„Rewolucja zjada swoje dzieci” – to wyświechtane powiedzenie wydaje się wyprawne z treści wieloletnim nadużywaniem. Dlatego wybaczcie, że mimo wszystko wydaje mi się najlepiej opisującym zjawisko, które mam wrażenie szybko narasta od 13 grudnia zeszłego roku.Gdyby przypadek prokurator Wrzosek został opisany przez „prawicowy portal” wywołałby pewnie słuszne, ale ograniczone oburzenie w szeroko pojętej „prawicowej bańce” i tam by pozostał.
Dzięki mechanizmowi plemiennego immunizowania na fakty, prokurator Wrzosek zostałaby jeszcze bohaterką walki z „prawackim oszołomstwem”. Jej pech polega jednak na tym, że afera została ujawniona na portalu zaliczanym do grupy „uśmiechniętych” i przez to w bańce „uśmiechniętych” nie da się jej łatwo zbyć machnięciem ręki.
Wrzosek
Dzięki Patrykowi Słowikowi i Wirtualnej Polsce – nie mam żadnej wiedzy, żeby miało to być elementem jakiejś podskórnej rozgrywki, więc zakładam, że ujawnione zostało w najlepszej intencji – dowidzieliśmy się, że wnioski prokuratorskie dotyczące TVP – w dość powszechnym mniemaniu cierpiącej na przerost ambicji i pragnienie atencji, jednocześnie wielce „zasłużonej” dla „walki o demokrację” – prokurator Ewy Wrzosek, miały powstać poza prokuraturą. Wskazuje się na międzynarodową kancelarię Clifford Chance, która obecnie… obsługuje media publiczne. Co ciekawe ta sama kancelaria znajduje się w centrum skandalu finansowego Cum-ex w Niemczech.
No i chyba zrobiło się zbyt „grubo” żeby zbyt wielu chciało prok. Wrzosek „ratować”. Wprawdzie najbardziej fanatyczni jak Tomasz Lis, wzywają, żeby „nie zostawiać swoich na polu bitwy”, ale już Donald Tusk „staje w obronie” tak jakoś enigmatycznie i jakby pozostawiając sobie możliwość ewakuacji. A już rzecznik dyscyplinarna adwokatury uznała, że „zachodzi prawdopodobieństwo popełnienia deliktu przez adwokatów”, Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, uznał, że „granice zostały przekroczone”, nawet neo-prokuratura Korneluka informuje, że „prowadzi śledztwo”. Usiłowanie tłumaczeń na zasadzie „wyższej racji” chyba nie przynosi rezultatów.
Bracia Morales
Smutne i głodne święta panowały chyba również w hacjendzie „Braci Moralesów” czyli rozjechanego w Wirtualnej Polsce (sprawę z Moralesem ujawniła wcześniej „poprzednia” TVP) doradcy Platformy Obywatelskiej i internetowego hejtera Bartosza Kopani, oraz jego brata, również internetowego hejtera znanego na platformie „X” jako CasperVanDeHag – Marcina Kopani (sprawa ujawniona na Salonie24 przez Marcina Dobskiego), przypadkiem szefa podlegającej Trzaskowskiemu warszawskiej spółki miejskiej. Podczas jednej z telewizyjnych debat Trzaskowski zapowiedział jego zwolnienie.
Trudno powiedzieć, czy ujawnienie przez Onet sprawy Marka Balawajdera, który miał się dopuścić licznych przypadków mobbingu w RMF ma podobny kontekst. Prawdopodobnie nie, choć im więcej tego typu spraw, tym bardziej drapię się po głowie. Na pewno ciekawie brzmią jakby zawoalowane „groźby” Tuska wobec dziennikarzy WP.
I tak „najdzielniejsze z dzielnych” i „najwierniejsze z wiernych” matrosy rewolucji 13 grudnia, dopiero co cieszyły się euforią entuzjastycznego, mówiąc po ziemkiewiczowsku „jechania PiS”, a już same są „jechane”. Dopiero co łaknący krwi lud niósł ich na ramionach, a już okazało się, że niesie ich w stronę szafotu. Dopiero co czuli się Panami świata, a tu jakaś gilotyna robi zygu zygu po gardzieli.
„Rewolucja zjada swoje dzieci” – przynajmniej na razie, bo do „robespierów” jeszcze nie doszła.
Ludzie, którzy pasą się, cieszą, cudzym nieszczęściem, szkodzą przede wszystkim sobie, a nie innym. Nie wiem, czy jest to w stanie dotrzeć, do któregokolwiek z influencerów medialnych napawających się nowotworem, który dotknął nielubianego przez nich polityka. W Wielki Piątek ludzie nienawidzący innych ludzi powinni przynajmniej pomyśleć o swoich czynach.
Każdego dziecka na religii, a jeszcze trochę takich dzieci jest, uczy się, że Ukrzyżowanie nie było końcem a początkiem. Także początkiem innych krzyżowań za wiarę. Wbrew utartej opinii największym prześladowcą chrześcijan w Rzymie nie był wcale Neron, a późniejszy o ponad dwieście lat Dioklecjan, który wraz z kolegami będącymi przy władzy rozpoczął regularną czystkę. W samym cesarstwie wiele osób z elity politycznej, także tych niechętnych wyznawcom Chrystusa, zwracało uwagę, że jest to średni pomysł. Napasiemy tłum nienawiścią do przeciwników, wyżyjemy się, jakiś czas władza pojedzie na tym antagonizowaniu społeczeństwa, ale potem oni będą mieli męczenników i podbudowę moralną, a my zdegenerowanych morderców, którzy jedyne czego chcą to uniknąć zemsty.
Mieli rację, bo krótko potem cesarz Konstantyn, czy to z przyczyn taktycznych, czy duchowych, zaczął mocno promować chrześcijaństwo, które wówczas już rozpoczęło niepowstrzymany marsz do panowania w całym imperium, a potem Europie. Ludu i elit Rzymu jednak wiele ta historia nie nauczyła, bo kolejnych kilkadziesiąt lat później nakręcili się tym razem nie na chrześcijan, a germańską ludność zamieszkującą półwysep apeniński, w większości rodziny rzymskich legionistów pochodzenia germańskiego. Efektem oczywiście była rzeź tych rodzin, przez chwilę pewnie było nawet fajnie, ale dalszym efektem było to, że duża część legionistów dołączyła się do króla Wizygotów, który wkrótce zajął Rzym i urządził zabawę na drugą nóżkę.
Lubię historię Rzymu, bo tam wszystko jest, ale oczywiście takich historyjek można by wysypać sporo z rękawa czytając o dowolnym okresie na dowolnym kontynencie. Mimo tego ludzie się nie zmieniają. Po prostu od czasu, do czasu chcą by innym było źle. Znajdują jakąś grupę, budują podbudowę moralną i heja. Dziś w naszym kraju, odbywa się to szczęśliwie nie za pomocą noży, stosów czy krzyży, a mediów, czasem z pomocą prokuratury lub służb specjalnych.
W tym wszystkim przypadek Zbigniewa Ziobro i rozmaitych Wielińskich, czy Michalik dworujących sobie z jego bardzo poważnej choroby, moim zdaniem, mocno wykracza poza standard. Ludzie z reguły nie dokuczają chorym na raka i sobie z tego nie dworują, także dlatego, że się go sami boją. Nasze media jednak osiągnęły kolejny etap, kolejny level gry w bezrozumne szczucie. Jeśli ktoś choć trochę śledził co pisałem to mógł zauważyć, że miałem sporo zastrzeżeń do aktywności byłego ministra sprawiedliwości w ostatnich latach. Ale jeszcze więcej zastrzeżeń, mówiąc eufemistycznie, miałem do Tomasza Lisa. Kiedy jednak dopadły go kłopoty zdrowotne ja, ale też choćby chamsko przez niego obrażana Magda Ogórek, życzyliśmy mu zdrowia. Żeby było jasne, nie czuję z tego powodu kombatanctwa. Ale chciałbym to nadmienić, by nikt inny nie mówił, “a wy też”. Nie. To akurat oni. Nie my.
