Naukowcy z Politechniki Warszawskiej tworzą algorytmy, które pomogą walczyć z fake newsami

W ramach międzynarodowego projektu DISSIMILAR naukowcy Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej, budują algorytmy wykorzystujące sztuczną inteligencję, które mają zapobiegać rozprzestrzenianiu się fake newsów.

Media społecznościowe stały się dziś głównym źródłem informacji na całym świecie. Niestety, jak przypominają na swojej stronie internetowej pracownicy Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej, media społecznościowe nie mają wbudowanych narzędzi weryfikujących prawdziwość przekazywanych wiadomości. Tym samym, opinia publiczna jest często kształtowana przez nieprawdziwe informacje. Coraz częściej są to działania celowe, stanowiące element wojny hybrydowej.

„Dezinformacja stanowi szczególny rodzaj zagrożenia, ponieważ wpływa bezpośrednio na opinię publiczną kształtując określone nastawienie wokół newralgicznych wydarzeń i zagadnień, takich jak cena energii, aneksja Krymu, wojna na Ukrainie itd. Strategiczne generowanie fake newsów stało się dzisiaj niezwykle skutecznym narzędziem wywierania wpływu, czy wręcz manipulowania, na opinię publiczną, a tym samym ma procesy polityczne. Systemy demokratyczne, są szczególnie narażone na tego typu działania. Stąd potrzeba przeciwdziałania” – podkreśla dr hab. Anna Visvizi, prof. SGH, kierownik Zakładu Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej Szkoły Głównej Handlowej, członkini zespołu DISSIMILAR Politechniki Warszawskiej, cytowana na stronie WEiTI PW.

Tłumaczy, że teraz uczestnicy projektu skupiają się na kwestiach społecznych pozwalających lepiej poznać mechanizmy powstawania i rozprzestrzeniania się nieprawdziwych informacji. „W kolejnej fazie projektu, w oparciu o najnowsze techniki wykorzystujące AI, zaprezentujemy metody przeciwdziałania rozprzestrzeniania się fake news” – dodaje prof. Visvizi.

Naukowcy Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej pracują nad narzędziami informatycznymi, które po uzupełnieniu danymi z międzynarodowych badań społecznych, będą stanowić sedno nowego oprogramowania walczącego z dezinformacją w mediach społecznościowych.

„Jesteśmy w trakcie opracowywania wirtualnej platformy, która posłuży do testowania mechanizmów znakowania wodnego, uczenia maszynowego i informatyki śledczej – a więc metod, którymi będziemy posługiwać się w walce z fake newsami. Na tej podstawie zbudujemy skuteczne narzędzie pozwalające w automatyczny sposób oddzielić nieprawdziwe informacje i blokować ich rozprzestrzenianie się” – wyjaśnia prof. Wojciech Mazurczyk z  Instytutu Informatyki PW kierujący polskim zespołem w projekcie DISSIMILAR.

Jak podkreślają naukowcy, rezultaty projektu mogą posłużyć nie tylko do walki z fake newsami. Techniki cyfrowego znakowania, a więc osadzenie tzw. znaków wodnych w chronionych treściach, które są niewidoczne i niesłyszalne, a ich usunięcie jest natychmiast dostrzegalne, mają też szansę sprawdzić się jako skuteczne narzędzie do ochrony praw autorskich dla twórców.

Projekt DISSIMILAR (Detection of fake newS on SocIal MedIa pLAtfoRms) realizowany jest przez trzy uczelnie Okayama University (Japonia), Fundació per a la Universitat Oberta de Catalunya (Hiszpania) oraz Politechnikę Warszawską (Polska).

opr. jka, źródło: Wydział Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej

Nie stawajmy po stronie Piłata – felieton JOLANTY HAJDASZ

Ile razy przez przywiązanie do własnej kariery, przez zamykanie oczu i odwracanie się od istoty problemu naśladujemy Piłata w swoim codziennym życiu nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

U progu najważniejszych dla katolików świąt myśli i refleksje biegną ku sprawom ponadczasowym, uniwersalnym, do tych odwiecznych pytań: kim jestem, po co żyję, dokąd zdążam? Trzeba je sobie stawiać nieustannie, bo z biegiem lat coraz bardziej wyraźnie staje przed naszymi oczami pustka duchowa współczesnego świata  i coraz bardziej wyraźnie, jasno i błyszcząco dostrzega się mądrość i prawdziwość Dekalogu i Ewangelii. Prawdy o Bogu, który umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Czy wystarczy nam rozumu, by dostrzec to wszystko w rzeczywistości po raz kolejny naznaczonej tak boleśnie wojną, przemocą i okrucieństwem?

Nie jest to łatwe w dzisiejszym  świecie, w którym króluje relatywizm i w którym wmawia się ludziom, że najważniejsze dobro to ich osobiste szczęście i  osobista samorealizacja. W świecie, w którym inni mają rację bytu, tylko wtedy, gdy podporządkowują się woli silniejszego, gdy nie kwestionują postanowień rządzących światem polityków czy globalnych korporacji, gdy przestrzegają prawa, przepisów konstytucji i poszczególnych ustaw, które wymyślili dla nich inni ludzie. Stworzyli też dogmat o państwie prawa, państwie opartym na tych przepisach ułożonych przez człowieka, które zapewnić ma nam wszystkim spokój, sprawiedliwość i bezpieczeństwo, jeśli tylko będziemy szanować tę zasadę.  Ale bez Wiary w Boga, bez oparciu się na odwiecznych i przez wieki sprawdzonych fundamentach ta doktryna o przestrzeganiu prawa jest niewiele warta. Ilustruje to boleśnie i bardzo wyraźnie to, co dzieje się dzisiaj za naszą wschodnią granicą. Na nic międzynarodowe traktaty, na nic podpisywane deklaracje o przestrzeganiu praw człowieka i na nic umowy, które rzekomo miały gwarantować pokój tym, którzy je podpisywali. Przychodzi zbrodniarz i cynicznie wykorzystuje naiwność tych, którzy wierzą w siłę podpisu na papierze, kpi sobie z traktatów i tych, którzy z nim prowadzili rozmowy i ustępowali mu ze względu na swoje zyski i chęć rządzenia innymi. Wojna u progu naszej wschodniej granicy jest jak ostrzeżenie dla każdego z nas, by w imię własnych interesów nigdy nie akceptować podłości, a zbrodnie nazywać po imieniu, nawet jeśli dotyczą tych, którzy mieszkają daleko od nas, a ci którzy je popełniają wydają się po ludzku o wiele silniejsi i potężniejsi.

W Wielki Piątek po raz kolejny karty Ewangelii przypominają nam najokrutniejszą zbrodnię sądową, jaką zna historia, wspominamy sędziego Piłata, który tę najokrutniejszą zbrodnię popełnił. Nie był zaślepiony jakąś ideologią, nie kierowała nim specjalna namiętność ani pożądanie bogactwa, nie chciał się przypodobać jakiejś Salome, ani innej kobiecie. Skazał na śmierć sprawiedliwego i niewinnego Człowieka, bo bał się utraty stanowiska, bał się konsekwencji tego, co miałoby się stać, gdyby się okazało, że za mało gorliwie przestrzega praw Cezara. Kierował nim strach przed potencjalnymi jedynie kłopotami, jakie mogłyby na niego spaść, gdyby odmówił wtedy kapłanom i podburzanym przez nich ludziom spełnienia ich żądania, gdyby przeciwstawił się powszechnie panującej opinii.

Postawa Piłata w naszych czasach jest niestety bardzo powszechna. Ilu z przywódców najbogatszych państw na świecie pozwala na codzienne skazywanie na śmierć bezbronnych i niewinnych, ilu milczy gdy w ich obecności podejmowane są wyroki oznaczające ból, cierpienie i nędzę innych, którzy niczym na taki los nie zasługują. Ile razy przez przywiązanie do własnej kariery, przez zamykanie oczu i odwracanie się od istoty  problemu naśladujemy Piłata w swoim codziennym życiu nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ile razy każdy z nas był świadkiem walki, a nawet męczeństwa innych i nie miał odwagi poprzeć ich choć jednym słowem, ile razy nie sprzeciwiliśmy się tym, którzy w naszym otoczeniu atakują Wiarę, Boga i ludzi Kościoła, ile razy wtedy milczałem ze strachu, by nie powiedzieć „nie” w swoim środowisku, ze strachu, że będę inni niż wszyscy, a oni wtedy ode mnie się odwrócą.  Jesteśmy bierni, gdy inni wykorzystują prawo do upowszechniania aborcji, eutanazji, rozwiązłości, czy seksualnych dewiacji, gdy bezpardonowo atakują Wierzących. To także nasza milcząca zgoda na podziały społeczne na biednych i coraz bardziej bogatych, to milczenie, gdy ktoś zabija niewinnych ludzi w innych częściach świata, a ktoś inny zamyka oczy na popełnioną w majestacie prawa zbrodnię polityczną. To wszystko to postawa Piłata, który dwa tysiące lat temu odwrócił wzrok i umył ręce skazując na śmierć Niewinnego. Skazując na śmierć Bożego Syna.

My Polacy stoimy dzisiaj w obliczu ogromnych wyzwań. Agresja Rosji na Ukrainę i jej konsekwencje to ciężar, jaki jest trudny do udźwignięcia nawet dla światowego mocarstwa, a co dopiero dla Polski z naszą historią i naszym położeniem geopolitycznym.  Już za chwilę, za moment pojawią się pytania, gdzie jest granica udzielania pomocy uciekającym przed bombami, gdzie jest granica pomocy militarnej czy gospodarczej i na co możemy sobie w obecnej sytuacji pozwolić, żeby broń Boże konflikt nie przeniósł się na tereny naszego kraju. Co robić, by się nie narazić możnym tego świata jeszcze bardziej. Obawy są zrozumiałe, ale ufam, że nam wszystkim wystarczy odwagi by stawić czoło przeciwnościom, odwagi, by nie okazać słabości i tchórzostwa. Przez męstwo, z jakim nasz Zbawiciel przyjął wyrok rzymskiego urzędnika, pamiętajmy, by nigdy nie stanąć po stronie Piłata i nigdy nie stać się sędziom, który skazuje nacierpienie i śmierć niewinnych i bezbronnych.

Czekamy na prawdę o Smoleńsku – rocznicowy felieton JOLANTY HAJDASZ

W cieniu okrutnej wojny na Ukrainie, która zapełnia ekrany naszych  komputerów i telewizorów coraz bardziej przerażającymi zdjęciami wojennych zbrodni obchodzimy po raz 12 rocznicę, tragedii, wobec której Polakowi nadal trudno pozostać obojętnym. 10 kwietnia 2010 rok.  12 rocznica  katastrofy smoleńskiej.

Mówię jak wielu  – katastrofy, choć wszystko wskazuje na to, iż tym właściwym słowem jest zamach. Zamach czyli działanie przestępcze mające na celu pozbawienie kogoś np. życia, majątku lub praw.  Kilka dni temu w różnych wywiadach powiedział to wprost prezes PiS  Jarosław Kaczyński  i  potwierdził, iż nie ma wątpliwości, że to był zamach, a decyzja o nim musiała zapaść na szczycie Kremla, w Rosji, choć w tym wypadku trudno o  dowody  procesowe. Jednak kolejne dokumenty w śledztwie, do których wicepremier Kaczyński miał dostęp jako osoba pokrzywdzona, uzupełniły ostatnie luki w wiedzy o przebiegu tragedii i pozwoliły złożyć wszystkie elementy w jeden spójny i przekonujący obraz.

