Liczą się fakty, nie plotki – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak pisać o prywatnym życiu polityków

Materiały dziennikarskie informujące o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego powinny być warsztatowo niepodważalne. W artykule „Sieci” o Jarosławie Gowinie warsztat jednak leży.

 

Trzy lata temu na portalu wPolityce.pl opublikowano tekst zatytułowany: „Obrzydliwy atak Misiły. Zdrowie Jarosława Kaczyńskiego powodem do jątrzenia: »Polacy mają prawo wiedzieć, jaki jest stan zdrowia kogoś, kto rządzi Polską«”. Pod ówczesną opinią posła Nowoczesnej jestem gotów się podpisać. Problem w tym, że wtedy nie podpisywali się pod nią członkowie redakcji portalu braci Karnowskich oraz redagowanego przez nich tygodnika, a teraz opublikowali tekst o problemach Jarosława Gowina, kierując się logiką posła Misiły, którą nie tak dawno potępiali. Jak widać, o problemach jednych informować warto i można, a o problemach innych – nie. Widocznie mają jakiś immunitet.

 

Czy można tu sformułować ogólne zasady? W Polsce granica tolerancji dla wchodzenia w życie prywatne osób publicznych zwykle jest ustawiona bardzo nisko. Przyjęło się uznawać, że problemy zdrowotne czy osobiste nawet pierwszoplanowych polityków są wyłącznie ich sprawą, a informowanie o nich instynktownie kojarzy się raczej z tabloidami. Takie informacje niejednokrotnie się pojawiały, ale często spotykały się z potępieniem, a i nie wygląda na to, żeby miały zasadniczy wpływ czy to na postrzeganie danego polityka, czy na sondaże.

 

Uważam, że to błąd. Znacznie bliższe jest mi podejście amerykańskie, zgodnie z którym stan zdrowia najważniejszych osób w państwie, w tym członków Kongresu, jest podawany do publicznej wiadomości. Wyborcy wiedzą też, jakie są rezultaty badań, którym poddawani są prezydenci USA, a jeśli o czymś mówić się nie chce, wzbudza to natychmiast podejrzenia.

 

Liberalne (w znaczeniu amerykańskim) media próbowały rozkręcić histerię, gdy na prezydenta po raz pierwszy kandydował Ronald Reagan, sugerując, że 70-letni wówczas pretendent zdrowotnie nie sprosta wyzwaniu. Jak wiadomo, Reagan rządził przytomnie przez dwie kadencje, a z obaw o swój stan zdrowia żartował wielokrotnie z właściwą sobie swadą. Dziś ta sama liberalna frakcja oburza się, gdy przeciwnicy prezydenta Joego Bidena wskazują na konkretne zachowania, budzące ogromny niepokój co do stanu jego zdrowia.

 

Ostatnio karierę robią migawki, na których wyraźnie zdezorientowany Biden jest wprowadzany w jakieś miejsce i pyta bezradnie współpracowników: „Where am I?” („Gdzie jestem?”). Wziąwszy pod uwagę, że mówimy o najpotężniejszym z urzędu polityku świata, robi to przerażające wrażenie. Jest to jednak najlepszy argument za tym, żeby opinia publiczna miała do informacji o zdrowiu decydentów dostęp. Trzeba też pamiętać, że informacja, która stała się publiczna, nie może być już wykorzystywana jako narzędzie szantażu.

 

W Polsce toczyła się jakiś czas temu debata, gdy Pałac Prezydencki nie chciał ujawnić rezultatów badań lekarskich prezydenta Bronisława Komorowskiego. Niestety, skończyło się na niczym. Z Jarosławem Gowinem sytuacja nie jest jednak taka prosta. Nie mówimy bowiem o polityku aktualnie sprawującym ważną funkcję, ale o polityku w tym momencie już całkowicie marginalnym. Można odnieść wrażenie, że zajmowanie się jego zdrowiem i przeżytą traumą jest motywowane wyłącznie chęcią napiętnowania go na zawsze: wiadomo, wariat, więc do czynnej polityki nie powinien wracać.

 

Można by jednak mimo to uznać, że tekst Marka PyzyMarcina Wikły się broni, gdyby był warsztatowo mocny. Takie zresztą powinny być wszystkie materiały informujące właśnie o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego: warsztatowo niepodważalne. W tym konkretnym artykule warsztat jednak leży. Autorzy nie poczynili żadnych własnych ustaleń, nie zweryfikowali żadnych plotek, za to obficie zrelacjonowali je w swoim tekście. Wypowiedzi są wyłącznie anonimowe, a dwie trzecie artykułu to rozważania o karierze politycznej byłego wicepremiera. Oczywiście krytyczne. Gdyby tak napisany był artykuł o stanie zdrowia prezydenta, premiera lub kogokolwiek innego, nie powinien był się ukazać. A tu mamy tekst o osobie w tej chwili spoza kręgu decydentów.

 

To samo dotyczy Jarosława Kaczyńskiego, niewątpliwie najpotężniejszego obecnie w Polsce polityka. Wokół stanu zdrowia prezesa PiS plotki krążą od kilku lat. Chętnie przeczytałbym – i broniłbym – materiału, niezależnie od tego, w jakim medium by się ukazał, który przedstawiałby w tej sprawie zweryfikowane, potwierdzone, twarde fakty. Gdyby jednak miał być oparty na plotkach, pogłoskach, a jego autor nie wykonałby praktycznie żadnej własnej pracy, byłby to zwykły paszkwil.

 

Niestety, nierzetelna robota dziennikarska, wykonywana ewidentnie na polityczne zamówienie, kompromituje samą ideę informowania opinii publicznej o zdrowotnych i szerzej – osobistych problemach polityków. I o to mam do autorów tekstu w „Sieciach” największy żal.

 

HUBERT BEKRYCHT: W dobrym towarzystwie

Zwykle, kiedy jestem trybikiem jakiegoś środowiska tłumaczę sobie, dlaczego się w nim znalazłem i po co tam jestem. Z członkostwem w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich też tak jest. Od dwudziestu lat, od kiedy mam legitymację SDP, choć czasem nie jest łatwo, jestem przekonany, że znalazłem się po prostu w dobrym towarzystwie.

 

O takim środowisku jak nasze stowarzyszenie świadczą tradycje i przekonania, jakim hołduje największa w kraju organizacja dziennikarska. I dlatego właśnie tu jestem. Bo gdzie miałbym być, jako dziennikarz, który w 1989 roku miał 20 lat i – wtedy naiwnie myśląc, że to koniec PRL – z radością przyglądał się agonii sowieckiej dominacji?

 

W towarzystwie towarzyszy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, czyli ludzi nawiązujących do „etosu” żurnalistów oddanych bezgranicznie komunizmowi?

 

W towarzystwie, towarzyszącym towarzyszom, zeteselowców udających przedwojenne PSL? To oni utworzyli stowarzyszenie dziennikarskie imienia Władysława Reymonta, który zapewne przewraca się w grobie wiedząc, komu patronuje.

 

A może miałbym wstąpić do organizacji towarzyszy z Towarzystwa Dziennikarskiego, którego sporo członków kiedyś było w SDP? Towarzystwa, które powstało tylko po to, aby krytykować, kpić i oczerniać wszystkich i wszystko, co symbolizuje dziennikarstwo niepoprawne politycznie i przy okazji SDP. Towarzystwo, które jest karykaturą wszystkich stowarzyszeń zawodowych, a najbardziej stowarzyszeń dziennikarskich.

