Off the record – ŁUKASZ WARZECHA o maskowaniu niekompetencji

Formuła „na offie” zakłada, że dziennikarz nie dzieli się wiedzą, którą otrzyma od rozmówcy, przynajmniej w sposób pozwalający zidentyfikować źródło. Tę zasadę należy szanować, pod warunkiem jednak, że rozmówca nie robi sobie kpin i z niej, i z dziennikarza.

 

Z przykrością muszę stwierdzić, że obiektem takich kpin stałem się ostatnio wraz z grupą polskich dziennikarzy, którzy na zaproszenie Komisji Europejskiej przez dwa dni spotykali się w Brukseli z urzędnikami KE różnych szczebli. Grupa była mocno zróżnicowana pod względem redakcji i poglądów. Dobrana absolutnie uczciwie i bez śladu uprzedzeń. Był to klasyczny wyjazd studyjny, bardzo dobrze zorganizowany, szczególnie wziąwszy pod uwagę trudne okoliczności.

 

Urzędnicy KE co do zasady udzielają informacji off the record. Członkowie Komisji – on the record. Ci pierwsi zaznaczają, co z ich wypowiedzi można oficjalnie wykorzystać, ci drudzy – jeśli czegoś wykorzystywać nie należy. I tu żadnych uwag nie mam. Takie są reguły i mają sens.  

 

W zażenowanie, zadziwienie i stupor wprawił jednak wszystkich, niezależnie od poglądów i redakcji, ostatni punkt: spotkanie z szefem polskiego przedstawicielstwa przy UE ambasadorem Andrzejem Sadosiem. To właśnie spotkanie odbywało się teoretycznie off the record. Muszę o nim jednak napisać, bo jego przebieg trudno określić inaczej niż jako kuriozalny. Z zastosowaniem formuły na offie włącznie.

 

Spotkanie musiało się niestety z przyczyn obiektywnych odbywać zdalnie, grupa podłączyła się zatem do platformy Teams na swoich komputerach. Na całość mieliśmy 75 minut. Byliśmy po dwóch dniach intensywnych rozmów, podczas których pojawiło się mnóstwo punktów zaczepienia do dyskusji z panem ambasadorem. Tymczasem pan ambasador najpierw przez 10 minut recytował nam dziedziny, którymi zajmuje się przedstawicielstwo, a więc podawał informacje, które można znaleźć na jego stronach internetowych, zapowiadając, że o tym wszystkim opowiedzą nam urzędnicy misji. Już to wywołało niedowierzanie, bo brzmiało jak wprowadzenie do czterogodzinnej prelekcji.

 

Po ambasadorze Sadosiu wystąpiło, o ile dobrze liczyliśmy, siedmioro pracowników przedstawicielstwa, którzy monotonnym głosem klepali wyuczone formułki, opowiadając, czym się zajmują. Wartość poznawcza tego była dla ludzi zorientowanych w problematyce żadna. Zastosowanie formuły na offie było również kompletnie niezrozumiałe, bo dostaliśmy po prostu streszczenie informacji dostępnych na stronach MSZ i oficjalną narrację.

 

Część osób się ze spotkania w końcu wyłączyła, część zasnęła, część poszła na papierosa. Komentarze stawały się coraz zgryźliwsze. Nasze mikrofony były na szczęście powyciszane.

 

W końcu prelekcje się zakończyły, a pan ambasador oznajmił, że to raptem tylko sześćdziesiąt… nie, skorygował po chwili zastanowienia, może pięćdziesiąt procent tego, czym zajmuje się stałe przedstawicielstwo i bardzo żałuje, że nie udało się nam przedstawić stu procent. Czy są pytania?

 

Wziąwszy pod uwagę, że zostało nam jakieś pięć minut, pytanie padło jedno i na tym spotkanie się zakończyło. Pan ambasador w rezultacie merytorycznie nie zabrał głosu wcale, choć spotkanie miało być z nim. Tak przynajmniej było anonsowane. Żeby było zabawniej, przedstawicielstwo widząc, że na Twitterze pojawiły się wpisy, komentujące sposób poprowadzenia „briefingu”, godzinę później zaczęło się dobijać do organizatorów wizyty z prośbą o przypomnienie dziennikarzom, że wydarzenie było „na offie”.

 

Sęk w tym, że na offie można podawać informacje ciekawe, nieoficjalne, zakulisowe. Nie widzę natomiast powodu, dla którego ta formuła miałaby służyć komukolwiek do maskowania własnej niekompetencji. Powiedzmy wprost: polskie przedstawicielstwo w Brukseli zmarnowało ponad godzinę naszego czasu, który mogliśmy wykorzystać na spacer po okolicy.

 

Czemu to spotkanie miało w ogóle służyć? Nietrudno odtworzyć sposób myślenia ambasadora Sadosia. Oto grupa dziennikarzy była przez dwa dni bombardowana przekazem z KE. Trzeba zatem przeciwstawić temu nasz własny przekaz. Problem w tym, że zarazem trzeba to zrobić w taki sposób, by nie narazić się samemu na problemy, a zatem trzeba uniknąć jakichkolwiek trudnych pytań, a ponieważ każde może być trudne (ambasada miała przecież dostęp do listy uczestników wyjazdu), więc najlepiej, żeby pytań nie było w ogóle. Jak to z kolei osiągnąć? Poprzez zasypanie dziennikarzy tonami zbędnych, drobiazgowych informacji, tak aby na pytania pozostało raptem kilka minut i aby nie było do nich żadnego punktu zaczepienia.

 

Pan Sadoś pracuje w MSZ od 1997 i jest zawodowym dyplomatą. W 2006 r. był nawet rzecznikiem MSZ i pozostawił w pamięci dziennikarzy raczej słabe wspomnienia. W 2018 r. dostał nominację na obecne stanowisko i gdy w tamtym roku przedstawicielstwo odwiedzał premier Morawiecki, z fasady zniknęła tablica z nazwiskami Donalda TuskaJerzego Buzka, upamiętniająca otwarcie placówki. Oficjalnie z powodu remontu.

 

Mam dla pana ambasadora radę na przyszłość: jeśli chce się uniknąć problemów związanych z niewygodnymi pytaniami, najlepszym wyjściem jest nieorganizowanie spotkania z dziennikarzami. W ten sposób oszczędza się własny i cudzy czas oraz nie daje pretekstu do tekstów takich jak ten.

 

Łukasz Warzecha

Oświadczenie ZG SDP w sprawie dostępu dziennikarzy do strefy przygranicznej

W związku z nowelizacją ustawy o ochronie granicy państwowej Zarząd Główny SDP apeluje do rządu i podległych mu służb o sprawne przyznawanie akredytacji dziennikarskich w  pasie przygranicznym z Białorusią oraz o umożliwienie dziennikarzom nieskrępowanej pracy w tym regionie pozwalającej  im na rzetelne informowanie opinii publicznej o przebiegu konfliktu na granicy polsko-białoruskiej.

 

Jednocześnie apelujemy do dziennikarzy o przestrzeganie obowiązującego w tym regionie prawa ze względu na bezpieczeństwo zarówno ich samych, jak i służb mundurowych oraz wszystkich osób, które przebywają w rejonie konfliktu związanego z próbami przekroczenia granicy przez grupy migrantów wspieranych przez białoruskie służby specjalne.

 

Zarząd Główny SDP

 

Warszawa, 2 grudnia 2021 r.

 

Informacje na ten temat akredytacji: TUTAJ.

 

Ks. ARTUR STOPKA: Czy jest popyt na edukację medialną?

O potrzebie edukacji medialnej na świecie mówi się od dziesięcioleci. Pytanie jednak, kto rzeczywiście jest nią zainteresowany.

 

Nawet maleńkie dzieci wiedzą, co trzeba zrobić, aby skorzystać z szeroko pojętych mediów. Pierwsza umiejętność, jaką dziś w tej sferze najczęściej zdobywają, to dotknięcie ekranu smartfona w taki sposób, aby dotrzeć do pożądanych treści. Mnóstwo rodziców przekonało się, że na dziś jeden z najskuteczniejszych sposobów na długotrwałe zajęcie uwagi dziecka (a więc i na jego uspokojenie) to włożenie mu do rączek przenośnego multimedialnego urządzenia.

 

Aby się nim posługiwać, nie trzeba czytać opasłych instrukcji drobnym druczkiem ani przechodzić wielogodzinnych szkoleń. To sprzęt tak intuicyjny, że pilot telewizora przy nim okazuje się o wiele mniej przyjazny – wymaga znacznie obszerniejszej wiedzy i większych kompetencji. Nic dziwnego, że już dwa lata temu ponad 40 proc. dzieci poniżej drugiego roku życia korzystało w Polsce regularnie z internetu. Miały wystarczające umiejętności, aby to robić. Oczywiście, można zapytać, czy miały też to, co w dość napuszony sposób nazywa się „kompetencją medialną”. Inaczej mówiąc, czy były świadomymi, odpowiedzialnymi, krytycznymi i aktywnymi użytkownikami mediów.