To ważny przełom. Przez ostatnie lata otwarcie mówić o zamachu smoleńskim mogły tylko tzw. oszołomy lub emeryci, którzy pożegnali się z karierą zawodową i nie zamierzali kandydować na stanowiska wybieralne. Dla innych taki pogląd oznaczał kres kariery zawodowej i śmierć cywilną. Do roku 2015 dotyczyło to zwłaszcza dziennikarzy chyba wszystkich największych i najbardziej popularnych mediów. Tracili prace, tracili programy i możliwość publikacji. Znam nawet osobę , która straciła pracę na jednym z największych polskich uniwersytetów, po tym jak jeden z jej studentów miał u niej pisać pracę magisterską na wydawałoby się banalny temat –  jak ówczesna prasa i prawicowa, i lewicowa, opisywała smoleńską tragedię. Temat tabu. Lepiej nie poruszać, nie dociekać i nie stawiać żadnych niewygodnych pytań.

Od 12 lat wszyscy czekamy na prawdę o Smoleńsku. Im dalej od katastrofy, tym trudniej rozwiać wątpliwości. Dlaczego Amerykanie nie pomogli nam w śledztwie choć w katastrofie zginęło  5 generałów NATO, dlaczego na pogrzebie polskiego prezydenta nie było przywódców Unii Europejskiej – oficjalnie uniemożliwił im to wybuch wulkanu na Islandii, ale w jego zadziwiające właściwości unieruchamiające samoloty na całym świecie chyba już nikt nie wierzy i nawet o tym nie wspomina. Zresztą z każdego krańca Europy da się przecież dojechać samochodem lub pociągiem. Ówczesny premier Donald Tusk nie wypowiadał się oficjalnie przez 18 dni po katastrofie smoleńskiej, z rodzinami ofiar po raz pierwszy spotkał się dopiero jesienią, więc znowu to pytanie – dlaczego? Czego i kogo się obawiał?

Dlaczego  wciąż u nas oficjalnie obowiązuje raport sowieckiej komisji Anodiny i jej odpowiednika Jerzego Millera o „błędzie pilotów” i „uderzeniu samolotu w brzozę” – Wikipedia najpopularniejsza w internecie encyklopedia także i dzisiaj  udowadnia, że był to wypadek, że to piloci próbowali wylądować na lotnisku Smoleńsk – Siewiernyj  w gęstej mgle, a  samolot schodził znacznie poniżej normalnej ścieżki podejścia, aż uderzył w drzewa, co spowodowało że uderzył w ziemię, bo  załoga nie przeprowadziła podejścia w bezpieczny sposób w danych warunkach pogodowych. Ta sama wikipedia słowo zamach jako przyczynę tego rzekomego wypadku smoleńskiego wkłada przy tym pod hasło „teorie spiskowe” promowane przez dwie osoby – obok Jarosława Kaczyńskiego wymieniane jest jeszcze jedynie nazwisko pana Antoniego Macierewicza. Już samo użycie tych słów „teorie spiskowe” ma nie pozwalać na poważne potraktowanie tezy o zamachu i w ogóle świadomym działaniu tzw. osób trzecich w Smoleńsku. Dochodzenia polskie i międzynarodowe nie znalazły żadnych dowodów potwierdzających  tezę o zamachu w Smoleńsku  – przeczyta dziś jeszcze każdy uczeń i każdy student, jeśli w ogóle szukać będzie wiedzy na ten temat. Nie znajdzie tam jednak informacji o najbardziej tajemniczym elemencie smoleńskiej katastrofy – niewyjaśnionych samobójstwach  i niecodziennych nagłych zgonach osób mających unikatową wiedzę na jej temat lub osób związanych z jej poszukiwaniem . Jest takich zgonów po 2010 roku  co najmniej kilkanaście, w ostatnich dniach opinia publiczna została po raz kolejny zelektryzowana informacją,  iż nagle zmarł prokurator Marek Pasionek, który w  2010 r. nadzorował śledztwo w sprawie katastrofy samolotu Tu-154 w Smoleńsku i którego wtedy od tych czynności odsunięto, a który wrócił do swej pracy w 2016 r i m.in. nadzorował ekshumacje ofiar katastrofy smoleńskiej – to on mimo medialnej nagonki potwierdził publicznie iż w dwóch przypadkach doszło do zamiany ciał i generalnie śledczy znaleźli 69 szczątków ludzkich, pochodzących od 26 osób, w trumnach innych ofiar katastrofy,  a w trumnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego znaleziono fragmenty ciał dwóch innych osób.

Może to jedynie tragiczny zbieg okoliczności, ale w wypadku katastrofy smoleńskiej nic nie jest pewne ani wykluczone. Więc nadal czekamy i nadal więcej mamy pytań niż odpowiedzi.

Chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden element tragedii z 10 kwietnia 2010 roku – czyli wskazać przyczynę tego, że Prezydent Lech Kaczyński chciał polecieć do Katynia z taką dużą delegacją. Stało się tak dlatego, że w Polsce zaczęto kwestionować to, że w Katyniu dokonano ludobójstwa. W tym czasie  Platforma Obywatelska w ramach ogólnego planu porozumienia się z Rosją kwestionowała taką twardą tezę, że  Katyń jest przykładem ludobójstwa, więc prezydent Lech Kaczyński leciał tam wtedy dokładnie po to, żeby przypomnieć światu , że zamordowanie polskich oficerów w Katyniu przez Sowietów  to była zbrodnia ludobójstwa. Ta symbolika do dziś jest porażająca, jak wysoką cenę przyszło zapłacić wszystkim , którzy przyjęli zaproszenie Prezydenta RP do udziału w uroczystościach 70 rocznicy zbrodni katyńskiej.

Dziś cały świat codziennie może się przekonać do czego nadal zdolna jest Rosja, może zobaczyć na własne oczy okrucieństwo, bezwzględność i brutalność jej żołnierzy. Widząc to przestaje się mieć wątpliwości, że tej kraj byłby w stanie przeprowadzić zamach na Prezydenta innego państwa. Mam nadzieję, że w tych dniach pojawią się nowe informacje i przekonamy się, czy jesteśmy bliżej definitywnego rozstrzygnięcia – czy była to smoleńska katastrofa czy może jednak zamach,  brutalne i z premedytacją zaplanowane morderstwo polskiej elity.

Zapowiedź zakończenia „procesu ochroniarzy” w sprawie dotyczącej zabójstwa red. Jarosława Ziętary

Zbliża się zakończenie „procesu ochroniarzy”  w sprawie dotyczącej zabójstwa redaktora Jarosława Ziętary. Na rozprawie 13 maja ma zostać zamknięty przewód sądowy,  a strony zostały poproszone o przygotowanie na tę rozprawę mów końcowych.  Sławomir Szymański, sędzia sprawozdawca w tym procesie, zapowiedział także,  że być może uda się wówczas ogłosić wyrok w tej sprawie.

 28 marca br. w poznańskim Sądzie Okręgowym odbyła się prawdopodobnie jedna z ostatnich rozpraw w procesie, w którym oskarża się Mirosława R. pseudonim Ryba oraz Dariusza L. pseudonim Lala o  uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Gazety Poznańskiej Jarosława Ziętary. Oskarżeni to byli ochroniarze nieistniejącego już holdingu Elektromis. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.  Proces trwa czwarty rok.  Od  początku czyli od 2019 r. jest objęty obserwacją Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w imieniu którego w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

Tego dnia przed sądem zeznawało dwóch świadków. Pierwszy to odbywający karę pozbawienia wolności, 66 letni świadek incognito. Wypowiedź mężczyzny słyszana była za pośrednictwem telefonu, a głos był zniekształcony przez modulator. Przesłuchanie odbyło się bez wizji. Świadek stwierdził, że o Jarosławie Ziętarze wiedzę pozyskał od Aleksandra Gawronika w latach 2003 do 2005.

— Byłego senatora poznałem w areszcie śledczym w Katowicach. Razem chodziliśmy na spacery, dużo rozmawialiśmy. Sens jego wypowiedzi był taki, że to on zlecił porwanie dziennikarza. Porwania miał dokonać Mirosław R., ochroniarz z Elektromisu.

Według świadka, właściciel pierwszych kantorów w Polsce, twierdził, że bez jego wiedzy żadne interesy w Poznaniu nie mogły się odbywać. Jednak więźniowie uważali go za konfabulanta, który się przechwalał, że wszystko miał i wszystko wie. Zdarzało się też, że udowadniano Gawronikowi, iż w danym czasie nie mógł mieć konkretnej marki samochodu, bo jej jeszcze nie było na rynku.  Świadek mówił nie tylko o zbrodni na Ziętarze, ale także o zagadkowym zgonie trzeciego ochroniarza z Elektromisu Romana K. o pseudonimie Kapela, który również miał brać udział w porwaniu dziennikarza. Opowiedział także o okolicznościach kupna domu przez oskarżonego Rybę. Jako druga zeznawała wdowa po dziennikarzu Zbigniewie Szymańskim, który podpisywał się pseudonimem „Żuk”. 88 letnia kobieta stwierdziła, że nie pamięta szczegółów sprawy zniknięcia Jarosława Ziętary, wcześniejsze zdarzenia też już zatarł czas, a wszystkie dokumenty, które zostały po zmarłym mężu spaliła i nie ma już do czego sięgnąć.  

Na zakończenie rozprawy o głos poprosił oskarżony Mirosław R., który stwierdził, że  wszystko co mówił świadek incognito jest nieprawdą. Domyślam się kto to jest. To były policjant, teraz kryminalista i zakała policji. Nigdy nie rozmawiałem z Gawronikiem i nie znam go osobiście do dziś. Dom, o którym była mowa w zeznaniach zakupiłem sprzedając mieszkanie własnościowe i mercedesa.

Na koniec tej rozprawy sąd zapowiedział, że proces oskarżonych „Lali” i „Ryby” zmierza ku końcowi. Kolejna rozprawa zaplanowana jest na 13 maja, wówczas mają zostać wygłoszone mowy końcowe, być może zapadnie również wyrok.


Według krakowskiej prokuratury, 24-letni dziennikarz Jarosław Ziętara został porwany 1 września 1992 r. Rano wyszedł do pracy w redakcji „Gazety Poznańskiej” i nigdy do niej nie dotarł. Porywaczami, według śledczych, byli trzej ochroniarze potężnej wówczas firmy Elektromis o pseudonimach;  Ryba, Kapela i Lala. Mężczyźni, którzy mieli być przebrani za policjantów, podjechali samochodem podobnym do radiowozu, do którego miał wsiąść Ziętara. Następnie porywacze mieli przekazać Ziętarę nieustalonym zabójcom. Ryba i Kapela po tym jak skończyli karierę judoków w milicyjnym klubie sportowym „Olimpia”, przez pewien czas służyli w milicji, a potem w policji. Ciała zamordowanego dziennikarza do tej pory nie udało się odszukać. W 1999 r. Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego.

Miesiąc temu,  24 lutego br. w procesie Aleksandra Gawronika, poznański Sąd Okręgowy uniewinnił go od oskarżeń prokuratury. Wyrok jest nieprawomocny, prokurator Piotr Kosmaty zapowiedział złożenie apelacji.

