CEZARY KRYSZTOPA: Niemiecka operacja hybrydowa przeciwko Polsce

To co się dzieje na polsko-białoruskiej granicy od 2021 roku z całą pewnością jest jednym z największych kryzysów z jakimi Polska miała do czynienia od lat i niestety ma ogromy potencjał eskalacji. Stan alarmowy powinna jednak wywoływać również sytuacja na granicy z Niemcami. A ciągle jeszcze nie wywołuje.

Co prawda, ta sama władza, która jeszcze przed chwilą siarczyście pluła na polski mundur wraz z tabunem przygłupich celebrytów, cynicznych polityków, kłamliwych dziennikarzy i usłużnych samorządowców, nagle zapragnęła uchodzić za „obrońców granicy”, ale biorąc pod uwagę liczbę śmierci polskich żołnierzy i dramatyczną sytuację reszty, można chyba stwierdzić, że prawdziwi obrońcy granicy nie mogą liczyć na państwo, którego są funkcjonariuszami. A to, z naszego punktu widzenia,  bardzo niedobry sygnał dla naszych wrogów i potencjalnych agresorów. Uśmiechnięta władza w Warszawie mówi im – polski żołnierz nie ma broni, a jeśli ma broń, to nie ma do niej amunicji, a jeśli nawet ma broń i amunicję, to będzie się bał ich użyć – czy mogli liczyć na lepsze zaproszenie do eskalacji? Obawiam się, że od wschodu nie zaznamy spokoju jeszcze długo.

 

Niemiecka operacja hybrydowa

Jednak, tak jak fakt prowadzenia operacji hybrydowej przeciwko Polsce przez białoruskie czy raczej rosyjskie służby, nie stanowi już tajemnicy nawet dla wielu spośród tych, którzy dopiero co gnoili polskich mundurowych kłamliwą narracją o „mordercach na granicy”, tak fakt stosowania podobnych środków wobec Polski przez Niemcy (ze świadomością różnic, ale przecież też wieloaspektowości procederu), przy bierności „uśmiechniętej władzy” w Warszawie, już nam umyka. A tymczasem, jak zbadała i opublikowała na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska, trwa, a właściwie szybko narasta, cicha „relokacja” niemieckich nielegalnych imigrantów do Polski. Sama niemiecka policja federalna podaje, że tylko od 1 stycznia do 30 kwietnia tego roku do Polski wydalono 3578 imigrantów, a z różnicy danych niemieckich i polskich wynika, że co najmniej 37 z nich rozpłynęło się już w Polsce „we mgle”, co oczywiście natychmiast przywodzi na myśl „inżyniera” skaczącego po samochodach na warszawskim Gocławiu.

Zdrada interesów Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa jest tu oczywista. Jednak jest też inny dramatyczny aspekt całej sytuacji. Otóż imigranci, którzy znaleźli się w Polsce w wyniku niemieckich pushbacków, często znajdują się w bardzo kiepskim stanie, głodni, bez butów. Kiedy trafiają do noclegowni, myślą, że są w więzieniu. Mało tego, według ich relacji, są bardzo źle traktowani przez niemiecką straż graniczną, twierdzą również, ze ta dokonuje selekcji na podstawie koloru skóry.

Oczywiście nigdy nie powinni się tu znaleźć, a jeśli się w ogóle znaleźli w Europie to przecież na niemieckie zaproszenie „herzlich willkommen”, a nie na polskie. Szokującym paradoksem jest jednak, że jeśli mają rację, to Niemcy traktują ich tak, jak niemieckie media od kilku lat, cytując lokalnych pożytecznych idiotów, kłamliwie opisywały metody polskich mundurowych. Metaforyczny nóż się w kieszeni otwiera.

 

Gdzie oni są?

Ale mało tego, skoro takie rzeczy dzieją się na polsko-niemieckiej granicy, to gdzie są ci wszyscy „broniący praw człowieka” celebryci? Dlaczego Barbara Kurdej-Szatan nie klnie pod adresem niemieckich morderców? Dlaczego Maja Ostaszewska nie szuka bucików niemieckich ofiar? Dlaczego Agnieszka Holland nie zapowiada filmu na temat tego co tam się dzieje? Dlaczego polskie i zagraniczne media nie wyją na temat „masowych grobów”? Dlaczego żaden Franek Sterczewski nie biega z niebieską torbą? Żaden Szczerba i Joński z pizzą? Żaden Frasyniuk nie wyzywa w TVN? Dlaczego żaden burmistrz przygranicznego miasteczka nie stawia pomników?

Muszę przyznać, że czuję się nieco skołowany. Znacie może odpowiedź?

Konkurs Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozstrzygnięty! 

Reżyser Magdalena Piejko za film dokumentalny „Naszość – tylko dla nienormalnych” oraz red. Maciej Piotrowski za cykl reportaży pt. „Ordynator” i „Szambo Prezesa” emitowanych w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 zostali laureatami tegorocznego Konkursu Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału SDP . Dziennikarze otrzymali równorzędne Nagrody Główne. Laureatem Nagrody Virtuti Civili został red. Ryszard Gromadzki za książkę „Misja Popiełuszko. Kulisy śledztwa w sprawie porwania i morderstwa kapelana Solidarności”, a Nagrodę im. Wojciecha Dolaty –  red. Mateusz Teska za reportaże „Kryzys migracyjny na granicy polsko – białoruskiej” i „Sędziowie stanu wojennego” emitowane także w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 . Po raz drugi laureatkami Nagrody Młodych Dziennikarzy im Wojciecha Cieślewicza zostały dziennikarki Blanka Aleksowka i Justyna Piasecka z „Głosu Wielkopolskiego”. Uroczyste wręczenie nagród odbędzie się 12 czerwca 2024 r.  o godz. 16.30 w Zamku Królewskim Przemysła na Górze Przemysła w Poznaniu. 

Jury Konkursu obradowało w składzie dr Jolanta Hajdasz – przewodnicząca Jury, prezes Zarządu WO SDP, prof.UAM dr hab. Wiesław Ratajczak, dr Wiesław Kot, red. Barbara Miczko- Malcher, red. Aleksandra Tabaczyńska, red. Łukasz Brodzik, red. Roman Wawrzyniak  i Barbara Napieralska (NSZZ Solidarność Region Wielkopolska, przedstawiciel sponsora Nagrody Młodych Dziennikarzy ) na posiedzeniu 3 czerwca  2024 r. Jury postanowiło przyznać następujące nagrody:

dwie równorzędne Nagrody Główne WO i LO SDP za najciekawsze, najbardziej wartościowe materiały dziennikarskie, poruszające najbardziej aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne: 

  • reż. Magdalena Piejko za film dokumentalny „Naszość – tylko dla nienormalnych”
  • red. Maciej Piotrowski za cykl reportaży pt. „Szambo Prezesa” i   „Ordynator” emitowane w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 

Nagroda Virtuti Civili za szczególną odwagę dziennikarza w podejmowaniu i realizacji trudnych oraz społecznie ważnych tematów:

  • red. Ryszard Gromadzki za książkę pt. „Misja Popiełuszko. Kulisy śledztwa w sprawie porwania i morderstwa kapelana Solidarności” wydanej przez wydawnictwo Capital.

