O typach dziennikarskich i języku pisze WALTER ALTERMANN: Szaleństwa i grube niezgrabności

Wojna na Ukrainie, mimo że jak każda wojna jest przerażająca, wywołała też w naszych mediach falę tragikomicznego szaleństwa. Bo bardzo wielu dziennikarzy poczuło się korespondentami wojennymi, a równie wielu wykazuje poważne zainteresowanie sprawami militarnymi.

 

W ramach tego pobudzenia umysłowego żurnalistyki ujawniły się co najmniej trzy grupy publicystów:

  1. Korespondenci domowo-wojenni. Do tej grupy nie należy zaliczać prawdziwych korespondentów wojennych, którzy są na Ukrainie i stamtąd przesyłają materiały filmowe, radiowe i prasowe.

Natomiast korespondenci domowo-wojenni kojarzą mi się jedynie z naszą pierwszą narodową operą „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale”, z muzyką Jana Stefaniego i librettem Wojciecha Bogusławskiego. W tej operze bowiem mamy bowiem do czynienia z maszyną elektrostatyczną, której działanie uważane jest przez zwaśnione strony za cud. Z tymi, którzy udają  korespondentów jest tak samo jak u Bogusławskiego – myślą, że jak pokażą nam jakiś zręczny montaż materiałów zagranicznych, to my razem – Krakowiacy i Górale – uwierzymy w takie cuda.

Ci „mniemani” korespondenci, siedzą w wygodnych fotelach, przeglądają strony internetowe o wojnie. I stamtąd czerpią swą wiedzę. Ale i tak nie udaje im się ukryć, że mają bardzo mgliste pojęcie o wojsku w ogóle i żadnego pojęcia o wojnie. Ale piszą i mówią na te poważne tematy ostro, a ich sądy są bezkompromisowe. Co rozsądniejsi cytują źródła swej wiedzy, ale są oni nieliczni w gronie „specjalistów militarnych”.

  1. Analitycy. Ci nie udają, że byli na Ukrainie, za to zapraszają do swoich studiów radiowych i telewizyjnych błogosławionych naukowymi tytułami specjalistów. I to jest zabieg bardzo sprytny, bo na typowego polskiego odbiorcę działa magicznie, że rozmówca dziennikarza jest profesorem. Naród nasz, mimo coraz większej grupy magistrów i licencjonowanych licencjatów, ma nabożny stosunek do profesorów wszelkiej maści. I nie obchodzi słuchacza czy widza, że „profesor” ma równie jak dziennikarz marne pojęcie o wojsku i wojnie. Bo często do rozmowy zapraszani są socjologowie, historycy i wykładowcy od marketingu politycznego.

Przyznajmy jednak, że wśród proszonych o komentarze zdarzają się też doświadczeni generałowie i pułkownicy. Ci wiedzą o czym mówią. Jednak wtedy rola dziennikarza jest nijaka, bo wyraźnie widać i słychać, że dziennikarz daleko odbiega wiedzą od swego gościa.

  1. Doradcy. Doradcy to także goście prasy, telewizji i radiostacji. Choć najwięcej ich w mediach społecznościowy. Pojawiają się jako globalni stratedzy i znawcy wojny na miarę Carla von Clausewitza. Doradcy zawsze grzmią na tych przywódców, prezydentów, którzy nie chcą od razu i już jutro rozgromić Rosji. I nie przeszkadza im arsenał atomowy brutalnego najeźdźcy, jakim w gruncie rzeczy jest Federacja Rosyjska. A na wątpliwości, że atomowa Rosja może użyć broni jądrowej, doradcy mówią twardo, choć bez pokrycia: „Nie użyją”. Oto jeden z przykładów:

Koncert bardzo zdecydowanych życzeń

Bardzo interesujący, jako ilustracja mojego opisu „Doradców” jest wywiad prof. Romualda Szeremietiew, pod jednoznacznym tytułem: „Kaliningrad trzeba będzie zdemilitaryzować”. Profesor udzielił go 12 maja br. gazecie  DoRzeczy.

Jeżeli do NATO wejdą Finlandia o Szwecja, to bezpieczeństwo całej wschodniej flanki bardzo się wzmocni, bo zarówno Finowie, jak i Szwedzi mają dość przyzwoite armie. Co więcej, w takim układzie Bałtyk stanie się morzem natowskim. Natomiast pojawi się bardzo istotny problem tak zwanego Kaliningradu.

Damian Cygan: Co pan ma na myśli?

Trzeba chyba jednak wystąpić o to, aby po pierwsze Kaliningrad przestał się nazywać mianem zbrodniarza (Michaiła – red.) Kalinina, który współodpowiada za mord w Katyniu. Po drugie, trzeba ten rejon zdemilitaryzować, bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe. Parafrazując niedawną wypowiedź papieża Franciszka, NATO zaszczeka też pod Petersburgiem.

Jaka może być odpowiedź Moskwy na rozszerzenie NATO?

Będzie wycie, jak zwykle. No i straszenie bronią jądrową, bo Rosjanie niczym innym straszyć już nie mogą.

Na jakim etapie rosyjskiej inwazji jesteśmy? Niektórzy spodziewali się jakiejś wielkiej ofensywy w Donbasie, tymczasem nic takiego nie nastąpiło.

Ja mówiłem, że żadnej wielkiej bitwy tam nie będzie. Rosjanie będą próbowali osuwać się naprzód, czasami o kilometr dziennie, a Ukraińcy będą konsekwentnie utrzymywać swój system obrony, jaki stosowali przedtem.

Jak ta wojna się zakończy?

Nie wiadomo. Moskwa nie ma dobrego wyjścia. Być może wszystko będzie zależało od tego, czy i na ile Ukraińcy rzeczywiście odniosą zwycięstwo, co jest w tej chwili prawdopodobne, i jak to wpłynie na wewnętrzną sytuację w Rosji. Są tacy opozycjoniści rosyjscy, którzy mówią, że Putin swoimi działaniami ciągnie Rosję do zguby i do rozpadu. Ponieważ obecna Rosja jest znacznie słabsza od Związku Radzieckiego, a Putin to jednak nie jest tej klasy przywódca, co, przepraszam, zbrodniarz Stalin, to liczę, że rozpad Rosji nastąpi szybciej niż można się spodziewać.

Tako rzecze profesor, prawie jak Zaratustra. Zadziwiające jest to, że były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej stawia na słowo, zamiast na siłę. W istocie bowiem mówi, że trzeba wystąpić o to, aby Kaliningrad przestał się nazywać Kaliningradem. Ale nie mówi do kogo wystąpić. Stwórcza moc słowa jest odnotowana już na początku Biblii, ale czy w przypadku Rosjan zadziała? Oni przecież mniej wierzą w Boga, a bardziej w Rosję.

Profesor idzie jednak dalej i twierdzi, że trzeba rejon kaliningradzki zdemilitaryzować. Dlaczego? Profesor odpowiada: bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe.

Czyli profesor zakłada, że Rosja upadnie a jej resztki będą podatne na argumenty, że Bałtyk ma być krajem NATO, które nie chce mieć między nogami materiału wybuchowego.

I co ja o tym wywiadzie myślę? Myślę, że profesor uważa, iż twarde postawienie sprawy demilitaryzacji Kaliningradu jest już tej sprawy załatwieniem. I myślę, że lada dzień Rosja – jak tylko przeczytają tam wywiad profesora – zacznie wyprowadzać swoje wojska z tego obwodu. Po czym przekaże go NATO, a konkretnie nam.

W sumie można by pomysły p. Szeremietiewa przyjąć za dobre, ale moją największą wątpliwość budzi to, że mimo mojego wielokrotnego twardego i jasnego stanowiska wobec Lotto, firma ta nadal uniemożliwia mi zainkasowania większej wygranej. A przecież stanowisko w tej sprawie mam proste – jak nie przymierzając profesor Szeremietiew.

Melchior Wańkowicz na taką politykę ukuł nawet nowy termin. Nazwał ją „polskim chciejstwem”. Piszę o Wańkowiczu i zastanawiam się czy za kilka lat nie trzeba będzie przy jego nazwisku zamieszczać informacji kim był. Bo iluż dzisiejszych dziennikarzy przekartkowało choćby jego  Karafkę La’Fontaine’a?

Mamy w plecy

Wśród przykładów dziennikarskiej swawoli trzeba też zauważyć, że język młodzieżowy przekroczył już granicę poważnych tematów. Słyszymy bowiem, że: „Mamy w plecy”. I to przy okazji tematu kłopotów z paliwami. Temat jest poważny. Ludzie boją się dalszych podwyżek, boją się, że zimą nie będzie węgla… w ogóle boją się o przyszłość swoich dzieci i wnuków, i swoją. I w takiej sytuacji jakiś wesołek telewizyjny stwierdza, że z paliwami „Mamy w plecy”.

