SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Piotr Zarębski

ODCINEK 29. Z Piotrem Zarębskim, autorem filmów, laureatem tegorocznej Nagrody SDP im. Janusza Kurtyki rozmawia Andrzej Klimczak.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

 

 

Świetny warsztat. Trudny charakter – wspomnienia o Kamilu Durczoku

We wtorek, 16 listopada 2021 r. w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Katowicach zmarł Kamil Durczok, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich dziennikarzy telewizyjnych prowadził programy informacyjne i publicystyczne. Miał 53 lata.

 

W latach 1993-2006 związany z Telewizją Polską. Od 2006 r. do wiosny 2015 r. pracował w telewizji TVN, gdzie był redaktorem naczelnym „Faktów”. W latach 2016-2017 prowadził cotygodniowy program publicystyczny w Polsat News najpierw pod nazwą „Brutalna prawda. Durczok ujawnia”, później jako „Durczokracja”. Był także wydawcą i redaktorem naczelnym portalu Silesion.pl (2016–2019) oraz felietonistą tygodnika „Wprost”.  Laureat wielu nagród, m.in. Grand Press dla dziennikarza roku (2000), Złotej Telekamery w kategorii Informacje (2008) oraz Wiktora dla najwyżej cenionego dziennikarza, komentatora i publicysty (2004). Od 2002 r. chorował na raka.

 

Przed kilkunastoma dniami Kamil Durczok udzielił wywiadu portalowi plejada.pl. Okazało się, że to ostatni wywiad jakiego udzielił w życiu. Podsumował w nim swoją karierę dziennikarską i próbował rozliczać się ze swoimi demonami. – Szczyt kojarzy się ludziom ze zdjęciami z pism typu „Viva!” czy „Twój Styl”. Za czymś takim nie tęsknię. Jeżeli czegoś mi brakuje, to szczytu dziennikarskiego. Upadek z niego był dotkliwy. Czuję to zwłaszcza dziś, gdy patrzę na to stado baranów, które w znakomitej większości niesłusznie uważa się za dziennikarzy. Tych prawdziwych można policzyć na palcach moich i pana rąk i nóg. Wiem, że potrafiłbym zrobić inaczej pewne rzeczy. Nie wiem, czy lepiej. W kilkudziesięciu procentach pewnie tak. I nie przemawia przeze mnie narcyzm, tylko 30 lat doświadczenia. Po prostu umiem to robić. Zrobiłem „Fakty” ze Stanów Zjednoczonych, zrobiłem „Fakty” ze Smoleńska i wiele innych wydań, z których jestem cholernie dumny – mówił m.in. Durczok.

 

Odniósł się również do swojego uzależnienia od alkoholu i walce z nałogiem. – Kolizja uświadomiła mi to, że jednak jest coś, z czym sobie nie radzę. To był największy błąd mojego życia. Nie da się tego w żaden sposób usprawiedliwić. Podstawowy problem każdego alkoholika polega na tym, że najpierw musi przyznać się sam przed sobą, że jest chory. Bez tego nie da się zacząć leczenia. A mechanizm wyparcia jest bardzo silny. To największy wróg. Nie chcę udawać teraz terapeuty, bo podobno nie ma nic gorszego, jak terapeutyzowana osoba, która próbuje terapeutyzować innych, ale faktem jest, że alkoholizm jest często wypierany i bagatelizowany – opowiadał Kamil Durczok.

Źródło: plejada.pl.

 

Napisali w mediach społecznościowych:

 

Witold Gadowski, publicysta, członek zarządu SDP: Zmarł Durczok Kamil. Pan Bóg powiedział mi: ….zamilcz! Źródło: Twitter.

 

Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Nie miałem ochoty pisać o Durczoku. Biedny człowiek, upadły wskutek pychy, nałogów i wkręcenia w system medialnego kłamstwa – Boże bądź mu miłościwy. Ale, jak się okazuje, już jest kreowany na kolejnego męczennika, „zaszczutego” przez ludzką nienawiść. Źródło: Twitter.

 

Jacek Karnowski, redaktor naczelny tygodnika „Sieci”:  Zmówmy, kto może, Zdrowaś Mario. Zmarł Kamil Durczok. Dziennikarz miał 53 lata. Źródło: Twitter.

 

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny portalu Salon24: Durczok nie żyje. Chyba przewidywaliśmy, że to się tak skończy. Szkoda… Źródło: Twitter.

