Prokurator Generalny zaskarżył do Sądu Najwyższego wyrok skazujący Magdalenę Ogórek i Rafała Ziemkiewicza

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro skierował do Sądu Najwyższego skargę nadzwyczajną w sprawie bulwersującego wyroku na Magdalenę Ogórek i Rafała Ziemkiewicza – ustalił portal wPolityce.pl. Przeciwko skazaniu dziennikarzy na grzywny w wysokości 10 tys. złotych za rzekome zniesławienie psychoterapeutki i aktywistki Elżbiety Podleśnej protestowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

Sprawa dotyczy materiału z programu „W tyle wizji” TVP.info z 2019 roku, w którym Magdalena Ogórek i Rafał Ziemkiewicz opisywali agresywne zachowanie Elżbiety Podleśnej oraz jej współpracowników i znajomych. Chodziło o skandaliczny atak aktywistów na red. Ogórek wyjeżdżającą z siedziby Telewizji Polskiej. Napastnicy ubliżali wówczas dziennikarce TVP i usiłowali uniemożliwić jej odjazd sprzed biurowca. Podleśna skierowała do sądu prywatny akt oskarżenia dotyczący zniesławienia jej przez dziennikarzy. W grudniu 2022 roku sąd skazał publicystów na grzywnę w wysokości 10 tys. złotych, a 24 maja 2023 roku Sąd Okręgowy w Warszawie utrzymał w całości wyrok sądu rejonowego.

Protest przeciwko takiej decyzji sądu wystosowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ).

„W ocenie CMWP SDP wyrok ten narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, której podstawą jest swoboda wypowiedzi dziennikarza. Wymiar sprawiedliwości zignorował bowiem istotne aspekty sprawy mające wpływ na jej rozstrzygnięcie. Przede wszystkim Sąd nie wziął pod uwagę charakteru programu, w jakim doszło do rzekomego zniesławienia aktywistki i psychoterapeutki. To audycja satyryczna, emitowana na żywo, w której dziennikarze komentują spontanicznie najnowsze i najbardziej interesujące z ich punktu widzenia zdarzenia, a ich wypowiedzi ze względu na charakter programu są utrzymane w lekkim tonie i wyrażają ich subiektywny punkt widzenia często wykorzystując przy tym elementy ironii. W ocenie CMWP SDP inkryminowane wypowiedzi red. Ogórek i red. Ziemkiewicza spełniały to kryterium gatunkowe satyrycznej audycji telewizyjnej emitowanej na żywo”  – napisała wówczas dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP.

16 sierpnia portal wPolityce.pl, podał, że Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro skierował do Sądu Najwyższego skargę nadzwyczajną na korzyść dziennikarzy telewizji publicznej, skazanych z prywatnego aktu oskarżenia aktywistki, która uznała, że wypowiedzi oskarżonych zniesławiały ją na polu zawodowym, jako psychoterapeutkę. Informację potwierdziło biuro prasowe Prokuratury Krajowej.

Jak opisuje portal, oskarżeni zwrócili się do Prokuratura Generalnego z wnioskiem o wywiedzenie skargi nadzwyczajnej. Analiza przeprowadzona w Prokuraturze Krajowej wykazała, że oba zapadłe w tej sprawie wyroki naruszyły obowiązujące przepisy karne, jak i przepisy Konstytucji RP.

„W skardze nadzwyczajnej Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro wskazał, że Sąd Najwyższy w swoim orzecznictwie wielokrotnie dokonywał wykładni znamion przestępstwa zniesławienia. SN wyraźnie stwierdził, że pomówienie musi mieć charakter wypowiedzi o faktach, ponieważ tylko wtedy będzie możliwe przeprowadzenie dowodu prawdy przewidzianego w art. 213 kk. Tymczasem badane w postępowaniu wypowiedzi dziennikarzy były ewidentnie oceniające. Nie przedstawili oni żadnego skonkretyzowanego zarzutu w stosunku do oskarżycielki i jej praktyki zawodowej psychologa, tudzież psychoterapeuty, poprzestając jedynie na wypowiedzeniu swoich wrażeń co do charakteru jej działalności publicznej, w której skądinąd nie ucieka ona od kontrowersji” –  poinformowała portal wPolityce.pl Prokuratora Krajowa.

Śledczy podkreślili również m.in., że naruszenia, których dopuścił się Sąd są na tyle istotne, że uznać należy, iż nie zostały zrealizowane wynikające z art 45 ust. 1 Konstytucji RP obowiązki sądu zbadania wszystkich istotnych aspektów danej sprawy i należytego uzasadnienia wyroku. Tym samym oba orzeczenia warszawskich sądów jawią się jako arbitralne. Działania sądów naruszyły również art. 14 i art. 54 ust. 1 Konstytucji RP odnoszących się do wolności prasy i środków społecznego przekazu, de facto tłumiąc krytykę prasową.

Prokurator Generalny wniósł o uchylenie wyroku Sądu Okręgowego i uniewinnienie dziennikarzy.

opr. jka, źródło: wPolityce.pl

WALTER ALTERMANN: Jak to hymn Rosji płynął Wisłą

Radio TokFM 1 sierpnia 2023 roku, nawiązując do obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, w tytule informacji ze zgrozą donosiło, że podczas uroczystej parady statków wycieczkowych na Wiśle, słychać było dobiegający z jednego z nich hymn ZSRR. Powiało skandalem. Jednakże w dalszej części informacji portalu internetowego TokFM mówi się już o „Międzynarodówce” i to kilkukrotnie.

Czyli, dekomunizacja odniosła skutek, skoro ktoś taki fakt zauważył. Z drugiej jednak strony – informacja radia jest dowodem zupełnej niewiedzy historycznej. A dobrze by było wiedzieć, że hymn Rosji ma tę samą melodię, korą miał hymn ZSRR. Zmieniono słowa, ale muzyka pozostała. Co już poddaje w wątpliwość prawdziwość tej informacji.

No i jeszcze ta okropna pomyłka, utożsamienie hymnu ZSRR z Międzynarodówką… To nie tylko są dwie różne pieśni, z inną muzyką i innymi tekstami. Międzynarodówka powstała we Francji daleko wcześniej od hymnu ZSRR, słowa napisano w 1871 roku, a muzykę w 1888 i była zawsze pieśnią lewicy – różnych odcieni. Hymn ZSRR powstał natomiast w roku 1944.

Wnioski są dwa. Pierwszy, że można nie lubić i zwalczać, ale trzeba dokładnie wiedzieć co się zwalcza. Drugi wniosek – coś mi się zdaje, że autor informacji chyba się poważnie przesłyszał, bo „słyszał z brzegu” i w końcu nie wiadomo co do niego dotarło.

Herkules cmentarny

Branża pogrzebowa w Polsce jest dość skomplikowana, bo to trzeba mieć do dyspozycji cmentarze, trumny i pracowników. Najczęściej w dużych miastach są dwie-trzy duże firmy oraz bardzo dużo punktów, które jedynie przyjmują zamówienia, ale pogrzebami zajmuje się zawsze któraś z tych dużych firm. Można zatem mówić o pośrednikach w branży.

Nic w tym zdrożnego, ale zauważyłem, że te małe firmy mają kłopot z wyborem nazwy dla siebie. Dominuje antyczna Grecja i Rzym. Są Styksy, Charonowie i Orfeusze. Ostatnio jednak zaskoczył mnie szyld: „Zakład pogrzebowy. Herkules”.

Nie dowierzając samemu sobie sprawdziłem, że w wersji greckiej Herakles, a w wersji rzymskiej Herkules nie mieli nic wspólnego z podziemnym, mrocznym światem. No, poza tym, że Herakles umarł w mękach przez koszulę podarowaną mu przez kochankę Dejanirę. Skąd zatem tak dziwaczna nazwa dla zakładu pogrzebowego? Z głębokiej nieznajomości antyku. Ale skoro nie wiem, nie jestem pewny, to słowa nie używam – nie jesteśmy w końcu w Sejmie.

Chyba, że właściciel zakładu oferuje obsługę osiłków, dorównujących silą Herkulesowi. Może ma takich, którzy w czwórkę mogą ponieść na ramionach dwie trumny naraz? W sumie strasznie i śmiesznie zarazem.

Ogólnie po całości

Ludzie w miejscach publicznych – na przystankach autobusowych, w tramwajach, sklepach – prowadzą rozmowy przez komórki głośno i bez zahamowań. Tym samym chcąc – nie chcąc, stajemy się biernymi uczestnikami ich życia. Bywa to często krępujące. Głównie jednak ludzie opowiadają innym „komórkowcom” głupoty i banały. Co w sumie jest dla nich kompromitujące, a dla przygodne słuchacza dość przykre.

Powie ktoś, że to nowy obyczaj… A ja powiem, że to po prostu brak kultury. Ostatnio w tramwaju musiałem wysłuchać komórkowego monologu nastolatki, który „szedł” tak:

– Idziesz na koncert tej Kowalskiej? Chodź, chodź ze mną, ja idę, to się spotkamy. Wiesz, że ja bardzo ją lubię, ogólnie. A ty też ją lubisz po całości? No to cześć, czekam ciebie o piątej przy zegarze.

Restołracja

Polska „restauracja” pochodzi od francuskiego „restaurant” co po francusku wymawia się jako „restoran” – w przbliżeniu. Niemniej od XVIII wieku Polacy spolszyczyli sobie restaurant i wymawiali ją tak jak piszą po polsku.

Rewolucja zaczęła sie niedawno i ogromna rzesza ludzi we wszystkich telewizjach mówi „restołracja”, Dlaczego? Nie wiem, ale widocznie ci lepsi z nas uznali, że trzeba dać znać, że oni znają francuski. I za nic im, że nie ma w polszczyźnie „restołracji zabytków”. Ano przykre, że znowu Polak małpuje zagranicę.

TAK oraz NIE

„Ona chroni swojej prywatności” – pisze dziennikarz na portalu WP Kobieta. Grubsza sprawa, bo trzeba było napisać: „Ona chroni swą prywatność”. Jeżeli zaś nie chroniłaby, to poprawnie będzie: „Ona nie chroni swojej prywatności”.

Smutne, że coraz więcej osób nie rozumie, że obowiązuje u nas zasada: kupiłem sól, nie kupiłem soli, znalazłem krzesło, nie znalazłem krzesła. Jest ojciec? Nie ma ojca. Czyli dopełniacz łączy się z przeczeniem, z twierdzeniem negatywnym. A mianownik z twierdzeniem pozytywnym. Tyle i aż tyle.

Bo takie są przypadki w języku polskim:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – np. wiatr, misie
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – np. wiatru, misiów
  • Celownik (C.) – komu? czemu? (się przyglądam) np. wiatrowi, misiom
  • Biernik (B.) – kogo? co? (widzę) np. wiatr, misie
  • Narzędnik (N.) – (z) kim? (z) czym? (idę) np. (z) wiatrem, misiami
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? (mówię) np. (o) wietrze, misiach
  • Wołacz (W.) – zwrot do kogoś lub czegoś np. góro! Misie!

To „było uczone” w szkole podstawowej, ale warto znowu wykuć tę zasadę deklinacji na blachę.

 

Międzynarodowe echo wsparcia CMWP SDP dla redakcji Radia Wnet dla Białorusi

Międzynarodowa Platforma Ochrony Dziennikarstwa i Bezpieczeństwa Dziennikarzy (The Platform for the Protection of Journalism and Safety of Journalists) opublikowała protest CMWP SDP przeciwko uznaniu redakcji Radia Wnet dla Białorusi za ekstremistyczne przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Protest został opublikowany jako „alert”  19 lipca br. 

10 lipca br. CMWP SDP stanowczo potępiło uznanie przez białoruski reżim Radia Unet – Redakcji Radia WNET dla Białorusi za medium ekstremistyczne oraz po raz kolejny potępiło trwające na Białorusi represje przeciwko mediom i współpracującym z nimi osobom. W następstwie tej publikacji Międzynarodowa Platforma Ochrony Dziennikarstwa i Bezpieczeństwa Dziennikarzy działająca na rzecz mediów w państwach członkowskich Rady Europy 19 lipca opublikowała protest i przyznała, iż uznanie materiałów  Radia Wnet dla Białorusi „za ekstremistyczne” przez reżim Aleksandra Łukaszenki jest próbą zastraszenia dziennikarzy i wywierania na nich „efektu mrożącego” (ang. „other acts having chilling effects on media freedom”). Platforma zaapelowała także o wycofanie etykiety „ekstremista” z tego medium.

Platforma Ochrony Dziennikarstwa i Bezpieczeństwa Dziennikarzy z założenia jest mechanizmem wspomagającym dialog między rządami i organizacjami dziennikarzy, mający na celu powstrzymanie naruszeń wolności prasy w państwach członkowskich Rady Europy oraz umożliwienie dziennikarzom wykonywania zawodu bez narażania ich bezpieczeństwa. Platforma ma także na celu poprawę ochrony dziennikarzy, skuteczniejsze radzenie sobie z groźbami i przemocą wobec pracowników mediów oraz wspieranie mechanizmów wczesnego ostrzegania i zdolności reagowania na nieprawidłowości w ramach Rady Europy. Platforma funkcjonuje od 2015 r. , jak informują osoby ją tworzące „ułatwia ona gromadzenie i rozpowszechnianie informacji o poważnych obawach dotyczących wolności mediów i bezpieczeństwa dziennikarzy w państwach członkowskich Rady Europy, gwarantowanych przez art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka”.  Współpracujące organizacje partnerskie – zaproszone międzynarodowe organizacje pozarządowe i stowarzyszenia dziennikarzy , w tym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – wydają ostrzeżenia o naruszeniach wolności mediów i publikują roczne raporty na temat sytuacji w zakresie wolności mediów i bezpieczeństwa dziennikarzy w Europie. Platforma ma przez to umożliwiać systematyczne informowanie Rady Europy o sytuacji w zakresie wolności mediów w państwach członkowskich oraz podejmować w odpowiednim czasie skoordynowanych działań, gdy jest to konieczne oraz  proponować odpowiednie reakcje polityczne w dziedzinie wolności mediów.

Publikacja alertu Safety of Journalists Platform TUTAJ.

4 lipca białoruski sąd uznał białoruską Redakcję Radia Wnet i portal Radio Unet.fm (Радыё Ўнет) za organizację ekstremistyczną. Poinformowało o tym 7 lipca b.r. Radio Wnet. Za przynależność do takiej organizacji na Białorusi grozi nawet 8 lat pozbawienia wolności. Status „organizacji ekstremistycznej” oznacza, iż za publikowanie przez ten podmiot materiałów dziennikarskich grozi odpowiedzialność administracyjna i/lub karna. W praktyce konsekwencją dla dziennikarza może być wysoka grzywna lub kara aresztu, a potem skazanie w procesie karnym na pobyt w więzieniu, czy nawet w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Represjonowani mogą być także odbiorcy takiego medium. Wg informacji dziennikarzy Radia Wnet za lajkowanie i podawanie dalej np. w mediach społecznościowych materiałów takiej organizacji uznanej na Białorusi za „ekstremistyczną” użytkownik może być ukarany grzywną w wysokości od 500 do 800 zł ( w przeliczeniu na polskie złotówki) lub 15-dniowym aresztem oraz konfiskatą „narzędzia przestępstwa”, czyli telefonu lub komputera. Za jakąkolwiek formę współpracy z takim medium grozi nawet 7 lat pozbawienia wolności, a za administrowanie „ekstremistycznych” kanałów i tworzenie materiałów grozi do 10 lat więzienia. Oczywistym jest, że perspektywa takiego wyroku powstrzymuje odbiorców  od sięgania do treści z niezależnych źródeł, także takich jak Radio Unet.

