SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Jan Pospieszalski

ODCINEK 36. Z Janem Pospieszalskim, muzykiem, kompozytorem, dziennikarzem, autorem programów telewizyjnych rozmawia Elżbieta Ruman.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

 

Świat manipulacji, świat propagandy – ks. MARIUSZ FRUKACZ o edukacji medialnej

W Polsce potrzebna jest edukacja, która pomoże odbiorcom mediów zająć postawy krytyczne wobec serwowanych treści i form i pozwoli dokonywać własnego wyboru tego, co rozwija, wzbogaca, uczy – zamiast tego, co degraduje, zuboża, zawęża ogląd rzeczywistości.

 

Niedawno KRRiT pochyliła się nad tematem edukacji medialnej, wskazując na jej konieczność w polskim społeczeństwie. Na stronie gov.pl  czytamy, że „KRRiT mając świadomość zagrożeń oraz potrzeby rozszerzenia i skoordynowania działań w obszarze edukacji medialnej, zaprosiła do współpracy instytucje zajmujące się tą tematyką w różnych jej aspektach. Celem współpracy jest, oprócz stworzenia ram organizacyjnych dla różnych przedsięwzięć w tym obszarze, wzmocnienie roli i odpowiedzialności państwa w zakresie edukacji medialnej oraz wykorzystanie wszystkich dostępnych zasobów w celu jej rozwoju”.

 

Reagować na zagrożenia

 

Oczywiste jest to, że edukacja medialna jest bardzo potrzebna nam wszystkim. To słuszny kierunek myślenia.  Przecież widoczne są gołym okiem takie zagrożenia jak: dezinformacja, przejawy agresji w środowisku online, no i oczywiście  mowa nienawiści. „Negatywnym zjawiskom, takim jak: rozpowszechnianie treści zagrażających rozwojowi dzieci i młodzieży, fake newsy czy dezinformacja, powinna przeciwdziałać wiedza użytkowników o mechanizmach powstawania przekazów medialnych, sposobach ich rozpowszechniania, wpływie kapitału na wydźwięk informacyjny czy znajomość źródeł pochodzenia informacji. Tym zagadnieniom, w pierwszej kolejności, powinna zostać poświęcona uwaga instytucji, które są odpowiedzialne za edukację, spójność społeczną, a także za tworzenie warunków odpowiedzialnego rozwoju rynku medialnego w Polsce wśród wszystkich podmiotów uczestniczących w tym procesie” – czytamy na stronie KRRiT (TUTAJ).

 

Jednak nadal pozostają pytania: jak taka edukacja powinna wyglądać w dobie fake newsów, dezinformacji, wojny hybrydowej, social mediów, szybko zmieniającej się technologii. Warto w tym kontekście przypomnieć wkład Kościoła w Polsce w edukację medialną. Dobrze by było, aby KRRiT skorzystała z tego doświadczenia.

 

Wkład Kościoła

 

Wśród osób, które miały poważny wkład w edukację medialną w polskim społeczeństwie był ks. prof. dr hab. Antoni Lewek, zmarły w 2010 r. twórca i dyrektor Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa na UKSW w Warszawie. Instytut ten powstał w 2002 r. i już wtedy formacja na Instytucie była odpowiedzią na istniejące zagrożenia w sferze informacji społeczeństwa. Oferta Instytutu była bardzo szeroka i obejmowała przedmioty z zakresu komunikacji społecznej, mediów i dziennikarstwa, takie jak: teorie komunikowania społecznego, media w Polsce, historia mediów i dziennikarstwa, nauka Kościoła o mediach i dziennikarstwie, Kościół a polityka, misja i osobowość dziennikarza, etyka dziennikarska, pedagogika mass mediów, dziennikarstwo a kultura, encyklopedia prawa dla dziennikarzy, prawo prasowe i autorskie, kultura i stylistyka języka dziennikarskiego, gatunki dziennikarskie (informacja, wywiad, reportaż, komentarz…), międzynarodowy obieg informacji, retoryka i erystyka, kulturotwórcza funkcja dziennikarstwa, publicystyka religijno-społeczna, reklama, marketing, public relations, „edukacja medialna” w szkole, warsztaty dziennikarstwa prasowego, radiowego i telewizyjnego, nowoczesne technologie w dziennikarstwie, edytorstwo poligraficzne i elektroniczne, techniki komputerowe, publikowanie w internecie, systemy portalowe, fotografia w prasie.

 

Ogromny wkład w edukację medialną polskiego społeczeństwa ma bp Adam Lepa.  To on w swoich publikacjach zwracał uwagę na to, że konieczna jest obiektywna informacja, rzetelna edukacja. Bp Lepa wielokrotnie  przypominał, że poważne zagrożenie stanowi  deformująca informację i edukację propaganda, reklama, czy odwołujące się do niskich instynktów programy, uzależniające i demoralizujące odbiorcę, zwłaszcza słabo wykształconego lub pozbawionego moralnego oparcia w rodzinie czy środowisku, w solidnych wartościach i zasadach. Zdaniem bp. Lepy zwłaszcza młodzież wystawiona jest na niebezpieczeństwa, płynące od tych mediów, które  – wpatrzone w reklamowy zysk lub służące propagandzie – traktują odbiorcę instrumentalnie, przedmiotowo, dokonując na nim swych manipulacji. Warto w tym względzie powrócić do takich publikacji bp. Adama Lepy jak: „Świat propagandy” i „Świat manipulacji”, które już w połowie lat 90. zwracały uwagę społeczeństwa na zagrożenia, płynące od mediów (zob. niedziela.pl ).