Ukraiński dziennikarz Maksym Łewin został zabity przez rosyjskich żołnierzy

Maksym Łewin, dziennikarz i fotoreporter, którzy zaginął na linii frontu w obwodzie kijowskim, nie żyje – poinformował szef biura prezydenta Ukrainy, Andrij Jermak. Prokuratura Ukrainy oświadczyła, że Łewina zabili rosyjscy żołnierze.

„Zginął zawodowy fotograf i dziennikarz Maks Łewin. Zaginął 13 marca w strefie działań bojowych w obwodzie kijowskim. 1 kwietnia jego ciało znaleziono niedaleko wsi Huta Meżyhirska. Jest mi bardzo smutno, współczuję jego żonie i dzieciom” – napisał Jermak w sobotę na komunikatorze Telegram.

Później prokuratura generalna oświadczyła, że dziennikarz został zabity przez rosyjskich żołnierzy i że wszczęto w tej sprawie postępowanie. Według wstępnych ustaleń Łewin zginął od dwóch strzałów z broni ostrej. Dziennikarz nie był uzbrojony.

13 marca, po zaginięciu Łewina, informowano, że miał on udać się prywatnym samochodem na linię frontu, a następnie pozostawić auto w okolicach Huty Meżyhirskiej. Na terenie gdzie przebywał dziennikarz prowadzono w tym czasie intensywne działania wojenne.

Maksym Łewin był fotoreporterem i dokumentalistą, współpracującym m.in. z agencjami Reuters i Associated Press, a także BBC, turecką korporacją medialną TRT World i ukraińską telewizją internetową Hromadske. Miał 41 lat.

opr. jka, źródło: pap.pl

 

WALTER ALTERMANN: Chamizacja języka publicznego, czyli przykre koszty demokracji 

Przed wejściem do sklepu dwie młode kobiety, obie z dziecięcymi wózkami. W jednym wózku niemowlak, w drugim dwulatek. Kobiety rozmawiają, a ja ulegam wzruszeniu – że Matki Polki, że ładne dzieci, że polityka prorodzinna jest dobra… Naraz jedna z kobiet mówi: „I ty sobie wyobraź, że ten ch… mówi, żebym pier…nęła wszystko i zrobiła mu kolację”. Na to druga z oburzeniem: „To sk…. jeb…”. 

Przepraszam za neologizm w tytule, ale nie znalazłem bardziej odpowiedniego słowa – niż „chamizacja” – do tego, o czym będzie poniżej. A będzie o języku codziennym i języku debaty publicznej w Polsce. Z miesiąca na miesiąc nasz język ulega ohydnemu zepsuciu i degradacji. Miejsce słów, zwrotów i fraz przyjmowanych dotychczas za eleganckie, zajmuje retoryka i słownictwo prostackie, a mówiąc wprost – chamskie.

W dawnych czasach za używanie takich słów, jakich używały te dwie matki, można było zapłacić słony mandat – nawet 500 zł. Dzisiaj nikt już nie zwraca na to uwagi. I ludzie nie wstydzą się już mówić w miejscach publicznych językiem rynsztokowym.

Powiedzmy szczerze – przekleństwa i wulgaryzmy w naszym języku istniały, istnieją i będą istniały. Człowiek wzburzony, poruszony sięga po słowa, które pomagają mu wyładować gniew i frustrację. Teraz jednak wszystkie te prymitywne słówka stały się normalnymi słowami. I mało kto się ich wstydzi.

W dawnych latach, w latach mojej młodości, obowiązywała jeszcze norma kultury inteligencji. Wtedy nie uchodziło rzucać mięsem przy kobietach. Młodzież licealna i studenci również trzymali poziom. Owszem czasami ktoś „rzucił mięsem”, ale nie za często. Młodzi ludzie, którzy chcieli społecznie awansować wzorowali się na „inteligentach starej daty”. Jakie wzorce kultury języka ma dzisiejszy nastolatek? Przede wszystkim mówi tak jak mówią jego rodzice. Dlatego, z pewnością, te dwa urocze maluchy z wózków będą używały wulgaryzmów, których używają ich matki i ojcowie. Potem jednak pójdą do szkół, napotkają nauczycieli, którzy mówią kulturalnie, potem praca, w której już może być różnie… Myślę, że te dzieciaki mają małe szanse, żeby przejść o stopień wyżej w kulturze. Przestał bowiem działać wzorzec pozytywnej normy. A krócej mówiąc – chamiejemy na potęgę.

Media społecznościowe

Mediach społecznościowe, takie jak Facebook, Instagram i Twitter zalane są chamstwem. Język pijaczków z połowy XX wieku, jest – przy języku mediów społecznych – językiem lordów. Ogromne rzesze frustratów społecznościowych dzielą się z nami swoim wulgarnym obrazem świata i ludzi.

Niestety te media dopuściły do głosu ludzi o najgorszych instynktach, ludzi pełnych nienawiści i pogardy. Życzenie komuś śmierci jest czymś zwyczajnym, poniżanie innych jest normą a opluwanie rynsztokowymi epitetami to codzienność, na którą niewielu już zwraca uwagę.

Ktoś na tych mediach zarabia, ktoś jest ich właścicielem. Zastanawiam się dlaczego władze nie ścigają właścicieli Facebooka i innych. Przecież w obawie o utratę zysków właściciel by reagował. Owszem władze zapowiadają ściganie autorów wpisów, ale to przecież nie działa.

Media klasyczne

Wystarczy otworzyć jakikolwiek kanał telewizyjny, na którym już czyhają na nas prostacy, żeby wykorzystując formułę dyskusji politycznej, uraczyć nas prostackim myśleniem i chamskim językiem.

Podejrzewam, że część polityków uważa, że operacja, polegająca na brutalizacji wypowiedzi, na obrażaniu oponentów – dodaje im męskości. Że niby są tacy twardzi i zdecydowani, i brutalnie wprost, czyli bardziej męscy. Niestety powie nam to każdy psycholog, że takie słownictwo cechuje… impotentów.

Z kolei stara teoria, że kobiety łagodzą męskie zachowania jest z gruntu fałszywa. Jest wręcz odwrotnie. U nas, w debacie publicznej kobiety są tak samo agresywne jak mężczyźni. I ani krzty u naszych „polityczek” delikatności białogłów, łagodności i wybaczenia. Maskulinizują się!

Pozasłowne sposoby komunikacji

Naukowcy twierdzą, że pierwszym językiem człowieka był język gestów. Potem pojawiły się okrzyki, mruczenie i proste słowa. Nasza polityka zdaje się potwierdzać tę teorię. Z ta różnicą, że cofamy się właśnie ku pomrukom i gestom.

Każdy polityk przed kamerą lub mikrofonem musi zaistnieć, żeby przez te kilka lub kilkanaście minut zapamiętano go. Polityk wierzy, że to „zapamiętanie” przełoży się na głosy przy urnach. Szczególnie nerwowi w kwestii zaistnienia i zapamiętanie są przedstawiciele małych partii koalicyjnych, czyli tych które weszły do parlamentu na przyczepkę i dokładkę. Ci politycy rzeczywiście mają problem – muszą nadal być w koalicjach, a jednocześnie nieustannie zaznaczać swą odrębność. Dlatego są bardzo brutalni, dlatego robią groźne miny i zawsze mówią tak, jakby właśnie wypowiadali wojnę całej Europie. I Stanom Zjednoczonym. Trochę to zalatuje paranoją, ale tak właśnie jest. Co prawda ci mniejsi nie używają słów wulgarnych, ale szkodzą językowi wprowadzając niepotrzebnie napięcie, stawiając nawet sprawę wykałaczek na ostrzu noża. Taka postawa „mniejszych” rodzi napięcia u odbiorcy. Przy czym są to napięcia dwojakie. U swoich twardych zwolenników wywołują reakcję typu „Tak, ma k… rację!”  U swoich przeciwników natomiast wywołują protest klasy: „Co jest, k… „. W sumie sytuację małych podwieszonych do większych opisał już Julian Tuwim w wierszu „Tańcowały dwa Michały”:

Tańcowały dwa Michały,
Jeden duży, drugi mały.
Jak ten duży zaczął krążyć,
To ten mały nie mógł zdążyć.

Piszę o tym, bo nie trzeba używać wulgaryzmów, by niszczyć język debaty politycznej. Czasem wystarczy sam ton i groźna mina, bo one wywołują nastrój, który wzbudza najciemniejsze siły mózgowe.

Na przykład – kilka dziennikarek telewizyjnych, prowadzących rozmowy polityczne, wzdycha głęboko, przewraca oczami, targa swe włosy a nawet kręci głowami z niedowierzaniem, gdy usłyszą jakieś sądy od polityków, których nie lubią.

Sprawa zachowań „mniejszych partii” i dziennikarek jest ilustracją, że także pozajęzykowe środki komunikacji mogą być bronią niszczącą dobre obyczaje, dobry język debaty.

Elegancja językowa

Pewna pani Profesor mawiała: „Można oczywiście powiedzieć ‘wyciągam wnioski’, ale brzmi to brutalnie, jakby prokurator wyciągał konsekwencje. Czyż nie jest bardziej elegancko powiedzieć ‘wysnuwam wnioski’?”

Ciągle słyszę od polityków: „Pan kłamie”. A dlaczego nie powiedzieć: „Chyba mija się pan z prawdą.”

Mówią też: „Niech pan zauważy…”. Czyż nie można powiedzieć: „Proszę zauważyć?” Niech – jest rozkazujące i brutalne, a proszę… to jednak proszę.

Ostatnio usłyszałem: „Co mi pan tu opowiada?” Prawda, że to brutalny i prostacki zwrot? A można  powiedzieć: „Jestem zaskoczony pańską opinią”.

Wyjątki od reguły

Jest kilka wyjątków od reguły, nakazującej nieużywanie wulgaryzmów w „przestrzeni publicznej”. To literatura, teatr i film. Tam artysta – chcąc oddać rzeczywistość swoich czasów – ma prawo używać wszystkich słów, jakie zna ludzkość. Czasem artyści przesadzają, ale przesada to również sposób artystycznej wypowiedzi.

W ostatnich latach odbyło się kilka dużych awantur na linii władza – artyści. I oczywiście władza przegrała, dlatego że urzędnik – choćby bardzo uduchowiony – nigdy nie dorówna artyście. Bo sztuka jest osobnym światem, który nigdy nie podda się urzędniczym zakazom i nakazom. A po latach, po wiekach, nazwiska Szekspira i Moliera nadal będzie znane, ale nazwiska urzędników, którzy ich próbowali „ustawić” znikną z ludzkiej pamięci. I taka to różnica.

Więc – Drodzy Urzędnicy – zostawcie, dla Waszego dobra, artystów w spokoju. Niech klną, ubliżają a nawet bluźnią. Oni – artyści – w pewnym sensie są ponad prawem, a Wy nie.

Idzie ku dobremu

Wspominałem ostatnio, że modne stało się słówko „hub” – wymawia się hab, a po polsku znaczy tyle co „centrum, ośrodek”. Wspominałem ów „hub” jako przykład niepotrzebnego zangielszczania naszego języka. Niestety, nawet sam pan premier Matusz Morawiecki używa tego huba. I nagle, niespodziewanie a dobitnie 28 marca 2022 roku usłyszałem znowu ten „hub” z ust Szymona Hołowni, który twierdził, że Polska powinna stać się „hubem pomocy Ukrainie”.