 

Do wszystkich tych trzech „towarzystw” nie mógłbym wstąpić, bo nie tak sobie wyobrażam grono ludzi godnych reprezentować mnie, jako dziennikarza. Może jestem zbyt radykalny, ale to oznacza, że pulsuje we mnie jeszcze młodość i czyste emocje. Po prostu uważam, że owe trzy towarzystwa nie są najlepszym towarzystwem dla mnie. Uważam tak, chociaż, być może, są tam jeszcze porządni ludzie.

 

Na szczęście nie jest wykluczone łączenie członkostwa SDP i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, zatem może kiedyś jeszcze wstąpię do tego drugiego stowarzyszenia.

 

Kiedy niedawno w SDP rozpoczęły się bitwy przedstawiane, jako wojna o władzę, kiedy publicznie wyszydzano nasze stowarzyszenie przypisując mu wyłącznie polityczne konotacje negując konserwatywne ideały, to właśnie wówczas, delegaci ostatniego zjazdu – w imieniu około 60, może 65 procent wszystkich członków SDP – postanowili nadal być, w moim mniemaniu, w dobrym towarzystwie. Czy taka większość miała rację?  Ja jestem przekonany, że tak, ale okaże się za trzy lata, przy końcu kadencji obecnych władz.

 

To nie żadna odwaga ani brawura napisać, że jest się w dobrym towarzystwie, bo, poza wymienionymi wyżej trzema wyjątkami, z powodu, których dziennikarze nie chcą się zrzeszać, w SDP są ludzie porządni, może tylko nieco zagubieni wobec dynamicznych zmian zawodowych. Chciałbym jednak, aby odwagą wykazali się ludzie niepodzielający pomysłów i poglądów obecnych władz stowarzyszenia. Chciałbym, aby ci ludzie – co nie jest regułą, ale w większości skupieni w warszawskim oddziale SDP – przestali bredzić o „korupcji”, „sprzedaży mienia SDP”, „zadłużaniu stowarzyszenia”, „praktykach niegodnych SDP”.

 

Chciałbym, aby „buntownicy” poczuli się współodpowiedzialni za SDP, a nie wpadali w sidła swoich marzeń o secesji, czy rozłamie. Chciałbym, aby postawili na dialog, a nie przeciągali linę, na której powiesili ambicje. Chciałbym, aby, pomimo różnic i opozycyjnych ciągot, poczuli się wreszcie w towarzystwie. W dobrym towarzystwie.

 

Hubert Bekrycht,

sekretarz generalny SDP

 

MIROSŁAW USIDUS: Flirt z fejkiem

Może wielu zdziwię, ale opowieści TVN o Ibrahimie, który płynął lodowatą rzeką sześć dni, nie uważam za fejka. Oczywiście nie jest to też reportaż, czy jakakolwiek faktografia. To zupełnie inny gatunek sztuki, sporo mający wspólnego z twórczością Andy’ego Kaufmana, prowokacyjnymi rozbudowanymi inscenizacjami, które miały zszokować i wstrząsnąć odbiorcą.

 

Za fake newsy bez wątpienia natomiast należy uznać wiele innych doniesień z granicy polsko-białoruskiej, które trafiły do przestrzeni publicznej w ostatnich tygodniach, o rzekomym dziecku, które zmarło w polskim lesie, o głodujących polskich żołnierzach, o polskich szkoleniach białoruskiego OMON, o grzebaniu zmarłych w lesie patykiem itp., itd.

 

Największych chyba fejkiem jest nazywanie migrantów szturmujących polską granicę „uchodźcami” w sytuacji, gdy mają oni tyle wspólnego z uchodźcami w rozumieniu Konwencji Genewskiej, ile wchodząca na tereny Polski w 1944 roku Armia Czerwona z wyzwoleniem Polaków. Można by nawet powiedzieć, że osobnicy sprowadzeni przez Łukaszenkę na granicę mają więcej wspólnego z tamtymi czerwonoarmiejcami niż z uchodźcami i nie chodzi jedynie o to, że również maszerują ze wschodu.

 

W serwisie fact checkingowym Polskiej Agencji Prasowej FakeHunter, którego byłem współtwórcą u zarania pandemii, z powodu zalewu fejków, nie tylko zresztą z polsko-białoruskiego pogranicza, otworzyliśmy właśnie nową, geopolityczną kategorię, przeznaczoną do weryfikacji tego wszystkiego, co płynie w lejącej się ze wschodu rzece, a nie są to bynajmniej nie „uchodźcy”, ile kłamstwa, dezinformacje, fake newsy, manipulacje i zwykłe oszustwa, ulewające się z szerokich rur ściekowych znanego i nieznanego pochodzenia.

 

Odbiorem tej nowej, silnej fali fejków i dezinformacji, nawet, gdy są to dość ewidentnie bzdury, jak owa historia człeka płynącego lodowatym Bugiem sześć dni, lub rewelacje szybko dementowane, jak opowieści o niedożywieniu polskich żołnierzy, rządzą reguły nie różniące się od tych, które już kilka razy na portalu SDP opisywałem. Uaktywniły się dające się rozpoznać centra dystrybucji i sieci rozpowszechniania. I tym razem nie brakuje ludzi, którzy nie wracają uwagi na jakąkolwiek weryfikację podawanych dalej treści, jeśli wywodzą się z ich plemienia politycznego. Są mechanizmy lekceważenia prawdy i faktów napędzające powielanie nawet już zdemaskowanych fake newsów, zwłaszcza jeśli są niekorzystne dla „nich” a korzystne dla „nas”. I jest w końcu mechanika mediów społecznościowych, która daje przewagę efektownej i szokującej nieprawdzie nad mniej atrakcyjnymi informacjami oddającymi rzeczywisty stan rzeczy.

 

To wszystko widać było i wciąż jest bardzo wyraźnie widoczne w przypadku rozpowszechniania dezinformacji pandemicznych. FakeHunter, który fake newsów na temat koronawirusa, pandemii i szczepień zweryfikował setki, raz po raz był obiektem agresji ze strony dystrybutorów dezinformacji, gdy psuł im ukształtowany przez spiskowe teorie obraz świata a nierzadko całkiem świadomy, misterny plan zrobienia wody z mózgu jak największej liczbie osób.

 

Z mojego punktu widzenia, osoby, która z fact checkingiem miała sporo w sensie zawodowym do czynienia, rzeka fejków z pogranicza polsko-białoruskiego, w sensie „technicznym” niczym nie różni się od infodemii covidowej. Rolę panów Januszy z Facebooka, „Bobów Gedronów” z Twittera, wszelkiego rodzaju anonimowych i, co tu kryć, dość podejrzanych jestestw serwujących nieprzerwany ciąg manipulacji, dezinformacji albo po prostu ordynarnych kłamstw na temat pandemii, w przypadku ataku Łukaszenki „uchodźcami” przejęli różnego rodzaju aktywiści, politycy i karmieni „informacjami” zaangażowanych politycznie mediów celebryci.

 

Nie widzę istotnej różnicy pomiędzy nieznaną gębą pomstującą na „morderców covidowych” a znaną gębą bredzącą w mediach, czy w social mediach o „polskich żołnierzach mordujących kobiety i dzieci na granicy”. Co do zasady to tacy sami siewcy kłamstwa. Tak samo trzeba treści, które rozpowszechniają tak samo poddawać weryfikacji, i, opierając się na wiarygodnych źródłach, rzetelnej wiedzy o faktach, przekazać opinii publicznej informację o wartości faktograficznej tego co głoszą.

 

Internet i prawica. Czyżby?

