Pierwsze posiedzenie nowego Zarządu Głównego SDP

W czwartek, 4 listopada na pierwszym posiedzeniu zebrał się nowy Zarząd Główny SDP wybrany podczas Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego 16 października.

 

Pierwszym punktem obrad było ukonstytuowanie się Zarządu – wybór wiceprezesów, skarbnika i sekretarza generalnego. Wiceprezesami zostali: Jolanta Hajdasz i Mariusz Pilis, sekretarzem generalnym Hubert Bekrycht, a skarbnikiem Aleksandra Tabaczyńska.

 

W dalszej części posiedzenia członkowie ZG omówili sytuację Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym i przyjęli uchwałę wyrażającą zgodę na prowadzenie działań na rzecz przedłużenia warunków dzierżawy tego obiektu.

 

Przegłosowano uchwałę w sprawie podjęcia kroków mających na celu wycenę działek w Wildze będących własnością SDP. Zadecydowano również o odkupieniu części jednostek uczestnictwa funduszu inwestycyjnego. Uzyskana w ten sposób kwota 500 000 zł ma zostać przeznaczona na spłatę zobowiązań SDP z tytułu opłat za użytkowanie wieczyste za 2020 roku.

 

W kolejnej uchwale ustalono, że w skład Komisji Statutowej, której zadaniem będzie opracowanie projektu zmian w Statucie celem ich uchwalenia podczas przyszłego Zjazdu Delegatów SDP, wejdą wszyscy członkowie Zarządu Głównego oraz po jednym delegacie z każdego Oddziału SDP.

 

Zarząd Główny przegłosował także uchwałę, w której zwrócił się do Agnieszki Borowskiej o dobrowolną  rezygnację lub zawieszenie członkostwa w Zarządzie Głównym, w związku z pełnieniem przez nią funkcji rzecznika prasowego Ministra Sprawiedliwości (więcej na ten temat można przeczytać TUTAJ).

 

Na czwartkowym posiedzeniu przyjęto również uchwałę w sprawie dostępu dziennikarzy do strefy stanu wyjątkowego.

 

„Świadomi niebezpieczeństwa wynikającego ze stanu wojny hybrydowej  na granicy polsko – białoruskiej inspirowanej przez reżim Aleksandra Łukaszenki apelujemy do władz RP o umożliwienie obecności akredytowanych dziennikarzy w miejscach konfliktu i udzielenie im wszelkiej pomocy w wykonywaniu dziennikarskich obowiązków” – napisali w niej członkowie Zarządu (więcej o tej uchwale TUTAJ).

 

Zarząd Główny wyraził też stanowczy protest przeciwko aresztowaniu Iryny Słaunikawej przedstawicielki telewizji Biełsat i jej meżą Alaksandra Łojki. W poniedziałek, 1 listopada białoruski sąd skazał ich na 15 dni aresztu za  „przechowywanie materiałów ekstremistycznych”, a za takie uznano m.in. publikacje Biełsatu (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

red.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Anna Popek rozmawia z Przemysławem Babiarzem – zapowiedź

Popularny dziennikarz i komentator sportowy, prezenter telewizyjny Przemysław Babiarz będzie gościem Anny Popek w kolejnym odcinku „SDP Cafe – podaj dalej…” Premiera spotkania 9 listopada o godz. 19 na kanale SDP na YouTube oraz na portalu sdp.pl.

 

Trzykrotny laureat Telekamery „Tele Tygodnia”, Przemysław Babiarz zanim rozpoczął telewizyjną karierę dziennikarską studiował teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a potem aktorstwo w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Przez trzy lata, do 1992 roku, był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku. W tym to roku zadebiutował jako dziennikarz sportowy podczas XXV Letnich Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Od początku związany z Telewizją Polską, która opuścił tylko na krótko, kiedy to w latach 1999 – 2000 był prezenterem kanału Wizja Sport.

 

Specjalizuje się w komentowaniu biegów narciarskich, pływania, lekkoatletyki, łyżwiarstwa figurowego i skoków narciarskich. Wielokrotnie relacjonował letnie i zimowe Igrzyska Olimpijskie. W swojej działalności telewizyjnej nie ogranicza się tylko do sportu. Współprowadził w TVP wiele programów, m.in. „Pytanie na śniadanie” „Kawa czy herbata?” oraz cykl „Wielki Test”. Nie zapomina też o swoich artystycznych korzeniach, na przykład w 2018 roku wystąpił na 55. Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, gdzie zaśpiewał piosenkę Wojciecha Młynarskiego „W Polskę idziemy”.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to cykl rozmów przygotowanych przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, których bohaterami są dziennikarze-twórcy kultury. Formuła zakłada, że w następnych odcinkach gość może wystąpić w roli gospodarza i zaprosić na rozmowę kolejną osobę. Więcej informacji o projekcie TUTAJ.