We wszystkim tym, temu kibicowaniu chorobom (ale też powtarzaniu hasełka o “winnych, którzy nie mają się czego obawiać”, w sytuacji, kiedy motywacje aparatu siłowego są w oczywisty sposób polityczne) zastanawia mnie jedno. Ludzie, którzy kibicują chorobie, a nie choremu, choćby go nie lubili, już mu nie zaszkodzą. Jeśli komuś szkodzą to sobie, niech to w Wielki Piątek i przy Wielkiej Nocy rozwijają księża i etycy, bo to ich, a nie moja, branża. Ale nie zmienia to faktu, że może w ciągu najbliższych dni, słabego, zagubionego człowieka, w którym gdzieś tli się dana mu nadzieja i szansa, należy dostrzec nawet w tych obecnych “hejterach”, braciach Kopaniach i innych. Nie wiem jak tam dla Państwa, ale dla mnie jest to stosunkowo trudne. Tak czy siak spróbuję.
Zbliżają się najważniejsze dla katolików Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Chciałbym Wam życzyć żeby były przynajmniej spokojne, ale obawiam się, że nie będą.
W tajemnicy Świąt Zmartwychwstania Pańskiego kryje się istota chrześcijaństwa. Symbol upadku, który staje się narzędziem i znakiem zwycięstwa. Porażki śmierci i triumfu życia. Nieustannej odnowy. O ile oczywiście ktoś stara się te znaczenia uchwycić. Tradycyjnie ci, dla których to okazja do lenistwa, intensywnej eksploatacji seriali i obżarstwa, pozostaną po wszystkim z wewnętrzną pustką i dodatkowymi kilogramami.
Podwyżki, przykrywki
Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do tego, że przynajmniej czas świąteczny możemy spędzić spokojnie. Dziś, choć minęło tylko nieco ponad 100 dni rządu koalicji 13 grudnia, o spokój coraz trudniej. W czasie kiedy będziemy świętowali decyzją rządu Donalda Tuska wzrośnie VAT na żywność, niedługo później gargantuicznie wzrosną ceny energii elektrycznej. Wszystko to zapewne spowoduje wzrost inflacji. Agencja S&P już obniżyła prognozę wzrostu PKB dla Polski. Chyba mało kto spodziewa się poprawy swojej sytuacji.
Jakby tego było mało, nie od dzisiaj wiadomo, że modus operandi polityki prowadzonej przez Donalda Tuska, to tzw. „przemysł przykrywkowy”. To dlatego atak na media publiczne i PAP Tusk realizował mniej więcej w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Chciał się rach ciach uwinąć, tak żeby zanim Polacy skończą świętować było po wszystkim. Nie wyszło, ale próbował. I spróbuje znowu.
„Prezenty” Tuska
Czy już podczas Świąt Wielkiej Nocy? Sadzę, że wysoko prawdopodobny jest najazd mających za nic prawo i konstytucję hunwejbinów Tuska na Trybunał Konstytucyjny, o którym mówi się już od dłuższego czasu. Mniej prawdopodobny (ze względu na możliwe międzynarodowe reperkusje), ale nie niemożliwy, jest najazd na Narodowy Bank Polski, gdzie leży potrzebne Niemcom polskie złoto. A może kolejne włamania do domów polityków, na przykładzie których brukselski szatniarz zechce pokazać, że „jemu wolno wszystko”?
Cokolwiek by się nie stalo, dla coraz bardziej „opiłowywanych” katolików Chrystus znów zmartwychwstanie i to jest najważniejsze. Chciałby, z tej okazji życzyć Wam spokojnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, ale że mogłoby to zabrzmieć jak ponury żart, życzę nam wszystkim abyśmy w tym czasie odnaleźli nadzieję i siłę na marsz przez „ciekawe czasy”.
A jakie „prezenty” przyniesie nam „wielkanocny Tusk”? Nie mamy na to wpływu.
Według informacji naszego portalu rozpoczęła się następna fala czystek w PPG, czyli w Polska Press należącym do Orlenu koncernie wydającym kilkanaście gazet regionalnych i prowadzący portal i.pl, którego kierownictwo właśnie wyrzucono. Pracę stracili – wg. źródeł sdp.pl – m.in. redaktor naczelnego i.pl Piotr Kotomski i dyrektor ds. transformacji cyfrowej Paweł Fąk. Spółka pl 24 ma być zlikwidowana a i.pl przeniesione do PPG. Zlikwidowane mają też być: Nasza Historia, Biuro Spraw Korporacyjnych, Biuro Strategii i BTC. Czystka trwa, a jej autorką – jak przekazali informatorzy – kieruje najprawdopodobniej członek zarządu PPG Elżbieta Żuraw, która znana jest nie tylko z wieloletniej pracy w korporacji Polska Press. Żuraw jest także aktywistką postkomunistycznej lewicy w Łodzi, która ubiega się o miejsce w radzie miejskiej i zawziętą przeciwniczką Kościoła katolickiego – zasłynęła zdjęciami na tle zniszczonego pomnika Jana Pawła II.
Apolityczna – jak mówiła o sobie Żuraw po objęciu miejsca w zarządzie PPG – działaczka lewicy startuje z list Koalicji Obywatelskiej, która w kampanii wyborczej w Łodzi pożarła dawny SLD i jeszcze dającą oznaki życia politycznego Nową Lewicę.
Cała Polska pod jednym adresem
To hasło przytoczone w śródtytule ma identyfikować markę – Polskę Press Grupę. Od kilkunastu lat pracująca tam działaczka łódzkiej lewicy Elżbieta Żuraw pięła się w korporacji po wysokich stopniach kariery. Z jej poglądami nie było to chyba trudne, kiedy PPG była w rękach niemieckiego koncernu, ale czy skomplikowało się po objęciu Polska Press przez Orlen? Jeśli nawet, Żuraw przeczekała te kilka lat. Teraz jest w zarządzie.
Najciekawsze jest to, że pracujący obecnie dla koalicji rządzącej dawni krytycy Orlenu i Polska Press zarzucający „upolitycznienie” firmy, po obsadzeniu władz paliwowego giganta swoimi ludźmi, nie mają nic przeciwko politycznym nominacjom.
Bo przecież nie jest chyba „apolityczną” kandydatka najpierw na posła a potem na radną, reprezentująca lewicę a teraz KO Elżbieta Żuraw? Jeśli to działanie apolityczne, to chyba zmieniono również w teorii prawa definicję niektórych doktryn. Chyba postkomunistycznych.
Selfie na tle zdewastowanego pomnika papieża
Pani Elżbieta Żuraw jest związana z Polska Press od prawie dwudziestu lat. Swoją karierę w Spółce zaczynała w 2005 r. od stanowiska Analityka Sprzedaży. Posiada szeroką wiedzę z obszaru finansów popartą dużym doświadczeniem zdobytym m. in. w trakcie realizacji dużych projektów firmowych. Od 2009 r. pełni funkcje na stanowiskach menadżerskich jako Menadżer ds. Budżetu oraz Dyrektor Finansowy. Od 2015 r. jest Dyrektorem Zarządzającym Centrum Usług Wspólnych Polska Press Grupy – to fragment ze strony PPG po wyborze E. Żuraw do zarządu.
