Stanowisko CMWP SDP w sprawie z powództwa posła Borysa Budki przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi

Okładka, która stała się przyczyną pozwu i sprawy sądowej jest jedynie graficzną ilustracją opisu sytuacji, w której sam się ustawił poseł Borys Budka poprzez swoje co najmniej kontrowersyjne zachowanie. Samo pozwanie red. Tomasza Sakiewicza z powodu jej publikacji budzi zastrzeżenia, jego ukaranie będzie naruszeniem zasady wolności słowa – czytamy w stanowisku  CMWP SDP przesłanym do Sądu Okręgowego w Gliwicach, gdzie toczy się rozprawa przeciwko redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” z powództwa posła  PO Borysa Budki. Wyrok w tej sprawie ma być ogłoszony 30 listopada br.

 

Poseł Platformy Obywatelskiej Borys Budka zarzuca redaktorowi Tomaszowi Sakiewiczowi oraz spółce Niezależne Wydawnictwo Polskie, wydawcy tygodnika „Gazeta Polska” naruszenie dóbr osobistych poprzez publikację okładki tygodnika „Gazeta Polska” z dnia 10 listopada 2020 roku z jego wizerunkiem. Na okładce tygodnika polityk – w towarzystwie innych osób oraz na tle logotypów niektórych mediów i ugrupowań – został opatrzony podpisem „oni roznieśli zarazę i śmierć”.  Okładka odnosi się wprost do ugrupowań oraz osób będących twarzą demonstracji przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 r. na podstawie którego usunięta została tzw. przesłanka eugeniczna jako powód do wykonania aborcji czyli zabójstwa nienarodzonego dziecka.

 

Relacja CMWP SDP z ostatniej rozprawy  w sprawie Borys Budka przeciwko Red. Tomaszowi Sakiewiczowi jest TUTAJ.

 

W stanowisko przesłanym do Sądu Okręgowego w Gliwicach czytamy, iż w ocenie  CMWP SDP już samo pozwanie red. Tomasza Sakiewicza musi – z uwagi na specyficzne okoliczności sprawy – budzić zastrzeżenia. Natomiast orzeczenie kary w stosunku doi niego (gdyby do tego doszło) będzie uzasadniać tezę, iż w niniejszym postępowaniu cywilnym miało miejsce poważne naruszenie praw obywatelskich red. Tomasza Sakiewicza w zakresie wolności słowa.

 

Działania tzw. ruchów feministycznych mają charakter publiczny i budzą ogromne kontrowersje społeczne. Marsze i happeningi feministek wiążą się (poza propagowaniem różnego rodzaju postulatów) także m. in. z promowaniem aborcji, seksualnej anarchii, brakiem poszanowania dla wartości religijnych i kulturowych, a często – z epatowaniem wulgarnością. Jak wiadomo, oceny działań tych środowisk mogą być rozmaite, zależnie od poglądów społecznych czy politycznych. Nie można jednak zaprzeczyć, że z samego założenia działania te mają prawo budzić kontrowersje, których zresztą środowiska te nie unikają, ale wręcz świadomie je wywołują. Tak samo, przeciętnie rozgarnięty obywatel udający się na tego rodzaju wydarzenie powinien mieć świadomość, że może zetknąć się ze skrajnie różnymi ocenami tegoż wydarzenia, jako kontrowersyjnego i budzącego wątpliwości opinii społecznej – a zwłaszcza z ocenami dziennikarzy, którzy są wyrazicielami tejże opinii. W takich przypadkach należy liczyć się z krytyką społeczną, w tym także medialną. Nie da się ukryć tego, iż w czasie gdy miały miejsce demonstracje, w których uczestniczył i do uczestnictwa w których zachęcał powód Borys Budka, obowiązywały rygorystyczne przepisy tzw. antycovidowe, mające na celu zahamowanie rosnącej liczby zachorowań na Covid 19, chorobę powodującą ogromna liczbę zgonów nie tylko na całym świecie, ale także w naszym kraju. Nieprzestrzeganie tych przepisów było szczególnie nieodpowiedzialnym zachowaniem przedstawiciela władzy ustawodawczej, jakim jest każdy poseł. Okładka, która stała się przyczyną pozwu i sprawy sądowej jest jedynie graficzną ilustracją opisu sytuacji, w której sam się ustawił poseł Borys Budka poprzez swoje co najmniej kontrowersyjne zachowanie (…)

 

Niezależnie od powyższego CMWP pragnie zwrócić uwagę, że swoista wypowiedź prasowa, jaką jest okładka tygodnika stanowiąca przyczynę wniesienia pozwu, miała co najwyżej charakter opinii. Powszechnie wiadomo, że wypowiedzi ocenne nie poddają się tożsamym rygorom weryfikacji, jak fakty. Jak podkreślił SN w wyroku z dnia 15 września 2016 r. (II KK 95/16 – LEX nr 2112309): „co do zasady, prawo do krytyki uprawnia przede wszystkim do wyrażania ocen, a więc twierdzeń uchylających od sprawdzenia przy pomocy kryterium prawdy i fałszu”.