 

Tomasz Lis, redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”: Kamil Durczok- RIP. Jest dobrą polską tradycją elegancja, powściągliwość i wielkoduszność w obliczu śmierci. Po przeczytaniu o poranku niektórych komentarzy uznałem, że warto o tym przypomnieć. Źródło: Twitter.

 

Wojciech Czuchnowski, publicysta „Gazety Wyborczej”: Kamil Durczok nie żyje….zaszczuty, osamotniony, do końca walczący z chorobą, z własnymi demonami, z ludzką nienawiścią i hipokryzją. Spoczywaj w spokoju. Źródło: Twitter.

 

Jarosław Kuźniar, dziennikarz: Kamil Durczok. Świetny warsztat. Trudny charakter. Jego zawodowa historia powinna sprowadzać na ziemię każdego dziennikarza. Od szczytu do bocznego toru jest sekunda. RIP, Kamil. Źródło: Twitter.

 

Bartosz Pańczyk, dziennikarz „Faktu”: Kamil Durczok dowiedział się o raku w przeddzień Wigilii w 2002 roku. Lekarze dawali mu 15% szans na przeżycie. Cała Polska wstrzymała oddech, gdy poinformował na wizji o swojej chorobie. Jak wyglądała jego walka? O tym opowiedział w swojej książce. Źródło: Twitter.

 

Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka i komentatorka: Jeden z lepszych dziennikarzy informacyjnych w PL po 89 roku. Cudowne i bezczelnie zdolne dziecko swoich czasów, kiedy wszystko wydawało się możliwe i ofiara wybujałego ego, trudnego charakteru, słabości i nałogów.

No i kochał, rozumiał psy. Za to zawsze szacunek. Psy są lepsze od ludzi i on to wiedział.

Kiedy walczył z rakiem, a w czasach gdy to robił, łysy, widocznie chory facet w ekranie telewizora, w programie informacyjnym, to był akt odwagi, moja mama oglądała go w hospicjum. Mówiła mi, zobacz, ten Durczok tak daje radę, ja też dam. My tu wszyscy mu kibicujemy…

Ktoś kiedyś zrobi o nim film. O królu życia, który złudnie myślał, ze ma wszystko, jest bogiem i jest nietykalny, który pewnego dnia boleśnie upadł. I już się nie podniósł. 53. To nie jest dobry wiek na umieranie. Źródło: Instagram.

 

Monika Olejnik, dziennikarka TVN: Żegnaj Kamilu. Źródło: Instagram.

 

Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny portalu Onet.pl: Nie mam pojęcia, co napisać…. Źródło: Facebook.

 

Marcin Twaróg, dziennikarz, wydawca serwisu dziennikzachodni.pl: Kamil Durczok R.I.P. #Śląsk nigdy nie zapomni #Katowice 16.11.2021. Źródło: Twitter.

 

 

opr. TP, fot. Wikipedia

GIP potwierdza zarzuty operatora Kamila Różalskiego w stosunku do TVN. Sprawę monitoruje CMWP SDP

Główna  Inspekcja Pracy potwierdza, iż warunki, w  jakich Kamil Różalski, były operator telewizji TVN „wykonywał czynności na podstawie umowy cywilnoprawnej”  są charakterystyczne dla stosunku pracy i w związku z tym  GIP skierowała do jego pracodawcy czyli telewizji TVN wniosek o przekształcenie tzw. umów śmieciowych, jakie zmuszony był on podpisać, w  umowy o pracę. Główna Inspekcja Pracy przesłała  Kamilowi Różalskiemu tę ocenę pismem  z 5 listopada 2021 r.  Kontrolujący potwierdzili także, że na podstawie takich  kontrowersyjnych umów  w TVN SA na dzień 24 lutego 2021 r. pracowały 1863 osoby. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP.  

 

Sekcja Kontroli Wewnętrznej Głównej Inspekcji Pracy prowadziła w tej sprawie czynności kontrolne  w okresie 27 maja – 22 października 2021 r.  Wg szacunkowych wyliczeń grupy byłych pracowników TVN wspierających p. Kamila Różalskiego , pozbawiając tych pracowników umów o pracę,  TVN S.A. nie odprowadziła do ZUS -u  ponad 450 mln. zł należnych składek i jednocześnie pozbawiła tym samym ponad 1800 osób prawa do urlopu, opieki medycznej, a w przyszłości zapewne i emerytury.