Zwalnia się obecnie całe kierownictwo Polska Press. Czy patrzy się przy tym na dobro firmy? Moim zdaniem nie. Rozpoczęte reformy będą zamykane w więzieniu niekompetencji takich ludzi jak pani Żuraw. Jako specjalistka od finansów mogła być nawet świetnym pracownikiem, ale zarząd grupy medialnej wymaga jednak wiedzy dziennikarskiej i ogólnej dotyczącej chociażby dobrego imienia firmy. Co Żuraw o tym wie? Na pewno niewiele o wystąpieniach publicznych.
Kiedy w 2023 roku przed wyborami parlamentarnymi przed łódzką archikatedrą zdewastowano pomnik św. Jana Pawła oblewając monument farbą pracownica Polska Press E. Żuraw i aktywistka lewicy zamieściła na profilu społecznościowym swoje zdjęcie – niektórzy mówili wówczas, że to selfie – na tle zbeszczeszczanej postaci polskiego papieża. Napisała też słabiutki tekst pouczając wszystkich co złego – jej zdaniem – zrobił Ojciec Święty…
„Zapuść Żurawia”
Ukończyła kierunek Ekonometria i Informatyka na Uniwersytecie Łódzkim na wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym. Na tej samej uczelni kontynuowała poszerzanie wiedzy w ramach studiów podyplomowych z Rachunkowości i Sprawozdawczości Finansowej – frag. z biogramu na stronie PPG
Zatem pani prezes Żuraw jest dobra, bo zna się na rachunkowości, chociaż przy sprzedaży – a o sprzedaży Polska Press właśnie plotkują pracownicy domów mediowych – wystarczy matematyka z podstawówki. Problemem w przypadku członka zarządu grupy, jest kompletny brak wiedzy na średnim poziomie językowo-semantycznym, co eliminuje panią Elżbietę z grona ludzi mogących oceniać dziennikarzy i pracowników mediów.
Przede wszystkim jej hasło wyborcze jest absolutną pomyłką i dowodem na niezrozumienie polskiej frazeologii. „Zapuść Żurawia do Rady Miejskiej!” – zachęca Żuraw we wpisie na FB z pięknym zdjęciem z posłem Tomaszem Trelą, pogromcą PiS.
Słowniki PWN i inne pomoce językowe wskazują jednak, że „zapuść żurawia” jako popularny, by nie rzec nieco kolokwialny, związek frazeologiczny oznaczający ściąganie ( co nie przystoi ani politykom ani członkom zarządu) potocznie oznacza: „zaglądać gdzieś ukradkiem, podglądać coś, najczęściej niezbyt dyskretnie i wyciągając przy tym szyję”. Określenie to łączy się w inny sposób z polskimi wyrazami na przykład „nie powinna zapuszczać żurawia w jego przeszłość”. Choć i to jest troszkę zbyt potoczne, by nie powiedzieć knajackie. Zatem nie można „zapuszczać żurawia – a nawet Żurawia – do Rady Miejskiej” a co najwyżej – jak podają słowniki – „zapuszczać żurawia do książki / zeszytu”. I to też wydaje mi się knajackie. Chyba, że pani Żuraw chce się „zapuszczać” do Rady Miejskiej, ale po pierwsze to zupełnie inny związek frazeologiczny i też kolokwialny.
Nic nie znaczę bez lewicowej drużyny, która mi ufa i mnie wspiera
Powyższe zdanie w śródtytule pochodzi z profilu FB pani Żuraw.
A teraz jeszcze ostatni rozdział biogramu pani prezes, precyzyjnie członka zarządu PPG, Elżbiety Żuraw:
Wielokrotnie udowodniła swoją lojalność wobec firmy, zaangażowanie, jak również partycypacyjny model zarządzania. Jednocześnie angażuje się w działalność społeczną uczestnicząc aktywnie w wolontariacie – czytamy w biogramie E. Żuraw na stronie PPG.
Na pewno nie jest wolontariuszką w zarządzie Polska Press. O czym przypominają jej kontrkandydaci w wyborach samorządowych 2024 roku. O działalności politycznej Elżbiety Żuraw napisał Tomasz Grabarczyk z Konfederacji załączając do tekstu zdjęcie pani Elżbiety z Markiem Belką.
„W swoim programie wyborczym zawarła postulat „fachowcy, a nie kolesie”. Minęło parę miesięcy i jak widać to hasło przestało mieć znaczenie. To przecież czysty przypadek, że Pani Żuraw trafiła do rady nadzorczej Polski Press. Wcale nie pomogła jej w tym pozycja polityczna i znajomość z liderami Lewicy. Witamy w uśmiechniętej Polsce” – napisał łódzki lider Konfederacji. I jeszcze jeden głos łodzkiego polityka. Tym razem radnego Nowoczesnej Damiana Raczkowskiego – kandydata KO do rady miejskiej. „Kandydatka do Rady Miejskiej w zarządzie Polska Press. Widze, że my coraz bardziej przestajemy różnic się od PiS” – napisał z przerażeniem Raczkowski.
„A co jak (E. Żuraw – red.) zostanie radną? Też będzie ok, że zasiada w zarządzie gazety wydawanej na lokalne rynki” – pytał radny KO, czyli kolega z partyjnych list, z których startuje do samorządu pani Żuraw.
Nie wiem, czy działalność polityczna przeszkadza w zarządzaniu dużą firmą medialną, ale na pewno może pomóc w kampanii – o ile pani Elżbieta byłaby nieuczciwa wywierając naciski na łódzkich dziennikarzy i.pl oraz Dziennika Łódzkiego lub Expressu Ilustrowanego. Ale to niemożliwe. Chyba…
24 marca 1992 r. w Neuquen w Argentynie zmarł Ryszard Białous, ps. Jerzy, kapitan Armii Krajowej, harcmistrz, żołnierz kampanii 1939 r., powstaniec warszawski, dowódca Oddziału Specjalnego „Jerzy”, batalionu „Zośka” i brygady dywersji „Broda 53” zgrupowania „Radosław”.
5 sierpnia, w piątym dniu walk Ryszard Białous osobiście poprowadził szturm na KL Warschau, niemiecki obóz koncentracyjny na terenie stolicy. Obóz został zajęty, uwolniono 348 Żydów. Białous przeżył Powstanie Warszawskie, po wojnie był na emigracji.
Gdyby kpt. Ryszard Białous „Jerzy” został po 1945 roku w Polsce, zapewne walczyłby z drugim sowieckim okupantem, a teraz byłby hejtowany przez totalną opozycję. Prochy bohatera sprowadzili do Polski żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej, jednostki także znienawidzonej przez totalniaków. Kpt. Białous nie został wyklętym przez komunistów Żołnierzem Niezłomnym. Po Powstaniu Warszawskim trafił z niemieckiego obozu jenieckiego do Wlk. Brytanii (służył u gen. Sosabowskiego), a potem do Argentyny.
Przed wojną nie tylko ukończył architekturę na Politechnice Warszawskiej, ale także kurs Szkoły Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy, został ciężko ranny. W antyniemieckim podziemiu tworzył Grupy Szturmowe Szarych Szeregów – podległe Kierownictwu Dywersji Komendy Głównej AK. Podczas Akcji pod Arsenałem 26 marca 1943 r. Białous dowodził Oddziałem Specjalnym „Jerzy” (od jego pseudonimu). Po śmierci Tadeusza Zawadzkiego rozkazał zmianę nazwy na Baon Szarych Szeregów „Zośka”.
