SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Tadeusz Płużański

ODCINEK 31. Z Tadeuszem Płużańskim, publicystą, historykiem, prezesem Fundacji „Łączka”, rozmawia Błażej Torański.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

MIROSŁAW USIDUS: Medialny smród w amerykańskim stylu

Wykradziony został raport o wojnie wietnamskiej, tzw. „Pentagon papers”, który opublikowali dziennikarze „Washington Post”, zaś kilka lat temu przedstawieni jako bohaterowie w filmie „Czwarta Władza”. Kradzione były materiały „Watergate”. Jednak tamte śledztwa były „wielkimi momentami dziennikarstwa”. Dlaczego te same media nie protestują, gdy teraz FBI robi nalot na Project Veritas?

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości Bidena, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok temu, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze czyli Departament Sprawiedliwości Bidena zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Oczywiście wielu jest chętnych do pomniejszania rangi pamiętnika córki prezydenta Bidena, co pomaga migać się od zarzutów o stosowanie podwójnych standardów w cenie postępowania wobec niezależnego śledczego dziennikarstwa. Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu, a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Poza tym, na co zwraca uwagę wielu prawników, skoro sprawa dotyczy sfery całkiem prywatnej i panna Ashley jest ofiarą złodzieja osobistych sekretów, to dlaczego nie rozgrywa się to na poziomie zwykłego lokalnego (stanowego) wymiaru sprawiedliwości, lecz zajmuje się tym Departament (ministerstwo) Sprawiedliwości USA i Federalne Biuro Śledcze. Krążą też pytania do mediów, nie tylko o to, dlaczego nabrały wody w usta i udają, że nie widzą, że sprawa jest uderzeniem w wolność i niezależność mediów, w zasadę ochrony ich źródeł informacji i niezależności dziennikarzy.

 

Pyta się także np. „The New York Times”, jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów w tym przypadku.

 

Woń trzecioświatowych amerykańskich standardów

 

Na szczęście są jeszcze w USA sądy, że zacytuję pewnego mecenasa, bo na obiektywne i sprawiedliwe media, jak widać, nie ma już co liczyć, nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych. Sąd federalny nakazał kilka dni temu Departamentowi Sprawiedliwości zaprzestanie „wydobycia” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. No bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”.

 

Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Czy „New York Times” ma dostęp do telefonu O’Keefe’a?

 

Do tej brzydko pachnącej sprawy dochodzą dwuznaczne postawy i zachowania mediów „mainstreamu”, polegające nie tylko na stosowaniu podwójnych standardów i stronniczości politycznej. O’Keefe w swoim wystąpieniu po nalocie BFI zwrócił uwagę, że „w ciągu godziny” od momentu, gdy w jego drzwi załomotali agenci FBI, reporter „The New York Times” skontaktował się z nim w celu uzyskania komentarza. Fakt, że „NYT” wie o akcjach służb Bidena niemal natychmiastowo i jest doskonale poinformowany o wszystkich szczegółach śledztwa (w końcu, przypominam, to „New York Times” a nie Project Veritas potwierdził w swojej publikacji autentyczność pamiętnika Ashley Biden), nie uszedł uwagi obserwatorów polityczno-medialnej sceny.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie, a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas, a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny.

 

Akademik przypomniał, że Biden ma już na koncie wykorzystanie FBI do załatwiania swoich spraw. Gdy był wiceprezydentem, FBI szukało broni należącej do jego syna Huntera Bidena, która została w tajemniczych okolicznościach wyrzucona w pobliżu jakiejś restauracji. Joe Biden ma więc tendencję do korzystania z państwowych służb w takich „szczególnie bliskim mu” sprawach, w których nie te służby nie powinny być angażowane. Turley zauważa, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie robią. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy.

 

Jeszcze we wrześniu 2015 roku serwis O’Keefe’a publikował informacje o nieprawidłowościach wyborczych w Minnesocie. Wówczas grupa lewicowych, czyli po amerykańsku mówiąc, liberalnych, naukowców m. in. z Uniwersytetu Stanforda oskarżyła Project Veritas o dezinformację. O’Keefe zażądał dowodów a gdy przedstawiciele uczelni ich nie przedstawili, pozwał grupę akademików występujących w ramach grupy o nazwie Election Integrity Partnership, do sądu, zarzucając im zniesławienie. W pokrewnej sprawie Project Veritas toczył prawną batalię z reporterką „The New York Times”, Maggie Astor, która powoływała się w swoich filipikach na temat Project Veritas na raport Election Integrity Partnership.

 

Okazało się, że zarówno badacze ze Stanforda, jak też dziennikarka „NYT” nie tyle obalali fakty podawane przez Project Veritas, ile „demaskowali mechanizm wirusowej i skoordynowanej dystrybucji tych materiałów w internecie”. Cóż, mnóstwo zarówno prawdziwych jak też nieprawdziwych, a także np. komercyjno-reklamowych materiałów dystrybuowanych jest według precyzyjnie opracowanych planów, kampanii, czasem angażujących spore środki. Nie ma w samym tym mechanizmie nic niewłaściwego. Jest to wykorzystywanie narzędzi, z których każdy może skorzystać. Istotne jest, że według tych badaczy i dziennikarzy o podobnie lewicowych poglądach dowodem na dezinformację była nie tyle sama dezinformacja, ile technika jej dystrybucji.

 

Przypadków, które sprawiają, że media „głównego nurtu” mają powody nie znosić  Project Veritas jest znacznie więcej. W kwietniu tego roku serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwIjmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sadu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam GoldmanMark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Wychodzą w tej sprawie zatem kolejne brudy i są to brudy pomiędzy mediami po przeciwnych stronach politycznej barykady. Skandalem jest najeżdżanie przed świtem dziennikarza oddziałem siepaczy ze służb, skandalem – wykorzystywanie do sprawy, która ma rangę zwykłego przestępstwa, państwowego aparatu, skandalem jest także stosowanie podwójnych standardów wobec mediów, które przecież już dawno temu wywalczyły sobie prawo do publikacji zdobytych, a nawet wykradzionych (pod warunkiem, że nie same wykradły), ale ważnych dla opinii publicznej, materiałów. Ale wykorzystywanie swoich dziennikarskich kontaktów do zdobywania informacji na temat strategii drugiej strony w procesie – to już jest po prostu smród.

 

P.S. Jest w tej wieloaspektowo przykrej sprawie i optymistyczny akcent. Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU), organizacja mająca opinię skłaniającej się raczej w lewym kierunku politycznym. Zdobyła się więc na coś, na co nie umieją się zdobyć, równie lewoskłonne, media „głównego nurtu” w USA.

 

Opinia amicus curiae CMWP SDP w sprawie red. Pawła Gąsiorskiego pozwanego z art. 212 kk za zniesławienie gminy Rędziny

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP działające jako amicus curiae w sprawie red. Pawła Gąsiorskiego przesłało do Sądu Rejonowego w Częstochowie opinię amicus curiae (“przyjaciela sądu”)  w związku z postępowaniem z art. 212  k.k. z oskarżenia Gminy Rędziny przeciwko red. Pawłowi Gąsiorskiemu . Wyrok w tej sprawie ma być ogłoszony 23 listopada.

 

Red. Paweł Gąsiorski został oskarżony o opublikowanie w 2019 r. na prowadzonym przez siebie  portalu www.gminaredziny.pl dwóch artykułów na temat wydatków i dochodów związanych z odbiorem, gospodarowaniem i transportem śmieci w Gminie Rędziny. Teksty te zostały także opublikowane na profilu gminy na portalu Facebook.  Według aktu oskarżenia, gmina została zniesławiona  m.in. sformułowaniem “gmina nieźle zarabia na Waszych odpadach”,  “mieszkańcy za dużo płacą za śmieci”, co  rzekomo spowodowało utratę zaufania do gminy Rędziny przez mieszkańców. Gmina nie zwróciła się do portalu o sprostowanie treści artykułu ani w części, ani w całości.  W toku postępowania sądowego Paweł Gąsiorski nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i w tym zakresie złożył wyjaśnienia. Zgodnie z jego linią obrony, nie uchybił on wymogom art. 12 ust. 1 ustawy – Prawo prasowe, dochowując wskazanej przez ustawodawcę staranności i rzetelności. Podniósł również, że gmina nie może oskarżycielem prywatnym w niniejszej sprawie.

 

W swojej opinii CMWP SDP podkreśla, iż zastrzeżenia oskarżonego dziennikarza dotyczące braku legitymacji procesowej (formalnej) po stronie gminy są słuszne.  Gminny samorząd terytorialny jest upoważniony do załatwiania lokalnych spraw publicznych, które zostały ustawowo włączone do zakresu jego działania. Art. 6 ust. 1 ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie terytorialnym stanowi, że do zakresu działania gminy należą wszystkie sprawy publiczne o znaczeniu lokalnym, niezastrzeżone ustawami na rzecz innych podmiotów. Z art. 7 ust. 1 w/w ustawy wynika, że do zadań własnych gminy należy zaspokajanie potrzeb zbiorowych wspólnoty. Ustawa nakłada więc na gminę obowiązek podejmowania takich działań na rzecz wspólnoty lokalnej, które mieszczą się w zakresie działania gminy i służą realizacji ogólnych, wspólnych kategorii interesów tej społeczności. Ponadto, nie wszystkie działania podejmowane przez jednostki gminnego samorządu terytorialnego mogą zostać uznane za spełniające przesłanki publicznego charakteru oraz lokalnego znaczenia (w rozumieniu ustawy o samorządzie gminnym), jeżeli nie zostały tak wyraźnie zakwalifikowane w przepisach. Wniesienie przez wójta w imieniu gminy prywatnego aktu oskarżenia nie spełnia przesłanki zaspokajania zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej i wykracza poza ustawowe kompetencje gminy. Legitymowanym formalnie do wniesienia aktu oskarżenia mógłby być hipotetycznie wójt gminy jako osoba fizyczna i to jedynie w przypadku, gdyby jego osobiście dotyczyły zarzuty mogące wyczerpywać przesłanki zniesławienia. W wyroku z 10 sierpnia 2004 r., sygn. akt III SA/Lu 370/04 Wojewódzki Sąd Administracyjny w Lublinie wskazał, że uprawnionymi do wniesienia aktu oskarżenia o zniesławienie z art. 212 § 1 k.k. mogą być radni rady gminy oraz wójt gminy jako osoby fizyczne (lub grupa osób), a nie jako organy gminy.

 

Niezależnie od powyższego,  CMWP SDP zwróciło uwagę, że opinie formułowane przez Pawła Gąsiorskiego w inkryminowanych artykułach należy rozumieć jako działanie nakierowane na wyjaśnienie sprawy oraz zwrócenie na nią uwagi opinii publicznej. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.” Wreszcie, zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

 

W ocenie CMWP SDP  samo oskarżenie red. Pawła Gąsiorskiego stanowi poważne naruszenie jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa. Należy podkreślić, że gmina nie skorzystała z możliwości złożenia wniosku o sprostowanie zawartych w artykułach prasowych treści, które uważa za nieprawdziwe lub nieścisłe. W tym kontekście argumentacja zawarta w akcie oskarżenia budzi poważne wątpliwości, bowiem kluczowym elementem sprawy wydaje się raczej chęć ukarania „nieprawomyślnego” dziennikarza za publikację niż rzeczywiste dążenie do wyjaśnienia stanu faktycznego i obrony dobrego imienia samorządu.

 

CMWP stoi w związku z tym na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie red. Pawła Gąsiorskiego do podejmowania tematyki gospodarki finansowej gminy Rędziny.  Akcja ta nie służy więc założonym przez ustawodawcę celom, lecz w istocie tłumieniu krytyki, która stanowi przecież niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Przyczynia się do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne skazanie dziennikarza spowodowałoby tzw. efekt mrożący i byłoby nie do pogodzenia z aktywizmem społecznym obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, krytykować i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

Wypada dodać, że na Zachodzie Europy byłoby nieprawdopodobne, aby dziennikarz został skazany wyrokiem karnym za krytykę działań gminnej jednostki samorządu terytorialnego, a w każdym razie musiałaby to być sytuacja zupełnie wyjątkowa. Wynika to z faktu, iż skazywanie za krytykę organów publicznych nie mieści się w europejskich standardach wolności słowa. Skazania w takich sprawach wciąż jednak zdarzają się w krajach, które dawniej znajdowały się za żelazną kurtyną i stanowi to w dużej mierze pozostałość minionej epoki historycznej. Obecnie, praktyka orzecznicza polskich sądów szeroko nawiązuje do dorobku doktryny i orzecznictwa z zakresu wolności słowa, wypracowanego w tym zakresie w krajach Unii (a poprzednio Wspólnoty) Europejskiej. Powyższe należy również uwzględnić w niniejszej sprawie, biorąc pod uwagę orzecznictwo krajowe i zagraniczne odnoszące się do tej materii. Z orzecznictwa ETPCz wynika bowiem, że zakres dopuszczalnej krytyki organów publicznych jest znacznie szerszy. „Najwyższy poziom ochrony przysługuje wypowiedziom dotyczącym polityków i urzędników wysokiego szczebla, przy czym krytyka może być skierowana przeciwko państwu, rządowi i innym instytucjom państwowym” (Akta praw człowieka nr 18, Wolność wypowiedzi w Europie – orzecznictwo dotyczące artykułu 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – cyt. za: D. Bychawska – Siniarska, „Ochrona Prawa do wolności wyrażania opinii na mocy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka”, wyd. Rady Europy).

 

Mając powyższe na względzie, kierując się celem ochrony praw człowieka i obywatela, CMWP przedstawia niniejszą opinię.

 

 

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

 

 Michał Jaszewski, doradca ds. prawnych SDP

 

Warszawa, 19 listopada 2021 r.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ja jako faszysta i antysemita

Krytycy 11 listopada i Marszu Niepodległości po raz kolejny ujawnili pokłady nienawiści wobec patriotyzmu Polaków. Świętujący najpiękniejszą polską ideę nazywani byli – jak co roku – faszystami, antysemitami, naziolami.

 

Historia takiego szkalowania Polaków sięga rewolucji bolszewickiej. A faszystami zaczęli sowieci nazywać swoich wrogów od czasu wojny w Hiszpanii (1936-1939). Czerwona propaganda przeżyła 1989 r. I tak w wydanej w 2003 roku książce „Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści” Sergiusz KowalskiMagdalena Tulli dalej nazywali Polaków faszystami, siewcami nienawiści.

 

Autorzy „Raportu…”, sygnowanego jako opracowanie „Otwartej Rzeczpospolitej – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii” i Instytutu Studiów Politycznych PAN, swoim „postępowym” okiem zlustrowali kilka ukazujących się w latach 90. niezależnych tytułów (przeważnie niszowych: „Głos”, „Najwyższy Czas”, „Tygodnik Solidarność”, „Nasz Dziennik”, „Nasza Polska”) i ich autorów. Powyciągali fragmenty i na marginesie stron dodali swoje jakże tolerancyjne, pełne miłości komentarze. Pozwolę sobie przytoczyć te cząstki moich tekstów i opinii na ich temat, bo zostałem wyróżniony umieszczeniem w gronie nienawistników. Wszystko pozostawiam bez komentarza, żeby Państwo sami wyrobili sobie zdanie.

 

Przykład pierwszy

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Paragraf nie dla każdego” (jak zauważają S. KowalskiM. Tulli – o procesie wytoczonym przez Alinę Grabowską [dziennikarkę] współpracownikowi „Tygodnika Solidarność”).

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Alina Grabowska poczuła się urażona treścią felietonu, zamieszczonego przez Antoniego Lenkiewicza w jego książce „Typy i typki postkomunizmu” (…), w której autor zaliczył ją do grona <<poputczyków>>, <<zdrajców Solidarności>> (…) którym w pewnym okresie było z nią po drodze, mimo że mieli zupełnie inne cele, ewidentnie sprzeczne z polską racją stanu”.

 

Komentarz S. KowalskiegoM. Tulli:

 

„Kontekstem jest zasugerowane niżej żydowskie pochodzenie Aliny Grabowskiej, zabieg automatycznego wcielenia osoby pochodzenia żydowskiego w szeregi komunistów i zdrajców…”

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„W sprawie Aliny Grabowskiej przeciwko Antoniemu Lenkiewiczowi zastanawia tempo wydania wyroku. Procesy w III RP trwają średnio kilka lat, a czasem w ogóle nie maja finału. Tak jest np. w przypadku stalinowskich zbrodniarzy, ludzi odpowiedzialnych za masakrę na Wybrzeżu w Grudniu 1970, strzelanie do górników w kopalni „Wujek”, śmierć Grzegorza Przemyka, czy afery FOZZ…”

 

Komentarz:

 

„Sugestia: antysemityzm nie istnieje, ale może się pojawić – za karę – jeśli Żydzi będą go obsesyjnie tropić”.

 

Przykład drugi

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Niemcy byli w Jedwabnem”.

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Wbrew twierdzeniom J.T. Grossa, zawartym w książce Sąsiedzi, że 10 lipca 1941 roku mordu na jedwabieńskich Żydach dokonało polskie społeczeństwo, coraz więcej faktów jednoznacznie wskazuje, iż Niemcy nie tylko inspirowali mord, ale również brali w nim bezpośredni udział (nie podważa to wersji, że w spaleniu Żydów uczestniczyli mieszkańcy Jedwabnego). (…) Czyżby oznaczało to koniec zbiorowej histerii, rozpętanej przez „Gazetę Wyborczą”, a podchwyconej przez publiczną telewizję?”