Radio Unet rozpoczęło swoją działalność 11 listopada 2020 roku i zostało utworzone przez dziennikarzy zmuszonych do opuszczenia Białorusi w wyniku represji. Białoruskie wydanie Radia Wnet jest częścią Polskiego Radia Wnet i jest nadawane codziennie rano i wieczorem. Jak czytamy na portalu wnet.fm Radio Unet powstało po to, aby Białorusini, którzy opuścili ojczyznę, mogli zabrać głos za granicą i wiedzieć, co dzieje się ze społeczeństwem białoruskim w różnych częściach świata. Audycje Radia Unet tworzą białoruscy redaktorzy we współpracy z polskimi studiami Radia Wnet w Warszawie, Kijowie, Wilnie i Lwowie oraz korespondentami Radia Wnet działającymi w Polsce, Ukrainie, Litwie i Szwajcarii.

Oświadczenie CMWP SDP w sprawie uznania materiałów redakcji Radia Wnet dla Białorusi za ekstremistyczne jest TUTAJ.

Red. Piotr Filipczyk prawomocnie uniewinniony! Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP

21 lipca 2023 r. Sąd II instancji uniewinnił red. Piotra Filipczyka, dziennikarza z portalu wPolityce.pl od zarzucanego mu czynu z art. 212 kkk, czyli zniesławienie Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych w Trójmieście za użycie zwrotu: „zdemaskowany jako tajny współpracownik SB”. Wyrok jest prawomocny. Sprawa od początku był objęta monitoringiem CMWP SDP, jej obserwatorem była red. Maria Giedz.

Oskarżyciel prywatny Henryk Jezierski domaga się poszanowania własnej osoby w wypowiedziach medialnych, a jednocześnie sam i to niejednokrotnie wykorzystywał nośnik, jakim są media, do poniżania innych – powiedziała Sędzia Sądu Okręgowego  w Gdańsku Małgorzata Westphal-Kowalska odczytując uzasadnienie wyroku. W oparciu o szczegółową analizę materiału dowodowego Sąd II instancji utrzymał w mocy wyrok Sądu I instancji. Ponadto Sąd obciążył oskarżyciela prywatnego, czyli Henryka Jezierskiego, kosztami procesu. 10 marca 2023 r. na podstawie wyroku wydanego przez Sąd Rejonowy w Gdyni Filipczyk wygrał w sądzie w sprawie o zniesławienie Henryka Jezierskiego. Jednakże wyrok nie był prawomocny. Jezierski odwołał się, zaskarżając wyrok I instancji w całości.

Na odczytanie wyroku zgłosił się jedynie oskarżony red. Piotr Filipczyk oraz red. Maria Giedz, obserwator  CMWP SDP. Ta sprawa to kolejna przegrana Henryka Jezierskiego. Warto przypomnieć, że red. Piotr Filipczyk w swoich publikacjach nie wchodził w spór, ani w polemikę  z Henrykiem Jezierskim, ale odważył się opisać konflikt pomiędzy nim, a gdańskim radnym PiS Waldemarem Jaroszewiczem. Spór Jezierskiego z Jaroszewiczem zakończył się wygraną Waldemara Jaroszewicza prawomocnym wyrokiem. Niemniej Jezierski oskarżył z art. 212 kk Piotra Filipczyka za artykuł opublikowany w dniu 29 stycznia 2019 r. p.t. „Teczkowy skandal w Gdańsku? Sprawę zbada policja. Radni PiS dostali maile, że jeden z nich miał współpracować z SB”.

Notabene Henryk Jezierski oskarżył lub pozwał do sądu kilkunastu dziennikarzy zarówno z Trójmiasta, jak i innych rejonów Polski, między innymi pozwany przez Henryka Jezierskiego był także prezes SDP, Krzysztof Skowroński, którego sprawa została umorzona.  Kilku dziennikarzy wygrało w tych procesach, np. Ewa Leśniewska-Jagaciak, trójmiejska dziennikarka, obecnie mieszkająca w Niemczech. Większość tych procesów miała doprowadzić do  udowodnienia, iż Henryk Jezierski nie był tajnym współpracownikiem SB z czasów PRL-u.

Zapewne nikt by się tą kwestią nie zajmował, gdyby Henryk Jezierski po publikacji dra Daniela Wicentego z gdańskiego oddziału IPN pt.  „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.) nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk. W książce tej na stronie 77 czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.  Te zdania były cytowane w kilku publikacjach dziennikarskich dotyczących kontrowersji wokół kandydowania Henryka Jezierskiego do Rady Programowej TVP 3 Gdańsk  jako działacza  Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, w sytuacji , gdy  KSD nie udzieliło mu swojego poparcia.

Ta lawina pozwów i oskarżeń wzbudziła zainteresowanie dziennikarzy, zwłaszcza że wszystkie materiały dotyczące przeszłości Henryka Jezierskiego z okresu PRL-u zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalone wraz z mikrofilmami. Dlatego też w książce D. Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy, jakie wytacza dziennikarzom Henryk Jezierski.

Data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją jaka zaistniała w Polsce po „Okrągłym Stole” i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej, o czym wspomniano w Sądzie II instancji podczas przedstawiania prawomocnego wyroku. Był to okres, w którym „tajni współpracownicy”, czy też „kandydaci na tajnych współpracowników” masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Ponadto osoby, którym przypisywano współpracę z SB, zwłaszcza po 2010 r., kiedy wszystkie dokumenty zostały zniszczone, występowały do sądu w celu uzyskania „sądowego certyfikatu niewinności”. Zdarzało się też, że osoby te próbowały udowodnić, iż nie współpracowały z SB wnioskując o taką decyzję do IPN. Henryk Jezierski otrzymał taką decyzję o nr 1041/OP/2019, wydaną w dniu 11 maja 2019 r., w której zaznaczono, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. Jednak brakuje wyraźnego stwierdzenia, które posiadają np. osoby represjonowane, że był lub nie współpracownikiem SB. Zamieszczono tam jedynie informację, że w archiwum IPN „nie zachowały się dokumenty wytworzone przez niego lub przy jego udziale w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organy bezpieczeństwa państwa.”

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Relikty komunizmu wciąż straszą

„Straszy w mieście” – akcję o takiej nazwie prowadzi Instytut Pamięci Narodowej. Jej kolejna odsłona ma teraz miejsce w Olsztynie, gdzie wciąż stoi sowiecki obiekt propagandowy, nazywany potocznie „szubienicami”. Prezes IPN dr Karol Nawrocki apeluje do samorządów, aby usuwały z przestrzeni publicznej relikty komunizmu.

„Szubienice” to wielki pomnik ku czci Armii Czerwonej autorstwa Xawerego Dunikowskiego. Nieopodal kłamią przechodniom w oczy Dąbrowszczacy. To ochotnicy XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy podczas wojny domowej 1936-1939 chcieli budować w Hiszpanii „totalitarne stalinowskie państwo” i służyli „zbrodniczej ideologii komunistycznej” – według określeń IPN. Już raz uratował ich sąd, podzielając opinię działaczy Partii Razem, że w tej komunistycznej brygadzie walczyli nie tylko komuniści, a właściwie komuniści stanowili mniejszość. Większością mieli być – zdaniem sędzi Katarzyny Matczak – ochotnicy o najróżniejszych poglądach politycznych: socjaliści, związkowcy, robotnicy, nawet działacze sanacyjni (?!). Czyli żadni komuniści, tylko demokraci i postępowcy. A zatem liczba komunistów okazała się niewystarczająca do dekomunizacji ulicy. Zandbergowo-sądowy sojusz zablokował tym samym zmianę Dąbrowszczaków na Erwina Kruka, mazurskiego poetę i działacza Solidarności.

Miasta, które same, dobrowolnie, się nie zdekomunizują, mogą podzielić los Koszalina. Tam 39-latek za pomocą koparki obalił ostatnio „Pomnik Zwycięskiej Armii Radzieckiej” (sowiecki żołnierz przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka).

W 2019 r. podobny los spotkał pomnik tow. Zygmunta Berlinga w Warszawie – o jego odbudowę bezskutecznie apelował tow. Włodzimierz Czarzasty. Berling, zwerbowany przez NKWD w obozie w Starobielsku, przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworzył deklarację lojalności wobec Stalina, a potem zatwierdzał wyroki śmierci na żołnierzach przeciwnych sowietyzacji Polski.

Los Berlinga zapewne podzieli rzeszowski monument wdzięczności Armii Czerwonej. Bo choć prezydent miasta Tadeusz Ferenc bronił go jak niepodległości, a jego następca Konrad Fijołek robił uniki, wygląda na to, że Społeczny Komitet Zniesienia Pomnika postawi na swoim.

Podobnie miejscowa komuna broni „Pomnika Wdzięczności, Męczeństwa i Braterstwa Broni” w Żywcu. Obok polskiego żołnierza trzymającego tarczę z orłem dumnie stoi tam sowiet z pepeszą. W latach 90. XX wieku monumentu nie rozebrano z powodu… gniazdowania na jego szczycie bocianów. I wymowy pomnika nie zmieniło późniejsze dodanie niewielkiej tabliczki z napisem: „Poległym za wolną i sprawiedliwą Polskę w latach 1939-1945”.

I jeszcze dla (anty)przykładu miasto w zachodniopomorskim. W Łobzie napis na tablicy głosi: „Żołnierzom polskim i radzieckim poległym w walce o wyzwolenie i przywrócenie Ziemi Łobeskiej do Macierzy”. Do Macierzy – Rosji, a przynajmniej do muzeum komunizmu powinien trafić ten i pozostałe komunistyczne monumenty.

 

HUBERT BEKRYCHT pisze jak łatwo media tracą resztki dobrej opinii: Rzeczpospolita bez głowy…

Przyznam, że jak dostałem od kolegi fotografię pierwszej strony środowego (12 lipca 2023 r. ) dziennika Rzeczpospolita z informacją, że zdjęcie szefów państw NATO ukazało się bez głowy (dosłownie) prezydenta Polski Andrzeja Dudy, myślałem, że to żart.

Sprawdziłem. Niestety, nie. W oryginale na tej fotografii, w centrum kadru są: szef NATO, prezydent Francji, nad nim prezydent Polski, a dalej w prawo prezydenci USA, Niemiec i premier Wielkiej Brytanii a wśród innych głów państw jest też prezydent Turcji…

Na zdjęciu na pierwszej stronie Rzeczpospolitej jest tylko Stoltenberg, Macron, Biden, Scholz i Sunak. Nad prezydentem Francji stoi prezydent Duda, ale, jakkolwiek to zabrzmi, bez głowy… Na pierwszej stronie polskiej gazety uzurpującej sobie prawo do bycia pierwszym prasowym medium opiniotwórczym ucina się zdjęcie, tak aby nie było twarzy prezydenta Polski na ważnym spotkaniu międzynarodowym!

Nie znam podobnego przypadku i dlatego o tym piszę. Nie zaglądam nawet do mediów innych państw reprezentowanych na szczycie w Wilnie, aby wiedzieć, że ani brytyjskie, ani francuskie, ani amerykańskie a już na pewno nie niemiecki gazety i portale nie „ucięły” głów swoich głów państw. Co więcej, nawet tam, gdzie w centrum kadru nie zmieścili się inni przywódcy, w tych krajach ich politycy mają na zdjęciach głowy. I w przeciwieństwie do redaktorów Rzeczpospolitej coś w tych głowach mają.

Rzeczpospolita dziennik jeszcze całkiem niedawno naprawdę rzetelnie opisujący naszą rzeczywistość umieścił na pierwszej stronie motto „Najbardziej opiniotwórcze medium dekady”. No cóż, dobre samopoczucie redakcji dopisuje, bo to co zrobili 12 lipca to nie tylko skandal, ale zbrodnia medialna. Niestety nie penalizowana w żadnych kodeksach, ale – mam nadzieję – zbrodnia medialna, która wywoła odpowiednią reakcję. Nie tylko wśród czytelników gazety.

Mam nadzieję, że redaktor naczelny Rzeczpospolitej Bogusław Chrabota, dzięki któremu dziennik ratował do 12 lipca może kilka promili swojej dawnej dobrej opinii, ze wstydu stał się czerwony jak leninowskie sztandary. Bo to w końcu nad rzeką Moskwą najlepiej wycinano ze zdjęć stalinowskich prominentów… To jednak było prawie sto lat temu.

Aby to jednak uczynić teraz prezydentowi kraju, w którym ukazuje się gazeta trzeba być albo głupim albo…

Rzeczpospolita bez głowy to nie jest przypadek, chyba, że zdjęcia kadrowano do druku i publikacji w Berlinie albo Amsterdamie. To nie jest przypadek, bo na drugiej stronie wydania Rzeczpospolitej z 12 lipca reklamowana jest działalność jednego z lewicowych aktywistów Sławomira Sierakowskiego, którego teksty są po prostu lewackie. To nie przypadek, bo po kilku minutach lektury, nie tylko tej z 12 lipca, nie widać większych różnic między Rzeczpospolitą a Gazetą Wyborczą.

I jeszcze mój ukochany dowcip, który daje się jeszcze, na szczęście, twórczo przerabiać:

Jaka jest różnica między Rzeczpospolitą a Platformą Obywatelską. Żadna. No, może tylko taka, że w Rzeczpospolitą można teraz rybę zapakować.

CEZARY KRYSZTOPA: Swąd płonącego multi-kulti

Nad Europą unosi się chmura CO2, która nadciągnęła znad dogasających szczątków francuskiego multi-kulti. Nie tylko francuskiego, ale w ostatnich dniach to Francja stała się symbolem upadku postępowych złudzeń.

Nie odczuwam jednak z tego powodu satysfakcji. Z tego, że dla policjanta oskarżonego o zastrzelenie młodocianego, który uciekał przed policją, zebrano cztery razy więcej pieniędzy niż dla rodziny młodocianego, wynika, iż spora część Francuzów zachowała resztki instynktu samozachowawczego. Z sondaży wynika, że miażdżąca większość Francuzów potępia zamieszki i niszczenie mienia. Nie zasłużyli więc na to by spłonąć wraz z postępowymi złudzeniami. Są ofiarami chorego systemu, który zbudowały ich tak zwane „elity”.

Byle co

Swąd płonącego multi-kulti dotarł również do Polski. Nieoficjalnie mówi się, że Donald Tusk dostał przyzwolenie na antyimigrancką retorykę „ z samej góry”, z Brukseli, a być może nawet z Berlina. W każdym razie od sił, które ostatnio jawnie już ogłaszały, że „jako jedyne są zdolne zastąpić PiS w Polsce”. No i pojechał, jak to Tusk, który całe swoje rządy mówił byle co, czasem kompletnie sprzeczne z byle czym, które mówił poprzednio. A i po powrocie z brukselskich wojaży na polskie podwórko był już katolikiem, którego matka „kreśliła znak krzyża nożem na chlebie”, radykalnym proaborcyjnym aktywistą, a teraz, zgodnie z naukowymi osiągnięciami współczesnego łysenkizmu, przyjmuje już hormony antyimigracyjnego „faszysty”.

I tak, chodzi o dokładnie tego samego Donalda Tuska, który jeszcze kilka lat temu, jeszcze jako brukselski mandaryn, groził Polsce konsekwencjami w związku z odmową przyjmowania przymusowych kontyngentów nielegalnych imigrantów, którzy nie sprawdzili się po wprowadzeniu w Niemczech polityki „Herlizch Willkommen”. Z drugiej strony być może jest w tym taka konsekwencja, że wtedy chodziło o imigrantów nielegalnych, a teraz Tusk, w swoich groteskowych nagraniach, uderza w imigrantów legalnych. Ktoś złośliwy zauważyłby, że to dla platfonsa symptomatyczne.

Czy Donald Tusk jest w stanie kogokolwiek do swojej „przemiany” przekonać? W moim głębokim przekonaniu co najwyżej rozśmieszyć. Żelazny elektorat PO doskonale wie, że Tusk puszcza oko i pozwoli mu na wszystko, równie dobrze mógłby ogłosić, że poprowadzi Marsz Niepodległości, albo pójdzie na kolanach do Częstochowy. Nie widzę jednak elektoratów niezdecydowanych, których taka wolta mogłaby przekonać.

Uwaga

Co jednak warto zauważyć, swąd płonącego multi-kulti, powinien być również wyczuwalny w budynku KPRM. Powinien, ponieważ w zamieszkach uczestniczyli nie tylko beneficjenci ostatniego wspólnego projektu imigracyjnych aktywistów i przemytników ludzi, ale również potomkowie imigracji jak najbardziej legalnej z poprzednich lat. I choć być może oczywistym jest, że rozwijająca się gospodarka potrzebuje rąk do pracy, to system musi być na tyle szczelny, żebyśmy za kilkanaście-kilkadziesiąt lat, nie musieli oglądać na polskich ulicach obrazów znanych nam dziś z ulic francuskich.

To nie początek „spisku populistów”, to koniec „spisku elit”

Niemieckie i nie tylko niemieckie elity są przerażone sukcesami AfD. Może i słusznie, ale to już chyba wiecie. A wiecie, że to „wina PiS”?

„AfD jako druga siła polityczna w Niemczech to także dziecię PiS i Kaczyńskiego. Nigdy i nigdzie wieloletnie szczucie i wycie na sąsiada nie zostaje bez skutku. I nieważne czy to płot, czy granica. PiS to jeden z reanimatorów niemieckiego szowinizmu” – napisał na Twitterze Waldemar Kuczyński, niegdyś minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, obecnie jeden z najbardziej zawziętych kapłanów antypisiszmu, znany na Twitterze jako „Dziadek Waldemar”. Tezą „weterana liberalizmu” zachwycił się natychmiast Peter Oliver Loew szef Deutsches Polen Insttitute, który lubi się pozachwycać publikacjami „wolnych mediów” w Polsce takimi jak wywiad z gen. Pytlem w Gazecie Wyborczej – Waldemar Kuczyński w duchu swojego przykazania „moralne jest to, co uderza w PiS”, postawił równie przewidywalną co durną jak moje stare sandały tezę, że „AfD to wina PiS”. I proszę, niemiecki pan zadowolony – skomentowałem, w związku z czym „Dziadek Waldemar” obraził się na mnie po raz sto osiemdziesiąty trzeci i zarzucił „kłamstwo”. Ja zaś pomyślałem sobie, że warto temat nieco rozwinąć.

Demokracja liberalna

W oficjalnej myśli politycznej na Zachodzie, a co za tym idzie w pozbawionych własnej myśli samozwańczych „elitach” w Polsce, istnieje legenda o „spisku populistów przeciwko dokonaniom demokracji liberalnej”. Przy czym populistą jest każdy, kto usiłuje zabrać głos choć nie należy do odpowiedniego środowiska, a ten kto ośmiela się zadawać pytania o skutki polityki „demokratów liberalnych” jest wręcz ekstremistą.

Warto rozumieć czym jest sama demokracja liberalna. Otóż gdyby była po prostu demokracją, nie potrzebowałaby przymiotnika. Jan Pietrzak mawiał za komuny – Czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Tym czym krzesło od krzesła elektrycznego – Tak i demokracja liberalna może z pozoru przypominać demokrację, czyli z łaciny „rządy ludu” – większości – a w istocie tak już została oblepiona przez nazywające się „elitami” oligarchie, różnego rodzaju hamulcami i pętami zarówno na poziomie instytucjonalnym jak i społecznym (gdzie się na przykład podział na Zachodzie pluralizm medialny będący emanacją wolności słowa, z której Zachód był tak dumny?), że od dawna demokracji w tradycyjnym znaczeniu tego słowa nie przypomina.

Bunt przeciwko „elitom”

Efektem jest sytuacja, osobliwa jak na „demokrację”, w ramach której ogromne części społeczeństw Zachodu, czasem wręcz większości, nie mają ani poczucia wpływu na własne państwo – nie istnieją instytucje, które realizowałyby ich wizję świata – ani nawet mediów, które by świat z ich punktu widzenia pokazywały. Cóż zatem dziwnego w tym, że będąc jednocześnie potomkami ludzi Zachodu, który potrafił wypracować cywilizacyjną dominację w świecie w poczuciu prawa do wolności zarówno osobistej, jak i zbiorowej, podnoszą w końcu rękę na swoich samozwańczych pasterzy, zalecając im niezwłoczne udanie się na bambus?

Tak, w licznych krajach Zachodu, mamy obecnie do czynienia z buntem przeciwko samozwańczym „elitom”. Nie jest to żaden „spisek populistów”, tylko naturalny odruch społeczeństw pętanych latami przemyślnie skonstruowanymi smyczami, pasanych w chytrze skonstruowanych zagrodach. Tak się dzieje począwszy od Polski, gdzie w 2015 roku nie tylko, a może i nie głównie „wygrał PiS”, co Polacy pogonili pasożytujące na nich „elity”, a skończywszy na Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2017 roku wygrał miliarder, ale uznawany przez establishment za wroga, Donald Trump, który już wprawdzie prezydentem nie jest, ale można odnieść wrażenie, że jego kontrrewolucja trwa.

AfD

No i jednym z takich odruchów było powstanie w Niemczech (afery związane z finansowaniem dziennikarzy przez niemiecki rząd, powszechna cenzura poprawności politycznej, upolitycznienie sądownictwa, czy jednorodność opinii niemieckich mediów, pokazują gdzie na spektrum demokracji Niemcy się znajdują) AfD, która początkowo wydawała się nawet odruchem całkiem rozsądnym. No, ale Niemcy, jak to Niemcy, za co się nie wezmą, to im mauser wychodzi. Tak i tutaj w końcu pojawiły się elementy rewizjonistyczne i biorąc pod uwagę niemiecką naturę i historię, niebezpieczne.

Tak więc, Panie Waldemarze, to nie PiS jest „winien” AfD, to tacy jak Pan i Panu podobni, którzy również dzisiaj, nawet kiedy im już Las Birnam stoi im pod balkonem, ciągle nie rozumieją co się dzieje. I wie Pan, mnie to zupełnie nie przeszkadza, że Wy nie chcecie tego zrozumieć, nie chcecie przyjąć do wiadomości. Trwajcie w tym błędzie i wymyślajcie sobie „spiski populistów”, może szybciej zostaniecie zmieceni z planszy. Oby na całym Zachodzie.

A Ty też się PiS-ie tak nie ciesz, bo od 2015 roku trochę się zmieniło i nieopatrznie podpisane cyrografy mogą spowodować przesunięcie w spektrum lud – „elity”.

O nowych, dosłownie martwych, przepisach pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: Akcja zgon

Ustawodawca, chcąc załatać dziurę w całym kraju, spowodowaną brakiem koronerów oraz lekarzy, mających uprawnienia i obowiązek stwierdzania zgonów, obdarzył tym wątpliwym przywilejem ratowników medycznych, dając im upragniony samorząd zawodowy, o jaki od dawna postulowali. Ratownicy są jednak szkoleni do ratowania życia, a nie stwierdzania zgonów i wypełniania czasochłonnej dokumentacji z tym związanej, ale kto by się tym przejmował, skoro samorządowcy nie muszą poszukiwać koronerów, których jest jak na lekarstwo i jeszcze trzeba im płacić za wykonaną pracę. Może i to założenie jest słuszne, ratownicy sami się dokształcą, skoro ustawodawca nie przewidział dla nich dodatkowych szkoleń z zakresu medycyny sądowej, jednak nowe przepisy, obowiązujące od dnia 22.06.2023 r. i tak pozostaną martwe ze względu na kuriozalną omyłkę pisarską, powieloną w kilku aktach prawnych.

 Zgodnie z art. 10 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym w znowelizowanym brzmieniu od 22.06.2023 r. „Zawód ratownika medycznego wykonuje się na zasadach określonych w ustawie z dnia 1 grudnia 2022 r. o zawodzie ratownika medycznego oraz samorządzie ratowników medycznych”, która to ustawa również obowiązuje od dnia 22.06.2023 r. Z kolei w ustawie o zawodzie Ratownika Medycznego w art. 33 ustęp 1., pkt 5) czytamy, że „Wykonywanie zawodu ratownika medycznego polega na (…) stwierdzaniu zgonu, do którego doszło podczas akcji medycznej, o której mowa w art. 41 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym” – powiedziała mecenas Anna Maria Kowalska ze Słupska.

Niby wszystko jasne, ale czy na pewno? Diabeł tkwi w szczegółach. Otóż ustawodawca odwołał się do „akcji medycznej”, o której mowa w art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, a artykuł ten stanowi wyłącznie o tym, kto jest „kierującym akcją medyczną”. Sama „akcja medyczna” jest opisana w art. 40 ustęp 1. Przepis ten wskazuje, że „Akcja medyczna rozpoczyna się w momencie przyjęcia zgłoszenia alarmowego lub powiadomienia o zdarzeniu przez dyspozytora medycznego”.

Ten niepozorny chochlik może mieć poważne konsekwencje dla nas obywateli, a samorządowcy, póki co, nawet nie chcą sobie zaprzątać tym głowy.

Tymczasem w ustawie z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych w brzmieniu obowiązującym od 22.06.2023 r. zmieniono art. 11, który obecnie stanowi, że „Zgon i jego przyczyna są ustalane przez:

1)        lekarza leczącego chorego w ostatniej chorobie albo

2)        kierownika zespołu ratownictwa medycznego, jeżeli zgon nastąpił w trakcie akcji medycznej, o której mowa w art. 41 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym” – uzupełnia mecenas Kowalska.

Ustawodawca ponownie odwołał się do art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który wcale akcji medycznej nie reguluje, czyniąc przepis art. 11 z ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych niewykonalnym ze względu na tę omyłkę pisarską. A wystarczyło nie wskazywać art. 41 przy akcji medycznej, albo przynajmniej przed sporządzeniem tych aktów prawnych przeczytać art. 40 i 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym.

Na szczęście art. 11 ustęp 2. ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych przewiduje, że „W razie niemożności dopełnienia przepisu ust. 1, stwierdzenie zgonu i jego przyczyny powinno nastąpić w drodze oględzin, dokonywanych przez lekarza lub w razie jego braku przez inną osobę powołaną do tej czynności przez właściwego starostę, przy czym koszty tych oględzin i wystawionego świadectwa nie mogą obciążać rodziny zmarłego”. Ale który starosta będzie poszukiwać i zatrudniać koronerów? W Polsce pojęcie koronera pojawiło się już w roku 2002 r., ale tylko się pojawiło i jestem tematem dosłownie martwym –  skoro założenie było takie, aby obowiązek stwierdzania zgonów i wypełniania kart zgonów przenieść na ratowników medycznych, zatrudnionych na kontraktach lub na przykład  przez szpitale.

 I tu pojawia się kolejny problem, bo przecież nie każdy ratownik medyczny jest lekarzem, ponadto ratownicy medyczni nie byli dotychczas szkoleni z zakresu stwierdzania zgonów i ustalania ich przyczyn, a co, jeśli się pomylą, co jeśli błędnie odstąpią od czynności ratujących życie, stwierdzą zgon, a pacjent po jakimś czasie ożyje?

To byłby szczęśliwy finał, ale jeśli pacjent nie ożyje, to rodzina zmarłego będzie upierać się przy tym, że dalsze prowadzenie resuscytacji krążeniowo-oddechowej mogło uratować życie ich bliskiej osoby, to kto poniesie odpowiedzialność za śmierć i nieudzielenie pomocy? Który ratownik medyczny odważy się stwierdzić zgon podczas akcji medycznej? Kto będzie ratował poszkodowanych z wypadków, jeśli ratownicy medyczni utkną w papierach związanych z ustalaniem przyczyny zgonu i wypełnianiu wielu danych w kartach zgonu, których nowe wzory mają obowiązywać dopiero od 01.01.2024 r.? A co, jeśli ratownik poda błędnie przyczynę zgonu i ubezpieczyciel nie będzie chciał wypłacić rodzinie zmarłego pieniędzy z ubezpieczenia na wypadek śmierci, bo uzna, że zgon stwierdziła nieuprawniona osoba, skoro ustawodawca pomylił się przy tworzeniu przepisów i zamiast odwołać się do art. 40, we wszystkich aktach prawnych podał art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który wcale nie mówi o akcji medycznej, a o kierującym tą akcją?

A co z faktem, że od lat różne przepisy wskazywały, że zgon może stwierdzić tylko lekarz, a najlepiej lekarz medycyny sądowej? Pamiętamy przecież, jaką burzę wśród lekarzy POZ, lekarzy rodzinnych wywołały zmiany przepisów, na podstawie których uraczono ich obowiązkiem stwierdzania zgonów. Trudno było się wtedy z nimi nie zgodzić, skoro lekarze w godzinach pracy musieli odchodzić od pacjentów w celu stwierdzenia śmierci, a teraz to samo ustawodawca funduje ratownikom medycznym i poniekąd nam obywatelom, bo zamiast ratować ludzi z wypadków i innych zdarzeń losowych, ratownicy będą musieli stwierdzić zgon, jeśli nastąpił on w czasie trwania akcji medycznej, a ta następuje z chwilą przyjęcia zgłoszenia alarmowego lub powiadomienia o zdarzeniu przez dyspozytora medycznego. Co zatem w sytuacjach, gdy zgon nastąpi po telefonie na nr 112 ? Zgodnie ze wskazanym art. 40 ust. 1. ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym od chwili zgłoszenia nastąpiła akcja medyczna, a zatem ratownicy będą musieli najpierw podjąć czynności ratujące życie, by potem i tak stwierdzić zgon, ustalić wiele danych, aby prawidłowo wskazać prawdopodobną przyczynę śmierci, zamiast udać się do wypadku, a bliskim zmarłego przekazać, że powinni poczekać na odpowiedniego lekarza bądź koronera.

Koronerów w Polsce w zasadzie nie ma. A kim jest koroner? To osoba, która stwierdza zgon i wystawia akt zgonu – w polskich warunkach koroner zajmuje się niestety tylko zgonami osób, które zmarły w miejscach publicznych, a miało być inaczej. Koroner miał zajmować się wszystkimi zgonami, jak to ma miejsce w krajach anglosaskich. Dla przykładu: w Polsce każdego roku umiera około 150 tysięcy ludzi we własnych domach i tymi zgonami zajmują się przede wszystkim lekarze rodzinni a 20 tysięcy zgonów następuje nagle, niespodziewanie w miejscach publicznych – to zgony, którymi w praktyce powinien zająć się   koroner. I z tym jest problem, dlatego ustawodawca postanowił przerzucić ten obowiązek na ratowników medycznych, którym samorządy nie muszą płacić, jak koronerom.

Nic więc dziwnego, że obecnie na ratowników medycznych padł blady strach, skoro oni mają – w trakcie prowadzenia akcji ratunkowej – stwierdzać zgon, nie mając przy tym fachowej wiedzy, doświadczenia, działając w emocjach, pod presją rodziny, etc. przecież mogą popełnić błąd i stwierdzić zgon u osoby, która jeszcze żyje lub którą można było jeszcze ratować. Jeżeli samorządowcy ani ustawodawca nie widzą w tym problemu, to na pewno go zobaczą, gdy posypią się sprawy cywilne i karne wobec ratowników, firmy ubezpieczeniowe odmówią wypłaty odszkodowania, a ratownicy zaczną odmawiać wykonywania tych obowiązków z obawy przed konsekwencjami, zaś lekarze odmawiać będą w związku z nowymi przepisami, dającymi uprawnienia do stwierdzania zgonów ratownikom. Nikogo na razie chyba nie obchodzi, że czeka nas kolejny chaos w szeroko pojętej służbie zdrowia, który odczujemy najbardziej my – obywatele.

Stacja Pogotowia Ratunkowego w Słupsku. Oto wypowiedzi dwóch ratowników oraz lekarza:

– „Póki nie będziemy wysyłani do typowych zgonów, to dużo to nie zmieni. Jeżeli pacjent jest żywy, my go reanimujemy, przywracamy czynności życiowe, ale jeśli dochodzi do zgonu, to wzywamy lekarza rodzinnego lub jak jest z nami w zespole lekarza z karetki” – powiedział jeden z ratowników.

– „Nawet przywracanie czynności życiowych może spowodować, że nastąpi błąd i to jest wpisane w ryzyko naszego zawodu. A w tej kwestii, to na pewno będą szkolenia. Ja sam nie widzę w tym nic złego, ale ratownictwo medyczne powinno się ograniczyć do ratowania życia a nie stwierdzania zgonu” – podkreślił drugi ratownik dodając: – „Kto chce i czuję się na siłach, to niech się szkoli, a jak szkolenie w tym kontekście będzie obowiązkowe, to w karetce będzie dwóch ratowników po przeszkoleniu w celu prawidłowego stwierdzenia zgonu”.

– „To jedno wielkie nieporozumienie! Jako lekarz z wieloletnim stażem mogę się pomylić! My lekarze nawet boimy się stwierdzać zgon. Jak już jesteśmy w domu chorego, nieprzytomnego, u którego akurat nastąpiło zatrzymanie akcji serca, to musimy odczekać 5 – 7 minut by przystąpić do reanimacji, która trwa około 40 minut” – zaznaczył lekarz.

– „Możemy przywrócić pracę serca, płuc, ale nie wiemy co z mózgiem, a przecież człowiek jest uznany za zmarłego jak przestaje pracować mózg. A to, że ratownicy medyczni mają stwierdzać zgon, to wciskanie na plecy ratownika dodatkowego obowiązku; zresztą nie są do tego szkoleni. Wystarczyłby lekarz bez żadnej specjalizacji, ale po odpowiednim szkoleniu” – podsumował lekarz ze Słupskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego.

 

 

 

Neoromantyk, bojownik o niepodległość – BOHDANA URBANKOWSKIEGO wspomina Teresa Kaczorowska

W czwartek, 15 czerwca 2023 r. zmarł Bohdan Urbankowski – poeta, dramatopisarz, doktor nauk humanistycznych, filozof, działacz podziemia niepodległościowego, neoromantyk, piłsudczyk, dziennikarz. Należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, był członkiem Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, bywał na comiesięcznych spotkaniach tego Klubu, a kilkakrotnie był jego głównym gościem. Laureat najważniejszej nagrody dziennikarskiej – Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2014).

Bohdan Urbankowski urodził się 19 maja 1943 r. w Warszawie. Wychowywał się na Śląsku, bo jako półtoraroczne dziecko był ranny w Powstaniu Warszawskim, przeszedł obóz w Pruszkowie, skąd matce udało się z nim zbiec (ojciec akowiec został w jednym z obozów). Po latach powiedział: – Byłem w Powstaniu Warszawskim, ale jako przedmiot, niewielki, w tobołku mamy.

W Bytomiu rozpoczęła się twórczość literacka Bohdana Urbankowskiego – już jako uczeń I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Smolenia zorganizował działający w tej szkole Klub Artystów Anarchistów. Po maturze powrócił do Warszawy, gdzie ukończył studia polonistyczne i filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Doktoryzował się pracą poświęconą filozofii Dostojewskiego, która doczekała się dwóch wydań książkowych pt. Dostojewski – dramat humanizmów (1978, 1994). Był organizatorem i przewodniczącym Międzyuczelnianej Sekcji Badań Filozofii Polskiej (1978-1981), wykładowcą kilku wyższych uczelni – wykładał filozofię m. in. w Wyższej Szkole Ekonomii i Innowacji w Lublinie oraz w Instytucie Nauk Humanistycznych AWF.

Mając 28 lat został twórcą i teoretykiem Ruchu Nowego Romantyzmu. W latach 1970-1981 przewodniczył tej antykomunistycznej formacji literackiej, uznającej tradycję romantyzmu polskiego za podstawę programową, działającej w Warszawie, Płocku, Łodzi, Bytomiu i – krótko – w Lublinie. Po jej rozbiciu przez władze związał się w 1978 r. z nurtem niepodległościowym opozycji.

Był w Peerelu współredaktorem wielu pism i wydawnictw podziemnych. W stanie wojennym współpracował ze „Słowem Podziemnym”, łódzkim Biuletynem „Solidarności” i „Prześwitem” oraz wydawnictwami Związku Piłsudczyków. W latach 1986-88 publikował w miesięczniku „Wiara i odpowiedzialność” (po półtora roku został rozwiązany), w berlińskim „Poglądzie”, w podziemnym piśmie dla nauczycieli „Tu Teraz”, a później w wydawnictwach KPN (był członkiem tej pierwszej antykomunistycznej partii politycznej w całej Europie środkowo-wschodniej, założonej 1 września 1979 r. przez Leszka Moczulskiego). Redagował pisemka „Przyszłość Polski” i „Konfederata”. Według słownika pseudonimów Kto był kim w drugim obiegu pisywał w co najmniej 9 pismach pod 10 pseudonimami. Był stypendystą Instytutu im. Piłsudskiego w Nowym Jorku i Editions Dembinski w Paryżu.

W PRL był inwigilowany przez SB (jako figurant „Romantyk”) i wielokrotnie usuwany z pracy. Po wprowadzeniu stanu wojennego usunięto go z Polskiego Radia. Po paromiesięcznym bezrobociu znalazł pracę w Warszawie, jako zastępca red. nacz. miesięcznika „Poezja”, skąd po dwóch latach został wyrzucony z „Poezji” za druk fragmentów Czerwonej mszy. Na szczęście znalazł pracę jako kierownik literacki w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku.

Dokładniejsze o nim dane są w IPN, w donosach i wyciągach z donosów: TW Karola – Jana Jaśniaka, TW Xa – Józefa Kurylaka, konsultanta MSW Aleksandra – Nawrockiego, TW Orłowskiego – Andrzeja Zaniewskiego, TW Jana – Leszka Żulińskiego, TW Marii Wolskiej – Barbary Kmicic i innych.

Za działalność w podziemiu antykomunistycznym, jako jeden z pierwszych w III RP, otrzymał odznakę Zasłużonego Działacza Kultury (1989), Medal „Solidarności” Zasłużony w Walce o Niepodległość i Prawa Człowieka (2001) oraz Płomień Solidarności (2015). Był także kawalerem Krzyża Wolności i Solidarności, Srebrnego Krzyża Zasłużony dla KPN, Krzyża Oficerskiego „Polonia Restitutai społecznego medalu POLONIA MATER NOSTRA EST. W 2019 r. otrzymał również odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej” oraz Medal Pro Bono Poloniae. Od 2016 r. był członkiem nadzwyczajnym Światowego Związku Żołnierzy AK – odznaczony Medalem „Za Zasługi dla Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej(2019). Człowiek Roku Klubu Ronina (2017).

W III RP był konsultantem ds. oświaty i wychowania Ministerstwa Obrony Narodowej w rządzie Jana Olszewskiego. W latach 1992–2000 przewodniczył Warszawskiemu Oddziałowi Odnowionego ZLP; organizował Sejmiki Kultury Narodowej, Międzynarodowe Dni Poezji, Płockie Dni Romantyzmu.

Niemal do końca był aktywny, społecznie i literacko. Do śmierci był wiceprezesem Rady Instytutu Historycznego Nurtu Niepodległościowego, przewodniczył Radzie Programowej Związku Piłsudczyków, współpracował z kilkoma redakcjami, jak „Studia Filozoficzne”, czy „Gazeta Polska”. Ale głównie pisał książki.

Jest autorem blisko 60 książek, w tym kilkunastu zbiorów poezji, m.in zbioru Głosy, który doczekał się siedmiu wydań, dziesięciu nagród, a także kilkunastu krajowych i zagranicznych realizacji radiowych i scenicznych. Autor licznych pozycji z dziejów polskiej filozofii (Myśl romantyczna; Absurd – ironia – czyn; Kierunki poszukiwań; Filozofia czynu, ostatnia – to najnowsze czterotomowe Żródła – Dzieje myśli polskiej (2017), powstające od 1968 r. – zostały uhonorowane zostały Nagrodą MKiDN (2018). Jest autorem także licznych monografii: Adama Mickiewicza, Fiodora Dostojewskiego, Józefa Piłsudskiego, Karola Wojtyły, Zbigniewa Herberta – a za poświęconą Piłsudskiemu monografię Marzyciel i strateg, kilkakrotnie wznawianą, Urbankowski otrzymał w 2015 r. Nagrodę „Przeglądu Wschodniego” i w 2019 r. – Nagrodę im. Conrada (przez Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku). Z kolei jego monografia Jana Pawła II doczekała się dwóch wydań i przekładu na język słowacki. Z kolei poświęcona analizie kultury sowieckiej w Polsce Czerwona Msza – czterech wydań.

Napisał też liczne widowiska plenerowe, opowiadania i powieści (Ścieżka nad drogami. Fraktale; Krew nie wysycha nigdy; Ja Szekspir, ja Bóg; Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły). Z kolei dramaty sceniczne i radiowe Urbankowskiego zebrane zostały w kilku książkach: Chłopiec, który odchodzi; Dramaty płocki;, Piłsudczycy – Dyptyk; Sny o ojczyźnie; Trwa jeszcze bal; Cienie. Sztuki Urbankowskiego otrzymały kilkanaście nagród na konkursach teatralnych i radiowych, a także Nagrodę Towarzystwa Teatru – Złotą Maskę im. Rajmunda Rembielińskiego (2014).

Jest też laureatem wielu innych nagród literackich (Juliusza Słowackiego, Księcia Poetów, Cypriana K. Norwida, Georga Trakla, etc), filozoficznych – w Kanadzie i Szwajcarii, a także najważniejszej nagrody dziennikarskiej – Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2014). Za całokształt działalności literackiej otrzymał też Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017).

Jednym z trzech ostatnich dzieł Bohdana Urbankowskiego jest Gniazdo polskie – wspólna pamięć narodu (Biały Kruk, Warszawa 2020), w którym przekonywał, że od tysiąca lat Polska jest potęgą kulturową na kontynencie europejskim. Ten znakomity pisarz i filozof dokonał w Gnieździe polskim przeglądu wielkich polskich osiągnięć w dziedzinie sztuki i historii myśli, akcentując mocno wkład Polaków w rozwój cywilizacji łacińskiej, a przede wszystkim – w rozwój idei wolności. Autora fascynowała Rzeczpospolita jako przedmurze chrześcijaństwa, tak dawniej, jak i dziś. Snuł swą opowieść piórem wrażliwego na piękno słowa prawdziwego mistrza literatury. Urbankowski argumentował, że kultura jest dostępną nam formą wieczności. Dzieła i twórcy, zwycięstwa i bohaterowie, triumfy i konspiratorzy istnieją jako twory zbiorowej wyobraźni, ale też wiecznie, choć nieraz już tylko w formie mitów.

Wymieniłam wiele wyróżnień i odznaczeń, jakimi został uhonorowany Bohdan Urbankowski. Chciałabym dodać, że w 2020 r. – Roku 100-lecia Bitwy Warszawskiej – został też odznaczony przez Prezydenta RP Medalem „Stulecia Odzyskania Niepodległości” (2020). I właśnie Niepodległość, także w literaturze, była tematem XXII Spotkania z Literaturą w Opinogórze, które prowadzę w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Bohdan Urbankowski kochał Opinogórę, mimo choroby przyjął zaproszenie, 8 października 2020 r., wraz z córką Hanią. A wywód tego znakomitego filozofa i patrioty był fascynujący! Nie było bowiem w Polsce lepszego specjalisty od znaczenia słowa Niepodległość jak Bohdan Urbankowski. Myślę, że nie przypuszczał, że widzi wtedy tę romantyczną miejscowość po raz ostatni. Dwa lata później ukazała się jego książka – ostatnia! – Romantyzm polski (Wydawnictwo Biały Kruk, 2022), a rok wcześniej jeszcze – Bohaterowie i zdrajcy. Wspólna pamięć narodu (Wydawnictwo Biały Kruk, 2021). Do końca pisał, był  niezwykle pracowity, niezmordowany!

Uhonorowaliśmy Go tamtego dnia w jego ukochanej Opinogórze, 8 października 2020 r., Medalem Zygmunta Krasińskiego. Tym samym stał się członkiem Kapituły tego Medalu. Moja ostatnia rozmowa z Nim, pod koniec maja 2023 r., dotyczyła  komu przyznać ten Medal w 2023 r. Zaproponował Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Bo Marszałek Piłsudski to była Jego wielka miłość, podobnie jak wielką Jego miłością była Polska. Będzie nam, i Polsce, bardzo Ciebie, Bohdanie, brakowało! I w Twojej Opinogórze, i w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP, gdzie Twój mądry głos był dla nas zawsze ważny. Mam nadzieję, że będziesz orędował teraz Polsce już z wysoka.


Pogrzeb Bohdana Urbankowskiego odbędzie się w piątek, 23 czerwca o godz. 14 na warszawskim Cmentarzu na Wólce Węglowej, kaplica św. Ignacego.