O tym, że w porównaniach ważna jest skala pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Stauffenberg zamiast Pileckiego

21 lipca 1944 roku w Berlinie został rozstrzelany płk Claus von Stauffenberg, oficer Wehrmachtu, który dzień wcześniej dokonał nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera w jego kwaterze polowej w Wilczym Szańcu w Prusach Wschodnich.

 

„Wzywamy Pana do rezygnacji z planów uczestnictwa w uroczystościach poświęconych pamięci Clausa von Stauffenberga, które mają odbyć się w Niemczech w dniu 8 lipca br. Mimo że ukończył Pan Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego, chcielibyśmy przypomnieć Panu antypolskie wypowiedzi i działania tego człowieka, którego jedynym pozytywnym czynem była nieudana próba zamachu na Adolfa Hitlera już po faktycznej klęsce militarnej Rzeszy Niemieckiej u końca II wojny światowej” – list takiej treści do prezydenta Bronisława Komorowskiego napisali przedstawiciele Reduty Dobrego Imienia w lipcu 2015 roku.

Dalej czytamy, że Stauffenberg, jako oficer Wehrmachtu, wziął czynny udział w ataku na Polskę w 1939 r. To już wystarczający powód, aby prezydent RP (ktokolwiek by nim był) nie czcił takiego człowieka. Ale pójdźmy dalej. Już 4 września 1939 r. w liście do żony Niny ten niemiecki bohater pisał o Polakach: „miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Wokół czuje się nadzwyczajną nędzę. Jest to naród, który, aby dobrze się czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. Niemcy mogą wyciągnąć z tego korzyści, bo oni (Polacy i Żydzi] – red.) są pilni, pracowici i niewymagający”.

Czyli polski prezydent oddaje hołd rasiście, który siebie i naród niemiecki uważa za „wyższą rasę”, a Polaków i Żydów za podludzi. Chce z nich zrobić niewolników i zapewne zamknąć w „polskich obozach koncentracyjnych”.

I tu dochodzimy do „bohaterskiego” punktu w historii przedstawiciela Herrenvolku – narodu panów, czyli zamachu na Hitlera w lecie 1944 r. Tylko jakie były jego motywy? Czy chęć wyrównania krzywd dokonanych przez tzw. nazistów, czyli Niemców? Czy to, co nas, Polaków, powinno najbardziej przejmować, czyli zadośćuczynienie dokonanemu na nas ludobójstwu, planowanej likwidacji przede wszystkim polskiej inteligencji? Nic z tych rzeczy. Stauffenberg pragnął utrzymać niemieckie zdobycze wojenne i mocarstwową pozycję Niemiec. Z taką korektą, że już bez Hitlera.

Z ówczesnych uroczystości ku czci Stauffenberga, które odbyły się w Berlinie, Niemcy i świat po raz kolejny dowiedzieli się, że głównie (jeśli nie tylko) w Niemczech w czasie II wojny światowej istniał znaczący antyhitlerowski ruch oporu. To oczywiste kłamstwo, które Bronisław Komorowski postanowił firmować. Chyba lepiej byłoby oddawać hołd nie niemieckim, ale polskim bohaterom, ale na pewno nie tak, jak zrobił Komorowski – porównując Stauffenberga do powstańców warszawskich.

Szczęśliwie podejście do historii w Polsce się zmieniło. Ale w walce z nazistami – broń Boże nie mylić z Niemcami – Claus von Stauffenberg wciąż jest mocny. To on jest teraz bohaterem wysoko nakładowych filmów i to jego podnosi się do rangi europejskiego bohatera. I ma ten uniwersalny „walor”, że nie walczył z komunistami. Inaczej niż prawdziwy, wielki bohater walki z Niemcami i komunistami – rotmistrz Witold Pilecki.

Tadeusz Płużański

Postawiono zarzuty sprawcy ataku na ekipę Telewizji Polskiej

Zarzuty kierowania gróźb karalnych, naruszenia nietykalności cielesnej i znieważenia dwóch pracowników Telewizji Polskiej usłyszał sprawca ataku na ekipę TVP, który miał miejsce w Warszawie 17 lipca – poinformował portal tvp.info.

26-letni napastnik sam zgłosił się na komisariat. Rzecznik śródmiejskiej policji podinsp. Robert Szumiata potwierdził, że usłyszał on cztery zarzuty karne: dwa dotyczące kierowania gróźb karalnych oraz naruszenia nietykalności i znieważenia.  Mężczyzna przyznał się do winy i został zwolniony, przed sądem ma odpowiadać z wolnej stopy.

Jak podaje portal tvp.info, powołując się na informacje uzyskane od podinsp. Szumiaty,  26-latek i dwaj pozostali mężczyźni, których widać na nagraniach, zostali wytypowani przez policjantów. Wszyscy zostali przesłuchani, ale tylko 26-latek usłyszał zarzuty, bo dopuścił się czynów zabronionych.

Do incydentu doszło w niedzielę, 17 lipca przed siedzibą TVP na stołecznym pl. Powstańców Warszawy. Pod adresem ekipy  TVP i pracowników ochrony TVP skierowano wulgaryzmy oraz groźby pobicia, jeden z pracowników został opluty, a w stronę ekipy rzucano butelką. Protest przeciwko atakowi na ekipę TVP wystosowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Dyrektor centrum dr Jolanta Hajdasz podkreśliła „iż fizyczne ataki na dziennikarzy i członków ekip realizujących materiały prasowe są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca.” Zaapelowała o szczegółowe wyjaśnienie zajścia (więcej na ten temat TUTAJ).

opr. jka, źródło: tvp.info

 

O pamięci, historii i solidarności pisze CEZARY KRYSZTOPA: Stracona okazja

11 lipca tego roku, oprócz tego, że był dniem, kiedy obchodziliśmy rocznicę tragicznej Krwawej Niedzieli Rzezi Wołyńskiej, wyeksponował dwie skrajne postawy wobec stosunków polsko-ukraińskich. Emocje związane z rocznicą wydarzeń, które pozostawiły wieczną bliznę na zbiorowej pamięci Polaków jednych skłoniły do „refleksji” – „Ukrainie nie warto pomagać”, a innych – „nie zawracajcie mi głowy Wołyniem, kogo to dzisiaj obchodzi”. Obydwu, przykro to mówić – niemądrych.