 

Wiele razy o tym już pisałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilka prawd o fake newsach. Po pierwsze o tym, że w gruncie rzeczy jest nimi większość obiegowych przekonań o fake newsach. Np. o tym, która polityczna opcja dominuje w ich rozpowszechnianiu, o tym, że tzw. media mainstreamowe z natury rzeczy są od nich wolne i w końcu również o tym, że ludzie łatwo się na nie nabierają.

 

Lewica lansowała i wciąż lansuje teorię o przemożnym wpływie fałszywych wiadomości podawanych w Internecie na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 r. To fejki według tych poglądów miały dać zwycięstwo Donaldowi Trumpowi. Tymczasem, według badań, wpływ fake newsów na efekty kampanii prezydencką w USA z 2016 roku był niewielki we wszystkich kategoriach wiekowych oprócz jednej – osób powyżej 65 roku życia. Ogólnie z badań wyszło, że około 90 proc. osób nie udostępniło na swojej tablicy żadnego „fake newsa”. Jednak emeryci mieli udostępniać nieprawdziwe informacje w sieciach społecznościowych siedmiokrotnie częściej niż osoby z najmłodszej badanej kategorii wiekowej (18-25 lat).

 

Oczywiście dało to upust fali „ejdżystowskich” komentarzy. Zastanówmy się jednak, co to w rzeczywistości oznacza. Wychodzi, iż większość ludzi jest nieźle immunizowana na fake newsy a starsze osoby po prostu są „słabsze w social media”. Ich brak krytycyzmu wynika także z tego, że wychowali się w starym, przedinternetowym świecie, w którym mediom się wierzy. Młodsi, którzy media (zarówno te social jak i te mass) traktują z większą rezerwą, są bardziej ostrożni.

 

Jeszcze w 2017 r., firma F-Secure sprawdzała, jak korelują się poglądy polityczne internautów z zamiłowaniem do upowszechniania fake newsów. Z badań wynikło, że liderami w dystrybucji fałszywek są sympatycy lewicy (35 proc.), z niewielką, ale mimo wszystko, przewagą nad prawicowcami (32 proc.). Centrowcy mieli skłonność do tego w wyraźnie mniejszym stopniu (28 proc.).

 

Burzy to budowaną przez dużą część mediów mitologię wokół armii „prawicowych trolli” prowadzących informacyjną wojnę na za pomocą fałszywek. Także najgłośniejsze polskie przypadki rozpowszechniania fake newsów w polskich sieciach społecznościowych z ostatnich kilku lat to robota raczej lewicy niż prawicy. Nie znaczy to oczywiście, że prawica nie ma na koncie tego rodzaju grzechów, ale to przecież przede wszystkim lewica lansuje tezę, że fake newsy są narzędziem prawicy. Przykłady, że często jest zgoła odwrotnie, obalają mitologię nawarstwiającą się wokół problemu fałszywek. Podobnie jak przykłady spektakularnych wpadek środków przekazu głównego nurtu, które z kolei nader chętnie widzą problem dystrybucji fejków jako problem wyłącznie Internetu. Tak nie jest.

 

Wiadomo bowiem nie od dziś, że także renomowane media z tradycjami zaliczają kompromitujące wpadki z fałszywkami. Cytowałem w jednym z dawniejszych artykułów na portalu SDP przykład  cytowania i komentowania przez dziennikarzy „New York Timesa”, „Washington Post” i agencji Bloomberg danych statystycznych na temat seksizmu w branży technologicznej. Okazało się, że badań, o których pisali tak łacno, w ogóle nie było. Wymienione media najwyraźniej nie pofatygowały się, aby to sprawdzić, choć nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza dla redakcji, które opierają się na „solidnym warsztacie” i „standardach”.

 

Amerykańskie media lubią upatrywać w byłym prezydencie Trumpie głównego winowajcę obniżenia poziomu zaufania do ich przekazu, ale czy po takich wpadkach mają coś na swoją obronę? Tamtejsi odbiorcy rzeczywiście darzą środki przekazu niewielkim zaufaniem. Jak wynika z sondażu Monmouth University z kwietnia 2018 roku, trzech w czterech Amerykanów uważa, że tradycyjne główne stacje telewizyjne i gazety podają fake newsy,  31 proc.  jest zdanie, że dzieje się to regularnie, a 46 proc. – że zdarza się to sporadycznie.  Przekonanie, że media mainstreamu przynajmniej sporadycznie rozpowszechniają fałszywe wiadomości, wzrosło rok do roku wśród wszystkich grup politycznych, w tym wśród republikanów (89 proc. – wzrost z 79 proc. w 2017 r.), niezależnych (82 proc. wzrost z 66 proc.) i demokratów (61 proc. wzrost z 43 proc.). Republikanie, czyli po naszemu prawica, tradycyjnie nie mają zaufania do mass mediów. Ponad połowa z nich twierdzi, że media regularnie kłamią. Jednak fakt, że przekonanie o skażeniu fake newsami środków przekazu silnie wzrosło również wśród demokratów, raczej nie może być „zasługą” krytyki wygłaszanej przez Donalda Trumpa.

 

W świecie europejskich mediów głośnym w ostatnich latach skandalem była sprawa Claasa Relotiusa, znanego dziennikarza niemieckiego, który skończył swoją karierę w niesławie, jak twórca fake newsów, które publikowały znane tytuły, m. in. „Der Spiegel”. Inny niemiecki dziennikarz, którego nazwiska nie podano, ale widomo, że była to osoba znana i nagradzana, został zdymisjonowanych przez „Süddeutsche Zeitung Magazin”, za materiał, w którym uczynił bohaterką swojego tekstu nieistniejącą w rzeczywistości osobę.

 

Co z tego wynika? Choćby wniosek, że chętnie powtarzana przez przedstawicieli mainstreamu medialnego teza o zasadniczo wyższej wiarygodności „starych mediów” w porównaniu z Internetem,  jest coraz bardziej wątpliwa. Co więcej, jeśli przypomnimy sobie dane o znacznie wyższej łatwowierności osób z pokolenia, chętniej konsumującego tradycyjne media, to całkiem na miejscu wydaje się spostrzeżenie, że odziedziczone po dawnych czasach zaufanie do mediów bardziej szkodzi niż pomaga. Dlaczego odbiorca, któremu mówi się, aby był ostrożny, sceptyczny i nieufny, miałby wszystkie swoje receptory weryfikacyjne wyłączać, gdy ma do czynienia ze „starymi” mediami? Zwłaszcza, że jak pokazują powyższe i dziesiątki innych przykładów, receptory te trzeba mieć tak samo wyostrzone dziś w przy każdym kontakcie z publikowanymi w przestrzeni publicznej informacjami.

 

Kocham cię, fake newsie

 

Wracając do analizy fake newsów, warto też przypomnieć, iż mechanizm ich dystrybucji jest czymś znacznie bardziej złożonym niż propagowany często model „potężnych graczy” (politycznych?, komercyjnych?), którzy manipulują, jak chcą, bezwolną masą za pomocą fałszywek, na które masa się bezwolnie nabiera”. To wcale tak nie działa. Np. w cytowanych przez mnie w starszych tekstach przykładach rzekomego spalenia flagi na Marszu Niepodległości, napastliwego człowieka z demonstracji, statystyk o seksizmie, miało się nieodparte wrażenie, że udostępniający fejki wiedzą o niskiej wiarygodności tych informacji lub przynajmniej „przeczuwają” to, ale kłamstwa te tak bardzo zgadzają się z ich poglądami i obrazem świata, że nie mogą się oprzeć.