Toż to już rewolucja, to znak, że ponadpartyjne porozumienie jest możliwe, że właściwie już zaistniało! Premier i szef dużej partii opozycyjnej mówią tak samo! Co prawda pierwszą ofiarą tego porozumienia jest nasz język, ale trudno… Politycznie idzie ku dobremu.

 

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina – Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (5). Ukraina – między kontynentami wolności i niewoli

Ukraińcy przez wieki mieli do czynienia z dwoma wzorcami mentalności i wolności obywatelskiej – mongolskim i europejskim. Wzorzec mongolski reprezentowali wobec nich Rosjanie, a europejski Litwini, Polacy i Austriacy. Teraz historia zrobiła koło i Rosjanie znowu chcą z Ukraińców zrobić element swojego mrocznego imperium, w którym władza może wszystko – zostawiając oczywiście poddanym możliwość bardziej lub mniej entuzjastycznego popierania tej władzy. Ukraina już dawno dokonała wyboru i nie chce żyć między kontynentami wolności i niewoli. Oni chcą być po prostu wolni.

Ukraińska droga do wolności była trudna, bo tak Rosjanie, jak Litwini i Polacy, traktowali ukraińskie tereny jako swoje łupy. Natomiast dla wielonarodowego imperium Austro-Węgier Ukraińcy byli tylko jednym z wielu narodów słowiańskich, które trzeba było trzymać w ryzach siłą i prawem. Niemniej lekcja wzorów wolności obywatelskiej jakiej Ukraińcy doświadczyli najpierw ze strony Polski, potem Austro-Węgier, była na tyle atrakcyjna, że wzmagała dążenia do niepodległości państwowej i wolności osobistej Ukraińców.

Początki spraw polsko-ukraińskich

W XIV wieku spustoszonymi przez Tatarów terenami księstwa halicko-wołyńskiego, zainteresowały się: Litwa, Polska, Węgry, a nawet Krzyżacy. Lwów od 1349 r. był polskim miastem, ale trzeba wiedzieć, że prawa Kazimierza Wielkiego do ziemi halickiej były dość umowne, wynikały bowiem z zawartej w 1338 r. w Wyszehradzie polsko-czesko-węgierskiej umowy o rozbiorze księstwa wołyńsko-halickiego. Ruś Halicką zajął zatem Kazimierz Wielki, Wołyń wzięła Litwa. Pisząc „zajął” popełniamy jednak pewne nadużycie, bo wojna z Ukraińcami trwała 16 lat.

Natomiast Ruś Kijowska najpierw dostała się pod kontrolę Złotej Ordy, po czym Kijów – w odróżnieniu od Moskwy – w 1363 r. zdołał się poddać zwierzchnictwu Litwy. Nad pogańskimi Litwinami Rusini mieli wyraźną przewagę cywilizacyjną. Byli ochrzczeni, mieli pismo i doświadczenie administracyjne. To dlatego jeszcze w czasach Jagiellonów buchalteria w Wielkim Księstwie była prowadzona w języku ruskim.

W polskiej pamięci historycznej Litwa to „polski raj”, a Ukraina to „polskie piekło” – pisze Adam Krzemiński w POLITYCE. Ukraina to pole ekspansji, po której pozostał barok katolickich kolegiat, magnackich pałaców, żydowskich synagog, a w literaturze „ukraiński romantyzm”: Goszczyński, Słowacki, Sienkiewicz. Ale także krwawe rzezie w czasie powstania Chmielnickiego 1648 r., koliszczyzny (powstanie kozackie z 1768 r.), aż po Wołyń i Akcję Wisła w latach 1943–47. U nas oblicza się, że w czystkach etnicznych w latach 1943–47 zginęło 100 tys. Polaków i 20 tys. Ukraińców.

Taras Szewczenko, narodowy poeta ukraiński, autor „Hajdamaków”, opiewających rżnięcie polskich panów w XVIII w., pisał w 1845 r. Z goryczą: „Myśmy Polskę powalili. Ongiś. Za to chwała… Święta prawda. Polska padła. I was pogrzebała”.

Przez kilka wieków, aż do rozbiorów, Polska traktowała Ukrainę jako tereny kolonialne. Przede wszystkim nigdy nie chciała dać wolności kozakom. Bano się utworzenia stanu równego szlachcie, lub przynajmniej niezależnego od szlachty. I tak zaprzepaszczono szansę na bycie konkurencyjnym wobec Rosji mocarstwem.

Moje smutne rozbawienie budzi fakt, że w okresie międzywojennym prasa wszystkich odłamów pisała o „polskim żywiole na wschodzie”, o „polskim duchu państwowotwórczym na wschodnich krańcach Rzeczypospolitej”. Te metafizyczne teksty miały uzmysłowić Polakom – bo przecież nie Ukraińcom i Białorusinom – że jest dobrze, że mamy prawo do rządzenia Ukraińcami i Białorusinami. Bywały też teksty nieoficjalne, które bardziej niż administracja mówiły prawdę o naszym stosunku do Ukrainy. „Po majątki na Podole, Pułk szesnasty rusza w pole”.  Warto tę żurawiejkę zapamiętać, ku nauce, że trzeba uważać na to co się śpiewa.

Nowożytna historia polsko-ukraińska

Nowożytna historia polsko-ukraińska zaczęła się w 1569 r., gdy Litwa – na mocy Unii Lubelskiej – przekazała Polsce swe południowe rubieże: Wołyń, Podole, Kijowszczyznę i Zadnieprze. Wtedy też wytyczono dzisiejszą granicę białorusko-ukraińską.

Trzeba zaznaczyć, że z Unią Lubelską powstał spójny obszar. Zboże z Ukrainy mogło płynąć do Gdańska i dalej. Polska szlachta, żydowscy dzierżawcy, włoscy artyści – malarze i architekci, niemieccy rzemieślnicy szeroką fala zaczęli napływać na Ukrainę. Język polski stał się językiem kultury wysokiej, politycznych i teologicznych rozpraw. Na założonej przez Piotra Mohyłę prawosławnej Akademii Kijowskiej polemiczne traktaty pisano po polsku, a poezja Kochanowskiego była wzorem dla nowej słowiańskiej stopy metrycznej.

Ala nie ze wszystkim było tak dobrze. Stało się tak, że cała klasa polityczna ówczesnej Rzeczypospolitej nie dorosła do poważnych politycznych wyzwań. Może dlatego, że unia Polski z Litwą była wynegocjowana przez równych partnerów; katolicyzm przenikał stopniowo, a statuty litewskie chroniły miejscową własność ziemską. Natomiast przyłączenie Ukrainy do Polski było gwałtowne – i spowodowało cywilizacyjny szok. Ukraina była chłopska, bo szlachta stanowiła tam ledwie 2 procent i szybko się polonizowała. Nastąpiło rugowanie chłopów ukraińskich z ich ziemi, która następnie dzierżawiono Żydom. W ten sposób powstała klasa „ukraińskich królików”, którzy stali się panami latyfundiów i fortun, podczas gdy prawosławne chłopstwo popadało w nędzę, w pańszczyźnianą niewolę lub uciekało na Dzikie Pola. Próby spolonizowania ukraińskiego chłopstwa i narzucenia mu wyznania rzymskokatolickiego nie powiodły się, ale spowodowały ogromne napięcia na tle wyznaniowym i trwałą wrogość.

Zwróćmy uwagę, że powstanie Chmielnickiego w 1648 roku, miało trzy główne hasła: I. walka o godność o sprawiedliwość, której symbolem był polski szlachcic – najczęściej spolonizowany Ukrainiec; II. walka z obcym wyzyskiem – czyli z Żydami, dzierżawcami i kupcami; III. walka z antychrystem – z jezuitami i katolickimi księżmi.

Co do problemu żydowskiego – Żydzi na Ukrainie nie byli akceptowani, bo stali się trzecią klasą, pośrednikami pomiędzy szlachtą a chłopami, czyli bezpośrednim narzędziem ucisku. To Żydzi ściągali podatki, oni – w imieniu pana – odbierali też dobytek i ziemię za długi. „Doszło nawet do tego, że – jak pisze żydowski historyk H. Graetz w „Historii Żydów”, Warszawa 1929 – szlachta dzierżawiła Żydom cerkwie, skutkiem czego Rusin, chcący w cerkwi ochrzcić dziecko lub wziąć ślub, musiał uiszczać dzierżawcy, czyli Żydowi odpowiednią opłatę”.

Próba przekształcenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów miała miejsce w roku 1568 w Hadziaczu. Jednak ugoda hadziacka, mimo że ratyfikowana przez Sejm, nie została wprowadzona w życie, a kwestia ukraińska przez cały XVIII w. była dla Moskwy pretekstem do ingerencji, w końcu do rozbiorów.

Nigdy nie powstała stabilna unia polsko-ukraińska, choć parę razy o niej mówiono, a raz nawet – w 1920 r., gdy Piłsudski z Petlurą ruszał na Kijów – spróbowano ją zmontować. Zresztą, po wojnie o Lwów w 1918 roku, nie można się już było oczekiwać od Ukraińców poparcia polskich planów federalizacji. Jest też faktem, że także strona polska jakoś nie bardzo wierzyła w federację polsko – ukraińską, czego dowodem było odstąpienie od kwestii ukraińskiej przez Polaków, w czasie negocjacji nad pokojem ryskim w 1921 roku. Wyszło na to, że polscy negocjatorzy pilnowali wyłącznie własnego interesu narodowego.

Państwowotwórcza myśl polska u zarania niepodległości.

Białorusini i Ukraińcy u schyłku pierwszej wojny światowej podejmowali próby utworzenia własnych państw narodowych. Nie zdołali, ale pamięć o tych zamierzeniach w obu narodach pozostała żywa.

W wyniku wojny polsko-radzieckiej część terytorium Białorusi i Ukrainy znalazła się w granicach Polski. Za wschodnią granicą powstały sowieckie republiki Białorusi i Ukrainy, które wprawdzie stanowiły atrapę państwowości narodowych, lecz oddziaływały propagandowo na słowiańskie mniejszości w Polsce.

Problem narodowościowy należał do najtrudniejszych w polityce wewnętrznej II Rzeczypospolitej. Wywoływał liczne spory między głównymi obozami politycznymi. Rodziło się wiele pomysłów w sprawie integracji ziem zamieszkałych przez ludność niepolską, wszystkie jednak przewidywały działania na rzecz unifikacji państwa. Elity białoruskie i ukraińskie oczekiwały natomiast daleko idącej autonomii dla obszarów zamieszkałych przez tę ludność. Konflikt zatem był nieunikniony i wynikał z wzajemnie wykluczających się aspiracji Polaków i słowiańskich mniejszości narodowych.

Najbardziej spójny, a jednocześnie utopijny, program rozwiązania problemów narodowych Polski miała Narodowa Demokracja. Jeden z przywódców tego nurtu – Roman Dmowski – jeszcze na początku XX wieku stworzył podwaliny polskiej ideologii narodowej oraz katalog zasad postępowania wobec mieszkających w sąsiedztwie narodów.

Dmowski dostrzegał odrębność kulturową Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, lecz nie wierzył w zdolność zbudowania przez nich własnych państw narodowych i był przekonany o możliwości ich całkowitej asymilacji w kulturze polskiej.