W Powstaniu Warszawskim kpt. Białous przeszedł szlak bojowy od Woli poprzez Starówkę na Czerniaków. „Cementem […] było bezsprzecznie najwyższe koleżeństwo, którego żywym dowodem byliście Wy wszyscy, polegli, dalecy a tak bliscy Przyjaciele” – napisał we wspomnieniach „Walka w pożodze”. Po latach spoczął u boku swoich Przyjaciół w kwaterze „Zośki” na stołecznych Powązkach Wojskowych.
Ryszard Białous został zapomniany i przemilczany podobnie jak obóz, który wyzwalał. Z prostej przyczyny: KL Warschau był niemieckim obozem zagłady. Ogromnym, liczącym 120 hektarów. Gdy Powstańcy go wyzwolili, było tam już stosunkowo niewiele osób. Jednak po zajęciu Polski i Warszawy przez sowieckich okupantów, obóz nie został zlikwidowany, ale przekształcony w obóz komunistyczny. Działający do 1956 roku, a więc do końca stalinizmu w Polsce. Dlatego historia kpt Ryszarda Białousa, „Jerzego” i KL Warschau jest wciąż niewygodna.
Powązki Wojskowe w Warszawie. Tu palą się znicze dla bohaterów z Armii Krajowej, czy Szarych Szeregów, w kwaterze Batalionu Zośka. Od 2019 r. także znicze dla Ich dowódcy – tułacza: kpt. Ryszarda Białous, ps. Jerzy. Jest tylko jedno „ale”: patriotyczny nastrój wciąż zakłóca sąsiedztwo grobów morderców. Dlatego powraca apel: zdekomunizujmy Powązki Wojskowe!
Miałam wielokrotnie okazję poznania się z Ernestem Bryllem, ale najbardziej zapamiętałam go z jednego ze spotkań w Opinogórze. Powiedział wtedy, że trwa zniewolenie narodowe, więc rola poety winna być podobna jak w epoce romantyzmu. – Poeci powinni wyczuwać pierwsi idące niebezpieczeństwo wynaradawiania, choć nie jest ono dziś tak widoczne jak za czasów rozbiorów kraju czy wojen, ale tym bardziej niebezpieczne. Niestety, wielu literatów odrzuciło w swojej twórczości podstawowe wartości, w tym narodowe, i bardziej kłania się obcym niż rodakom. Obecnie w Polsce kod narodowy jest niezbędny – przekonywał Bryll.
Spotkanie z Ernestem Bryllem w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze, prowadzone przez Teresę Kaczorowską, 24 września 2009 r. Fot. Kazimierz Kosmala
Było to 24 września 2009 r., kiedy Ernesta Brylla zaprosiliśmy jako gościa III Opinogórskiego Spotkania z Literaturą, które prowadziłam w Dworze Krasińskich Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Obecnie, kiedy 16 marca 2024 r., odszedł on od nas w wieku 89 lat, jego słowa są jeszcze bardziej aktualne.
Ernest Bryll wywodził się z Mazowsza – jak pisał: „takiego niemrawego, takiego zacnego”, gdzie zawsze jest nieszczęśliwie. Był jednak rodzinnej ziemi wierny i nazywał ją „ojczyzną-płaszczyzną” (w 1967 r. wydał nawet tomik Mazowsze). Urodził się 1 marca 1935 r. w Warszawie, a został chrzczony, jak zwierzył się w Opinogórze – Różanie, w powiecie makowskim. Dzieciństwo spędził w Komorowie Starym koło Ostrowi Mazowieckiej, a także w Gdyni, gdzie ukończył II Liceum Ogólnokształcące. Studiował już jednak w stolicy, w 1957 r. został absolwentem filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego; ukończył też Studium Filmowe WSF w Łodzi. Mieszkał w Warszawie (przez wiele lat także w Otwocku), wraz z żoną Małgorzatą Goraj, dwiema córkami oraz zwierzętami (psami i kotami).
Próbował swoich sił jako dziennikarz
W czasach akademickich Ernest Bryll próbował swoich sił jako dziennikarz w tygodniku „Po Prostu” (1955-1956). Z uwagi na przeszłość ojca w Armii Krajowej, nie mógł jednak pracować w dziennikarstwie, czego pragnął, stąd jego epizod zatrudnienia w porcie gdyńskim oraz w Stoczni im. Komuny Paryskiej. W latach 1957-1960 był jednym z redaktorów w piśmie literackim „Współczesność”. Jak wiadomo pismo to dało później nazwę całemu Pokoleniu Współczesności, czyli pisarzy urodzonych tuż przed II wojną światową, debiutujących po 1956 r., którzy zaczęli kształtować nową jakość polskiej literatury.
Już podczas studiów Ernest Bryll czytał swoje wiersze na studenckich wieczorach poetyckich i drukował na łamach pism młodzieżowych. Pierwszy tomik wierszy Ernesta Brylla, pt. Wigilie wariata, został opublikowany przez Iskry w rok po ukończeniu studiów – w 1958 r., drugi – Autoportret z bykiem – dwa lata później. Obydwa zbiory Bryll uznawał jednak za juwenilia, zaś za prawdziwy debiut, w którym udało mu się coś „własnym sposobem” powiedzieć, uważał tomy trzeci i czwarty: Twarz nie odsłonięta (1963) i Sztuka stosowana (1966). Bryll rzucił wtedy czytelników na kolana i wypowiedział się własnym, mocnym głosem. Od tamtej pory często wydawał swoje poetyckie książki, zdarzało się, że po dwa tomy w jednym roku. Pisał do końca swoich dni, w sumie jego dorobek poetycki liczy ponad 40 zbiorów.
Poezja Ernesta Brylla miała różne nurty – od antyromantycznej do neoromantycznej–wieszczej; od obywatelskiej po liryczną. Zawsze jednak, mimo iż miał w życiu okres lewicujący (w połowie lat 60. został członkiem PZPR, z partii tej wystąpił po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.), jego ulubionym tematem była Polska – a w niej chłopskość, mazowieckość – opisana przeważnie językiem mięsistym, dynamicznym, plastycznym i zmysłowym (stąd dla niektórych krytyków poezja Brylla jest plebejska). Zawsze była to też poezja – jak całe pisarstwo Brylla – niebanalna, emocjonalna, zaangażowana etycznie, politycznie i moralnie, obywatelska, edukacyjna, odważna, konkretna, poszukująca prawdy, stawiająca pytania o losy narodu i jego miejsca w świecie.
Twórczość Brylla bywała też kontrowersyjna – przez jednych był chwalony, obwoływany wieszczem, przez innych – jak pisze Halina Binkowska w Kanonadzie – spychany w gnojowisko. Bo Bryll nie należał do rzeczników tolerancji, był często apodyktyczny, wręcz napastliwy, gorzko ironizujący, wątpiący, krytykujący. Drażnił, wręcz rozwścieczał, choć z upływem lat złagodniał, stał się bardziej romantyczny. Zdaniem Brylla literatura nie istnieje jednak bez dydaktyki społecznej i narodowej. Zwłaszcza, że nasza polska literatura była zawsze edukacyjną, intelektualną i patriotyczną – a zarazem nie bałwochwalczą – bo łączyła zaangażowanie z krytycyzmem, bezkompromisowość w dyskusji o narodzie i współodpowiedzialność ze współwiną. I u Brylla – szczególnie dramaty – mają wyraz obywatelski, bo domaga się tego dramatyczna historia narodowa, tradycja literacka i nasza zawikłana współczesność. Napięte polskie dzieje każą bowiem ciągle zadawać pytania o los narodu, zmuszają do ciągłego dialogu ze społeczeństwem, co staje się – szczególnie dzisiaj, znowu! – pierwszym obowiązkiem pisarza.
