 2014 roku nad grobem Jaruzelskiego (niestety na Powązkach Wojskowych)? Pamiętamy? „To patriota najwyższej próby. Wybrał mniejsze zło, chroniąc nas przed obcą interwencją albo domową bratobójczą wojną”.

 

Na koniec coś bardziej współczesnego. Henryka Krzywonos, w czasach PRL motornicza z Gdańska, która niedawno zapisała się do Platformy Obywatelskiej, wyznaje „Wprost”: „Od stanu wyjątkowego do stanu wojennego jest tylko jeden krok. To już zaczyna się dziać”.

 

Ale skoro stan wojenny był złem tylko mniejszym, „zdarzeniem kulturalnym”, „zamachem stanu najbardziej liberalnym”, to przecież nie mamy się czego obawiać.

 

Wracając do sondaży. 47 proc. badanych źle ocenia decyzję o wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego w Polsce; dobrze ocenia ją 27 proc. respondentów – wynika z opublikowanego 12 grudnia 2021 roku sondażu Social Changes dla portalu wPolityce. W przypadku Jaruzelskiego drugi sondaż pokazał 43 proc. ocen złych do 26 proc. dobrych. I tak trzymać!

 

Tadeusz Płużański

Wsparcie CMWP SDP dla nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji

CMWP SDP popiera zmiany w ustawie z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji, przewidziane w projekcie nowelizacji w/w ustawy, których celem jest doprecyzowanie regulacji umożliwiających przeciwdziałanie przejęciu kontroli nad nadawcami radiowymi i telewizyjnymi przez podmioty spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).  Znowelizowane przepisy przewidują, iż koncesję na nadawanie na terenie Polski może uzyskać osoba zagraniczna, mająca siedzibę w jednym z państw Europejskiego Obszaru Gospodarczego pod warunkiem, że nie jest ona zależna od osoby zagranicznej, której siedziba znajduje się w państwie niebędącym państwem członkowskim EOG. Przyjęte  17 grudnia b.r. przez Sejm RP  regulacje mają wykluczyć możliwość zależności bezpośredniej lub pośredniej koncesjonariuszy od podmiotów zagranicznych, niebędących członkami EOG, przez co  w skuteczniejszy niż obecnie sposób będą chronić  strukturę rynku medialnego w Polsce. Zapewni to skuteczniejszą realizację celów ustawy, która w obecnym kształcie pozwala na obejście prawa, dopuszczając możliwość uzyskania koncesji przez podmioty zagraniczne spoza EOG, także te uważane za potencjalnie niebezpieczne dla interesu państwowego.

 

Obecnie obowiązujące uregulowania w/w ustawy (dalej: „Ustawa”) nie gwarantują transparentności własnościowej na rynku mediów elektronicznych oraz umożliwiają obchodzenie przepisów podczas zmian właścicielskich w spółkach medialnych, nadających programy na podstawie koncesji radiowych i telewizyjnych. Wynika to z faktu, iż normy prawne tej ustawy dotyczące udzielenia koncesji dla spółek z udziałem tzw. osób zagranicznych uwzględniają jedynie formalną, a nie rzeczywistą strukturę kapitałową tych podmiotów. Jako przykład wskazać można art. 35 ust. 2 pkt 1 ustawy, zgodnie z którym koncesja dla spółki z udziałem osób zagranicznych może być udzielona, jeżeli udział kapitałowy osób zagranicznych w spółce lub udział osób zagranicznych w kapitale zakładowym spółki nie przekracza 49%. CMWP SDP zwraca uwagę, iż przepis ograniczający wysokość kapitału zagranicznego w mediach, które działają na podstawie koncesji, istnieje od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, ale jest on nieprecyzyjny i łatwy do obejścia, bowiem mimo pewnych obostrzeń w nim zawartych, daje jednak możliwość, aby osoby zagraniczne spoza EOG wywierały kluczowy wpływ na zarządzanie spółką – koncesjonariuszem. Wydaje się, że jest to sprzeczne z intencją ustawodawcy, według której koncesjonariusz nie tylko powinien być podmiotem zlokalizowanym w krajach EOG, ale przede wszystkim powinien być realnie zarządzany przez właściciela mającego siedzibę w EOG. Innymi słowy, obecnie przepisy ustawy są nieszczelne i przez to anachroniczne. Ocena struktury kapitałowej spółki powinna bowiem obejmować realny, a nie czysto formalny obszar jej zarządzania. Ograniczanie analizy sytuacji podmiotu do stanu formalnego, bez zrozumienia, kto jest jego realnym właścicielem (decydentem), prowadzi do wniosków sprzecznych z rzeczywistością rynkową.

 

Projektowana nowelizacja wychodzi naprzeciw temu problemowi. W ocenie CMWP SDP proponowane zmiany nie naruszają zasady wolności słowa, a ich celem jest jedynie ochrona rynku medialnego przed przejmowaniem kontroli nad nadawcami przez podmioty spoza EOG (w praktyce – spoza Unii Europejskiej), a więc również z państw mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa Polskiego.  CMWP SDP wielokrotnie wskazywało na zagrożenia związane z niekontrolowaną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, dlatego też projektowaną nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji postrzega jako szansę na poprawę tej sytuacji.

 

CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę red. Tomasza Sakiewicza z powództwa Tomasza Grodzkiego

W związku z pozwem wniesionym przez  Tomasza Grodzkiego reprezentowanego przez adwokata Jacka Dubois przeciwko redaktorowi Tomaszowi Sakiewiczowi  o przestępstwo określone w artykule 212 & 1 k.k. w związku z art. 212 & 2 k.k.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło tę sprawę  monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy.Według oceny CMWP, w niniejszej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw red. Tomasza Sakiewicza.  Pierwsza rozprawa w tej sprawie zaplanowana jest na 21 grudnia br.

 

W związku z powyższym CMWP rozważa przedstawienie opinii w charakterze amicus curiae, która stanowi formułę wyrażenia przez organizację pozarządową opinii jako tzw. „opinii przyjaciela sądu”, gdy jest to uzasadnione celami tej organizacji oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności. W przypadku wydania opinii zostanie ona niezwłocznie przekazana tut. Sądowi. Na obecnym etapie CMWP prowadzi monitoring sprawy, zgodnie z przepisami prawa oraz ze wskazanymi wyżej celami i kryteriami.

 

Redaktor Tomasz Sakiewicz został oskarżony przez  Marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego o to, iż  6 stycznia 2020 r. za pośrednictwem portalu społecznościowego Twitter miał go pomówić  o postępowanie i właściwości, które mogły go poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania niezbędnego dla Marszałka Senatu RP. Chodzi o wpis: Platforma już głupiej nie potrafi bronić Grodzkiego niż twierdzić, iż ktoś przekupuje świadków. Są ich dziesiątki, o łapówkach wiedziały setki osób. A Grodzki jeszcze będzie miał sprawę o fałszywe zawiadomienie. Druga wypowiedź, która stała się przyczyną niniejszego pozwu to  wypowiedź red. Tomasza Sakiewicza w programie TV Republika 10 stycznia 2020 r.:  Kiedy ktoś, kto jest po prostu zwykłym łapówkarzem porównuje siebie, a ponosi konsekwencje ohydnej, po prostu ohydnej działalności, no to tylko poziom tej ohydy rośnie. Nic więcej nie da się w tej sprawie powiedzieć, to po prostu obrzydliwy facet. 

 

22 marca 2021 r. do Senatu trafił  wniosek  Prokuratury Regionalnej w Szczecinie o uchylenie immunitetu Marszałka Grodzkiego. Wg  prokuratury Tomasz Grodzki w latach 2006-12 jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie brał pieniądze od pacjentów, których miał operować. Sprawa zaczęła się od wpisu prof. Agnieszki Popieli, pracownika naukowego Uniwersytetu Szczecińskiego , która w listopadzie 2019 r. napisała na swoim profilu na Facebooku: „Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę”. Sprawę opisały media , m.in. Radio Szczecin i  tygodnik „Gazeta Polska”.

 

Prokuratura zamierza postawić „Tomaszowi Grodzkiemu” cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Jak wynika z ustaleń śledztwa, korzyści majątkowe w postaci pieniędzy w złotówkach i dolarach – w wysokości od 1500 do 7000 zł – lekarz przyjmował w kopertach. W zamian zobowiązywał się do osobistego przeprowadzenia operacji lub ich szybkiego wykonania, a także do zapewnienia dobrej opieki lekarskiej.

 

W toku postępowania przygotowawczego ustalono, że w marcu 2012 r. Tomasz Grodzki przyjął 7 000 zł od żony starszego mężczyzny chorującego na nowotwór za osobiste przeprowadzenie operacji. We wrześniu 2009 r. Tomasz Grodzki zażądał od pacjenta za przyspieszenie operacji kwoty 10 000 zł. Pacjent przed operacją przekazał lekarzowi 3 000 złotych i 500 dolarów. Do zapłaty pozostałej części nie doszło, ponieważ po operacji u pacjenta wystąpiły komplikacje zdrowotne i lekarz nie upomniał się o drugą transzę pieniędzy. Z materiału dowodowego wynika również, że w marcu 2009 r. Tomasz Grodzki przyjmując innego pacjenta w prywatnym gabinecie miał poinformować go, że może osobiście operować w publicznym szpitalu w zamian za korzyść majątkową. Podczas kolejnej wizyty pacjent przekazał lekarzowi kopertę z 2000 zł w zamian za osobiste przeprowadzenie zabiegu operacyjnego przez Tomasza Grodzkiego. Miał on też przyjąć w maju 2006 roku korzyść majątkową w wysokości 1500 zł od syna jednego z pacjentów w zamian za zapewnienie mu dobrej opieki.

 

Z zeznań świadków wynika, że na oddziale szpitalnym wiedza o tym, że doktor Grodzki przyjmuje łapówki była powszechna. Panowało również przekonanie, że uiszczenie łapówki jest konieczne, aby pacjent był dobrze leczony. W toku postępowania prokuratura przesłuchała 15 świadków spośród pacjentów hospitalizowanych na oddziale kierowanym przez Tomasza Grodzkiego oraz członków ich rodzin, według których lekarz przyjmował od nich korzyści majątkowe także przed 2006 rokiem. Przestępstwa te uległy przedawnieniu, ale zeznania są ważnym dowodem dla oceny wiarygodności świadków, którzy zeznawali na okoliczność zdarzeń objętych zarzutami.

 

Komunikat Prokuratury: TUTAJ.

 

Senat RP do tej pory nie zajął się sprawą uchylenia immunitetu Marszałka Tomasza Grodzkiego.

 

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Cięcie kosztów

Także w gazetach lokalnych kiedyś było lepiej, zwłaszcza finansowo. Ile się zarabiało? U mnie, czyli w „Wiadomościach Wrzesińskich”, jakieś dziesięć lat temu dziennikarze zarabiali nieźle, oczywiście ci najlepsi, czyli najwydajniejsi. Na rękę wyciągali 4-5, a zdarzało się i 6 tysięcy, co jak na gazetę lokalną było dużo. Dodam, że w najlepszych latach „WW” w 75-tysięcznym powiecie wrzesińskim, gdzie się ukazują od 1990, miały nakład 11.650 egzemplarzy, przy sprzedaży około 10.500 tygodniowo. Mój tygodnik trafiał do prawie każdego mieszkania i był obowiązkowym zakupem w każdy piątek.

 

Mieliśmy też wysokie wpływy z ogłoszeń drobnych i reklam, głównie lokalnych przedsiębiorstw. Uśredniając te wpływy, bo występowała tu sezonowość – w lipcu i sierpniu oraz w styczniu było nieco mniej – miesięczny utarg biura ogłoszeń to około 140 tysięcy netto. Specyfiką rynku wrzesińskiego było to, że klienci sami przychodzili do nas, pracownicy biura ogłoszeń nie musieli latać po mieście i namawiać do dania reklamy, nie byliśmy nachalni, co klientom bardzo się podobało, bo mieli już dość różnych akwizytorów z „najlepszymi na rynku ofertami”. W związku z tym pracownicy biura nie byli tymi, którzy zarabiali najwięcej.

 

Ile wówczas zarabiałem ja, jako jedyny właściciel gazety? Szczerze mówiąc, a ja zawsze mówię szczerze – nie wiem. Dużo. W porywach kilkadziesiąt tysięcy złotych. Miesięcznie. Precyzyjne obliczenie mojego zarobku, a właściwie zysku, było trudne, ponieważ prowadziłem „jednoosobową działalność gospodarczą osoby fizycznej”, więc pieniądze firmowe i osobiste były w banku na jednym koncie. Poza tym, prawie wszystko, co zarobiłem na „Wiadomościach Wrzesińskich” inwestowałem w inne przedsięwzięcia biznesowe, które niestety nie przyniosły mi spodziewanych zysków. Studnią bez dna okazała się przede wszystkim drukarnia offsetowa, którą założyłem w 1993 roku. Szło dobrze tylko przez pierwsze lata, kiedy drukowaliśmy naszą gazetę oraz kilka innych tygodników lokalnych z okolicy. Potem, gdy niedaleko nas powstały drukarnie „Gazety Wyborczej”, „Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Poznańskiej” i „Rzeczypospolitej”, przestało się opłacać drukowanie niskonakładowych gazet lokalnych w drukarni arkuszowej. Duże przedsiębiorstwa poligraficzne spostrzegły, że swoje tytuły to one drukują zaledwie przez kilka godzin, a przecież doba ma 24 godziny, więc zaczęły zabiegać nawet o takich małych klientów jak my. W końcu sami przenieśliśmy się do jednej z nich. Drugą studnią bez dna okazał się również ogólnopolskie pismo artystyczne „Kwartalnik Fotografia”, które wydawałem w latach 2000-2013. Cały czas musiałem do niego dokładać, chociaż co roku wmawiałem sobie, że następny rok to już na pewno będzie nad kreską. Niestety, taki rok nie nadszedł i trzeba było tytuł zamknąć. Chociaż więc na gazecie lokalnej zarabiałem nieźle, to znaczną część tego zysku pochłaniały marzenia artystyczne, które aczkolwiek piękne, to okazały się być bardzo kosztowne…

 

Jak wygląda dzisiaj sytuacja finansowa w gazetach lokalnych? Od roku nie jestem już wydawcą „WW”, więc nie mam aktualnych danych, ale na podstawie rozmów z koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych (otrzymałem członkostwo honorowe SGL), a także z obserwacji rynku widzę, że dane sprzed dziesięciu lat, które podałem na początku tego tekstu, trzeba podzielić mniej więcej przez dwa. Mój tygodnik (dzisiaj ma nakład 5650 egz.) należał do tych większych, więc miał relatywnie łatwiej od mniejszych, więc i dzisiaj zapewne ma trochę lepszą sytuację. Spadki nakładów i wpływów reklamowych przyszły do gazet lokalnych z paroletnim opóźnieniem, ale też przyszły. Podobnie jak w dużych gazetach, prywatne tygodniki powiatowe też szukają swojego sposobu na dalsze trwanie, tną koszty, przede wszystkim ludzkie, szukając jednocześnie sposobów na zwiększenie wpływów „z internetu”. Póki co, nikt nie upadł, a do SGL przychodzą nowe tytuły.

Czy Polska jest republiką bananową? – opinie o „lex TVN”

Sejm RP w piątek przegłosował nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji. Zmiany w prawie potocznie nazywane są „lex TVN”. Nowe przepisy teraz czekają na podpis Prezydenta Andrzeja Dudy.

 

Teresa Bochwic, wiceprzewodnicząca KRRiT

 

Jeżeli przepisy tzw. lex TVN wejdą w życie, to uporządkują wątpliwości i system własnościowy zawarty w istniejącej ustawie, ale zburzony przez dodatkowy przepis, który pojawił się w 2004 r. Wolałabym, żeby program TVN nieco się zmienił, ale nikt spółce nie przeszkadza, aby tak ułożyć sprawy własnościowe, że program pozostanie zgodny z planami spółki. Chodzi jedynie o przeniesienie własności do Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Nie widzę podstaw do obaw, że po wejściu w życie nowych przepisów stacja TVN zostanie zlikwidowana. Nie wyobrażam sobie w jakim trybie mogłoby do tego dojść. Chyba, że w trybie rozmaitych kar, wezwań i odebrania koncesji. A na to się nie zanosi. Jeżeli chodzi o koncesję stacji TVN7, która wygasa w lutym, to jeżeli ustawa wejdzie w życie, zostanie ona automatycznie, zależnie od sytuacji, przedłużona o 6 czy 7 miesięcy. Po uporządkowaniu stanu własnościowego stacji zostanie udzielona nowa koncesja.

 

 

Marcin Wolski, publicysta, pisarz

 

Okaże się czy tzw. lex TVN wejdą w życie. Wszystko zależy od podpisu prezydenta. Dużo również zależy od działań TVN. Wystarczy sprzedać kilka akcji i zastosować sprawę deregulacji. To jest najprostsze rozwiązanie. Do zamknięcia stacji droga jest bardzo daleka.

Dla mnie sprawa Lex TVN jest drugorzędna. Ważniejszy jest cały pakiet spraw, które chce wprowadzić rząd, włącznie z reformą wymiaru sprawiedliwości. Wprowadzenie tych wszystkich rozwiązań jest uzależnione od determinacji rządu. Zobaczymy na ile zapowiedzi wprowadzenia tych rozwiązań to prężenie muskułów, a na ile chęć przeprowadzenia swoich zamiarów.

Lex TVN w żaden sposób nie zagraża wolności słowa. Nie chodzi o niszczenie wolnych mediów, o czym głośno krzyczą niektóre portale publikujące teksty w żałobnych ramkach. Przecież nic nie grozi telewizji Polsat. Jeżeli są nawet pewne zagrożenia, nic nie stoi na przeszkodzie, aby TVN częściowo zmienił status właścicielski. Przecież w przepisach jest wyraźnie powiedziane, że nie ma mowy o tym, żeby np. Orlen kupił TVN.

Bardziej boję się zagrożenia wolności słowa ze strony wielkich portali, które są w stanie zablokować konto prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Nie wszystko mi się podoba w aktualnej polityce informacyjnej, ale zgadzam się ze słowami jednego z braci Karnowskich, który powiedział, że jeżeli strona przeciwna narzuciła stan wojny, trudno się dziwić, że po stronie propaństwowej widać pewne zwarcie szeregów.

 

 

Jan Ordyński, wiceprezes Towarzystwa Dziennikarskiego

 

Konsekwencje wejścia w życie Lex TVN są negatywne. To przede wszystkim zamknięcie ostatniej stacji telewizyjnej niezależnej od władzy i przekazującej obywatelom prawdziwe informacje.

Władzy zależy na polsatyzacji TVN. Polsat jest obecnie bardzo ugrzeczniony w stosunku do władzy. Kaczyńskiemu zależy, żeby przynajmniej to samo osiągnąć z TVN. Chodzi o to, żeby nie było żadnej krytyki, żeby nie docierały do społeczeństwa informacje niewygodne dla władzy.

Dodałbym do tego jeszcze konsekwencje międzynarodowe. Jesteśmy już skonfliktowani z UE, Czechami, Białorusią, Rosją, ze wszystkimi, którzy nas otaczają. Teraz kropka nad i zostanie postawiona w stosunkach z obecną administracją Stanów Zjednoczonych. Nieodpowiedzialne działania Kaczyńskiego źle wróżą nie tylko stacji TVN, ale przede wszystkim Polsce.

 

 

Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz TVP

 

Powinny istnieć regulacje dotyczące wpływów zagranicznego kapitału na media krajowe. Takie rozwiązania prawne istnieją w wielu krajach zachodnich. Nie dziwi mnie, że podjęto taką próbę również w Polsce. Jeszcze nie wiemy co ostatecznie stanie się z tą ustawą. Prezydent nie wyraża jasnego stanowiska wobec przepisów.

Nie traktowałbym tego rozwiązania jako zamachu na jakiekolwiek media, ale próbę regulacji czegoś, co dawno powinno zostać uregulowane.

 

 

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny portalu Salon24

 

Czyli ta awantura jest o to, że w Polsce ma być takie prawo właścicielskie w mediach jakie od dawna obowiązuje w Europie? Nie no, hańba! Tym Polakom to się w głowach miesza! Na to zgody nie ma i nie będzie!

Źródło: Twitter

 

 

 

 

 

Jacek Liziniewicz, dziennikarz tygodnika „Gazeta Polska”

 

Dobrze, że TVN24 zajęty jest sam sobą, bo inaczej podawałby za białoruskimi mediami informacje o tym, że żołnierze zakopują masowo migrantów.

Źródło: Twitter.

 

 

 

 

 

 

Grzegorz Kuczyński

 

Czyli jak zamkną TVN, to Biden wywali Polskę z NATO?

Źródło: Twitter

 

 

Joanna Lichocka, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu, była dziennikarka

 

Bezprecedensowy atak na polskie państwo i niedopuszczalne groźby wobec polskiego prezydenta. Ten biznes zdaje się sądzić, że Polska to jakaś republika bananowa. Nie, to jest państwo,w którym prawa trzeba przestrzegać a nie omijać. Praworządność – to sobie Panie i Panowie powtarzajcie.

Źródło: Twitter

 

 

 

Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”

 

Można ostrożnie powiedzieć, że tak jeszcze niedawno głoszona narracja opozycji „PiS stracił większość parlamentarną” nie znalazła dziś potwierdzenia. (…) Jakby tak Poloczkom pozwolić, to jeszcze będą chcieli, żeby sędziów im jak na Zachodzie wybierali politycy, zamiast sami sędziowie się nawzajem w ramach wsobnej kasty!

Źródło: Twitter

 

 

 

Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka TVN

 

Jeśli nie będzie TVN to już o niczym Pan się nie dowie. Ale oczywiście w rządowej telewizji pełne spectrum tematów prawda? Słyszę, że sporo o podwyżkach gazu, inflacji i drożyźnie. Powodzenia.

Źródło: Twitter

 

 

 

 

Dawid Wildstein, dziennikarz TVP i tygodnika „Gazeta Polska”

 

Czytam reakcje na lexTVN i jestem trochę zdziwiony. Oni wprost mówią, że są własnością USA, że w ten sposób odbieramy możliwości wpływu im na naszą politykę. Że są narzędziem Stanów, więc nie wolno podskakiwać, bo się Waszyngton obrazi. Dość specyficzna i lokajska ta retoryka

W ten straszny dzień, w którym demokracja upadła 43256 raz. Chcę wszystkim przypomnieć słowa Mędrca, samego Węglarczyka. Polacy! Opamiętajcie się! Może są w UE państwa, które mają tego typu regulacje. Ale tam jest inny klimat i kulturę szanują. Trzeba znać swoje miejsce. Pojęli?

Źródło: Twitter

 

 

opr. Tomasz Plaskota