 

Fakty od fake newsów

 

Odpowiedź w odniesieniu do dwulatków wydaje się oczywista. Mało kto spodziewa się, że takie maluchy nimi będą. Przecież one są dopiero na początku bardzo długiego procesu edukacji. Także edukacji medialnej. O ile będzie im dane mieć do niej dostęp. O ile ktoś uzna, że jest im ona potrzebna i pozwoli, aby faktycznie posiadły wiedzę i umiejętności, dzięki którym będą potrafiły odróżnić fakty od fake newsów, prawdę od kłamstwa, informację od propagandy, wiadomości od reklamy, relację od komentarza i opinii, zarówno jako odbiorcy, jak i jako twórcy medialnych treści.

 

Od zaistnienia Web 2.0 medialny kontent może być dziełem każdego, kto tylko zechce umieścić coś w globalnej sieci. Tym bardziej logiczne jest, żeby adresatami edukacji medialnej byli nie tylko ludzie profesjonalnie zajmujący się sferą szeroko rozumianego przekazu i międzyludzkiej komunikacji. Nawet jeśli ktoś chce pozostać wyłącznie odbiorcą (co staje się coraz bardziej nierealne), powinien znać mechanizmy funkcjonowania mediów, np. po to, aby być w stanie weryfikować docierający do niego przekaz i korzystać w mediów w sposób selektywny.

 

Umiejętność umiejętności

 

Na rządowych stronach dedykowanych Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji można przeczytać, że zgodnie z aktualnym brzmieniem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) o audiowizualnych usługach medialnych, „umiejętność korzystania z mediów oznacza umiejętności, wiedzę i rozumienie, które pozwalają obywatelom skutecznie i bezpiecznie używać mediów”. Wynika z tego, że aby obywatele mieli możliwość dotarcia do informacji oraz odpowiedzialnie i bezpiecznie wykorzystywali, krytycznie oceniali i tworzyli treści medialne, muszą posiąść zaawansowane umiejętności korzystania z mediów. Co więcej, „umiejętność korzystania z mediów nie powinna być ograniczona do zdobywania wiedzy o narzędziach i technologiach, ale powinna mieć na celu wyposażanie obywateli w umiejętność krytycznego myślenia niezbędną do dokonywania ocen, analizowania złożonych realiów oraz odróżniania opinii od faktów”.

 

Po przełożeniu tych zawiłych sformułowań na nieco bardziej zrozumiałe, można się zorientować, że cele edukacji medialnej są nie byle jakie i bardzo ambitne. Tylko czy przez wszystkich pożądane?

 

Pierwsze miejsce – rodzina

 

Z opublikowanego trzy lata temu artykułu Renaty Matusiak z Uniwersytetu Opolskiego „Edukacja medialna w wybranych państwach Europy” można się dowiedzieć, że edukacja medialna jest najbardziej rozwinięta w krajach Ameryki Północnej. Napisała ona także o tym, że potrzeba edukacji medialnej coraz częściej jest dostrzegana w krajach Unii Europejskiej, czego dowodem są nowe dokumenty i zalecenia. Autorka informuje, że kraje starego kontynentu wprowadziły elementy wychowania do mediów do programów nauczania już w latach 70. XX w., a integracja europejska sprzyja wprowadzeniu edukacji medialnej jako powszechnego przedmiotu szkolnego. W różnych formach wprowadzona została we Francji, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech.

 

Zarówno Renata Matusiak, jak i inni autorzy zajmujący się kwestią edukacji medialnej wskazują, że pierwszym miejscem, w którym powinna ona mieć miejsce, jest rodzina. Kolejnym – szkoła. Ale praktyka wymienionych krajów pokazuje, że edukacją medialną mogą i powinny zajmować się też same media. Pokazuje też, są nią zainteresowane państwa. Wydaje się to oczywiste, ale warto się zastanowić, jaki powinien być ich udział w prowadzeniu takiej edukacji. I czy rzeczywiście zawsze będą one zainteresowane kształtowaniem obywateli podchodzących do mediów krytycznie i selektywnie. W dodatku takich, którzy posiądą możliwość skutecznego docierania do innych użytkowników z własnym przekazem.

 

Słusznie i zdroworozsądkowo

 

Dziesięć lat temu Polski Komitet Programu Informacja dla Wszystkich (PK IFAP) przy Polskim Komitecie do spraw UNESCO przyjął „Stanowisko w kwestii zapewnienia edukacji medialnej wszystkim grupom wiekowym i społecznym”. Stwierdził w nim m. in., że edukacja medialna to niezbędny warunek rozwoju społeczeństwa informacyjnego, w którym istotne jest uczestnictwo w procesach komunikacji społecznej zapośredniczonej przez media cyfrowe. „Edukacja medialna jest także warunkiem sprawnego funkcjonowania demokracji, zwiększenia sprawności państwa i skuteczności jego administracji, wzrostu gospodarczego związanego z ekspansją sektora informacyjnego, obniżenia barier dostępu do wiedzy” – czytamy w dokumencie sprzed dekady.

 

Brzmi słusznie i zdroworozsądkowo. Łatwo się jednak domyślić, że znajdą się tacy, w uszach których zabrzmi to groźnie. Dlaczego? Ponieważ posiadającego wysokie kompetencje medialne obywatela znacznie trudniej zmanipulować, skłonić za pomocą mediów do określonych zachowań, ukrywać przed nim prawdę lub w jakiejkolwiek kwestii okłamywać. Trudniej go również skłonić do poprzestawania na bardzo ograniczonej liczbie źródeł medialnych treści i tkwienia w nieskończoność w jednej medialnej bańce.

 

Jak pralki lub samochodu

 

Aby prowadzić sensowną i przynosząca realne (wyżej wymienione) pożytki edukację medialną trzeba najpierw podnieść wśród użytkowników mediów świadomość jej potrzeby. Trzeba stworzyć popyt na edukację medialną. Tymczasem coraz wyraźniej widać tendencję do korzystania z mediów, zwłaszcza tych zbudowanych na nowych technologiach, na podobnej zasadzie, jak używamy pralki, odkurzacza czy samochodu. Ogromna część ich użytkowników nie jest zupełnie zainteresowana mechanizmami ich funkcjonowania. Tak, jak nie czują potrzeby wiedzy, w jaki sposób działa smartfon i posługują się nim nawet nie zajrzawszy do instrukcji obsługi, tak samo podchodzą do medialnych możliwości, jakie to narzędzie im udostępnia. W rezultacie nawet nie zdają sobie sprawy, że stają się łatwą zdobyczą tych, którzy medialne mechanizmy świetnie znają i wykorzystują je do swoich partykularnych celów. Bywa, że niemających z dobrem wielkich rzesz użytkowników mediów nic wspólnego.

 

Rozstrzygnięto XIX edycję Konkursu im. Władysława Grabskiego

Maciej Wośko z „Gazety Bankowej” został Dziennikarzem Ekonomicznym 2021 roku w Konkursie im. Władysława Grabskiego. Tytuł „Redakcji 2021 roku” otrzymał zespół programu „Państwo w Państwie” z Polsat News.

 

Konkurs dla dziennikarzy ekonomicznych organizuje Narodowy Bank Polski. Nagradzani są w nim autorzy i redakcje, którzy w przystępny i zrozumiały sposób wyjaśniają skomplikowane zagadnienia ze świata gospodarki, przyczyniając się do podnoszenia poziomu wiedzy ekonomicznej Polaków. W tym roku laureatów wybrała kapituła pod przewodnictwem prof. Adama Budnikowskiego.

 

Nagrodę główną i tytuł „Dziennikarza Ekonomicznego 2021 roku” przyznano redaktorowi Maciejowi Wośko z „Gazety Bankowej” za całokształt pracy dziennikarskiej, a zwłaszcza za umiejętność prezentowania w przystępny i ciekawy sposób skomplikowanych mechanizmów ekonomicznych oraz za powołanie do życia, wraz z redakcją „Gazety Bankowej”, „Polskiego Kompasu”, powszechnie cenionego corocznego raportu o stanie naszej gospodarki.

 

Nagrodę za pracę zespołową i tytuł „Redakcji 2021 roku” otrzymała redakcja programu „Państwo w Państwie” z Polsat News za stworzenie wartościowego, atrakcyjnego i oczekiwanego przez wielu widzów cyklicznego programu podejmującego najważniejsze tematy ekonomiczne i społeczne.