 

Można by to opisać jako specyficzną odmianę dysonansu poznawczego, niechęci do informacji prawdziwych, ale zaprzeczających naszej wizji świata. W konsekwencji prowadzi to do flirtu z fejkiem, o którym albo wie się, że jest fałszem, albo tylko to podejrzewa, ale jest on tak miły naszym poglądom, że folgujemy sobie. Dochodzi do tego, wierzmy, że tylko czasem i jedynie u niektórych, całkowity cynizm, czyli udostępnianie fałszywek z premedytacją, aby pognębić oponentów. Granica jest płynna, więc trudno orzec, ilu jest „uwiedzionych”, ilu zaś kłamie świadomie. Moim skromnym zdaniem, a wynika to z wieloletnich obserwacji, z pełną premedytacją fejki udostępniają politycy, ponieważ w ich świecie liczy się narzucanie narracji i zdobywanie przewagi a nie dochodzenie do prawdy.

 

Ponadto fake newsy mają większą siłę przyciągania, choćby dlatego, że są zazwyczaj informacjami nowymi. nie powielają wiedzy już znanej. Takie wnioski wynikają z badań przeprowadzonych kilka lat temu w Massachusetts Institute of Technology, których wyniki opublikowano w prestiżowym „Science”. Aby zbadać, jak rozpowszechniają się fałszywe wiadomości w Internecie, Soroush Vosoughi i jego koledzy przyjrzeli się danym zebranym na Twitterze z okresu obejmującego aż dwanaście lat. Po odfiltrowaniu pewnych treści np. rozpowszechnianych przez boty, mieli próbę 126 tysięcy fake newsów udostępnionych na Twitterze 4,5 miliona razy przez około trzy miliony ludzi. Przyjrzeli się tempu, w jakim treści te rozprzestrzeniają się w porównaniu z wpisami zawierającymi prawdziwe informacje. Odkryli, że fałszywe historie dotarły do większej liczby osób i propagowane były szybciej niż prawdziwe publikacje.

 

„Fałszywe informacje radzą sobie w społecznościach lepiej niż prawdziwe informacje” –  komentował Vosoughi. Na podstawie wyników badania uczeni sugerowali, że ludzie są o 70 proc. bardziej skłonni dzielić się ze znajomymi fałszywymi informacjami niż prawdziwymi.  Badacze stawiają hipotezę, że nowość fałszywych wiadomości czyni je bardziej atrakcyjnymi z punktu widzenia udostępniania. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane lub w ogóle „śmierdzą fejkiem na odległość”.

 

Rozliczne dowody wskazują, że dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szerszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rhode Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby tę fałszywkę udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników. Nie wiadomo, ilu z udostępniających robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują te treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” jest tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie być może nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znaleźć można w sieci to „beka”.

 

Podważasz wiarygodność źródeł – nie oczekuj wiary w twoją wiarygodność

 

To czym zajmujemy się w FakeHunterze, czyli fact checking zaczyna się, moim zdaniem, od uznania własnej, ludzkiej niedoskonałości, podatności na błędy poznawcze, uprzedzenia i manipulacje. Chodzi o to, by uniknąć nastawienia, że wiem lepiej i założenia z góry, że mam rację. Z pułapek zastawianych przez manipulatorów i trzęsawisk sprzeczności faktograficznych dobrze pomyślana weryfikacja faktów ratować powinna za pomocą czegoś, co możemy nazwać uczenie aparatem metodologicznym, choć nie jest to wcale aż tak skomplikowana konstrukcja. A mówiąc dokładnie – nie jest skomplikowana sama konstrukcja i metoda, ale już przeprowadzanie na jej podstawie fact checkingu to na ogół trudna, żmudna i czasem niewdzięczna robota. Z doświadczenia własnego i kolegów weryfikujących informacje wiem, że poprawne, zdyscyplinowane metodologicznie, odwołujące się do rzeczywistego stanu rzeczy i wiarygodnych źródeł, sprawdzanie nazywane fact checkingiem, to ciężka, intelektualnie bardzo wymagająca, praca.

 

Wydawane werdykty – „prawda” lub „fałsz” – muszą być oparte na wiarygodnych źródłach. Trudno sobie inaczej wyobrazić rzetelny fact checking. I na tym, gdy dochodzi do konfrontacji, wykładają się zwykle i demaskują dystrybutorzy fejków. Oni nie potrafią wskazać żadnych wiarygodnych źródeł swoich informacji. Nawiasem mówiąc, za pomocą formy reakcji na pytania o źródła można rozpoznać i odróżnić amatora, nazywanego różnie, czasem użytecznym idiotą, czasem po prostu trollem, które zwykle coś tam nieporadnie próbuje podać na podparcie swoich tez, zwykle posta z Facebooka i Twittera podobnego mu nieboraka, od zawodowca, który zapytany o źródła nie reaguje (bo dobrze wie, że ich nie ma, ale nie za podawanie wiarygodnych źródeł mu płacą).

 

Trochę inny problem to wiarygodne źródła. Dla antyszczepionkowych fanatyków publikacje w renomowanych, recenzowanych naukowo periodykach takich jak np. „Lancet”, „Science” czy „Nature”, nie mają większej wartości niż wpis kolegi po poglądach na Fejsie, a nawet mniejszą. Podobnie upolitycznieni dziennikarze nie wierzą w informacje polskiej straży granicznej, policji i wojska. Bez zastrzeżeń natomiast „łykają” i bezkrytycznie powielają opowieści migrantów o trupach leżących w lesie i grzebaniu zmarłych patykiem. Bo zakładam, że rzeczywiście jacyś migranci im coś powiedzieli. Chyba to przynajmniej jest prawdą.

 

Jeśli nie ma konsensusu, co do tego, co uznamy za wiarygodne źródła, weryfikacja informacji rzeczywiście traci sens. Pamiętajcie jednak, o bracia dziennikarze, że to rozciąga się na wszystkich. W rzeczywistości, w której nie ma wiarygodnych źródeł, wasze publikacje również nie mają szans na taki status. Wszystko co piszecie i pokazujecie, będzie zawsze wyglądało jak co najwyżej kreacja w stylu wspominanego przeze mnie na początku Andy’ego Kaufmana. A to i tak będzie ten lepszy dla was scenariusz odbioru.

 

Kondolencje dla Jadwigi Chmielowskiej

Redaktor Jadwidze Chmielowskiej

 

Prezesowi Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach, byłej Sekretarz Generalnej i Skarbniczce SDP, działaczce Solidarności Walczącej

 

wyrazy głębokiego współczucia z powodu śmierci syna Bartłomieja

 

składa

 

Zarząd Główny SDP

 

 

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Polska Press nie rządzi powiatowym internetem

W koncernie Polska Press (dawniej Passauer Neue Presse) jeszcze zanim został przejęty przez Orlen model działania tygodników lokalnych, czyli powiatowych był taki: redakcja składała się z redaktora naczelnego, który też trochę pisał, 2-3 dziennikarzy, ewentualnie 1-2 współpracowników nieetatowych, np. od sportu oraz 2-4 specjalistów od reklamy.

 

Każdy dziennikarz musiał wypełniać tygodniowo od 3 do 5 stron w gazecie, a także powinien codziennie publikować na portalu przynajmniej jednego newsa. Naczelny miał do dyspozycji bibliotekę gotowych szablonów stron gazetowych, więc nie musiał niczego makietować, dziennikarze pisali artykuły i wrzucali zdjęcia w ramki aplikacji webowej. Zarówno skład gazety, jak i korekta odbywały się centralnie, więc redakcja nie miała wpływu na ostateczny kształt numeru. Naczelny miał też do dyspozycji obszerną bibliotekę tekstów „ogólnych” i „ponadczasowych”, np. rozmów z celebrytami, porad kulinarnych, zdrowotnych i innych. Dostęp do grafików, którzy przygotują interesujący wykres, czy inną infografikę, był ograniczony. Wynagrodzenia dziennikarzy były bliskie najniższej możliwej płacy krajowej, ewentualnie przekraczały ją minimalnie, ok. 3 tysięcy zł na rękę dwa lata temu to była pensja niezła. W biurze reklam i ogłoszeń można było zarobić więcej, ale tam wszystko zależało od efektywności, a i robota niewdzięczna. Zarobki naczelnych dochodziły do 4 tysięcy.

