Zapach śmierci — 13. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Martwy mąż Natalii leżał na zrujnowanym podwórzu swojego domu ponad półtora miesiąca. Dopiero 21 kwietnia, już po wyzwoleniu Buczy, jego prochy zostały pochowane —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

3 marca 2022 roku, czwartek, Trasa Warszawska

3 marca 55-letni Tengiz Lanski został zatrzymany przez Rosjan na punkcie kontrolnym znajdującym się na „Warszawce”. Z charakteru obrażeń wynika, że został po prostu zastrzelony w cywilnym ubraniu. „Widziałem ciało” — mówi Artem, przybrany syn zmarłego. „Nie miał oczu… Nie wiem, co się stało, ale zginął od serii z karabinu maszynowego, głowa i klatka piersiowa były trafione kulami. Może nie powinienem tego mówić, ale cieszę się, że zginął natychmiast od serii z karabinu, że nie był torturowany… On i jego towarzysz Bushui zginęli razem. Przynajmniej zginął natychmiast od broni, jak wojownik”.

Tengiz był wojownikiem, żołnierzem. Z powodu rosyjskiej agresji przeniósł się z rodzinnej Gruzji do Ukrainy. Tutaj, po złożeniu przysięgi wierności nowej ojczyźnie, poszedł walczyć na Donbas. Chociaż, jak to mówią, nie kłaniał się kulom, przebywał na samym froncie — „na przedzie” — nie odniósł żadnych obrażeń… Po demobilizacji zajmował się biznesem, planował przyszłość. Ale życie miało swoje plany…

Po tym, jak Rosjanie 24 lutego zaatakowali Ukrainę na pełną skalę, Tengiz Lanski próbował dołączyć do obrony terytorialnej Kijowa, ale z jakiegoś powodu go nie przyjęto (prawdopodobnie z powodu zaawansowanego wieku — przyp. aut.). Wtedy, jak wspomina Artem, jego ojczym „pieszo dotarł do Buczy, bo mosty były już zniszczone. Zostawiłem mu tam swój samochód. Tutaj skontaktował się z miejscowymi żołnierzami ATO”. Co jednak stało się później, jakie zadanie wykonywał, już nigdy się nie dowiemy…

Dopiero w połowie kwietnia znaleziono zmasakrowane ciało Tengiza Lanskiego na Trasie Warszawskiej. Bohatera pochowano w Buczy 6 maja…

Borodzianka. „Koło” na Trasie Warszawskiej

W pierwszych dniach wojny rodzina Szyszków – 15-letnia Ania i jej rodzice – uciekając z Hostomela, uznała, że w Borodziance będzie bezpieczniej. Jednak doświadczenie z Doniecczyzny, skąd pochodzili, nie pomogło… Już rano 26 marca Rosjanie zaczęli wchodzić do miasteczka, niszcząc je i zabijając mieszkańców… Kolejne dni pokazały, jak wygląda Armagedon.

Szyszkowie, przetrwawszy w Borodziance najstraszniejsze dni, postanowili na własne ryzyko wyjechać z miasta zniszczonego przez naloty. 3 marca ich samochód wyjechał na „koło” na Trasie Warszawskiej, gdy nagle rozległy się wybuchy. Jak opowiadają świadkowie, ojciec dziewczynki został ranny w rękę, matka również odniosła obrażenia, a Anię odłamek trafił w płuca. Gdy dziewczynkę przewieziono do lokalnego szpitala, była przytomna i ciągle pytała pielęgniarkę: „Ciociu, czy będę żyła?”.

Operację Ani Szyszkin przeprowadził doświadczony lekarz, kierownik oddziału chirurgicznego Paweł Lisogor, który później z bólem przyznał: „Nie udało mi się jej uratować. To takie obrażenie, które było nie do pogodzenia z życiem…”.

Ania została pochowana na terenie szpitala, w pobliżu kostnicy. „Ja ją pochowałem” – opowiadał miejscowy mieszkaniec o imieniu Serhij Iwanowycz, który mieszka naprzeciwko szpitala. „Przyszedł lekarz. Powiedział, że trzeba pochować dziewczynkę. Dali mi łopatę, jeszcze dwóch chłopaków kopało grób. Potem przynieśli ją owiniętą w niebieski koc…”.

21 kwietnia ciało Ani wraz z szczątkami ośmiu innych osób zostało ekshumowane. Obecny przy tym 16-letni Iwan, uczeń liceum nr 4 w Buczy, opowiadał, że Ania uczyła się w klasie 10 „W”. Ledwo powstrzymując łzy, mówił o niej: „Piękna, dobra”.

Nieco później nauczyciel geografii i jej były wychowawca, Ołeksandr Titow, wspominał: „Była niezwykle radosna i prawdziwie uczciwa. Pomagała swojej przyjaciółce przygotowywać się do konkursu 'Miss szkoły’: ustawiała taniec i wymagała precyzyjnych ruchów. Żartobliwie nazywaliśmy ją producentką…”.

Bucza, ulica Jabłonska 282

Po tym, jak pojawiło się zagrożenie okupacją Buczy przez Rosjan, 61-letni Wasyl Mazniczenko stanowczo odmówił opuszczenia rodzinnego miasta i domu, który budował i urządzał przez dwadzieścia lat. Nie chciał też zostawić swoich puszystych ulubieńców – królików i innych zwierząt domowych…

Intensywne ostrzały na Szkłozawodskiej nasiliły się znacznie 3 marca, kiedy do tej części miasta zaczęły wchodzić rosyjskie oddziały okupacyjne. Aby nie znaleźć się pod ostrzałem, Wasyl postanowił schować się w piwnicy wykopanej na podwórzu. Nie zdążył jednak dotrzeć do schronienia – wróg zastrzelił go zaledwie kilka metrów przed nim. Wkrótce potem Rosjanie zniszczyli także dom rodziny Mazniczenko…

Ciało Wasyla leżało na zrujnowanym podwórzu. Jak pisała jego żona Natalia na Facebooku, „wszędzie na ulicach orkowie ostrzeliwują wszystkie domy z cywilami i nie pozwalają podjechać i zabrać ciał zabitych”.

Martwy mąż Natalii leżał na swoim zrujnowanym podwórzu ponad półtora miesiąca. Dopiero 21 kwietnia, już po wyzwoleniu Buczy, jego prochy zostały pochowane. „Pięćdziesiątego dnia w końcu mogliśmy pochować nasze Słoneczko, które zginęło z rąk faszystowskiej Rosji” – opowiadała zrozpaczona Natalia Mazniczenko. – „Nie wiem, jak mamy dalej żyć bez ciebie, bez twoich pracowitych rąk, bez twojego kochającego i dobrego serca… Wchodzisz na podwórze, do ogrodu, a gdziekolwiek nie stąpniesz – tam zapach śmierci… Bardzo boli… i bardzo strasznie…”.

Bucza, dzielnica Szkłozawodska

3 marca znajoma pracownica socjalna, mimo złego zasięgu, dodzwoniła się do swojej podopiecznej, emerytki o imieniu Kateryna Mychajliwna, która mieszkała w dzielnicy Szkłozawodskiej przy ulicy Hruszewskiego, i poinformowała ją, że w urzędzie miejskim można odebrać paczkę żywnościową. Ze względu na stan zdrowia starsza pani nie mogła dotrzeć do centrum Buczy, więc po pomoc humanitarną udał się ksiądz Prawosławnej Cerkwi Ukrainy Myron Zvaryczuk. On, przybywszy z obwodu iwanofrankiwskiego, służył w Soborze Michajłowskim i wynajmował pokój w Buczy, na Szkłozawodskiej, w skromnym domku babci Kateryny.

Jak podawała oficjalna strona Urzędu Miejskiego w Buczy, żołnierze podnieśli przy budynku urzędu flagę Ukrainy. Jednak tego samego dnia Rosjanie rozpoczęli okupację Buczy, wchodząc do miasta od strony Worzelu na Szkłozawodską i rozmieszczając sprzęt bojowy na ulicy Jabłonskiej.

Tymczasem Myron Jurijowycz, otrzymawszy paczkę z pomocą, wyruszył do domu. Aby skrócić drogę, przeszedł ulicą Deputacką, przekroczył przejazd kolejowy i ruszył ścieżką (o czym później poinformował jeden ze świadków) biegnącą obok cmentarza Jabłonskiego (ulica Jabłonska 99). Inny świadek opowiadał, że osoba przypominająca Myrona Zvaryczuka przechodziła obok jego domu, i gdy zobaczyła rosyjskich żołnierzy — zaczęła uciekać… Więcej nikt nie widział księdza.

Miesiąc później, gdy podkijowska Bucza została wyzwolona od Rosjan, przyjechali tam reporterzy z całego świata. Jednym z pierwszych do miasta dotarł amerykański fotograf Christopher Occhicone, który zrobił dla „Wall Street Journal” przerażające zdjęcie — ciało mężczyzny z raną postrzałową głowy leży w kanale garażu. „Prawdopodobnie najbardziej znaną i pierwszą zbrodnią wojenną, która zyskała rozgłos, było to, co wydarzyło się na ulicy Jabłonskiej” — wspominał Occhicone. „Poszliśmy do strefy przemysłowej z różnymi warsztatami. Pokazano nam — w kanale przeglądowym do samochodów leżał człowiek, który ewidentnie został stracony… Rany postrzałowe w głowę — to nie była osoba, która dostała się pod ogień krzyżowy, to była osoba, którą ewidentnie rozstrzelano i wrzucono tutaj. Na ziemi leżały dwie lub trzy łuski, więc to nie była strzelanina, to była egzekucja. To było jasne jak dzień — przynajmniej dla mnie i reportera ‘Wall Street Journal Bretta Forresta’, a także dla byłego brytyjskiego komandosa, który był z nami… Z wszystkich ludzi, których tam widzieliśmy zabitych, ten poruszył mnie szczególnie, bo przypomniał mi mojego ojca… Tata jest mechanikiem samochodowym. A ten człowiek był w jego wieku. To mnie bardzo poruszyło.

Tego mężczyznę ostatni raz widziano 3 lub 4 marca. My widzieliśmy go 3 kwietnia, czyli miesiąc później. Możecie sobie wyobrazić stan ciała. Było zgniłe, całkowicie zgniłe i spuchnięte. To było straszne. W rzeczywistości tylko dzięki jego tatuażowi i kurtce udało nam się go zidentyfikować. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów ani rzeczy osobistych”.

Tymczasem syn Zvaryczuka, Wołodymyr, nieustannie poszukiwał ojca. W końcu skontaktował się z deputowaną Buczy, Kateryną Ukrainscewą. Kobieta wspominała: „Zwrócił się do nas syn Zvaryczuka Myrona Jurijowycza – Wołodymyr. Niestety, pierwsze zeznania, które udało nam się uzyskać od mieszkańców ulicy Jabłonskiej, zasugerowały nam, że ciało znalezione w kanale warsztatu samochodowego na tej samej ulicy, może okazać się ciałem Myrona Jurijowycza”.

Śledztwo zatroskanych poszukiwaczy trwało, aż w Wielkanoc, 24 kwietnia, syn rozpoznał ojca na zdjęciu opublikowanym przez jedną z kijowskich kostnic, gdzie przetrzymywano ciała niewinnych ofiar — dzięki tatuażowi i krzyżykowi na szyi.

Jak poinformowała Kateryna Ukrainscewa, „przyczynę śmierci potwierdził patolog w kostnicy. To była seria z karabinu w tułów i głowę. Ponieważ otwory były w potylicy, znaczy że strzelano z tyłu…”

Teraz „ważne było znalezienie miejsca zabójstwa”. I wtedy przydało się zdjęcie zrobione przez Christophera Occhicone. Deputowana opowiada, że poszukiwacze „udali się na miejsce, gdzie Chris zrobił zdjęcie. Garaż, w którym najprawdopodobniej zabito Myrona Jurijowycza, był zamknięty. Ale spotkaliśmy tam jeszcze świadków, którzy powiedzieli, że pod ciałem była krew, a obok garażu — dużo łusek kalibru 5.45”.

Sam amerykański fotoreporter dodaje: „Okazało się, że to zdjęcie pomogło im znaleźć ojca, inaczej nie znaleźliby ciała. Kiedy byliśmy tam, w Buczy, zbierając jego rzeczy, chcieli zobaczyć, gdzie go znaleźliśmy. Udaliśmy się na to miejsce, zaczęliśmy się rozglądać i znaleźliśmy mnóstwo spalonych rzeczy… Znaleźliśmy spalony paszport, spalone pieniądze, jego klucze od samochodu stopiły się, a także jego powerbank, telefon”. Znaleziono również drugi krzyżyk Myrona Jurijowycza, który rozpoznał jego syn.

Ojca Myrona pochowano w rodzinnym sołectwie. Christopher Occhicone z bólem opowiadał, że z Kijowa „zabrano ciało i pojechano do wsi Rosilna pod Iwano-Frankiwskiem. Naprawdę nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Wiejski pogrzeb. Dwie godziny w domu jego siostry, potem godzina na ulicy, następnie ruszyliśmy do cerkwi, zatrzymując się co sto metrów, jakby cała wieś brała udział w procesji. To było bardzo poruszające. Potem do cerkwi, jeszcze dwie godziny w cerkwi, a następnie procesja ruszała i co sto metrów zatrzymywała się na modlitwę. To było, nie wiem, osiem godzin pogrzebu… Chciałbym wam powiedzieć, że to był koszmar, po prostu to wszystko zobaczyć, ale to nie był sen…”.

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Co ma Wołyń do Jedwabnego?

W kontekście kolejnej rocznicy zbrodni w Jedwabnem (10 lipca 1941 r.) lewacy lansują tezę, że tak znienawidzone przez nich środowiska patriotyczne celowo pomijają tę rzekomo polską akcję eksponując ludobójstwo wołyńskie. „Wołyń dla Polaków to przykrywka, za którą chcą schować Jedwabne” – stwierdził wprost dziennikarz Tomasz Lis. Tylko co ma piernik do wiatraka?

Jedwabne i Wołyń łączy równoległość rocznicowych dat, bo krwawej niedzieli na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści dokonali 11 lipca, z tym, że dwa lata po Jedwabnem, w 1943 r. Łączy również to, że ofiarami obu zbrodni byli obywatele nieistniejącej wówczas, okupowanej Rzeczpospolitej. A pomysłodawcami w jednym przypadku Niemcy (Jedwabne), w drugim Ukraińcy (Wołyń).

Ale lewakom nie o takie analizy chodzi, tylko o wyeksponowanie Jedwabnego kosztem Wołynia. Wyeksponowanie i dalsze zakłamywanie twierdzeniami, że to była zbrodnia polska.

Zbiorowa histeria

A jakie są fakty, historyczne ustalenia? Wbrew twierdzeniom Lisa, których ojcem chrzestnym jest J. T. Gross (książka „Sąsiedzi”), że mordu na jedwabińskich Żydach dokonało polskie społeczeństwo, wiemy, że Niemcy nie tylko inspirowali mord, ale również brali w nim bezpośredni udział. Obecne tezy wpisują się zatem w zbiorową histerię, rozpętaną przed laty przez media. Przypomnijmy.
To przede wszystkim „Gazeta Wyborcza”, której wtórował tygodnik „Wprost”. W jednym z tekstów J. S. Maca czytaliśmy: „Polacy ze swą ksenofobią i nigdy nie wyplenionym antysemityzmem pasują do wschodnioeuropejskiego otoczenia”, „Kres zbrodniom (Polaków na Żydach) z reguły kładli Niemcy, jeżeli uznali, że na razie wystarczy”.

Tymczasem choćby dokumenty z archiwum instytutu badania zbrodni nazistowskich w Ludwigsburgu potwierdziły znane wcześniej informacje, że w latach 1968 i 1974 Niemcy prowadzili dwa dochodzenia w związku ze zbrodniami popełnionymi w 1941 r. w okręgu białostockim. I choć oba zostały umorzone, jeden z przesłuchiwanych świadków zeznał, iż „jest faktem, że to Niemcy spalili Żydów w wymienionej stodole (w Jedwabnem)”. Autor „Sąsiadów” w ogóle nie wykorzystał niemieckiej dokumentacji, twierdząc, że nie ma tam żadnych wzmianek o Jedwabnem. A ta jest istotna dla sprawy.

„Inscenizowanie samooczyszczenia”

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich we wspomnianym już Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 r. wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner, dowódca Einsatzkommando Białystok (Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

Dokumenty niemieckie wyraźnie sugerują hitlerowską prowokację. 29 czerwca 1941 r. szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej. O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.

Michnik i Piekarz

„Gazeta Wyborcza”, po cyklu artykułów afirmujących „Sąsiadów”, też złagodziła swoje stanowisko w sprawie mordu. Piotr Pacewicz przyznał, że książka Grossa zawiera „nieścisłości”, a Adam Michnik w tekście pt. „Szok Jedwabnego” napisał: „kto próbuje wyabstrahować zbrodnię w Jedwabnem z kontekstu epoki, kto próbuje na podstawie tej zbrodni dokonywać uogólnień i twierdzić, że tak właśnie zachowywali się tylko Polacy i wszyscy Polacy, ten dopuszcza się kłamstwa równie ohydnego jak wieloletnie kłamstwo o zbrodni w Jedwabnem”. Zabawne, że Michnik krytykował Grossa.

Znamienny był też wywiad w „Rzeczpospolitej” z mieszkającym przed wojną w Jedwabnem Jakubem Piekarzem (żył w Stanach pod zamerykanizowanym imieniem i nazwiskiem Jacob Baker i był rabinem). Uważał on, że większość mieszkańców Jedwabnego nie uczestniczyła w zbrodni: „Oni byli porządni, byliśmy dobrymi sąsiadami, przyjaciółmi. (…) Jedynie grupa zwyrodnialców oraz chuligani z okolicznych wiosek, których zauroczyła chęć zagrabienia żydowskiego mienia. (…) Działali pod wpływem Niemców, byli otumanieni hitlerowską propagandą”.

Grodno

Historycy zwracają uwagę, że wyjaśnienia mordu w Jedwabnem i okolicy należy szukać również w stosunku części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na to, iż były one odwetem za kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno. Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale zjawisko dywersji trwało przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen, a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Kampania nie słabnie

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939 r., w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach. Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom. Po wejściu na te tereny Niemców wystarczyło, żeby nowy okupant w jakiś sposób zachęcił do rozprawy z Żydami, czy nawet dał ludności polskiej wolną rękę.

Wbrew faktom kampania przeciwko Polakom jednak nie słabnie. Ponieważ z Jedwabnem sprawa okazała się skomplikowana, wyciągnięto przykład sąsiedniej wioski – Radziłowa. Tam też w podobnym czasie doszło do zbrodni na Żydach. Zbrodni inspirowanej przez Niemców. A współcześni inspiratorzy wszczynania kolejnych awantur wokół rzekomo polskich zbrodni najwyraźniej liczą na to, że może gdzie indziej uda się wykazać polskie sprawstwo, a potem… odzyskać utracone w Polsce mienie.

WALTER ALTERMANN: Zaskoczenia, czyli zamiast broni ruch na świeżym powietrzu

Teoria powiada, że czym dłużej człowiek żyje, tym trudniej jest go czymkolwiek zaskoczyć. A mnie  jednak ciągle coś zaskakuje. Najczęściej wprawia mnie w zdumienie zwyczajna ludzka głupota, a ściślej biorąc jej nieskończone pokłady oraz bogactwo spraw, które tak dynamicznie opanowuje.

W naszych stacjach telewizyjnych zaraz po zamachu na Donalda Trumpa objawiło się bardzo wielu  mężczyzn, którzy mieli bardzo wiele do powiedzenia na temat tego zamachu i zamachów w ogóle. Pojawili się wśród nich byli oficerowie naszych służb zajmujących się ochroną Vipów. Byli dziennikarze, których pobudzają wszelkie formy broni, byli działacze rozmaitych stowarzyszeń strzeleckich.

Fachowcy od amatorskiego strzelania

I wszyscy oni mieli bardzo dużo do powiedzenia na temat tego zamachu, choć żaden z nich akurat wtedy na miejscu zamachu, ani w ogóle w USA, nie był.

Wszystkich ich jednak przebił prezes jednego z polskich stowarzyszeń strzeleckich. Nazwy stowarzyszenia i nazwiska prezesa nie zdążyłem zapisać. Ów prezes zaczął od tego, że jego zdaniem zamachu dokonał amator. Następnie prezes dość długo zachwalał strzelectwo jako sport i jako bardzo relaksujące zajęcie. Oczywiście – według prezesa – nie należy zapominać, że obywatele potrafiący celnie strzelać mogą być znaczącym elementem naszej armii, gdyby co do czego. Uważał także, że w Polsce jest za mało broni wśród obywateli, a tylko znaczące jej ilości w prywatnych domach są gwarancją spokoju w czasie zwykłym oraz pokoju (czyli naszego zwycięstwa) w czas wojny.

„Żądamy dłuższych strzelnic”

Zwrócę Państwa uwagę, że takie myśli naszły prezesa związku strzeleckiego w momencie, w którym dowiedział się, że kandydata na prezydenta USA chciał zabić strzelec-amator. Gorzej, bo prezes stwierdził także, że największym problemem naszych strzelców jest za mało strzelnic, szczególnie ty długich. No, takich na 200 metrów, bo z takiej odległości (mniej więcej) strzelał zamachowiec w Butler.

Czyli, prezes sugerował, że – niestety – nie dorastamy jeszcze cywilizacyjnie do USA, gdzie długich strzelnic jest pełno. A tylko trening na strzelnicach długich gwarantuje dobre przygotowanie strzelca.

Dawno nie spotkałem się z takim idiotyzmem, nietaktem i hucpą, żeby ktokolwiek – w momencie tak przerażającej informacji – domagał się lepszego szkolenia strzelców-amatorów. Bo jednak ów zamachowiec nie trafił. Prezes tego nie powiedział, ale tak wyszło. A najgorsze, według niego, jest to, że nie stać nas na wytrenowanie porządnego zamachowca, bo mamy za krótkie strzelnice…

No i jeszcze to żądanie większej liczby broni wśród polskich cywilów w momencie, gdy wszystkie zamachy na świecie z użyciem broni (najwięcej w USA) dokonywane są właśnie z broni „wielbicieli strzelectwa”. Żal panu prezesowi, że jesteśmy tak zapóźnieni. Uważam, że prezesem powinni się zainteresować urzędnicy, którzy wydają pozwolenia na posiadanie broni. Po to, żeby mu takie pozwolenie cofnąć. I skierować do psychiatry.

Czy myśliwi i strzelcy amatorzy pomogą naszej armii?

Wróćmy do stwierdzenia prezesa, że strzelcy amatorzy i myśliwi mogą wzmocnić naszą armię. Ostatni taki przypadek wystąpił w wojnie trzynastu kolonii Ameryki Północnej o zrzucenie zwierzchności brytyjskiej. Dziś nazywa się tę wojnę Rewolucją Amerykańską w latach 1775–1783.

Wtedy Amerykanie powołali pod broń głównie farmerów, którzy świetnie strzelali, by zdobywać mięso i bronić się przed Indianami oraz rabusiami. Wszyscy wówczas używali broni skałkowej, która nie była zbyt celna, więc liczyło się doświadczenie i dobre, wytrenowane oko.

Potem, już na polach bitew, dominowały regularne armie, w których szkolenie sprawnego żołnierza wymagało kilkunastu lat. A dzisiaj na wychowanie i wyszkolenie żołnierza trzeba dwóch, trzech lat w służbie, w jednostkach wojskowych. Nie w lesie, ani na strzelnicy. A tu prezes strzelców-amatorów sugeruje, że jego ludzie mają dużą sprawność bojową. Przecież najczęściej są to podtatusiali osobnicy, którzy dla dodania sobie wigoru (który maleje u mężczyzna z biegiem lat) szpanują przed kolegami strzelaniem do tarczy, lub zwierzyny łownej.

Co do tego wigoru, gdyby się ktoś miał się obrazić… może bywają panowie z dużym temperamentem, ale normalnie jest tak, jak pisał Aleksander Fredro:

Choć i starość bywa żwawa

Wżdy wiek młody ma swe prawa

To tak jakby w wyścigach formuły I startowali panowie pod czterdziestkę, ze znakomitą znajomością jazdy miejskimi samochodami po autostradach do 120 km/godzinę. Byłyby to z pewnością wyścigi widowiskowe, bo zderzeń, uderzeń w bandy i dachowań by nie zabrakło. Oraz ofiar.

Niestety i u nas lobby sprzedawców broni coraz głośniej wmawia nam wszystkim, że ich (wątpliwe) hobby ma znaczenie dla obronności kraju. Teraz jeszcze żaden kolejny rząd nie dał się ogłupić i nie dopuszcza, żeby w co drugim polskim domu (jak w USA) znajdowała się broń palna.

I tak trzymać, jeśli nie chcemy zasłynąć w świecie zamachami – tak co do liczby, jak ważności celów. Naród u nas  pobudliwy i gorączkowy, szybciej działa niż myśli, więc lepiej niech będzie nieuzbrojony. Karabiny niech będą wojsku, a rozpolitykowanym nadmiernie rodakom zostawmy drzewca transparentów. I niech manifestują. Manifestacja uliczna to także ruch, a ruch to zdrowie.

 

WALTER ALTERMANN: „Zaćma” – łaska dla krwawej Luny?

W TVP Kultura obejrzałem film „Zaćma”. Autorem scenariusza i reżyserem jest Ryszard Bugajski. Film miał premierę w 2016 roku i uznany został za dzieło wybitne. Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie.

Pan Bugajski kolejny raz wziął na warsztat ponure czasy stalinizmu w Polsce. Dwa z jego poprzednich  jego filmów, rozgrywały się w tamtych czasach i przyniosły mu sukces. Być liczył, że i tym razem będzie dobrze.

Scenariusz

Bohaterką filmu jest Julia Brystygierowa, przedwojenna jeszcze komunistka, po wojnie zasiadająca w najwyższych władzach ówczesnej Polski. Niechlubnie zasłynęła jako okrutna zbrodniarka Urzędu Bezpieczeństwa. Była katem dla ludzi opozycji, których maltretowała i skazywała na śmierć. Dosłownie, nie w przenośni. Była też dobrze wykształconą intelektualistką, a na stare lata została katoliczką.

Zbrodniarz na piedestale

I ta metamorfoza Brystygierowej tak zafascynowała p. Bugajskiego, że nie dostrzegł niebezpieczeństw uczynienia z niej głównej bohaterki filmu. Postać Brystygierowej i jej losy mają dowieść wyższości religii rzymsko-katolickiej nad komuną. Tym samym film jest – niezamierzenie – śmieszny. Bo trochę za łatwe to zadanie. Niezamierzona śmieszność zamiast zamierzonej tragedii… To już poważny zarzut.

Scenarzysta z tragedii narodu, jaką były zbrodnie UB, zrobił film o wyższości szukania pociechy w Bogu. Niby w porządku. Dostojewskiemu w „Zbrodni i karze” chodziło o to samo, ale Dostojewski ukazuje nam zbrodnię indywidualną, jego Raskolnikow nie jest agentem żadnych sił politycznych. Niby drobna różnica, ale jednak zasadnicza.

Jeżeli p. Bugajski chciał stworzyć opowieść o grzechu i odkupieniu, to poniósł sromotną porażkę. Z życia Brystygierowej i z filmu p. Bugajskiego wynika bowiem, że jest ona osobowością głęboko psychopatyczną, która żąda i oczekuje od świata zrozumienia i bezwarunkowego wybaczenia, lepiej powiedzieć zapomnienia. Nie dając jednak światu najmniejszego powodu do współczucia.

Nie każdy może oczekiwać łaski

W rygorach Kościoła rzymsko-katolickiego znajdziemy pięć warunków spowiedzi przed księdzem:

  1. Rachunek sumienia.
  2. Żal za grzechy.
  3. Mocne postanowienie poprawy.
  4. Wyznanie grzechów.
  5. Zadośćuczynienie Bogu i bliźnim.

Spowiedź to potoczna nazwa sakramentu pokuty i pojednania. Jego celem jest wyznanie grzechów kapłanowi oraz pojednanie z Bogiem i Kościołem.

Niestety Brystygierowa nie oczekuje łaski, odrzuca spowiedź przed księdzem i żąda spowiedzi przed samym Kardynałem. Jeżeli nie jest to objaw pychy, to co nim jeszcze może być? Bohaterka jest agresywna wobec księży i kardynała. Jest pewna siebie, żyje w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym i ważnym. Nie ma w niej nawet śladu skruchy grzesznika.

Wychodzi na to, że chce ona mechanicznie zrzucić z siebie poczucie winy. W całym filmie nie pada nawet jedno zdanie, że jest czemukolwiek winna. Ot, robiła to i tamto, co było oczywiście złe, ale teraz jest już w porządku.

Problemy oprawców, czy problemy ofiar

Gdyby p. Bugajski zasugerował, że robi film o niezmienności charakterów oprawców z lat 1945-56, odniósłby może sukces. Ale nie, on pokazuje Brystygierową, jaką była naprawdę, ale bez koniecznej refleksji scenarzysty i reżysera.

Ryszard Bugajski ścigał już komunę w kilku swych filmach i zawsze przy aplauzie sfer rządzących. „Zaćma” nie wyszła. To produkt miałki i niewiarygodny. Miejscami nawet śmieszny, gdy Brystygierowej drgają z sadystycznego upojenia wargi, na widok katowanego człowieka.

Pan Bugajski nie mógł się też zdecydować – czy bohaterka filmu była patologiczną sadystką, czy jedynie system z niej tak okrutną uczynił. Tu jednak wyjaśnijmy, że Brystygierowa nie była bierną ofiarą systemu, ona go istotnie współtworzyła.

Bardzo poważnym zarzutem wobec p. Bugajskiego jest fakt, że prześlizgnął się nad sprawą odpowiedzialności oprawców UB. I nie dociekał dlaczego właściwie nikt z nich nie poniósł odpowiedzialności. Oczywista odpowiedź jest taka, że system opierał się na przemocy i zbrodni, a przemoc z lat 1945-56 uznano w 1956 za „okres błędów i wypaczeń”. Być może na poważniejszą rozprawę ze zbrodniarzami z szeregów władzy nie zgodziłby się Związek Radziecki.

Ale ten aspekt w ogóle w filmie nie istnieje. A jest on podstawowy i zasadniczy. Nie ma bowiem wybaczenia bez zrozumienia istoty własnych zbrodni. I w tym poniekąd p. Bugajski zdaje się na poglądy swej bohaterki, a powinien mieć w tej sprawie zdanie własne.

Pan Bugajski, nie zauważył, że Brystygierowa nigdy nie została skazana za swoje zbrodnie. Chodziła dumna po Warszawie, brylowała w środowiskach artystycznych, tak jakby nic się nie stało. Była po 1956 ówczesna celebrytką, przesiadywała w dobrym towarzystwie w najlepszych kawiarniach.

O czym jest „Zaćma”?

Główne pytania do twórców filmu jest takie – o czym i o kim jest ten film? Z całą pewnością nie jest on o zbrodniach i ich bezkarności. Jest natomiast o jednej pani, ogromnie znerwicowanej, choć aroganckiej, która uważa, że jej przestępstwa to przeszłość, a teraz należy traktować ją jako osobę już normalną, choć cierpiąca. Przy czym z filmu nie wynika, że cierpi jako sprawczyni. Być może jest jedynie tak ogólnie znerwicowana.

Wręcz tragikomiczna jest sekwencja jej rozmów z Kardynałem, od którego Brystygierowa wymaga i żąda współczucia i duchowej pomocy.

Wydaje mi się, że p. Bugajski padł ofiarą swoich wcześniejszych filmów o czasach powojennej komuny. Uważam, że są duże obszary naszej historii, które należy ukazywać z szacunkiem dla ofiar, a nie grzebać się w marnej psychologii sprawców.

Dobrą strona tego nieudanego, wręcz niepotrzebnego filmu, jest aktorstwo. Szczególnie pani Maria Mamona stworzyła postać interesującą, dynamiczną i tajemniczą. Jaka szkoda jednak, że pokazała tak wielkie umiejętności w filmie bardzo słabym.

 

Skandaliczny przekaz mediów liberalnych po zamachu w USA – „eksperci” o „dziwnym zachowaniu” Trumpa po strzałach…

Straszna nocna informacja o zamachu na Donalda Trumpa u normalnego dziennikarza budzi w ułamku sekundy pytanie o zdrowie 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych, który został postrzelony na wiecu wyborczym w Pensylwanii.

Stało się to na dobę przed oficjalną nominacją Republikanów dla Trumpa, który od tej pory będzie formalnie kontrkandydatem obecnego prezydenta Joe Bidena (Demokraci) na najwyższy w USA urząd. Wielu dziennikarzy tak właśnie pomyślało. Najpierw pytania: „czy przeżyje”, „jak ciężko Trump jest ranny”? I dopiero potem „kto strzelał” i „jakie były okoliczności zamachu” oraz „jakie będą polityczne skutki zamachu”. Niestety, zachowaniu nie wszystkich  reporterów i wydawców, przede wszystkim mediów głównego nurtu, nie przyświecała taka kolejność działania podczas relacjonowania okoliczności zamachu na Trumpa.

Fakty

W nocy z 13 na 14 lipca polskiego czasu świat obiegła informacja, że na wiecu wyborczym w Butler w stanie Pensylwania na północ od Chicago 45. prezydent USA Donald Trump (2017 – 2020) został postrzelony podczas próby zamachu. Nie żyje jedna osoba, dwie są ranne. Trump dostał postrzał w prawe ucho, uniknął śmierci dzięki refleksowi ochrony. 20-letniego lub, wg. innych mediów 21-letniego, zamachowca zastrzelono.

Przekaz

W naszym świecie nie ma sensu spekulować, kto pierwszy podał tę dramatyczną informację. Najprawdopodobniej kilka (?) minut po strzałach w Butler zrobił to jakiś portal z USA na swoim profilu w jednym z mediów społecznościowych. Większość polskich mediów podała wiadomość o zamachu również bardzo szybko na podstawie Reutersa i innych mediów amerykańskich. Ten przekaz przetłumaczyła PAP właśnie z Reutersa, CNN i AFP między północą a godziną 1.00 w niedzielę. Potem media elektroniczne i portale z nimi związane uruchomiły przekaz bezpośredni z mediów w Stanach Zjednoczonych a potem m.in. portale prasowe zaczęły podawać, oprócz informacji, komentarze i opinie. Spóźniła się TVP Info, chociaż na portalu były wieści z tragicznych wydarzeń w Pensylwanii.

Spekulacje

Jak zwykle kilka godzin po zamachu w Butler pojawiły się prawie we wszystkich mediach spekulacje dotyczące tragicznych wydarzeń podczas wiecu Trumpa. Tak to zwykle bywa, że w 80 proc. przypadków spekulacji są to tzw. bezpieczne rozważania medialne, na przykład dotyczące konsekwencji politycznych próby zamachu. Nie cytuję tutaj bzdur, który wiele polskich mediów internetowych nazywają spekulacjami, bo to zjawiska jednak marginalne a kompromitacja „dziennikarzy” jest tak oczywista jak zdanie: „Donald Trump mógł postrzelić się sam”. Stan umysłu autora lub autorów (skutek tzw. dziennikarstwa obywatelskiego) takich „tez” to chyba beznadziejna paranoja albo nieuleczalna psychoza.

Mitologia liberalna i lewicowa, także lewacka

Oczywiście w nocy z soboty na niedzielę i nad ranem w większości redakcji są tylko tzw. dyżurni i osoby odpowiedzialne za technikę przekazu i łączność. Nie należy oczekiwać cudów, zanim obudzeni zostaną szefowie tych mediów i inni dziennikarze, wystarczy podać rzetelną, a w przypadku zamachu w Butler, dobrze przetłumaczoną informację.

Niestety, niektórzy dziennikarze i „dziennikarze” uznali, że kreacja to też możliwy środek informacyjny. Onet nazwał próbę zamachu na Trumpa „incydentem” a PAP za światowymi agencjami pisała o „eksplozjach” na wiecu wyborczym Partii Republikańskiej.

Najgorzej było nad ranem w niedzielę 14 lipca. Poza mediami konserwatywnymi, niewiele redakcji czekało na potwierdzone informacje niwelujące fake newsy z pierwszych godzin po tragicznych wydarzeniach.

Żenujący byli „eksperci” ze szkół typu Akademia Elegancji i Humoru Politycznego, którzy pletli, co im  ślina na język przyniosła. Prym wiedli „specjaliści” zapraszani przez media publiczne i TVN24. Owi „guru od wszystkiego” podkreślali, jakby wrócili właśnie z Butler, że lider Republikanów miał po zamachu „sceniczne odruchy” i dziwiło ich (sic!) „dziwne zachowanie” Trumpa po strzałach…

Nie strzelano do mnie nigdy, ale podejrzewam, że też zachowywałbym się potem dziwnie, może tak jak Trump, dodawałbym nawet otuchy swoim zwolennikom krzykami. Tylko u mnie byłby to, powiedzmy, szok a u 45. prezydenta USA odwaga.

W przypadku wypowiedzi wspomnianych „ekspertów” niedowład społeczny dotyczy także naukowców i specjalistów od wszystkiego.

Kto zabił Laurę Palmer?

No i na koniec – pozwolę sobie na ironię –  wisienka na medialnym torcie. Program „Woronicza 17” emitowany w TVP Info rano po zamachu prowadzony przez Kamilę Biedrzycką. I europoseł z mojego miasta Łodzi Dariusz Joński – człowiek śledczy (homo investigatus), znający najprawdopodobniej nawet mordercę Laury Palmer z serialu „Twin Peaks”. Tyle ironii…

Ale jednak Joński – jak mówi młodzież – „poleciał” zwracając uwagę na to, że domniemany zamachowiec był zarejestrowany jako wyborca Partii Republikańskiej. Co z tego wynika? Nasz narodowy śledczy, nie wyjaśnił, ale swój cel osiągnął, bo nieliczni już odbiorcy TVP Info, którzy zostali przy tej stacji po zamachu na media publiczne w grudniu 2023 roku, dostali przetworzoną przez europosła informację. W  komentarzach internetowych, nie tylko dotyczących słów polityka, pojawiało się brawurowe pytanie –  „Republikanie próbowali zabić Trumpa?”. Jońskiemu pomogła prowadząca zmieniając temat zauważywszy przenikliwie, że „społeczeństwa są spolaryzowane”.

Hubert Bekrycht (felieton z mojego FB)

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Niech AI zrobi tu porządek

Należę do tej grupy osób, które sztuczną inteligencję traktują z dystansem. A przynajmniej sądzę, że daleko jej do osiągnięcia tak zwanych pełnych funkcji poznawczych. Nie dość tego, uważam że jako narzędzie kierujące się wyłącznie statystyką, nie zmierza w ogóle w tym kierunku, co zresztą potwierdza coraz więcej psychologów, neurologów i koncernów rezygnujących z projektów zakładających przyszły rozwój AI. Jedną jednak grupę śmiało może zastąpić. Gros współczesnej polskiej publicystyki i dziennikarstwa.

Lubicie się bawić, którymś z tych modnych dziś czatów? No to do dzieła. Napisz chwalący lub ganiący występ Daniela Obajtka podczas komisji śledczej. Napisz komentarz niwelujący straty wizerunkowe związane z nieprzygotowaniem członków komisji albo z chamstwem pani Leo. Napisz komentarz pozornie symetrystyczny, krytykujący obie strony za awanturę podczas komisji, ale kładący większy nacisk na zachowanie byłego prezesa Orlenu. Przedstaw analizę dotyczącą konieczności przetrzymywania księdza Michała Olszewskiego w areszcie w stylu „Newsweeka”, „Gazety Wyborczej” i „Głosu Robotniczego” z lat pięćdziesiątych, traktuj go przy tym jako skazanego, a słowa „areszt” używaj w znaczeniu słowa „więzienie”. Napisz komentarz poddający w wątpliwość stosowanie aresztu wobec księdza, krytykujący stosowanie tortur i wyjaśniający ich charakter, ale wyraź wątpliwości w stosunku do sposobu przydzielania grantów z Funduszu Sprawiedliwości. Stop! tego ostatniego polecenia nie wpisujemy, bo AI napisze mój tekst i stanę się niepotrzebny.

Co wypluje nam we wszystkich tych sprawach sztuczna inteligencja, przynajmniej na tym etapie, na którym się znajduje? Stek banałów, propagandowych komunałów, uogólnień, wypadkową wyświechtanych związków frazeologicznych i lobbystycznych narracji. Poleci przekazem. Czyli zrobi to samo co trzy czwarte, jeśli nie dziewięćdziesiąt procent, krajowych publicystów. Ale zrobi to szybciej i za darmo, ewentualnie za skromny abonament pokrywający nieco bardziej zaawansowaną wersję czata. Paru rzeczy jej jeszcze co prawda brakuje. Są już agencje wirtualnych modelek, ale brakuje wirtualnych publicystów. Mających na przykład zdjęcia w fularze, z obowiązkowo podpartym podbródkiem, i mądrą miną pana analityka, który brzytwą swej umysłowości przecina rzeczywistość, ale też nie stroni od mocnego osądu moralnego. Prawda Michale?

Przecina tę rzeczywistość zawsze tak samo, jak partyjne przekazy. Z przejęciem jest więc w stanie zdziwić się, nawet oburzyć, że facet z Tourettem i dysleksją zapisuje sobie fonetycznie słowa, by poprawnie je wymawiać. Ale nie zauważa choćby tego, że premier rządu deklarując budowę „mostu energetycznego” dla Ukrainy nieco abstrahuje w ogóle od tego, jak działa cały system, bo w momencie wpuszczenia wyprodukowanej energii do sieci staje się ona częścią ogólnej puli i nie można ominąć ETS, w ten sposób, że prąd wyprodukowany u nas wyślemy za granicę. W dodatku z perspektywy kochanego europejskiego regulatora nie jest istotne, gdzie prąd wyślemy, a ile węgla spaliliśmy go produkując.

Można by od razu taką rzecz zbadać. Gdzieś zadzwonić, podpytać, poświęcić choćby i dwie godziny. Ale po co. To byłoby wręcz lekkie dziwactwo. W końcu skoro nikt inny tego nie napisał wcześniej, nie jest to dominującą narracją, nie zauważyła tego w sumie żadna ze stron, to tym bardziej nie warto o tym pisać. W końcu dziennikarstwo polega dziś na przepisaniu przekazu po liderach opinii mających określone poglądy i pod gust grupy, którą ma urabiać. W myśl tego pierwszego, sztuczna inteligencja jest najlepszym dziennikarzem świata. I ciągle się uczy!

 

TV Republika rozpoczęła nadawanie w telewizji naziemnej

W piątek, 12 lipca ok. godz. 16 Telewizja Republika rozpoczęła nadawanie na naziemnym multipleksie MUX-8. Stacja dostępna jest na kanale 51.

Nadawanie Republiki na multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej było możliwe dzięki koncesji przyznanej 21 czerwca przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Po podpisaniu umowy z Emitelem, operatorem multipleksu, stacją w piątek ok. godz. 16 rozpoczęła naziemne nadawanie.

TV Republika dostępna jest na kanale 51, aby znaleźć stację trzeba dostroić telewizor najłatwiej włączając go i wyłączając. W niektórych przypadkach może być konieczne nabycie szerokopasmowej anteny.

Telewizja Republika ma być skierowana do wszystkich odbiorców w wieku 12+, „zainteresowanych bieżącymi wydarzeniami, oczekujących od telewizji przekazów pozbawionych manipulacji, a zawierających sprawdzone informacje, pogłębione analizy i różnorodne komentarze, pozwalające na kształtowanie własnych opinii”.

W każdej godzinie mają być emitowane serwisy informacyjne. Wśród audycji publicystycznych planowane są: wywiady, debaty eksperckie, szeroki wachlarz opinii. Telewizja Republika deklaruje, że przyświecać jej będzie założenie: „nie ma poglądów lepszych lub gorszych, jeżeli nie naruszają prawa i godności ludzkiej”.

Zarówno Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jak i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wspierały TV Republika w staraniach o uzyskanie koncesji na naziemne nadawanie, uznając, że „jest to niezbędne dla realizacji zasady wolności słowa i pluralizmu mediów w naszym kraju”.

opr. jka, źródło: niezależna.pl

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Frustracja i dylematy nauczycieli

Co robić jeśli ma się kretyńskie, antynarodowe dyspozycje z jednej strony a z drugiej strony sporu rozum i pryncypalne zasady odpowiedzialności zawodowej, obywatelskości rozszarpują nauczyciela wewnętrznie i uniemożliwiają pracę? Gdy zamieniają ci Sienkiewicza na Tokarczuk, eliminują najlepszych reportażystów zostawiając jedynie Krall. Gdy poddaje się szara masa cyniczno-tchórzliwych decydentów i chce uczyć młodzież niwecząc to, co już od wieków jest naszą wielką wartością i skutecznym orężem dla podtrzymania patriotyzmu i krzewienia wartości.

W zdecydowanie źle kojarzonych przez obywateli al. Szucha zasiada edukacyjna władza, która bełkocze coś o podstawach programowych w szkolnictwie i chce wyrzucać najwartościowsze lektury. Bo ta władza ma teraz (chwilową zresztą) władzę. Ale ona uzurpuje sobie prawo do ustalania reguł w materii najdelikatniejszej – naszej szkoły. W ostatnich dziesięcioleciach ten resort miał już na czele kilku idiotów i niedołęgów. Jedni mieszali w prawo inni w lewo.  Był na przykład spadkobierca teorii o smokach. Sam chłop wielki ale porzucił tromtadracje polityczne po prostu dla obfitego szmalu zdobywanego wszelkimi sposobami.

Bryndza. Wychowawcy, nauczyciele narodu gmach wasz przepiękny, przedwojenny. Wzorem Bohdana Pniewskiego pięknie zaprojektowany i zbudowany. Szkoda go dla tych, którzy tam teraz są. Co ma więc robić biedny belfer, który ma beznadziejne związki zawodowe kierowane przez facetów już opierzonych, otłuszczonych i miernych? Belfer musi się zdobyć na odwagę. Pytam człowieka doświadczonego w szkolnictwie, który sam w swoim czasie dużo wymyślił a potem zrobił sporo dla oświaty.

– Oni się podporządkują – mówi. Podporządkują się, bo to teraz bierna masa. Bo to już inni nauczyciele niż kiedyś. Chcą doczekać emerytury. Uważają, że ich głos się nie liczy.

Może jednak nie wszyscy są już tacy. Przecież to tysiące wykształconych ludzi. Szczególnie ci starsi. Niech uczą o obecnie modnych idolach władzy. Nie trzeba rezygnować z Krall ale dodać Kąkolewskiego, Herberta, Nowakowskiego. Ciekawe, kto przebrnie przez nudziarstwo Tokarczuk, której również prawicowi dycydenci kulturalni zafundowali miliony? A nic a np. patriocie i piłsudczykowi BohdanowiUrbankowskimu. Oczywiście werbalnie go chwalili, ale nakłady miał po pięćset egzemplarzy.

Nauczyciele ciągle mogą wiele. Mogą wykonywać rozkazy a jednocześnie przekazywać wiedzę o ważnych dziełach i pisarzach. Mogą to zrobić po prostu sprytnie. Wystarczy powiedzieć młodzieży, że to pisarz teraz zabroniony, szykanowany. Młodzież pochłonie jednym tchem te lektury (ten pomysł podsunęła mi moja żona – Ewa, długoletnia nauczycielka polskiego). „Ogniem i mieczem”, „Potop” się wam głupcy nie podobają. Nauczyciele, zaproście na lekcję reżysera Hoffmana albo Olbrychskiego  Myślę, że przyjdą. Wyświetlajcie fragmenty filmów choćby z telefonu komórkowego.

Porzucone lektury wydrukować nawet na szarym papierze. Ludzie kupią. Oczywiście nie po cenach złodziejskich, które teraz odstraszają. Żadna nawet wymuskana współczesna paniusia nie będzie rzeźbić w naszej utrwalonej od wieków literaturze. Niech wyżywają się gdzie indziej – np. na tuskowych wiecach i pochodach. Owszem może i przyjedzie ich znowu kilkaset tysięcy. Niech sobie swobodnie drepczą. Pozostaną jeszcze miliony ludzi, którzy otrząsną się z amoku. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz a Rusek dzieci kradł i sobaczył. Ty nauczycielu swoją powinność znasz. Przetrwasz, jeśli pomyślisz i będziesz uczył uczciwie.

Rodzice już zabierają dzieci ze szkół i uczyć będą prywatnie. Z językiem polskim uda się to lekko. Ale inne przeszkody, w obronie i dla dziecka swojego rodzic pokona. Po prostu wyśmiać trzeba pomysły oświatowe, które oświatę polską niszczą. Przewracają się w grobach pisarze. Współcześni milczą. Bo to dziady, prawdziwe, nie mickiewiczowskie. Żywe trupy. Niedługo Trzaskowski odbierze im nawet chałupę. A idźcie do baraków po ZOMO nad Wisłą za mostem Gdańskim. A kysz!

 

 

RPO interweniuje w sprawie niewpuszczenia reportera TV Republika na konferencję premiera

Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek zwrócił się do szefa kancelarii Prezesa Rady Ministrów Jana Grabca z prośną o wyjaśnienie sprawy niewpuszczenia reportera Telewizji Republika na konferencję premiera Donalda Tuska.

Strona rządowa konsekwentnie utrudnia pracę dziennikarzom TV Republika i często nie wpuszcza ich na organizowane przez siebie wydarzenia. Przeciwko takiej dyskryminacji wielokrotnie protestowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, podkreślając, że są do działania niezgodne z prawem. Potwierdził to również Sąd Okręgowy w Warszawie, który 3 lipca 2024 uznał, że uniemożliwienie uczestnictwa dziennikarza TV Republika w konferencji ministra kultury i dziedzictwa narodowego było naruszeniem prawa i nakazał resortowi kultury przeproszenie stacji (pisaliśmy o tym TUTAJ).

Teraz zaś Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek zainteresował się sprawą niewpuszczenia dziennikarza TV Republika na konferencję prasową premiera Donalda Tuska, która odbyła się 26 czerwca 2024 roku.

„Z informacji reportera wynika, że stacja ubiegała się o akredytację, ale wniosek nie został rozpatrzony w terminie. Dziennikarz zarzucił funkcjonariuszom Służby Ochrony Państwa nierówne traktowanie, ponieważ dziennikarz ‘Gazety Wyborczej’ miał być przez nich wpuszczony do budynku mimo braku akredytacji” – pisze RPO.

Konferencja premiera dotyczyła m.in. budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Jak zauważa Marcin Wiącek, sprawa ta jest przedmiotem debaty publicznej i wzbudza zainteresowanie widzów TV Republika.

„Odmawianie dostępu dziennikarzom określonych stacji do bezpośredniego źródła informacji, jakim jest konferencja Prezesa Rady Ministrów, może prowadzić do naruszenia wolności wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, wynikającej z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP” – podkreślił rzecznik.

Dalej przypomniał, „że art. 2 ustawy Prawo prasowe stanowi, iż organy państwowe zgodnie z Konstytucją stwarzają prasie warunki niezbędne do wykonywania jej funkcji i zadań, w tym umożliwiające działalność redakcjom dzienników i czasopism zróżnicowanych pod względem programu, zakresu tematycznego i prezentowanych postaw. Bez dobrej współpracy i komunikacji z rządem prasa nie może realizować swoich funkcji, określonych w art. 1 Prawa prasowego, tj. korzystać z wolności wypowiedzi i urzeczywistniać prawa obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej”.

Marcin Wiącek dodał, że do obowiązków organów państwa należy również „zapobieganie sytuacjom, w których część społeczeństwa – w tym przypadku widzowie Telewizji Republika – czuje się wykluczana oraz traktowana gorzej niż pozostałe grupy obywateli. Ograniczanie udziału stacji w konferencjach prasowych i innych wydarzeniach, a także uniemożliwianie wskazanym dziennikarzom zadawania pytań może także sprzyjać zjawisku dezinformacji oraz społecznej polaryzacji.”

opr. jka, źródło: RPO

 

 

Zmarła Teresa Wójcik, wieloletnia dziennikarka „Tygodnika Solidarność”; pogrzeb 15 lipca

Nie żyje Teresa Wójcik, dziennikarka, ekspertka od energetyki i polityki zagranicznej. Przez wiele lat pracowała w „Tygodniku Solidarność”. Miała 91 lat.

Z „Solidarnością” Teresa Wójcik związała się już w 1980 roku. Była m.in. uczestniczką I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „S” w 1981 roku. W latach 90. rozpoczęła współpracę z „Tygodnikiem Solidarność”,  Była ekspertką w zakresie polityki i gospodarki energetycznej, polskiego i międzynarodowego rynku energii elektrycznej, gazu oraz węgla.

W ostatnich latach pisała także do BizesAlert, a wcześniej przez wiele lat kierowała działem ekonomii w tygodniku „Gazeta Polska”.

„Teresa była przede wszystkim profesjonalistką. Uważała, że dziennikarstwo to powołanie. Miała ogromną wiedzę, ale także niezmienną ciekawość świata i werwę, jakiej wielu młodszych dziennikarzy mogło jej zazdrościć. Dla nas była jednak przede wszystkim po prostu mądrą, ciepłą, wspaniałą osobą. Tereso, będzie nam Cię bardzo brakowało” – wspomina Teresę Wójcik w portalu tysol.pl, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” Michał Ossowski.

Zmarłą dziennikarkę w serwisie X pożegnał publicysta Piotr Semka.

„Odeszła Teresa Wójcik (1933-2024) Odeszła Wielka Dama dziennikarstwa solidarnościowego. Była delegatką na I zjazd Solidarności jesienią 1981. Wspaniale sprawdziła się w tworzeniu prasy podziemnej , a potem pisywała w Tygodniku Solidarność. Miałem zaszczyt pracować z nią w Tysolu. Takie wspaniałe kobiety nazywano m „chorymi dla Polskę”. To, czy nie zmarnujemy szansy, którą dała nam historia było dla niej osobistym wyzwaniem. Drżała o Wolną Rzeczpospolitą bo dobrze znała i walczyła z zakłamaniem Komuny. I schyłku życia rozpoznawała dawne upiory PRL udające dziś „uśmiechniętą Polskę” R. I. P.” – napisał.

Pogrzeb śp. Teresy Wójcik odbędzie się – jak podał portal tysol.pl – 15 lipca w Warszawie. O godz. 10.00 zostanie odprawiona Msza Święta w kościele św. Karola Boromeusza na Powązkach. Po Mszy nastąpi odprowadzenie do grobu rodzinnego na Starych Powązkach.

opr. jka, źródła: tysol.pl, X