Pojawiające się na początku XX stulecia hasło „samostijnej Ukrainy” uważał nie za przejaw rozwoju świadomości narodowej ludu ukraińskiego, lecz produkt polityki austriackiej, który łatwo mógłby być zastąpiony jakimś wytworem polityki polskiej. Intryga austriacko-niemiecka stanie się wkrótce wśród polskich elit politycznych dość powszechną interpretacją pojawienia się problemu ukraińskiego.

Dmowski, chociaż uznawał nadrzędność interesów narodowych nad państwowymi, wychodził z założenia, iż państwa tworzą narody i w tym upatrywał możliwości naturalnej asymilacji – pisze Eugeniusz Mironowicz w „Białorusini i Ukraińcy w polityce obozu piłsudczykowskiego”, Wydawnictwo Uniwersyteckie Trans Humana, Białystok 2007. – Głównym czynnikiem wpływającym na te narody miała być siła oddziaływania przyjaznych im instytucji państwa polskiego. Wzorem dla asymilacji Białorusinów i Ukraińców miała być praktyka polityki przedrozbiorowej Rzeczypospolitej wobec szlachty Wielkiego Księstwa Litewskiego, która zakończyła się jej polonizacją. Tą samą drogą do polskości – zdaniem Dmowskiego – należało przeprowadzić masy białoruskiego i ukraińskiego ludu. Nie uwzględniał on jednak (nie mógł przewidzieć) szybkiej ewolucji ruchów narodowych wśród społeczności, które w XIX wieku nie zdradzały większych aspiracji politycznych.

Według Dmowskiego państwo polskie na wschodzie winno obejmować Litwę w granicach etnograficznych z Kownem, powiększone ponadto o Tylżę, Kłajpedę i kurlandzką Lipawę oraz Wileńszczyznę, Grodzieńszczyznę, południowe Inflanty z Dyneburgiem, środkową Białoruś z Mińskiem, Słuckiem, Bobrujskiem, Borysowem, Drysą i Połockiem, Polesie z Mozyrzem, Wołyń, Podole z Kamieńcem Podolskim, Płoskirowem, Uszycą i Barem. Inni przywódcy tworzącego się obozu endeckiego – Jan Ludwik Popławski, Zygmunt Balicki – rozważali możliwość tworzenia państwa narodowego w granicach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Problem wyraźnie występującej przewagi ludności niepolskiej na kresach wschodnich Popławski proponował rozwiązać poprzez stworzenie odpowiednich warunków do jej emigracji. Chodziło głównie o Ukraińców i Żydów. Białorusinów uważał za element na tyle bierny i zauroczony kulturą polską oraz wyznaniem katolickim, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla polskości.

Na przełomie XIX i XX wieku wykrystalizowały się także koncepcje polskich socjalistów. Przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) od chwili powstania organizacji mówili o „całkowitym równouprawnieniu narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej na zasadzie dobrowolnej federacji”. Popieranie separatystycznych dążeń narodów wchodzących w skład imperium Romanowych stało się zasadą polityki PPS – E Mironowicz, ibidem.

Celem tej partii nie było oczywiście spełnienie aspiracji narodowych elit litewskich, białoruskich czy ukraińskich, lecz osłabienie Rosji. Socjaliści z PPS skłonni byli wspierać rodzące się ruchy narodowe, białoruski, litewski i ukraiński, jako potencjalnych sojuszników w walce z Rosją.

Na początku XX wieku grupa działaczy PPS skupionych wokół Józefa Piłsudskiego wysunęła koncepcję stworzenia państw Litwy, Białorusi, Ukrainy, oddzielających Polskę od Rosji, a jednocześnie politycznie, militarnie i ekonomicznie związanych z Polską. W zasięgu federacyjnego państwa widziano Rygę, Witebsk, Mohylew, Żytomierz, Kijów oraz Zadnieprze. Rozwiązanie takie miało pogodzić dążenia niepodległościowe Polaków i zaspokoić aspiracje narodowe Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Zakładano, że akces do federacji będzie miał charakter dobrowolny, a głównym architektem tej wspólnoty politycznej narodów będą Polacy. Podstawą tej koncepcji było przekonanie, że narody te nie są zdolne do samodzielnego tworzenia własnych państw, i że jedynie przy udziale czynnika polskiego mogą uzyskać narodową podmiotowość.

W tym względzie – pisze E. Mironowicz, ibidem – postrzeganie sąsiednich narodów przez socjalistów niewiele różniło się od stanowiska narodowców. Piłsudski zaliczył je do narodów „niehistorycznych”, dla których przywództwo polskie było naturalną koniecznością. W programie socjalistów nie było jednak odpowiedzi na pytanie, jak mieliby zachować się Polacy, gdyby Litwini, Białorusini lub Ukraińcy opowiedzieli się za innym rozwiązaniem.

Zwróćmy uwagę, że mówiąc o „narodach niehistorycznych” Piłsudski stawiał Polskę wyżej na Białoruś i Ukrainę, bo oba te narody nie stworzyły wcześniej własnych państw. Jeżeli nie jest to nawet paternalistyczny kolonializm na wzór angielski, to z całą pewnością jest to klasyczna polska megalomania. Bo w końcu mniejszą sztuką jest założyć państwo, większą jest utrzymać je.

Z kolei przywódcy Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast” (PSL- „Piast”) szukali drogi pośredniej. Wincenty Witos dostrzegał wprawdzie dobrodziejstwa płynące z utworzenia krajów oddzielających Polskę od Rosji, lecz uważał, że żadna piędź polskiej ziemi nie może być przyłączona do tych państw. Ziemia określana przez Witosa jako polska zamieszkała była także przez Białorusinów i Ukraińców, którzy niekiedy stanowili tam większość. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dla PSL „Piast” najważniejsze było umocnienie polskiego stanu posiadania poprzez osadnictwo wojskowe i cywilne, sprawną administrację, zwalczanie odśrodkowych dążeń ludności białoruskiej i ukraińskiej oraz jej polonizację. Wbrew deklaracjom programowym o zapewnieniu równości obywatelskiej dla mniejszości słowiańskich, PSL „Piast” opowiadał się za ograniczeniem ich praw wyborczych, a tym samym wpływu na bieg spraw państwowych.

Zdaje mi się, że najbardziej szczerzy byli przedstawiciele pierwszej administracji polskiej na ziemiach białoruskich (Zarządu Cywilnego Ziem Wschodnich). Na przykład Władysław Studnicki otwarcie głosił, że ziemie wschodnie były potrzebne Polsce do ich kolonizacji. Zaangażowanie Polski na Białorusi i Ukrainie to ekspansja kolonialna, konieczna ze względów gospodarczych, która w końcowym efekcie miała stworzyć przestrzeń do osadnictwa polskiego. Federacja nie mogła zatem wchodzić w rachubę, ponieważ żadne państwo sprzymierzone unią z Polską nie wyraziłoby zgody na kolonizację swoich ziem.

Można zatem powiedzieć, że z takim bagażem historycznych obciążeń wstąpiła Polska na drogę życia w państwie wielonarodowościowym.

Sprawy polsko – ukraińskie po I wojnie światowej.

Polska w okresie międzywojennym była jednym z państw w Europie posiadających największy odsetek mniejszości narodowych. Ponad 11 mln ludzi, około 35 proc. obywateli, posługiwało się w życiu codziennym innym językiem niż polski. Najliczniejsze narody mieszkające w granicach II Rzeczypospolitej to Ukraińcy (5,1 mln), Żydzi (3,1), Białorusini (2,0 mln), Niemcy (0,8 mln).

Sprawy polsko-ukraińskie od początku poszły najgorzej jak tylko można było sobie wyobrazić. Wojna o Lwów dla Polaków stała się jednym z mitów założycielskich odzyskanej państwowości, ale dla Ukraińców ta przegrana walka stała się wyzwaniem do dalszej walki. Dlatego też przez całe dwudziestolecie międzywojenne ukraińskie organizacje samorządowe, edukacyjne, paramilitarne, partie narodowe i nacjonalistyczne czciły pamięć poległych bohaterów i wzywały do dalszej walki. Tym samy wojna polsko-ukraińska o Lwów stała się zarzewiem nowych konfliktów.

Problem z tym epizodem polskich zmagań o niepodległość jest duży. Oczywiście Lwów był stolicą Galicji w czasach Austro-Węgier, był miastem, w którym dominowali Polacy, ale już tereny wokół Lwowa polskie nie były. Popatrzmy na dane Rocznika Statystycznego z 1937 roku, który podawał stan z roku 1931.

Zaznaczmy jednak, że administracja polska poszerzyła województwo lwowskie o tereny małopolski, które były historycznie polskie i zasiedlone przez Polaków.

Ludność Polski według języka ojczystego w 1931 roku – język ojczysty ogółem, w procentach:

polski – 68,9; ukraiński – 10,1; ruski – 3,8; białoruski – 3,1; rosyjski – 0,4; niemiecki – 2,3; inne – 2,8

Zwróćmy uwagę, że powyższe dane dotyczą terenu całej międzywojennej Polski. Jednakże w województwach wschodnich jest oczywiście inaczej.

WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE

Ogółem: polski – 16,6; ukraiński – 68,0

Miasta: polski – 27,5; ukraiński – 16,1

Wieś: polski – 15,1; ukraiński – 75,2

 WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE

Ogółem: polski – 57,7; ukraiński – 18,5

Miasta: polski – 63,5; ukraiński – 7,4

Wieś: polski – 55,8; ukraiński – 22,2

 WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE

Ogółem: polski – 24,4; ukraiński – 46,9

Miasta: polski – 40,8; ukraiński – 18,7

Wieś: polski – 17,9; ukraiński – 53,9

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE

Ogółem: polski – 49,3; ukraiński – 25,1

Miasta: polski – 58,3; ukraiński – 10,3

Wieś: polski – 47,4; ukraiński – 28,1

Podobny podział jest w ujęciu deklarowanego wyznania, choć trzeba tu zauważyć, że wiele osób deklarujących język polski jako rodzimy, przedstawiało się jako osoby prawosławne. Mamy tu bowiem do czynienia z faktem, że nie tylko wyznanie rzymskokatolickie oznaczało bycie Polakiem.  Przynależność narodowa jest zjawiskiem bardziej skomplikowanym.

Ludność Polski według wyznania w 1931 roku – wyznanie w Polsce ogółem, w procentach

rzymsko-katolickie – 64,8; greckokatolickie – 10,4; prawosławne – 11,8; ewangelickie – 2,5; mojżeszowe – 9,8

 WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE: rzymsko-katolickie – 15,7; prawosławne – 69,8

WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 46,3; greckokatolickie – 41,7

WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 16,0; greckokatolickie – 72,0

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE: rzymsko-katolickie – 36,7; prawosławne – 54,5

 Problem ze strukturą ludności terenów wschodnich II Rzeczypospolitej był duży. Czy można było ten problem lepiej rozwiązywać? Nie wiem, ale jest pewne, że polskie rządy jedynie pozorowały działania.

W praktyce podstawą polityki władz wobec mniejszości narodowych stała się doktryna Romana Dmowskiego. Jak zauważył badacz ukraiński „…w sprawach narodowych, żaden odpowiedzialny polityk polski nie przejawił odwagi pójść przeciwko otumanionej endeckimi hasłami ulicy” –  M. Hietmanczuk, Ukraińśkie pytannia w radianśko-polśkich widnosinach 1920-1939 r., Lwiw 1998, s. 206.