 

Poza tym nagrody i wyróżnienia przyznano w następujących kategoriach:

 

Polityka pieniężna i stabilność finansowa

 

Maksymilian Wysocki, wGospodarce.pl, artykuł „Płać jak chcesz, czyli jak mieć wybór między gotówką a innymi formami płatności”.
Nagroda za dogłębną analizę systemu płatniczego i nieoczywiste wnioski na temat obrotu gotówkowego ze szczególnym uwzględnieniem uwarunkowań gospodarczych i społecznych.

 

Finanse osobiste i edukacja ekonomiczna

 

Beata Piechowska-Olszewska, Polskie Radio Dzieciom, cykl programów „Skarbonka”.
Nagroda za edukację ekonomiczną dzieci przedstawioną w atrakcyjny i łatwo zrozumiały sposób.

 

Felieton lub analiza

 

Jacek Musiał, „Śląski Kurier Wnet”, artykuł „Hipoteza „Paryż”: Zanieczyszczenie oceanów ważną przyczyną globalnego ocieplenia?”
Nagroda za zwrócenie uwagi na ważny, a jednocześnie rzadko podnoszony problem wpływu zanieczyszczania mórz na zmiany klimatyczne.

 

Wywiad

 

Emilia Świętochowska, „Dziennik Gazeta Prawna”, artykuł „Zmuszeni do zmian”.
Nagroda za mistrzowskie odniesienie do naszej rzeczywistości wniosków płynących z oceny ujemnego wpływu postępu technicznego i wzrostu gospodarczego na współczesne wspólnoty zbierackie i łowieckie.

 

Stanisław Koczot, „Gazeta Bankowa”, artykuł „Pułapki Unii Europejskiej”.
Wyróżnienie za dogłębną analizę gospodarki energetycznej Polski i Unii Europejskiej. Za zwrócenie uwagi na ważny aspekt inwestycji krajowych w kontekście rozwoju gospodarczego oraz bezpieczeństwa energetycznego Polski.

 

Problematyka regionalna

 

Zespół redakcyjny TVP3 Rzeszów, audycja „Gospodarka tu i teraz” odc. 41.
Nagroda za dociekliwą i atrakcyjną dla widza ocenę podziału środków dostępnych w ramach unijnej polityki spójności.

 

Krystian Kaźmierczyk, Telewizja Republika, audycja „Krajowy plan odbudowy – Biznes Polska” odc. 220.
Wyróżnienie za podjęcie tematu kluczowego dla rozwoju polskiej gospodarki, a także przedstawienie go z udziałem specjalistów reprezentujących zróżnicowane punkty widzenia.

 

Pandemia wyzwaniem dla krajowych finansów i gospodarki

 

Grażyna Rakowicz, TVP3 Bydgoszcz, audycja „Rozliczanie śmieci”.
Nagroda za podjęcie tematu odbioru odpadów komunalnych, a w szczególności za dostrzeżenie biznesowego wymiaru tej działalności ważnej nie tylko dla Bydgoszczy, ale dla wielu innych polskich miast.

 

Patronem honorowym konkursu było Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

Źródło: Narodowy Bank Polski

 

Wojna domowa – ADAM SOCHA analizuje konflikt w Agorze

Rozpętanie przez Adama Michnika publicznie totalnej wojny z zarządem Agory, rodzi podejrzenie, że redaktor oszalał. Ale w jego szaleństwie, jak zawsze, jest metoda, która do tej pory okazywała się skuteczna.

 

„Bywały wśród nas spory i konflikty. Jednak nigdy nie był nikt traktowany jak śmieć” – napisał Michnik w odpowiedzi na List Zarządu Agory, a propos zwolnienia dyscyplinarnego dyrektora wydawniczego, po 28 latach pracy, Jerzego Wójcika.

 

Chodzi o niezależność czy o stołki i pieniądze?

 

No tak, do tej pory to Michnik traktował jak śmieci swoich przeciwników. Jeszcze nie dawno jego kciuk wskazujący skierowany w dół, niczym u Cezara, kończył karierę ludziom, którzy ośmielili się mu sprzeciwić. Również jak śmieci traktował własnych dziennikarzy, którzy dopuścili się „myślozbrodni” jak Roman Graczyk, który był za lustracją.

 

Tym razem „myślozbrodni” dopuścił się Zarząd Agory. Na ich głowy posypały się ze strony Michnika najgorsze obelgi, którymi dotąd obrzucał tylko śmiertelnych wrogów politycznych. „Sięgają po chwyty z czarnej propagandy znane mi dobrze z Marca 1968 r. – oskarżył Michnik Zarząd, odpowiadając 26 listopada na łamach Wyborczej na ich List – z kampanii antysolidarnościowych w epoce stanu wojennego, z seansów nienawiści organizowanych w mediach związanych z obozem politycznym Jarosława Kaczyńskiego. To przecież metody podłe”.

 

Taka „parciana” retoryka to od dziesiątków lat codzienny język publicystyki politycznej Michnika, tym razem jego „cepy” spadły na głowy chlebodawców. Ta paranoja udzieliła się członkom antypisowskiej koalicji, która może wkrótce zacząć urządzać marsze, zamiast pod domem Jarosława Kaczyńskiego, pod siedzibę AGORY. Z ich listów i apeli wynika, że zamach na Wyborczą, to zamach na ostatni bastion wolnego słowa w Polsce, gdy on padnie, kraj nad Wisłą utonie w brunatnych odmętach.

 

Natomiast zarząd „Agory” twierdzi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o o stanowiska i pieniądze: „Spór między kierownictwem „Gazety Wyborczej” a zarządem nie jest sporem o wartości i niezależność redakcji. To spór personalny, a jego osią są sukcesja, władza, pieniądze i oczekiwanie zwiększonych przywilejów dla wybranych osób”.

 

Od wielu już lat, co jakiś czas Agora zmuszona jest ciąć koszty i zwalnia kolejne grupy dziennikarzy, tym razem bezpośrednie zagrożenie poczuł Michnik i jego pretorianie. Ale zarząd Agory nie dlatego zwolnił dyrektora wydawniczego Jerzego Wójcika, że sprzedał się Kaczyńskiemu, jak insynuuje Michnik, tylko z powodu jego oporu wobec koniecznych zmian modelu biznesowego. Zarząd Agory bowiem podziela poglądy polityczne i wartości kierownictwa Wyborczej. „Są nimi prawda, tolerancja, poszanowanie praw człowieka i pomoc potrzebującym” – czytamy na stronie Agory w zakładce „Wartości i Zasady”.

 

Nie czerpię schadenfreude, jak wiele prorządowych mediów, z tej bratobójczej wojny rozpętanej przez kierownictwo redakcji, mimo że od pierwszych numerów „Gazety” nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z „Trybuną Ludu” a rebours. Dałem temu wyraz w swoim wystąpieniu na I Zjeździe reaktywowanego po stanie wojennym SDP (był to jedyny taki krytyczny głos), a wcześniej odrzucając propozycję zostania korespondentem, a później szefem oddziału Wyborczej w Olsztynie (przyjął ją Wacek Radziwinowicz, który później proponował mi funkcję sekretarza redakcji). Gdybym się zgodził, dzisiaj byłbym milionerem, a nie żyjącym skromnie emerytem, ale nie żałuję swoich wyborów.

 

Mimo że uważam gazetę za wielkiego szkodnika polskiej demokracji, to życzę redakcji, by została na rynku w obecnym kształcie, gdyż za realną uważam groźbę zdominowania rynku mediów przez partię rządzącą. Tak jak za rządów PO stawałem w obronie niszowych mediów prawicowych, jedynej przeciwwagi dla monopolu informacyjnego partii rządzącej.

 

Podobne perturbacje, oczywiście na innym poziomie biznesowym, przeszła w 2005 roku „Gazeta Polska” stworzona przez Piotra Wierzbickiego, który ratując gazetę przed bankructwem sięgnął po kapitał szemranej spółki King&Kong. Uratował wówczas tytuł Tomasz Sakiewicz, pozbywając się przy okazji Wierzbickiego.
Ale Agora to nie King&Kong! Paradoks polega na tym, że tym razem, to nie „siepacze z PiS” dybią na niezależność „Wyborczej”, ale – zdaniem Michnika i członków jego sekty – zarząd Agory. „Siepacze z PiS” jedynie „zacierają ręce” – zdaniem Michnika – obserwując z pop-cornem w ręku ten śmiertelny pojedynek.

 

Paradoksem jest też to, że Polską rządzą bracia Kurscy. Jacek piorąc mózgi widzom TVP, a Jarosław – czytelnikom Wyborczej. Osiągnęli mistrzostwo w manipulacji opinią publiczną i szczuciu na siebie Polek i Polaków.

 

Kto jest psem, a kto ogonem?

 

Przestudiowałem uważnie wszystkie listy obu stron konfliktu oraz manifesty i wyrazy poparcia dla Michnika et consortes.