Myślę, że społeczeństwo dorosło do sytuacji. Świadczy o tym wiele tak powszechnych zachowań, jak choćby spontaniczna pomoc uciekinierom wojennym z Ukrainy. O dziwo dorastają także do sytuacji politycy, bo w sprawie wojny wszyscy są odpowiedzialni i mówią jednym głosem. Natomiast karleją w tej wojennej sytuacji media. I to nie tylko te niszowe.

Setka zabitych

Przyjęło się, niestety, że w mediach informacje o ofiarach wojny na Ukrainie budowane są językiem płochym, zdradzającym głęboką niewrażliwość. Słyszeć można w rozmaitych telewizjach, że: „W wyniku rosyjskiego ostrzału rakietowego Mariupola jest setka zabitych”.

Kto kształci wrażliwość tych dziennikarzy? Z jakich środowisk się wywodzą? Naprawdę, tak nie można.

Setka to może być wódki. Dobra wełna na garnitur – to też możliwa do akceptacji setka. Na setkę mogą biegać sprinterzy. Ale o żadnym zabitym nie wolno tak mówić. Przez szacunek dla ludzkiego życia i śmierci. Choćby tych stu zabitych było naszymi wrogami, to jednak byli to ludzie.

 

Sprawa zabójstwa red. Jarosława Ziętary. Przedostatnia rozprawa w procesie byłych ochroniarzy Elektromisu

Prawie dwa miesiące temu sędziowie Sądu Okręgowego w Poznaniu, zapowiedzieli zbliżające się zakończenie procesu dwóch byłych ochroniarzy holdingu Elektromis, Mirosława R., ps. „Ryba” i Dariusza L., ps. „Lala”, których oskarżeni są  o porwanie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Jarosława Ziętary. Do zakończenia ich procesu pozostało tylko przesłuchanie ostatniego świadka, wyjaśnienia oskarżonych oraz mowy końcowe stron. Sprawa jest objęta obserwacją CMWP SDP, które na sali sądowej reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

W piątek, 13 maja rozprawę rozpoczęło przesłuchanie zapowiedzianego świadka.  To 61 letni Eligiusz M., sąsiad i znajomy oskarżonego Ryby. Zeznał on, że obaj z rodzinami mieszkali na jednym osiedlu, a ich dzieci chodziły do tej samej szkoły. Sam nie miał w zwyczaju uczestniczyć regularnie w rozpoczęciach czy zakończeniach roku szkolnego i nie wie czy 1 września 1992 roku, czyli w dzień porwania Jarosława Ziętary, oskarżony zaprowadzał swoje dziecko do szkoły czy nie. Stwierdził jedynie, że szkoła była bardzo blisko, nie trzeba było nawet przechodzić ulicy, więc droga do niej była bezpieczna. Bliższe relacje były między żonami mężczyzn, gdyż dzieci były w zbliżonym wieku, w jednej szkole i obie panie „przez chwilę nie pracowały”. Świadkiem, który wcześniej dał alibi Mirosławowi R. na czas porwania, była właśnie żona Eligiusza M.

Po zakończeniu zeznań M., sędzia Katarzyna Obst ogłosiła, że sąd dopuścił z urzędu między innymi ekspertyzę biegłego sądowego psychologa Marcina Siedleckiego. Biegły uczestniczył w procesie Aleksandra Gawronika i oceniał wiarygodność świadka oskarżenia Macieja B. ps. Baryła. Warto przypomnieć, że podczas rozpraw biegły ostro, żeby nie powiedzieć obcesowo, zwracał się zarówno do prokurator Elżbiety Bara, jak i samego Macieja B. Proces Aleksandra Gawronika zakończył się 24 lutego br., nieoczekiwanie zarówno dla oskarżycieli i śledzących sprawę dziennikarzy, uniewinnieniem byłego senatora. Sąd zakwestionował wiarygodność wszystkich świadków oskarżenia. Sądu nie przekonały też opinie innych biegłych psychologów potwierdzających wiarygodność „Baryły”. Nie należała do nich ekspertyza Siedleckiego.

Następnie głos zabrał oskarżony Mirosław R. Obrońcy wskazali, że jedynie R. będzie składał wyjaśnienia bowiem Dariusz L. z tego prawa rezygnuje. Ponad 60 letni były ochroniarz Elektromisu swoje oświadczenie rozpoczął od słów:

– Jestem niewinny. Nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Nigdy nie widziałem Jarosława Ziętary. Nikt mnie nie nakłaniał. Nie popełniłem żadnego przestępstwa, a nawet wykroczenia. Jestem byłym policjantem.

Po tych tezach, przystąpił do kwestionowania i negowania zeznań dwóch świadków oskarżenia: Jerzego U. oraz Macieja B. „Ryba” zakwestionował niemal wszystko, co obaj świadkowie zeznali w śledztwie i powiedzieli przed sądem.

– Każdy, kto wczyta się w akta tej sprawy, zobaczy, że sprawa jest naciągana. Bez żadnych dowodów oskarża się niewinne osoby. Główni świadkowie B. i U. to kryminaliści, którzy dla własnych korzyści zaczęli wymyślać przed prokuratorem swoje wersje, a kiedy nie pokrywały się, zaczęli je wycofywać i modyfikować, by były ze sobą spójne – mówił oskarżony.

Mirosław R., holding Elektromis przedstawił jako niemal wzorcowo działającą pod względem prawnym firmę, a jej pracownicy mieli nigdy nie popełniać żadnych przestępstw. W kolejnych zdaniach oskarżył prokuratora Piotra Kosmatego oraz jednego z policjantów Archiwum X, a także redaktora Krzysztofa M. Kaźmierczaka o przygotowywanie świadków do składania fałszywych zeznań. Kaźmierczak, który był na sali podczas rozprawy, komentując to co usłyszał pod swoim adresem, stwierdził, że w tej sytuacji, rozważy kroki prawne. Po dwóch godzinach wygłaszania oświadczenia sąd zarządził przerwę. Okazało się bowiem, że Mirosław R, odczytał zaledwie 16 stron z 64 stron przygotowanej mowy. Mecenas Wiesław Michalski zapewnił, że jego klient zakończy swoje wystąpienie w ciągu następnej godziny. Tak się jednak nie stało, oskarżony przekroczył zapowiedziany czas i mówił dalej. W tej sytuacji sąd przerwał posiedzenie, które odroczył do 12 września br.

Po rozprawie, oświadczenie Ryby skomentował również oskarżyciel posiłkowy, brat zamordowanego dziennikarza,  Jacek Ziętara : – Oskarżony ma prawo się bronić, więc nie zaskakuje mnie to, co mówi. Jego idealny obraz Elektromisu jest jednak zdumiewający. Przecież o nieprawidłowościach w tej firmie szeroko informowały przed laty media, było wtedy też śledztwo i proces


Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracował w radiu akademickim, współpracował z Gazetą Wyborczą, tygodnikiem Wprost i z Gazetą Poznańską. Ostatni raz widziano go 1 września 1992 r. Rano wyszedł z domu do pracy, ale nigdy nie dotarł do redakcji Gazety Poznańskiej.  W 1999 r. został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono.

HUBERT BEKRYCHT: Zachód, czyli wschód albo o czym tu nie ponarzekam

Od lat dziennikarze prześcigają się w tego rodzaju wstępach. A co, ja gorszy? Piszę to w piątek czekając na weekend, z którego i tak nic dla mnie nie wynika, bo ciągle pracuję.

Chyba mogę ponarzekać, że narzekanie stało się kwintesencją cywilizacji.  A na co będziemy narzekać, kiedy nasza cywilizacja upadnie? Chyba wiem – na następną cywilizację.

Świat narzekań

Zatem, nie napiszę tutaj o tym, że Niemcy udając Amerykanów postępują jak Rosjanie szczególnie wobec Ukraińców – wobec Polaków zresztą też; nie będzie też o gazie, który niczym powiew Armagedonu dosłownie unosi się nad światem; nie napiszę o inflacji, która jest groźna, nie tylko wówczas, kiedy idioci na całym świecie kupują na zapas; nie zmęczę mojej klawiatury rozważaniami o fatalnym stanie wszystkiego: kultury, polityki, dziennikarstwa, Eurowizji, filmu, dróg, życia społecznego, portali społecznościowych i społeczeństw obywatelskich. Tego tu nie będzie… Żartowałem.

