CEZARY KRYSZTOPA: Swąd płonącego multi-kulti

Nad Europą unosi się chmura CO2, która nadciągnęła znad dogasających szczątków francuskiego multi-kulti. Nie tylko francuskiego, ale w ostatnich dniach to Francja stała się symbolem upadku postępowych złudzeń.

Nie odczuwam jednak z tego powodu satysfakcji. Z tego, że dla policjanta oskarżonego o zastrzelenie młodocianego, który uciekał przed policją, zebrano cztery razy więcej pieniędzy niż dla rodziny młodocianego, wynika, iż spora część Francuzów zachowała resztki instynktu samozachowawczego. Z sondaży wynika, że miażdżąca większość Francuzów potępia zamieszki i niszczenie mienia. Nie zasłużyli więc na to by spłonąć wraz z postępowymi złudzeniami. Są ofiarami chorego systemu, który zbudowały ich tak zwane „elity”.

Byle co

Swąd płonącego multi-kulti dotarł również do Polski. Nieoficjalnie mówi się, że Donald Tusk dostał przyzwolenie na antyimigrancką retorykę „ z samej góry”, z Brukseli, a być może nawet z Berlina. W każdym razie od sił, które ostatnio jawnie już ogłaszały, że „jako jedyne są zdolne zastąpić PiS w Polsce”. No i pojechał, jak to Tusk, który całe swoje rządy mówił byle co, czasem kompletnie sprzeczne z byle czym, które mówił poprzednio. A i po powrocie z brukselskich wojaży na polskie podwórko był już katolikiem, którego matka „kreśliła znak krzyża nożem na chlebie”, radykalnym proaborcyjnym aktywistą, a teraz, zgodnie z naukowymi osiągnięciami współczesnego łysenkizmu, przyjmuje już hormony antyimigracyjnego „faszysty”.

I tak, chodzi o dokładnie tego samego Donalda Tuska, który jeszcze kilka lat temu, jeszcze jako brukselski mandaryn, groził Polsce konsekwencjami w związku z odmową przyjmowania przymusowych kontyngentów nielegalnych imigrantów, którzy nie sprawdzili się po wprowadzeniu w Niemczech polityki „Herlizch Willkommen”. Z drugiej strony być może jest w tym taka konsekwencja, że wtedy chodziło o imigrantów nielegalnych, a teraz Tusk, w swoich groteskowych nagraniach, uderza w imigrantów legalnych. Ktoś złośliwy zauważyłby, że to dla platfonsa symptomatyczne.

Czy Donald Tusk jest w stanie kogokolwiek do swojej „przemiany” przekonać? W moim głębokim przekonaniu co najwyżej rozśmieszyć. Żelazny elektorat PO doskonale wie, że Tusk puszcza oko i pozwoli mu na wszystko, równie dobrze mógłby ogłosić, że poprowadzi Marsz Niepodległości, albo pójdzie na kolanach do Częstochowy. Nie widzę jednak elektoratów niezdecydowanych, których taka wolta mogłaby przekonać.

Uwaga

Co jednak warto zauważyć, swąd płonącego multi-kulti, powinien być również wyczuwalny w budynku KPRM. Powinien, ponieważ w zamieszkach uczestniczyli nie tylko beneficjenci ostatniego wspólnego projektu imigracyjnych aktywistów i przemytników ludzi, ale również potomkowie imigracji jak najbardziej legalnej z poprzednich lat. I choć być może oczywistym jest, że rozwijająca się gospodarka potrzebuje rąk do pracy, to system musi być na tyle szczelny, żebyśmy za kilkanaście-kilkadziesiąt lat, nie musieli oglądać na polskich ulicach obrazów znanych nam dziś z ulic francuskich.

To nie początek „spisku populistów”, to koniec „spisku elit”

Niemieckie i nie tylko niemieckie elity są przerażone sukcesami AfD. Może i słusznie, ale to już chyba wiecie. A wiecie, że to „wina PiS”?

„AfD jako druga siła polityczna w Niemczech to także dziecię PiS i Kaczyńskiego. Nigdy i nigdzie wieloletnie szczucie i wycie na sąsiada nie zostaje bez skutku. I nieważne czy to płot, czy granica. PiS to jeden z reanimatorów niemieckiego szowinizmu” – napisał na Twitterze Waldemar Kuczyński, niegdyś minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, obecnie jeden z najbardziej zawziętych kapłanów antypisiszmu, znany na Twitterze jako „Dziadek Waldemar”. Tezą „weterana liberalizmu” zachwycił się natychmiast Peter Oliver Loew szef Deutsches Polen Insttitute, który lubi się pozachwycać publikacjami „wolnych mediów” w Polsce takimi jak wywiad z gen. Pytlem w Gazecie Wyborczej – Waldemar Kuczyński w duchu swojego przykazania „moralne jest to, co uderza w PiS”, postawił równie przewidywalną co durną jak moje stare sandały tezę, że „AfD to wina PiS”. I proszę, niemiecki pan zadowolony – skomentowałem, w związku z czym „Dziadek Waldemar” obraził się na mnie po raz sto osiemdziesiąty trzeci i zarzucił „kłamstwo”. Ja zaś pomyślałem sobie, że warto temat nieco rozwinąć.

Demokracja liberalna

W oficjalnej myśli politycznej na Zachodzie, a co za tym idzie w pozbawionych własnej myśli samozwańczych „elitach” w Polsce, istnieje legenda o „spisku populistów przeciwko dokonaniom demokracji liberalnej”. Przy czym populistą jest każdy, kto usiłuje zabrać głos choć nie należy do odpowiedniego środowiska, a ten kto ośmiela się zadawać pytania o skutki polityki „demokratów liberalnych” jest wręcz ekstremistą.

Warto rozumieć czym jest sama demokracja liberalna. Otóż gdyby była po prostu demokracją, nie potrzebowałaby przymiotnika. Jan Pietrzak mawiał za komuny – Czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Tym czym krzesło od krzesła elektrycznego – Tak i demokracja liberalna może z pozoru przypominać demokrację, czyli z łaciny „rządy ludu” – większości – a w istocie tak już została oblepiona przez nazywające się „elitami” oligarchie, różnego rodzaju hamulcami i pętami zarówno na poziomie instytucjonalnym jak i społecznym (gdzie się na przykład podział na Zachodzie pluralizm medialny będący emanacją wolności słowa, z której Zachód był tak dumny?), że od dawna demokracji w tradycyjnym znaczeniu tego słowa nie przypomina.

Bunt przeciwko „elitom”

Efektem jest sytuacja, osobliwa jak na „demokrację”, w ramach której ogromne części społeczeństw Zachodu, czasem wręcz większości, nie mają ani poczucia wpływu na własne państwo – nie istnieją instytucje, które realizowałyby ich wizję świata – ani nawet mediów, które by świat z ich punktu widzenia pokazywały. Cóż zatem dziwnego w tym, że będąc jednocześnie potomkami ludzi Zachodu, który potrafił wypracować cywilizacyjną dominację w świecie w poczuciu prawa do wolności zarówno osobistej, jak i zbiorowej, podnoszą w końcu rękę na swoich samozwańczych pasterzy, zalecając im niezwłoczne udanie się na bambus?

Tak, w licznych krajach Zachodu, mamy obecnie do czynienia z buntem przeciwko samozwańczym „elitom”. Nie jest to żaden „spisek populistów”, tylko naturalny odruch społeczeństw pętanych latami przemyślnie skonstruowanymi smyczami, pasanych w chytrze skonstruowanych zagrodach. Tak się dzieje począwszy od Polski, gdzie w 2015 roku nie tylko, a może i nie głównie „wygrał PiS”, co Polacy pogonili pasożytujące na nich „elity”, a skończywszy na Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2017 roku wygrał miliarder, ale uznawany przez establishment za wroga, Donald Trump, który już wprawdzie prezydentem nie jest, ale można odnieść wrażenie, że jego kontrrewolucja trwa.

AfD

No i jednym z takich odruchów było powstanie w Niemczech (afery związane z finansowaniem dziennikarzy przez niemiecki rząd, powszechna cenzura poprawności politycznej, upolitycznienie sądownictwa, czy jednorodność opinii niemieckich mediów, pokazują gdzie na spektrum demokracji Niemcy się znajdują) AfD, która początkowo wydawała się nawet odruchem całkiem rozsądnym. No, ale Niemcy, jak to Niemcy, za co się nie wezmą, to im mauser wychodzi. Tak i tutaj w końcu pojawiły się elementy rewizjonistyczne i biorąc pod uwagę niemiecką naturę i historię, niebezpieczne.