 

Konflikt szefostwa redakcji z zarządem Agory zaczął się w czerwcu 2021 roku, w momencie gdy Wyborcza generowała coraz większe straty. W momencie powstania gazety jej średni nakład sięgał miliona egzemplarzy. Palmę pierwszeństwa gazeta straciła w 2003 roku na rzecz Faktu, jednak nadal sprzedawała 400 tysięcy egzemplarzy. Równia pochyła zaczęła się w 2008 roku. Obecnie sprzedaż jest na poziomie około 50 tys. egz.  Agora ukrywa, ile wynosi strata netto Wyborczej. Jeśli w 2013 roku dziennik miał z reklam 144,2 mln zł, to w 2020 już tylko 51,6 mln zł – ubyło 40 proc. łącznych wpływów. Przychody Wyborczej dają Agorze zaledwie 13 proc. udziału w biznesie holdingu.

 

Kierownictwo gazety twierdzi, że osiągnęło światowy sukces liczbą 262 tysięcy subskrybentów wydania cyfrowego, ale to przełożyło się na przychody ze sprzedaży prenumeraty oraz reklamy cyfrowej, zaledwie w kwocie 16,5 mln zł (40% całkowitych wpływów), gdy bezpłatna Gazeta.pl i spółka Yieldbird z reklam w Internecie osiągnęła w 2020 roku 213,9 mln zł.

 

Toteż zarząd Agory, szukając sposobu na utrzymanie tonącej Wyborczej postanowił połączyć internetową Gazetę.pl (powstałą w 2001 roku) z „Gazetę Wyborczą” i płatną Wyborczą.pl, które zaczęły ze sobą konkurować. Dzięki temu Agora umocni się na pozycji cyfrowego lidera i stworzy wspólną ofertę reklamową, co przełoży się na maksymalizację i wzrost przychodów reklamowych – przekonywał zarząd Agory, ogłaszając swoje plany na początku czerwca b.r. Połączonymi redakcjami miał pokierować jeden dyrektor zarządzający, powstać miały także nowe stanowiska: koordynatorów sprzedaży i działów analitycznych. Kierownictwo Agory zapewniło, że najważniejszą marką Agory jest „Gazeta Wyborcza”, dlatego to jej redakcja ma objąć nadzór nad redakcjami Gazeta.pl. Jednocześnie połączenie „nie naruszy dotychczasowej autonomii redakcji”.

 

Detonatorem okazała się informacja, że ta restrukturyzacja wiąże się z utratą stanowiska przez dyrektora wydawniczego Wyborczej Jerzego Wójcika. Kierownictwo Wyborczej pozornie godząc się na połączenia, (ale nie robione „znienacka” i za jego plecami), zdecydowanie zaprotestowało „przeciwko planowanym zmianom w kierownictwie redakcji oraz jej podległości w ramach mediów Agory” – napisali szefowie Wyborczej po otwartym zebraniu zespołu. „To samobójcze uderzenie w etos Wyborczej (…). To potrójny błąd: etyczny, polityczny i biznesowy (…). Wzywamy kategorycznie Zarząd Agory do zaniechania szkodliwych, dewastujących decyzji. Przeciwstawimy im się w każdy dostępny dla nas i legalny sposób. Postawieni w sytuacji bez wyjścia gotowi jesteśmy odwołać się do opinii publicznej”. Pod ich listem podpisało się 321 osób (na 800 dziennikarzy).

 

Naczelni „Wyborczej” zażądali odsunięcie od nadzoru nad ich zespołem członkini zarządu Agnieszki Sadowskiej oraz włączenia w skład zarządu przedstawiciela „Wyborczej”. Sadowska odeszła z Agory, ale drugi postulat pozostał niespełniony. Miejsce Sadowskiej, którą Jerzy Wójcik oskarżył o mobbing, zajęła Agnieszka Siuzdak z Gazeta.pl. Pomysł wydzielenia „Gazety Wyborczej” do osobnej spółki, co postulowali szefowie Wyborczej, został zawieszony, gdyż wiązałoby się to ze zmianą struktury własnościowej spółki giełdowej – stwierdził Zarząd.
Agora, po zapaści spowodowanej pandemią, w trzecim kwartale br. złapała oddech. Przy wzroście wpływów o 38 proc. zanotowała spadek straty netto z 9 do 1,5 mln zł. To odbicie holding zawdzięczał jednak nie Wyborczej a przychodom z biletów i przekąsek w kinach Helios. W tym momencie, 23 listopada, Zarząd wykonał wyrok na Jerzym Wójciku, odraczany od czerwca. W mediach twierdzono, że wydawca „Wyborczej” bezpodstawnie oskarżył o mobbingu Agnieszkę Sadowską, byłą członkinię zarządu. Zarzuty miały się nie potwierdzić i Wójcik został zwolniony za bezpodstawne zniesławienie.

 

W wydanym oświadczeniu Agora zaprzeczyła, iż taki był powód rozstania i w to w trybie dyscyplinarnym, ale potwierdziła, że zarzuty Wójcika wobec Sadowskiej były bezpodstawne. Zwolnienie Wójcika rozpętało na Czerskiej Armagedon. Adam Michnik i Jarosław Kurski zwołali tego samego dnia wiec on line w redakcji. Znamy jego przebieg dzięki Wirtualnym Mediom. Głos zabrał Adam Michnik.

 

„- Michnik powiedział nam, że dalej będziemy walczyć o niezależność „Wyborczej” i dalej będziemy ostro walczyć z PiS. Nie będzie zmiany linii na neutralną. Mówił, że zarząd chce od nas pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, a my jesteśmy od obrony demokracji i jesteśmy właśnie teraz potrzebni jak nigdy – czytamy na wirtualnemedia.pl – Naczelny „Wyborczej” miał po raz kolejny powtórzył dwa swoje ulubione zwroty w kontekście walki z zarządem. Pierwszy to „nie nos dla tabakiery, ale tabakiera dla nosa”. Drugi: „nie będzie ogon machał psem” – czyli zarząd i prezes Agory Bartosz Hojka nie będą mówić redaktorom i wiceredaktorom „Wyborczej”, co mają robić. 

 

Redaktorzy naczelni przypomnieli zespołowi, że zarząd Agory wypłacał sobie w ciężkich czasach duże nagrody , a jednocześnie kazał im zwalniać kolejnych dziennikarzy, aby ciąć koszty. Obiecali, że już tak nie będzie. Wtedy dziennikarze zaczęli pytać, jak to jest, że naczelni zreflektowali się dopiero teraz, kiedy to im samym zagląda w oczy widmo wyrzucenia? Dlaczego dopiero teraz domagają się od nich solidarności? Po co takie zamieszanie o jednego człowieka, jak tu pracuje 800 osób? Albo, dlaczego nikt się wcześniej nie martwił, gdy tuż przed świętami zwalniano z „Wyborczej” ludzi pracujących na śmieciówce?

 

(Łączne wynagrodzenia 4 członków zarządu Agory w pierwszych trzech kwartałach br. wyniosły 1,98 mln zł, co daje ponad 40 tys zł miesięcznie, kwota przy tak dużym holdingu nie poraża, lekarz w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Olsztynie podczas pandemii wyciągał 120 tys zł miesięcznie. Na koniec września br. stałe zatrudnienie w grupie Agora wynosiło 2 303 etaty. Kwartalne wydatki na wynagrodzenia wzrosły o 23,3 proc., bo rok wcześniej firma korzystała z tarczy antykryzysowej. Na koniec września br. zadłużenie grupy Agora z tytułu kredytów i leasingu wyniosło 841,9 mln zł – przypis A.Socha).

 

Redakcja ogłasza wotum nieufności wobec zarządu Agory

 

Po wiecu 24 listopada naczelni MichnikKurski opublikowali oświadczenie, w którym wyrazili wotum nieufności wobec zarządu Agory. W obszernym oświadczeniu czytamy m.in.:„W istocie nie chodzi tu o konflikt personalny, do którego Zarząd fałszywie redukuje problem. Chodzi o to, do kogo należy „Gazeta Wyborcza”. Czy do Czytelników i ludzi, którzy w redakcji zostawili całe swoje życie? Czy do „macherów od cashu” i Excela”?

 

Czy „Wyborcza” będzie nadal domem polskiej demokratycznej inteligencji? Czy ma być generatorem wyżyłowanego zysku dla spółki? Innymi słowy: czy z trudem wypracowane przez „Wyborczą” zyski będą inwestowane w niezbędny rozwój, czy też zabierane przez korporację. (…) Wiedzcie więc, Drodzy Czytelnicy, przyjaciele spod sądów, uczestnicy protestów w obronie konstytucji i ze Strajku Kobiet, obrońcy praw prześladowanych mniejszości, obrońcy Unii Europejskiej, obrońcy naszej planety, działacze społeczni i samorządowi – Wasza „Wyborcza” jest dziś zakładnikiem ludzi o mentalności „13 proc.” (taki jest udział przychodów Wyborczej w całym holdingu Agory – przypis A.Socha)

 

Redaktorzy uznali zwolnienie Wójcika jest nieskuteczne, a redaktor naczelny powołał go na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego ds. Rozwoju. Każdy, kto czytał kodeks handlowy wie, że to dziecinada. To nie redaktor naczelny podpisuje umowy o pracę i wręcza wypowiedzenia, a prezes zarządu spółki, która ma osobowość prawną.
Na koniec, w odezwie, MichnikKurski wyrazili wotum nieufności wobec Zarządu Agory: „Jedyne, co ludzie z Zarządu mogliby zrobić, to nie wtrącać się, wydzielić „Wyborczą” w osobną spółkę albo odejść. Nie robią ani pierwszego, ani drugiego, ani trzeciego. Oświadczamy więc: kierownictwo „Gazety Wyborczej” całkowicie utraciło do Zarządu Agory zaufanie i składa wobec niego wotum nieufności„.

 

Zarząd odpowiedział Listem, który Wyborcza opublikowała 26 listopada. Czytamy w nim m.in.:
Jesteśmy zdumieni, że w historycznym tytule, jakim jest „Gazeta Wyborcza”, używa się wielkich słów, by bronić pozycji jednego kolegi. Spór między kierownictwem „Gazety Wyborczej” a zarządem nie jest sporem o wartości i niezależność redakcji. To spór personalny, a jego osią są sukcesja, władza, pieniądze i oczekiwanie zwiększonych przywilejów dla wybranych osób. (…). W czasie pandemii Jarosław Kurski i Jerzy Wójcik zwrócili się do zarządu z propozycją nowych warunków pracy – wyłącznie dla siebie samych. Ich oczekiwania obejmowały m.in. 12-miesięczne okresy wypowiedzenia, dodatkowe 12-miesięczne odprawy, dodatkowe urlopy zdrowotne, samochody i pełną opiekę medyczną dla rodzin. (…). W manifeście czytamy, że jesteśmy głupi i chciwi, reprezentujemy korporację, która zabiera „Wyborczej” zyski. Nikt, kto chociaż kilka lat pracuje w Agorze, nie może traktować poważnie tych słów. W ostatnich siedmiu latach w cyfrowy rozwój „Gazety Wyborczej” zainwestowaliśmy kilkadziesiąt milionów złotych i zawsze akcentowaliśmy wyjątkową rolę „Wyborczej” w naszej firmie”.

Na koniec Zarząd podkreślił, że rozstanie z Wójcikiem jest definitywne.

 

„Pozwólmy „Gazecie Wyborczej ” iść dalej swoją drogą”

 

Ten List wywołał furię Michnika. Tego samego dnia odpowiedział obelgami, które cytowałem na początku tekstu. W innym stylu, rzeczowo odpowiedzieli KurskiWójcik. Potwierdzili, iż chcieli takich zabezpieczeń, jako „zapory przed bezprawnym zwolnieniem, także w razie wrogiego przejęcia Agory”. Powołali się na przykład zwolnionego dyscyplinarnie szefa „Solidarności” Wojciecha Orlińskiego, za którym ujęło się kierownictwo, w tym KurskiWójcik. Obawiali się zemsty. (Sęk w tym, że nie ma możliwości „wrogiego przejęcia Agory”…).

 

Redakcja w Oświadczeniu z 25 listopada apeluje o pomoc do „matki założycielki”, właścicielki złotej akcji Heleny Łuczywo. „Dlaczego na to wszystko pozwalasz? Heleno, dlaczego godzisz się na powolne niszczenie także dzieła swego życia? Czy naprawdę uważasz, że o los „Wyborczej” lepiej zadba korporacja niż sam zespół „Gazety Wyborczej”?” To samo pytanie zadaje Michnik Wandzie Rapaczyński, ale obie panie milczą jak zaklęte.

 

Za to do redakcji płyną z zewnątrz akty poparcia dla Wyborczej i potępienia dla Zarządu, tak ja w czerwcu. „Nie ma lepszego rozwiązania niż szybki i przyjazny rozwód” – radził wówczas Jacek Żakowski, w przeciwnym razie „widzowie mogą zacząć bojkotować kina „Helios”. Do obrony Wyborczej włączyli się: redaktor naczelny Wydawnictwa Znak Jerzy Illg, KOD, Ogólnopolski Strajk Kobiet, Wolne Sądy, najbogatsza bizneswoman w Polsce Dominika Kulczyk.

 

Teraz mamy „powtórkę z rozrywki”. Niemal codziennie ukazują się w Wyborczej listy poparcia. Stanowisko zajął Zarząd Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Adam Pieczyński przez wiele lat jeden szefów TVN-u napisał: „Trudno sobie wyobrazić Polskę bez gazety Adama Michnika i jego ludzi; można bez trudu wyobrazić sobie „Gazetę Wyborczą” bez obecnego zarządu Agory”.

 

Czołowy „pistolet” Wyborczej Wojciech Czuchnowski przeprowadził śledztwo i obnażył nieudane inwestycje Agory, w których zarząd utopił dziesiątki milionów złotych. To prawda, jak w każdym biznesie, zawsze istnieje ryzyko podjęcia błędnej decyzji, co okazuje się po czasie. Niepowodzeniem zakończyły się inwestycje w portal kontaktów zawodowych GoldenLine oraz firmę Trader.com.

 

Bezprecedensowy atak władz spółki Agora na integralność „Gazety Wyborczej” – jednego z ostatnich bastionów wolnych mediów – to tragiczna wiadomość dla Polski, ale również zły przykład dla polskiego prywatnego biznesu czasów konsolidującego się ustroju autorytarnego” – rwą szaty GutkowskiKisilowski. – Silna i niezależna „Gazeta Wyborcza” to jedna z ostatnich cech odróżniających nas od Węgier czy Turcji – aspiracyjnych modeli Jarosława Kaczyńskiego”.

 

Autorzy przypominają, że Agora powstała tylko po to, żeby „służyć absolutnie wyjątkowemu społecznemu, cywilizacyjnemu i prodemokratycznemu projektowi, jakim jest „Gazeta Wyborcza”.„Pozwólmy „Gazecie Wyborczej ” iść dalej swoją drogą” – zaapelowali na koniec swojego manifestu do zarządu Szymon GutkowskiMaciej Kisilowski.

 

Od żłobka do pałacu na Czerskiej

 

W tym miejscu trzeba przypomnieć akt założycielski „Gazety Wyborczej”. Powstała na podstawie uzgodnień Okrągłego Stołu jako organ prasowy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w 1989 roku. „Michnik dostał wszystko za darmo – papier, lokal, transport, drukarnię, kolportaż, najlepsze pióra w kraju oraz rzecz najcenniejszą: codzienną złotówkę wpłacaną przez miliony Polaków spragnionych wolnego słowa. Ale on nie otrzymał tego na własność; to był kredyt zaufania dla całej polskiej opozycji antykomunistycznej” – napisał Stanisław Remuszko w książce „Gazeta Wyborcza – początki i okolice” , dziennikarz z pierwszego zespołu gazety. Odszedł z redakcji, która wówczas mieściła się w żłobku, na znak protestu, gdy okazało się, że udziałowcy spółki Agora Bujak, WajdaPaszyński, zgodzili się przekazać swoje udziały 16 osobom, wchodzącym w skład kierownictwa Gazety.

 

Wyborcza stała się własnością tej grupy, a jej naczelny Adam Michnik obsadził się w roli niekoronowanego Cezara III RP i z gazety uczynił organ władzy pozakonstytucyjnej, usytuowanym ponad parlamentem. Całe lata 90. to czas, w którym Michnik dzierżył rząd dusz w Polsce. Wyborcza wynosiła jednych i niszczyła innych. Poranek w III RP zaczynał się w biurach, na uczelniach i redakcjach od lektury Wyborczej. Wstępniaki gazety były ówczesnymi „przekazami dnia”.

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Michnikowi i jego sekcie marzyło się stworzenie megakoncernu medialnego, z telewizją i radiem. W 1998 r. nadawanie rozpoczęło radio TOK FM, ale nie stało się głosem Michnika w każdym domu. Michnikowi i Agorze marzy się posiadanie największej w Polsce ogólnopolskiej telewizji. Dla zdobycia środków na ten cel Agora w 1999 roku debiutuje na giełdzie. Za dzwonek pociągają szef GPW RozłuckiRapaczyńska.

 

Inwestorzy wręcz wyrywają sobie z rąk jej akcje. Spółka osiąga wartość 12 mld złotych! Każdy z pakietów akcji, które posiada kilkudziesięciu pracowników spółki Agora, wart jest około miliona dolarów. Przynajmniej pięć osób z tego grona uplasuje się w czołówce największych prywatnych inwestorów giełdowych. Dzisiaj wartość rynkowa Agory niewiele przekracza 300 mln zł (8 zł za akcję).

 

Ale wówczas Wyborcza jest na fali. Otwiera w 2002 roku z pompą ogromny pałac ze szkła i stali, nową siedzibę przy ul. Czerskiej. W tym samym roku do nowej siedziby przyszedł Lew Rywin złożyć Michnikowi ofertę. W zamian za łapówkę Agora dostanie ustawę, która otworzy drogę do posiadania stacji telewizyjnej. Wybuchł skandal. Sejmowa komisja śledcza złamała na dobre wizerunek Wyborczej i Michnika. Zaczęła się równia pochyła.
Agora ratowała się rozszerzając swoje portofolio, kupując m.in. AMS, a przede wszystkim w 2010 roku sieć kin Helios, by generować zyski na utrzymanie nierentownej Wyborczej.

 

Złote akcje Agory

 

Mimo wejścia na giełdę nie było i nie jest możliwe wrogie przejęcie Agory. Przypomniał o tym na łamach Wyborczej Wojciech Orliński. O tym kto zasiada w radzie nadzorczej i zarządzie decydują właściciele uprzywilejowanych akcji serii A, zwanych metaforycznie „złotymi akcjami”. Nie można ich kupić na giełdzie.

 

Złote akcje należą do spółki Agora-Holding, ich właścicielami są: Seweryn Blumsztajn, Helena Łuczywo, Wanda Rapaczyńska, Barbara Piegdoń, Bartosz Hojka. Udziałów w Agora-Holding nie można kupić, sprzedać ani odziedziczyć. Wejść do spółki można tylko przez kooptację. Odejście oznacza umorzenie udziału. Drogą kooptacji do tego doborowego towarzystwa trafił Bartosz Hojka i został prezesem. Jest najmłodszy, ma zaledwie 47 lat.

 

W 2013 roku gdy wyleciał cały zarząd prezesa Niemczyckiego holding szukał nowego prezesa przez rok i odnalazł go w szefie agorowego pionu radiowego – który był pod każdym względem anty-Niemczyckim. Młody, dynamiczny, skuteczny, pełen pomysłów, nieuwikłany w polityczne przepychanki obozu „solidarnościowego” – tak Orliński scharakteryzował Hojkę.

 

To Hojce, o którym Michnik pisze z pogardą, Agora zawdzięcza, że jeszcze dzisiaj jest na rynku – przyznaje Orliński. To Hojka rozwinął sieć kin Helios. Jako człowiek o trzy pokolenia młodszy od Michnika nie podziela jego fobii i patrzy na holding oczyma biznesmena a nie zaczadzonego ideologa. Dlatego chce połączyć Gazetę.pl z Wyborczą. Ale to oznacza utratę przez Michnika i jego zakon niezależności.

 

Jednak sposób obrony tej niezależności przez Michnika i jego politycznych akolitów naraża ich tylko na śmieszność. Spółka giełdowa rządzi się prawami rynku, a nie ideologią i superego redaktora naczelnego. Jeśli Michnik chce zachować niezależność, to nie osiągnie jej krzycząc, żeby Agora odczepiła się od redakcji, tylko on musi odejść wraz z dziennikarzami, którzy gotowi są za niego zginąć. Tak zrobił naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki, zwolniony przez nowego właściciela Grzegorza Hajdarowicza.

 

Hajdarowicz niszczy wówczas najbardziej poczytny w tamtym czasie w Polsce tygodnik „Uważam Rze”, wymyślony przez Lisickiego. Niemal cały zespół tygodnika odchodzi z Lisickim. Z tej redakcji powstają dwa nowe tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”. „Uważam Rze”, wkrótce padło.

 

Podobnie zachowali się dziennikarze „Trybuny Opolskiej”. Ten były organ KW PZPR nabyła spółka „Pro Media”. W prima aprilis, 1 kwietnia 1993 roku cały zespół na czele z naczelnym wyciął właścicielowi numer. Zarejestrowali nową spółkę, podpisali z nią umowy o pracę i wydali „Nowa Trybunę Opolską”. Wygrali w sądzie. Później jednak sprzedali się spółce Orkla. Woleli złotą klatkę, która też nie okazała się taka złota, od wolności. Dzisiaj ich właścicielem jest Orlen.

 

Michnik zamiast rozdzierać szaty też musi zdecydować, albo zostaje w złotej klatce Agory, albo spróbuje własnych sił na rynku, tym razem bez wsparcia gen. Kiszczaka, ale może wesprze go Soros, posiadacz ok. 12% proc akcji Agory. Obecnie ma nabyć udziały w Gremi Media (wydawca „Rzeczpospolitej”), może tam szykuje miejsca dla prometejskiej drużyny Michnika?

 

Adam Socha

 

Dziennikarze z kulturą – podsumowanie cyklu „SDP Cafe – podaj dalej…”

To było 36 spotkań, które pokazały, że światy dziennikarstwa i kultury przenikają się. Dzięki szczerym rozmowom, w kameralnej atmosferze, mogliśmy też poznać ludzi mediów z nieco innej, często nieznanej strony. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zakończyło cykl wywiadów z dziennikarzami-twórcami kultury „SDP Cafe – podaj dalej…”. Wszystkie odcinki można obejrzeć na kanale SDP na YouTube oraz na portalu sdp.pl.   

 

Dziennikarze często piszą książki, kręcą filmy, ale też organizują wystawy, koncerty, są animatorami kultury, showmanami, mają swoje ukryte pasje. Z drugiej strony jest też spora grupa artystów, którzy w jakiś sposób otarli się o dziennikarstwo, pracowali w mediach, prowadzili audycje, pisali, redagowali. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich postanowiło pokazać takie osoby, stąd narodził się pomysł spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury pod hasłem „SDP Cafe – podaj dalej…”. Rozmowy miały się toczyć w atmosferze skłaniającej do szczerości i zwierzeń, jak w nastrojowej kawiarni, przy filiżance dobrej kawy, a formuła „podaj dalej” dawała możliwość zamiany ról – gość w kolejnych odcinkach mógł stać się gospodarzem i zaprosić do programu następną osobę.

 

Cykl „SDP Cafe – podaj dalej…” rozpoczął 6 września 2021 roku prezes SDP i redaktor naczelny Radia Wnet Krzysztof Skowroński, który w pierwszym odcinku rozmawiał z popularną prezenterką i dziennikarką telewizyjną, ale też autorką książek, Anną Popek. Następnego dnia to ona zaprosiła na spotkanie piosenkarkę, aktorkę i dziennikarką Joannę Rawik. W pierwszym tygodniu gościliśmy jeszcze wokalistę i dziennikarza prowadzącego audycję „Słowem, piosenka” w Radiu dla Ciebie, Piotra Zubka oraz producenta muzycznego i dziennikarza Trójki, Mateusza Krautwursta.

 

Chcieliśmy pokazać, że wielu ciekawych twórców i szereg interesujących inicjatyw znajdziemy również z dala od Warszawy, dlatego do projektu włączyli się dziennikarze z oddziałów naszego stowarzyszenia z różnych miast Polski.

 

Redaktor naczelny „Forum Dziennikarzy” Andrzej Klimczak z Oddziału SDP w Rzeszowie opowiadał o swojej fascynacji kulturą regionalną, ludową, która zaowocowała kilkoma książkami. Związki etnografii, muzykologii i dziennikarstwa opisywała Jolanta Danak-Gajda, laureatka prestiżowej Nagrody im. Oskara Kolberga. Z Podkarpacia mieliśmy jeszcze okazję poznać m.in. publicystę Jaromira Kwiatkowskiego oraz poetę Edwarda Bolca, który wykonał swoją autorską piosenkę o czasie pandemii.

 

Z Warmii i Mazur w „SDP Cafe – podaj dalej…” gościliśmy reportażystkę Joannę Wańkowską-Sobiesiak, autorkę książki „Mazurów klucz tajemnic”. Z tego regionu poznaliśmy także poetę i działacza „Solidarności” Zenona Złakowskiego, animatora imprez kulturalnych w Mrągowie i okolicach Zdzisława Piaskowskiego oraz medioznawcę, specjalistę od komiksów Mateusza Kossakowskiego.

 

Poeta, redaktor naczelny „Zeszytów Poetyckich”, a także muzyk z Wielkopolski, Dawid Jung przekonywał, że najbliższa okolica może zaskakiwać bogactwem historii. Gdańska dziennikarka, podróżniczka, korespondentka wojenna Maria Giedz z pasją opowiadała o Kurdystanie, a Błażej Torański, pisarz, redaktor naczelny portalu sdp.pl, przybliżył wstrząsające losy dzieci trafiających w czasie wojny do niemieckiego obozu koncentracyjnego przy ul. Przemysłowej w Łodzi, które opisał w książce „Mały Oświęcim”.

 

Przez „SDP Cafe – podaj dalej…” przewinęło się wiele osób, dla których kolejnym etapem dziennikarskiej kariery było przejście do świata literatury. W rozmowach wzięły udział m.in. Agata Puścikowska, dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, autorka popularnych „Wojennych sióstr” oraz Monika Odrobińska, która napisała poruszającą książkę „Dzieci wygnane. Tułacze losy małych Polaków w czasie II wojny światowej”.

 

Cykl łączył pokolenia, różne gatunki dziennikarskiej i artystycznej aktywności. Przy „kawiarnianym” stoliku gościła Barbara Sułek-Kowalska, wychowawczyni wielu dziennikarzy, a w kolejnych odcinkach w ogniu pytań znaleźli się GrubSon, którego utwór „Na szczycie” był pierwszym polskim hiphopowym kawałkiem z ponad 100 milionami wyświetleń na YouTube, i jego muzyczni koledzy: JareckiDJ BRK. Co ciekawe, cała trójka tych popularnych muzyków prowadzi swoje audycje w rozgłośniach radiowych.

 

Bogata była tematyka spotkań. W skomplikowany świat odbioru i opisywania sztuki współczesnej wprowadzili widzów malarka, krytyk sztuki i dziennikarka Radia Poznań Krystyna Różańska-Gorgolewska oraz dyrektor warszawskiego Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski Piotr Bernatowicz. Dzięki rozmowie z Elżbietą Ruman mogliśmy poznać tajniki medycyny św. Hildegardy, która jest pasją tej dziennikarki radiowej i telewizyjnej.

 

Nie brakowało szczerych wyznań. O trudnej historii Bałkanów, naznaczonych piętnem wojny, mówiła nie kryjąc emocji Dominika Ćosić w rozmowie z Magdaleną Uchaniuk. Popularny telewizyjny dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz tłumaczył Annie Popek dlaczego po szkole teatralnej nie podążył ścieżką kariery aktorskiej. Podróżnik, autor książek i programów telewizyjnych Wojciech Cejrowski zwierzył się Krzysztofowi Skowrońskiemu ze swojego marzenia zagrania w teatrze i zdradził jaka byłaby jego wymarzona rola.

 

Ostatnim gościem w „SDP Cafe – podaj dalej…” był muzyk, dziennikarz i autor programów telewizyjnych Jan Pospieszalski. Opowiadał on Elżbiecie Ruman nie tylko o tym jak to się stało, że ze sceny szedł do telewizyjnego studia, ale również wyznał jaką specjalizację wybrał w liceum plastycznym. Nie zabrakło też pytań o program „Warto rozmawiać”, który niespodziewanie został zdjęty z anteny Telewizji Polskiej oraz o nowe przedsięwzięcia medialne.

 

Wszystkie 36 odcinki cyklu są dostępne na kanale SDP na YouTube (TUTAJ) i na portalu sdp.pl (TUTAJ). Na stronie stowarzyszenia, pod filmami, można też obejrzeć fotoreportaże ze spotkań.    

 

Prezes SDP Krzysztof Skowroński podsumowuje „SDP Cafe – podaj dalej…” TUTAJ.

 

Partnerzy:

Fundacja Kulturalna Polska, Fundacja Solidarności Dziennikarskiej

 

Patroni medialni:

TV Republika, „Sieci”, wPolityce.pl, „Do Rzeczy”, Radio Wnet, „Kurier Wnet” waw4free.pl, „Informator Stolicy”, kulturalni.pl, „Bez Wierszówki”, „Forum Dziennikarzy”

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

Sąd w Gliwicach skazał red. Tomasza Sakiewicza za okładkę w „Gazecie Polskiej”

We wtorek 30 listopada br. ogłoszono wyrok w sprawie cywilnej o naruszenie dóbr osobistych z powództwa posła Borysa Budki przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi oraz spółce Niezależne Wydawnictwo Polskie. Sąd nakazał zamieszczenie przeprosin na łamach „Gazety Polskiej” oraz wpłatę 10 tysięcy złotych  na rzecz fundacji WOŚP. Red. Tomasz Sakiewicz zapowiada apelację. CMWP SDP wspiera dziennikarza w tym procesie. 

 

Przyczyną pozwu stała się  okładka „Gazety Polskiej” z 10 listopada 2020 r., ukazująca wizerunek polityka oraz innych osób publicznych na tle logotypów niektórych mediów i ugrupowań. Grafika została opatrzona podpisem: oni roznieśli zarazę i śmierć. Okładka nawiązuje do działań związków i osób będących twarzą demonstracji tzw. „strajku kobiet” przeciw wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 r. TK orzekł wówczas, że tzw. przesłanka eugeniczna nie stanowi powodu do wykonania „zabiegu przerwania ciąży, a tym samym – zabójstwa nienarodzonego dziecka. Proces objęty był monitoringiem CMWP SDP , które relacjonowało jego przebieg i które w ramach instytucji  „amicus curiae” (czytaj TUTAJ).

 

W uzasadnieniu wyroku Sąd przyznał, iż tytułowy artykuł posiadał wyważoną treść i nie spotkał się z krytyką wymiaru sprawiedliwości; nawoływanie do demonstracji zaś mogło przyczynić się do zwiększenia ilości zakażeń wirusem SARS-CoV-2. Ostatecznie jednak grafika na okładce – zdaniem sędzi – nie zawierała dostatecznego i jednoznacznego odniesienia do treści artykułu ani też do demonstracji, do których na jesieni 2020 r. zachęcał ówczesny lider Platformy Obywatelskiej. Tym samym nie stanowiła wystarczającego uzasadnienia przedstawionej tezy, jaką zapewne miała być przestroga przed ryzykiem związanym z udziałem w demonstracjach. Dlatego też w opinii gliwickiego sądu forma i treść zarzutu na okładce nie jest adekwatna do zachowania powoda.

 

W tym miejscu sędzia odwołała się do przytaczanej podczas rozprawy wypowiedzi Borysa Budki, który 30 marca 2020 r. na antenie programu „Onet rano” mówił, że każdy, kto chce robić wybory 10 maja, po prostu będzie miał krew na rękach. Były szef PO odniósł się w ten sposób do pomysłu przeprowadzenia wyborów prezydenckich w formie korespondencyjnej. Zdaniem sędzi słowa te – choć drastyczne – miały znaczenie metaforyczne i w przeciwieństwie do słów na okładce GP nie stanowiły wypowiedzi spersonalizowanej.

 

Chęć zdalnego udziału w posiedzeniu wyrazili dziennikarze Telewizji Republika oraz portalu Niezalezna.pl. Gliwicki sąd – pomimo pierwotnej zgody – ostatecznie nie zezwolił jednak przedstawicielom tych mediów na uczestnictwo w ogłoszeniu wyroku i nie wpuścił ich na platformę internetową.

 

Sąd nie zgodził się również na udostępnienie zapisu ze spotkania osobom nie będącym Stroną w sprawie.

 

CMWP SDP  przesłało w tej sprawie do Sądu Okręgowego w Gliwicach opinię amicus curiae . Czytamy w nim m.in. Okładka, która stała się przyczyną pozwu i sprawy sądowej, jest jedynie graficzną ilustracją opisu sytuacji, w której sam się ustawił poseł Borys Budka poprzez swoje co najmniej kontrowersyjne zachowanie. Samo pozwanie red. Tomasza Sakiewicza z powodu jej publikacji budzi zastrzeżenia, jego ukaranie będzie naruszeniem zasady wolności słowa (czytaj TUTAJ).

 

Zgodnie z decyzją Sądu redaktor naczelny GP został wezwany do zapłaty 10 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a także publikacji przeprosin posła Budki w papierowym wydaniu „Gazety Polskiej” oraz na stronie internetowej tygodnika. Należy przy tym podkreślić, iż  sędzia nie przyjęła materiału dowodowego od pozwanych. Redaktor Tomasz Sakiewicz zapowiedział, iż złoży apelację od tego orzeczenia Sądu.

 

Tekst i zdjęcie: Anna Maria Szczepaniak

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Jan Pospieszalski

ODCINEK 36. Z Janem Pospieszalskim, muzykiem, kompozytorem, dziennikarzem, autorem programów telewizyjnych rozmawia Elżbieta Ruman.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

 

Świat manipulacji, świat propagandy – ks. MARIUSZ FRUKACZ o edukacji medialnej

W Polsce potrzebna jest edukacja, która pomoże odbiorcom mediów zająć postawy krytyczne wobec serwowanych treści i form i pozwoli dokonywać własnego wyboru tego, co rozwija, wzbogaca, uczy – zamiast tego, co degraduje, zuboża, zawęża ogląd rzeczywistości.

 

Niedawno KRRiT pochyliła się nad tematem edukacji medialnej, wskazując na jej konieczność w polskim społeczeństwie. Na stronie gov.pl  czytamy, że „KRRiT mając świadomość zagrożeń oraz potrzeby rozszerzenia i skoordynowania działań w obszarze edukacji medialnej, zaprosiła do współpracy instytucje zajmujące się tą tematyką w różnych jej aspektach. Celem współpracy jest, oprócz stworzenia ram organizacyjnych dla różnych przedsięwzięć w tym obszarze, wzmocnienie roli i odpowiedzialności państwa w zakresie edukacji medialnej oraz wykorzystanie wszystkich dostępnych zasobów w celu jej rozwoju”.

 

Reagować na zagrożenia

 

Oczywiste jest to, że edukacja medialna jest bardzo potrzebna nam wszystkim. To słuszny kierunek myślenia.  Przecież widoczne są gołym okiem takie zagrożenia jak: dezinformacja, przejawy agresji w środowisku online, no i oczywiście  mowa nienawiści. „Negatywnym zjawiskom, takim jak: rozpowszechnianie treści zagrażających rozwojowi dzieci i młodzieży, fake newsy czy dezinformacja, powinna przeciwdziałać wiedza użytkowników o mechanizmach powstawania przekazów medialnych, sposobach ich rozpowszechniania, wpływie kapitału na wydźwięk informacyjny czy znajomość źródeł pochodzenia informacji. Tym zagadnieniom, w pierwszej kolejności, powinna zostać poświęcona uwaga instytucji, które są odpowiedzialne za edukację, spójność społeczną, a także za tworzenie warunków odpowiedzialnego rozwoju rynku medialnego w Polsce wśród wszystkich podmiotów uczestniczących w tym procesie” – czytamy na stronie KRRiT (TUTAJ).

 

Jednak nadal pozostają pytania: jak taka edukacja powinna wyglądać w dobie fake newsów, dezinformacji, wojny hybrydowej, social mediów, szybko zmieniającej się technologii. Warto w tym kontekście przypomnieć wkład Kościoła w Polsce w edukację medialną. Dobrze by było, aby KRRiT skorzystała z tego doświadczenia.

 

Wkład Kościoła

 

Wśród osób, które miały poważny wkład w edukację medialną w polskim społeczeństwie był ks. prof. dr hab. Antoni Lewek, zmarły w 2010 r. twórca i dyrektor Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa na UKSW w Warszawie. Instytut ten powstał w 2002 r. i już wtedy formacja na Instytucie była odpowiedzią na istniejące zagrożenia w sferze informacji społeczeństwa. Oferta Instytutu była bardzo szeroka i obejmowała przedmioty z zakresu komunikacji społecznej, mediów i dziennikarstwa, takie jak: teorie komunikowania społecznego, media w Polsce, historia mediów i dziennikarstwa, nauka Kościoła o mediach i dziennikarstwie, Kościół a polityka, misja i osobowość dziennikarza, etyka dziennikarska, pedagogika mass mediów, dziennikarstwo a kultura, encyklopedia prawa dla dziennikarzy, prawo prasowe i autorskie, kultura i stylistyka języka dziennikarskiego, gatunki dziennikarskie (informacja, wywiad, reportaż, komentarz…), międzynarodowy obieg informacji, retoryka i erystyka, kulturotwórcza funkcja dziennikarstwa, publicystyka religijno-społeczna, reklama, marketing, public relations, „edukacja medialna” w szkole, warsztaty dziennikarstwa prasowego, radiowego i telewizyjnego, nowoczesne technologie w dziennikarstwie, edytorstwo poligraficzne i elektroniczne, techniki komputerowe, publikowanie w internecie, systemy portalowe, fotografia w prasie.

 

Ogromny wkład w edukację medialną polskiego społeczeństwa ma bp Adam Lepa.  To on w swoich publikacjach zwracał uwagę na to, że konieczna jest obiektywna informacja, rzetelna edukacja. Bp Lepa wielokrotnie  przypominał, że poważne zagrożenie stanowi  deformująca informację i edukację propaganda, reklama, czy odwołujące się do niskich instynktów programy, uzależniające i demoralizujące odbiorcę, zwłaszcza słabo wykształconego lub pozbawionego moralnego oparcia w rodzinie czy środowisku, w solidnych wartościach i zasadach. Zdaniem bp. Lepy zwłaszcza młodzież wystawiona jest na niebezpieczeństwa, płynące od tych mediów, które  – wpatrzone w reklamowy zysk lub służące propagandzie – traktują odbiorcę instrumentalnie, przedmiotowo, dokonując na nim swych manipulacji. Warto w tym względzie powrócić do takich publikacji bp. Adama Lepy jak: „Świat propagandy” i „Świat manipulacji”, które już w połowie lat 90. zwracały uwagę społeczeństwa na zagrożenia, płynące od mediów (zob. niedziela.pl ).

 

Jest oczywiste, że potrzebna jest polskiemu społeczeństwu rzetelna wiedza o mediach, o ich własnym politycznym czy reklamowym uzależnieniu. Potrzebna jest edukacja, która pomoże odbiorcom mediów zająć postawy krytyczne wobec serwowanych treści i form i pozwoli dokonywać własnego wyboru tego, co rozwija, wzbogaca, uczy – zamiast tego, co degraduje, zuboża, zawęża ogląd rzeczywistości.

 

Również wiele lat temu redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela” zorganizowała  warsztaty edukacji medialnej i katechetyczne nt. zagrożeń duchowych płynących z popkultury. Prowadziła je mgr Małgorzata Więczkowska – pedagog, medioznawca, autorka Innowacyjnego Serwisu Internetowego Edukacja Medialna www.edukacjamedialna.pl . Ponadto, warto zauważyć, że nowe ratio studiorum, które obowiązuje w polskich seminariach duchownych ma edukację medialną. Przyszli kapłani w ramach tej edukacji uczą się o nauczaniu Kościoła nt. mediów. Edukacja medialna w polskich seminariach przewiduje formację w zakresie edukacji informatyczno – internetowej, zagadnień public relations, teorii mediów i kontaktów z mediami.

 

W zakresie edukacji medialnej cennym doświadczeniem mogą służyć UKSW, UPJPII, KUL. Oczywiście, w zakresie edukacji medialnej ogromny wkład mają uczenie papieskie w Rzymie: Uniwersytet Świętego Krzyża i Uniwersytet Salezjański.

 

Edukacja medialna wobec logiki dezinformacji

 

W relacji ze spotkania KRRiT podkreśla się  odpowiedzialność za edukację oraz spójność społeczną. Ważne to jest wobec zjawiska fake newsów czy dezinformacji. Na ten temat zostawił nam w 2018 r. bardzo cenne wskazówki papież Franciszek. W orędziu na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, które nosiło tytuł: „«Prawda was wyzwoli» (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju” papież Franciszek zwrócił uwagę, że obecność i rozpowszechnianie fake news – dezinformacji w Internecie lub w mediach tradycyjnych „może odpowiadać pożądanym celom, wpływać na decyzje polityczne i sprzyjać korzyściom ekonomicznym”.

 

Papież wskazał również na istnienie swoistej logiki dezinformacji: „Zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych. Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów” – napisał papież Franciszek.

 

Ojciec Święty w zdecydowany sposób podkreślił, że nikt „nie może zwalniać się z odpowiedzialności za przeciwdziałanie tym fałszerstwom”. „Nie jest to zadanie łatwe – napisał papież Franciszekponieważ dezinformacja często opiera się na zróżnicowanym dyskursie, umyślnie pokrętnym i subtelnie wprowadzającym w błąd, a czasami wykorzystującym wyrafinowane mechanizmy. Dlatego też bardzo godne pochwały są inicjatywy edukacyjne, które pozwalają nauczyć się, jak czytać i oceniać kontekst komunikacyjny, ucząc, by nie być nieświadomymi propagatorami dezinformacji, ale przyczyniać się do jej odkrycia. Równie godne pochwały są inicjatywy instytucjonalne i prawne, starające się określić regulacje mające na celu powstrzymywanie tego zjawiska, a także podejmowane przez firmy technologiczne i medialne, służące określeniu nowych kryteriów dla weryfikacji tożsamości jednostek, które kryją się za milionami profili cyfrowych”.

 

Edukacja medialna jest wyzwaniem naszych czasów, trzeba się nad nią pochylić i podjąć ją w sposób zdecydowany. Oby tylko przyniosła dobre efekty w polskim społeczeństwie.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Monika Florek-Mostowska

ODCINEK 35. Z Moniką Florek-Mostowską, dziennikarką, publicystką, wiceprezeską Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl, rozmawia Mira Jankowska.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury