O medialnym apelu do nikogo pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Pudle na wojnie

Istnieje klucz, który pozwala zrozumieć to, co się przydarzyło polskim mediom w ostatnim czasie. Po prostu zaczęły być one dziedziną sztuki, a dziennikarze, a także obecni funkcjonariusze, kimś w rodzaju artystów czy wykonawców. Są równie durni, nierzetelni, a co najgorsze – skupieni na sobie i egzaltowani. 

 Dowód koronny, wisienkę na torcie, tego doszusowania mediów do świata piosenkarzy czy aktorów, widzieliśmy w tym tygodniu podczas ponurego, czarnego protestu mediów. Ciemnych okładek z politycznym hasłem, o nim zaraz. I żeby było jasne, postulat dziennikarzy, czy raczej wydawców, podobnie jak postulaty artystów, uważam za z gruntu słuszne. Co więcej, tym razem sprawa nawet mnie dotyczy.

Jeżeli ktoś coś napisał albo nakręcił, ktoś inny to przedrukował, obszernie cytuje albo się tym żywi w celach zarobkowych, to powinien za to zapłacić. Podobnie jak ktoś, kto korzysta z naszego dodatkowego mieszkania albo nam płaci, czasem możemy sami go zwolnić z czynszu, albo jest dzikim squattersem, nawet jak udaje wykluczonego biedaka. Dokonuje formy kradzieży, choćby i system go chronił, bo przyjechał z Albanii, a udaje Syryjczyka. Wracając jednak do meritum i do drobnego problemu, który na drodze realizacji tegoż słusznego postulatu się pojawia.

“Politycy nie zabijajcie mediów” – uderzyły we mnie wczoraj okładki wszystkich niemal dzienników, licznych portali. Po pierwsze, zacząłem szukać trupów, ale żadnych nie znalazłem. Spojrzałem w lustro – ja też cały, łysiejący, pomarszczony, jak zawsze. Kliknąłem dalej i dowiedziałem się, że chodzi o te opłaty od wielkich platform social-mediowych. Słuszna sprawa. Tylko o co chodzi? Do kogo to? Toż to komedianci, a nie demonstranci.

Już sam napis jest dobry. Rozumiem, że przekaz jest kierowany do Ministerstwa Kultury, Tuska, rządu, ale zacni zbuntowani boją się napisać konkretnie o kogo im chodzi. Jak się apeluje do wszystkich to jakby do nikogo się apelowało. Ludzie, nie zabijajcie się! Rosjanie, skończcie, tę wojnę! Politycy, nie zabijajcie mediów! Matko, nie krzycz na dziecko. Myjcie uszy i szyję! Sygnatariusze apelu pokazali nim samym panu premierowi, że się go tak boją, iż może ich mieć głęboko.

Nie dość tego, potem wszystkie czerskie pieski rozpoczęły jazgot, że przez brak tych opłat oni nie będą mogli PiS-owi patrzeć na ręce i go rozliczać. Myślałem, że kto inny rządzi od ponad pół roku, a jeśli w ogóle jakaś troska o media ma mieć jakiś sens, to właśnie o bycie tym watchdogiem obywateli. Chodzi jednak, jak widać, o łomotanie po opozycji i wsparcie dla jedynej kochanej opcji. Powiedzmy sobie zresztą prawdę, tefałenowskie pudle z resortowymi rodowodami koło takiego prawdziego psa – strażnika nawet nie stały.

Dochodzi jeszcze jedna sprawa. W Polsce zabijano media. Całkiem niedawno robiło to państwo łamiąc wielokrotnie prawo. Potem media jak zawsze próbowała zabijać “Gazeta Wyborcza” uderzając w reklamodawców konkurencji, chcąc zastraszyć rynek. Robiła tak nie po raz pierwszy. Dziennikarze w Polsce, to akurat dotyczy obu stron, zabijają media szczując na innych dziennikarzy. Media zabija blondynka z TVN, której propagandowy przekaz z zajmowania KRS i kilka słów prawdy, które usłyszała od znajdującej się tam kobiety, a także jej niezdolność do wejścia w dyskusję (“nie jestem na live”) stały się hitami platformy X.

Postulaty są więc słuszne, ale czasem niestety k… i złodziejom trudno uzyskać kredyt w banku i nie zmienia tego nawet fakt, że bankier regularnie korzysta z ich usług.

 

Słabości polskich mediów wylicza STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kukiełki

Wkrótce Dorota Wysocka-Schnepf wyjedzie do Rzymu, bo jej mąż będzie ambasadorem we Włoszech a nowa TVP jest nadal kadrowo ubożuchna. Owszem, widać wysiłki poszukiwawcze, ale niełatwo znaleźć fachowców. Gorliwych wprawdzie nie brak, lecz kwalifikacji nie nabiera się raz z precyzją posłuszeństwa i wyrzeczenia zasad zawodowych. 

 „Nowi” pomyślcie jednak o takich, którzy nie całkowicie wam się w pacht oddadzą. Oczywiście ci – powiedzmy „symetryści” – będą was słuchać, ale nie każde kłamstwo akceptować. Są jeszcze tacy zawodowcy na rynku, którzy nie upaprali się i nie cuchną koniunkturalizmem. Ci, którzy bardzo chcą zrobić błyskotliwą karierę wcale nie uzyskają popularności. Chyba że się opamiętają. A jeszcze szybciej, jeśli się postawią władzy. To też o pana, panie Czyż. Widać, że się pan coraz bardziej poddaje politycznym decydentom.  

 Czyż, słowiki, wróble i inne ptactwo przylatuje i odlatuje. Tak jest w telewizji zawsze. Każdy oczywiście ma nadzieję: ja się utrzymam. Otóż NIE! Rotacja jest coraz gwałtowniejsza a łaska pańska na kulawym koniu się potyka.  

 Popatrzcie na wielkiego antykomunistę Sikorskiego. Wyznaczył chłop strefę niedopuszczającą czerwonych. A teraz zrzedła mu mina. Tusk wcisnął go w kąt i nawet do niemieckiego gościa nie dopuszcza. Popatrzcie na sierotkę Marysię Hołownię, którego przodek w czasie rokoszu zebrzydowskiego rzucił się z kopią na króla Zygmunta III Wazę. Zmiótł go w okamgnieniu rycerz Chodkiewicza. Podobnie będzie teraz z pikusiami, tygryskami i innym płaczliwym dziadostwem, które Tuskowi zapewniają autorytatywną władzę.  