Wiersze Brylla były powszechnie czytane, krytykowane (choć przeważnie pochlebnie), naśladowane – stanowiąc ważny składnik rozwoju kultury polskiej w przeciągu 60 minionych lat. Ryszard Matuszewski nazywał poezję Brylla obywatelską, Piotr Kuncewicz uważał, że cała jego twórczość ma „charakter obsesyjno-wariacyjny”, zaś Tadeusz Nyczek – że to poezja teatralna. Na pewno poezja Brylla przeżyła niejedną przygodę. Przygodę z dniem dzisiejszym, ze światem. z historią, z Polską, z własnym sumieniem, i z Bogiem. Jest to ogromny „zwał pracy”, wielka ryza zapisanego przez lata papieru przez pisarza, który zawsze miał odwagę i „Ładu świata szukał pod polskim niebem i w polskim czasie”[1].
Kod narodowy jest dziś niezbędny
Bryll jest znany głównie jako poeta, ale był on twórcą niezwykle wszechstronnym. Lubił próbować różnych odmian literatury, którą uważał za rzemiosło jak każde inne. Wyznał jednocześnie, że ma nadzieję, że choć trochę z jego „roboty stanie się rzemiosłem niezwykłym, czyli sztuką”. Poza poezją pisał powieści, nowele, dramaty, śpiewogry (oratoria, musicale), teksty piosenek, uprawiał publicystykę oraz krytykę (szczególnie filmową). Jednak kośćcem tego wszystkiego jest poezja, nawet dramat u Brylla – według Piotra Kuncewicza – jest „poezji przedłużeniem”. Sam Ernest Bryll też uważał poezję za najważniejszą w swoim pisarstwie i wierzył w siłę poetyckiego słowa. Twierdził, że poeta ma nawet prawo być zarozumiały, gdyż pisze najważniejsze słowo na świecie.
Podczas spotkania w Opinogórze powiedział – a przybyły tłumy, głównie młodzieży, nie tylko z płn. Mazowsza – że obecnie, kiedy ponownie trwa zniewolenie narodowe, rola poety powinna być podobna jak niegdyś w epoce romantyzmu. Poeci powinni wyczuwać pierwsi idące niebezpieczeństwo wynaradawiania, choć oczywiście nie jest ono tak jawnie widoczne jak za czasów rozbiorów kraju czy wojen, ale tym bardziej niebezpieczne. Niestety, wielu literatów odrzuciło w swojej twórczości podstawowe wartości, w tym narodowe, i bardziej kłania się obcym niż rodakom.
– W Polsce kod narodowy jest dziś niezbędny. O dziwo, nie uczy tego już polska szkoła, nie dba o to rząd, nawet w teatrach nie można obejrzeć Dziadów, Beniowskiego, ani innych podstawowych dzieł naszych romantyków. Mimo iż naród tego pragnie, nikt go jednak nie słucha. Ze społeczeństwem nie ma dyskusji, która była nawet w PRL-u – mówił Bryll, podkreślając, że Polacy zaczynają się wreszcie budzić, o czym świadczy rosnąca pamięć historyczna, czy choćby spontaniczne śpiewanie pieśni z czasów Powstania Warszawskiego. Nie wolno bowiem gubić ani przeszłości, ani teraźniejszości, gdyż obie silnie są z sobą splątane i wzajemnie się oświetlają. Historia jest częścią naszego „teraz” i naród musi o niej pamiętać, bo na równi ze współczesnością tworzy ona tożsamość narodową.
Nowele, powieści, dramaty, oratoria, musicale, sztuki telewizyjne
W drugiej połowie lat 60. zaczęły ukazywać się Brylla nowele i powieści: Studium (1963), Ciotka (1964), Gorzko, Gorzko (1965), Jałowiec (1965), Drugi niedzielny autobus (1969), Betlejem (1987); a także dramaty, oratoria, musicale i sztuki telewizyjne (w sumie ponad 30). Najbardziej znany dramat, a zarazem szczęśliwy debiut teatralny, który utorował mu drogę na sceny – to Rzecz Listopadowa (1968). Ten filozoficzno-moralny traktat o Polce i Polakach do 1973 r. był grany w kilkunastu teatrach. Inne dramaty to: Kurdesz (1968) – ukazujący symboliczny polski kocioł dziejów; Kto ty jesteś (1970) – oratorium-dramat o polskiej historii i teraźniejszości.
Następne sztuki Brylla nie są już tak dyskursywno-obywatelskie – to raczej dramaty stylizacyjne, zbudowane na zasadzie kamuflażu, wieloznaczności i maskarady, farsy ludowe, np. Życie jawą (1972), Doświadczyński (1977), gdzie szyderczo maluje obraz bezmyślnej zbiorowej uległości; Słowik (1977) – bajka przedstawiająca zastraszone społeczeństwo, brak sprawiedliwości i tolerancji, zafałszowaną przez politykę rzeczywistość; Ballada łomżyńska (1977) – sztuka apoteoza o najbardziej podstawowych prawdach i wartościach; Kolęda-Nocka (1980 – znany musical Brylla do muzyki Wojciecha Trzcińskiego ukazuje klimat lat 1970-80, protest przeciw fałszowi (zdobył złotą płytę). Kolęda-Nocka kończy Bryllowy dyskurs teatralny, prowokacyjny, nasycony pasją i lamentem o Polsce i Polakach. Inne, w których pisarz uciekł już raczej w krainę emigracji wewnętrznej i zabawy, to m.in. znane: Po górach po chmurach (1969); Na szkle malowane (1970, ponad 600 spektakli w 1973 r. i pół mln widzów); Wieczernik (1984), Wołał nas Pan (1999) i wiele innych. Również znaczna część wierszy to miniatury dramatyczne, np. utwór Cham.
I jako dramaturg Bryll miał rzadkie szczęście. Jego sztuki były kochane przez teatry i widownię, stawały się szlagierami, wręcz zaistniał w Polsce specyficzny autorski Teatr Brylla. Były szeroko recenzowane i komentowane, podobnie zresztą jak cała twórczość Brylla, bo liczne jego tomy poezji to też bestsellery.
Autor tekstów piosenek, tłumacz
Jak wspomniałam, Ernest Bryll jest też autorem tekstów piosenek. Pisał je od roku 1965, najważniejsze z nich to: Góry, chmury, doliny;Hej, baby, baby; Hej, kurniawa, kolęda;Kolinajka; Kołysanka matki, Miłości mojej mówię do widzenia; Na sianie; Nie zmogła go kula, Po górach, po chmurach; Psalm stojących w kolejce; Wołaniem wołam cię; Peggy Brown; Wszystkie koty w nocy czarne; A te skrzydła połamane. Wiele z nich wykonywały znane zespoły jak: Dwa Plus Jeden, Partita, Myslovitz, Skaldowie oraz wokaliści: Stan Borys, Zofia i Zbigniew Framerowie, Halina Frąckowiak, Marek Grechuta, Jerzy Grunwald, Teresa Haremza, Edward Hulewicz, Halina Kunicka, Bernard Ładysz, Czesław Niemen, Daniel Olbrychski, Jerzy Połomski, Krystyna Prońko, Łucja Prus, Danuta Rinn, Maryla Rodowicz, Urszula Sipińska.