 

O decyzji GIP  poinformował  na swoim profilu na Facebooku Kamil Różalski. Przypomniał m.in. iż ma ona swój początek w sierpniu 2019 , gdy pozbawieni etatów pracownicy rozpoczęli batalię o swoje prawa zwracając się bezpośrednio do zarządu Discovery Inc.  To kompletnie kompromituje TVN S.A. oraz amerykańskiego właściciela – Discovery, Inc. pozbawiając ich prawa do powoływania się na etykę” –  napisał Kamil Różalski .Amerykanie woleli jednak złamać prawo oraz własny Kodeks Etyki (naruszenie anonimowości sygnalistów) oraz zastosować w stosunku do nas odwet. Woleli to, niż naprawić bagno w TVN, bo dzięki temu więcej pieniędzy można było wywieźć z Polski.W kontekście wyników kontroli dotychczasowe oświadczenia prasowe TVN S.A., że firma nie łamie prawa w obszarze zatrudnienia, okazują się cynicznym kłamstwem.

 

Wpis  Kamila Różalskiego jest TUTAJ.

 

GIP w swoim piśmie zaznaczył także, iż pracodawca, czyli TVN SA „przedstawił odmienne stanowisko od prezentowanego przez inspektora pracy”  i twierdzi, że sposób wykonywania pracy przez Kamila Różalskiego „nie uzasadnia twierdzenia, aby była to współpraca w warunkach charakterystycznych dla umowy o pracę” .  Oznacza to, iż osoba zainteresowana uzyskaniem statusu pracownika będzie zmuszona wystąpić do sądu pracy z powództwem przeciwko pracodawcy o ustalenie istnienia stosunku pracy.

 

Kamil Różalski był zatrudniony w latach 1998 – 2012 na podstawie umowy o pracę w TVN S.A. na stanowisku operatora kamery. Wówczas odprowadzane były za niego składki na ubezpieczenie emerytalne i społeczne. Wskutek presji pracodawcy miał być zmuszony do rozwiązania umowy o pracę za porozumieniem stron i przejścia na pracę w ramach umowy o dzieło lub umowy w ramach działalności gospodarczej. W konsekwencji p. Różalski świadczył pracę w taki sposób, jak wykonuje się ją na podstawie umowy o pracę, zamiast której mógł podpisać jedynie umowę o dzieło, lub prowadzić jednoosobową działalność gospodarczą. Jak wyjaśnia p. Kamil Różalski w piśmie przesłanym do wiadomości CMWP SDP: od początku 2013 roku, gdy zwracałem przełożonym uwagę na niezgodną z prawem formę zatrudnienia oraz na zmuszanie mnie do pracy po kilkanaście godzin dziennie oraz inne patologie, konsekwentnie stawałem się ofiarą mobbingu oraz wykluczenia zawodowego w konsekwencji czego ograniczano mi pracę. (…) Z roku na rok w wyniku działań pracodawcy otrzymywałem coraz mniej pracy mimo posiadania przeze mnie bardzo wysokich kwalifikacji. I tak z operatora pracującego przy najważniejszych programach typu „Mam Talent”,”You Can Dance-Po Prostu Tańcz” czy serialu „Na Wspólnej” zostałem zdegradowany do studia DD TVN  2-3 razy w tygodniu . (…) Stan ten trwał ponad 7 lat: od dnia 1 stycznia 2013 roku do kwietnia, a właściwie września 2020 roku, gdy bez podania przyczyn straż TVN otrzymała polecenie, by nie wpuszczać mnie do siedziby firmy. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że zarówno ja, jak i inne osoby, które rozwiązały swoje umowy o pracę za porozumieniem stron, zostały do tego zmuszone szantażem (…).  Szantaż polegał na tym, że … (imię i nazwisko do wiadomości CMWP SDP) informował osobiście podczas rozmowy, że osoba, która nie rozwiąże swojej umowy za porozumieniem stron, nigdzie nie znajdzie pracy.

 

Grupa byłych pracowników stacji TVN złożyła w ZUS zgłoszenie sygnalizujące poważne nieprawidłowości w relacjach z pracodawcą 7 października 2019 roku, jednak realne działania w tym zakresie podjęto dopiero wiosną 2021 r.  Wg informacji osób, które wystąpiły z wnioskiem o kontrolę  ZUS – u  w spółce TVN S.A.,  w podobnej, jak opisana przez nich sytuacji, jest blisko 1800 współpracowników tej telewizji.  Dlatego poseł Piotr Sak zwrócił się  w tej sprawie z interwencja poselską do ZUS-u oraz do Głównej Inspekcji Pracy (czytaj TUTAJ).