Trudno pisać, kiedy nikt nie czyta, a wszyscy tylko do czytania zachęcają. Trudno pisać o czymś, co jest oczywiste, ale oczywiście nikt tego nie stara się nawet zrozumieć. Trudno pisać, kiedy wszyscy piszą, jak mają trudno.

Galaktyka narzekań

Nie ma sensu pogrążać się w narzekaniach na wszystko. Na pandemię, na kryzys, na żylaki. Nie tylko przecież Polacy są mistrzami narzekania. Mamy na świecie sporą konkurencję. Na przykład, w Berlinie narzekanie na uchodźców z Ukrainy tak weszło w krew uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki, że przeniosło się do budynków rządu federalnego Niemiec. We Francji, nawet w kręgach władzy, tak narzekają na Putina, że wychwalają „dobrych” Rosjan, którzy „nie chcą wojny”. Oczywiście to tylko takie austriackie, przepraszam, ruskie gadanie.

Narzekania są twórcze, kiedy coś z nich wynika. I ja jestem dumny z polskiego narzekania! Przez lata narzekań właśnie stworzyliśmy sobie jedyną sportową konkurencję na świecie, w której zawsze mamy pierwsze miejsce. Polacy narzekając inspirują, a inspirując tworzą swego rodzaju poetykę narzekania, która jest literacko unikatowa.

Kolejny przykład. Wszyscy skarżą się na „fatalny styl, zły gust i schlebiania tandecie” podczas konkursu piosenki biesiadno-tańcowanej, czyli Eurowizji. Wszyscy w Europie i Australii, bo tam eurowizyjnie też jest Europa. Niech no tylko jednak jakaś nacja wygra i zorganizuje konkurs. Wtedy Eurowizja staje się koncertem Filharmoników Wiedeńskich, tak jak w 2014 roku, kiedy Austriak Thomas Neuwirth wygrał konkurs w Kopenhadze jako Conchita Wurst.

Sztuka narzekania

Ciągle narzekamy. Na Zachodzie, Wschodzie, Południu i na Północy. Ciągle jednak narzekając i dając z siebie wtedy wszystko dajemy wszystkim znak, że żyjemy, że być może jesteśmy nudni, ale żyjemy. Bez narzekania świat upadnie, aby potem się z narzekania odrodzić.

Kochani, nie narzekajmy, że narzekamy. Narzekajmy! Przecież mamy tysiące powodów. Podaję powód narzekań na ten tydzień: jeśli słońce zachodzi po dobrym dniu, to przecież następny dzień, po następnym wschodzie słońca, może być gorszy od poprzedniego.

Chociaż, podobno amerykańscy naukowcy dowodzą, że może być też lepszy…

Pogrzeb BP ADAMA LEPY, o którym papież powiedział: „odszedł pasterz, który pełnił posługę w miłości i cierpliwości”

„W miłości i cierpliwości” – to było motto duszpasterskie zmarłego 27 kwietnia 2022 r. biskupa pomocniczego seniora archidiecezji łódzkiej Adama Lepy. W opinii wielu naukowców i dziennikarzy bp Lepa był najlepszym medioznawcą wśród polskich hierarchów kościelnych.

W piątek 6 maja i w sobotę 7 maja w Łodzi obyły się uroczystości żałobne biskupa Adama Lepy.

Sobotniej mszy w archikatedrze, której przewodniczył pochodzący z Łodzi jałmużnik papieski kardynał Konrad Krajewski. 

Arcybiskup Grzegorz Ryś, metropolita łódzki przeczytał podczas mszy żałobnej list od watykańskiego sekretarza stanu Pietro Parolina: „Odszedł pasterz, który pełnił posługę w myśl biskupiego zawołania +W miłości i cierpliwości+. Dziękuję Bogu za szlachetną postawę kapłańską i biskupią świętej pamięci biskupa Adama Lepy. Jestem wdzięczny za jego modlitwy, dobroć, pracę w Radzie Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu oraz Europejskim Komitecie Biskupów ds. Mediów i Synodzie Biskupów dla Europy, za posługę dydaktyczną, informacyjną na rzecz kandydatów do kapłaństwa” – przekazał – w swoim liście do uczestników pogrzebu bp Adama Lep – słowa papieża Franciszka kardynał Pietro Parolin.

 

 

„Jego Świątobliwość zawierza biskupa Adama Bożemu Miłosierdziu, wyprasza wstawiennictwo Świętego Józefa patrona archidiecezji łódzkiej i Świętej Faustyny patronki Łodzi” – podkreślił papieski sekretarz stanu w liście odczytanym przez metropolitę łódzkiego.

 

Spełniono ostatnie życzenie biskupa Lepy, aby pochowano go w grobie rodzinnym na łódzkim cmentarzu św. Wojciecha.

Metopolita łódzki arcypiskup Grzegorz Ryś mówił po uroczystościach żałobnych, że spuścizną życia i pracy Adama Lepy nie pozostanie tylko pasja medioznawcza, bo biskup zajmował się m.in. ewangelizacją, duszpasterstwem młodzieży, studentów, twórców. „Zmarły biskup Adam miał zdecydowane, niektórzy mówili radykalne, poglądy. Przy tych zdecydowanych opiniach pełen był jednak szacunku do każdego człowieka” – podkreślił abp Ryś.

Marcin Przeciszewski – redaktor naczelny Katolickiej Agencii Informacyjnej, który przez wiele lat współpracował z bp Lepą, zaznaczył, że zmarły biskup nie był tylko teoretykiem mediów. „Interesował się naszą pracą, działanością szeregowych dziennikarzy, reporterów – wspominał Przeciszewski.

„Z naszych kontaków wynikały szczególne relacje – wzajemnie się od siebie uczyliśmy” – mówili łódzcy dziennikarze żegnający biskupa.

Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie.

O biskupie Adamie Lepie czytaj również TUTAJ

 

Fotografie: Hubert Bekrycht

 

Doczesną drogę biskupa Adama Lepy na stronie Archidiecezji Łódzkiej przypomniał jej rzecznik ksiądz Paweł Kłys:

Bp Adam Lepa, ur. 17 marca 1939 w Łodzi. Biskup pomocniczy archidiecezji łódzkiej, biskup tytularny Regiany (Afryka).

Studia teologiczne ukończył w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi. Święcenia prezbiteratu otrzymał 18 marca 1962 z rąk biskupa Jana Wawrzyńca Kulika, biskupa pomocniczego łódzkiego. W 1965 ukończył studia w zakresie katechetyki w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (obecnie Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego). Studia specjalistyczne w zakresie pedagogiki odbył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Uwieńczył je doktoratem w 1974. Stopień doktora otrzymał na podstawie rozprawy „Błędy wychowania w rodzinie wielkomiejskiej w wypowiedziach młodzieży i rodziców”, napisanej pod kierunkiem profesora Stefana Kunowskiego.

Jako wikariusz pracował w latach 1962-1964 w parafii św. Wojciecha w Dobroniu, a w latach 1964-1978 w parafii Przemienienia Pańskiego w Łodzi. Funkcję proboszcza pełnił w dwóch parafiach łódzkich: w latach 1978-1981 w parafii św. Urszuli i w latach 1981-1988 w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

W latach 1978-1981 był diecezjalnym duszpasterzem akademickim. Funkcję diecezjalnego duszpasterza nauczycieli pełnił w latach 1978-1982. Przewodniczącym Wydziału Duszpasterstwa Kurii Diecezjalnej (Archidiecezjalnej, Metropolitalnej) był z krótką przerwą w latach 1978-2012. Był członkiem Rady Kapłańskiej i Kolegium Konsulatorów wszystkich kadencji. Godność kapelana Jego Świątobliwości otrzymał w 1986. Kanonikiem gremialnym Kapituły Katedralnej Łódzkiej został w 1987.

Pełnił funkcję przewodniczącego Komitetu organizującego łódzki etap podróży apostolskiej Jana Pawła II do Polski w 1987.

4 grudnia 1987 papież Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym diecezji łódzkiej i biskupem tytularnym Regiany. Święcenia biskupie otrzymał 2 stycznia 1988. Głównym konsekratorem był kardynał Józef Glemp, prymas Polski, współkonsekratorami zaś Józef Rozwadowski, biskup senior łódzki, Władysław Ziółek biskup diecezji łódzkiej, oraz dwaj biskupi pomocniczy: Jan Wawrzyniec Kulik i Bohdan Bejze. Jego biskupim zawołaniem są słowa „In caritate et patientia” (W miłości i cierpliwości).

W latach 1989-1994 był przewodniczącym Komisji Episkopatu Polski ds. Środków Społecznego Przekazu i członkiem Europejskiego Komitetu Biskupów ds. Mediów (CEEM). Członkiem Komisji Głównej II Polskiego Synodu Plenarnego był w latach 1991-1999. Jako delegat Konferencji Episkopatu Polski uczestniczył w Synodzie Biskupów dla Europy w 1999.

W latach 1988-1993 był rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi i członkiem kolegium rektorów wyższych uczelni miasta Łodzi. Założyciel „Łódzkich Studiów Teologicznych” i pierwszy ich redaktor naczelny (w latach 1991-1993).

Autor 12 książek oraz kilkuset artykułów naukowych i prasowych poświęconych głównie problematyce mediów.

Od 1994 r. prowadził zajęcia dydaktyczne w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, zaś w latach 1975-2014 wykładał Pedagogikę mass mediów w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi.

Pełnił następujące funkcje w Konferencji Episkopatu Polski: przewodniczący Zespołu Programowego ds. Telewizyjnych Transmisji Mszy Świętej, członek Rady ds. Środków Społecznego Przekazu. Był ponadto wiceprzewodniczącym Rady Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej oraz członkiem Rady Fundacji na Rzecz Wymiany Informacji Katolickiej.

Z przyznanych wyróżnień: Honorowe Członkostwo Katolickiego Stowarzyszenia Filmowego oraz Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Nagroda „Sursum Cor-da”, Nagroda im. Jana Pawła II, Medal o Niepodległość Polski i Prawa Człowieka, Medal „Pro Memoria”, Nagroda im. Juliana Kulentego, Honorowe Członkostwo Zakonu Bonifratrów, Medal Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Medal im. Profesora Janusza Groszkowskiego, tytuł Honorowego Obywatela Gminy Dobroń.

27 maja 2014 r. Ojciec Święty Franciszek przyjął rezygnację księdza biskupa Adama Lepy z pełnienia posługi biskupa pomocniczego archidiecezji łódzkiej, złożoną zgodnie z kan. 411 i kan. 401 paragraf 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego.

27 kwietnia 2022 r. ksiądz biskup Adam Lepa, ufając Bożej Opatrzności, zakończył swoje ziemskie życie.

tekst ze strony Archidecezji Łódzkiej

 

 

 

 

Kochanka, szpiedzy, przyroda i poezja – MYKOŁA SEMENA opisuje krymskie tajemnice Adama Mickiewicza

W czerwcu 1825 r. podoficer 3. Pułku Ułanów Ukraińskich Ivan Sherwood wysłał do Petersburga donos. Mówił on, że na południu imperium istnieje tajne stowarzyszenie. List wpadł w ręce cara Aleksandra I. W celu identyfikacji buntowników postanowiono zorganizować wyprawę na Krym z Adamem Mickiewiczem na czele w nadziei, że buntownicy spróbują się z nim skontaktować i zostaną zdemaskowani.

 Jesteśmy przekonani, że nie możemy służyć Europie i ludzkości inaczej niż służąc naszej ojczyźnie, Polsce; że tylko w takim stopniu, w jakim będziemy przydatni sprawie polskiej, Europa i ludzkość mogą nam pomóc.

Adam Mickiewicz

Pracując jako dziennikarz na Krymie obserwowałem, jak pamięć o Adamie Mickiewiczu odradza się w regionie, do którego deportowani Tatarowie krymscy dopiero niedawno powrócili z wygnania i który rozwijał się w środowisku wolności słowa i demokracji. W czasach sowieckich większość wydarzeń na Krymie była poświęcona kulturze rosyjskiej i rosyjskim pisarzom. Nawet o ukraińskich klasykach związanych z Krymem niewiele mówiono. Dopiero po 1991 roku, czyli po powrocie półwyspu na Ukrainę, krymska kultura zaczęła wypełniać się bogactwem literatury światowej. Było to szczególnie nasilone w okresie od 2000 do 2010 roku. Na Krymie odbył się cykl konferencji naukowych poświęconych twórczości i życiu Adama Mickiewicza. Wyjątkowa książka wieszcza „Sonety krymskie” została wydana w czterech językach. Odbywały się wystawy i spektakle teatralne.

Podróż 1825

Pamiętam, że w 2004 roku na Krymie zorganizowano Dni Kultury Polskiej poświęcone Rokowi Polski na Ukrainie i rocznicy urodzin Adama Mickiewicza. Miejscem głównych wydarzeń był Gurzuf. Następnie odbyła się V Międzynarodowa Konferencja Naukowa o dziełach Adama Mickiewicza. Wzięło w niej udział ponad 50 polskich i ukraińskich naukowców, którzy dyskutowali m.in. o stosunkach między Rosją, Ukrainą i Polską oraz o kwestiach stabilności w Europie Wschodniej.

W 2005 roku Gurzuf był gospodarzem VI Międzynarodowej Konferencji Naukowej Krymu „Dni Adama Mickiewicza na Krymie” z udziałem około 50 filologów, krytyków literackich, historyków, etnografów, krytyków sztuki z Krymu, innych regionów Ukrainy, a także z Polski i Węgry. Uczestnicy wysłuchali ponad 40 relacji o rozwoju tradycji Adama Mickiewicza w poezji krymskiej, o obrazach Krymu południowego w „Sonetach krymskich”, o mickiewiczowskich przekładach Iwana Bunina, o miejscu i roli Krymu w polskiej historii, tradycji i kulturze. Na konferencji odbyła się prezentacja książki „Adam Mickiewicz na Krymie” oraz zbioru materiałów z pięciu poprzednich edycji tego wydarzenia.

Jednym z najciekawszych tematów konferencji była tzw. „Tajemnica krymska Mickiewicza”. Faktem jest, że prawdziwa historia podróży Adama Mickiewicza przez Krym wciąż pokryta jest szeregiem „białych plam”.

Dla porównania: w czerwcu 1825 r. rosyjski pisarz Aleksander Gribojedow i polski poeta Adam Mickiewicz odwiedzili Krym niezależnie od siebie. Jednak w twórczości Gribojedowa nie ma dzieła poświęconego historii, ludziom i przyrodzie półwyspu (pisał: „Spędziłem w Tawrydzie prawie trzy miesiące, a wynik wynosi zero. Nic nie napisałem’), natomiast Mickiewicz napisał po powrocie do domu liryczno-filozoficzny cykl osiemnastu „Sonetów krymskich”. Paradoks polega na tym, że trasa i chronologia podróży rosyjskiego pisarza są dobrze znane naukowcom (z Krymu wysyłał listy, prowadził pamiętnik, notatki, opisywał miejsca, w których przebywał), zaś szczegóły wyprawy polskiego poety są słabo udokumentowane. Badacze dysponują jedynie skąpymi informacjami, które można znaleźć bezpośrednio w „Sonetach krymskich” i skąpymi notatkami jego przyjaciół. Ponadto we wspomnieniach dzieci Adama Mickiewicza, które pamiętały opowieści ojca, znajdują się nieprawdziwe informacje. Nieznana jest nawet trasa, którą przebył wielki Polak. Coraz częściej naukowcy próbują odpowiedzieć na proste pytania – ile razy Adam Mickiewicz był na Krymie, jakie trasy przebył, co robił w podróży, kto mu towarzyszył? Badacze z Polski, Ukrainy i Krymu spotkali się po raz pierwszy w Gurzuf w 1999 roku, aby poznać te złożone zagadnienia i znaleźć rzetelne informacje o pobycie Mickiewicza na Krymie.

Główną tajemnicą wyprawy Mickiewicza na Krym w 1825 r. jest to, że na półwyspie towarzyszył mu m.in. „Stirlitz XIX wieku”. Hrabia Jan Witt był szefem osiedli wojskowych w południowej Rosji, a także długoletnim rezydentem rosyjskiego wywiadu we Francji, który przekazał carowi dokładną datę i taktykę ataku na Rosję w 1812 roku. Jego działalność to intrygi i procesy polityczne przeciwko przeciwnikom autokracji. To właśnie Jan Witt, wykonując tajny rozkaz cesarza, ujawnił spisek przyszłych dekabrystów w południowej grupie wojsk. Dlatego naukowcy nie mają wątpliwości, że Witt podążał za Adamem Mickiewiczem w Odessie, wypełniając zadanie cara, by dowiedzieć się o możliwych powiązaniach między spiskowcami polskimi i rosyjskimi.

Wyjazd Witta na Krym miał na celu śledzenie Mickiewicza i identyfikowanie jego ewentualnych kontaktów z członkami tajnych stowarzyszeń.

Nie wiadomo też, gdzie przebywał Mickiewicz w Symferopolu. Jeśli w hotelu, to w mieście był tylko jeden – „Odessa”. Ponadto naukowcy wciąż nie mają wiarygodnych dowodów na jego lokalizację. Ale niewykluczone, że Mickiewicz zatrzymał się u któregoś z mieszkańców.

Eupatoria

Po raz pierwszy w życiu słynny polski poeta Adam Mickiewicz zobaczył w Eupatorii uroczą egzotykę Wschodu. Miasto, mimo wpływów rosyjskich, nadal zachowało cechy średniowiecznej osady tatarskiej. Charakterystyczne są skierowane w błękitne niebo minarety i głosy muezini, którzy z wysokich balkonów zwołują wiernych do meczetów.

Badacze twórczości Adama Mickiewicza odtworzyli już szczegóły jego podróży. Przed jej rozpoczęciem, 26-letni poeta, jako nauczyciel gimnazjum w Wilnie, został uwięziony za udział w konspiracyjnej grupie. Po sześciu miesiącach Mickiewicz został zwolniony za kaucją, ale nakazano mu opuścić Wilno i udać się do Petersburga, do dyspozycji Ministerstwa Oświaty. Tam miał do wyboru kilka szkół średnich w różnych miastach – wybrał gimnazjum w Odessie. Jednak naczelnik okręgu edukacyjnego w tym mieście, hrabia Jan Witt, powiedział mu, że nie ma wolnych miejsc. Polecił czekać. Mickiewicz zamieszkał w budynku gimnazjum. Odwiedzał salony literackie i rozdawał autografy. Zakochał się w 31-letniej pięknej Karolinie Sobańskiej, prawnuczce królowej Marii Leszczyńskiej i został jej kochankiem. Była ona jednak konkubentką hrabiego Witta.

W czerwcu 1825 r. podoficer 3. Pułku Ułanów Ukraińskich Ivan Sherwood wysłał do Petersburga donos. Mówił on, że na południu imperium istnieje tajne stowarzyszenie. List wpadł w ręce cara Aleksandra I. W celu identyfikacji buntowników hrabia Witt zorganizował wyprawę na Krym z Adamem Mickiewiczem w nadziei, że buntownicy spróbują się z nim skontaktować i zostaną zdemaskowani.

Hrabia Witt kupił i podarował Sobańskiej jacht o nazwie „Carolina” i polecił jej zaprosić na rejs Mickiewicza. Kobieta zaproponowała poecie wyjazd na Krym. Aby się nie nudził, zaprosiła na wyprawę również swojego starszego brata Heinricha Rzewuskiego, pisarza, który później został koronowany na „polskiego Aleksandra Dumasa”. Witt zabrał zaś ze sobą agenta tajnej policji Ołeksandra Boszniaka, by pilnował poety. Przedstawił go Mickiewiczowi jako przyrodnika, znawcę owadów. Opuszczając port w Odessie, jacht skierował się do Eupatorii.

Na wysokości półwyspu Tarkhankut jacht napotkał na silny sztorm, który trwał dwa dni. Mickiewicz opisał to w sonecie „Burza”.

Wreszcie podróżnicy weszli na brzeg Eupatorii. Na brzegu powitał ich burmistrz Karaim Haji-Aga Babovich. Zaprosił gości do swojej posiadłości „Gan-Jafa” przy ulicy Karaimskiej. Mickiewicz i Rzewuski chcieli zobaczyć karaimską świątynię. Babovich zaoferował, że zaprowadzi tam gości. Po drodze przyjaciele poprosili swojego przewodnika o nauczenie zwrotów powitalnych w języku hebrajskim (jest to zapisane w świętych księgach Karaimów). Prowadzący nabożeństwo był poruszony i odpowiedział kilkoma polskimi zwrotami. Niewiarygodne, jak mieszkaniec małego krymskiego miasteczka, w którym Polak nigdy nie postawił stopy, mógł nauczyć się płynnie mówić po polsku? Jak się okazało, jednym z języków jego dzieciństwa był polski. Okazało się, że prowadzący nabożeństwa w świątyni interesuje się polską literaturą, a nawet trochę zna twórczość Mickiewicza. Wiadomość, że w odległej Eupatorii znają jego wiersze, zszokowała poetę.

Do dziś zachował się dom Haji-Agi Babovich przy ulicy Karaimskiej 53 w Eupatorii. Na jego fasadzie w 2002 roku wmurowano tablicę upamiętniającą pobyt poety w tym mieście. W tym liczącym ponad 200 lat gmachu planowano otwarcie Muzeum Adama Mickiewicza, pierwszego wybitnego poety, który odwiedził Eupatorię. Ale z powodu wojny nie jest to na razie możliwe.

Wspomina się, że poeta odwiedził Bachczysaraj, dawną stolicę Chanatu Krymskiego, gdzie spał na kanapie ostatniego chana Szagina Gireja. Adam Mickiewicz wstąpił do karaimskiego miasta-twierdzy Chufut-Kale, odwiedził górę Chatyr-Dag, Ałusztę i podziwiał fale ze szczytu Ayu-Dag (Niedźwiedziej Góry). Następnie podróżnicy wrócili do Eupatorii, skąd cała piątka na odpłynęła do Odessy. Po powrocie z wyprawy relacje między Sobańska a Mickiewiczem ochłodziły się. Obrażony poeta podsumował to kilkoma zjadliwymi wierszami.

Witt zdał sobie sprawę, że jego misja się nie powiodła. Członkowie tajnego stowarzyszenia nie próbowali nawiązać kontaktu z poetą. Hrabia odwołany z Odessy i mianowany urzędnikiem moskiewskiego biura gubernatora generalnego. Ale głównym efektem podróży Mickiewicza był cykl „Sonety krymskie”, jedno z arcydzieł światowej poezji. Zbiór po raz pierwszy ukazał się w Moskwie w grudniu 1826 r. z dedykacją autora: „Towarzyszom z Krymu”.

W czterech językach

„Sonety krymskie” należy do niekwestionowanego kanonu arcydzieł polskiej poezji. W 2021 roku przy okazji 30. rocznicy niepodległości Ukrainy, we współpracy z Kancelarią Prezydenta RP i Instytutem Polskim w Kijowie, ukazało się wyjątkowe wydanie „Sonetów krymskich” w czterech językach: oryginalnym polskim, ukraińskim w tłumaczeniu Maksyma Rylskiego, krymskotatarskim w przekładzie poety Shakira Selima oraz angielskim przetłumaczonym przez Karola Kraszewskiego.

„My czytamy dziś ten cykl wierszy Mickiewicza jako nadal aktualną – mimo upływu blisko dwóch wieków – opowieść o ziemi, w której dziejach zapisało się tak wiele ludzkich dramatów i która zawsze pozostanie najbliższa sercom Ukraińców i Tatarów” – napisał w liście Prezydent RP Andrzej Duda.

Poezję polskiego poety ilustrują zdjęcia autorstwa ukraińskiego fotografa Romana Krawczenki, który przez długi czas mieszkał na Krymie i stworzył własną niezapomnianą wizualną historię tej ziemi. Z powodu rosyjskiej okupacji Krymu artysta został zmuszony do emigracji do Polski.

Znani ukraińscy i polscy działacze, politycy i żołnierze nagrali wideo, w którym recytują ukraińskie i krymskotatarskie wersje „Sonetów krymskich”. Film ten w ubiegłym roku zamieścił na swoim profilu na Twitterze Andrzej Duda.

„W tym roku Ukraina obchodzi 30. rocznicę niepodległości. Z tej okazji w czasie mojej wizyty w Kijowie przekazałem „Sonety Krymskie” Adama Mickiewicza przetłumaczone na język ukraiński i krymskotatarski. Jesteśmy i będziemy sobie bliscy!” – napisał wówczas prezydent RP.

Elon Musk kupuje Twittera za ok. 44 mld dolarów. IFJ i EFJ krytykują transakcję

Miliarder Elon Musk zwarł w poniedziałek umowę kupna Twittera za ok. 44 miliardów dolarów. Po sfinalizowaniu transakcji będzie miał kontrolę nad platformą społecznościową, która ma miliony użytkowników. Krytycznie o tym przejęciu wypowiedziały się Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) i Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ). 

Propozycję zakupu Twittera i wycofania firmy z giełdy najbogatszy człowiek na świecie złożył w połowie kwietnia (pisaliśmy o tym TUTAJ). Jak podaje Reuters, negocjacje w sprawie tej transakcji, która jeszcze w ubiegłym tygodniu wydawała się niepewna, nabrały tempa w weekend po tym, jak Musk zainteresował akcjonariuszy Twittera szczegółami finansowania swojej oferty. Miliarder ma zapłacić 54,20 dolarów za akcję Twittera.

Elon Musk uważa się za zwolennika wolności słowa i zapowiadał „odblokowania” Twittera w tej kwestii.

„Wolność słowa jest podstawą funkcjonującej demokracji, a Twitter jest cyfrowym placem miejskim, na którym debatuje się o sprawach kluczowych dla przyszłości ludzkości” – napisał Musk w oświadczeniu opublikowanym na Twitterze po ogłoszeniu transakcji.

Dodał, że chciałby aby Twitter był lepszy niż kiedykolwiek wcześniej, a stanie się to poprzez dodanie nowych funkcji, udostępnienie kodów źródłowych algorytmów, aby zwiększyć zaufanie oraz walkę z botami.

„Nie mogę się doczekać współpracy z firmą i społecznością użytkowników, aby go odblokować” – napisał Elon Musk.

Tymczasem, Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) i Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) skrytykowały zakup Twittera przez Muska. W tekście, który ukazał się na stronach internetowych tych organizacji ostrzegły, że planowana transakcja zagraża pluralizmowi, wolności słowa oraz może sprzyjać dezinformacji.

Zdaniem IFJ i EFJ skupienie własności Twitter w rękach jednej osoby zamiast wielu udziałowców może nieść „poważne konsekwencje związane ze społecznym i politycznym wykorzystaniem platformy”.

Sekretarz generalny IFJ Anthony Bellanger stwierdził, że „Twitter jest przedłużeniem biur dziennikarzy. To tutaj dziennikarze promują swoją pracę, wyrażają idee lub znajdują źródła informacji. Przestrzeń ta musi być należycie moderowana, z poszanowaniem wolności słowa. Jest to dobra równowaga, na którą każdy właściciel Twittera musi zwrócić uwagę. Obawiamy się, że plany Elona Muska dotyczące Twittera idą w złym kierunku, zwiększając możliwości atakowania dziennikarzy i zagrażając anonimowości użytkowników”

Natomiast sekretarz generalny EFJ, Ricardo Guitterez, zauważył ,że „w  przeszłości miliarder nigdy nie wahał się używać Twittera do manipulowania informacjami, wpływania na ceny akcji i kontrolowania relacji medialnych dotyczących jego własnej działalności”. Jego zdaniem są powody by sądzić, że Musk będzie wykorzystywał sieć społecznościową dla własnych korzyści, bez względu na interes publiczny. „Najwyższy czas uregulować własność mediów i sieci społecznościowych, aby przeciwdziałać koncentracji władzy, która jest szkodliwa dla pluralizmu, debaty publicznej i demokracji” – stwierdził Guitterez.

opr. jka, źródła: reuters.com, IFJ, Twitter

Musk i meandry wolności słowa – felieton Sławomira Jastrzębowskiego

Naukowcy z Politechniki Warszawskiej tworzą algorytmy, które pomogą walczyć z fake newsami

W ramach międzynarodowego projektu DISSIMILAR naukowcy Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej, budują algorytmy wykorzystujące sztuczną inteligencję, które mają zapobiegać rozprzestrzenianiu się fake newsów.

Media społecznościowe stały się dziś głównym źródłem informacji na całym świecie. Niestety, jak przypominają na swojej stronie internetowej pracownicy Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej, media społecznościowe nie mają wbudowanych narzędzi weryfikujących prawdziwość przekazywanych wiadomości. Tym samym, opinia publiczna jest często kształtowana przez nieprawdziwe informacje. Coraz częściej są to działania celowe, stanowiące element wojny hybrydowej.

„Dezinformacja stanowi szczególny rodzaj zagrożenia, ponieważ wpływa bezpośrednio na opinię publiczną kształtując określone nastawienie wokół newralgicznych wydarzeń i zagadnień, takich jak cena energii, aneksja Krymu, wojna na Ukrainie itd. Strategiczne generowanie fake newsów stało się dzisiaj niezwykle skutecznym narzędziem wywierania wpływu, czy wręcz manipulowania, na opinię publiczną, a tym samym ma procesy polityczne. Systemy demokratyczne, są szczególnie narażone na tego typu działania. Stąd potrzeba przeciwdziałania” – podkreśla dr hab. Anna Visvizi, prof. SGH, kierownik Zakładu Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej Szkoły Głównej Handlowej, członkini zespołu DISSIMILAR Politechniki Warszawskiej, cytowana na stronie WEiTI PW.

Tłumaczy, że teraz uczestnicy projektu skupiają się na kwestiach społecznych pozwalających lepiej poznać mechanizmy powstawania i rozprzestrzeniania się nieprawdziwych informacji. „W kolejnej fazie projektu, w oparciu o najnowsze techniki wykorzystujące AI, zaprezentujemy metody przeciwdziałania rozprzestrzeniania się fake news” – dodaje prof. Visvizi.

Naukowcy Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej pracują nad narzędziami informatycznymi, które po uzupełnieniu danymi z międzynarodowych badań społecznych, będą stanowić sedno nowego oprogramowania walczącego z dezinformacją w mediach społecznościowych.

„Jesteśmy w trakcie opracowywania wirtualnej platformy, która posłuży do testowania mechanizmów znakowania wodnego, uczenia maszynowego i informatyki śledczej – a więc metod, którymi będziemy posługiwać się w walce z fake newsami. Na tej podstawie zbudujemy skuteczne narzędzie pozwalające w automatyczny sposób oddzielić nieprawdziwe informacje i blokować ich rozprzestrzenianie się” – wyjaśnia prof. Wojciech Mazurczyk z  Instytutu Informatyki PW kierujący polskim zespołem w projekcie DISSIMILAR.

Jak podkreślają naukowcy, rezultaty projektu mogą posłużyć nie tylko do walki z fake newsami. Techniki cyfrowego znakowania, a więc osadzenie tzw. znaków wodnych w chronionych treściach, które są niewidoczne i niesłyszalne, a ich usunięcie jest natychmiast dostrzegalne, mają też szansę sprawdzić się jako skuteczne narzędzie do ochrony praw autorskich dla twórców.

Projekt DISSIMILAR (Detection of fake newS on SocIal MedIa pLAtfoRms) realizowany jest przez trzy uczelnie Okayama University (Japonia), Fundació per a la Universitat Oberta de Catalunya (Hiszpania) oraz Politechnikę Warszawską (Polska).

opr. jka, źródło: Wydział Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej

Nie stawajmy po stronie Piłata – felieton JOLANTY HAJDASZ

Ile razy przez przywiązanie do własnej kariery, przez zamykanie oczu i odwracanie się od istoty problemu naśladujemy Piłata w swoim codziennym życiu nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

U progu najważniejszych dla katolików świąt myśli i refleksje biegną ku sprawom ponadczasowym, uniwersalnym, do tych odwiecznych pytań: kim jestem, po co żyję, dokąd zdążam? Trzeba je sobie stawiać nieustannie, bo z biegiem lat coraz bardziej wyraźnie staje przed naszymi oczami pustka duchowa współczesnego świata  i coraz bardziej wyraźnie, jasno i błyszcząco dostrzega się mądrość i prawdziwość Dekalogu i Ewangelii. Prawdy o Bogu, który umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Czy wystarczy nam rozumu, by dostrzec to wszystko w rzeczywistości po raz kolejny naznaczonej tak boleśnie wojną, przemocą i okrucieństwem?

Nie jest to łatwe w dzisiejszym  świecie, w którym króluje relatywizm i w którym wmawia się ludziom, że najważniejsze dobro to ich osobiste szczęście i  osobista samorealizacja. W świecie, w którym inni mają rację bytu, tylko wtedy, gdy podporządkowują się woli silniejszego, gdy nie kwestionują postanowień rządzących światem polityków czy globalnych korporacji, gdy przestrzegają prawa, przepisów konstytucji i poszczególnych ustaw, które wymyślili dla nich inni ludzie. Stworzyli też dogmat o państwie prawa, państwie opartym na tych przepisach ułożonych przez człowieka, które zapewnić ma nam wszystkim spokój, sprawiedliwość i bezpieczeństwo, jeśli tylko będziemy szanować tę zasadę.  Ale bez Wiary w Boga, bez oparciu się na odwiecznych i przez wieki sprawdzonych fundamentach ta doktryna o przestrzeganiu prawa jest niewiele warta. Ilustruje to boleśnie i bardzo wyraźnie to, co dzieje się dzisiaj za naszą wschodnią granicą. Na nic międzynarodowe traktaty, na nic podpisywane deklaracje o przestrzeganiu praw człowieka i na nic umowy, które rzekomo miały gwarantować pokój tym, którzy je podpisywali. Przychodzi zbrodniarz i cynicznie wykorzystuje naiwność tych, którzy wierzą w siłę podpisu na papierze, kpi sobie z traktatów i tych, którzy z nim prowadzili rozmowy i ustępowali mu ze względu na swoje zyski i chęć rządzenia innymi. Wojna u progu naszej wschodniej granicy jest jak ostrzeżenie dla każdego z nas, by w imię własnych interesów nigdy nie akceptować podłości, a zbrodnie nazywać po imieniu, nawet jeśli dotyczą tych, którzy mieszkają daleko od nas, a ci którzy je popełniają wydają się po ludzku o wiele silniejsi i potężniejsi.