 

Jest oczywiste, że potrzebna jest polskiemu społeczeństwu rzetelna wiedza o mediach, o ich własnym politycznym czy reklamowym uzależnieniu. Potrzebna jest edukacja, która pomoże odbiorcom mediów zająć postawy krytyczne wobec serwowanych treści i form i pozwoli dokonywać własnego wyboru tego, co rozwija, wzbogaca, uczy – zamiast tego, co degraduje, zuboża, zawęża ogląd rzeczywistości.

 

Również wiele lat temu redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela” zorganizowała  warsztaty edukacji medialnej i katechetyczne nt. zagrożeń duchowych płynących z popkultury. Prowadziła je mgr Małgorzata Więczkowska – pedagog, medioznawca, autorka Innowacyjnego Serwisu Internetowego Edukacja Medialna www.edukacjamedialna.pl . Ponadto, warto zauważyć, że nowe ratio studiorum, które obowiązuje w polskich seminariach duchownych ma edukację medialną. Przyszli kapłani w ramach tej edukacji uczą się o nauczaniu Kościoła nt. mediów. Edukacja medialna w polskich seminariach przewiduje formację w zakresie edukacji informatyczno – internetowej, zagadnień public relations, teorii mediów i kontaktów z mediami.

 

W zakresie edukacji medialnej cennym doświadczeniem mogą służyć UKSW, UPJPII, KUL. Oczywiście, w zakresie edukacji medialnej ogromny wkład mają uczenie papieskie w Rzymie: Uniwersytet Świętego Krzyża i Uniwersytet Salezjański.

 

Edukacja medialna wobec logiki dezinformacji

 

W relacji ze spotkania KRRiT podkreśla się  odpowiedzialność za edukację oraz spójność społeczną. Ważne to jest wobec zjawiska fake newsów czy dezinformacji. Na ten temat zostawił nam w 2018 r. bardzo cenne wskazówki papież Franciszek. W orędziu na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, które nosiło tytuł: „«Prawda was wyzwoli» (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju” papież Franciszek zwrócił uwagę, że obecność i rozpowszechnianie fake news – dezinformacji w Internecie lub w mediach tradycyjnych „może odpowiadać pożądanym celom, wpływać na decyzje polityczne i sprzyjać korzyściom ekonomicznym”.

 

Papież wskazał również na istnienie swoistej logiki dezinformacji: „Zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych. Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów” – napisał papież Franciszek.

 

Ojciec Święty w zdecydowany sposób podkreślił, że nikt „nie może zwalniać się z odpowiedzialności za przeciwdziałanie tym fałszerstwom”. „Nie jest to zadanie łatwe – napisał papież Franciszekponieważ dezinformacja często opiera się na zróżnicowanym dyskursie, umyślnie pokrętnym i subtelnie wprowadzającym w błąd, a czasami wykorzystującym wyrafinowane mechanizmy. Dlatego też bardzo godne pochwały są inicjatywy edukacyjne, które pozwalają nauczyć się, jak czytać i oceniać kontekst komunikacyjny, ucząc, by nie być nieświadomymi propagatorami dezinformacji, ale przyczyniać się do jej odkrycia. Równie godne pochwały są inicjatywy instytucjonalne i prawne, starające się określić regulacje mające na celu powstrzymywanie tego zjawiska, a także podejmowane przez firmy technologiczne i medialne, służące określeniu nowych kryteriów dla weryfikacji tożsamości jednostek, które kryją się za milionami profili cyfrowych”.

 

Edukacja medialna jest wyzwaniem naszych czasów, trzeba się nad nią pochylić i podjąć ją w sposób zdecydowany. Oby tylko przyniosła dobre efekty w polskim społeczeństwie.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Monika Florek-Mostowska

ODCINEK 35. Z Moniką Florek-Mostowską, dziennikarką, publicystką, wiceprezeską Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl, rozmawia Mira Jankowska.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

Zielony uspokaja – DONAT BRYKCZYŃSKI o pracy fotoreporterów na granicy polsko-białoruskiej

Czy żołnierze mieli jakiekolwiek prawo i podstawy zatrzymywać, przeszukiwać, zakuwać w kajdanki fotoreporterów, poza strefą stanu wyjątkowego? Dlaczego nie zaprzestali ordynarnej i brutalnej interwencji w momencie gdy potwierdzili tożsamość zatrzymanych i przez godzinę trzymali ich skutych?

 

Podobno kolor zielony uspokaja. Spacer po parku czy lesie łagodzi stres, stajemy się lepsi. Emocje stygną. Okazuje się że nie wszędzie. W Wiejkach na Podlasiu pojawił się, nie zaobserwowany przez IMGW, prąd atmosferyczny, opar, mgła błądząca, która tą idyllę zaburzyła. Zjawisko miało miejsce całkiem niedawno, 16 listopada. Skutkiem tegoż kury przestały się nieść, a żołnierze Wojska Polskiego przemówili językami zrozumiałymi najlepiej na warszawskiej Pradze. Ten popis krasomówczy skierowali do trzech fotoreporterów, którzy patiomkinowskie lufy swoich obiektywów skierowali w ich stronę.

 

Wprawdzie fotoreporterzy wcześniej przedstawili się grzecznie wartownikowi, powiedzieli że prasa itd. Wyrazili nawet szacunek dla pracy żołnierzy. Ale to było za mało, o wiele za mało, o czym szybko się przekonali. Wycelowano w nich broń, taką prawdziwą. I usłyszeli kilka zdań, gęsto okraszonych słowami na k… i inne niewinne litery. Forma i ekspresja wypowiedzi nawiązała bezpośrednio do tzw. „brania na huki”, metody zastraszania znanej z ciemnych bram i zaułków. Przeszukano ich, pozbawiono wierzchniej odzieży, kazano podnosić ręce do góry, następnie zakuto w kajdanki.

 

A mgła błądziła nad Wiejkami

 

Następnie w dość frywolnej atmosferze (uwagi o zniszczeniu sprzętu i aparacie dla żony) żołnierze, dbając o to aby nie zostawić odcisków palców przejrzeli prywatne telefony i karty pamięci fotografów. Szczęśliwie, po godzinie, z opresji fotoreporterów wybawiła Policja.

 

A wszystko się nagrało

 

Nikogo dziś nie dziwi rejestrator video w samochodzie. Nie powinno więc też dziwić nagrywanie wszystkich rozmów przez fotoreporterów. Takie czasy. Trzeba się zabezpieczać. Bo słuchając wyjaśnienia służb, po mniej lub bardziej udanych interwencjach, z udziałem dziennikarzy, można odnieść wrażenie że ludzie mediów to delikatnie mówiąc istoty lekko opóźnione. Nie potrafiące wyartykułować kim są, mówiące w sposób niezrozumiały, a wyjęcie kartonika nazywanego „legitymacją prasową” to operacja całkowicie poza zasięgiem ich motoryki.

 

Pomimo to, że wszystko się nagrało, znajdują się komentatorzy usprawiedliwiający taką formę wojskowej interwencji. W myśl tej wersji żołnierze w sposób kulturalny, kierowani troską o bezpieczeństwo kraju, wylegitymowali podejrzanych typów.

 

Fotoreporterom zarzucono skradanie się, nieoznakowanie, strój maskujący (kaptury, czapki), zamaskowanie, zarost na twarzy i o zgrozo posiadanie sprzętu optycznego. O niewyraźnej mowie nie wspominając. Toż to zgroza. Powinni, podlaskie knieje przemierzać w widocznym z wielu kilometrów regulaminowym pląsie, powiewając szarfami i flagami. Sygnalizując różnorakimi dźwiękami swoje przybycie. Wszystko zgodnie z obyczajem ujętym w opasłych kodeksach i w zgodzie z prawem przyjętym przez 82 kraje w międzynarodowym porozumieniu podpisanym na Łysej Górze.

Piszę idiotyzmy ? No pewnie, że tak. Bo zarzuty są idiotyczne. Fotoreporterzy mieli maski, bo mamy pandemię. Kaptury, bo jest listopad, zarost bo taka jest moda, a aparaty i obiektywy, bo są fotografami. Kierując się takimi przesłankami, służby powinny walić na glebę każdego biegacza który w butach sportowych i kapturze, często ubrany w ciemny stój, biegnie parkiem w jesienny dzień. Przecież każdy z nas widział w kinie że tak ubierają się włamywacze. I pewnie ten teraz biegnie ze zrabowanym łupem. Na glebę go!

 

W medialnym szumie który powstał po tym wydarzeniu, brakuje mi odpowiedzi na dwa elementarne pytania, dla mnie retoryczne:

Czy żołnierze mieli jakiekolwiek prawo i podstawy zatrzymywać, przeszukiwać, zakuwać w kajdanki fotoreporterów, poza strefą stanu wyjątkowego?

Dlaczego żołnierze nie zaprzestali ordynarnej i brutalnej interwencji w momencie gdy potwierdzili tożsamość zatrzymanych i przez godzinę trzymali ich skutych? Sami w tym czasie dokonywali przeszukania rzeczy zatrzymanych.

 

Mamy wśród nas, fotoreporterów, kolegów i koleżanki którzy relacjonowali wydarzenia ze stref wojny, w Iraku, Afganistanie, Syrii, na Krymie,w Strefie Gazy czy Donbasie. Mieli różne przygody, często groźne. Bo nawet niewinne oznaczenie na aparacie, GPS, było mocno podejrzane dla ukraińskiego separatysty, a żołnierze Specnazu podczas inwazji na Krymie potrafili wyczyścić im karty pamięci. Ale takie wypadki to raczej incydenty z którymi nie wiązało się ubliżanie, szarpanie czy zakuwanie w kajdanki. A już opowieści kolegów, którzy spędzali miesiące w polskiej bazie w Afganistanie, to relacja o stosunkach koleżeńskich, wręcz przyjacielskich z naszymi żołnierzami.

 

Mamy też kolegę Grzegorza, fotoreportera, byłego chorążego WP. Zanim został fotoreporterem, jako żołnierz odsłużył trzy misje zagraniczne w latach 2005-2010. Był dwa razy w Iraku i raz w Afganistanie. Dziś opowiada o strachu, poczuciu obowiązku, odporności psychicznej i świadomości, że mógł wrócić w czarnym worku do domu. Pamięta też kilka dat, 10 września 2007, gdy mina pułapka wybuchła pod jego samochodem. 27 października 2007, ponownie eksplozja miny pułapki. Udało się przeżył. Pamięta też 2 listopada, wspólne śniadanie przed patrolem. Przy jednym stole żartuje z dwoma kolegami. Dla jednego z nich było to ostatnie śniadanie w życiu, drugi jest ciężko ranny.

 

W Iraku był dowódcą drużyny w grupie bojowej która wykonywała patrole, konwoje oraz tzw ruchome check pointy. Swoich żołnierzy instruował, że mają traktować miejscową ludność zgodnie z Regulaminem Ogólnym Sił Zbrojnych RP. Którego pkt. 29 stanowi:  „Żołnierze w stosunku do innych żołnierzy i do osób cywilnych są zobowiązani przestrzegać zasad etycznych, norm współżycia społecznego oraz zachowywać się z godnością, uprzejmie i taktownie” , a pkt 31 mówi: „Żołnierza obowiązuje poszanowanie języka ojczystego, kultura słowa, powstrzymanie się od używania słów oraz gestów wulgarnych i nieprzyzwoitych„.

 

Grzegorz wyjaśnia dalej, że na ruchomych check pointach sprawdzali czy w pojazdach nie podróżują osoby poszukiwane lub czy nie są przewożone materiały niebezpieczne typu broń, amunicja lub – co gorsza – miny pułapki. Było to więc zadanie ze wszech miar stresogenne.

 

– Dla mnie, jeżeli słyszę że żołnierz przeklina w takich sytuacjach, wiem, że jest słaby psychicznie i należy na niego uważać aby nie popełnił jakiegoś głupstwa za które trzeba będzie się grubo tłumaczyć przed prokuraturą wojskową – dodaje. – A tego co się stało w Wiejkach nie rozumiem, kontynuuje Grzesiek. I te pokrętne tłumaczenia. W jakim wojsku oni teraz służą, bo na pewno nie w takim, którym służyłem ja – kwituje.

 

Donat Brykczyński

Dziennikarstwo społeczne – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak zarabia się na podcastach

Niedawno na pewnym forum, gdzie zaproszono mnie jako gościa, z audytorium padło pytanie, co myślę o projektach dziennikarskich i publicystycznych, finansowanych przez odbiorców. Pojawiło się oczywiście nazwisko Dariusza Rosiaka, którego sukces w zbieraniu pieniędzy na platformie Patronite na jego „Raport o stanie świata” jest niewątpliwy i rozpalił wyobraźnię wielu. Niejeden zapewne dziennikarz, zakładając własny kanał na YouTube, myślał: „Będę jak Rosiak”. Na pytanie postawione przez publiczność odpowiedziałem jednak, że to złudzenie. Rosiak jest jeden i jego sukces się nie powtórzy, podobnie jak nie powtórzy się sukces Radia 357 i względny sukces Radia Nowy Świat. Zbyt mała jest grupa ludzi mających pieniądze i skłonnych wydawać je na takie projekty, a zbyt wielu jest tych, którzy na różne formy dziennikarskie chcą zbierać.

 

Wygrywa nierzadko ten, kto jest pierwszy, najlepiej zaś, żeby miał też dużą grupę bardzo wiernych fanów. Rosiak wystartował ze swoim projektem w idealnym momencie. Był jednym z pierwszych, proponujących jakościowe dziennikarstwo społeczne – tak nazywam projekty wspierane przez odbiorców i z tego się utrzymujące – a zarazem skorzystał na gęstniejącej już wówczas poważnie atmosferze wokół Trójki, z której go wyrzucono (nie przedłużając umowy – ale na jedno wychodzi). Na katastrofie Trójki skorzystały też Radio 357 i Radio Nowy Świat, choć to ostatnie wyraźnie przegrywa z konkurencją, mimo że ta wystartowała później. Są jeszcze bracia Sekielscy, ale to już nieco inna historia: dziennikarstwo bardzo zaangażowane światopoglądowo, korzystające na antykościelnej fobii i płynące na temacie pedofilii w Kościele. Sukcesu Rosiaka nie da się już powtórzyć, podobnie zresztą jak sukcesu braci Sekielskich. Jeden i drugi projekt w dużej mierze wydrenował krąg odbiorców, do którego się zwracał.

 

Warto byłoby zbadać – być może ktoś to już zrobił, ale ja na takie badania nie trafiłem – jakie są motywacje osób wspierających podobne inicjatywy na Patronite albo Zrzutce lub po prostu wpłacających na konto. Ile projektów są skłonni wspierać jednocześnie? Jakimi sumami? Jakie znaczenie ma temat projektu, jakie – jego kształt i wykonanie, a jakie – głośne nazwisko jego autora? Czy chętniej wspierać będą projekty grające na najpopularniejszych emocjach (Sekielscy) czy też oferujące analityczne dziennikarstwo jakościowe (Rosiak)? To dałoby nam obraz polskiego odbiorcy, gotowego zaangażować się finansowo we wspieranie dziennikarzy, próbujących coś robić własnym sumptem.

 

Ja sam mam już pewne doświadczenie i szczęśliwie, dzięki przyjętym założeniom, uniknąłem rozczarowań. Mam wrażenie, że wiele porażek ma swoje źródło właśnie w braku realistycznej oceny, a nawet próbach przekonania odbiorców, że dostaną coś absolutnie wyjątkowego, podczas gdy jest to jedynie propozycja kolejnego, podobnego do niezliczonych innych, programu czy przedsięwzięcia.

 

Przede wszystkim zatem nie zakładałem nigdy, że mój kanał będzie dla mnie źródłem utrzymania. Z założenia konta na Patronite zrezygnowałem, bo wymogi serwisu, który dopominał się o jakieś dodatkowe informacje czy wydumane bonusy związane z progami wsparcia, kompletnie mi nie odpowiadały.

 

Uważam zresztą, że Patronite nie jest serwisem przyjaznym dla twórców, próbujących robić coś poważniejszego, mniej rozrywkowego, a na dodatek stosuje instrumenty wprost cenzorskie. Trudno inaczej zinterpretować to, co spotkało Jana Pospieszalskiego, którego konto wstrzymała od startu jakaś, pożal się Boże, „rada naukowa” Patronite. Nikt nie wie, w jaki sposób jest powoływana, Patronite tego nie wyjaśnia – można wnioskować, że całkowicie uznaniowo – zaznacza tylko, że członkostwo w radzie ma charakter rotacyjny, a osoby chcące się w nią zaangażować prosi o kontakt mejlowy. Kpina.

 

Zdecydowałem się na prosty mechanizm wsparcia poprzez YouTube, ustawiając progi stosunkowo nisko. Uważam bowiem, że wyznaczanie wysokich progów wsparcia (obok oczywistych niskich) to jeden z podstawowych błędów wielu osób. Odbiorcy mogą to uznać za wyraz pychy. I będą mieć trochę racji. Jeśli najwyższy próg ma wynosić na przykład tysiąc złotych, to wiele osób może sobie zadać pytanie, za kogo twórca się sam uważa, skoro sądzi, że ktoś miałby go co miesiąc wspierać aż taką sumą. Sądzę, że to raczej zniechęca: „Wielki pan dziennikarz, przez lata robił kasę w dużej telewizji, a teraz chce ode mnie wyciągnąć po tysiaka miesięcznie? Niech spada na bambus”.

 

Moim odbiorcom od początku sygnalizowałem, że kanał na YouTube nie jest moim źródłem utrzymania, a jedynie dodatkowym sposobem komunikacji z nimi, natomiast wsparcie moich produkcji powinni traktować jak uczciwy układ: wynagrodzenie (dobrowolne) za pracę, której faktycznie muszę włożyć dużo w stworzenie każdego ponad godzinnego komentarza, któremu – jak sądzę – udało mi się nadać autorski i unikatowy styl.

 

Jak na takie planowo skromne założenia – nie jest źle. Przy ponad 16 tys. subskrybentów wspiera mnie regularnie nieco ponad 200 osób, w tym 17 osób korzysta z najwyższego progu 60 zł – co uważam za bardzo szczodre.

 

Patrząc z pewnej perspektywy – dziennikarstwo społeczne, a więc pomysł na utrzymywanie przez odbiorców licznych przedsięwzięć dziennikarskich i publicystycznych, okazało się porażką przynajmniej o tyle, o ile niektórzy liczyli na prawdziwą erupcję takich projektów i bardzo hojne utrzymywanie ich przez słuchaczy czy widzów. To się nie udało. I sądzę, że wiele osób powinno przemyśleć przyjęty model działalności, patrząc realistycznie na możliwości wspierających, ich liczbę, gotowość do dzielenia się pieniędzmi. Dużych przedsięwzięć dziennikarskich, finansowanych wyłącznie przez odbiorców, możemy mieć w Polsce dosłownie kilka. Może maksymalnie kilkanaście – z różnych dziedzin. Bo w każdej z nich (sprawy zagraniczne, dziennikarstwo naukowe, publicystyka) pole jest ograniczone do jednego, może dwóch większych projektów. Dla reszty zwyczajnie nie ma miejsca, zasobów i woli partycypowania w ich utrzymaniu przez odbiorców. Owszem, to może być działalność dodatkowa, uzupełniająca, ale żyć się z tego nie da. To nie zadziała. I chyba musimy się z tym pogodzić.

 

Łukasz Warzecha

Stanowisko CMWP SDP w sprawie z powództwa posła Borysa Budki przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi

Okładka, która stała się przyczyną pozwu i sprawy sądowej jest jedynie graficzną ilustracją opisu sytuacji, w której sam się ustawił poseł Borys Budka poprzez swoje co najmniej kontrowersyjne zachowanie. Samo pozwanie red. Tomasza Sakiewicza z powodu jej publikacji budzi zastrzeżenia, jego ukaranie będzie naruszeniem zasady wolności słowa – czytamy w stanowisku  CMWP SDP przesłanym do Sądu Okręgowego w Gliwicach, gdzie toczy się rozprawa przeciwko redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” z powództwa posła  PO Borysa Budki. Wyrok w tej sprawie ma być ogłoszony 30 listopada br.

 

Poseł Platformy Obywatelskiej Borys Budka zarzuca redaktorowi Tomaszowi Sakiewiczowi oraz spółce Niezależne Wydawnictwo Polskie, wydawcy tygodnika „Gazeta Polska” naruszenie dóbr osobistych poprzez publikację okładki tygodnika „Gazeta Polska” z dnia 10 listopada 2020 roku z jego wizerunkiem. Na okładce tygodnika polityk – w towarzystwie innych osób oraz na tle logotypów niektórych mediów i ugrupowań – został opatrzony podpisem „oni roznieśli zarazę i śmierć”.  Okładka odnosi się wprost do ugrupowań oraz osób będących twarzą demonstracji przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 r. na podstawie którego usunięta została tzw. przesłanka eugeniczna jako powód do wykonania aborcji czyli zabójstwa nienarodzonego dziecka.

 

Relacja CMWP SDP z ostatniej rozprawy  w sprawie Borys Budka przeciwko Red. Tomaszowi Sakiewiczowi jest TUTAJ.

 

W stanowisko przesłanym do Sądu Okręgowego w Gliwicach czytamy, iż w ocenie  CMWP SDP już samo pozwanie red. Tomasza Sakiewicza musi – z uwagi na specyficzne okoliczności sprawy – budzić zastrzeżenia. Natomiast orzeczenie kary w stosunku doi niego (gdyby do tego doszło) będzie uzasadniać tezę, iż w niniejszym postępowaniu cywilnym miało miejsce poważne naruszenie praw obywatelskich red. Tomasza Sakiewicza w zakresie wolności słowa.

 

Działania tzw. ruchów feministycznych mają charakter publiczny i budzą ogromne kontrowersje społeczne. Marsze i happeningi feministek wiążą się (poza propagowaniem różnego rodzaju postulatów) także m. in. z promowaniem aborcji, seksualnej anarchii, brakiem poszanowania dla wartości religijnych i kulturowych, a często – z epatowaniem wulgarnością. Jak wiadomo, oceny działań tych środowisk mogą być rozmaite, zależnie od poglądów społecznych czy politycznych. Nie można jednak zaprzeczyć, że z samego założenia działania te mają prawo budzić kontrowersje, których zresztą środowiska te nie unikają, ale wręcz świadomie je wywołują. Tak samo, przeciętnie rozgarnięty obywatel udający się na tego rodzaju wydarzenie powinien mieć świadomość, że może zetknąć się ze skrajnie różnymi ocenami tegoż wydarzenia, jako kontrowersyjnego i budzącego wątpliwości opinii społecznej – a zwłaszcza z ocenami dziennikarzy, którzy są wyrazicielami tejże opinii. W takich przypadkach należy liczyć się z krytyką społeczną, w tym także medialną. Nie da się ukryć tego, iż w czasie gdy miały miejsce demonstracje, w których uczestniczył i do uczestnictwa w których zachęcał powód Borys Budka, obowiązywały rygorystyczne przepisy tzw. antycovidowe, mające na celu zahamowanie rosnącej liczby zachorowań na Covid 19, chorobę powodującą ogromna liczbę zgonów nie tylko na całym świecie, ale także w naszym kraju. Nieprzestrzeganie tych przepisów było szczególnie nieodpowiedzialnym zachowaniem przedstawiciela władzy ustawodawczej, jakim jest każdy poseł. Okładka, która stała się przyczyną pozwu i sprawy sądowej jest jedynie graficzną ilustracją opisu sytuacji, w której sam się ustawił poseł Borys Budka poprzez swoje co najmniej kontrowersyjne zachowanie (…)

 

Niezależnie od powyższego CMWP pragnie zwrócić uwagę, że swoista wypowiedź prasowa, jaką jest okładka tygodnika stanowiąca przyczynę wniesienia pozwu, miała co najwyżej charakter opinii. Powszechnie wiadomo, że wypowiedzi ocenne nie poddają się tożsamym rygorom weryfikacji, jak fakty. Jak podkreślił SN w wyroku z dnia 15 września 2016 r. (II KK 95/16 – LEX nr 2112309): „co do zasady, prawo do krytyki uprawnia przede wszystkim do wyrażania ocen, a więc twierdzeń uchylających od sprawdzenia przy pomocy kryterium prawdy i fałszu”.

 

Nie można także  pominąć kontekstu społecznego tej  sprawy. Nie można bowiem abstrahować od faktu, że w Polsce występuje silna (i wzmacniająca się) polaryzacja poglądów na tematy istotne dla życia publicznego, takie jak np.: aborcja, edukacja seksualna, ruchy LGBT, demokracja, itp. Specjaliści z dziedziny mówią wręcz o wojnie kulturowej. Różne strony sporów politycznych i społecznych manifestują przy tym swój światopogląd, częstokroć nie unikając radykalnych lub bulwersujących haseł. Powszechne są przy tym oskarżenia o nazizm, faszyzm, autorytaryzm, mowę nienawiści, niszczenie demokracji, ale także (z drugiej strony) o zdradę narodową, zaprzedanie obcym interesom, komunizm, bolszewizm, propagowanie dewiacji, itp. Trudno nie zauważyć, że wiele z tak mocno akcentowanych poglądów odnosi się do zjawisk, ideologii lub całych grup społecznych. W konsekwencji zarówno uczestnicy manifestacji ulicznych, jak i media wyrażają ostre i kontrowersyjne opinie. W takiej atmosferze kontrowersyjne postulaty forsowane przez niektóre grupy społeczne, w tym feministki (np. żądanie swobodnej dopuszczalności aborcji na żądanie do 9 miesiąca życia nienarodzonego dziecka, pozbawienie mężczyzn prawa głosowania, wprowadzenia „seksedukatorów” do szkół, itp.) spotykają się z równie ostrymi ocenami. Dotyczy to także pandemii i wszelkich jej aspektów. Oczekiwanie, by postulaty kwestionujące istniejący ład społeczno – prawny miały przejść bez echa, bez dyskusji i sprzecznych, nierzadko ostrych ocen, jest oderwane od rzeczywistości. Trzeba z całą mocą podkreślić, że w prawidłowo funkcjonującej demokracji spory i polaryzacja stanowisk są zjawiskiem normalnym. Bez sporów demokracja nie istnieje.

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie pozew należy ocenić jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa red. Tomasza Sakiewicza jako redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcanie go do podejmowania ważnych społecznie tematów. W tym kontekście orzeczenie o winie pozwanego stanowić będzie naruszenie praw człowieka i obywatela i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszający innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy, na przykład działalności środowisk feministycznych, czy łamania przepisów dotyczących bezpieczeństwa obywateli w czasie pandemii. To jest nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i maja stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W związku z powyższym, kierując się koniecznością ochrony praw człowieka i obywatela, CMWP SDP przesłało opinię amicus curiae w powyższej sprawie do Sądu Okręgowego w Gliwicach.

 

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Dziennikarz pyta, władza milczy

Nie mamy w Polsce dobrych regulacji prawnych zmuszających funkcjonariuszy publicznych do odpowiadania na pytania dziennikarzy.

 

Znam burmistrza w Wielkopolsce, który wyłożył z gminnej kasy 4,5 tysiąca złotych, tylko po to, żeby nie odpowiedzieć na pytanie dziennikarza lokalnej gazety, dlaczego ścieżki rowerowe buduje z kostki betonowej zamiast z asfaltu, co zaleca nawet Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Na co konkretnie poszły te pieniądze, zapytacie? Na jedną z renomowanych, a więc najdroższych, kancelarii prawnych z Poznania, której pan burmistrz zlecił napisanie do Naczelnego Sądu Administracyjnego odwołania od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który nakazał mu odpowiedzieć m.in. na to pytanie dziennikarza.

 

Dlaczego włodarz miasta i gminy postanowił wydać z publicznych pieniędzy tak dużą kwotę zamiast po prostu odpowiedzieć na pytanie, nawet byle jak (np. „bo uważamy, że kostka betonowa jest lepsza niż asfalt”) i mieć problem z głowy? Odpowiedź jest prosta – bo nie lubi gazety, której dziennikarz miał czelność zapytać o kostkę. Wcześniej ta gazeta opublikowała serię artykułów o obrocie działkami budowlanymi pana burmistrza oraz o tym, jak za pieniądze gminnego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji podciągnął kanalizację do swoich działek przeznaczonych na sprzedaż. Niezorientowanym przypomnę, że prezydentom miast, burmistrzom i wójtom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, nawet – jak było w tym przypadku – niezgłoszonej do skarbówki. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej w Poznaniu wydał decyzję, w której stwierdził, że ten obrót nieruchomościami spełnia wszelkie znamiona prowadzenia działalności gospodarczej, co z kolei było wystarczającą przesłanką dla wojewody, aby pomysłowemu burmistrzowi wygasić mandat i wprowadzić zarząd komisaryczny do czasu nowych, przedterminowych wyborów burmistrza. Nie zrobił tego, nie wiadomo dlaczego, a na pytania dziennikarzy tylko tajemniczo się uśmiecha.

 

Co dla nas, dziennikarzy istotne, od czasu wyjścia na jaw tzw. afery gruntowej, burmistrz prawie całkowicie przestał odpowiadać na pytania dziennikarzy tej gazety, więc jedynym sposobem uzyskania z ratusza czegokolwiek stało się przysłanie zapytania w trybie dostępu obywateli do informacji publicznej. Teoretycznie na takie zapytanie burmistrz odpowiedzieć musi, ale nawet jeśli łaskawie odpowiadał, to przeważnie w ostatnim możliwym terminie, czyli pod koniec dwutygodniowego terminu, a do tego zdawkowo i czasem „nie na temat” lub „obok tematu”.

 

Pytanie dziennikarza na temat tej nieszczęsnej kostki brukowej wzięło się stąd, że parę dni wcześniej w swoich „Wieściach z Ratusza” burmistrz opublikował listę inwestycji w infrastrukturę rowerową w ostatnich dwudziestu latach, która miała pokazać, że „w temacie rowerowym jest dobrze” i zadać kłam temu, co od wielu miesięcy pisała na ten temat owa gazeta lokalna – ścieżek rowerowych w mieście prawie nie ma, a najczęściej są jedynie „ciągi pieszo-rowerowe”, czyli chodniki dla pieszych przemalowane na chodniki pieszo-rowerowe, co nie jest dobre ani dla pieszych, ani dla rowerzystów. Gazeta postulowała też wydzielanie prawdziwych, czyli bezpiecznych dróg dla rowerów na każdej nowej ulicy, oczywiście nie z betonowej kostki.

 

Stąd właśnie owo zacietrzewienie burmistrza w tak błahej sprawie – za żadne skarby nie można tej gazecie przyznać racji, bo jeśli przegramy w drobiazgach,  możemy przegrać także w sprawach poważnych. Dlatego trzeba się bić tak długo, jak to możliwe, nawet w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Koszty nieważne, tym bardziej, że ponoszą je wszyscy podatnicy, a nie pan burmistrz z własnej kieszeni.

 

Mówiąc już zupełnie poważnie – nie mamy w Polsce dobrych regulacji prawnych zmuszających funkcjonariuszy publicznych do odpowiadania na pytania dziennikarzy. Pójście do sądu ze skargą na opieszałość urzędników, czekanie miesiącami na rozstrzygnięcie, potem droga odwoławcza – to wszystko trawa miesiącami, a nawet latami. W opisywanym przypadku sprawa utknęła w NSA i leży tam od 2020…

 

Waldemar Śliwczyński

 

Dziennikarz nie świnia, swoje prawa ma – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Jednych dziennikarzy wpuszcza się do studia radiowego czy telewizyjnego. Inni całują klamkę. Czy stygmatyzacja i cenzura redaktorów ma sens?

 

Red. Tomasz Terlikowski skrytykował swego czasu PiS, w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Dostał bana i TVP Info ogląda tylko na szklanym ekranie, a nie za stołem, przy światłach, od środka.

 

Co ciekawe Terlikowski bez problemu głosi swoje prawdy w  TV Republika, pisuje do „Gazety Polskiej” czy „Tygodnika Solidarność”. Ale zgłasza akces, że chętnie w temacie Kościoła porozmawia z tygodnikami „Sieci”, „Do Rzeczy” oraz telewizją wPolsce.pl. Ale ideowcy z prawej strony mają swoją wizję oblicza prawdy. Redaktor komentujący dla TVN, i współpracujący niegdyś z „Newsweekiem” i radiem TOK FM, to obłudnik i Judasz.