Wiele tekstów Ernest Bryll napisał do muzyki Katarzyny Gaertner (np. Na szkle malowane). W roku 1968 wraz z Markiem Sartem założyli zespół Drumlersi. Sart pisał dla niego muzykę, a Bryll teksty. Współpracował też z takimi kompozytorami, jak Antoni Kopff, Włodzimierz Korcz, Janusz Kruk, Czesław Niemen, Andrzej Zieliński.
Ponadto Ernest Bryll był tłumaczem: z języka irlandzkiego, czeskiego, jidish.
W telewizji i w dyplomacji
Bryll znany był również z TVP. Przez wiele lat był krytykiem filmowym, pracował jako kierownik literacki teatru TVP (1963-1967), jako szef lub kierownik literacki kilku zespołów filmowych (np. Kamera, Silesia, Oko), autor audycji telewizyjnych i radiowych nt. kultury. Był też kierownikiem literackim Teatru Polskiego w Warszawie (1970-1974), w latach 1995-1998 doradcą literackim TVP 2, konsultantem Telewizji Puls–Niepokalanów (2003-2006). Próbował też sił jako wykładowca, m.in. na wydziale filmu Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (1978-1979) oraz na uniwersytetach amerykańskich (m.in. Sunny University, Albany USA).
Oprócz działalności na niwie literatury i mediów, Ernest Bryll był dyrektorem Polskiego Instytutu Kultury w Londynie (1974-1978) i pierwszym w stosunkach polsko-irlandzkich ambasadorem RP w Republice Irlandii (1991-1995). W czasie spotkania w Opinogórze nawiązywał niejednokrotnie do Irlandczyków, którzy „tak mocno cenią to co swoje i własne, że nawet ich angielski jest irlandzki, tylko dla nich zrozumiały”. Na pytanie: jak to się działo, że w Polsce Ludowej nie dał się zastraszyć, skrępować swojej wyobraźni, ani władzy kupić – umiejąc jednocześnie w niej funkcjonować, nie gardząc zaszczytami (praca w TVP, zespołach filmowych, Londynie czy Irlandii) – Bryll odpowiedział, że nie było łatwo. Władza ludowa ceniła jednak artystów, wręcz się im podlizywała, stąd do wielu kwestii udawało się ją przekonać oraz starcie pomiędzy polityką i sztuką, konformizmem i niezależnością, nie raz wygrać, w przeciwieństwie do obecnych czasów, kiedy liczy się głównie pieniądz. Zapewne dlatego Bryll nie stał się zniewolonym, smutnym słowikiem, jak w swojej sztuce i śpiewał cała czas…
Być może pomogła mu, jak pisał Andrzej Nowak, „chłopska przebiegłość, ograniczone zaufanie, co wyraził w wierszu Przesłanie drugie o przyjaźni, w tomie pt. Autoportret z bykiem z 1960 r.): „Zaufaj tylko drzewu/ drzewo/ aż do pęknięcia słojów/ zachowa ci przyjaźń”. A może w tej nauce „wytrzymania” w PRL-u jednymi z recept Brylla były słowa z innych jego wierszy: „Masz się nauczyć milczenia – to znaczy dobrej gadatliwości” (***, Sztuka stosowana, 1966), czy: „Mieć sztukę umykania. Żeby nie jak szarak/ gnać wywalając ślepia – jakby jeszcze oczy/ były od nas strachliwsze… /Tyle się postarać … /jak konie wiedzieć – galop to nie hańba/ jak konie umieć wyczekać w gromadzie i zrzucić szybko ziemie z kopyt” (***, Sztuka stosowana, 1966).
Żegnany owacjami
Za bogatą twórczość i działalność Ernest Bryll otrzymał wiele nagród i odznaczeń, m.in. Nagrodę im. W. Broniewskiego w dziedzinie poezji (1964), Nagrody Ministerstwa Kultury i Sztuki (1965, 1973), Nagrodę im. S. Piętaka (1968), Order Irlandzkiego Rodu Królewskiego O’Conor (Irlandia 1995), Medal Daniela Gabriela Richarda za krzewienie rozwoju ludowej kultury Słowacji, Początek formularzaNagrodę im. Norwida 2008 (2009), Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2010), Nagrodę Literacką m.st. Warszawy w kategorii „Warszawski Twórca” (2018), Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości (2023).
Należał m.in. do PEN Clubu (polskiego i irlandzkiego), SPP, ZAIKS-u, ZAKR-u. Od 2012 r. był pracownikiem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (w latach 2012–2018, kierownikiem Działu Literackiego PISF).
Pamiętam, że poetę o tak ogromnym dorobku, żegnano w romantycznej Opinogórze owacjami na stojąco. Spotkanie to trwało dwie godziny, bo długo jeszcze rozmawiał, żartował i podpisywał swoją najnowszą wówczas poetycką książkę Chrabąszcze (2009).
Ernest Bryll był – i mam nadzieję będzie – ceniony i popularny, gdyż przeszedł własną, niezależną i niepowtarzalną drogę twórcza. Był człowiekiem instytucją, Panem Ambasadorem (tytuł ten przysługuje do końca życia), a także ambasadorem polskiego kodu narodowego (ten tytuł pozostanie mu na zawsze).
[1] Sława Bardijewska, Ernest Bryll – prawdy dramatu poetyckiego w: Własna przestrzeń, PIW, Warszawa 1987, s. 79-110.
Rzadko kto przeszkadzał tak rządowi 13 grudnia jaktwórczyni i dyrektorka Biełsatu Agnieszka Romaszewska. Na dodatek u ludzi Donalda Tuska frustrację powodował fakt, że nie mogli jej od razu zwolnić z bezprawnie przejętej przez rząd Telewizji Polskiej. Obecnym operetkowym władzom TVP i MSZ przeszkadzało u Romaszewskiej prawie wszystko – przeszłość w opozycji antykomunistycznej, niezależność i rzetelność dziennikarska i broń najpoważniejsza – własne zdanie w kwestiach Wschodu. No i po prawie czterech miesiącach od początku medialnego, pełzającego zamachu stanu zwolniono Romaszewską, co jest początkiem końca Biełsatu, stacji, która została okrzyknięta wrogiem reżimów Putina i Łukaszenki.
Agnieszka Romaszewska jest legendą opozycji PRL, bardzo dobrą dziennikarką, świetnym organizatorem i społecznikiem, np. przez lata była wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Przede wszystkim jest jednak znana ze stworzenia Biełsatu i kierowania tą stacją. Współpracownicy Romaszewskiej nie ograniczali się tylko do Mińska. Biełsat w TVP był, jak trudno to napisać, informacyjno-publicystycznym centrum medialnym wschodu.
Chyba to wszystko spowodowało, że zazdrosny o wszystko nowy szef MSZ nie mógł już patrzeć na Romaszewską przychylnie. Nagle polskiej dyplomacji zabrakło pieniędzy na ważne w polityce wschodniej (gdyby ją MSZ miał) przedsięwzięcie, czyli Biełsat. Za straty po zwolnieniu Agnieszki Romaszewskiej i – w bliskiej perspektywie – likwidację Biełsatu w jego obecnej formie przyjdzie nam wszystkim zapłacić.
Nie dość, że dajemy pole Moskwie i Mińskowi w przejęciu roli Biełsatu za naszą wschodnią granicą, to zwolnienie z TVP dyrektora stacji jest – moim zdaniem – polityczną deklaracją polskiego rządu komunikującego, że na wschodzie Warszawa łagodnieje. Nie przesadzam pisząc, że zwolnienie Romaszewskiej to ustępstwo na rzecz wschodnich satrapów: Putina i Łukaszenki.