Tak więc, Panie Waldemarze, to nie PiS jest „winien” AfD, to tacy jak Pan i Panu podobni, którzy również dzisiaj, nawet kiedy im już Las Birnam stoi im pod balkonem, ciągle nie rozumieją co się dzieje. I wie Pan, mnie to zupełnie nie przeszkadza, że Wy nie chcecie tego zrozumieć, nie chcecie przyjąć do wiadomości. Trwajcie w tym błędzie i wymyślajcie sobie „spiski populistów”, może szybciej zostaniecie zmieceni z planszy. Oby na całym Zachodzie.

A Ty też się PiS-ie tak nie ciesz, bo od 2015 roku trochę się zmieniło i nieopatrznie podpisane cyrografy mogą spowodować przesunięcie w spektrum lud – „elity”.

O nowych, dosłownie martwych, przepisach pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: Akcja zgon

Ustawodawca, chcąc załatać dziurę w całym kraju, spowodowaną brakiem koronerów oraz lekarzy, mających uprawnienia i obowiązek stwierdzania zgonów, obdarzył tym wątpliwym przywilejem ratowników medycznych, dając im upragniony samorząd zawodowy, o jaki od dawna postulowali. Ratownicy są jednak szkoleni do ratowania życia, a nie stwierdzania zgonów i wypełniania czasochłonnej dokumentacji z tym związanej, ale kto by się tym przejmował, skoro samorządowcy nie muszą poszukiwać koronerów, których jest jak na lekarstwo i jeszcze trzeba im płacić za wykonaną pracę. Może i to założenie jest słuszne, ratownicy sami się dokształcą, skoro ustawodawca nie przewidział dla nich dodatkowych szkoleń z zakresu medycyny sądowej, jednak nowe przepisy, obowiązujące od dnia 22.06.2023 r. i tak pozostaną martwe ze względu na kuriozalną omyłkę pisarską, powieloną w kilku aktach prawnych.

 Zgodnie z art. 10 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym w znowelizowanym brzmieniu od 22.06.2023 r. „Zawód ratownika medycznego wykonuje się na zasadach określonych w ustawie z dnia 1 grudnia 2022 r. o zawodzie ratownika medycznego oraz samorządzie ratowników medycznych”, która to ustawa również obowiązuje od dnia 22.06.2023 r. Z kolei w ustawie o zawodzie Ratownika Medycznego w art. 33 ustęp 1., pkt 5) czytamy, że „Wykonywanie zawodu ratownika medycznego polega na (…) stwierdzaniu zgonu, do którego doszło podczas akcji medycznej, o której mowa w art. 41 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym” – powiedziała mecenas Anna Maria Kowalska ze Słupska.

Niby wszystko jasne, ale czy na pewno? Diabeł tkwi w szczegółach. Otóż ustawodawca odwołał się do „akcji medycznej”, o której mowa w art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, a artykuł ten stanowi wyłącznie o tym, kto jest „kierującym akcją medyczną”. Sama „akcja medyczna” jest opisana w art. 40 ustęp 1. Przepis ten wskazuje, że „Akcja medyczna rozpoczyna się w momencie przyjęcia zgłoszenia alarmowego lub powiadomienia o zdarzeniu przez dyspozytora medycznego”.

Ten niepozorny chochlik może mieć poważne konsekwencje dla nas obywateli, a samorządowcy, póki co, nawet nie chcą sobie zaprzątać tym głowy.

Tymczasem w ustawie z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych w brzmieniu obowiązującym od 22.06.2023 r. zmieniono art. 11, który obecnie stanowi, że „Zgon i jego przyczyna są ustalane przez:

1)        lekarza leczącego chorego w ostatniej chorobie albo

2)        kierownika zespołu ratownictwa medycznego, jeżeli zgon nastąpił w trakcie akcji medycznej, o której mowa w art. 41 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym” – uzupełnia mecenas Kowalska.

Ustawodawca ponownie odwołał się do art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który wcale akcji medycznej nie reguluje, czyniąc przepis art. 11 z ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych niewykonalnym ze względu na tę omyłkę pisarską. A wystarczyło nie wskazywać art. 41 przy akcji medycznej, albo przynajmniej przed sporządzeniem tych aktów prawnych przeczytać art. 40 i 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym.

Na szczęście art. 11 ustęp 2. ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych przewiduje, że „W razie niemożności dopełnienia przepisu ust. 1, stwierdzenie zgonu i jego przyczyny powinno nastąpić w drodze oględzin, dokonywanych przez lekarza lub w razie jego braku przez inną osobę powołaną do tej czynności przez właściwego starostę, przy czym koszty tych oględzin i wystawionego świadectwa nie mogą obciążać rodziny zmarłego”. Ale który starosta będzie poszukiwać i zatrudniać koronerów? W Polsce pojęcie koronera pojawiło się już w roku 2002 r., ale tylko się pojawiło i jestem tematem dosłownie martwym –  skoro założenie było takie, aby obowiązek stwierdzania zgonów i wypełniania kart zgonów przenieść na ratowników medycznych, zatrudnionych na kontraktach lub na przykład  przez szpitale.

 I tu pojawia się kolejny problem, bo przecież nie każdy ratownik medyczny jest lekarzem, ponadto ratownicy medyczni nie byli dotychczas szkoleni z zakresu stwierdzania zgonów i ustalania ich przyczyn, a co, jeśli się pomylą, co jeśli błędnie odstąpią od czynności ratujących życie, stwierdzą zgon, a pacjent po jakimś czasie ożyje?

To byłby szczęśliwy finał, ale jeśli pacjent nie ożyje, to rodzina zmarłego będzie upierać się przy tym, że dalsze prowadzenie resuscytacji krążeniowo-oddechowej mogło uratować życie ich bliskiej osoby, to kto poniesie odpowiedzialność za śmierć i nieudzielenie pomocy? Który ratownik medyczny odważy się stwierdzić zgon podczas akcji medycznej? Kto będzie ratował poszkodowanych z wypadków, jeśli ratownicy medyczni utkną w papierach związanych z ustalaniem przyczyny zgonu i wypełnianiu wielu danych w kartach zgonu, których nowe wzory mają obowiązywać dopiero od 01.01.2024 r.? A co, jeśli ratownik poda błędnie przyczynę zgonu i ubezpieczyciel nie będzie chciał wypłacić rodzinie zmarłego pieniędzy z ubezpieczenia na wypadek śmierci, bo uzna, że zgon stwierdziła nieuprawniona osoba, skoro ustawodawca pomylił się przy tworzeniu przepisów i zamiast odwołać się do art. 40, we wszystkich aktach prawnych podał art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który wcale nie mówi o akcji medycznej, a o kierującym tą akcją?

A co z faktem, że od lat różne przepisy wskazywały, że zgon może stwierdzić tylko lekarz, a najlepiej lekarz medycyny sądowej? Pamiętamy przecież, jaką burzę wśród lekarzy POZ, lekarzy rodzinnych wywołały zmiany przepisów, na podstawie których uraczono ich obowiązkiem stwierdzania zgonów. Trudno było się wtedy z nimi nie zgodzić, skoro lekarze w godzinach pracy musieli odchodzić od pacjentów w celu stwierdzenia śmierci, a teraz to samo ustawodawca funduje ratownikom medycznym i poniekąd nam obywatelom, bo zamiast ratować ludzi z wypadków i innych zdarzeń losowych, ratownicy będą musieli stwierdzić zgon, jeśli nastąpił on w czasie trwania akcji medycznej, a ta następuje z chwilą przyjęcia zgłoszenia alarmowego lub powiadomienia o zdarzeniu przez dyspozytora medycznego. Co zatem w sytuacjach, gdy zgon nastąpi po telefonie na nr 112 ? Zgodnie ze wskazanym art. 40 ust. 1. ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym od chwili zgłoszenia nastąpiła akcja medyczna, a zatem ratownicy będą musieli najpierw podjąć czynności ratujące życie, by potem i tak stwierdzić zgon, ustalić wiele danych, aby prawidłowo wskazać prawdopodobną przyczynę śmierci, zamiast udać się do wypadku, a bliskim zmarłego przekazać, że powinni poczekać na odpowiedniego lekarza bądź koronera.

Koronerów w Polsce w zasadzie nie ma. A kim jest koroner? To osoba, która stwierdza zgon i wystawia akt zgonu – w polskich warunkach koroner zajmuje się niestety tylko zgonami osób, które zmarły w miejscach publicznych, a miało być inaczej. Koroner miał zajmować się wszystkimi zgonami, jak to ma miejsce w krajach anglosaskich. Dla przykładu: w Polsce każdego roku umiera około 150 tysięcy ludzi we własnych domach i tymi zgonami zajmują się przede wszystkim lekarze rodzinni a 20 tysięcy zgonów następuje nagle, niespodziewanie w miejscach publicznych – to zgony, którymi w praktyce powinien zająć się   koroner. I z tym jest problem, dlatego ustawodawca postanowił przerzucić ten obowiązek na ratowników medycznych, którym samorządy nie muszą płacić, jak koronerom.

Nic więc dziwnego, że obecnie na ratowników medycznych padł blady strach, skoro oni mają – w trakcie prowadzenia akcji ratunkowej – stwierdzać zgon, nie mając przy tym fachowej wiedzy, doświadczenia, działając w emocjach, pod presją rodziny, etc. przecież mogą popełnić błąd i stwierdzić zgon u osoby, która jeszcze żyje lub którą można było jeszcze ratować. Jeżeli samorządowcy ani ustawodawca nie widzą w tym problemu, to na pewno go zobaczą, gdy posypią się sprawy cywilne i karne wobec ratowników, firmy ubezpieczeniowe odmówią wypłaty odszkodowania, a ratownicy zaczną odmawiać wykonywania tych obowiązków z obawy przed konsekwencjami, zaś lekarze odmawiać będą w związku z nowymi przepisami, dającymi uprawnienia do stwierdzania zgonów ratownikom. Nikogo na razie chyba nie obchodzi, że czeka nas kolejny chaos w szeroko pojętej służbie zdrowia, który odczujemy najbardziej my – obywatele.

Stacja Pogotowia Ratunkowego w Słupsku. Oto wypowiedzi dwóch ratowników oraz lekarza:

– „Póki nie będziemy wysyłani do typowych zgonów, to dużo to nie zmieni. Jeżeli pacjent jest żywy, my go reanimujemy, przywracamy czynności życiowe, ale jeśli dochodzi do zgonu, to wzywamy lekarza rodzinnego lub jak jest z nami w zespole lekarza z karetki” – powiedział jeden z ratowników.

– „Nawet przywracanie czynności życiowych może spowodować, że nastąpi błąd i to jest wpisane w ryzyko naszego zawodu. A w tej kwestii, to na pewno będą szkolenia. Ja sam nie widzę w tym nic złego, ale ratownictwo medyczne powinno się ograniczyć do ratowania życia a nie stwierdzania zgonu” – podkreślił drugi ratownik dodając: – „Kto chce i czuję się na siłach, to niech się szkoli, a jak szkolenie w tym kontekście będzie obowiązkowe, to w karetce będzie dwóch ratowników po przeszkoleniu w celu prawidłowego stwierdzenia zgonu”.

– „To jedno wielkie nieporozumienie! Jako lekarz z wieloletnim stażem mogę się pomylić! My lekarze nawet boimy się stwierdzać zgon. Jak już jesteśmy w domu chorego, nieprzytomnego, u którego akurat nastąpiło zatrzymanie akcji serca, to musimy odczekać 5 – 7 minut by przystąpić do reanimacji, która trwa około 40 minut” – zaznaczył lekarz.

– „Możemy przywrócić pracę serca, płuc, ale nie wiemy co z mózgiem, a przecież człowiek jest uznany za zmarłego jak przestaje pracować mózg. A to, że ratownicy medyczni mają stwierdzać zgon, to wciskanie na plecy ratownika dodatkowego obowiązku; zresztą nie są do tego szkoleni. Wystarczyłby lekarz bez żadnej specjalizacji, ale po odpowiednim szkoleniu” – podsumował lekarz ze Słupskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego.

 

 

 

Neoromantyk, bojownik o niepodległość – BOHDANA URBANKOWSKIEGO wspomina Teresa Kaczorowska

W czwartek, 15 czerwca 2023 r. zmarł Bohdan Urbankowski – poeta, dramatopisarz, doktor nauk humanistycznych, filozof, działacz podziemia niepodległościowego, neoromantyk, piłsudczyk, dziennikarz. Należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, był członkiem Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, bywał na comiesięcznych spotkaniach tego Klubu, a kilkakrotnie był jego głównym gościem. Laureat najważniejszej nagrody dziennikarskiej – Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2014).

Bohdan Urbankowski urodził się 19 maja 1943 r. w Warszawie. Wychowywał się na Śląsku, bo jako półtoraroczne dziecko był ranny w Powstaniu Warszawskim, przeszedł obóz w Pruszkowie, skąd matce udało się z nim zbiec (ojciec akowiec został w jednym z obozów). Po latach powiedział: – Byłem w Powstaniu Warszawskim, ale jako przedmiot, niewielki, w tobołku mamy.

W Bytomiu rozpoczęła się twórczość literacka Bohdana Urbankowskiego – już jako uczeń I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Smolenia zorganizował działający w tej szkole Klub Artystów Anarchistów. Po maturze powrócił do Warszawy, gdzie ukończył studia polonistyczne i filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Doktoryzował się pracą poświęconą filozofii Dostojewskiego, która doczekała się dwóch wydań książkowych pt. Dostojewski – dramat humanizmów (1978, 1994). Był organizatorem i przewodniczącym Międzyuczelnianej Sekcji Badań Filozofii Polskiej (1978-1981), wykładowcą kilku wyższych uczelni – wykładał filozofię m. in. w Wyższej Szkole Ekonomii i Innowacji w Lublinie oraz w Instytucie Nauk Humanistycznych AWF.

Mając 28 lat został twórcą i teoretykiem Ruchu Nowego Romantyzmu. W latach 1970-1981 przewodniczył tej antykomunistycznej formacji literackiej, uznającej tradycję romantyzmu polskiego za podstawę programową, działającej w Warszawie, Płocku, Łodzi, Bytomiu i – krótko – w Lublinie. Po jej rozbiciu przez władze związał się w 1978 r. z nurtem niepodległościowym opozycji.

Był w Peerelu współredaktorem wielu pism i wydawnictw podziemnych. W stanie wojennym współpracował ze „Słowem Podziemnym”, łódzkim Biuletynem „Solidarności” i „Prześwitem” oraz wydawnictwami Związku Piłsudczyków. W latach 1986-88 publikował w miesięczniku „Wiara i odpowiedzialność” (po półtora roku został rozwiązany), w berlińskim „Poglądzie”, w podziemnym piśmie dla nauczycieli „Tu Teraz”, a później w wydawnictwach KPN (był członkiem tej pierwszej antykomunistycznej partii politycznej w całej Europie środkowo-wschodniej, założonej 1 września 1979 r. przez Leszka Moczulskiego). Redagował pisemka „Przyszłość Polski” i „Konfederata”. Według słownika pseudonimów Kto był kim w drugim obiegu pisywał w co najmniej 9 pismach pod 10 pseudonimami. Był stypendystą Instytutu im. Piłsudskiego w Nowym Jorku i Editions Dembinski w Paryżu.

W PRL był inwigilowany przez SB (jako figurant „Romantyk”) i wielokrotnie usuwany z pracy. Po wprowadzeniu stanu wojennego usunięto go z Polskiego Radia. Po paromiesięcznym bezrobociu znalazł pracę w Warszawie, jako zastępca red. nacz. miesięcznika „Poezja”, skąd po dwóch latach został wyrzucony z „Poezji” za druk fragmentów Czerwonej mszy. Na szczęście znalazł pracę jako kierownik literacki w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku.

Dokładniejsze o nim dane są w IPN, w donosach i wyciągach z donosów: TW Karola – Jana Jaśniaka, TW Xa – Józefa Kurylaka, konsultanta MSW Aleksandra – Nawrockiego, TW Orłowskiego – Andrzeja Zaniewskiego, TW Jana – Leszka Żulińskiego, TW Marii Wolskiej – Barbary Kmicic i innych.

Za działalność w podziemiu antykomunistycznym, jako jeden z pierwszych w III RP, otrzymał odznakę Zasłużonego Działacza Kultury (1989), Medal „Solidarności” Zasłużony w Walce o Niepodległość i Prawa Człowieka (2001) oraz Płomień Solidarności (2015). Był także kawalerem Krzyża Wolności i Solidarności, Srebrnego Krzyża Zasłużony dla KPN, Krzyża Oficerskiego „Polonia Restitutai społecznego medalu POLONIA MATER NOSTRA EST. W 2019 r. otrzymał również odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej” oraz Medal Pro Bono Poloniae. Od 2016 r. był członkiem nadzwyczajnym Światowego Związku Żołnierzy AK – odznaczony Medalem „Za Zasługi dla Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej(2019). Człowiek Roku Klubu Ronina (2017).

W III RP był konsultantem ds. oświaty i wychowania Ministerstwa Obrony Narodowej w rządzie Jana Olszewskiego. W latach 1992–2000 przewodniczył Warszawskiemu Oddziałowi Odnowionego ZLP; organizował Sejmiki Kultury Narodowej, Międzynarodowe Dni Poezji, Płockie Dni Romantyzmu.

Niemal do końca był aktywny, społecznie i literacko. Do śmierci był wiceprezesem Rady Instytutu Historycznego Nurtu Niepodległościowego, przewodniczył Radzie Programowej Związku Piłsudczyków, współpracował z kilkoma redakcjami, jak „Studia Filozoficzne”, czy „Gazeta Polska”. Ale głównie pisał książki.

Jest autorem blisko 60 książek, w tym kilkunastu zbiorów poezji, m.in zbioru Głosy, który doczekał się siedmiu wydań, dziesięciu nagród, a także kilkunastu krajowych i zagranicznych realizacji radiowych i scenicznych. Autor licznych pozycji z dziejów polskiej filozofii (Myśl romantyczna; Absurd – ironia – czyn; Kierunki poszukiwań; Filozofia czynu, ostatnia – to najnowsze czterotomowe Żródła – Dzieje myśli polskiej (2017), powstające od 1968 r. – zostały uhonorowane zostały Nagrodą MKiDN (2018). Jest autorem także licznych monografii: Adama Mickiewicza, Fiodora Dostojewskiego, Józefa Piłsudskiego, Karola Wojtyły, Zbigniewa Herberta – a za poświęconą Piłsudskiemu monografię Marzyciel i strateg, kilkakrotnie wznawianą, Urbankowski otrzymał w 2015 r. Nagrodę „Przeglądu Wschodniego” i w 2019 r. – Nagrodę im. Conrada (przez Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku). Z kolei jego monografia Jana Pawła II doczekała się dwóch wydań i przekładu na język słowacki. Z kolei poświęcona analizie kultury sowieckiej w Polsce Czerwona Msza – czterech wydań.

Napisał też liczne widowiska plenerowe, opowiadania i powieści (Ścieżka nad drogami. Fraktale; Krew nie wysycha nigdy; Ja Szekspir, ja Bóg; Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły). Z kolei dramaty sceniczne i radiowe Urbankowskiego zebrane zostały w kilku książkach: Chłopiec, który odchodzi; Dramaty płocki;, Piłsudczycy – Dyptyk; Sny o ojczyźnie; Trwa jeszcze bal; Cienie. Sztuki Urbankowskiego otrzymały kilkanaście nagród na konkursach teatralnych i radiowych, a także Nagrodę Towarzystwa Teatru – Złotą Maskę im. Rajmunda Rembielińskiego (2014).

Jest też laureatem wielu innych nagród literackich (Juliusza Słowackiego, Księcia Poetów, Cypriana K. Norwida, Georga Trakla, etc), filozoficznych – w Kanadzie i Szwajcarii, a także najważniejszej nagrody dziennikarskiej – Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (2014). Za całokształt działalności literackiej otrzymał też Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017).

Jednym z trzech ostatnich dzieł Bohdana Urbankowskiego jest Gniazdo polskie – wspólna pamięć narodu (Biały Kruk, Warszawa 2020), w którym przekonywał, że od tysiąca lat Polska jest potęgą kulturową na kontynencie europejskim. Ten znakomity pisarz i filozof dokonał w Gnieździe polskim przeglądu wielkich polskich osiągnięć w dziedzinie sztuki i historii myśli, akcentując mocno wkład Polaków w rozwój cywilizacji łacińskiej, a przede wszystkim – w rozwój idei wolności. Autora fascynowała Rzeczpospolita jako przedmurze chrześcijaństwa, tak dawniej, jak i dziś. Snuł swą opowieść piórem wrażliwego na piękno słowa prawdziwego mistrza literatury. Urbankowski argumentował, że kultura jest dostępną nam formą wieczności. Dzieła i twórcy, zwycięstwa i bohaterowie, triumfy i konspiratorzy istnieją jako twory zbiorowej wyobraźni, ale też wiecznie, choć nieraz już tylko w formie mitów.

Wymieniłam wiele wyróżnień i odznaczeń, jakimi został uhonorowany Bohdan Urbankowski. Chciałabym dodać, że w 2020 r. – Roku 100-lecia Bitwy Warszawskiej – został też odznaczony przez Prezydenta RP Medalem „Stulecia Odzyskania Niepodległości” (2020). I właśnie Niepodległość, także w literaturze, była tematem XXII Spotkania z Literaturą w Opinogórze, które prowadzę w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Bohdan Urbankowski kochał Opinogórę, mimo choroby przyjął zaproszenie, 8 października 2020 r., wraz z córką Hanią. A wywód tego znakomitego filozofa i patrioty był fascynujący! Nie było bowiem w Polsce lepszego specjalisty od znaczenia słowa Niepodległość jak Bohdan Urbankowski. Myślę, że nie przypuszczał, że widzi wtedy tę romantyczną miejscowość po raz ostatni. Dwa lata później ukazała się jego książka – ostatnia! – Romantyzm polski (Wydawnictwo Biały Kruk, 2022), a rok wcześniej jeszcze – Bohaterowie i zdrajcy. Wspólna pamięć narodu (Wydawnictwo Biały Kruk, 2021). Do końca pisał, był  niezwykle pracowity, niezmordowany!

Uhonorowaliśmy Go tamtego dnia w jego ukochanej Opinogórze, 8 października 2020 r., Medalem Zygmunta Krasińskiego. Tym samym stał się członkiem Kapituły tego Medalu. Moja ostatnia rozmowa z Nim, pod koniec maja 2023 r., dotyczyła  komu przyznać ten Medal w 2023 r. Zaproponował Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Bo Marszałek Piłsudski to była Jego wielka miłość, podobnie jak wielką Jego miłością była Polska. Będzie nam, i Polsce, bardzo Ciebie, Bohdanie, brakowało! I w Twojej Opinogórze, i w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP, gdzie Twój mądry głos był dla nas zawsze ważny. Mam nadzieję, że będziesz orędował teraz Polsce już z wysoka.


Pogrzeb Bohdana Urbankowskiego odbędzie się w piątek, 23 czerwca o godz. 14 na warszawskim Cmentarzu na Wólce Węglowej, kaplica św. Ignacego.

Mariusz Pilis do Edwarda Lucasa: Twoje działania podważają wolność słowa

Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i szef Mewa Film Mariusz Pilis napisał list do Edwarda Lucasa, w którym wyraził swoje oburzenie jego żądaniami usunięcia wypowiedzi, jakie ten brytyjski dziennikarz udzielił twórcom serialu dokumentalnego „Reset”.

„Reset” to serial dokumentalny dziennikarza Michała Rachonia i historyka dr hab. Sławomira Cenckiewicza, pokazujący kulisy relacji polsko-rosyjskich w latach 2007 – 2014. Pierwszy odcinek wyemitowano w poniedziałek, 12 czerwca. Następnego dnia dwóch rozmówców wypowiadających się w filmie, amerykański finansista Bill Browder oraz brytyjski dziennikarz Edward Lucas, na swoich profilach w mediach społecznościowych, wyraziło negatywną ocenę filmu. Lucas zażądał też usunięcia swoich wypowiedzi z dokumentu. Od razu zareagowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które zapewniło autorów „Resetu” o swoim wsparciu i wyraziło oburzenie żądaniami brytyjskiego dziennikarza jako sprzecznymi z zasadą wolności słowa (czytaj TUTAJ).

We wtorek wieczorem Mariusz Pilis, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i prezes Mewa Film, na swoim profilu na Twitterze opublikował list skierowany do Edwarda Lucasa. Na wstępie polski dziennikarz przypomina brytyjskiemu koledze o spotkaniu na planie filmu „List z Polski”, który był pierwszym polskim dokumentem o katastrofie smoleńskiej.

„Chciałem wyrazić moją zdecydowana dezaprobatę dla twoich ostatnich działań i wypowiedzi po emisji pierwszego odcinka filmu dokumentalnego >Reset< w TVP” – pisze dalej Mariusz Pilis –  „Twoje działania podważają wolność słowa, dławią wolną demokratyczną debatę i dążą do stłumienia poglądów, których Polacy powinni być świadomi. To jest głęboko sprzeczne z moimi zasadami. Jestem zbulwersowany skalą nieformalnych powiązań między sferą polityczną a mediami, których efektem jest brudna kampania, jaką obserwuję od rana. Niestety muszę stwierdzić, że jesteś nie tylko współbohaterem, ale i współtwórcą tej kampanii”.

„Jestem pewien, że masz świadomość, że twój głos jest obecnie wykorzystywany przez opozycję polityczna w naszym kraju. Głównym celem tego agresywnego ataku są dziennikarze i media publiczne” – dodaje wiceprezes SDP.

W dalszej części listu Pilis informuje Lucasa, że Mewa Film zdecydowała odwołać zaplanowany z nim wywiad.

„Po przeczytaniu twoich wypowiedzi w mediach społecznościowych, w których zażądałeś od TVP usunięcia twoich wypowiedzi z serialu >Reset<, z przykrością informuję, że Mewa Film zdecydowała się odwołać wywiad z tobą, który miał się odbyć za dwa dni w Londynie. Wywiad ten miał być częścią dokumentu przygotowywanego przez Mewa Film dla TVP w ramach cyklu >Pełny Obraz<, który z powodzeniem emitowany jest od trzech lat” – pisze Mariusz Pilis.

„Przez całą swoją karierę konsekwentnie walczyłem z cenzurą i opowiadałem się za wolnością słowa. Obejrzałem wczoraj odcinek serialu >Reset< i moim zdaniem jest to kawał rzetelnej i profesjonalnej dziennikarskiej roboty. Niemniej jednak, obserwując od dzisiejszego ranka wydarzenia wokół cyklu >Reset<, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała akcja, w której jesteś już współautorem, ma na celu stłumienie ostrej (choć prawdziwej) debaty politycznej w moim kraju” – kończy swój list wiceprezes SDP.

Cały list dostępny jest TUTAJ.

opr. jka, źródło: Twitter

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Prezydent RP ćwierć wieku August Zaleski

9 czerwca 1947 r. zaprzysiężony został na urząd prezydenta RP na uchodźstwie August Zaleski. Stanowisko objął po zmarłym 6 czerwca 1947 r. w Ruthin w Wielkiej Brytanii Władysławie Raczkiewiczu, który misję głowy państwa polskiego sprawował od 30 września 1939 r.

12 listopada 2022 r. do Polski zostały sprowadzone szczątki trzech prezydentów RP na uchodźstwie: Władysława Raczkiewicza, Augusta Zaleskiego i Stanisława Ostrowskiego. Najwyższy czas, aby przypomnieć ich życiorysy i uświadomić Polakom, zwłaszcza młodemu pokoleniu, ich rolę.
Prezydenci Rzeczypospolitej na uchodźstwie – najwyższa władza RP, która funkcjonowała po 17 września 1939 r. najpierw w Rumunii, potem we Francji, a wreszcie przetrwała dekady w Wielkiej Brytanii, zachowała ciągłość II RP – prawdziwie niepodległego państwa polskiego. W przeciwieństwie do tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która była sowiecką kolonią, całkowicie zależną od Moskwy.

Dziś, niestety, Polacy znają bardziej komunistycznych kacyków – Bieruta, Gomułkę, Gierka czy Jaruzelskiego. Musimy przywrócić pamięć o prawdziwych przywódcach Polski, należących do elity Rzeczypospolitej, wygnanych z Ojczyzny tak, aby przetrwali w świadomości kolejnych pokoleń.

August Zaleski urodził się 30 września 1883 r. w Warszawie. Piłsudczyk, dyplomata, senator. Podczas II wojny światowej był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Władysława Sikorskiego. Urząd prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie objął 9 czerwca 1947 r. i pełnił go przez następne 25 lat, przez co był najdłużej urzędującą głową państwa w najnowszej historii.

Prezydentura Zaleskiego wiąże się jednak z postępującym podziałem wśród polskiej emigracji. Zaleski nie ustąpił z urzędu po zakończeniu 7-letniej kadencji i przedłużył ją na czas nieokreślony. Jego zwolennikiem był znany konserwatysta Stanisław Cat-Mackiewicz, który po gen. Tadeuszu Borze-Komorowskim objął urząd premiera. Natomiast część emigracyjnych polityków, w tym gen. Władysław Anders i gen. Bór-Komorowski, wypowiedziała posłuszeństwo Zaleskiemu, utrzymując, że swoim działaniem złamał akt zjednoczenia narodowego. Przeciwko Zaleskiemu powstał kolegialny urząd – tzw. Rada Trzech, który posiadał prerogatywy prezydenta. Pierwszymi politykami, którzy weszli w jego skład byli Władysław Anders, Tomasz Arciszewski i Edward Raczyński.

August Zaleski zmarł 7 kwietnia 1972 r. w Londynie w wieku 89 lat. Jego śmierć zakończyła rozłam w środowisku polskiej emigracji. Rok wcześniej Zaleski wyznaczył na swojego następcę Stanisława Ostrowskiego, co zostało uznane także przez opozycję. Dziś wszyscy trzej kolejni prezydenci Najjaśniejszej Rzeczypospolitej – Władysław Raczkiewicz, August Zaleski i Stanisław Ostrowski – spoczywają w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.

WALTER ALTERMANN: Tępić błędy, ale zachować szacunek dla istoty ludzkiej

 Mam kolejny kwiatek w tłumaczeniu z angielskiego na nasze. W angielskim programie „Łowcy staroci”, emitowanym przez kanał Discovery Historia, handlarze antykami oglądają jakieś apteczne urządzenia, a lektor czyta, tłumacząc wypowiedź jednego z bohaterów: To jest sprzęt farmaceutyka.

Farmaceutyk od biedy może być jakimś lekarstwem wytworzonym przez farmaceutę, ale w programie chodziło o farmaceutę… Mój Boże Drogi, czegóż to ludzie nie wiedzą. Nieskończenie wiele, jak nieskończony jest wszechświat.

Jedzie czy kieruje

Kierujący rowerem spowodował kolizję – taką informację o zdarzeniu drogowym można było usłyszeć w Polsat News, 24.05.2023 r.

Nie wiem, dlaczego dziennikarze żywcem cytują komunikaty policji? Z lenistwa, ze zmęczenia?  A wystarczyło poświęcić minutę i zamienić kierował na jechał. I byłoby po polsku. Można oczywiście kierować samochodem, traktorem pociągiem czy czołgiem, bo są to urządzenia mechaniczne, które wymagają prowadzącego, operatora – jakby tej funkcji nie ująć.

Natomiast rower jedzie – pomijam rowery elektryczne – dzięki sile ludzkich mięśni. Oczywiście, że człowiek pedałuje i kieruje, ale w sumie jedzie! Lenistwo plus zadęcie na fachowość policyjną są okropne.

Taka to specyficzna specyfika

Nowe piłki mają inną specyfikację – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. I popełnia błąd. A to dlatego, że nie odróżnia specyfiki i specyfikacji. Przyjrzyjmy się zatem znaczeniu tych dwu bliźniaczych, ale innych.

Specyfikacja – 1. dokument wystawiony przez dostawcę towarów, dołączony do przesyłki, określający jej zawartość; 2. wykaz zakupionych towarów; 3. wyszczególnienie kosztów produkcji i kosztów handlowych związanych z obrotem przedsiębiorstwa, 4. daw. wyszczególnienie jakichś elementów całości.

Specyfika – szczególny i niepowtarzalny charakter czegoś.

Oba powyższe określenia mają wspólny źródłosłów, ale trzeba uważać. Tak jak nie należy mylić widoku z widocznością.

Co polskie, co miejskie i wojewódzkie

Zrobiło się ostatnimi laty tak, że z oszczędności czasy i miejsca – w przypadku prasy drukowanej – dziennikarze informują, że mamy już polski kościół, oraz ogromną ilość formacji policyjnych, straży ogniowych i straży granicznych…

Nagminnym zwrotem w mediach jest polski kościół. Tymczasem kościół rzymskokatolicki nie ma charakteru narodowego, a wręcz przeciwnie, jest on powszechny, czyli światowy. Na dowód przytaczam credo: Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół…

A jak powinni dziennikarze informować o kościele rzymskokatolickim? Najprościej, czyli mówiąc: Kościół rzymskokatolicki w Polsce zabrał głos w sprawie… Komisja episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wydał oświadczenie…

Równie denerwujące jest informowanie, że: Policja krakowska odniosła sukces… Policja jest państwowa! I jest jedną formacją na cały kraj i jedyną w całym kraju. Tym samym sukcesy odniosły – ewentualnie – komendy wojewódzkie w Łodzi, Warszawie czy Krakowie. Można też  powiedzieć: Policjanci z Krakowa odnieśli sukces.

Podobnie jest ze strażą ogniową, strażą graniczną i innymi służbami mundurowymi. Z wyjątkiem licznych straży miejskich. Te bowiem są tworami lokalnymi i działają na terenie przydzielonego im obszaru.

Ja wiem, że tak się potocznie, w uproszczeniu mówi: krakowska policja, polski Kościół… Ale nie upraszczajmy nazbyt tego świata. Bo w końcu stanie się prostacki.

Coś odkryto

Gazeta łódźpl. informuje, że w remontowanej łódzkiej kamienicy odkryto kamienny żleb dla koni. Nie ma żadnego żlebu dla koni, jest natomiast żłób, tak jak Jezusa po urodzeniu położono w żłobie.

Owszem istnieje żleb lub źleb, ale w geologii. Jest to wklęsła forma rynnowa ukształtowania terenu górskiego. Żleby mają niewyrównane dno o profilu zbliżonym do litery V. Słowo żleb pochodzi z gwary podhalańskiej, w której wymawiane jest jako źleb lub źlib.

Może też być, że w starej kamienicy odkryto kamienne koryto, poidło dla koni. Skąd ów piszący wziął ten żleb? Z niewiedzy zapewne.

Bynajmniej

Ze zdziwieniem usłyszałem jak ważna pani minister mówi: „Z tego co ja bynajmniej wiem…” Czyli przyznaje się, że nie wie, ale uważa, iż wie. A było to 24.05.2023 r. w TVP.

Słownikowo sprawę traktując, bynajmniej ma dwa znaczenia: 1. jest partykułą wzmacniającą przeczenie zawarte w wypowiedzi, np. Nie twierdzę bynajmniej, że jest to jedyne rozwiązanie. 2. wykrzyknik będący przeczącą odpowiedzią na pytanie, np. Czy to wszystko? – Bynajmniej.

A na zakończenie sprawy, pozwólcie Państwo, że przytoczę fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego, która ma tytuł właśnie BYNAJMNIEJ.

(…) On szeptał jej:

Za kim to, choć go wcześniej nie znałem,
Przez ciasny peron się przepychałem?
Za Panią, bynajmniej za Panią.
Przez kogo płonę i zbaczam z trasy,
Czyniąc dopłatę do pierwszej klasy?
Przez Panią, bynajmniej przez Panią!

Ta pani tego pana niszczyła
Przez cztery stacje co najmniej,
Zwłaszcza złośliwie zaś wyszydziła
Użycie słowa „bynajmniej”.
A on – cóż, w końcu nie był zbyt tępy,
Cokolwiek przygasł – to fakt,
Jednak ogromne zrobił postępy,
Mówiąc jej tak:

Człowiek czasami serce otworzy.
Kto go wysłucha? Kto mu pomoże?
Nie pani, bynajmniej nie pani
I kto, nie patrząc na tę zdania składnię,
Dojrzy, co człowiek ma w sercu na dnie?
Nie pani, bynajmniej nie pani
Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste:
Myśli są trzeźwe, słowa są ostre
I ranią, cholernie mnie ranią!
I wiem, że jeśli szczęście dogonię,
W cichej przystani kiedyś się schronię,
To nie z panią, bynajmniej nie z panią!

 

Dla mojego pokolenia ta piosenka niosła dwie nauki: 1. że bynajmniej jest przeczeniem; 2. żeby szanować ludzi i nie wyszydzać ich językowych błędów.

I tej zasady się trzymam, i choć tępię błędy dla dobra wspólnego, nie szydzę jednak z błądzących zwykłych, „niepublicznych” ludzi. Gdy jednak ktoś ma odwagę zabierać głos publicznie, gdy jest dziennikarzem, pełni istotne funkcje w aparacie władzy… Wtedy dla takich osób mam bardzo, bardzo ograniczoną pobłażliwość. Bo ci „ludzie publiczni” mają być wzorem i wzorcem dla wszystkich maluczkich.

 

O naprawie języka pisze WALTER ALTERMAN: Śmieszne, czyli straszne

Czasami już nie wiem, czy w rozmaitych mediach ogłoszono konkurs na najśmieszniejszy wydźwięk programu, czy też te programy – z uwagi między innymi na zapraszanych gości – są tak groteskowe, aby uczyły strasząc.

  1. Poseł Krzysztof Gawkowski w programie TVN „Kawa na ławę” mówi do współuczestników dyskusji: Spotykamy się na różnych ciałach… Zamarłem, było wpół do dwunastej, niedziela, dzień święty, a tu z zaskoczenia taka deklaracja? I to właśnie z ust działacza partii WIOSNA? Potem okazało się, że miał na myśli fakt, iż  obecni w studiu posłowie spotykają się przy pracy w różnych komisjach sejmowych.
  1. Program Viasat History Polsat – lektor czyta, że jakąś decyzję podjął Dżosef Gobels. Czyżby doszło do jakiegoś sensacyjnego odkrycia, bo jeszcze wczoraj ten niemiecki zbrodniarz nazywał się Gebels? Bo tak się wymawia jego nazwisko.
  2. W sportowych transmisjach telewizyjnych można było wielokrotnie usłyszeć, że jeden rosyjski tenisista nazywa się Medwedew, a drugi Rublew. Jak można nie wiedzieć, że jeden zawodnik to Miedwiedjew, a drugi Rubjow? Ale są tacy, co niczego nie wiedzą. Tylko dlaczego oni pracują akurat w naszych telewizjach?
  3. W programie Polsat History lektor mówi, że zbrodni tej dokonały jednostki SS, a konkretnie Sonderkommando. I tłumaczy, że po polsku znaczy to, że były to grupy specjalnego traktowania. To już frywolność nad grobami ofiar tych zbrodniarzy, bo były to przecież oddziały specjalne.
  4. Lektor programu historycznego o II wojnie światowej, History Polsat, mówi: „Decyzja o zagładzie Żydów w obozach śmierci zapadła na konferencji w berlińskiej dzielnicy Wachtse.”Otóż lektor się boleśnie myli – nie ma w Berlinie żadnej dzielnicy Wachtse. Ta luksusowa dzielnica nazywa się Wannsee – wymawia się wanze-e. Powie ktoś, że to mała sprawa. Otóż nie. Bo jak byśmy reagowali, gdyby ktoś mówił, że następca Władysława Łokietka nazywał się Kaźmirz Olbrzymi? Konferencja w Wannsee, to spotkanie, z 20 stycznia 1942 roku w willi przy Großer Wannsee 56/58. Uczestniczyli w nim wysokiej rangi niemieccy urzędnicy państwowi, pod przewodnictwem Reinharda Heydricha. To tam i wtedy zapadły decyzje o „ostatecznym rozwiązania kwestii żydowskiej”, czyli o zagładzie europejskich Żydów.  Konferencja w Wannsee, procesy w Norymberdze należą także do historii Polski i są dla nas ważne.

Kto łamie prawo

Za emisję takich programu płacą stacje telewizyjne. Przedtem ktoś opracowuje dialogi, ktoś je tłumaczył, ktoś nagrywa, ktoś widzi gotowy efekt – i żaden z tych ludzi nie robi tego za darmo. Czyli – biorą pieniądze za dużą fuszerkę. Nas jednak interesuje dzisiaj to, że nikt – ze strony nadawcy – nie sprawdza jakości kupionego programu.

A co by się zdarzyło, gdyby u któregoś z tych panów – z nadawców – malarz pomalował pokoje według własnego gustu? Na przykład – wszystko na różowo z ciapkami granatu? O, wtedy byłaby kosmiczna awantura, sądy, procesy itd. A jak zgraja nieudaczników ze stacji telewizyjnych partoli swoją robotę, to co? Mamy się zgadzać i siedzieć cicho?

No i wszyscy oni, ci nieznający języka polskiego, ale ochoczo w nim „robiący” oraz ci, którzy akceptują partaninę naruszają ustawę o KRRiT. A to już jest przestępstwo. O czym będzie poniżej.

Kto łamie prawo jest przestępcą

Ustawa o mediach mówi, że obowiązkiem wszystkich nadawców radiowych i telewizyjnych jest realizowanie trzech misji: informacyjnej, rozrywkowej i edukacyjnej.

Ustawa mówi też, że za treści emitowanych programów odpowiada nadawca. Tłumacząc na polski – jeżeli jakaś firma, powiedzmy francuska czy angielska, oraz polscy fachowcy od „spolszczania” tekstu, realizują i sprzedają na świecie niedoróbkę, szerzą kłamstwa w filmie dokumentalnym o II wojnie światowej, to i tak za te kłamstwa odpowiada Polsat, TVN czy TVP.

Jeżeli ustawa mówi, że edukacja jest jednym z najważniejszych zadań mediów w Polsce, to zakłamywanie historii, naginanie jej do założonych tez, niechlujstwo w tłumaczeniach nazw i nazwisk jest przestępstwem.

Za takie przestępstwa nie domagam się kary śmierci, jak ostatnio robią to niektórzy politycy, nawet nie oczekuję dożywocia więzienia dla partaczy językowych. Domagam się jednak kar finansowych dla nadawców, którzy za nic mają swoje powinności i obowiązki.

Wiedząc, że moja propozycja napotka opór przedstawiam rewolucyjny pomysł, na którym nadzorca ustawy o radiofonii mógłby nieźle nawet zarobić, a skutki byłyby błogosławione dla języka polskiego i podstaw wiedzy historycznej.

Propozycja dobrego interesu dla KRRiT

Proponuję karać finansowo stacje radiowe i telewizyjne za błędy rzeczowe i językowe. Celem takiej operacji byłoby zmuszenie nadawców do zaangażowania fachowców – historyków i polonistów, którzy za przyzwoite pieniądze sprawdzą, przed emisjami, wszystkie „dzieła edukacyjne” pod względem faktycznym i językowym.

Osobną sprawą jest doprowadzenie do poprawności, o której piszę, w programach na żywo. W tym przypadku również KRRiTV powinna zatrudnić „śledczych” ekspertów. Oczywiście fachowiec musi zarobić i to godziwie. Skąd brać dla nich pieniądze? Ano właśnie z kar, które będą płacili nadawcy.

Śledzący najemnicy KRRiTV powinni być opłacani „dwuskładnikowo”. Powiedzmy tak: stały etat 6.000 zł brutto + (lubimy przecież plusy) dodatek za każdy znaleziony błąd – taki rodzaj akordu.

Skutek

Myślę, że gdzieś tak po roku nadawcy zorientują się, że bardziej opłaci im się rzetelność, uczciwe sprawdzanie materiałów kierowanych do emisji i dbanie o poziom językowych programów na żywo.

Właściciele potrafią liczyć. Po to zresztą prowadzą te swoje „medialne biznesy”. W przypadku mediów „społecznych” sprawa jest trudniejsza, ale i tutaj – gdyby tak obciążać karami zarządy i rady nadzorcze… To owe panie i owi panowie, wybrańcy losu, szybko pojmą, że lepiej wziąć się do pracy, czyli przestrzegać prawa o radiofonii i telewizji.

Cennik kar

Oczywiście kary muszą być dotkliwe, ale nie drakońskie. Muszą także być zróżnicowane  wobec winy i rodzaju programów. Dlatego pozwalam sobie przedstawić autorską propozycję cennika, za każdy błąd.

  1. Programy historyczne, naukowe i światopoglądowe – od 400 do 3000 zł. W zależności od błędu.
  2. Transmisje uroczystości państwowych – od 300 do 2000 zł. Niżej niż w punkcie pierwszym, ale wiemy, że wzruszenie odbiera samokontrolę, więc trzeba być wyrozumiałym.
  3. Programy i relacje sportowe – od 100 do 500 zł. Tu kary nie mogą być za wysokie, bo dziennikarze sportowi w młodości oddawali się zajęciom fizycznym, więc nie mogli dostatecznie opanować rodzimego języka i pilnie studiować historii, geografii i biologii. Ale, że dziennikarze sportowi popełniają bardzo dużo błędów – więc KRRiTV powinna wyjść na swoje.

Podsumowanie

  1. Spodziewam się poprawy jakości merytorycznej i językowej na naszych antenach.
  2. KRRiTV może nieźle zarobić, przeznaczając te pieniądze z kar – po odliczeniu kosztów własnych – na nagrody dla wybitnych językowo i merytorycznie dziennikarzy.
  3. Duże, choć niewymierne, zyski odniosłaby również KRRiTV w sferze tzw. „wizerunkowej”, miałaby się czymś pochwalić. Nie narażając się na opinie, że czasami nie jest obiektywna.
  4. Co do mnie – uważam, że oczekiwanie 15 procent od ogólnej sumy wpływów, za tak genialny pomysł, nie jest wygórowane a wręcz skromne.

Oczekując zaproszenia do rozmów, pozostaję z poważaniem

                                                  Walter Altermann

 

Sąd Najwyższy Białorusi podtrzymał wyrok dla Andrzeja Poczobuta. Polska zaostrzy sankcje

Białoruski Sąd Najwyższy odrzucił apelację Andrzeja Poczobuta i utrzymał w mocy wyrok sądu niższej instancji, który skazał dziennikarza i działacza Związku Polaków na Białorusi na 8 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. W związku z tym minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński zapowiedział zaostrzenie sankcji wobec reżimu Łukaszenki.

Rozprawa odbywała się w piątek za zamkniętymi drzwiami. Poczobut w niej nie uczestniczył. O odrzuceniu apelacji poinformowały służby prasowe Sądu Najwyższego. „Wyrok sądu obwodowego w Grodnie z 8 lutego 2023 r. wobec Andrzeja Poczobuta pozostawiono bez zmian, a apelacja została odrzucona” – powiadomiono w komunikacie. Tym samym, jak wskazano, wyrok uprawomocnił się.

Na decyzję sądu zareagowały polskie władze, które domagają się od białoruskiego reżimu uwolnienia dziennikarza.

„W związku z podtrzymaniem drakońskiego wyroku ws. Andrzeja Poczobuta, w poniedziałek ogłoszę decyzję o wpisaniu na listę sankcyjną kilkuset przedstawicieli reżimu Łukaszenki odpowiedzialnych za represje polityczne, w tym za represje wobec Polaków mieszkających na Białorusi’ – napisał na Twitterze Mariusz Kamiński, minister spraw wewnętrznych i administracji.

Natomiast z projektu rozporządzenia MSWiA, który ukazał się w piątek w Rządowym Centrum Legislacji wynika, że resort zawiesi też do odwołania ruch towarowy na granicy z Białorusią dla ciężarówek, ciągników samochodowych, przyczep, w tym naczep, oraz zespołów pojazdów zarejestrowanych na terytorium Białorusi i Rosji.

Andrzej Poczobut, dziennikarz i członek władz Związku Polaków na Białorusi, został zatrzymany w marcu 2021 roku. Jego proces rozpoczął się 16 stycznia 2023 r. i toczył się przed sądem obwodowym w Grodnie za zamkniętymi drzwiami.. Według reżimowego sądu Poczobut miał „wzywać do działań na szkodę Białorusi” za pośrednictwem publikacji w mediach i internecie, a także popełnić „celowe działania, mające na celu wzniecanie wrogości i nienawiści na tle narodowościowym, religijnym i społecznym”. 8 lutego został skazany na osiem lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

opr. jka, źródła: pap.pl, Twitter

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Kapitan UB Wacław Alchimowicz rozpracowywał Grupę Pileckiego

Od czego zaczęła się gehenna i śmierć Witolda Pileckiego? Zdrajców było wielu. Ale kluczową rolę w ubeckiej prowokacji przeciwko siatce rotmistrza odegrał kapitan komunistycznej bezpieki, wieloletni agent sowiecki, w czasie niemieckiej okupacji wydający żołnierzy Armii Krajowej na Nowogródczyźnie. Nazywał się Wacław Alchimowicz.

Kim był Wacław Alchimowicz? Z grupą Pileckiego nawiązał kontakt przez innego funkcjonariusza UB: Leszka Kuchcińskiego, który był jego kolegą gimnazjalnym. Przed wojną obaj należeli do Obozu Narodowo-Radykalnego. W 1947 r. Kuchciński należał również do WiN, a Alchimowicz był prominentnym ubekiem: naczelnikiem III Wydziału V Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Grupa Pileckiego nie wiedziała, że Kuchciński pracuje dla bezpieki i przekazuje informacje Alchimowiczowi, a ten dalej swoim ubeckim przełożonym (Kuchciński legendował Alchimowicza jako człowieka podziemia w bezpiece).

Likwidację czołowych funkcjonariuszy bezpieki (m.in. Romkowskiego, Czaplickiego, Różańskiego, Brystigerowej) przewidywał tzw. raport Brzeszczota (jeden z pseudonimów Kuchcińskiego, za jego pośrednictwem raport trafił do Pileckiego, autorem był najprawdopodobniej Alchimowicz, a na pewno od niego pochodziły informacje): „Ich usunięcie zahamuje akcję terroru, a częściowo ją uniemożliwi – ludzie ci są bowiem niezastąpieni. Trzeba liczyć się z psychiką azjatów, którzy będą bezradni, gdy zabraknie im >głowy<, a zostaną tylko ręce”. Do likwidacji miano użyć broni, którą Witold ukrył po Powstaniu Warszawskim, kiedy walczył w Batalionie Chrobry II.

Historyk Adam Cyra: „Raport „Brzeszczota” został przekazany do II Korpusu (…). Odpowiedzi na ów raport jednak nie otrzymano, natomiast Pilecki nie zamierzał przeprowadzić żadnej akcji terrorystycznej, a nawet nie miał środków na jej realizację. Znamienna w tej sprawie jest wypowiedź Pileckiego z listu, jaki napisał w więzieniu na Mokotowie do Różańskiego: >po przeżyciach w Oświęcimiu nie umiałbym nikogo zamordować<”.

Raport Brzeszczota był ewidentną prowokacją. Wykorzystano go potem przeciwko Pileckiemu i współpracownikom w trakcie śledztwa i procesu. Bezpieka nie oszczędziła również swojego pracownika i agenta Wacława Alchimowicza. Został aresztowany 5 maja 1947 r. i zatrzymany „do dyspozycji” Wydziału II Departamentu III MBP. Potem był przesłuchiwany przez por. Józefa Duszę, ale – co znamienne – wyłączono go z procesu Grupy Witolda. Był sądzony w „kiblowym” procesie przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie 19 stycznia 1948 r. za „wejście w porozumienie z Kuchcińskim w przedmiocie zabójstwa płk Czaplickiego w formie gwałtownego zamachu przez członków nielegalnej organizacji WiN”. Otrzymał trzykrotną karę śmierci, a Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok wykonano 11 lutego 1948 r. Historyk Wiesław Jan Wysocki pisze, że „zbyt wiele wiedział o >firmie<, w której pracował…”.

Zygmunt Boradyn w książce „Niemen. Rzeka niezgody” (2000 r.) napisał o sytuacji na Nowogródczyźnie w latach 1943-44: „agenci sowieccy znajdowali się zarówno w terenie, jak i w oddziałach akowskich. Jak wynika ze wspomnień Bojomira Tworzyańskiego, agentem był burmistrz i komendant placówki Wasiliszki Wacław Alchimowicz >Kazik<”.

Na początku 1943 r. Alchimowicz uciekł do Brygady im. Leninowskiego Komsomołu, gdzie został dowódcą oddziału. Miał on charakter wywiadowczo-propagandowy i był komórką NKGB. Rok później (w marcu 1944 r.), decyzją Raduńskiego Podziemnego Komitetu Partyjnego, Alchimowicz został szefem Międzyrejonowego Komitetu Związku Patriotów Polskich. Członkowie oddziału Alchimowicza nadal pracowali na potrzeby wydziału specjalnego Brygady im. Leninowskiego Komsomołu. „Głównym jego zadaniem było prowadzenie wywiadu i propagandy w języku polskim przeciwko AK”. 29 czerwca 1944 r. grupa Alchimowicza, licząca 22 osoby, została przekształcona w oddział partyzancki im. Wandy Wasilewskiej.

„Alchimowiczowcy” podawali się za niezależnie działającą strukturę ZPP, nosili mundury WP, co „wprowadziło w błąd wielu miejscowych Polaków, w tym i członków podziemia [na Alchimowicza dała się potem nabrać grupa Pileckiego]. Nawet por. Ponury nie od razu zorientował się w rzeczywistych zamiarach i celach grupy „Alchimowicza” i 21 kwietnia w Dejnarowszczyźnie spotkał się z jej członkami (…). Z tego spotkania Sowieci sporządzili szczegółowe sprawozdanie. Nie zawierało ono informacji o VII batalionie 77 pp AK, lecz przedstawiało poglądy por. Jana Piwnika na stosunek do partyzantki sowieckiej i Niemców”.

Według ustaleń Zygmunta Boradyna, Wacław Alchimowicz oddał „ogromne usługi wywiadowi sowieckiemu (…). Dzięki jego pomocy została dokładnie rozpracowana kompania konspiracyjna Wasiliszki. Precyzja informacji uzyskanej przez Sowietów jest przerażająca”. Alchimowicz był np. autorem obszernej notatki służbowej zatytułowanej: „O organizacji białopolskiej na terenie Okręgu Lidzkiego (prawdopodobnie kwiecień-maj 1944 r.), która jest – jak pisze Boradyn – najlepszym ze znanych dokumentów wywiadu sowieckiego dotyczących konspiracji i oddziałów partyzanckich Armii Krajowej na Nowogródczyźnie”. W „Notatce” przedstawił historię powstania Okręgu Nowogródzkiego AK, podał pseudonimy i nazwiska członków Komendy Okręgu i żołnierzy czterech batalionów 77 pp AK. Informował o stosunkach AK-Niemcy, uzbrojeniu jednostek polskich, organizacji dywersyjno-wywiadowczej „Wachlarz”.

W końcu „białopolacy” rozpracowali Alchimowicza (dlaczego tych informacji nie miał potem Witold Pilecki?), którzy wystosowali do grupy ZPP ultimatum, w którym zażądali zaprzestania wrogiej propagandy i przejścia na ich stronę, w przeciwnym wypadku grożąc likwidacją. „Do rozbicia grup – jak pisze Boradyn – jednak nie doszło”.

Na czym polegała ta propaganda? Alchimowicz redagował ulotki, wydane w języku polskim. W jednej z nich „Do braci Polaków” pisał: „Niewinnie czerwona partyzantka nie zabija. Bijemy Niemców, szpiegów niemieckich, zdrajców i bandytów ograbiających ludność. Nie niszczymy grup partyzanckich z nami nie współpracujących. Napadnięci będziemy bronić się. Od obszarników i faszystów nie zależą granice Polski. Choćby oni wybili wszystkich sowieckich partyzantów, granicę pomiędzy Polską a ZSRR ustali konferencja ZSRR, Anglii i USA. Polacy, nie bójcie się sowieckiej partyzantki, partyzanci to wasi przyjaciele”.

Propaganda była jednak mało skuteczna, gdyż ludność polska nie wierzyła Sowietom. Nie zmienia to faktu, że działalność Alchimowicza służyła interesom obcego mocarstwa, którego celem było zniszczenie Polski. Tak jak kapował żołnierzy Armii Krajowej na Nowogródczyźnie, tak zakapował potem grupę rotmistrza Witolda Pileckiego.