 

Takich przypadków jest więcej. Na przykład red. Rafał A. Ziemkiewicz nie tylko wkurza salon. Anty-salon również. Czyli wszystkich. RAZ zauważył, że „media PiS-owskie są toporne, prymitywne i nieskuteczne”. A za krytykę „piątki Kaczyńskiego” jakoś tak zniknął z TVP Info. Bycie prawicowym symetrystą, to nie lada zadanie.

 

Jak się jest dziennikarzem, należy się trzymać jedynie słusznej linii czy tam drogi. Jak się człowiek wyłamuje, to się niechybnie środowisku naraża.

 

Taka „Towarzyszka panienka”. Jakież było oburzenie, że autorka wywiadów zaprasza do swoich programów skrajną prawicę. A ciekawe, co by było, jakby zapraszała skrajną lewicę? Trockistów, maoistów czy anarchokomunistów. Monika Jaruzelska nie powinna w swych przesłuchaniach, wychodzić z kanonu: Urban, Gadzinowski, Zandberg, Ikonowicz.

 

Jednak wykazała się prawicowym odchyleniem. Hańba. Samo wpadnięcie na pomysł, że można rozmawiać z Ziemkiewiczem, Michalkiewiczem, Korwinem czy Braunem. Brrr. Miejmy nadzieję, że choć witała się z nimi przez chusteczkę i szklanki po herbacie które dotykali, porządnie wyparzyła.

 

Dążąc do ideału i doskonałości, każda partia powinna mieć swoją telewizję. A w niej tylko swoich dziennikarzy, którzy do rozmów zapraszaliby tylko swoich partyjnych i redakcyjnych kolegów. Świat byłby piękny, nieskomplikowany, poukładany. Nie było by połajanek słownych, wychodzenia ze studia, tekstów typu „Ja panu nie przerywałem”. Takie światy równoległe, w której panuje idylla, nie zmącana intelektualnym wysiłkiem próby zrozumienia przeciwnika.

 

Red. Krzysztof Skowroński, na pytanie „czy trzeba się ześwinić?” odpowiedział w „ABC dziennikarstwa”:

 

„Praca dziennikarza to próba odcedzenia jednego od drugiego, to laboratorium, w którym czasami można pozamieniać probówki z podobnymi. Pamiętajmy, że nasze laboratoriom nie jest sterylnym miejscem, ma cechy chlewu, a w chlewie są świnie. Rozmaite rodzaje świń. Świat świń jest tak samo jak wszystkie inne światy skomplikowany”.

 

Specjaliści od trzody chlewnej, już dawno temu stwierdzili, że nienawiść w stadzie jest spowodowana łączeniem w czasie tuczu dwóch grup warchlaków, ustalającymi poprzez walki, hierarchię w stadzie. Wobec powyższego, w naszym chlewiku tylko słuszni i swoi. Błotko do radosnego paplania tylko dla nas. O korycie nie wspominając.

 

Tylko uwaga na agresję, która może się w przyszłości zrodzić nawet wśród swoich. Jest to spowodowana zbyt dużym zagęszczeniem i nudą. Obgryzają sobie wtedy uszy i ogony. Także studia telewizyjne tylko duże i porozsadzać po kątach. Tematy tylko niebezpieczne, podnoszące adrenalinę. Np. co doktor Terlikowski sądzi o ewangelikach, herezji, lustracji, antykoncepcji i homoseksualistach.

 

Na samą myśl ogonki się kręcą. Chrum, chrum.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Mira Jankowska rozmawia z Moniką Florek-Mostowską – zapowiedź

Na spotkanie z Moniką Florek-Mostowską, dziennikarką, publicystką, wiceprezeską Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl, 29 listopada zaprasza Mira Jankowska. Premiera, kolejnego odcinka „SDP Cafe – podaj dalej…” o godz. 19 na kanale SDP na YouTube oraz na portalu sdp.pl.

 

Monika Florek-Mostowska od wielu lat zajmuje się dziennikarstwem, związana była m.in. z Radiem Wawa, Polskim Radiem, Telewizją Polską, tygodnikiem „Wprost”. Publikowała w „Idziemy”, „Tygodniku Powszechnym”, „Frondzie”. W swojej karierze zawodowej pracowała również w biurze prasowym Komitetu Integracji Europejskiej. Prowadziła audycje w Radiu Warszawa „Spory o wartości” i „Warszawski salon naukowy”. Jest autorką książki „Rozmowy o człowieku. Wywiady z ekspertami”, w której rozmawiała z naukowcami z różnych dziedzin.

 

Jak pisze na swoim blogu, jej niespełnionym marzeniem jest wyjazd na misje, na razie swoje pragnienie pracy misyjnej realizuje działając w Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to cykl rozmów przygotowanych przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, których bohaterami są dziennikarze-twórcy kultury. Formuła zakłada, że w następnych odcinkach gość może wystąpić w roli gospodarza i zaprosić na rozmowę kolejną osobę. Więcej informacji o projekcie TUTAJ.

 

Partnerzy:

Fundacja Kulturalna Polska, Fundacja Solidarności Dziennikarskiej

 

Patroni medialni:

TV Republika, „Sieci”, wPolityce.pl, „Do Rzeczy”, Radio Wnet, „Kurier Wnet” waw4free.pl, „Informator Stolicy”, kulturalni.pl, „Bez Wierszówki”, „Forum Dziennikarzy”

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Błażej Torański

ODCINEK 33. Z Błażejem Torańskim, pisarzem, publicystą, redaktorem naczelnym portalu sdp.pl, rozmawia Tadeusz Płużański.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury