Zbieramy pieniądze dla skazanego z 212 kk dziennikarza! Zrzutka.pl pod patronatem CMWP SDP

Po raz pierwszy w historii  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i w imieniu CMWP SDP  proszę  o wsparcie i wpłaty na zrzutkę. pl. dla redaktora Sebastiana Morynia i jego Rodziny, ponieważ na skutek nagłej utraty pracy oraz przegranego procesu karnego z art. 212 kk drastycznie pogorszyła się sytuacja życiowa jego i jego bliskich – pisze Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP  na portalu zrzutka.pl .  Solidarność dziennikarska w tej tak dramatycznej sytuacji to nasz obowiązek i nasze jedna szansa na pomoc dla niesłusznie skazanego kolegi . 

Redaktor Sebastian Moryń jest jedynym żywicielem 6-osobowej rodziny, razem z żoną mają czworo dzieci na utrzymaniu. Dziennikarz był zastępcą redaktora naczelnego TV Republika. W 2019 roku na stronie internetowej tej telewizji został opublikowany artykuł „Obrońcy SB-ków Obywatele RP blokują wjazd do Ministerstwa Sprawiedliwości”, na skutek którego 19 osób z ruchu Obywatele RP pozwało go do sądu z art. 212 kk. 10 kwietnia  2024 r. Sąd Okręgowy w Warszawie IX Wydział Karny Odwoławczy skazał prawomocnie red. Sebastiana Morynia za zniesławienie tym jednym artykułem tej grupy nieznanych mu osób.   W ocenie CMWP SDP wyrok ten w rażący sposób narusza zasadę wolności słowa i prawo dziennikarza oraz jego redakcji do swobody wypowiedzi. Na skutek tego wyroku dramatycznie pogorszyła się sytuacja życiowa red. Sebastiana Morynia , stąd prośby o pomoc i wsparcie finansowe dla niego. Podkreślam, że zbieramy charytatywnie dla Rodziny Redaktora w trudnej sytuacji życiowej.

To opis zrzutki, jaką dla redaktora Sebastiana Morynia założyło w imieniu CMWP SDP Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich . Za zbiórkę personalnie odpowiedzialna jest dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP.

Link do wsparcia zrzutki TUTAJ.

Więcej na  temat red. Sebastiana Morynia TUTAJ.

Film, który wyszedł poza ekran – rozmowa z MARIUSZEM PILISEM, laureatem nagrody im. Janusza Kurtyki  

Historia, którą opowiedziałem doprowadziła do bardzo ciekawych sytuacji, jakie tworzą się dzisiaj pomiędzy mieszkańcami Markowej, miejscowości, w której mieszkała i została zamordowana rodzina Ulmów, a mieszkańcami miasteczka Esens w Niemczech, gdzie mieszkał kat Ulmów – mówi reżyser, dokumentalista Mariusz Pilis, autor filmu „Historia jednej zbrodni” laureat I nagrody im. Janusza Kurtyki w konkursie Nagrody SDP przyznawanej za prace o tematyce historycznej.

Rozpoczynając pracę nad „Historią jednej zbrodni” chciałeś zrobić film o ofiarach czy katach?

Kiedy zaczynałem nie bardzo byłem w stanie odpowiedzieć na takie pytanie, bo historia zaczęła się w nietypowy sposób. Elementem, który spowodował, że moja uwaga skupiła się na sprawcy był pewien list, jaki przyszedł do muzeum w Łańcucie. List niemieckiej kobiety, która, jak się później okazało, była córką kata rodziny Ulmów Eilerta Diekena. To był ten moment, kiedy poczułem, że ten temat warto opowiedzieć.

Historia Ulmów była już wówczas w Polsce mniej więcej znana, od paru lat krzewieniem pamięci o nich zajmował się jeden z ważniejszych bohaterów w  moim filmie, obecnie wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej, Mateusz Szpytma, wtedy pracownik krakowskiego oddziału IPN. Natomiast niewiele wiedziano na temat Niemców, ich roli w tej historii  Znaliśmy tylko jednego z morderców, Niemca sudeckiego, który został w Polsce osądzony.

Autorka listu do muzeum w Łańcucie nie miała zielonego pojęcia o tym co robił jej ojciec w Polsce podczas wojny. Zacząłem wokół tej sprawy chodzić. Byłem świadkiem spotkania historyków z IPN Macieja Korkucia i Mateusza Szpytmy z dyrektorem muzeum w Łańcucie, na którym pojawiła się koncepcja pojechania z dokumentami do Niemiec do córki Diekena.

Ten list spowodował, że powstał taki właśnie film?

Dokumentalista wobec takiej historii nie można przejść obojętnie. W momencie kiedy list trafił do moich rąk, zdecydowałem, że będę chciał tę historię zdokumentować i opowiedzieć. Nie wiedziałem oczywiście dokąd ona mnie zaprowadzi. A doprowadziła po 10 latach do bardzo ciekawych sytuacji, które tworzą się dzisiaj na poziomie społeczności pomiędzy mieszkańcami Markowej, miejscowości, w której mieszkała i została zamordowana rodzina Ulmów, a mieszkańcami miasteczka Esens, w północnych Niemczech, gdzie z kolei do śmierci mieszkał kat Ulmów.

Myślisz, że córka Diekena naprawdę nie widziała, że jej ojciec był zbrodniarzem?

Podczas spotkania z nią rzeczywiście robiła wrażenie osoby kompletnie nie mającej świadomości, że działalność jej ojca mogła wykraczać poza zwykłe obowiązki żandarma.

W czasie waszej rozmowy nie powiedzieliście prawdy o jej ojcu.

Wcześniej przedyskutowaliśmy, że nasza postawa będzie zachowawcza i taktowna. Nie chcieliśmy doprowadzić, może nawet i do jakiejś tragedii, bo jednak jest to osoba starsza, która tego typu informacje mogła przyjąć źle fizycznie. Staraliśmy się wypracować takie rozwiązanie, które będzie najmniej inwazyjne. Wymyśliliśmy, że damy jej zestaw dokumentów w kopercie, które jak będzie chciała to sobie przeczyta. Natomiast podczas rozmowy z nią starliśmy się nie dawać do zrozumienia, że jej ojciec był bandytą, mordercą, sprawcą śmierci nie tylko rodziny Ulmów. Gdy zaczęliśmy badać jego historię i działalność na terenie Podkarpacia, jak powiedział w filmie prof. Bogdan Musiał, okazało się, że człowiek ten ma na sumieniu kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Córka Diekena zajrzał do koperty?

Przez dłuższy czas nie miałem pojęcia, czy tak się stało. Dziś już wiemy, że zajrzała, a wiemy to z relacji wnuczki Diekena. Miał on dwie córki, jedna to kobieta, która wystąpiła w filmie, drugiej nigdy nie poznałem. Właśnie córka tej drugiej mówiła, że koperta została otwarta, dokumenty przeczytane i z tego co wiem, w części tej rodziny wywołało to duży szok. Może wskazywać też na to późniejsza seria wydarzeń, takich jak np. zniknięcie grobu Diekena, przeniesienie jego córki do innego domu pogodnej starości. Ale te kropki połączyłem dopiero rok temu.