Wyróżnienia w kategorii Nagroda Virtuti Civili:

  • red. Robert Bagiński za artykuły pt. „Nie hakowałem dla pieniędzy, ale chciałem dojść prawdy”, „Niemieckie śmieci, polski problem” i „Mobbing w gorzowskim szpitalu? Opiekunki medyczne alarmują, że są zastraszane” opublikowane w „Gazecie Lubuskiej”
  • Aleksandra Fedorska za artykuł „Ich will keine Schokolade” (tłum. Nie chcę czekolady) i „ Wenn der Retter aus Polen kommt” (tłum. Kiedy ratownik przychodzi z Polski) opublikowane w niemieckim tygodniku Die Welt
  • Hubert Jach za audycje i artykuły pt. „Opłacalna współpraca między samorządowcami i politykami” i „Miejska radna zostanie wiceprezesem miejskiej spółki” opublikowane w Radiu Poznań.

Nagroda im. Wojciecha Dolaty za dziennikarstwo, które wyróżnia się szczególną rzetelnością i fachowością: 

  • red. Mateusz Teska za reportaże „Kryzys migracyjny na granicy polsko – białoruskiej” i „Sędziowie stanu wojennego” emitowane w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1

Wyróżnienia w kat. Nagroda im. Wojciecha Dolaty:

  • Michał Bondyra za książkę „Męskim okiem, czyli o tym co ponadczasowe” wydanej przez wydawnictwo Święty Wojciech
  • Barbara Kęcińska-Lempka za artykuł „Szpieg w Collegium Chemicum czyli niezwykłe życie profesora Aleksandra Lempki” opublikowany w Kronice Miasta Poznania
  • Aleksander Karwowski za artykuł „Gdy przestały kwitnąć palmy” opublikowany w czasopiśmie „Przemiany na Szlaku Piastowskim” oraz audycje z cyku „Dźwięki naszego miasta odcinek pt. „Jazz” i odcinek pt. „Szpaki” opublikowane na kanale Biblioteki Publicznej Miasta Gniezno na YouTube
  • Piotr Tomczyk za audycję satyryczną pt. „Kalejdoskop medialny” emitowaną w Radiu Poznań
  • Wojciech Wybranowski za artykuły pt. „Mocarstwa świętowały rozejm, a walka Powstańców Wielkopolskich trwała nadal”, „Jak Niemcy polowali na Powstańców Wielkopolskich” i „Obóz krwawej zemsty. Tu Niemcy zaczęli zabijać Polaków” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”
  • Mirosław Łapa za artykuły „Miłosierdzie dla uchodźców z Ukrainy” i „Jak w Kępnie obchodzą narodowe święto?” oraz „Bożnica odzyskuje swój splendor” opublikowane w Tygodniku Kępińskim
  • Marcin Kędryna za artykuły p.t. „Miasto Zapakowanych Pomników”, „Generał Kraszewski o zakupach broni: ludzie sobie nie zdają sprawy z tego, jaka to jest rewolucja” i „Inna Polska, co pokazały wyniki wyborów” opublikowane w „Gazecie Lubuskiej”.

Nagroda dla Młodych Dziennikarzy im. Wojciecha Cieślewicza ufundowana przez NSZZ „Solidarność” Regionu Wielkopolska 

red. Blanka Aleksowska  i red. Justyna Piasecka za artykuły „Patologia biegłych sądowych. Nierzetelne opinie rzutują na wyroki” i artykuł Blanki Aleksowskiej pt. „Pan Piotr zaciągnął pożyczkę i stracił mieszkanie. Śledczy odmawiają zbadania jego sprawy” oraz artykuł Justyny Piaseckiej pt. „Bo ofiara nie chciała umierać. Samobójstwo rozszerzone to zabójstwo” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”.

Jury Konkursu WO i LO SDP przyznało także nagrodę specjalną Robertowi Woźniakowi za fotoreportaże pt. „Trzeba jeszcze być człowiekiem”, „Pies przewodnik” i „Życie za kratami” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”

Na konkurs wpłynęło 59 zgłoszeń od dziennikarzy prasowych, radiowych, telewizyjnych i internetowych z województwa lubuskiego i wielkopolskiego.

Serdecznie gratulujemy !

O tych, którzy mogą wszystko pisze CEZARY KRYSZTOPA: Nietykalni III RP

Nie ma chyba w ostatnim czasie lepszej ilustracji tego czym w istocie jest III RP i jej patologiczny kręgosłup w postaci systemu oligarchicznej niesprawiedliwości, niż sprawa Tomasza Lisa. A mam wrażenie, że rewanżystowska rekonkwista III RP po 13 grudnia zeszłego roku, może tę sytuację tylko pogłębić.

Przykładów, z których można wyciągnąć podobne wnioski jest oczywiście znacznie więcej. Nietykalnym III RP wolno potrącać staruszki na pasach, zabijać ludzi i wyrażać się o nieżyjących z pogardą, kraść i otwarcie łamać konstytucję. Środowiskowa zmowa na poziomie systemu niesprawiedliwości, zadba o to żeby Nietykalnemu włos z głowy nie spadł. A przynajmniej zbyt wiele włosów. Jednocześnie nienależący do kasty Nietykalnych przeciętny Polak może być w tym systemie zgnojony, okradziony i zniszczony. Może być nawet człowiekiem zamożnym i wysoko postawionym, jeśli nie należy od odpowiedniego kręgu, można mu zrobić wszystko. Pan Roman Kluska mógłby zapewne o tym sporo opowiedzieć.

Przypadek Tomasza Lisa

Jednak przypadek Tomasza Lisa, choć może nawet nie najbardziej drastyczny, jest ikoniczny ze względu na jego nazwisko i centralną rolę jaką pełnił i chyba ciągle desperacko usiłuje pełnić w polskiej przestrzeni publicznej, zapisany przez Jaruzelskiego do „arystokracji dziennikarstwa” Tomasz Lis.

Plotki o tym jak się zachowywał wobec podwładnych Tomasz Lis słyszałem i wcześniej, wielu słyszało, ale nikt nie miał dowodów. Podobno ci, którzy mogliby na ten temat coś powiedzieć nie tylko się go bali, ale również uważali, że i tak „jest pod ochroną” więc ich ewentualne ryzyko nic nie da, a tylko narazi ich na zemstę. Potem, w wyniku medialnej burzy, tu trzeba oddać że dzięki dziennikarzom Wirtualnej Polski, nagle wszyscy się dowiedzieli kim w istocie jest rzekomy, rozdający cenzurki moralności, dziennikarski „katon”. A jeszcze później, dzięki pani prokurator, która mam wrażenie, że weszła tu raczej w rolę adwokata Lisa, przyjęta została kwalifikacja jego czynów o kontekście seksualnym, która, co za pech, uległa niedawno przedawnieniu. Nic też nie wyniknie z oskarżenia o mobbing, które to poniżające pracowników zachowania pani prokurator tłumaczy specyficznym stylem zarządzania dziennikarskiego „arystokraty”. Jakby tego było mało sam Lis, pomimo ujawnionych fragmentów zeznań opisujących jak to miał jedną z podwładnych przyciskać do ściany i całować, a innej wkładać palce w dziury w spodniach, przedstawił to (co za pech) przedawnienie, jako swoje zwycięstwo. I wiecie co? Chyba miał rację, ponieważ, być może nie w sensie praworządności w tradycyjnym rozumieniu, ale faktycznie, udało mu się ze sprawy wyłgać. Trudno nie odnieść wrażenia, że rację mieli ci, którzy nie chcieli zeznawać w jego sprawie uznając, że jest pod ochroną. Nie chcę nawet myśleć co teraz może się dziać w głowach kobiet, które mimo to odważyły się zeznawać.