 

W związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania  Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne, gdyż mogło mieć wpływ na realizację zasady wolności słowa, biorąc pod uwagę zatrudnienie Kamila Różalskiego i innych osób  w spółce medialnej (czytaj TUTAJ).

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę w 2019 r.  oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona. Pismo w tej sprawie zostało wysłane do ZUS (III Oddział w Warszawie) 17 maja b.r.  W piśmie do CMWP SDP z 21 czerwca b.r.  ZUS potwierdził prowadzenia kontroli u płatnika składek czyli w firmie TVN S.A.  Kolejne pismo z prośbą o informacje o wyniku kontroli zostało wysłane z CMWP SDP do ZUS-u 3 listopada 2021 r. Na to pismo  CMWP SDP jeszcze nie otrzymało odpowiedzi.

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Maria Giedz

ODCINEK 28. Z Marią Giedz, dziennikarką, korespondentką wojenną, podróżniczką, autorką książek rozmawia Krzysztof Skowroński.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

Drapię, by odkryć prawdę – rozmowa z MONIKĄ GÓRĄ, autorką reportaży kryminalnych

Początkującym autorom, którzy chcą zająć się dziennikarstwem śledczym i reportażem kryminalnym poradziłabym, żeby bardzo dużo czasu i energii poświęcali na szczegółową dokumentację, aby próbowali dotrzeć do jak największej ilości świadków i dokumentów. Żeby wyrabiali sobie o sprawie własne zdanie i nie wierzyli w oficjalne komunikaty – mówi Monika Góra, dziennikarka, autorka reportaży kryminalnych m.in. o zabójstwach Jaroszewiczów oraz Iwony Cygan,  w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Od czego pani rozpoczyna pracę nad swoimi reportażami?

 

Zawsze zaczynam od bardzo dokładnej dokumentacji. Czasem ten etap trwa kilka miesięcy. Jeśli o sprawie są jakieś wcześniejsze publikacje, wszystko czytam. Potem próbuję dotrzeć do źródeł – dokumentów, akt spraw. Przeglądam, kseruję, spisuję. W tym samym czasie spotykam się z ludźmi, którzy mają jakąś wiedzę o temacie, którym się zajmuję. Rozmawiam z nimi zwykle długo i bardzo szczegółowo. Wszystkie spotkania nagrywam. Po pierwsze, żeby nie zapomnieć, co mi powiedzieli, a po drugie, żeby mieć dowód. W ten sposób wyrabiam sobie własny pogląd na sprawę. Jak mam już wszystkie materiały i spisane rozmowy ze świadkami, zaczynam proces układania opowieści.

 

Co jest dla pani najtrudniejsze w pisaniu reportaży kryminalnych? Dostęp do dokumentów?

 

Szczególnie w przypadku spraw sądowych, które są w toku, dostęp do dokumentów i akt jest bardzo utrudniony, a czasem niemożliwy. To jest spory problem, bo nie można zweryfikować relacji bohaterów czy świadków, nie można podeprzeć się oficjalnymi dokumentami, badaniami, ekspertyzami. Nie wiadomo, jakimi materiałami dysponuje prokuratura. Dlatego pisanie reportażu bez dostępu do akt sprawy jest pewnym ryzykiem.

 

Podejmuje je pani?

 

Tak się stało w przypadku sprawy o zabójstwie małżeństwa Jaroszewiczów. Uważam, że mam prawo przedstawić wersję wydarzeń, która wynika z mojego dziennikarskiego śledztwa, bez względu na to, co wcześniej ustaliła prokuratura. Czasem jest tak, szczególnie w długotrwałych postępowaniach, że śledczy fiksują się na jakiejś hipotezie tylko po to, żeby wreszcie zamknąć śledztwo. Wybierają dowody i zeznania świadków, które im pasują do tej hipotezy, odrzucając te, które jej przeczą. Brakuje im świeżego spojrzenia na sprawę, otwartej głowy, dopuszczenia do siebie wątpliwości. Ja zaczynam badać sprawę od zera i zdarza się, że docieram do świadków, do których oni nie dotarli przez dwadzieścia lat. I wtedy sprawa nagle zaczyna wyglądać zupełnie inaczej niż jest oficjalnie przedstawiana. Bardzo często się z tym spotykam. Stworzyłam nawet swoją koncepcję sprawy jako zdrapki niespodzianki.