Niespodziewanie wypłynęły też pamiątki po Diekenie, które jakiś handlarz zaoferował do sprzedaży. Czy to również mógłby była reakcja rodziny na poznanie prawdy, chęć odcięcia się od mrocznej przeszłości ojca, dziadka?

To jest kolejny element, który pasuje do tej układanki zacierania pamięci o mordercy. Rodzina czyściła mieszkanie, chciała zapomnieć, więc pozbyła się pamiątek. Trafiły one do rąk prostych handlarzy, ale nie na tyle prostych, żeby te rzeczy wylądowały na jakimś bazarze. Skontaktowali się oni z Mateuszem Szyptmą i zaproponowali mu kupno tych rzeczy. Mieli świadomość, że Mateusz jest krewnym rodziny Ulmów, więc celowali bardzo precyzyjnie, spodziewali się, że uzyskają najlepszą cenę. Wiedzieli też kim był Eilert Dieken.

Te pamiątki kupił ostatecznie Instytut Pieleckiego w Berlinie.

Tak. Miałem okazję uczestniczyć w tym przedsięwzięciu od samego początku. W pierwszej kolejności korespondencja dotarła do Mateusza Szpytmy, gdy IPN próbował negocjować i trochę zwlekał z szybkim zakupem, handlarze zwrócili się do Instytutu Pieleckiego i wtedy poszło to już bardzo szybko i znacznie taniej.

Do Polski trafiło kilkadziesiąt artefaktów – medali, tabliczek, fotografii, dokumentów, portretów, insygniów wojskowych. To jest bardzo cenny zbiór, zwłaszcza jeżeli chodzi o dokumenty, część z nich jest pewnie wciąż analizowana i badana. Jest tam m.in. dokument o pozytywnym przejściu procesu denazyfikacji. Eilert Dieken został po wojnie oczyszczony z jakichkolwiek zarzutów i mógł stać się cenionym komisarzem policji w miejscowości Esens, gdzie do śmierci pełnił tę rolę. Do momentu mojego pojawienia się w tym mieście nikt tam nie miał pojęcia o tym, że wśród nich mieszkał człowiek, który dopuścił się zbrodni.

Zaskoczyła cię niewiedza Niemców na temat swojej przeszłości?

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony dotknąłem takiego podstawowego poziomu, jeżeli chodzi o przedstawicieli narodu niemieckiego, prostych ludzi z niedużej miejscowości. W takim kręgu wielu Niemców nie ma wiedzy, nie ma świadomości. Ale kto za to odpowiada? Przede wszystkim aparat niemieckiego państwa, który bardzo konsekwentnie od wielu lat historię swojego kraju konsekwentnie zasypuje, zniekształca i doprowadza do tego, że nie jest ona interesującym elementem debaty publicznej. Sprowadza się to wszystko do tego, że to naziści, że naziści przejęli Niemcy, że to Niemcy są ofiarami wojny, że zostali wyzwoleni od nazistów, a teraz stoją po stronie zwycięzców itd. Niejeden z nas zetknął się z tego typu narracją. To oczywiście w dużym stopniu wpływa na to co Niemcy wiedzą. A wiedzą bardzo dużo na temat swojej roli w Holokauście, swojej roli w okupacji Francji i krajów zachodnich. Natomiast prawie zupełnie nie mają wiedzy co ich armia, siły policyjne, aparat państwowy wyprawiały na terenach słowiańskich, w Polsce, Czechosłowacji, Jugosławii, na Ukrainie, Białorusi. To dla nich czarna dziura, oni sądzą że tutaj niewiele się stało. I kiedy przerzuca się dyskusję, na to co kilka lat temu było dość ważnym tematem, a w tej chwili jakby zanikło, czyli kwestię reparacji, to zachowują się bardzo nerwowo. Nie dlatego, że, mówiąc kolokwialnie, postanowili nas wykiwać, ale przede wszystkim dlatego, że są przekonani, iż oni tutaj nic wielkiego nie zrobili.

Trudno rozliczyć się z przeszłością, kiedy jej się nie zna.

Niemcy się zmieniają, zmienia się struktura społeczna, zmienia się struktura narodowościowa. Coraz więcej Niemców nie ma korzeni. Dla nich kwestia reparacji jest niezrozumiała, dlaczego mamy ponosić konsekwencje czegoś, czego nie czujemy się częścią. To jest dla nich proces bardzo korzystny, a my się w tym, póki co, nie potrafimy odnaleźć. Z wielu powodów, wystarczy spojrzeć choćby na to co się dzieje od grudnia ubiegłego roku, kiedy te tematy zostały całkowicie odpuszczone, Instytut Strat Wojennych praktycznie przestał istnieć. Stworzono gigantyczny raport, który stanowi potężne źródło wiedzy na temat tego jakie są polskie straty, a to wszystko zostało zarzucone. Ale sprawy reparacji się nie przedawniają, podobnie jak sprawy zbrodni wojennych, a tych Niemcy popełnili u nas całą masę i się z nich nie rozliczyli.

W jednej z recenzji przeczytałem, że twój film to historia nie tyle jednej zbrodni, co nie rozliczonej krzywdy i wypartej niemieckiej pamięci. Zgadzasz się z tą oceną?

Nie do końca, to jest historia jednej zbrodni. Oczywiście starałem się opowiedzieć o niej dość punktowo. Skupiłem się na tym, aby pokazać jedną zbrodnię, która nie została rozliczona i to jest głównym tematem mojego filmu. Rzeczywiście wiedzie to do wniosków jak bardzo nierozliczone są niemieckie  zbrodnie, których na terenie Polski były miliony.

Film niesie jednak pewną nadzieję. Burmistrz Esens, miasta w którym po wojnie spokojnie sobie żył i pracował Dieken, zdaje się być autentycznie przejęty historią Ulmów i rolą w niej dawnego mieszkańca swojej miejscowości. Mówi: „film się kończy, ale zaczyna się coś nowego”. Myślisz, że naprawdę zacznie się coś nowego?

Jestem tego aktywnym uczestnikiem. Burmistrz wraz z żoną byli zaproszeni na uroczystości beatyfikacyjne rodziny Ulmów. Przyjechali, opiekowałem się nimi przez cały ten czas. Później udało się nam, wspólnie z Muzeum im. Rodziny Ulmów, zaprosić dużą delegację niemieckich samorządowców do Markowej i do nawiązania kontaktów ze społecznikami,  władzami powiatu łańcuckiego i samej Markowej. Doszło do tego w tym roku, 24 marca, w 80. rocznicę morderstwa rodziny Ulmów. Teraz z kolei przedstawiciele społeczników z Markowej zostali zaproszeni do Esens, właśnie po to by dalej nawiązywać różnego rodzaju kontakty, które zbliżą obie społeczności. I być może zasiane w ten sposób ziarenko, w którymś momencie przyniesie nieoczekiwany plon. Tak w każdym razie byśmy chcieli, aby w tę stronę ta historia, już poza ekranem, poszła i rozwijała się na spokojnie, bez kamer, bez dziennikarzy, ale na poziomie takim najbardziej wartościowym.  Zaczęły zawiązywać się relacje między Polakami a Niemcami, połączonymi pewną historią, od której obie społeczności chciałyby się odbić w jakąś pozytywną działalność. I to się dzieje.

Może takie relacje między małymi społecznościami, to  jest najlepsza droga do nawiązania uczciwych, opartych na prawdzie, stosunków między Polakami a Niemcami i bardziej skuteczny sposób niż deklaracje i działania polityków?

To co myśmy zaczęli, to pewna pionierska droga. Nie jestem przekonany, która jest lepsza, raczej uważam, że takie rzeczy powinny się dziać na różnych poziomach. Jedno jest pewne, my zmierzamy w takim kierunku, aby po pierwsze Niemcy lepiej nas rozumieli,  po drugie zobaczyli swoją rolę w okresie II wojny światowej, a po trzecie mieli świadomość, że rachunek krzywd nie jest zamknięty i w tej sytuacji należy nam się zadośćuczynienie z ich strony. Nie silimy się w tych naszych kontaktach, aby ogólnie poprawić stosunki polsko-niemieckie i wejść na to wysokie C, tylko żeby zawiązało się coś dobrego między dwoma lokalnymi społecznościami, które w jakiś sposób związane są tragedią rodziny Ulmów.

Czy tablica informująca o tym kim naprawdę był Eilert Dieken, którą przekazałeś burmistrzowi Esens, wisi w tym mieście?

Jeszcze nie. Jest obietnica, że powieszą ją w trakcie przyjazdu naszej delegacji do Esens.

Rozmawiał Jacek Karolonek

 

Maciej Chłopicki z Nagrodą im. Kazimierza Dziewanowskiego

Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego w 30. Edycji Konkursu Nagrody SDP przyznawaną za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie  otrzymał  Maciej Chłopicki za reportaż „Andrzej Poczobut”, pokazany w TVP INFO.

II Nagroda

Grzegorz Adamczyk i Tomasz Grzywaczewski – „Polska z oddali”, TVP INFO

Wyróżnienia

Jakub Kowalski – „Pan Musa, czyli rodzina na swoim”, Tygodnik TVP

Mariusz Pilis – „Legion Braci”, TVP INFO

Olga Doleśniak-Harczuk i Antoni Opaliński – „Czerwona Diwa, która mówi, jak AfD. Kto się boi Sahry Wagenknecht”, Tygodnik TVP

Joanna Sikora – „Przy swoim”, Polskie Radio Białystok

Pierwsza Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego dla Stefana Truszczyńskiego

Stefan Truszczyński za tekst „Hel jest hen albo może i dalej”, opublikowany na portalu SDP.PL, został w 30. edycji Konkursu Nagrody SDP laureatem pierwszej Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego przyznawanej za dziennikarstwo ekonomiczne.

II Nagroda

Karol Wasilewski – „Wojna wojną, a zarabiać na ropie i gazie trzeba. Rosyjsko-ukraińskie interesy kwitną”, Tygodnik TVP

Wyróżnienie

Barbara Sułek-Kowalska – „A ja czekam na atom”, Tygodnik TVP

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wydali gen. Roweckiego agenci Gestapo, potem UB

30 czerwca 1943 r. Komendant Główny Armii Krajowej generał Stefan Rowecki został aresztowany na ul. Spiskiej w Warszawie. Do dziś krąży wersja, że „Grot” wpadł wskutek niemieckiego nasłuchu, zainstalowanego w konspiracyjnych lokalach AK. Faktycznie wsypała go trójka zdrajców.

4 lipca 1943 r. Polaków spotkał drugi poważny cios – w Gibraltarze zginął generał Władysław Sikorski, premier rządu RP na uchodźstwie, Naczelny Wódz. Coraz więcej faktów potwierdza ustalenia, że Sikorski wcale nie zginął w wypadku lotniczym, gdyż takiego w ogóle nie było, ale został zamordowany. Wróćmy jednak do historii zakapowania generała „Grota”.

Emigracyjny historyk Tadeusz Żenczykowski w książce „Generał Grot u kresu walki” przybliża nam tamte wydarzenia: „Wszystkie poprzednie, długotrwałe usiłowania Gestapo trafienia na ślad „Grota” zawodziły. Głównym powodem była niemożność znalezienia informatorów w aparacie organizacyjnym Komendy Głównej AK lub wprowadzenia do tego środowiska własnych agentów. Sytuacja zmieniła się gwałtownie po aresztowaniu w kwietniu 1942 r. młodego i sprawnego w swej działalności pracownika wywiadu AK, Ludwika Kalksteina.”

Kalkstein wpadł w ręce Gestapo w „kotle” konspiracyjnego lokalu. W ciągu kilku miesięcy pobytu w więzieniu – z własnej woli, bez przymusu – oświadczył najpierw, że czuje się Niemcem i wpisano go na Volkslistę, a następnie został agentem Gestapo. Jego zadaniem było rozpracowywanie Armii Krajowej. Aby ułatwić mu zadanie Niemcy rozpuścili wersję o jego śmierci.

Trójka renegatów

Kim był Ludwik Kalkstein? Urodzony w 1920 r., był potomkiem spolszczonej rodziny pruskiej. Jego protoplasta, Krystian Ludwik Kalkstein, w XVII wieku został stracony w Królewcu za ucieczkę z Prus i działalność przeciwko elektorowi pruskiemu na rzecz Polski (wątek ten był zresztą kanwą serialu telewizyjnego „Czarne chmury”).

W 1940 r. Ludwik Kalkstein wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i trafił do grupy wywiadu Armii Krajowej „Stragan”. Odnosił błyskotliwe sukcesy, czego dowodem był Krzyż Walecznych, awans na podporucznika i stanowisko dowódcy siatki wywiadowczej „H” (od pierwszej litery jego pseudonimu „Hanka”). Była to specjalna, licząca około 300 osób grupa, podlegającej „Straganowi”.

Do współpracy z Niemcami Kalkstein namówił swych poprzednich współpracowników z AK, którzy uniknęli „wsypy”: ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Blankę Kaczorowską, ps. „Sroka” i szwagra Eugeniusza Świerczewskiego, ps. „Gens”. Ten ostatni, przedwojenny major rezerwy i krytyk teatralny, był żołnierzem II Oddziału (wywiadu) Komendy Głównej AK.

Bohdan Urbankowski w swojej „Czerwonej mszy” napisał, że Świerczewski „za cenę zwolnienia z getta donosił na Polaków i wyszukiwał Żydów ukrywających się na aryjskich papierach”.

Przełożonym trójki agentów był SS Untersturmfuhrer Erich Merten z warszawskiego Gestapo. Agentom postawiono dwa główne zadania:

1) wytropienie i doprowadzenie do ujęcia „Grota”,

2) wydanie w niemieckie ręce kierownictwa i sieci organizacyjnej wywiadu AK.

W rezultacie – jak pisze Irena Rowecka-Mielczarska w książce „Ojciec. Wspomnienia córki gen. Stefana Grota-Roweckiego” – „Ta dobrana trójka renegatów spowodowała śmierć kilkuset Polaków zakatowanych w Gestapo czy zamęczonych w obozach koncentracyjnych”.

Tadeusz Żenczykowski pisze, że ofiarą działalności agentów „padło przeszło 200 osób z wywiadu AK, a wśród nich dwaj kolejni szefowie Oddziału Wywiadowczego Sztabu Komendy Głównej AK: podpułkownik Wacław Berka (ps. „Brodowicz”) i podpułkownik Witold Drobik (ps. „Dzięcioł”) – aresztowani w drugiej połowie 1943 r. i później zamordowani przez Gestapo”.

„Gens” na tropie

Wróćmy jednak do tragedii gen. „Grota”. Świerczewski, jako jedyny z owej trójki agentów, znał gen. Roweckiego z okresu przedwojennego. Irena Rowecka pisze: „Gens” znał Ojca z wojny 1920 roku, bo obaj służyli wtedy w armii generała Szeptyckiego. Świerczewski był tam podoficerem oświatowym”. Roweckiego widywał również później, kiedy generał kierował Instytutem Naukowo-Wydawniczym.

Tadeusz Żenczykowski: „Ponaglany przez Mertena i działający w myśl wskazówek Kalksteina, starał się wypatrzeć w Warszawie „Grota”, lub zdobyć informacje, w jakich dzielnicach miasta jest najczęściej widywany.

Nigdy zapewne nie będzie wiadomo, czy Świerczewski dowiedział się, że generał Rowecki nocuje teraz na Powiślu, na konspiracyjnych kwaterach, z których jedna była przy ulicy Leszczyńskiej, a druga przy ulicy Topiel, czy też zwykły przypadek zrządził, że rankiem 30-go czerwca rozpoznał z daleka Generała, idącego ulicą Solec. Nie można również wykluczyć, że już poprzednio – w ramach swych czynności tropicielskich – zdołał zauważyć, że „Grot” bywa nieraz na Powiślu i dlatego przeprowadzał rozpoznawcze wędrówki w godzinach porannych przypuszczając, że o tej porze „Grot” może wyruszać na spotkania służbowe w innych dzielnicach miasta.

W tym pamiętnym dniu – jak wynika z dochodzeń „Oskara” (Bernard Zakrzewski, szef kontrwywiadu w II Oddziale Sztabu Komendy Głównej AK) – Świerczewski, zobaczywszy Generała, zaczął iść jego śladem. Gdy Generał wsiadł do tramwaju na moście Poniatowskiego, Świerczewski wskoczył do drugiego wozu. Starannie się ukrywając, wysiadł – zaraz po nim – na przystanku przy rogu Raszyńskiej i Grójeckiej i nadal, z bezpiecznej odległości, śledził wszystkie dalsze kroki aż do chwili, gdy ujrzał jak „Grot” wchodzi do jednego z domów przy ulicy Spiskiej. Wiedział, że każda minuta jest cenna i w pośpiechu nie mógł sprawdzić dokładnie numeru domu, w którym znalazł się Generał. Ruszył czym prędzej do telefonu…”.

Kluczową rolę Eugeniusza Świerczewskiego w rozpracowaniu gen. „Grota” potwierdzają zeznania gestapowców (Alfreda Milke i Ireny Chmielewiczowej) w powojennych procesach w Polsce. Na niego wskazał również Kalkstein, choć jego zeznanie jest akurat mało wiarygodne, gdyż mógł w ten sposób zrzucić z siebie odpowiedzialność. Szef warszawskiego Gestapo Hahn kategorycznie stwierdził, że tym, który wykrył gen. Roweckiego na ulicy Spiskiej był Świerczewski, rozpoznając go jednocześnie na zdjęciu.

Z wyroku AK

Jakie były dalsze losy trójki renegatów? Wanda Ossowska, żołnierz AK, członek siatki „H” widziała Kalksteina w gmachu Gestapo w Alei Szucha, elegancko ubranego. Wiadomo, że formalnie przyjęto go do SS i walczył w czasie Powstania Warszawskiego przeciwko AK. Do końca niemieckiej okupacji pozostał pod opieką swoich mocodawców.

W 1944 r. cała trójka została zdemaskowana przez wywiad Armii Krajowej. Sąd Specjalny przy Komendzie Głównej AK skazał ich na karę śmierci. Schwytać udało się tylko Eugeniusza Świerczewskiego. W czerwcu 1944 r., po przesłuchaniu w suterenie przy ulicy Krochmalnej 74, w trakcie którego podobno nie ujawnił, że to on wydał „Grota”, ale przyznał się do wydania w ręce Gestapo swoich bezpośrednich przełożonych (wspomnianego już ppłka Drobika i mjra Pawłowicza); po odczytaniu wyroku został powieszony.

Również Blanka Kaczorowska do końca wojny pozostawała pod opieką Niemców. Podobno przed wykonaniem wyroku AK uratowała ją ciąża. Po 1945 r. jej małżeństwo z Kalksteinem rozpadło się. Oboje zacierali po sobie ślady, zmieniali nazwiska, powierzchowność i miejsca zamieszkania. Wszystko to z obawy przed zdemaskowaniem przez AK-owców, bo nowej, komunistycznej władzy nie musieli się obawiać. Ta otaczała ich parasolem ochronnym.

Tadeusz Żenczykowski: „Władze komunistyczne okazywały im poparcie, a tak podejrzliwie i wrogo wobec Akowców nastawione UB nie interesowało się oficjalnie ich wojenną przeszłością, o której bezpieka dobrze wiedziała”.

Ludwik Kalkstein przeniósł się na Ziemie Odzyskane, do Szczecina. Oficjalnie współpracował z miejscową rozgłośnią Polskiego Radia i lokalną prasą. Jako Wojciech Świerkiewicz pisywał książki marynistyczne i dla dzieci.

Blanka Kaczorowska ukończyła w Łodzi studia i – za wiedzą i aprobatą ówczesnego ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego – podjęła pracę w Państwowym Instytucie Sztuki.

Pod opieką bezpieki

Kalkstein-Świerkiewicz został w końcu rozpoznany na jednej z ulic Szczecina przez żołnierzy AK. W 1954 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie sądził go z dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców narodu polskiego”, za co kara była jedna – wyrok śmierci. (Na mocy tego samego dekretu o faszyzacji twórca i szef „Kedywu” AK gen. August Emil Fieldorf został skazany na karę śmierci, którą 24 lutego 1953 r. wykonano).

Inaczej było z agentem Gestapo Ludwikiem Kalksteinem, który dostał dożywocie. W 1956 r. dziwnym trafem objęła go amnestia, skracając odsiadkę do dwunastu lat. W końcu, już po dziesięciu latach, w 1965 r. „warunkowo” wyszedł na wolność. Dlaczego? Gestapo przecież już nie czuwało, ale tym razem czuwała… bezpieka. Nie wiadomo tylko, czy było to UB, czy NKWD.

Irena Rowecka pisze: „Opowiadano mi, że dosięgła go ‘prywatna kara’: w ciemni pomorskiej rozgłośni ktoś zmasakrował mu twarz”.

Blankę Kaczorowską rozpoznano w 1952 r. Ten sam Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1953 r. skazał ją również na dożywotnie więzienie. „Ludowe” prawo – podobnie jak w przypadku Kalksteina – okazało się łaskawe. Najpierw uzyskała zmianę kary na piętnaście lat, potem na dziesięć. Już po pięciu latach, w 1958 r. Kaczorowska została zwolniona z odbywania reszty kary i opuściła więzienne mury. Korzystając ze wsparcia UB, albo nawet NKWD – wyjechała za granicę, gdzie mieszkała do swojej śmierci w 2002 r. Jeszcze w latach 80., jako pracownica „Orbisu”, działała na rzecz komunistów na terenie Francji i Niemiec.

Jakie było uzasadnienie wyroku na Kaczorowską? Zdaniem Sądu Wojewódzkiego „oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które – jak wiemy obecnie – współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciwko większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie, w której to walce przewodziła Polska Partia Robotnicza. (…) Wiadomo jest, że AK wydała w ręce Gestapo najlepszych patriotów polskich. A ludzie tego rodzaju co Blanka Kaczorowska była przez nich wykorzystana do swoich niecnych celów, czyniąc z niej zdrajcę Narodu Polskiego”.

Na rozkaz Himmlera

Generał Stefan Rowecki „Grot” zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Po aresztowaniu na ul. Spiskiej zakuty w kajdany został przewieziony do siedziby Gestapo na Szucha, a następnie przetransportowany samolotem do Berlina. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie trzymano go w ścisłej izolacji.

Po informacji o wybuchu Powstania Warszawskiego Heinrich Himmler nakazał zamordować gen. „Grota”. Według współczesnych ustaleń komendant Główny Armii Krajowej zginął w Sachsenhausen między 2 a 7 sierpnia 1944 r.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Budujemy mosty… z dziurą (po Wehrmachcie)

„Mosty muzyczne” – pod takim szczytnym hasłem krótkie tournee artystyczne w Polsce (Łódź, Wrocław) odbyła orkiestra symfoniczna z niemieckiego miasta Chemnitz. Koncert w Filharmonii Łódzkiej (11 czerwca) był w szczególny sposób dedykowany naszemu miastu, które od dokładnie półwiecza jest miastem partnerskim Chemnitz. Choć wtedy, kiedy partnerstwo się rodziło, nazywało się Karl-Marx-Stadt (tak w latach 1953–1990) i znajdowało się w nieistniejącym już państwie – Niemieckiej Republice Demokratycznej.

Przypominam trochę historii, bo tak jakoś się układa, że niezależnie od sztuki, jak najlepszych chęci i intencji, przeszłość, choćby nie wiem jak przykryta, wylezie. Nawiasem mówiąc dziś Filharmonia Łódzka im. Artura Rubinsteina formalnie nie jest instytucją samorządu miejskiego, więc oczywiście nie tylko prezydent miasta, ale nikt z prominentnych miejskich urzędników wydarzenia obecnością swą nie zaszczycił, spuszczając ten splendor na personę w randze wicedyrektora wydziału urzędu miasta. W ten sposób sami sobie strzelili w stopę, a przede wszystkim stracili szansę wysłuchania jednego z najlepszych koncertów. Choć wątpię, czy dla kogoś z tego akurat kręgu ma to znaczenie.

Muzycy Robert-Schumann-Philharmonie, założonej w 1833 roku, zaprezentowali się bowiem znakomicie. Specjalnie dla łódzkiej publiczności przypomnieli dwie kompozycje twórców łódzkich, o których miasto pamięta i którymi się szczyci. Wykonano więc Uwerturę na orkiestrę symfoniczną Grażyny Bacewicz a także Symfonię nr 3 (Symfonię koncertującą) Aleksandra Tansmana. Clou programu stanowiła V Symfonia Antona Brucknera. Wielką orkiestrą, z którą wystąpił także (w utworze Tansmama) Faure Quartett, dyrygował młody, energiczny, pewny siebie, po prostu w całości oddany muzyce, Elias Grandy. Koncert był wydarzeniem nie tylko dlatego, że niezbyt często gościmy, w Łodzi zwłaszcza, tej klasy muzyków, ale też z uwagi na zaprezentowany repertuar przypominający nam naszych twórców, których do swojego repertuaru włączyli niemieccy muzycy.

I wszystko naprawdę pięknie, by nie rzec wspaniale wyglądało i brzmiało, co najwazniejsze, gdyby nie pewien szczególik, w dodatku bez wpływu na jakość koncertu. Ale skoro się pojawił, to teraz o tym, co mnie zbulwersowało. Niemieccy goście przygotowali nie tylko wspaniały repertuar, ale też wydrukowali program opisujący dokładnie i ze szczegółami wykonywane utworzy oraz ich twórców.

Program starannie opracowany dwujęzyczny polsko-niemiecki bez błędów językowych w polskiej wersji (co czasami się zdarza, mimo najlepszych chęci). I w tym programie w życiorysie Grażyny Bacewicz, napisano: „Jednym z najpopularniejszych i najbardziej porywających utworów Bacewicz jest krótka, trwająca  niecałe sześć minut uwertura, którą napisała w 1943 roku, gdy Polska była jeszcze pod okupacją niemieckiego Wehrmachtu.” Specjalnie podkreśliłem ów fragment, bo nie mogę wyjść z podziwu, co jeszcze można napisać będąc Niemcem o niemieckiej okupacji Polski. Słyszałem już, najczęściej zresztą, o wstrętnych nazistach, co najechali, podbili i okupowali nasz kraj. O zbrodniczej Trzeciej Rzeszy. Ale Wehrmacht jako okupant? W 1943 roku trwały przecież uporczywe boje na wschodzie między Rzeszą a ZSRR – kto więc je prowadził, jeśli Wehrmacht zajęty był okupowaniem Polski?

Cóż, pastwienie się nad ignorancją? czy złą wolą?  a może dobrą, bo jednak wspomniano o „niemieckim Wehrmachcie” do niczego nie prowadzi. Po prostu zwracam uwagę na jeszcze jedną odsłonę czy raczej próbę odsunięcia od Niemiec, a przede wszystkim od niemieckiego społeczeństwa, jakiejkolwiek odpowiedzialności za przeszłość. Była okupacja Polski? No była, ale odpowiada za nią nieistniejąca już formacja wojskowa, więc ewentualne żale (a zwłaszcza żądania odszkodowań) kierujcie gdzieś tam w przeszłość. Nawet nie na Berdyczów, bo tam jednak listy dochodziły. Ale to zupełnie inna przeszłość.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemiecka operacja hybrydowa przeciwko Polsce

To co się dzieje na polsko-białoruskiej granicy od 2021 roku z całą pewnością jest jednym z największych kryzysów z jakimi Polska miała do czynienia od lat i niestety ma ogromy potencjał eskalacji. Stan alarmowy powinna jednak wywoływać również sytuacja na granicy z Niemcami. A ciągle jeszcze nie wywołuje.

Co prawda, ta sama władza, która jeszcze przed chwilą siarczyście pluła na polski mundur wraz z tabunem przygłupich celebrytów, cynicznych polityków, kłamliwych dziennikarzy i usłużnych samorządowców, nagle zapragnęła uchodzić za „obrońców granicy”, ale biorąc pod uwagę liczbę śmierci polskich żołnierzy i dramatyczną sytuację reszty, można chyba stwierdzić, że prawdziwi obrońcy granicy nie mogą liczyć na państwo, którego są funkcjonariuszami. A to, z naszego punktu widzenia,  bardzo niedobry sygnał dla naszych wrogów i potencjalnych agresorów. Uśmiechnięta władza w Warszawie mówi im – polski żołnierz nie ma broni, a jeśli ma broń, to nie ma do niej amunicji, a jeśli nawet ma broń i amunicję, to będzie się bał ich użyć – czy mogli liczyć na lepsze zaproszenie do eskalacji? Obawiam się, że od wschodu nie zaznamy spokoju jeszcze długo.

 

Niemiecka operacja hybrydowa

Jednak, tak jak fakt prowadzenia operacji hybrydowej przeciwko Polsce przez białoruskie czy raczej rosyjskie służby, nie stanowi już tajemnicy nawet dla wielu spośród tych, którzy dopiero co gnoili polskich mundurowych kłamliwą narracją o „mordercach na granicy”, tak fakt stosowania podobnych środków wobec Polski przez Niemcy (ze świadomością różnic, ale przecież też wieloaspektowości procederu), przy bierności „uśmiechniętej władzy” w Warszawie, już nam umyka. A tymczasem, jak zbadała i opublikowała na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska, trwa, a właściwie szybko narasta, cicha „relokacja” niemieckich nielegalnych imigrantów do Polski. Sama niemiecka policja federalna podaje, że tylko od 1 stycznia do 30 kwietnia tego roku do Polski wydalono 3578 imigrantów, a z różnicy danych niemieckich i polskich wynika, że co najmniej 37 z nich rozpłynęło się już w Polsce „we mgle”, co oczywiście natychmiast przywodzi na myśl „inżyniera” skaczącego po samochodach na warszawskim Gocławiu.

Zdrada interesów Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa jest tu oczywista. Jednak jest też inny dramatyczny aspekt całej sytuacji. Otóż imigranci, którzy znaleźli się w Polsce w wyniku niemieckich pushbacków, często znajdują się w bardzo kiepskim stanie, głodni, bez butów. Kiedy trafiają do noclegowni, myślą, że są w więzieniu. Mało tego, według ich relacji, są bardzo źle traktowani przez niemiecką straż graniczną, twierdzą również, ze ta dokonuje selekcji na podstawie koloru skóry.

Oczywiście nigdy nie powinni się tu znaleźć, a jeśli się w ogóle znaleźli w Europie to przecież na niemieckie zaproszenie „herzlich willkommen”, a nie na polskie. Szokującym paradoksem jest jednak, że jeśli mają rację, to Niemcy traktują ich tak, jak niemieckie media od kilku lat, cytując lokalnych pożytecznych idiotów, kłamliwie opisywały metody polskich mundurowych. Metaforyczny nóż się w kieszeni otwiera.

 

Gdzie oni są?

Ale mało tego, skoro takie rzeczy dzieją się na polsko-niemieckiej granicy, to gdzie są ci wszyscy „broniący praw człowieka” celebryci? Dlaczego Barbara Kurdej-Szatan nie klnie pod adresem niemieckich morderców? Dlaczego Maja Ostaszewska nie szuka bucików niemieckich ofiar? Dlaczego Agnieszka Holland nie zapowiada filmu na temat tego co tam się dzieje? Dlaczego polskie i zagraniczne media nie wyją na temat „masowych grobów”? Dlaczego żaden Franek Sterczewski nie biega z niebieską torbą? Żaden Szczerba i Joński z pizzą? Żaden Frasyniuk nie wyzywa w TVN? Dlaczego żaden burmistrz przygranicznego miasteczka nie stawia pomników?

Muszę przyznać, że czuję się nieco skołowany. Znacie może odpowiedź?

Konkurs Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozstrzygnięty! 

Reżyser Magdalena Piejko za film dokumentalny „Naszość – tylko dla nienormalnych” oraz red. Maciej Piotrowski za cykl reportaży pt. „Ordynator” i „Szambo Prezesa” emitowanych w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 zostali laureatami tegorocznego Konkursu Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału SDP . Dziennikarze otrzymali równorzędne Nagrody Główne. Laureatem Nagrody Virtuti Civili został red. Ryszard Gromadzki za książkę „Misja Popiełuszko. Kulisy śledztwa w sprawie porwania i morderstwa kapelana Solidarności”, a Nagrodę im. Wojciecha Dolaty –  red. Mateusz Teska za reportaże „Kryzys migracyjny na granicy polsko – białoruskiej” i „Sędziowie stanu wojennego” emitowane także w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 . Po raz drugi laureatkami Nagrody Młodych Dziennikarzy im Wojciecha Cieślewicza zostały dziennikarki Blanka Aleksowka i Justyna Piasecka z „Głosu Wielkopolskiego”. Uroczyste wręczenie nagród odbędzie się 12 czerwca 2024 r.  o godz. 16.30 w Zamku Królewskim Przemysła na Górze Przemysła w Poznaniu. 

Jury Konkursu obradowało w składzie dr Jolanta Hajdasz – przewodnicząca Jury, prezes Zarządu WO SDP, prof.UAM dr hab. Wiesław Ratajczak, dr Wiesław Kot, red. Barbara Miczko- Malcher, red. Aleksandra Tabaczyńska, red. Łukasz Brodzik, red. Roman Wawrzyniak  i Barbara Napieralska (NSZZ Solidarność Region Wielkopolska, przedstawiciel sponsora Nagrody Młodych Dziennikarzy ) na posiedzeniu 3 czerwca  2024 r. Jury postanowiło przyznać następujące nagrody:

dwie równorzędne Nagrody Główne WO i LO SDP za najciekawsze, najbardziej wartościowe materiały dziennikarskie, poruszające najbardziej aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne: 

  • reż. Magdalena Piejko za film dokumentalny „Naszość – tylko dla nienormalnych”
  • red. Maciej Piotrowski za cykl reportaży pt. „Szambo Prezesa” i   „Ordynator” emitowane w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1 

Nagroda Virtuti Civili za szczególną odwagę dziennikarza w podejmowaniu i realizacji trudnych oraz społecznie ważnych tematów:

  • red. Ryszard Gromadzki za książkę pt. „Misja Popiełuszko. Kulisy śledztwa w sprawie porwania i morderstwa kapelana Solidarności” wydanej przez wydawnictwo Capital.

Wyróżnienia w kategorii Nagroda Virtuti Civili:

  • red. Robert Bagiński za artykuły pt. „Nie hakowałem dla pieniędzy, ale chciałem dojść prawdy”, „Niemieckie śmieci, polski problem” i „Mobbing w gorzowskim szpitalu? Opiekunki medyczne alarmują, że są zastraszane” opublikowane w „Gazecie Lubuskiej”
  • Aleksandra Fedorska za artykuł „Ich will keine Schokolade” (tłum. Nie chcę czekolady) i „ Wenn der Retter aus Polen kommt” (tłum. Kiedy ratownik przychodzi z Polski) opublikowane w niemieckim tygodniku Die Welt
  • Hubert Jach za audycje i artykuły pt. „Opłacalna współpraca między samorządowcami i politykami” i „Miejska radna zostanie wiceprezesem miejskiej spółki” opublikowane w Radiu Poznań.

Nagroda im. Wojciecha Dolaty za dziennikarstwo, które wyróżnia się szczególną rzetelnością i fachowością: 

  • red. Mateusz Teska za reportaże „Kryzys migracyjny na granicy polsko – białoruskiej” i „Sędziowie stanu wojennego” emitowane w „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP 1

Wyróżnienia w kat. Nagroda im. Wojciecha Dolaty:

  • Michał Bondyra za książkę „Męskim okiem, czyli o tym co ponadczasowe” wydanej przez wydawnictwo Święty Wojciech
  • Barbara Kęcińska-Lempka za artykuł „Szpieg w Collegium Chemicum czyli niezwykłe życie profesora Aleksandra Lempki” opublikowany w Kronice Miasta Poznania
  • Aleksander Karwowski za artykuł „Gdy przestały kwitnąć palmy” opublikowany w czasopiśmie „Przemiany na Szlaku Piastowskim” oraz audycje z cyku „Dźwięki naszego miasta odcinek pt. „Jazz” i odcinek pt. „Szpaki” opublikowane na kanale Biblioteki Publicznej Miasta Gniezno na YouTube
  • Piotr Tomczyk za audycję satyryczną pt. „Kalejdoskop medialny” emitowaną w Radiu Poznań
  • Wojciech Wybranowski za artykuły pt. „Mocarstwa świętowały rozejm, a walka Powstańców Wielkopolskich trwała nadal”, „Jak Niemcy polowali na Powstańców Wielkopolskich” i „Obóz krwawej zemsty. Tu Niemcy zaczęli zabijać Polaków” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”
  • Mirosław Łapa za artykuły „Miłosierdzie dla uchodźców z Ukrainy” i „Jak w Kępnie obchodzą narodowe święto?” oraz „Bożnica odzyskuje swój splendor” opublikowane w Tygodniku Kępińskim
  • Marcin Kędryna za artykuły p.t. „Miasto Zapakowanych Pomników”, „Generał Kraszewski o zakupach broni: ludzie sobie nie zdają sprawy z tego, jaka to jest rewolucja” i „Inna Polska, co pokazały wyniki wyborów” opublikowane w „Gazecie Lubuskiej”.

Nagroda dla Młodych Dziennikarzy im. Wojciecha Cieślewicza ufundowana przez NSZZ „Solidarność” Regionu Wielkopolska 

red. Blanka Aleksowska  i red. Justyna Piasecka za artykuły „Patologia biegłych sądowych. Nierzetelne opinie rzutują na wyroki” i artykuł Blanki Aleksowskiej pt. „Pan Piotr zaciągnął pożyczkę i stracił mieszkanie. Śledczy odmawiają zbadania jego sprawy” oraz artykuł Justyny Piaseckiej pt. „Bo ofiara nie chciała umierać. Samobójstwo rozszerzone to zabójstwo” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”.

Jury Konkursu WO i LO SDP przyznało także nagrodę specjalną Robertowi Woźniakowi za fotoreportaże pt. „Trzeba jeszcze być człowiekiem”, „Pies przewodnik” i „Życie za kratami” opublikowane w „Głosie Wielkopolskim”

Na konkurs wpłynęło 59 zgłoszeń od dziennikarzy prasowych, radiowych, telewizyjnych i internetowych z województwa lubuskiego i wielkopolskiego.

Serdecznie gratulujemy !

O tych, którzy mogą wszystko pisze CEZARY KRYSZTOPA: Nietykalni III RP

Nie ma chyba w ostatnim czasie lepszej ilustracji tego czym w istocie jest III RP i jej patologiczny kręgosłup w postaci systemu oligarchicznej niesprawiedliwości, niż sprawa Tomasza Lisa. A mam wrażenie, że rewanżystowska rekonkwista III RP po 13 grudnia zeszłego roku, może tę sytuację tylko pogłębić.

Przykładów, z których można wyciągnąć podobne wnioski jest oczywiście znacznie więcej. Nietykalnym III RP wolno potrącać staruszki na pasach, zabijać ludzi i wyrażać się o nieżyjących z pogardą, kraść i otwarcie łamać konstytucję. Środowiskowa zmowa na poziomie systemu niesprawiedliwości, zadba o to żeby Nietykalnemu włos z głowy nie spadł. A przynajmniej zbyt wiele włosów. Jednocześnie nienależący do kasty Nietykalnych przeciętny Polak może być w tym systemie zgnojony, okradziony i zniszczony. Może być nawet człowiekiem zamożnym i wysoko postawionym, jeśli nie należy od odpowiedniego kręgu, można mu zrobić wszystko. Pan Roman Kluska mógłby zapewne o tym sporo opowiedzieć.

Przypadek Tomasza Lisa

Jednak przypadek Tomasza Lisa, choć może nawet nie najbardziej drastyczny, jest ikoniczny ze względu na jego nazwisko i centralną rolę jaką pełnił i chyba ciągle desperacko usiłuje pełnić w polskiej przestrzeni publicznej, zapisany przez Jaruzelskiego do „arystokracji dziennikarstwa” Tomasz Lis.

Plotki o tym jak się zachowywał wobec podwładnych Tomasz Lis słyszałem i wcześniej, wielu słyszało, ale nikt nie miał dowodów. Podobno ci, którzy mogliby na ten temat coś powiedzieć nie tylko się go bali, ale również uważali, że i tak „jest pod ochroną” więc ich ewentualne ryzyko nic nie da, a tylko narazi ich na zemstę. Potem, w wyniku medialnej burzy, tu trzeba oddać że dzięki dziennikarzom Wirtualnej Polski, nagle wszyscy się dowiedzieli kim w istocie jest rzekomy, rozdający cenzurki moralności, dziennikarski „katon”. A jeszcze później, dzięki pani prokurator, która mam wrażenie, że weszła tu raczej w rolę adwokata Lisa, przyjęta została kwalifikacja jego czynów o kontekście seksualnym, która, co za pech, uległa niedawno przedawnieniu. Nic też nie wyniknie z oskarżenia o mobbing, które to poniżające pracowników zachowania pani prokurator tłumaczy specyficznym stylem zarządzania dziennikarskiego „arystokraty”. Jakby tego było mało sam Lis, pomimo ujawnionych fragmentów zeznań opisujących jak to miał jedną z podwładnych przyciskać do ściany i całować, a innej wkładać palce w dziury w spodniach, przedstawił to (co za pech) przedawnienie, jako swoje zwycięstwo. I wiecie co? Chyba miał rację, ponieważ, być może nie w sensie praworządności w tradycyjnym rozumieniu, ale faktycznie, udało mu się ze sprawy wyłgać. Trudno nie odnieść wrażenia, że rację mieli ci, którzy nie chcieli zeznawać w jego sprawie uznając, że jest pod ochroną. Nie chcę nawet myśleć co teraz może się dziać w głowach kobiet, które mimo to odważyły się zeznawać.

Nietykalni

Przy okazji warto tu się przyjrzeć dwóm zjawiskom. Po pierwsze, nie wiem czy to w wyniku złych decyzji, czy też braku determinacji, trudno uznać reformę systemu niesprawiedliwości, którą usiłowała przeprowadzić Zjednoczona Prawica za udaną, jeśli kilka miesięcy po utracie przez nią władzy, możliwe są takie cuda. A po drugie warto zadać sobie pytanie, gdzie się w całej tej sprawie podziały dyżurne panie feministki, te dla których mężczyzna to z definicji przemocowiec, a przed seksem powinien składać podanie. Przejrzałem sobie profile w mediach społecznościowych, tych najgłośniejszych , najbardziej agresywnych i nie znalazłem na temat sprawy Tomasza Lisa ani słowa. Może coś przegapiłem, wtedy poproszę o korektę, ale póki co nie znalazłem. Trudno nie dopuścić do siebie myśli, że tacy jak Tomasz Lis mogą być objęci ochroną również daleko poza systemem niesprawiedliwości.

Najbardziej żałosna w całym tym zamieszaniu, wydaje mi się pozycja zwolenników Nietykalnych, którzy sami ochroną objęci nie są. Wystarczy im świadomość, że ich Władcy mają lepiej, bo przecież na to zasługują. A, że tam żonę im jakiś oblech w pracy sponiewera, to przecież tylko taki specyficzny sposób zarządzania.

„Troska o media – troski mediów. XVIII Konferencja Etyki Mediów”w Krakowie. Nasza relacja

Poruszające wspomnienia koleżanek i kolegów medioznawców o  księdzu profesorze Michale Drożdżu, kilkudziesięciu uczestników z wiodących uczelni w Polsce, kilkadziesiąt referatów  dotyczących najmłodszej w naszym kraju dziedziny naukowej z wiązanej z naukami społecznymi, czyli nauki o komunikacji społecznej i mediach – to najkrótsza charakterystyka zakończonej 23 maja w Krakowie VIII Konferencji Naukowej Etyki Mediów. jej organizatorem jest Uniwersytet Papieski Jana Pawła II .  Po raz pierwszy konferencja odbyła się bez udziału jej pomysłodawcy i przewodniczącego,  ks. prof. dr hab. Michała Drożdża, który zmarł nagle w ubiegłym roku.  Tegoroczna konferencja była wyrazem wdzięczności naukowców i dziennikarzy pod adresem zmarłego księdza – profesora. Był on także członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 

Media to ludzie, a tam gdzie jest człowiek, który myśli i działa, tam ujawnia się także aksjologiczny i etyczny wymiar jego działania – to słowa ks. prof. Michała Drożdża (1958 – 2024), które stały się motywem przewodnim tegorocznej Konferencji Etyka Mediów. Jego ogromny dorobek naukowy oraz wkład w rozwój komunikacji społecznej jako samodzielnej dyscypliny naukowej podkreślali nestorzy polskiej komunikologii –  m.in. prof. Katarzyna Pokorna Ignatowicz, prof. Tadeusz Kononiuk prof. Tomasz Goban -Klas i prof. Iwona Hoffman, prezes Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej.  Był członkiem Zarządu PTKS, a po jego śmierci nikt do dzisiaj nie zajął jego miejsca w zarządzie, świadomie zostawiliśmy ten wakat, żeby podkreślić jak ważną był postacią dla naszego środowiska i jak bardzo będzie go w polskim medioznastwie brakowało – powiedziała prof. Iwona Hoffman. Był uważnym i krytycznym słuchaczem naszych wystąpień, który miał zawsze pozytywne nastawienie do drugiego człowieka – powiedział prof. Tadeusz Kononiuk.

Zmarły ks. prof. dr hab. Michał Drożdż zaprosił do ścisłej współpracy także Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Zależało mu bowiem na tym , by w konferencji obok pracowników naukowych uczestniczyli także dziennikarze – praktykujący na codzień pracę w mediach. Specjalne sesje z dziennikarzami pod patronatem CMWP SDP odbyły się m.in. w 2021 roku z okazji 25-lecia CMWP SDP   i w 2022 roku z udziałem dziennikarzy – korespondentów wojennych na Ukrainie .

W tym roku dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP wystąpiła na konferencji z referatem omawiającym wybrane procesy dziennikarzy i mediów  zagrażające realizacji zasady wolności słowa, które  przez Centrum diagnozowane są jako SLAPP czyli specjalne działania procesowe, które mają tłumic prasową krytykę, a nie służą wyjaśnianiu i poszukiwaniu prawdy. Jolanta Hajdasz omówiła procesy m.in. red. Jerzego Jachowicza, red. Rafała Ziemkiewicza, red. Tomasza Sakiewicza, red. Samuela Pereiry, o. dyr. Tadeusza Rydzyka, o. Jana Króla i Lidii Kochanowicz, red. Sebastiana Morynia oraz Leszka Sosnowskiego i prof. Wojciecha Roszkowskiego. Wystąpienie wzbudziło zainteresowanie i burzliwą dyskusję .

Prezentacja referatu Jolanty Hajdasz: 22.05.24 XVIII Etyka mediów

W konferencji wzięła także udział mgr Ilona Ptak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, która jest dziennikarką i członkiem Oddziału SDP w Katowicach. Ilona Ptak wygłosiła referat „Wulgaryzacja języka na platformie YouTube – studium przypadku Pandora Gate.

Link do rejestracji live KEM  TUTAJ.