Stanisław Cat Mackiewicz zwycięstwo doktryny Dmowskiego łączył z wynikiem wojny polsko-bolszewickiej. „Konsekwencje polityczne traktatu ryskiego – pisał – narzucały się z żelazną siłą polityce wewnętrznej Polski. Polska polityka narodowościowa zejdzie na tory doktryny Dmowskiego, będzie się dążyło do państwa jednolicie narodowego, i z tego toru nie zejdziemy już nigdy” – St. Mackiewicz (Cat), Historia Polski…, s. 130

W rzeczywistości idea federalizacji, o której tak chętnie mówili polscy politycy, była całkowicie martwa „Polska administracja – pisze historyk ukraiński Wołodymyr Łytwyn, Ukraina: międzywojenna doba (1921-1938), Kyiw 2003, s. 407 – żadną miarą nie zamierzała przebudowywać państwa. Ona zdecydowanie obrała kurs na integrację wschodnich kresów w ramach polskiego państwa narodowego. To oznaczało, że miejscowa ludność wcześniej, czy później musiała się polonizować i wyrzec się swojej tożsamości narodowej. (…) Polskie elity polityczne przejawiły ogromną wolę, determinację i umiejętność konsolidacji, aby odnowić państwowość utraconą w XVIII wieku. Ale ani elity polityczne, ani społeczeństwo polskie w całości nie wiedziały jak odnosić się wobec Ukraińców – czy tak, jak do wrogów wewnętrznych, zagrażających istnieniu państwa, czy tak, jak do współobywateli, którzy posiadają nie tylko obowiązki, lecz także prawa. Ostatecznie górę brał ekstremizm endeków, którzy okazali się najbardziej wpływową partią w międzywojennej Polsce”.

Szybko zbudowano aparat administracyjny, zdominowany przez urzędników z województw centralnych nieznających języka, mentalności i obyczajów miejscowej ludności. Spośród 283 urzędników zatrudnionych na początku 1923 roku w zarządach powiatowych i wojewódzkim 274 było Polakami. Nie sprzyjało to bynajmniej poprawnemu ułożeniu relacji z dominującą na terenie województwa ludnością ukraińską.

Nieudolność administracji oraz pogardliwy stosunek urzędników wobec ludności ukraińskiej doprowadziły do skrajnych napięć na tle narodowościowym. W 1924 roku m.in ze względu na wystąpienia antypaństwowe na Wołyniu rozważano nawet możliwość wprowadzenia stanu wyjątkowego w województwach wschodnich.

Z każdym rokiem, wobec braku nadziei na zmianę ich sytuacji, narastały wśród Ukraińców tendencje separatystyczne.

Nie będziemy tu wchodzili w szczegóły, powiemy tylko, że odpowiedzią polskiej administracji na manifestacje, tajne druki ukraińskie, na zebrania polityczne narodowych partii ukraińskich, na bunty i strajki było wzmożenie policyjnej inwigilacji tych organizacji.

W latach trzydziestych w dokumentach rządowych występowało wiele określeń przejętych z publicystyki Jędrzeja Giertycha, jednego z ideologów Obozu Wielkiej Polski. Asymilację uznawał on za rzecz nieodzowną i konieczną. Prawo do posiadania kresów wschodnich – pisał – dawała Polakom „przewaga moralna i cywilizacyjna”. Giertych proponował konsekwentne nazywanie języka białoruskiego i ukraińskiego regionalnymi gwarami języka polskiego, zastąpienie cyrylicy alfabetem łacińskim, tworzenie szkół utrakwistycznych (dwujęzykowych) z zaznaczeniem, że nauczanie odbywa się w polskim języku literackim i miejscowej gwarze. Od szczebla gimnazjum szkoły miały być wyłącznie „w języku literackim”. Najlepszą metodą na powstrzymanie rozwoju tendencji separatystyczny Ukraińców i Białorusinów – uważał Jędrzej Giertych – powinno być powołanie instytucji sądów doraźnych oraz rozszerzenia uprawnień policji i administracji kresowej.

Jawne partie i organizacje ukraińskie stawiały władzom państwowym zarzuty, że nie realizują własnych deklaracji. Ukraińcy wskazywali na trzy poważne problemy, które mogłyby być rozwiązane, lub rozwiązywane:

  1. Edukacja i narodowy język

Wprawdzie na terenach wschodnich RP istniało szkolnictwo w języku ukraińskim, ale rządy miały liczne pomysły na ograniczanie ukraińskiego szkolnictwa narodowego. Realizując endecki program, władze chętniej widziałyby język polski jako podstawowy i główny. Dla ukraińskiego widziano rolę jedynie uzupełniającą i marginalną.

Odezwa UTP „Ridna Szkoła” z lipca 1926 roku zaczynała się słowami: „Ukraiński Narodzie! Rząd polski z chwilą objęcia władzy nad naszą krainą, postawił sobie za cel znieść nas z powierzchni ziemi”. Środkiem prowadzącym do zniszczenia narodu ukraińskiego, według autorów odezwy, było szkolnictwo i zatrudnieni tam sadystyczni nauczyciele, którzy, nie uciekając się także od przemocy fizycznej, wpajali dzieciom ukraińskim obcy dla nich język, uczyli poszanowania dla obcej tradycji i pogardy dla własnej.

Konfidenci donosili, że na zebraniach UNDO – Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne, partia polityczna istniejąca latach 1925–1939 – i innych partii mówi się wyłącznie o krzywdach ukraińskich, braku szkół, zabieraniu świątyń prawosławnych na Wołyniu i Chełmszczyźnie, wrogich Ukraińcom postawach ludzi reprezentujących państwo polskie. Polscy urzędnicy mówienie na ten temat oceniali jako przejaw ukraińskiego szowinizmu.

W październiku 1926 roku starostowie systematycznie konfiskowali kolejne nakłady gazet i czasopism ukraińskich, w których doszukano się treści antypaństwowych. Konfiskowano nawet wtedy, gdy zarzuty dotyczyły treści publikowanych interpelacji lub przemówień poselskich. Zakres ingerencji urzędników powiatowych był tak duży i nieuzasadniony, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, upomniało starostów, że zbyt częste ograniczanie wolności słowa dla mniejszości narodowych i stosowanie bez istotnych powodów barier formalnych do wstrzymywania druku było sprzeczne z intencjami rządu i zasadami cenzury.

Kolejne rządy przed majem 1926 roku próbowały szukać w tej sprawie kompromisu między oczekiwaniami Ukraińców i polską opinią publiczną, zdecydowanie niechętną wszelkim koncesjom na rzecz tej mniejszości. Gabinet Władysława Grabskiego wysuwał propozycje powołania Instytutu Ruskiego w ramach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kolejne rządy uparcie trzymały się tej koncepcji, która dla Ukraińców była rozwiązaniem połowicznym i daleko odbiegającym od ich oczekiwań. Ukraińcy chcieli Uniwersytetu Ukraińskiego we Lwowie.

W Sejmie posłowie polscy z Galicji podkreślali, iż rząd i wszystkie władze państwowe chcą i są gotowe utworzyć oraz finansować Uniwersytet Ukraiński, lecz na takich samych zasadach, na jakich funkcjonują uczelnie polskie. Potrzebne były przede wszystkim odpowiednie kadry, „a materiału ludzkiego na ludzi nauki nie widzimy” – mówił poseł Artur Haban. Zwracał on też uwagę  na fakt małego zaangażowania studentów narodowości ukraińskiej, którzy swoją aktywność naukową ograniczali do zdawania egzaminów. Najczęściej odpowiadano Ukraińcom, że powołanie samodzielnego uniwersytetu oddala się nie z powodu złej woli rządu polskiego, lecz zacofania intelektualnego społeczeństwa ukraińskiego.

Drugą formalną przeszkodą była próba nadania uczelni nazwy „Uniwersytet Ukraiński”. Posłowie zwracali uwagę, że ukrainizm jest bardziej zjawiskiem politycznym nie kulturowym. Ustawa o szkolnictwie z 1922 roku przewidywała utworzenie „Uniwersytetu Ruskiego”. Zwracano uwagę, że podczas spisu powszechnego jedynie 7 proc. ludności nazwało swoją narodowość ukraińską, pozostali określili się Rusinami. Sugerowano, że najlepiej byłoby, gdyby Ukraińcy kształcili się na uczelniach polskich, wówczas otrzymywaliby wiedzę zamiast agitacji. „Kurier Warszawski” opublikował wywiad z ministrem WRiOP Stanisławem Grabskim, w którym wysoki urzędnik państwowy udowadniał, że sprawa Uniwersytetu Ukraińskiego nie wynika z potrzeb kulturalnych ludności, lecz ambicji polityków.

We Lwowie, Stanisławowie i Przemyślu odbyły się manifestacje ludności polskiej przeciwko planom lokalizacji uczelni ukraińskiej na terenie Galicji Wschodniej. Wobec niemożliwości rozwiązania problemu ukraińskiego szkolnictwa wyższego, partie ukraińskie organizowały tajne nauczanie.

W odpowiedzi urzędnicy, wojskowi i policjanci skupiali się na tym, żeby jeszcze bardziej zacieśnić kontrolę nad społeczeństwem ukraińskim.

Stanowisko zajmowane przez lokalnych urzędników uniemożliwiało jakikolwiek dialog między obu grupami narodowymi, spychało inteligencję ukraińską w stronę radykalnej opozycji antypaństwowej, budowało wrogie sobie mitologie narodowe. Władze lokalne traktowały organizacje ukraińskie jako zło konieczne, wymuszone przez ustawodawstwo państwowe.

  1. Reforma rolna

Niezadowolenie wśród mas ukraińskich chłopów budziła bieda, a nawet skrajna nędza wsi. Przypomnę, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego Sejm dwa razy ogłaszał parcelację majątków rolnych. Najpierw w roku 1920 uchwalono ustawę o reformie rolnej. Ponieważ jednak naruszała ona konstytucję po raz drugi głosowano sprawę w roku 1925.

Zasadą był wykup ziemi obszarniczej przez państwo, jej właścicielom  płacono ½ ceny rynkowej. Chłopom zaś udzielano kredytów w wysokości 75 procent wartości przejmowanej ziemi, a raty rozłożono na 40 lat.

Do roku 1939 rozparcelowano 2,7 ml hektarów ziemi. Dla porównania – reforma rolna w PRL objęła 6,1 mln hektarów ziemi. Przy czym po II wojnie światowej nie było już w Polsce tak wielkich latyfundiów, jakie były przed wojną na ówczesnych ziemiach wschodnich.

Na podstawie  reformy rolnej premiera Grabskiego z 1925 roku, rozparcelowano 1/5 ziemi należącej do majątków ziemskich. Według Rocznika Statystycznego w 1921 roku chłopi mieli w posiadaniu 13,5 mln hektarów ziemi rolnej, a wielcy właściciele ziemscy 6 mln hektarów.

Problem „z głodem ziemi” był bardzo poważny, szczególnie w dawnych zaborach rosyjskim i austriackim. Tam wiele rodzin chłopskich, po roku 1918, żyło z uprawy maleńkich areałów, niekiedy nie mających nawet 0,2 ha.

Niestety tak przeprowadzona reforma rolna nie zadowoliła ukraińskich chłopów, a ich rozgoryczenie pogłębiał fakt, że duży procent „nowej ziemi” zasiedlili przybysze z centrum Polski w ramach „wzmacniania zdrowych sił narodu”.

  1. Kościół

Duchowe przywództwo ukraińskiego życia narodowego w Polsce spoczywało na Kościele greckokatolickim (unickim), którego głową był metropolita Andrzej Szeptycki. Polska administracja wielokrotnie informowała Warszawę, że „Kler greckokatolicki odnosi się zasadniczo wrogo do państwa i narodu polskiego i stoi na stanowisku zupełnej negacji państwa, jako też rządu i władz polskich”

Wojewoda lwowski zwracał uwagę na przywódczą rolę kleru unickiego w mobilizacji Ukraińców w okresie walk z Polakami w latach 1918-1920. Procesy sądowe i surowe wyroki – informował – wprawdzie powstrzymały antypolską propagandę, lecz nie zmieniło się stanowisko kleru wobec władz państwowych i narodu polskiego. „Obecnie – pisał – agitację antypaństwową i antypolską prowadzi potajemnie, aby nie narażać się na odpowiedzialność karną. Wielu spośród greckokatolickiego duchowieństwa, także najwyżsi dygnitarze, są przywódcami ukraińskiego ruchu skierowanego przeciwko państwu i społeczeństwu polskiemu”.

Informowano też rząd, że kler unicki był głównym inspiratorem tworzenia struktur Towarzystwa Oświatowego „Ridna Szkoła”. Kler unicki, poprzez dzieci uczęszczające na lekcje religii, rozpowszechniał wśród rodziców deklaracje z żądaniem nauczania w języku ojczystym lub protestami przeciwko nauczaniu w języku polskim. Wojewoda lwowski proponował też, by urząd wojewódzki miał prawo wpływania na listę kandydatów do greckokatolickiego seminarium duchownego.

MAZEPA, czyli tragedia polsko-ukraińska

Czy pisać o tragicznych latach hitlerowskiej okupacji ziem ukraińskich i polskich? Chyba nie tutaj, temat jest wielki i bolesny, a my zajmujemy się w tym cyklu mentalnością i rozumieniem wolności przez Rosjan, Polaków i Ukraińców… Powoli więc będziemy kończyć.

O polskiej głupocie, bezrozumności i błędnych założeniach polskiej polityki w sprawach Ukrainy najwięcej pisał Juliusz Słowacki. Ukazywał – choćby w „Śnie srebrnym Salomei” – polską pychę, butę i okrucieństwo wobec Ukraińców. Słowacki miał wręcz obsesję na temat Ukrainy. Uważał bowiem, że Ukraina była kluczem do wolności Polski i jej samej.

Juliusz Słowacki, w czasie swej paryskiej emigracji marzył też, aby któryś z jego dramatów dostał się na deski jakiegoś paryskiego teatru, więc pisał także z założenia „dla Francuzów”. Takim dramatem jest „Mazepa”. Ze względów formalnych jest to piękna romantyczna historia, w której jest miłość i śmierć. Jednak MAZEPA Słowackiego jest też utworem alegorycznym i dotyczy historii polsko-ukraińskiej. Oto bowiem w Amelii, pięknej a młodziutkiej żonie Wojewody kocha się miłością zakazaną Zbigniew, młody rycerz, syn z pierwszego małżeństwa Wojewody. W Amelii jest też zakochany Mazepa, inteligentny, dowcipny i śmiały dworzanin króla Jana Kazimierza. W splocie tych postaci Słowacki dał (poza wspomnianą atrakcyjnością sceniczną dla Francuzów) jasny wykład o tragedii Polski i Ukrainy.

Najpierw dowiadujemy się, że bogaty, ale ograniczony i okrutny Wojewoda ma młodą, piękną żonę. Traktuje ją niejako jak łup, ozdobę, która mu się należy z racji potęgi pozycji i majątku. Wojewoda utożsamia w dramacie starą klasę magnaterii, która nie chce zrozumieć, że jej czas już przemija. Z kolei nieszczęśliwie zakochany w macosze Zbigniew jest przedstawicielem bezwolnej szlachty, którą ubezwłasnowolniła magnateria. Na domiar wszystkiego pojawia się też tytułowy bohater Mazepa, który zakochuje się w Amelii. Jest i Król, który chętnie uwiódłby Amelię dla zabawy, ale Król jest głupcem, który marnotrawi czas i siły. Rzecz kończy się, jak wiemy, tragicznie… Warto może przypomnieć sobie ten dramat, czytając go jednak właśnie jako alegorię.

Wspomnienia i dzień obecny

Ukraina w polskiej literaturze to niezmierzona piękna przestrzeń i Kozacy, jako ludzie odważni i wolni. Pomijam tu Sienkiewicza z jego trylogią, bo o tym już pisałem wcześniej. Dodam tylko, że nie można pisać „ku pokrzepieniu serc” własnego narodu, poniżając jednocześnie inny naród.

Czy, ogół Polaków ma świadomość, że przez kilkaset lat traktowaliśmy Ukrainę źle? Chyba nie. Jesteśmy tak zajęci naszymi własnymi krzywdami – realnymi lub urojonymi – że nie starcza nam czasu i sił na dochodzenie prawdy o naszym postępowaniu.

Dzisiaj Ukraińcy dowodzą, że są narodem twardym i bitnym. Podjęli walkę z krajem, który mienił się pierwszym mocarstwem świata i daj Boże wygrają. Walczą w imię wolności – swojego państwa i własnej wolności osobistej, której nie zaznają od Rosji.

Agresor napadł na Ukrainę, a przywódca napastnika bajdurzy o Wielkiej Rosji, jednym narodzie i narodowym historycznym posłannictwie. Jakie to posłannictwo wiemy najlepiej my, Polacy. Bezmyślne okrucieństwo i tępa administracja, wynaradawianie i poniżanie, łapówkarstwo i totalny bałagan, zamordyzm zamiast demokracji – to są nasze doświadczenia z kontaktów z Rosją. Być może oni inaczej nie potrafią, skoro tak „zaprogramowali ich” Mongołowie. Czy mam Rosjanom współczuć, że tak tylko potrafią żyć? Nie, bo skoro przez kilkaset lat nie znaleźli sami w sobie dość sił, żeby wypalić w swych duszach okrutne dziedzictwo Azji…

Współczuję natomiast Ukraińcom i podziwiam ich. I życzę, żeby wygrali.

Jestem też pełen uznania dla nas samych, że potrafimy być tak czuli na cudzy ból i nieszczęście. Może nie jesteśmy tak źli, jakby się wydawało na co dzień?

Polskie Radio zrywa współpracę reklamową z Leroy Merlin

Polskie Radio poinformowało o zerwaniu współpracy reklamowej z Leroy Merlin i zaprzestaniu emisji jej reklam na wszystkich swoich antenach. Francuska marka nie wycofała się z Rosji po agresji na Ukrainę.

Polskie Radio tłumaczy w komunikacie, że przyczyną zerwaniu współpracy jest brak „akceptacji dla decyzji sieci Leroy Merlin o dalszym prowadzeniu, a nawet rozszerzeniu swojej działalności biznesowej na rynku rosyjskim, pomimo brutalnej agresji Rosji na niepodległą Ukrainę oraz licznych zbrodni dokonywanych na narodzie ukraińskim przez wojska rosyjskie”.

Podkreślono, że publiczny nadawca nie będzie prowadził współpracy reklamowej „z jakąkolwiek firmą prowadzącą swoją działalność biznesową w Rosji i wspierającą zbrodniczy reżim Putina”.

„Decyzja Polskiego Radia ma charakter symboliczny. Chodzi o pokazanie, że jest coś znacznie ważniejszego niż zyski, pieniądze” – zaznaczono w komunikacie.

opr. jka, źródło: Polskie Radio

List do Rosjan z apelem o zatrzymanie wojny w dziennikach Polska Press

W poniedziałek dzienniki należące do Polska Press wydrukowały list do Rosjan pt. „Możecie powstrzymać tę wojnę”. Wcześniej ukazał się on na portalach internetowych tego wydawcy.   

Jak tłumaczy zarząd i zespół Polska Press, jednym ze sposobów na zakończenie wojny na Ukrainie „jest  pobudzenie Rosjan do działania i powstrzymania swoich władz”. Autorzy listu zachęcają do udostępniania go w mediach społecznościowych i oznaczania znajomych Rosjan, „aby dowiedzieli się co się naprawdę dzieje na Ukrainie, bez propagandy i fałszowania rzeczywistości”.

W liście czytamy m.in.: „Społeczeństwo w Rosji jest okłamywane przez Władimira Putina, jego popleczników. Chcemy pokazać Wam, co się naprawdę dzieje na Ukrainie: bezmiar cierpienia, śmierć i próba unicestwienia wolnego kraju. Chcemy, żeby dotarła do was wiarygodna informacja, a nie kłamstwo”.

Autorzy listu przypominają, że w przeszłości wielu odważnych Rosjan walczyło o prawdę, a wielu,  jak Anna Politkowska, za nią zginęło.

„Dziś także trzeba pisać i mówić o tym, co się naprawdę dzieje na Ukrainie. Prawda jest taka, że to Rosja zaatakowała Ukrainę. A Ukraińcy stawili i cały czas stawiają heroiczny opór agresorowi. Dzielnie bronią swoich rodzin, domów i Ojczyzny. Po trzech tygodniach wojny tysiące rosyjskich żołnierzy zginęło, a jeszcze więcej zginie” – czytamy dalej.

W liście przypomniano, że rosyjskie wojska atakują na Ukrainie cele cywilne, giną bezbronni ludzie, także dzieci. Wspomniano o sankcjach, które doprowadzą do poważnego kryzysu gospodarczego w Rosji

Na koniec podkreślono, że konsekwencje zbrodniczej napaści na Ukrainę odczują wszyscy obywatele Rosji. „Pytam w imię czego? Czy taką cenę powinni ponosić zwykli ludzie w Rosji? Czy niezrozumiały plan agresji na wolną Ukrainę wart jest życia niewinnych ludzi – matek, dzieci i młodych żołnierzy armii rosyjskiej? Każdy żołnierz zarówno na Ukrainie, jak i po stronie rosyjskiej ma swoje plany i marzenia, ma swoją rodzinę, swój dom. A wszystko to musi stracić z dnia na dzień ze względu na ambicje jednego człowieka – Władimira Putina.”

opr. jka, źródło: Polska Press

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Dekomunizujemy!

Prezydent Trzaskowski przeprowadził w 2017 r. rekomunizację warszawskich ulic, mimo protestów kombatantów, wielu środowisk niepodległościowych i patriotycznych. Dziś, śladem apelu prezesa IPN, czas na usunięcie (symboliczne) zbrodniarzy oraz zdrajców i powrót bohaterów jako patronów ulic w Warszawie i całej Polsce.

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju” – brzmiało oświadczenie Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych. – „Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

Sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość w 2017 r. mówił: „Dziś my, weterani walk o niepodległość naszej Ojczyzny i represjonowani za wierność Polsce przez niemieckich, sowieckich i rodzimych zbrodniarzy komunistycznych, zwrócimy się z gorącym apelem do pana Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy, do pani Ewy Malinowskiej-Grupińskiej, przewodniczącej Rady Miasta i wszystkich radny o nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które w jakikolwiek sposób upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system totalitarny, jakim był komunizm”.

Argumenty historyczne i finansowe

Już wtedy, w 2017. rekomunizację chciał powstrzymać Instytut Pamięci Narodowej: „aby w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności, niezależnie od bieżących sporów politycznych, nowe władze samorządowe Miasta Stołecznego Warszawy odstąpiły od procedury przywracania już zmienionych nazw symbolizujących lub propagujących komunizm. Nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz zniewolenia Polski, przeciw jej niepodległości i przeciw wolności jej obywateli. Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia odrodzenia Państwa Polskiego”.

IPN dodawał ważny argument finansowy: „Wciąż jest możliwość przyjęcia najprostszych procedur, które uchronią stolicę przed wydawaniem środków publicznych na przywracanie nazw symbolizujących komunistyczne zniewolenie Polski a w wielu wypadkach symbolizujących także zbrodnie i nieprawości okresu stalinizmu”.

Prezydent Trzaskowski na te wszystkie apele i argumenty był odporny. I rekomunizację przeprowadził.

Dlaczego rekomunizacja? Bo wcześniej przeprowadzono w Warszawie (i w Polsce) dekomunizację ulic. Na mocy decyzji wojewodów zamiast totalitarnych patronów pojawili się nowi: polscy. Potem – po odwołaniu władz miast zdominowanych przez PO i niekorzystnych decyzjach sądów – ten proces został odwrócony i mieszkańcy musieli za to zapłacić. Zapłacić za powrót komunistycznych patronów.

Najpierw Gdańsk

Zanim wrócimy do Warszawy, przyjrzyjmy się rekomunizacji Gdańska, wówczas pod rządami Pawła Adamowicza (podobnie jak Rafał Trzaskowski skutecznie odwołał się od dekomunizacyjnych decyzji wojewody). Trzech komunistycznych patronów udało się zlikwidować: Dąbrowszczaków (ochotnicy XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy podczas wojny domowej 1936-1939 chcieli budować w Hiszpanii „totalitarne stalinowskie państwo” i służyli „zbrodniczej ideologii komunistycznej” – według określeń IPN), Leona Kruczkowskiego (pisarz, ale także członek komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej, potem Komitetu Centralnego PZPR, wiceszef stalinowskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki) i Mariana Buczka (przedwojenny komunista, członek Komunistycznej Partii Polski).

Dzięki temu swoje ulice zyskali: prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy. Ignacy Matuszewski, minister skarbu w II Rzeczpospolitej, dyplomata, pułkownik Wojska Polskiego, oficer wywiadu (najbardziej zasłynął tym, że razem z Henrykiem Floyar-Rajchmanem we wrześniu 1939 r. ewakuował na Zachód i przekazał rządowi RP 75 ton złota Banku Polskiego). I Jan Styp-Rekowski, organizator i działacz Związku Polaków w Niemczech, aresztowany przez Niemców w 1939 r., zmarł w 1942 r. w obozie Sachsenhausen.

Wreszcie czas na decyzje skandaliczne. Swoje ulice zachowali:

Stanisław Sołdek, inżynier okrętowiec, przodownik komunistycznej pracy, poseł PZPR,

Wincenty Pstrowski, także przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR,

Franciszek Zubrzycki, ps. „Mały Franek”, partyzant komunistycznej Armii Ludowej, przedwojenny komunista,

Józef Wasowski (właśc. Józef Wassercug), dziennikarz, przedwojenny członek warszawskiej loży „Kopernik”, powojenny poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej, pierwszy przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Tzw. prezydent Polski, a naprawdę sowiecki agent Bierut, przyznał Wasowskiemu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług położonych dla Demokracji Polskiej w dziedzinie publicystyki oraz pracy nad odbudową powojennego dziennikarstwa”. Dziennikarz Józef Wasowski to ojciec dziennikarza Jerzego Wasowskiego (Kabaret Starszych Panów), dziadek dziennikarza Grzegorza Wasowskiego (m.in. T-raperzy znad Wisły).

W końcu wymieńmy tych, którzy na ulice w Gdańsku wówczas nie zasłużyli:

Kazimierz Szołoch. Robotnik Stoczni Gdańskiej im. Lenina, współorganizator strajku w 1970 r. i 1980 r., działacz Wolnych Związków Zawodowych, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, NSZZ „Solidarność”. Rozpracowywany przez bezpiekę, wielokrotnie szykanowany i zwalniany z pracy.

Henryk Lenarciak. Z Kazimierzem Szołochem łączyła go praca w Stoczni Gdańskiej, strajki 1970 r. i 1980 r., a także to, że uważał Lecha Wałęsę za TW bezpieki. Dzięki Lenarcikowi powstał w Gdańsku, przed brama stoczni, Pomnik Poległych Stoczniowców.

Anna Walentynowicz. Ikona, legenda Solidarności, Anna Solidarność.

Feliks Selmanowicz, ps. „Zagończyk”, żołnierz wileńskich brygad Armii Krajowej dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej, zamordowany 28 sierpnia 1946 r. w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej, razem z Danutą Siedzikówną, ps. „Inka”.

Żołnierze Wyklęci, działacze Solidarności. Polskie pokolenia, którym zawdzięczamy niepodległość. A ich przegraną w walce o z komuną „zawdzięczamy” Pawłowi Adamowiczowi.

Teraz Warszawa

Na początek ci, którzy szczęśliwie ulicę stracili:

Oskar Lange, ekonomista, ale też członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł na Sejm PRL, sowiecki agent.

W jego miejsce patronem ulicy został Tomasz Arciszewski, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z przywódców Organizacji Bojowej PPS. Jeden z Ojców Polskiej Niepodległości, odzyskanej 11 listopada 1918 r., premier rządu Rzeczpospolitej w latach 1944-47.

Franciszek Bartoszek, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

W jego miejsce patronem ulicy został Stanisław Pyjas, zamordowany przez komunistów 7 maja 1977 r. w Krakowie student Uniwersytetu Jagiellońskiego, opozycjonista.

Sylwester Bartosik, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej.

W jego miejsce patronem ulicy został Grzegorz Przemyk, maturzysta, śmiertelnie pobity przez milicjantów w Warszawie, zmarły 14 maja 1983 r.

Franciszek Zubrzycki „Mały Franek”, partyzant sowieckiej Gwardii Ludowej, przedwojenny komunista.

W jego miejsce patronem ulicy została Danuta Siedzikówna „Inka”, sanitariuszka V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Zamordowana 28 sierpnia 1946 r. w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR.

W jego miejsce patronem ulicy zostali Bohaterowie z Kopalni Wujek w Katowicach, spacyfikowanej przez juntę wojskową Jaruzelskiego w pierwszych dniach stanu wojennego. W wyniku zbrodni plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników.

Ul. 17 stycznia – na pamiątkę 17 stycznia 1945 r., czyli wkroczenia wojsk sowieckich do Warszawy.

W to miejsce patronem ulicy został Komitet Obrony Robotników, opozycyjna organizacja w PRL.

Kogo przywrócili, kogo usunęli

Teraz przypomnę, jacy patroni (komunistyczni) wrócili na stołeczne ulice, a z jakimi bohaterami (polskimi) musieliśmy się pożegnać. Poniżej większość z nich.

Wrócił Józef Lewartowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej, Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Kiedy w 1920 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, został członkiem Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski z zadaniem organizowania władzy sowieckiej w powiecie bielskim. Kiedy w 1939 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, rozpoczął współpracę z sowieckim okupantem na Kresach II RP.

Miejsca musiał ustąpić Lewartowskiemu Marek Edelman, lekarz, jeden z przywódców powstania w getcie warszawskim (ŻOB).

Wrócił Leon Kruczkowski (pisałem o nim wyżej).

Miejsca musiał ustąpić Kruczkowskiemu Zbigniew Herbert – niezłomny książę poetów.

Wróciła Aleja Armii Ludowej, podległej sowietom organizacji przestępczej, która pod płaszczykiem walki z Niemcami szczególnie zwalczała Polskie Państwo Podziemne i Armię Krajową.

Miejsca Armii Ludowej musiał ustąpić prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy.

Wróciła Jadwiga i Witold Kokoszkowie, członkowie sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej (poprzedniczki AL).

Miejsca Kokoszkom musiał ustąpić Zbigniew Stypułkowski, polityk II Rzeczpospolitej, poseł na Sejm, adwokat, bezprawnie sądzony i skazany w moskiewskim procesie 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego.

Wrócił Henryk Sternhel, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939) po stronie bolszewików, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

Miejsca Sternhelowi musiał ustąpić Marian Bernaciak „Orlik” – podporucznik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie. Zamordowany przez komunistów 24 czerwca 1946 r. we wsi Piotrówek.

Wrócił Wincenty Rzymowski, dziennikarz, w czasie II wojny światowej podjął współpracę z sowietami, członek sowieckiego Związku Patriotów Polskich, współtwórca tzw. Manifestu tzw. Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Stalinowski minister kultury i sztuki, oraz minister spraw zagranicznych, przywódca przybudówki PZPR: Stronnictwa Demokratycznego.

Miejsca Rzymowskiemu musiał ustąpić Przemysław Gintrowski, kompozytor, bard.

Wrócił Zygmunt Modzelewski, ekonomista. W 1945 r. ambasador RP w ZSRS, stalinowski wiceminister, a później minister spraw zagranicznych, członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL.

Miejsca Modzelewskiemu musiał ustąpić Jacek Kaczmarski, poeta, prozaik, kompozytora, bard.

Wróciła ul. Dąbrowszczaków (pisałem o nich wyżej).

Miejsca Dąbrowszczakom musiał ustąpić Borys Sawinkow, rosyjski pisarz i polityk, odpowiedzialny za zamachy na carskich urzędników.

Wrócił Związek Walki Młodych, komunistyczna organizacja młodzieżowa, przybudówka sowieckiej PPR.

Miejsca ZWM musiał ustąpić Andrzej Romocki „Morro”, żołnierz Szarych Szeregów, kapitan Armii Krajowej, w Powstaniu Warszawskim dowódca 2. kompanii Rudy batalionu Zośka. Zginął 15 września 1944 r. dowodząc walką o utrzymanie przyczółka czerniakowskiego.

Wrócił Józef Balcerzak, elektryk, członek sowieckiej Komunistycznej Partii Polski.

Miejsca Józefowi Balcerzakowi musiał ustąpić Stanisław Kasznica „Wąsowski”, prawnik, polityk obozu narodowego, podporucznik Wojska Polskiego, podpułkownik i ostatni komendant główny Narodowych Sił Zbrojnych, zamordowany przez komunistów 12 maja 1948 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Tołwiński, komunistyczny prezydent m.st. Warszawy w latach 1945-1950, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL, członek PPR/PZPR.

Miejsca Tołwińskiemu musiał ustąpić Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”, podpułkownik Wojska Polskiego, cichociemny, dowódca Okręgu Nowogródek AK, który zginął w walce z NKWD pod Surkontami 21 sierpnia 1944 r.

Wrócił Wacław Witold Szadkowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej (później PZPR), Armii Ludowej.

Miejsca Szadkowskiemu musiał ustąpić mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, cichociemny, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, dowódca oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i Zrzeszenia WiN. Zamordowany przez komunistów 7 marca 1949 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Wroński, historyk, w czasie II wojny światowej członek sowieckiej brygady partyzanckiej, członek PPR/PZPR, W PRL minister kultury i sztuki, poseł na Sejm, członek Rady Państwa. Przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, prezes Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Miejsca Wrońskiemu musiała ustąpić Anna Walentynowicz…