 

Na czym polega pani autorska koncepcja zdrapki niespodzianki?

 

Gdy zaczynam sprawdzać jakąś znaną z mediów sprawę i zdrapywać wierzchnią warstwę, okazuje się, że prawda pod spodem jest całkiem inna od tej oficjalnej. Czasem ten wierzchni obraz jest celowo zniekształcony przez różne siły, które mają w tym interes, a czasem jest to po prostu wynik niedbalstwa. To zdrapywanie po kawałku odsłania prawdziwy obraz sprawy, ale zdarza się, że nie widać całości tego obrazka pod spodem, tylko fragmenty. Tak było w przypadku zabójstwa Iwony Cygan i zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów. Do dzisiaj nie wiadomo, kto te zabójstwa zlecił i jaki był prawdziwy motyw.

 

Przekonanie świadków wydarzeń do rozmów też raczej nie jest łatwą sprawą.

 

Rzeczywiście nie jest to łatwe. Czasem ludzie nie chcą wracać do trudnych tematów, przypominać sobie tego wszystkiego, przez co przeszli, chcą zapomnieć. I ja się im wcale nie dziwię. Inni się boją. Ale zawsze walczę i często udaje mi się przekonać do rozmowy bardzo nieprzekonanych. Czasem dopiero po jakimś czasie, gdy atmosfera dojrzeje do tego, żeby zaczęli mówić.

 

Na jakie szczegóły zwraca pani przy opisywaniu postaci występujących w reportażu?

 

Zawsze się staram, żeby czytelnik mógł sobie wyobrazić moich bohaterów, żeby ich widział, jak w filmie. Opisuję ich wygląd, sposób ubierania się, zachowania. Przedstawiam miejsce, w którym żyją. Myślę obrazami. Szczegóły bardzo w tym pomagają – ważne jest, jaką ktoś lubi muzykę, jak go pamiętają sąsiedzi, jak wygląda pokój, w którym mieszkał. Staram się, żeby czytelnik poznał moich bohaterów jak najlepiej, żeby ich polubił. A jeśli się nie da, chociaż zrozumiał.

 

Stara się pani wniknąć w psychikę sprawcy lub sprawców czy istotniejsze jest zrelacjonowanie wydarzeń, śledztwa i procesu sądowego?

 

Nie sądzę, żebym była w stanie wniknąć w psychikę sprawcy czy sprawców. Może gdyby udało mi się z nimi porozmawiać, szanse zrozumienia ich motywów byłyby większe, ale to się zwykle nie udaje. Zresztą oni się najczęściej nie przyznają do winy, dlatego sprawy, którymi się zajmuję, są trudne i toczą się od wielu lat. Zdarza się też, że w ogóle nie wiadomo, kto jest sprawcą. Tak jak w sprawie zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów – są jacyś oskarżeni, ale niemal na pewno to nie oni zabili. Do tej pory zawsze pisałam reportaże z perspektywy ofiar albo ich bliskich, a nie sprawców.

 

Łatwiej jest pisać reportaż kryminalny wydarzeniach bieżących czy o takich, które są już historycznymi zdarzeniami?

 

Gdy się pisze reportaż kryminalny o wydarzeniach, które miały miejsce wiele lat temu utrudnieniem jest dostęp do świadków. Wiele osób już nie żyje, część trudno odnaleźć, niektórzy nie pamiętają opisywanych zdarzeń. Czasami wokół historycznej sprawy narosło tyle mitów, wersji wydarzeń, hipotez, że trudno jest się przedrzeć przez tę warstwę, żeby dotrzeć do prawdy. W niektórych bardzo głośnych, medialnych zdarzeniach, takich jak zabójstwo Jaroszewiczów, służby popełniły w śledztwie tak wiele błędów, że po latach nie da się nawet odtworzyć przebiegu zbrodni. Gdy z kolei opisuje się bieżące zdarzenie kryminalne, kontakt ze świadkami jest z reguły łatwiejszy, emocje świeże i intensywne, ale brakuje oglądu sprawy z dystansu. Trzeba przedzierać się przez relacje świadków, odtwarzać wydarzenia z ostatnich dni i tygodni, szukać motywów. To też nie jest łatwe. Wolę pisać o zabójstwach, które miały miejsce przed latami – taka sprawa zawsze jest bogatsza, ma wiele aspektów, swoją historię. Poza tym zwykle zajmuję się zbrodniami niewyjaśnionymi. Badanie, dlaczego mimo upływu wielu lat zabójstwa nie udało się wyjaśnić, jest najciekawsze.

 

Reportaż kryminalny, oparta na faktach powieść kryminalna czy może raczej powieść o prawdziwej zbrodni? Jakby pani określiła swoją twórczość?

 

Moje książki to reportaże kryminalne. Staram się jak najwierniej opisywać rzeczywistość, niewiele jest w nich kreacji. Bardzo pilnuję też tego, żeby nie było w nich mojego komentarza, mojej oceny wydarzeń. Chcę być tylko fotografem, który przekazuje to, co widział. Nie zawsze to się oczywiście udaje. Historia zawsze jest filtrowana przez autora, przez jego wrażliwość. Nigdy natomiast do reportażu nie wplatam fikcyjnych sytuacji, wymyślonych dialogów czy wypowiedzi, nieistniejących osób. To by było oszukiwanie czytelnika.

 

Dlaczego czytelnicy sięgają po pani reportaże? Czy wynika to tylko z fascynacji zbrodnią?

 

Popularność literatury true crime wynika nie tylko z fascynacji zbrodnią. Reportaże kryminalne najczęściej opowiadają o czymś więcej niż zabójstwo – pokazują kawałek otaczającej nas rzeczywistości, opowiadają o trudnych relacjach międzyludzkich, o skrajnych emocjach. To zawsze historia życia jakiejś rodziny, miasteczka, społeczności. Często to historia niesprawiedliwości i nierówności wobec prawa. Mój reportaż o zabójstwie Iwony Cygan pokazał patologie funkcjonujące w małym miasteczku, które doprowadziły do śmierci młodej, niewinnej dziewczyny. W tych historiach zbrodnia jest często tylko pretekstem, żeby opowiedzieć o nas i o Polsce.

 

To prawda, historia Iwony Cygan mogłaby wydarzyć się w każdym miasteczku w Polsce. Co by pani poleciła początkującym autorom, którzy chcą zająć się dziennikarstwem śledczym i reportażem kryminalnym?

 

Poradziłabym, żeby bardzo dużo czasu i energii poświęcali na szczegółową dokumentację, aby próbowali dotrzeć do jak największej ilości świadków i dokumentów. Żeby wyrabiali sobie o sprawie własne zdanie i nie wierzyli w oficjalne komunikaty. No i święta zasada dziennikarstwa – zawsze potwierdzaj informację w kilku źródłach. Nie może być tak, że dziennikarz dostaje wybrane materiały od oskarżonych, ich adwokatów i popleczników, a potem wyłącznie na ich podstawie tworzy tekst. To nie ma nic wspólnego z rzetelnym dziennikarstwem. Wersję jednej strony zawsze musi skonfrontować z wersją drugiej strony, z aktami sprawy, z relacjami świadków, do których sam dotarł. Tylko wtedy ten tekst ma szansę być obiektywnym.

 

Nad jakim tematem teraz pani pracuje? Kiedy ukaże się pani kolejna książka?

 

Już jakiś czas temu skończyłam reportaż o aferze Amber Gold. Książka jest w wydawnictwie i mam nadzieję, że wkrótce się ukaże. Teraz pracuję nad reportażem o kolejnym zabójstwie, Katarzyny Z., studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego, z której sprawca ściągnął skórę. To okrutna zbrodnia i bardzo kontrowersyjna sprawa. I jak zwykle okazuje się, że prawda jest całkiem inna niż ta przedstawiana w mediach…

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. © Kuba Celej

 


 

Monika Góra

Absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autorka książek, m.in. „Miasteczka zbrodni. Dlaczego zginęła Iwona Cygan”, „Człowieka, który wiedział za dużo. Dlaczego zginęli Jaroszewiczowie”. Zrealizowała kilkadziesiąt reportaży telewizyjnych dla programu „Uwaga” w telewizji TVN.

 

Nie żyje dziennikarz Kamil Durczok

Zmarł Kamil Durczok, były dziennikarz Telewizji Polskiej, TVN, Polsat News. Miał 53 lata.

 

Jak podał portal Interia.pl powołując się na informacje przekazane przez rodzinę dziennikarza, Durczok był reanimowany w nocy z poniedziałku na wtorek, jego życia nie udało się uratować. Zmarł we wtorek nad ranem w szpitalu w Katowicach.

