CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę red. Tomasza Sakiewicza z powództwa Tomasza Grodzkiego

W związku z pozwem wniesionym przez  Tomasza Grodzkiego reprezentowanego przez adwokata Jacka Dubois przeciwko redaktorowi Tomaszowi Sakiewiczowi  o przestępstwo określone w artykule 212 & 1 k.k. w związku z art. 212 & 2 k.k.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło tę sprawę  monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy.Według oceny CMWP, w niniejszej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw red. Tomasza Sakiewicza.  Pierwsza rozprawa w tej sprawie zaplanowana jest na 21 grudnia br.

 

W związku z powyższym CMWP rozważa przedstawienie opinii w charakterze amicus curiae, która stanowi formułę wyrażenia przez organizację pozarządową opinii jako tzw. „opinii przyjaciela sądu”, gdy jest to uzasadnione celami tej organizacji oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności. W przypadku wydania opinii zostanie ona niezwłocznie przekazana tut. Sądowi. Na obecnym etapie CMWP prowadzi monitoring sprawy, zgodnie z przepisami prawa oraz ze wskazanymi wyżej celami i kryteriami.

 

Redaktor Tomasz Sakiewicz został oskarżony przez  Marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego o to, iż  6 stycznia 2020 r. za pośrednictwem portalu społecznościowego Twitter miał go pomówić  o postępowanie i właściwości, które mogły go poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania niezbędnego dla Marszałka Senatu RP. Chodzi o wpis: Platforma już głupiej nie potrafi bronić Grodzkiego niż twierdzić, iż ktoś przekupuje świadków. Są ich dziesiątki, o łapówkach wiedziały setki osób. A Grodzki jeszcze będzie miał sprawę o fałszywe zawiadomienie. Druga wypowiedź, która stała się przyczyną niniejszego pozwu to  wypowiedź red. Tomasza Sakiewicza w programie TV Republika 10 stycznia 2020 r.:  Kiedy ktoś, kto jest po prostu zwykłym łapówkarzem porównuje siebie, a ponosi konsekwencje ohydnej, po prostu ohydnej działalności, no to tylko poziom tej ohydy rośnie. Nic więcej nie da się w tej sprawie powiedzieć, to po prostu obrzydliwy facet. 

 

22 marca 2021 r. do Senatu trafił  wniosek  Prokuratury Regionalnej w Szczecinie o uchylenie immunitetu Marszałka Grodzkiego. Wg  prokuratury Tomasz Grodzki w latach 2006-12 jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie brał pieniądze od pacjentów, których miał operować. Sprawa zaczęła się od wpisu prof. Agnieszki Popieli, pracownika naukowego Uniwersytetu Szczecińskiego , która w listopadzie 2019 r. napisała na swoim profilu na Facebooku: „Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę”. Sprawę opisały media , m.in. Radio Szczecin i  tygodnik „Gazeta Polska”.

 

Prokuratura zamierza postawić „Tomaszowi Grodzkiemu” cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Jak wynika z ustaleń śledztwa, korzyści majątkowe w postaci pieniędzy w złotówkach i dolarach – w wysokości od 1500 do 7000 zł – lekarz przyjmował w kopertach. W zamian zobowiązywał się do osobistego przeprowadzenia operacji lub ich szybkiego wykonania, a także do zapewnienia dobrej opieki lekarskiej.

 

W toku postępowania przygotowawczego ustalono, że w marcu 2012 r. Tomasz Grodzki przyjął 7 000 zł od żony starszego mężczyzny chorującego na nowotwór za osobiste przeprowadzenie operacji. We wrześniu 2009 r. Tomasz Grodzki zażądał od pacjenta za przyspieszenie operacji kwoty 10 000 zł. Pacjent przed operacją przekazał lekarzowi 3 000 złotych i 500 dolarów. Do zapłaty pozostałej części nie doszło, ponieważ po operacji u pacjenta wystąpiły komplikacje zdrowotne i lekarz nie upomniał się o drugą transzę pieniędzy. Z materiału dowodowego wynika również, że w marcu 2009 r. Tomasz Grodzki przyjmując innego pacjenta w prywatnym gabinecie miał poinformować go, że może osobiście operować w publicznym szpitalu w zamian za korzyść majątkową. Podczas kolejnej wizyty pacjent przekazał lekarzowi kopertę z 2000 zł w zamian za osobiste przeprowadzenie zabiegu operacyjnego przez Tomasza Grodzkiego. Miał on też przyjąć w maju 2006 roku korzyść majątkową w wysokości 1500 zł od syna jednego z pacjentów w zamian za zapewnienie mu dobrej opieki.

 

Z zeznań świadków wynika, że na oddziale szpitalnym wiedza o tym, że doktor Grodzki przyjmuje łapówki była powszechna. Panowało również przekonanie, że uiszczenie łapówki jest konieczne, aby pacjent był dobrze leczony. W toku postępowania prokuratura przesłuchała 15 świadków spośród pacjentów hospitalizowanych na oddziale kierowanym przez Tomasza Grodzkiego oraz członków ich rodzin, według których lekarz przyjmował od nich korzyści majątkowe także przed 2006 rokiem. Przestępstwa te uległy przedawnieniu, ale zeznania są ważnym dowodem dla oceny wiarygodności świadków, którzy zeznawali na okoliczność zdarzeń objętych zarzutami.

 

Komunikat Prokuratury: TUTAJ.

 

Senat RP do tej pory nie zajął się sprawą uchylenia immunitetu Marszałka Tomasza Grodzkiego.

 

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Cięcie kosztów

Także w gazetach lokalnych kiedyś było lepiej, zwłaszcza finansowo. Ile się zarabiało? U mnie, czyli w „Wiadomościach Wrzesińskich”, jakieś dziesięć lat temu dziennikarze zarabiali nieźle, oczywiście ci najlepsi, czyli najwydajniejsi. Na rękę wyciągali 4-5, a zdarzało się i 6 tysięcy, co jak na gazetę lokalną było dużo. Dodam, że w najlepszych latach „WW” w 75-tysięcznym powiecie wrzesińskim, gdzie się ukazują od 1990, miały nakład 11.650 egzemplarzy, przy sprzedaży około 10.500 tygodniowo. Mój tygodnik trafiał do prawie każdego mieszkania i był obowiązkowym zakupem w każdy piątek.

 

Mieliśmy też wysokie wpływy z ogłoszeń drobnych i reklam, głównie lokalnych przedsiębiorstw. Uśredniając te wpływy, bo występowała tu sezonowość – w lipcu i sierpniu oraz w styczniu było nieco mniej – miesięczny utarg biura ogłoszeń to około 140 tysięcy netto. Specyfiką rynku wrzesińskiego było to, że klienci sami przychodzili do nas, pracownicy biura ogłoszeń nie musieli latać po mieście i namawiać do dania reklamy, nie byliśmy nachalni, co klientom bardzo się podobało, bo mieli już dość różnych akwizytorów z „najlepszymi na rynku ofertami”. W związku z tym pracownicy biura nie byli tymi, którzy zarabiali najwięcej.

 

Ile wówczas zarabiałem ja, jako jedyny właściciel gazety? Szczerze mówiąc, a ja zawsze mówię szczerze – nie wiem. Dużo. W porywach kilkadziesiąt tysięcy złotych. Miesięcznie. Precyzyjne obliczenie mojego zarobku, a właściwie zysku, było trudne, ponieważ prowadziłem „jednoosobową działalność gospodarczą osoby fizycznej”, więc pieniądze firmowe i osobiste były w banku na jednym koncie. Poza tym, prawie wszystko, co zarobiłem na „Wiadomościach Wrzesińskich” inwestowałem w inne przedsięwzięcia biznesowe, które niestety nie przyniosły mi spodziewanych zysków. Studnią bez dna okazała się przede wszystkim drukarnia offsetowa, którą założyłem w 1993 roku. Szło dobrze tylko przez pierwsze lata, kiedy drukowaliśmy naszą gazetę oraz kilka innych tygodników lokalnych z okolicy. Potem, gdy niedaleko nas powstały drukarnie „Gazety Wyborczej”, „Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Poznańskiej” i „Rzeczypospolitej”, przestało się opłacać drukowanie niskonakładowych gazet lokalnych w drukarni arkuszowej. Duże przedsiębiorstwa poligraficzne spostrzegły, że swoje tytuły to one drukują zaledwie przez kilka godzin, a przecież doba ma 24 godziny, więc zaczęły zabiegać nawet o takich małych klientów jak my. W końcu sami przenieśliśmy się do jednej z nich. Drugą studnią bez dna okazał się również ogólnopolskie pismo artystyczne „Kwartalnik Fotografia”, które wydawałem w latach 2000-2013. Cały czas musiałem do niego dokładać, chociaż co roku wmawiałem sobie, że następny rok to już na pewno będzie nad kreską. Niestety, taki rok nie nadszedł i trzeba było tytuł zamknąć. Chociaż więc na gazecie lokalnej zarabiałem nieźle, to znaczną część tego zysku pochłaniały marzenia artystyczne, które aczkolwiek piękne, to okazały się być bardzo kosztowne…

 

Jak wygląda dzisiaj sytuacja finansowa w gazetach lokalnych? Od roku nie jestem już wydawcą „WW”, więc nie mam aktualnych danych, ale na podstawie rozmów z koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych (otrzymałem członkostwo honorowe SGL), a także z obserwacji rynku widzę, że dane sprzed dziesięciu lat, które podałem na początku tego tekstu, trzeba podzielić mniej więcej przez dwa. Mój tygodnik (dzisiaj ma nakład 5650 egz.) należał do tych większych, więc miał relatywnie łatwiej od mniejszych, więc i dzisiaj zapewne ma trochę lepszą sytuację. Spadki nakładów i wpływów reklamowych przyszły do gazet lokalnych z paroletnim opóźnieniem, ale też przyszły. Podobnie jak w dużych gazetach, prywatne tygodniki powiatowe też szukają swojego sposobu na dalsze trwanie, tną koszty, przede wszystkim ludzkie, szukając jednocześnie sposobów na zwiększenie wpływów „z internetu”. Póki co, nikt nie upadł, a do SGL przychodzą nowe tytuły.

Czy Polska jest republiką bananową? – opinie o „lex TVN”

Sejm RP w piątek przegłosował nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji. Zmiany w prawie potocznie nazywane są „lex TVN”. Nowe przepisy teraz czekają na podpis Prezydenta Andrzeja Dudy.