W Wielki Piątek po raz kolejny karty Ewangelii przypominają nam najokrutniejszą zbrodnię sądową, jaką zna historia, wspominamy sędziego Piłata, który tę najokrutniejszą zbrodnię popełnił. Nie był zaślepiony jakąś ideologią, nie kierowała nim specjalna namiętność ani pożądanie bogactwa, nie chciał się przypodobać jakiejś Salome, ani innej kobiecie. Skazał na śmierć sprawiedliwego i niewinnego Człowieka, bo bał się utraty stanowiska, bał się konsekwencji tego, co miałoby się stać, gdyby się okazało, że za mało gorliwie przestrzega praw Cezara. Kierował nim strach przed potencjalnymi jedynie kłopotami, jakie mogłyby na niego spaść, gdyby odmówił wtedy kapłanom i podburzanym przez nich ludziom spełnienia ich żądania, gdyby przeciwstawił się powszechnie panującej opinii.

Postawa Piłata w naszych czasach jest niestety bardzo powszechna. Ilu z przywódców najbogatszych państw na świecie pozwala na codzienne skazywanie na śmierć bezbronnych i niewinnych, ilu milczy gdy w ich obecności podejmowane są wyroki oznaczające ból, cierpienie i nędzę innych, którzy niczym na taki los nie zasługują. Ile razy przez przywiązanie do własnej kariery, przez zamykanie oczu i odwracanie się od istoty  problemu naśladujemy Piłata w swoim codziennym życiu nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ile razy każdy z nas był świadkiem walki, a nawet męczeństwa innych i nie miał odwagi poprzeć ich choć jednym słowem, ile razy nie sprzeciwiliśmy się tym, którzy w naszym otoczeniu atakują Wiarę, Boga i ludzi Kościoła, ile razy wtedy milczałem ze strachu, by nie powiedzieć „nie” w swoim środowisku, ze strachu, że będę inni niż wszyscy, a oni wtedy ode mnie się odwrócą.  Jesteśmy bierni, gdy inni wykorzystują prawo do upowszechniania aborcji, eutanazji, rozwiązłości, czy seksualnych dewiacji, gdy bezpardonowo atakują Wierzących. To także nasza milcząca zgoda na podziały społeczne na biednych i coraz bardziej bogatych, to milczenie, gdy ktoś zabija niewinnych ludzi w innych częściach świata, a ktoś inny zamyka oczy na popełnioną w majestacie prawa zbrodnię polityczną. To wszystko to postawa Piłata, który dwa tysiące lat temu odwrócił wzrok i umył ręce skazując na śmierć Niewinnego. Skazując na śmierć Bożego Syna.

My Polacy stoimy dzisiaj w obliczu ogromnych wyzwań. Agresja Rosji na Ukrainę i jej konsekwencje to ciężar, jaki jest trudny do udźwignięcia nawet dla światowego mocarstwa, a co dopiero dla Polski z naszą historią i naszym położeniem geopolitycznym.  Już za chwilę, za moment pojawią się pytania, gdzie jest granica udzielania pomocy uciekającym przed bombami, gdzie jest granica pomocy militarnej czy gospodarczej i na co możemy sobie w obecnej sytuacji pozwolić, żeby broń Boże konflikt nie przeniósł się na tereny naszego kraju. Co robić, by się nie narazić możnym tego świata jeszcze bardziej. Obawy są zrozumiałe, ale ufam, że nam wszystkim wystarczy odwagi by stawić czoło przeciwnościom, odwagi, by nie okazać słabości i tchórzostwa. Przez męstwo, z jakim nasz Zbawiciel przyjął wyrok rzymskiego urzędnika, pamiętajmy, by nigdy nie stanąć po stronie Piłata i nigdy nie stać się sędziom, który skazuje nacierpienie i śmierć niewinnych i bezbronnych.

Czekamy na prawdę o Smoleńsku – rocznicowy felieton JOLANTY HAJDASZ

W cieniu okrutnej wojny na Ukrainie, która zapełnia ekrany naszych  komputerów i telewizorów coraz bardziej przerażającymi zdjęciami wojennych zbrodni obchodzimy po raz 12 rocznicę, tragedii, wobec której Polakowi nadal trudno pozostać obojętnym. 10 kwietnia 2010 rok.  12 rocznica  katastrofy smoleńskiej.

Mówię jak wielu  – katastrofy, choć wszystko wskazuje na to, iż tym właściwym słowem jest zamach. Zamach czyli działanie przestępcze mające na celu pozbawienie kogoś np. życia, majątku lub praw.  Kilka dni temu w różnych wywiadach powiedział to wprost prezes PiS  Jarosław Kaczyński  i  potwierdził, iż nie ma wątpliwości, że to był zamach, a decyzja o nim musiała zapaść na szczycie Kremla, w Rosji, choć w tym wypadku trudno o  dowody  procesowe. Jednak kolejne dokumenty w śledztwie, do których wicepremier Kaczyński miał dostęp jako osoba pokrzywdzona, uzupełniły ostatnie luki w wiedzy o przebiegu tragedii i pozwoliły złożyć wszystkie elementy w jeden spójny i przekonujący obraz.

To ważny przełom. Przez ostatnie lata otwarcie mówić o zamachu smoleńskim mogły tylko tzw. oszołomy lub emeryci, którzy pożegnali się z karierą zawodową i nie zamierzali kandydować na stanowiska wybieralne. Dla innych taki pogląd oznaczał kres kariery zawodowej i śmierć cywilną. Do roku 2015 dotyczyło to zwłaszcza dziennikarzy chyba wszystkich największych i najbardziej popularnych mediów. Tracili prace, tracili programy i możliwość publikacji. Znam nawet osobę , która straciła pracę na jednym z największych polskich uniwersytetów, po tym jak jeden z jej studentów miał u niej pisać pracę magisterską na wydawałoby się banalny temat –  jak ówczesna prasa i prawicowa, i lewicowa, opisywała smoleńską tragedię. Temat tabu. Lepiej nie poruszać, nie dociekać i nie stawiać żadnych niewygodnych pytań.

Od 12 lat wszyscy czekamy na prawdę o Smoleńsku. Im dalej od katastrofy, tym trudniej rozwiać wątpliwości. Dlaczego Amerykanie nie pomogli nam w śledztwie choć w katastrofie zginęło  5 generałów NATO, dlaczego na pogrzebie polskiego prezydenta nie było przywódców Unii Europejskiej – oficjalnie uniemożliwił im to wybuch wulkanu na Islandii, ale w jego zadziwiające właściwości unieruchamiające samoloty na całym świecie chyba już nikt nie wierzy i nawet o tym nie wspomina. Zresztą z każdego krańca Europy da się przecież dojechać samochodem lub pociągiem. Ówczesny premier Donald Tusk nie wypowiadał się oficjalnie przez 18 dni po katastrofie smoleńskiej, z rodzinami ofiar po raz pierwszy spotkał się dopiero jesienią, więc znowu to pytanie – dlaczego? Czego i kogo się obawiał?

