Reportaż tkwi we mnie – rozmowa z SEBASTIANEM REŃCĄ, dziennikarzem i pisarzem

Kiedy już zacznę pisać, nie mam trudności z tworzeniem. Szczególnie kiedy otrzymuję wewnętrzny impuls, który każe mi tworzyć – mówi Sebastian Reńca, dziennikarz i pisarz, autor powieść o masakrze w kopalni Wujek, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Głównym bohaterem pańskiej najnowszej powieści zatytułowanej „Świadek” jest znany z „Niewidzialnych” dziennikarz Wiktor Katon. Próbuje wyjaśnić tajemnicze zaginięcie przyjaciela i dziennikarza Juliusza Jędryki, który w latach 90. badał sprawę masakry górników w kopalni „Wujek”. 16 grudnia 1981 r. po ataku ZOMO i Ludowego Wojska Polskiego zginęło 9 górników, a 23 zostało rannych. Na jakie pytania chciał pan odpowiedzieć w „Świadku”?

 

Bardziej niż odpowiadać na pytania, chciałem opowiedzieć o tym, co wydarzyło się w kopalni „Wujek”. Mamy film fabularny, filmy dokumentalne, wiersze, liczne reportaże, również książkowe, nawet komiks, ale nie mamy powieści dotyczącej najtragiczniejszego epizodu stanu wojennego. Nie wiem dlaczego pisarze nie chcieli do tej pory opowiedzieć o tamtej tragedii. Pomyślałem, że skoro już pracuję w Śląskim Centrum Wolności i Solidarności pod krzyżem, który góruje nad kopalnią „Wujek”, to napiszę powieść o pacyfikacji z 16 grudnia 1981 r. Mam nadzieję, że czytelnik po lekturze mojej powieści sięgnie po kolejne książki o komunistycznej zbrodni w „Wujku” czy dokumenty filmowe.

 

W pańskiej powieści są fragmenty o wojnie na wschodzie Ukrainy. Celowy zabieg?

 

Zrobiłem to celowo, ponieważ 16 grudnia 1981 r. pod kopalnią „Wujek” toczyła się wojna. Zadaję sobie również pytanie, może trywialne, dlaczego w czasie wojny ludzie potrafią być źli. Odpowiedź podobnie jak pytanie też jest banalna, bo w czasie wojny ludzie nie odpowiadają za swoje czyny. Bez względu na czas i miejsce, takie rzeczy się dzieją i wydarzyły się  również w komunistycznej Polsce. ZOMOwcy, którzy w kopalni „Wujek” zabili górników i nie stanęli w 1982 r. przed sądem wojskowym, mieli pewność, że nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, dlatego w grudniu 1981 r. otworzyli ogień do górników.

 

Pisał pan „Świadka” jako pisarz czy dziennikarz? Nie przez przypadek o to pytam, w książce są duże i interesujące fragmenty reportażowe.

 

Reportaż tkwi we mnie i dlatego pojawia się na kartach powieści. Próbuję opisać to, co widzę przede wszystkim jako reportażysta. Przygodę z pisaniem zacząłem 20 lat temu jako reporter w „Dzienniku Zachodnim”. „Świadek” dzieje się tu i teraz. Opisuję w nim m.in. Katowice, bo je znam, a  niektóre dialogi i sytuacje są autentyczne

 

Z czym miał pan największe trudności podczas pisania najnowszej powieści?

 

Kiedy już zacznę pisać, nie mam trudności z tworzeniem. Szczególnie kiedy otrzymuję wewnętrzny impuls, który każe mi tworzyć. A tak właśnie było ze „Świadkiem”. Znając mojego bohatera dziennikarza Wiktora Katona z powieści „Niewidzialni” miałem łatwość i szybkość w tworzeniu jego dalszych losów. Szybko napisałem pierwszą wersję powieści i dałem znajomym do oceny. Wskazali mi pewne nieścisłości i błędy merytoryczne, które szybko poprawiłem w powieści.

 

Kto panu posłużył do stworzenia postaci zaginionego dziennikarza Juliusza Jędryki?

 

Do stworzenia tej postaci wykorzystałem tajemnicze zaginięcie dziennikarza Jarosława Ziętary we wrześniu 1992 r. Aby czytelnikom nakreślić cały kontekst wydarzeń, musimy się cofnąć do wydarzeń po 1989 r. Byli funkcjonariusze SB, po transformacji ustrojowej, w większości mieli się dobrze i mają. Żaden z nich nie odpowiedział za pobicia, także te ze skutkiem śmiertelnym czy za dziwne „samobójstwa”. Ci ludzie żyją wśród nas, chodzą po tych samych ulicach, dlatego nazywam ich „niewidzialnymi”. W mojej powieści jeden z nich stał za tym, co stało się z Julkiem Jędryką.

 

Cytuje pan w swojej powieści reportaż o kopalni Wujek, który ukazał się w 1982 r. w „Expresie Reporterów”. Dlaczego cenzura pozwoliła na publikację takiego tekstu?

 

Nie wiem, jak to się stało. Może cenzura chciała pokazać, że górnicy byli źli, ponieważ walczyli w obronie swojego zakładu pracy? Komendant wojewódzki Milicji Obywatelskiej w Katowicach pułkownik Jerzy Gruba tak się zdenerwował po tym, jak reportaż trafił do sprzedaży, że kazał wycofać cały nakład. Nie dało się tego zrobić, więc któryś z oficerów MO zaproponował, żeby MSW wykupiło wszystkie egzemplarze. „Expres Reporterów” błyskawicznie znikał z kiosków na Śląsku, pojawił się również w formie samizdatu.

 

To znaczy?

 

Reportaż Tadeusza Kucharskiego „Tragedia w kopalni »Wujek«” był przepisywany na maszynie do pisania i krążył w odbitkach po Śląsku.

 

Jak pan ocenia wartość dokumentacyjną tego reportażu?

 

Reportaż w ciekawy sposób opisuje strajk w kopalni „Wujek” i jego pacyfikację. Autor przysłuchiwał się procesowi górników na sali sądowej. Pomógł nawet rodzinie Aliny Muchy, zatrzymanej do procesu, skontaktować się z nią. Rodzina nie wiedziała, co się z nią dzieje. Autor reportażu siedział na sali sądowej obok Jacka Cieszewskiego dziennikarza, który w podziemiu wydał książkę o strajku w kopalni „Wujek” pod tytułem „Użyto broni”. Udało mu się nawet przekonać prokuratorów, żeby mógł zerknąć do dokumentów procesowych.

 

Wzoruje się pan na którymś ze znanych autorów reportaży?

 

Może nie wzoruję, ale Krzysztofa Kąkolewskiego uważam za jednego  z najlepszych polskich reportażystów, który miał swój unikalny styl. Miałem okazję go poznać. Odwiedziłem go w jego mieszkaniu obok Stadionu Narodowego w Warszawie. Bardzo długo rozmawialiśmy. W latach 70. wpadł na wyjątkowy pomysł, aby pojechać do Niemiec i rozmawiać ze zbrodniarzami z czasów II wojny światowej. Odsądzano  go od czci i wiary za to, że podał zbrodniarzom rękę i rozmawiał z nimi, jednak do dziś bardzo dobrze czyta się ten świetny reportaż. Inne jego reportaże, także te późniejsze, również są bardzo dobre.

 

A co pan sądzi o jego powieściach? Reportaże Kąkolewskiego bardzo cenię, ale jego powieści nie robią na mnie dobrego wrażenia.

 

Kąkolewski też mnie zapytał o to samo, co pan. Obruszył się, gdy  powiedziałem mu, że jego reportaże są o wiele lepsze niż powieści. Całkiem inaczej było z Józefem Mackiewiczem, który przed wojną był reportażystą w wileńskim „Słowie”, a na emigracji stał się wielkim pisarzem, który przecież w swoich powieściach wielokrotnie zamieszczał prawdziwe wydarzenia, których był świadkiem.

 


 

Sebastian Reńca

Rocznik 1976. Dziennikarz, publicysta, pisarz, historyk. Przez kilka lat pracował jako reporter w „Dzienniku Zachodnim”. Jako prozaik debiutował w 2009 r. powieścią „Ślady”. Napisał również dwa zbiory opowiadań pt. „Wiktoria” o działaczach opozycji antykomunistycznej z lat 80. XX wieku oraz „Spowiedź Parfena. Opowiadania katyńskie”. Powieści „Z cienia” i „Niewidzialni” były nominowane do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. W 2017 r. wydał powieść „Miasto umarłych”, a w 2021 r. zbiór reportaży i publicystyki „Jad i żądła”. Niedawno ukazała się jego najnowsza powieść o masakrze w kopalni Wujek pt. „Świadek”. Pisze też słuchowiska radiowe.

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Anna Gordijewska

ODCINEK 32. Z Anną Gordijewską, dziennikarką „Kuriera Galicyjskiego”, przewodniczką po Lwowie, rozmawia Andrzej Klimczak.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

KS. ARTUR STOPKA: Program regionalny prowadzony z Warszawy

Polityka kadrowa w publicznych mediach regionalnych ma większe znaczenie, niż to się może na pierwszy rzut oka wydawać. Tym bardziej powinna być pod społeczną kontrolą.

 

Historycy twierdzą, że to nie Stalin sformułował hasło „Kadry decydują o wszystkim”. O prawdziwości tej zasady był ponoć przekonany Lenin, a jego następca po prostu ją wielokrotnie powtarzał i z dużym zaangażowaniem starał się wprowadzać w życie obsadzając stanowiska. Ale nie tylko oni zdawali sobie sprawę ze znaczenia polityki personalnej. Nie jest przecież tajemnicą, że – jak napisano na stronach Instytutu Pamięci Narodowej w opisie jednej z pozycji wydawniczych – „czynnik ludzki miał bowiem, i raczej na pewno mieć będzie, kluczowe znaczenie w dziejach naszej cywilizacji”.

 

Nie trzeba również być geniuszem, aby wiedzieć, że w dzisiejszym świecie jedną z niezwykle istotnych (nie tylko politycznie) sfer życia społecznego są media. Nie tylko  kształtują one opinię społeczną, ale dają realną możliwość wpływania na zachowania dużych grup społeczeństwa. Dlatego każdy dysponent mediów powinien przykładać wielką wagę do tego, kogo zatrudnia, w czyje ręce powierza bezsprzecznie potężne narzędzie oddziaływania. Siła tego narzędzia domaga się odpowiedzialności, zarówno ze strony właścicieli, zarządzających, jak i tych, którzy przygotowują na różnych szczeblach produkcyjnych tzw. kontent. To nie powinni być ludzie przypadkowi. To powinni być ludzie godni zaufania. I na właściwym miejscu.

 

Gdy trzeba przejąć redakcję

 

Logicznym działaniem wydaje się w takiej sytuacji długotrwały i precyzyjny proces rekrutacji, staranna selekcja kandydatów, sprawdzanie nie tylko ich profesjonalnych umiejętności, ale również np. predyspozycji do pracy w zespole. Jednak takie postępowanie sprawdza się najlepiej w sytuacji tworzenia nowego tytułu prasowego, nowej stacji radiowej czy kanału telewizyjnego, albo powoływania jakiegoś nowego medialnego bytu w Internecie. A jeśli trzeba przejąć od dawna istniejącą redakcję?

 

Rzadko się zdarza, żeby w takich okolicznościach nie pojawiała się konieczność zmian kadrowych w zespole. Niejednokrotnie nowy dysponent konkretnego medium dochodzi do wniosku, że trzeba je przeprowadzić szybko. Spośród rozmaitych sposobów dostosowania składu osobowego redakcji do oczekiwań nowego kierownictwa łatwe w stosowaniu i skuteczne wydają się niektórym dwa.

 

Przyniosą rezultaty przeciwne

 

Pierwszy polega na ściągnięciu do zespołu zaufanych kolegów i sprawdzonych współpracowników z innych mediów, m. in. z tych, w których się wcześniej pracowało. Drugi sposób polega na zatrudnieniu gwarantowanych gwiazd, najlepiej błyszczących aktualnie w medialnych przedsięwzięciach większego kalibru i świetnie rozpoznawalnych. Obydwie metody mogą się wydawać atrakcyjne, warto jednak zastanowić się, czy nadają się do zastosowania wszędzie i w każdych warunkach. Nie tylko z uwagi na problemy z organizacjami gotowymi bronić dotychczasowych pracowników, którzy nie pasują do aktualnej koncepcji konkretnego medium.

 

O ile bowiem wspomniane drogi budowania na nowo zespołu redakcyjnego mogą się okazać bardzo praktyczne w mediach prywatnych, o tyle w mediach publicznych nie tylko z dużym prawdopodobieństwem będą budzić kontrowersje i opory, ale na dłuższą metę przyniosą rezultaty przeciwne do oczekiwanych. Zwłaszcza wtedy, gdy spróbuje się je wdrożyć w mediach publicznych o charakterze regionalnym czy lokalnym.

 

Wpisał w grafik gospodarzy

 

Pod koniec października br. w medialnym światku zrobiło się dość głośno o jednej z regionalnych rozgłośni publicznego radia. Jej urzędujący od sześciu miesięcy prezes, będąc w sporze ze związkami zawodowymi w sprawie wysokości wynagrodzeń i zwalniania pracowników, przy przebudowie zespołu zastosował drugą z omówionych powyżej metod. Wpisał w grafik gospodarzy audycji trzy bardzo znane osoby kojarzące się obecnie ze stolicą. Dwie z nich to wybijające się twarze publicystyki ogólnopolskiej telewizji publicznej. Według dostępnych w mediach branżowych informacji, wszyscy troje mieli prowadzić swoje programy… z Warszawy. Czy istotnie właśnie tego typu rozwiązań personalnych i programowych oczekują słuchacze regionalnego publicznego radia? Byłoby interesujące poznać opinię Rady Programowej wspomnianej rozgłośni na temat nowego kształtu ramówki.

 

Od czasu do czasu niektórzy publicyści przywołują cytat z opublikowanej szesnaście lat temu (we wrześniu 2005 r.) przez Ogólnopolską Federację Organizacji Pozarządowych „Strategii rozwoju społeczeństwa obywatelskiego”. Dotyczy on mass mediów, nazywanych wówczas jeszcze dość powszechnie środkami masowego przekazu. Katarzyna Sadło, publicystka znana jako Kataryna, przemyślenia o mediach zawarte w tym dokumencie określiła w zeszłym roku jako „z dzisiejszej perspektywy uroczo naiwne”.

 

 Powinny tworzyć płaszczyznę wymiany

 

Mimo to warto je po raz kolejny przypomnieć. Zdaniem trojga autorów „Strategii” mass media są zarówno największą szansą, jak i największym zagrożeniem dla funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Według nich szczególną wagę należy przywiązywać do niekomercyjnych, społecznie zaangażowanych środków przekazu. „Publiczne media powinny tworzyć płaszczyznę wymiany idei, poszukiwania prawdy i promocji działań, których celem jest dobro wspólne” – napisali, dodając, że nie będzie to możliwe bez sprawnej kontroli społecznej nad mediami publicznymi i wpływu opinii publicznej na kształt mediów komercyjnych.

 

Przy okazji wyszło na jaw, że prezes wspomnianej regionalnej rozgłośni nie był prekursorem w zatrudnianiu do prowadzenia w swojej stacji audycji znanych twarzy ze stolicy. Okazało się, że wspomniane gwiazdy telewizji publicznej mają już swoje programy w innych publicznych lokalnych radiostacjach.

 

Nie powinno dochodzić

 

Prof. Jacek Dąbała, medioznawca i audytor jakości mediów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, komentując zaistniałą sytuację zauważył, że w mediach publicznych nie powinno dochodzić „do zachowań typu prywatnego”. Za takie jego zdaniem można uznać zwalnianie wieloletnich pracowników i jednocześnie zatrudnianie osób z mediów rządowych, czyli stronniczo relacjonujących rzeczywistość. Można też natrafić na opinie medioznawców oceniających rzecz w znacznie ostrzejszych sformułowaniach.

 

Tym pilnej powinny się głośno wypowiedzieć o opisanym zjawisku powołane przez Radę Mediów Narodowych gremia, których zadaniem jest opiniowanie programów w mediach publicznych. Nawet jeżeli oczekiwanie na taką reakcję wyda się dzisiaj komuś naiwne.

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Tadeusz Płużański

ODCINEK 31. Z Tadeuszem Płużańskim, publicystą, historykiem, prezesem Fundacji „Łączka”, rozmawia Błażej Torański.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

MIROSŁAW USIDUS: Medialny smród w amerykańskim stylu

Wykradziony został raport o wojnie wietnamskiej, tzw. „Pentagon papers”, który opublikowali dziennikarze „Washington Post”, zaś kilka lat temu przedstawieni jako bohaterowie w filmie „Czwarta Władza”. Kradzione były materiały „Watergate”. Jednak tamte śledztwa były „wielkimi momentami dziennikarstwa”. Dlaczego te same media nie protestują, gdy teraz FBI robi nalot na Project Veritas?

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości Bidena, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok temu, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze czyli Departament Sprawiedliwości Bidena zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Oczywiście wielu jest chętnych do pomniejszania rangi pamiętnika córki prezydenta Bidena, co pomaga migać się od zarzutów o stosowanie podwójnych standardów w cenie postępowania wobec niezależnego śledczego dziennikarstwa. Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu, a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Poza tym, na co zwraca uwagę wielu prawników, skoro sprawa dotyczy sfery całkiem prywatnej i panna Ashley jest ofiarą złodzieja osobistych sekretów, to dlaczego nie rozgrywa się to na poziomie zwykłego lokalnego (stanowego) wymiaru sprawiedliwości, lecz zajmuje się tym Departament (ministerstwo) Sprawiedliwości USA i Federalne Biuro Śledcze. Krążą też pytania do mediów, nie tylko o to, dlaczego nabrały wody w usta i udają, że nie widzą, że sprawa jest uderzeniem w wolność i niezależność mediów, w zasadę ochrony ich źródeł informacji i niezależności dziennikarzy.

 

Pyta się także np. „The New York Times”, jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów w tym przypadku.

 

Woń trzecioświatowych amerykańskich standardów

 

Na szczęście są jeszcze w USA sądy, że zacytuję pewnego mecenasa, bo na obiektywne i sprawiedliwe media, jak widać, nie ma już co liczyć, nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych. Sąd federalny nakazał kilka dni temu Departamentowi Sprawiedliwości zaprzestanie „wydobycia” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. No bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”.

 

Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Czy „New York Times” ma dostęp do telefonu O’Keefe’a?

 

Do tej brzydko pachnącej sprawy dochodzą dwuznaczne postawy i zachowania mediów „mainstreamu”, polegające nie tylko na stosowaniu podwójnych standardów i stronniczości politycznej. O’Keefe w swoim wystąpieniu po nalocie BFI zwrócił uwagę, że „w ciągu godziny” od momentu, gdy w jego drzwi załomotali agenci FBI, reporter „The New York Times” skontaktował się z nim w celu uzyskania komentarza. Fakt, że „NYT” wie o akcjach służb Bidena niemal natychmiastowo i jest doskonale poinformowany o wszystkich szczegółach śledztwa (w końcu, przypominam, to „New York Times” a nie Project Veritas potwierdził w swojej publikacji autentyczność pamiętnika Ashley Biden), nie uszedł uwagi obserwatorów polityczno-medialnej sceny.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie, a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas, a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny.

 

Akademik przypomniał, że Biden ma już na koncie wykorzystanie FBI do załatwiania swoich spraw. Gdy był wiceprezydentem, FBI szukało broni należącej do jego syna Huntera Bidena, która została w tajemniczych okolicznościach wyrzucona w pobliżu jakiejś restauracji. Joe Biden ma więc tendencję do korzystania z państwowych służb w takich „szczególnie bliskim mu” sprawach, w których nie te służby nie powinny być angażowane. Turley zauważa, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie robią. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy.

 

Jeszcze we wrześniu 2015 roku serwis O’Keefe’a publikował informacje o nieprawidłowościach wyborczych w Minnesocie. Wówczas grupa lewicowych, czyli po amerykańsku mówiąc, liberalnych, naukowców m. in. z Uniwersytetu Stanforda oskarżyła Project Veritas o dezinformację. O’Keefe zażądał dowodów a gdy przedstawiciele uczelni ich nie przedstawili, pozwał grupę akademików występujących w ramach grupy o nazwie Election Integrity Partnership, do sądu, zarzucając im zniesławienie. W pokrewnej sprawie Project Veritas toczył prawną batalię z reporterką „The New York Times”, Maggie Astor, która powoływała się w swoich filipikach na temat Project Veritas na raport Election Integrity Partnership.

 

Okazało się, że zarówno badacze ze Stanforda, jak też dziennikarka „NYT” nie tyle obalali fakty podawane przez Project Veritas, ile „demaskowali mechanizm wirusowej i skoordynowanej dystrybucji tych materiałów w internecie”. Cóż, mnóstwo zarówno prawdziwych jak też nieprawdziwych, a także np. komercyjno-reklamowych materiałów dystrybuowanych jest według precyzyjnie opracowanych planów, kampanii, czasem angażujących spore środki. Nie ma w samym tym mechanizmie nic niewłaściwego. Jest to wykorzystywanie narzędzi, z których każdy może skorzystać. Istotne jest, że według tych badaczy i dziennikarzy o podobnie lewicowych poglądach dowodem na dezinformację była nie tyle sama dezinformacja, ile technika jej dystrybucji.

 

Przypadków, które sprawiają, że media „głównego nurtu” mają powody nie znosić  Project Veritas jest znacznie więcej. W kwietniu tego roku serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwIjmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sadu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam GoldmanMark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Wychodzą w tej sprawie zatem kolejne brudy i są to brudy pomiędzy mediami po przeciwnych stronach politycznej barykady. Skandalem jest najeżdżanie przed świtem dziennikarza oddziałem siepaczy ze służb, skandalem – wykorzystywanie do sprawy, która ma rangę zwykłego przestępstwa, państwowego aparatu, skandalem jest także stosowanie podwójnych standardów wobec mediów, które przecież już dawno temu wywalczyły sobie prawo do publikacji zdobytych, a nawet wykradzionych (pod warunkiem, że nie same wykradły), ale ważnych dla opinii publicznej, materiałów. Ale wykorzystywanie swoich dziennikarskich kontaktów do zdobywania informacji na temat strategii drugiej strony w procesie – to już jest po prostu smród.

 

P.S. Jest w tej wieloaspektowo przykrej sprawie i optymistyczny akcent. Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU), organizacja mająca opinię skłaniającej się raczej w lewym kierunku politycznym. Zdobyła się więc na coś, na co nie umieją się zdobyć, równie lewoskłonne, media „głównego nurtu” w USA.

 

Opinia amicus curiae CMWP SDP w sprawie red. Pawła Gąsiorskiego pozwanego z art. 212 kk za zniesławienie gminy Rędziny

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP działające jako amicus curiae w sprawie red. Pawła Gąsiorskiego przesłało do Sądu Rejonowego w Częstochowie opinię amicus curiae (“przyjaciela sądu”)  w związku z postępowaniem z art. 212  k.k. z oskarżenia Gminy Rędziny przeciwko red. Pawłowi Gąsiorskiemu . Wyrok w tej sprawie ma być ogłoszony 23 listopada.

 

Red. Paweł Gąsiorski został oskarżony o opublikowanie w 2019 r. na prowadzonym przez siebie  portalu www.gminaredziny.pl dwóch artykułów na temat wydatków i dochodów związanych z odbiorem, gospodarowaniem i transportem śmieci w Gminie Rędziny. Teksty te zostały także opublikowane na profilu gminy na portalu Facebook.  Według aktu oskarżenia, gmina została zniesławiona  m.in. sformułowaniem “gmina nieźle zarabia na Waszych odpadach”,  “mieszkańcy za dużo płacą za śmieci”, co  rzekomo spowodowało utratę zaufania do gminy Rędziny przez mieszkańców. Gmina nie zwróciła się do portalu o sprostowanie treści artykułu ani w części, ani w całości.  W toku postępowania sądowego Paweł Gąsiorski nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i w tym zakresie złożył wyjaśnienia. Zgodnie z jego linią obrony, nie uchybił on wymogom art. 12 ust. 1 ustawy – Prawo prasowe, dochowując wskazanej przez ustawodawcę staranności i rzetelności. Podniósł również, że gmina nie może oskarżycielem prywatnym w niniejszej sprawie.

 

W swojej opinii CMWP SDP podkreśla, iż zastrzeżenia oskarżonego dziennikarza dotyczące braku legitymacji procesowej (formalnej) po stronie gminy są słuszne.  Gminny samorząd terytorialny jest upoważniony do załatwiania lokalnych spraw publicznych, które zostały ustawowo włączone do zakresu jego działania. Art. 6 ust. 1 ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie terytorialnym stanowi, że do zakresu działania gminy należą wszystkie sprawy publiczne o znaczeniu lokalnym, niezastrzeżone ustawami na rzecz innych podmiotów. Z art. 7 ust. 1 w/w ustawy wynika, że do zadań własnych gminy należy zaspokajanie potrzeb zbiorowych wspólnoty. Ustawa nakłada więc na gminę obowiązek podejmowania takich działań na rzecz wspólnoty lokalnej, które mieszczą się w zakresie działania gminy i służą realizacji ogólnych, wspólnych kategorii interesów tej społeczności. Ponadto, nie wszystkie działania podejmowane przez jednostki gminnego samorządu terytorialnego mogą zostać uznane za spełniające przesłanki publicznego charakteru oraz lokalnego znaczenia (w rozumieniu ustawy o samorządzie gminnym), jeżeli nie zostały tak wyraźnie zakwalifikowane w przepisach. Wniesienie przez wójta w imieniu gminy prywatnego aktu oskarżenia nie spełnia przesłanki zaspokajania zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej i wykracza poza ustawowe kompetencje gminy. Legitymowanym formalnie do wniesienia aktu oskarżenia mógłby być hipotetycznie wójt gminy jako osoba fizyczna i to jedynie w przypadku, gdyby jego osobiście dotyczyły zarzuty mogące wyczerpywać przesłanki zniesławienia. W wyroku z 10 sierpnia 2004 r., sygn. akt III SA/Lu 370/04 Wojewódzki Sąd Administracyjny w Lublinie wskazał, że uprawnionymi do wniesienia aktu oskarżenia o zniesławienie z art. 212 § 1 k.k. mogą być radni rady gminy oraz wójt gminy jako osoby fizyczne (lub grupa osób), a nie jako organy gminy.

 

Niezależnie od powyższego,  CMWP SDP zwróciło uwagę, że opinie formułowane przez Pawła Gąsiorskiego w inkryminowanych artykułach należy rozumieć jako działanie nakierowane na wyjaśnienie sprawy oraz zwrócenie na nią uwagi opinii publicznej. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.” Wreszcie, zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

 

W ocenie CMWP SDP  samo oskarżenie red. Pawła Gąsiorskiego stanowi poważne naruszenie jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa. Należy podkreślić, że gmina nie skorzystała z możliwości złożenia wniosku o sprostowanie zawartych w artykułach prasowych treści, które uważa za nieprawdziwe lub nieścisłe. W tym kontekście argumentacja zawarta w akcie oskarżenia budzi poważne wątpliwości, bowiem kluczowym elementem sprawy wydaje się raczej chęć ukarania „nieprawomyślnego” dziennikarza za publikację niż rzeczywiste dążenie do wyjaśnienia stanu faktycznego i obrony dobrego imienia samorządu.

 

CMWP stoi w związku z tym na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie red. Pawła Gąsiorskiego do podejmowania tematyki gospodarki finansowej gminy Rędziny.  Akcja ta nie służy więc założonym przez ustawodawcę celom, lecz w istocie tłumieniu krytyki, która stanowi przecież niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Przyczynia się do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne skazanie dziennikarza spowodowałoby tzw. efekt mrożący i byłoby nie do pogodzenia z aktywizmem społecznym obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, krytykować i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

Wypada dodać, że na Zachodzie Europy byłoby nieprawdopodobne, aby dziennikarz został skazany wyrokiem karnym za krytykę działań gminnej jednostki samorządu terytorialnego, a w każdym razie musiałaby to być sytuacja zupełnie wyjątkowa. Wynika to z faktu, iż skazywanie za krytykę organów publicznych nie mieści się w europejskich standardach wolności słowa. Skazania w takich sprawach wciąż jednak zdarzają się w krajach, które dawniej znajdowały się za żelazną kurtyną i stanowi to w dużej mierze pozostałość minionej epoki historycznej. Obecnie, praktyka orzecznicza polskich sądów szeroko nawiązuje do dorobku doktryny i orzecznictwa z zakresu wolności słowa, wypracowanego w tym zakresie w krajach Unii (a poprzednio Wspólnoty) Europejskiej. Powyższe należy również uwzględnić w niniejszej sprawie, biorąc pod uwagę orzecznictwo krajowe i zagraniczne odnoszące się do tej materii. Z orzecznictwa ETPCz wynika bowiem, że zakres dopuszczalnej krytyki organów publicznych jest znacznie szerszy. „Najwyższy poziom ochrony przysługuje wypowiedziom dotyczącym polityków i urzędników wysokiego szczebla, przy czym krytyka może być skierowana przeciwko państwu, rządowi i innym instytucjom państwowym” (Akta praw człowieka nr 18, Wolność wypowiedzi w Europie – orzecznictwo dotyczące artykułu 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – cyt. za: D. Bychawska – Siniarska, „Ochrona Prawa do wolności wyrażania opinii na mocy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka”, wyd. Rady Europy).

 

Mając powyższe na względzie, kierując się celem ochrony praw człowieka i obywatela, CMWP przedstawia niniejszą opinię.

 

 

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

 

 Michał Jaszewski, doradca ds. prawnych SDP

 

Warszawa, 19 listopada 2021 r.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ja jako faszysta i antysemita

Krytycy 11 listopada i Marszu Niepodległości po raz kolejny ujawnili pokłady nienawiści wobec patriotyzmu Polaków. Świętujący najpiękniejszą polską ideę nazywani byli – jak co roku – faszystami, antysemitami, naziolami.

 

Historia takiego szkalowania Polaków sięga rewolucji bolszewickiej. A faszystami zaczęli sowieci nazywać swoich wrogów od czasu wojny w Hiszpanii (1936-1939). Czerwona propaganda przeżyła 1989 r. I tak w wydanej w 2003 roku książce „Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści” Sergiusz KowalskiMagdalena Tulli dalej nazywali Polaków faszystami, siewcami nienawiści.

 

Autorzy „Raportu…”, sygnowanego jako opracowanie „Otwartej Rzeczpospolitej – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii” i Instytutu Studiów Politycznych PAN, swoim „postępowym” okiem zlustrowali kilka ukazujących się w latach 90. niezależnych tytułów (przeważnie niszowych: „Głos”, „Najwyższy Czas”, „Tygodnik Solidarność”, „Nasz Dziennik”, „Nasza Polska”) i ich autorów. Powyciągali fragmenty i na marginesie stron dodali swoje jakże tolerancyjne, pełne miłości komentarze. Pozwolę sobie przytoczyć te cząstki moich tekstów i opinii na ich temat, bo zostałem wyróżniony umieszczeniem w gronie nienawistników. Wszystko pozostawiam bez komentarza, żeby Państwo sami wyrobili sobie zdanie.

 

Przykład pierwszy

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Paragraf nie dla każdego” (jak zauważają S. KowalskiM. Tulli – o procesie wytoczonym przez Alinę Grabowską [dziennikarkę] współpracownikowi „Tygodnika Solidarność”).

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Alina Grabowska poczuła się urażona treścią felietonu, zamieszczonego przez Antoniego Lenkiewicza w jego książce „Typy i typki postkomunizmu” (…), w której autor zaliczył ją do grona <<poputczyków>>, <<zdrajców Solidarności>> (…) którym w pewnym okresie było z nią po drodze, mimo że mieli zupełnie inne cele, ewidentnie sprzeczne z polską racją stanu”.

 

Komentarz S. KowalskiegoM. Tulli:

 

„Kontekstem jest zasugerowane niżej żydowskie pochodzenie Aliny Grabowskiej, zabieg automatycznego wcielenia osoby pochodzenia żydowskiego w szeregi komunistów i zdrajców…”

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„W sprawie Aliny Grabowskiej przeciwko Antoniemu Lenkiewiczowi zastanawia tempo wydania wyroku. Procesy w III RP trwają średnio kilka lat, a czasem w ogóle nie maja finału. Tak jest np. w przypadku stalinowskich zbrodniarzy, ludzi odpowiedzialnych za masakrę na Wybrzeżu w Grudniu 1970, strzelanie do górników w kopalni „Wujek”, śmierć Grzegorza Przemyka, czy afery FOZZ…”

 

Komentarz:

 

„Sugestia: antysemityzm nie istnieje, ale może się pojawić – za karę – jeśli Żydzi będą go obsesyjnie tropić”.

 

Przykład drugi

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Niemcy byli w Jedwabnem”.

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Wbrew twierdzeniom J.T. Grossa, zawartym w książce Sąsiedzi, że 10 lipca 1941 roku mordu na jedwabieńskich Żydach dokonało polskie społeczeństwo, coraz więcej faktów jednoznacznie wskazuje, iż Niemcy nie tylko inspirowali mord, ale również brali w nim bezpośredni udział (nie podważa to wersji, że w spaleniu Żydów uczestniczyli mieszkańcy Jedwabnego). (…) Czyżby oznaczało to koniec zbiorowej histerii, rozpętanej przez „Gazetę Wyborczą”, a podchwyconej przez publiczną telewizję?”

 

Komentarz:

 

„Pogardliwe określenie <<zbiorowa histeria>> odbiera powagę sprawie masowego mordu”.

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„Czy wobec nowych faktów, ujawnionych przez IPN, dalej będziemy prześcigać się w przepraszaniu Żydów za Jedwabne? Co z przeprosinami prezydenta w imieniu wszystkich Polaków?”

 

Komentarz:

 

„Marginalizacja ofiar, wizerunek <<wszystkich Polaków>> jako centralna kwestia sprawy Jedwabnego”.

 

Tego samego tekstu fragment trzeci:

 

„<<Gazeta Wyborcza>>, po cyklu artykułów afirmujących <<Sąsiadów>>, też [jak IPN] złagodziła swoje stanowisko w sprawie mordu […] czyżby Michnik zaczął krytykować Grossa?”

 

Komentarz:

 

„W tle założenie, że <<obcy>> będą przemawiać jednym głosem, bo mają wspólne interesy”.

 

Tego samego tekstu fragment czwarty:

 

„Historycy zwracają uwagę, że wyjaśnienia mordu w Jedwabnem i okolicy należy szukać również w stosunku części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką…”

 

Komentarz:

 

„próba usprawiedliwienia zbrodni przez oskarżenie ofiar, z powołaniem się na ogół historyków”.

 

Tego samego tekstu fragment piąty:

 

„Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią. Przykładem jest Grodno. Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie (…) próbowały opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę”.

 

Komentarz:

 

„obraz mniejszości jako bandy zdrajców i dywersantów…”

 

Tego samego tekstu fragment szósty:

 

„Za udział w obronie Grodna rozstrzelano kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów”.

 

Komentarz:

 

„etniczny klucz podziału na obrońców i denuncjatorów; sugestia: Żydzi nie uczestniczyli w obronie, a Polacy w denuncjacjach”.

 

Tego samego tekstu fragment siódmy:

 

„Obecna kampania przeciwko Polakom jednak nie słabnie. Ponieważ z Jedwabnem sprawa okazała się skomplikowana, wyciągnięto sprawę sąsiedniej wioski – Radziłowa. Tam też w podobnym czasie doszło do pogromu Żydów. Inspiratorzy wszczynania kolejnych śledztw najwyraźniej liczą na to, że może gdzie indziej uda się wskazać polskie sprawstwo zbrodni, a potem… odzyskać utracone mienie”.

 

Komentarz:

 

„sugestia sterowanego antypolskiego spisku, wzmocniona słowami: <<kampania>> i <<inspiratorzy>>, oraz bezosobowym <<wyciągnięto>>; sugestia: wszystkim upominającym się o pamięć ofiar w istocie chodzi tylko o <<mienie>>”.

 

Przykład trzeci

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Tekst pod tytułem: „Polski Pinochet. Czy dojdzie do ekstradycji Heleny Wolińskiej” (dopisek S. Kowalski i M. Tulli: winy Żydów wobec Polaków).

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Również w tej sprawie pojawił się, znany od dawna, a powtarzany coraz częściej <<argument>> o polskim antysemityzmie. „The Independent” podkreślał, że Wolińska [wcześniej Fajga Mindla Danielak – red.] jest Żydówką, jedną z nielicznych już przedstawicielek mniejszości żydowskiej w Polsce, która ocalała z Holocaustu. (…) Mąż Wolińskiej – Włodzimierz Brus (dawniej Beniamin Zylberberg, w czasie wojny oficer polityczny LWP, później marksistowski ekonomista, a następnie rewizjonista) stwierdził z kolei, że jego żona jest… kozłem ofiarnym”.

 

Komentarz:

 

„Opinia, że w Polsce istnieje antysemityzm, zdyskredytowana jako wyraz ignorancji zachodnich mediów, skrupulatnie przytoczone <<prawdziwe nazwiska>> podkreślają obcość bohaterów artykułu…”

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„Nawet niektóre brytyjskie gazety sugerowały, że do ekstradycji Wolińskiej może nie dojść, gdyż byłej prokurator będzie bronić wpływowa mniejszość narodowa. W Polsce w jej obronie stanęła „Gazeta Wyborcza”, najpierw przez dłuższy czas przemilczając sprawę, a potem relatywizując jej winę”.

 

Komentarz:

 

„teza o nadmiernych w Polsce wpływach Żydów działających jako zorganizowane ciało zbiorowe, tu przywołana na odpowiedzialność brytyjskiej prasy”.

 

Przykład czwarty

 

„Najwyższy Czas”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Niepopularny mord w Koniuchach”.

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Gazeta Wyborcza” po raz kolejny pokazała, że wybiórczo podchodzi do rzeczywistości. Sprawa brutalnego mordu na polskich mieszkańcach wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie, który miał miejsce najprawdopodobniej w styczniu 1944 roku, dostrzegła dopiero po kilku miesiącach od jej nagłośniona. Ale co tu się dziwić – na Koniuchach nie da się zrobić geszeftu, tak jak na Jedwabnem”.

 

Komentarz:

 

„Słowo <<geszeft>> pośrednio włożone w usta atakowanym ma ich naznaczyć jako Żydów i jako naciągaczy”.

 

Tu „postępowi” lustratorzy całkowicie pominęli kontekst – co to była za zbrodnia. A kilkadziesiąt niewinnych, cywilnych mieszkańców wsi Koniuchy wymordowali sowieccy i żydowscy partyzanci.

 

 

Poseł Borys Budka przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Sprawa objęta monitoringiem CMWP SDP

16 listopada br. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się kolejna rozprawa cywilna z powództwa Borysa Budki przeciwko Tomaszowi Sakiewiczowi i spółce Niezależne Wydawnictwo Polskie. Poseł Platformy Obywatelskiej zarzuca redaktorowi naczelnemu Gazety Polskiej, że poprzez publikację okładki swojego tygodnika naruszył jego dobra osobiste. Chodzi o wydanie z 10 listopada 2020 r., na którym polityk – w towarzystwie innych osób oraz na tle logotypów niektórych mediów i ugrupowań – został opatrzony podpisem „oni roznieśli zarazę i śmierć”. Okładka odnosi się wprost do ugrupowań oraz osób będących twarzą demonstracji przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z października ub.r.

 

Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. Rozprawa odbyła się w formie online i trwała 1,5 godziny. W złożonym pozwie Borys Budka domaga się zapłaty 10 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz publikacji przeprosin na okładce Gazety Polskiej zarówno w formie papierowej jak i elektronicznej.

 

Zeznania Borysa Budki

 

Budka, zeznając jako pierwszy, mówił: To nie jest pismo satyryczne, to nie jest karykaturalny rysunek. To jest okładka, która jest umieszczona w periodyku – nie mnie oceniać jakość – który istnieje w wielu witrynach kiosków i na niektórych stacjach benzynowych. Każdy, kto zetknie się z tego typu okładką i z tak kategorycznym stwierdzeniem może w sposób absolutnie nieuprawniony i niezgodny z faktami dojść do wniosku, że jestem jedną z osób, które zawiniły jakiejś nieokreślonej zarazie czy śmierci. Ówczesny szef PO twierdził, że po publikacji zaczęły zgłaszać się do niego anonimowe osoby, oskarżając go o śmierć ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z propagowanymi przez niego demonstracjami. To bardzo mocno odbiło się na mojej psychice – wspominał polityk.

 

Budka twierdził, że jego udział w maseczce na demonstracji nie miał najmniejszego związku ze wzrostem zachorowań na COVID-19. Gdyby tak było, to nie przypuszczam, by pozwany [red. Sakiewicz – przyp. red.] 2 tygodnie temu wzywał do udziału w tzw. Marszu Niepodległości w Warszawie. Nie ma gorszego oskarżenia osoby publicznej – apelował – aniżeli oskarżenie o przyczynienie się do śmierci. Można nie zgadzać się publicznie, ale są jakieś granice.

 

Zdaniem Borysa Budki publikowane przez niego treści w Internecie, dotyczące protestów przeciwko wyrokowi TK, miały wyłącznie charakter informacyjny; nie zaś zachęcający do udziału w manifestacji. Na pytanie red. Tomasza Sakiewicza o to, czy był świadom obowiązującego wówczas zakazu masowych zgromadzeń, były lider PO stwierdził, że nie było podstawy prawnej do wydania określonych obostrzeń. Nie uznawałem ministra zdrowia [min. Szumowskiego – przyp. red.] za jakiś wielki autorytet w tej sprawie chociażby po aferze respiratorowej” – przyznał otwarcie poseł – Jestem prawnikiem, a nie lekarzem. Nie zajmuję się śledzeniem tego typu informacji – oświadczył Borys Budka. Czyli prawo Pana nie dotyczy, a o ostrzeżeniach lekarzy Pan nie słyszał? – odpowiedział T. Sakiewicz.

 

Przesłuchanie red. Tomasza Sakiewicza

 

Redaktor naczelny Gazety Polskiej rozpoczął swoje zeznania od stwierdzenia, iż od samego początku trwania epidemii przyłożył wielką wagę do walki z COVID-19 i spraw związanych z bezpieczeństwem, powiedział wprost : bardzo ostro krytykowaliśmy polityków ze wszystkich stron, w tym również ze strony prawej, którzy nawoływali do łamania obostrzeń. Red. Tomasz Sakiewicz powoływał się na liczne wypowiedzi lekarzy i innych specjalistów, którzy apelowali, by nie organizować zgromadzeń publicznych, jako źródeł masowych zakażeń i śmierci. W tym czasie grupa polityków i osób publicznych podjęła decyzję odwrotną do obowiązującego prawa, zaleceń lekarzy i powszechnej wiedzy medycznej, nakłaniając i zachęcając ludzi do uczestnictwa w masowych demonstracjach tylko po to, żeby uzyskać dodatkowe poparcie polityczne. Nie było w tym żadnego istotnego celu społecznego. Faktycznie to poparcie uzyskali – wbrew temu, co mówi Pan Borys Budka. Rzeczywiście: chwilowe poparcie kosztowało śmierć bardzo wielu ludzi. Redaktor naczelny  Gazety Polskiej zaznaczył, że od samego początku trwania epidemii konsekwentnie podchodzi do kwestii związanej z bezpieczeństwem: Doprowadziłem do ukarania osób funkcyjnych w moich mediach, które nie przestrzegały obostrzeń epidemiologicznych. Tym bardziej uważałem, że należy napiętnować osoby publiczne, które zachowują się nieodpowiedzialnie. A zachowanie Pana Borysa Budki było przykładem skrajnej nieodpowiedzialności i egoizmu politycznego, w którym kosztem ofiar dąży się do uzyskania kilku procent poparcia. Tomasz Sakiewicz zwrócił uwagę, że obecna sytuacja diametralnie różni się od tej sprzed roku: Różnica pomiędzy obecnym Marszem Niepodległości czy jakąkolwiek dzisiaj demonstracją a tamtymi wydarzeniami jest taka, że każdy, kto chce, może się zaszczepić.

 

Na pytanie Sądu o napis umieszczony na okładce tygodnika naczelny Gazety Polskiej stwierdził, iż roznoszenie zarazy i śmierci odwołuje się do tego, że masowe demonstracje – do których nawoływały te osoby publiczne – prowadziły do roznoszenia zarazy i śmierci”. Zdaniem red. T. Sakiewicza nawoływanie do uczestnictwa w demonstracjach jest bardziej niebezpieczne niż zarażenie się samemu. Jeśli poprzez publikację okładki Gazety Polskiej – przez którą stoję dziś przed sądem – udało mi się ocalić choćby 1 ludzkie życie, to jestem gotów ponieść 10 takich kar, jakie chce nałożyć na mnie cenzura z Platformy Obywatelskiej – podsumował sprawę red. Tomasz Sakiewicz.

 

Ogłoszenie wyroku  w tej sprawie ma nastąpić 30 listopada br.

 

Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP (czytaj TUTAJ).

 

Tekst i zdjęcia : Anna Maria Szczepaniak

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Wojciech Cejrowski

ODCINEK 30. Z Wojciechem Cejrowskim, podróżnikiem, dziennikarzem, autorem książek i programów telewizyjnych rozmawia Krzysztof Skowroński.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

Dlaczego dziennikarze odchodzą z gazet Polska Press? – analiza ADAMA SOCHY

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w tych mediach będzie się odbywać tylko do jednej politycznej bramki.

.

Karina Obara, dziennikarka „Gazety Pomorskiej” (Polska Press), największej gazety grupy, zdecydowała się odejść z redakcji po 18 latach pracy. To kolejne odejście z gazet kupionych przez Orlen.

 

„Nie będę legitymizować tej władzy”

 

Dziennikarka jednej z 20 gazet Orlenu poinformowała o tym na swoim profilu na Facebooku, ilustrując go banerem ze zdjęciem zmarłej Izy z Pszczyny i napisem #AniJednejWięcej.

 

Kochani, szukam nowej pracy. Nie mogę już dłużej pracować w Polska Press i w Gazecie Pomorskiej. Nie potrafię spojrzeć sobie w lustrze w twarz. Od czerwca, odkąd kupił nas Orlen, dostałam zakaz komentowania wydarzeń politycznych. Nie pozwolono mi także rozmawiać z niezależnymi ekspertami o tym, co się w Polsce dzieje. Od czasu do czasu zdarzał się wyjątek – miałam porozmawiać z „ich ekspertem”, który oceni sytuację zgodnie z linią partii rządzącej. Nie mogłam. Na liście były głównie nazwiska, które znacie z mowy nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam kneblowania i nacisku, zakazu pisania o tym, co jest obowiązkiem dziennikarskim (…). Nie można wykonywać zawodu dziennikarki z kneblem na ustach. Nie można milczeć, gdy w Polsce łamane są prawa człowieka. A mnie i moich kolegów komentujących wydarzenia polityczne, zmuszono do milczenia. Chcesz tu pracować – żadnego analizowania wydarzeń politycznych, żadnych rozmów z „mądrymi głowami” (sic!). Żeby czytelnicy w regionach nie wiedzieli, nie myśleli samodzielnie, głosowali tak, jak chce obecny rząd. Żyję w konflikcie wewnętrznym. Wstyd mi. Moje ciało odmawia posłuszeństwa. Nie chcę pracy, która jest hańbą. Nie umiem zamknąć oczu na to, co PiS robi z naszym krajem. Nie mogę zasnąć, gdy wiem, że małe dzieci umierają w lesie na wschodniej granicy. Nie potrafię nie czuć krzywdy dziewczyny-matki z Pszczyny, która zmarła na sepsę przez wprowadzenie w Polsce chorego prawa. To mogła być moja córka. Też przeszła sepsę. Przeżyła, bo mieszka w Wielkiej Brytanii.

Czuję bezradność i strach o wszystkie kobiety w Polsce. O wszystkich mężczyzn, którzy doświadczają „karzącej ręki rządu”. O wszystkie dzieci w szkołach, które przejął umysł ministra Czarnka. Nie będę więcej legitymizować tej władzy swoją obecnością w Polska Press. Brzydzę się hipokryzji, wycierania sobie gęby Bogiem, nepotyzmu i służalczości. Chcę żyć w prawdzie, w wolności słowa, demokracji i odwadze. Chcę podążać za wartościami, które są mi bliskie. Hasło: „Ani jednej więcej” dotyczy też mnie. Ani jednej więcej bezsensownej śmierci. Żyjąc w konflikcie wewnętrznym, umieramy za życia. Dlatego szukam nowej pracy.

 

Użycie przez red. Obarę zdjęcia zmarłej Izy oburzyło czytelników portalu tylkotorun.pl, który zamieścił informację o odejściu „znanej dziennikarki” i zacytował obszerne fragmentu jej manifestu.

 

„UŻYWANIE TWARZY zmarłej kobiety jako banera… jej osobistej tragedii śmierci, jako “element do CV”, w poszukiwaniu pracy – to więcej niż HAŃBA – komentowali czytelnicy. –  To nie jest ludzkie! Coś okropnego!” i następny wpis: „dziennikarka stosuje “numer na zmarłą”- dla osobistych korzyści politycznych. Po to, by zamieniły się one, w osobiste korzyści finansowe. To jest oferta (dla nowego pracodawcy), propozycja postawy politycznej, “właściwego” myślenia, dla nowego wydawcy (…) kłamstwa, i hipokryzja, i obłuda”.

 

Szkoda, że red. Obara nie informuje, którzy eksperci są jej zdaniem „niezależni”, a których „znamy z mowy nienawiści”, możemy się tylko domyślać z jej wpisu, że raczej zobaczymy ich w TVN24 i przeczytamy w „Wyborczej”, niż w TVP Info. Rzeczywiście, ze swoimi emocjami i sympatiami politycznymi Karina oraz jej koleżanki i koledzy z takim samymi, mogą czuć się  niekomfortowo w gazetach Orlenu.

 

„Obie zarazy niszczą nasz kraj”

 

Ale Karina Obara uczciwie przyznaje, że i poprzedni właściciele nie byli doskonali: „najpierw Norwegowie, później Anglicy, Niemcy, nigdy nie ingerowali w treść tekstów dziennikarskich. Dla nich liczył się głównie zysk, klikalność, co także doprowadziło do patologii mediów w Polsce. Mój Wojtek, po latach nacisków, zapłacił za to życiem. Tamto było dżumą, to jest cholerą. Obie zarazy niszczą nasz kraj”.

 

Śp. Wojciech Potocki był długoletnim redaktorem naczelnym „Gazety Pomorskiej” (zmarł w 2020r), wcześniej była naczelnym NTO, a zaczynał karierę jako naczelny „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Przejąłem kierowanie „Kurierem” po Wojtku, wówczas jej właścicielem była norweska Orkla, później pracowałem „u Niemca”, w „Dzienniku Łódzkim” i podzielam ocenę Kariny, że właściciele nie ingerowali w treść tekstów. To za nich robili Polacy, którzy w ich imieniu kierowali koncernami i tytułami. I to od ich sympatii politycznych zależała linia polityczna gazet. Te sympatie z reguły lokowały się po stronie lewicowo-liberalnej.  Miałem to szczęście, że trafiłem do „Dziennika Łódzkiego” w czasie, gdy prezesem w Łodzi była Agnieszka Sardecka, a naczelnym Julian Beck.  Szef idealny, bo nikt z zespołu tak naprawdę nie wiedział, na kogo on głosuje. Odpowiadałem jako zastępca za tygodniki i mutacje powiatowe  i mogłem realizować w pełni, to co uważam za istotę misji dziennikarskiej, czyli kontrolę władzy, bez względu na jej legitymację partyjną. Nigdy nie usłyszałem złego słowa od red. Becka, gdy za skargami przyjeżdżali do niego prezydenci i burmistrzowie miast, których machlojki ujawniali moi dziennikarze. Przeciwnie. Jedynym ograniczeniem, jeśli to można tak nazwać, było przestrzeganie rzetelności dziennikarskiej.

 

To się zmieniło, gdy red. Becka zwolniono i jako wiceprezesa zarządu Polskapresse i jako naczelnego, gdy w łaski Niemca wkradł się Paweł Fąfara. Od tego momentu zaczęło się niszczenie lokalności gazet i wstawianie w to miejsce wysyłanej z centrali „politgramoty” ze stemplem Platformy Obywatelskiej. Nigdy nie zapomnę, jak przysłał do redakcji swoją prawą rękę. Pani redaktor z wysokości iglicy Pałacu Kultury i Nauki sztorcowała jak kapral dziennikarzy, ucząc ich „prawdziwego dziennikarstwa”. Dlatego rozbawił mnie manifest Fąfary po wykupieniu koncernu przez Orlen, w którym zapewniał, że póki on będzie szefem, „nikt nie będzie pod żadną specjalną ochroną”. Politycy z PiS i ich sojusznicy nie mają co liczyć, że „od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”, a z drugiej strony: „Rozczaruję jednak również polityków opozycji czy samorządowców. Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Paweł Fąfara szybko został zastąpiony przez Dorotę Kanię z „Gazety Polskiej”. Ta błyskawicznie dokonała zmian redaktorów naczelnych. I tu było pierwsze zaskoczenie, bo wzięła fachowców, oczywiście z sympatiami politycznymi lokującymi się po prawej stronie, ale np. Wojciechowi Wybranowskiemu (nowy naczelny „Głosu Wielkopolskiego” czy „Wojciechowi Musze” (naczelny „Gazety Krakowskiej”) nie sposób odmówić, że to rasowi dziennikarze.

 

Inteligentna gra z czytelnikiem

 

Przejrzałem w sobotę, 13 listopada strony internetowe największych gazet Orlenu:  „Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Pomorskiej”, „Dziennika Zachodniego”, „Dziennika Bałtyckiego”, „Gazety Lubuskiej”, „Dziennika Łódzkiego”, ale także „Nowin” i „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Po otwarciu witryn zobaczymy normalne gazety regionalne z mnóstwem informacji lokalnych. W oczy nie rzucą się nam teksty, które miałyby świadczyć o tym, że mamy do czynienia z propagandową tubą PiS. Jedyny tekst polityczny wydrukowany przez wszystkie 20 gazet Orlenu, a więc nadany z centrali, to wypowiedź prezesa Jarosława Kaczyńskiego „specjalnie dla Polska Press” pt. „Niepodległość jest wielkim darem”. Ale ten materiał nie wylądował na czołówkach witryn, tylko dyskretnie, z boku.

 

Wszystkie 20 witryn otwiera pasek z informacjami o bieżącej sytuacji na granicy białorusko-polskiej. Skupiłem się na informacjach z „Kuriera Porannego” i porównałem z informacjami na ten temat z „Gazety Wyborczej Białystok”. Z „Kuriera” dlatego, że, jak poinformowały Wirtualnemedia.pl, opisująca kryzys na granicy polsko-białoruskiej Olga Goździewska-Marszałek, dziennikarka „Kuriera” została odsunięta od tej tematyki. Jako powód rzecznik prasowy Polska Press, Adrian Majchrzak podał konflikt interesów. Dziennikarka jest  osobą zatrudnioną w Fundacji Dialog zaangażowanej w niesienie pomocy imigrantom. Decyzja została podjęta po wypowiedzi Olgi Goździewskiej-Marszałek jako przedstawiciela Fundacji, dla mediów niezwiązanych ze spółką Polska Press. „Oczywistym jest, że rolą i obowiązkiem dziennikarza jest przedstawianie różnych punktów widzenia, zachowanie obiektywizmu. W przypadku braku dystansu do opisywanej sprawy o obiektywizmie zaś nie może być mowy” – stwierdził rzecznik.

 

„Kurier” publikuje prawie wyłącznie materiały z punktu widzenia państwa polskiego, natomiast „Wyborcza” – z punktu widzenia „migrantów i uchodźców”.

 

I tak, „Kurier” informuje o inicjatywie pomocy mieszkańców Kuźnicy w pow. sokólskim i okolicznych miejscowości w pomoc mundurowym strzegącym polsko-białoruskiej granicy. Ludzie  przekazują im żywność, w tym ciepłe posiłki i napoje. Do akcji włączyła się też Muzułmańska Gmina Wyznaniowa w Bohonikach.

 

Kolejne informacje z „Kuriera”: „Migranci na granicy są wyposażeni w broń palną” (Agnieszka Siewiereniuk), „MON: W rejon Kuźnicy przybywa coraz więcej uzbrojonych funkcjonariuszy białoruskich służb” (Aleksandra Kiełczykowska), „Białorusini niszczyli zaporę, migranci zaatakowali gazem. Kolejna niespokojna noc na granicy” (Anna Piotrowska), „Wólka Terechowska. Zwłoki młodego Syryjczyka znalezione w lesie niedaleko granicy z Białorusią” (Ils), „Prezydent spotkał się z funkcjonariuszami i żołnierzami chroniącymi granicę z Białorusią” (Agnieszka Siewiereniuk).

 

Teraz „Wyborcza”: materiał o aktorce Mai Ostaszewskiej niosącej pomoc „uchodźcom” (dla „Kuriera” to „imigranci”) pt. „Wierzę, że Polacy są dobrzy”. Wywiad  z aktorem Maciejem Stuhrem: „Będąc na granicy, zrozumiałem, że ci ludzie są skazani na śmierć”. „To, że w lasach przy granicy nie ma setek, a nawet tysięcy trupów, to dzięki temu, że codziennie ratowaliśmy ludzkie życie. Bez centralnego zarządzania. Spontanicznie. Szykanowani przez policję, Straż Graniczną i zwykłych ludzi, robiliśmy to każdego dnia”.

 

Kolejny artykuł apeluje „Otwórzmy  korytarz humanitarny dla Tamana”, niepełnosprawnego 9-latka, który „jechał z rodzicami i rodzeństwem do Niemiec i utknął w lesie-pułapce, bez możliwości powrotu, z jedzeniem dostarczanym raz dziennie”.

 

Kolejny: „Medycy na granicy” dyżurują jeszcze tylko dwa dni. Ale pomoc medyczna dla uchodźców nie znika z granicy” i ostatni materiał: „Uchodźcy. Kolejna śmierć przy granicy i prowokacje białoruskich pograniczników”.

 

W „Dzienniku Bałtycki” i „Gazecie Wyborczej Trójmiasto” porównałem materiały na temat trzech manifestacji w Gdańsku pod fontanną Neptuna. Dziennik rzeczowo opisuje te trzy manifestacje, pierwszą  przygotowywaną przez Młodzież Wszechpolską i Ruch Narodowy (ok. 30 osób) pod hasłem: „Chcemy bezpiecznej granicy – Nie dla gdańskiej targowicy”. W kontrze do manifestacji Młodzieży Wszechpolskiej swoje manifestacje zorganizowały Amnesty International Trójmiasto, KOD, Trójmiejska Akcja Kobieca pod hasłami „Żądamy godności na granicy” oraz „Nikt nie jest nielegalny. Bezpieczna granica bez umierania” oraz Obywatele RP, którym hasłem przewodnim było „Faszyzm STOP. Tu jest granica przyzwoitości”.  „Wszystkie protesty przebiegły pokojowo, to jednak nie było się bez prób prowokacji, którym skutecznie zapobiegała gdańska policja”.

 

Materiał w „Wyborczej” jest z cztery razy dłuższy i szczegółowo opisuje zachowania i wypowiedzi organizatorów i uczestników, a tych było niewiele, na wszystkich trzech manifestacjach około 100-150 uczestników. GW odnotowuje satysfakcję kontrmanifestacji, że tym razem (a nie jak w Warszawie, gdy to Robert Bąkiewicz zagłuszał Donalda Tuska) oni mieli głośniejszy sprzęt i zagłuszyli „faszystów”.

 

W „Dzienniku Bałtyckim” na czołówce wydania sobotniego obszerny artykuł jak z „Wyborczej”: „Czy centralistyczna władza ogranicza zdolność podejmowania i pokonywania wyzwań? Jan Król, były wicemarszałek Sejmu nie ma wątpliwości”. (Przypomnę, że to działacz wywodzący się z Unii Wolności, obecnie doradca BCC).

 

W dziale „Opinie” „Dziennika” felieton Wojciecha Wężyka „Do biegu gotowi”, który nawiązuje do różnych marszów, począwszy od Marszu Niepodległości i w tym felietonie zdanie, które chyba za poprzedniego właściciela, by się nie mogło pojawić: „Nie oznacza to jednak, że jestem ich przeciwnikiem, wszak maszerowanie dowodzi, że z naszą demokracją nie jest jeszcze tak źle jak sądzą potomkowie autorów „brunatnych marszów”, z żarliwością godną większych wyzwań pouczający nas o tym, jak i gdzie Polacy powinni maszerować”.

 

Natomiast redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” Artur Kiełbasiński, w komentarzu „Patriotyzm ze strzykawką i w maseczce” apeluje o szczepienie się.

 

„Gazeta Wrocławska” zamieszcza „Raport o stanie państwa” ogłoszony przez Lewicę Razem, która ocenia 6 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości i nie jest to laurka pod adresem PiS.

 

W „Gazecie Krakowskiej” naczelny Wojciech Mucha komentuje odznaczenie orderem Orła Białego krakusów: Leszka Długosza i Jana Polkowskiego, z którymi uhonorowana także Joannę Dudę-Gwiazdę i wspomina swoją wizytę u „Kawalera i Damy” w gierkowskim bloku, w skromnym mieszkaniu JoannyAndrzeja Gwiazdów.

 

Natomiast Przemysław Franczak „Przeprasza za świat, w który was wplątałem”, a w nim taki passus: „Bo wplątał też w rozedrganą i rozpaloną Polskę. W Polskę, w której żadne protesty nie były tak liczne jak te w obronie praw kobiet. Wplątał w Polskę, w której kobiety zaczęły się bać zachodzić w ciążę i doprawdy trudno im się dziwić. W Polskę odwróconych pojęć, gdzie najwięcej dla zniechęcenia kobiet do macierzyństwa zrobiła partia deklarująca się jako najbardziej pro demograficzna. W Polskę, w której sprawą aborcji cynicznie gra się w celu przykrycia innych tematów. W Polskę, która w 1989 roku chciała być – tak ogólnie – Ameryką, a teraz woli być Teksasem niż Kalifornią. Wplątał w Polskę Ordo Iuris”. Przyznacie, że takiego komentarza nie powstydziłby się Paweł Wroński z „Wyborczej”?

 

Pomiędzy heroizmem a służeniem

 

Kto zatem ma rację, Towarzystwo Dziennikarskie złożone głównie z dziennikarzy „Gazety Wyborczej” które po zakupie Polska Press przez Orlen wystosowało do dziennikarzy tych gazet apel:

„Teraz macie zostać kolejnym głosem Nowogrodzkiej, a ci, którzy się nie podporządkują, będą musieli odejść. Waszymi szefami zostaną, już sprawdzeni, propagandyści z lokalnych mediów ‘publicznych’, wyznaczą Wam cele i przeciwników”.

 

Czy też rację ma Dorota Kania, członek zarządu Polska Press, która w Wirtualnemedia.pl odpiera zarzuty odchodzących dziennikarzy, iż doświadczyli nacisku, kneblowania czy ingerencji w teksty dziennikarskie: „odchodzący dziennikarze narzekają na Polska Press, by podbić swoją pozycję na rynku pracy – twierdzi Kania. – W Polska Press nie ma kneblowania dziennikarzy”.

 

Doświadczenie z każdej szerokości geograficznej uczy, że jeśli partia polityczna kontroluje jakieś media, to jej celem nie jest rzetelne i bezstronne informowanie opinii publicznej oraz kontrola władzy, ale używanie ich jako narzędzia do zachowania i przedłużenia władzy.

 

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Świadczą o tym wyniki sprzedaży. To, że nadal spada sprzedaż gazet Polska Press jest tylko odbiciem światowego trendu, ale w Polsce najbardziej dramatyczny spadek sprzedaży nie odnotowały w sierpniu bieżącego roku (ostatnie dane) gazety Obajtka, a „Gazeta Olsztyńska / Dziennik Elbląski”, której Orlen, jako jedynej gazety regionalnej, nie nabył. Sprzedaż „Olsztyńskiej” zjechała aż o 34,20 proc w dół (do 4 896 egz. średniej sprzedaży). Wśród gazet ogólnopolskich największy spadek odnotowała gazeta Michnika, wzór „niezależności” . Jej średni wynik poszedł w dół najbardziej w zestawieniu – o 13,07 proc. do 53 781 egz.

 

Mimo tych wyników nie mam żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w gazetach Polska Press będzie tylko do jednej politycznej bramki. I nie chciałbym być w skórze dziennikarzy koncernu Obajtka, tych, którzy chcieliby uczciwie wykonywać swój zawód. Takim dziennikarzom Towarzystwo Dziennikarskie proponuje: „Nie możemy od nikogo wymagać heroizmu, ale pamiętajcie: możecie stawiać opór. Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie”.

 

Z tym apelem polemizuje Witold Głowacki, który w maju br. zrezygnował z funkcji pierwszego zastępcy redaktora naczelnego miesięcznika „Nasza Historia” i na początku października poinformował, że odchodzi z Polska Press. On znalazł pracę Oko.press i rozpoczął współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Broni swoje koleżanki i kolegów z Polska Press:

 

„Poddawanie dziennikarzy mediów regionalnych i lokalnych moralnemu terrorowi z pozycji warszawskiego ciepełka to zatem albo dowód zupełnego braku rozeznania w sytuacji, albo zwykły sadyzm i/lub cynizm. I tak jedzie prosto na nich prowadzony przez politruków walec” – stwierdził dla Wirtualnemedia.pl.  I uświadamia, że poza Warszawą, Krakowem, Wrocławiem czy Trójmiastem „odejście z Polska Press może oznaczać decyzję o pożegnaniu się z dziennikarstwem”.

 

Całkowicie zgadzam się z red. Głowackim, że „Zamiast kwików i płomiennych apeli o 'stawianie oporu’ zdecydowanie lepiej byłoby na przykład usłyszeć jeden konstruktywny pomysł na naprawę sytuacji w mediach regionalnych i publicznych po ewentualnej zmianie władzy i ich odpolitycznienia”.

 

Głowacki zwraca uwagę, że poza ustawą o mediach narodowych nie istnieją żadne regulacje prawne, które dotyczyłyby państwowej własności w mediach. „Od polityków opozycji, zamiast pomstowania na to, co dzieje się na łamach tych wszystkich dzienników regionalnych i zamiast wzywania dziennikarzy do przyklaskiwania tym, którzy odeszli – mówi Głowacki – powinna wypłynąć jakaś alternatywa. Do dziś nikt nie przedstawił żadnego projektu czy ustawy, czy też w ogóle sposobu przywrócenia normalności w mediach regionalnych, należących do Polska Press. To można by zrobić pewnie na dwa sposoby: zadeklarować, że ta własność zostanie zbyta – ale też pytanie, kto by miał to kupić i na jakich warunkach? Albo można pomyśleć o ustawie, która w jakiś sposób regulowałaby państwowe posiadanie mediów, czego w Polsce (poza „Rzeczpospolitą” lata temu) praktycznie nie było” – wskazuje Głowacki.

 

Casus „Gazety Olsztyńskiej”

 

Regulacje nic tu nie pomogą, co dobitnie pokazuje los mediów tzw. publicznych (TVP i rozgłośni regionalnych). Wszystkie po kolei partie polityczne przed wyborami obiecywały uniezależnienie mediów publicznych od ręcznego sterowania przez polityków, a po zwycięskich wyborach ich obietnice trafiały do kosza. Kolejne rządy używały mediów publicznych jako narzędzi propagandowych, obecny rząd poszedł w tym najdalej. Toteż raczej należałoby się skupić na stworzeniu ustawy, która  nakazywałaby zbycie spółce Skarbu Państwa udziałów w koncernie prasowym na rzecz podmiotów prywatnych, z kapitałem polskim. To oczywiście nie da 100-procentowej pewności ich niezależności od partii politycznych. Ciekawym poligonem doświadczalnym jest „Gazeta Olsztyńska” kupiona we wrześniu br. przez Andrzeja Senkowskiego, przedsiębiorcę z Warszawy, potentata  w branży części samochodowych. Na witrynie jego spółki Polcar widnieje niespotykana w biznesie deklaracja, że firma kieruje się „wartościami chrześcijańskimi”. Właściciel wsparł finansowo produkcje filmów „Smoleńsk” i „Legiony”.  Za mało czasu minęło od nabycia tytułu, by wyciągać daleko idące wnioski. Właściciel powołał nowego prezesa Macieja Materę, ostatnio prezesa spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej, ale zostawił w firmie odwołanego prezesa z funkcją dyrektora; natomiast stanowiska nie stracił redaktor naczelny Igor Hrywna.

 

„GO” przed sprzedażą była „płatnym słupem ogłoszeniowym”, a że w gronie najhojniejszych płatników był samorząd województwa, od lat w rękach PSL-PO, więc politycy tych partii, a zwłaszcza marszałek województwa, prezes PSL na Warmię i Mazury Gustaw Marek Brzezin, są non stop lansowani.

 

Obecnie musieli posunąć się na łamach i zrobić trochę miejsca także dla polityków PiS-u, którzy składają wizyty w Olsztynie. Widać na łamach pewną zmianę akcentów ideowych, ale nie jest to gwałtowne przestawienie wajchy. Nowością jest pojawienie się tekstów krytycznych wobec prezydenta Olsztyna, z rodowodem z PZPR, Piotra Grzymowicza, rządzącym od lat w koalicji z PO, za paraliż komunikacyjny miasta spowodowany budową linii tramwajowej. Poprzednio „GO”, tak jak i „Gazeta Wyborcza Olsztyn” entuzjastycznie popierała odtworzenie linii tramwajowej w Olsztynie.

 

Ale w tym samym czasie ukazał się ogromny wywiad z p.o. dyrektora Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, w którym afera wybucha za aferą (pisały o tym niedawno portale ogólnopolskie, zwłaszcza wp.pl, które oskarżyła prof. Wojciecha Maksymowicza z tego szpitala o obecność w sejmie podczas dyżurów lekarskich oraz o to, że asystował tylko „na papierze” przy operacji prowadzonej przez lekarza bez ukończonej specjalizacji, pacjentka zmarła. Dziennikarka „GO” w ogóle o te sprawy nie pyta! Wywiad sprawia wrażenie materiału sponsorowanego, w którym p.o. dyrektora mówi o tym, jak szpital wspaniale się rozwija. Następnie dziennikarka na swoim profilu na Facebooku chwali się swoją przyjaźnią z dyrektorem!

 

Zobaczymy, jaki ostatecznie kształt przybierze „GO” z nowym właścicielem. Zapewne będzie to zależało, czy i ile nowy prezes pozyska reklam ze spółek Skarbu Państwa. Jednak mimo wszystko taki właściciel powinien być lepszy z punktu widzenia wolności słowa niż taki jak Daniel Obajtek, zawdzięczający swoją funkcję politykom.

 

Adam Socha