Rosyjskie morderstwa  — 12.fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kamery monitoringu zarejestrowały kilkanaście rosyjskich pojazdów, które sunęły wzdłuż domu Kujawców. Nagle jeden z nich, łamiąc bramę, wjechał na ich podwórze. Tutaj rosyjscy żołnierze strzelili do Andrieja kilkoma seriami z broni automatycznej. Zrobili to jakby rutynowo, bez emocji… ­ —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. 11 odcinków pamiętnika można przeczytać TUTAJ. Teraz publikujemy kolejny fragment książki.

Z cyklu „Rosyjskie morderstwa”

MORDERSTWO WIKTORA TOPOLNIKA

24 lutego 2022, czwartek, ok. godziny 14.00, Bucza, ul. Dworcowa

— Kochanie, jak się czujesz? Bardzo się martwię — usłyszała żona w słuchawce znajomy głos.

— Rosyjskie śmigłowce krążą nad nami, straszą nas — desperacko poinformowała pani Olena. — Cały czas coś wybucha…

— U nas tutaj, w Irpieniu, też słychać. Schowaj się w piwnicy. Zaraz będę…

 — Bądź ostrożny, kochany. Czekam…

Ten telefon od 67-letniego Wiktora Topolnika zabrzmiał 24 lutego, krótko przed południem. Nigdy więcej nie podniósł słuchawki, i nikt go więcej nie widział. Nie wrócił do domu…

Pan Wiktor urodził się w Kropywnyckiem. Po uzyskaniu wyższego wykształcenia pracował jako inżynier zootechnik. Później los zabrał go do Hostomela, gdzie spotkał Olenę Shyrjaievą. Zakochali się, a po pewnym czasie stanęli na ślubnym kobiercu. Spędzili razem trzydzieści lat.

„Miał dwóch synów z poprzednich małżeństw, których już nie ma od dawna” opowiada pani Olena.

„Mój syn ma córkę — naszą wnuczkę, którą Wiktor bardzo kochał i wychowywał jak własną. Mój mąż był mądrym i sprawiedliwym człowiekiem. Miał dobre serce, zawsze chętny do pomocy. Dobrze znał historię Ukrainy i był patriotą. Bardzo lubił czytać. Często siedział przy piecu, rzucając drewno w ogień, czytał i czytał…”

Długo nie posiedział na emeryturze, chociaż miał trzeci stopień niepełnosprawności z powodu atrofii mięśni. Zatrudnił się w Irpieniu jako ochroniarz w firmie produkującej wojskowe mundury.

W pierwszy dzień wojny, podczas wybuchów, Wiktor Topolnik pojechał do pracy na swoją zmianę. Ale wyjątkowe okoliczności zmusiły go do powrotu do domu. „Prawdopodobnie” — zastanawia się żona — „próbował wrócić przez Buczę do Hostomela. Po tym połączenie z nim zostało przerwane”.

Ale nieszczęścia chodzą parami… Drugiego marca wrogi pocisk trafił w dom, w którym mieszkało to małżeństwo. Wybuchł pożar, budynek spłonął wraz ze wszystkim, na co pracowali przez całe życie.

Zwłoki Wiktora znaleziono na ulicy Dworcowej w Buczy dopiero w kwietniu, po wyzwoleniu miasta spod Rosjan. „Do identyfikacji zdjęcie jego zmasakrowanego ciała przysłano mi 20 kwietnia, tuż przed Wielkanocą” —  płacze żona — „To był straszny widok… Wiktora pochowano 28 kwietnia na cmentarzu w Hostomelu, obok jego synów”.

MORDERSTWO MAKSYMILIANA LISCZYŃSKIEGO

27 lutego 2022, niedziela Bucza, Trasa Warszawska

Przed wojną 35-letni Maksymilian Lisczyński mieszkał w wiosce Myroczke. Pracował jako mechanik samochodowy, wychowywał dwoje dzieci. „Bardzo kochał swoją rodzinę” — mówi Wiktoria Lisczyńska, żona brata Maksymiliana. — „Był osobą, która zawsze pomoże. 27 lutego Maksymilian postanowił dołączyć do samoobrony buczan i wcześnie rano wyruszył do Buczy własnym samochodem. Od tego czasu straciliśmy z nim kontakt”.

Nie wiadomo nic o okolicznościach śmierci Maksymiliana Lisczyńskiego. Ale pani Wiktoria jest przekonana, że „Rosjanie zastrzelili Maksymiliana, zanim zdążył dołączyć do obrony”.

ŚMIERĆ WOŁODYMYRA KOWALSKIEGO

27 lutego 2022, niedziela, Bucza, Nowa Droga, supermarket „Novus”. Z notatek Serhija Kuliđy

27 lutego na stronie internetowej Urzędu Miejskiego w Buczy pojawiło się krótkie żałobne oświadczenie, że tego dnia „Wołodymyr Kowalski poległ za Buczę i Ukrainę, za swoją rodzinę i każdego z nas”. I lakonicznie dodano: „Walcząc w rejonie ‘Novusa’. Poległ w walce”…

Wołodymyra znałem pobieżnie, chociaż mieszkaliśmy w sąsiednich domach, na ulicy Bohdana Chmielnickiego. Czasami spotykaliśmy się na poczcie, skąd on, jak i ja, odbieraliśmy paczki. Zawsze robiło na mnie wrażenie to, że ten młody, przystojny mężczyzna, który przeszedł przez piekło walk w Donbasie i doznał strasznych ran, nie wstydził się chodzić w szortach, które nie ukrywały protez kończyn. Miałem nawet wrażenie, że jest dumny z tego swojego bojowego okaleczenia, jakby było odznaczeniem. A może tak właśnie było… Któregoś razu jesienią postanowiliśmy wypić razem kawę na bulwarze Bohdana Chmielnickiego. W kłębach papierosowego dymu, który, moim zdaniem, tylko dodawał aromatu czarnemu napojowi, siedzieliśmy na schodkach obok sklepu. Wołodymyr opowiedział, że urodził się w taki sam pogodny wrześniowy dzień, jak wspominała jego mama, w 1983 roku w Nowej Kachowce. Wtedy mój rozmówca na chwilę zamilkł i uśmiechnąwszy się zapytał:

— Wiesz, czym się bardzo chlubię?…

I nie czekając na odpowiedź, kontynuował: — Tym, że Aleksander Dowżenko, pracując nad scenariuszem filmu o budowie naszej elektrowni wodnej — „Poemat o morzu” — napisał, że Kachowka… Zaraz sobie przypomnę… Aha, to było tak: „Kachowka stała się ojczyzną mojego serca, ojczyzną najdroższych moich uczuć”… On, nawiasem mówiąc, urodził się 10 września, a ja dziewiątego… Więc i dla mnie moje miasto to ojczyzna moich najdroższych uczuć…

Przyznam, byłem trochę zdezorientowany i zdziwiony taką wiedzą mojego rozmówcy, ale szybko skarciłem się wewnętrznie: „A myślałeś, że nasza młodzież nic nie czyta i niczym się nie interesuje? Że są same nieuki? Wstyd, panie pisarzu, za taką, powiedziałbym, snobistyczną postawę…”

W międzyczasie Wołodymyr opowiedział, że po ukończeniu lokalnej szkoły uczęszczał do Nowokachowskiego Technikum Elektromechanicznego. A potem, w 2002 roku, wyjechał do stolicy, gdzie rozpoczął studia na politechnice. Tutaj przyszły inżynier-mechanik spotkał swoje przeznaczenie — Katię, która mieszkała w Buczy…

Po chwili pogaduszek, pożegnaliśmy się. Więcej żywego Wołodymyra nie widziałem… Na tamtym spotkaniu chłopak unikał rozmowy o swoich ranach, ale w Buczy dobrze znano jego bojową biografię. Wołodymyr Kowalski brał udział w wydarzeniach na Majdanie, a gdy Rosjanie zainicjowali separatystyczny ruch w Donbasie, 27 stycznia 2015 roku dobrowolnie zgłosił się do wojskowego komisariatu. I już niedługo, po „szybkich” kursach, został skierowany do Wołodymyra Wołyńskiego, gdzie stacjonował 14. Batalion Zbrojny Ukrainy. W krótkim czasie oddział ten znalazł się w samym środku walk na linii frontu. Dla Wołodymyra dniem przeznaczenia stał się 15 marca 2016 roku. Wówczas, wykonując zadanie w okolicy wsi Jasne, niedaleko Mariupola, informował kapelan wojskowy Anatolij Kuźnirczuk, nasz rodak „trafił na pułapkę, która wybuchła”. Sam Wołodymyr wspominał: „Pierwsze wrażenie — szok… Lewej kończyny w ogóle nie było. Prawa okazała się rozerwana, ale jej złożenie było niemożliwe. O ile wiem, podobne materiały wybuchowe są zakazane na świecie, ale nasi rosyjscy ‘bracia’ je stawiają…”

Wolontariuszka Marina Sokolova opowiadała, że Wołodymyr „nawet po wybuchu jeszcze przez jakiś czas był przytomny. Dwa kilometry nieśli go do karetki na noszach”. Lekarze musieli mu amputować zmasakrowane kończyny.

Później Kowalski kontynuował leczenie w Centralnym Szpitalu Wojskowym w Kijowie. Szef oddziału traumatologicznego, pułkownik Serhij Czivina, entuzjastycznie wypowiadał się o swoim pacjencie: „Bojowy człowiek… Nastawiony na życie i przyszłość całkowicie pozytywnie!” Natomiast Marina Sokolova wspominała, że „kiedy Wowa trafił do szpitala, jego żona była w ósmym miesiącu ciąży. I mieli umowę — obecność ukochanego na porodówce. Żołnierz naciskał na lekarzy, żeby coś zrobili, aby jak najszybciej założyli mu protezy”. Dziennikarzom, którzy odwiedzili Wołodymyra w szpitalu, również opowiedział przed kamerą o swoim marzeniu: „Chcę stanąć ‘na nogi’ przed narodzeniem dziecka. Wziąć udział w jego narodzinach”. I osiągnął to!… Dosłownie dzień przed porodem, pokonując nieznośny ból, postawił się na tymczasowych protezy. A kiedy zadzwoniono do Wołodymyra z oddziału porodowego, informując, że jego Katia zaczyna rodzić, szybko wezwał taksówkę… Marzenie się spełniło! A syna nazwali Dymitr…

Minął czas. Kowalski przyzwyczaił się do nowej sytuacji, życie zaczęło się układać. Bohater, po przejściu rehabilitacji w Orlando na Florydzie, otrzymał mieszkanie i założył swoją firmę — stację diagnostyki samochodowej. Ponadto, zafascynowany sportem, został uczestnikiem zawodów dla osób niepełnosprawnych — „Igrzysk Bohaterów” i „Siły Narodu”. Od tego czasu Wołodymyra Kowalskiego nazwano w naszym mieście „buczańskim Terminatorem”… Wołodymyr nie zdradził swojego przydomku nawet, gdy Rosja na pełną skalę wkroczyła na Ukrainę. W pierwszym dniu inwazji poszedł odebrać broń. Wtedy, wspominał zastępca dowódcy plutonu obrony terytorialnej Wiktor Chomjak, „powiedziałem mu: ‘Może pójdziesz do domu? Przecież nie masz nóg’. Odpowiedział: ‘Nie! Tylko dajcie mi broń’. Z kolei szef „Buczańskiej Straży” Wołodymyr Szczerbinin opowiadał: „Mówię: ‘Wołodiu, już wystarczająco wojny przeszedłeś’. Ale był uparty i przekonał, aby dać mu broń i amunicję. Był bardzo odważnym chłopcem: jeździliśmy z nim na rekonesans na lotnisko”. 27 lutego, jak wspominała Katia, jej mąż „wyszedł o ósmej rano, a o jedenastej bracia powiedzieli mi, że nie wróci do domu”. „Przyjechałem do Buczy 25 lutego i praktycznie znałem Wołodję mniej niż dobę — zeznaje Wasyl Szczerbakow. — Rankiem 27-go rozpoczął się bój. Ale przez te pół doby osobiście potwierdziłem starożytną prawdę: ‘Żołnierz to zawód, bojownik to cecha charakteru, a wojownik to stan duszy’. Bo był wojownikiem. I miałem zaszczyt być przy nim w jego ostatniej bitwie”.

O znaczeniu tej operacyjnej potyczki z wrogiem mówi Wołodymyr Szczerbinin: „Ostatni raz widziałem go, gdy szliśmy bronić miasta. Dzięki niemu i innym chłopcom zatrzymaliśmy kolumnę wroga na pół godziny. To wystarczyło, żeby nasza artyleria ustawiła się w bojowym szyku i zatrzymała ich na Dworcowej. I wrogi nie przedarł się do Kijowa. On był jednym z najbardziej godnych żołnierzy naszego miasta!”

Wolontariuszka Marina Sokolova dodaje: „Wiemy, że Wowa patrolował miasto z innymi lokalnymi chłopakami przed sklepem ‘Novus’. Rankiem wyszedł z domu i poszedł na swoją służbę. I podczas strzelaniny z rosyjskimi okupantami został postrzelony”.

Starano się go dowieźć do szpitala, ale po drodze zmarł od odniesionych ran. „Tu był bój, rosyjskie czołgi się poruszały, aby przedostać się do Kijowa. Buczańska obrona terytorialna ich powstrzymywała — czterech rannych i Wołodja — pierwszy poległy w mieście Bucza” — stwierdza żona bohatera.

Towarzysze broni wspominali, że jego ostatnimi słowami były: „Odejdźcie, chłopcy, ja przykryję!..”

Już po wyzwoleniu Buczy, 6 maja doszło, można powiedzieć, do „kameralnego” pogrzebu Włodymyra Kowalskiego. Bez udziału żony Kati i sześcioletniego syna Dymitra, bez należytego, w końcu, honoru. Dopiero 19 maja mieszkańcy Buczy uroczyście pożegnali „buczańskiego Terminatora”.

MORDERSTWO ANDRIJA KUJAWCA

Godz. 9.00,  Bucha, rejon ulicy Dworcowej. Z notatek Serhija Kulidy

Andrija Kujawca poznałem w 2004 roku, gdy objąłem stanowisko redaktora naczelnego gazety „Buczańskie Nowiny”. Pomimo że był znacznie młodszy ode mnie, zwracałem się do niego zawsze „Pan Andriej”, czyli na „Pan”. Wtedy ten młody człowiek pracował w dziale architektury Urzędu Miejskiego w Buczy.

Często, gdy było potrzebne ogłoszenie lub publikacja pewnych dokumentów na łamach gazety, Andriej odwiedzał nasze biuro, częstowałem go kawą w moim gabinecie. Zawsze poważny i uprzejmy, rzadko widziałem go uśmiechniętego. Raczej był zatroskany i, jak dla mnie, zbyt poważny.

Podczas tych spotkań dowiedziałem się, że Andriej uczył się w kijowskim technikum budowlanym i studiował na politechnice. Następnie, po uzyskaniu wyższego wykształcenia, zatrudnił się w spółce akcyjnej „Meliorator”, a potem przeniósł się do pracy w Urzędzie Miejskim.

Jednak później, gdy w 2017 roku zostałem redaktorem naczelnym „Literackiej Ukraina”, nasze drogi już jakoś się nie krzyżowały. Dopiero 28 lutego 2022 roku, dzień po rozbiciu rosyjskiej armii na ulicy Dworcowej, ktoś z znajomych poinformował, że 47-letni Andriej zginął. Później, z ust jego żony Ludmyły, dowiedziałem się pewnych szczegółów o jego śmierci…

Rodzina Kujawców, w której dorastało dwoje dzieci, mieszkała na jednej z uliczek niedaleko Dworcowej. Jak opowiadała zrozpaczona Ludmyła, jej kochający mąż „zbudował dom dla rodziny, wypełniony miłością i ciepłem. Oddał się całkowicie rodzinie. I był najlepszym ojcem i mężem. Zawsze byliśmy razem”. Wspomina, że Andriej lubił odpoczywać na łonie natury, pasjonował się projektowaniem krajobrazu…

Mogło się wydawać, że życie toczy się dalej, ale 24 lutego wszystkie marzenia i nadzieje nagle runęły w przepaść. Tego dnia Andriej podjął kategoryczną decyzję: rodzinę trzeba natychmiast wywieźć z miasta. Po krótkich naradach wsiedli do samochodu i całą rodzina opuścili Buczę, gdzie od rana do nocy słychać było głośne wybuchy. Noc spędzili w piwnicy szkoły w Worzelu, gdzie pracowała jego żona, a następnego ranka ruszyli do matki Ludmyły, która mieszkała w rejonie Obuchowa.

Mogło się wydawać, że można było przeczekać te nieszczęśliwe dni u teściowej, ale Andriej miał duszę prawdziwego patrioty Buczy. „Jego serce było zranione przez wydarzenia, które miały miejsce w pierwsze dni inwazji” — narzeka Ludmyła. — „Dwudziestego szóstego lutego rano wsiadł do samochodu i powiedział, że jedzie wstąpić do Obrony Terytorialnej Buczy i bronić miasta. Chciałam jechać z nim, ale Andriej zapytał: ‘A z kim będą dzieci?’ Nigdy nie wybaczę sobie, że nie potrafiłam go zatrzymać”.

Andriej, obejmując płaczącą żonę i dzieci, ruszył z podwórza. Jak się okazało, w nieśmiertelność…

Już następnego dnia Ludmyła z przerażeniem zobaczyła w internecie nagranie, jak ulicą Dworcową przejeżdżają ciężkie rosyjskie wozy bojowe. O dziewiątej zadzwoniła na komórkę męża i zaczęła prosić, by przeniósł ich w bezpieczne miejsce w piwnicy ich domu. Ale Andriej powiedział tylko, że właśnie teraz wysadzili cysternę obok centrum handlowego, które było niedaleko, i telefon się rozłączył. Od tego czasu nie odbierał już połączeń.

W międzyczasie kamery monitoringu zarejestrowały kilkanaście rosyjskich pojazdów, które sunęły wzdłuż domu Kujawców. Nagle jeden z nich, łamiąc bramę, wjechał na ich podwórze. Tutaj rosyjscy żołnierze strzelili do Andrieja kilkoma seriami z broni automatycznej. Zrobili to jakby rutynowo, bez emocji…

Ludmyła, nie mogąc dodzwonić się do męża, skontaktowała się z sąsiadami i próbowała ich przekonać, aby zajrzeli na posesję i dowiedzieli się, dlaczego Andriej milczy. Dopiero następnego dnia, 28 lutego, trochę otrząsnąwszy się po wybuchach, sąsiedzi zajrzeli na podwórze rodziny Kujawców. Przed ich oczami ukazał się przerażający widok: Andriej leżał martwy w kałuży krwi obok swojego samochodu.

„Ojcu Andrieja razem z naszym kumem Rusłanem Nechiporenkiem, którego 17 marca również rozstrzelali, udało się dostarczyć jego ciało do kostnicy na 2 – 3 dzień po śmierci” — płacze Liudmyla. — „3 marca mojego Andrieja pochowano”.

Na początku kwietnia, gdy wyzwolono Buczę, ciało Andrieja zostało ekshumowane i pochowane na Alei Sławy na cmentarzu przy ulicy Deputackiej.

Ale Ludmyła już nigdy nie znajdzie spokoju. Opowiada z żalem: „Mój mąż to kawałek mnie, mojego serca, duszy. Wydaje mi się, że go skradziono. Od czasu jego śmierci nie ma dnia, żebym nie myślała o nim. Pracuję dużo, żeby zapomnieć i nie myśleć o śmierci ukochanego. Tylko nasze dzieci dają mi pocieszenie”…

 

 

O konsekwencjach „podziwiania” przeciwnika politycznego pisze CEZARY KRYSZTOPA: Fajnopisiacy

Prawo i Sprawiedliwość nie przegrało ostatnio żadnych wyborów. Nadal jest najbardziej popularną partią w Polsce. Natomiast rzeczywiście przegrało władzę i to dokładnie według scenariusza jaki opisałem na tych łamach rok wcześniej w tekście „Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba”.

Tym razem nie tyle chcę się skupić na mechanizmie tej przegranej, o tym pisałem już i ja i nie tylko ja, ale o swego rodzaju zbiorowym stanie psychicznym partii i jej elektoratu, które zdają się pozostawać w szoku, po tym jak pracowicie budowany przy pomocy fałszywie entuzjastycznych prognoz domek z kart, runął w jednej chwili 15 października 2023 roku.

Aberracje

Już widzę jak oberwę za to, że „sypię piach w tryby”, „skłócam ludzi” i „szkodzę”. Jednak po pierwsze nie jestem członkiem partii, po drugie rolę publicysty widzę nieco inaczej, a po trzecie, nawet gdybym był członkiem, a choćby i politykiem partii, uważałbym, że puszczanie wyłącznie słodkich bączków i wzajemne, uspokajające masowanie się po pleckach, może z pewnością doprowadzić do braku świadomości sytuacyjnej, ale na pewno nie do słusznych wniosków, a co za tym idzie skutecznych działań.

Ale do rzeczy. Chyba największe aberracje wspólnych zachowań „środowiska” wystąpiły tuż po wyborach. Jakieś „berezy”, pomysły na „ekstraordynaryjne” działania, a wreszcie realizacja w praktyce koncepcji swego rodzaju „prawicowego KODu”, na zasadzie „skoro im się sprawdziło, to my też taki musimy mieć”. Tyle, że „im” się nie sprawdziło. I jałowy terror kodziarskiej świrowni był jednym z istotnych powodów zabetonowania opozycji w opozycji.

Później nastąpił jakiś dziwaczny stupor, który zaowocował słabymi listami i kiepską kampanią w wyborach samorządowych, co wprawdzie nie przeszkodziło PiSowi osiągnąć całkiem niezłego wyniku wyborczego, ale odnoszę wrażenie, że bardziej w wyniku determinacji elektoratu niż starań partii.

Fajnopisiactwo

Jednak zjawiskiem, które wydaje się ostatnio umacniać, choć i wcześniej dawało znaki życia, jest coś co nazywam „fajnopisiactwem”. Od zawsze po umownej prawej stronie, szczególnie wokół Prawa i Sprawiedliwości, jako partii dużej, a więc z natury różnorodnej zauważyć można postawy „no jestem tu gdzie jestem, ale tak naprawdę chciałbym być bardziej jak tamci, bo oni są tacy fajni, bo ‘młodzi’, bo ‘nowocześni’, bo ‘idą z duchem czasu’”. I nie chcę przez to powiedzieć, że tymi postawami charakteryzują się jacyś źli ludzie. Nie, to zapewne jak najbardziej ludzie poczciwi, dostrzegający, że coś w zastanej rzeczywistości „nie bangla”, ale jednocześnie jakoś bardziej podatni na obowiązującą poprawnościową propagandę.

Wydaje mi się na przykład, że to z tej strony słyszę głosy „PiS powinien iść do centrum”. Ja nie jestem doradcą PiS, ale wydaje mi się dość oczywiste, że jeśli „PiS pójdzie do centrum”, to zostawi prawą flankę i wtedy efekt Konfederacji będzie się wspominało z rozrzewnieniem. Tu w ogóle nie o to chodzi. Moim skromnym zdaniem, gdyby ktokolwiek mnie o to pytał, PiS nie powinien iść wąsko do centrum ani nigdzie indziej. PiS powinien iść szeroko i przedstawiać na tyle porywającą wizję obrony suwerenności i ambitnego rozwoju, żeby skupić pod swoim dachem różne środowiska, tak jak robi to ruch „Tak dla CPK”, w ramach którego mieszczą się i Razemki i przedstawiciele Konfederacji. Oczywiście w partii to niezupełnie tak zadziała, aż tak szeroko się nie da, ale da się wystarczająco szeroko żeby wygrywać wybory i realizować obietnice.

Albo inny aspekt tego zjawiska. Nagłe aborcjonistyczne kamingałty. Postawy proaborcyjne były tu obecne i wcześniej, ale jednak jakoś wstydliwie poukrywane po kątach. Teraz, to chyba głównie Mateusz Morawiecki dał sygnał „a ja tam jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego” (ładny mi „kompromis”, za który śmiercią w męczarniach płaciły tysiące dzieci). I nagle iluś „fajnopisiaków” stwierdziło, że w sumie to można by zabijać te dzieci żeby mieć szansę uzyskać lepszy wynik wyborczy. Już nawet abstrahując od tego, że to prawdopodobnie fałszywe założenie wynikające z innego błędnego założenia, że spadek poparcia dla PiS w 2020 roku miał być spowodowany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej, a nie miał nic wspólnego z dotkliwymi i wątpliwej celowości obostrzeniami covidowymi z tego samego okresu, to stawianie wozu przed koniem. A to dlatego, że jeśli wyrok TK nawet miał jakiś negatywny wpływ na poparcie dla PiS (dlaczego wielka beneficjentka Czarnych Marszy Lewica nie jest dziś w takim razie królową sondaży?), to również dlatego, że PiS jakby się go wstydził, nie uznał za coś wartego obrony, jego administracja nie prowadziła żadnej akcji edukacyjnej, nie przygotowała programów osłonowych, nie tylko jakby się go wstydziła, ale wręcz jakby uprawiała wobec niego sabotaż. Czy byłoby tak dziwnym gdyby okazało się, że w tej sytuacji ludzie pomyśleli, że może „rzeczywiście coś w tym jest”?

Cui bono?

Dziś w takim stawianiu sprawy interes ma tylko jedna frakcja w PiS. Ta, która chciałaby przekonać o tym, że porażki wyborczej jest winien „straszny wyrok TK”, a nie trudno wytłumaczalna i tragiczna w skutkach spolegliwość wobec Brukseli, Piątka dla Zwierząt, zadziwiająca naiwność wobec ukraińskich władz (pomóc było trzeba, również w zakresie broni, ale bez uszczuplenia własnych krytycznych zapasów i za pokwitowaniem), polityka covidowa, czy dziwaczna i katastrofalna kampania wyborcza oparta na faktycznej promocji Donalda Tuska. Czy to jednak służy spójności całego obozu, może ktoś się powinien poważnie zastanowić.

Tak czy siak, „fajnopisiactwo” wydaje mi się całkiem ślepą uliczką. Z jednej bowiem strony w istocie zawęża zakres możliwości oddziaływania poprzez zniechęcanie elektoratu prawicowego. I kogo oferuje w zamian? Przepływy z elektoratu Platformy? A z drugiej samo w sobie nie stanowi żadnej oryginalnej oferty, będąc tylko bladym odbiciem oferty liberalno-lewicowej. A po co komu podróbka, skoro może mieć oryginał?

Tym bardziej wydaje mi się, że mamy prawo być sobą, nie musimy nikogo udawać i nie mamy obowiązku nikomu się z tego tłumaczyć.

RADIO WNET świętuje 15. urodziny i zaprasza słuchaczy na dzień otwarty

25 maja Radio Wnet obchodzić będzie 15. urodziny. Tego dnia od godz. 9 zaprasza słuchaczy do odwiedzenia siedziby rozgłośni przy ul. Krakowskie Przedmieście 79 w Warszawie.

Radio Wnet pierwszą audycję, z tarasu Hotelu Europejskiego na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, nadało 25 maja 2009 roku. Wówczas była to tylko rozgłośnia internetowa, emisję na falach radiowych radio rozpoczęło w październiku 2018 roku w Warszawie i Krakowie. Obecnie stacja nadaje też we Wrocławiu, w Białymstoku, Szczecinie, Łodzi, Bydgoszczy i Lublinie. Ciągle obecna jest również w internecie i stale poszerza swoją ofertę programową.

Z okazji 15. urodzin Radio Wnet zaprasza wszystkich, którzy chcą poznać rozgłośnię od środka, do swojej siedziby przy ul. Krakowskie Przemieście 79, nieopodal Placu Zamkowego, w Warszawie.

„Oprowadzimy, pokażemy co i jak, a może nawet w studio porozmawiamy i dobrej muzyki posłuchamy. A do tego najpiękniejszy widok z balkonu zapewnimy. Radio Wnet tworzymy dla słuchaczy i wraz z słuchaczami, więc nie wyobrażamy sobie spędzić tego dnia bez Was. A ci co radia naszego nie znają to niech poznają 25 maja – czytamy w zapowiedzi wydarzenia na profilu Radia Wnet na Facebooku.

Jeżeli ktoś ze słuchaczy chciałby sprawić prezent na urodziny, rozgłośnia uruchomiła w serwisie Patronite zbiórkę pod hasłem „Podaruj nam nadawanie!”. Zebrane na niej środki przeznaczone zostaną na pokrycie wydatków na nadajniki w miastach, w których Radia Wnet można słuchać na falach UKF. Miesięczny koszt z tego tytułu wynosi 73500 zł.

opr. jka, źródło: Facebook/Radio Wnet

 

CEZARY KRYSZTOPA: Idę drzeć japę. Chodźcie ze mną

Czy Pani może głosowała za polityką klimatyczną? A Pan? Pan może głosował? Nie? Czy czujecie się Państwo bydłem pasanym po coraz mniejszym pastwisku? Nie? A powinniście.

Idea wolności jednostki wykiełkowała w szeroko pojętej cywilizacji zachodniej. Idea rozumiana różnie, czy to przez pryzmat Boga nadającego człowiekowi godność i wartość, czy to zadufanego w sobie człowieka stawiającego się wręcz ponad Bogiem. Ale jednak. Wolność jednostki jest wbudowana w kod kulturowy człowieka Zachodu.

Wolność

A ściślej rzecz biorąc była. Przynajmniej w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Dziś dla większości ludzi na Zachodzie, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie pod wpływem głównych ośrodków dystrybucji informacji i opinii na Zachodzie – wolność jest równoznaczna z „wolnością” do pocierania o siebie różnych narządów w możliwie dowolnych konfiguracjach, lub sobie tych narządów dowolnego ucinania i protezowania. Wolność w sensie obywatelskim znajduje się w atrofii. Nic tak dobrze nie niewoli człowieka jak ciasna klatka jego popędów.

Czy ktoś z nas głosował na panią von der Leyen? Albo na pana Timmermansa, czy innych brukselskich, dobrze odżywionych bonzów? Czy może zagłosują Państwo na ich następców? Czy mamy jakąś możliwość ich odwołania? Albo chociaż formalnego sprzeciwu wobec ich równie arbitralnych, co fundamentalnie istotnych dla naszej egzystencji decyzji? Oczywiście, że nie, to pytania retoryczne. Ludzie, którzy uzurpują sobie decydowanie o naszym życiu, pozostają jednocześnie poza nasza jakąkolwiek kontrolą. To dokładny opis systemu oligarchicznego, nie demokratycznego. W dodatku dzieje się to wszystko w imię „naszego dobra”, którego najwyraźniej sami nie jesteśmy stanie pojąć, skoro trzeba nas nim uszczęśliwiać przy pomocy całego systemu przemocy instytucjonalnej, informacyjnej, kulturowej i finansowej. I jak może się nam to nie kojarzyć ze wszystkimi przypadkami systemów totalitarnych jakie dotknęły Europę w poprzednim wieku?

Obłęd

Jednym z aspektów obłędu, który niczym projekty zawracania rzek w Związku Sowieckim, nam się w ten sposób implementuje, jest unijna polityka klimatyczna, zwana też „Zielonym Ładem”. Kraje, które najdalej w realizacji tej ideologii zabrnęły, czyli Niemcy i Wielka Brytania, mają z tego powodu największe kłopoty gospodarcze. Szczególnie Niemcom, które w odróżnieniu od nas jakoś tak przypadkiem wpływ na Brukselę mają, nie podoba się to, że my mamy mniejsze. Dlatego w najbliższym czasie możemy spodziewać się wydawania naszych pieniędzy przez lokalnych gubernatorów na niemieckie wiatraki, niemiecki eletroszrot i nowe unijne podatki. Po tym jak zrobiliśmy fajnie producentom nowoczesnych kotłów gazowych w imię „walki z kopciuchami”, będziemy musieli je wymienić, robiąc fajnie producentom pomp ciepła. Choć te być może okażą się niepotrzebne po tym jak stracimy nasze domy w wyniku horrendalnych cen termomodernizacji. A jeśli sądzicie, że schowacie się gdzieś przed tym, to prawdopodobnie będziecie musieli dojechać tam z dobytkiem autobusem, bo nawet niemieckiego elektroszrotu dla wszystkich nie wystarczy. Jakiego zresztą elektroszrotu, skoro elektryczność będzie dobrem luksusowym.

I tak sobie będziemy siedzieli po ciemku i na zimnej d. w swoich piętnastominutowych pastwiskach podglądając czasem z zazdrością jak oligarchowie i ich lokalni gubernatorzy korzystają z życiowych udogodnień, na które nas już nie będzie stać. Ostatecznie zakaz samochodów spalinowych nie objął marek luksusowych.

No chyba, że przypomnimy sobie do czego nam wolność, prawo decydowania o sobie i z braku możliwości formalnych, zaczniemy drzeć japę. Ja zacznę 10 maja o godzinie 12.00 na warszawskim Placu Zamkowym. Do czego i Was namawiam.

REPORTERZY BEZ GRANIC. PRZYZWOITOŚCI!!! Niszczenie mediów publicznych polepszyło sytuację Polski w rankingu RBG

Ach, jako dobrze, że jest lewicowa organizacja Reporterzy bez Granic. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której Polska awansowała w rankingu wolności słowa, ale cztery miesięce temu rząd rozpoczął niszczenie mediów publicznych w naszym kraju. Teraz trwa proces likwidacji, z pracy zwalnia się setki osób, ale RBG opublikowało zestawienie, z którego wynika, że Polska awansowała o 10. miejsc.

Przez dżunglę idzie dwóch dziennikarzy. Jeden pyta drugiego:

– Dlaczego wleczesz się na końcu? 

– Dzikie zwierzęta atakują tych na początku, ostatnich rozszarpują tylko Reporterzy bez Granic.

  1. Rankingi RBG od lat są niewiarygodne;
  2. Nawet międzynarodowe organizacje dziennikarskie nic sobie nie robią z „rewelacji”Reporterów Bez Granic na temat rzekomej pozycji jakiegoś kraju;
  3. Miejsce w rankingu zależy od tego, czy w danym kraju rządzi lewica – dobrze, czy prawica – źle.
  4. Kiedy nie działa pkt. 3 działa „zdroworozsądkowy” układ RBG, czym lepsze notowania w obecnym rządze UE, czyli w KE, tym lepiej.
  5. Nie daj Boże, jeśli jakiś kraj próbuje reformować media, wówczas spada tak nisko, że przed nim są takie kraje, o których nawet Reportezy Bez Granic nie mają pojęcia.
  6. Jeśli jakiś kraj ma wątpliwości, co do pozycji w rankingu, natychmiast spada jeszcze niżej.
  7. Zdrowy rozsądek jest elementem pogarszającym ocenę RBG.

Kiedy rządził zły PiS Polska była 57. miejscu rankingu RBG a teraz podczas rządów uśmiechniętego rządu PO i przystawek jest tak dobrze, że jest na 47. miejscu. Manipulacja level hard, ale ekipa Tuska i neomediów zadowolona.

Więcej o wątpliwym rankingu:

Protest CMWP SDP przeciwko wykorzystywaniu nierzetelnych raportów organizacji „Reporterzy bez Granic” przez ministra spraw zagranicznych

 

Protest CMWP SDP przeciwko wykorzystywaniu nierzetelnych raportów organizacji „Reporterzy bez Granic” przez ministra spraw zagranicznych

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko wykorzystywaniu nierzetelnych raportów na temat wolności mediów w Polsce organizacji „Reporterzy bez Granic” przez ministra spraw zagranicznych i przeciwko uzasadnianiu nimi radykalnie krytycznej oceny polityki zagranicznej prowadzonej przez jego przeciwników politycznych. W odniesieniu do Polski z lat 2016 – 2023 Raporty te są oparte o subiektywnie dobierane kryteria oceny poziomu wolności prasy i niezależności dziennikarzy, przez co w tendencyjny sposób przedstawiają sytuację i rynek mediów w naszym kraju.  Wielokrotnie protestowało przeciwko zawartym w nich treściom Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

25 kwietnia 2024 w Sejmie posłowie wysłuchali informacji Radosława Sikorskiego, ministra spraw zagranicznych na temat założeń polskiej polityki zagranicznej na 2024 r. Zdaniem ministra, pogorszenie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości ilustrują rankingi niezależnych instytucji, w tym organizacji Reporterzy bez Granic, która co roku publikuje tzw. Światowy Indeks Wolności Prasy.  Minister stwierdził, że według organizacji Reporterzy bez Granic, Polska w 2014 roku w kategorii wolności prasy zajmowała 19. miejsce na 180 krajów. W 2023 r. spadliśmy na 57. pozycję tuż przed Burkina Faso, Papuą Nową Gwineą i Gujaną – zauważył szef MSZ.

SDP i CMWP w ostatnich latach wielokrotnie protestowało przeciwko nierzetelnym ocenom zawartym w raportach organizacji Reporterzy bez Granic oraz przeciwko nieobiektywnej i niewiarygodnej metodologii przygotowywania tych raportów. Specjalne stanowisko w tej sprawie zajął Nadzwyczajny Zjazd SDP, jaki odbył się w Kazimierzu Dolnym w 2018 roku, protesty przeciwko krzywdzącym dla Polski ocenom CMWP SDP publikowało m.in. w 2018, 2019, 2020, 2021 i 2022 r.  Zwracaliśmy uwagę, iż po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 r. w nieuzasadniony merytorycznie sposób w przygotowywanym przez organizację „Reporterzy bez Granic” Światowym Indeksie Wolności Prasy (World Press Freedom Index) regularnie obniżano naszemu krajowi miejsce. Polska krytykowana była w zasadzie za wszystko, co zmieniało się w systemie prasowym. Publikowane w latach 2016 -2023 raporty zupełnie pomijały ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesów medialnych przez firmy i koncerny, w tym także zagraniczne.

SDP i CMWP SDP podkreślało w swoich stanowiskach, iż organizacja „Reporterzy bez Granic” uwzględniała jedynie te argumenty, które uzasadniały postawioną z góry tezę o niskim poziomie wolności słowa w Polsce, a pomijała te, które mogą tej tezie zaprzeczyć. Dobór tych argumentów świadczył także o polityzacji stosowanych przez organizację kryteriów oceny poziomu wolności prasy. W ten sposób Raporty stały się narzędziem w konfrontacji opcji politycznych w naszej części Europy, opowiadając się jednoznacznie po jednej stronie sporu politycznego, w Polsce – po stronie przeciwników obozu politycznego Prawa i Sprawiedliwości.

Krytyczne oceny na temat Raportów organizacji „Reporterzy bez Granic” na temat swoich krajów wyrażali także dziennikarze z zagranicy (np. Węgry, Rumunia, Chorwacja) podczas konferencji organizowanych przez SDP, m.in. w 2019, 2022 i 2023 roku. Zawarte są one także w przygotowanym przez SDP opracowaniach m.in.  „Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza”(2019) i w Forum Dziennikarzy pt. „Media o nas, my w mediach.  Wizerunek kontra rzeczywistość państw i społeczeństw Europy Środkowej w zachodnioeuropejskich mediach” (2023).

CMWP SDP podkreśla, iż Raporty organizacji „Reporterzy bez Granic” stały się źródłem mylnych ocen realnej sytuacji na rynku mediów w Polsce dla wszystkich jego odbiorców, zarówno w Europie, jak i na świecie. Dlatego CMWP SDP apelowało i apeluje do dziennikarzy o ostrożność i rzetelność przy cytowaniu wniosków zawartych w tych Raportach  oraz przestrzega przed ich uogólnianiem ze względu niewielki i subiektywnie wyselekcjonowany materiał badawczy, jaki poddano analizie oraz brak obiektywizmu i rzetelności przy jego ocenie.

WIKTOR ŚWIETLIK: Adwokacka „wolność słowa”

Nigdy zawodowo nie miałem nic wspólnego z „Gazetą Wyborczą” i nigdy jej nie lubiłem. Nie chodzi o to, że czuję się jakoś lepszy od osób, którym się to przydarzyło i prędzej czy później się sparzyły, jest to trochę premia wieku, ale przyznaję – jest mi z tym dobrze, a od kilku dni jeszcze lepiej.

Kilka dni temu miałem arcyciekawe sądowe spotkanie z jedną z najbardziej ponurych postaci polskiego dziennikarstwa – panią Agnieszką Kublik, zwana przez swojego dawnego redakcyjnego kolegę „cynglem Michnika”, a przez polityka lewicy Włodzimierza Czarzastego jego „Hieną”. Pani redaktor to – jak się przedstawia – z zawodu socjolog, a dziś biedna emerytka. Towarzyszył jej prawnik Piotr Rogowski, czasem mylnie nazywany adwokatem, człowiek, którego funkcjonowanie w koncernie Agora pokazuje, że Adam Michnik potrafi być niekiedy lojalny. Mimo ciągle przegrywanych spraw wciąż jest na stanowisku. Brak talentów nadrabiany śliskością widocznie w pewnych branżach się sprawdza.

Sprawę przyznaję – o naruszenie dóbr osobistych – wytoczyłem ja. Nie za bardzo miałem wyjście, bo Madame Kublik kilka lat temu w swoim stylu pozmyślała po części, a po części przepisała za mitomanem Wojciechem Cieślą, historię, jak to kręciłem lody na jakiejś niszczącej ludzi farmie trolli w wyniku czego wylano mnie z pracy, czyli z Trójki.

Dlaczego o tym piszę? Bo trzy godziny spędzone na sali sądowej w takim towarzystwie chciałbym jakoś spożytkować. Zaciekawiła jednak mnie w tym wszystkim argumentacja samego Rogowskiego, która jest creme de la creme podejścia całego tego środowiska do prawdy. Oczywiście pełnomocnik jest po to, by bronić swojego klienta, ale jednak linia tej obrony jest bardzo symptomatyczna. Po pierwsze więc, tak w ogóle, to pani Kublik nie odpowiada za cały swój tekst, bo jej w redakcji ktoś podopisywał, a kto to nie wiadomo, bo było dawno. Tak się w redakcjach robi, że się dopisuje. Po drugie pani Kublik jest emerytką, którą gnębię, bo chcę wywołać jej łzy. Poza tym jestem ponurym typem, Rogowski skorzystał z możliwości jaką (jak zapewne sądzi) daje mu „adwokacka wolność słowa” i zaczął w mowie końcowej obrażać pracowników kolejnych redakcji w jakich pracowałem, a także mnie pomawiać o rozmaite straszliwe rzeczy, włącznie z zabraniem dwóch miliardów chorym na raka dzieciom.

Ciekawsza jest jednak inna sprawa. Radca Rogowski w pewnym momencie zaczął, przynajmniej ja tak to interpretuję, szantażować sąd modnym tematem przygotowywanych przepisów „antySLAPP-owych”, które mają rzekomo służyć zabezpieczeniu redakcji i NGO przed blokowaniem ich pozwami.

Tu drobny rys historyczny. Radca Piotr Rogowski to ten prawnik, który jak mało innych osób odegrał wyjątkowo parszywą rolę w niszczeniu wolności słowa i terroryzowaniu publicystycznych przeciwników pozwami. Swojego czasu w imieniu Adama Michnika powytaczał procesy całemu szeregowi naukowców i publicystów, którzy śmieli skrytykować jego żywiciela. Część z tych ludzi poszła na ugody czy przeprosiła, żeby nie wozić się po sądach ze zbliżoną do aparatu władzy potężną spółką. Przy okazji Rogowski popisywał się, widać ma to we krwi, grafomańskim stylem, który sprawił, że Rafał Ziemkiewicz przez jakiś czas dokonywał publicznych odczytań jego pozwu (Michnik domagał się wówczas 50 tysięcy złotych). Nieustannie to bawiło.

Nieskładne wywody pani Kublik i jej obrońcy mnie nie dziwią. Tak się kończy jak się zmyśla, kiedy nie jest w stanie się wziąć odpowiedzialności za własne słowa i ich bronić. Historia antySLAPP-owa jest jednak bardziej poważna. Ten przykład pokazuje bardzo symptomatyczne zjawisko, które czeredka z „Wyborczej” świetnie opanowała. Wykorzystywanie rozmaitych pozornie prodemokratycznych i proobywatelskich regulacji, szczególnie na poziomie unijnym, do faktycznego bądź to cenzurowania (walka z mową nienawiści), bądź zapewniania sobie bezkarności w niszczeniu ludzi. „Niewiele jest odkryć bardziej irytujących niż to, które odsłania rodowód idei” – brzmiał cytat z Lorda Actona, który znany jest głównie z tego, że stanowi motto „Drogi do zniewolenia” Friedricha Augusta von Hayeka, nomen omen książki nigdy na Czerskiej za bardzo nie lubianej. Ale jedno odkrycie jest może nie bardziej irytujące, ale na pewno zabawniejsze. Tego, co próbują z ideami robić nieudolni, prawniczy cinkciarze.

Jest jednak jedno światełko w tunelu. Podczas naszego uroczego spotkania w sądzie pani Kublik wpatrywała się jak w obrazek w mecenasa Artura Wdowczyka, tego samego, który przez lata pomógł tak wielu osobom z SDP i podopiecznym CMWP. Artur, jako jego przyjaciel wiem o czym mówię, ma zbawienny wpływ na ludzi. Może będzie tak i w tym przypadku?

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Faktycznie kierował bezpieką i przesłuchiwał Pileckiego. Gdzie jest jego grób?

23 kwietnia 1956 r., w ramach bolszewickich walk frakcyjnych, komuniści aresztowali wyjątkowego okrutnika, faktycznego szefa bezpieki (choć w randze wiceministra) Romana Romkowskiego. W marcu 1957 r. Romkowski został skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Na wolność wyszedł razem z innymi bestiami: Fejginem i Różańskim w 1964 r.

Roman Romkowski urodził się w 1907 r. jako Menasze Grinszpan-Kikiel. Już w młodości został komunistą, przeszkolony w Kominternie („Szkoła Lenina”). Równolegle pracował w Krakowie w fabryce skrzyń, potem terminował w zakładzie krawieckim. W 1930 r. był delegatem na V Zjazd Komunistycznej Partii Polski do Moskwy. Przez kilka lat więziony w Polsce za działalność wywrotową i antypaństwową.

We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy w batalionach robotniczych, po czym przedostał się do zajętego przez ZSRS Brześcia. W latach 1941-1944 dowódca, komisarz polityczny i szef wywiadu oddziału partyzantki sowieckiej „Brygada im. Stalina” na Białorusi.

Od 1 sierpnia 1944 r. delegowany do „polskiej” bezpieki: szef kontrwywiadu Resortu Bezpieczeństwa Publicznego, potem dyrektor kontrwywiadu w MBP (Departament I). W latach 1946-1949 pomocnik ministra BP, a od 1 stycznia 1949 r. do 27 listopada 1954 r. oficjalny wiceminister bezpieczeństwa. W latach 1949 – 1954 członek Komisji Bezpieczeństwa KC PZPR, która nadzorowała aparat represji.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 r. mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 r. nadzorował śledztwo w przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Według relacji osobiście przesłuchiwał rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.
W połowie grudnia 1948 r. jeden z krwawych funkcjonariuszy bezpieki – Józef Dusza otrzymał polecenie od Romkowskiego i Różańskiego, aby „w celach na Mokotowie stworzyć taki reżim, aby podejrzani sami prosili o doprowadzenie ich z celi na przesłuchanie”.

Roman Romkowski stworzył również specjalną listę sędziów dopuszczonych do wydawania wyroków na przeciwników politycznych – zarówno w nagłaśnianych procesach pokazowych jak i sekcjach tajnych, powołanych przy sądach powszechnych. W wydanej przez IPN książce Grzegorza Jakubowskiego „Sądownictwo powszechne w Polsce w latach 1944-1950” czytamy: „Sekcja tego typu, wzorowana na radzieckich »trojkach«, rozpoczęła działalność na początku 1950 r. w Departamencie Nadzoru Sądowego Ministerstwa Sprawiedliwości. Powstała z inspiracji wiceministra bezpieczeństwa publicznego Romana Romkowskiego, który poprzez Henryka Podlaskiego, dyrektora Departamentu Nadzoru Prokuratorskiego w MS zażądał od Henryka Chmielewskiego (minister sprawiedliwości; z tego fragmentu też wynika jasno, że faktycznie rządził Podlaski i to on kontaktował się z bezpieką i realizował jej interesy) zorganizowania szczególnego sposobu rozpoznawania karnych spraw politycznych »o wielkiej wadze dla interesów Partii i Państwa«. Sprawy te mieli rozpatrywać na niejawnych posiedzeniach sędziowie w pełni zasługujący na zaufanie partii. Zgodnie z żądaniami Romkowskiego odbywało się to często na terenie więzienia (stąd nazwa »sądy kiblowe«)”. Jedną z takich szczególnych spraw, rozpatrywanych w 1953 roku przez sekcję tajną przy Sądzie Wojewódzkim w Warszawie był mord sądowy na gen. Auguście Emilu Fieldorfie „Nilu”.

Po ucieczce do USA innego mordercy z bezpieki Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba) 10 października 1954 r. Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

Jeden z pracujących w tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę na przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

Roman Romkowski zmarł w 1968 r., pochowany został na Powązkach Wojskowych w Warszawie, choć we wskazanym miejscu (kwatera G-9-14) jego grobu nie ma!

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Generał Fieldorf i propaganda PRL

16 kwietnia 1952 r. komunistyczny Sąd Wojewódzki w Warszawie utrzymał karę śmierci dla gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, organizatora i szefa Kedywu – Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej. Polskiego generała komuniści powiesili 24 lutego 1953 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Generała „Nila” rodzimi bolszewicy powiesili potajemnie, nie informując rodziny. Dopiero 7 marca 1989 r. prokurator generalny PRL uznał, że Fieldorf „nie popełnił zarzucanych mu czynów” (mordowanie radzieckich partyzantów i skoczków, „lewicowych podziemnych ugrupowań niepodległościowych” i współpraca z hitlerowcami podczas okupacji).

Czy można to nazwać rehabilitacją? Rodzina musiała długo czekać na jakiekolwiek upamiętnienie. Dopiero w latach 60. komunistyczne władze zgodziły się na postawienie na Powązkach grobu – symbolicznego. Na tablicy mogło się znaleźć tylko nazwisko i pseudonim konspiracyjny generała. Na początku lat 70. Janina Fieldorf wystąpiła do ówczesnego szefa MON Wojciecha Jaruzelskiego o ustalenie miejsca pochówku i zgodę na napis informujący, kim był jej mąż i w jaki sposób zginął.

– Jaruzelski powiedział, że nie udało się odnaleźć miejsca spoczynku ojca. A jeśli nie zgadzamy się na proponowany napis: „Zmarł śmiercią tragiczną”, symbolicznego grobu nie będzie – mówiła mi przed laty Maria Fieldorf-Czarska, córka „Nila”. Jaruzelski miejsce znał, ale nie pomógł. Córka szczątków ojca szukała do końca życia. Zmarła w 2010 r., zanim rozpoczęto prace na „Łączce”. Ale do dziś generała nie udało się odnaleźć.

Maria Fieldorf walczyła też o ukaranie żyjących oprawców taty. Tak samo bezskutecznie. Wspominała: – „Na jednym z posiedzeń Sąd Okręgowy w Warszawie utajnił rozprawę. Na salę pozwolono wejść tylko mnie, dziennikarzy wyproszono. Kazano mi nawet wyłączyć mikrofon. Powiedziałam, że nie życzę sobie, aby po raz kolejny sprawa mojego ojca była tajna, bo tak już było w PRL. W 1952 r. mordu sądowego na ojcu też dokonano za zamkniętymi drzwiami. Pani prokurator zagroziła, że oskarży mnie o obrazę majestatu sądu.

Tymczasem w 2014 r. na tych samych Powązkach pochowany został – z honorami państwowymi i wojskowymi – Wojciech Jaruzelski. Człowiek walczący z Polską i Kościołem miał mszę w katedrze polowej Wojska Polskiego, bo wola jego rodziny została uszanowana. Inaczej niż wola rodziny Fieldorfów.

A gdyby dziś zrobić sondaż, okazałoby się, że Polacy powszechnie znają Jaruzelskiego, a mniej więcej połowa go szanuje. A Fieldorfa nawet nie mogą szanować, bo na ogół nie wiedzą, kto to jest. Propaganda rodem z PRL nadal działa. I efekt jest taki, że sowieckiego generała i zbrodniarza Wojciecha Jaruzelskiego państwo polskie żegna z honorami, jak bohatera. A prawdziwego polskiego generała i prawdziwego bohatera Augusta Emila Fieldorfa – niewinnie powieszonego i zrzuconego do jakiegoś bezimiennego dołu, nie można po ponad 70 latach wydobyć z ziemi. „Nil” swojego grobu i pogrzebu jak nie miał, tak nie ma.

CEZARY KRYSZTOPA: Wszyscy wygrali. No, prawie wszyscy

Prawda jak sympatycznie przebiegły ostatnie wybory samorządowe? Każdy wygrał. Również każdy elektorat dostał jakiś prezent. No dobrze, może z nielicznymi wyjątkami.

Weźmy taki elektorat PiS. Sporo już powiedziano i napisano o tym, że dostał nadzieję, która dodała mu wiatru w żaglach, więc nie ma co stwierdzać oczywistości. Warto jednak zauważyć, że dostał również kojące przekonanie, że nie trzeba niczego zmieniać, nie trzeba wyciągać wniosków z tego co się stało 15 października, analizować trendów, przedstawiać wizji. Można mieć beznadziejne listy, nie prowadzić kampanii, a i tak, w sensie arytmetycznym, da się wygrać z opętanym Tuskiem. Jest to wprawdzie poczucie złudne, myślę że jest kwestią czasu zanim jakieś ugrupowanie przedstawi wiarygodną wizję silnej, suwerennej, ambitnej Polski i zgarnie pulę, ale chwila ulgi na razie jest.

Elektorat KO

Albo taki elektorat Koalicji Obywatelskiej. Trzy dni po wyborach i cyk, Tusk ostatecznie rozwiewa nadzieje pisowskiej biedoty na benzynę po 5,19. Ludzie na pewnym poziomie domyślali się przecież, że jako patologiczny kłamca wspominając o benzynie za 5,19, może nie mówić tego na poważnie, a jedynie po to by łatwowiernym makaron na uszy nawinąć. Dla ludzi na pewnym poziomie oczywiste było, że jedyny realny konkret Koalicji Obywatelskiej nie jest nawet zapisany w tych śmiesznych „100 konkretach”, a sprowadza się do obietnicy zapisanej w ośmiu gwiazdkach. Jednak obserwacja min pisowców czekających na decyzję o taniej benzynie – bezcenna. Hasta la vista frajerzy!

W bonusie Rafał Trzaskowski dorzucił pakiet niesamowitej kładki dla pieszych przed wyborami i podniesienia kosztów korzystania z parkingów „Parkuj i jedź” po wyborach. Warszawiacy nie mogą się zdecydować, czy dawać wyraz radości chodząc po kładce, czy korzystając z parkingów.

Reszta

Elektorat Trzeciej Drogi, a szczególnie jej zeteselowskiej nogi (badania nie są na dzień dzisiejszy w stanie stwierdzić oznak życia w hołownianej) dostał prezencik taki malutki, ale jakże cenny – „jeszcze dychamy, nie widomo jak długo, ale jeszcze dychamy” – Tak to już jest, kiedy się wchodzi do basenu z krokodylem, każda minuta życia jest na wagę złota.

Elektorat Konfederacji ma prawo się cieszyć, że ta uzyskała wynik lepszy niż w wyborach samorządowych w 2018 roku. No bo z czego? Tym bardziej, że w 2018 roku Konfederacja w wyborach nie startowała.

Jedynym osiołkiem wydaje się być elektorat Lewicy, któremu nie jestem w stanie wymyślić nawet najbardziej szyderczo definiowanego prezentu. Okazuje się, co za zaskoczenie, że usiłowanie implementowania w Polsce lewackich głupot z Zachodu z kilkunastoletnim opóźnieniem, nie znajduje poklasku pośród jakiejś szczególnej grupy Polaków do tego stopnia, że nawet były sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, obecnie na etacie „autoryteta”, Leszek Miller (dla uczciwości trzeba dodać w konflikcie z obecnym kierownictwem Lewicy), uważa, że „wszyscy wygrali, tylko Czarzasty przegrał”.

Czyli prawie wszyscy zadowoleni. Nie mogłoby tak być zawsze?