Dlaczego  wciąż u nas oficjalnie obowiązuje raport sowieckiej komisji Anodiny i jej odpowiednika Jerzego Millera o „błędzie pilotów” i „uderzeniu samolotu w brzozę” – Wikipedia najpopularniejsza w internecie encyklopedia także i dzisiaj  udowadnia, że był to wypadek, że to piloci próbowali wylądować na lotnisku Smoleńsk – Siewiernyj  w gęstej mgle, a  samolot schodził znacznie poniżej normalnej ścieżki podejścia, aż uderzył w drzewa, co spowodowało że uderzył w ziemię, bo  załoga nie przeprowadziła podejścia w bezpieczny sposób w danych warunkach pogodowych. Ta sama wikipedia słowo zamach jako przyczynę tego rzekomego wypadku smoleńskiego wkłada przy tym pod hasło „teorie spiskowe” promowane przez dwie osoby – obok Jarosława Kaczyńskiego wymieniane jest jeszcze jedynie nazwisko pana Antoniego Macierewicza. Już samo użycie tych słów „teorie spiskowe” ma nie pozwalać na poważne potraktowanie tezy o zamachu i w ogóle świadomym działaniu tzw. osób trzecich w Smoleńsku. Dochodzenia polskie i międzynarodowe nie znalazły żadnych dowodów potwierdzających  tezę o zamachu w Smoleńsku  – przeczyta dziś jeszcze każdy uczeń i każdy student, jeśli w ogóle szukać będzie wiedzy na ten temat. Nie znajdzie tam jednak informacji o najbardziej tajemniczym elemencie smoleńskiej katastrofy – niewyjaśnionych samobójstwach  i niecodziennych nagłych zgonach osób mających unikatową wiedzę na jej temat lub osób związanych z jej poszukiwaniem . Jest takich zgonów po 2010 roku  co najmniej kilkanaście, w ostatnich dniach opinia publiczna została po raz kolejny zelektryzowana informacją,  iż nagle zmarł prokurator Marek Pasionek, który w  2010 r. nadzorował śledztwo w sprawie katastrofy samolotu Tu-154 w Smoleńsku i którego wtedy od tych czynności odsunięto, a który wrócił do swej pracy w 2016 r i m.in. nadzorował ekshumacje ofiar katastrofy smoleńskiej – to on mimo medialnej nagonki potwierdził publicznie iż w dwóch przypadkach doszło do zamiany ciał i generalnie śledczy znaleźli 69 szczątków ludzkich, pochodzących od 26 osób, w trumnach innych ofiar katastrofy,  a w trumnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego znaleziono fragmenty ciał dwóch innych osób.

Może to jedynie tragiczny zbieg okoliczności, ale w wypadku katastrofy smoleńskiej nic nie jest pewne ani wykluczone. Więc nadal czekamy i nadal więcej mamy pytań niż odpowiedzi.

Chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden element tragedii z 10 kwietnia 2010 roku – czyli wskazać przyczynę tego, że Prezydent Lech Kaczyński chciał polecieć do Katynia z taką dużą delegacją. Stało się tak dlatego, że w Polsce zaczęto kwestionować to, że w Katyniu dokonano ludobójstwa. W tym czasie  Platforma Obywatelska w ramach ogólnego planu porozumienia się z Rosją kwestionowała taką twardą tezę, że  Katyń jest przykładem ludobójstwa, więc prezydent Lech Kaczyński leciał tam wtedy dokładnie po to, żeby przypomnieć światu , że zamordowanie polskich oficerów w Katyniu przez Sowietów  to była zbrodnia ludobójstwa. Ta symbolika do dziś jest porażająca, jak wysoką cenę przyszło zapłacić wszystkim , którzy przyjęli zaproszenie Prezydenta RP do udziału w uroczystościach 70 rocznicy zbrodni katyńskiej.

Dziś cały świat codziennie może się przekonać do czego nadal zdolna jest Rosja, może zobaczyć na własne oczy okrucieństwo, bezwzględność i brutalność jej żołnierzy. Widząc to przestaje się mieć wątpliwości, że tej kraj byłby w stanie przeprowadzić zamach na Prezydenta innego państwa. Mam nadzieję, że w tych dniach pojawią się nowe informacje i przekonamy się, czy jesteśmy bliżej definitywnego rozstrzygnięcia – czy była to smoleńska katastrofa czy może jednak zamach,  brutalne i z premedytacją zaplanowane morderstwo polskiej elity.

Zapowiedź zakończenia „procesu ochroniarzy” w sprawie dotyczącej zabójstwa red. Jarosława Ziętary

Zbliża się zakończenie „procesu ochroniarzy”  w sprawie dotyczącej zabójstwa redaktora Jarosława Ziętary. Na rozprawie 13 maja ma zostać zamknięty przewód sądowy,  a strony zostały poproszone o przygotowanie na tę rozprawę mów końcowych.  Sławomir Szymański, sędzia sprawozdawca w tym procesie, zapowiedział także,  że być może uda się wówczas ogłosić wyrok w tej sprawie.

 28 marca br. w poznańskim Sądzie Okręgowym odbyła się prawdopodobnie jedna z ostatnich rozpraw w procesie, w którym oskarża się Mirosława R. pseudonim Ryba oraz Dariusza L. pseudonim Lala o  uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Gazety Poznańskiej Jarosława Ziętary. Oskarżeni to byli ochroniarze nieistniejącego już holdingu Elektromis. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.  Proces trwa czwarty rok.  Od  początku czyli od 2019 r. jest objęty obserwacją Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w imieniu którego w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

Tego dnia przed sądem zeznawało dwóch świadków. Pierwszy to odbywający karę pozbawienia wolności, 66 letni świadek incognito. Wypowiedź mężczyzny słyszana była za pośrednictwem telefonu, a głos był zniekształcony przez modulator. Przesłuchanie odbyło się bez wizji. Świadek stwierdził, że o Jarosławie Ziętarze wiedzę pozyskał od Aleksandra Gawronika w latach 2003 do 2005.

— Byłego senatora poznałem w areszcie śledczym w Katowicach. Razem chodziliśmy na spacery, dużo rozmawialiśmy. Sens jego wypowiedzi był taki, że to on zlecił porwanie dziennikarza. Porwania miał dokonać Mirosław R., ochroniarz z Elektromisu.

Według świadka, właściciel pierwszych kantorów w Polsce, twierdził, że bez jego wiedzy żadne interesy w Poznaniu nie mogły się odbywać. Jednak więźniowie uważali go za konfabulanta, który się przechwalał, że wszystko miał i wszystko wie. Zdarzało się też, że udowadniano Gawronikowi, iż w danym czasie nie mógł mieć konkretnej marki samochodu, bo jej jeszcze nie było na rynku.  Świadek mówił nie tylko o zbrodni na Ziętarze, ale także o zagadkowym zgonie trzeciego ochroniarza z Elektromisu Romana K. o pseudonimie Kapela, który również miał brać udział w porwaniu dziennikarza. Opowiedział także o okolicznościach kupna domu przez oskarżonego Rybę. Jako druga zeznawała wdowa po dziennikarzu Zbigniewie Szymańskim, który podpisywał się pseudonimem „Żuk”. 88 letnia kobieta stwierdziła, że nie pamięta szczegółów sprawy zniknięcia Jarosława Ziętary, wcześniejsze zdarzenia też już zatarł czas, a wszystkie dokumenty, które zostały po zmarłym mężu spaliła i nie ma już do czego sięgnąć.  

Na zakończenie rozprawy o głos poprosił oskarżony Mirosław R., który stwierdził, że  wszystko co mówił świadek incognito jest nieprawdą. Domyślam się kto to jest. To były policjant, teraz kryminalista i zakała policji. Nigdy nie rozmawiałem z Gawronikiem i nie znam go osobiście do dziś. Dom, o którym była mowa w zeznaniach zakupiłem sprzedając mieszkanie własnościowe i mercedesa.

Na koniec tej rozprawy sąd zapowiedział, że proces oskarżonych „Lali” i „Ryby” zmierza ku końcowi. Kolejna rozprawa zaplanowana jest na 13 maja, wówczas mają zostać wygłoszone mowy końcowe, być może zapadnie również wyrok.


Według krakowskiej prokuratury, 24-letni dziennikarz Jarosław Ziętara został porwany 1 września 1992 r. Rano wyszedł do pracy w redakcji „Gazety Poznańskiej” i nigdy do niej nie dotarł. Porywaczami, według śledczych, byli trzej ochroniarze potężnej wówczas firmy Elektromis o pseudonimach;  Ryba, Kapela i Lala. Mężczyźni, którzy mieli być przebrani za policjantów, podjechali samochodem podobnym do radiowozu, do którego miał wsiąść Ziętara. Następnie porywacze mieli przekazać Ziętarę nieustalonym zabójcom. Ryba i Kapela po tym jak skończyli karierę judoków w milicyjnym klubie sportowym „Olimpia”, przez pewien czas służyli w milicji, a potem w policji. Ciała zamordowanego dziennikarza do tej pory nie udało się odszukać. W 1999 r. Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego.

Miesiąc temu,  24 lutego br. w procesie Aleksandra Gawronika, poznański Sąd Okręgowy uniewinnił go od oskarżeń prokuratury. Wyrok jest nieprawomocny, prokurator Piotr Kosmaty zapowiedział złożenie apelacji.