Są i będą akty solidarności z szefową Biełsatu. Osób i instytucji np. SDP, które stanowczo protestuje przeciwko zwolnieniu Agnieszki Romaszewskiej z TVP i de facto niszczeniu Biełsatu, ale w dającej się przewidzieć przyszłości to wszystko będzie tłumione i manipulowane przez władze, zarówno kierownictwo MSZ jak i TVP oraz polityków koalicji 13 grudnia, którzy bagatelizują sprawę.
Tej uśmiechniętej Polsce nie w smak są prawdziwe informacje z Rosji, Białorusi i innych państw zdominowanych przez Kreml, o czym, oprócz sprawy Romaszewskiej, świadczy m.in. fakt, że od grudnia w TVP milczy także Studio Wschód, program Marii Przełomiec. To również niewiarygodny skandal.
Nie dajmy się zwieść, jeśli ktoś powie, że próba likwidacji Biełsatu poprzez zwolnienie Romaszewskiej to błąd. Nie, to nie błąd a świadome działanie rządu D. Tuska. Po co? Tak się premier zaplątał w miłość do Brukseli i Berlina, który z kolei kocha Moskwę, że dobrych dla kraju rozwiązań w polskiej polityce wschodniej na horyzoncie politycznym i społecznym nie widać.
Są natomiast w warszawskich budynkach rządowych pomruki symptomów łagodniejszego kursu na sprawę rosyjskiej inwazji na Ukrainę, który to kurs pochodzi też z Brukseli i – o zgrozo – z Watykanu. W tym łagodnieniu, co papież Franciszek nazywa białą flagą, na pewno przeszkadzaliby Biełsat i Romaszewska, a tego rząd i uległe mu, jak nigdy wcześniej, kierownictwo TVP nie zniosłyby.
Co stanie się z Agnieszką Romaszewską? O to jestem spokojny, z jej umiejętnościami nie tylko dziennikarskimi, pracę szybko znajdzie. Stracimy jednak wszyscy, co powtarzam i będę powtarzał, bo w krajach demokratycznych politycy nie mogą wszystkiego w polityce zagranicznej, ale… mogą to media publiczne, media wspierane przez MSZ tych państw…
U nas Radosław Sikorski uciął sam sobie ten dyplomatyczny instrument. Przez to, jeszcze bardziej, jego pozycja na arenie międzynarodowej przypominać będzie niezbyt dobrze napompowaną piłkę plażową. No, chyba, że chodzi o to, iż taka sflaczała piłka mocno kopnięta wschodnim wiatrem daleko nie poleci… Ależ to przebiegłe.
11 marca na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie odbyła się pierwsza publiczna prezentacja monumentalnego dzieła naukowego pt. „Leksykon terminów medialnych” . Jest to jedyny tak szczegółowy i obszerny zbiór informacji o mediach polskich i światowych na naszym rynku wydawniczym. Powstał przy współpracy blisko 200 polskich badaczy mediów wywodzących się z najważniejszych polskich ośrodków naukowych, w których są prowadzone studia medioznawcze oraz badania nad mediami i komunikacją społeczną. Koordynatorem jednego z 12 działów „Leksykonu” pt. „Współczesne problemy mediów i dziennikarstwa” była dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP, prof. Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu i wykładowca Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Wśród autorów „Leksykonu” są także dziennikarze – członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, m.in. dr Maria Giedz, dr Monika Pietraszkiewicz, dr hab. Piotr Grochmalski, dr Krzysztof Gurba, dr Marek Palczewski, dr Grzegorz Osiński i redaktorzy: Piotr Legutko, Hubert Bekrycht, Andrzej Klimczak, Tadeusz Płużański i Sławomir Kmiecik.
Prace nad „Leksykonem” trwały blisko 3 lata. Leksykon liczy ponad 3000 haseł, pod każdym z nich umieszczona jest bibliografia polska i obca. Łącznie „Leksykon” zawiera 2890 haseł definicyjnych oraz 115 eseistycznych wydanych w dwóch tomach przez Wydawnictwo Adam Marszałek. Jego redakcję naukową tworzą: prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński, dr hab. Krystyna Doktorowicz, dr Paweł Płaneta i dr hab. Ryszard Filas.
Zgodnie z tytułem, opracowanie zawiera alfabetycznie ułożony zbiór istotnych dla funkcjonowania mediów terminów, opatrzonych krótkimi komentarzami wyjaśniającymi. Ich lektura dowodnie pokazuje, jak skomplikowany jest proces komunikowania, z jak wielu technologii korzysta, jakie są powiązania pomiędzy filozofią, etyką, psychologią a przekazem medialnym.Autorzy poszczególnych haseł oferują czytelnikowi obszerny przegląd pojęć, mających znaczenie objaśniające nie tylko dla osób związanych z mediami. Każdy, kto „Leksykon terminów medialnych” weźmie do ręki, znajdzie wyjaśnienie zwrotów przydatnych w zrozumieniu otaczającej rzeczywistości. Opracowanie ma bowiem znacznie szerszy walor edukacyjny, nie ograniczający się do tytułowego zakresu. Jest to więc lektura warta polecenia! – napisała główna recenzent publikacji prof. dr hab. Ewa Nowińska z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z kolei prof. dr hab. Marek Szulakiewicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w swojej recenzji wyraził przekonanie, iż „Leksykon terminów medialnych” może nie tylko przyczynić się do popularyzacji pojęć medialnych, ale może także stać się inspiracją i zachętą do zintensyfikowania badań medioznawczych w szybko zmieniającym się w tym kierunku społeczeństwie polskim. Dlatego pochwalić należy Redaktorów za odwagę podjęcia tego ważnego zadania przygotowania takiego Leksykonu. Decyzja taka z pewnością nie była łatwa. Z pewnością zostanie on też dobrze przyjęty przez środowisko badaczy mediów, ale też będzie cenną pomocą dla studentów, dając kompetentne, pluralistyczne i oryginalne spojrzenie na sferę medialną współczesnej kultury. Ma też nieocenione walory dydaktyczne, może być wykorzystany jako podstawa do ćwiczeń i seminariów w zakresie medioznawstwa i kulturoznawstwa – napisał prof. dr hab. Marek Szulakiewicz.
Leksykon był realizowany w ramach projektu Uniwersytetu Śląskiego „Nauka dla Społeczeństwa” i każdy z zainteresowanych odbiorców może mieć do tej publikacji wolny dostęp. Wersję papierową „Leksykonu” można zamawiać w Wydawnictwie Adam Marszałek i w wielu księgarniach internetowych.
Komisje sejmowe to dla języka polskiego chwile wymagających prób. Wszyscy posłowie, członkowie tych komisji, działają i mówią w sytuacjach wymagających mocnych nerwów i mocno osadzonego w głowach języka. Wystarczy, że poseł z opozycji zaatakuje posła z grupy rządzącej i już skacze ciśnienie, już zaatakowanemu cisną się na usta frazy, jakimi nigdy wcześniej się nie posługiwał. A teraz mówi! Ale mówi nieskładnie, patetycznie, językiem chyba prawniczym… Skutkiem czego jest dziwnie i śmiesznie. Oto próbki.
Poseł Michał Szczerba, przewodniczący tzw. komisji wizowej, zwraca uwagę członkowi komisji z PiS,: „Proszę nie eksplorować tego tematu”. Mógłby powiedzieć normalnie, czyli tak: „Proszę mówić na temat, trzymać się głównego tematu, nie wychodzić poza zakres omawianej sprawy”. Ale poseł Szczerba chce przybrać na powadze, na urzędzie, na znaczeniu – i mówi jak wyżej.
Równie dziwacznie poseł Szczerba zwrócił się do innego posła z PiS: „Proszę zachowywać się merytorycznie.” Znamy zwroty – zachowywać się spokojnie, nerwowo, grzecznie, niegrzecznie, kulturalnie, niekulturalnie, taktownie, nietaktownie… O zachowaniu merytorycznym słyszę po raz pierwszy. To powaga sal sejmowych tak wpływa na całkiem zwyczajnych, prostych ludzi, że zaczynają mówić dziwnym językiem. Śmiesznie i strasznie.
Świadomość
Nie tylko jednak członkowie komisji szaleją językowo. Oto wezwany świadek, Mateusz Błaszczyk mówi: „Istnienia kanału przerzutowego byliśmy świadomi”. Dlaczego nie powiedział po prostu, że w konsulacie wiedzieli o kanale przerzutowym? Przecież „świadomość” jest pojęciem z dziedziny psychologii i wcale nie równa się wiedzy. Można mieć wiedzę, można mieć informacje, ale żeby zaraz mieć świadomość?
Świadomość to podstawowy i fundamentalny stan psychiczny, w którym jednostka zdaje sobie sprawę ze zjawisk wewnętrznych, takich jak własne procesy myślowe oraz zjawisk zachodzących w środowisku zewnętrznym i jest w stanie reagować na nie (somatycznie lub autonomicznie). Przez pojęcie „świadomość” można rozumieć wiele stanów – od zdawania sobie sprawy z istnienia otoczenia, istnienia samego siebie, poprzez świadomość istnienia swojego życia psychicznego aż po świadomość samego siebie. W tym pierwszym przypadku świadomość mają niektóre zwierzęta a świadomość samego siebie posiadają ludzie i najprawdopodobniej szympansy.
Najbardziej klasycznym opisem świadomości jest oczywiście znane „Myślę, więc jestem” (Cogito ergo sum) Kartezjusza. Swoje słynne rozumowanie przedstawił on w „Rozprawie o metodzie” opublikowanej 8 czerwca 1637 r.
Ale co może mieć Kartezjusz do prac specjalnej komisji sejmowej A, tego jeszcze nie wiadomo. I nie wiadomo, kto za tą świadomością stoi. Proponuję zatem powołać kolejną komisję d/s świadomości rzeczoznawców, świadków i członków komisji. Mogą wyjść poważne sprawy, na przykład, że ktoś tam świadomości w ogóle nie ma.
Wymowa komisji
Inny kwiatek językowy znalazłem w czasie prac Komisji śledczej ds. wyborów korespondencyjnych. Tym razem nie składniowy, ale związany z wymową. Oto poseł Michał Wójcik, ostry i zdecydowany zawodnik sejmowy, w czasie swej wypowiedzi kilkanaście razy mówił, że coś tam trwało „dugo”. Jak na doktora nauk humanistycznych trochę słabo i przykro. Ja rozumiem, że ktoś za młodu mówił gwarą wielkopolską, krakowską, śląską lub podhalańską. Szanuję gwary i lubię, ale osoba z dyplomem doktora nauk humanistycznych powinna mówić „długo”. Dlaczego? Bo takie są normy językowe.
Dla wyjaśnienia – gdyby ktoś w pracy magisterskiej, doktorskiej czy hablitacyjnej napisał, że „badania trwały dugo” promotor takiej pracy zwróciłby ją autorowi, mówiąc, że takie błędy są niedopuszczalne. A nie wiem nawet czy podanie włościanina do urzędu w sprawie podatków rolnych byłoby w ogóle rozpatrywane, gdyby ów napisał, że urząd rozpatruje jego sprawę „zbyt dugo”.
Jak sprawozdawcy sportowi walczą z posłami o lepsze
Zdawałoby się, że tylko przebywanie w Sejmie, nie mówiąc już o pracy w nim, onieśmiela tak bardzo, że język kołkiem staje. U osób wrażliwych, nawet praca przy mikrofonie w roli sprawozdawcy sportowego może wywołać panikę.
Bo jak inaczej, jeśli nie wstrząsem emocjonalnym można wyjaśnić taką sytuację – piłkarz jest przewrócony przez rywala. I długo z boiska nie podnosi się. Jest już końcówka meczu, więc zawodnik nie ma już sił. Wyjaśniam, że nie został ciężko sfaulowany, ot taka wywrotka, na skutek popchnięcia przez przeciwnika.
I w tym momencie słyszymy sprawozdawcę: „To są kwestie zmęczeniowe”. Dlaczego komentator nie mówi jak jest, że leżący nie ma już zbyt wielu sił? Że nie zrywa się z murawy, bo chce chwilę odpocząć?
Inkryminowane „kwestie zmęczeniowe” nasuwają mi pomysł, żeby tę frazę rozszerzyć i mówić, że mamy do czynienia z kwestiami głupotowymi, kwestiami brakotalentowymi i wreszcie kwestiami lenistwowymi.
7 marca 1949 r., został stracony, wraz z sześcioma podkomendnymi – żołnierzami WiN. Podstawą był wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, chyba najbardziej krwawego trybunału śmierci w stalinowskiej Polsce. Tak zginął Hieronim Dekutowski „Zapora”, jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki, najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. Dziś Poczta Polska zabija pamięć o „Zaporze” wycofując przygotowany przez siebie znaczek z podobizną Pana Majora.
W czasie niemieckiej okupacji, cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Aresztowany we wrześniu 1947 r., podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Zamordowany, po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.
Władysław Siła-Nowicki, powojenny polityczny przełożony Dekutowskiego, inspektor Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie, ps. Stefan pisał o tym tak: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, «trzęsło» połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”. Dlatego komuniści postanowili ich zlikwidować.
Egzekucję mjr. Hieronima Dekutowskiego, ps. „Zapora” 7 marca 1949 r. zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski. Powołując się na odrzucenie próśb o łaskę przez Bieruta, wniósł o natychmiastowe rozstrzelanie „Zapory” i skazanych z nim WiN-owców: kpt. Stanisława Łukasika, ps. „Ryś”, por. Jerzego Miatkowskiego, ps. „Zawada”, por. Romana Grońskiego, ps. „Żbik”, por. Edmunda Tudruja, ps. „Mundek”, por. Tadeusza Pelaka, ps. „Junak”, por. Arkadiusza Wasilewskiego, ps. „Biały”.
Garnowski, przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, w czasie wojny AK-owiec, ma na koncie wiele wyroków śmierci na polskich niepodległościowców. Wyrok, po rocznym brutalnym śledztwie w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, wydał 15 listopada 1948 roku. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy), Józef Badecki (przewodniczący). Władysław Siła-Nowicki, który był jednym z podsądnych, wspominał: „Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków. Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca, był cały czas bardzo grzeczny. Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…”.
Siła-Nowicki wspominał dalej, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”. Badecki też przed wojną ukończył prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, po wojnie orzekł co najmniej 29 kar śmierci wobec wrogów „ludu”.
„Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie, nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane”.
Tak swoją wizytę w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie wspominała Irena Siła-Nowicka, żona Władysława Siła-Nowickiego.
Z więziennego biura przepustek Irena Nowicka poszła do aresztu na Rakowieckiej: „Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Suchej. (…) Jak się okazało tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi…”.
„Pluton egzekucyjny” stanowił jeden morderca: st. sierż. Piotr Śmietański, który, wzorem sowieckim, uśmiercał skazańców strzałem w tył głowy. Ten sam oprawca zabił też innych bohaterów walki o wolną Polskę, w tym rotmistrza Witolda Pileckiego. Przy wyroku asystował naczelnik więzienia, lekarz i kapelan.