Mamy tuż za ścianą agresywnego sąsiada, który innych sąsiadów dzieli na tych których sobie podporządkował i na tych, których zamierza pobić, lub właśnie bije. Nie są znane przypadki traktowania przez niego kogokolwiek jako „partnera”, no chyba, że przypadkiem ma większą piąchę, lub daje mu na flaszkę.

Ten sąsiad wyraźnie i wielokrotnie komunikował nam, choćby za pomocą manewrów „Zapad” opartych na scenariuszu ataku nuklearnego na polskie miasta, że jest do nas nastawiony agresywnie i wojowniczo. Nie wspomnę nawet o jakości rusko – tuskiego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Nie widzę powodu, żeby tych wyraźnych komunikatów nie brać poważnie i nie wyciągać z tego wniosków.

A wniosek jest z tego taki, że im słabsza Rosja tym lepiej dla Polski. Dlatego, jeśli Ukraina wykrwawia Rosję, to choćbyśmy Ukrainy zupełnie nie kochali – w interesie Polsk jest, żeby wykrwawiała jak najdłużej i osłabiła jak najbardziej. I jeśli możemy, nie uszczuplając w sposób krytyczny własnych zasobów jej w tym pomóc, chyba lepiej, że to odbywa się na wschodzie Ukrainy a nie musi się odbywać na linii Bugu?

Nie mamy prawa „zapominać”

Z drugiej strony, ci którzy sami się nie szanują, w oczywisty sposób nie są szanowani przez innych. Dlatego jako dość żałosne odbieram te próby „reform językowych”, do których nawet pytani przez mnie Ukraińcy odnosili się z pewnym zażenowaniem – te wszystkie „w Ukrainie” czy zmiana „ruskich pierogów” na „ukraińskie” bez żadnego pojęcia o tym, że w języku polskim nazwa pochodzi od województwa ruskiego, zamieszkanego przez Rusinów, czyli dzisiejszych Ukraińców. A najjaskrawszym przykładem tej dziwacznej egzaltacji jest „zapominanie o Wołyniu”.

Jakie my mamy w ogóle prawo „zapominać” o straszliwej zbrodni dokonanej rękoma Ukraińców z OUN i UPA na Polakach? Jakie mamy prawo „wybaczać” w imieniu rozerwanych dzieci? A jeśli wyprzemy się własne historii, to kto nas będzie szanował?

Fałszywy dylemat

Nie, alternatywa – albo pomoc Ukrainie, albo pamięć o Wołyniu, to fałszywy dylemat – na życie mamy wpływ. O tych którzy nie żyją, możemy już tylko pamiętać i jeśli jest taka potrzeba, domagać się prawdy historycznej na temat ich losu. Nie tylko w imię metafizycznej wspólnoty – ale również – a być może głównie dlatego, że bez pamięci o korzeniach narodu nie istniejemy jako naród. A z obecnej brutalnej wojny płynie co najmniej taka nauka, że jeśli Rosjanie mieli okazję zdziwić się oporem Ukraińców, to dlatego, że Ukraińcy czują się narodem, wspólnotą i w imię dobra tego narodu walczą.

Błąd

Wojna zbliżyła Polaków i Ukraińców. I to dobrze, bo mamy wspólnego wroga. Z jednej strony spontaniczna gościnność Polaków, z drugiej spontaniczne odruchy sprzątania polskich cmentarzy na Ukrainie, oby zaowocowały w przyszłości poprawą stosunków również na poziomie obywatelskim.

Ale najlepsza okazją do wykonania gestu, który mógłby poważnie zacząć oczyszczać atmosferę, była rocznica Krwawej Niedzieli 11 lipca. Pierwszego 11 lipca po wybuchu wojny i po tym co się przy tej okazji zdarzyło. Tak tak, wiem, wieńce, ustawy itd. Ale nie tylko ja jak głupi czekałem aż prezydent Zełenski coś powie. Potępi. Uczyni widoczny gest. No i się nie doczekałem. To oczywiście nie znaczy, że „wszystko stracone”. Warto nad tym pracować nadal. Ale niewykorzystanie takiej okazji to poważny błąd.

Za drugim razem pierwszego wrażenia zrobić się nie da.

O tym, jak dorabiają aktorzy pisze JAN TESPISKI: Jubileusze, koncerty, poranki dla dzieci (3)

Aktorzy nigdy nie zarabiali przyzwoicie. Owszem, gwiazdy kina zarabiały dobrze lub nawet bardzo dobrze. Ale przeciętna była i jest niska. W słowach każda władza była mocna, odwrotnie proporcjonalnie do finansowania teatrów. I tak to jest – czym więcej politycznych deklaracji o miłości i szacunku dla sztuki teatru, tym mniej dla teatru pieniędzy.

A żyć trzeba… Dlatego aktorzy imają się zajęć dodatkowych. Wymieńmy tu najbardziej znane: jubileusze, koncerty, poranki dla przedszkolaków.

JUBILEUSZE

Jeszcze przed II wojną światową, potem za komuny i teraz też – władze organizują tzw. koncert galowe. W określonych dniach roku obchodzimy rocznice ważnych dla państwa wydarzeń. Oczywiście w każdym ustroju daty są inne, ale są. Galówka polega na tym, że na widownię zaprasza się oficjeli a na scenę znane gwiazdy piosenki oraz aktorów. Aktor na taką okoliczność ma być ubrany we frak lub smoking, aktorki w suknie balowe. Aktorzy wykonują wtedy bardzo podniosłe wiersze znanych autorów. O jednym z takich przypadków opowiem.

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie

Rzecz zaczęła się w latach 60-tych w Łodzi w Teatrze im. Stefana Jaracza. Aktor Antoni Lewek skończył właśnie spektakl i poszedł do bufetu na herbatę, bo były to czasy, kiedy aktorzy po spektaklu nie uciekali z teatru jak poparzeni.

Nagle do bufetu wpadł mocno zdenerwowany mężczyzna, znany wszystkim organizator imprez w Łodzi i województwie.

– Panowie, ratujcie. Mam w Teatrze Wielkim galę, aktor, który miał wystąpić gdzieś przepadł… Nie przyszedł sukin… jeden, podobno pojechał do kochanki do Zabrza.

Tu organizator przestał gadać, a wzrok skupił na Antonim Lewku.

– Pan jest nawet w smokingu! I prezencja jaka!

– Jeszcze nie zdjąłem kostiumu – odpowiedział Lewek.

– Zna pan jakiś wiersz o przyjaźni? Zna pan?

– Znam „Przyjaciół” Mickiewicza.

– Niech mnie pan mnie ratuje. Samochód mam pod teatrem. Pan to powie na gali! Ja proszę!

Antoni Lewek nie chciał wystąpić, ale mężczyzna ukląkł, błagał i podbijał stawkę za ten jeden wiersz. W końcu zaproponował tyle, ile wynosiła miesięczna pensja aktora. Koledzy z zespołu namówili Lewka. I pojechał dwie przecznice dalej. Resztę wiemy z opowieści aktora.

Wchodzę na scenę w ostatnim momencie, ledwo zdążyliśmy. Kłaniam się, brawa, mówię. Po kilku wersach zauważyłem dziwną drętwotę na widowni. Gdzieś tak w połowie tekstu, zdezorientowany, robię małe pas, lekkie pół-kółko, żeby zobaczyć co jest za mną… A tam wielkimi literami, ale to takim na metr wysokości, jest napisane: „Dwadzieścia pięć lat przyjaźni polsko-radzieckiej”. Puentę, czyli: „Powiedział mi – rzekł Mieszek – przysłowie niedźwiedzie: // Że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie” – powiedziałem trochę niewyraźnie. Brawa były, ale chyba nieszczere.

KONCERTY

Koncerty edukacyjne dla młodzieży organizowano przedpołudniami. Sprytny menadżer zapraszał konferansjera, mały zespół muzyczny, dwoje śpiewaków i kilkoro aktorów.  Koncert mógł być zatytułowany, na przykład tak: Romantyzm w muzyce i literaturze; Sztuka baroku w literaturze i muzyce… Na takie tytuły garnęły się szkoły, czyli były pieniądze. Prawdę mówiąc dzieci płaciły po 5 zł, a resztę dokładały Wydziały Kultury. Po tych wyjaśnieniach przejdźmy do anegdot.

Chaczaturian w Warszawie

Było to jeszcze w latach sześćdziesiątych. W jednym z warszawskich teatrów młody człowiek, dopiero co przyjęty do zespołu, wpadł z hałasem do bufetu i bardzo głośno oznajmił.

– Panowie, mam trzy koncerty, mam koncerty!

– Zdaje mi się, że ostatnio w Warszawie koncerty to miał Aram Chaczaturian, a pan zapewne masz jakąś ordynarną chałturę – powiedział starszy aktor.

Szczyt

W innym warszawskim koncercie brał udział Mieczysław Voit. Aktor poważny, z piękną dykcją i rozumnym mówieniu tekstu. Organizator umówił się z aktorem na fragment monologu Kordiana na Mont-Blanc.

W dniu koncertu Voit, odpowiednio ubrany, był w teatrze. Widział się, i nawet w kulisach rozmawiał z organizatorem.

– Panie Mieczysławie, ale wszystko w porządku? – pytał ze trzy razy organizator.

– Uhm… – potwierdzał trzy razy mruczeniem Voit.

W końcu, gdy nadeszła jego pora, Voit był w kulisie. Konferansjer kwieciście zapowiedział aktora. I podkreślił, że „młodzież będzie obcować z wybitnym tekstem, w wykonaniu wybitnego aktora”.

Voit dostojnym krokiem wszedł na scenę. Lekko skinął widowni głową i zaczął:

„Tu szczyt… lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.

Spojrzę… Ach! pod stopami niebo i nad głową Niebo…

Zamknięty jestem…”

 

Tragedia polegała na tym, że Voit nie był sobie w stanie przypomnieć co dalej. Zaczynał ten monolog trzy razy i za każdym razem kończył na tym nieszczęsnym: „… Zamknięty jestem.”

W końcu zszedł ze sceny. W kulisach panowała panika, bo czym zastąpić ten „numer”? Jedyną osobą, która zachowała spokój był sam sprawca nieszczęścia. Voit spokojnie przechadzał się za sceną i coś sobie pod nosem mruczał. Gdy po kilkunastu minutach organizator akurat przebiegał koło niego, Voit złapał go za ramię i zapytał:

– Bardzo przepraszam, a kiedy płacą za tę chałturę?

PORANK DLA PRZEDSZKOLAKÓW

Osobną formą dorabiania były występy dla przedszkolaków. Widownia to trudna, kapryśna i mało przewidywalna. Dlatego takich występów podejmowali się tylko najbardziej zdesperowani aktorzy. Ale byli też specjaliści od przedszkoli. Przy czym nikt z nich nie bardzo się tym chwalił. Zasada była jedna, w występie nie mogło brać udział więcej niż trzech aktorów. Powyżej trzech występujących impreza przestawała się opłacać. Byli jednak i tacy aktorzy, który grali dla przedszkolaków w dwie osoby. W przedszkolach też zdarzały się sytuacje anegdotyczne.

Kim jestem…?

W jednym z miast wojewódzkich „specjalistką od przedszkoli” była starsza już aktorka. Potrzebowała jednak wspólnika, bo wszystkie występy grała w dwie osoby: ona i jakiś aktor. Właściwie to aktorka była w nieustannym poszukiwania „wspólnika do występów”, bo niewielu wytrzymywało dłuższe z nią granie.

Jeden z takich złowionych opowiadał, że aktorka uprawiała w sumie teatr nowoczesny, bo każde z nich grało po kilkanaście postaci. Do zmiany postaci służyły nakrycia głowy, a odbywało się to na oczach młodych widzów.

Skończyli właśnie grać bajkę o Wawelskim Smoku, a aktorka założyła na głowę czerwony kapturek i zwróciła się do widowni:

– A teraz, kochane dzieci, kim jestem?

– Baba Jaga! – odpowiedziały chórem przedszkolaki.