 

Nie można także  pominąć kontekstu społecznego tej  sprawy. Nie można bowiem abstrahować od faktu, że w Polsce występuje silna (i wzmacniająca się) polaryzacja poglądów na tematy istotne dla życia publicznego, takie jak np.: aborcja, edukacja seksualna, ruchy LGBT, demokracja, itp. Specjaliści z dziedziny mówią wręcz o wojnie kulturowej. Różne strony sporów politycznych i społecznych manifestują przy tym swój światopogląd, częstokroć nie unikając radykalnych lub bulwersujących haseł. Powszechne są przy tym oskarżenia o nazizm, faszyzm, autorytaryzm, mowę nienawiści, niszczenie demokracji, ale także (z drugiej strony) o zdradę narodową, zaprzedanie obcym interesom, komunizm, bolszewizm, propagowanie dewiacji, itp. Trudno nie zauważyć, że wiele z tak mocno akcentowanych poglądów odnosi się do zjawisk, ideologii lub całych grup społecznych. W konsekwencji zarówno uczestnicy manifestacji ulicznych, jak i media wyrażają ostre i kontrowersyjne opinie. W takiej atmosferze kontrowersyjne postulaty forsowane przez niektóre grupy społeczne, w tym feministki (np. żądanie swobodnej dopuszczalności aborcji na żądanie do 9 miesiąca życia nienarodzonego dziecka, pozbawienie mężczyzn prawa głosowania, wprowadzenia „seksedukatorów” do szkół, itp.) spotykają się z równie ostrymi ocenami. Dotyczy to także pandemii i wszelkich jej aspektów. Oczekiwanie, by postulaty kwestionujące istniejący ład społeczno – prawny miały przejść bez echa, bez dyskusji i sprzecznych, nierzadko ostrych ocen, jest oderwane od rzeczywistości. Trzeba z całą mocą podkreślić, że w prawidłowo funkcjonującej demokracji spory i polaryzacja stanowisk są zjawiskiem normalnym. Bez sporów demokracja nie istnieje.

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie pozew należy ocenić jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa red. Tomasza Sakiewicza jako redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcanie go do podejmowania ważnych społecznie tematów. W tym kontekście orzeczenie o winie pozwanego stanowić będzie naruszenie praw człowieka i obywatela i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszający innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy, na przykład działalności środowisk feministycznych, czy łamania przepisów dotyczących bezpieczeństwa obywateli w czasie pandemii. To jest nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i maja stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W związku z powyższym, kierując się koniecznością ochrony praw człowieka i obywatela, CMWP SDP przesłało opinię amicus curiae w powyższej sprawie do Sądu Okręgowego w Gliwicach.

 

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Dziennikarz pyta, władza milczy

Nie mamy w Polsce dobrych regulacji prawnych zmuszających funkcjonariuszy publicznych do odpowiadania na pytania dziennikarzy.

 

Znam burmistrza w Wielkopolsce, który wyłożył z gminnej kasy 4,5 tysiąca złotych, tylko po to, żeby nie odpowiedzieć na pytanie dziennikarza lokalnej gazety, dlaczego ścieżki rowerowe buduje z kostki betonowej zamiast z asfaltu, co zaleca nawet Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Na co konkretnie poszły te pieniądze, zapytacie? Na jedną z renomowanych, a więc najdroższych, kancelarii prawnych z Poznania, której pan burmistrz zlecił napisanie do Naczelnego Sądu Administracyjnego odwołania od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który nakazał mu odpowiedzieć m.in. na to pytanie dziennikarza.

 

Dlaczego włodarz miasta i gminy postanowił wydać z publicznych pieniędzy tak dużą kwotę zamiast po prostu odpowiedzieć na pytanie, nawet byle jak (np. „bo uważamy, że kostka betonowa jest lepsza niż asfalt”) i mieć problem z głowy? Odpowiedź jest prosta – bo nie lubi gazety, której dziennikarz miał czelność zapytać o kostkę. Wcześniej ta gazeta opublikowała serię artykułów o obrocie działkami budowlanymi pana burmistrza oraz o tym, jak za pieniądze gminnego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji podciągnął kanalizację do swoich działek przeznaczonych na sprzedaż. Niezorientowanym przypomnę, że prezydentom miast, burmistrzom i wójtom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, nawet – jak było w tym przypadku – niezgłoszonej do skarbówki. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej w Poznaniu wydał decyzję, w której stwierdził, że ten obrót nieruchomościami spełnia wszelkie znamiona prowadzenia działalności gospodarczej, co z kolei było wystarczającą przesłanką dla wojewody, aby pomysłowemu burmistrzowi wygasić mandat i wprowadzić zarząd komisaryczny do czasu nowych, przedterminowych wyborów burmistrza. Nie zrobił tego, nie wiadomo dlaczego, a na pytania dziennikarzy tylko tajemniczo się uśmiecha.

 

Co dla nas, dziennikarzy istotne, od czasu wyjścia na jaw tzw. afery gruntowej, burmistrz prawie całkowicie przestał odpowiadać na pytania dziennikarzy tej gazety, więc jedynym sposobem uzyskania z ratusza czegokolwiek stało się przysłanie zapytania w trybie dostępu obywateli do informacji publicznej. Teoretycznie na takie zapytanie burmistrz odpowiedzieć musi, ale nawet jeśli łaskawie odpowiadał, to przeważnie w ostatnim możliwym terminie, czyli pod koniec dwutygodniowego terminu, a do tego zdawkowo i czasem „nie na temat” lub „obok tematu”.

 

Pytanie dziennikarza na temat tej nieszczęsnej kostki brukowej wzięło się stąd, że parę dni wcześniej w swoich „Wieściach z Ratusza” burmistrz opublikował listę inwestycji w infrastrukturę rowerową w ostatnich dwudziestu latach, która miała pokazać, że „w temacie rowerowym jest dobrze” i zadać kłam temu, co od wielu miesięcy pisała na ten temat owa gazeta lokalna – ścieżek rowerowych w mieście prawie nie ma, a najczęściej są jedynie „ciągi pieszo-rowerowe”, czyli chodniki dla pieszych przemalowane na chodniki pieszo-rowerowe, co nie jest dobre ani dla pieszych, ani dla rowerzystów. Gazeta postulowała też wydzielanie prawdziwych, czyli bezpiecznych dróg dla rowerów na każdej nowej ulicy, oczywiście nie z betonowej kostki.

 

Stąd właśnie owo zacietrzewienie burmistrza w tak błahej sprawie – za żadne skarby nie można tej gazecie przyznać racji, bo jeśli przegramy w drobiazgach,  możemy przegrać także w sprawach poważnych. Dlatego trzeba się bić tak długo, jak to możliwe, nawet w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Koszty nieważne, tym bardziej, że ponoszą je wszyscy podatnicy, a nie pan burmistrz z własnej kieszeni.

 

Mówiąc już zupełnie poważnie – nie mamy w Polsce dobrych regulacji prawnych zmuszających funkcjonariuszy publicznych do odpowiadania na pytania dziennikarzy. Pójście do sądu ze skargą na opieszałość urzędników, czekanie miesiącami na rozstrzygnięcie, potem droga odwoławcza – to wszystko trawa miesiącami, a nawet latami. W opisywanym przypadku sprawa utknęła w NSA i leży tam od 2020…

 

Waldemar Śliwczyński

 

Dziennikarz nie świnia, swoje prawa ma – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Jednych dziennikarzy wpuszcza się do studia radiowego czy telewizyjnego. Inni całują klamkę. Czy stygmatyzacja i cenzura redaktorów ma sens?

 

Red. Tomasz Terlikowski skrytykował swego czasu PiS, w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Dostał bana i TVP Info ogląda tylko na szklanym ekranie, a nie za stołem, przy światłach, od środka.

 

Co ciekawe Terlikowski bez problemu głosi swoje prawdy w  TV Republika, pisuje do „Gazety Polskiej” czy „Tygodnika Solidarność”. Ale zgłasza akces, że chętnie w temacie Kościoła porozmawia z tygodnikami „Sieci”, „Do Rzeczy” oraz telewizją wPolsce.pl. Ale ideowcy z prawej strony mają swoją wizję oblicza prawdy. Redaktor komentujący dla TVN, i współpracujący niegdyś z „Newsweekiem” i radiem TOK FM, to obłudnik i Judasz.

 

Takich przypadków jest więcej. Na przykład red. Rafał A. Ziemkiewicz nie tylko wkurza salon. Anty-salon również. Czyli wszystkich. RAZ zauważył, że „media PiS-owskie są toporne, prymitywne i nieskuteczne”. A za krytykę „piątki Kaczyńskiego” jakoś tak zniknął z TVP Info. Bycie prawicowym symetrystą, to nie lada zadanie.

 

Jak się jest dziennikarzem, należy się trzymać jedynie słusznej linii czy tam drogi. Jak się człowiek wyłamuje, to się niechybnie środowisku naraża.

 

Taka „Towarzyszka panienka”. Jakież było oburzenie, że autorka wywiadów zaprasza do swoich programów skrajną prawicę. A ciekawe, co by było, jakby zapraszała skrajną lewicę? Trockistów, maoistów czy anarchokomunistów. Monika Jaruzelska nie powinna w swych przesłuchaniach, wychodzić z kanonu: Urban, Gadzinowski, Zandberg, Ikonowicz.

 

Jednak wykazała się prawicowym odchyleniem. Hańba. Samo wpadnięcie na pomysł, że można rozmawiać z Ziemkiewiczem, Michalkiewiczem, Korwinem czy Braunem. Brrr. Miejmy nadzieję, że choć witała się z nimi przez chusteczkę i szklanki po herbacie które dotykali, porządnie wyparzyła.

 

Dążąc do ideału i doskonałości, każda partia powinna mieć swoją telewizję. A w niej tylko swoich dziennikarzy, którzy do rozmów zapraszaliby tylko swoich partyjnych i redakcyjnych kolegów. Świat byłby piękny, nieskomplikowany, poukładany. Nie było by połajanek słownych, wychodzenia ze studia, tekstów typu „Ja panu nie przerywałem”. Takie światy równoległe, w której panuje idylla, nie zmącana intelektualnym wysiłkiem próby zrozumienia przeciwnika.

 

Red. Krzysztof Skowroński, na pytanie „czy trzeba się ześwinić?” odpowiedział w „ABC dziennikarstwa”:

 

„Praca dziennikarza to próba odcedzenia jednego od drugiego, to laboratorium, w którym czasami można pozamieniać probówki z podobnymi. Pamiętajmy, że nasze laboratoriom nie jest sterylnym miejscem, ma cechy chlewu, a w chlewie są świnie. Rozmaite rodzaje świń. Świat świń jest tak samo jak wszystkie inne światy skomplikowany”.

 

Specjaliści od trzody chlewnej, już dawno temu stwierdzili, że nienawiść w stadzie jest spowodowana łączeniem w czasie tuczu dwóch grup warchlaków, ustalającymi poprzez walki, hierarchię w stadzie. Wobec powyższego, w naszym chlewiku tylko słuszni i swoi. Błotko do radosnego paplania tylko dla nas. O korycie nie wspominając.

 

Tylko uwaga na agresję, która może się w przyszłości zrodzić nawet wśród swoich. Jest to spowodowana zbyt dużym zagęszczeniem i nudą. Obgryzają sobie wtedy uszy i ogony. Także studia telewizyjne tylko duże i porozsadzać po kątach. Tematy tylko niebezpieczne, podnoszące adrenalinę. Np. co doktor Terlikowski sądzi o ewangelikach, herezji, lustracji, antykoncepcji i homoseksualistach.

 

Na samą myśl ogonki się kręcą. Chrum, chrum.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Mira Jankowska rozmawia z Moniką Florek-Mostowską – zapowiedź

Na spotkanie z Moniką Florek-Mostowską, dziennikarką, publicystką, wiceprezeską Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl, 29 listopada zaprasza Mira Jankowska. Premiera, kolejnego odcinka „SDP Cafe – podaj dalej…” o godz. 19 na kanale SDP na YouTube oraz na portalu sdp.pl.

 

Monika Florek-Mostowska od wielu lat zajmuje się dziennikarstwem, związana była m.in. z Radiem Wawa, Polskim Radiem, Telewizją Polską, tygodnikiem „Wprost”. Publikowała w „Idziemy”, „Tygodniku Powszechnym”, „Frondzie”. W swojej karierze zawodowej pracowała również w biurze prasowym Komitetu Integracji Europejskiej. Prowadziła audycje w Radiu Warszawa „Spory o wartości” i „Warszawski salon naukowy”. Jest autorką książki „Rozmowy o człowieku. Wywiady z ekspertami”, w której rozmawiała z naukowcami z różnych dziedzin.

 

Jak pisze na swoim blogu, jej niespełnionym marzeniem jest wyjazd na misje, na razie swoje pragnienie pracy misyjnej realizuje działając w Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to cykl rozmów przygotowanych przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, których bohaterami są dziennikarze-twórcy kultury. Formuła zakłada, że w następnych odcinkach gość może wystąpić w roli gospodarza i zaprosić na rozmowę kolejną osobę. Więcej informacji o projekcie TUTAJ.

 

Partnerzy:

Fundacja Kulturalna Polska, Fundacja Solidarności Dziennikarskiej

 

Patroni medialni:

TV Republika, „Sieci”, wPolityce.pl, „Do Rzeczy”, Radio Wnet, „Kurier Wnet” waw4free.pl, „Informator Stolicy”, kulturalni.pl, „Bez Wierszówki”, „Forum Dziennikarzy”

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Błażej Torański

ODCINEK 33. Z Błażejem Torańskim, pisarzem, publicystą, redaktorem naczelnym portalu sdp.pl, rozmawia Tadeusz Płużański.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

Reportaż tkwi we mnie – rozmowa z SEBASTIANEM REŃCĄ, dziennikarzem i pisarzem

Kiedy już zacznę pisać, nie mam trudności z tworzeniem. Szczególnie kiedy otrzymuję wewnętrzny impuls, który każe mi tworzyć – mówi Sebastian Reńca, dziennikarz i pisarz, autor powieść o masakrze w kopalni Wujek, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Głównym bohaterem pańskiej najnowszej powieści zatytułowanej „Świadek” jest znany z „Niewidzialnych” dziennikarz Wiktor Katon. Próbuje wyjaśnić tajemnicze zaginięcie przyjaciela i dziennikarza Juliusza Jędryki, który w latach 90. badał sprawę masakry górników w kopalni „Wujek”. 16 grudnia 1981 r. po ataku ZOMO i Ludowego Wojska Polskiego zginęło 9 górników, a 23 zostało rannych. Na jakie pytania chciał pan odpowiedzieć w „Świadku”?

 

Bardziej niż odpowiadać na pytania, chciałem opowiedzieć o tym, co wydarzyło się w kopalni „Wujek”. Mamy film fabularny, filmy dokumentalne, wiersze, liczne reportaże, również książkowe, nawet komiks, ale nie mamy powieści dotyczącej najtragiczniejszego epizodu stanu wojennego. Nie wiem dlaczego pisarze nie chcieli do tej pory opowiedzieć o tamtej tragedii. Pomyślałem, że skoro już pracuję w Śląskim Centrum Wolności i Solidarności pod krzyżem, który góruje nad kopalnią „Wujek”, to napiszę powieść o pacyfikacji z 16 grudnia 1981 r. Mam nadzieję, że czytelnik po lekturze mojej powieści sięgnie po kolejne książki o komunistycznej zbrodni w „Wujku” czy dokumenty filmowe.

 

W pańskiej powieści są fragmenty o wojnie na wschodzie Ukrainy. Celowy zabieg?

 

Zrobiłem to celowo, ponieważ 16 grudnia 1981 r. pod kopalnią „Wujek” toczyła się wojna. Zadaję sobie również pytanie, może trywialne, dlaczego w czasie wojny ludzie potrafią być źli. Odpowiedź podobnie jak pytanie też jest banalna, bo w czasie wojny ludzie nie odpowiadają za swoje czyny. Bez względu na czas i miejsce, takie rzeczy się dzieją i wydarzyły się  również w komunistycznej Polsce. ZOMOwcy, którzy w kopalni „Wujek” zabili górników i nie stanęli w 1982 r. przed sądem wojskowym, mieli pewność, że nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, dlatego w grudniu 1981 r. otworzyli ogień do górników.

 

Pisał pan „Świadka” jako pisarz czy dziennikarz? Nie przez przypadek o to pytam, w książce są duże i interesujące fragmenty reportażowe.

 

Reportaż tkwi we mnie i dlatego pojawia się na kartach powieści. Próbuję opisać to, co widzę przede wszystkim jako reportażysta. Przygodę z pisaniem zacząłem 20 lat temu jako reporter w „Dzienniku Zachodnim”. „Świadek” dzieje się tu i teraz. Opisuję w nim m.in. Katowice, bo je znam, a  niektóre dialogi i sytuacje są autentyczne

 

Z czym miał pan największe trudności podczas pisania najnowszej powieści?

 

Kiedy już zacznę pisać, nie mam trudności z tworzeniem. Szczególnie kiedy otrzymuję wewnętrzny impuls, który każe mi tworzyć. A tak właśnie było ze „Świadkiem”. Znając mojego bohatera dziennikarza Wiktora Katona z powieści „Niewidzialni” miałem łatwość i szybkość w tworzeniu jego dalszych losów. Szybko napisałem pierwszą wersję powieści i dałem znajomym do oceny. Wskazali mi pewne nieścisłości i błędy merytoryczne, które szybko poprawiłem w powieści.

 

Kto panu posłużył do stworzenia postaci zaginionego dziennikarza Juliusza Jędryki?

 

Do stworzenia tej postaci wykorzystałem tajemnicze zaginięcie dziennikarza Jarosława Ziętary we wrześniu 1992 r. Aby czytelnikom nakreślić cały kontekst wydarzeń, musimy się cofnąć do wydarzeń po 1989 r. Byli funkcjonariusze SB, po transformacji ustrojowej, w większości mieli się dobrze i mają. Żaden z nich nie odpowiedział za pobicia, także te ze skutkiem śmiertelnym czy za dziwne „samobójstwa”. Ci ludzie żyją wśród nas, chodzą po tych samych ulicach, dlatego nazywam ich „niewidzialnymi”. W mojej powieści jeden z nich stał za tym, co stało się z Julkiem Jędryką.

 

Cytuje pan w swojej powieści reportaż o kopalni Wujek, który ukazał się w 1982 r. w „Expresie Reporterów”. Dlaczego cenzura pozwoliła na publikację takiego tekstu?

 

Nie wiem, jak to się stało. Może cenzura chciała pokazać, że górnicy byli źli, ponieważ walczyli w obronie swojego zakładu pracy? Komendant wojewódzki Milicji Obywatelskiej w Katowicach pułkownik Jerzy Gruba tak się zdenerwował po tym, jak reportaż trafił do sprzedaży, że kazał wycofać cały nakład. Nie dało się tego zrobić, więc któryś z oficerów MO zaproponował, żeby MSW wykupiło wszystkie egzemplarze. „Expres Reporterów” błyskawicznie znikał z kiosków na Śląsku, pojawił się również w formie samizdatu.

 

To znaczy?

 

Reportaż Tadeusza Kucharskiego „Tragedia w kopalni »Wujek«” był przepisywany na maszynie do pisania i krążył w odbitkach po Śląsku.

 

Jak pan ocenia wartość dokumentacyjną tego reportażu?

 

Reportaż w ciekawy sposób opisuje strajk w kopalni „Wujek” i jego pacyfikację. Autor przysłuchiwał się procesowi górników na sali sądowej. Pomógł nawet rodzinie Aliny Muchy, zatrzymanej do procesu, skontaktować się z nią. Rodzina nie wiedziała, co się z nią dzieje. Autor reportażu siedział na sali sądowej obok Jacka Cieszewskiego dziennikarza, który w podziemiu wydał książkę o strajku w kopalni „Wujek” pod tytułem „Użyto broni”. Udało mu się nawet przekonać prokuratorów, żeby mógł zerknąć do dokumentów procesowych.

 

Wzoruje się pan na którymś ze znanych autorów reportaży?

 

Może nie wzoruję, ale Krzysztofa Kąkolewskiego uważam za jednego  z najlepszych polskich reportażystów, który miał swój unikalny styl. Miałem okazję go poznać. Odwiedziłem go w jego mieszkaniu obok Stadionu Narodowego w Warszawie. Bardzo długo rozmawialiśmy. W latach 70. wpadł na wyjątkowy pomysł, aby pojechać do Niemiec i rozmawiać ze zbrodniarzami z czasów II wojny światowej. Odsądzano  go od czci i wiary za to, że podał zbrodniarzom rękę i rozmawiał z nimi, jednak do dziś bardzo dobrze czyta się ten świetny reportaż. Inne jego reportaże, także te późniejsze, również są bardzo dobre.

 

A co pan sądzi o jego powieściach? Reportaże Kąkolewskiego bardzo cenię, ale jego powieści nie robią na mnie dobrego wrażenia.

 

Kąkolewski też mnie zapytał o to samo, co pan. Obruszył się, gdy  powiedziałem mu, że jego reportaże są o wiele lepsze niż powieści. Całkiem inaczej było z Józefem Mackiewiczem, który przed wojną był reportażystą w wileńskim „Słowie”, a na emigracji stał się wielkim pisarzem, który przecież w swoich powieściach wielokrotnie zamieszczał prawdziwe wydarzenia, których był świadkiem.

 


 

Sebastian Reńca

Rocznik 1976. Dziennikarz, publicysta, pisarz, historyk. Przez kilka lat pracował jako reporter w „Dzienniku Zachodnim”. Jako prozaik debiutował w 2009 r. powieścią „Ślady”. Napisał również dwa zbiory opowiadań pt. „Wiktoria” o działaczach opozycji antykomunistycznej z lat 80. XX wieku oraz „Spowiedź Parfena. Opowiadania katyńskie”. Powieści „Z cienia” i „Niewidzialni” były nominowane do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. W 2017 r. wydał powieść „Miasto umarłych”, a w 2021 r. zbiór reportaży i publicystyki „Jad i żądła”. Niedawno ukazała się jego najnowsza powieść o masakrze w kopalni Wujek pt. „Świadek”. Pisze też słuchowiska radiowe.

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Anna Gordijewska

ODCINEK 32. Z Anną Gordijewską, dziennikarką „Kuriera Galicyjskiego”, przewodniczką po Lwowie, rozmawia Andrzej Klimczak.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

KS. ARTUR STOPKA: Program regionalny prowadzony z Warszawy

Polityka kadrowa w publicznych mediach regionalnych ma większe znaczenie, niż to się może na pierwszy rzut oka wydawać. Tym bardziej powinna być pod społeczną kontrolą.

 

Historycy twierdzą, że to nie Stalin sformułował hasło „Kadry decydują o wszystkim”. O prawdziwości tej zasady był ponoć przekonany Lenin, a jego następca po prostu ją wielokrotnie powtarzał i z dużym zaangażowaniem starał się wprowadzać w życie obsadzając stanowiska. Ale nie tylko oni zdawali sobie sprawę ze znaczenia polityki personalnej. Nie jest przecież tajemnicą, że – jak napisano na stronach Instytutu Pamięci Narodowej w opisie jednej z pozycji wydawniczych – „czynnik ludzki miał bowiem, i raczej na pewno mieć będzie, kluczowe znaczenie w dziejach naszej cywilizacji”.

 

Nie trzeba również być geniuszem, aby wiedzieć, że w dzisiejszym świecie jedną z niezwykle istotnych (nie tylko politycznie) sfer życia społecznego są media. Nie tylko  kształtują one opinię społeczną, ale dają realną możliwość wpływania na zachowania dużych grup społeczeństwa. Dlatego każdy dysponent mediów powinien przykładać wielką wagę do tego, kogo zatrudnia, w czyje ręce powierza bezsprzecznie potężne narzędzie oddziaływania. Siła tego narzędzia domaga się odpowiedzialności, zarówno ze strony właścicieli, zarządzających, jak i tych, którzy przygotowują na różnych szczeblach produkcyjnych tzw. kontent. To nie powinni być ludzie przypadkowi. To powinni być ludzie godni zaufania. I na właściwym miejscu.

 

Gdy trzeba przejąć redakcję

 

Logicznym działaniem wydaje się w takiej sytuacji długotrwały i precyzyjny proces rekrutacji, staranna selekcja kandydatów, sprawdzanie nie tylko ich profesjonalnych umiejętności, ale również np. predyspozycji do pracy w zespole. Jednak takie postępowanie sprawdza się najlepiej w sytuacji tworzenia nowego tytułu prasowego, nowej stacji radiowej czy kanału telewizyjnego, albo powoływania jakiegoś nowego medialnego bytu w Internecie. A jeśli trzeba przejąć od dawna istniejącą redakcję?

 

Rzadko się zdarza, żeby w takich okolicznościach nie pojawiała się konieczność zmian kadrowych w zespole. Niejednokrotnie nowy dysponent konkretnego medium dochodzi do wniosku, że trzeba je przeprowadzić szybko. Spośród rozmaitych sposobów dostosowania składu osobowego redakcji do oczekiwań nowego kierownictwa łatwe w stosowaniu i skuteczne wydają się niektórym dwa.

 

Przyniosą rezultaty przeciwne

 

Pierwszy polega na ściągnięciu do zespołu zaufanych kolegów i sprawdzonych współpracowników z innych mediów, m. in. z tych, w których się wcześniej pracowało. Drugi sposób polega na zatrudnieniu gwarantowanych gwiazd, najlepiej błyszczących aktualnie w medialnych przedsięwzięciach większego kalibru i świetnie rozpoznawalnych. Obydwie metody mogą się wydawać atrakcyjne, warto jednak zastanowić się, czy nadają się do zastosowania wszędzie i w każdych warunkach. Nie tylko z uwagi na problemy z organizacjami gotowymi bronić dotychczasowych pracowników, którzy nie pasują do aktualnej koncepcji konkretnego medium.

 

O ile bowiem wspomniane drogi budowania na nowo zespołu redakcyjnego mogą się okazać bardzo praktyczne w mediach prywatnych, o tyle w mediach publicznych nie tylko z dużym prawdopodobieństwem będą budzić kontrowersje i opory, ale na dłuższą metę przyniosą rezultaty przeciwne do oczekiwanych. Zwłaszcza wtedy, gdy spróbuje się je wdrożyć w mediach publicznych o charakterze regionalnym czy lokalnym.

 

Wpisał w grafik gospodarzy

 

Pod koniec października br. w medialnym światku zrobiło się dość głośno o jednej z regionalnych rozgłośni publicznego radia. Jej urzędujący od sześciu miesięcy prezes, będąc w sporze ze związkami zawodowymi w sprawie wysokości wynagrodzeń i zwalniania pracowników, przy przebudowie zespołu zastosował drugą z omówionych powyżej metod. Wpisał w grafik gospodarzy audycji trzy bardzo znane osoby kojarzące się obecnie ze stolicą. Dwie z nich to wybijające się twarze publicystyki ogólnopolskiej telewizji publicznej. Według dostępnych w mediach branżowych informacji, wszyscy troje mieli prowadzić swoje programy… z Warszawy. Czy istotnie właśnie tego typu rozwiązań personalnych i programowych oczekują słuchacze regionalnego publicznego radia? Byłoby interesujące poznać opinię Rady Programowej wspomnianej rozgłośni na temat nowego kształtu ramówki.

 

Od czasu do czasu niektórzy publicyści przywołują cytat z opublikowanej szesnaście lat temu (we wrześniu 2005 r.) przez Ogólnopolską Federację Organizacji Pozarządowych „Strategii rozwoju społeczeństwa obywatelskiego”. Dotyczy on mass mediów, nazywanych wówczas jeszcze dość powszechnie środkami masowego przekazu. Katarzyna Sadło, publicystka znana jako Kataryna, przemyślenia o mediach zawarte w tym dokumencie określiła w zeszłym roku jako „z dzisiejszej perspektywy uroczo naiwne”.

 

 Powinny tworzyć płaszczyznę wymiany

 

Mimo to warto je po raz kolejny przypomnieć. Zdaniem trojga autorów „Strategii” mass media są zarówno największą szansą, jak i największym zagrożeniem dla funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Według nich szczególną wagę należy przywiązywać do niekomercyjnych, społecznie zaangażowanych środków przekazu. „Publiczne media powinny tworzyć płaszczyznę wymiany idei, poszukiwania prawdy i promocji działań, których celem jest dobro wspólne” – napisali, dodając, że nie będzie to możliwe bez sprawnej kontroli społecznej nad mediami publicznymi i wpływu opinii publicznej na kształt mediów komercyjnych.

 

Przy okazji wyszło na jaw, że prezes wspomnianej regionalnej rozgłośni nie był prekursorem w zatrudnianiu do prowadzenia w swojej stacji audycji znanych twarzy ze stolicy. Okazało się, że wspomniane gwiazdy telewizji publicznej mają już swoje programy w innych publicznych lokalnych radiostacjach.

 

Nie powinno dochodzić

 

Prof. Jacek Dąbała, medioznawca i audytor jakości mediów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, komentując zaistniałą sytuację zauważył, że w mediach publicznych nie powinno dochodzić „do zachowań typu prywatnego”. Za takie jego zdaniem można uznać zwalnianie wieloletnich pracowników i jednocześnie zatrudnianie osób z mediów rządowych, czyli stronniczo relacjonujących rzeczywistość. Można też natrafić na opinie medioznawców oceniających rzecz w znacznie ostrzejszych sformułowaniach.

 

Tym pilnej powinny się głośno wypowiedzieć o opisanym zjawisku powołane przez Radę Mediów Narodowych gremia, których zadaniem jest opiniowanie programów w mediach publicznych. Nawet jeżeli oczekiwanie na taką reakcję wyda się dzisiaj komuś naiwne.

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Tadeusz Płużański

ODCINEK 31. Z Tadeuszem Płużańskim, publicystą, historykiem, prezesem Fundacji „Łączka”, rozmawia Błażej Torański.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

MIROSŁAW USIDUS: Medialny smród w amerykańskim stylu

Wykradziony został raport o wojnie wietnamskiej, tzw. „Pentagon papers”, który opublikowali dziennikarze „Washington Post”, zaś kilka lat temu przedstawieni jako bohaterowie w filmie „Czwarta Władza”. Kradzione były materiały „Watergate”. Jednak tamte śledztwa były „wielkimi momentami dziennikarstwa”. Dlaczego te same media nie protestują, gdy teraz FBI robi nalot na Project Veritas?

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości Bidena, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok temu, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze czyli Departament Sprawiedliwości Bidena zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Oczywiście wielu jest chętnych do pomniejszania rangi pamiętnika córki prezydenta Bidena, co pomaga migać się od zarzutów o stosowanie podwójnych standardów w cenie postępowania wobec niezależnego śledczego dziennikarstwa. Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu, a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Poza tym, na co zwraca uwagę wielu prawników, skoro sprawa dotyczy sfery całkiem prywatnej i panna Ashley jest ofiarą złodzieja osobistych sekretów, to dlaczego nie rozgrywa się to na poziomie zwykłego lokalnego (stanowego) wymiaru sprawiedliwości, lecz zajmuje się tym Departament (ministerstwo) Sprawiedliwości USA i Federalne Biuro Śledcze. Krążą też pytania do mediów, nie tylko o to, dlaczego nabrały wody w usta i udają, że nie widzą, że sprawa jest uderzeniem w wolność i niezależność mediów, w zasadę ochrony ich źródeł informacji i niezależności dziennikarzy.

 

Pyta się także np. „The New York Times”, jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów w tym przypadku.

 

Woń trzecioświatowych amerykańskich standardów

 

Na szczęście są jeszcze w USA sądy, że zacytuję pewnego mecenasa, bo na obiektywne i sprawiedliwe media, jak widać, nie ma już co liczyć, nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych. Sąd federalny nakazał kilka dni temu Departamentowi Sprawiedliwości zaprzestanie „wydobycia” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. No bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”.

 

Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Czy „New York Times” ma dostęp do telefonu O’Keefe’a?

 

Do tej brzydko pachnącej sprawy dochodzą dwuznaczne postawy i zachowania mediów „mainstreamu”, polegające nie tylko na stosowaniu podwójnych standardów i stronniczości politycznej. O’Keefe w swoim wystąpieniu po nalocie BFI zwrócił uwagę, że „w ciągu godziny” od momentu, gdy w jego drzwi załomotali agenci FBI, reporter „The New York Times” skontaktował się z nim w celu uzyskania komentarza. Fakt, że „NYT” wie o akcjach służb Bidena niemal natychmiastowo i jest doskonale poinformowany o wszystkich szczegółach śledztwa (w końcu, przypominam, to „New York Times” a nie Project Veritas potwierdził w swojej publikacji autentyczność pamiętnika Ashley Biden), nie uszedł uwagi obserwatorów polityczno-medialnej sceny.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie, a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas, a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny.

 

Akademik przypomniał, że Biden ma już na koncie wykorzystanie FBI do załatwiania swoich spraw. Gdy był wiceprezydentem, FBI szukało broni należącej do jego syna Huntera Bidena, która została w tajemniczych okolicznościach wyrzucona w pobliżu jakiejś restauracji. Joe Biden ma więc tendencję do korzystania z państwowych służb w takich „szczególnie bliskim mu” sprawach, w których nie te służby nie powinny być angażowane. Turley zauważa, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie robią. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy.

 

Jeszcze we wrześniu 2015 roku serwis O’Keefe’a publikował informacje o nieprawidłowościach wyborczych w Minnesocie. Wówczas grupa lewicowych, czyli po amerykańsku mówiąc, liberalnych, naukowców m. in. z Uniwersytetu Stanforda oskarżyła Project Veritas o dezinformację. O’Keefe zażądał dowodów a gdy przedstawiciele uczelni ich nie przedstawili, pozwał grupę akademików występujących w ramach grupy o nazwie Election Integrity Partnership, do sądu, zarzucając im zniesławienie. W pokrewnej sprawie Project Veritas toczył prawną batalię z reporterką „The New York Times”, Maggie Astor, która powoływała się w swoich filipikach na temat Project Veritas na raport Election Integrity Partnership.

 

Okazało się, że zarówno badacze ze Stanforda, jak też dziennikarka „NYT” nie tyle obalali fakty podawane przez Project Veritas, ile „demaskowali mechanizm wirusowej i skoordynowanej dystrybucji tych materiałów w internecie”. Cóż, mnóstwo zarówno prawdziwych jak też nieprawdziwych, a także np. komercyjno-reklamowych materiałów dystrybuowanych jest według precyzyjnie opracowanych planów, kampanii, czasem angażujących spore środki. Nie ma w samym tym mechanizmie nic niewłaściwego. Jest to wykorzystywanie narzędzi, z których każdy może skorzystać. Istotne jest, że według tych badaczy i dziennikarzy o podobnie lewicowych poglądach dowodem na dezinformację była nie tyle sama dezinformacja, ile technika jej dystrybucji.

 

Przypadków, które sprawiają, że media „głównego nurtu” mają powody nie znosić  Project Veritas jest znacznie więcej. W kwietniu tego roku serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwIjmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sadu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam GoldmanMark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Wychodzą w tej sprawie zatem kolejne brudy i są to brudy pomiędzy mediami po przeciwnych stronach politycznej barykady. Skandalem jest najeżdżanie przed świtem dziennikarza oddziałem siepaczy ze służb, skandalem – wykorzystywanie do sprawy, która ma rangę zwykłego przestępstwa, państwowego aparatu, skandalem jest także stosowanie podwójnych standardów wobec mediów, które przecież już dawno temu wywalczyły sobie prawo do publikacji zdobytych, a nawet wykradzionych (pod warunkiem, że nie same wykradły), ale ważnych dla opinii publicznej, materiałów. Ale wykorzystywanie swoich dziennikarskich kontaktów do zdobywania informacji na temat strategii drugiej strony w procesie – to już jest po prostu smród.

 

P.S. Jest w tej wieloaspektowo przykrej sprawie i optymistyczny akcent. Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU), organizacja mająca opinię skłaniającej się raczej w lewym kierunku politycznym. Zdobyła się więc na coś, na co nie umieją się zdobyć, równie lewoskłonne, media „głównego nurtu” w USA.