Nietykalni

Przy okazji warto tu się przyjrzeć dwóm zjawiskom. Po pierwsze, nie wiem czy to w wyniku złych decyzji, czy też braku determinacji, trudno uznać reformę systemu niesprawiedliwości, którą usiłowała przeprowadzić Zjednoczona Prawica za udaną, jeśli kilka miesięcy po utracie przez nią władzy, możliwe są takie cuda. A po drugie warto zadać sobie pytanie, gdzie się w całej tej sprawie podziały dyżurne panie feministki, te dla których mężczyzna to z definicji przemocowiec, a przed seksem powinien składać podanie. Przejrzałem sobie profile w mediach społecznościowych, tych najgłośniejszych , najbardziej agresywnych i nie znalazłem na temat sprawy Tomasza Lisa ani słowa. Może coś przegapiłem, wtedy poproszę o korektę, ale póki co nie znalazłem. Trudno nie dopuścić do siebie myśli, że tacy jak Tomasz Lis mogą być objęci ochroną również daleko poza systemem niesprawiedliwości.

Najbardziej żałosna w całym tym zamieszaniu, wydaje mi się pozycja zwolenników Nietykalnych, którzy sami ochroną objęci nie są. Wystarczy im świadomość, że ich Władcy mają lepiej, bo przecież na to zasługują. A, że tam żonę im jakiś oblech w pracy sponiewera, to przecież tylko taki specyficzny sposób zarządzania.

„Troska o media – troski mediów. XVIII Konferencja Etyki Mediów”w Krakowie. Nasza relacja

Poruszające wspomnienia koleżanek i kolegów medioznawców o  księdzu profesorze Michale Drożdżu, kilkudziesięciu uczestników z wiodących uczelni w Polsce, kilkadziesiąt referatów  dotyczących najmłodszej w naszym kraju dziedziny naukowej z wiązanej z naukami społecznymi, czyli nauki o komunikacji społecznej i mediach – to najkrótsza charakterystyka zakończonej 23 maja w Krakowie VIII Konferencji Naukowej Etyki Mediów. jej organizatorem jest Uniwersytet Papieski Jana Pawła II .  Po raz pierwszy konferencja odbyła się bez udziału jej pomysłodawcy i przewodniczącego,  ks. prof. dr hab. Michała Drożdża, który zmarł nagle w ubiegłym roku.  Tegoroczna konferencja była wyrazem wdzięczności naukowców i dziennikarzy pod adresem zmarłego księdza – profesora. Był on także członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 

Media to ludzie, a tam gdzie jest człowiek, który myśli i działa, tam ujawnia się także aksjologiczny i etyczny wymiar jego działania – to słowa ks. prof. Michała Drożdża (1958 – 2024), które stały się motywem przewodnim tegorocznej Konferencji Etyka Mediów. Jego ogromny dorobek naukowy oraz wkład w rozwój komunikacji społecznej jako samodzielnej dyscypliny naukowej podkreślali nestorzy polskiej komunikologii –  m.in. prof. Katarzyna Pokorna Ignatowicz, prof. Tadeusz Kononiuk prof. Tomasz Goban -Klas i prof. Iwona Hoffman, prezes Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej.  Był członkiem Zarządu PTKS, a po jego śmierci nikt do dzisiaj nie zajął jego miejsca w zarządzie, świadomie zostawiliśmy ten wakat, żeby podkreślić jak ważną był postacią dla naszego środowiska i jak bardzo będzie go w polskim medioznastwie brakowało – powiedziała prof. Iwona Hoffman. Był uważnym i krytycznym słuchaczem naszych wystąpień, który miał zawsze pozytywne nastawienie do drugiego człowieka – powiedział prof. Tadeusz Kononiuk.

Zmarły ks. prof. dr hab. Michał Drożdż zaprosił do ścisłej współpracy także Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Zależało mu bowiem na tym , by w konferencji obok pracowników naukowych uczestniczyli także dziennikarze – praktykujący na codzień pracę w mediach. Specjalne sesje z dziennikarzami pod patronatem CMWP SDP odbyły się m.in. w 2021 roku z okazji 25-lecia CMWP SDP   i w 2022 roku z udziałem dziennikarzy – korespondentów wojennych na Ukrainie .

W tym roku dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP wystąpiła na konferencji z referatem omawiającym wybrane procesy dziennikarzy i mediów  zagrażające realizacji zasady wolności słowa, które  przez Centrum diagnozowane są jako SLAPP czyli specjalne działania procesowe, które mają tłumic prasową krytykę, a nie służą wyjaśnianiu i poszukiwaniu prawdy. Jolanta Hajdasz omówiła procesy m.in. red. Jerzego Jachowicza, red. Rafała Ziemkiewicza, red. Tomasza Sakiewicza, red. Samuela Pereiry, o. dyr. Tadeusza Rydzyka, o. Jana Króla i Lidii Kochanowicz, red. Sebastiana Morynia oraz Leszka Sosnowskiego i prof. Wojciecha Roszkowskiego. Wystąpienie wzbudziło zainteresowanie i burzliwą dyskusję .

Prezentacja referatu Jolanty Hajdasz: 22.05.24 XVIII Etyka mediów

W konferencji wzięła także udział mgr Ilona Ptak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, która jest dziennikarką i członkiem Oddziału SDP w Katowicach. Ilona Ptak wygłosiła referat „Wulgaryzacja języka na platformie YouTube – studium przypadku Pandora Gate.

Link do rejestracji live KEM  TUTAJ.

Rosyjskie morderstwa  — 12.fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kamery monitoringu zarejestrowały kilkanaście rosyjskich pojazdów, które sunęły wzdłuż domu Kujawców. Nagle jeden z nich, łamiąc bramę, wjechał na ich podwórze. Tutaj rosyjscy żołnierze strzelili do Andrieja kilkoma seriami z broni automatycznej. Zrobili to jakby rutynowo, bez emocji… ­ —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. 11 odcinków pamiętnika można przeczytać TUTAJ. Teraz publikujemy kolejny fragment książki.

Z cyklu „Rosyjskie morderstwa”

MORDERSTWO WIKTORA TOPOLNIKA

24 lutego 2022, czwartek, ok. godziny 14.00, Bucza, ul. Dworcowa

— Kochanie, jak się czujesz? Bardzo się martwię — usłyszała żona w słuchawce znajomy głos.

— Rosyjskie śmigłowce krążą nad nami, straszą nas — desperacko poinformowała pani Olena. — Cały czas coś wybucha…

— U nas tutaj, w Irpieniu, też słychać. Schowaj się w piwnicy. Zaraz będę…

 — Bądź ostrożny, kochany. Czekam…

Ten telefon od 67-letniego Wiktora Topolnika zabrzmiał 24 lutego, krótko przed południem. Nigdy więcej nie podniósł słuchawki, i nikt go więcej nie widział. Nie wrócił do domu…

Pan Wiktor urodził się w Kropywnyckiem. Po uzyskaniu wyższego wykształcenia pracował jako inżynier zootechnik. Później los zabrał go do Hostomela, gdzie spotkał Olenę Shyrjaievą. Zakochali się, a po pewnym czasie stanęli na ślubnym kobiercu. Spędzili razem trzydzieści lat.

„Miał dwóch synów z poprzednich małżeństw, których już nie ma od dawna” opowiada pani Olena.

„Mój syn ma córkę — naszą wnuczkę, którą Wiktor bardzo kochał i wychowywał jak własną. Mój mąż był mądrym i sprawiedliwym człowiekiem. Miał dobre serce, zawsze chętny do pomocy. Dobrze znał historię Ukrainy i był patriotą. Bardzo lubił czytać. Często siedział przy piecu, rzucając drewno w ogień, czytał i czytał…”

Długo nie posiedział na emeryturze, chociaż miał trzeci stopień niepełnosprawności z powodu atrofii mięśni. Zatrudnił się w Irpieniu jako ochroniarz w firmie produkującej wojskowe mundury.