 

JAN TESPISKI: Niebezpieczne napoje – stałe atrybuty artystów teatru (2)

Podejmujemy dziś temat tylko dla dorosłych. Zdaję sobie bowiem sprawę, że picie bez umiaru prowadzi do tragicznych skutków. I nie mam zamiaru propagować pijaństwa. Jednakże trudno mówić o sztuce pomijając ten trudny aspekt, a nawet atrybut artystów. Wódka, wino, piwo. Powiedzmy prawdę – ludzkość, a szczególnie ludzie sztuki od zarania dziejów wprowadzali się w stan upojenia procentami. Przecież już greckie bachanalia związane są na równi tak z artyzmem, jak piciem.

Używanie alkoholu przez aktorów, reżyserów i wszystkich innych wiąże się z sytuacjami serio i zabawnymi. Serio jest wtedy, gdy trzeba odwoływać spektakle. Zabawnie natomiast wtedy, gdy – na przykład – „trącony” artysta chce za wszelką cenę zagrać.

Stypendium

Zdarzyło się przed laty w krakowskiej PWST, że student aktorstwa z powodu nietrzeźwości nie przyszedł na ważną próbę. Następnego dnia stanął przed obliczem rektora Eugeniusza Fulde, który w latach 1968-72 stał na czele tej uczelni.

– To Jest skandal, to jest niedopuszczalne! – grzmiał rektor, a głos miał niski i silny. – Pan kompromituje naszą szkołę. Ja, za karę, odbieram panu na miesiąc stypendium! Zrozumiał pan?

– Ale ja, panie rektorze, nie mam stypendium – cicho i pokornie powiedział student Stanisław J.

– A, to nic nie szkodzi. Ja panu dam stypendium i natychmiast je panu odbiorę!

Mecenas Zając

Przywołany wyżej rektor, aktor Fulde sam nie wylewał za kołnierz. Młodość miał burzliwą, bo ozdobioną licznymi zabawami, bynajmniej nie bezalkoholowymi. Jeszcze przed wojną, będąc aktorem Teatru im. Słowackiego, równie często bywał na scenie, co w położonej tuż obok słynnej restauracji Pollera. Był to, i jest nadal, lokal znakomity i wprost stworzony do zabawy.

Eugeniusz Fulde z serdecznym swym przyjacielem, również aktorem – powiedzmy Aleksandrem – przebywali niemal codziennie u Pollera, po każdym spektaklu. Trzeba nam wiedzieć, że przed wojną lokale były otwarte „do ostatniego gościa”. Kiedy jednak nadchodziła tragiczna pora pójścia do domu – a najczęściej była to druga w nocy – panowie korzystali z telefonu, który był w szatni. I zawsze dzwonili pod ten sam numer. I zawsze sytuacja bawiła ich niezmiernie.

– Czy dodzwoniłem się do mieszkania mecenasa Zająca? – grzmiąco pytał Fulde.

– Tak – odpowiadał gosposia – ale jest już druga w nocy i pan mecenas śpi.

– Proszę go natychmiast obudzić, sprawa jest dramatyczna.

Po dłuższej chwili do telefonu podchodził mecenas.

– Słucham. – mówił zaspanym głosem.

– Mecenas Zając?

– Tak, słucham.

– Pif-paf, pif-paf!

To strzelanie do Zająca niezmiernie obu aktorów bawiło.

Ale przyszła wojna, potem okupacja. Po wojnie obaj przyjaciele znowu odnaleźli się w teatrze. I znowu poszli – oczywiście – do Pollera. I gdzieś tak około drugie w nocy, postanowili zadzwonić do mecenasa Zająca. Tym razem telefon odebrał sam mecenas.

– Czy to mieszkanie mecenasa Zająca? – zagrzmiał Fulde.

– Tak, ale panowie, panowie, nie odkładajcie słuchawki, ja bardzo proszę – powiedział mecenas, po czym krzyknął w głąb mieszkania – Zosiu, te sukinsyny przeżyły!

I cała trójka piła przez tydzień u Pollera, na koszt mecenasa.

Zdaje mi się – powiedział już przy stoliku mecenas – że najbardziej w okupację to mi brakowało tych waszych idiotycznych telefonów.

Charakteryzacja

Aktor B. wpadł do charakteryzatorki tuż przed spektaklem. Zwalił się ciężko na krzesło i dość bełkotliwie powiedział:

– Proszę, mnie zrobić na zupełnie, zupełnie trzeźwego.

Jak przed wojną

Dyrektor Teatru im. Jaracza w Łodzi, wspaniały aktor i dobry reżyser Feliks Żukowski był  człowiekiem o dobrym teatralnym, przedwojennym doświadczeniu. I chciał, żeby – mimo całego socjalistycznego bałaganu – jego teatr spełniał wszystkie przedwojenne normy. Dlatego poustawiał prace wszystkich pracowni, wszystkich służb sceny według starych, dobrych wzorów.

Pewnego roku przyjął do zespołu trzech absolwentów wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki. Nowi okazali się bardzo dobrymi aktorami, dużo i dobrze grali. A z czasem stali się podporami zespołu. Zdarzyło się jednak, że w pierwszym roku pracy w teatrze, trzej muszkieterowie zapili. Jeden z nich zadzwonił do sekretariatu i szczerze wyznał co się stało, i że na próbę nie przyjdą.

Dyrektor Żukowski polecił sekretarce napisanie odpowiedniego pisma, głoszącego że cała trójka została ukarana potrąceniem premii. Po czym poszedł, z sekretarką, do teatralnego bufetu i asystował jej w przypinaniu pisma pinezkami na tablicy. I cały czas zacierał ręce, uśmiechał się z zadowoleniem i powtarzał w kółko:

– Zupełnie jak przed wojną, jak przed wojną!

Aktor, który nie pił

Do teatru dyrektora Żukowskiego chciał się też zaangażować pewien młody aktor. Żukowski rozmawiał z nim długo w gabinecie i aktor wyszedł z teatru. Natomiast w bufecie odbyła się taka rozmowa.

– I jak ten aktor? – zapytał ktoś z aktorów.

– Wysoki, przystojny, świetna dykcja, dobry mocny głos, niezłe maniery – mówi Żukowski. – Pytam co grał? Mówi. Okazuje się, że duże role, u niezłych reżyserów. Pokazuje recenzje. Dobre, bardzo dobre. Ale pytam go czy pije. Mówi, że nie.

– I przyjął go pan?

– A skąd. Nie, nie przyjąłem. Jeżeli nie pije, to ja się takiego boję. A bo ja wiem, co się tam jeszcze u niego kryje?

 

O szansach na pieniądze z Brukseli pisze CEZARY KRYSZTOPA: Odliczanie

Być może na zawsze pozostanie tajemnicą co kierowało Mateuszem Morawieckim, kiedy na szczycie w Brukseli dwa lata temu godził się na tak zwany „mechanizm warunkowości” zwany inaczej mechanizmem „fundusze za praworządność”, czy nieco później kiedy rezygnował z polskiego weta wobec Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021 – 2027. Dość, że można się domyślać, że autentycznie wierzył, że odniósł „sukces”, skoro w Polskę wyjechały bilbordy z hasłami o „770 miliardów złotych dla Polski”.

Analizy różnic interpretacyjnych stanowisk Polski i Unii Europejskiej wobec przyjętych „kompromisów” zostały już przeprowadzone, ja również się o nie pokusiłem i dziś w zasadzie są już praktycznie bezużyteczne, bo stan faktyczny jest taki, że w praktyce obowiązują niekorzystne dla nas interpretacje brukselskich eurokratów. Bo tak. I cóż komuś po tym, że może powiedzieć „a nie mówiłem”?

A sytuacja jest następująca. Jedyne co jest pewne w zakresie funduszy z tak zwanego Krajowego Planu Odbudowy, to to, że będziemy płacić. Podjęliśmy to zbiorowe zobowiązanie wspólnie z innymi. A czy jakieś pieniądze z KPO dostaniemy (pomijam już fakt struktury tych wypłat, które nie są paletą pieniędzy do dowolnego wykorzystania jak w spocie Tuska, tylko częściowym zwrotem kosztów tego co nam każe kupić UE)? Otóż pomimo zgiętego karku, likwidacji Izby Dyscyplinarnej (czy TSUE już orzekło o konieczności zwrotu skrzywdzonym sędziom kiełbasy i wkrętarki?) i komiczno-tragicznej historii z „kamieniami milowymi”, jedyne co w tej sprawie wiemy, to to, że komisarz Jourovej i przewodniczącej von der Leyen ten pomysł nie bardzo się podoba i dają do zrozumienia, że raczej nie.

A co, jeśli nie?

Tymczasem Mateusz Morawiecki mówił w TVP Info, że kwestia funduszy z KPO „to już jest temat sprzed miesiąca” a teraz ważna jest podpisana niedawno tzw. „Umowa Partnerstwa”, która ma dać Polsce dostęp do funduszy europejskich z perspektywy finansowej 2021-2027, pięciokrotnie wyższych niż te z KPO. Mateusz Morawiecki twierdzi, że pierwsze fundusze, z któregoś z tych programów powinny popłynąć do Polski na przełomie tego i kolejnego roku.

Być może, być może. Ale co, jeśli nie? Mechanizm warunkowości obowiązuje również w przypadku „Umowy Partnerstwa”. Nasze dotychczasowe doświadczenia z Unią Europejską uczą, że nasze wyobrażenia na temat tego co powinniśmy dostać i co nam się w zgodzie z prawem, ustaleniami i traktatami należy, nijak się mają do brukselskiego widzimisię. A co nam po tym, że po raz kolejny zostaniemy bez pieniędzy, za to z poczuciem słuszności, jak Himilsbach z angielskim?

Dlatego mam poczucie pewnego odliczania. Mateusz Morawiecki silnie się wizerunkowo z tym „sukcesem” związał. Wyznaczył sobie również termin jego realizacji. Sytuacja międzynarodowa wobec wojny na Ukrainie jest chwiejna. Nieoczekiwane triumfy Ukraińców służyły również rządzącym w Polsce, którzy na Ukrainę mocno postawili absolutnie trafiając w emocje społeczne. Teraz jednak sytuacja na froncie nie przedstawia się tak „różowo”. Jakie emocje będą dominujące w przypadku jej dalszego pogarszania? Inflacja i drożyzna, nie miejsce tu na egzegezę ich przyczyn, również nie działają na rzecz rządzących.

A co, jeśli do tego dojdzie społeczne poczucie, że w sprawach z Brukselą „cnotę straciliśmy a euraska nie zarobiliśmy”?

O polityce w nowych dekoracjach pisze WALTER ALTERMAN: Słoń a sprawa polska*

*Tytuł pochodzi z felietonu Karola Irzykowskiego. Ten poeta, powieściopisarz, krytyk literacki  i jeden z pierwszych naszych krytyków filmowych zauważył, że Polacy żyją w, zamkniętym na sprawy innych narodów, wyłącznym świecie polskości.

Po tylu latach od chwili, gdy Irzykowski napisał to mądre zdanie, trzeba stwierdzić, że nasz polonocentryzm umacnia się. Mimo tego, że mamy już paszporty na cały świat, a po Unii Europejskiej podróżujemy bez paszportów. Czy czegoś w szerokim świecie uczymy się, poza kuchniami inny nacji? „Przypuszczam, że wątpię” – jak mawiał pan Piecyk, bohater felietonów Wiecha. A co najbardziej rozczarowuje w Polsce i Polakach? Nie interesuje nas światowa polityka. I jak za czasów Irzykowskiego, uważamy, że Polska jest centrum świata, dlatego jesteśmy tak ważni dla planety, dlatego inni muszą się z nami liczyć i szanować. Jeżeli już czymkolwiek światowym interesujemy się, to tylko z naszego, polskiego punktu widzenia.

Gazety i portale piszą czasami o odległych krajach Ameryki Południowej, Azji i Afryki, ale tylko po to, żeby opisać, jak żyje się tamtejszej Polonii. I jakie sukcesy ewentualnie osiąga. Z takich artykułów nie dowiemy się niczego o „tubylczej” ludności, gospodarce kraju, strukturach partyjnych, relacjach z sąsiadami, trendach rozwojowych. Metoda pisania takich artykułów jest taka, że piszący zakłada rezolutnie, iż kraj jest wszystkim bardzo znany, zatem skupia się na Polonii. Zresztą, od kiedy pamiętam, agencje, gazety, portale bardzo skąpią nam informacji o świecie.

                                                            Lapid a sprawa Polska

Ostatnim przykładem niedoinformowania Polaków jest zmiana premiera w Izraelu. Nikt nie pisze dlaczego pan Jair Lapid został premierem. Skąd taka zmiana, skoro Izraelczycy mieli już stałego premiera, którym wielokrotnie bywał Benjamin Netanjahu? Owszem pojawiają się komentarze, z których wynika, że Lapid jest Polakom nieprzychylny i roszczeniowy wobec Polski. Z czego wynika, że większość parlamentarna w Knesecie jest taka jak ten Lapid. Irzykowski w niebie śmieje się zapewne, bo Lapid występuje teraz jako ten słoń.

Serio zaś mówiąc, nie można nigdzie znaleźć informacji, dlaczego pan Lapid uzyskał większość głosów. Na co liczą partie, których parlamentarzyści na niego głosowali? Tu i ówdzie pojawiają się drobne wzmianki, że Lapid jest politycznym awanturnikiem, nie miał nawet licencjatu, gdy zaczął pisać doktorat; że kłamał i kłamie co do losów swych przodków. Wszystkie takie ciekawostki są na poziomie portalu Pudelek z Pomponikiem. Nigdzie nie ma natomiast rzetelnej analizy, poważnego obrazu współczesnej sceny politycznej małego, ale znaczącego państwa Izrael. Dlaczego? Bo czytelnika to nie interesuje i coraz mniej jest dziennikarzy znających światowe tematy.

Czy jesteśmy zatem w stanie prowadzić politykę międzynarodową, skoro nasze społeczeństwo nie ma bladego pojęcia co się na tym świecie dzieje? A może jednak mamy wąską, ale za to sprawną grupę polityków będących mistrzami polityki międzynarodowej z rozmysłem nie mówią „co tam panie w polityce”, żeby nas nie denerwować?

Oczywiście czepiam się Polaków, bom tu urodzony i wiem, że na całym świecie elity polityczne akceptują stan ciemnej masy wyborczej. Bo tak jest łatwiej jest rządzić. W dzisiejszym świecie polityka ogranicza się do haseł. Takie hasła wyborca ma zaakceptować lub odrzucić, bez zadawania męczących pytań.

                                                      Ukraina to nie tylko wojna

Wyjątkiem spraw słoniowatej polityki zagranicznej w Polsce jest dzisiaj wojna na Ukrainie, bo to rzeczywiście jest sprawa ważna dla Polaków. I dzieli nas jedynie granica. Ale też nie można się dowiedzieć z czego Ukraina żyła przed wojną, jaki jest tam przemysł, jakie surowce, jaka technika. Wszyscy dziennikarze skupiają się na wojnie i batalistyce. Owszem jest to istotna sprawa, ale przecież warto by wiedzieć w jakim kraju sprawy się toczą.

Dlaczego geografia polityczna, gospodarka są bardzo ważne? Bo żeby działać trzeba rozumieć. Żeby w rozumieć, trzeba wiedzieć. A w polskich relacjach dziarskie i solidarnościowe okrzyki zagłuszają społeczną prawdę.

                                                         Spisek, zdrada, agentura

Polskie media są głęboko zaskoczone i przykro zdziwione, że nie wszyscy na świecie popierają Ukrainę i NATO. Oto Rosja znalazła popleczników w wielu państwa Azji, Ameryki Południowej i Afryce. Dla wielu naszych dziennikarzy był to szok. Bo jakże to tak można? A kto to widział? I tak nasze media trwają w osłupieniu. Gdzieniegdzie można przeczytać, że to skutek sprytnej polityki międzynarodowej Putina. I spisek.

Spisek jest ulubionym słowem-wytrychem, które w polskich mediach zastępuje przemyślenie sprawy, zastanowienie i wyciągnięcie wniosków. A byłoby nad czym myśleć. Poza spiskiem mamy też takie proste pojęcia jak: zdrada i agentura. Nie sądzę jednak, żeby trzy proste słówka – poza emocjami – mogły wnieść cokolwiek do naszej wiedzy o świecie.

Kłopot z naszym polonocentryzmem jest też i taki, że geografia polityczna w umysłach nawet licencjatów i magistrów właściwie nie istnieje. I teraz wszyscy są zdziwieni, że niektóre z tych dalekich państw nie popierają NATO. Jest też spora grupa i takich państw, które popierają Rosję.

Pomijam tutaj obecną politykę Węgier – koniec końców członka NATO i UE – bo jest ona oparta na resentymentach i marzeniach o wielkim państwie, a zrozumienie takich ciągot przekracza granice rozumu skromnego felietonisty. Właściwie jedynym wyjaśnieniem postawy rządu Orbana jest przyjęcie założenia, że działa on „na rynek wewnętrzny”. Węgrzy, jak wiele innych narodów, kochają swój kraj i odbierają swego premiera jako osobę również kochającą, tyle że mocniej, bo ma sporą władzę.

                                                          Nieuregulowane długi

Najsilniejsze militarnie państwa NATO nie wszędzie spotykają się z wyrazami miłości. Gdybyśmy choć trochę chcieli wykorzystać znajomość historii ostatnich dwustu lat, to okazałoby się, że wiele państw Azji, Ameryki Południowej i Afryki nie ma najmniejszych powodów, żeby darzyć Wielką Brytanię, Francję, Holandię, Portugalię, Holandię i USA jakąkolwiek sympatią. Bo mamy tu do czynienia z koloniami i kolonizatorami.

Gdy po II wojnie światowej – pod naciskiem USA – nastąpiła dekolonizacja Afryki i Azji, wiele europejskich krajów uznało, że sprawa jest ślicznie zakończona. W tym i my, bo u nas w latach 60-tych tę wielką zmianę przedstawiano jako ogromny sukces państw bloku komunistycznego. Jednak historia nie jest prosta i jednowymiarowa. Na miejsce dawnych właścicieli kolonii wkroczyły Stany Zjednoczone, oczywiście nie mając zamiaru wprowadzać do dawnych afrykańskich kolonii swych wojsk. USA przejęły nad nimi kontrolę ekonomiczną, co dało większe zyski niż Brytyjczykom, Francuzom i wszystkim innym kolonizatorom. I to bez konieczności utrzymywania armii na tych terytoriach.

Wszystkie kolonie były bezlitośnie wykorzystywane ekonomicznie, degradowane politycznie i moralnie. Jeżeli do tego dodamy panowanie nad Chinami, które przez ponad sto lat płaciły ogromny trybuty Rosji, USA, Austrii, Niemcom, Francuzom i oczywiście Brytyjczykom, to obraz świata nie będzie jasny i wesoły. Jeżeli ktokolwiek myślał, że podbijane państwa zapomniały, to jest w błędzie. Skoro Polacy pamiętają o bitwie pod Cedynią, pamiętają też Grunwald, Kircholm, Wiedeń i wszystkie powstania, to dlaczego sądzimy, że Chińczycy, Wietnamczycy, Koreańczycy i wiele innych narodów Afryki mają nie pamiętać?

Osobnym kłopotem jest Ameryka Środkowa i część Ameryki Południowej. Przecież nad tymi krajami USA, przez ponad 150 lat, dzierżyły niepodzielną kontrolę. To one obsadzały i utrzymywały w tych krajach rządzących na miarę Batisty z Kuby czy Duvaliera z Haiti. Kolonializm pod sprytną postacią kwitł tam na potęgę. A w razie buntów USA wysyłały osławione kanonierki. I wszystko to w imię rozkwitu amerykańskich koncernów, które stały się właścicielami tych małych państw. Gabriel Garcia Marquez napisał, że USA nie pozwoliły Ameryce Południowej na przeżycie rewolucji kapitalistycznej i utrzymują tam feudalizm.

Do dzisiaj w brytyjskich konserwatywnych szkołach naucza się, że Wielka Brytania uczyła podbite ludy cywilizacji, co niosło dla podbitych pewne przykrości, ale przecież w sumie powinni być wdzięczni. Zatem nie dziwmy się tym, którzy nie kochają NATO. Zrozummy ich. I zdajmy sobie wreszcie sprawę, że polityka klasy „nasza chata z kraja” jest dla Polski groźna.

Mam nadzieję, że nikt nie pomyśli, że skoro mam takie poglądy, to jestem zwolennikiem Putina. Będąc przeciwnikiem jakiejkolwiek formy kolonializmu, jestem też przeciw Putinowi jako „syn podbitego narodu” – jak pisał Mickiewicz.

 

 

 

 

 

Może koncerny nie widzą tego, co SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zmęczony sześcioma ramionami

Ciekawe, ciekawe. Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu różnych ideologicznych przewrotów i fikołków czy też na nich tracą? Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu konserwatywnych wartości czy też na nich tracą? A może to jest całkowicie obojętne dla klientów, bo liczy się tylko jakość produktu czy usługi, a nie co oni tak dookoła wygadują? Ciekawe, ciekawe.

Ciekawe czy ktoś tym wszystkim rządzi każąc na przykład gigantom stroić się w sześcioramienną tęczę, albo popierać aborcję do momentu porodu, bo to się ma jakoś opłacać, czy też są to ruchy niewyrachowane? Podejrzewać biznes o niewyrachowanie, to może mu nawet ubliżać, bo biznes jest od zarabiania pieniędzy, a reszta, jak owa słynna „społeczna odpowiedzialność biznesu” może być traktowana jako jeden z przyczółków do zbudowania ślicznego wizerunku, a tym samym zarabiania większych pieniędzy.

A mnie tak naszło, bo tak sobie to wszystko obserwuję i tak sobie tego różnego słucham i bywam zmęczony, tym wciskaniem mi ideologii L i tak dalej wszędzie, gdzie się obrócę, obejrzę, zerknę. Oczywiście napisanie, że jestem zmęczony tym wciskaniem mi przed oczy i uszy dla fanatyków L i tak dalej oznacza, że jestem chorym nienawistnikiem i w zasadzie trzeba mnie co najmniej zamknąć. Generalnie jednak nie jestem żadnym nienawistnikiem, tylko jak na przykład oglądam serial na Netflixie o superbohaterach i oni nagle zaczynają ze sobą chłop z chłopem, bohaterowie w kombinezowach bohaterskich, to czy ja mogę przerwać oglądanie? No bo ja przerywam. Bo mnie nie zachwyca.

Ja tu tak sobie ględzę, bo mnie zainspirowała rozmowa Igora Janke z profesorem amerykańskim, ale polskim Jakubem Grygielem, który mieszka w USA i śledzi kwestie związane choćby z orzeczeniem Sądu Najwyższego w sprawie aborcji i właśnie owo ideologiczne zaangażowanie firm. Mówi w czasie wywiadu profesor, że lat temu dziesięć w zasadzie nie było takiego problemu, a teraz owa wciskana klientom nowoczesność wcale nie musi wychodzić biznesowi na pieniądze.

Profesor podaje przykład pewnego amerykańskiego fast foodu, którego właściciel twierdził oficjalnie, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety i w dodatku nie pracował w niedzielę. Ponoć wywołało to skandal i kolejki do jego placówek i świetne przychody. Natomiast epatowanie sześcioramienną tęczą w biznesie może klientów nieco dystansować wraz z portfelami, bo przecież biznes nie jest od wciskania światopoglądu.

Ze słów profesora wyciągam wnioski, że krzykliwa, eksponowana, agresywna, narzucająca się mniejszość niekoniecznie musi odnieść sukces, gdyż zwykli ludzie ustawiają się z portfelami w innych kolejkach wcale nie krzycząc, nie wymachując, tylko tak sobie po cichu głosując mimochodem. Gdyby pojawił się zarzut, że ten tekst jest homofobiczny, to nie wiem. Jestem zbyt zmęczony tymi głupawymi zarzutami, żeby odpowiadać.

Wystawa prac IV edycji Konkursu Ogólnopolskiego na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa  w Mrągowie

W Mrągowskim Centrum Kultury ponownie będzie można oglądać rysunki prasowe, tym razem zgłoszone do IV edycji Konkursu Ogólnopolskiego na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa. Premiera wystawy  2 lipca (sobota) o godzinie 15 w Mrągowskim Centrum Kultury podczas Dni Mrągowa

Wystawa składa się z kilkudziesięciu najlepszych prac zgłoszonych do IV edycji Konkursu Ogólnopolskiego na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa. Celem konkursu jest nagrodzenie autorów najlepszych prac opublikowanych w 2020 roku i zwrócenie uwagi na znaczenie rysunku prasowego, który może być komentarzem politycznym, społecznym bądź sportowym, tworzyć opowieść w postaci krótkiego komiksu czy być rysunkiem-ilustracją artykułu prasowego. Pomysłodawcą konkursu jest Zbigniew Piszczako, a organizatorem Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie.

– Do konkursu wpłynęło blisko 200 rysunków nadesłanych przez 42 autorów. Ostatecznie jury przyznało Nagrodę Główną im. Aleksandra Wołosa dla  Andrzeja Czyczyło za pracę Zespół ministra Czarnka opublikowaną w Nowej Trybunie Opolskiej. Poziom w tym roku jednak wysoki i postanowiliśmy wyróżnić także kilkanaście innych prac. Warto podkreślić, że to jedyny tego typu „wędrujący” konkurs w Polsce. W ubiegłym roku udało nam się zorganizować wystawę w kilkunastu miejsach, w tym po raz pierwszy w miejscu urodzenia patrona konkursu – informuje o przebiegu konkursu Zbigniew Piszczako, sekretarz Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Na wystawie pokonkursowej w Mrągowie zostaną pokazane prace 47 autorów:

Mariusz Bocheński, Marcin Bondarowicz, Henryk Cebula, Jerzy Czapiewski, Andrzej Czyczyło, Dariusz Dąbrowski, Remek Dąbrowski, Jacek Frankowski, Jacek Frąckiewicz, Marek Gliwa, Michał Graczyk, Mirosław Hajnos, Jarosław Hnidziejko, Janek Janowski, Nika Jaworowska-Duchlińska, Lech Kotwicz, Izabela Kowalska-Wieczorek, Jarosław Kozłowski, Paweł Kuczyński, Jacek Lanckoroński, Artur Ligenza, Wiesław Lipecki, Dariusz Łabędzki, Sławomir Łuczyński, Sławomir Makal, Maciej M. Michalski, Robert Mirowski, Marek Mosor, Ala Hanna Murgrabia, Dariusz Pietrzak, Czesław Przęzak, Waldemar Rukść, Szczepan Sadurski, Mirosław Stankiewicz, Włodzimierz Stelamszczyk, Ireneusz Szuniewicz, Robert Trojanowski, Maciej Trzepałka, Paweł Wakuła, Jarosław Wojasiński, Jacek Zabawa, Jacek Zygmunt poza konkursem: Aleksander Wołos, Małgorzata Gnyś, Artur Galicki, Zbigniew Kołaczek Zbigniew Piszczako.

W plenerowej części wystawy dodatkowo zostaną pokazane prace nagrodzone w III edycji konkursu.

– Zapraszamy wszystkich serdecznie do Mrągowa. Premiera wystawy nastąpi 2 lipca (sobota) o godzinie 15.00 w Mrągowskim Centrum Kultury podczas Dni Mrągowa. To jeden z pierwszych pokonkursowych wernisaży w Polsce  – zachęca Mateusz Kossakowski, wiceprezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

W poprzednich edycjach Nagrody Główne im. Aleksandra Wołosa otrzymali:

2019 – Grzegorz Bąkowski (Przegląd)

2020 – Sławomir Łuczyński (lodzkie.pl)

2021 – Janek Janowski (Polityka)

 

Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym żegna uchodźców. Podsumowanie akcji pomocy SDP dla Ukrainy

22 czerwca był praktycznie ostatnim dniem pobytu uchodźców z Ukrainy w Domu Pracy Twórczej  w Kazimierzu Dolnym. W środę, w porozumieniu ze Starostwem Powiatowym w Puławach, ostatnie osoby przeprowadziły się do szkoły w Janowcu, a grupa osób głuchoniemych znalazła schronienie w Dobrym i Dąbrówce. Wszyscy serdecznie dziękowali Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich za okazaną pomoc.

Obecnie w DPT SDP w Kazimierzu przebywa już tylko pięciu dziennikarzy z Ukrainy, którym Stowarzyszenie nadal będzie nieodpłatnie użyczać noclegów i zapewniać wyżywienie, tak długo jak będzie to potrzebne.

W lutym, jeszcze przed wybuchem regularnej wojny na Ukrainie, Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podjął decyzję o przeznaczeniu Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym na ośrodek dla ewentualnych uchodźców. Pierwsze grupy przybyły tutaj na początku marca, kilka dni po rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę. Nasz dom szybko zapełnił się osobami uciekającymi przed wojną. Na co dzień przebywało tu 120 – 140 osób, w tym 60 dzieci z Domu Dziecka w Mariupolu, kilkunastoosobowa grupa osób głuchoniemych oraz matki z dziećmi i kilkoro dziennikarzy. W przeważającej większości osoby z Ukrainy kierowane były do DPT przez Starostwo Powiatowe w Puławach oraz przez Narodowy Związek Dziennikarzy Ukraińskich. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zapewniało uchodźcom nie tylko dach nad głową, ale też wyżywienie i wszelką niezbędną pomoc.

W pierwszych dniach maja, decyzją władz Ukrainy, wyjechała z Polski do Szwajcarii grupa dzieci z domu dziecka z Mariupola, później DPT w Kazimierzu opuszczały kolejne osoby, niektórzy wrócili na Ukrainę, cześć znalazła inne miejsca pobytu w naszym kraju.

Niedługo po przyjęciu uchodźców do DPT w Kazimierzu Dolnym, zainicjowaliśmy zbiórkę pieniężną na pomoc dla nich.  Na konto „Pomoc SDP dla Ukrainy” wpłynęło ok. 40 tys. zł.  Warto podkreślić, że wiele osób wsparło pobyt uchodźców z Ukrainy także darami rzeczowymi, np. w postaci przekazanej żywności, czy środków czystości. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich dziękuje za wszelką okazaną pomoc i życzliwość.