 

Można się zastanawiać, czy w takich warunkach możliwe było w ogóle powstawanie dobrych artykułów? Jakoś nie pamiętam wybitnych tekstów z tygodników lokalnych Polska Press. Dlatego tam, gdzie w danym powiecie była silna, polska niezależna gazeta prywatna, niemiecki koncern nie pchał się ze swoim „gazetopodobnym” produktem, bo wiedział, że nie ma szans. Jedynie tam, gdzie lokalny polski wydawca był kiepski i ledwo zipał, Niemcy kupowali ten tytuł (czasem tylko część udziałów, które były na sprzedaż), albo zakładali swoją gazetę. W czasie, gdy Orlen kupował Polska Press, podkreślano często, że z uwagi na kilkadziesiąt, a może kilkaset tygodników i portali lokalnych, PP jest silny „w terenie”. Według mnie to propagandowa bajka, bo w większości powiatów najsilniejsze są powstałe 30 lat temu miejscowe gazety i ich portale, więc media PP w tych powiatach są co najwyżej numerami dwa. Statystyki całej sieci portali Polska Press z perspektywy warszawskiej mogą być oczywiście imponujące, ale działa tu efekt skali, który w tym przypadku nie pokazuje prawdy o tym, kto rządzi internetem „w terenie”. Gdyby zebrać statystyki wszystkich portali gazet lokalnych, zarówno tych ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, jak i Stowarzyszenia Mediów Lokalnych, jak i niezrzeszonych oraz samodzielnych (nie posiadających gazet papierowych) lokalnych portali informacyjnych, to skończyłby się pic z dominacją PP w Polsce powiatowej.

 

Nie chcę nadmiernie gloryfikować mediów lokalnych i mówić, że są świetne i doskonałe, bo zarówno same gazety, jak i portale, często pozostawiają wiele do życzenia, ale trzeba zauważyć, że mimo wszystko na swoich niewielkich terenach potrafią skutecznie konkurować z wojewódzkimi czy ogólnopolskimi gigantami. Pytanie – jak długo jeszcze? – jest oczywiście cały czas otwarte, bo w mediach od wielu lat obserwujemy zjawisko analogiczne z tym, co dzieje się w handlu: wielkie sieci wypierają małych handlowców. Być może szansą dla małych jest konsolidacja i łączenie się w większe organizmy biznesowe, co w przypadku gazet powiatowych będzie trudne. Już wiele lat temu Dominik Księski, wydawca „Pałuk” ze Żnina, a jednocześnie ówczesny prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, zauważył: wydawcy gazet lokalnych to zbiór indywidualistów, każdy ma swój pomysł na prowadzenie gazety, oczywiście najlepszy.

 

Dlatego, za mojego żywota, prawdopodobnie nie dojdzie do połączenia mediów lokalnych w jedną super-firmę, chociaż takie pomysły co jakiś czas w tym środowisku się pojawiają.

 

Zresztą może nie byłoby to dobre, może lepiej, żeby nadal funkcjonował dotychczasowy model gazety lokalnej, małej, ciasnej, ale własnej?

 

Waldemar Śliwczyński

Lans przed rzetelną informacją – rozmowa z prof. OLGĄ DĄBROWSKĄ-CENDROWSKĄ

W studiach dziennikarskich ważne jest zarówno dbanie o korzenie, jak też dostosowywanie się do zmieniającego się świata, do studentów, którzy są wytworami tej rzeczywistości – mówi prof. Olga Dąbrowska-Cendrowska, kierownik Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

 

Zacznijmy od przykładu, który zelektryzował w tym roku nie tylko media branżowe. Prywatne LO w Słupsku zrezygnowało z pompą z klasy dziennikarskiej, a otworzyło w jej miejsce vlogerską[1]. Pani katedra ma jeszcze klasę patronacką?

 

Tak i to nie jedną. Klasy pod naszym patronatem funkcjonują w Jędrzejowie i Kielcach, m.in. w cenionym V Liceum Ogólnokształcącym im. Ks. Piotra Ściegiennego. Wygląda na to, że będą następne. Po debacie, która miała miejsce w tym roku podczas Świętokrzyskiego Festiwalu Nauki, zwróciło się do nas X LO im. Józefa Piłsudskiego z Kielc z propozycją utworzenia takiej klasy. Ma to być efektem zainteresowania uczniów, którzy uczestniczyli we wspomnianej dyskusji. Nosiła ona tytuł: „Nie chce mi się z wami gadać. Nowe oblicza komunikacji” i była poświęcona funkcjonowaniu w social mediach.[2]

 

Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie nie zdołał zrekrutować chętnych na XIV kurs dziennikarski. We wrześniu bieżącego roku na stronie internetowej Studium Dziennikarskiego UP pojawił się komunikat, że rekrutacje zostają zawieszone do odwołania[3]. Państwo mówicie o mniejszym zainteresowaniu drugim stopniem. Czy studia dziennikarskie przestały interesować młodych ludzi? Dawniej był to jeden z najpopularniejszych kierunków w Polsce, jak dziś psychologia. Istniała nawet do 2013 roku prywatna Wyższa Szkoła Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza, która miała filię m.in. w Kielcach.

 

Tu nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno młodych ludzi nie przestało interesować komunikowanie i to jest dobra wiadomość. Starsze roczniki przyciągało, coś, co brzmi dziś nieco paradoksalnie, stabilność zatrudnienia i jasno określona ścieżka kariery. W porównaniu z firmami marketingowymi lub PR ten świat wydawał się znany i przez to zrozumiały. Generalizując, mogę stwierdzić, że studenci pierwszego roku nie rozumieją dziennikarstwa. Przychodząc na uczelnię, już mają swoje strony, blogi, kanały video, podcasty… Oni już czują się dziennikarzami. Mają swoje zasięgi, nieraz robiące wrażenie. Natomiast patrzą na te swoje „małe, osobiste” media trochę jak politycy. Nie rozumieją, czym jest dziennikarstwo w demokratycznym społeczeństwie. Jak istotną rolę odgrywa „czwarta władza”. Bardziej ich pociąga lansowanie niż rzetelne informowanie. Na przykład dla mojego syna dzielenie się w social mediach nowymi trickami na hulajnodze jest tak naturalne, jak rozmowa na ten temat na szkolnym korytarzu w czasie przerwy.

 

Czy przychodząc z takim nastawieniem, przeżywają rozczarowanie? Jak studenci inżynierii dźwięku, którzy w przyszłości chcieliby pracować w studiu nagrań, a projektują słuchawki dla operatora młota pneumatycznego?

 

Oferta jest oczywiście niespójna z ich oczekiwaniami. Nie skupiamy się na tym, jak wylansować swój kanał w mediach społecznościowych. Uczymy dziennikarskiej rzetelności, sięgania do źródeł, zadawania pytań. Z czasem przekonują się, że to ważne. Ci, którzy zaczynają drugi stopień studiów, konsekwentnie go kończą. Jednak na początku drogi sporo studentów uważa, że źle wybrała kierunek.

 

Bardzo różnią się współcześni kandydaci na studia dziennikarskie od tych sprzed lat?