 

Teresa Bochwic, wiceprzewodnicząca KRRiT

 

Jeżeli przepisy tzw. lex TVN wejdą w życie, to uporządkują wątpliwości i system własnościowy zawarty w istniejącej ustawie, ale zburzony przez dodatkowy przepis, który pojawił się w 2004 r. Wolałabym, żeby program TVN nieco się zmienił, ale nikt spółce nie przeszkadza, aby tak ułożyć sprawy własnościowe, że program pozostanie zgodny z planami spółki. Chodzi jedynie o przeniesienie własności do Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Nie widzę podstaw do obaw, że po wejściu w życie nowych przepisów stacja TVN zostanie zlikwidowana. Nie wyobrażam sobie w jakim trybie mogłoby do tego dojść. Chyba, że w trybie rozmaitych kar, wezwań i odebrania koncesji. A na to się nie zanosi. Jeżeli chodzi o koncesję stacji TVN7, która wygasa w lutym, to jeżeli ustawa wejdzie w życie, zostanie ona automatycznie, zależnie od sytuacji, przedłużona o 6 czy 7 miesięcy. Po uporządkowaniu stanu własnościowego stacji zostanie udzielona nowa koncesja.

 

 

Marcin Wolski, publicysta, pisarz

 

Okaże się czy tzw. lex TVN wejdą w życie. Wszystko zależy od podpisu prezydenta. Dużo również zależy od działań TVN. Wystarczy sprzedać kilka akcji i zastosować sprawę deregulacji. To jest najprostsze rozwiązanie. Do zamknięcia stacji droga jest bardzo daleka.

Dla mnie sprawa Lex TVN jest drugorzędna. Ważniejszy jest cały pakiet spraw, które chce wprowadzić rząd, włącznie z reformą wymiaru sprawiedliwości. Wprowadzenie tych wszystkich rozwiązań jest uzależnione od determinacji rządu. Zobaczymy na ile zapowiedzi wprowadzenia tych rozwiązań to prężenie muskułów, a na ile chęć przeprowadzenia swoich zamiarów.

Lex TVN w żaden sposób nie zagraża wolności słowa. Nie chodzi o niszczenie wolnych mediów, o czym głośno krzyczą niektóre portale publikujące teksty w żałobnych ramkach. Przecież nic nie grozi telewizji Polsat. Jeżeli są nawet pewne zagrożenia, nic nie stoi na przeszkodzie, aby TVN częściowo zmienił status właścicielski. Przecież w przepisach jest wyraźnie powiedziane, że nie ma mowy o tym, żeby np. Orlen kupił TVN.

Bardziej boję się zagrożenia wolności słowa ze strony wielkich portali, które są w stanie zablokować konto prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Nie wszystko mi się podoba w aktualnej polityce informacyjnej, ale zgadzam się ze słowami jednego z braci Karnowskich, który powiedział, że jeżeli strona przeciwna narzuciła stan wojny, trudno się dziwić, że po stronie propaństwowej widać pewne zwarcie szeregów.

 

 

Jan Ordyński, wiceprezes Towarzystwa Dziennikarskiego

 

Konsekwencje wejścia w życie Lex TVN są negatywne. To przede wszystkim zamknięcie ostatniej stacji telewizyjnej niezależnej od władzy i przekazującej obywatelom prawdziwe informacje.

Władzy zależy na polsatyzacji TVN. Polsat jest obecnie bardzo ugrzeczniony w stosunku do władzy. Kaczyńskiemu zależy, żeby przynajmniej to samo osiągnąć z TVN. Chodzi o to, żeby nie było żadnej krytyki, żeby nie docierały do społeczeństwa informacje niewygodne dla władzy.

Dodałbym do tego jeszcze konsekwencje międzynarodowe. Jesteśmy już skonfliktowani z UE, Czechami, Białorusią, Rosją, ze wszystkimi, którzy nas otaczają. Teraz kropka nad i zostanie postawiona w stosunkach z obecną administracją Stanów Zjednoczonych. Nieodpowiedzialne działania Kaczyńskiego źle wróżą nie tylko stacji TVN, ale przede wszystkim Polsce.

 

 

Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz TVP

 

Powinny istnieć regulacje dotyczące wpływów zagranicznego kapitału na media krajowe. Takie rozwiązania prawne istnieją w wielu krajach zachodnich. Nie dziwi mnie, że podjęto taką próbę również w Polsce. Jeszcze nie wiemy co ostatecznie stanie się z tą ustawą. Prezydent nie wyraża jasnego stanowiska wobec przepisów.

Nie traktowałbym tego rozwiązania jako zamachu na jakiekolwiek media, ale próbę regulacji czegoś, co dawno powinno zostać uregulowane.

 

 

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny portalu Salon24

 

Czyli ta awantura jest o to, że w Polsce ma być takie prawo właścicielskie w mediach jakie od dawna obowiązuje w Europie? Nie no, hańba! Tym Polakom to się w głowach miesza! Na to zgody nie ma i nie będzie!

Źródło: Twitter

 

 

 

 

 

Jacek Liziniewicz, dziennikarz tygodnika „Gazeta Polska”

 

Dobrze, że TVN24 zajęty jest sam sobą, bo inaczej podawałby za białoruskimi mediami informacje o tym, że żołnierze zakopują masowo migrantów.

Źródło: Twitter.

 

 

 

 

 

 

Grzegorz Kuczyński

 

Czyli jak zamkną TVN, to Biden wywali Polskę z NATO?

Źródło: Twitter

 

 

Joanna Lichocka, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu, była dziennikarka

 

Bezprecedensowy atak na polskie państwo i niedopuszczalne groźby wobec polskiego prezydenta. Ten biznes zdaje się sądzić, że Polska to jakaś republika bananowa. Nie, to jest państwo,w którym prawa trzeba przestrzegać a nie omijać. Praworządność – to sobie Panie i Panowie powtarzajcie.

Źródło: Twitter

 

 

 

Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”

 

Można ostrożnie powiedzieć, że tak jeszcze niedawno głoszona narracja opozycji „PiS stracił większość parlamentarną” nie znalazła dziś potwierdzenia. (…) Jakby tak Poloczkom pozwolić, to jeszcze będą chcieli, żeby sędziów im jak na Zachodzie wybierali politycy, zamiast sami sędziowie się nawzajem w ramach wsobnej kasty!

Źródło: Twitter

 

 

 

Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka TVN

 

Jeśli nie będzie TVN to już o niczym Pan się nie dowie. Ale oczywiście w rządowej telewizji pełne spectrum tematów prawda? Słyszę, że sporo o podwyżkach gazu, inflacji i drożyźnie. Powodzenia.

Źródło: Twitter

 

 

 

 

Dawid Wildstein, dziennikarz TVP i tygodnika „Gazeta Polska”

 

Czytam reakcje na lexTVN i jestem trochę zdziwiony. Oni wprost mówią, że są własnością USA, że w ten sposób odbieramy możliwości wpływu im na naszą politykę. Że są narzędziem Stanów, więc nie wolno podskakiwać, bo się Waszyngton obrazi. Dość specyficzna i lokajska ta retoryka

W ten straszny dzień, w którym demokracja upadła 43256 raz. Chcę wszystkim przypomnieć słowa Mędrca, samego Węglarczyka. Polacy! Opamiętajcie się! Może są w UE państwa, które mają tego typu regulacje. Ale tam jest inny klimat i kulturę szanują. Trzeba znać swoje miejsce. Pojęli?

Źródło: Twitter

 

 

opr. Tomasz Plaskota

 

Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji przyjęta przez Sejm

Posłowie odrzucili veto Senatu w sprawie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Teraz dokument czeka na podpis prezydenta Andrzeja Dudy. Przeciwko decyzji Sejmu protestuje TVN Grupa Discovery.

 

Za odrzuceniem sprzeciwu Senatu wobec nowelizacji ustawy radiofonii i telewizji  głosowało 225 posłów Prawa i Sprawiedliwości, trzech Kukiz’15 i jeden niezrzeszony – Łukasz Mejza. Przeciwko było 212 posłów: Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej-PSL, Polski 2050, Porozumienia i kół poselskich. Od głosu wstrzymali się przedstawiciele Konfederacji.

 

Sejmowa Komisja Kultury i Środków Przekazu, w piątek po godz. 13 negatywnie zaopiniowała uchwałę Senatu i zarekomendowała Sejmowi jej odrzucenie. Wcześniej wniosek o zamknięcie obrad komisji złożyła posłanka Lewicy Joanna Scheuring-Wielgus. Twierdziła, że posiedzenie zostało zwołane w zbyt krótkim terminie. Jej wniosek został odrzucony.

 

W trakcie obrad komisji posłowie opozycji, podnosili, że została ona zwołana wbrew regulaminowi Sejmu. Cześć z nich w trakcie głosowania opuściła salę obrad i zapowiedziała złożenie zawiadomienia do prokuratury.

 

Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji ma na celu uszczelnienie i uściślenie obowiązujących od 2004 r. przepisów, które mówią o tym, że właścicielem telewizji czy radia działających na podstawie polskich koncesji mogą być podmioty z udziałem zagranicznym, pozaeuropejskim nieprzekraczającym 49 proc. Po przyjęciu nowelizacji przez Sejm, krytykowano że uderza ona w stację TVN, której właścicielem jest amerykański koncern Discovery. 9 września odrzucił ją Senat.

 

Na piątkową decyzję Sejmu natychmiast zareagował koncern TVN Grupa Discovery, który w komunikacie nazwał przyjęcie nowelizacji zamachem na wolne media i działaniem wymierzonym  „w największego i najważniejszego polskiego sojusznika, bo to na Stanach Zjednoczonych opiera się polskie bezpieczeństwo i duża część polskiej gospodarki.”

 

Podkreślono, że „TVN Grupa Discovery i Discovery Inc. są zdeterminowane do obrony swoich inwestycji w Polsce i użyją wszystkich środków prawnych, by misja naszych mediów w Polsce była kontynuowana.” Wyrażono też nadzieję, że nowe przepisy zawetuje prezydent Andrzej Duda.

 

opr. jka, źródła: PAP, polskieradio.pl, TVN24, fot. Wikipedia

 

Czy edukacja będzie receptą na manipulację? – analizuje ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Do opracowania działań z zakresu edukacji medialnej potrzebni są zarówno eksperci od innowacyjnych form edukacji, które trafią do młodych, jak i specjaliści z zakresu andragogiki, bo to właśnie osoby starsze często są najbardziej podatni na manipulację.

 

Kwestia edukacji medialnej od wielu, wielu lat znajduje się w orbicie zainteresowań kolejnych składów Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Przeważnie są to działania widoczne, ale epizodyczne. Jaki będzie ciąg dalszy obecnych starań? To dopiero czas pokaże. Na razie tempo jest imponujące. W połowie listopada przyjęta została wspólna deklaracja Krajowej Rady organów państwowych i instytucji publicznych o współdziałaniu na rzecz edukacji medialnej. Czytamy w niej między innymi:

 

Istniejące zagrożenia takie jak: dezinformacja, mowa nienawiści czy przejawy agresji w środowisku online, wymagają od instytucji państwa skoordynowanych działań w zakresie ochrony obywateli, w szczególności dzieci i młodzieży, a także w zakresie upowszechniania umiejętności świadomego korzystania z mediów”.[1]

 

Tydzień później odbyło się spotkanie z przedstawicielami mediów publicznych w celu włączenia ich w ten proces[2], a 30 listopada debata ze środowiskiem naukowym.[3]

 

Edukacja szkolna, czy edukacja seniorów?

 

Nastawienie na szczególną ochronę ludzi młodych jest naturalne, ale, na co zwracał ostatnio uwagę na łamach portalu sdp.pl Mirosław Usidus, to głównie starsi są podatni na manipulację.[4] Seniorzy (65+), którzy stanowią większość widzów TVN24 (63%)[5] i TVP Info (60%),[6] to przedstawiciele tego pokolenia, które staje się ofiarami oszustw metodą na: wnuczka, policjanta, prokuratora, pracownika banku… Działając w dobrej wierze, potrafią zapakować oszczędności życia w reklamówkę i wyrzucić przez okno, bo tak im polecił głos w słuchawce…[7] Mimo wszystko zaufanie do mediów spada, a kolejne straty na tym polu zapewne potwierdzi w styczniu Edelman Trust Barometr na 2022 rok.

 

Pewne jest również to, że jeśli potraktować kwestię poważnie i długofalowo, potrzebni będę w otoczeniu KRRiT zarówno eksperci od innowacyjnych form edukacji, które trafią do młodych, jak i eksperci z zakresu andragogiki, bo na tym polu jest wiele do nadrobienia.

 

Groźne następstwa lenistwa

 

Profesor socjologii Janina Kowalik z Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Kielcach zapytana o to, czy Internet sprawia, że łatwiej ulegamy manipulacji niż dawniej, czy może jest wprost przeciwnie, bo pozwala szybko dotrzeć do źródła i je zweryfikować, odpowiada:

 

Internet jest niezwykle skutecznym sposobem wywierania wpływu, a fakt, że sam w sobie znacząco ułatwia weryfikację informacji, niewiele zmienia i w niewielkim stopniu pomaga użytkownikom w analizie komunikatu, które mają wywołać jakąś postawę lub zachowanie. Powód? Nadawcy-manipulatorzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że odbiorcy będą podejmowali próby weryfikacji informacji, więc „piętrowo” niejako dobudowują odpowiedzi na potencjalne wątpliwości adresata komunikatu. Ta piętrowa manipulacja internetowa wykorzystuje zupełnie „analogowe” formy, jak reguła wzajemności, reguła konsekwencji, społeczne dowody słuszności, regułę podobieństwa, lubienia i sympatii czy autorytetu, czy wreszcie mechanizm budowania przekonania o wyjątkowości okazji, ograniczoności i niedostępności jakiegoś dobra. Jakby tego było mało, Internet posiada całkiem spory arsenał narzędzi dodatkowych związanych ze swoją specyfiką: emocjonalne nacechowanie słów eksponowanych w tytułach czy tzw. leadach, nierzadko zresztą same tytuły są jedną wielką manipulacją, kłamstwem, ale przyciągającym wzrok i zainteresowanie. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że przecież użytkownik Internetu, który ma zdolność operowania komputerem i poszukiwania treści, ostatecznie mógłby zorientować się w tych mechanizmach i dać im odpór w swoich reakcjach. Dlaczego wielu z nas tego nie robi i stanowi żer dla manipulatorów? Przepraszam za to co powiem – z lenistwa. Fałszywa informacja jest podana niejako na tacy, a weryfikacja wymaga wysiłku  –  podsumowuje prof. Kowalik.

 

Wygląda więc na to, że sama nauka narzędzi i uczulenie na potencjalne zagrożenia to zbyt mało. Odbiorcom powinno się jeszcze chcieć. Jak to osiągnąć, gdy często sami dziennikarze nie są dość staranni w weryfikacji źródeł, mimo że to fundament ich edukacji? Profesor Olga Dąbrowska-Cendrowska z Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach w wywiadzie udzielonym portalowi sdp.pl zwróciła uwagę, że nawet studenci dziennikarstwa niechętnie korzystają z tradycyjnych mediów, zwłaszcza prasy drukowanej.[8] W uzupełnieniu dodaje, że manipulacje medialne stanowią przedmiot akademickich analiz:

 

Pokazujemy studentom, czego nie powinni robić. Na co też uważać w kontaktach np. z rzecznikami prasowymi. Rzadko trafimy na kłamstwo. Częściej na wypowiedzi, których celem jest bardziej ochrona wizerunku mocodawcy niż przekazanie rzetelnych informacji – zauważa prof. Olga Dąbrowska-Cendrowska.

 

Amerykański socjolog Erving Goffman wprowadził pojęcie manipulowania wrażeniami (impression management). Według tego badacza ludzie manipulują wrażeniami, jakie robią na innych; kontrolują je, decydując, co w danej sytuacji spotkania ukryć, a co ujawnić.[9] Żyjemy w świecie manipulacji i konia z rzędem temu, kto wie, co z tym zrobić?

 

Najpierw zachęcić a później ostrzec?

 

Skoro młodych ludzi najpierw należałoby skutecznie zachęcić do korzystania z mediów, a potem ich przed nimi ostrzec (sic!), a już dziś można stwierdzić, że są mniej podatni na manipulację w mediach (również społecznościowych) niż starsi, to czy jest sens podejmować tego typu działania edukacyjne?

 

Uważam, że tak – odpowiada dr Jacek Szkurłat z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Jak najbardziej potrzebne jest nauczanie i to tych najmłodszych, ponieważ to oni bardzo często i długo korzystają chociażby z portali społecznościowych, które jak skądinąd wiemy, mogą być źródłem niesprawdzonych i wręcz szkodliwych informacji. Ponadto, wykształcenie już od najmłodszych lat umiejętności racjonalnego korzystania ze wskazanych treści medialnych pozwoli na kształtowanie ich wizji świata nie tylko w sposób jednowymiarowy, uproszczony, ale także umożliwi dostrzeganie całej jego złożoności. Nie wyobrażam sobie, aby w tym procesie nie uczestniczyli rodzice – uzupełnia dr Szkurłat. – Ich znajomość zagrożeń płynących z niekontrolowanego dostępu do informacji, jak również umiejętność wykorzystywania zabezpieczeń, które dziś oferuje nam oprogramowanie komputerowe, mogą być absolutnie fundamentalne dla „filtrowania” treści docierających do najmłodszych.

 

Czy edukacja medialne powinna stanowić element edukacji szkolnej?

 

Uważam, że powinien to być element procesu edukacji. Zwłaszcza z uwagi na fakt, że dziś raczej ukierunkowywać się ona powinna na umiejętność korzystania z różnych źródeł, a nie wiedzę stricte encyklopedyczną. Wspomniana edukacja medialna jak najbardziej będzie się w to wpisywała. Warto dodać, iż np. na stadiach na kierunku Pedagogika Przedszkolna i Wczesnoszkolna jest przedmiot nowe technologie w edukacji. Jeśli zatem przyszły nauczyciel będzie miał wiedzę, z jakich narzędzi może korzystać, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby te wiadomości wzbogacić o to, jak z nich korzystać, a następnie przekazać to uczniom – wskazuje na możliwości dr Szkurłat.

 

Szkoła, media publiczne, uczelnie, czy warto zbudować szerszy front?

 

Dobrze byłoby, aby oprócz rodziców w niniejszy proces włączyć także organizacje pozarządowe i niezależne ośrodki, aby nie tylko podmioty/media publiczne brały w nim udział. To samo w sobie będzie bardzo cenne, bo także będzie pokazywało złożoność otaczającego nas świata – wskazuje kierunek dr Szkurłat.

 

Krótki zryw, czy długi dystans?

 

W 2002 roku w Targach Kielce odbyła się konferencja Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji poświęcona mediom jako przedmiotowi edukacji. Wzięli w niej udział przede wszystkim nauczyciele. Wcześniej KRRiT zorganizowała w Warszawie (18.10.2000 r.) konferencję naukową: Edukacja medialna. Potrzeba i wyzwanie przyszłości. Wówczas ukazał się też „Raport o stanie edukacji medialnej w Polsce”. Od tamtej pory minęły dwie dekady. Po drodze były inne szarże. Na przykład w 2015 roku wydana została pod patronatem Krajowej Rady i Polskiego Komitetu do spraw UNESCO praca zbiorowa „O potrzebie edukacji medialnej w Polsce” pod redakcją Michała FedorowiczaSławomira Ratajskiego. Prawie pół tysiąca stron wiedzy i przemyśleń.[10] W słowie wstępnym ówczesny przewodniczący KRRiT Jan Dworak podsumował dotychczasowe aktywności tego organu na niwie edukacji medialnej – interesujące i bezowocne. Trudno oprzeć się wrażeniu, że drepczemy w miejscu, nie wiedząc, w którą stronę iść, co naprawdę jest problemem i jak mu przeciwdziałać.

 

Jak wiele jest do zrobienia?

 

Za odpowiedź niech posłuży cytat z artykułu „Zwierzenia oszusta praktykującego” Jacka Fedorowicza:

 

„(…) w drzwiach jakiejś świetlicy z telewizorem stanęła para w średnim wieku. Obejrzeli mój „Dziennik” (program satyryczny, zamieszczający m.in. fałszywe rozmowy z politykami) bardzo uważnie. Cały, od początku do końca. Nie uśmiechnęli się ani razu. Kiedy pojawiły się napisy końcowe, on powiedział ze złością: no i nie podali pogody”…[11]

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.gov.pl/web/krrit/koordynacja-dzialan-z-zakresu-edukacji-medialnej-w-polsce—wspolna-deklaracja-krrit-oraz-organow-panstwowych-i-instytucji-publicznych – dostęp 15.12.2021 r.

[2] https://www.gov.pl/web/krrit/spotkanie-w-celu-zaangazowania-mediow-publicznych-w-dzialania-na-rzecz-edukacji-medialnej-w-polsce – dostęp 15.12.2021 r.

[3] https://www.gov.pl/web/krrit/edukacja-medialna–spotkanie-krrit-ze-srodowiskiem-naukowcow – dostęp 15.12.2021 r.

[4] https://sdp.pl/miroslaw-usidus-flirt-z-fejkiem/ – dostęp 15.12.2021 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/kto-oglada-tvn24-profil-widza – dostęp 15.12.2021 r.

[6] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvp-info-jak-odbierac-kto-oglada-profil-widza-emeryci – dostęp 15.12.2021 r.

[7] https://kielce.tvp.pl/57464799/oszusci-wciaz-probuja-dwie-proby-wyludzenia-przez-falszywych-policjantow – dostęp 15.12.2021 r.

[8] https://sdp.pl/lans-przed-rzetelna-informacja-rozmowa-z-prof-olga-dabrowska-cendrowska/ – dostęp 15.12.2021 r.

[9] A. Giddens, Socjologia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, słownik, s. 725.

[10] O potrzebie edukacji medialnej w Polsce, pod red. M. Fedorowicz i S. Ratajski, Polski Komitet ds. UNESCO i KRRiT, Warszawa 2015

[11] J. Fedorowicz, Zwierzenia oszusta praktykującego, [w:] Edukacja medialna. Potrzeba i wyzwanie przyszłości. Materiały z konferencji naukowej, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, Warszawa, s. 29.

Słuchać, pogłębiać i opowiadać – ks. MARIUSZ FRUKACZ o papieskiej edukacji medialna

Podczas wręczenia odznaczeń dla dziennikarzy – watykanistów papież Franciszek wskazał na czasowniki: „ słuchać”, „pogłębiać” i „opowiadać”, które powinny cechować dobre dziennikarstwo. Warto zapytać, co zatem papież Franciszek wnosi nowego w nauczaniu dotyczącym środków społecznego przekazu?

 

Oczywiście, papież Franciszek obok własnych elementów nauczania kontynuuje przesłanie papieży: św. Pawła VI, św. Jana Pawła II i Benedykta XVI.

 

Św. Paweł VI – media w służbie cywilizacji

 

Pierwszym papieżem, który skierował specjalne orędzie do ludzi mediów był św. Paweł VI. W nauczaniu tego papieża znalazło się stwierdzenie, że środki społecznego przekazu są  ważnymi elementami cywilizacji. Papież w ten sposób dostrzegł media jako wyzwanie cywilizacyjne. Takie tematy jak: cywilizacja, postęp ludzkości, jedność, prawda, wychowanie młodego pokolenia, prawa i obowiązki człowieka, odpowiedzialność stanowiły ważne elementy edukacji medialnej zaproponowanej przez papieża Soboru Watykańskiego II. Wskazując na to, że media są  w służbie postępu ludzkości przestrzegał w orędziu z 1968 r.: „Nowa wizja całego świata, którą człowiek zdobywa dzięki środkom społecznego przekazu będzie mu jakby obcą i niepotrzebną, jeżeli nie będzie dla niego środkiem, który oświeci jego opinię, osąd – bez pychy lub kompleksu – o bogactwach i niedostatkach cywilizacji, w której on żyje, środkiem który pomoże mu dostrzec – bez zarozumiałości lub goryczy – bogactwa i niedostatki innych cywilizacji, środkiem, który mu pomoże z ufnością ująć w własne ręce swój własny los, i budować go w duchu przyjaznej współpracy wraz ze swymi braćmi, i dojść wreszcie do tego, że „nie istnieje prawdziwy humanizm jak ten który jest otwarty na Absolut”.

 

Papież ten wielokrotnie wskazywał, że dziennikarze w swojej misji powinni służyć jedności ludzkiej, prawdzie. Rola środków społecznego przekazu powinna również służyć umocnieniu i propagowaniu wartości duchowych. To właśnie ten temat jest również mocno obecny w nauczaniu papieża Franciszka.  Dla papieża św. Pawła VI w przekazie medialnym ważne miejsce zajmują rodzina i młodzież. „Któż nie zdaje sobie już teraz sprawy z palącej konieczności uczynienia ze środków masowego przekazu, ich emocjonalnego języka przemawiającego za pośrednictwem dźwięku i obrazu, barwy i ruchu – nowoczesnego instrumentu międzyludzkiej wymiany wartości, zdolnego zadośćuczynić oczekiwaniom młodzieży? Jakąż oszałamiającą szansą jest ta sprawa, gdy jest zdrowa, gdy organizm przygotowany jest na jej przyjęcie, jeśli może ją przyswoić, a nie zostać nią zatrutym! O tak, jest to z pewnością wspaniała możliwość otwierająca się przed młodzieżą: godziwa rozrywka, szeroka informacja, a dla niektórych – pragniemy to podkreślić w roku ogłoszonym przez Narody Zjednoczone rokiem oświaty i u progu „drugiej dekady rozwoju” – podstawowe wprowadzenie w świat słowa pisanego, dostęp do wyższych wartości kulturalnych, znajdowanie autentycznych wartości braterstwa, pokoju, sprawiedliwości, wspólnego dobra” – pisał w 1970 r.

 

Św. Jan Paweł II – troska o godność człowieka

 

Tematy, na które bardzo często  zwracał uwagę św. Jan Paweł II w swoich przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy to:  obrona rodziny, troska o starszych, rola kobiety w społeczeństwie, młodzież, prawda, solidarność, odpowiedzialność.

 

Św. Jan Paweł II nowoczesne środki komunikacji i media włączył w dzieło ewangelizacji. „Kolumny gazet, mikrofony radiowe i telewizyjne kamery są amboną, z której współczesne społeczeństwo czerpie wiele dla swych moralnych i duchowych postaw” –mówił w przemówieniu do Papieskiej Komisji Środków Społecznego Przekazu w dniu 27 lutego 1986 r. Spośród bardzo ważnych elementów edukacji medialnej św. Jana Pawła II było kształtowanie opinii publicznej. „Media mają, jak podkreślał, „ogromne znaczenie wytwarzania moralnie zdrowej opinii publicznej w sprawach, które najściślej wiążą się z dobrem ludzkości naszych czasów. Należą doń wartość ludzkiego życia, rodziny, pokoju, sprawiedliwości i solidarności między narodami. Należy koniecznie budzić wrażliwość opinii publicznej na absolutną wartość ludzkiego życia, które winno być w pełni uznawane we wszystkich swoich stadiach, od chwili poczęcia aż do śmierci, i we wszystkich swoich formach, również wtedy, gdy jest naznaczone chorobą lub jakąkolwiek ułomnością fizyczną czy duchową. Coraz bardziej szerzy się bowiem mentalność materialistyczna i hedonistyczna, według której życie tylko wtedy zasługuje na ochronę, gdy odznacza się zdrowiem, młodością i pięknem” – zauważył papież w 1986 r.

 

Pontyfikat papieża z Polski wszedł w epokę globalnej komunikacji. Dlatego nowe technologie stwarzały dla papieża nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Jego pontyfikat był świadkiem szybkiego rozwoju cyberprzestrzeni i kontynentu cyfrowego. W swoich  orędziach pisał o misji Kościoła w erze komputerów, Ewangelii w epoce globalnej komunikacji, a internet uważał za nowe forum głoszenia Ewangelii. Podobnie tę sprawę spostrzega papież Franciszek.

 

Benedykt XVI – teologia „kontynentu cyfrowego”

 

Pierwszym papieżem, który napisał o istnieniu „kontynentu cyfrowego” jest Benedykt XVI. „Rozwój nowych technologii i, ogólnie, cały świat cyfrowy stanowią wielkie bogactwo dla wszystkich ludzi razem oraz dla człowieka jako bytu indywidualnego, a także są bodźcem do spotkania i dialogu” – napisał Benedykt XVI.

 

Papież zaznaczył, że jest konieczność mówienia ludziom o Bogu, posługując się nowymi językami cyfrowymi. Ważne w tym względzie jest przemówienie Benedykta XVI z okazji zgromadzenia plenarnego Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, z dania 28 lutego 2011 r.: „Nowe technologie nie tylko zmieniają sposób przekazywania informacji, ale powodują wielkie przemiany w kulturze. Powstaje nowy sposób uczenia się i myślenia, dający niewyobrażalne dotąd możliwości nawiązywania stosunków i budowania wspólnoty” – mówił papież.

 

Nowe języki, które rodzą się w świecie komunikacji cyfrowej, m.in. rozwijają bardziej zdolności rozumowania w sposób intuicyjny i emocjonalny niż analityczny, wskazują inny sposób logicznego organizowania myśli i inne podejście do rzeczywistości, większy nacisk kładą na obraz i powiązania hipertekstowe. Tradycyjny wyraźny podział na język pisany i mówiony wydaje się zanikać, powstaje bowiem rodzaj przekazu pisanego, który w swej bezpośredniej formie odwzorowuje język mówiony. Typowe mechanizmy «sieci społecznościowych» sprawiają, że osoby muszą angażować się w to, co przekazują. W momencie, kiedy osoby wymieniają informacje, mówią też o sobie i swojej wizji świata – stają się «świadkami» tego, co nadaje sens ich egzystencji” – kontynuował i wskazał, że „wiążące się z tym zagrożenia są niewątpliwie dla wszystkich jasne: zubożenie życia wewnętrznego, przeżywanie związków w sposób powierzchowny, ucieczka w świat uczuć, zdominowanie pragnienia prawdy przez bardziej przekonujące opinie. Jednakże są one następstwem nieumiejętności pojmowania w sposób pełny i autentyczny sensu innowacji. Dlatego właśnie refleksja nad językami, które stworzyły nowe technologie, jest rzeczą pilną. Punktem wyjścia jest tu samo Objawienie, które świadczy o tym, że Bóg przekazywał swoje wspaniałości właśnie za pośrednictwem języka i realnych doświadczeń człowieka, «odpowiednio do kultury właściwej różnym okresom» (Gaudium et spes, 58), aż do pełnego ukazania się we wcielonym Synu. Wiara zawsze przenika, wzbogaca, uwzniośla i ożywia kulturę, a ta z kolei staje się nośnikiem wiary, której dostarcza języka, by mogła rozwijać swoją myśl i się wyrażać. Konieczne jest zatem uważne wsłuchiwanie się w języki ludzi naszych czasów, by uwrażliwić się na działanie Boga w świecie”.

 

Zdanie Benedykta XVIświat przekazu obejmuje całą rzeczywistość kulturową, społeczną i duchową osoby. Jeśli nowe języki wywierają wpływ na sposób myślenia i życia, dotyczy to w pewien sposób również świata wiary, jej rozumienia i wyrażania. Teologia, zgodnie z klasyczną definicją, jest rozumieniem wiary, a dobrze wiemy, że rozumieniu, pojmowanemu jako przemyślane i krytyczne poznanie, nie są obce zmiany zachodzące w kulturze. Kultura cyfrowa jest źródłem nowych wyzwań dla naszej zdolności używania i słuchania symbolicznego języka, który mówi o transcendencji. Jezus potrafił w głoszeniu królestwa wykorzystać elementy kultury i środowiska swojej epoki: obrazy trzody, pól uprawnych, uczty, nasion itd. Dziś wezwani jesteśmy do odkrywania również w kulturze cyfrowej symboli i metafor, które są dla ludzi znaczące i mogą pomóc w mówieniu współczesnemu człowiekowi o królestwie Bożym”. (zob. TUTAJ).

 

 

Już papież św. Paweł VI wskazywał kierunek tej refleksji, gdy mówił  o pierwszych projektach automatyzacji językowej analizy tekstu biblijnego. „Czyż ten wysiłek nadania narzędziom mechanicznym swoistej funkcji duchowej, który przez swą użyteczność zostaje uszlachetniony i uwznioślony, nie ociera się o sacrum? Czy to duch został uwięziony przez materię, czy może materia, ujarzmiona i zmuszona do posłuszeństwa wobec praw ducha, składa temu duchowi wielki hołd?”  – mówił w przemówieniu w Ośrodku Automatyzacji Aloisianum w Gallarate, 19 czerwca 1964 r.

 

 

Wkład Benedykta XVI w teologię środków społecznego przekazu jest ogromny, zwłaszcza, że dzisiaj wielu młodych ludzi to „pokolenie online”, z którym trzeba podjąć dialog.  Portale społecznościowe to ogromna szansa i zadanie dla ludzi Kościoła, aby w tym miejscu przekazać Ewangelię i wartości płynące z Dobrej Nowiny. Oczywiście, że na pierwszym miejscu ma być osobiste spotkanie z człowiekiem i własne świadectwo, ale w dziele ewangelizacji nie można zaniedbać takich narzędzi jak Internet, a zwłaszcza portale i serwisy społecznościowe.

 

 

Franciszek – opowiedzieć swoją historię

 

Papież Franciszek w swoich orędziach i przemówieniach do dziennikarzy porusz temat narracji w przekazie medialnym i przypomina, że „człowiek jest bytem opowiadającym” i że „jest nie tylko jedynym bytem, który potrzebuje ubrania, aby ukryć swoją nagość (por. Rdz 3, 21), ale pozostaje także jedynym, który potrzebuje wypowiedzenia siebie, „wyrażenia siebie” poprzez historie, aby utrwalić swoje życie. Nie tkamy jedynie ubrań, ale również historie”. Zdaniem papieża „nie chodzi o gonienie za logiką opowiadanych historii (storytelling) ani o robienie im czy sobie reklamy, ale o przypominanie o tym, kim jesteśmy w oczach Boga, oraz o świadczenie o tym, co Duch Święty pisze w sercach, o objawianie każdemu, że jego historia zawiera rzeczy wspaniałe”.

 

Kultura spotkania, dziennikarstwo pokoju i miłosierna komunikacja to najważniejsze elementy edukacji medialnej w nauczaniu papieża Franciszka. Edukacja medialna papieża Franciszka bardzo mocno koncentruje się na pojęciach: bliskości, spotkania i dialogu. Papież  zwraca uwagę ludziom odpowiedzialnym za przekaz i komunikację, że w dzisiejszym świecie media mają do odegrania ogromną rolę w tym, aby pomóc ludziom, by poczuli się bliżej siebie nawzajem. Równocześnie powinny budować jedność rodziny ludzkiej, pobudzać do solidarności i lepszego poważnego zaangażowania na rzecz bardziej godnego życia. „Dobra komunikacja pomaga nam być bliżej siebie oraz lepiej poznawać siebie nawzajem, w byciu bardziej zjednoczonymi. Dzielące nas mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Musimy godzić różnice poprzez formy dialogu pozwalające nam wzrastać w zrozumieniu i szacunku” – napisał papież Franciszek w swoim orędziu w 2014 r. „To nie technologia określa, czy komunikacja jest autentyczna, czy też nie, ale serce człowieka i jego zdolność do dobrego wykorzystania środków, jakimi dysponuje” – napisał w jednym z orędzi do ludzi mediów.

 

W edukacji medialnej papieża Franciszka bardzo często pojawia się pojęcie wspólnoty – zwłaszcza w kontekście najnowszych technologii i świata cyfrowego. Papież w 2019 r. przypomniał ludziom mediów, że „wspólnota jest o tyle silniejsza, o ile jest bardziej spójna i solidarna, ożywiana uczuciami zaufania i dążąca do wspólnych celów. Wspólnota jako sieć solidarna wymaga wzajemnego słuchania i dialogu opartego na odpowiedzialnym używaniu języka”.

 

Papież Franciszek zwracając uwagę na pojęcia: kultura spotkanie, miłosierna komunikacja i dziennikarstwo pokoju, słuchanie, narracja, niewątpliwie wnosi coś nowego do współczesnej edukacji medialnej. Oczywiście w pewien sposób dopełniając nauczanie swoich poprzedników.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

Zakręty życiowe – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o przekraczaniu granic między dziennikarstwem i literaturą

Jest to zwykle droga jednokierunkowa. Kiedy dziennikarz pisze książkę,  potem z rzadka wraca jedynie do pisania artykułów i broadcasterki (radio i telewizja). Zwykle publikuje następną książkę, i kolejną.  Z tej ścieżki raczej nie ma odwrotu.

 

Kiedy ja przekroczyłam granicę między dziennikarstwem a pisarstwem? Dawno, bo w 1986 roku, kiedy nakładem Wydawnictwa Ministerstwa Kultury wydałam dwie publikacje, zbiory szkiców? esejów filmowych? „Sladami Bunuela” i „Opowieści kina metyskiego”. Były to pierwsze na polskim rynku wydawniczym książki opowiadające o historii kinematografii hiszpańskiej oraz latynoamerykańskich.  O ile wiem, do dziś są na ten temat jedynym żródłem  informacji.

 

Gdyby się uprzeć, by jakoś określić, skategoryzować moje książki w kilku słowach, na myśl przychodzi  mi określenie:  pionierskie.  Wszystkie one dotykają tematów dotąd w naszym piśmiennictwie nie opisanych – kinematografie hiszpańska i latynoamerykańska, potem najnowsza brytyjska, a następnie – tamtejsza demokracja, jej historia oraz zalety.  I jak się przekłada na życie państwa, społeczeństwa, parlamentu, organizacji pozarządowych i mediów. Tyle, że o ile w przedostatniej książce „Róg Piccadilly i Nowego Swiatu” zachwalałam demokrację i namawiałam Polaków, aby się o nią upominali, a polskie władze, aby po nią sięgnęli – o tyle w ostatniej „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości” pokazuję „dowody zbrodni”, czyli jak Zachód swoje najważniejsze osiągnięcie, jakim jest ustrój demokratyczny,  niszczy i dewastuje.

 

Cecha druga:  moja publicystyka, prasowa i książkowa, to odzwierciedlenie czy raczej odpowiedź na wiraże i zakręty moich losów. Dyktowało ją, i nadal dyktuje „samo życie”.  Najpierw zainteresowanie filmem, a więc dyplom z filmoznawstwa, potem trzydzieści lat  w zawodzie krytyka, pisywanie dla tygodników „Film”, „Ekran” oraz miesięcznika „Kino”. Jednak w międzyczasie pojawiła się fascynująca, enigmatyczna, symboliczna „hiszpańska filmowa fala” i, jakoś równolegle,  latynoski „realizm magiczny”.  Fascynacja obrazami starego mistrza Bunuela i młodych SauryCaminoPatino, oraz książkami Marqueza, Fuentesa, Borgesa, Lezamy Limy. Nauczyłam się – kursy, potem lekcje prywatne – języka hiszpańskiego, i moje redakcje zaczęły wysyłać mnie, już jako specjalistę, na festiwale filmowe do Hiszpanii i Portugalii. Potem stypendium dokumentacyjne do książki z naszego Ministerstwa Kultury do Madrytu – i  tak powstały moje dwie pierwsze publikacje, serie szkiców, obrazujących, historię kina hiszpańskiego i większych kinematografii latynoamerykańskich. Powstały z moich jakby obocznych, pozazawodowych pasji i fascynacji.

 

Następny zakręt życiowy,  to festiwal filmowy w Troi, Portugalia, gdzie poznałam brytyjskiego dziennikarza, Petera Avisa z „Observera”. Małżeństwo, wyjazd na stałe do Londynu, przez 26 lat praca polskiej korespondentki w Wielkiej Brytanii, zajmującej się wszystkimi aspektami życia kraju, od polityki do kina. A był to rok 1990,  i, po mizernej diecie tematów zagranicznych w okresie komuny, korespondenci zaczynali być w cenie. Wprawdzie Zjednoczone Królestwo to tylko skok przez kanał La Manche, zwany przez Brytyjczyków English Channel, okazało się, że to obszar mało znany i opisany. Także tamtejsze kino – przedtem, o ile wiem, pojawiła się tylko książka  Andrzeja Kołodyńskiego pt.”100 filmów brytyjskich”, ale została doprowadzona do 1975 roku. A więc recenzje filmów, zawsze z backgroundem politycznym, socjologicznym i obyczajowym, bo czytelnika nie interesuje mdłe poetyzowanie, ale wyjaśnienia „jak?”,  „skąd?” i „dlaczego”? Już nie dla „Ekranu”, który zlikwidowano, lecz  dla „Filmu”, a potem świetnego, do niedawna najlepszego magazynu filmowego na polskim rynku, „Kino”. Wiele z tych recenzji złożyło się na wybór materiałów do książki pt. „Prosto z Piccadilly”, obrazujących  dekadę lat 90. kinematografii brytyjskiej. Pokazujący jak zawirowania polityczne – odejście thatcherystów, przeobrażanie się konserwatyzmu w „nowoczesny, współczujący konserwatyzm”, przejęcie władzy w 1997 roku przez labourzystów czyli socjalistów i Trzecia Droga Tony Blaira, zmieniły krajobraz i charakter wyspiarskiego kina. Koniec z „heritage cinema”, stylowych adaptacji literatury, z którego słynęło, początek społecznych dramatów z osiedli komunalnych, zaangażowanych politycznie po stronie lewicy, źle, po amatorsku zrobionych. To była pierwsza publikacja, która zasygnalizowała nam upadek standardów BBC, dziś „państwo w państwie”, i chorobę lewicowości brytyjskiego kina oraz jego establishmentu.  Odbrązawianie  mitów o  BBC, dawnym „wzorcu z Sevres” dziennikarstwa,  legendy o  potędze tej zasłużonej korporacji medialnej,  lewicy liberalnej brutalnie ingerującej w delikatną tkankę  filmów. O tym opowiadała książka „Prosto z Piccadilly” z 2001 roku.

 

Ale i ten etap – znowu zadecydowało samo życie  – zakończył się. Zawsze, a z pewnością od 1968 roku, kiedy wstąpiłam do niepodległościowej organizacji RUCH – potem była działalność w Solidarności – interesowała mnie polityka. Zawsze  stanowiła w mojej pracy korespondenckiej  znaczący wątek. Toteż od początku mojej pracy w Londynie, dostrzegłam, że Wielka Brytania jako państwo, funkcjonuje na zupełnie innych zasadach niż znane mi państwa, a na pewno Polska oraz byłe „demoludy”. I że tę różnicę powoduje  obecność, lub brak, demokracji. I  jej to właśnie – jak przekłada się na życie państwa, społeczeństwa, prace rządu i parlamentu, na media i życie codzienne obywatela – poświęciłam moją kolejną książkę, „Róg Piccadilly i Nowego Światu”. Większość komentarzy opowiadała o tym, dlaczego od 2500 lat, czyli od czasów Platona, który twierdził, że „rządy winni sprawować ludzie odważni, uczciwi”, nie wynaleziono lepszego sposobu organizacji państwa i społeczeństwa niż właśnie demokracja. Pisałam o konieczności istnienia  zasad moralnych  w polityce,  odpowiedzialności władzy przed obywatelem i „kodowi postępowania polityka”, aby wiedział jak winien się zachowywać, i co się z nim stanie, jeśli zboczy z kursu. Dziś duża część tych prawd czy też regulacji jest już u nas w obiegu publicznym, ale w latach 2007 – 15, który to okres obejmuje „Róg Piccadilly i Nowego Światu”, w Polsce była to wiedza nieznana, czy raczej  zapomniana. A więc znowu poruszanie tematów, których nie znaliśmy, bo przez 45 lat rządów komuny i kilkanaście nie wiadomo czego, trzymane były skrzętnie pod dywanem. Moje myślenie biegło szlakiem:  los dał mi szansę owe dobre zasady i regulacje poznać, więc ja miałam obowiązek się tą wiedzą z  moimi czytelnikami, podzielić. Aby rozrzut informacyjny był szerszy, pojawiałam się z  wykładami na ten temat, m.in. w Sejmie, w Uniwersytecie Warszawskim, w Klubach Gazety Polskiej, w klubach studenckich i szkołach. Dziś demokracja, to w Polsce – po bezpieczeństwie – wciąż  temat numer 2, tak w relacjach wewnętrznych, jak i z Unią Europejską. A regulacje są, tylko należy po nie sięgnąć. I o tym opowiadała moja przedostatnia książka ,”Róg Piccadilly i Nowego Swiatu”.

 

Ale znowu powiał  wiatr przemian. Widać wyraźnie, że rewolucja kontrkulturowa ‘68, ostatnimi laty najwyraźniej przyspieszyła. Ostatnie kilka lat przyniosło wiele dowodów na to, że Zachód z furią niszczy swoje własne osiągnięcia, stał się wrogiem wartości, które złożyły się na jego wielkość i tożsamość: grecka filozofia, rzymskie prawo i  etosu  chrześcijaństwa. Tempo zmian z galopu zmieniło się w kłus, i Europa – choć ten trend rozlewa się po całym świecie –  znalazła się  na kolejnym zakręcie cywilizacyjnym. I temu właśnie, ostatniemu etapowi systemowej wojny liberalnej lewicy z dotychczasowym porządkiem moralnym, społecznym i prawnym, poświęciłam ostatnią książkę z tytułem – kluczem „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”. Jest o kryzysie moralnym Europy, o tym jak „czerwona sieć” coraz silniej oplata  wszystkie pola aktywności ludzkiej i państwowej. Jest szukanie odpowiedzi w którą stronę zmierza świat, jakie wartości zyskuje, a jakie gubi, te z Dekalogu czy te z zestawu z 1789 roku? I co z tego wynika? Znów opowiadam o ostatnich dylematach  cywilizacyjnych,  kulturowych i moralnych świata, sięgając po przykłady z terenu Europy, obu Ameryk, Afryki i Azji.  I znowu – publicystyka z serii „gdzie byłam, co widziałam i co z tego może wyniknąć?”, tym razem wydana przez oficynę Zysk i –Ska.

 

Oczywiście, nie zamierzam rezygnować z dziennikarstwa. To dla mnie  chleb powszedni, codzienna praca. Ale książka, to jednak co innego. Może rodzaj „sublimacji dziennikarstwa”? Sytuuje wybrany temat na wyższym poziomie? Ponadto artykuły bywają rozproszone w różnych pismach, często  publikowane na portalach, giną – a książki pozostają. „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”, to wybór publicystyki z ostatnich kilku lat, „sublimacja” tego, co napisałam. Teksty najistotniejsze dla kierunku cywilizacyjnych przemian, oczyszczone z cech tymczasowości, z nieco szerszą, zmienioną perspektywą.  Skierowaną do dzisiejszego, ale być może i „jutrzejszego” czytelnika?

                                                                                                                        

Elżbieta Królikowska-Avis    

Radio, które słucha – ks. ARTUR STOPKA o rozgłośni Ojca Dyrektora

Radio Maryja skończyło trzydzieści lat. Jest tylko zjawiskiem na rynku medialnym, czy czymś więcej?

 

Prezydenta RP co prawda nie było, ale był podpisany przez niego list, którego dwa pierwsze zdania brzmiały: „Ósmy grudnia 1991 roku to ważna data w dziejach polskiej radiofonii i Kościoła katolickiego w Polsce, a także w historii odradzającego się w wolnej Rzeczypospolitej społeczeństwa obywatelskiego. Tamtego dnia popłynęły w eter pierwsze audycje Radia Maryja”.

 

Dalej list mówił o tym, że rozgłośnia, która zaczynała skromnie, jako lokalne radio katolickie nadające w Toruniu i Bydgoszczy, dzisiaj, po 30 latach, jest słuchana przez tysiące Polaków w całym kraju i na wszystkich kontynentach. Prezydent przypomniał, że przez trzy dekady wokół Radia Maryja „narodziły się i wspaniale rozwinęły cenne inicjatywy religijne, medialne, edukacyjne, dobroczynne i patriotyczne”.

 

To tylko kurtuazja, czy rzeczywiście pojawienie się Radia Maryja to znacząca data dla medialnego rynku w naszym kraju?

 

Jedyna ogólnopolska społeczna

 

Z serwisu internetowego poświęconego edukacji medialnej (edukacjamedialna.edu.pl) każdy może się dowiedzieć, że rynek mediów tworzą: media, ich odbiorcy i użytkownicy oraz tzw. regulatorzy, czyli organizacje i instytucje, które kontrolują działalność mediów tradycyjnych. Ten sam serwis przypomina, że media są przedsiębiorstwami. „Oznacza to, że w swojej działalności kierują się nie tylko interesem odbiorców, otwartością czy misją, lecz także zyskiem finansowym” – wyjaśnia.

 

Jednak od razu wspomniany serwis dodaje, że są trzy podstawowe sposoby finansowania mediów. Pierwszy dotyczy mediów publicznych (których właścicielem jest społeczeństwo), finansowanych z abonamentu oraz reklam. Drugi odnosi się do mediów komercyjnych, finansowanych z prywatnego kapitału oraz reklam. Z punktu widzenia finansowania jest też trzeci rodzaj mediów – media społeczne, utrzymywane z pieniędzy właścicieli i z datków odbiorców. Radio Maryja należy do tej trzeciej grupy. Jako jeden z niewielu nadawców w naszym kraju. Jako jedyna rozgłośnia o zasięgu ogólnopolskim. Ale to nie jedyny element specyfiki radia z Torunia.

 

Poczucie przynależności i wartości

 

Dwa lata temu, przy okazji dwudziestych ósmych urodzin Radia Maryja, Patryk Wawrzyński, politolog z toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w wywiadzie opublikowanym w „Gazecie Pomorskiej” zwrócił uwagę, że Rodzina Radia Maryja niezmiennie od lat pozostaje jedną z najlepiej zorganizowanych sieci społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju. Wskazywał, że redemptorysta, o. Tadeusz Rydzyk, i jego współpracownicy odnieśli sukces tam, gdzie nie potrafiły dotrzeć ani instytucje państwa, ani inne organizacje charytatywne czy kościelne. Chodzi o to, że „dali starszym osobom poczucie przynależności i wartości, pielęgnując ich tradycjonalizm, nawet jeśli bywa on zaściankowy”. Zdaniem Wawrzyńskiego, z tego fundamentu wyrosła znacząca grupa interesu i sprawne lobby, które „pozwoliły zbudować wokół Radia Maryja imponującą korporację”.

 

Według politologa z Torunia, patrząc na o. Rydzyka jako przedsiębiorcę, widać człowieka sukcesu, który dostarczył kompleksowe usługi tam, gdzie nikt inny nie chciał, a do tego potrafił na tym dobrze zarobić. W ocenie Wawrzyńskiego dla większości słuchaczy Radia Maryja ojciec dyrektor stał się  „duchowym przywódcą, człowiekiem, który broni ich tradycyjnych wartości czy ludowego katolicyzmu”. Są mu wdzięczni, że stworzył ruch, który nadał im podmiotowość. Należąca do redemptorystów rozgłośnia sprawiła, że wykluczeni ludzie mogli poczuć się wspólnotą, a z czasem mieć konkretną siłę sprawczą w polskiej polityce.

 

Trend rozwijania odbiorcy

 

Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o specyfikę Radia Maryja. Paweł Tkaczyk, strateg marki, który ma w swoim dorobku pracę dla wielkich światowych koncernów, już dawno na swojej stronie internetowej zachęcał, by budowania marki uczyć się od toruńskiej stacji – podobnie jak od Ewy Chodakowskiej czy Lady Gagi. Istotą jest sposób traktowania odbiorców. Wszystkie wymienione marki inwestują mocno w trend, który ekspert nazwał „rozwijaniem klienta”. W komunikacji z odbiorcami zwracają uwagę na chwalenie ich, nie siebie. W dwustronnej komunikacji regularnie dopuszczają ich do głosu, np. w formie „telefonu do radia”.

 

Tę postawioną przed laty diagnozę potwierdził sam o. Rydzyk w wywiadzie udzielonym kilka dni temu Polskiej Agencji Prasowej. Odnosząc się do prowadzonych na antenie rozmów z osobami dzwoniącymi do studia, wprost powiedział, że trzeba słuchaczom dać mówić. „To jest środek społecznego komunikowania. Ono nie polega tylko na mówieniu, ale i słuchaniu” – wyjaśnił i dodał: „Ludzie chcą rozmawiać ze sobą. I nigdy tej rozmowy nie dokończymy, dlatego jest audycja «Rozmowy niedokończone»”.

 

Przed mediami społecznościowymi

 

Zdaniem wspomnianego już politologa Patryka Wawrzyńskiego z UMK, dzięki przyjętej od początku strategii wobec odbiorców, jeszcze przed pojawieniem się mediów społecznościowych Radiu Maryja udało mu się zamknąć swoich słuchaczy w bańce informacyjnej, w której świat prezentowany jest w jednolity sposób. W jego ocenie to przestrzeń, w której nie dąży się do obiektywizmu, ważniejsze są ideologia i „specyficzna interpretacja nauczania Kościoła katolickiego”. Zdaniem toruńskiego badacza, na antenie pluralizm poglądów dopuszczalny jest więc wyłącznie w zakresie opinii akceptowanych przez ojca dyrektora.

 

Przedstawione wyżej spostrzeżenia mogą prowadzić do wniosku, że rozgłośnia redemptorystów już od dawna jest przygotowana do funkcjonowania w warunkach rosnącej, a nawet skrajnej polaryzacji poglądów, z którą mamy obecnie do czynienia w Polsce. Nie chodzi tylko o polaryzację w sferze politycznej. Także, coraz bardziej widocznej, polaryzacji postaw i poglądów w Kościele, wśród katolików.