W pierwszy dzień wojny, podczas wybuchów, Wiktor Topolnik pojechał do pracy na swoją zmianę. Ale wyjątkowe okoliczności zmusiły go do powrotu do domu. „Prawdopodobnie” — zastanawia się żona — „próbował wrócić przez Buczę do Hostomela. Po tym połączenie z nim zostało przerwane”.

Ale nieszczęścia chodzą parami… Drugiego marca wrogi pocisk trafił w dom, w którym mieszkało to małżeństwo. Wybuchł pożar, budynek spłonął wraz ze wszystkim, na co pracowali przez całe życie.

Zwłoki Wiktora znaleziono na ulicy Dworcowej w Buczy dopiero w kwietniu, po wyzwoleniu miasta spod Rosjan. „Do identyfikacji zdjęcie jego zmasakrowanego ciała przysłano mi 20 kwietnia, tuż przed Wielkanocą” —  płacze żona — „To był straszny widok… Wiktora pochowano 28 kwietnia na cmentarzu w Hostomelu, obok jego synów”.

MORDERSTWO MAKSYMILIANA LISCZYŃSKIEGO

27 lutego 2022, niedziela Bucza, Trasa Warszawska

Przed wojną 35-letni Maksymilian Lisczyński mieszkał w wiosce Myroczke. Pracował jako mechanik samochodowy, wychowywał dwoje dzieci. „Bardzo kochał swoją rodzinę” — mówi Wiktoria Lisczyńska, żona brata Maksymiliana. — „Był osobą, która zawsze pomoże. 27 lutego Maksymilian postanowił dołączyć do samoobrony buczan i wcześnie rano wyruszył do Buczy własnym samochodem. Od tego czasu straciliśmy z nim kontakt”.

Nie wiadomo nic o okolicznościach śmierci Maksymiliana Lisczyńskiego. Ale pani Wiktoria jest przekonana, że „Rosjanie zastrzelili Maksymiliana, zanim zdążył dołączyć do obrony”.

ŚMIERĆ WOŁODYMYRA KOWALSKIEGO

27 lutego 2022, niedziela, Bucza, Nowa Droga, supermarket „Novus”. Z notatek Serhija Kuliđy

27 lutego na stronie internetowej Urzędu Miejskiego w Buczy pojawiło się krótkie żałobne oświadczenie, że tego dnia „Wołodymyr Kowalski poległ za Buczę i Ukrainę, za swoją rodzinę i każdego z nas”. I lakonicznie dodano: „Walcząc w rejonie ‘Novusa’. Poległ w walce”…

Wołodymyra znałem pobieżnie, chociaż mieszkaliśmy w sąsiednich domach, na ulicy Bohdana Chmielnickiego. Czasami spotykaliśmy się na poczcie, skąd on, jak i ja, odbieraliśmy paczki. Zawsze robiło na mnie wrażenie to, że ten młody, przystojny mężczyzna, który przeszedł przez piekło walk w Donbasie i doznał strasznych ran, nie wstydził się chodzić w szortach, które nie ukrywały protez kończyn. Miałem nawet wrażenie, że jest dumny z tego swojego bojowego okaleczenia, jakby było odznaczeniem. A może tak właśnie było… Któregoś razu jesienią postanowiliśmy wypić razem kawę na bulwarze Bohdana Chmielnickiego. W kłębach papierosowego dymu, który, moim zdaniem, tylko dodawał aromatu czarnemu napojowi, siedzieliśmy na schodkach obok sklepu. Wołodymyr opowiedział, że urodził się w taki sam pogodny wrześniowy dzień, jak wspominała jego mama, w 1983 roku w Nowej Kachowce. Wtedy mój rozmówca na chwilę zamilkł i uśmiechnąwszy się zapytał:

— Wiesz, czym się bardzo chlubię?…

I nie czekając na odpowiedź, kontynuował: — Tym, że Aleksander Dowżenko, pracując nad scenariuszem filmu o budowie naszej elektrowni wodnej — „Poemat o morzu” — napisał, że Kachowka… Zaraz sobie przypomnę… Aha, to było tak: „Kachowka stała się ojczyzną mojego serca, ojczyzną najdroższych moich uczuć”… On, nawiasem mówiąc, urodził się 10 września, a ja dziewiątego… Więc i dla mnie moje miasto to ojczyzna moich najdroższych uczuć…

Przyznam, byłem trochę zdezorientowany i zdziwiony taką wiedzą mojego rozmówcy, ale szybko skarciłem się wewnętrznie: „A myślałeś, że nasza młodzież nic nie czyta i niczym się nie interesuje? Że są same nieuki? Wstyd, panie pisarzu, za taką, powiedziałbym, snobistyczną postawę…”

W międzyczasie Wołodymyr opowiedział, że po ukończeniu lokalnej szkoły uczęszczał do Nowokachowskiego Technikum Elektromechanicznego. A potem, w 2002 roku, wyjechał do stolicy, gdzie rozpoczął studia na politechnice. Tutaj przyszły inżynier-mechanik spotkał swoje przeznaczenie — Katię, która mieszkała w Buczy…

Po chwili pogaduszek, pożegnaliśmy się. Więcej żywego Wołodymyra nie widziałem… Na tamtym spotkaniu chłopak unikał rozmowy o swoich ranach, ale w Buczy dobrze znano jego bojową biografię. Wołodymyr Kowalski brał udział w wydarzeniach na Majdanie, a gdy Rosjanie zainicjowali separatystyczny ruch w Donbasie, 27 stycznia 2015 roku dobrowolnie zgłosił się do wojskowego komisariatu. I już niedługo, po „szybkich” kursach, został skierowany do Wołodymyra Wołyńskiego, gdzie stacjonował 14. Batalion Zbrojny Ukrainy. W krótkim czasie oddział ten znalazł się w samym środku walk na linii frontu. Dla Wołodymyra dniem przeznaczenia stał się 15 marca 2016 roku. Wówczas, wykonując zadanie w okolicy wsi Jasne, niedaleko Mariupola, informował kapelan wojskowy Anatolij Kuźnirczuk, nasz rodak „trafił na pułapkę, która wybuchła”. Sam Wołodymyr wspominał: „Pierwsze wrażenie — szok… Lewej kończyny w ogóle nie było. Prawa okazała się rozerwana, ale jej złożenie było niemożliwe. O ile wiem, podobne materiały wybuchowe są zakazane na świecie, ale nasi rosyjscy ‘bracia’ je stawiają…”

Wolontariuszka Marina Sokolova opowiadała, że Wołodymyr „nawet po wybuchu jeszcze przez jakiś czas był przytomny. Dwa kilometry nieśli go do karetki na noszach”. Lekarze musieli mu amputować zmasakrowane kończyny.

Później Kowalski kontynuował leczenie w Centralnym Szpitalu Wojskowym w Kijowie. Szef oddziału traumatologicznego, pułkownik Serhij Czivina, entuzjastycznie wypowiadał się o swoim pacjencie: „Bojowy człowiek… Nastawiony na życie i przyszłość całkowicie pozytywnie!” Natomiast Marina Sokolova wspominała, że „kiedy Wowa trafił do szpitala, jego żona była w ósmym miesiącu ciąży. I mieli umowę — obecność ukochanego na porodówce. Żołnierz naciskał na lekarzy, żeby coś zrobili, aby jak najszybciej założyli mu protezy”. Dziennikarzom, którzy odwiedzili Wołodymyra w szpitalu, również opowiedział przed kamerą o swoim marzeniu: „Chcę stanąć ‘na nogi’ przed narodzeniem dziecka. Wziąć udział w jego narodzinach”. I osiągnął to!… Dosłownie dzień przed porodem, pokonując nieznośny ból, postawił się na tymczasowych protezy. A kiedy zadzwoniono do Wołodymyra z oddziału porodowego, informując, że jego Katia zaczyna rodzić, szybko wezwał taksówkę… Marzenie się spełniło! A syna nazwali Dymitr…

Minął czas. Kowalski przyzwyczaił się do nowej sytuacji, życie zaczęło się układać. Bohater, po przejściu rehabilitacji w Orlando na Florydzie, otrzymał mieszkanie i założył swoją firmę — stację diagnostyki samochodowej. Ponadto, zafascynowany sportem, został uczestnikiem zawodów dla osób niepełnosprawnych — „Igrzysk Bohaterów” i „Siły Narodu”. Od tego czasu Wołodymyra Kowalskiego nazwano w naszym mieście „buczańskim Terminatorem”… Wołodymyr nie zdradził swojego przydomku nawet, gdy Rosja na pełną skalę wkroczyła na Ukrainę. W pierwszym dniu inwazji poszedł odebrać broń. Wtedy, wspominał zastępca dowódcy plutonu obrony terytorialnej Wiktor Chomjak, „powiedziałem mu: ‘Może pójdziesz do domu? Przecież nie masz nóg’. Odpowiedział: ‘Nie! Tylko dajcie mi broń’. Z kolei szef „Buczańskiej Straży” Wołodymyr Szczerbinin opowiadał: „Mówię: ‘Wołodiu, już wystarczająco wojny przeszedłeś’. Ale był uparty i przekonał, aby dać mu broń i amunicję. Był bardzo odważnym chłopcem: jeździliśmy z nim na rekonesans na lotnisko”. 27 lutego, jak wspominała Katia, jej mąż „wyszedł o ósmej rano, a o jedenastej bracia powiedzieli mi, że nie wróci do domu”. „Przyjechałem do Buczy 25 lutego i praktycznie znałem Wołodję mniej niż dobę — zeznaje Wasyl Szczerbakow. — Rankiem 27-go rozpoczął się bój. Ale przez te pół doby osobiście potwierdziłem starożytną prawdę: ‘Żołnierz to zawód, bojownik to cecha charakteru, a wojownik to stan duszy’. Bo był wojownikiem. I miałem zaszczyt być przy nim w jego ostatniej bitwie”.

O znaczeniu tej operacyjnej potyczki z wrogiem mówi Wołodymyr Szczerbinin: „Ostatni raz widziałem go, gdy szliśmy bronić miasta. Dzięki niemu i innym chłopcom zatrzymaliśmy kolumnę wroga na pół godziny. To wystarczyło, żeby nasza artyleria ustawiła się w bojowym szyku i zatrzymała ich na Dworcowej. I wrogi nie przedarł się do Kijowa. On był jednym z najbardziej godnych żołnierzy naszego miasta!”

Wolontariuszka Marina Sokolova dodaje: „Wiemy, że Wowa patrolował miasto z innymi lokalnymi chłopakami przed sklepem ‘Novus’. Rankiem wyszedł z domu i poszedł na swoją służbę. I podczas strzelaniny z rosyjskimi okupantami został postrzelony”.

Starano się go dowieźć do szpitala, ale po drodze zmarł od odniesionych ran. „Tu był bój, rosyjskie czołgi się poruszały, aby przedostać się do Kijowa. Buczańska obrona terytorialna ich powstrzymywała — czterech rannych i Wołodja — pierwszy poległy w mieście Bucza” — stwierdza żona bohatera.

Towarzysze broni wspominali, że jego ostatnimi słowami były: „Odejdźcie, chłopcy, ja przykryję!..”

Już po wyzwoleniu Buczy, 6 maja doszło, można powiedzieć, do „kameralnego” pogrzebu Włodymyra Kowalskiego. Bez udziału żony Kati i sześcioletniego syna Dymitra, bez należytego, w końcu, honoru. Dopiero 19 maja mieszkańcy Buczy uroczyście pożegnali „buczańskiego Terminatora”.

MORDERSTWO ANDRIJA KUJAWCA

Godz. 9.00,  Bucha, rejon ulicy Dworcowej. Z notatek Serhija Kulidy

Andrija Kujawca poznałem w 2004 roku, gdy objąłem stanowisko redaktora naczelnego gazety „Buczańskie Nowiny”. Pomimo że był znacznie młodszy ode mnie, zwracałem się do niego zawsze „Pan Andriej”, czyli na „Pan”. Wtedy ten młody człowiek pracował w dziale architektury Urzędu Miejskiego w Buczy.

Często, gdy było potrzebne ogłoszenie lub publikacja pewnych dokumentów na łamach gazety, Andriej odwiedzał nasze biuro, częstowałem go kawą w moim gabinecie. Zawsze poważny i uprzejmy, rzadko widziałem go uśmiechniętego. Raczej był zatroskany i, jak dla mnie, zbyt poważny.

Podczas tych spotkań dowiedziałem się, że Andriej uczył się w kijowskim technikum budowlanym i studiował na politechnice. Następnie, po uzyskaniu wyższego wykształcenia, zatrudnił się w spółce akcyjnej „Meliorator”, a potem przeniósł się do pracy w Urzędzie Miejskim.

Jednak później, gdy w 2017 roku zostałem redaktorem naczelnym „Literackiej Ukraina”, nasze drogi już jakoś się nie krzyżowały. Dopiero 28 lutego 2022 roku, dzień po rozbiciu rosyjskiej armii na ulicy Dworcowej, ktoś z znajomych poinformował, że 47-letni Andriej zginął. Później, z ust jego żony Ludmyły, dowiedziałem się pewnych szczegółów o jego śmierci…

Rodzina Kujawców, w której dorastało dwoje dzieci, mieszkała na jednej z uliczek niedaleko Dworcowej. Jak opowiadała zrozpaczona Ludmyła, jej kochający mąż „zbudował dom dla rodziny, wypełniony miłością i ciepłem. Oddał się całkowicie rodzinie. I był najlepszym ojcem i mężem. Zawsze byliśmy razem”. Wspomina, że Andriej lubił odpoczywać na łonie natury, pasjonował się projektowaniem krajobrazu…

Mogło się wydawać, że życie toczy się dalej, ale 24 lutego wszystkie marzenia i nadzieje nagle runęły w przepaść. Tego dnia Andriej podjął kategoryczną decyzję: rodzinę trzeba natychmiast wywieźć z miasta. Po krótkich naradach wsiedli do samochodu i całą rodzina opuścili Buczę, gdzie od rana do nocy słychać było głośne wybuchy. Noc spędzili w piwnicy szkoły w Worzelu, gdzie pracowała jego żona, a następnego ranka ruszyli do matki Ludmyły, która mieszkała w rejonie Obuchowa.

Mogło się wydawać, że można było przeczekać te nieszczęśliwe dni u teściowej, ale Andriej miał duszę prawdziwego patrioty Buczy. „Jego serce było zranione przez wydarzenia, które miały miejsce w pierwsze dni inwazji” — narzeka Ludmyła. — „Dwudziestego szóstego lutego rano wsiadł do samochodu i powiedział, że jedzie wstąpić do Obrony Terytorialnej Buczy i bronić miasta. Chciałam jechać z nim, ale Andriej zapytał: ‘A z kim będą dzieci?’ Nigdy nie wybaczę sobie, że nie potrafiłam go zatrzymać”.

Andriej, obejmując płaczącą żonę i dzieci, ruszył z podwórza. Jak się okazało, w nieśmiertelność…

Już następnego dnia Ludmyła z przerażeniem zobaczyła w internecie nagranie, jak ulicą Dworcową przejeżdżają ciężkie rosyjskie wozy bojowe. O dziewiątej zadzwoniła na komórkę męża i zaczęła prosić, by przeniósł ich w bezpieczne miejsce w piwnicy ich domu. Ale Andriej powiedział tylko, że właśnie teraz wysadzili cysternę obok centrum handlowego, które było niedaleko, i telefon się rozłączył. Od tego czasu nie odbierał już połączeń.

W międzyczasie kamery monitoringu zarejestrowały kilkanaście rosyjskich pojazdów, które sunęły wzdłuż domu Kujawców. Nagle jeden z nich, łamiąc bramę, wjechał na ich podwórze. Tutaj rosyjscy żołnierze strzelili do Andrieja kilkoma seriami z broni automatycznej. Zrobili to jakby rutynowo, bez emocji…

Ludmyła, nie mogąc dodzwonić się do męża, skontaktowała się z sąsiadami i próbowała ich przekonać, aby zajrzeli na posesję i dowiedzieli się, dlaczego Andriej milczy. Dopiero następnego dnia, 28 lutego, trochę otrząsnąwszy się po wybuchach, sąsiedzi zajrzeli na podwórze rodziny Kujawców. Przed ich oczami ukazał się przerażający widok: Andriej leżał martwy w kałuży krwi obok swojego samochodu.

„Ojcu Andrieja razem z naszym kumem Rusłanem Nechiporenkiem, którego 17 marca również rozstrzelali, udało się dostarczyć jego ciało do kostnicy na 2 – 3 dzień po śmierci” — płacze Liudmyla. — „3 marca mojego Andrieja pochowano”.

Na początku kwietnia, gdy wyzwolono Buczę, ciało Andrieja zostało ekshumowane i pochowane na Alei Sławy na cmentarzu przy ulicy Deputackiej.

Ale Ludmyła już nigdy nie znajdzie spokoju. Opowiada z żalem: „Mój mąż to kawałek mnie, mojego serca, duszy. Wydaje mi się, że go skradziono. Od czasu jego śmierci nie ma dnia, żebym nie myślała o nim. Pracuję dużo, żeby zapomnieć i nie myśleć o śmierci ukochanego. Tylko nasze dzieci dają mi pocieszenie”…

 

 

O konsekwencjach „podziwiania” przeciwnika politycznego pisze CEZARY KRYSZTOPA: Fajnopisiacy

Prawo i Sprawiedliwość nie przegrało ostatnio żadnych wyborów. Nadal jest najbardziej popularną partią w Polsce. Natomiast rzeczywiście przegrało władzę i to dokładnie według scenariusza jaki opisałem na tych łamach rok wcześniej w tekście „Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba”.

Tym razem nie tyle chcę się skupić na mechanizmie tej przegranej, o tym pisałem już i ja i nie tylko ja, ale o swego rodzaju zbiorowym stanie psychicznym partii i jej elektoratu, które zdają się pozostawać w szoku, po tym jak pracowicie budowany przy pomocy fałszywie entuzjastycznych prognoz domek z kart, runął w jednej chwili 15 października 2023 roku.

Aberracje

Już widzę jak oberwę za to, że „sypię piach w tryby”, „skłócam ludzi” i „szkodzę”. Jednak po pierwsze nie jestem członkiem partii, po drugie rolę publicysty widzę nieco inaczej, a po trzecie, nawet gdybym był członkiem, a choćby i politykiem partii, uważałbym, że puszczanie wyłącznie słodkich bączków i wzajemne, uspokajające masowanie się po pleckach, może z pewnością doprowadzić do braku świadomości sytuacyjnej, ale na pewno nie do słusznych wniosków, a co za tym idzie skutecznych działań.

Ale do rzeczy. Chyba największe aberracje wspólnych zachowań „środowiska” wystąpiły tuż po wyborach. Jakieś „berezy”, pomysły na „ekstraordynaryjne” działania, a wreszcie realizacja w praktyce koncepcji swego rodzaju „prawicowego KODu”, na zasadzie „skoro im się sprawdziło, to my też taki musimy mieć”. Tyle, że „im” się nie sprawdziło. I jałowy terror kodziarskiej świrowni był jednym z istotnych powodów zabetonowania opozycji w opozycji.

Później nastąpił jakiś dziwaczny stupor, który zaowocował słabymi listami i kiepską kampanią w wyborach samorządowych, co wprawdzie nie przeszkodziło PiSowi osiągnąć całkiem niezłego wyniku wyborczego, ale odnoszę wrażenie, że bardziej w wyniku determinacji elektoratu niż starań partii.

Fajnopisiactwo

Jednak zjawiskiem, które wydaje się ostatnio umacniać, choć i wcześniej dawało znaki życia, jest coś co nazywam „fajnopisiactwem”. Od zawsze po umownej prawej stronie, szczególnie wokół Prawa i Sprawiedliwości, jako partii dużej, a więc z natury różnorodnej zauważyć można postawy „no jestem tu gdzie jestem, ale tak naprawdę chciałbym być bardziej jak tamci, bo oni są tacy fajni, bo ‘młodzi’, bo ‘nowocześni’, bo ‘idą z duchem czasu’”. I nie chcę przez to powiedzieć, że tymi postawami charakteryzują się jacyś źli ludzie. Nie, to zapewne jak najbardziej ludzie poczciwi, dostrzegający, że coś w zastanej rzeczywistości „nie bangla”, ale jednocześnie jakoś bardziej podatni na obowiązującą poprawnościową propagandę.

Wydaje mi się na przykład, że to z tej strony słyszę głosy „PiS powinien iść do centrum”. Ja nie jestem doradcą PiS, ale wydaje mi się dość oczywiste, że jeśli „PiS pójdzie do centrum”, to zostawi prawą flankę i wtedy efekt Konfederacji będzie się wspominało z rozrzewnieniem. Tu w ogóle nie o to chodzi. Moim skromnym zdaniem, gdyby ktokolwiek mnie o to pytał, PiS nie powinien iść wąsko do centrum ani nigdzie indziej. PiS powinien iść szeroko i przedstawiać na tyle porywającą wizję obrony suwerenności i ambitnego rozwoju, żeby skupić pod swoim dachem różne środowiska, tak jak robi to ruch „Tak dla CPK”, w ramach którego mieszczą się i Razemki i przedstawiciele Konfederacji. Oczywiście w partii to niezupełnie tak zadziała, aż tak szeroko się nie da, ale da się wystarczająco szeroko żeby wygrywać wybory i realizować obietnice.

Albo inny aspekt tego zjawiska. Nagłe aborcjonistyczne kamingałty. Postawy proaborcyjne były tu obecne i wcześniej, ale jednak jakoś wstydliwie poukrywane po kątach. Teraz, to chyba głównie Mateusz Morawiecki dał sygnał „a ja tam jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego” (ładny mi „kompromis”, za który śmiercią w męczarniach płaciły tysiące dzieci). I nagle iluś „fajnopisiaków” stwierdziło, że w sumie to można by zabijać te dzieci żeby mieć szansę uzyskać lepszy wynik wyborczy. Już nawet abstrahując od tego, że to prawdopodobnie fałszywe założenie wynikające z innego błędnego założenia, że spadek poparcia dla PiS w 2020 roku miał być spowodowany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej, a nie miał nic wspólnego z dotkliwymi i wątpliwej celowości obostrzeniami covidowymi z tego samego okresu, to stawianie wozu przed koniem. A to dlatego, że jeśli wyrok TK nawet miał jakiś negatywny wpływ na poparcie dla PiS (dlaczego wielka beneficjentka Czarnych Marszy Lewica nie jest dziś w takim razie królową sondaży?), to również dlatego, że PiS jakby się go wstydził, nie uznał za coś wartego obrony, jego administracja nie prowadziła żadnej akcji edukacyjnej, nie przygotowała programów osłonowych, nie tylko jakby się go wstydziła, ale wręcz jakby uprawiała wobec niego sabotaż. Czy byłoby tak dziwnym gdyby okazało się, że w tej sytuacji ludzie pomyśleli, że może „rzeczywiście coś w tym jest”?

Cui bono?

Dziś w takim stawianiu sprawy interes ma tylko jedna frakcja w PiS. Ta, która chciałaby przekonać o tym, że porażki wyborczej jest winien „straszny wyrok TK”, a nie trudno wytłumaczalna i tragiczna w skutkach spolegliwość wobec Brukseli, Piątka dla Zwierząt, zadziwiająca naiwność wobec ukraińskich władz (pomóc było trzeba, również w zakresie broni, ale bez uszczuplenia własnych krytycznych zapasów i za pokwitowaniem), polityka covidowa, czy dziwaczna i katastrofalna kampania wyborcza oparta na faktycznej promocji Donalda Tuska. Czy to jednak służy spójności całego obozu, może ktoś się powinien poważnie zastanowić.

Tak czy siak, „fajnopisiactwo” wydaje mi się całkiem ślepą uliczką. Z jednej bowiem strony w istocie zawęża zakres możliwości oddziaływania poprzez zniechęcanie elektoratu prawicowego. I kogo oferuje w zamian? Przepływy z elektoratu Platformy? A z drugiej samo w sobie nie stanowi żadnej oryginalnej oferty, będąc tylko bladym odbiciem oferty liberalno-lewicowej. A po co komu podróbka, skoro może mieć oryginał?

Tym bardziej wydaje mi się, że mamy prawo być sobą, nie musimy nikogo udawać i nie mamy obowiązku nikomu się z tego tłumaczyć.

RADIO WNET świętuje 15. urodziny i zaprasza słuchaczy na dzień otwarty

25 maja Radio Wnet obchodzić będzie 15. urodziny. Tego dnia od godz. 9 zaprasza słuchaczy do odwiedzenia siedziby rozgłośni przy ul. Krakowskie Przedmieście 79 w Warszawie.

Radio Wnet pierwszą audycję, z tarasu Hotelu Europejskiego na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, nadało 25 maja 2009 roku. Wówczas była to tylko rozgłośnia internetowa, emisję na falach radiowych radio rozpoczęło w październiku 2018 roku w Warszawie i Krakowie. Obecnie stacja nadaje też we Wrocławiu, w Białymstoku, Szczecinie, Łodzi, Bydgoszczy i Lublinie. Ciągle obecna jest również w internecie i stale poszerza swoją ofertę programową.

Z okazji 15. urodzin Radio Wnet zaprasza wszystkich, którzy chcą poznać rozgłośnię od środka, do swojej siedziby przy ul. Krakowskie Przemieście 79, nieopodal Placu Zamkowego, w Warszawie.

„Oprowadzimy, pokażemy co i jak, a może nawet w studio porozmawiamy i dobrej muzyki posłuchamy. A do tego najpiękniejszy widok z balkonu zapewnimy. Radio Wnet tworzymy dla słuchaczy i wraz z słuchaczami, więc nie wyobrażamy sobie spędzić tego dnia bez Was. A ci co radia naszego nie znają to niech poznają 25 maja – czytamy w zapowiedzi wydarzenia na profilu Radia Wnet na Facebooku.

Jeżeli ktoś ze słuchaczy chciałby sprawić prezent na urodziny, rozgłośnia uruchomiła w serwisie Patronite zbiórkę pod hasłem „Podaruj nam nadawanie!”. Zebrane na niej środki przeznaczone zostaną na pokrycie wydatków na nadajniki w miastach, w których Radia Wnet można słuchać na falach UKF. Miesięczny koszt z tego tytułu wynosi 73500 zł.

opr. jka, źródło: Facebook/Radio Wnet

 

CEZARY KRYSZTOPA: Idę drzeć japę. Chodźcie ze mną

Czy Pani może głosowała za polityką klimatyczną? A Pan? Pan może głosował? Nie? Czy czujecie się Państwo bydłem pasanym po coraz mniejszym pastwisku? Nie? A powinniście.

Idea wolności jednostki wykiełkowała w szeroko pojętej cywilizacji zachodniej. Idea rozumiana różnie, czy to przez pryzmat Boga nadającego człowiekowi godność i wartość, czy to zadufanego w sobie człowieka stawiającego się wręcz ponad Bogiem. Ale jednak. Wolność jednostki jest wbudowana w kod kulturowy człowieka Zachodu.

Wolność

A ściślej rzecz biorąc była. Przynajmniej w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Dziś dla większości ludzi na Zachodzie, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie pod wpływem głównych ośrodków dystrybucji informacji i opinii na Zachodzie – wolność jest równoznaczna z „wolnością” do pocierania o siebie różnych narządów w możliwie dowolnych konfiguracjach, lub sobie tych narządów dowolnego ucinania i protezowania. Wolność w sensie obywatelskim znajduje się w atrofii. Nic tak dobrze nie niewoli człowieka jak ciasna klatka jego popędów.

Czy ktoś z nas głosował na panią von der Leyen? Albo na pana Timmermansa, czy innych brukselskich, dobrze odżywionych bonzów? Czy może zagłosują Państwo na ich następców? Czy mamy jakąś możliwość ich odwołania? Albo chociaż formalnego sprzeciwu wobec ich równie arbitralnych, co fundamentalnie istotnych dla naszej egzystencji decyzji? Oczywiście, że nie, to pytania retoryczne. Ludzie, którzy uzurpują sobie decydowanie o naszym życiu, pozostają jednocześnie poza nasza jakąkolwiek kontrolą. To dokładny opis systemu oligarchicznego, nie demokratycznego. W dodatku dzieje się to wszystko w imię „naszego dobra”, którego najwyraźniej sami nie jesteśmy stanie pojąć, skoro trzeba nas nim uszczęśliwiać przy pomocy całego systemu przemocy instytucjonalnej, informacyjnej, kulturowej i finansowej. I jak może się nam to nie kojarzyć ze wszystkimi przypadkami systemów totalitarnych jakie dotknęły Europę w poprzednim wieku?

Obłęd

Jednym z aspektów obłędu, który niczym projekty zawracania rzek w Związku Sowieckim, nam się w ten sposób implementuje, jest unijna polityka klimatyczna, zwana też „Zielonym Ładem”. Kraje, które najdalej w realizacji tej ideologii zabrnęły, czyli Niemcy i Wielka Brytania, mają z tego powodu największe kłopoty gospodarcze. Szczególnie Niemcom, które w odróżnieniu od nas jakoś tak przypadkiem wpływ na Brukselę mają, nie podoba się to, że my mamy mniejsze. Dlatego w najbliższym czasie możemy spodziewać się wydawania naszych pieniędzy przez lokalnych gubernatorów na niemieckie wiatraki, niemiecki eletroszrot i nowe unijne podatki. Po tym jak zrobiliśmy fajnie producentom nowoczesnych kotłów gazowych w imię „walki z kopciuchami”, będziemy musieli je wymienić, robiąc fajnie producentom pomp ciepła. Choć te być może okażą się niepotrzebne po tym jak stracimy nasze domy w wyniku horrendalnych cen termomodernizacji. A jeśli sądzicie, że schowacie się gdzieś przed tym, to prawdopodobnie będziecie musieli dojechać tam z dobytkiem autobusem, bo nawet niemieckiego elektroszrotu dla wszystkich nie wystarczy. Jakiego zresztą elektroszrotu, skoro elektryczność będzie dobrem luksusowym.

I tak sobie będziemy siedzieli po ciemku i na zimnej d. w swoich piętnastominutowych pastwiskach podglądając czasem z zazdrością jak oligarchowie i ich lokalni gubernatorzy korzystają z życiowych udogodnień, na które nas już nie będzie stać. Ostatecznie zakaz samochodów spalinowych nie objął marek luksusowych.

No chyba, że przypomnimy sobie do czego nam wolność, prawo decydowania o sobie i z braku możliwości formalnych, zaczniemy drzeć japę. Ja zacznę 10 maja o godzinie 12.00 na warszawskim Placu Zamkowym. Do czego i Was namawiam.

REPORTERZY BEZ GRANIC. PRZYZWOITOŚCI!!! Niszczenie mediów publicznych polepszyło sytuację Polski w rankingu RBG

Ach, jako dobrze, że jest lewicowa organizacja Reporterzy bez Granic. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której Polska awansowała w rankingu wolności słowa, ale cztery miesięce temu rząd rozpoczął niszczenie mediów publicznych w naszym kraju. Teraz trwa proces likwidacji, z pracy zwalnia się setki osób, ale RBG opublikowało zestawienie, z którego wynika, że Polska awansowała o 10. miejsc.

Przez dżunglę idzie dwóch dziennikarzy. Jeden pyta drugiego:

– Dlaczego wleczesz się na końcu? 

– Dzikie zwierzęta atakują tych na początku, ostatnich rozszarpują tylko Reporterzy bez Granic.

  1. Rankingi RBG od lat są niewiarygodne;
  2. Nawet międzynarodowe organizacje dziennikarskie nic sobie nie robią z „rewelacji”Reporterów Bez Granic na temat rzekomej pozycji jakiegoś kraju;
  3. Miejsce w rankingu zależy od tego, czy w danym kraju rządzi lewica – dobrze, czy prawica – źle.
  4. Kiedy nie działa pkt. 3 działa „zdroworozsądkowy” układ RBG, czym lepsze notowania w obecnym rządze UE, czyli w KE, tym lepiej.
  5. Nie daj Boże, jeśli jakiś kraj próbuje reformować media, wówczas spada tak nisko, że przed nim są takie kraje, o których nawet Reportezy Bez Granic nie mają pojęcia.
  6. Jeśli jakiś kraj ma wątpliwości, co do pozycji w rankingu, natychmiast spada jeszcze niżej.
  7. Zdrowy rozsądek jest elementem pogarszającym ocenę RBG.

Kiedy rządził zły PiS Polska była 57. miejscu rankingu RBG a teraz podczas rządów uśmiechniętego rządu PO i przystawek jest tak dobrze, że jest na 47. miejscu. Manipulacja level hard, ale ekipa Tuska i neomediów zadowolona.

Więcej o wątpliwym rankingu:

Protest CMWP SDP przeciwko wykorzystywaniu nierzetelnych raportów organizacji „Reporterzy bez Granic” przez ministra spraw zagranicznych

 

Protest CMWP SDP przeciwko wykorzystywaniu nierzetelnych raportów organizacji „Reporterzy bez Granic” przez ministra spraw zagranicznych

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko wykorzystywaniu nierzetelnych raportów na temat wolności mediów w Polsce organizacji „Reporterzy bez Granic” przez ministra spraw zagranicznych i przeciwko uzasadnianiu nimi radykalnie krytycznej oceny polityki zagranicznej prowadzonej przez jego przeciwników politycznych. W odniesieniu do Polski z lat 2016 – 2023 Raporty te są oparte o subiektywnie dobierane kryteria oceny poziomu wolności prasy i niezależności dziennikarzy, przez co w tendencyjny sposób przedstawiają sytuację i rynek mediów w naszym kraju.  Wielokrotnie protestowało przeciwko zawartym w nich treściom Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

25 kwietnia 2024 w Sejmie posłowie wysłuchali informacji Radosława Sikorskiego, ministra spraw zagranicznych na temat założeń polskiej polityki zagranicznej na 2024 r. Zdaniem ministra, pogorszenie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości ilustrują rankingi niezależnych instytucji, w tym organizacji Reporterzy bez Granic, która co roku publikuje tzw. Światowy Indeks Wolności Prasy.  Minister stwierdził, że według organizacji Reporterzy bez Granic, Polska w 2014 roku w kategorii wolności prasy zajmowała 19. miejsce na 180 krajów. W 2023 r. spadliśmy na 57. pozycję tuż przed Burkina Faso, Papuą Nową Gwineą i Gujaną – zauważył szef MSZ.

SDP i CMWP w ostatnich latach wielokrotnie protestowało przeciwko nierzetelnym ocenom zawartym w raportach organizacji Reporterzy bez Granic oraz przeciwko nieobiektywnej i niewiarygodnej metodologii przygotowywania tych raportów. Specjalne stanowisko w tej sprawie zajął Nadzwyczajny Zjazd SDP, jaki odbył się w Kazimierzu Dolnym w 2018 roku, protesty przeciwko krzywdzącym dla Polski ocenom CMWP SDP publikowało m.in. w 2018, 2019, 2020, 2021 i 2022 r.  Zwracaliśmy uwagę, iż po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 r. w nieuzasadniony merytorycznie sposób w przygotowywanym przez organizację „Reporterzy bez Granic” Światowym Indeksie Wolności Prasy (World Press Freedom Index) regularnie obniżano naszemu krajowi miejsce. Polska krytykowana była w zasadzie za wszystko, co zmieniało się w systemie prasowym. Publikowane w latach 2016 -2023 raporty zupełnie pomijały ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesów medialnych przez firmy i koncerny, w tym także zagraniczne.

SDP i CMWP SDP podkreślało w swoich stanowiskach, iż organizacja „Reporterzy bez Granic” uwzględniała jedynie te argumenty, które uzasadniały postawioną z góry tezę o niskim poziomie wolności słowa w Polsce, a pomijała te, które mogą tej tezie zaprzeczyć. Dobór tych argumentów świadczył także o polityzacji stosowanych przez organizację kryteriów oceny poziomu wolności prasy. W ten sposób Raporty stały się narzędziem w konfrontacji opcji politycznych w naszej części Europy, opowiadając się jednoznacznie po jednej stronie sporu politycznego, w Polsce – po stronie przeciwników obozu politycznego Prawa i Sprawiedliwości.

Krytyczne oceny na temat Raportów organizacji „Reporterzy bez Granic” na temat swoich krajów wyrażali także dziennikarze z zagranicy (np. Węgry, Rumunia, Chorwacja) podczas konferencji organizowanych przez SDP, m.in. w 2019, 2022 i 2023 roku. Zawarte są one także w przygotowanym przez SDP opracowaniach m.in.  „Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza”(2019) i w Forum Dziennikarzy pt. „Media o nas, my w mediach.  Wizerunek kontra rzeczywistość państw i społeczeństw Europy Środkowej w zachodnioeuropejskich mediach” (2023).

CMWP SDP podkreśla, iż Raporty organizacji „Reporterzy bez Granic” stały się źródłem mylnych ocen realnej sytuacji na rynku mediów w Polsce dla wszystkich jego odbiorców, zarówno w Europie, jak i na świecie. Dlatego CMWP SDP apelowało i apeluje do dziennikarzy o ostrożność i rzetelność przy cytowaniu wniosków zawartych w tych Raportach  oraz przestrzega przed ich uogólnianiem ze względu niewielki i subiektywnie wyselekcjonowany materiał badawczy, jaki poddano analizie oraz brak obiektywizmu i rzetelności przy jego ocenie.