 

Myślę, że kolejne młode pokolenia więcej łączy, niż dzieli, ale są też zauważalne różnice. Na przykład kandydaci nie znają dziś tygodników opinii i głównych kanałów informacji. Nasze pokolenie przychodząc na studia, uważało, że znajomość tych źródeł jest oczywista. Dla nich nie jest. Bez wstydu mówią, że ich to nie interesuje.

 

Czy to się zmienia w toku studiów, czy tak już zostaje i możemy się spodziewać, że za parę lat tygodnikom opinii i serwisom informacyjnym zabraknie kadry, bo w odpowiedzi na oferty pracy kandydaci odpiszą: „nas to nie interesuje”?

 

Pomaga w tym praca nad kontrowersyjnymi tematami, np. aborcja w Polsce. Studenci mają za zadanie wyszukanie aktualnych informacji w różnych typach mediów. Potem dziwią się i to bardzo, że te same kwestie opisuje się w tak różny sposób. To budzi zainteresowanie i pokazuje, że funkcjonują w wygodnych bańkach informacyjnych, w których czują się bezpiecznie, czują, że są zrozumiani. Nie muszą się wysilać, aby przedstawić swój punkt widzenia, uzasadnić go. Kulturalnie obronić.

 

Zaczynają po takich zajęciach dzielić media na prorządowe i opozycyjne, jak to ostatnio często czynią i odbiorcy i portale branżowe?

 

Tę wiedzę czerpią przeważnie z drugiej ręki. Zwracają zatem uwagę na media, które ogląda się w domu. W najbliższym środowisku ocenia się też podejście takiej, czy innej stacji do tematu np. wspomnianej przeze mnie aborcji. Ktoś mieszka w czasie roku akademickiego u dziadków i tam ma w tle TVP Info, u kogoś w domu tata ogląda namiętnie TVN24.

 

Gdyby mieli oferty pracy z „Wiadomości” i „Faktów”, którą by przyjęli?

 

Dziś deklarują, że wybraliby… „Wydarzenia”. Najwidoczniej mocne zaangażowanie polityczne redakcji zniechęca młodych ludzi.

 

A jakie mają atuty?

 

Przede wszystkim umiejętności techniczne. Nagranie i podstawowa obróbka materiałów audio, foto i video nie stanowi dla nich żadnego problemu. Podobnie jak sformatowanie tekstu i jego zamieszczenie w sieci. Przy tych dużych umiejętnościach wyjściowych mają jednak problem z pozyskiwaniem informacji i weryfikacją źródeł. Dla użytkowników smarftonów problemem jest też przeczytanie dłuższego tekstu. W tym kontekście warto dodać, że znikoma liczba studentów  chce pisać prace o prasie. Wolą analizować media społecznościowe.

 

To poniekąd zrozumiałe – biblioteka mieści się wówczas w smartfonie… Obserwujecie Państwo przesunięcie zainteresowania studentów w stronę PR.

 

Komunikacja społeczna faktycznie zaczyna dominować. Skala interakcji w Internecie jest coraz większa. Nawet komentujący coś mówi o sobie. Mówi wystarczająco dużo, żeby na tej podstawie wnioskować, jaki mamy target. Specjaliści z tego zakresu są potrzebni. Znów, podobnie jak dawniej w przypadku dziennikarstwa, znaczenie ma rynek pracy. Każda instytucja chce prowadzić w sposób profesjonalny swoją komunikację z otoczeniem społecznym. Natomiast w mediach absolwenci przeważnie zaczynają od reporterki. Po paru latach są bardzo wyeksploatowani i zmieniają zawód na spokojniejszy. Obserwujemy różne transfery naszych absolwentów, z którymi mamy kontakt, np. do urzędów, muzeów, sądów, bibliotek i własnych firm.

 

Z pani słów wynika, że trudno to nastawienie studentów zmieniać. Czy wobec tego powinno się zmodyfikować kierunek, programy nauczania pod ich potrzeby?

 

Pracujemy obecnie zarówno nad diagnozą i mapą kształcenia na kierunkach dziennikarskich w Polsce, jak i stanem rozwoju dyscypliny nauki o komunikacji społecznej i mediach w ramach komitetu problemowego Polskiej Akademii Nauk. Myślę, że raporty, które powstaną pokażą dobitnie, w jakim miejscu jesteśmy i nad czym powinniśmy pracować.

 

Uczelnie szukają też węższych specjalizacji w obszarze kształcenia. Zadziwiła mnie, na przykład studentka z Chin, która studiowała u nas w programie Erasmus. U siebie studiowała na kierunku: Communication and design.

 

Słowem, ważne jest dbanie o korzenie, ale też dostosowywanie się do zmieniającego się świata, do studentów, którzy są wytworami tej rzeczywistości.

 

Czy zmiany, które nastąpiły w podejściu młodego pokolenia to już wszystko, czy o czymś jeszcze warto wspomnieć?

 

Parafrazując słowa Zygmunta Baumana o konsumentach: „widzą cię, więc jesteś”. Dla nich to ważne. Służą temu poczuciu „bycia” ich konta w mediach społecznościowych i ich zasięgi. Młodzi ludzie są też bardzo niecierpliwi, a w dziennikarstwie droga na szczyt jednak trochę trwa. Mają inny stosunek do pracy niż nasze pokolenie. Cenią swój czas wolny. Warto to szanować. Zarabianie pieniędzy na studiach stało się dziś prostsze niż kiedykolwiek. Wystarczy umiejętne handlowanie ubraniami w jednej z aplikacji.

 

Rozmawiał Zbigniew Brzeziński

 


 

Olga Dąbrowska-Cendrowska

Doktor habilitowana w dziedzinie nauk społecznych w dyscyplinie nauki o komunikacji społecznej i mediach, prof. UJK. Zainteresowania naukowe: współczesny polski system medialny, ze szczególnym uwzględnieniem mediów adresowanych do kobiet, konwergencja treści, poradnictwo medialne, mediatyzacja poradnictwa[4].

 

[1] https://www.rmf24.pl/ciekawostki/news-zawod-youtuber-w-slupsku-powstaje-pierwsza-w-polsce-klasa-vl,nId,5119109#crp_state=1 – dostęp 01.12.2021 r.

[2] https://sfn.ujk.edu.pl/nie-chce-mi-sie-z-wami-gadac-nowe-oblicze-komunikacji/ – dostęp 01.12.2021 r.

[3] https://sd.up.krakow.pl/ – dostęp 01.12.22021 r.

[4] https://kdiks.ujk.edu.pl/olga-dabrowska-cendrowska/ – dostęp 01.12.2021 r.

 

Myśli Nowoczesnej Panienki – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

 „Anty – salonowiec” z „Towarzyszką Panienką” – Polsat szykuje się do odpalenia niezłej petardy.

 

Polska posiada rekordową liczbę stacji telewizyjnych, w przeliczeniu na głowę mieszkańca. Mało tego. Będziemy mogli też przebierać, w programach typu „polityczne łapu – capu”. Z odpowiednim komentarzem prowadzących i głosem ludu piszącego i dzwoniącego do programu. Filmiki „śmieszne koty” nieźle wypadają w rankingach popularności. Nie dużo gorzej mają się politycy ze swoimi wpadkami.

 

Dowiadujemy się, że Polsat zapragnął stworzyć konkurencję dla „Szkła kontaktowego” i „W tyle wizji”. Nie byłby to news z gatunku tych, że zostawia się z wrażenia włączone żelazko, byle tylko przeczytać treść wiadomości. Chodzi raczej o nieszablonowy „wkład” studia. Do roli prowadzącego przymierza się Monikę JaruzelskąRafała Ziemkiewicza.