 

Nie tylko na rynku mediów

 

W cytowanym wyżej wywiadzie o. Tadeusz Rydzyk stwierdził, że chciałby z audycjami radia docierać do wszystkich. Słuchalność kierowanej przez niego rozgłośni wynosi 2-4 proc. Trafia ona do konkretnej grupy odbiorców, która – na to zwrócił uwagę już dziesięć lat temu w swoich badaniach CBOS – nie jest zbiorowością w pełni homogeniczną. Choć większość słuchaczy stanowią „starsi, gorzej wykształceni, wierzący i praktykujący”, to jednak nie brak również ludzi młodszych, nieźle wykształconych. Łączy ich nie tylko określony typ religijności, ale również sposób postrzegania świata.

 

Można powiedzieć, że Radio Maryja jest nie tylko specyficznym zjawiskiem na rynku mediów adresowanych do Polaków (nie tylko tych mieszkających w kraju – Polonia w funkcjonowaniu toruńskiej rozgłośni odgrywa znaczącą rolę). Jest też zjawiskiem społecznym i politycznym. No i świetnie wypromowaną marką.

 

Ks. Artur Stopka

Zdążyłem wypić herbatę i przyszli – wspomnienia dziennikarzy internowanych w stanie wojennym

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. władze PRL wprowadziły stan wojenny. Przygotowania rozpoczęto jesienią 1980 r. Już wtedy sporządzono i aktualizowano listy osób przeznaczonych do zatrzymania. Wstępna lista pojawiła się 28 października 1980 r. Spis uzupełniano przez kolejne kilkanaście miesięcy. Wśród internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego znaleźli się również dziennikarze. Przypominamy ich wspomnienia z tego okresu.

 

Lech Dymarski, w stanie wojennym został internowany na ponad 10 miesięcy. Publikował w „Zapisie”, „Pulsie”, „Krytyce”, paryskiej „Kulturze”, rosyjskim „Kontiniencie”. Zatrzymano go 13 grudnia 1981 roku w sopockim Grand Hotelu. (W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. w Stoczni Gdańskiej obradowała Komisja Krajowa „Solidarności”. MO i SB chcąc uniknąć ewentualnego oporu straży robotniczej zrezygnowały z aresztowania działaczy na terenie Stoczni. Zatrzymywały ich później w hotelach i mieszkaniach): Wychodząc z baru zderzyłem się z człowiekiem, który bardzo przejęty zapytał, czy jestem z Komisji Krajowej „Solidarności”. Po czym poprowadził mnie do frontowego okna, a tam na zewnątrz sprzętu i ludzi uzbrojonych tyle, jakby odbywały się manewry. […] Więc spytałem tego człowieka: „Czy tu się da kędyś spieprzyć?”. I poszliśmy do innego okna, w stronę plaży – tam też desant. Człowiek wtedy odpowiedział spokojnie: „Nie, w tej sytuacji nikt stąd nie ucieknie”.

 

Wróciłem do baru gdzie była jeszcze grupa naszych i zanim zdążyłem potwierdzić informację na ucho Tadeuszowi Mazowieckiemu (który wpierw zareagował słowami: „Co pan powie… a dużo ich jest?”), siedząca przy barze nocna niewiasta przestała chichotać, wypuściła kieliszek z okrzykiem: „O Jezu!” i uciekła. W ciągu minut na sali została tylko „Solidarność” – nocny element rutynowo zbiegł. W tym czasie powoli, nierówno wygasała orkiestra, ale po krótkim czasie jej trzeźwy lider zarządził: – Grać, jakby się nic nie stało!” Atmosfera panująca w hotelowym barze zaczynała przypominać ostatnie chwile rejsu „Titanica”.

Źródło: www.histmag.org.

 

Jarosław Guzy, pierwszy szef NZS, w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku. Wypuszczono go dopiero po zawieszeniu stanu wojennego: 13 grudnia rano już siedziałem, już byłem po nocy spędzonej gdzieś tam w sukach, na przejściówce, ostatecznie to była Białołęka, adres Ciupagi 1, Areszt Śledczy w Warszawie. Razem z całym gronem osób, których część zresztą dobrze znałem.

 

O ile pamiętam godzinę, to było przed północą, więc akcja była dosyć szybka. Potem przewieziono mnie i moją narzeczoną ówczesną, na komendę na Opaczewską, komenda dzielnicowa Ochota i stamtąd po jakimś czasie odwożono nas, bo były spore grupy, do aresztu śledczego. Tak zaczęło się moje internowanie i stan wojenny jednocześnie.

 

U mnie to było znieczulenie, bo ja akurat byłem chory na zapalenie płuc i rano jeszcze miałem ciut ponad 40 stopni gorączki i byłem po pierwszych zastrzykach, więc wyciągano mnie w piżamie, na szczęście pozwolono nałożyć na piżamę normalne ubranie. Przecież to była zima i to dosyć ostra zima. Tak wylądowałem, więc trochę byłem znieczulony pewnie.

 

Część internowanych obawiało się wywiezienia do Sowietów (przyp. TP): Było takie pytanie rzeczywiście – wspomina Jarosław Guzy – nie wyglądało przyjemnie rano, kiedy już nas rozlokowano w celach, przechodziliśmy przez taki szpaler agresywnie dosyć zachowujących się zomowców i rzeczywiście było pytanie – czy tutaj, czy gdzie indziej, ale ja cały czas miałem poczucie, że to jest akcja policyjna. Rzeczywiście mogli nas ulokować gdzieś – w Brześciu powiedzmy, że było jasne, że ta akcja jest prowadzona pod patronatem naszego bratniego sojusznika – Związku Sowieckiego. Ale w areszcie śledczym, to było widać po prostu, że lądujemy tutaj na jakiś czas, na ile – nie mieliśmy pojęcia.

Źródło: www.radio.bialystok.pl.

 

Janina Jankowska, dziennikarka Polskiego Radia, po wprowadzeniu stanu wojennego internowana od lutego do sierpnia 1982 r. w Olszynce Grochowskiej i Gołdapi. Usunięto ją także z pracy w Polskim Radiu: Pamiętam, kiedy byłam internowana w Gołdapi, na moją prośbę za pośrednictwem miejscowego księdza, przemycono mi mały magnetofon. Chciałam nagrać piosenki internowanych i ich losy, słowem zebrać dokumentację do przyszłego reportażu. Nie udało mi się nawet nacisnąć klawisza z zapisem „nagranie”. Moja współlokatorka, koleżanka z zespołu „Radio Solidarność – Region Mazowsze” wzięła mnie na poważną rozmowę i oświadczyła, że nie mam prawa narażać jej i innych koleżanek na dalsze represje a może nawet wywózkę na wschód. Mam natychmiast zwrócić ten magnetofon tą samą drogą. Inaczej….. ona do końca będzie walczyła o swoje życie. Nie chciałam się przekonywać, w jaki sposób. Zwróciłam magnetofon. Przypomina mi się ta historia dziś, gdy oskarża się polskie społeczeństwo o obojętność w stosunku do ci którzy chcieli się na holokauście wzbogacić.Żydów. To była wszechobecna przemoc i strach. Dlatego bohaterami są ci, którzy pomagali sąsiadom, z narażeniem życia przechowywali Żydów. Natomiast „szmalcownicy”, szantażyści, mordercy Żydów, którzy chcieli się na holokauście wzbogacić, zasłużyli na wyroki śmierci. Jednocześnie obok tych skrajności żyli zwyczajni ludzie, dziś zwani obojętnymi, którzy każdego dnia drżeli o los swoich najbliższych i , nie wykluczam, że w strachu przed Niemcami wydawali swoich sąsiadów. To stwierdzenie czysto teoretyczne, bo nie znam takich przypadków. Widziałam jednak strach w oczach mojej koleżanki z opozycji , która zmusiła mnie do oddania magnetofonu.

Pisownia oryginalna, źródło: www.salon24.pl.

 

Jerzy Klincewicz, redaktor informatora Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność” w Gorzowie „Echo Solidarności”, internowany w Wawrowie: 12 grudnia kończyłem kolejny numer „Echa”. Zrobiłem matrycę i wróciłem z Zarządu Regionu do domu około 23.30. W domu wypiłem herbatę. Nie zdążyłem się położyć, kiedy po mnie przyszli. Ktoś zastukał do drzwi i powiedział, że to milicja. Powiedziałem, że nie otworzę z uwagi na późną porę. Powiedziałem, żeby przyszli po 6 rano. W końcu otworzyłem, do pokoju wpadło trzech. Pozwolili mi się ubrać. Chodzili za mną krok w krok. Potem znieśli mnie po schodach na dół. Dostałem parę ciosów po żebrach, ktoś mnie kopnął w goleń. Wrzucili mnie do fiata.

Źródło: D. A. Rymar, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” w Regionie Gorzów Wielkopolski w latach 1980-1982, Gorzów Wielkopolski 2010, s. 364.

 

Tadeusz Mazowiecki, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”, po wprowadzeniu stanu wojennego został 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, po czym internowano go w Strzebielinku: Po trzeciej nastąpiło krótkie ostre pukanie w drzwi pokoju i bez czekania na odpowiedź – wejście. Nie umiem już odtworzyć sobie, ilu ich było. W każdym razie w pokoju zaroiło się od umundurowanych, uzbrojonych ludzi, którzy objęli nas kołem i otoczyli. Zjawiło się też kilku cywilnych, z których jeden robił wrażenie wydającego polecenia. Wykonywane czynności wydawały się absurdalne i gdyby nie cała groza sytuacji byłyby śmieszne: otwieranie szafy, szuflad, balkonu, zaglądanie pod łóżka. Padło nawet bodajże pytanie, czy nie ma ktoś broni. Pytań i słów było w ogóle niewiele. Żadnego wyjaśnienia.

 

Założono mi kajdanki, a gruby, wysoki, barczysty milicjant wziął moją torbę i lekko jakby za rękę mnie podtrzymując, skierował na korytarz ku wyjściu. Tu stali jeden przy drugim uzbrojeni w hełmy wraz z zasłonami, pałki i broń. Im bliżej schodów, tym było ich coraz więcej, coraz gęściej. Szedłem tym szpalerem równo i spokojnie, czułem na sobie ich wzrok. Na dole drzwi „Grand Hotelu” były otwarte; za nimi jako przedłużenie szpaleru, którym mnie prowadzono, widać było zbitych w gromadę, jeden przy drugim, ludzi w hełmach, pośrodku zostawiona droga wolna.

 

Źródło: www.histmag.org.

 

Agnieszka Romaszewska-Guzy, szefowa TV Bielsat, po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na pięć miesięcy. Internowana w areszcie przy ul. Opaczewskiej w Warszawie, Olszynce Grochowskiej, Gołdapi i Darłówku: Zostaliśmy aresztowani jeszcze przed południem. Prawdopodobnie chodziło o szybkie unieruchomienie Biura Interwencyjnego. Usłyszałam pytanie: „Pani Romaszewska?”. Odpowiedziałam: „Tak”. „Irena Zofia?”. „Nie, Agnieszka”. „Nie szkodzi”, zdecydował funkcjonariusz po namyśle.

Źródło: www.polskieradio.pl.

 

Dziennikarz francuskiego radia i telewizji ORTF Gabriel Mérétik tak wspominał po latach  zatrzymanie Jacka Kuronia w gdańskim Novotelu z 12 na 13 grudnia 1981 r.: Furgonetka zatrzymuje się przed budynkiem, który Kuroń bierze w pierwszej chwili za szkołę, a który okazuje się być zupełnie nową siedzibą ZOMO. Każą mu wejść do środka. Prowadzą do podziemia. Schodzą coraz niżej, wreszcie duża sala jaskrawo oświetlona. Podłoga pokryta piaskiem. W głębi biały mur, na którym widać liczne ślady kul. Przy drzwiach Kuroń widzi szereg ZOMO-wców z bronią w ręku. Pada rozkaz: „Pod ścianę”. Kuroń przywykł do więzień, ale teraz rzecz wygląda inaczej. Szykuje się na śmierć. Tyle mówiono o interwencji radzieckiej… Wiedział, że w takim przypadku… Ma tylko jedno pragnienie: dojść jak najszybciej do końca sali, by się obrócić i popatrzeć „im” w twarz. Dochodzi do ściany, odwraca się i… nic. Mężczyźni stoją nieruchomo.

Źródło: G. Mérétik, Noc generała, Warszawa 1989, s. 43-44.

 

opr. Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia

 

Dziennikarz bezkompromisowy – JANUSZA SZOSTAKA wspomina ZBIGNIEW HELIŃSKI

W wieku 64 lat zmarł Janusz Szostak, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy śledczych w Polsce. Przegrał walkę z Covid-19. Może gdyby bardziej narzekał, bardziej martwił się o siebie nie doszłoby do tego? Do końca wierzył, że to po prostu większe przeziębienie, że przejdzie. Nie przeszło. Dopiero dzień przed śmiercią przyjechało do niego pogotowie.

 

Janusz wpajał mi, że w dziennikarstwie ważne są opinie ludzi. Ich przeżycia, doświadczenia. Do każdego musiałem dotrzeć, porozmawiać z nim. Tylko wtedy historia była pełna życia, barw, smaków i emocji. Miało ją pisać życie innych, nie moje. Ja byłem tylko sprawozdawcą. Pracował z wieloma osobami, dlatego uważam, że opowiadać o nim powinni również inni.

 

Alarmujący wpis na Facebooku

 

Covid nie odpuścił także mnie. Bardzo miła Ratowniczka z Błonia nie pozostawiła co do tego złudzeń – napisał 9 grudnia na swoim profilu Janusz Szostak. – Dzień później już nie żył. Na koniec bezskutecznie reanimowała go żona.

 

Chorował od kilku dni. Bagatelizował jednak zagrożenie. Cały Janusz, twardy, nie narzekający na katar, kaszel, gorączkę, chrypę. Z planami na przyszłość. Redakcja, sprawy związane z fundacją „Na Tropie”, którą prowadził, ostatnie szlify najnowszej książki – to było ważne, nie on. On da sobie radę.

 

Źle się czuję, ale minie, poleżę trochę i przejdzie – powiedział, gdy rozmawiałem z nim kilka dni przed śmiercią. – Nie martw się, będzie dobrze.

 

Gdy 9 grudnia przeczytałem wpis na Facebooku zadzwoniłem jeszcze raz. Tym razem rozmawiałem z jego żoną. Janusza słyszałem tylko z oddali. Po raz ostatni…

 

Janusz pozostaje dla mnie wzorem dyscypliny dziennikarskiej i literackiej. Fascynuje mnie tempo, w jakim pisał swoje książki. Wydał ich dziesięć. Wstawał ok. godziny szóstej i praktycznie od razu nastawiony był na pracę. Realizację określonych zadań, które sam przed sobą stawiał.

 

Miał tak od początku – wspomina Tomasz Połeć, który Janusza znał od 1976 roku. – To właśnie on namówił mnie na dziennikarstwo. W Expressie Wieczornym tempo, w jakim pisał wzbudzało podziw o wiele bardziej doświadczonych kolegów. Żartowali nawet, że jest płodny jak królik.

 

W swojej obecnej redakcji, „Expressie Sochaczewskim”, którego  Janusz Szostak był wydawcą, wymyślił akcję świąteczną pod nazwą Patrol Świętego Mikołaja. Okazuje się, że Mikołajem był już jednak o wiele wcześniej.

 

Byliśmy bardzo młodymi dziennikarzami – opowiada Tomasz Połeć. – Janusz podwiózł do domu biednego chłopca. To było przed Bożym Narodzeniem. Gdy wracaliśmy z materiału stwierdził, że musi zrobić im prezenty. Podjechaliśmy do pierwszego sklepu, jaki był po drodze i zrobiliśmy duże zakupy. Nie znaleźliśmy jednak tego domostwa, nasz samochód zakopał się w śniegu. Jakoś wróciliśmy do sklepu, ekspedientka wskazała nam najbiedniejszą rodzinę w okolicy. Sprezentowaliśmy jej całe sprawunki.

 

Swoich dziennikarzy bronił, jak lew.  Szedł za nimi w ogień

 

Jeśli chodzi o materiały dziennikarskie Janusz Szostak nigdy nie odpuszczał. Nawet w najtrudniejszych sprawach prowadził śledztwa dziennikarskie do końca. Wszystko, czego się dowiedział, musiał przekazać czytelnikowi.

 

To był prawdziwy medialny twardziel – opowiada Mikołaj Podolski autor książki „Łowca Nastolatek”. Z Januszem pracowali nad sprawą osławionej Zatoki Sztuki oraz zaginięcia Iwony Wieczorek. – Zapamiętam go, jako najlepszego do tej pory naczelnego, jakiego miałem. A było ich około czterdziestu. Najbardziej elastycznego. Pozwalał mi eksperymentować i szukać różnych form. Miał niesamowitego nosa do tematów. Szybko potrafił rozpoznać, który temat ma potencjał czytelniczy i społeczny.

 

Janusza cechowała niebywała wręcz odwaga dziennikarska. Interesowały go tematy, których wiele redakcji nie podejmowało. Tak było na przykład z materiałami o urzędach pracy, które werbowały kobiety do agencji towarzyskich. Mało tego, że publikował to jeszcze, gdy pojawiły się pretensje dał do zrozumienia, co myśli. W sposób jednoznaczny.

 

Od początku wiedzieliśmy, że po Krystku będą kłopoty – kontynuuje Podolski. – Nie spodziewaliśmy się jednak, że tak duże. Nie zrezygnował jednak. Mało tego, namawiał mnie, żebym pisał dalej. Im trudniejszy podejmowałem temat, tym otrzymywałem większe wsparcie. Zaimponował mi również przy sprawie Iwony Wieczorek, że nie odpuszczał. Inni już dawno by zrezygnowali. On nie. Nie tylko pisał i zbierał materiały, ale i sam szukał. To był absolutny ewenement. Pokazał wszystkim, że praca dziennikarza nie kończy się na pisaniu. Zawsze upierał się, żeby dużo jeździć i rozmawiać z ludźmi w terenie. Śmiał się z redaktorów, którzy swoje materiały sklejają z urywków już opublikowanych tekstów. Wpoił mi, że muszę mieć swoje informacje, które wnoszą coś nowego do sprawy, jeśli chcę zajmować się czymś na poważnie.

– Pamiętam nasze długie rozmowy i burze mózgów przy tworzeniu tekstów – wspomina Marta Bilska. – Janusz w stu procentach oddawał się temu, co robił, a jego praca była jego pasją. Takiego go zapamiętam. Niezniszczalnego.

 

Ze szczególnym uznaniem o dziennikarstwie Janusza Szostaka wypowiedział się również jasnowidz Krzysztof Jackowski.

 

Był prawdziwy i w zasadzie cały czas pracował – wyjaśnił. – Nic nie upiększał, nic nie ukrywał. Chylę przed nim czoła. Oddany pasji. Nie jest to częste w obecnym, powierzchownym – trzeba przyznać – świecie reporterskim. Czasami trudny w kontaktach, ale to dlatego, że od innych wymagał tyle samo ile od siebie. Gdyby policjanci żyli swoją pracą tak samo, jak on nie byłoby w Polsce niewykrytych przestępstw.

 

Janusz potrafił być jednak również wyrozumiały. Wybaczał błędy i potknięcia. Tak było na przykład w przypadku Bogumiły Nowak, dziennikarki „Expressu Sochaczewskiego”. Pracę w gazecie znalazła po przeczytaniu ogłoszenia na stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Co w zasadzie niespotykane, razem z mieszkaniem, a nie miała wtedy, gdzie się podziać.

 

Stawiał wyzwania, nowe cele – mówi Bogumiła Nowak. – Wiedział czego chce, uczył jak dotrzeć do celu. Potrafił współdziałać. Wymagający, ale nie autorytatywny i despotyczny.

 

Na Tropie

 

Wyjątkowym dzieckiem w życiu Janusza Szostaka była fundacja Na Tropie. Wymyślił ją i stworzył. Miała szukać ludzi zaginionych a nie tylko publikować komunikaty.

 

Zainspirowałem go do poszukiwań Joanny Gibner z Olsztyna – wspomina Marek Książek dziennikarz z Olsztyna. – Matka dziewczyny będzie dozgonnie Januszowi za to wdzięczna. W tej sprawie również wykazał wyjątkową dociekliwość, która była chyba jedną z najważniejszych cech w dziennikarskim życiorysie zmarłego. Widać to w każdym jego tekście, w każdej książce reporterskiej, gdy dokopuje się do szczegółów w sprawach kryminalnych, o których nawet policja nie miała pojęcia. Kiedyś w swoim tekście o Feliksie Siemenasie, który ukazał się w „Reporterze”, ujrzałem dopisany ręką redaktora Szostaka akapit. Początkowo mnie to zirytowało, ale musiałem przyznać mu rację, że wyszperał informacje o biznesmenie-fantaście, które wzbogaciły materiał, a o których wcześniej ja – autor – nie wiedziałem.

 

Tyle inni. A kim był na mojej drodze zawodowej? Niesłychanie dobrym redaktorem prowadzącym, który zawsze chciał pomagać, podpowiadać. Przymykał oko na opóźnienia. Jestem mu wdzięczny, że nigdy nie irytował się, gdy tekst powstawał na ostatnią chwilę lub musiał spaść do następnego numeru, ale z mojej winy. Trochę, jak ojciec. Dzisiaj żałuję, że nie zawsze spinałem się wtedy na sto procent. Od dzisiaj będę o tym pamiętał. Dla siebie, ale i dla Ciebie Januszu. Spoczywaj w pokoju.

 

Zbigniew Heliński