 Gdyby Tuskowi wyrosły Wałęsowe wąsy może przypomniałby sobie, że ma ciągle polski paszport (jestem Polakiem, rzekł przy kanclerzu niemieckim, ale to tylko są słowa). Padło teraz oskarżenie, że Ardanowski to bogacz. Podobno ma 2000 hektarów. I dobrze, że ma. Każdy kto zarobił uczciwie powinien być bogatym. Oczywiście jeśli nie ukradł a zapracował.  

 Dlaczego złodzieje w Polsce pozostają bezkarni. I kto może ich pozbawić w połowie tego, co sobie „załatwili” kombinacjami i partyjnymi układami. Wiadomo kto powinien ich namierzyć, kto oskarżyć i posadzić.  

 Teraz mamy mowę ministra czy ministerki edukacji, która chyba zwariowała i chce polską młodzież pozbawić lektury najważniejszych pisarzy. Ludzie obudźcie się. Larum grają. Tak dalej być nie może. Smutno aż strach.  

 Pozostała nam Iga. Ta dziewczyna jeszcze raduje. Piłkarzom wybaczyliśmy, bo my zawsze skorzy jesteśmy do wybaczania. Sport to zdrowie. Ale na durnotę to za słabe lekarstwo. Można jeszcze udać się do Matki Boskiej, bo media porządne kurczą się.  Jest jeszcze wprawdzie ojciec Rydzyk, Karnowscy, Sakiewicz, Radio Wnet Skowrońskiego, gdzie pracują prawdziwi dziennikarze. Jest jeszcze portal sdp.pl kierowany przez wyrzuconego właśnie z PAP Huberta Bekrychta, sekretarza generalnego SDP.  

Powielacze czas odkurzyć. W latach 1981-89 używaliśmy nawet tych z okresu wojny. Portrety zdrajców wywieszać. Głos Wolnej Polski uruchomić np. przez Paryż. Coś trzeba robić. Same werbalne protesty nie wystarczą.  Słowa, które padły z ust premiera podczas wizyty niemieckiego kanclerza to kpina i zaprzaństwo. To wszystko widać, słychać i czuć.  

 

TYGODNIK SOLIDARNOŚĆ I TYSOL.PL: sprzeciwiamy się atakom na red. Aleksandrę Fedorską, na nasze prawo do krytyki prasowej i wolność słowa

Wspólne oświadczenie Redaktorów Naczelnych Tygodnika Solidarność i Tysol.pl ws. ataków jakie spotkały dziennikarkę współpracującą z Tysol.pl i Tygodnikiem Solidarność Aleksandrę Fedorską, po publikacji informacji na temat spotkania Tusk-Scholz, jaką pozyskała w biurze prasowym niemieckiego rządu:

Dziennikarka Aleksandra Fedorska współpracująca z Tysol.pl i Tygodnikiem Solidarność, zrobiła to co powinien zrobić każdy dziennikarz, po tym jak Donald Tusk zapowiedział, że „będzie za chwilę rozmawiał z kanclerzem Scholzem” o incydencie, w ramach którego niemieckie służby „podrzuciły” na polską stronę nielegalnych imigrantów. Zadzwoniła pod oficjalny numer biura prasowego niemieckiego rządu i o to zapytała. Rozumiemy oczywiście, że pozyskana przez nią informacja o tym, że taka rozmowa się nie odbyła i nie jest planowana może nie być po myśli rządzących, uważamy jednak, że nie jest naszą rolą utrzymywanie ich w dobrym samopoczuciu. (…)

Późniejsze oświadczenia zarówno rzecznika niemieckiego rządu, jak i materiały niemieckich mediów na ten temat, zostały przez nas opisane na portalu Tysol.pl. Najważniejsze fakty zebraliśmy także w tym numerze „Tygodnika Solidarność”. Warto jednak zwrócić uwagę, że pomimo zapewnień polskiego premiera, że „rozmowa się odbyła”, nie ma na potwierdzenie tego faktu żadnych dowodów, nawet notatki z rozmowy, która miała mieć „charakter prywatny”. Po drugiej stronie jest zaś nasza autorka, która zdobyte przez siebie informacje udokumentowała w sposób niebudzący żadnych zastrzeżeń. Nie zmieniają tego udzielane ex post tłumaczenia strony niemieckiej, że pracownica biura prasowego niemieckiego rządu udzieliła informacji nieprawdziwej. Jeżeli tak jednak faktycznie było i niemiecki urząd wprowadził naszą dziennikarkę w błąd to jako żywo dowodzi to raczej bałaganu po stronie niemieckiej. A nie złej woli Aleksandry Fedorskiej.

Mimo to premier Donald Tusk posunął się w swojej dość nerwowej wypowiedzi na ten temat do określeń takich jak „kłamstwa” czy „pisowskie trolle”, co spowodowało bezprzykładną falę bezrozumnego hejtu wobec współpracującej z nami dziennikarki. A gdyby tego było mało, urzędnik biura prasowego niemieckiego rządu Sebastian Feldmeier, usiłował w rozmowie z Aleksandrą Fedorską wpłynąć na nią, aby powstrzymała się przed publikacją nagrania rozmowy z biurem prasowym niemieckiego rządu, posuwając się do gróźb „przekroczenia niemieckiego prawa”. W ocenie prawników, w świetle obowiązującego w Polsce polskiego prawa, może to być uznane za karalne tłumienie krytyki prasowej. I więcej nawet – cóż to za porządki i zwyczaje, by urzędnicy obcego kraju dyktowali polskim dziennikarzom co im wolno, a czego nie wolno pisać?

Jako redaktorzy naczelni Tygodnika Solidarność i portalu Tysol.pl sprzeciwiamy się tego typu atakom na Aleksandrę Fedorską, na nasze prawo do krytyki prasowej i wolność słowa. Nie wiemy jak sobie wyobrażają kontakty z mediami premier Donald Tusk, czy urzędnicy niemieckiego rządu, jednak to w jaki sposób te wyobrażenia realizują w praktyce, nie mieści się w naszym wyobrażeniu na temat cywilizowanych standardów demokratycznego państwa prawa.

 

Redaktor Naczelny Tygodnika Solidarność Michał Ossowski
Redaktor Naczelny Tysol.pl i z-ca red. nacz. „TS” Cezary Krysztopa
Zastępca Redaktora Naczelnego Tygodnika Solidarność Rafał Woś

Pełny tekst oświadczenia i inne informacje w tej sprawie TUTAJ

 

 

O możliwych skutkach politycznej głupoty pisze CEZARY KRYSZTOPA: Durnie

Ze wszystkich złych rzeczy jakie zrobił i zrobi Polsce Donald Tusk, bodaj najgorszą jest spodziewany zalew nielegalnych imigrantów z innych kręgów cywilizacyjnych. Zalew nieodwracalny w skutkach.

Jak bardzo ten człowiek musi gardzić Polakami, jeśli za nic ma wnioski płynące z tego co się dzieje na ulicach zachodnich miast i konsekwentnie dąży do tego żeby obrazy przemocy i upadku stały się również naszym udziałem.

Nadzwyczaj szkodliwi durnie

Według różnych sondaży, nie mam do nich jakiegoś szczególnego zaufania, ale mniej więcej takie dane potwierdziły też ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego, około jedna trzecia wyborców w Polsce, z niewielkim okładem, miliony przecież, to nadzwyczaj szkodliwi durnie.  W imię zrobienia na złość PiS i dla chwili satysfakcji Pana Donalda, są gotowi nie tylko odmrozić sobie uszy, ale też odmrozić je swoim dzieciom i iluś pokoleniom ich dzieci.

Jeszcze jakoś można wytłumaczyć fakt, że nie życzą sobie rozwoju własnego kraju. Jako ludzie zdominowani przez budowane w nich latami kompleksy, uważają, że nie zasługują na to, na co zasługują Niemcy czy Francuzi. Mentalnie czują się zbieraczami szparagów i nie mieści im się w głowach, że ich prezydent, prezydent Polski ma takie samo prawo rozmawiać z Chinami jak kanclerz Niemiec czy prezydent Francji. Źle im z poczuciem, że Polska mogłaby konkurować z największymi, więc bez żalu żegnają ambitne projekty infrastrukturalne. W poczuciu swojej niskiej pozycji, są gotowi bez szemrania przyjąć nawet chomąto Zielonego Ładu i zrezygnować z możliwości choćby minimalnego wpływu na władzę.

No, ale żeby nie zależało im nawet na własnym bezpieczeństwie, czy bezpieczeństwie ich żon, dzieci? Bo tak się właśnie skończy eksperyment masowej migracji, który w imię chwili łaski niemieckiego pana funduje nam Donald Tusk. Kto ma rozum i oczy ten widzi jakie skutki podobne eksperymenty przyniosły na ulicach zachodnich miast. Nie ma najmniejszego powodu by sądzić, że u nas przyniosą inne. A w dodatku Polska leży znacznie bliżej Rosji niż kraje zachodu Europy. Rosji, która czeka na naszą chwilę słabości. U nas konsekwencje mogą być jeszcze gorsze. A mimo to, osłaniając się przed rzeczywistością tarczami takimi jak oskarżenia innych o „rasizm” czy rzekoma „wyższość moralna”, są gotowi położyć głowę pod nóż. I nie jestem pewien czy to tylko taka metafora.

Strategia samobójcza

To zjawisko jest z kolei, mam wrażenie, spokrewnione z również dość masowym zjawiskiem podobnych durniów na zachodzie. Zjawiskiem występującym z różnym natężeniem, ale nie brakuje przecież przykładów pomagających imigrantom aktywistek, które zostały zgwałcone przez swoich podopiecznych. I o ile miały tyle szczęścia, że przeżyły, często zbiorowy, gwałt, to… broniły i tłumaczyły później swoich prześladowców. Nie mówiąc już o tym, że prawa do szeroko pojętego gwałtu, jeśli tylko został dokonany przez świętego imigranta, Zachód broni wręcz systemowo.

Stwierdzenie, że to strategia samobójcza jest w zasadzie truizmem, prawdziwą zagadką jest źródło tej choroby. Być może jakąś, choćby częściową odpowiedzią, jest tu słynny eksperyment Johna Calhouna, który dowiódł, że społeczność myszy, które mają się za dobrze, ulega szybko degeneracji. Być może to jakiś wirus, który atakuje mózgi co słabszych jednostek, a być może Bóg postanowił ukarać nas za grzechy, konsekwencjami wyborów kompletnych durniów. Być może naukowcy w przyszłości odkryją inne przyczyny.

A być może w przyszłości nie będzie już żadnych naukowców, ani kogokolwiek zdolnego do odkrycia czegokolwiek.

Zbieramy pieniądze dla skazanego z 212 kk dziennikarza! Zrzutka.pl pod patronatem CMWP SDP

Po raz pierwszy w historii  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i w imieniu CMWP SDP  proszę  o wsparcie i wpłaty na zrzutkę. pl. dla redaktora Sebastiana Morynia i jego Rodziny, ponieważ na skutek nagłej utraty pracy oraz przegranego procesu karnego z art. 212 kk drastycznie pogorszyła się sytuacja życiowa jego i jego bliskich – pisze Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP  na portalu zrzutka.pl .  Solidarność dziennikarska w tej tak dramatycznej sytuacji to nasz obowiązek i nasze jedna szansa na pomoc dla niesłusznie skazanego kolegi . 

Redaktor Sebastian Moryń jest jedynym żywicielem 6-osobowej rodziny, razem z żoną mają czworo dzieci na utrzymaniu. Dziennikarz był zastępcą redaktora naczelnego TV Republika. W 2019 roku na stronie internetowej tej telewizji został opublikowany artykuł „Obrońcy SB-ków Obywatele RP blokują wjazd do Ministerstwa Sprawiedliwości”, na skutek którego 19 osób z ruchu Obywatele RP pozwało go do sądu z art. 212 kk. 10 kwietnia  2024 r. Sąd Okręgowy w Warszawie IX Wydział Karny Odwoławczy skazał prawomocnie red. Sebastiana Morynia za zniesławienie tym jednym artykułem tej grupy nieznanych mu osób.   W ocenie CMWP SDP wyrok ten w rażący sposób narusza zasadę wolności słowa i prawo dziennikarza oraz jego redakcji do swobody wypowiedzi. Na skutek tego wyroku dramatycznie pogorszyła się sytuacja życiowa red. Sebastiana Morynia , stąd prośby o pomoc i wsparcie finansowe dla niego. Podkreślam, że zbieramy charytatywnie dla Rodziny Redaktora w trudnej sytuacji życiowej.

To opis zrzutki, jaką dla redaktora Sebastiana Morynia założyło w imieniu CMWP SDP Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich . Za zbiórkę personalnie odpowiedzialna jest dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP.

Link do wsparcia zrzutki TUTAJ.

Więcej na  temat red. Sebastiana Morynia TUTAJ.

Film, który wyszedł poza ekran – rozmowa z MARIUSZEM PILISEM, laureatem nagrody im. Janusza Kurtyki  

Historia, którą opowiedziałem doprowadziła do bardzo ciekawych sytuacji, jakie tworzą się dzisiaj pomiędzy mieszkańcami Markowej, miejscowości, w której mieszkała i została zamordowana rodzina Ulmów, a mieszkańcami miasteczka Esens w Niemczech, gdzie mieszkał kat Ulmów – mówi reżyser, dokumentalista Mariusz Pilis, autor filmu „Historia jednej zbrodni” laureat I nagrody im. Janusza Kurtyki w konkursie Nagrody SDP przyznawanej za prace o tematyce historycznej.

Rozpoczynając pracę nad „Historią jednej zbrodni” chciałeś zrobić film o ofiarach czy katach?

Kiedy zaczynałem nie bardzo byłem w stanie odpowiedzieć na takie pytanie, bo historia zaczęła się w nietypowy sposób. Elementem, który spowodował, że moja uwaga skupiła się na sprawcy był pewien list, jaki przyszedł do muzeum w Łańcucie. List niemieckiej kobiety, która, jak się później okazało, była córką kata rodziny Ulmów Eilerta Diekena. To był ten moment, kiedy poczułem, że ten temat warto opowiedzieć.

Historia Ulmów była już wówczas w Polsce mniej więcej znana, od paru lat krzewieniem pamięci o nich zajmował się jeden z ważniejszych bohaterów w  moim filmie, obecnie wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej, Mateusz Szpytma, wtedy pracownik krakowskiego oddziału IPN. Natomiast niewiele wiedziano na temat Niemców, ich roli w tej historii  Znaliśmy tylko jednego z morderców, Niemca sudeckiego, który został w Polsce osądzony.

Autorka listu do muzeum w Łańcucie nie miała zielonego pojęcia o tym co robił jej ojciec w Polsce podczas wojny. Zacząłem wokół tej sprawy chodzić. Byłem świadkiem spotkania historyków z IPN Macieja Korkucia i Mateusza Szpytmy z dyrektorem muzeum w Łańcucie, na którym pojawiła się koncepcja pojechania z dokumentami do Niemiec do córki Diekena.

Ten list spowodował, że powstał taki właśnie film?

Dokumentalista wobec takiej historii nie można przejść obojętnie. W momencie kiedy list trafił do moich rąk, zdecydowałem, że będę chciał tę historię zdokumentować i opowiedzieć. Nie wiedziałem oczywiście dokąd ona mnie zaprowadzi. A doprowadziła po 10 latach do bardzo ciekawych sytuacji, które tworzą się dzisiaj na poziomie społeczności pomiędzy mieszkańcami Markowej, miejscowości, w której mieszkała i została zamordowana rodzina Ulmów, a mieszkańcami miasteczka Esens, w północnych Niemczech, gdzie z kolei do śmierci mieszkał kat Ulmów.

Myślisz, że córka Diekena naprawdę nie widziała, że jej ojciec był zbrodniarzem?

Podczas spotkania z nią rzeczywiście robiła wrażenie osoby kompletnie nie mającej świadomości, że działalność jej ojca mogła wykraczać poza zwykłe obowiązki żandarma.

W czasie waszej rozmowy nie powiedzieliście prawdy o jej ojcu.

Wcześniej przedyskutowaliśmy, że nasza postawa będzie zachowawcza i taktowna. Nie chcieliśmy doprowadzić, może nawet i do jakiejś tragedii, bo jednak jest to osoba starsza, która tego typu informacje mogła przyjąć źle fizycznie. Staraliśmy się wypracować takie rozwiązanie, które będzie najmniej inwazyjne. Wymyśliliśmy, że damy jej zestaw dokumentów w kopercie, które jak będzie chciała to sobie przeczyta. Natomiast podczas rozmowy z nią starliśmy się nie dawać do zrozumienia, że jej ojciec był bandytą, mordercą, sprawcą śmierci nie tylko rodziny Ulmów. Gdy zaczęliśmy badać jego historię i działalność na terenie Podkarpacia, jak powiedział w filmie prof. Bogdan Musiał, okazało się, że człowiek ten ma na sumieniu kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Córka Diekena zajrzał do koperty?

Przez dłuższy czas nie miałem pojęcia, czy tak się stało. Dziś już wiemy, że zajrzała, a wiemy to z relacji wnuczki Diekena. Miał on dwie córki, jedna to kobieta, która wystąpiła w filmie, drugiej nigdy nie poznałem. Właśnie córka tej drugiej mówiła, że koperta została otwarta, dokumenty przeczytane i z tego co wiem, w części tej rodziny wywołało to duży szok. Może wskazywać też na to późniejsza seria wydarzeń, takich jak np. zniknięcie grobu Diekena, przeniesienie jego córki do innego domu pogodnej starości. Ale te kropki połączyłem dopiero rok temu.

Niespodziewanie wypłynęły też pamiątki po Diekenie, które jakiś handlarz zaoferował do sprzedaży. Czy to również mógłby była reakcja rodziny na poznanie prawdy, chęć odcięcia się od mrocznej przeszłości ojca, dziadka?

To jest kolejny element, który pasuje do tej układanki zacierania pamięci o mordercy. Rodzina czyściła mieszkanie, chciała zapomnieć, więc pozbyła się pamiątek. Trafiły one do rąk prostych handlarzy, ale nie na tyle prostych, żeby te rzeczy wylądowały na jakimś bazarze. Skontaktowali się oni z Mateuszem Szyptmą i zaproponowali mu kupno tych rzeczy. Mieli świadomość, że Mateusz jest krewnym rodziny Ulmów, więc celowali bardzo precyzyjnie, spodziewali się, że uzyskają najlepszą cenę. Wiedzieli też kim był Eilert Dieken.

Te pamiątki kupił ostatecznie Instytut Pieleckiego w Berlinie.

Tak. Miałem okazję uczestniczyć w tym przedsięwzięciu od samego początku. W pierwszej kolejności korespondencja dotarła do Mateusza Szpytmy, gdy IPN próbował negocjować i trochę zwlekał z szybkim zakupem, handlarze zwrócili się do Instytutu Pieleckiego i wtedy poszło to już bardzo szybko i znacznie taniej.

Do Polski trafiło kilkadziesiąt artefaktów – medali, tabliczek, fotografii, dokumentów, portretów, insygniów wojskowych. To jest bardzo cenny zbiór, zwłaszcza jeżeli chodzi o dokumenty, część z nich jest pewnie wciąż analizowana i badana. Jest tam m.in. dokument o pozytywnym przejściu procesu denazyfikacji. Eilert Dieken został po wojnie oczyszczony z jakichkolwiek zarzutów i mógł stać się cenionym komisarzem policji w miejscowości Esens, gdzie do śmierci pełnił tę rolę. Do momentu mojego pojawienia się w tym mieście nikt tam nie miał pojęcia o tym, że wśród nich mieszkał człowiek, który dopuścił się zbrodni.

Zaskoczyła cię niewiedza Niemców na temat swojej przeszłości?

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony dotknąłem takiego podstawowego poziomu, jeżeli chodzi o przedstawicieli narodu niemieckiego, prostych ludzi z niedużej miejscowości. W takim kręgu wielu Niemców nie ma wiedzy, nie ma świadomości. Ale kto za to odpowiada? Przede wszystkim aparat niemieckiego państwa, który bardzo konsekwentnie od wielu lat historię swojego kraju konsekwentnie zasypuje, zniekształca i doprowadza do tego, że nie jest ona interesującym elementem debaty publicznej. Sprowadza się to wszystko do tego, że to naziści, że naziści przejęli Niemcy, że to Niemcy są ofiarami wojny, że zostali wyzwoleni od nazistów, a teraz stoją po stronie zwycięzców itd. Niejeden z nas zetknął się z tego typu narracją. To oczywiście w dużym stopniu wpływa na to co Niemcy wiedzą. A wiedzą bardzo dużo na temat swojej roli w Holokauście, swojej roli w okupacji Francji i krajów zachodnich. Natomiast prawie zupełnie nie mają wiedzy co ich armia, siły policyjne, aparat państwowy wyprawiały na terenach słowiańskich, w Polsce, Czechosłowacji, Jugosławii, na Ukrainie, Białorusi. To dla nich czarna dziura, oni sądzą że tutaj niewiele się stało. I kiedy przerzuca się dyskusję, na to co kilka lat temu było dość ważnym tematem, a w tej chwili jakby zanikło, czyli kwestię reparacji, to zachowują się bardzo nerwowo. Nie dlatego, że, mówiąc kolokwialnie, postanowili nas wykiwać, ale przede wszystkim dlatego, że są przekonani, iż oni tutaj nic wielkiego nie zrobili.

Trudno rozliczyć się z przeszłością, kiedy jej się nie zna.

Niemcy się zmieniają, zmienia się struktura społeczna, zmienia się struktura narodowościowa. Coraz więcej Niemców nie ma korzeni. Dla nich kwestia reparacji jest niezrozumiała, dlaczego mamy ponosić konsekwencje czegoś, czego nie czujemy się częścią. To jest dla nich proces bardzo korzystny, a my się w tym, póki co, nie potrafimy odnaleźć. Z wielu powodów, wystarczy spojrzeć choćby na to co się dzieje od grudnia ubiegłego roku, kiedy te tematy zostały całkowicie odpuszczone, Instytut Strat Wojennych praktycznie przestał istnieć. Stworzono gigantyczny raport, który stanowi potężne źródło wiedzy na temat tego jakie są polskie straty, a to wszystko zostało zarzucone. Ale sprawy reparacji się nie przedawniają, podobnie jak sprawy zbrodni wojennych, a tych Niemcy popełnili u nas całą masę i się z nich nie rozliczyli.

W jednej z recenzji przeczytałem, że twój film to historia nie tyle jednej zbrodni, co nie rozliczonej krzywdy i wypartej niemieckiej pamięci. Zgadzasz się z tą oceną?

Nie do końca, to jest historia jednej zbrodni. Oczywiście starałem się opowiedzieć o niej dość punktowo. Skupiłem się na tym, aby pokazać jedną zbrodnię, która nie została rozliczona i to jest głównym tematem mojego filmu. Rzeczywiście wiedzie to do wniosków jak bardzo nierozliczone są niemieckie  zbrodnie, których na terenie Polski były miliony.

Film niesie jednak pewną nadzieję. Burmistrz Esens, miasta w którym po wojnie spokojnie sobie żył i pracował Dieken, zdaje się być autentycznie przejęty historią Ulmów i rolą w niej dawnego mieszkańca swojej miejscowości. Mówi: „film się kończy, ale zaczyna się coś nowego”. Myślisz, że naprawdę zacznie się coś nowego?

Jestem tego aktywnym uczestnikiem. Burmistrz wraz z żoną byli zaproszeni na uroczystości beatyfikacyjne rodziny Ulmów. Przyjechali, opiekowałem się nimi przez cały ten czas. Później udało się nam, wspólnie z Muzeum im. Rodziny Ulmów, zaprosić dużą delegację niemieckich samorządowców do Markowej i do nawiązania kontaktów ze społecznikami,  władzami powiatu łańcuckiego i samej Markowej. Doszło do tego w tym roku, 24 marca, w 80. rocznicę morderstwa rodziny Ulmów. Teraz z kolei przedstawiciele społeczników z Markowej zostali zaproszeni do Esens, właśnie po to by dalej nawiązywać różnego rodzaju kontakty, które zbliżą obie społeczności. I być może zasiane w ten sposób ziarenko, w którymś momencie przyniesie nieoczekiwany plon. Tak w każdym razie byśmy chcieli, aby w tę stronę ta historia, już poza ekranem, poszła i rozwijała się na spokojnie, bez kamer, bez dziennikarzy, ale na poziomie takim najbardziej wartościowym.  Zaczęły zawiązywać się relacje między Polakami a Niemcami, połączonymi pewną historią, od której obie społeczności chciałyby się odbić w jakąś pozytywną działalność. I to się dzieje.

Może takie relacje między małymi społecznościami, to  jest najlepsza droga do nawiązania uczciwych, opartych na prawdzie, stosunków między Polakami a Niemcami i bardziej skuteczny sposób niż deklaracje i działania polityków?

To co myśmy zaczęli, to pewna pionierska droga. Nie jestem przekonany, która jest lepsza, raczej uważam, że takie rzeczy powinny się dziać na różnych poziomach. Jedno jest pewne, my zmierzamy w takim kierunku, aby po pierwsze Niemcy lepiej nas rozumieli,  po drugie zobaczyli swoją rolę w okresie II wojny światowej, a po trzecie mieli świadomość, że rachunek krzywd nie jest zamknięty i w tej sytuacji należy nam się zadośćuczynienie z ich strony. Nie silimy się w tych naszych kontaktach, aby ogólnie poprawić stosunki polsko-niemieckie i wejść na to wysokie C, tylko żeby zawiązało się coś dobrego między dwoma lokalnymi społecznościami, które w jakiś sposób związane są tragedią rodziny Ulmów.

Czy tablica informująca o tym kim naprawdę był Eilert Dieken, którą przekazałeś burmistrzowi Esens, wisi w tym mieście?

Jeszcze nie. Jest obietnica, że powieszą ją w trakcie przyjazdu naszej delegacji do Esens.

Rozmawiał Jacek Karolonek

 

Maciej Chłopicki z Nagrodą im. Kazimierza Dziewanowskiego

Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego w 30. Edycji Konkursu Nagrody SDP przyznawaną za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie  otrzymał  Maciej Chłopicki za reportaż „Andrzej Poczobut”, pokazany w TVP INFO.

II Nagroda

Grzegorz Adamczyk i Tomasz Grzywaczewski – „Polska z oddali”, TVP INFO

Wyróżnienia

Jakub Kowalski – „Pan Musa, czyli rodzina na swoim”, Tygodnik TVP

Mariusz Pilis – „Legion Braci”, TVP INFO

Olga Doleśniak-Harczuk i Antoni Opaliński – „Czerwona Diwa, która mówi, jak AfD. Kto się boi Sahry Wagenknecht”, Tygodnik TVP

Joanna Sikora – „Przy swoim”, Polskie Radio Białystok

Pierwsza Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego dla Stefana Truszczyńskiego

Stefan Truszczyński za tekst „Hel jest hen albo może i dalej”, opublikowany na portalu SDP.PL, został w 30. edycji Konkursu Nagrody SDP laureatem pierwszej Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego przyznawanej za dziennikarstwo ekonomiczne.

II Nagroda

Karol Wasilewski – „Wojna wojną, a zarabiać na ropie i gazie trzeba. Rosyjsko-ukraińskie interesy kwitną”, Tygodnik TVP

Wyróżnienie

Barbara Sułek-Kowalska – „A ja czekam na atom”, Tygodnik TVP

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wydali gen. Roweckiego agenci Gestapo, potem UB

30 czerwca 1943 r. Komendant Główny Armii Krajowej generał Stefan Rowecki został aresztowany na ul. Spiskiej w Warszawie. Do dziś krąży wersja, że „Grot” wpadł wskutek niemieckiego nasłuchu, zainstalowanego w konspiracyjnych lokalach AK. Faktycznie wsypała go trójka zdrajców.

4 lipca 1943 r. Polaków spotkał drugi poważny cios – w Gibraltarze zginął generał Władysław Sikorski, premier rządu RP na uchodźstwie, Naczelny Wódz. Coraz więcej faktów potwierdza ustalenia, że Sikorski wcale nie zginął w wypadku lotniczym, gdyż takiego w ogóle nie było, ale został zamordowany. Wróćmy jednak do historii zakapowania generała „Grota”.

Emigracyjny historyk Tadeusz Żenczykowski w książce „Generał Grot u kresu walki” przybliża nam tamte wydarzenia: „Wszystkie poprzednie, długotrwałe usiłowania Gestapo trafienia na ślad „Grota” zawodziły. Głównym powodem była niemożność znalezienia informatorów w aparacie organizacyjnym Komendy Głównej AK lub wprowadzenia do tego środowiska własnych agentów. Sytuacja zmieniła się gwałtownie po aresztowaniu w kwietniu 1942 r. młodego i sprawnego w swej działalności pracownika wywiadu AK, Ludwika Kalksteina.”

Kalkstein wpadł w ręce Gestapo w „kotle” konspiracyjnego lokalu. W ciągu kilku miesięcy pobytu w więzieniu – z własnej woli, bez przymusu – oświadczył najpierw, że czuje się Niemcem i wpisano go na Volkslistę, a następnie został agentem Gestapo. Jego zadaniem było rozpracowywanie Armii Krajowej. Aby ułatwić mu zadanie Niemcy rozpuścili wersję o jego śmierci.

Trójka renegatów

Kim był Ludwik Kalkstein? Urodzony w 1920 r., był potomkiem spolszczonej rodziny pruskiej. Jego protoplasta, Krystian Ludwik Kalkstein, w XVII wieku został stracony w Królewcu za ucieczkę z Prus i działalność przeciwko elektorowi pruskiemu na rzecz Polski (wątek ten był zresztą kanwą serialu telewizyjnego „Czarne chmury”).

W 1940 r. Ludwik Kalkstein wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i trafił do grupy wywiadu Armii Krajowej „Stragan”. Odnosił błyskotliwe sukcesy, czego dowodem był Krzyż Walecznych, awans na podporucznika i stanowisko dowódcy siatki wywiadowczej „H” (od pierwszej litery jego pseudonimu „Hanka”). Była to specjalna, licząca około 300 osób grupa, podlegającej „Straganowi”.

Do współpracy z Niemcami Kalkstein namówił swych poprzednich współpracowników z AK, którzy uniknęli „wsypy”: ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Blankę Kaczorowską, ps. „Sroka” i szwagra Eugeniusza Świerczewskiego, ps. „Gens”. Ten ostatni, przedwojenny major rezerwy i krytyk teatralny, był żołnierzem II Oddziału (wywiadu) Komendy Głównej AK.

Bohdan Urbankowski w swojej „Czerwonej mszy” napisał, że Świerczewski „za cenę zwolnienia z getta donosił na Polaków i wyszukiwał Żydów ukrywających się na aryjskich papierach”.

Przełożonym trójki agentów był SS Untersturmfuhrer Erich Merten z warszawskiego Gestapo. Agentom postawiono dwa główne zadania:

1) wytropienie i doprowadzenie do ujęcia „Grota”,

2) wydanie w niemieckie ręce kierownictwa i sieci organizacyjnej wywiadu AK.

W rezultacie – jak pisze Irena Rowecka-Mielczarska w książce „Ojciec. Wspomnienia córki gen. Stefana Grota-Roweckiego” – „Ta dobrana trójka renegatów spowodowała śmierć kilkuset Polaków zakatowanych w Gestapo czy zamęczonych w obozach koncentracyjnych”.

Tadeusz Żenczykowski pisze, że ofiarą działalności agentów „padło przeszło 200 osób z wywiadu AK, a wśród nich dwaj kolejni szefowie Oddziału Wywiadowczego Sztabu Komendy Głównej AK: podpułkownik Wacław Berka (ps. „Brodowicz”) i podpułkownik Witold Drobik (ps. „Dzięcioł”) – aresztowani w drugiej połowie 1943 r. i później zamordowani przez Gestapo”.

„Gens” na tropie

Wróćmy jednak do tragedii gen. „Grota”. Świerczewski, jako jedyny z owej trójki agentów, znał gen. Roweckiego z okresu przedwojennego. Irena Rowecka pisze: „Gens” znał Ojca z wojny 1920 roku, bo obaj służyli wtedy w armii generała Szeptyckiego. Świerczewski był tam podoficerem oświatowym”. Roweckiego widywał również później, kiedy generał kierował Instytutem Naukowo-Wydawniczym.

Tadeusz Żenczykowski: „Ponaglany przez Mertena i działający w myśl wskazówek Kalksteina, starał się wypatrzeć w Warszawie „Grota”, lub zdobyć informacje, w jakich dzielnicach miasta jest najczęściej widywany.

Nigdy zapewne nie będzie wiadomo, czy Świerczewski dowiedział się, że generał Rowecki nocuje teraz na Powiślu, na konspiracyjnych kwaterach, z których jedna była przy ulicy Leszczyńskiej, a druga przy ulicy Topiel, czy też zwykły przypadek zrządził, że rankiem 30-go czerwca rozpoznał z daleka Generała, idącego ulicą Solec. Nie można również wykluczyć, że już poprzednio – w ramach swych czynności tropicielskich – zdołał zauważyć, że „Grot” bywa nieraz na Powiślu i dlatego przeprowadzał rozpoznawcze wędrówki w godzinach porannych przypuszczając, że o tej porze „Grot” może wyruszać na spotkania służbowe w innych dzielnicach miasta.

W tym pamiętnym dniu – jak wynika z dochodzeń „Oskara” (Bernard Zakrzewski, szef kontrwywiadu w II Oddziale Sztabu Komendy Głównej AK) – Świerczewski, zobaczywszy Generała, zaczął iść jego śladem. Gdy Generał wsiadł do tramwaju na moście Poniatowskiego, Świerczewski wskoczył do drugiego wozu. Starannie się ukrywając, wysiadł – zaraz po nim – na przystanku przy rogu Raszyńskiej i Grójeckiej i nadal, z bezpiecznej odległości, śledził wszystkie dalsze kroki aż do chwili, gdy ujrzał jak „Grot” wchodzi do jednego z domów przy ulicy Spiskiej. Wiedział, że każda minuta jest cenna i w pośpiechu nie mógł sprawdzić dokładnie numeru domu, w którym znalazł się Generał. Ruszył czym prędzej do telefonu…”.

Kluczową rolę Eugeniusza Świerczewskiego w rozpracowaniu gen. „Grota” potwierdzają zeznania gestapowców (Alfreda Milke i Ireny Chmielewiczowej) w powojennych procesach w Polsce. Na niego wskazał również Kalkstein, choć jego zeznanie jest akurat mało wiarygodne, gdyż mógł w ten sposób zrzucić z siebie odpowiedzialność. Szef warszawskiego Gestapo Hahn kategorycznie stwierdził, że tym, który wykrył gen. Roweckiego na ulicy Spiskiej był Świerczewski, rozpoznając go jednocześnie na zdjęciu.

Z wyroku AK

Jakie były dalsze losy trójki renegatów? Wanda Ossowska, żołnierz AK, członek siatki „H” widziała Kalksteina w gmachu Gestapo w Alei Szucha, elegancko ubranego. Wiadomo, że formalnie przyjęto go do SS i walczył w czasie Powstania Warszawskiego przeciwko AK. Do końca niemieckiej okupacji pozostał pod opieką swoich mocodawców.

W 1944 r. cała trójka została zdemaskowana przez wywiad Armii Krajowej. Sąd Specjalny przy Komendzie Głównej AK skazał ich na karę śmierci. Schwytać udało się tylko Eugeniusza Świerczewskiego. W czerwcu 1944 r., po przesłuchaniu w suterenie przy ulicy Krochmalnej 74, w trakcie którego podobno nie ujawnił, że to on wydał „Grota”, ale przyznał się do wydania w ręce Gestapo swoich bezpośrednich przełożonych (wspomnianego już ppłka Drobika i mjra Pawłowicza); po odczytaniu wyroku został powieszony.

Również Blanka Kaczorowska do końca wojny pozostawała pod opieką Niemców. Podobno przed wykonaniem wyroku AK uratowała ją ciąża. Po 1945 r. jej małżeństwo z Kalksteinem rozpadło się. Oboje zacierali po sobie ślady, zmieniali nazwiska, powierzchowność i miejsca zamieszkania. Wszystko to z obawy przed zdemaskowaniem przez AK-owców, bo nowej, komunistycznej władzy nie musieli się obawiać. Ta otaczała ich parasolem ochronnym.

Tadeusz Żenczykowski: „Władze komunistyczne okazywały im poparcie, a tak podejrzliwie i wrogo wobec Akowców nastawione UB nie interesowało się oficjalnie ich wojenną przeszłością, o której bezpieka dobrze wiedziała”.

Ludwik Kalkstein przeniósł się na Ziemie Odzyskane, do Szczecina. Oficjalnie współpracował z miejscową rozgłośnią Polskiego Radia i lokalną prasą. Jako Wojciech Świerkiewicz pisywał książki marynistyczne i dla dzieci.

Blanka Kaczorowska ukończyła w Łodzi studia i – za wiedzą i aprobatą ówczesnego ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego – podjęła pracę w Państwowym Instytucie Sztuki.

Pod opieką bezpieki

Kalkstein-Świerkiewicz został w końcu rozpoznany na jednej z ulic Szczecina przez żołnierzy AK. W 1954 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie sądził go z dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców narodu polskiego”, za co kara była jedna – wyrok śmierci. (Na mocy tego samego dekretu o faszyzacji twórca i szef „Kedywu” AK gen. August Emil Fieldorf został skazany na karę śmierci, którą 24 lutego 1953 r. wykonano).

Inaczej było z agentem Gestapo Ludwikiem Kalksteinem, który dostał dożywocie. W 1956 r. dziwnym trafem objęła go amnestia, skracając odsiadkę do dwunastu lat. W końcu, już po dziesięciu latach, w 1965 r. „warunkowo” wyszedł na wolność. Dlaczego? Gestapo przecież już nie czuwało, ale tym razem czuwała… bezpieka. Nie wiadomo tylko, czy było to UB, czy NKWD.

Irena Rowecka pisze: „Opowiadano mi, że dosięgła go ‘prywatna kara’: w ciemni pomorskiej rozgłośni ktoś zmasakrował mu twarz”.

Blankę Kaczorowską rozpoznano w 1952 r. Ten sam Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1953 r. skazał ją również na dożywotnie więzienie. „Ludowe” prawo – podobnie jak w przypadku Kalksteina – okazało się łaskawe. Najpierw uzyskała zmianę kary na piętnaście lat, potem na dziesięć. Już po pięciu latach, w 1958 r. Kaczorowska została zwolniona z odbywania reszty kary i opuściła więzienne mury. Korzystając ze wsparcia UB, albo nawet NKWD – wyjechała za granicę, gdzie mieszkała do swojej śmierci w 2002 r. Jeszcze w latach 80., jako pracownica „Orbisu”, działała na rzecz komunistów na terenie Francji i Niemiec.

Jakie było uzasadnienie wyroku na Kaczorowską? Zdaniem Sądu Wojewódzkiego „oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które – jak wiemy obecnie – współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciwko większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie, w której to walce przewodziła Polska Partia Robotnicza. (…) Wiadomo jest, że AK wydała w ręce Gestapo najlepszych patriotów polskich. A ludzie tego rodzaju co Blanka Kaczorowska była przez nich wykorzystana do swoich niecnych celów, czyniąc z niej zdrajcę Narodu Polskiego”.

Na rozkaz Himmlera

Generał Stefan Rowecki „Grot” zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Po aresztowaniu na ul. Spiskiej zakuty w kajdany został przewieziony do siedziby Gestapo na Szucha, a następnie przetransportowany samolotem do Berlina. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie trzymano go w ścisłej izolacji.

Po informacji o wybuchu Powstania Warszawskiego Heinrich Himmler nakazał zamordować gen. „Grota”. Według współczesnych ustaleń komendant Główny Armii Krajowej zginął w Sachsenhausen między 2 a 7 sierpnia 1944 r.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Budujemy mosty… z dziurą (po Wehrmachcie)

„Mosty muzyczne” – pod takim szczytnym hasłem krótkie tournee artystyczne w Polsce (Łódź, Wrocław) odbyła orkiestra symfoniczna z niemieckiego miasta Chemnitz. Koncert w Filharmonii Łódzkiej (11 czerwca) był w szczególny sposób dedykowany naszemu miastu, które od dokładnie półwiecza jest miastem partnerskim Chemnitz. Choć wtedy, kiedy partnerstwo się rodziło, nazywało się Karl-Marx-Stadt (tak w latach 1953–1990) i znajdowało się w nieistniejącym już państwie – Niemieckiej Republice Demokratycznej.

Przypominam trochę historii, bo tak jakoś się układa, że niezależnie od sztuki, jak najlepszych chęci i intencji, przeszłość, choćby nie wiem jak przykryta, wylezie. Nawiasem mówiąc dziś Filharmonia Łódzka im. Artura Rubinsteina formalnie nie jest instytucją samorządu miejskiego, więc oczywiście nie tylko prezydent miasta, ale nikt z prominentnych miejskich urzędników wydarzenia obecnością swą nie zaszczycił, spuszczając ten splendor na personę w randze wicedyrektora wydziału urzędu miasta. W ten sposób sami sobie strzelili w stopę, a przede wszystkim stracili szansę wysłuchania jednego z najlepszych koncertów. Choć wątpię, czy dla kogoś z tego akurat kręgu ma to znaczenie.

Muzycy Robert-Schumann-Philharmonie, założonej w 1833 roku, zaprezentowali się bowiem znakomicie. Specjalnie dla łódzkiej publiczności przypomnieli dwie kompozycje twórców łódzkich, o których miasto pamięta i którymi się szczyci. Wykonano więc Uwerturę na orkiestrę symfoniczną Grażyny Bacewicz a także Symfonię nr 3 (Symfonię koncertującą) Aleksandra Tansmana. Clou programu stanowiła V Symfonia Antona Brucknera. Wielką orkiestrą, z którą wystąpił także (w utworze Tansmama) Faure Quartett, dyrygował młody, energiczny, pewny siebie, po prostu w całości oddany muzyce, Elias Grandy. Koncert był wydarzeniem nie tylko dlatego, że niezbyt często gościmy, w Łodzi zwłaszcza, tej klasy muzyków, ale też z uwagi na zaprezentowany repertuar przypominający nam naszych twórców, których do swojego repertuaru włączyli niemieccy muzycy.

I wszystko naprawdę pięknie, by nie rzec wspaniale wyglądało i brzmiało, co najwazniejsze, gdyby nie pewien szczególik, w dodatku bez wpływu na jakość koncertu. Ale skoro się pojawił, to teraz o tym, co mnie zbulwersowało. Niemieccy goście przygotowali nie tylko wspaniały repertuar, ale też wydrukowali program opisujący dokładnie i ze szczegółami wykonywane utworzy oraz ich twórców.

Program starannie opracowany dwujęzyczny polsko-niemiecki bez błędów językowych w polskiej wersji (co czasami się zdarza, mimo najlepszych chęci). I w tym programie w życiorysie Grażyny Bacewicz, napisano: „Jednym z najpopularniejszych i najbardziej porywających utworów Bacewicz jest krótka, trwająca  niecałe sześć minut uwertura, którą napisała w 1943 roku, gdy Polska była jeszcze pod okupacją niemieckiego Wehrmachtu.” Specjalnie podkreśliłem ów fragment, bo nie mogę wyjść z podziwu, co jeszcze można napisać będąc Niemcem o niemieckiej okupacji Polski. Słyszałem już, najczęściej zresztą, o wstrętnych nazistach, co najechali, podbili i okupowali nasz kraj. O zbrodniczej Trzeciej Rzeszy. Ale Wehrmacht jako okupant? W 1943 roku trwały przecież uporczywe boje na wschodzie między Rzeszą a ZSRR – kto więc je prowadził, jeśli Wehrmacht zajęty był okupowaniem Polski?

Cóż, pastwienie się nad ignorancją? czy złą wolą?  a może dobrą, bo jednak wspomniano o „niemieckim Wehrmachcie” do niczego nie prowadzi. Po prostu zwracam uwagę na jeszcze jedną odsłonę czy raczej próbę odsunięcia od Niemiec, a przede wszystkim od niemieckiego społeczeństwa, jakiejkolwiek odpowiedzialności za przeszłość. Była okupacja Polski? No była, ale odpowiada za nią nieistniejąca już formacja wojskowa, więc ewentualne żale (a zwłaszcza żądania odszkodowań) kierujcie gdzieś tam w przeszłość. Nawet nie na Berdyczów, bo tam jednak listy dochodziły. Ale to zupełnie inna przeszłość.