 

Partnerzy:

Fundacja Kulturalna Polska, Fundacja Solidarności Dziennikarskiej

 

Patroni medialni:

TV Republika, „Sieci”, wPolityce.pl, „Do Rzeczy”, Radio Wnet, „Kurier Wnet” waw4free.pl, „Informator Stolicy”, kulturalni.pl, „Bez Wierszówki”, „Forum Dziennikarzy”

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Krystyna Różańska-Gorgolewska

ODCINEK 23. Z Krystyną Różańską-Gorgolewską, malarką, krytykiem sztuki, dziennikarką Radia Poznań, rozmawia Marcel Skierski.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

Uchwała ZG SDP w sprawie obecności dziennikarzy w strefie stanu wyjątkowego

Zarząd Główny SDP przyjął uchwałę, w której zwrócił się z apelem do władz RP o umożliwienie akredytowanym dziennikarzom obecności w strefie stanu wyjątkowego.

 

Poniżej treść uchwały:

 

„Świadomi niebezpieczeństwa wynikającego ze stanu wojny hybrydowej  na granicy polsko – białoruskiej inspirowanej przez reżim Aleksandra Łukaszenki apelujemy do władz RP o umożliwienie obecności akredytowanych dziennikarzy w miejscach konfliktu i udzielenie im wszelkiej pomocy w wykonywaniu dziennikarskich obowiązków.

 

ZG SDP przypomina, iż umożliwienie pracy dziennikarzy w miejscach wszelkich wydarzeń i konfliktów, w tym konfliktów o charakterze wojennym, jest obowiązkiem przedstawicieli władz demokratycznego państwa zgodnie z aktami prawa międzynarodowego, w tym z Europejską Konwencją Praw Człowieka, do których przestrzegania zobowiązała się państwo polskie. Jednocześnie apelujemy o podjęcie działań, w celu zapewnienia dziennikarzom na granicy polsko białoruskiej godnych i niezagrażających ich bezpieczeństwu warunków pracy.”

 

Zarząd Główny SDP apeluje do Agnieszki Borowskiej o rezygnację z członkostwa w ZG

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przegłosował w czwartek, 4 listopada uchwałę, w której zwrócił się do Agnieszki Borowskiej  o dobrowolną  rezygnację lub zawieszenie członkostwa w Zarządzie Głównym.

 

W uchwalę czytamy:

 

W związku z powołaniem Pani Agnieszki Borowskiej do Zarządu Głównego SDP przez Zjazd Delegatów SDP oraz równoczesnym pełnieniem przez Nią funkcji rzecznika prasowego Ministra Sprawiedliwości, Zarząd Główny zwraca się do Pani Agnieszki Borowskiej o dobrowolną  rezygnację lub zawieszenie członkostwa w Zarządzie Głównym.

 

Uzasadnienie uchwały

 

Zgodnie z Rozp. Rady Ministrów z dnia 8 stycznia 2002 r. w sprawie organizacji i zadań rzeczników prasowych w urzędach organów administracji rządowej, do zadań rzeczników prasowych należy w szczególności publiczne prezentowanie działań organów administracji rządowej oraz organizowanie kontaktów publicznych organów administracji rządowej, realizowanych z udziałem lub za pośrednictwem środków masowego przekazu (§ 1 ust. 2 Rozp. RM). Do zadań rzecznika prasowego ministra należy m. in. wyjaśnianie działań, inicjatyw i programów podejmowanych przez ministra, w tym w szczególności wydawanie oświadczeń i publiczne prezentowanie działań ministra, oraz przedstawianie stanowiska ministra w sprawach należących do zakresu działania danego organu administracji rządowej (§ 3 ust. 2 pkt 1 i 2 Rozp. RM).  Rzecznik prasowy podlega organowi administracji rządowej, który reprezentuje (§ 5 Rozp. RM).

 

Na temat statusu rzecznika prasowego ministerstwa wypowiedział się m. in. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z dnia 13 kwietnia 2016 r. II SA/Wa 1755/15.

W uzasadnieniu do tego wyroku WSA wskazał co następuje: „(…) Rzecznik prasowy Ministerstwa (…) zgodnie z aktualnym brzmieniem rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 8 stycznia 2002 r. w sprawie organizacji i zadań rzeczników prasowych w urzędach organów administracji rządowej (Dz. U. Nr 4, poz. 36), nie jest zwykłym pracownikiem wykonującym czynności usługowe, lecz osobą pełniącą funkcje publiczne, bowiem w myśl § 1 ust. 3 rozporządzenia, do zadań rzeczników prasowych należy również współudział w realizacji obowiązków nałożonych na organy administracji rządowej w ustawie o dostępie do informacji publicznej, natomiast stosownie do brzmienia § 5 ust. 2 zd. 1 i 3 rozporządzenia, rzecznik prasowy podlega organowi administracji rządowej, który reprezentuje oraz może łączyć swoje funkcje z wykonywaniem innych zadań służbowych. Powyższe oznacza, że rzecznik prasowy Ministra jest pracownikiem administracji rządowej, a wykonywane przez niego czynności nie mają charakteru wyłącznie usługowego, skoro wiążą się również z wykonywaniem obowiązków nałożonych ustawą o dostępie do informacji publicznej. Przy czym obowiązki te wykonywane są także poprzez odmowę udzielenia informacji publicznej, dla której ustawa zastrzega formę decyzji administracyjnej. Z tego względu rzecznik prasowy posiada co najmniej wąski zakres kompetencji decyzyjnej, co jest równoznaczne z podejmowaniem działań wpływających bezpośrednio na sytuację prawną innych osób lub chociaż uprawnienie do przygotowywania decyzji wywierających takie skutki, na co zwrócił już uwagę Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 20 marca 2006 r. sygn. akt K 17/05.”

 

Mając na uwadze cyt. wyżej uregulowania prawne i określony w nich status rzecznika prasowego, Zarząd Główny stwierdza, że łącznie funkcji opisanych w § 1 Uchwały nie powinno mieć miejsca, ponieważ rzecznik prasowy ministerstwa podlega organowi który go powołał, wchodzi w skład administracji rządowej i realizuje powierzone mu zadania służbowe. Sytuacja zaistniała wskutek powołania Pani Agnieszki Borowskiej do Zarządu Głównego poważnie zagraża wizerunkowi Stowarzyszenia, ponieważ w konsekwencji wobec SDP wysuwane są zarzuty braku obiektywizmu i niezależności wobec administracji rządowej.

 

Opisane wyżej okoliczności faktyczne i prawne powodują, że według oceny Zarządu, członkostwa w Zarządzie Głównym SDP nie da się pogodzić z funkcją rzecznika prasowego ministerstwa.

 

Mając powyższe na uwadze, Zarząd Główny postanowił przyjąć niniejszą Uchwałę.

 

 

Pełny tekst uchwały wraz z podpisami członków ZG  TUTAJ.

 

MIROSAŁW USIDUS: „Siła ciążenia” uratuje Facebooka

Z tego, co można ostatnio przeczytać w mediach na temat Facebooka, trudno wywnioskować, jaka będzie przyszłość niebieskiej platformy. Nie dlatego, że brakuje przepowiedni i prognoz, ale raczej z powodu ich nadmiaru.

 

Ton analiz rozciąga się od przekonania, że nic społecznościówce się nie stanie, bo Facebook jest zbyt wielki i opłacalny jako biznes, by miał upaść lub zostać zamknięty, do wieszczb niechybnego rozkładu gigantycznej platformy internetowej, już to z powodu odwrócenia się od niej użytkowników (w przypadku najmłodszych to już się dzieje), już to wskutek antymonopolowych postępowań, nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

 

W mediach zapanowała nadzwyczajna ekscytacja z powodu zeznań w Kongresie „whistleblowerki” Frances Haugen, które zbiegły się w czasie z wielką awarią Facebooka. Rewelacje Haugen, która przy okazji została zidentyfikowana jako osoba skrajnie stronnicza w sensie politycznym, zostały całkiem przytomnie skontrowane przez Marka Zuckerberga i zastęp oficerów prasowych Facebooka.

 

Mniej głośne medialnie, ale równie ciekawe, były decyzje podejmowane w ostatnim czasie przez wymiar sprawiedliwości stanu Teksas. Potencjalnie mogą one w równie ciekawy sposób, co publikowane w mediach od września rewelacje, doprowadzić do ujawnienia mechanizmów funkcjonowania serwisu społecznościowego, zasad moderacji i cenzury politycznej, którą stosuje. Na mocy decyzji sędziego okręgowego z Austin, Roberta Pitmana, teksański prokurator generalny będzie mógł wejrzeć w wewnętrzne dane i dokumenty nie tylko Facebooka, ale również Google i Twittera. W tym przypadku firmy Big Tech same się o to prosiły. Zaskarżyły bowiem nowe prawo stanu Teksas zakazujące im zawieszania kont użytkowników z powodów politycznych, na co odpowiedzią była decyzja sądu. Jeśli rzeczywiście dojdzie do ujawnienia wewnętrznych materiałów na temat cenzury politycznej w firmach Big Tech, to może być dużo ciekawsze niż sensacje pani Haugen.

 

Cenzura, głupcze!

 

Wróćmy jednak do niej, bo media zrobiły wokół jej wystąpienia wiele szumu, co gdy się zna polityczne poglądy dziennikarzy amerykańskiego mainstreamu medialnego, nie dziwi. Była kierownik produktu najpierw ujawniła tajniki Facebooka jako anonimowe źródło „The Wall Street Journal”, o czym szeroko niedawno pisałem na portalu SDP, a potem już jawnie przez komisją Kongresu Stanów Zjednoczonych opowiadała o tym, co określała jako pozbawioną zahamowań gotowość korporacji do rozprzestrzeniania wszelkiego rodzaju szkodliwych dezinformacji, ponieważ napędza to zaangażowanie użytkowników i zyski reklamowe, choć dzieje się to z ogromną, rozpoznaną w badaniach szkodą dla młodzieży, społeczeństwa i demokracji.

 

Recepta Haugen, gdy została o nią zapytana, brzmiała mniej więcej tak: więcej nadzoru nad Facebookiem i nad treściami w nim publikowanymi. Czyli więcej jednostronnie politycznej cenzury, bo pani Haugen jest politycznie zaangażowana i to bardzo aktywnie, po lewicowej stronie. Jeśli mówi o dezinformacji to tylko o dezinformacji publikowanej przez „prawicę”, jeśli mówi o hejcie to tylko o mowie nienawiści ze strony prawicowych użytkowników. Dezinformacja  i hejt lewicy ma, jak należałoby to rozumieć, pozostawać poza zasięgiem tej najnowszej krucjaty.

 

O pomysłach objęcia platform internetowych Big Tech ściślejszą państwową kontrolą, a nawet przejęcia ich przez państwo również pisałem. Jest takich koncepcji wiele. Jedne brzmią nie najlepiej, wręcz złowrogo, gdyż oznaczają wprowadzenie pełnej państwowej cenzury politycznej na wzór modelu chińskiego. Inne, takie jak opisana przez mnie kiedyś koncepcja profesora Jeffa Jarvisa z The City University of New York proponują cos w rodzaju umowy społecznej, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, miałaby zawierać ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa.

 

Przypomnę te idealistyczne założenia, mając pełną świadomość, że rządzącej obecnie w USA lewicy na pewno nie o to chodzi. A więc jak to wyobrażał sobie Jarvis, umowa taka zobowiązywałaby użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego. A zatem, z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i przestępstw (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstawałby po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma musiałaby podjąć działania i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście trzeba też założyć, że może działać z własnej inicjatywy powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Oczywiście, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy, byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Obie strony mogą uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy. Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach, chociaż z drugiej strony, może warto dla typowo internetowych sporów rozszerzyć ten model również na kolejne instancje online.

 

Jest pytanie o możliwość występowania do takiego sądu przez anonimowego, lub posługującego się inną niż prawdziwa tożsamością, użytkownika. Wydaje się, że nie ma możliwości rozpatrywania skarg anonimów przez sąd działający na mocy państwowego prawa. Jednak w określonych sytuacjach, gdy np. sprawa dotyczy aktywności pod dobrze znanym w Internecie pseudonimem, a rzecz dotyczy wyłącznie aktywności sieciowej związanej z tym pseudonimem, można chyba dopuścić sytuację, że sąd zweryfikuje prawdziwą tożsamość użytkownika, ale jej nie ujawni, podobnie jak druga strona.

 

Jak pisze Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to tylko pozornie źle. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Przywołałem i przypomniałem szerzej ten pomysł, by skontrastować go z tym, co, moim zdaniem, lewicowe siły w USA i nie tylko tam mają ochotę zrobić z Facebookiem, a pewnie w konsekwencji z Twitterem i innymi platformami społecznościowymi. Google to trochę inna para kaloszy, ale administracja USA za pomocą postępowań antymonopolowych też zapewne będzie chciała zmusić tę firmę do większej „współpracy”. Podstawą wymuszania przez lewicę jeszcze silniejszego cenzorryzmu politycznego będą przygotowane w jej kręgach politycznych definicje niepożądanych osób i treści. Próbkę tego jednostronnego etykietowania widać np. stosowanym niedawno przez przedstawicieli administracji Bidena w odniesieniu do rodziców dzieci w szkołach epitecie – „terroryści”. Władze będą następnie egzekwować od firm Big Tech cenzurę i innego rodzaju prześladowania tak właśnie ideologicznie, dowolnie i wygodnie zdefiniowanych „ekstremistów”.

 

Zuckerberg: dlaczego cytujecie tylko niektóre badania

 

Możecie więc zapomnieć o „umowie społecznej” i równości podmiotów w internecie. Rządzący mają zupełnie inne plany. I to z czym wystąpiła pani Haugen jest dla nich doskonałym pretekstem. Sprzyja im ogólna irytacja, którą wzbudza w kręgach zarówno lewicowych jak i prawicowych serwis Zuckerberga. Jednak i temu ostatniemu nie brakuje argumentów wobec tego najnowszego ataku. Spisał je i opublikował na swoim blogu w reakcji na wystąpienie Haugen a także na wielką awarię. Jego argumenty są raczej chwalone za racjonalność i trafne zbijanie zarzutów byłej menedżerki, do której jednak w żadnym miejscu się nie odwołuje personalnie.

 

Wpis Marka Zuckerberga, o którym mowa, jest długi i przemyślany. Nie wymienia on z nazwiska Frances Haugen, ale pisząc o informacjach, które wyciekły za jej sprawą, szef Facebooka podkreśla, że zostały przeinaczone zarówno przez nią, jak i przez cytujące ją media.

 

Zuckerberg zwraca między innymi uwagę na to, że wiele zarzutów i oskarżeń wobec Facebooka nie ma logicznego sensu. „Gdybyśmy chcieli ignorować badania, to nie tworzylibyśmy ekosystemu badawczego w celu lepszego rozumienia zjawisk” – pisze na blogu. „Jeśli nie zależy nam na walce ze szkodliwymi treściami, to dlaczego zatrudniamy o wiele więcej osób poświęconych temu niż jakakolwiek inna firma w tej branży, nawet te większe od nas? (…) A jeśli media społecznościowe są tak odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego widzimy wzrost polaryzacji w USA, zaś w innych krajach nie ma tego wzrostu albo nawet da się zauważyć spadek, przy tak samo intensywnym wykorzystaniu mediów społecznościowych?”.

 

„Argument, że celowo promujemy treści, które denerwują ludzi, dla zysku, jest głęboko nielogiczny” – ciągnie szef Fejsa. „Zarabiamy na reklamach, a reklamodawcy nieustannie mówią nam, że nie chcą reklam obok treści szkodliwych lub pełnych gniewu. I nie znam żadnej firmy technologicznej, której chodziłoby o wywołujące depresję produkty. Wszystko, argumenty zarówno etyczne jak i biznesowe, przemawiają raczej za dążeniem w przeciwnym kierunku”.

 

Mark zwrócił też uwagę na wybiórczość oskarżycieli w traktowaniu badań wpływu Instagrama na nastolatków i dzieci. Bo choć z jednej strony rzeczywiście pewna część młodych ludzi ma związane z tą aplikacją problemy z samooceną, to z drugiej strony wśród zarzutów pominięto również wychodzący z badań pozytywny wpływ social media na samopoczucie i relacje wielu nastolatków.

 

Komentatorzy nieco bardziej zdystansowani zwracają uwagę, że w całym tym zgiełku najmniej zwrócono uwagę na najbardziej chyba niewygodny dla Facebooka zarzut Frances Haugen, dotyczący  ukrywania przez niego spadku liczby młodych amerykańskich użytkowników. Ujawniła wewnątrzfirmowe prognozy, że spadek zaangażowania nastolatków może prowadzić do ogólnego spadku amerykańskich użytkowników 45 proc. w ciągu najbliższych dwóch lat. Jeśli zostanie to potwierdzone, to oznacza to wprowadzanie reklamodawców w błąd, co podważyłoby źródło 99 proc. przychodów Facebooka ale także potencjalnie złamałoby prawo. Zuckerberg również temu zaprzecza, ale nie pozwala sobie na figury retoryczne przy tej okazji.

 

Prawne karty przeciwników Facebooka nie są wcale tak mocne jak to się być może niektórym wydaje. Politycy grożą, że rozbiją firmę na kawałki, ale, jak się zauważa, wymierzony przeciw niemu proces antymonopolowy jest wadliwy. Twierdzenie Departamentu Sprawiedliwości, że Facebook jest monopolistą, opiera się na zdefiniowaniu rynku w taki sposób, aby wykluczyć większość innych sieci społecznościowych. Monopolowi w pewnym sensie przeczy to, co działo się podczas niedawnej awarii. Użytkownicy bez większych problemów przeszli do aplikacji takich jak Telegram, TikTok czy Twitter. Gdyby to był prawdziwy monopol, to korzystanie z konkurencyjnych produktów nie byłoby tak łatwe. Postepowania antymonopolowego bardziej więc powinien obawiać się Google a nie serwis Zucekrberga.

 

Siła ciążenia

 

Eksperci uważają, że mimo wcale nie tak silnych podstaw do ataku na Facebooka, samo nagromadzenie negatywnych zjawisk, zarzutów i problemów, może platformę Zuckerberga sprowadzić do tak niskiego poziomu reputacji, że już się z tego dołka nie wydostanie. Nawet przedstawienie racjonalnych i całkiem sensownych odpowiedzi, jak te które padły na zarzuty pani Haugen, może na tak niskim poziomie wiarygodności nic nie pomóc. Często przywoływane porównanie do koncernów tytoniowych oznacza, że nikt nie ma ochoty wyciągnąć ręki do firmy, która upadła tak nisko. Z drugiej strony firmy produkujące papierosy wciąż funkcjonują i sprzedają, więc upadek w sensie biznesowym nie musi nastąpić, przynajmniej nie od razu. Raczej długotrwała wegetacja w cieszącej się coraz gorszą opinią piwnicy internetowej, okraszona być może kosztownymi pozwami zbiorowymi

 

Niewykluczone jednak, że ten upadek może być szybszy, zważywszy, że starzejąca się, coraz mniej atrakcyjna dla reklamodawców, społeczność użytkowników, niekoniecznie będzie trzymać się nieatrakcyjnej już dla młodych platformy. Jeśli wypali inicjatywa Donalda Trumpa Truth Social, prawdopodobnie co bardziej konserwatywnie nastawieni użytkownicy odejdą bez żalu tam gdzie nie czeka ich niechęć i cenzura (Facebook bez litości tnie zasięgi nielewicowym serwisom informacyjnym, co również wyszło w niedawno ujawnionych wewnętrznych dokumentach).

 

Rozpatruje się wiele scenariuszy spodziewanej przyszłości Facebooka, w tym rozbicie antymonopolowe (wątpliwa sprawa, o czym wyżej), przejęcie przez państwo/polityków (to w zasadzie nie byłaby prawdziwa zmiana, raczej ewentualnie ilościowe wahnięcie, gdyż Facebook już jest we władaniu lewicy), albo nawet rychły koniec platformy z powodu odejścia reklamodawców niechętnych reklamowaniu się na serwisie o coraz niższej reputacji. To ostatnie w świetle ujawnionych niedawno informacji o reklamowej zmowie cenowej Facebooka z Google’m rysuje się jako nieco bardziej prawdopodobne, a dodać do tego trzeba oczywiście dochodzenie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.

 

Moim skromnym zdaniem, w najbliższym czasie nie stanie się nic szczególnego, jeśli chodzi o Facebooka, choć może wiele rzeczy jeszcze zostanie powiedzianych, padną kolejne oskarżenia, a nawet otwarte nowe procesy, i rozdarte zostaną kolejne szaty obrońców prywatności, młodzieży i politycznego pokoju w społeczeństwie.

 

Kluczem do trwania, względnej niezmienności pozycji i znaczenia błękitnego serwisu jest inercja, czy też może „siła ciążenia” sieci społecznościowych. Okazuje się, że grawitacja ziemska zmuszająca nas do budowy potężnych rakiet, by oderwać się od naszej planety choćby na niską orbitę, jest niczym przy niutonach uwikłania społecznościowego. Przekonałem się o tym blisko rok temu na własnym przykładzie.

 

Gdy, zdegustowany represyjną, ingerującą nawet treści prywatnej komunikacji cenzurą polityczną, próbowałem namówić znajomych w sieci społecznościowej do odejścia, to choć wszyscy się zgadzali, że tak, to skandal i jak ten Facebook może tak cenzurować, nikt nie kwapił się do zakończenia swojej przygody z tą platformą. Także i ja w tej sytuacji nie pożegnałem się panem Zuckerbergiem. Okazało się, że ta „siła ciążenia”, która nie pozwoliła mojej społeczności oderwać się od Facebooka, także i mnie przytrzymała, choć niby uruchomiłem silniki i zapraszałem do swojej rakiety.

 

Grawitacja jak wiadomo ma związek z masą. Masą tą są sieci połączeń, kontaktów, gigantyczne zasoby danych. Niedawno przeczytałem, że Facebook jest największym repozytorium danych w historii świata. To tak masa stabilizuje platformę i wiąże jej użytkowników w taki sposób, że nawet jeśli mają ochotę to trudno im odejść. Z tego też powodu nie wierzę w prawdziwą chęć zniszczenia Facebooka przez polityków. Takiego bogactwa nie niszczy się. Wierzę jednak w chęć ściślejszej i dokładniejszej kontroli nad tą skarbnicą.

 

Mirosław Usidus

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Agata Puścikowska

ODCINEK 22. Z Agatą Puścikowską, dziennikarką, pisarką, autorką m.in. „Wojennych sióstr”, działaczką pro-life, rozmawia Elżbieta Ruman.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Michał Orzechowski

ODCINEK 21. Z Michałem Orzechowskim, dziennikarzem, pisarzem, podróżnikiem, rozmawia Maciej Maciejowski.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

Czy możliwa jest debata politycznych liderów? – zastanawia się ŁUKASZ WARZECHA

Aby przeprowadzić solidną debatę polityczną trzeba by znaleźć neutralny medialny grunt i  dziennikarzy możliwych do zaakceptowania dla obu stron, a o to coraz trudniej.

 

Od jakiegoś czasu krąży pomysł zorganizowania debaty Jarosława KaczyńskiegoDonaldem Tuskiem. Nie sądzę, żeby do niej doszło, a już na pewno nie na obecnym etapie kalendarza politycznego, gdy przyspieszone wybory wydają się nie być już w niczyim interesie i najpewniej do nich nie dojdzie. Warto się jednak nad taką propozycją spokojnie zastanowić. Czy tego typu wydarzenie miałoby sens i dlaczego tak trudno sobie je w dzisiejszej Polsce wyobrazić?

 

Z debatami – nawet tymi przedwyborczymi – problem jest taki jak z wieloma innymi mechanizmami polskiego życia politycznego: są tak mocno uzależnione od bieżących partyjnych potrzeb i tak mocno naznaczone plemiennością, że natychmiast każdy podejrzewa realizację jakiegoś niecnego planu. I w dodatku często ma rację. Tymczasem są przedsięwzięcia, które z tej gry powinny być po prostu wyłączone i instytucja debaty przywódców partyjnych jest właśnie takim przedsięwzięciem.

 

Generalnie debaty nie są korzystne dla lidera, a mogą na nich wygrywać pretendenci. Na pozycji lidera, który ma najwięcej do stracenia, jest dzisiaj Jarosław Kaczyński. Na jego niekorzyść w starciu z Donaldem Tuskiem działałoby nie tylko zużycie obecnej władzy i fakt, że przywódcy opozycji zawsze łatwiej jest krytykować stan rzeczy niż przywódcy rządzącego obozu prezentować własne osiągnięcia, szczególnie po sześciu latach rządów. W telewizji przeciwko Kaczyńskiemu działałaby również bardzo dzisiaj widoczna różnica wizerunkowa: prezes PiS, mówiąc brutalnie, wyraźnie się w ostatnich latach postarzał, podczas gdy młodszy o osiem lat Donald Tusk zachowuje naprawdę dobrą formę. Jarosław Kaczyński, by tak rzec, również nie trenował – nie musiał od lat stawiać czoła ani zadającym trudne pytania dziennikarzom, ani tym bardziej dobrze przygotowanemu przeciwnikowi politycznemu.

 

Tego typu kwestie mają znaczenie w bezpośrednim starciu. Tusk zapewne świetnie to wszystko rozumie, dlatego to on głównie prze do debaty, mając zresztą świadomość, że do niej nie dojdzie. Uważa – w jakimś stopniu słusznie – że i tak to starcie wygrywa jako ten, który ogłasza, że się go nie boi.

 

Te kwestie politycy muszą oczywiście mieć w pamięci, ale nie powinny one decydować o tym, czy do debaty dochodzi czy nie. Tak, ktoś na niej może wygrać, a ktoś niewątpliwie przegra, ale publiczność powinna móc poznać zdanie liderów w bezpośredniej konfrontacji.

 

Tu jednak pojawiają się problemy. Pierwszy z nich jest polityczny, ale też ma znaczenie. Znamy go z debat przedwyborczych: gdyby organizować starcie przywódców tylko dwóch dominujących obozów, liderzy pozostałych ugrupowań mogliby słusznie czuć się pominięci i uznać, że to część strategii likwidacji w świadomości wyborców jakichkolwiek alternatyw wobec dwóch największych armii. To może mieć znaczenie dla mediów publicznych w świetle przepisów ustawowych, ale już niekoniecznie dla mediów prywatnych, które mogłyby po prostu uznać, że dla nich, także z czysto komercyjnego punktu widzenia, taka debata ma sens, zaś problemy mniejszych partii są tylko ich kłopotem.

 

Drugi problem to znalezienie odpowiednio neutralnego gruntu. Tutaj wyzwanie jest wręcz dramatyczne, a bierze się z jednego z fundamentalnych problemów polskiej polityki – braku zaufania. Nie tylko politycy nie ufają sobie nawzajem nawet w najbardziej podstawowych sprawach, ale nie ufają również wszelkim zaangażowanym w politykę podmiotom, w tym mediom. Co gorsza, bardzo często słusznie. Tymczasem debata pomiędzy liderami politycznymi musiałaby być przeprowadzona w bardzo higienicznych warunkach: bez nieprzyjemnych zaskoczeń, we wcześniej ustalonym reżimie czasu i pytań, ale zarazem takim, który – co się zdarzyło przed wyborami prezydenckimi w ubiegłym roku – nie powodowałby, że starcie byłoby nieznośnie nudne. Trzeba by też znaleźć dziennikarzy możliwych do zaakceptowania dla obu stron, a o to również coraz trudniej. To kamyczek do dziennikarskiego ogródka, gdzie bardzo trudno znaleźć osoby gwarantujące wystarczający poziom bezstronności w przypadku takiego wyzwania.

 

Wszystko to są powody, dla których niełatwo sobie wyobrazić nie tylko debatę, o której teraz mowa, ale nawet jakąkolwiek debatę przedwyborczą z prawdziwego zdarzenia, a zatem taką, gdzie uczestnicy faktycznie mogą ze sobą wchodzić w polemikę, a prowadzący nie są tylko maszynkami do zadawania doskonale wcześniej znanych uczestnikom pytań.

 

Mógłby ktoś uznać, że wszystko to jest i tak tylko teatrem i nie ma większego znaczenia, a rozmowy o debacie wynikają jedynie z bieżącej partyjnej taktyki. Zapewne w jakimś stopniu miałby rację. Ale nie całkiem, bo debaty liderów nie są jakimś egzotycznym wymysłem, a kultura debatowania nie jest akademicką abstrakcją. Debaty pomiędzy partyjnymi liderami, traktowane poważnie, funkcjonują w Niemczech czy Francji. To my, za sprawą absurdalnie daleko posuniętej plemienności, oduczyliśmy je traktować jako nie tylko coś naturalnego, ale po prostu jako obowiązek wobec publiczności, z którego najważniejsze osoby w państwie muszą się wywiązywać.

Interwencja poselska w sprawie byłego operatora TVN . Sprawa objęta monitoringiem CMWP SDP

Poseł Piotr Sak wystąpił z interwencją do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i Państwowej Inspekcji Pracy w związku z postępowaniem dotyczącym p. Kamila Różalskiego, byłego operatora telewizji TVN i innych znajdujących się w podobnej sytuacji osób. Grupa ta złożyła skargę na pracodawcę TVN S.A. w wyniku czego Zakład Ubezpieczeń Społecznych rozpoczął z urzędu postępowanie. Jest ono objęte monitoringiem CMWP SDP.

 

8 października b.r. poseł Piotr Sak, przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. zmian w kodyfikacjach, zwrócił się do ZUS-u i do PIP z prośbą o zbadanie sprawy p. Kamila Różalskiego w kontekście „wielozakresowego ujawnienia prawdy materialnej i weryfikacji zarzutów interesariusza” w toku działań kontrolnych podjętych przez oddział ZUS w Warszawie. Poseł zwrócił się z prośbą o dogłębną analizę faktów oraz podjęcie działań ukierunkowanych na realizację praw pracowniczych, w tym rozważenie „zasadności i legalności prawnie relewantnych działań pracodawcy w związku z suponowaną praktyką formalizowania stosunku pracy w ramach umów cywilnoprawnych z intencją radykalnego uszczuplenia wpływu składek na ubezpieczenie społeczne kosztem transferu środków na rzecz inwestora zagranicznego – w sytuacji spełnienia stosownych przesłanek natury merytorycznej i formalnej”.

 

Kamil Różalski był zatrudniony w latach 1998 – 2012 na podstawie umowy o pracę w TVN S.A. na stanowisku operatora kamery. Wówczas odprowadzane były za niego składki na ubezpieczenie emerytalne i społeczne. Wskutek presji pracodawcy miał być zmuszony do rozwiązania umowy o pracę za porozumieniem stron i przejścia na pracę w ramach umowy o dzieło lub umowy w ramach działalności gospodarczej. W konsekwencji p. Różalski świadczył pracę w taki sposób, jak wykonuje się ją na podstawie umowy o pracę, zamiast której mógł podpisać jedynie umowę o dzieło, lub prowadzić jednoosobową działalność gospodarczą.

 

Jak wyjaśnia p. Kamil Różalski w piśmie przesłanym do wiadomości CMWP SDP: od początku 2013 roku, gdy zwracałem przełożonym uwagę na niezgodną z prawem formę zatrudnienia oraz na zmuszanie mnie do pracy po kilkanaście godzin dziennie oraz inne patologie, konsekwentnie stawałem się ofiarą mobbingu oraz wykluczenia zawodowego w konsekwencji czego ograniczano mi pracę. (…) Z roku na rok w wyniku działań pracodawcy otrzymywałem coraz mniej pracy mimo posiadania przeze mnie bardzo wysokich kwalifikacji. I tak z operatora pracującego przy najważniejszych programach typu „Mam Talent”,”You Can Dance-Po Prostu Tańcz” czy serialu „Na Wspólnej” zostałem zdegradowany do studia DD TVN  2-3 razy w tygodniu . (…) Stan ten trwał ponad 7 lat: od dnia 1 stycznia 2013 roku do kwietnia, a właściwie września 2020 roku, gdy bez podania przyczyn straż TVN otrzymała polecenie, by nie wpuszczać mnie do siedziby firmy. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że zarówno ja, jak i inne osoby, które rozwiązały swoje umowy o pracę za porozumieniem stron, zostały do tego zmuszone szantażem (…).  Szantaż polegał na tym, że … (imię i nazwisko do wiadomości CMWP SDP) informował osobiście podczas rozmowy, że osoba, która nie rozwiąże swojej umowy za porozumieniem stron, nigdzie nie znajdzie pracy.

 

Grupa byłych pracowników stacji TVN złożyła w ZUS zgłoszenie sygnalizujące poważne nieprawidłowości w relacjach z pracodawcą 7 października 2019 roku, jednak realne działania w tym zakresie podjęto dopiero wiosną 2021 r. Jak czytamy w piśmie skierowanym przez posła Piotra Saka do ZUS-u, według uzyskanych relacji w tym czasie „przesłuchano zaledwie kilka osób, tym samym można dostrzec pewną opieszałość w działaniach organu, do którego zwrócił się z wnioskiem o wsparcie i ochronę należnych mu praw” Kamil Różalski. Dlatego poseł Piotr Sak zwrócił się z prośbą o dogłębną analizę faktów podnoszonych w przedmiotowej interwencji oraz o podjęcie działań ukierunkowanych na realizację praw pracowniczych, w tym rozważenia zasadności legalności działań pracodawcy. Wg informacji osób, które wystąpiły z wnioskiem o kontrolę  ZUS – u  w spółce TVN S.A.,  w podobnej, jak opisana przez nich sytuacji, jest blisko 1800 współpracowników tej telewizji.

 

CMWP SDP przypomina, iż w związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania  Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne, gdyż mogło mieć wpływ na realizację zasady wolności słowa, biorąc pod uwagę zatrudnienie powoda w spółce medialnej.

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę w 2019 r.  oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona. Pismo w tej sprawie zostało wysłane do ZUS (III Oddział w Warszawie) 17 maja b.r.  W piśmie do CMWP SDP z 21 czerwca b.r.  ZUS potwierdził prowadzenia kontroli u płatnika składek czyli w firmie TVN S.A.

 

Interwencja posła Piotra Saka pismo do ZUS    Różalski – interwencja ZUS

 

Interwencja posła Piotra Saka pismo do PIP  Różalski – interwencja PIP  

 

Na zdjęciu : Kamil Różalski podczas konferencji pt. “W obronie dziennikarzy”  organizowanej przez CMWP SDP, 14 września 2021 r. foto: archiwum CMWP SDP

 

Wcześniejsze informacje na ten temat: TUTAJ.