 

Nie od kozery, będzie w tym miejscu słynny cytacik: „Przeciwieństwa przyciągają się i uzupełniają. Dwie liczby nieparzyste dają liczbę parzystą. Sprawdza się nie tylko w matematyce ale i w życiu”. Tak jak nie przymierzając, plusy dodatnie i ujemne.

 

Czy to nowa jakość dla szklanego ekranu? Przecież już różne duety w telewizji występowały. Wojciech MannKrzysztofem Materną, Jacek ŻakowskiPiotrem Najsztubem, Tomasz SekielskiAndrzejem Morozowskim. Można wymieniać w nieskończoność. Podobno taśma filmowa i publika,  najbardziej łaknie takich nieodżałowanych wzorców, jak Flip i Flap. Kto robi za jednego, a kto za drugiego, niech już sobie widzowie sami rozstrzygną. Nie zawsze znaliśmy poglądy prowadzących. Lecz przeważnie, gospodarze tych programów nadawali na podobnych falach.

 

RAZ i córka gen. Wojciecha Jaruzelskiego, to na pozór „postacie z różnych bajek”. Łączy ich jednak wspólna szkolna znajomość. Ponadto, była lewicowa radna, nie ma dziwnym trafem uprzedzeń do prawaków. Nie to, żeby miała do nich wyjątkową słabość, ale przynajmniej wysypki na ich widok nie dostaje. Zapraszała już do swojego programu emitowanego na YouTube, miłośników skrajnie prawej sceny politycznej.

 

Mało  tego, udzieliła kilka lat temu wywiadu dla „Do Rzeczy” i pochwaliła tam Radio Maryja”: „To dla mnie wielkie zaskoczenie, że można prowadzić tak głębokie rozmowy. (…) Próbowałam się tym wrażeniem z kimś podzielić, ale wszyscy przyjmowali taką postawę: no co ty, to przecież Rydzyk, to jakieś oszołomy„.

 

Także pierwsze wrażenie może wzbudzać emocje. Ale jak to, Oni tam razem? Po głębszym zastanowieniu dochodzimy do wnioski, że powinno być jednak ciekawie, rzeczowo i sielankowo.

 

To także sygnał dla innych mediów, że można pójść o krok dalej. I parować jak się tylko da. Np. redaktor Monika Ogórek, kandydowała jak pamiętamy, z poparciem SLD do Sejmu i Pałacu Prezydenckiego. Spokojnie mogłaby się dogadać z redaktor Moniką Olejnik. Tą ostatnią podwoził przecież samochodem naczelny tygodnika „Nie” Jerzy Urban. Dwie Moniki. MdM w piękniejszej wersji, bo kobiecej.

 

Red. Wojciech Cejrowski z red. Jerzym Urbanem? Proszę bardzo. Hardkor nad hardkory? Niekoniecznie. Co ich łączy? Co prawda oddzielnie, ale byli gośćmi w programie „Skandaliści”. Należałoby redaktorów prowadzących przedzielić jakąś pleksą, aby się szklanką wody nawzajem nie oblali. Ale oglądalność przebiłaby skoki narciarskie w TVN-ie.

 

Można się rozmarzyć, ale jakby tak Danuta Holecka poprowadziła z Piotrem Kraśko koncert życzeń? „Dla Pani Izabeli z Suwałk, mimo sytuacji politycznej i zagrożeń, życzenia racjonalnego dialogu, wspólnego pragmatycznego działania, …pamiętając, że powinny znikać domowe podziały. I samych najlepszych wyborów politycznych, zwłaszcza takich, po których w końcu odwiedzisz nasz dom. Życzy córka z rodziną”.

 

Drodzy właściciele stacji, dyrektorzy, wydawcy. Pamiętajcie. Jedyne co Was ogranicza, przy ogarnianiu idealnych zespołów, to Wasza własna wyobraźnia.

 

Krzysztof Prendecki

Rozmowy, do których warto wracać – KRZYSZTOF SKOWROŃSKI podsumowuje „SDP Cafe – podaj dalej…”

Chcieliśmy pokazać różnorodność środowiska dziennikarskiego i zaprezentować Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jako miejsce, gdzie mogą rozmawiać ze sobą różne, interesujące osoby – mówi Krzysztof Skowroński, prezes SDP.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zakończyło projekt „SDP Cafe – podaj dalej…” jaki był jego cel?

 

Przede wszystkim chcieliśmy pokazać różnorodność środowiska dziennikarskiego, że wśród nas są osoby, które robią wiele ciekawych rzeczy nie tylko związanych ze swoją pracą, ale również tworzą projekty kulturalne, mają różne pasje. Naszym celem było też zaprezentowanie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jako miejsca otwartego, gdzie mogą pojawiać się i rozmawiać ze sobą różne, interesujące osoby.

 

Otwartość miała podkreślać formuła spotkań „podaj dalej…”, która zakładała, że gość w kolejnym odcinku mógł wystąpić w roli gospodarza i zaprosić następną osobę.

 

Tak, nie zawsze to się udawało, ale wielu gości skorzystało z takiej możliwości.

 

Założeniem „SDP Cafe – podaj dalej…” było również to, aby rozmowy przebiegały w mniej formalnej atmosferze, jak podczas spotkań ze znajomymi przy filiżance dobrej kawy. Czy dzięki temu udało się pokazać inną twarz dziennikarzy niż ta którą znamy na co dzień?

 

Największą liczbę widzów dotychczas miała moja rozmowa z Wojciechem Cejrowskim. Podczas tego spotkania sam odkryłem Wojciecha Cejrowskiego jako kogoś, kto mógł zostać aktorem, ale na własne życzenie nim nie został. Opowiadał różne ciekawe epizody ze szkoły aktorskiej, o pracy nad tekstem, wykładowcach. Zdradził też swoją wymarzoną rolę.

 

Do rozmów udało się włączyć również dziennikarzy z oddziałów SDP.

 

Było dla nas bardzo ważne, aby pokazać także dziennikarzy, którzy piszą, działają, tworzą kulturę poza Warszawą. Mogliśmy zaprezentować wiele ciekawych osób z naszych oddziałów w Rzeszowie, Olsztynie, Gdańsku, Poznaniu, Łodzi.

 

Czy można uznać ten projekt za udany?       

 

Projekt powiódł się, mimo różnych trudności, takich jak np. pandemia. Gdyby nie ograniczenia, to może zdecydowalibyśmy na spotkania przed publicznością, z możliwością zadawania pytań na żywo. Najważniejsze jednak, że powstało 36 dobrych, profesjonalnie zrealizowanych wywiadów z ciekawymi gośćmi. Co warto podkreślić, te rozmowy cały czas są dostępne w intrenecie, na naszym portalu sdp.pl, na kanale stowarzyszenia na YouTube, wciąż można je oglądać i do nich wracać.

 

Możemy się spodziewać, że „SDP Cafe – podaj dalej…” będzie kontynuowane?

 

Nie wykluczamy tego. Jeżeli udałoby nam się kontynuować projekt, to może pomyślimy nad inną formułą, może właśnie będą to spotkania przed publicznością, albo wyjazdowe wywiady w naszych oddziałach. Możliwe, że takie rozmowy z dziennikarzami uczynimy jednym ze znaków firmowych Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Przeprowadził pan prezes trzy rozmowy w „SDP Cafe – podaj dalej…”, ale nie zdecydował się zająć miejsca dla gościa. Dlaczego?

 

Nikt mnie nie zaprosił na rozmowę, ale mówiąc poważnie – wolę pytać niż odpowiadać na pytania.

 

jka

 

Wszystkie 36 odcinki cyklu są dostępne na kanale SDP na YouTube (TUTAJ) i na portalu sdp.pl (TUTAJ). Na stronie stowarzyszenia, pod filmami, można też obejrzeć fotoreportaże ze spotkań.    

 

 

 

 

Off the record – ŁUKASZ WARZECHA o maskowaniu niekompetencji

Formuła „na offie” zakłada, że dziennikarz nie dzieli się wiedzą, którą otrzyma od rozmówcy, przynajmniej w sposób pozwalający zidentyfikować źródło. Tę zasadę należy szanować, pod warunkiem jednak, że rozmówca nie robi sobie kpin i z niej, i z dziennikarza.

 

Z przykrością muszę stwierdzić, że obiektem takich kpin stałem się ostatnio wraz z grupą polskich dziennikarzy, którzy na zaproszenie Komisji Europejskiej przez dwa dni spotykali się w Brukseli z urzędnikami KE różnych szczebli. Grupa była mocno zróżnicowana pod względem redakcji i poglądów. Dobrana absolutnie uczciwie i bez śladu uprzedzeń. Był to klasyczny wyjazd studyjny, bardzo dobrze zorganizowany, szczególnie wziąwszy pod uwagę trudne okoliczności.

 

Urzędnicy KE co do zasady udzielają informacji off the record. Członkowie Komisji – on the record. Ci pierwsi zaznaczają, co z ich wypowiedzi można oficjalnie wykorzystać, ci drudzy – jeśli czegoś wykorzystywać nie należy. I tu żadnych uwag nie mam. Takie są reguły i mają sens.  

 

W zażenowanie, zadziwienie i stupor wprawił jednak wszystkich, niezależnie od poglądów i redakcji, ostatni punkt: spotkanie z szefem polskiego przedstawicielstwa przy UE ambasadorem Andrzejem Sadosiem. To właśnie spotkanie odbywało się teoretycznie off the record. Muszę o nim jednak napisać, bo jego przebieg trudno określić inaczej niż jako kuriozalny. Z zastosowaniem formuły na offie włącznie.

 

Spotkanie musiało się niestety z przyczyn obiektywnych odbywać zdalnie, grupa podłączyła się zatem do platformy Teams na swoich komputerach. Na całość mieliśmy 75 minut. Byliśmy po dwóch dniach intensywnych rozmów, podczas których pojawiło się mnóstwo punktów zaczepienia do dyskusji z panem ambasadorem. Tymczasem pan ambasador najpierw przez 10 minut recytował nam dziedziny, którymi zajmuje się przedstawicielstwo, a więc podawał informacje, które można znaleźć na jego stronach internetowych, zapowiadając, że o tym wszystkim opowiedzą nam urzędnicy misji. Już to wywołało niedowierzanie, bo brzmiało jak wprowadzenie do czterogodzinnej prelekcji.

 

Po ambasadorze Sadosiu wystąpiło, o ile dobrze liczyliśmy, siedmioro pracowników przedstawicielstwa, którzy monotonnym głosem klepali wyuczone formułki, opowiadając, czym się zajmują. Wartość poznawcza tego była dla ludzi zorientowanych w problematyce żadna. Zastosowanie formuły na offie było również kompletnie niezrozumiałe, bo dostaliśmy po prostu streszczenie informacji dostępnych na stronach MSZ i oficjalną narrację.

 

Część osób się ze spotkania w końcu wyłączyła, część zasnęła, część poszła na papierosa. Komentarze stawały się coraz zgryźliwsze. Nasze mikrofony były na szczęście powyciszane.

 

W końcu prelekcje się zakończyły, a pan ambasador oznajmił, że to raptem tylko sześćdziesiąt… nie, skorygował po chwili zastanowienia, może pięćdziesiąt procent tego, czym zajmuje się stałe przedstawicielstwo i bardzo żałuje, że nie udało się nam przedstawić stu procent. Czy są pytania?

 

Wziąwszy pod uwagę, że zostało nam jakieś pięć minut, pytanie padło jedno i na tym spotkanie się zakończyło. Pan ambasador w rezultacie merytorycznie nie zabrał głosu wcale, choć spotkanie miało być z nim. Tak przynajmniej było anonsowane. Żeby było zabawniej, przedstawicielstwo widząc, że na Twitterze pojawiły się wpisy, komentujące sposób poprowadzenia „briefingu”, godzinę później zaczęło się dobijać do organizatorów wizyty z prośbą o przypomnienie dziennikarzom, że wydarzenie było „na offie”.

 

Sęk w tym, że na offie można podawać informacje ciekawe, nieoficjalne, zakulisowe. Nie widzę natomiast powodu, dla którego ta formuła miałaby służyć komukolwiek do maskowania własnej niekompetencji. Powiedzmy wprost: polskie przedstawicielstwo w Brukseli zmarnowało ponad godzinę naszego czasu, który mogliśmy wykorzystać na spacer po okolicy.

 

Czemu to spotkanie miało w ogóle służyć? Nietrudno odtworzyć sposób myślenia ambasadora Sadosia. Oto grupa dziennikarzy była przez dwa dni bombardowana przekazem z KE. Trzeba zatem przeciwstawić temu nasz własny przekaz. Problem w tym, że zarazem trzeba to zrobić w taki sposób, by nie narazić się samemu na problemy, a zatem trzeba uniknąć jakichkolwiek trudnych pytań, a ponieważ każde może być trudne (ambasada miała przecież dostęp do listy uczestników wyjazdu), więc najlepiej, żeby pytań nie było w ogóle. Jak to z kolei osiągnąć? Poprzez zasypanie dziennikarzy tonami zbędnych, drobiazgowych informacji, tak aby na pytania pozostało raptem kilka minut i aby nie było do nich żadnego punktu zaczepienia.

 

Pan Sadoś pracuje w MSZ od 1997 i jest zawodowym dyplomatą. W 2006 r. był nawet rzecznikiem MSZ i pozostawił w pamięci dziennikarzy raczej słabe wspomnienia. W 2018 r. dostał nominację na obecne stanowisko i gdy w tamtym roku przedstawicielstwo odwiedzał premier Morawiecki, z fasady zniknęła tablica z nazwiskami Donalda TuskaJerzego Buzka, upamiętniająca otwarcie placówki. Oficjalnie z powodu remontu.

 

Mam dla pana ambasadora radę na przyszłość: jeśli chce się uniknąć problemów związanych z niewygodnymi pytaniami, najlepszym wyjściem jest nieorganizowanie spotkania z dziennikarzami. W ten sposób oszczędza się własny i cudzy czas oraz nie daje pretekstu do tekstów takich jak ten.

 

Łukasz Warzecha

Oświadczenie ZG SDP w sprawie dostępu dziennikarzy do strefy przygranicznej

W związku z nowelizacją ustawy o ochronie granicy państwowej Zarząd Główny SDP apeluje do rządu i podległych mu służb o sprawne przyznawanie akredytacji dziennikarskich w  pasie przygranicznym z Białorusią oraz o umożliwienie dziennikarzom nieskrępowanej pracy w tym regionie pozwalającej  im na rzetelne informowanie opinii publicznej o przebiegu konfliktu na granicy polsko-białoruskiej.

 

Jednocześnie apelujemy do dziennikarzy o przestrzeganie obowiązującego w tym regionie prawa ze względu na bezpieczeństwo zarówno ich samych, jak i służb mundurowych oraz wszystkich osób, które przebywają w rejonie konfliktu związanego z próbami przekroczenia granicy przez grupy migrantów wspieranych przez białoruskie służby specjalne.

 

Zarząd Główny SDP

 

Warszawa, 2 grudnia 2021 r.

 

Informacje na ten temat akredytacji: TUTAJ.