MIROSAŁW USIDUS: „Siła ciążenia” uratuje Facebooka

Z tego, co można ostatnio przeczytać w mediach na temat Facebooka, trudno wywnioskować, jaka będzie przyszłość niebieskiej platformy. Nie dlatego, że brakuje przepowiedni i prognoz, ale raczej z powodu ich nadmiaru.

 

Ton analiz rozciąga się od przekonania, że nic społecznościówce się nie stanie, bo Facebook jest zbyt wielki i opłacalny jako biznes, by miał upaść lub zostać zamknięty, do wieszczb niechybnego rozkładu gigantycznej platformy internetowej, już to z powodu odwrócenia się od niej użytkowników (w przypadku najmłodszych to już się dzieje), już to wskutek antymonopolowych postępowań, nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

 

W mediach zapanowała nadzwyczajna ekscytacja z powodu zeznań w Kongresie „whistleblowerki” Frances Haugen, które zbiegły się w czasie z wielką awarią Facebooka. Rewelacje Haugen, która przy okazji została zidentyfikowana jako osoba skrajnie stronnicza w sensie politycznym, zostały całkiem przytomnie skontrowane przez Marka Zuckerberga i zastęp oficerów prasowych Facebooka.

 

Mniej głośne medialnie, ale równie ciekawe, były decyzje podejmowane w ostatnim czasie przez wymiar sprawiedliwości stanu Teksas. Potencjalnie mogą one w równie ciekawy sposób, co publikowane w mediach od września rewelacje, doprowadzić do ujawnienia mechanizmów funkcjonowania serwisu społecznościowego, zasad moderacji i cenzury politycznej, którą stosuje. Na mocy decyzji sędziego okręgowego z Austin, Roberta Pitmana, teksański prokurator generalny będzie mógł wejrzeć w wewnętrzne dane i dokumenty nie tylko Facebooka, ale również Google i Twittera. W tym przypadku firmy Big Tech same się o to prosiły. Zaskarżyły bowiem nowe prawo stanu Teksas zakazujące im zawieszania kont użytkowników z powodów politycznych, na co odpowiedzią była decyzja sądu. Jeśli rzeczywiście dojdzie do ujawnienia wewnętrznych materiałów na temat cenzury politycznej w firmach Big Tech, to może być dużo ciekawsze niż sensacje pani Haugen.

 

Cenzura, głupcze!

 

Wróćmy jednak do niej, bo media zrobiły wokół jej wystąpienia wiele szumu, co gdy się zna polityczne poglądy dziennikarzy amerykańskiego mainstreamu medialnego, nie dziwi. Była kierownik produktu najpierw ujawniła tajniki Facebooka jako anonimowe źródło „The Wall Street Journal”, o czym szeroko niedawno pisałem na portalu SDP, a potem już jawnie przez komisją Kongresu Stanów Zjednoczonych opowiadała o tym, co określała jako pozbawioną zahamowań gotowość korporacji do rozprzestrzeniania wszelkiego rodzaju szkodliwych dezinformacji, ponieważ napędza to zaangażowanie użytkowników i zyski reklamowe, choć dzieje się to z ogromną, rozpoznaną w badaniach szkodą dla młodzieży, społeczeństwa i demokracji.

 

Recepta Haugen, gdy została o nią zapytana, brzmiała mniej więcej tak: więcej nadzoru nad Facebookiem i nad treściami w nim publikowanymi. Czyli więcej jednostronnie politycznej cenzury, bo pani Haugen jest politycznie zaangażowana i to bardzo aktywnie, po lewicowej stronie. Jeśli mówi o dezinformacji to tylko o dezinformacji publikowanej przez „prawicę”, jeśli mówi o hejcie to tylko o mowie nienawiści ze strony prawicowych użytkowników. Dezinformacja  i hejt lewicy ma, jak należałoby to rozumieć, pozostawać poza zasięgiem tej najnowszej krucjaty.

 

O pomysłach objęcia platform internetowych Big Tech ściślejszą państwową kontrolą, a nawet przejęcia ich przez państwo również pisałem. Jest takich koncepcji wiele. Jedne brzmią nie najlepiej, wręcz złowrogo, gdyż oznaczają wprowadzenie pełnej państwowej cenzury politycznej na wzór modelu chińskiego. Inne, takie jak opisana przez mnie kiedyś koncepcja profesora Jeffa Jarvisa z The City University of New York proponują cos w rodzaju umowy społecznej, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, miałaby zawierać ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa.

 

Przypomnę te idealistyczne założenia, mając pełną świadomość, że rządzącej obecnie w USA lewicy na pewno nie o to chodzi. A więc jak to wyobrażał sobie Jarvis, umowa taka zobowiązywałaby użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego. A zatem, z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i przestępstw (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstawałby po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma musiałaby podjąć działania i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście trzeba też założyć, że może działać z własnej inicjatywy powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Oczywiście, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy, byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Obie strony mogą uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy. Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach, chociaż z drugiej strony, może warto dla typowo internetowych sporów rozszerzyć ten model również na kolejne instancje online.

 

Jest pytanie o możliwość występowania do takiego sądu przez anonimowego, lub posługującego się inną niż prawdziwa tożsamością, użytkownika. Wydaje się, że nie ma możliwości rozpatrywania skarg anonimów przez sąd działający na mocy państwowego prawa. Jednak w określonych sytuacjach, gdy np. sprawa dotyczy aktywności pod dobrze znanym w Internecie pseudonimem, a rzecz dotyczy wyłącznie aktywności sieciowej związanej z tym pseudonimem, można chyba dopuścić sytuację, że sąd zweryfikuje prawdziwą tożsamość użytkownika, ale jej nie ujawni, podobnie jak druga strona.

 

Jak pisze Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to tylko pozornie źle. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Przywołałem i przypomniałem szerzej ten pomysł, by skontrastować go z tym, co, moim zdaniem, lewicowe siły w USA i nie tylko tam mają ochotę zrobić z Facebookiem, a pewnie w konsekwencji z Twitterem i innymi platformami społecznościowymi. Google to trochę inna para kaloszy, ale administracja USA za pomocą postępowań antymonopolowych też zapewne będzie chciała zmusić tę firmę do większej „współpracy”. Podstawą wymuszania przez lewicę jeszcze silniejszego cenzorryzmu politycznego będą przygotowane w jej kręgach politycznych definicje niepożądanych osób i treści. Próbkę tego jednostronnego etykietowania widać np. stosowanym niedawno przez przedstawicieli administracji Bidena w odniesieniu do rodziców dzieci w szkołach epitecie – „terroryści”. Władze będą następnie egzekwować od firm Big Tech cenzurę i innego rodzaju prześladowania tak właśnie ideologicznie, dowolnie i wygodnie zdefiniowanych „ekstremistów”.

 

Zuckerberg: dlaczego cytujecie tylko niektóre badania

 

Możecie więc zapomnieć o „umowie społecznej” i równości podmiotów w internecie. Rządzący mają zupełnie inne plany. I to z czym wystąpiła pani Haugen jest dla nich doskonałym pretekstem. Sprzyja im ogólna irytacja, którą wzbudza w kręgach zarówno lewicowych jak i prawicowych serwis Zuckerberga. Jednak i temu ostatniemu nie brakuje argumentów wobec tego najnowszego ataku. Spisał je i opublikował na swoim blogu w reakcji na wystąpienie Haugen a także na wielką awarię. Jego argumenty są raczej chwalone za racjonalność i trafne zbijanie zarzutów byłej menedżerki, do której jednak w żadnym miejscu się nie odwołuje personalnie.

 

Wpis Marka Zuckerberga, o którym mowa, jest długi i przemyślany. Nie wymienia on z nazwiska Frances Haugen, ale pisząc o informacjach, które wyciekły za jej sprawą, szef Facebooka podkreśla, że zostały przeinaczone zarówno przez nią, jak i przez cytujące ją media.

 

Zuckerberg zwraca między innymi uwagę na to, że wiele zarzutów i oskarżeń wobec Facebooka nie ma logicznego sensu. „Gdybyśmy chcieli ignorować badania, to nie tworzylibyśmy ekosystemu badawczego w celu lepszego rozumienia zjawisk” – pisze na blogu. „Jeśli nie zależy nam na walce ze szkodliwymi treściami, to dlaczego zatrudniamy o wiele więcej osób poświęconych temu niż jakakolwiek inna firma w tej branży, nawet te większe od nas? (…) A jeśli media społecznościowe są tak odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego widzimy wzrost polaryzacji w USA, zaś w innych krajach nie ma tego wzrostu albo nawet da się zauważyć spadek, przy tak samo intensywnym wykorzystaniu mediów społecznościowych?”.

 

„Argument, że celowo promujemy treści, które denerwują ludzi, dla zysku, jest głęboko nielogiczny” – ciągnie szef Fejsa. „Zarabiamy na reklamach, a reklamodawcy nieustannie mówią nam, że nie chcą reklam obok treści szkodliwych lub pełnych gniewu. I nie znam żadnej firmy technologicznej, której chodziłoby o wywołujące depresję produkty. Wszystko, argumenty zarówno etyczne jak i biznesowe, przemawiają raczej za dążeniem w przeciwnym kierunku”.

 

Mark zwrócił też uwagę na wybiórczość oskarżycieli w traktowaniu badań wpływu Instagrama na nastolatków i dzieci. Bo choć z jednej strony rzeczywiście pewna część młodych ludzi ma związane z tą aplikacją problemy z samooceną, to z drugiej strony wśród zarzutów pominięto również wychodzący z badań pozytywny wpływ social media na samopoczucie i relacje wielu nastolatków.

 

Komentatorzy nieco bardziej zdystansowani zwracają uwagę, że w całym tym zgiełku najmniej zwrócono uwagę na najbardziej chyba niewygodny dla Facebooka zarzut Frances Haugen, dotyczący  ukrywania przez niego spadku liczby młodych amerykańskich użytkowników. Ujawniła wewnątrzfirmowe prognozy, że spadek zaangażowania nastolatków może prowadzić do ogólnego spadku amerykańskich użytkowników 45 proc. w ciągu najbliższych dwóch lat. Jeśli zostanie to potwierdzone, to oznacza to wprowadzanie reklamodawców w błąd, co podważyłoby źródło 99 proc. przychodów Facebooka ale także potencjalnie złamałoby prawo. Zuckerberg również temu zaprzecza, ale nie pozwala sobie na figury retoryczne przy tej okazji.

 

Prawne karty przeciwników Facebooka nie są wcale tak mocne jak to się być może niektórym wydaje. Politycy grożą, że rozbiją firmę na kawałki, ale, jak się zauważa, wymierzony przeciw niemu proces antymonopolowy jest wadliwy. Twierdzenie Departamentu Sprawiedliwości, że Facebook jest monopolistą, opiera się na zdefiniowaniu rynku w taki sposób, aby wykluczyć większość innych sieci społecznościowych. Monopolowi w pewnym sensie przeczy to, co działo się podczas niedawnej awarii. Użytkownicy bez większych problemów przeszli do aplikacji takich jak Telegram, TikTok czy Twitter. Gdyby to był prawdziwy monopol, to korzystanie z konkurencyjnych produktów nie byłoby tak łatwe. Postepowania antymonopolowego bardziej więc powinien obawiać się Google a nie serwis Zucekrberga.

 

Siła ciążenia

 

Eksperci uważają, że mimo wcale nie tak silnych podstaw do ataku na Facebooka, samo nagromadzenie negatywnych zjawisk, zarzutów i problemów, może platformę Zuckerberga sprowadzić do tak niskiego poziomu reputacji, że już się z tego dołka nie wydostanie. Nawet przedstawienie racjonalnych i całkiem sensownych odpowiedzi, jak te które padły na zarzuty pani Haugen, może na tak niskim poziomie wiarygodności nic nie pomóc. Często przywoływane porównanie do koncernów tytoniowych oznacza, że nikt nie ma ochoty wyciągnąć ręki do firmy, która upadła tak nisko. Z drugiej strony firmy produkujące papierosy wciąż funkcjonują i sprzedają, więc upadek w sensie biznesowym nie musi nastąpić, przynajmniej nie od razu. Raczej długotrwała wegetacja w cieszącej się coraz gorszą opinią piwnicy internetowej, okraszona być może kosztownymi pozwami zbiorowymi

 

Niewykluczone jednak, że ten upadek może być szybszy, zważywszy, że starzejąca się, coraz mniej atrakcyjna dla reklamodawców, społeczność użytkowników, niekoniecznie będzie trzymać się nieatrakcyjnej już dla młodych platformy. Jeśli wypali inicjatywa Donalda Trumpa Truth Social, prawdopodobnie co bardziej konserwatywnie nastawieni użytkownicy odejdą bez żalu tam gdzie nie czeka ich niechęć i cenzura (Facebook bez litości tnie zasięgi nielewicowym serwisom informacyjnym, co również wyszło w niedawno ujawnionych wewnętrznych dokumentach).

 

Rozpatruje się wiele scenariuszy spodziewanej przyszłości Facebooka, w tym rozbicie antymonopolowe (wątpliwa sprawa, o czym wyżej), przejęcie przez państwo/polityków (to w zasadzie nie byłaby prawdziwa zmiana, raczej ewentualnie ilościowe wahnięcie, gdyż Facebook już jest we władaniu lewicy), albo nawet rychły koniec platformy z powodu odejścia reklamodawców niechętnych reklamowaniu się na serwisie o coraz niższej reputacji. To ostatnie w świetle ujawnionych niedawno informacji o reklamowej zmowie cenowej Facebooka z Google’m rysuje się jako nieco bardziej prawdopodobne, a dodać do tego trzeba oczywiście dochodzenie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.

 

Moim skromnym zdaniem, w najbliższym czasie nie stanie się nic szczególnego, jeśli chodzi o Facebooka, choć może wiele rzeczy jeszcze zostanie powiedzianych, padną kolejne oskarżenia, a nawet otwarte nowe procesy, i rozdarte zostaną kolejne szaty obrońców prywatności, młodzieży i politycznego pokoju w społeczeństwie.

 

Kluczem do trwania, względnej niezmienności pozycji i znaczenia błękitnego serwisu jest inercja, czy też może „siła ciążenia” sieci społecznościowych. Okazuje się, że grawitacja ziemska zmuszająca nas do budowy potężnych rakiet, by oderwać się od naszej planety choćby na niską orbitę, jest niczym przy niutonach uwikłania społecznościowego. Przekonałem się o tym blisko rok temu na własnym przykładzie.

 

Gdy, zdegustowany represyjną, ingerującą nawet treści prywatnej komunikacji cenzurą polityczną, próbowałem namówić znajomych w sieci społecznościowej do odejścia, to choć wszyscy się zgadzali, że tak, to skandal i jak ten Facebook może tak cenzurować, nikt nie kwapił się do zakończenia swojej przygody z tą platformą. Także i ja w tej sytuacji nie pożegnałem się panem Zuckerbergiem. Okazało się, że ta „siła ciążenia”, która nie pozwoliła mojej społeczności oderwać się od Facebooka, także i mnie przytrzymała, choć niby uruchomiłem silniki i zapraszałem do swojej rakiety.

 

Grawitacja jak wiadomo ma związek z masą. Masą tą są sieci połączeń, kontaktów, gigantyczne zasoby danych. Niedawno przeczytałem, że Facebook jest największym repozytorium danych w historii świata. To tak masa stabilizuje platformę i wiąże jej użytkowników w taki sposób, że nawet jeśli mają ochotę to trudno im odejść. Z tego też powodu nie wierzę w prawdziwą chęć zniszczenia Facebooka przez polityków. Takiego bogactwa nie niszczy się. Wierzę jednak w chęć ściślejszej i dokładniejszej kontroli nad tą skarbnicą.

 

Mirosław Usidus

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Agata Puścikowska

ODCINEK 22. Z Agatą Puścikowską, dziennikarką, pisarką, autorką m.in. „Wojennych sióstr”, działaczką pro-life, rozmawia Elżbieta Ruman.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Michał Orzechowski

ODCINEK 21. Z Michałem Orzechowskim, dziennikarzem, pisarzem, podróżnikiem, rozmawia Maciej Maciejowski.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

Czy możliwa jest debata politycznych liderów? – zastanawia się ŁUKASZ WARZECHA

Aby przeprowadzić solidną debatę polityczną trzeba by znaleźć neutralny medialny grunt i  dziennikarzy możliwych do zaakceptowania dla obu stron, a o to coraz trudniej.

 

Od jakiegoś czasu krąży pomysł zorganizowania debaty Jarosława KaczyńskiegoDonaldem Tuskiem. Nie sądzę, żeby do niej doszło, a już na pewno nie na obecnym etapie kalendarza politycznego, gdy przyspieszone wybory wydają się nie być już w niczyim interesie i najpewniej do nich nie dojdzie. Warto się jednak nad taką propozycją spokojnie zastanowić. Czy tego typu wydarzenie miałoby sens i dlaczego tak trudno sobie je w dzisiejszej Polsce wyobrazić?

 

Z debatami – nawet tymi przedwyborczymi – problem jest taki jak z wieloma innymi mechanizmami polskiego życia politycznego: są tak mocno uzależnione od bieżących partyjnych potrzeb i tak mocno naznaczone plemiennością, że natychmiast każdy podejrzewa realizację jakiegoś niecnego planu. I w dodatku często ma rację. Tymczasem są przedsięwzięcia, które z tej gry powinny być po prostu wyłączone i instytucja debaty przywódców partyjnych jest właśnie takim przedsięwzięciem.

 

Generalnie debaty nie są korzystne dla lidera, a mogą na nich wygrywać pretendenci. Na pozycji lidera, który ma najwięcej do stracenia, jest dzisiaj Jarosław Kaczyński. Na jego niekorzyść w starciu z Donaldem Tuskiem działałoby nie tylko zużycie obecnej władzy i fakt, że przywódcy opozycji zawsze łatwiej jest krytykować stan rzeczy niż przywódcy rządzącego obozu prezentować własne osiągnięcia, szczególnie po sześciu latach rządów. W telewizji przeciwko Kaczyńskiemu działałaby również bardzo dzisiaj widoczna różnica wizerunkowa: prezes PiS, mówiąc brutalnie, wyraźnie się w ostatnich latach postarzał, podczas gdy młodszy o osiem lat Donald Tusk zachowuje naprawdę dobrą formę. Jarosław Kaczyński, by tak rzec, również nie trenował – nie musiał od lat stawiać czoła ani zadającym trudne pytania dziennikarzom, ani tym bardziej dobrze przygotowanemu przeciwnikowi politycznemu.

 

Tego typu kwestie mają znaczenie w bezpośrednim starciu. Tusk zapewne świetnie to wszystko rozumie, dlatego to on głównie prze do debaty, mając zresztą świadomość, że do niej nie dojdzie. Uważa – w jakimś stopniu słusznie – że i tak to starcie wygrywa jako ten, który ogłasza, że się go nie boi.

 

Te kwestie politycy muszą oczywiście mieć w pamięci, ale nie powinny one decydować o tym, czy do debaty dochodzi czy nie. Tak, ktoś na niej może wygrać, a ktoś niewątpliwie przegra, ale publiczność powinna móc poznać zdanie liderów w bezpośredniej konfrontacji.

 

Tu jednak pojawiają się problemy. Pierwszy z nich jest polityczny, ale też ma znaczenie. Znamy go z debat przedwyborczych: gdyby organizować starcie przywódców tylko dwóch dominujących obozów, liderzy pozostałych ugrupowań mogliby słusznie czuć się pominięci i uznać, że to część strategii likwidacji w świadomości wyborców jakichkolwiek alternatyw wobec dwóch największych armii. To może mieć znaczenie dla mediów publicznych w świetle przepisów ustawowych, ale już niekoniecznie dla mediów prywatnych, które mogłyby po prostu uznać, że dla nich, także z czysto komercyjnego punktu widzenia, taka debata ma sens, zaś problemy mniejszych partii są tylko ich kłopotem.

 

Drugi problem to znalezienie odpowiednio neutralnego gruntu. Tutaj wyzwanie jest wręcz dramatyczne, a bierze się z jednego z fundamentalnych problemów polskiej polityki – braku zaufania. Nie tylko politycy nie ufają sobie nawzajem nawet w najbardziej podstawowych sprawach, ale nie ufają również wszelkim zaangażowanym w politykę podmiotom, w tym mediom. Co gorsza, bardzo często słusznie. Tymczasem debata pomiędzy liderami politycznymi musiałaby być przeprowadzona w bardzo higienicznych warunkach: bez nieprzyjemnych zaskoczeń, we wcześniej ustalonym reżimie czasu i pytań, ale zarazem takim, który – co się zdarzyło przed wyborami prezydenckimi w ubiegłym roku – nie powodowałby, że starcie byłoby nieznośnie nudne. Trzeba by też znaleźć dziennikarzy możliwych do zaakceptowania dla obu stron, a o to również coraz trudniej. To kamyczek do dziennikarskiego ogródka, gdzie bardzo trudno znaleźć osoby gwarantujące wystarczający poziom bezstronności w przypadku takiego wyzwania.

 

Wszystko to są powody, dla których niełatwo sobie wyobrazić nie tylko debatę, o której teraz mowa, ale nawet jakąkolwiek debatę przedwyborczą z prawdziwego zdarzenia, a zatem taką, gdzie uczestnicy faktycznie mogą ze sobą wchodzić w polemikę, a prowadzący nie są tylko maszynkami do zadawania doskonale wcześniej znanych uczestnikom pytań.

 

Mógłby ktoś uznać, że wszystko to jest i tak tylko teatrem i nie ma większego znaczenia, a rozmowy o debacie wynikają jedynie z bieżącej partyjnej taktyki. Zapewne w jakimś stopniu miałby rację. Ale nie całkiem, bo debaty liderów nie są jakimś egzotycznym wymysłem, a kultura debatowania nie jest akademicką abstrakcją. Debaty pomiędzy partyjnymi liderami, traktowane poważnie, funkcjonują w Niemczech czy Francji. To my, za sprawą absurdalnie daleko posuniętej plemienności, oduczyliśmy je traktować jako nie tylko coś naturalnego, ale po prostu jako obowiązek wobec publiczności, z którego najważniejsze osoby w państwie muszą się wywiązywać.

Interwencja poselska w sprawie byłego operatora TVN . Sprawa objęta monitoringiem CMWP SDP

Poseł Piotr Sak wystąpił z interwencją do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i Państwowej Inspekcji Pracy w związku z postępowaniem dotyczącym p. Kamila Różalskiego, byłego operatora telewizji TVN i innych znajdujących się w podobnej sytuacji osób. Grupa ta złożyła skargę na pracodawcę TVN S.A. w wyniku czego Zakład Ubezpieczeń Społecznych rozpoczął z urzędu postępowanie. Jest ono objęte monitoringiem CMWP SDP.

 

8 października b.r. poseł Piotr Sak, przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. zmian w kodyfikacjach, zwrócił się do ZUS-u i do PIP z prośbą o zbadanie sprawy p. Kamila Różalskiego w kontekście „wielozakresowego ujawnienia prawdy materialnej i weryfikacji zarzutów interesariusza” w toku działań kontrolnych podjętych przez oddział ZUS w Warszawie. Poseł zwrócił się z prośbą o dogłębną analizę faktów oraz podjęcie działań ukierunkowanych na realizację praw pracowniczych, w tym rozważenie „zasadności i legalności prawnie relewantnych działań pracodawcy w związku z suponowaną praktyką formalizowania stosunku pracy w ramach umów cywilnoprawnych z intencją radykalnego uszczuplenia wpływu składek na ubezpieczenie społeczne kosztem transferu środków na rzecz inwestora zagranicznego – w sytuacji spełnienia stosownych przesłanek natury merytorycznej i formalnej”.

 

Kamil Różalski był zatrudniony w latach 1998 – 2012 na podstawie umowy o pracę w TVN S.A. na stanowisku operatora kamery. Wówczas odprowadzane były za niego składki na ubezpieczenie emerytalne i społeczne. Wskutek presji pracodawcy miał być zmuszony do rozwiązania umowy o pracę za porozumieniem stron i przejścia na pracę w ramach umowy o dzieło lub umowy w ramach działalności gospodarczej. W konsekwencji p. Różalski świadczył pracę w taki sposób, jak wykonuje się ją na podstawie umowy o pracę, zamiast której mógł podpisać jedynie umowę o dzieło, lub prowadzić jednoosobową działalność gospodarczą.

 

Jak wyjaśnia p. Kamil Różalski w piśmie przesłanym do wiadomości CMWP SDP: od początku 2013 roku, gdy zwracałem przełożonym uwagę na niezgodną z prawem formę zatrudnienia oraz na zmuszanie mnie do pracy po kilkanaście godzin dziennie oraz inne patologie, konsekwentnie stawałem się ofiarą mobbingu oraz wykluczenia zawodowego w konsekwencji czego ograniczano mi pracę. (…) Z roku na rok w wyniku działań pracodawcy otrzymywałem coraz mniej pracy mimo posiadania przeze mnie bardzo wysokich kwalifikacji. I tak z operatora pracującego przy najważniejszych programach typu „Mam Talent”,”You Can Dance-Po Prostu Tańcz” czy serialu „Na Wspólnej” zostałem zdegradowany do studia DD TVN  2-3 razy w tygodniu . (…) Stan ten trwał ponad 7 lat: od dnia 1 stycznia 2013 roku do kwietnia, a właściwie września 2020 roku, gdy bez podania przyczyn straż TVN otrzymała polecenie, by nie wpuszczać mnie do siedziby firmy. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że zarówno ja, jak i inne osoby, które rozwiązały swoje umowy o pracę za porozumieniem stron, zostały do tego zmuszone szantażem (…).  Szantaż polegał na tym, że … (imię i nazwisko do wiadomości CMWP SDP) informował osobiście podczas rozmowy, że osoba, która nie rozwiąże swojej umowy za porozumieniem stron, nigdzie nie znajdzie pracy.

 

Grupa byłych pracowników stacji TVN złożyła w ZUS zgłoszenie sygnalizujące poważne nieprawidłowości w relacjach z pracodawcą 7 października 2019 roku, jednak realne działania w tym zakresie podjęto dopiero wiosną 2021 r. Jak czytamy w piśmie skierowanym przez posła Piotra Saka do ZUS-u, według uzyskanych relacji w tym czasie „przesłuchano zaledwie kilka osób, tym samym można dostrzec pewną opieszałość w działaniach organu, do którego zwrócił się z wnioskiem o wsparcie i ochronę należnych mu praw” Kamil Różalski. Dlatego poseł Piotr Sak zwrócił się z prośbą o dogłębną analizę faktów podnoszonych w przedmiotowej interwencji oraz o podjęcie działań ukierunkowanych na realizację praw pracowniczych, w tym rozważenia zasadności legalności działań pracodawcy. Wg informacji osób, które wystąpiły z wnioskiem o kontrolę  ZUS – u  w spółce TVN S.A.,  w podobnej, jak opisana przez nich sytuacji, jest blisko 1800 współpracowników tej telewizji.

 

CMWP SDP przypomina, iż w związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania  Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne, gdyż mogło mieć wpływ na realizację zasady wolności słowa, biorąc pod uwagę zatrudnienie powoda w spółce medialnej.

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę w 2019 r.  oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona. Pismo w tej sprawie zostało wysłane do ZUS (III Oddział w Warszawie) 17 maja b.r.  W piśmie do CMWP SDP z 21 czerwca b.r.  ZUS potwierdził prowadzenia kontroli u płatnika składek czyli w firmie TVN S.A.

 

Interwencja posła Piotra Saka pismo do ZUS    Różalski – interwencja ZUS

 

Interwencja posła Piotra Saka pismo do PIP  Różalski – interwencja PIP  

 

Na zdjęciu : Kamil Różalski podczas konferencji pt. “W obronie dziennikarzy”  organizowanej przez CMWP SDP, 14 września 2021 r. foto: archiwum CMWP SDP

 

Wcześniejsze informacje na ten temat: TUTAJ.

 

Nie zareklamuję bukmacherki za żadne pieniądze – rozmowa z Przemysławem Babiarzem

Dziś dziennikarstwo sportowe uprawiają ci, którzy analizują i weryfikują wydarzenia, nazywają nowe zjawiska, czyli piszą teksty analityczne, odkrywcze i przełomowe. Takich osób jest niestety coraz mniej – mówi Przemysław Babiarz, dziennikarz sportowy Telewizji Polskiej, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Sportowcy kontaktują się z kibicami i mediami poprzez portale społecznościowe. Nie potrzebują do komunikacji dziennikarzy ani mediów. Czy to nie sprawia, że  dziennikarstwo sportowe przestaje mieć sens?

 

Dziennikarstwo zawsze ma sens, jeżeli jest prawidłowo rozumiane. A jest prawidłowo rozumiane jeżeli polega na dociekaniu prawdy na takim poziomie, do jakiego dziennikarz może dotrzeć. Przez media społecznościowe przekazywane są subiektywne odczucia i informacje, które wymagają weryfikacji. Rola dziennikarza polega na sprawdzeniu czy przez portale społecznościowe przekazywane są fakty, czy jedynie narracja właściwa dla nadawcy. Dziennikarstwo jest prawidłowo rozumiane również, jeżeli nie jest zbieraniem punktów popularności, pójściem z prądem czy wypełnianiem linii redakcyjnej.

 

Nie zawsze dziennikarzowi opłaca się dążenie do prawdy.

 

To zasadnicze pytanie. Ma związek z etyką, która opiera się właśnie na bezinteresownym dociekaniu prawdy. Sam się zastanawiam się, czy dziennikarzy sportowych stać jeszcze na bezinteresowność.

 

Czy nie uważasz, że przekaz kontrolowany w postaci wywiadów z zawodnikami ukazującymi się na stronach klubowych również przemawia za tym, że dziennikarze sportowi stają się niepotrzebni?

 

Rozmowa z zawodnikiem opublikowana na stronie klubowej nie jest wywiadem dziennikarskim, ale oświadczeniem public relations. Dziennikarstwo i PR są dziedzinami ze sobą sąsiadującymi, ale odmiennymi. Całe nieszczęście współczesnego dziennikarstwa polega na tym, że te światy się mocno przenikają. Branża public relations ma więcej pieniędzy, więc często tłamsi dziennikarstwo. Kiedy dziennikarz rozmawia ze sportowcem, zadaje mu dowolne pytania, a jego rozmówca udziela mu odpowiedzi zgodnych ze swoją wolą. Może potem wywiad autoryzować, ma też prawo odmówić. Niemniej jednak to dziennikarz jest autorem pytań i z reguły zmierza do uzyskania określonego rezultatu w rozmowie. Dziennikarz, który robi wywiad na stronę klubową wychodzi ze swojej roli i staje się rzecznikiem klubu.

 

Jak ominąć taką formę przekazu kontrolowanego?

 

Jedynym sposobem jest dotarcie do zawodnika i nakłonienie go do ekskluzywnego wywiadu.

 

A jeżeli klub w kontrakcie zabronił mu rozmów z dziennikarzami?

 

To nie będzie wywiadu. Pierwsze sygnały, że dzieje się coś niedobrego w kwestii blokowania  rozmów z piłkarzami pojawiły się w latach 90. Kiedy polskie redakcje wysyłały dziennikarzy na piłkarskie mistrzostwa świata do Stanów Zjednoczonych i Francji, ze zrozumiałych względów wymagały od nich wywiadów np. z gwiazdami reprezentacji Brazylii. Ale „canarinhos” byli niedostępni dla mediów. I nagle jeden z dziennikarzy opublikował w polskiej prasie ekskluzywny wywiad z czołowym piłkarzem Brazylii. Pozostali korespondenci wiedzieli, że rozmowa została sfabrykowana, wymyślona albo przepisana z zagranicznej gazety. Straszny faul na kolegach. Jak ukazała się publikacja, redakcje zaczęły naciskać na swoich korespondentów, żeby zrobili podobne rozmowy. Z oczywistych względów okazało się to niemożliwe.

 

Wobec „twórcy” wywiadu wyciągnięto konsekwencje?

 

Nie było żadnej oficjalnej reakcji. Nikogo nie usunięto z pracy, nie ukarano ani nie napiętnowano.

 

O jakiego dziennikarza chodzi?

 

Nie pamiętam. Ta historia jest znana wśród dziennikarzy sportowych pracujących w latach 90.

 

Przekaz kontrolowany ma także inną postać, bukmacherzy tworzą strony sportowe, gdzie obok normalnych artykułów ukazują się analizy meczy pod kątem bukmacherskim i zachęty do obstawiania zakładów. Odbiorcy, szczególnie młodzi ludzie często nie są w stanie wychwycić granicy, po której zaczyna się reklama i wchodzą w szpony niebezpiecznego nałogu.

 

Nie są w stanie jej wychwycić, bo nikt ich tego nie uczy. Świat autorytetów i mistrzów, za którymi warto podążać zniknął. Mamy rzeczywistość, w której wszyscy mają być z zasady równi, przez co zacierają się granice między profesjonalizmem a amatorszczyzną.

 

Dziennikarz powinien jak najwięcej wiedzieć o sportowcu. Czasem przyjaźni się z zawodnikiem. Jak bliska może być to znajomość, żeby osobista sympatia nie wpływała na opis postaci w tekstach?

 

Dziennikarz musi dużo wiedzieć o opisywanym sportowcu, ale jeżeli relacje będą zbyt bliskie, pozbawi się możliwości rzetelnej recenzji. Będzie mu niezręcznie wypowiedzieć zdanie krytyczne. Miałem kolegów, którzy byli blisko ze sportowcami, ale kiedy zawodnicy robili coś wymagającego krytyki, nie wahali się tego zrobić, a sportowcy się na nich obrażali. Zdarzali się też dziennikarze podstępni, którzy zapraszali sportowca na wódkę, a później opisywali co mówił. Ale to jest nieetyczne. Nie uznaję takich rzeczy.

 

Gdzie stawiasz sobie granicę w kontaktach ze sportowcami?

 

Bardzo przypadł mi do gustu starszy dziennikarz angielskiej stacji telewizyjnej Sky Sport, który komentował piłkę nożną. Niestety nie pamiętam już jak się nazywał. Przyjechał szkolić nas, kiedy TVP Sport szefował w latach 2006-2009 Robert Korzeniowski. Na pytanie, co go najbardziej interesuje w fenomenie meczu piłkarskiego, wyraźnie rozgraniczył wydarzenia na dziejące się na boisku, na trybunach i poza stadionem. Powiedział, że  interesuje go praktycznie tylko to, co dzieje się na boisku, ewentualnie na ławce rezerwowych. Wydarzenia na trybunach i poza stadionem zostawia dziennikarzom opisującym zjawiska społeczne. Mówił, że zna wielu sportowców, ale jeżeli nie zakończą kariery, nie przekracza z nimi granic zażyłości, bo wiązałby sobie ręce w profesjonalnym wykonywaniu zawodu.

 

Kto dziś uprawia dziennikarstwo sportowe?

 

Ci, którzy analizują i weryfikują wydarzenia, nazywają nowe zjawiska, czyli piszą teksty analityczne, odkrywcze i przełomowe. Takich osób jest niestety coraz mniej.

 

Czyli autorzy, którzy zaglądają za kulisy i je pokazują czytelnikom?

 

Tak, ci, którzy bez względu na to, jak wygląda świat za kulisami, opisują go. Takie jest zawodowe powołanie dziennikarza.

 

Jaka jest rola komentatora sportowego, czyli również twoja, we współczesnym świecie medialnym?

 

Rola showmena.

 

Czy do takiej roli potrzebne jest przygotowanie?

 

Showmen nie jest człowiekiem, który o niczym nie wie, wychodzi na scenę i wygłupia się. Nie należy przekreślać showmenów, bo oni też mają swój warsztat zawodowy. Do każdego występu należy się przygotować, więc zawsze przygotowuję się najlepiej jak potrafię. Wiedza o komentowanym wydarzeniu i występujących w nim sportowcach jest niezbędna.

 

Zacząłeś pracę w telewizji na początku lat 90. Jak zmieniła się ekspresja komentatorska od tamtych czasów?

 

Współcześnie w komentowaniu można pozwolić sobie na więcej. Kiedyś komentatorów brazylijskich czy włoskich, którzy przedłużali samogłoskę przy słowie gol, przedstawiano jako ciekawostkę. Dzisiaj już wszyscy, również w naszym obszarze geograficznym tak robią. Wcześniej my, Niemcy czy Rosjanie, komentowaliśmy mecze z większym dystansem emocjonalnym. Moje pokolenie komentatorskie na początku lat 90. też przyuczano do takiego relacjonowania spotkań.

 

Chyba było to dla ciebie trudne? Masz skłonności do emocjonalnego komentowania wydarzeń sportowych.

 

Tak, więc kiedy mi popuszczono cugli, zacząłem korzystać z wolności. Nie oznacza to, że przestałem sprawdzać informacje potrzebne do komentowania, czy też, że nie znam historii czy statystyk.

 

Jan Ciszewski już w latach 70. mocno okazywał emocje komentując mecze piłkarskie.

 

To prawda i był lubianym komentatorem. Bez jego komentarza jako dziecko czy młody człowiek nie wyobrażałem sobie ważnego meczu reprezentacji czy polskiego klubu. Ale kąsano go za błędy komentatorskie w gazetach sportowych, które wówczas miały silną pozycję i recenzowały dziennikarzy telewizyjnych. Bardzo krytykowano go za Mistrzostwa Świata w Hiszpanii w 1982 r. Jan Ciszewski był ciężko chory. Ukrywał chorobę, ale nie był w formie jako komentator. Zmarł cztery miesiące później, w wieku zaledwie 52 lat.

 

Miał wielki talent.

 

Znakomicie relacjonował mecze. Po jego śmierci szybko zauważano brak komentatora o takim wspaniałym głosie. Ciszewski nie znał tylu szczegółów co współcześni komentatorzy, nie miał do dyspozycji tak wielu informacji dostępnych dziś na wyciągnięcie ręki, ale potrafił kapitalnie wyważyć proporcje między szczegółem a ogółem, między emocjami a informacją. Sam komentował mecze. Nie miał wsparcia w postaci drugiego głosu w studiu, czyli eksperta czy byłego piłkarza, który interpretuje sytuację na boisku. Wtedy nie praktykowano takich rozwiązań. Głos komentatora był jedynym, który słyszeliśmy podczas meczu.

 

Miał też swoją ciemną stronę, hazard i współpracę z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa.

 

Miał. To jest też jak z pisarzami z okresu powojennego, którzy poszli na współpracę z komunistami. Różne naciski wywierano na ludzi, żeby ich złamać i nakłonić do współpracy. Wymyślano kary, zsyłano do pracy na prowincję, po takiej karencji dziennikarz był w stanie zrobić wszystko, żeby wrócić do sensownej pracy. Nie usprawiedliwiam tego, tylko wskazuję na okoliczności.

 

Na współczesnych dziennikarzy też wywierana jest presja.

 

Szczególnie na młodych, którzy dopiero rozpoczynają pracę i każe im się coś zrobić za wszelką cenę. Dzisiaj trudniej się wybić niż kiedyś. Jeżeli ktoś trafił do mediów centralnych, bez względu na to czy to była telewizja, czy radio,  jeżeli sprawdzał się po debiucie, w krótkim czasie stawał się znany.

 

Jak oceniasz warsztat obecnych komentatorów piłkarskich?

 

Czasami oglądając meczu jako kibic jestem zagadywany, ponieważ komentatorzy zamiast relacjonować spotkanie prowadzą gawędę na temat meczu. Przez pierwsze kilkanaście minut meczu nie mówią co dzieje się na boisku, tylko przytaczają wszystkie możliwe anegdoty o piłkarzach, którzy występują w spotkaniu. Jeżeli mecz jest mniej ważny ma to jakiś sens, ale jeżeli oglądam spotkanie na mistrzostwach świata, Europy, czy w fazie pucharowej kiedy przegrywający odpada. Wtedy każda minuta meczu jest ważna i warto skupić się na grze.

 

„Reklamowanie czegokolwiek przez dziennikarzy jest niezgodne z naszą etyką zawodową. I mam za złe kolegom, którzy weszli w ten biznes” – ocenia w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl kierownik działu sportowego „Rzeczpospolitej” Mirosław Żukowski.  Jak skomentujesz te słowa?

 

Mirek ma rację. Kiedy coś reklamujemy stajemy się rzecznikami tego co promujemy. Dziennikarz powinien być niezależny. Nie powinien się wikłać w żadne zależności. Nic nie powinno mu przeszkadzać w dążeniu do prawdy, a prawda nie jest pośrodku, tylko tam, gdzie leży. Tego kiedyś uczyli na kursach dziennikarskich. Dziś znani dziennikarze są bardziej postaciami medialnymi niż dziennikarzami. Łatwo pomylić te dwie sfery i dać się skusić pieniędzmi przeznaczonymi na PR i reklamę. Zarobek kusi. Ktoś ma znane nazwisko, rozpoznawalną twarz, więc udostępnia ją do promowania jakiegoś przekazu i zarabia na tym. Mafie z Azji południowo-wschodniej zarabiały na zakładach bukmacherskich wpływając na ustawianie wyników w Bundeslidze. Nie twierdzę, że wszyscy bukmacherzy tak działają. Niemniej jest to sfera granicząca z przestępczością i hazardem, z tym czego byśmy nie ocenili jako etyczne. Jeżeli dziennikarz sportowy promuje zakłady bukmacherskie, przekracza barykadę, której nie powinien przekroczyć. Nawet niechcący mogą wdepnąć w aferę związaną z ustawianiem meczy przez bukmacherów. Hazard to bardzo grząski obszar. Znałem dziennikarzy, którzy wpadali w szpony hazardu i mieli poważne długi.

 

Co jest złego w prowadzeniu przez dziennikarza konferencji prasowej promującej jakąś  organizację, markę czy produkt?

 

Prowadząc konferencję prasową dziennikarz wychodzi ze swojej roli i staje po drugiej stronie sceny. Można zaobserwować przechodzenie od dziennikarstwa do przemysłu rozrywkowego. Znane twarze z telewizji prowadzą imprezy rozrywkowe. Sport stał się częścią przemysłu rozrywkowego, więc dziennikarze sportowi po części realizują zadania związane z tą branżą. Te słowa kierują również do siebie.

 

Dlaczego?

 

Bo też funkcjonuję na pograniczu tych dwóch światów. Łatwo mi to przychodzi, ponieważ jestem z wykształcenia aktorem. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy pracując w telewizji Wizja na przełomie XX i XXI wieku jeździłem do Anglii i widziałem tam „The Sun”. Na jednej stronie jest sport, a na drugiej rozebrana dziewczyna, czyli coś kierowanego do mężczyzn. Wtedy pomyślałem, że bardzo nisko uderzamy jako dziennikarze sportowi z naszym przekazem. Może dlatego tak pomyślałem, że byłem wychowany na pewnych ideałach, na dziennikarzach sportowych, którzy pisali książki i scenariusze filmowe.

 

Za jaką kwotę wystąpisz w reklamie zakładów bukmacherskich?

 

Nie zareklamuję zakładów bukmacherskich za żadne pieniądze ze względów etycznych.

 

Zdarzyło Ci się odmówić występu w reklamie?

 

Dwukrotnie, ale nie były to zakłady bukmacherskie.

 

Nigdy nie wystąpiłeś w reklamie?

 

Będąc komentatorem Wizji Sport wystąpiłem w spocie zachęcającym do oglądania tej telewizji.

 

Dlaczego się zgodziłeś?

 

Bo reklamowałem firmę, w której wówczas pracowałem.

 

Nawet sportowcy reklamują zakłady bukmacherskie. Co o tym sądzisz?

 

Przykra sprawa. Z łatwością zakładają sobie za pieniądze obrożę i smycz. Dzieje się to w świecie, który tak bardzo deklaruje wolność i niezależność. Może częściowo zrozumiały byłby ten wybór, gdyby brakowało im pieniędzy. Ale często na taki krok decydują się piłkarze czy tenisiści, którzy zarabiają przyzwoite pieniądze.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 

Przemysław Babiarz będzie gościem naszego cyklu „SDP Cafe – podaj dalej…”  9 listopada. Premiera o godz. 19 na sdp.pl.

 


 

Przemysław Babiarz

Rocznik 1963. Pochodzi z Przemyśla, studiował teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a potem aktorstwo w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Od 1992 r., z przerwą na TV Wizję w latach 1999-2000, związany z Telewizją Polską. Specjalizuje się w komentowaniu biegów, skoków narciarskich, pływania i lekkoatletyki. Trzykrotny laureat Telekamery.

 

 

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… Paweł Kęska

ODCINEK 20. Z Pawłem Kęską, teologiem, historykiem sztuki, radiowcem, rozmawia Katarzyna Supeł-Zaboklicka.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

List Prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego

Szanowni Państwo,

 

Pragnę podziękować za Państwa obecność i aktywny udział w Zjeździe Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który odbył się w dniach  16-17 października 2021r., w Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym.

 

Państwa zaangażowanie w sprawy Stowarzyszenia, poświęcony czas i oddane głosy zaowocowały wyborem nowych władz SDP.  W imieniu swoim i całego Zarządu Głównego pragnę podziękować za zaufanie jakim nas obdarzono.

 

Pierwsze posiedzenie Zarządu zaplanowane jest na dzień 4 listopada br.  O pracach Zarządu będziemy Państwa informować na bieżąco.

 

W pierwszej kolejności rozpoczniemy prace nad optymalizacją zapisów Statutu Stowarzyszenia. Komisja Statutowa, w skład której wejdą zarówno członkowie Zarządu jak i Prezesi oddziałów SDP lub osoby przez nich wskazane została już powołana na zjeździe i wkrótce odbędzie się jej pierwsze spotkanie.

 

 

Życząc wszystkiego co dobre,

 

Krzysztof Skowroński

 

Warszawa, dn. 27.10.2021r.

SDP CAFE – PODAJ DALEJ… GrubSon

ODCINEK 19. Z GrubSonem, jednym z najpopularniejszych polskich raperów, wokalistą, autorem tekstów, kompozytorem rozmawia DJ BRK.

 

„SDP Cafe – podaj dalej…” to organizowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl spotkań z dziennikarzami-twórcami kultury, w których gość w następnych odcinkach może stać się gospodarzem i zaprosić na rozmowę kolejną osobę.

 

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

 

Więcej informacji o projekcie: TUTAJ.

 

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany jest ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury

 

 

 

Po co są organizacje dziennikarskie? – odpowiedzi szuka ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS

Istnieje wielka potrzeba istnienia organizacji dziennikarskich, zwłaszcza w czasach triumfu fake newsów, które zastępują informację, oraz propagandy podmieniającej komentarze. Ale problem jest znacznie bardziej skomplikowany, w Polsce i za granicą, czasem w podobny, często w zupełnie inny sposób. Oto próba podsumowania nowych zjawisk, a przynajmniej wyznaczenia wektorów tych zmian.

 

Gdybyśmy spojrzeli na europejskie organizacje dziennikarskie z lotu ptaka, widać jasno, że w istocie nie ma klasycznych dziennikarskich związków zawodowych, jakie obserwujemy w innych zawodach (górnicy, hutnicy, pracownicy transportu, budżetówka etc.). Stowarzyszenia dziennikarzy łączą na ogół dwie funkcje: pełnią rolę wyznacznika standardów zawodowych, obrońców wolności słowa, organizują konkursy branżowe, konferencje, a ponadto mają segment związany z doraźną pomocą finansową dla dziennikarzy w potrzebie. I tu nasze SDP czy np. brytyjski BAJ, British Association of Journalists, niewiele się od siebie różnią. Nawet nasz Kodeks etyki dziennikarskiej jest podobny do brytyjskiego, bo nie może nie być – przecież chodzi o te same wartości. Że przypomnę podstawy Aktu Założycielskiego BBC z 1922 roku: code of conduct – impartiality (obiektywizm i bezstronność), credibility (wiarygodność informacji) i balance (wyważenie opinii w programie). Choć, niestety, to dziś – wystarczy spojrzeć na media – bardziej teoria aniżeli praktyka. Tyle kwestie statutowo-organizacyjne.

 

Dostrzec można także interesujące zjawisko – w ostatnich kilkudziesięciu latach i Europejska Federacja Dziennikarzy, i większość organizacji branżowych, zrobiły kilka kroków w lewo. Dokładnie tak, jak medialny mainstream w Europie, że przypomnę jedynie największe potęgi – „Observera”, „Le Monde”, „El Pais” czy „Die Welt”. Ten sam zarzut dotyczy także stacji radiowych i telewizyjnych. Europejska Federacja Dziennikarzy tropi środowiskowe uchybienia i wykroczenia, i ogłasza je w dorocznym raporcie. Ale tak się jakoś składa, że częściej dociera do przykładów z krajów, gdzie rządzą konserwatyści, lub do mediów konserwatywnych, i wtedy brutalnie atakuje swoich kolegów. Natomiast nie słyszałam, aby kiedykolwiek zajęła się grzechami lewicowej BBC czy mediów niemieckich, które przez tydzień trzymały w zamrażarce news o dramatycznych wydarzeniach w Kolonii z Sylwestra 2015 roku. EFJ jest także antyizraelska, za to bardzo propalestyńska. Np. w 2008 roku wykluczyła 800 dziennikarzy izraelskich, zrzeszonych w ich krajowym związku, za „niepłacenie składek”, a w istocie za politykę rządu izraelskiego, który podczas II wojny libańskiej kazał wysadzić w powietrze telewizję Hezbollahu. A potem przyjęła ich z powrotem. Dziennikarze izraelscy nie pozostali dłużni, bo w kilka lat później zagrozili zerwaniem z EFJ, twierdząc – zresztą zgodnie z prawdą – że jest „antyizraelska”. Czy nie moglibyśmy – jako że EFJ nęka nas dotąd bezkarnie – wysłać przy następnej okazji podobnego listu?

 

Warto dodać, że EFJ cyklicznie wydaje deklaracje takie jak ta z 2007 roku, gdy ogłoszono 6 listopada Dniem Protestu Dziennikarzy Europejskich „przeciw obniżaniu zawodowych i moralnych standardów oraz politycznym naciskom, które niszczą ten zawód”. W sumie Europejska Federacja Dziennikarzy zrzesza 187 organizacji krajowych, ma ok. 600 tys. członków, ale już od dawna przestała być autorytetem, przestała rzetelnie pełnić swoje statutowe obowiązki i dziś jest jednym z frontów wojny liberalnej lewicy z konserwatyzmem oraz – tak, tak! – z Izraelem!

 

Druga podobna organizacja branżowa, Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ), cierpi na podobne schorzenia co EFJ. Prezentując swoje cele, wiele mówi o „ochronie praw dziennikarzy oraz wolności prasy”, ale jeszcze więcej o „wspieraniu sprawiedliwości społecznej, praw ludzi pracujących, demokracji, praw człowieka oraz zwalczaniu korupcji i biedy”. Czyli zrobiliśmy duży krok … w bok, od misji do walki.

 

Interesujące może być to, że w Polsce mamy tylko jedno znaczące stowarzyszenie dziennikarzy – SDP. Z oczywistych względów nie liczę organizacji, takich jak np. Towarzystwo Dziennikarskie z Sewerynem Blumsztajnem na czele, które w środowisku nie odgrywa żadnej poważniejszej roli. W Wielkiej Brytanii – populacja 60 mln, czyli o 1/3 większa od polskiej – jest ich kilka. I w dużej mierze jest to skutek zaszłości historycznych, m.in. ciągłości instytucjonalnej. Nie mieli zaborów, wojen, przynajmniej od XVII wieku, nie mieli komunizmu

 

Dwa najpopularniejsze stowarzyszenia branżowe to BAJ, The British Association of Journalists, i NUJ, National Union of Journalists. BAJ, „a non-political trade union”, zrzesza dziennikarzy pracujących „w gazetach, magazynach, stacjach telewizyjnych i radiowych oraz w mediach internetowych”, na etacie oraz freelancerów. Podstawą działania są wprawdzie sprawy bytowe, ale wspomina się także o obronie wolności dziennikarskiej wypowiedzi i wsparciu kolegów, kiedy dochodzi do sprawy sądowej . Do BAJ „mogą należeć wszyscy, którzy biorą udział w procesie powstawania numeru pisma/ programu”, a także subedytorzy, rodzaj sekretarza redakcji? korekty?, graficy, etc. Składki są relatywnie wysokie: 16 funtów miesięcznie dla pracowników mediów krajowych, etatowców, i 11,50 funta dla dziennikarzy mediów lokalnych oraz freelancerów. Celem NUJ, który powstał w 1907 roku, jest także „wspomaganie dziennikarzy w potrzebie”, informacyjne, prawne, w sprawach zdrowotnych i bytowych oraz w kwestiach bezpieczeństwa dziennikarza w pracy. NUJ podkreśla także kwestie wolności słowa oraz ochrony tych, którzy się – zwykle politykom i celebrytom – narazili. Trzecia z organizacji, The Chartered Institute of Journalists, który powstał w 1884 roku (ta historyczna ciągłość brytyjskich instytucji!) także łączy elementy stowarzyszenia i związku zawodowego. Etyka i wyższe standardy dziennikarstwa w mediach oraz ochrona dziennikarskich wolności, ale także pomoc w kampaniach o bezpieczeństwo i lepsze warunki wykonywania zawodu – to cele tej organizacji.

 

A teraz trochę historii i brytyjskich ciekawostek. A więc na Wyspach Brytyjskich jest także Commonwealth Press Union, były Empire Press Union, powołany w 1909 roku, zrzeszający ok. 750 członków z 49 krajów Wspólnoty Narodów, czyli brytyjskich i z byłego Imperium Brytyjskiego. To organizacja głównie dla wydawców i senior executives, mniej dla szarych pracowników mediów. Jest i Society of Women Writers and Journalists, założone w 1894 roku, zapewne jako produkt zwycięstwa ówczesnych sufrażystek, czynne zresztą do dziś. Ale mamy także działający od 1882 roku, czyli najstarszy, a z pewnością najbardziej snobistyczny The London Press Club, który oferuje akces do najświeższych newsów w mediach oraz wiele towarzyskich wydarzeń, m.in. doroczny bal i cotygodniowy drink w siedzibie klubu. To zawsze świetna giełda informacyjna i możliwość wymiany wizytówek z liderami środowiska oraz ważnymi gośćmi, reprezentującymi „korytarze władzy”. Jest i organizacja, której w Polsce brak, a która w Wielkiej Brytanii – zapewne z uwagi na Imperium Brytyjskie – powstała już w 1888 roku. Mówię o Foreign Press Association, do której – jako polska korespondentka – przez ponad 20 lat należałam i która bardzo ułatwiała mi życie i pracę, zapewniając akces do parlamentu, na konferencje prasowe z reprezentantami rządu czy miast i na „the royal events”, czyli zdarzenia, w których brali udział członkowie rodziny królewskiej, coś otwierali, inaugurowali, promowali, np. książę Karol – osiągnięcia swojego The Prince’s Trust. Organizacja grupuje ok. 1600 korespondentów z całego świata i wydaje cotygodniowy biuletyn informacyjny. Pomoc nie do przecenienia! Na podobną organizację czekamy w Polsce od 30 lat. To sytuacja win – win. Z jednej strony pomoc dla korpusu dziennikarzy zagranicznych, z drugiej, na specjalnych konferencjach prasowych, prowadzonych po angielsku – możliwość bezpośredniego suflowania polityki rządu.

 

O konieczności istnienia organizacji dziennikarskich nikogo nie trzeba przekonywać. Innej, lepszej formy – integracja środowiskowa, samokształcenie, czyli kluby, seminaria i konferencje, ochrona pracowników mediów przed wyrzuceniem z pracy, wsparcie finansowe – jeszcze nikt nie wymyślił. I sprawdziła się, przepraszam za słowo, hybrydowa formuła stowarzyszenia, czyli informacja, samokształcenie, w razie konieczności wsparcie prawne i finansowe. Ale – i tu nasze Stowarzyszenie ma wiele do zrobienia – ważne są demokratyczne formy działania. Dobra Zmiana, która od 6 lat powtarza: „władze są po to, aby służyć społeczeństwu”, nie dotarła jeszcze do SDP, czyli do tych, którzy o niezależność, transparentność i demokrację winni się upominać.

 

Na co należałoby więc zwrócić uwagę? Po pierwsze, na demokratyczne metody kontaktów Zarządu Głównego z Zarządem Oddziału Warszawskiego i innymi Oddziałami, aby konsultować najważniejsze sprawy – dziś status naszej siedziby na Foksal, Kazimierz i Wilga. Na transparentność przepływu pieniędzy, sprawiedliwy ich podział i konsultacje z ludźmi, na co je wydać, teraz skrzętnie utajnione. Trzeba mówić o dezintegracji środowiska dziennikarskiego, nie tylko z powodów politycznych, co jest w pewnym sensie zrozumiałe, ale i z powodu braku szacunku dla szeregowych członków SDP, ich postulatów i potrzeb.

 

Czyli, podsumowując temat, mamy do czynienia z przesunięciem na lewo organizacji dziennikarskich na Zachodzie, kompatybilnym z nowym profilem mainstreamowych mediów, oraz rodzajem oligarchizacji tych stowarzyszeń w krajach postsowieckich, które na nowo uczą się demokracji. Debata o demokratyzacji relacji władze SDP – środowisko jest nieunikniona. Mam nadzieję, że w nowym Zarządzie Głównym znajdą się ludzie, którzy mają świadomość, że „władze SDP są po to, aby służyć środowisku”, a nie odwrotnie. I dopiero to będzie dla nas zerwaniem ostatnich więzi z postkomuną.

 

Tekst ukazał się w numerze 4(143)/2021 

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie do pobrania TUTAJ.