 

Komunikat w sprawie śmierci Kamila Durczoka wydało we wtorek Uniwersyteckie Centrum Kliniczne im. prof. K. Gibińskiego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

 

„Pacjent został przyjęty wczoraj o godzinie 13.45 na Izbę Przyjęć, przekazany na oddział Chorób Wewnętrznych, Autoimmunologicznych i Metabolicznych, a następnie przekazany na Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii” – napisano w nim.

 

„Stan pacjenta określano jako bardzo ciężki. Pacjent zmarł o godzinie 4.23 (16.11 br.) w wyniku zaostrzenia przewlekłej choroby i zatrzymania krążenia” – czytamy w komunikacie szpitala, w którym dodano też:  „Łączymy się myślami z rodziną w tym trudnym czasie oraz składamy najszczersze wyrazy współczucia”.

 

Kamil Durczok karierę dziennikarską rozpoczynał w 1991 roku w Radiu Katowice. Dwa lata później rozpoczął pracę w Telewizji Polskiej. W 2006 roku przeszedł do telewizji TVN, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego i prowadzącego „Faktów”. W 2015 roku odszedł ze stacji po oskarżeniach o mobbing.  Później był m.in. wydawcą i redaktorem naczelnym portalu Silesion.pl oraz  gospodarzem programu „Brutalna prawda. Durczok ujawnia” (później pod nazwą „Durczokracja”) w Polsat News.

 

opr. jka, źródło: Interia.pl, fot. Wikipedia

 

 

 

Z UDZIAŁEM SDP. Jubileuszowy Festiwal Pieśni Patriotycznej i Wojskowej

W Pieniężnie na Warmii, w dniach 12 – 13 listopada, odbył się 25. Festiwal Pieśni Patriotycznej i Wojskowej, podczas którego wystąpili uzdolnieni soliści oraz zespoły nie tylko z Polski, ale także zza granicy.

 

„Gratulacje i słowa uznania kieruję do organizatorów, wykonawców i publiczności festiwalowej, którzy poprzez to wartościowe przedsięwzięcie pielęgnują pamięć o naszej Ojczyźnie. Wierzę, że Festiwal dostarczy uczestnikom głębokich wzruszeń i umocni poczucie dumy narodowej.Łączę się z Państwem w przeżywaniu tego niezwykłego wydarzenia i mam nadzieję, że w kolejnej edycji będę mógł uczestniczyć osobiście” – napisał w liście prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński, którego w zastępstwie reprezentowała dyrektor biura Zarządu Głównego SDP Agnieszka Wójcik. Nie zabrakło także delegatów z Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP z prezesem Grzegorzem Radzickim na czele.

 

W ciągu dwóch dni swoje umiejętności zaprezentowały dzieci, młodzież oraz osoby dorosłe. Najlepsi otrzymali pamiątkowe dyplomy i nagrody specjalne ufundowane przez sponsorów. Pierwszego dnia poza występami odbył się także wykład „Polskie drogi do wolności”, który wygłosił dr Waldemar Brenda.

 

Tegoroczny festiwal stanowił ciekawą lekcję historii. Wszyscy artyści mogli się pochwalić wysokim poziomem. Jesteśmy pełni podziwu dla młodych Polaków z chóru Jaskółeczka z Litwy, którzy w tak piękny sposób dbają o swoją kulturę, pokazują swoje przywiązanie do Polski, jej historii i tradycjipowiedziała Justyna Masiewicz-Grodź z Urzędu Miejskiego w Pieniężnie.

 

 

Wpuścić dziennikarzy nad granicę – apeluje ŁUKASZ WARZECHA

Jeżeli faktycznie w ramach nowych regulacji prawnych, jakie mają zastąpić stan wyjątkowy na granicy, dziennikarze mieliby odzyskać możliwość pracy w strefie przygranicznej, byłoby znakomicie. Wykluczenie mediów po polskiej stronie było bowiem błędem.

 

Jak to zwykle w Polsce ostatnich lat, sprawa jest głęboko zanurzona w polityce. Da się ją jednak racjonalnie przeanalizować. Jeśli pozostawić na boku emocje, musimy przyznać, że owszem, władza miała swoje argumenty, aby dziennikarzom zakazać wstępu. Można je podzielić na dwie grupy.

 

Pierwsza to argumenty dotyczące bezpieczeństwa. W strefie nadgranicznej w pełni bezpiecznie nie jest, służby operują w sytuacji zwiększonego napięcia, konieczność uwzględniania w ich działaniach dodatkowo obecności dziennikarzy jest oczywiście uciążliwa. I to można zrozumieć.

 

Druga część argumentacji jest już trudniejsza do zaakceptowania. Niemal nikt z obozu rządzącego nie powiedział tego wprost, ale przecież trudno mieć wątpliwości, że chodziło o to, aby nie tworzyć niekorzystnego dla władzy obrazu. Powiedział o tym niemal całkowicie szczerze Jarosław Kaczyński w wywiadzie w RMF około trzy tygodnie temu, pytany właśnie o obecność dziennikarzy przy granicy. Przywołał wówczas przykład wojny wietnamskiej i lewicowej propagandy, jaką serwowały wówczas amerykańskie media. Kaczyński postawił tezę, że była to jedna z przyczyn przegranej USA w tym konflikcie.

 

Czy tak było faktycznie – odpowiedź trzeba pozostawić historykom. Na pewno nastawienie amerykańskiego społeczeństwa miało znaczenie, a to rzeczywiście było w dużej części zależne od tonu mediów. Lecz czy było decydujące i czy wojna wietnamska w ogóle była do wygrania, niezależnie od nastrojów ludzi – to już całkiem inna sprawa.

 

Nasz sprzeciw powinien jednak wywołać taki sposób argumentacji po stronie wicepremiera do spraw bezpieczeństwa. Brzmiało to bowiem tak, jakby Jarosław Kaczyński chciał powiedzieć, że nie można wpuszczać dziennikarzy tam, gdzie ich relacje mogą się okazać kłopotliwe dla rządzących. Gdyby tę zasadę rozszerzyć – a właściwie czemu nie, skoro została zaprezentowana jako reguła uniwersalna – musielibyśmy uznać, że władza ma prawo nie dopuścić mediów wszędzie tam, gdzie może to jej sprawić jakikolwiek problem. Takich zaś sytuacji można sobie wyobrazić mnóstwo.

 

Tak, jest prawdą, że część lewicowych mediów pokazuje karykaturalny wręcz obraz sytuacji na granicy. Łzawe historyjki o biednych, niczego nieświadomych „uchodźcach” z rzetelnością dziennikarską nie mają nic wspólnego. „Gazeta Wyborcza” opublikowała niedawno materiał, w którym powoływała się na „sklepowe” z regionu nadgranicznego. „Judith z Konga” (OKO Press) stała się już wręcz kultowa. To są kpiny, nie dziennikarstwo. Tylko że – proszę zauważyć – to i tak jest. Wpuszczenie dziennikarzy do strefy stanu wyjątkowego niewiele by tutaj zmieniło. Nieprzychylne rządowi media swoją agendę realizują i tak.

 

Natomiast liberalizacja ograniczeń dla mediów pozwoliłaby pokazać sytuację również tym redakcjom, które nie podchodzą do tego ze z góry przyjętymi założeniami. Nie mówiąc już o mediach zagranicznych, które niestety skwapliwie korzystają teraz z zaproszenia Łukaszenki.

 

Przede wszystkim pamiętać zaś trzeba, że obywatele mają prawo do informacji – i to jest kwestia podstawowa. To prawo powinno być ograniczane jedynie w absolutnie wyjątkowych sytuacjach. Czy ta do takich należy? Częściowo zapewne tak, ale tylko częściowo. Dlatego z kolei przedstawiciele mediów powinni być również gotowi na kompromisy. Nie wiemy jeszcze, jakie zasady pracy dziennikarzy zostaną zawarte w nowych przepisach, ale trzeba pogodzić się z tym, że nie będzie to pełna, stuprocentowa swoboda. Na Litwie jest podobnie – media nie mogą na przykład pokazywać procesu pushbacku. Nie jest to powód do darcia szat – dla wspólnego dobra można pewne ograniczenia przyjąć. Najważniejsze, żeby można było zacząć pokazywać to, co się na granicy dzieje. Nie wydaje się, żeby rządzący mieli się czego obawiać – nastroje społeczne są i tak bardzo wyraźnie po ich stronie.

 

Łukasz Warzecha

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Dawid Jung

ODCINEK 27. Z Dawidem Jungiem, redaktorem naczelnym „Zeszytów Poetyckich”, dziennikarzem, pisarzem, muzykiem rozmawia Jarosław Mikołajczyk.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Dominika Ćosić

ODCINEK 26. Z Dominiką Ćosić, korespondentką w Brukseli, ekspertką od Bałkanów, autorką książek, rozmawia Magdalena Uchaniuk.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury