Zakręty życiowe – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o przekraczaniu granic między dziennikarstwem i literaturą

Jest to zwykle droga jednokierunkowa. Kiedy dziennikarz pisze książkę,  potem z rzadka wraca jedynie do pisania artykułów i broadcasterki (radio i telewizja). Zwykle publikuje następną książkę, i kolejną.  Z tej ścieżki raczej nie ma odwrotu.

 

Kiedy ja przekroczyłam granicę między dziennikarstwem a pisarstwem? Dawno, bo w 1986 roku, kiedy nakładem Wydawnictwa Ministerstwa Kultury wydałam dwie publikacje, zbiory szkiców? esejów filmowych? „Sladami Bunuela” i „Opowieści kina metyskiego”. Były to pierwsze na polskim rynku wydawniczym książki opowiadające o historii kinematografii hiszpańskiej oraz latynoamerykańskich.  O ile wiem, do dziś są na ten temat jedynym żródłem  informacji.

 

Gdyby się uprzeć, by jakoś określić, skategoryzować moje książki w kilku słowach, na myśl przychodzi  mi określenie:  pionierskie.  Wszystkie one dotykają tematów dotąd w naszym piśmiennictwie nie opisanych – kinematografie hiszpańska i latynoamerykańska, potem najnowsza brytyjska, a następnie – tamtejsza demokracja, jej historia oraz zalety.  I jak się przekłada na życie państwa, społeczeństwa, parlamentu, organizacji pozarządowych i mediów. Tyle, że o ile w przedostatniej książce „Róg Piccadilly i Nowego Swiatu” zachwalałam demokrację i namawiałam Polaków, aby się o nią upominali, a polskie władze, aby po nią sięgnęli – o tyle w ostatniej „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości” pokazuję „dowody zbrodni”, czyli jak Zachód swoje najważniejsze osiągnięcie, jakim jest ustrój demokratyczny,  niszczy i dewastuje.

 

Cecha druga:  moja publicystyka, prasowa i książkowa, to odzwierciedlenie czy raczej odpowiedź na wiraże i zakręty moich losów. Dyktowało ją, i nadal dyktuje „samo życie”.  Najpierw zainteresowanie filmem, a więc dyplom z filmoznawstwa, potem trzydzieści lat  w zawodzie krytyka, pisywanie dla tygodników „Film”, „Ekran” oraz miesięcznika „Kino”. Jednak w międzyczasie pojawiła się fascynująca, enigmatyczna, symboliczna „hiszpańska filmowa fala” i, jakoś równolegle,  latynoski „realizm magiczny”.  Fascynacja obrazami starego mistrza Bunuela i młodych SauryCaminoPatino, oraz książkami Marqueza, Fuentesa, Borgesa, Lezamy Limy. Nauczyłam się – kursy, potem lekcje prywatne – języka hiszpańskiego, i moje redakcje zaczęły wysyłać mnie, już jako specjalistę, na festiwale filmowe do Hiszpanii i Portugalii. Potem stypendium dokumentacyjne do książki z naszego Ministerstwa Kultury do Madrytu – i  tak powstały moje dwie pierwsze publikacje, serie szkiców, obrazujących, historię kina hiszpańskiego i większych kinematografii latynoamerykańskich. Powstały z moich jakby obocznych, pozazawodowych pasji i fascynacji.

 

Następny zakręt życiowy,  to festiwal filmowy w Troi, Portugalia, gdzie poznałam brytyjskiego dziennikarza, Petera Avisa z „Observera”. Małżeństwo, wyjazd na stałe do Londynu, przez 26 lat praca polskiej korespondentki w Wielkiej Brytanii, zajmującej się wszystkimi aspektami życia kraju, od polityki do kina. A był to rok 1990,  i, po mizernej diecie tematów zagranicznych w okresie komuny, korespondenci zaczynali być w cenie. Wprawdzie Zjednoczone Królestwo to tylko skok przez kanał La Manche, zwany przez Brytyjczyków English Channel, okazało się, że to obszar mało znany i opisany. Także tamtejsze kino – przedtem, o ile wiem, pojawiła się tylko książka  Andrzeja Kołodyńskiego pt.”100 filmów brytyjskich”, ale została doprowadzona do 1975 roku. A więc recenzje filmów, zawsze z backgroundem politycznym, socjologicznym i obyczajowym, bo czytelnika nie interesuje mdłe poetyzowanie, ale wyjaśnienia „jak?”,  „skąd?” i „dlaczego”? Już nie dla „Ekranu”, który zlikwidowano, lecz  dla „Filmu”, a potem świetnego, do niedawna najlepszego magazynu filmowego na polskim rynku, „Kino”. Wiele z tych recenzji złożyło się na wybór materiałów do książki pt. „Prosto z Piccadilly”, obrazujących  dekadę lat 90. kinematografii brytyjskiej. Pokazujący jak zawirowania polityczne – odejście thatcherystów, przeobrażanie się konserwatyzmu w „nowoczesny, współczujący konserwatyzm”, przejęcie władzy w 1997 roku przez labourzystów czyli socjalistów i Trzecia Droga Tony Blaira, zmieniły krajobraz i charakter wyspiarskiego kina. Koniec z „heritage cinema”, stylowych adaptacji literatury, z którego słynęło, początek społecznych dramatów z osiedli komunalnych, zaangażowanych politycznie po stronie lewicy, źle, po amatorsku zrobionych. To była pierwsza publikacja, która zasygnalizowała nam upadek standardów BBC, dziś „państwo w państwie”, i chorobę lewicowości brytyjskiego kina oraz jego establishmentu.  Odbrązawianie  mitów o  BBC, dawnym „wzorcu z Sevres” dziennikarstwa,  legendy o  potędze tej zasłużonej korporacji medialnej,  lewicy liberalnej brutalnie ingerującej w delikatną tkankę  filmów. O tym opowiadała książka „Prosto z Piccadilly” z 2001 roku.

 

Ale i ten etap – znowu zadecydowało samo życie  – zakończył się. Zawsze, a z pewnością od 1968 roku, kiedy wstąpiłam do niepodległościowej organizacji RUCH – potem była działalność w Solidarności – interesowała mnie polityka. Zawsze  stanowiła w mojej pracy korespondenckiej  znaczący wątek. Toteż od początku mojej pracy w Londynie, dostrzegłam, że Wielka Brytania jako państwo, funkcjonuje na zupełnie innych zasadach niż znane mi państwa, a na pewno Polska oraz byłe „demoludy”. I że tę różnicę powoduje  obecność, lub brak, demokracji. I  jej to właśnie – jak przekłada się na życie państwa, społeczeństwa, prace rządu i parlamentu, na media i życie codzienne obywatela – poświęciłam moją kolejną książkę, „Róg Piccadilly i Nowego Światu”. Większość komentarzy opowiadała o tym, dlaczego od 2500 lat, czyli od czasów Platona, który twierdził, że „rządy winni sprawować ludzie odważni, uczciwi”, nie wynaleziono lepszego sposobu organizacji państwa i społeczeństwa niż właśnie demokracja. Pisałam o konieczności istnienia  zasad moralnych  w polityce,  odpowiedzialności władzy przed obywatelem i „kodowi postępowania polityka”, aby wiedział jak winien się zachowywać, i co się z nim stanie, jeśli zboczy z kursu. Dziś duża część tych prawd czy też regulacji jest już u nas w obiegu publicznym, ale w latach 2007 – 15, który to okres obejmuje „Róg Piccadilly i Nowego Światu”, w Polsce była to wiedza nieznana, czy raczej  zapomniana. A więc znowu poruszanie tematów, których nie znaliśmy, bo przez 45 lat rządów komuny i kilkanaście nie wiadomo czego, trzymane były skrzętnie pod dywanem. Moje myślenie biegło szlakiem:  los dał mi szansę owe dobre zasady i regulacje poznać, więc ja miałam obowiązek się tą wiedzą z  moimi czytelnikami, podzielić. Aby rozrzut informacyjny był szerszy, pojawiałam się z  wykładami na ten temat, m.in. w Sejmie, w Uniwersytecie Warszawskim, w Klubach Gazety Polskiej, w klubach studenckich i szkołach. Dziś demokracja, to w Polsce – po bezpieczeństwie – wciąż  temat numer 2, tak w relacjach wewnętrznych, jak i z Unią Europejską. A regulacje są, tylko należy po nie sięgnąć. I o tym opowiadała moja przedostatnia książka ,”Róg Piccadilly i Nowego Swiatu”.

 

Ale znowu powiał  wiatr przemian. Widać wyraźnie, że rewolucja kontrkulturowa ‘68, ostatnimi laty najwyraźniej przyspieszyła. Ostatnie kilka lat przyniosło wiele dowodów na to, że Zachód z furią niszczy swoje własne osiągnięcia, stał się wrogiem wartości, które złożyły się na jego wielkość i tożsamość: grecka filozofia, rzymskie prawo i  etosu  chrześcijaństwa. Tempo zmian z galopu zmieniło się w kłus, i Europa – choć ten trend rozlewa się po całym świecie –  znalazła się  na kolejnym zakręcie cywilizacyjnym. I temu właśnie, ostatniemu etapowi systemowej wojny liberalnej lewicy z dotychczasowym porządkiem moralnym, społecznym i prawnym, poświęciłam ostatnią książkę z tytułem – kluczem „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”. Jest o kryzysie moralnym Europy, o tym jak „czerwona sieć” coraz silniej oplata  wszystkie pola aktywności ludzkiej i państwowej. Jest szukanie odpowiedzi w którą stronę zmierza świat, jakie wartości zyskuje, a jakie gubi, te z Dekalogu czy te z zestawu z 1789 roku? I co z tego wynika? Znów opowiadam o ostatnich dylematach  cywilizacyjnych,  kulturowych i moralnych świata, sięgając po przykłady z terenu Europy, obu Ameryk, Afryki i Azji.  I znowu – publicystyka z serii „gdzie byłam, co widziałam i co z tego może wyniknąć?”, tym razem wydana przez oficynę Zysk i –Ska.

 

Oczywiście, nie zamierzam rezygnować z dziennikarstwa. To dla mnie  chleb powszedni, codzienna praca. Ale książka, to jednak co innego. Może rodzaj „sublimacji dziennikarstwa”? Sytuuje wybrany temat na wyższym poziomie? Ponadto artykuły bywają rozproszone w różnych pismach, często  publikowane na portalach, giną – a książki pozostają. „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”, to wybór publicystyki z ostatnich kilku lat, „sublimacja” tego, co napisałam. Teksty najistotniejsze dla kierunku cywilizacyjnych przemian, oczyszczone z cech tymczasowości, z nieco szerszą, zmienioną perspektywą.  Skierowaną do dzisiejszego, ale być może i „jutrzejszego” czytelnika?

                                                                                                                        

Elżbieta Królikowska-Avis    

Radio, które słucha – ks. ARTUR STOPKA o rozgłośni Ojca Dyrektora

Radio Maryja skończyło trzydzieści lat. Jest tylko zjawiskiem na rynku medialnym, czy czymś więcej?

 

Prezydenta RP co prawda nie było, ale był podpisany przez niego list, którego dwa pierwsze zdania brzmiały: „Ósmy grudnia 1991 roku to ważna data w dziejach polskiej radiofonii i Kościoła katolickiego w Polsce, a także w historii odradzającego się w wolnej Rzeczypospolitej społeczeństwa obywatelskiego. Tamtego dnia popłynęły w eter pierwsze audycje Radia Maryja”.

 

Dalej list mówił o tym, że rozgłośnia, która zaczynała skromnie, jako lokalne radio katolickie nadające w Toruniu i Bydgoszczy, dzisiaj, po 30 latach, jest słuchana przez tysiące Polaków w całym kraju i na wszystkich kontynentach. Prezydent przypomniał, że przez trzy dekady wokół Radia Maryja „narodziły się i wspaniale rozwinęły cenne inicjatywy religijne, medialne, edukacyjne, dobroczynne i patriotyczne”.

 

To tylko kurtuazja, czy rzeczywiście pojawienie się Radia Maryja to znacząca data dla medialnego rynku w naszym kraju?

 

Jedyna ogólnopolska społeczna

 

Z serwisu internetowego poświęconego edukacji medialnej (edukacjamedialna.edu.pl) każdy może się dowiedzieć, że rynek mediów tworzą: media, ich odbiorcy i użytkownicy oraz tzw. regulatorzy, czyli organizacje i instytucje, które kontrolują działalność mediów tradycyjnych. Ten sam serwis przypomina, że media są przedsiębiorstwami. „Oznacza to, że w swojej działalności kierują się nie tylko interesem odbiorców, otwartością czy misją, lecz także zyskiem finansowym” – wyjaśnia.

 

Jednak od razu wspomniany serwis dodaje, że są trzy podstawowe sposoby finansowania mediów. Pierwszy dotyczy mediów publicznych (których właścicielem jest społeczeństwo), finansowanych z abonamentu oraz reklam. Drugi odnosi się do mediów komercyjnych, finansowanych z prywatnego kapitału oraz reklam. Z punktu widzenia finansowania jest też trzeci rodzaj mediów – media społeczne, utrzymywane z pieniędzy właścicieli i z datków odbiorców. Radio Maryja należy do tej trzeciej grupy. Jako jeden z niewielu nadawców w naszym kraju. Jako jedyna rozgłośnia o zasięgu ogólnopolskim. Ale to nie jedyny element specyfiki radia z Torunia.

 

Poczucie przynależności i wartości

 

Dwa lata temu, przy okazji dwudziestych ósmych urodzin Radia Maryja, Patryk Wawrzyński, politolog z toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w wywiadzie opublikowanym w „Gazecie Pomorskiej” zwrócił uwagę, że Rodzina Radia Maryja niezmiennie od lat pozostaje jedną z najlepiej zorganizowanych sieci społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju. Wskazywał, że redemptorysta, o. Tadeusz Rydzyk, i jego współpracownicy odnieśli sukces tam, gdzie nie potrafiły dotrzeć ani instytucje państwa, ani inne organizacje charytatywne czy kościelne. Chodzi o to, że „dali starszym osobom poczucie przynależności i wartości, pielęgnując ich tradycjonalizm, nawet jeśli bywa on zaściankowy”. Zdaniem Wawrzyńskiego, z tego fundamentu wyrosła znacząca grupa interesu i sprawne lobby, które „pozwoliły zbudować wokół Radia Maryja imponującą korporację”.

 

Według politologa z Torunia, patrząc na o. Rydzyka jako przedsiębiorcę, widać człowieka sukcesu, który dostarczył kompleksowe usługi tam, gdzie nikt inny nie chciał, a do tego potrafił na tym dobrze zarobić. W ocenie Wawrzyńskiego dla większości słuchaczy Radia Maryja ojciec dyrektor stał się  „duchowym przywódcą, człowiekiem, który broni ich tradycyjnych wartości czy ludowego katolicyzmu”. Są mu wdzięczni, że stworzył ruch, który nadał im podmiotowość. Należąca do redemptorystów rozgłośnia sprawiła, że wykluczeni ludzie mogli poczuć się wspólnotą, a z czasem mieć konkretną siłę sprawczą w polskiej polityce.

 

Trend rozwijania odbiorcy

 

Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o specyfikę Radia Maryja. Paweł Tkaczyk, strateg marki, który ma w swoim dorobku pracę dla wielkich światowych koncernów, już dawno na swojej stronie internetowej zachęcał, by budowania marki uczyć się od toruńskiej stacji – podobnie jak od Ewy Chodakowskiej czy Lady Gagi. Istotą jest sposób traktowania odbiorców. Wszystkie wymienione marki inwestują mocno w trend, który ekspert nazwał „rozwijaniem klienta”. W komunikacji z odbiorcami zwracają uwagę na chwalenie ich, nie siebie. W dwustronnej komunikacji regularnie dopuszczają ich do głosu, np. w formie „telefonu do radia”.

 

Tę postawioną przed laty diagnozę potwierdził sam o. Rydzyk w wywiadzie udzielonym kilka dni temu Polskiej Agencji Prasowej. Odnosząc się do prowadzonych na antenie rozmów z osobami dzwoniącymi do studia, wprost powiedział, że trzeba słuchaczom dać mówić. „To jest środek społecznego komunikowania. Ono nie polega tylko na mówieniu, ale i słuchaniu” – wyjaśnił i dodał: „Ludzie chcą rozmawiać ze sobą. I nigdy tej rozmowy nie dokończymy, dlatego jest audycja «Rozmowy niedokończone»”.

 

Przed mediami społecznościowymi

 

Zdaniem wspomnianego już politologa Patryka Wawrzyńskiego z UMK, dzięki przyjętej od początku strategii wobec odbiorców, jeszcze przed pojawieniem się mediów społecznościowych Radiu Maryja udało mu się zamknąć swoich słuchaczy w bańce informacyjnej, w której świat prezentowany jest w jednolity sposób. W jego ocenie to przestrzeń, w której nie dąży się do obiektywizmu, ważniejsze są ideologia i „specyficzna interpretacja nauczania Kościoła katolickiego”. Zdaniem toruńskiego badacza, na antenie pluralizm poglądów dopuszczalny jest więc wyłącznie w zakresie opinii akceptowanych przez ojca dyrektora.

 

Przedstawione wyżej spostrzeżenia mogą prowadzić do wniosku, że rozgłośnia redemptorystów już od dawna jest przygotowana do funkcjonowania w warunkach rosnącej, a nawet skrajnej polaryzacji poglądów, z którą mamy obecnie do czynienia w Polsce. Nie chodzi tylko o polaryzację w sferze politycznej. Także, coraz bardziej widocznej, polaryzacji postaw i poglądów w Kościele, wśród katolików.

 

Nie tylko na rynku mediów

 

W cytowanym wyżej wywiadzie o. Tadeusz Rydzyk stwierdził, że chciałby z audycjami radia docierać do wszystkich. Słuchalność kierowanej przez niego rozgłośni wynosi 2-4 proc. Trafia ona do konkretnej grupy odbiorców, która – na to zwrócił uwagę już dziesięć lat temu w swoich badaniach CBOS – nie jest zbiorowością w pełni homogeniczną. Choć większość słuchaczy stanowią „starsi, gorzej wykształceni, wierzący i praktykujący”, to jednak nie brak również ludzi młodszych, nieźle wykształconych. Łączy ich nie tylko określony typ religijności, ale również sposób postrzegania świata.

 

Można powiedzieć, że Radio Maryja jest nie tylko specyficznym zjawiskiem na rynku mediów adresowanych do Polaków (nie tylko tych mieszkających w kraju – Polonia w funkcjonowaniu toruńskiej rozgłośni odgrywa znaczącą rolę). Jest też zjawiskiem społecznym i politycznym. No i świetnie wypromowaną marką.

 

Ks. Artur Stopka

Zdążyłem wypić herbatę i przyszli – wspomnienia dziennikarzy internowanych w stanie wojennym

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. władze PRL wprowadziły stan wojenny. Przygotowania rozpoczęto jesienią 1980 r. Już wtedy sporządzono i aktualizowano listy osób przeznaczonych do zatrzymania. Wstępna lista pojawiła się 28 października 1980 r. Spis uzupełniano przez kolejne kilkanaście miesięcy. Wśród internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego znaleźli się również dziennikarze. Przypominamy ich wspomnienia z tego okresu.

 

Lech Dymarski, w stanie wojennym został internowany na ponad 10 miesięcy. Publikował w „Zapisie”, „Pulsie”, „Krytyce”, paryskiej „Kulturze”, rosyjskim „Kontiniencie”. Zatrzymano go 13 grudnia 1981 roku w sopockim Grand Hotelu. (W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. w Stoczni Gdańskiej obradowała Komisja Krajowa „Solidarności”. MO i SB chcąc uniknąć ewentualnego oporu straży robotniczej zrezygnowały z aresztowania działaczy na terenie Stoczni. Zatrzymywały ich później w hotelach i mieszkaniach): Wychodząc z baru zderzyłem się z człowiekiem, który bardzo przejęty zapytał, czy jestem z Komisji Krajowej „Solidarności”. Po czym poprowadził mnie do frontowego okna, a tam na zewnątrz sprzętu i ludzi uzbrojonych tyle, jakby odbywały się manewry. […] Więc spytałem tego człowieka: „Czy tu się da kędyś spieprzyć?”. I poszliśmy do innego okna, w stronę plaży – tam też desant. Człowiek wtedy odpowiedział spokojnie: „Nie, w tej sytuacji nikt stąd nie ucieknie”.

 

Wróciłem do baru gdzie była jeszcze grupa naszych i zanim zdążyłem potwierdzić informację na ucho Tadeuszowi Mazowieckiemu (który wpierw zareagował słowami: „Co pan powie… a dużo ich jest?”), siedząca przy barze nocna niewiasta przestała chichotać, wypuściła kieliszek z okrzykiem: „O Jezu!” i uciekła. W ciągu minut na sali została tylko „Solidarność” – nocny element rutynowo zbiegł. W tym czasie powoli, nierówno wygasała orkiestra, ale po krótkim czasie jej trzeźwy lider zarządził: – Grać, jakby się nic nie stało!” Atmosfera panująca w hotelowym barze zaczynała przypominać ostatnie chwile rejsu „Titanica”.

Źródło: www.histmag.org.

 

Jarosław Guzy, pierwszy szef NZS, w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku. Wypuszczono go dopiero po zawieszeniu stanu wojennego: 13 grudnia rano już siedziałem, już byłem po nocy spędzonej gdzieś tam w sukach, na przejściówce, ostatecznie to była Białołęka, adres Ciupagi 1, Areszt Śledczy w Warszawie. Razem z całym gronem osób, których część zresztą dobrze znałem.

 

O ile pamiętam godzinę, to było przed północą, więc akcja była dosyć szybka. Potem przewieziono mnie i moją narzeczoną ówczesną, na komendę na Opaczewską, komenda dzielnicowa Ochota i stamtąd po jakimś czasie odwożono nas, bo były spore grupy, do aresztu śledczego. Tak zaczęło się moje internowanie i stan wojenny jednocześnie.

 

U mnie to było znieczulenie, bo ja akurat byłem chory na zapalenie płuc i rano jeszcze miałem ciut ponad 40 stopni gorączki i byłem po pierwszych zastrzykach, więc wyciągano mnie w piżamie, na szczęście pozwolono nałożyć na piżamę normalne ubranie. Przecież to była zima i to dosyć ostra zima. Tak wylądowałem, więc trochę byłem znieczulony pewnie.

 

Część internowanych obawiało się wywiezienia do Sowietów (przyp. TP): Było takie pytanie rzeczywiście – wspomina Jarosław Guzy – nie wyglądało przyjemnie rano, kiedy już nas rozlokowano w celach, przechodziliśmy przez taki szpaler agresywnie dosyć zachowujących się zomowców i rzeczywiście było pytanie – czy tutaj, czy gdzie indziej, ale ja cały czas miałem poczucie, że to jest akcja policyjna. Rzeczywiście mogli nas ulokować gdzieś – w Brześciu powiedzmy, że było jasne, że ta akcja jest prowadzona pod patronatem naszego bratniego sojusznika – Związku Sowieckiego. Ale w areszcie śledczym, to było widać po prostu, że lądujemy tutaj na jakiś czas, na ile – nie mieliśmy pojęcia.

Źródło: www.radio.bialystok.pl.

 

Janina Jankowska, dziennikarka Polskiego Radia, po wprowadzeniu stanu wojennego internowana od lutego do sierpnia 1982 r. w Olszynce Grochowskiej i Gołdapi. Usunięto ją także z pracy w Polskim Radiu: Pamiętam, kiedy byłam internowana w Gołdapi, na moją prośbę za pośrednictwem miejscowego księdza, przemycono mi mały magnetofon. Chciałam nagrać piosenki internowanych i ich losy, słowem zebrać dokumentację do przyszłego reportażu. Nie udało mi się nawet nacisnąć klawisza z zapisem „nagranie”. Moja współlokatorka, koleżanka z zespołu „Radio Solidarność – Region Mazowsze” wzięła mnie na poważną rozmowę i oświadczyła, że nie mam prawa narażać jej i innych koleżanek na dalsze represje a może nawet wywózkę na wschód. Mam natychmiast zwrócić ten magnetofon tą samą drogą. Inaczej….. ona do końca będzie walczyła o swoje życie. Nie chciałam się przekonywać, w jaki sposób. Zwróciłam magnetofon. Przypomina mi się ta historia dziś, gdy oskarża się polskie społeczeństwo o obojętność w stosunku do ci którzy chcieli się na holokauście wzbogacić.Żydów. To była wszechobecna przemoc i strach. Dlatego bohaterami są ci, którzy pomagali sąsiadom, z narażeniem życia przechowywali Żydów. Natomiast „szmalcownicy”, szantażyści, mordercy Żydów, którzy chcieli się na holokauście wzbogacić, zasłużyli na wyroki śmierci. Jednocześnie obok tych skrajności żyli zwyczajni ludzie, dziś zwani obojętnymi, którzy każdego dnia drżeli o los swoich najbliższych i , nie wykluczam, że w strachu przed Niemcami wydawali swoich sąsiadów. To stwierdzenie czysto teoretyczne, bo nie znam takich przypadków. Widziałam jednak strach w oczach mojej koleżanki z opozycji , która zmusiła mnie do oddania magnetofonu.

Pisownia oryginalna, źródło: www.salon24.pl.

 

Jerzy Klincewicz, redaktor informatora Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność” w Gorzowie „Echo Solidarności”, internowany w Wawrowie: 12 grudnia kończyłem kolejny numer „Echa”. Zrobiłem matrycę i wróciłem z Zarządu Regionu do domu około 23.30. W domu wypiłem herbatę. Nie zdążyłem się położyć, kiedy po mnie przyszli. Ktoś zastukał do drzwi i powiedział, że to milicja. Powiedziałem, że nie otworzę z uwagi na późną porę. Powiedziałem, żeby przyszli po 6 rano. W końcu otworzyłem, do pokoju wpadło trzech. Pozwolili mi się ubrać. Chodzili za mną krok w krok. Potem znieśli mnie po schodach na dół. Dostałem parę ciosów po żebrach, ktoś mnie kopnął w goleń. Wrzucili mnie do fiata.

Źródło: D. A. Rymar, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” w Regionie Gorzów Wielkopolski w latach 1980-1982, Gorzów Wielkopolski 2010, s. 364.

 

Tadeusz Mazowiecki, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”, po wprowadzeniu stanu wojennego został 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, po czym internowano go w Strzebielinku: Po trzeciej nastąpiło krótkie ostre pukanie w drzwi pokoju i bez czekania na odpowiedź – wejście. Nie umiem już odtworzyć sobie, ilu ich było. W każdym razie w pokoju zaroiło się od umundurowanych, uzbrojonych ludzi, którzy objęli nas kołem i otoczyli. Zjawiło się też kilku cywilnych, z których jeden robił wrażenie wydającego polecenia. Wykonywane czynności wydawały się absurdalne i gdyby nie cała groza sytuacji byłyby śmieszne: otwieranie szafy, szuflad, balkonu, zaglądanie pod łóżka. Padło nawet bodajże pytanie, czy nie ma ktoś broni. Pytań i słów było w ogóle niewiele. Żadnego wyjaśnienia.

 

Założono mi kajdanki, a gruby, wysoki, barczysty milicjant wziął moją torbę i lekko jakby za rękę mnie podtrzymując, skierował na korytarz ku wyjściu. Tu stali jeden przy drugim uzbrojeni w hełmy wraz z zasłonami, pałki i broń. Im bliżej schodów, tym było ich coraz więcej, coraz gęściej. Szedłem tym szpalerem równo i spokojnie, czułem na sobie ich wzrok. Na dole drzwi „Grand Hotelu” były otwarte; za nimi jako przedłużenie szpaleru, którym mnie prowadzono, widać było zbitych w gromadę, jeden przy drugim, ludzi w hełmach, pośrodku zostawiona droga wolna.

 

Źródło: www.histmag.org.

 

Agnieszka Romaszewska-Guzy, szefowa TV Bielsat, po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na pięć miesięcy. Internowana w areszcie przy ul. Opaczewskiej w Warszawie, Olszynce Grochowskiej, Gołdapi i Darłówku: Zostaliśmy aresztowani jeszcze przed południem. Prawdopodobnie chodziło o szybkie unieruchomienie Biura Interwencyjnego. Usłyszałam pytanie: „Pani Romaszewska?”. Odpowiedziałam: „Tak”. „Irena Zofia?”. „Nie, Agnieszka”. „Nie szkodzi”, zdecydował funkcjonariusz po namyśle.

Źródło: www.polskieradio.pl.

 

Dziennikarz francuskiego radia i telewizji ORTF Gabriel Mérétik tak wspominał po latach  zatrzymanie Jacka Kuronia w gdańskim Novotelu z 12 na 13 grudnia 1981 r.: Furgonetka zatrzymuje się przed budynkiem, który Kuroń bierze w pierwszej chwili za szkołę, a który okazuje się być zupełnie nową siedzibą ZOMO. Każą mu wejść do środka. Prowadzą do podziemia. Schodzą coraz niżej, wreszcie duża sala jaskrawo oświetlona. Podłoga pokryta piaskiem. W głębi biały mur, na którym widać liczne ślady kul. Przy drzwiach Kuroń widzi szereg ZOMO-wców z bronią w ręku. Pada rozkaz: „Pod ścianę”. Kuroń przywykł do więzień, ale teraz rzecz wygląda inaczej. Szykuje się na śmierć. Tyle mówiono o interwencji radzieckiej… Wiedział, że w takim przypadku… Ma tylko jedno pragnienie: dojść jak najszybciej do końca sali, by się obrócić i popatrzeć „im” w twarz. Dochodzi do ściany, odwraca się i… nic. Mężczyźni stoją nieruchomo.

Źródło: G. Mérétik, Noc generała, Warszawa 1989, s. 43-44.

 

opr. Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia

 

Dziennikarz bezkompromisowy – JANUSZA SZOSTAKA wspomina ZBIGNIEW HELIŃSKI

W wieku 64 lat zmarł Janusz Szostak, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy śledczych w Polsce. Przegrał walkę z Covid-19. Może gdyby bardziej narzekał, bardziej martwił się o siebie nie doszłoby do tego? Do końca wierzył, że to po prostu większe przeziębienie, że przejdzie. Nie przeszło. Dopiero dzień przed śmiercią przyjechało do niego pogotowie.

 

Janusz wpajał mi, że w dziennikarstwie ważne są opinie ludzi. Ich przeżycia, doświadczenia. Do każdego musiałem dotrzeć, porozmawiać z nim. Tylko wtedy historia była pełna życia, barw, smaków i emocji. Miało ją pisać życie innych, nie moje. Ja byłem tylko sprawozdawcą. Pracował z wieloma osobami, dlatego uważam, że opowiadać o nim powinni również inni.

 

Alarmujący wpis na Facebooku

 

Covid nie odpuścił także mnie. Bardzo miła Ratowniczka z Błonia nie pozostawiła co do tego złudzeń – napisał 9 grudnia na swoim profilu Janusz Szostak. – Dzień później już nie żył. Na koniec bezskutecznie reanimowała go żona.

 

Chorował od kilku dni. Bagatelizował jednak zagrożenie. Cały Janusz, twardy, nie narzekający na katar, kaszel, gorączkę, chrypę. Z planami na przyszłość. Redakcja, sprawy związane z fundacją „Na Tropie”, którą prowadził, ostatnie szlify najnowszej książki – to było ważne, nie on. On da sobie radę.

 

Źle się czuję, ale minie, poleżę trochę i przejdzie – powiedział, gdy rozmawiałem z nim kilka dni przed śmiercią. – Nie martw się, będzie dobrze.

 

Gdy 9 grudnia przeczytałem wpis na Facebooku zadzwoniłem jeszcze raz. Tym razem rozmawiałem z jego żoną. Janusza słyszałem tylko z oddali. Po raz ostatni…

 

Janusz pozostaje dla mnie wzorem dyscypliny dziennikarskiej i literackiej. Fascynuje mnie tempo, w jakim pisał swoje książki. Wydał ich dziesięć. Wstawał ok. godziny szóstej i praktycznie od razu nastawiony był na pracę. Realizację określonych zadań, które sam przed sobą stawiał.

 

Miał tak od początku – wspomina Tomasz Połeć, który Janusza znał od 1976 roku. – To właśnie on namówił mnie na dziennikarstwo. W Expressie Wieczornym tempo, w jakim pisał wzbudzało podziw o wiele bardziej doświadczonych kolegów. Żartowali nawet, że jest płodny jak królik.

 

W swojej obecnej redakcji, „Expressie Sochaczewskim”, którego  Janusz Szostak był wydawcą, wymyślił akcję świąteczną pod nazwą Patrol Świętego Mikołaja. Okazuje się, że Mikołajem był już jednak o wiele wcześniej.

 

Byliśmy bardzo młodymi dziennikarzami – opowiada Tomasz Połeć. – Janusz podwiózł do domu biednego chłopca. To było przed Bożym Narodzeniem. Gdy wracaliśmy z materiału stwierdził, że musi zrobić im prezenty. Podjechaliśmy do pierwszego sklepu, jaki był po drodze i zrobiliśmy duże zakupy. Nie znaleźliśmy jednak tego domostwa, nasz samochód zakopał się w śniegu. Jakoś wróciliśmy do sklepu, ekspedientka wskazała nam najbiedniejszą rodzinę w okolicy. Sprezentowaliśmy jej całe sprawunki.

 

Swoich dziennikarzy bronił, jak lew.  Szedł za nimi w ogień

 

Jeśli chodzi o materiały dziennikarskie Janusz Szostak nigdy nie odpuszczał. Nawet w najtrudniejszych sprawach prowadził śledztwa dziennikarskie do końca. Wszystko, czego się dowiedział, musiał przekazać czytelnikowi.

 

To był prawdziwy medialny twardziel – opowiada Mikołaj Podolski autor książki „Łowca Nastolatek”. Z Januszem pracowali nad sprawą osławionej Zatoki Sztuki oraz zaginięcia Iwony Wieczorek. – Zapamiętam go, jako najlepszego do tej pory naczelnego, jakiego miałem. A było ich około czterdziestu. Najbardziej elastycznego. Pozwalał mi eksperymentować i szukać różnych form. Miał niesamowitego nosa do tematów. Szybko potrafił rozpoznać, który temat ma potencjał czytelniczy i społeczny.

 

Janusza cechowała niebywała wręcz odwaga dziennikarska. Interesowały go tematy, których wiele redakcji nie podejmowało. Tak było na przykład z materiałami o urzędach pracy, które werbowały kobiety do agencji towarzyskich. Mało tego, że publikował to jeszcze, gdy pojawiły się pretensje dał do zrozumienia, co myśli. W sposób jednoznaczny.

 

Od początku wiedzieliśmy, że po Krystku będą kłopoty – kontynuuje Podolski. – Nie spodziewaliśmy się jednak, że tak duże. Nie zrezygnował jednak. Mało tego, namawiał mnie, żebym pisał dalej. Im trudniejszy podejmowałem temat, tym otrzymywałem większe wsparcie. Zaimponował mi również przy sprawie Iwony Wieczorek, że nie odpuszczał. Inni już dawno by zrezygnowali. On nie. Nie tylko pisał i zbierał materiały, ale i sam szukał. To był absolutny ewenement. Pokazał wszystkim, że praca dziennikarza nie kończy się na pisaniu. Zawsze upierał się, żeby dużo jeździć i rozmawiać z ludźmi w terenie. Śmiał się z redaktorów, którzy swoje materiały sklejają z urywków już opublikowanych tekstów. Wpoił mi, że muszę mieć swoje informacje, które wnoszą coś nowego do sprawy, jeśli chcę zajmować się czymś na poważnie.

– Pamiętam nasze długie rozmowy i burze mózgów przy tworzeniu tekstów – wspomina Marta Bilska. – Janusz w stu procentach oddawał się temu, co robił, a jego praca była jego pasją. Takiego go zapamiętam. Niezniszczalnego.

 

Ze szczególnym uznaniem o dziennikarstwie Janusza Szostaka wypowiedział się również jasnowidz Krzysztof Jackowski.

 

Był prawdziwy i w zasadzie cały czas pracował – wyjaśnił. – Nic nie upiększał, nic nie ukrywał. Chylę przed nim czoła. Oddany pasji. Nie jest to częste w obecnym, powierzchownym – trzeba przyznać – świecie reporterskim. Czasami trudny w kontaktach, ale to dlatego, że od innych wymagał tyle samo ile od siebie. Gdyby policjanci żyli swoją pracą tak samo, jak on nie byłoby w Polsce niewykrytych przestępstw.

 

Janusz potrafił być jednak również wyrozumiały. Wybaczał błędy i potknięcia. Tak było na przykład w przypadku Bogumiły Nowak, dziennikarki „Expressu Sochaczewskiego”. Pracę w gazecie znalazła po przeczytaniu ogłoszenia na stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Co w zasadzie niespotykane, razem z mieszkaniem, a nie miała wtedy, gdzie się podziać.

 

Stawiał wyzwania, nowe cele – mówi Bogumiła Nowak. – Wiedział czego chce, uczył jak dotrzeć do celu. Potrafił współdziałać. Wymagający, ale nie autorytatywny i despotyczny.

 

Na Tropie

 

Wyjątkowym dzieckiem w życiu Janusza Szostaka była fundacja Na Tropie. Wymyślił ją i stworzył. Miała szukać ludzi zaginionych a nie tylko publikować komunikaty.

 

Zainspirowałem go do poszukiwań Joanny Gibner z Olsztyna – wspomina Marek Książek dziennikarz z Olsztyna. – Matka dziewczyny będzie dozgonnie Januszowi za to wdzięczna. W tej sprawie również wykazał wyjątkową dociekliwość, która była chyba jedną z najważniejszych cech w dziennikarskim życiorysie zmarłego. Widać to w każdym jego tekście, w każdej książce reporterskiej, gdy dokopuje się do szczegółów w sprawach kryminalnych, o których nawet policja nie miała pojęcia. Kiedyś w swoim tekście o Feliksie Siemenasie, który ukazał się w „Reporterze”, ujrzałem dopisany ręką redaktora Szostaka akapit. Początkowo mnie to zirytowało, ale musiałem przyznać mu rację, że wyszperał informacje o biznesmenie-fantaście, które wzbogaciły materiał, a o których wcześniej ja – autor – nie wiedziałem.

 

Tyle inni. A kim był na mojej drodze zawodowej? Niesłychanie dobrym redaktorem prowadzącym, który zawsze chciał pomagać, podpowiadać. Przymykał oko na opóźnienia. Jestem mu wdzięczny, że nigdy nie irytował się, gdy tekst powstawał na ostatnią chwilę lub musiał spaść do następnego numeru, ale z mojej winy. Trochę, jak ojciec. Dzisiaj żałuję, że nie zawsze spinałem się wtedy na sto procent. Od dzisiaj będę o tym pamiętał. Dla siebie, ale i dla Ciebie Januszu. Spoczywaj w pokoju.

 

Zbigniew Heliński

Liczą się fakty, nie plotki – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak pisać o prywatnym życiu polityków

Materiały dziennikarskie informujące o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego powinny być warsztatowo niepodważalne. W artykule „Sieci” o Jarosławie Gowinie warsztat jednak leży.

 

Trzy lata temu na portalu wPolityce.pl opublikowano tekst zatytułowany: „Obrzydliwy atak Misiły. Zdrowie Jarosława Kaczyńskiego powodem do jątrzenia: »Polacy mają prawo wiedzieć, jaki jest stan zdrowia kogoś, kto rządzi Polską«”. Pod ówczesną opinią posła Nowoczesnej jestem gotów się podpisać. Problem w tym, że wtedy nie podpisywali się pod nią członkowie redakcji portalu braci Karnowskich oraz redagowanego przez nich tygodnika, a teraz opublikowali tekst o problemach Jarosława Gowina, kierując się logiką posła Misiły, którą nie tak dawno potępiali. Jak widać, o problemach jednych informować warto i można, a o problemach innych – nie. Widocznie mają jakiś immunitet.

 

Czy można tu sformułować ogólne zasady? W Polsce granica tolerancji dla wchodzenia w życie prywatne osób publicznych zwykle jest ustawiona bardzo nisko. Przyjęło się uznawać, że problemy zdrowotne czy osobiste nawet pierwszoplanowych polityków są wyłącznie ich sprawą, a informowanie o nich instynktownie kojarzy się raczej z tabloidami. Takie informacje niejednokrotnie się pojawiały, ale często spotykały się z potępieniem, a i nie wygląda na to, żeby miały zasadniczy wpływ czy to na postrzeganie danego polityka, czy na sondaże.

 

Uważam, że to błąd. Znacznie bliższe jest mi podejście amerykańskie, zgodnie z którym stan zdrowia najważniejszych osób w państwie, w tym członków Kongresu, jest podawany do publicznej wiadomości. Wyborcy wiedzą też, jakie są rezultaty badań, którym poddawani są prezydenci USA, a jeśli o czymś mówić się nie chce, wzbudza to natychmiast podejrzenia.

 

Liberalne (w znaczeniu amerykańskim) media próbowały rozkręcić histerię, gdy na prezydenta po raz pierwszy kandydował Ronald Reagan, sugerując, że 70-letni wówczas pretendent zdrowotnie nie sprosta wyzwaniu. Jak wiadomo, Reagan rządził przytomnie przez dwie kadencje, a z obaw o swój stan zdrowia żartował wielokrotnie z właściwą sobie swadą. Dziś ta sama liberalna frakcja oburza się, gdy przeciwnicy prezydenta Joego Bidena wskazują na konkretne zachowania, budzące ogromny niepokój co do stanu jego zdrowia.

 

Ostatnio karierę robią migawki, na których wyraźnie zdezorientowany Biden jest wprowadzany w jakieś miejsce i pyta bezradnie współpracowników: „Where am I?” („Gdzie jestem?”). Wziąwszy pod uwagę, że mówimy o najpotężniejszym z urzędu polityku świata, robi to przerażające wrażenie. Jest to jednak najlepszy argument za tym, żeby opinia publiczna miała do informacji o zdrowiu decydentów dostęp. Trzeba też pamiętać, że informacja, która stała się publiczna, nie może być już wykorzystywana jako narzędzie szantażu.

 

W Polsce toczyła się jakiś czas temu debata, gdy Pałac Prezydencki nie chciał ujawnić rezultatów badań lekarskich prezydenta Bronisława Komorowskiego. Niestety, skończyło się na niczym. Z Jarosławem Gowinem sytuacja nie jest jednak taka prosta. Nie mówimy bowiem o polityku aktualnie sprawującym ważną funkcję, ale o polityku w tym momencie już całkowicie marginalnym. Można odnieść wrażenie, że zajmowanie się jego zdrowiem i przeżytą traumą jest motywowane wyłącznie chęcią napiętnowania go na zawsze: wiadomo, wariat, więc do czynnej polityki nie powinien wracać.

 

Można by jednak mimo to uznać, że tekst Marka PyzyMarcina Wikły się broni, gdyby był warsztatowo mocny. Takie zresztą powinny być wszystkie materiały informujące właśnie o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego: warsztatowo niepodważalne. W tym konkretnym artykule warsztat jednak leży. Autorzy nie poczynili żadnych własnych ustaleń, nie zweryfikowali żadnych plotek, za to obficie zrelacjonowali je w swoim tekście. Wypowiedzi są wyłącznie anonimowe, a dwie trzecie artykułu to rozważania o karierze politycznej byłego wicepremiera. Oczywiście krytyczne. Gdyby tak napisany był artykuł o stanie zdrowia prezydenta, premiera lub kogokolwiek innego, nie powinien był się ukazać. A tu mamy tekst o osobie w tej chwili spoza kręgu decydentów.

 

To samo dotyczy Jarosława Kaczyńskiego, niewątpliwie najpotężniejszego obecnie w Polsce polityka. Wokół stanu zdrowia prezesa PiS plotki krążą od kilku lat. Chętnie przeczytałbym – i broniłbym – materiału, niezależnie od tego, w jakim medium by się ukazał, który przedstawiałby w tej sprawie zweryfikowane, potwierdzone, twarde fakty. Gdyby jednak miał być oparty na plotkach, pogłoskach, a jego autor nie wykonałby praktycznie żadnej własnej pracy, byłby to zwykły paszkwil.

 

Niestety, nierzetelna robota dziennikarska, wykonywana ewidentnie na polityczne zamówienie, kompromituje samą ideę informowania opinii publicznej o zdrowotnych i szerzej – osobistych problemach polityków. I o to mam do autorów tekstu w „Sieciach” największy żal.

 

HUBERT BEKRYCHT: W dobrym towarzystwie

Zwykle, kiedy jestem trybikiem jakiegoś środowiska tłumaczę sobie, dlaczego się w nim znalazłem i po co tam jestem. Z członkostwem w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich też tak jest. Od dwudziestu lat, od kiedy mam legitymację SDP, choć czasem nie jest łatwo, jestem przekonany, że znalazłem się po prostu w dobrym towarzystwie.

 

O takim środowisku jak nasze stowarzyszenie świadczą tradycje i przekonania, jakim hołduje największa w kraju organizacja dziennikarska. I dlatego właśnie tu jestem. Bo gdzie miałbym być, jako dziennikarz, który w 1989 roku miał 20 lat i – wtedy naiwnie myśląc, że to koniec PRL – z radością przyglądał się agonii sowieckiej dominacji?

 

W towarzystwie towarzyszy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, czyli ludzi nawiązujących do „etosu” żurnalistów oddanych bezgranicznie komunizmowi?

 

W towarzystwie, towarzyszącym towarzyszom, zeteselowców udających przedwojenne PSL? To oni utworzyli stowarzyszenie dziennikarskie imienia Władysława Reymonta, który zapewne przewraca się w grobie wiedząc, komu patronuje.

 

A może miałbym wstąpić do organizacji towarzyszy z Towarzystwa Dziennikarskiego, którego sporo członków kiedyś było w SDP? Towarzystwa, które powstało tylko po to, aby krytykować, kpić i oczerniać wszystkich i wszystko, co symbolizuje dziennikarstwo niepoprawne politycznie i przy okazji SDP. Towarzystwo, które jest karykaturą wszystkich stowarzyszeń zawodowych, a najbardziej stowarzyszeń dziennikarskich.

 

Do wszystkich tych trzech „towarzystw” nie mógłbym wstąpić, bo nie tak sobie wyobrażam grono ludzi godnych reprezentować mnie, jako dziennikarza. Może jestem zbyt radykalny, ale to oznacza, że pulsuje we mnie jeszcze młodość i czyste emocje. Po prostu uważam, że owe trzy towarzystwa nie są najlepszym towarzystwem dla mnie. Uważam tak, chociaż, być może, są tam jeszcze porządni ludzie.

 

Na szczęście nie jest wykluczone łączenie członkostwa SDP i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, zatem może kiedyś jeszcze wstąpię do tego drugiego stowarzyszenia.

 

Kiedy niedawno w SDP rozpoczęły się bitwy przedstawiane, jako wojna o władzę, kiedy publicznie wyszydzano nasze stowarzyszenie przypisując mu wyłącznie polityczne konotacje negując konserwatywne ideały, to właśnie wówczas, delegaci ostatniego zjazdu – w imieniu około 60, może 65 procent wszystkich członków SDP – postanowili nadal być, w moim mniemaniu, w dobrym towarzystwie. Czy taka większość miała rację?  Ja jestem przekonany, że tak, ale okaże się za trzy lata, przy końcu kadencji obecnych władz.

 

To nie żadna odwaga ani brawura napisać, że jest się w dobrym towarzystwie, bo, poza wymienionymi wyżej trzema wyjątkami, z powodu, których dziennikarze nie chcą się zrzeszać, w SDP są ludzie porządni, może tylko nieco zagubieni wobec dynamicznych zmian zawodowych. Chciałbym jednak, aby odwagą wykazali się ludzie niepodzielający pomysłów i poglądów obecnych władz stowarzyszenia. Chciałbym, aby ci ludzie – co nie jest regułą, ale w większości skupieni w warszawskim oddziale SDP – przestali bredzić o „korupcji”, „sprzedaży mienia SDP”, „zadłużaniu stowarzyszenia”, „praktykach niegodnych SDP”.

 

Chciałbym, aby „buntownicy” poczuli się współodpowiedzialni za SDP, a nie wpadali w sidła swoich marzeń o secesji, czy rozłamie. Chciałbym, aby postawili na dialog, a nie przeciągali linę, na której powiesili ambicje. Chciałbym, aby, pomimo różnic i opozycyjnych ciągot, poczuli się wreszcie w towarzystwie. W dobrym towarzystwie.

 

Hubert Bekrycht,

sekretarz generalny SDP

 

MIROSŁAW USIDUS: Flirt z fejkiem

Może wielu zdziwię, ale opowieści TVN o Ibrahimie, który płynął lodowatą rzeką sześć dni, nie uważam za fejka. Oczywiście nie jest to też reportaż, czy jakakolwiek faktografia. To zupełnie inny gatunek sztuki, sporo mający wspólnego z twórczością Andy’ego Kaufmana, prowokacyjnymi rozbudowanymi inscenizacjami, które miały zszokować i wstrząsnąć odbiorcą.

 

Za fake newsy bez wątpienia natomiast należy uznać wiele innych doniesień z granicy polsko-białoruskiej, które trafiły do przestrzeni publicznej w ostatnich tygodniach, o rzekomym dziecku, które zmarło w polskim lesie, o głodujących polskich żołnierzach, o polskich szkoleniach białoruskiego OMON, o grzebaniu zmarłych w lesie patykiem itp., itd.

 

Największych chyba fejkiem jest nazywanie migrantów szturmujących polską granicę „uchodźcami” w sytuacji, gdy mają oni tyle wspólnego z uchodźcami w rozumieniu Konwencji Genewskiej, ile wchodząca na tereny Polski w 1944 roku Armia Czerwona z wyzwoleniem Polaków. Można by nawet powiedzieć, że osobnicy sprowadzeni przez Łukaszenkę na granicę mają więcej wspólnego z tamtymi czerwonoarmiejcami niż z uchodźcami i nie chodzi jedynie o to, że również maszerują ze wschodu.

 

W serwisie fact checkingowym Polskiej Agencji Prasowej FakeHunter, którego byłem współtwórcą u zarania pandemii, z powodu zalewu fejków, nie tylko zresztą z polsko-białoruskiego pogranicza, otworzyliśmy właśnie nową, geopolityczną kategorię, przeznaczoną do weryfikacji tego wszystkiego, co płynie w lejącej się ze wschodu rzece, a nie są to bynajmniej nie „uchodźcy”, ile kłamstwa, dezinformacje, fake newsy, manipulacje i zwykłe oszustwa, ulewające się z szerokich rur ściekowych znanego i nieznanego pochodzenia.

 

Odbiorem tej nowej, silnej fali fejków i dezinformacji, nawet, gdy są to dość ewidentnie bzdury, jak owa historia człeka płynącego lodowatym Bugiem sześć dni, lub rewelacje szybko dementowane, jak opowieści o niedożywieniu polskich żołnierzy, rządzą reguły nie różniące się od tych, które już kilka razy na portalu SDP opisywałem. Uaktywniły się dające się rozpoznać centra dystrybucji i sieci rozpowszechniania. I tym razem nie brakuje ludzi, którzy nie wracają uwagi na jakąkolwiek weryfikację podawanych dalej treści, jeśli wywodzą się z ich plemienia politycznego. Są mechanizmy lekceważenia prawdy i faktów napędzające powielanie nawet już zdemaskowanych fake newsów, zwłaszcza jeśli są niekorzystne dla „nich” a korzystne dla „nas”. I jest w końcu mechanika mediów społecznościowych, która daje przewagę efektownej i szokującej nieprawdzie nad mniej atrakcyjnymi informacjami oddającymi rzeczywisty stan rzeczy.

 

To wszystko widać było i wciąż jest bardzo wyraźnie widoczne w przypadku rozpowszechniania dezinformacji pandemicznych. FakeHunter, który fake newsów na temat koronawirusa, pandemii i szczepień zweryfikował setki, raz po raz był obiektem agresji ze strony dystrybutorów dezinformacji, gdy psuł im ukształtowany przez spiskowe teorie obraz świata a nierzadko całkiem świadomy, misterny plan zrobienia wody z mózgu jak największej liczbie osób.

 

Z mojego punktu widzenia, osoby, która z fact checkingiem miała sporo w sensie zawodowym do czynienia, rzeka fejków z pogranicza polsko-białoruskiego, w sensie „technicznym” niczym nie różni się od infodemii covidowej. Rolę panów Januszy z Facebooka, „Bobów Gedronów” z Twittera, wszelkiego rodzaju anonimowych i, co tu kryć, dość podejrzanych jestestw serwujących nieprzerwany ciąg manipulacji, dezinformacji albo po prostu ordynarnych kłamstw na temat pandemii, w przypadku ataku Łukaszenki „uchodźcami” przejęli różnego rodzaju aktywiści, politycy i karmieni „informacjami” zaangażowanych politycznie mediów celebryci.

 

Nie widzę istotnej różnicy pomiędzy nieznaną gębą pomstującą na „morderców covidowych” a znaną gębą bredzącą w mediach, czy w social mediach o „polskich żołnierzach mordujących kobiety i dzieci na granicy”. Co do zasady to tacy sami siewcy kłamstwa. Tak samo trzeba treści, które rozpowszechniają tak samo poddawać weryfikacji, i, opierając się na wiarygodnych źródłach, rzetelnej wiedzy o faktach, przekazać opinii publicznej informację o wartości faktograficznej tego co głoszą.

 

Internet i prawica. Czyżby?

 

Wiele razy o tym już pisałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilka prawd o fake newsach. Po pierwsze o tym, że w gruncie rzeczy jest nimi większość obiegowych przekonań o fake newsach. Np. o tym, która polityczna opcja dominuje w ich rozpowszechnianiu, o tym, że tzw. media mainstreamowe z natury rzeczy są od nich wolne i w końcu również o tym, że ludzie łatwo się na nie nabierają.

 

Lewica lansowała i wciąż lansuje teorię o przemożnym wpływie fałszywych wiadomości podawanych w Internecie na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 r. To fejki według tych poglądów miały dać zwycięstwo Donaldowi Trumpowi. Tymczasem, według badań, wpływ fake newsów na efekty kampanii prezydencką w USA z 2016 roku był niewielki we wszystkich kategoriach wiekowych oprócz jednej – osób powyżej 65 roku życia. Ogólnie z badań wyszło, że około 90 proc. osób nie udostępniło na swojej tablicy żadnego „fake newsa”. Jednak emeryci mieli udostępniać nieprawdziwe informacje w sieciach społecznościowych siedmiokrotnie częściej niż osoby z najmłodszej badanej kategorii wiekowej (18-25 lat).

 

Oczywiście dało to upust fali „ejdżystowskich” komentarzy. Zastanówmy się jednak, co to w rzeczywistości oznacza. Wychodzi, iż większość ludzi jest nieźle immunizowana na fake newsy a starsze osoby po prostu są „słabsze w social media”. Ich brak krytycyzmu wynika także z tego, że wychowali się w starym, przedinternetowym świecie, w którym mediom się wierzy. Młodsi, którzy media (zarówno te social jak i te mass) traktują z większą rezerwą, są bardziej ostrożni.

 

Jeszcze w 2017 r., firma F-Secure sprawdzała, jak korelują się poglądy polityczne internautów z zamiłowaniem do upowszechniania fake newsów. Z badań wynikło, że liderami w dystrybucji fałszywek są sympatycy lewicy (35 proc.), z niewielką, ale mimo wszystko, przewagą nad prawicowcami (32 proc.). Centrowcy mieli skłonność do tego w wyraźnie mniejszym stopniu (28 proc.).

 

Burzy to budowaną przez dużą część mediów mitologię wokół armii „prawicowych trolli” prowadzących informacyjną wojnę na za pomocą fałszywek. Także najgłośniejsze polskie przypadki rozpowszechniania fake newsów w polskich sieciach społecznościowych z ostatnich kilku lat to robota raczej lewicy niż prawicy. Nie znaczy to oczywiście, że prawica nie ma na koncie tego rodzaju grzechów, ale to przecież przede wszystkim lewica lansuje tezę, że fake newsy są narzędziem prawicy. Przykłady, że często jest zgoła odwrotnie, obalają mitologię nawarstwiającą się wokół problemu fałszywek. Podobnie jak przykłady spektakularnych wpadek środków przekazu głównego nurtu, które z kolei nader chętnie widzą problem dystrybucji fejków jako problem wyłącznie Internetu. Tak nie jest.

 

Wiadomo bowiem nie od dziś, że także renomowane media z tradycjami zaliczają kompromitujące wpadki z fałszywkami. Cytowałem w jednym z dawniejszych artykułów na portalu SDP przykład  cytowania i komentowania przez dziennikarzy „New York Timesa”, „Washington Post” i agencji Bloomberg danych statystycznych na temat seksizmu w branży technologicznej. Okazało się, że badań, o których pisali tak łacno, w ogóle nie było. Wymienione media najwyraźniej nie pofatygowały się, aby to sprawdzić, choć nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza dla redakcji, które opierają się na „solidnym warsztacie” i „standardach”.

 

Amerykańskie media lubią upatrywać w byłym prezydencie Trumpie głównego winowajcę obniżenia poziomu zaufania do ich przekazu, ale czy po takich wpadkach mają coś na swoją obronę? Tamtejsi odbiorcy rzeczywiście darzą środki przekazu niewielkim zaufaniem. Jak wynika z sondażu Monmouth University z kwietnia 2018 roku, trzech w czterech Amerykanów uważa, że tradycyjne główne stacje telewizyjne i gazety podają fake newsy,  31 proc.  jest zdanie, że dzieje się to regularnie, a 46 proc. – że zdarza się to sporadycznie.  Przekonanie, że media mainstreamu przynajmniej sporadycznie rozpowszechniają fałszywe wiadomości, wzrosło rok do roku wśród wszystkich grup politycznych, w tym wśród republikanów (89 proc. – wzrost z 79 proc. w 2017 r.), niezależnych (82 proc. wzrost z 66 proc.) i demokratów (61 proc. wzrost z 43 proc.). Republikanie, czyli po naszemu prawica, tradycyjnie nie mają zaufania do mass mediów. Ponad połowa z nich twierdzi, że media regularnie kłamią. Jednak fakt, że przekonanie o skażeniu fake newsami środków przekazu silnie wzrosło również wśród demokratów, raczej nie może być „zasługą” krytyki wygłaszanej przez Donalda Trumpa.

 

W świecie europejskich mediów głośnym w ostatnich latach skandalem była sprawa Claasa Relotiusa, znanego dziennikarza niemieckiego, który skończył swoją karierę w niesławie, jak twórca fake newsów, które publikowały znane tytuły, m. in. „Der Spiegel”. Inny niemiecki dziennikarz, którego nazwiska nie podano, ale widomo, że była to osoba znana i nagradzana, został zdymisjonowanych przez „Süddeutsche Zeitung Magazin”, za materiał, w którym uczynił bohaterką swojego tekstu nieistniejącą w rzeczywistości osobę.

 

Co z tego wynika? Choćby wniosek, że chętnie powtarzana przez przedstawicieli mainstreamu medialnego teza o zasadniczo wyższej wiarygodności „starych mediów” w porównaniu z Internetem,  jest coraz bardziej wątpliwa. Co więcej, jeśli przypomnimy sobie dane o znacznie wyższej łatwowierności osób z pokolenia, chętniej konsumującego tradycyjne media, to całkiem na miejscu wydaje się spostrzeżenie, że odziedziczone po dawnych czasach zaufanie do mediów bardziej szkodzi niż pomaga. Dlaczego odbiorca, któremu mówi się, aby był ostrożny, sceptyczny i nieufny, miałby wszystkie swoje receptory weryfikacyjne wyłączać, gdy ma do czynienia ze „starymi” mediami? Zwłaszcza, że jak pokazują powyższe i dziesiątki innych przykładów, receptory te trzeba mieć tak samo wyostrzone dziś w przy każdym kontakcie z publikowanymi w przestrzeni publicznej informacjami.

 

Kocham cię, fake newsie

 

Wracając do analizy fake newsów, warto też przypomnieć, iż mechanizm ich dystrybucji jest czymś znacznie bardziej złożonym niż propagowany często model „potężnych graczy” (politycznych?, komercyjnych?), którzy manipulują, jak chcą, bezwolną masą za pomocą fałszywek, na które masa się bezwolnie nabiera”. To wcale tak nie działa. Np. w cytowanych przez mnie w starszych tekstach przykładach rzekomego spalenia flagi na Marszu Niepodległości, napastliwego człowieka z demonstracji, statystyk o seksizmie, miało się nieodparte wrażenie, że udostępniający fejki wiedzą o niskiej wiarygodności tych informacji lub przynajmniej „przeczuwają” to, ale kłamstwa te tak bardzo zgadzają się z ich poglądami i obrazem świata, że nie mogą się oprzeć.

 

Można by to opisać jako specyficzną odmianę dysonansu poznawczego, niechęci do informacji prawdziwych, ale zaprzeczających naszej wizji świata. W konsekwencji prowadzi to do flirtu z fejkiem, o którym albo wie się, że jest fałszem, albo tylko to podejrzewa, ale jest on tak miły naszym poglądom, że folgujemy sobie. Dochodzi do tego, wierzmy, że tylko czasem i jedynie u niektórych, całkowity cynizm, czyli udostępnianie fałszywek z premedytacją, aby pognębić oponentów. Granica jest płynna, więc trudno orzec, ilu jest „uwiedzionych”, ilu zaś kłamie świadomie. Moim skromnym zdaniem, a wynika to z wieloletnich obserwacji, z pełną premedytacją fejki udostępniają politycy, ponieważ w ich świecie liczy się narzucanie narracji i zdobywanie przewagi a nie dochodzenie do prawdy.

 

Ponadto fake newsy mają większą siłę przyciągania, choćby dlatego, że są zazwyczaj informacjami nowymi. nie powielają wiedzy już znanej. Takie wnioski wynikają z badań przeprowadzonych kilka lat temu w Massachusetts Institute of Technology, których wyniki opublikowano w prestiżowym „Science”. Aby zbadać, jak rozpowszechniają się fałszywe wiadomości w Internecie, Soroush Vosoughi i jego koledzy przyjrzeli się danym zebranym na Twitterze z okresu obejmującego aż dwanaście lat. Po odfiltrowaniu pewnych treści np. rozpowszechnianych przez boty, mieli próbę 126 tysięcy fake newsów udostępnionych na Twitterze 4,5 miliona razy przez około trzy miliony ludzi. Przyjrzeli się tempu, w jakim treści te rozprzestrzeniają się w porównaniu z wpisami zawierającymi prawdziwe informacje. Odkryli, że fałszywe historie dotarły do większej liczby osób i propagowane były szybciej niż prawdziwe publikacje.

 

„Fałszywe informacje radzą sobie w społecznościach lepiej niż prawdziwe informacje” –  komentował Vosoughi. Na podstawie wyników badania uczeni sugerowali, że ludzie są o 70 proc. bardziej skłonni dzielić się ze znajomymi fałszywymi informacjami niż prawdziwymi.  Badacze stawiają hipotezę, że nowość fałszywych wiadomości czyni je bardziej atrakcyjnymi z punktu widzenia udostępniania. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane lub w ogóle „śmierdzą fejkiem na odległość”.

 

Rozliczne dowody wskazują, że dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szerszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rhode Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby tę fałszywkę udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników. Nie wiadomo, ilu z udostępniających robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują te treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” jest tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie być może nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znaleźć można w sieci to „beka”.

 

Podważasz wiarygodność źródeł – nie oczekuj wiary w twoją wiarygodność

 

To czym zajmujemy się w FakeHunterze, czyli fact checking zaczyna się, moim zdaniem, od uznania własnej, ludzkiej niedoskonałości, podatności na błędy poznawcze, uprzedzenia i manipulacje. Chodzi o to, by uniknąć nastawienia, że wiem lepiej i założenia z góry, że mam rację. Z pułapek zastawianych przez manipulatorów i trzęsawisk sprzeczności faktograficznych dobrze pomyślana weryfikacja faktów ratować powinna za pomocą czegoś, co możemy nazwać uczenie aparatem metodologicznym, choć nie jest to wcale aż tak skomplikowana konstrukcja. A mówiąc dokładnie – nie jest skomplikowana sama konstrukcja i metoda, ale już przeprowadzanie na jej podstawie fact checkingu to na ogół trudna, żmudna i czasem niewdzięczna robota. Z doświadczenia własnego i kolegów weryfikujących informacje wiem, że poprawne, zdyscyplinowane metodologicznie, odwołujące się do rzeczywistego stanu rzeczy i wiarygodnych źródeł, sprawdzanie nazywane fact checkingiem, to ciężka, intelektualnie bardzo wymagająca, praca.

 

Wydawane werdykty – „prawda” lub „fałsz” – muszą być oparte na wiarygodnych źródłach. Trudno sobie inaczej wyobrazić rzetelny fact checking. I na tym, gdy dochodzi do konfrontacji, wykładają się zwykle i demaskują dystrybutorzy fejków. Oni nie potrafią wskazać żadnych wiarygodnych źródeł swoich informacji. Nawiasem mówiąc, za pomocą formy reakcji na pytania o źródła można rozpoznać i odróżnić amatora, nazywanego różnie, czasem użytecznym idiotą, czasem po prostu trollem, które zwykle coś tam nieporadnie próbuje podać na podparcie swoich tez, zwykle posta z Facebooka i Twittera podobnego mu nieboraka, od zawodowca, który zapytany o źródła nie reaguje (bo dobrze wie, że ich nie ma, ale nie za podawanie wiarygodnych źródeł mu płacą).

 

Trochę inny problem to wiarygodne źródła. Dla antyszczepionkowych fanatyków publikacje w renomowanych, recenzowanych naukowo periodykach takich jak np. „Lancet”, „Science” czy „Nature”, nie mają większej wartości niż wpis kolegi po poglądach na Fejsie, a nawet mniejszą. Podobnie upolitycznieni dziennikarze nie wierzą w informacje polskiej straży granicznej, policji i wojska. Bez zastrzeżeń natomiast „łykają” i bezkrytycznie powielają opowieści migrantów o trupach leżących w lesie i grzebaniu zmarłych patykiem. Bo zakładam, że rzeczywiście jacyś migranci im coś powiedzieli. Chyba to przynajmniej jest prawdą.

 

Jeśli nie ma konsensusu, co do tego, co uznamy za wiarygodne źródła, weryfikacja informacji rzeczywiście traci sens. Pamiętajcie jednak, o bracia dziennikarze, że to rozciąga się na wszystkich. W rzeczywistości, w której nie ma wiarygodnych źródeł, wasze publikacje również nie mają szans na taki status. Wszystko co piszecie i pokazujecie, będzie zawsze wyglądało jak co najwyżej kreacja w stylu wspominanego przeze mnie na początku Andy’ego Kaufmana. A to i tak będzie ten lepszy dla was scenariusz odbioru.

 

Kondolencje dla Jadwigi Chmielowskiej

Redaktor Jadwidze Chmielowskiej

 

Prezesowi Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach, byłej Sekretarz Generalnej i Skarbniczce SDP, działaczce Solidarności Walczącej

 

wyrazy głębokiego współczucia z powodu śmierci syna Bartłomieja

 

składa

 

Zarząd Główny SDP

 

 

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Polska Press nie rządzi powiatowym internetem

W koncernie Polska Press (dawniej Passauer Neue Presse) jeszcze zanim został przejęty przez Orlen model działania tygodników lokalnych, czyli powiatowych był taki: redakcja składała się z redaktora naczelnego, który też trochę pisał, 2-3 dziennikarzy, ewentualnie 1-2 współpracowników nieetatowych, np. od sportu oraz 2-4 specjalistów od reklamy.

 

Każdy dziennikarz musiał wypełniać tygodniowo od 3 do 5 stron w gazecie, a także powinien codziennie publikować na portalu przynajmniej jednego newsa. Naczelny miał do dyspozycji bibliotekę gotowych szablonów stron gazetowych, więc nie musiał niczego makietować, dziennikarze pisali artykuły i wrzucali zdjęcia w ramki aplikacji webowej. Zarówno skład gazety, jak i korekta odbywały się centralnie, więc redakcja nie miała wpływu na ostateczny kształt numeru. Naczelny miał też do dyspozycji obszerną bibliotekę tekstów „ogólnych” i „ponadczasowych”, np. rozmów z celebrytami, porad kulinarnych, zdrowotnych i innych. Dostęp do grafików, którzy przygotują interesujący wykres, czy inną infografikę, był ograniczony. Wynagrodzenia dziennikarzy były bliskie najniższej możliwej płacy krajowej, ewentualnie przekraczały ją minimalnie, ok. 3 tysięcy zł na rękę dwa lata temu to była pensja niezła. W biurze reklam i ogłoszeń można było zarobić więcej, ale tam wszystko zależało od efektywności, a i robota niewdzięczna. Zarobki naczelnych dochodziły do 4 tysięcy.

 

Można się zastanawiać, czy w takich warunkach możliwe było w ogóle powstawanie dobrych artykułów? Jakoś nie pamiętam wybitnych tekstów z tygodników lokalnych Polska Press. Dlatego tam, gdzie w danym powiecie była silna, polska niezależna gazeta prywatna, niemiecki koncern nie pchał się ze swoim „gazetopodobnym” produktem, bo wiedział, że nie ma szans. Jedynie tam, gdzie lokalny polski wydawca był kiepski i ledwo zipał, Niemcy kupowali ten tytuł (czasem tylko część udziałów, które były na sprzedaż), albo zakładali swoją gazetę. W czasie, gdy Orlen kupował Polska Press, podkreślano często, że z uwagi na kilkadziesiąt, a może kilkaset tygodników i portali lokalnych, PP jest silny „w terenie”. Według mnie to propagandowa bajka, bo w większości powiatów najsilniejsze są powstałe 30 lat temu miejscowe gazety i ich portale, więc media PP w tych powiatach są co najwyżej numerami dwa. Statystyki całej sieci portali Polska Press z perspektywy warszawskiej mogą być oczywiście imponujące, ale działa tu efekt skali, który w tym przypadku nie pokazuje prawdy o tym, kto rządzi internetem „w terenie”. Gdyby zebrać statystyki wszystkich portali gazet lokalnych, zarówno tych ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, jak i Stowarzyszenia Mediów Lokalnych, jak i niezrzeszonych oraz samodzielnych (nie posiadających gazet papierowych) lokalnych portali informacyjnych, to skończyłby się pic z dominacją PP w Polsce powiatowej.

 

Nie chcę nadmiernie gloryfikować mediów lokalnych i mówić, że są świetne i doskonałe, bo zarówno same gazety, jak i portale, często pozostawiają wiele do życzenia, ale trzeba zauważyć, że mimo wszystko na swoich niewielkich terenach potrafią skutecznie konkurować z wojewódzkimi czy ogólnopolskimi gigantami. Pytanie – jak długo jeszcze? – jest oczywiście cały czas otwarte, bo w mediach od wielu lat obserwujemy zjawisko analogiczne z tym, co dzieje się w handlu: wielkie sieci wypierają małych handlowców. Być może szansą dla małych jest konsolidacja i łączenie się w większe organizmy biznesowe, co w przypadku gazet powiatowych będzie trudne. Już wiele lat temu Dominik Księski, wydawca „Pałuk” ze Żnina, a jednocześnie ówczesny prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, zauważył: wydawcy gazet lokalnych to zbiór indywidualistów, każdy ma swój pomysł na prowadzenie gazety, oczywiście najlepszy.

 

Dlatego, za mojego żywota, prawdopodobnie nie dojdzie do połączenia mediów lokalnych w jedną super-firmę, chociaż takie pomysły co jakiś czas w tym środowisku się pojawiają.

 

Zresztą może nie byłoby to dobre, może lepiej, żeby nadal funkcjonował dotychczasowy model gazety lokalnej, małej, ciasnej, ale własnej?

 

Waldemar Śliwczyński

Lans przed rzetelną informacją – rozmowa z prof. OLGĄ DĄBROWSKĄ-CENDROWSKĄ

W studiach dziennikarskich ważne jest zarówno dbanie o korzenie, jak też dostosowywanie się do zmieniającego się świata, do studentów, którzy są wytworami tej rzeczywistości – mówi prof. Olga Dąbrowska-Cendrowska, kierownik Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

 

Zacznijmy od przykładu, który zelektryzował w tym roku nie tylko media branżowe. Prywatne LO w Słupsku zrezygnowało z pompą z klasy dziennikarskiej, a otworzyło w jej miejsce vlogerską[1]. Pani katedra ma jeszcze klasę patronacką?

 

Tak i to nie jedną. Klasy pod naszym patronatem funkcjonują w Jędrzejowie i Kielcach, m.in. w cenionym V Liceum Ogólnokształcącym im. Ks. Piotra Ściegiennego. Wygląda na to, że będą następne. Po debacie, która miała miejsce w tym roku podczas Świętokrzyskiego Festiwalu Nauki, zwróciło się do nas X LO im. Józefa Piłsudskiego z Kielc z propozycją utworzenia takiej klasy. Ma to być efektem zainteresowania uczniów, którzy uczestniczyli we wspomnianej dyskusji. Nosiła ona tytuł: „Nie chce mi się z wami gadać. Nowe oblicza komunikacji” i była poświęcona funkcjonowaniu w social mediach.[2]

 

Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie nie zdołał zrekrutować chętnych na XIV kurs dziennikarski. We wrześniu bieżącego roku na stronie internetowej Studium Dziennikarskiego UP pojawił się komunikat, że rekrutacje zostają zawieszone do odwołania[3]. Państwo mówicie o mniejszym zainteresowaniu drugim stopniem. Czy studia dziennikarskie przestały interesować młodych ludzi? Dawniej był to jeden z najpopularniejszych kierunków w Polsce, jak dziś psychologia. Istniała nawet do 2013 roku prywatna Wyższa Szkoła Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza, która miała filię m.in. w Kielcach.

 

Tu nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno młodych ludzi nie przestało interesować komunikowanie i to jest dobra wiadomość. Starsze roczniki przyciągało, coś, co brzmi dziś nieco paradoksalnie, stabilność zatrudnienia i jasno określona ścieżka kariery. W porównaniu z firmami marketingowymi lub PR ten świat wydawał się znany i przez to zrozumiały. Generalizując, mogę stwierdzić, że studenci pierwszego roku nie rozumieją dziennikarstwa. Przychodząc na uczelnię, już mają swoje strony, blogi, kanały video, podcasty… Oni już czują się dziennikarzami. Mają swoje zasięgi, nieraz robiące wrażenie. Natomiast patrzą na te swoje „małe, osobiste” media trochę jak politycy. Nie rozumieją, czym jest dziennikarstwo w demokratycznym społeczeństwie. Jak istotną rolę odgrywa „czwarta władza”. Bardziej ich pociąga lansowanie niż rzetelne informowanie. Na przykład dla mojego syna dzielenie się w social mediach nowymi trickami na hulajnodze jest tak naturalne, jak rozmowa na ten temat na szkolnym korytarzu w czasie przerwy.

 

Czy przychodząc z takim nastawieniem, przeżywają rozczarowanie? Jak studenci inżynierii dźwięku, którzy w przyszłości chcieliby pracować w studiu nagrań, a projektują słuchawki dla operatora młota pneumatycznego?

 

Oferta jest oczywiście niespójna z ich oczekiwaniami. Nie skupiamy się na tym, jak wylansować swój kanał w mediach społecznościowych. Uczymy dziennikarskiej rzetelności, sięgania do źródeł, zadawania pytań. Z czasem przekonują się, że to ważne. Ci, którzy zaczynają drugi stopień studiów, konsekwentnie go kończą. Jednak na początku drogi sporo studentów uważa, że źle wybrała kierunek.

 

Bardzo różnią się współcześni kandydaci na studia dziennikarskie od tych sprzed lat?

 

Myślę, że kolejne młode pokolenia więcej łączy, niż dzieli, ale są też zauważalne różnice. Na przykład kandydaci nie znają dziś tygodników opinii i głównych kanałów informacji. Nasze pokolenie przychodząc na studia, uważało, że znajomość tych źródeł jest oczywista. Dla nich nie jest. Bez wstydu mówią, że ich to nie interesuje.

 

Czy to się zmienia w toku studiów, czy tak już zostaje i możemy się spodziewać, że za parę lat tygodnikom opinii i serwisom informacyjnym zabraknie kadry, bo w odpowiedzi na oferty pracy kandydaci odpiszą: „nas to nie interesuje”?

 

Pomaga w tym praca nad kontrowersyjnymi tematami, np. aborcja w Polsce. Studenci mają za zadanie wyszukanie aktualnych informacji w różnych typach mediów. Potem dziwią się i to bardzo, że te same kwestie opisuje się w tak różny sposób. To budzi zainteresowanie i pokazuje, że funkcjonują w wygodnych bańkach informacyjnych, w których czują się bezpiecznie, czują, że są zrozumiani. Nie muszą się wysilać, aby przedstawić swój punkt widzenia, uzasadnić go. Kulturalnie obronić.

 

Zaczynają po takich zajęciach dzielić media na prorządowe i opozycyjne, jak to ostatnio często czynią i odbiorcy i portale branżowe?

 

Tę wiedzę czerpią przeważnie z drugiej ręki. Zwracają zatem uwagę na media, które ogląda się w domu. W najbliższym środowisku ocenia się też podejście takiej, czy innej stacji do tematu np. wspomnianej przeze mnie aborcji. Ktoś mieszka w czasie roku akademickiego u dziadków i tam ma w tle TVP Info, u kogoś w domu tata ogląda namiętnie TVN24.

 

Gdyby mieli oferty pracy z „Wiadomości” i „Faktów”, którą by przyjęli?

 

Dziś deklarują, że wybraliby… „Wydarzenia”. Najwidoczniej mocne zaangażowanie polityczne redakcji zniechęca młodych ludzi.

 

A jakie mają atuty?

 

Przede wszystkim umiejętności techniczne. Nagranie i podstawowa obróbka materiałów audio, foto i video nie stanowi dla nich żadnego problemu. Podobnie jak sformatowanie tekstu i jego zamieszczenie w sieci. Przy tych dużych umiejętnościach wyjściowych mają jednak problem z pozyskiwaniem informacji i weryfikacją źródeł. Dla użytkowników smarftonów problemem jest też przeczytanie dłuższego tekstu. W tym kontekście warto dodać, że znikoma liczba studentów  chce pisać prace o prasie. Wolą analizować media społecznościowe.

 

To poniekąd zrozumiałe – biblioteka mieści się wówczas w smartfonie… Obserwujecie Państwo przesunięcie zainteresowania studentów w stronę PR.

 

Komunikacja społeczna faktycznie zaczyna dominować. Skala interakcji w Internecie jest coraz większa. Nawet komentujący coś mówi o sobie. Mówi wystarczająco dużo, żeby na tej podstawie wnioskować, jaki mamy target. Specjaliści z tego zakresu są potrzebni. Znów, podobnie jak dawniej w przypadku dziennikarstwa, znaczenie ma rynek pracy. Każda instytucja chce prowadzić w sposób profesjonalny swoją komunikację z otoczeniem społecznym. Natomiast w mediach absolwenci przeważnie zaczynają od reporterki. Po paru latach są bardzo wyeksploatowani i zmieniają zawód na spokojniejszy. Obserwujemy różne transfery naszych absolwentów, z którymi mamy kontakt, np. do urzędów, muzeów, sądów, bibliotek i własnych firm.

 

Z pani słów wynika, że trudno to nastawienie studentów zmieniać. Czy wobec tego powinno się zmodyfikować kierunek, programy nauczania pod ich potrzeby?

 

Pracujemy obecnie zarówno nad diagnozą i mapą kształcenia na kierunkach dziennikarskich w Polsce, jak i stanem rozwoju dyscypliny nauki o komunikacji społecznej i mediach w ramach komitetu problemowego Polskiej Akademii Nauk. Myślę, że raporty, które powstaną pokażą dobitnie, w jakim miejscu jesteśmy i nad czym powinniśmy pracować.

 

Uczelnie szukają też węższych specjalizacji w obszarze kształcenia. Zadziwiła mnie, na przykład studentka z Chin, która studiowała u nas w programie Erasmus. U siebie studiowała na kierunku: Communication and design.

 

Słowem, ważne jest dbanie o korzenie, ale też dostosowywanie się do zmieniającego się świata, do studentów, którzy są wytworami tej rzeczywistości.

 

Czy zmiany, które nastąpiły w podejściu młodego pokolenia to już wszystko, czy o czymś jeszcze warto wspomnieć?

 

Parafrazując słowa Zygmunta Baumana o konsumentach: „widzą cię, więc jesteś”. Dla nich to ważne. Służą temu poczuciu „bycia” ich konta w mediach społecznościowych i ich zasięgi. Młodzi ludzie są też bardzo niecierpliwi, a w dziennikarstwie droga na szczyt jednak trochę trwa. Mają inny stosunek do pracy niż nasze pokolenie. Cenią swój czas wolny. Warto to szanować. Zarabianie pieniędzy na studiach stało się dziś prostsze niż kiedykolwiek. Wystarczy umiejętne handlowanie ubraniami w jednej z aplikacji.

 

Rozmawiał Zbigniew Brzeziński

 


 

Olga Dąbrowska-Cendrowska

Doktor habilitowana w dziedzinie nauk społecznych w dyscyplinie nauki o komunikacji społecznej i mediach, prof. UJK. Zainteresowania naukowe: współczesny polski system medialny, ze szczególnym uwzględnieniem mediów adresowanych do kobiet, konwergencja treści, poradnictwo medialne, mediatyzacja poradnictwa[4].

 

[1] https://www.rmf24.pl/ciekawostki/news-zawod-youtuber-w-slupsku-powstaje-pierwsza-w-polsce-klasa-vl,nId,5119109#crp_state=1 – dostęp 01.12.2021 r.

[2] https://sfn.ujk.edu.pl/nie-chce-mi-sie-z-wami-gadac-nowe-oblicze-komunikacji/ – dostęp 01.12.2021 r.

[3] https://sd.up.krakow.pl/ – dostęp 01.12.22021 r.

[4] https://kdiks.ujk.edu.pl/olga-dabrowska-cendrowska/ – dostęp 01.12.2021 r.