 

Komentarz:

 

„Pogardliwe określenie <<zbiorowa histeria>> odbiera powagę sprawie masowego mordu”.

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„Czy wobec nowych faktów, ujawnionych przez IPN, dalej będziemy prześcigać się w przepraszaniu Żydów za Jedwabne? Co z przeprosinami prezydenta w imieniu wszystkich Polaków?”

 

Komentarz:

 

„Marginalizacja ofiar, wizerunek <<wszystkich Polaków>> jako centralna kwestia sprawy Jedwabnego”.

 

Tego samego tekstu fragment trzeci:

 

„<<Gazeta Wyborcza>>, po cyklu artykułów afirmujących <<Sąsiadów>>, też [jak IPN] złagodziła swoje stanowisko w sprawie mordu […] czyżby Michnik zaczął krytykować Grossa?”

 

Komentarz:

 

„W tle założenie, że <<obcy>> będą przemawiać jednym głosem, bo mają wspólne interesy”.

 

Tego samego tekstu fragment czwarty:

 

„Historycy zwracają uwagę, że wyjaśnienia mordu w Jedwabnem i okolicy należy szukać również w stosunku części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką…”

 

Komentarz:

 

„próba usprawiedliwienia zbrodni przez oskarżenie ofiar, z powołaniem się na ogół historyków”.

 

Tego samego tekstu fragment piąty:

 

„Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią. Przykładem jest Grodno. Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie (…) próbowały opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę”.

 

Komentarz:

 

„obraz mniejszości jako bandy zdrajców i dywersantów…”

 

Tego samego tekstu fragment szósty:

 

„Za udział w obronie Grodna rozstrzelano kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów”.

 

Komentarz:

 

„etniczny klucz podziału na obrońców i denuncjatorów; sugestia: Żydzi nie uczestniczyli w obronie, a Polacy w denuncjacjach”.

 

Tego samego tekstu fragment siódmy:

 

„Obecna kampania przeciwko Polakom jednak nie słabnie. Ponieważ z Jedwabnem sprawa okazała się skomplikowana, wyciągnięto sprawę sąsiedniej wioski – Radziłowa. Tam też w podobnym czasie doszło do pogromu Żydów. Inspiratorzy wszczynania kolejnych śledztw najwyraźniej liczą na to, że może gdzie indziej uda się wskazać polskie sprawstwo zbrodni, a potem… odzyskać utracone mienie”.

 

Komentarz:

 

„sugestia sterowanego antypolskiego spisku, wzmocniona słowami: <<kampania>> i <<inspiratorzy>>, oraz bezosobowym <<wyciągnięto>>; sugestia: wszystkim upominającym się o pamięć ofiar w istocie chodzi tylko o <<mienie>>”.

 

Przykład trzeci

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Tekst pod tytułem: „Polski Pinochet. Czy dojdzie do ekstradycji Heleny Wolińskiej” (dopisek S. Kowalski i M. Tulli: winy Żydów wobec Polaków).

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Również w tej sprawie pojawił się, znany od dawna, a powtarzany coraz częściej <<argument>> o polskim antysemityzmie. „The Independent” podkreślał, że Wolińska [wcześniej Fajga Mindla Danielak – red.] jest Żydówką, jedną z nielicznych już przedstawicielek mniejszości żydowskiej w Polsce, która ocalała z Holocaustu. (…) Mąż Wolińskiej – Włodzimierz Brus (dawniej Beniamin Zylberberg, w czasie wojny oficer polityczny LWP, później marksistowski ekonomista, a następnie rewizjonista) stwierdził z kolei, że jego żona jest… kozłem ofiarnym”.

 

Komentarz:

 

„Opinia, że w Polsce istnieje antysemityzm, zdyskredytowana jako wyraz ignorancji zachodnich mediów, skrupulatnie przytoczone <<prawdziwe nazwiska>> podkreślają obcość bohaterów artykułu…”

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„Nawet niektóre brytyjskie gazety sugerowały, że do ekstradycji Wolińskiej może nie dojść, gdyż byłej prokurator będzie bronić wpływowa mniejszość narodowa. W Polsce w jej obronie stanęła „Gazeta Wyborcza”, najpierw przez dłuższy czas przemilczając sprawę, a potem relatywizując jej winę”.

 

Komentarz:

 

„teza o nadmiernych w Polsce wpływach Żydów działających jako zorganizowane ciało zbiorowe, tu przywołana na odpowiedzialność brytyjskiej prasy”.

 

Przykład czwarty

 

„Najwyższy Czas”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Niepopularny mord w Koniuchach”.

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Gazeta Wyborcza” po raz kolejny pokazała, że wybiórczo podchodzi do rzeczywistości. Sprawa brutalnego mordu na polskich mieszkańcach wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie, który miał miejsce najprawdopodobniej w styczniu 1944 roku, dostrzegła dopiero po kilku miesiącach od jej nagłośniona. Ale co tu się dziwić – na Koniuchach nie da się zrobić geszeftu, tak jak na Jedwabnem”.

 

Komentarz:

 

„Słowo <<geszeft>> pośrednio włożone w usta atakowanym ma ich naznaczyć jako Żydów i jako naciągaczy”.

 

Tu „postępowi” lustratorzy całkowicie pominęli kontekst – co to była za zbrodnia. A kilkadziesiąt niewinnych, cywilnych mieszkańców wsi Koniuchy wymordowali sowieccy i żydowscy partyzanci.

 

 

Poseł Borys Budka przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Sprawa objęta monitoringiem CMWP SDP

16 listopada br. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się kolejna rozprawa cywilna z powództwa Borysa Budki przeciwko Tomaszowi Sakiewiczowi i spółce Niezależne Wydawnictwo Polskie. Poseł Platformy Obywatelskiej zarzuca redaktorowi naczelnemu Gazety Polskiej, że poprzez publikację okładki swojego tygodnika naruszył jego dobra osobiste. Chodzi o wydanie z 10 listopada 2020 r., na którym polityk – w towarzystwie innych osób oraz na tle logotypów niektórych mediów i ugrupowań – został opatrzony podpisem „oni roznieśli zarazę i śmierć”. Okładka odnosi się wprost do ugrupowań oraz osób będących twarzą demonstracji przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z października ub.r.

 

Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. Rozprawa odbyła się w formie online i trwała 1,5 godziny. W złożonym pozwie Borys Budka domaga się zapłaty 10 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz publikacji przeprosin na okładce Gazety Polskiej zarówno w formie papierowej jak i elektronicznej.

 

Zeznania Borysa Budki

 

Budka, zeznając jako pierwszy, mówił: To nie jest pismo satyryczne, to nie jest karykaturalny rysunek. To jest okładka, która jest umieszczona w periodyku – nie mnie oceniać jakość – który istnieje w wielu witrynach kiosków i na niektórych stacjach benzynowych. Każdy, kto zetknie się z tego typu okładką i z tak kategorycznym stwierdzeniem może w sposób absolutnie nieuprawniony i niezgodny z faktami dojść do wniosku, że jestem jedną z osób, które zawiniły jakiejś nieokreślonej zarazie czy śmierci. Ówczesny szef PO twierdził, że po publikacji zaczęły zgłaszać się do niego anonimowe osoby, oskarżając go o śmierć ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z propagowanymi przez niego demonstracjami. To bardzo mocno odbiło się na mojej psychice – wspominał polityk.

 

Budka twierdził, że jego udział w maseczce na demonstracji nie miał najmniejszego związku ze wzrostem zachorowań na COVID-19. Gdyby tak było, to nie przypuszczam, by pozwany [red. Sakiewicz – przyp. red.] 2 tygodnie temu wzywał do udziału w tzw. Marszu Niepodległości w Warszawie. Nie ma gorszego oskarżenia osoby publicznej – apelował – aniżeli oskarżenie o przyczynienie się do śmierci. Można nie zgadzać się publicznie, ale są jakieś granice.

 

Zdaniem Borysa Budki publikowane przez niego treści w Internecie, dotyczące protestów przeciwko wyrokowi TK, miały wyłącznie charakter informacyjny; nie zaś zachęcający do udziału w manifestacji. Na pytanie red. Tomasza Sakiewicza o to, czy był świadom obowiązującego wówczas zakazu masowych zgromadzeń, były lider PO stwierdził, że nie było podstawy prawnej do wydania określonych obostrzeń. Nie uznawałem ministra zdrowia [min. Szumowskiego – przyp. red.] za jakiś wielki autorytet w tej sprawie chociażby po aferze respiratorowej” – przyznał otwarcie poseł – Jestem prawnikiem, a nie lekarzem. Nie zajmuję się śledzeniem tego typu informacji – oświadczył Borys Budka. Czyli prawo Pana nie dotyczy, a o ostrzeżeniach lekarzy Pan nie słyszał? – odpowiedział T. Sakiewicz.

 

Przesłuchanie red. Tomasza Sakiewicza

 

Redaktor naczelny Gazety Polskiej rozpoczął swoje zeznania od stwierdzenia, iż od samego początku trwania epidemii przyłożył wielką wagę do walki z COVID-19 i spraw związanych z bezpieczeństwem, powiedział wprost : bardzo ostro krytykowaliśmy polityków ze wszystkich stron, w tym również ze strony prawej, którzy nawoływali do łamania obostrzeń. Red. Tomasz Sakiewicz powoływał się na liczne wypowiedzi lekarzy i innych specjalistów, którzy apelowali, by nie organizować zgromadzeń publicznych, jako źródeł masowych zakażeń i śmierci. W tym czasie grupa polityków i osób publicznych podjęła decyzję odwrotną do obowiązującego prawa, zaleceń lekarzy i powszechnej wiedzy medycznej, nakłaniając i zachęcając ludzi do uczestnictwa w masowych demonstracjach tylko po to, żeby uzyskać dodatkowe poparcie polityczne. Nie było w tym żadnego istotnego celu społecznego. Faktycznie to poparcie uzyskali – wbrew temu, co mówi Pan Borys Budka. Rzeczywiście: chwilowe poparcie kosztowało śmierć bardzo wielu ludzi. Redaktor naczelny  Gazety Polskiej zaznaczył, że od samego początku trwania epidemii konsekwentnie podchodzi do kwestii związanej z bezpieczeństwem: Doprowadziłem do ukarania osób funkcyjnych w moich mediach, które nie przestrzegały obostrzeń epidemiologicznych. Tym bardziej uważałem, że należy napiętnować osoby publiczne, które zachowują się nieodpowiedzialnie. A zachowanie Pana Borysa Budki było przykładem skrajnej nieodpowiedzialności i egoizmu politycznego, w którym kosztem ofiar dąży się do uzyskania kilku procent poparcia. Tomasz Sakiewicz zwrócił uwagę, że obecna sytuacja diametralnie różni się od tej sprzed roku: Różnica pomiędzy obecnym Marszem Niepodległości czy jakąkolwiek dzisiaj demonstracją a tamtymi wydarzeniami jest taka, że każdy, kto chce, może się zaszczepić.

 

Na pytanie Sądu o napis umieszczony na okładce tygodnika naczelny Gazety Polskiej stwierdził, iż roznoszenie zarazy i śmierci odwołuje się do tego, że masowe demonstracje – do których nawoływały te osoby publiczne – prowadziły do roznoszenia zarazy i śmierci”. Zdaniem red. T. Sakiewicza nawoływanie do uczestnictwa w demonstracjach jest bardziej niebezpieczne niż zarażenie się samemu. Jeśli poprzez publikację okładki Gazety Polskiej – przez którą stoję dziś przed sądem – udało mi się ocalić choćby 1 ludzkie życie, to jestem gotów ponieść 10 takich kar, jakie chce nałożyć na mnie cenzura z Platformy Obywatelskiej – podsumował sprawę red. Tomasz Sakiewicz.

 

Ogłoszenie wyroku  w tej sprawie ma nastąpić 30 listopada br.

 

Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP (czytaj TUTAJ).

 

Tekst i zdjęcia : Anna Maria Szczepaniak

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Wojciech Cejrowski

ODCINEK 30. Z Wojciechem Cejrowskim, podróżnikiem, dziennikarzem, autorem książek i programów telewizyjnych rozmawia Krzysztof Skowroński.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

Dlaczego dziennikarze odchodzą z gazet Polska Press? – analiza ADAMA SOCHY

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w tych mediach będzie się odbywać tylko do jednej politycznej bramki.

.

Karina Obara, dziennikarka „Gazety Pomorskiej” (Polska Press), największej gazety grupy, zdecydowała się odejść z redakcji po 18 latach pracy. To kolejne odejście z gazet kupionych przez Orlen.

 

„Nie będę legitymizować tej władzy”

 

Dziennikarka jednej z 20 gazet Orlenu poinformowała o tym na swoim profilu na Facebooku, ilustrując go banerem ze zdjęciem zmarłej Izy z Pszczyny i napisem #AniJednejWięcej.

 

Kochani, szukam nowej pracy. Nie mogę już dłużej pracować w Polska Press i w Gazecie Pomorskiej. Nie potrafię spojrzeć sobie w lustrze w twarz. Od czerwca, odkąd kupił nas Orlen, dostałam zakaz komentowania wydarzeń politycznych. Nie pozwolono mi także rozmawiać z niezależnymi ekspertami o tym, co się w Polsce dzieje. Od czasu do czasu zdarzał się wyjątek – miałam porozmawiać z „ich ekspertem”, który oceni sytuację zgodnie z linią partii rządzącej. Nie mogłam. Na liście były głównie nazwiska, które znacie z mowy nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam kneblowania i nacisku, zakazu pisania o tym, co jest obowiązkiem dziennikarskim (…). Nie można wykonywać zawodu dziennikarki z kneblem na ustach. Nie można milczeć, gdy w Polsce łamane są prawa człowieka. A mnie i moich kolegów komentujących wydarzenia polityczne, zmuszono do milczenia. Chcesz tu pracować – żadnego analizowania wydarzeń politycznych, żadnych rozmów z „mądrymi głowami” (sic!). Żeby czytelnicy w regionach nie wiedzieli, nie myśleli samodzielnie, głosowali tak, jak chce obecny rząd. Żyję w konflikcie wewnętrznym. Wstyd mi. Moje ciało odmawia posłuszeństwa. Nie chcę pracy, która jest hańbą. Nie umiem zamknąć oczu na to, co PiS robi z naszym krajem. Nie mogę zasnąć, gdy wiem, że małe dzieci umierają w lesie na wschodniej granicy. Nie potrafię nie czuć krzywdy dziewczyny-matki z Pszczyny, która zmarła na sepsę przez wprowadzenie w Polsce chorego prawa. To mogła być moja córka. Też przeszła sepsę. Przeżyła, bo mieszka w Wielkiej Brytanii.

Czuję bezradność i strach o wszystkie kobiety w Polsce. O wszystkich mężczyzn, którzy doświadczają „karzącej ręki rządu”. O wszystkie dzieci w szkołach, które przejął umysł ministra Czarnka. Nie będę więcej legitymizować tej władzy swoją obecnością w Polska Press. Brzydzę się hipokryzji, wycierania sobie gęby Bogiem, nepotyzmu i służalczości. Chcę żyć w prawdzie, w wolności słowa, demokracji i odwadze. Chcę podążać za wartościami, które są mi bliskie. Hasło: „Ani jednej więcej” dotyczy też mnie. Ani jednej więcej bezsensownej śmierci. Żyjąc w konflikcie wewnętrznym, umieramy za życia. Dlatego szukam nowej pracy.

 

Użycie przez red. Obarę zdjęcia zmarłej Izy oburzyło czytelników portalu tylkotorun.pl, który zamieścił informację o odejściu „znanej dziennikarki” i zacytował obszerne fragmentu jej manifestu.

 

„UŻYWANIE TWARZY zmarłej kobiety jako banera… jej osobistej tragedii śmierci, jako “element do CV”, w poszukiwaniu pracy – to więcej niż HAŃBA – komentowali czytelnicy. –  To nie jest ludzkie! Coś okropnego!” i następny wpis: „dziennikarka stosuje “numer na zmarłą”- dla osobistych korzyści politycznych. Po to, by zamieniły się one, w osobiste korzyści finansowe. To jest oferta (dla nowego pracodawcy), propozycja postawy politycznej, “właściwego” myślenia, dla nowego wydawcy (…) kłamstwa, i hipokryzja, i obłuda”.

 

Szkoda, że red. Obara nie informuje, którzy eksperci są jej zdaniem „niezależni”, a których „znamy z mowy nienawiści”, możemy się tylko domyślać z jej wpisu, że raczej zobaczymy ich w TVN24 i przeczytamy w „Wyborczej”, niż w TVP Info. Rzeczywiście, ze swoimi emocjami i sympatiami politycznymi Karina oraz jej koleżanki i koledzy z takim samymi, mogą czuć się  niekomfortowo w gazetach Orlenu.

 

„Obie zarazy niszczą nasz kraj”

 

Ale Karina Obara uczciwie przyznaje, że i poprzedni właściciele nie byli doskonali: „najpierw Norwegowie, później Anglicy, Niemcy, nigdy nie ingerowali w treść tekstów dziennikarskich. Dla nich liczył się głównie zysk, klikalność, co także doprowadziło do patologii mediów w Polsce. Mój Wojtek, po latach nacisków, zapłacił za to życiem. Tamto było dżumą, to jest cholerą. Obie zarazy niszczą nasz kraj”.

 

Śp. Wojciech Potocki był długoletnim redaktorem naczelnym „Gazety Pomorskiej” (zmarł w 2020r), wcześniej była naczelnym NTO, a zaczynał karierę jako naczelny „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Przejąłem kierowanie „Kurierem” po Wojtku, wówczas jej właścicielem była norweska Orkla, później pracowałem „u Niemca”, w „Dzienniku Łódzkim” i podzielam ocenę Kariny, że właściciele nie ingerowali w treść tekstów. To za nich robili Polacy, którzy w ich imieniu kierowali koncernami i tytułami. I to od ich sympatii politycznych zależała linia polityczna gazet. Te sympatie z reguły lokowały się po stronie lewicowo-liberalnej.  Miałem to szczęście, że trafiłem do „Dziennika Łódzkiego” w czasie, gdy prezesem w Łodzi była Agnieszka Sardecka, a naczelnym Julian Beck.  Szef idealny, bo nikt z zespołu tak naprawdę nie wiedział, na kogo on głosuje. Odpowiadałem jako zastępca za tygodniki i mutacje powiatowe  i mogłem realizować w pełni, to co uważam za istotę misji dziennikarskiej, czyli kontrolę władzy, bez względu na jej legitymację partyjną. Nigdy nie usłyszałem złego słowa od red. Becka, gdy za skargami przyjeżdżali do niego prezydenci i burmistrzowie miast, których machlojki ujawniali moi dziennikarze. Przeciwnie. Jedynym ograniczeniem, jeśli to można tak nazwać, było przestrzeganie rzetelności dziennikarskiej.

 

To się zmieniło, gdy red. Becka zwolniono i jako wiceprezesa zarządu Polskapresse i jako naczelnego, gdy w łaski Niemca wkradł się Paweł Fąfara. Od tego momentu zaczęło się niszczenie lokalności gazet i wstawianie w to miejsce wysyłanej z centrali „politgramoty” ze stemplem Platformy Obywatelskiej. Nigdy nie zapomnę, jak przysłał do redakcji swoją prawą rękę. Pani redaktor z wysokości iglicy Pałacu Kultury i Nauki sztorcowała jak kapral dziennikarzy, ucząc ich „prawdziwego dziennikarstwa”. Dlatego rozbawił mnie manifest Fąfary po wykupieniu koncernu przez Orlen, w którym zapewniał, że póki on będzie szefem, „nikt nie będzie pod żadną specjalną ochroną”. Politycy z PiS i ich sojusznicy nie mają co liczyć, że „od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”, a z drugiej strony: „Rozczaruję jednak również polityków opozycji czy samorządowców. Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Paweł Fąfara szybko został zastąpiony przez Dorotę Kanię z „Gazety Polskiej”. Ta błyskawicznie dokonała zmian redaktorów naczelnych. I tu było pierwsze zaskoczenie, bo wzięła fachowców, oczywiście z sympatiami politycznymi lokującymi się po prawej stronie, ale np. Wojciechowi Wybranowskiemu (nowy naczelny „Głosu Wielkopolskiego” czy „Wojciechowi Musze” (naczelny „Gazety Krakowskiej”) nie sposób odmówić, że to rasowi dziennikarze.

 

Inteligentna gra z czytelnikiem

 

Przejrzałem w sobotę, 13 listopada strony internetowe największych gazet Orlenu:  „Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Pomorskiej”, „Dziennika Zachodniego”, „Dziennika Bałtyckiego”, „Gazety Lubuskiej”, „Dziennika Łódzkiego”, ale także „Nowin” i „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Po otwarciu witryn zobaczymy normalne gazety regionalne z mnóstwem informacji lokalnych. W oczy nie rzucą się nam teksty, które miałyby świadczyć o tym, że mamy do czynienia z propagandową tubą PiS. Jedyny tekst polityczny wydrukowany przez wszystkie 20 gazet Orlenu, a więc nadany z centrali, to wypowiedź prezesa Jarosława Kaczyńskiego „specjalnie dla Polska Press” pt. „Niepodległość jest wielkim darem”. Ale ten materiał nie wylądował na czołówkach witryn, tylko dyskretnie, z boku.

 

Wszystkie 20 witryn otwiera pasek z informacjami o bieżącej sytuacji na granicy białorusko-polskiej. Skupiłem się na informacjach z „Kuriera Porannego” i porównałem z informacjami na ten temat z „Gazety Wyborczej Białystok”. Z „Kuriera” dlatego, że, jak poinformowały Wirtualnemedia.pl, opisująca kryzys na granicy polsko-białoruskiej Olga Goździewska-Marszałek, dziennikarka „Kuriera” została odsunięta od tej tematyki. Jako powód rzecznik prasowy Polska Press, Adrian Majchrzak podał konflikt interesów. Dziennikarka jest  osobą zatrudnioną w Fundacji Dialog zaangażowanej w niesienie pomocy imigrantom. Decyzja została podjęta po wypowiedzi Olgi Goździewskiej-Marszałek jako przedstawiciela Fundacji, dla mediów niezwiązanych ze spółką Polska Press. „Oczywistym jest, że rolą i obowiązkiem dziennikarza jest przedstawianie różnych punktów widzenia, zachowanie obiektywizmu. W przypadku braku dystansu do opisywanej sprawy o obiektywizmie zaś nie może być mowy” – stwierdził rzecznik.

 

„Kurier” publikuje prawie wyłącznie materiały z punktu widzenia państwa polskiego, natomiast „Wyborcza” – z punktu widzenia „migrantów i uchodźców”.

 

I tak, „Kurier” informuje o inicjatywie pomocy mieszkańców Kuźnicy w pow. sokólskim i okolicznych miejscowości w pomoc mundurowym strzegącym polsko-białoruskiej granicy. Ludzie  przekazują im żywność, w tym ciepłe posiłki i napoje. Do akcji włączyła się też Muzułmańska Gmina Wyznaniowa w Bohonikach.

 

Kolejne informacje z „Kuriera”: „Migranci na granicy są wyposażeni w broń palną” (Agnieszka Siewiereniuk), „MON: W rejon Kuźnicy przybywa coraz więcej uzbrojonych funkcjonariuszy białoruskich służb” (Aleksandra Kiełczykowska), „Białorusini niszczyli zaporę, migranci zaatakowali gazem. Kolejna niespokojna noc na granicy” (Anna Piotrowska), „Wólka Terechowska. Zwłoki młodego Syryjczyka znalezione w lesie niedaleko granicy z Białorusią” (Ils), „Prezydent spotkał się z funkcjonariuszami i żołnierzami chroniącymi granicę z Białorusią” (Agnieszka Siewiereniuk).

 

Teraz „Wyborcza”: materiał o aktorce Mai Ostaszewskiej niosącej pomoc „uchodźcom” (dla „Kuriera” to „imigranci”) pt. „Wierzę, że Polacy są dobrzy”. Wywiad  z aktorem Maciejem Stuhrem: „Będąc na granicy, zrozumiałem, że ci ludzie są skazani na śmierć”. „To, że w lasach przy granicy nie ma setek, a nawet tysięcy trupów, to dzięki temu, że codziennie ratowaliśmy ludzkie życie. Bez centralnego zarządzania. Spontanicznie. Szykanowani przez policję, Straż Graniczną i zwykłych ludzi, robiliśmy to każdego dnia”.

 

Kolejny artykuł apeluje „Otwórzmy  korytarz humanitarny dla Tamana”, niepełnosprawnego 9-latka, który „jechał z rodzicami i rodzeństwem do Niemiec i utknął w lesie-pułapce, bez możliwości powrotu, z jedzeniem dostarczanym raz dziennie”.

 

Kolejny: „Medycy na granicy” dyżurują jeszcze tylko dwa dni. Ale pomoc medyczna dla uchodźców nie znika z granicy” i ostatni materiał: „Uchodźcy. Kolejna śmierć przy granicy i prowokacje białoruskich pograniczników”.

 

W „Dzienniku Bałtycki” i „Gazecie Wyborczej Trójmiasto” porównałem materiały na temat trzech manifestacji w Gdańsku pod fontanną Neptuna. Dziennik rzeczowo opisuje te trzy manifestacje, pierwszą  przygotowywaną przez Młodzież Wszechpolską i Ruch Narodowy (ok. 30 osób) pod hasłem: „Chcemy bezpiecznej granicy – Nie dla gdańskiej targowicy”. W kontrze do manifestacji Młodzieży Wszechpolskiej swoje manifestacje zorganizowały Amnesty International Trójmiasto, KOD, Trójmiejska Akcja Kobieca pod hasłami „Żądamy godności na granicy” oraz „Nikt nie jest nielegalny. Bezpieczna granica bez umierania” oraz Obywatele RP, którym hasłem przewodnim było „Faszyzm STOP. Tu jest granica przyzwoitości”.  „Wszystkie protesty przebiegły pokojowo, to jednak nie było się bez prób prowokacji, którym skutecznie zapobiegała gdańska policja”.

 

Materiał w „Wyborczej” jest z cztery razy dłuższy i szczegółowo opisuje zachowania i wypowiedzi organizatorów i uczestników, a tych było niewiele, na wszystkich trzech manifestacjach około 100-150 uczestników. GW odnotowuje satysfakcję kontrmanifestacji, że tym razem (a nie jak w Warszawie, gdy to Robert Bąkiewicz zagłuszał Donalda Tuska) oni mieli głośniejszy sprzęt i zagłuszyli „faszystów”.

 

W „Dzienniku Bałtyckim” na czołówce wydania sobotniego obszerny artykuł jak z „Wyborczej”: „Czy centralistyczna władza ogranicza zdolność podejmowania i pokonywania wyzwań? Jan Król, były wicemarszałek Sejmu nie ma wątpliwości”. (Przypomnę, że to działacz wywodzący się z Unii Wolności, obecnie doradca BCC).

 

W dziale „Opinie” „Dziennika” felieton Wojciecha Wężyka „Do biegu gotowi”, który nawiązuje do różnych marszów, począwszy od Marszu Niepodległości i w tym felietonie zdanie, które chyba za poprzedniego właściciela, by się nie mogło pojawić: „Nie oznacza to jednak, że jestem ich przeciwnikiem, wszak maszerowanie dowodzi, że z naszą demokracją nie jest jeszcze tak źle jak sądzą potomkowie autorów „brunatnych marszów”, z żarliwością godną większych wyzwań pouczający nas o tym, jak i gdzie Polacy powinni maszerować”.

 

Natomiast redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” Artur Kiełbasiński, w komentarzu „Patriotyzm ze strzykawką i w maseczce” apeluje o szczepienie się.

 

„Gazeta Wrocławska” zamieszcza „Raport o stanie państwa” ogłoszony przez Lewicę Razem, która ocenia 6 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości i nie jest to laurka pod adresem PiS.

 

W „Gazecie Krakowskiej” naczelny Wojciech Mucha komentuje odznaczenie orderem Orła Białego krakusów: Leszka Długosza i Jana Polkowskiego, z którymi uhonorowana także Joannę Dudę-Gwiazdę i wspomina swoją wizytę u „Kawalera i Damy” w gierkowskim bloku, w skromnym mieszkaniu JoannyAndrzeja Gwiazdów.

 

Natomiast Przemysław Franczak „Przeprasza za świat, w który was wplątałem”, a w nim taki passus: „Bo wplątał też w rozedrganą i rozpaloną Polskę. W Polskę, w której żadne protesty nie były tak liczne jak te w obronie praw kobiet. Wplątał w Polskę, w której kobiety zaczęły się bać zachodzić w ciążę i doprawdy trudno im się dziwić. W Polskę odwróconych pojęć, gdzie najwięcej dla zniechęcenia kobiet do macierzyństwa zrobiła partia deklarująca się jako najbardziej pro demograficzna. W Polskę, w której sprawą aborcji cynicznie gra się w celu przykrycia innych tematów. W Polskę, która w 1989 roku chciała być – tak ogólnie – Ameryką, a teraz woli być Teksasem niż Kalifornią. Wplątał w Polskę Ordo Iuris”. Przyznacie, że takiego komentarza nie powstydziłby się Paweł Wroński z „Wyborczej”?

 

Pomiędzy heroizmem a służeniem

 

Kto zatem ma rację, Towarzystwo Dziennikarskie złożone głównie z dziennikarzy „Gazety Wyborczej” które po zakupie Polska Press przez Orlen wystosowało do dziennikarzy tych gazet apel:

„Teraz macie zostać kolejnym głosem Nowogrodzkiej, a ci, którzy się nie podporządkują, będą musieli odejść. Waszymi szefami zostaną, już sprawdzeni, propagandyści z lokalnych mediów ‘publicznych’, wyznaczą Wam cele i przeciwników”.

 

Czy też rację ma Dorota Kania, członek zarządu Polska Press, która w Wirtualnemedia.pl odpiera zarzuty odchodzących dziennikarzy, iż doświadczyli nacisku, kneblowania czy ingerencji w teksty dziennikarskie: „odchodzący dziennikarze narzekają na Polska Press, by podbić swoją pozycję na rynku pracy – twierdzi Kania. – W Polska Press nie ma kneblowania dziennikarzy”.

 

Doświadczenie z każdej szerokości geograficznej uczy, że jeśli partia polityczna kontroluje jakieś media, to jej celem nie jest rzetelne i bezstronne informowanie opinii publicznej oraz kontrola władzy, ale używanie ich jako narzędzia do zachowania i przedłużenia władzy.

 

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Świadczą o tym wyniki sprzedaży. To, że nadal spada sprzedaż gazet Polska Press jest tylko odbiciem światowego trendu, ale w Polsce najbardziej dramatyczny spadek sprzedaży nie odnotowały w sierpniu bieżącego roku (ostatnie dane) gazety Obajtka, a „Gazeta Olsztyńska / Dziennik Elbląski”, której Orlen, jako jedynej gazety regionalnej, nie nabył. Sprzedaż „Olsztyńskiej” zjechała aż o 34,20 proc w dół (do 4 896 egz. średniej sprzedaży). Wśród gazet ogólnopolskich największy spadek odnotowała gazeta Michnika, wzór „niezależności” . Jej średni wynik poszedł w dół najbardziej w zestawieniu – o 13,07 proc. do 53 781 egz.

 

Mimo tych wyników nie mam żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w gazetach Polska Press będzie tylko do jednej politycznej bramki. I nie chciałbym być w skórze dziennikarzy koncernu Obajtka, tych, którzy chcieliby uczciwie wykonywać swój zawód. Takim dziennikarzom Towarzystwo Dziennikarskie proponuje: „Nie możemy od nikogo wymagać heroizmu, ale pamiętajcie: możecie stawiać opór. Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie”.

 

Z tym apelem polemizuje Witold Głowacki, który w maju br. zrezygnował z funkcji pierwszego zastępcy redaktora naczelnego miesięcznika „Nasza Historia” i na początku października poinformował, że odchodzi z Polska Press. On znalazł pracę Oko.press i rozpoczął współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Broni swoje koleżanki i kolegów z Polska Press:

 

„Poddawanie dziennikarzy mediów regionalnych i lokalnych moralnemu terrorowi z pozycji warszawskiego ciepełka to zatem albo dowód zupełnego braku rozeznania w sytuacji, albo zwykły sadyzm i/lub cynizm. I tak jedzie prosto na nich prowadzony przez politruków walec” – stwierdził dla Wirtualnemedia.pl.  I uświadamia, że poza Warszawą, Krakowem, Wrocławiem czy Trójmiastem „odejście z Polska Press może oznaczać decyzję o pożegnaniu się z dziennikarstwem”.

 

Całkowicie zgadzam się z red. Głowackim, że „Zamiast kwików i płomiennych apeli o 'stawianie oporu’ zdecydowanie lepiej byłoby na przykład usłyszeć jeden konstruktywny pomysł na naprawę sytuacji w mediach regionalnych i publicznych po ewentualnej zmianie władzy i ich odpolitycznienia”.

 

Głowacki zwraca uwagę, że poza ustawą o mediach narodowych nie istnieją żadne regulacje prawne, które dotyczyłyby państwowej własności w mediach. „Od polityków opozycji, zamiast pomstowania na to, co dzieje się na łamach tych wszystkich dzienników regionalnych i zamiast wzywania dziennikarzy do przyklaskiwania tym, którzy odeszli – mówi Głowacki – powinna wypłynąć jakaś alternatywa. Do dziś nikt nie przedstawił żadnego projektu czy ustawy, czy też w ogóle sposobu przywrócenia normalności w mediach regionalnych, należących do Polska Press. To można by zrobić pewnie na dwa sposoby: zadeklarować, że ta własność zostanie zbyta – ale też pytanie, kto by miał to kupić i na jakich warunkach? Albo można pomyśleć o ustawie, która w jakiś sposób regulowałaby państwowe posiadanie mediów, czego w Polsce (poza „Rzeczpospolitą” lata temu) praktycznie nie było” – wskazuje Głowacki.

 

Casus „Gazety Olsztyńskiej”

 

Regulacje nic tu nie pomogą, co dobitnie pokazuje los mediów tzw. publicznych (TVP i rozgłośni regionalnych). Wszystkie po kolei partie polityczne przed wyborami obiecywały uniezależnienie mediów publicznych od ręcznego sterowania przez polityków, a po zwycięskich wyborach ich obietnice trafiały do kosza. Kolejne rządy używały mediów publicznych jako narzędzi propagandowych, obecny rząd poszedł w tym najdalej. Toteż raczej należałoby się skupić na stworzeniu ustawy, która  nakazywałaby zbycie spółce Skarbu Państwa udziałów w koncernie prasowym na rzecz podmiotów prywatnych, z kapitałem polskim. To oczywiście nie da 100-procentowej pewności ich niezależności od partii politycznych. Ciekawym poligonem doświadczalnym jest „Gazeta Olsztyńska” kupiona we wrześniu br. przez Andrzeja Senkowskiego, przedsiębiorcę z Warszawy, potentata  w branży części samochodowych. Na witrynie jego spółki Polcar widnieje niespotykana w biznesie deklaracja, że firma kieruje się „wartościami chrześcijańskimi”. Właściciel wsparł finansowo produkcje filmów „Smoleńsk” i „Legiony”.  Za mało czasu minęło od nabycia tytułu, by wyciągać daleko idące wnioski. Właściciel powołał nowego prezesa Macieja Materę, ostatnio prezesa spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej, ale zostawił w firmie odwołanego prezesa z funkcją dyrektora; natomiast stanowiska nie stracił redaktor naczelny Igor Hrywna.

 

„GO” przed sprzedażą była „płatnym słupem ogłoszeniowym”, a że w gronie najhojniejszych płatników był samorząd województwa, od lat w rękach PSL-PO, więc politycy tych partii, a zwłaszcza marszałek województwa, prezes PSL na Warmię i Mazury Gustaw Marek Brzezin, są non stop lansowani.

 

Obecnie musieli posunąć się na łamach i zrobić trochę miejsca także dla polityków PiS-u, którzy składają wizyty w Olsztynie. Widać na łamach pewną zmianę akcentów ideowych, ale nie jest to gwałtowne przestawienie wajchy. Nowością jest pojawienie się tekstów krytycznych wobec prezydenta Olsztyna, z rodowodem z PZPR, Piotra Grzymowicza, rządzącym od lat w koalicji z PO, za paraliż komunikacyjny miasta spowodowany budową linii tramwajowej. Poprzednio „GO”, tak jak i „Gazeta Wyborcza Olsztyn” entuzjastycznie popierała odtworzenie linii tramwajowej w Olsztynie.

 

Ale w tym samym czasie ukazał się ogromny wywiad z p.o. dyrektora Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, w którym afera wybucha za aferą (pisały o tym niedawno portale ogólnopolskie, zwłaszcza wp.pl, które oskarżyła prof. Wojciecha Maksymowicza z tego szpitala o obecność w sejmie podczas dyżurów lekarskich oraz o to, że asystował tylko „na papierze” przy operacji prowadzonej przez lekarza bez ukończonej specjalizacji, pacjentka zmarła. Dziennikarka „GO” w ogóle o te sprawy nie pyta! Wywiad sprawia wrażenie materiału sponsorowanego, w którym p.o. dyrektora mówi o tym, jak szpital wspaniale się rozwija. Następnie dziennikarka na swoim profilu na Facebooku chwali się swoją przyjaźnią z dyrektorem!

 

Zobaczymy, jaki ostatecznie kształt przybierze „GO” z nowym właścicielem. Zapewne będzie to zależało, czy i ile nowy prezes pozyska reklam ze spółek Skarbu Państwa. Jednak mimo wszystko taki właściciel powinien być lepszy z punktu widzenia wolności słowa niż taki jak Daniel Obajtek, zawdzięczający swoją funkcję politykom.

 

Adam Socha

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Piotr Zarębski

ODCINEK 29. Z Piotrem Zarębskim, autorem filmów, laureatem tegorocznej Nagrody SDP im. Janusza Kurtyki rozmawia Andrzej Klimczak.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

 

 

Świetny warsztat. Trudny charakter – wspomnienia o Kamilu Durczoku

We wtorek, 16 listopada 2021 r. w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Katowicach zmarł Kamil Durczok, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich dziennikarzy telewizyjnych prowadził programy informacyjne i publicystyczne. Miał 53 lata.

 

W latach 1993-2006 związany z Telewizją Polską. Od 2006 r. do wiosny 2015 r. pracował w telewizji TVN, gdzie był redaktorem naczelnym „Faktów”. W latach 2016-2017 prowadził cotygodniowy program publicystyczny w Polsat News najpierw pod nazwą „Brutalna prawda. Durczok ujawnia”, później jako „Durczokracja”. Był także wydawcą i redaktorem naczelnym portalu Silesion.pl (2016–2019) oraz felietonistą tygodnika „Wprost”.  Laureat wielu nagród, m.in. Grand Press dla dziennikarza roku (2000), Złotej Telekamery w kategorii Informacje (2008) oraz Wiktora dla najwyżej cenionego dziennikarza, komentatora i publicysty (2004). Od 2002 r. chorował na raka.

 

Przed kilkunastoma dniami Kamil Durczok udzielił wywiadu portalowi plejada.pl. Okazało się, że to ostatni wywiad jakiego udzielił w życiu. Podsumował w nim swoją karierę dziennikarską i próbował rozliczać się ze swoimi demonami. – Szczyt kojarzy się ludziom ze zdjęciami z pism typu „Viva!” czy „Twój Styl”. Za czymś takim nie tęsknię. Jeżeli czegoś mi brakuje, to szczytu dziennikarskiego. Upadek z niego był dotkliwy. Czuję to zwłaszcza dziś, gdy patrzę na to stado baranów, które w znakomitej większości niesłusznie uważa się za dziennikarzy. Tych prawdziwych można policzyć na palcach moich i pana rąk i nóg. Wiem, że potrafiłbym zrobić inaczej pewne rzeczy. Nie wiem, czy lepiej. W kilkudziesięciu procentach pewnie tak. I nie przemawia przeze mnie narcyzm, tylko 30 lat doświadczenia. Po prostu umiem to robić. Zrobiłem „Fakty” ze Stanów Zjednoczonych, zrobiłem „Fakty” ze Smoleńska i wiele innych wydań, z których jestem cholernie dumny – mówił m.in. Durczok.

 

Odniósł się również do swojego uzależnienia od alkoholu i walce z nałogiem. – Kolizja uświadomiła mi to, że jednak jest coś, z czym sobie nie radzę. To był największy błąd mojego życia. Nie da się tego w żaden sposób usprawiedliwić. Podstawowy problem każdego alkoholika polega na tym, że najpierw musi przyznać się sam przed sobą, że jest chory. Bez tego nie da się zacząć leczenia. A mechanizm wyparcia jest bardzo silny. To największy wróg. Nie chcę udawać teraz terapeuty, bo podobno nie ma nic gorszego, jak terapeutyzowana osoba, która próbuje terapeutyzować innych, ale faktem jest, że alkoholizm jest często wypierany i bagatelizowany – opowiadał Kamil Durczok.

Źródło: plejada.pl.

 

Napisali w mediach społecznościowych:

 

Witold Gadowski, publicysta, członek zarządu SDP: Zmarł Durczok Kamil. Pan Bóg powiedział mi: ….zamilcz! Źródło: Twitter.

 

Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Nie miałem ochoty pisać o Durczoku. Biedny człowiek, upadły wskutek pychy, nałogów i wkręcenia w system medialnego kłamstwa – Boże bądź mu miłościwy. Ale, jak się okazuje, już jest kreowany na kolejnego męczennika, „zaszczutego” przez ludzką nienawiść. Źródło: Twitter.

 

Jacek Karnowski, redaktor naczelny tygodnika „Sieci”:  Zmówmy, kto może, Zdrowaś Mario. Zmarł Kamil Durczok. Dziennikarz miał 53 lata. Źródło: Twitter.

 

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny portalu Salon24: Durczok nie żyje. Chyba przewidywaliśmy, że to się tak skończy. Szkoda… Źródło: Twitter.

 

Tomasz Lis, redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”: Kamil Durczok- RIP. Jest dobrą polską tradycją elegancja, powściągliwość i wielkoduszność w obliczu śmierci. Po przeczytaniu o poranku niektórych komentarzy uznałem, że warto o tym przypomnieć. Źródło: Twitter.

 

Wojciech Czuchnowski, publicysta „Gazety Wyborczej”: Kamil Durczok nie żyje….zaszczuty, osamotniony, do końca walczący z chorobą, z własnymi demonami, z ludzką nienawiścią i hipokryzją. Spoczywaj w spokoju. Źródło: Twitter.

 

Jarosław Kuźniar, dziennikarz: Kamil Durczok. Świetny warsztat. Trudny charakter. Jego zawodowa historia powinna sprowadzać na ziemię każdego dziennikarza. Od szczytu do bocznego toru jest sekunda. RIP, Kamil. Źródło: Twitter.

 

Bartosz Pańczyk, dziennikarz „Faktu”: Kamil Durczok dowiedział się o raku w przeddzień Wigilii w 2002 roku. Lekarze dawali mu 15% szans na przeżycie. Cała Polska wstrzymała oddech, gdy poinformował na wizji o swojej chorobie. Jak wyglądała jego walka? O tym opowiedział w swojej książce. Źródło: Twitter.

 

Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka i komentatorka: Jeden z lepszych dziennikarzy informacyjnych w PL po 89 roku. Cudowne i bezczelnie zdolne dziecko swoich czasów, kiedy wszystko wydawało się możliwe i ofiara wybujałego ego, trudnego charakteru, słabości i nałogów.

No i kochał, rozumiał psy. Za to zawsze szacunek. Psy są lepsze od ludzi i on to wiedział.

Kiedy walczył z rakiem, a w czasach gdy to robił, łysy, widocznie chory facet w ekranie telewizora, w programie informacyjnym, to był akt odwagi, moja mama oglądała go w hospicjum. Mówiła mi, zobacz, ten Durczok tak daje radę, ja też dam. My tu wszyscy mu kibicujemy…

Ktoś kiedyś zrobi o nim film. O królu życia, który złudnie myślał, ze ma wszystko, jest bogiem i jest nietykalny, który pewnego dnia boleśnie upadł. I już się nie podniósł. 53. To nie jest dobry wiek na umieranie. Źródło: Instagram.

 

Monika Olejnik, dziennikarka TVN: Żegnaj Kamilu. Źródło: Instagram.

 

Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny portalu Onet.pl: Nie mam pojęcia, co napisać…. Źródło: Facebook.

 

Marcin Twaróg, dziennikarz, wydawca serwisu dziennikzachodni.pl: Kamil Durczok R.I.P. #Śląsk nigdy nie zapomni #Katowice 16.11.2021. Źródło: Twitter.

 

 

opr. TP, fot. Wikipedia

GIP potwierdza zarzuty operatora Kamila Różalskiego w stosunku do TVN. Sprawę monitoruje CMWP SDP

Główna  Inspekcja Pracy potwierdza, iż warunki, w  jakich Kamil Różalski, były operator telewizji TVN „wykonywał czynności na podstawie umowy cywilnoprawnej”  są charakterystyczne dla stosunku pracy i w związku z tym  GIP skierowała do jego pracodawcy czyli telewizji TVN wniosek o przekształcenie tzw. umów śmieciowych, jakie zmuszony był on podpisać, w  umowy o pracę. Główna Inspekcja Pracy przesłała  Kamilowi Różalskiemu tę ocenę pismem  z 5 listopada 2021 r.  Kontrolujący potwierdzili także, że na podstawie takich  kontrowersyjnych umów  w TVN SA na dzień 24 lutego 2021 r. pracowały 1863 osoby. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP.  

 

Sekcja Kontroli Wewnętrznej Głównej Inspekcji Pracy prowadziła w tej sprawie czynności kontrolne  w okresie 27 maja – 22 października 2021 r.  Wg szacunkowych wyliczeń grupy byłych pracowników TVN wspierających p. Kamila Różalskiego , pozbawiając tych pracowników umów o pracę,  TVN S.A. nie odprowadziła do ZUS -u  ponad 450 mln. zł należnych składek i jednocześnie pozbawiła tym samym ponad 1800 osób prawa do urlopu, opieki medycznej, a w przyszłości zapewne i emerytury.

 

O decyzji GIP  poinformował  na swoim profilu na Facebooku Kamil Różalski. Przypomniał m.in. iż ma ona swój początek w sierpniu 2019 , gdy pozbawieni etatów pracownicy rozpoczęli batalię o swoje prawa zwracając się bezpośrednio do zarządu Discovery Inc.  To kompletnie kompromituje TVN S.A. oraz amerykańskiego właściciela – Discovery, Inc. pozbawiając ich prawa do powoływania się na etykę” –  napisał Kamil Różalski .Amerykanie woleli jednak złamać prawo oraz własny Kodeks Etyki (naruszenie anonimowości sygnalistów) oraz zastosować w stosunku do nas odwet. Woleli to, niż naprawić bagno w TVN, bo dzięki temu więcej pieniędzy można było wywieźć z Polski.W kontekście wyników kontroli dotychczasowe oświadczenia prasowe TVN S.A., że firma nie łamie prawa w obszarze zatrudnienia, okazują się cynicznym kłamstwem.

 

Wpis  Kamila Różalskiego jest TUTAJ.

 

GIP w swoim piśmie zaznaczył także, iż pracodawca, czyli TVN SA „przedstawił odmienne stanowisko od prezentowanego przez inspektora pracy”  i twierdzi, że sposób wykonywania pracy przez Kamila Różalskiego „nie uzasadnia twierdzenia, aby była to współpraca w warunkach charakterystycznych dla umowy o pracę” .  Oznacza to, iż osoba zainteresowana uzyskaniem statusu pracownika będzie zmuszona wystąpić do sądu pracy z powództwem przeciwko pracodawcy o ustalenie istnienia stosunku pracy.

 

Kamil Różalski był zatrudniony w latach 1998 – 2012 na podstawie umowy o pracę w TVN S.A. na stanowisku operatora kamery. Wówczas odprowadzane były za niego składki na ubezpieczenie emerytalne i społeczne. Wskutek presji pracodawcy miał być zmuszony do rozwiązania umowy o pracę za porozumieniem stron i przejścia na pracę w ramach umowy o dzieło lub umowy w ramach działalności gospodarczej. W konsekwencji p. Różalski świadczył pracę w taki sposób, jak wykonuje się ją na podstawie umowy o pracę, zamiast której mógł podpisać jedynie umowę o dzieło, lub prowadzić jednoosobową działalność gospodarczą. Jak wyjaśnia p. Kamil Różalski w piśmie przesłanym do wiadomości CMWP SDP: od początku 2013 roku, gdy zwracałem przełożonym uwagę na niezgodną z prawem formę zatrudnienia oraz na zmuszanie mnie do pracy po kilkanaście godzin dziennie oraz inne patologie, konsekwentnie stawałem się ofiarą mobbingu oraz wykluczenia zawodowego w konsekwencji czego ograniczano mi pracę. (…) Z roku na rok w wyniku działań pracodawcy otrzymywałem coraz mniej pracy mimo posiadania przeze mnie bardzo wysokich kwalifikacji. I tak z operatora pracującego przy najważniejszych programach typu „Mam Talent”,”You Can Dance-Po Prostu Tańcz” czy serialu „Na Wspólnej” zostałem zdegradowany do studia DD TVN  2-3 razy w tygodniu . (…) Stan ten trwał ponad 7 lat: od dnia 1 stycznia 2013 roku do kwietnia, a właściwie września 2020 roku, gdy bez podania przyczyn straż TVN otrzymała polecenie, by nie wpuszczać mnie do siedziby firmy. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że zarówno ja, jak i inne osoby, które rozwiązały swoje umowy o pracę za porozumieniem stron, zostały do tego zmuszone szantażem (…).  Szantaż polegał na tym, że … (imię i nazwisko do wiadomości CMWP SDP) informował osobiście podczas rozmowy, że osoba, która nie rozwiąże swojej umowy za porozumieniem stron, nigdzie nie znajdzie pracy.

 

Grupa byłych pracowników stacji TVN złożyła w ZUS zgłoszenie sygnalizujące poważne nieprawidłowości w relacjach z pracodawcą 7 października 2019 roku, jednak realne działania w tym zakresie podjęto dopiero wiosną 2021 r.  Wg informacji osób, które wystąpiły z wnioskiem o kontrolę  ZUS – u  w spółce TVN S.A.,  w podobnej, jak opisana przez nich sytuacji, jest blisko 1800 współpracowników tej telewizji.  Dlatego poseł Piotr Sak zwrócił się  w tej sprawie z interwencja poselską do ZUS-u oraz do Głównej Inspekcji Pracy (czytaj TUTAJ).

 

W związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania  Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne, gdyż mogło mieć wpływ na realizację zasady wolności słowa, biorąc pod uwagę zatrudnienie Kamila Różalskiego i innych osób  w spółce medialnej (czytaj TUTAJ).

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę w 2019 r.  oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona. Pismo w tej sprawie zostało wysłane do ZUS (III Oddział w Warszawie) 17 maja b.r.  W piśmie do CMWP SDP z 21 czerwca b.r.  ZUS potwierdził prowadzenia kontroli u płatnika składek czyli w firmie TVN S.A.  Kolejne pismo z prośbą o informacje o wyniku kontroli zostało wysłane z CMWP SDP do ZUS-u 3 listopada 2021 r. Na to pismo  CMWP SDP jeszcze nie otrzymało odpowiedzi.