CMWP SDP na III Zjeździe Badaczy Polonii w Krakowie

Kontakt naszego kraju z liczącą ponad 20 mln osób grupy Polaków zamieszkałych poza Ojczyzną to jeden z najważniejszych elementów przekazywania polskości kolejnym pokoleniom, a integracja Polonii i wspieranie ich w pielęgnowaniu tej polskości wszędzie, gdzie żyją to dzisiaj podstawowe zadanie polskiego państwa w stosunku do tych osób. W realizacji  każdego z tych zadań zaangażowane są media polonijne  i dlatego warto byłoby objąć je szczególną opieką badawczą  i stworzyć np. internetowy leksykon mediów polonijnych – powiedziała dr Jolanta Hajdasz,  dyrektor CMWP SDP  na zakończenie III Zjazdu Badaczy Polonii w Krakowie.  Odbywał się on w dniach 21 -23 listopada na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie. CMWP SDP uczestniczyło w tym zjeździe po raz pierwszy. 

W naszym kraju jest wiele ośrodków naukowych, które zajmują się tematyką Polonii za granicą, ale brakowało płaszczyzny, by ci naukowcy mogli się spotkać, przedstawić wyniki prowadzonych badań czy wymienić doświadczeniami. Właśnie dlatego od trzech lat z inicjatywy ministra Jana Dziedziczaka, pełnomocnika rządu ds. Polonii i Polaków za granicą  organizowany jest  Zjazd Badaczy Polonii. Podczas tegorocznego Zjazdu zaprezentowany został „Atlas Polaków na  świecie”. Opracował go Instytut Pokolenia. Jest to pierwsza i jedyna jak dotąd publikacja, która w sposób całościowy opisuje polską społeczność żyjącą poza krajem.  „Atlas”  zawiera informacje m.in. na temat liczby Polaków mieszkających w danym państwie, to, z jakich części Polski pochodzą, kiedy  wyjechali itp. Prowadzone w ostatnich latach badania wskazują zarówno na zmienność trendów migracyjnych, jak i sposobów funkcjonowania polskiej mniejszości na co dzień. „Atlas Polonii świata” prezentował jeden z jego autorów, dr Robert Wyszyński z Instytutu Pokolenia, który stwierdził , iż obecnie zmianie ulegają nie tylko statystyki dotyczące skupisk Polaków na świecie (wyjazdów, powrotów, nowych kierunków), ale również cechy społeczno-demograficzne osób migrujących. Wpływa to na zmiany funkcjonowania środowisk polonijnych i ich relacji z Ojczyzną. Wg autorów raportu „Atlas Polaków na świecie” gromadzi on dane ze wstępnego etapu badań. W oparciu o materiały uzyskane z polskich palcówek dyplomatycznych jego autorzy starali się wskazać aktualną liczebność Polonii, Polaków poza granicami i osób polskiego pochodzenia. Ich liczbę oszacowano na  20 643 251 osób.

W trakcie Zjazdu zostały wręczone odznaczenia państwowe  „Zasłużony dla Polonii i Polaków za granicą”.  Otrzymali je m.in. ks. Leszek Kryża z  organizacji Pomoc Kościołowi na Wschodzie, prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Karol Nawrocki, wiceprezes IPN dr Mateusz Szpytma i Akademia Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, organizator znanych w świecie spotkań Polaków z zagranicy pt. „Forum Polonijne”. W tym roku w maju odbyła się już XXV jego edycja.

 

Atlas Polaków na świecie w wersji online jest tu:

Raport: Atlas Polaków na świecie

Błędy nasze powszechne – WALTER ALTERMANN: Patynacja progresywnego draftu

Transmisja meczu piłki nożnej w Canal+, widzimy, jak zawodnik odbiera piłkę i szybko rusza z nią na bramkę przeciwnika. Kibice lubią takie momenty. Niestety nastrój psuje sprawozdawca, który mówi: „On ma w genach progresywne prowadzenie piłki”. Pomijam już geny, ale czy można „progresywnie prowadzić piłkę”?   

Gdyby sprawozdawca powiedział, że napastnik gra szybko, aktywnie, agresywnie – byłoby normalnie. Ale nie ma tak dobrze, bo sprawozdawca musi się pochwalić, że zna obce słówka. Panowie sprawozdawcy: piłka kopana jest prosta, nie nadawajcie temu sportowi jakichś niesamowitych znaczeń! Dajcie kibicom cieszyć się grą piłkarzy.

A „progresja” według słownika PWN to: 1. osiągnięcie kolejnego stadium rozwoju, 2. ekon. stopniowe wzrastanie; 3. muz. powtarzanie motywu, zwrotu melodycznego na stopniowo zmieniającej się wysokości; 4. podatek porgresywny, dla którego charakterystyczny jest wzrost stawki podatkowej w miarę wzrostu podstawy wymiaru podatku.

W sumie progresja to postęp i wzrost. I tyle.

Mamy ten draft

„Śniadanie Rymanowskiego” w Polsacie, 5 pażdziernika 2023 r.  Audycja toczy się żywo i miło, gdy nagle poseł Dariusz Wieczorek z Lewicy mówi:

– Mamy już draft umowy koalicyjnej.

– A kiedy zobaczymy ten draft? – pyta posła prowadzący audycję Bogdan Rymanowski.

Poseł powiedział, aby i panom w studio było jeszcze bardziej kulturalnie. Mnie jednak znowu trafił szlag. Bo czym jest ów „draft”, który stał się tak modny wśród dziennikarzy? Otóż – „draft” to angielskie słowo, które oznacza projekt, wstępne założenia.

Winę za taką sytuację ponosi p. Rymanowski, bo oczywiście goście mogą pleść co im do głowy przyjdzie i nie wypada ich poprawiać. Ale przecież – na „draft” gościa, pan Rymanowski mógł powiedzieć:

– A kiedy zobaczymy ten projekt?

Ale nie, bo p. Rymanowski też chce być nowoczesny i znający. Sytuacja jest identyczna z tą z „Nie ma róży bez ognia” Stanisława Barei. Tamże między Bohdanem Łazuką a Stanisławą Celińską toczy się dialog, w którym Łazuka wrzuca obce zwroty, na co Celińska mówi:

– Ja pracuję w telewizji, to ja pana rozumiem.

Mogę nawet przyjąć i wybaczyć, że w harmidrze, bałaganie i napięciach panujących w pokojach dziennikarskich ten „draft” ułatwia komunikację „wewnątrz dziennikarską”. Ale co to  obchodzi widza i słuchacza? W końcu jesteśmy w Polsce, w której obowiązuje nasz język narodowy. A media mają obowiązek mówić po polsku! I oczywiście mówić w tym języku zrozumiale i jasno!

 Patyna

„Łowcy staroci” to brytyjski bardzo dobrze zrobiony program o handlarzach starociami i antykami.  Niestety w Polsce informacje i dialogi czytają polscy lektorzy. I tu mamy już ostry zjazd z jakością. A odpowiada za tę „obsuwę” Discovery Historia.

W odcinku 17 widzimy, jak renowator przystępuje do patynowania nowych elementów starego mosiężnego żyrandola. Idzie mu dobrze, ale niestety odzywa się lektor: „ A teraz zajmie się patynacją”. Otóż nie ma takiego słowa jak „patynacja”. Znamy natomiast działanie, czynność patynowania, czyli postarzania.

Kto co gra

„Ile w sumie zagrał pan ról aktorskich” – pyta dziennikarz telewizyjny znanego aktora. Aktor odpowiada, że nie liczył, a ja mam wątpliwości, co do pracy dziennikarza. Chodzi mi o logikę pytania. Bo jakie w końcu mógł jeszcze grać role ów aktor? Przecież aktor zawsze gra role i nie trzeba już mówić o „rolach aktorskich”. To tak jakby pytać lekarza” „Ilu porad lekarskich pan udzielił?”

Oczywiście aktor mógł być jeszcze – dla przykładu –  rodzicem, mężem, radnym i posłem, ale tych ról nie grał. Każda rola – jeżeli grana – jest przypisana aktorstwu, więc nie wolno pytać „Ile ról aktorski pan zagrał”. Wystarczy powiedzieć: „Ile ról pan zagrał”. Mogą być role filmowe, teatralne, kabaretowe, ale wszystkie one zawsze są grane. I są aktorskie.

Czy pan outsurcinguje?

Prezes jednej z większych organizacji gospodarczych mówi w TVP: „Większość z naszych nowych przedsiębiorców outsorcinguje”.

Co znaczy przywołany outsourcing? Słownik informuje, że Outsourcing (ang. outside-resource-using) – inaczej: „obsługa zewnętrzna” to jedna z najefektywniejszych strategii zarządzania, oznaczająca korzystanie ze źródeł (zasobów) zewnętrznych poprzez wydzielenie ze struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa niektórych, realizowanych przez nie funkcji i przekazanie ich do wykonania usługodawcy zewnętrznemu, który jest w stanie wykonywać dane procesy skuteczniej. Outsourcing polega zatem na przekazywaniu m.in. zadań, funkcji, projektów i procesów do realizacji innym podmiotom.

Ja rozumiem, że termin „outsorcing” zagościł i przyjął się u nas. Ale o tym, że ktoś  outsorcinguje – pierwsze słyszę. To duża niezręczność i kłopot jezykowy. Oczywiście wiem, że bardzo wiele polskich czasowników zostało utworzonych od rzeczowników. Mamy „handel” i nie dziwi nas, że ktoś „handluje”. Jednak mamy też „sklep”, ale nie mamy na szczęście słowa „sklepuje”. Mamy „zlecenie”, ale nie mamy „zleceniuje”. A żołnierz kierujący czołgiem na szczęście nie czołguje, bo jest kierowcą czołgu.

Jak zatem miał poprawnie powiedzieć ów prezes Specjalnej Strefy Ekonomicznej? Ano tak: „Większość z naszych nowych przedsiębiorców działa w systemie outsorcingu.” Jedno słowo więcej – owo „działa” – i jesteśmy u siebie w domu, a nie szwędamy się po obcych językach i krajach.

 

Kolejne błędy tropione przez WALTERA ALETRMANA: „Czy ukaracie tego, co depta?”

Ciągle słyszę jak w różnych stacjach telewizyjnych dziennikarze mówią: „Czy ukaracie sprawców tego czynu?”  Wiem dobrze, że taka właśnie jest ludowa wersja odmiany „ukarać”. I wiem, że wszyscyśmy z ludu, ale na litość Boga, od chronienia sztuki i kultury ludowej są: Cepelia, ludowe zespoły pieśni i tańca, ludowe zespoły obrzędowe i muzea regionalne. A we współczesnych mediach musimy mówić polszczyzną literacką. I dlatego poprawnie zadane pytanie powinno brzmieć: „Czy ukarzecie sprawców, tego czynu?”    

 

Dla ułatwienia nauki naszego języka, wszystkim chętnym, przytaczam prawidłowe formy odmiany:

  • ja. ukarzę
  • ty. ukarzesz.
  • on/ona/ono. ukarze.
  • my. ukarzemy.
  • wy. ukarzecie.
  • oni/one. ukarzą

 Deptanie

„I tu widzimy człowieka, który depta flagę” – słyszymy w telewizji, jako komentarz do przykrego obrazu z manifestacji 11 listopada. Deptanie flagi jest oczywiście poważnym wykroczeniem, ale mówienie „depta” zamiast „depcze” też nie powinno ujść na sucho.

O funkcji i roli Chochoła w „Weselu” Wyspiańskiego napisano już opasłe tomy. Jednakże wszyscy badacze literatury są zgodni co do jednego – chochoł jest słomianym okryciem, na zimę, pięknego krzaku róży. Otulenie krzaczka słomą ma pomóc róży przetrwać i ponownie rozkwitnąć. U Wyspiańskiego ta róża oznacza serce, ducha polskości, które odżyją.

Chochoły

Mamy też finałowy obraz dramatu, w którym Chochoł wkracza na scenę a pod melodię jego śpiewu, i gry na skrzypcach wszyscy weselnicy tańczą „jak zaśnięci”. To z kolei oznacza, według Wyspiańskiego, że naród nasz nie dorósł jeszcze do przebudzenia, że w naszych sercach i głowach panuje ciągle zima, żeśmy puści, słabi i nierozumni. Że zaprzepaścimy każdą szansę, gubiąc złoty róg.

Jakże więc zaskoczyła mnie telewizyjna – w TVP Info – interpretacja problemu Chochoła. Pewien dyskutant powiedział bowiem tak: „Walczycie teraz z chochołami, które się samemu stworzyło”. Poczułem się jakbym żył w latach 40-tych, bo to wtedy ortodoksyjni komuniści nawoływali do „walki z chochołami”. Co oznaczać miało, że pora już porzucić marzenia o wolnej Polsce i pra – patrząc realnie – jak naj ściślej współpracować z Ojczyną Światowego Komunizmu.

Radziłbym staranniej dobierać dyskutantów. I szukać takich, którzy będą mniej skłonni do publicznego szastania metaforami, cytatami, których nie rozumieją. No i będą mniej uduchowieni. Bo to jednak wstyd.

Bezwstyd

Słyszę ciągłe powoływanie się na prawo. Przy czym jest to branie na świadka prawa w sensie negatywnym. Szelmowsko uśmiechnięci parlamentarzyści twierdzą wtedy, że prawo o czymś tam nie mówi, że czegoś im nie zabrania. Ich oponenci twierdzą wtedy, że ważny jest również duch prawa, konstytucji.

Opadają mi w takich razach z bezsiły ręce, bo to co wszyscy rozumieją jako oczywiste naciąganie, naginanie prawa, zwyczajne łajdactwo, to to wszystko macherzy parlamentarni z zadowoleniem wykorzystują dla korzyści własnych partii.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przywołanie starej, bo rzymskiej sentencji: Quod non vetat lex, hoc vetat fieri pudor. Co cię tłumaczy na polski tak: Czego nie zabrania prawo, tego zabrania wstyd. Autorem tego powiedzenia jest Lucius Annaeus Seneca, starożytny pisarz i mędrzec, który widział, co robią z prawem jego współcześni.

A bezwstyd u nas rośnie, grubieje i rozpycha się bezczelnie. Bezwstyd – tak, to byłaby najkrótsza i najbardziej celna definicja obecnego stanu rzeczy.

Poza marginesem

Dziennikarz sportowy canal+ mówi o powrocie do tenisowej czołówki zawodnika, który całkiem niedawno w ogóle się nie liczył: „On był poza marginesem…” I znowu mamy kłopot z polską frazeologią. Mamy zwrot: „on jest na marginesie”, ale nie mamy zwrotu mówiącego, że ktoś jest „poza marginesem”.

Wyjaśnijmy kłopot. W dawnych czasach karty zeszytu, książki miały z prawej strony marginesy, które służyły do nanoszenia poprawek, uwag, odnośników lub informacji pomniejszych. Stąd teksty na kartach dzieliły się na główne i marginalne. Te na marginesach były istotne, ale nie tak jak teksty główne. Zatem powiedzenie, że coś jest na marginesie oznacza, że nie ma ono takiego znaczenia jak tekst główny.

Natomiast stwierdzenie dziennikarza, że ktoś jest „poza marginesem” świadczy o głębokim niezrozumienie klasycznego powiedzenia. Nawet gdyby ktoś się uparł i na siłę próbował nadać dziennikarskiej poetyce sens, to znaczyłoby ono, że ktoś „spoza marginesu” w ogóle nie istnieje.

Niestety bardzo wielu dziennikarzy ciągle próbuje zmieniać klasyczne zwroty i frazy, z czego rodzą się stylistyczne potworki.

 

 

„Historia Kościoła” – nowy dwumiesięcznik „Gościa Niedzielnego”

Z końcem listopada w sprzedaży pojawi się nowy magazyn popularnonaukowy „Historia Kościoła” wydawany pod marką „Gościa Niedzielnego”.  

„Wielu dzisiejszych napięć w Kościele można by uniknąć, gdybyśmy znali lepiej jego historię. To jeden z licznych powodów, dla których stworzyliśmy dla Państwa nowy magazyn – >Historia Kościoła<” – czytamy w zapowiedzi nowego magazynu na stronie internetowej „Gościa Niedzielnego”.

Podkreślono, że nie będzie to dodatek historyczny do „GN”, tylko odrębne czasopismo wydawane pod marką „Gościa”. Do współpracy redakcja zaprosiła wybitnych historyków, biblistów oraz publicystów i dziennikarzy łączących wiedzę historyczną z dobrym piórem. Wśród nich są takie autorytety w dziedzinie historii Kościoła jak kard. Grzegorz Ryś czy o. Tomasz Gałuszka OP, bibliści – jak ks. Mariusz Rosik, ale też znani czytelnikom „Gościa” publicyści, którzy zarazem są wykształconymi historykami i historykami Kościoła, m.in. Andrzej Grajewski, Franciszek Kucharczak, Leszek Śliwa czy Przemysław Kucharczak.

W pierwszym numerze „Historii Kościoła” znajdziemy m.in. następujące tematy: Skąd wiemy, że Jezus Chrystus istniał naprawdę jako człowiek z krwi i kości? Dlaczego realne człowieczeństwo Jezusa było podważane przez część chrześcijan w I wieku? Dlaczego mamy cztery Ewangelie i z jakiego powodu różnią się one między sobą? Czy apokryfy to tylko pobożne bajki, czy też wiarygodne źródła historyczne? Czy inkwizycja dawała gwarancję sprawiedliwego procesu? Kto zabił księdza Franciszka Blachnickiego i dlaczego śledztwo trwa tak długo? Co sprawiło, że Wandea nie jest kojarzona powszechnie ze zbrodniami rewolucji francuskiej?

„Wierzymy, że >Historia Kościoła< okaże się nie tylko prawdziwą gratką dla pasjonatów historii, ale również źródłem wielu inspirujących odkryć dla osób poszukujących prawdy – zarówno wierzących, jak i niewierzących” – czytamy w zapowiedzi nowego dwumiesięcznika.

opr. jka, źródło: gość.pl

HUBERT BEKRYCHT: Dramat arcypolski – Weryfikacja, pacyfikacja, likwidacja. Dziennikarstwo 3.0

Od miesięcy bawią mnie buńczuczne zapowiedzi likwidacji dziennikarstwa. Najpierw politycy lewicowo-liberalni, ci mogą być głupcami. Potem „społecznicy”, czyli też politycy tego samego nurtu, ale w randze autorytetów – ci głupcami zawsze zresztą byli. I na koniec – dziennikarze, który liczą, że po wygranych przez KO, TD i NL wyborach ich zarobki pójdą w górę (jeszcze?), ale przede wszystkim ich mądrość poszybuje w kosmos ku nieznanym układom. Chociaż na pewno układów im przez 8 lat nie brakowało. I ci dziennikarze nie są głupi. Tylko zachłanni.

Nie wiadomo, jak sprawy mediów, szczególnie publicznych, rozstrzygną Tusk, Hołownia i Czarzasty, ale na pewno nie będzie to łatwe na gruncie obowiązującego prawa. A zmienić uregulowania można, w dużym skrócie, tylko uzyskując w Sejmie przychylne kilkadziesiąt głosów posłów, którzy za likwidacją mediów publicznych, czytaj: niewygodnych, nigdy się nie opowiadali.

Uwaga dla zmęczonych kampanią – autor felietonu pisze, że legalnie nie da się zlikwidować ani nawet przejąć mediów publicznych a już na pewno nie da się wysłać na Jowisza czy na Kamczatkę Sakowicza, Karnowskich, Lisickiego, Kanię i kogo oni tam jeszcze chcą…

Weryfikacja:

Chociaż kojarzy się ze stanem wojennym, jej zwolennicy czekają na nią jak komuniści na czołgi.

Jak miałaby wyglądać weryfikacja dziennikarzy po „reżimie PiS”? Zakazać, reedukować, skreślić z listy dziennikarzy mogących wykonywać zawód.

Nie tylko. Przede wszystkim szykuje się nam niezły kabaret:

Po zwycięstwie KO. Tajna narada Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy w ukrytym przed partyzantką PiS połączonym biurze Sejmu, Senatu, Rady Mediów Narodowych, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz Ministerstwa Sportu i Turystyki:

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Wysoki Sejmie i jeszcze wyższy Senacie, wszystko to, co wydarzyło się w dziennikarstwie innym niż nasze musi zostać wypalone do gruntu a grunt potraktowany kwasem.

Członek Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Tomasz Lis: Hurra, kwasem ich!

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: No, nie… Tomku, tak nie można. Kwas nie, wypaczenia tak i wtedy dopiero kwas. Dziennikarze, którzy przez noc reżimu nie byli z nami powinni zostać skierowani do kopania rowów na wschodzie Polski. Reporterzy TVP, PR, PAP oraz konserwatywnych mediów prywatnych powinni na nasz widok zdejmować czapki i kłaniać się nam w pas. Bo w gruncie rzeczy nie o pieniądze tu chodzi, pieniądze, które zresztą słusznie nam się po 8 latach należą. Chodzi jednak i o to, aby już nikt nie ważył się być na lepszej pozycji niż my – dziennikarze prawdziwi, niepokonani, lisio przebiegli, piszący książki o złym PiS i zdecydowani na każde działanie wobec wrogów na prawicy.

Członek Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Tomasz Lis: Hurra! Na pal ich!

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Zabierzcie mu mikrofon, bo jeszcze się wyda, że chcemy ich wszystkich zamknąć w ośrodkach reedukacyjnych w Meklemburgii… Co ty mi tu wrzeszczysz do ucha reżyserze z reżyserki? I co, że to idzie na żywo? Wytniecie i po problemie.

Wiceprzewodniczący Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Sekielski: Tylko nie mówcie Tomkowi…

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Kazimierz Sowa: Tomku, czy ty nie możesz po bożemu a potem wybaczyć i weryfikować, pacyfikować i likwidować?

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: No przecież k…a mówię, na pal ich!

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Tadeusz Sowa: Nie ty Tomku, mówię do Tomka…

Wiceprzewodniczący Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Sekielski: Ale miałem mu nie mówić…

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Kazimierz Sowa: Pacyfikujcie na Boga a potem przebaczcie, bo spóźnię się na ostrygi.

Specjalistka ds. etyki Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Monika Olejnik: No dobra, ale to przeciwko komu teraz będziemy? Przecież nie przeciwko Trzem Partiom? Dobrze byłoby dopuścić paru dziennikarskich oszołomów.

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: To nie na pal ich? Szkoda…

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Kogo mamy weryfikować?

Pierwszy, czyli najważważniejszy, rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Adam Michnik: To się jeszcze zobaczy, w końcu Trzy Partie mogą chcieć weryfikować nas.  Za różne tam zaszłości… lub czasopisma. Sam fakt istnienia komisji będzie wystarczający.

Specjalistka ds. etyki Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Monika Olejnik: Z tym, że podobno są już dwie komisje ds. weryfikacji dziennikarzy w latach 2016 – 2023 i jedną z nich, tę nie naszą, ma przejąć Łukasz Warzecha. Cholerny galimatias. Co robić?

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: Na pal ich!

Pacyfikacja:

Podziemia PKiN, ostatnie szańce dziennikarstwa w TVP kilkadziesiąt dni po przejęciu siedzib przy ul. Woronicza i pl. Powstańców. Wchodzi komisja ds. weryfikacji dziennikarzy i jej pluton egzekucyjny.

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Cel, pal…

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Zaraz, zaraz, co ty robisz, przecież oni uciekli, TVP ma ze 40. zapasowych siedzib. Tu nie ma do kogo strzelać.

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Powtarzam, cel, pal…

Dowódca plutonu egzekucyjnego Kamil Dziubka: Ale tu nie ma nikogo!

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz:…ale jak ja mam w protokole, „strzelać”, to masz k…a strzelać!

Dowódca plutonu egzekucyjnego Kamil Dziubka: (zrezygnowany): Pif – paf…

 

Likwidacja:

Sejm. Kilka miesięcy po weryfikacji i pacyfikacji.Wszystkiego.

Rotacyjny Król Polski Donald Tusk: Nie mam już siły. I to wszystko nasi… Już trzeci miesiąc kłócą się, kto ma być szefem „Wiadomości”. Niech Nitras idzie do biura PiS i poprosi, aby oni sami zweryfikowali, spacyfikowali i zlikwidowali tę naszą komisję…

Kutryna rotacyjna, czyli nic nie opada

(Na scenę wchodzi rekwizytor i zdejmuje nabitego na pal pluszowego lisa)

  Kurtyna

Oczywiście wszystko jest fikcją a co nią nie jest fikcją będzie. Nazwiska członków komisji są z premedytacją pomylone, aby skompromitować to wszystko, co zostanie w dziennikarstwie po zaoraniu rządu konserwatywnego. Z tym, że to może być prowokacja wrogich służb.

 

Hubert Bekrycht – 13.11.2023 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

Taki tytuł musiał się teraz pojawić w felietonach CEZAREGO KRYSZTOPY: Suwerenność

Stoimy dziś wobec zagrożenia istnienia państwa polskiego, o skali z jaką nie spotkaliśmy się od kilkudziesięciu lat. To oczywiste. Ale prawie tak samo oczywiste było również przed wyborami.

Wbrew wrażeniu jakie daje kolorowa sieczka, która dzięki ciężkiej pracy mediów w sporej części wypełnia nam mózgi, sytuacja jest absolutnie poważna. Z jednej strony mamy prawdopodobną porażkę Ukrainy w wojnie z Rosją. Nie porażkę na zasadzie zniknięcia kraju, dzięki dzielności Ukraińców i pomocy Zachodu, Ukraina jeszcze stoi, ale w powietrzu unosi się smród Resetu 2.0, zgniłego kompromisu, do jakiego Ukraina zostanie najprawdopodobniej, kosztem koncesji wobec Rosji, zmuszona. Czy to nas dotyczy?

Zagrożenie ze wschodu

Tak, to nas bardzo dotyczy, ponieważ „pokój”, który nastąpi, będzie okresem odbudowy potencjału Rosji, który z udziałem Niemiec (dziwaczne gwałtowne wzrosty obrotów handlowych Niemiec z azjatyckimi satelitami Rosji, czy kupowana przez Niemcy tzw. „kazachska ropa”, podejrzewana o to, że w istocie jest rosyjską) w zasadzie już się zaczął odbudowywać. Jednym z błędów, które Rosja popełniła w czasie inwazji na Ukrainę, było zlekceważenie roli Polski. Drugi raz postara się tego błędu nie popełnić, nawet Biden mówi, że „następna może być Polska”.

W tym czasie u nas będą już prawdopodobnie rządzili ludzie, którzy uważają, że „Polsce duża armia niepotrzebna, a jakby co to Bundeswehra nas obroni”. Tak, już widzę jak broni. Ale nawet zostawiając na boku moją podobno germanofobię, to ta Bundeswehra jest dziś cieniem samej siebie, a obietnice zwiększenia nakładów Olafa Scholza, okazały się tyle samo warte, co jego kolegi Donalda Tuska. Tymczasem eksperci szacują okres odbudowy rosyjskiego potencjału na kilka lat, inni znów twierdzą, że w zasadzie mamy już do czynienia z wojną światową.

Zagrożenie z zachodu

Z drugiej strony, ci sami którzy do tej katastrofalnej sytuacji na świecie walnie się przyczynili, a to niespodzianka, znowu Niemcy, usiłują ją wykorzystać, by przywrócić swoją imperialną pozycję w Europie, centralizując Unię Europejską w sposób, który pozbawi sterowności wszystkie państwa oprócz niemieckiego. Z ich punktu widzenia, wobec katastrofy ich koncepcji „wspólnej przestrzeni od Władywostoku po Lizbonę” i „uzależnienia Europy od rosyjskiego gazu kolportowanego przez Niemcy”, a także rozczarowań w Chinach, które chyba nie bardzo chcą być dla Niemiec „nową Rosją”, potrzebują desperacko rynków zbytu i rezerwuaru taniej siły roboczej, jesteśmy idealnym materiałem na wewnątrzeuropejską kolonię.

Oczywiście pod warunkiem, że nie powtórzy się więcej takie zagrożenie dla stabilności niemieckich interesów jak PiS, czy coś podobnego. W tym celu trzeba strukturę państw narodowych złamać, tak żeby nawet jeśli któraś kolonia „zwariuje”, nie miało to już większego znaczenia.

Nie dziwmy się więc, że miejscowi niemieccy lokaje nie widzą potrzeby realizacji prorozwojowych projektów infrastrukturalnych takich ja CPK, elektrownie jądrowe, porty, czy silna armia. Nie widzą również potrzeby istnienia takich, porządkujących strukturę społeczna na różnych poziomach, instytucji jak IPN czy CBA. To untermenschom niepotrzebne. Szkoła podstawowa, jak za Hitlera, powinna im wystarczyć i ew. umiejętność obsługi sprzętu do zbioru szparagów.

Być może brzmi to nieco zabawnie, ale życie w tak diabolicznej alternatywie zabawne raczej nie będzie. Możemy być pozbawieni wpływu na własny los. Kto inny może zdecydować, czy Polskę lepiej na wszelki wypadek zaorać czołgami, czy jednak pozwolić żyć niewolnikom, którzy mogą się jeszcze do czegoś przydać. I dotknie to pospołu nadwiślańskich konserwatystów, lewaków, a nawet, mających zapewne nadzieję na pozycję „wiceniemców” – libków.

Suwerenność

I dlatego jest jednocześnie ideą, która może wszystkich połączyć. Ideą zwaną wyśmiewanym mianem – suwerenności. To jest też moim zdaniem prawdziwy klucz do niezdecydowanego „elektoratu środka”, odwołanie się do wspólnego interesu, a nie, jak chcieliby niektórzy odwracający uwagę od własnych wyrzutów sumienia desperaci, schlebianie najniższemu instynktowi pt. „chcemy móc bez wyrzutów sumienia zabijać dzieci, żeby się r….ć bez zobowiązań”.

Jako jedyną wystarczająco dużą by wprowadzić to do politycznej agendy siłą, widzę Prawo i Sprawiedliwość z największym klubem parlamentarnym, bliskim Prezydentem i wpływem na liczne instytucje. Dalibóg, nie mam pojęcia, dlaczego nie zrobiło tego przed wyborami. To znaczy zrobiło częściowo, podnosząc hasło bezpieczeństwa opartego na rozbudowie armii. Ale przed wyborami sprawa zagrożenia centralizacją UE przecież nie była szczególnie zauważana, no może przez Jacka Saryusz-Wolskiego czy Suwerenną Polskę. Po wyborach nagle zrobiło się głośno, ale przed wyborami oficjalnie obowiązywała jeszcze polityka „kompromisu z Unią Europejską”, która owszem, spowodowała utratę cnoty, ale rubelka nie przyniosła. Mało tego, również pozytywne hasło „bezpieczeństwa” na ostatniej prostej zastąpione zostało przez głupkowate „tuskowanie”, co w mojej ocenie, było jedną z przyczyn pyrrusowej natury „zwycięstwa wyborczego” PiS.

Od kilku lat pisałem, że PiS nie potrafi porwać wizją, która sięgałaby formatu „Polski solidarnej”, czy „Dobrej Zmiany”. Kwestia suwerenności, szczególnie wobec zagrożeń przed jakimi stoją Polska i Polacy, mogłaby być jądrem takiej nowej wizji. Wizji łączącej różne środowiska. Wizji porywającej emocjonalnie, do której można aspirować. I jednocześnie bardzo konkretnej, opartej na rozumianych bardzo praktycznie interesach. Wprawdzie twarze firmujące politykę „kompromisu z Brukselą” by się tu niespecjalnie przydały, ale wydaje mi się, że mamy teraz większe zmartwienia, a Polska możliwości decydowania o samej sobie, wręcz desperacko potrzebuje.

Kiedy Potrzebujecie, Oszczędzajcie, czyli KPO wg. CEZAREGO KRYSZTOPY: Kość Tuska

Rząd Donalda Tuska jeszcze nie powstał, właściwie nie wiadomo kiedy powstanie, ale w zakresie autokompromitacji odniósł już pierwsze sukcesy.

Takim chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem jest tzw. „Dziura Leszczyny”, którą pani polonistka, typowana obecnie na ministra finansów w teoretycznym rządzie Donalda Tuska, dostrzegła wbrew samym unijnym danym, nagle tuż po wyborach, choć jej wiedza na temat finansów publicznych od czasów kampanii wyborczej nawet nie miała okazji się poszerzyć. Za to, co za zbieg okoliczności, dostrzegła akurat wtedy, kiedy była potrzebna jako pretekst do wycofywania się z obietnic wyborczych przez szefa Platformy.

„Dzień po wyborach”

Innym, choć może jeszcze nie tak konkretnym przykładem, jest usiłowanie realizacji obietnicy Tuska o tym, że „dzień po wyborach pojedzie i odblokuje pieniądze z KPO”. Mija 18 dni od wyborów, a o odblokowaniu blokady  nie słyszałem (oddzielną kwestią jest to czy my tych pieniędzy przeznaczonych na zakup niemieckich wiatraczków, w ogóle potrzebujemy).

Oczywiście pamiętam, że podczas wizyty w Brukseli kilka dni temu, Tusk mówił o tym, że „pierwsze wypłaty są możliwe jeszcze w grudniu” i, że „nie będzie potrzebne zakończenie procesu legislacyjnego”.

Dwie możliwości

Możliwości są dwie. Albo Tusk nie kłamie i tym samym potwierdza, że dotychczasowa blokada środków z KPO, które biorąc pod uwagę, że już je spłacamy, należą nam się jak psu buda, nie miała nic wspólnego z żadną „praworządnością” i żadnymi zmianami legislacyjnymi i była jedynie ceną za jaką „praworządna” i „demokratyczna” Bruksela kupiła sobie nowy rząd w Polsce.

Albo Tusk kłamie, bo zauważcie, że Ursula von der Leyen nie pisnęła na ten temat ani słowa i jedyne co na dziś mamy to słowa szefa Platformy. Pierwsza możliwość stawia nową, teoretyczną większość parlamentarną w świetle brukselsko-berlińskiego klienta, który teraz będzie musiał spłacić dług rezygnacją z realizacji interesów Polski i Polaków. Z kolei druga możliwość stawia ją w świetle, w którym mamy ją okazję oglądać od lat i to z bardzo niekorzystnej strony.

Kość Tuska

Tym bardziej, że najwyraźniej brukselska kasa jest pusta i być może „praworządnościowy” szantaż wobec rządu PiS był tylko wygodnym pretekstem ukrywającym w rzeczywistości fakt, że tych pieniędzy po prostu nie ma. O pustej kasie Brukseli mówiła ostatnio szefowa Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola, Szwecja zaproponowała nawet plan cięć. W dodatku Niemcy, z zazdrością obserwując szybki i mocno kontrastujący z niemiecką mizerią, polski rozwój gospodarczy, są wybitnie „niezainteresowani” tym, żeby Polsce cokolwiek „dawać”.

Jednak najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje mi się, że Tusk dostanie jakąś swoją symboliczną kość, żeby niemieckie media dla Polaków mogły go pochwalić i odtrąbić, że „odblokował”, ale że będzie to kość na tyle symboliczna, że w istocie gospodarczo dla Polski bez większego znaczenia.

CEZARY KRYSZTOPA: Może być nieźle. Albo źle

Dlaczego PiS wygrał, ale przegrał? Z różnych powodów, ale jednym z najbardziej istotnych wydaje mi się to, że się na ostatnim odcinku kampanii splatformizował. I tak jak wcześniej wyśmiewał polityków Platformy Obywatelskiej z Tuskiem na czele, podliczając mu w spotach ile razy podczas konwencji użył słowa „PiS”, tak sam do groteski doprowadził używanie po każdym przecinku, ustami premiera Morawieckiego słowa „Tusk”.

PiS nie miał złej kampanii, może nie jakąś wybitną, ale dobrze skrojoną pod trudne czasy. Bezpieczeństwo, inwestycje, programy socjalne. Ta kampania powodowała wrażenie, że „ci tam na dole się miotają usiłują szarpać pisowskie nogawki, a PiS unosi się pół metra nad nimi i zajmuje się w tym czasie sprawami istotnymi dla Polski i Polaków”. Jeśli dobrze pamiętam, miało to pozytywny wpływ na sondaże. Przynajmniej te publicznie dostępne. I nagle jak nożem uciął, pozytywną kampanię szlag trafił i zaczęło się „Tusk, Tusk, Tusk”, drażniące (pytałem) nawet najtwardszy elektorat, co sprowadziło PiS z tego pół metra, pół metra niżej. Tusk, który nie był szczególnie istotny, nagle zrobił się strasznie ważny. A w tym samym czasie, ci którzy PiS szarpali, no nie, nie to, że zaczęli merytorycznie, ale zadusili PiS miłością i serduszkami.

Platformizacja

Mało tego, PiS wydaje się powtarzać zachowania Platformy również po wyborach. Niektórzy politycy partii ciągle rządzącej sprawiają wrażenie jakby byli na elektorat obrażeni. Głupi wyborcy śmieli zagłosować nie tak jak należało. Może i głupi. Warto to rozważać. Mogą to robić publicyści, blogerzy, wszyscy obywatele. Ale kiedy zaczynają to robić publicznie politycy, jest to forma wyparcia rzeczywistości i niechęć do przyjęcia jej konsekwencji. Politycy muszą sytuację głęboko zanalizować, wyciągnąć konsekwencje, również personalne, po to by jak najszybciej przedstawić wyborcom nową, skuteczną i atrakcyjną ofertę. I to nie schlebiając ich najniższym instynktom, ale ukazując nową wizję, do której ci chcieliby aspirować. Tak było z „Polską solidarną” i „Dobrą Zmianą”.

Przykładem, który uderzył mnie szczególnie, był paskudny powyborczy spin „wszystkiemu winni prolajferzy i orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego”. Może jeszcze nienarodzone dzieci? Można oczywiście rozważać konsekwencje polityczne tej sytuacji, ale wydaje mi się, że warto zauważyć, że jakoś Lewica na tym nie zyskała, nie zyskała nawet blisko związana z Lempart Platforma Obywatelska, która w zasadzie uzyskała słaby wynik. W ogóle założenie, że „PiS popełnił tu błąd” jest obraźliwe dla Trybunału Konstytucyjnego, który PiSem nie jest (postąpił zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą, konstytucją i człowieczeństwem) i w jakimś sensie przyznaje rację świrowni ze Strajku Kobiet. A służyć ma prawdopodobnie odwróceniu uwagi od innych wydarzeń, takich jak błędy w kampanii, będąca katastrofą wizerunkową na wsi „Piątka dla zwierząt”, podpisanie takich potworków jak „mechanizm praworządności”, „Fit for 55”, czy irytująca wielu covidowa propaganda. Pamiętacie jak Strajki Kobiet nagle zwiędły kiedy otwarto galerie handlowe? A przecież orzeczenia TK nie odwoływano. Zresztą, tę wersję potwierdzają również moje nieoficjalne ustalenia, wg. których temat „aborcji”, czy „praw kobiet” nie istniał na agendzie analiz potencjalnych zagrożeń sztabu PiS. Pojawił się nagle po wyborach. Bo akurat był potrzebny, stanowiąc jakby kolejny objaw odmowy akceptacji rzeczywistości, lub jej celowego zafałszowania. Co to może dziś pozytywnego PiS przynieść? Nic. Lewica światopoglądowa nie ruszy szturmem głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Jedyną konsekwencją może być zrażenie kolejnej grupy wyborców.

PiS ma czym grać

A wbrew temu co się niektórym wydaje, PiS ma sporo aktywów. Ma „swojego” prezydenta, szefa NBP, instytucje wymiaru sprawiedliwości, które obsadzono za jego kadencji, tysiące sędziów zaszczuwanych dziś przez hunwejbinów „nadzwyczajnej kasty”, przez jakiś czas jeszcze media publiczne. Będzie miał największy klub parlamentarny. I najbardziej zwarty, o ile nie wystąpią jakieś procesy dekompozycyjne. W odróżnieniu od potencjalnej „koalicji”. Tak silne opozycji nikt nie miał od 1989 roku. Nic tylko patrzeć jak gabinet Tuska (wiem, jeszcze go nie ma i nie wiadomo czy na pewno będzie, ale przyznacie, to dość prawdopodobne) kompromituje się nie mogąc spełnić obietnic wyborczych i ośmiesza ustami takich „mężów opatrznościowych” jak Izabela Leszczyna czy Michał Kołodziejczak. Nic tylko punktować, pokazywać „my budowaliśmy CPK, a oni budują trzecie toalety”.

Jest na czym budować. Referendum niestety nie stało się dla decyzji rządzących obligatoryjne, ale na pytania referendalne – „nie” – odpowiadało po ok. 11 milionów biorących udział. To jest potencjał, po który PiS może sięgnąć jeśli potrafi. Ale do tego trzeba by ciężkiej pracy nad przywróceniem wiarygodności, której strategia „w Polsce owijamy się biało-czerwonymi flagami, a do Brukseli jeździmy podpisywać co trzeba” kiepsko się przysłużyła. Mało tego, badania niemieckiej Fundacji Adenauera, tej samej, która finansowała Campus Trzaskowskiego, wskazują, że młodzi ludzie są w większości przeciwni liberalizacji prawa aborcyjnego, przeciwni wprowadzeniu euro, rozumieją potrzebę inwestowania w bezpieczeństwo. Żeby do nich dotrzeć nie trzeba schlebiać julkom, tylko nauczyć się języka, który do nich dotrze, a nie będzie dziaderskim „Tusk, Tusk, Tusk”. Nie wiem czy PiS chce i może to zrobić, nie jestem członkiem partii, ale kto by tego nie robił, taka budowa jest niezbędna z punktu widzenia szansy Polski na przetrwanie jako suwerenne państwo i szansy Polaków na przetrwanie ich ambicji wykraczających poza półgodzinną przerwę przy zbiorze niemieckich szparagów.

Krytyka

Spotykam się z takimi apelami, często bardzo szanowanych osób, żeby „nie krytykować PiS, bo PiS jest dobry”. Ja nie twierdzę, że „niedobry”. Naprawdę doceniam, ze świadomością wszystkich wad i „sukcesów”, choćby to, że przez osiem lat Polska i Polacy mieli szansę choćby rozważać własny interes, a w wielu kwestiach go skutecznie realizować. Nie wiem czy taka sytuacja jeszcze się w najbliższym czasie pojawi, tym bardziej, że rządzić ma nami człowiek, który zapewne podpisze wszystko co podsuną mu Niemcy. Ale to nie oznacza, że PiS ma nie podlegać krytyce. Nawet Kościół podlega. A brak krytyki może powoduje dłuższe okresy samozadowolenia, ale kiepsko wpływa na świadomość sytuacyjną i bywa, że ma opłakane konsekwencje.

Reasumując. W mojej ocenie PiS ma potencjał żeby odwrócić kartę, ale nie w sytuacji kiedy powtórzy błędy Platformy.

Do portalu wraca KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: A Polacy wybrali Barabasza…

Po wyborach w Polsce niemieccy politycy, dziennikarze a nawet mieszkańcy pogranicza odetchnęli z ulgą. „Polacy pokazali, że są po stronie demokracji”, „Powrót do Europy, powrót do demokracji”, „Zwycięstwo opozycji to dobra wiadomość dla Unii Europejskiej”, „Polsce grozi faza niestabilności: PiS nie odda władzy bez walki” – to tylko niektóre, euforyczne tytuły z niemieckich gazet.

Na miesiąc przed wyborami nikt już nawet nie ukrywał o co chodzi. Ani w Polsce ani tym bardziej w Niemczech. Donald Tusk i jego akolici szermowali wprawdzie hasłami najeżonymi „demokracją”, „praworządnością”, „tolerancją” i „miłością”, ale tak naprawdę starali się tylko wszelkimi sposobami przekonać Polaków do tego, że zależność od Niemiec jest lepsza niż życie pod pisowskim butem… No i chyba im się udało.

 Zdeterminowani sąsiedzi

 Jak bardzo Niemcom zależało na zwycięstwie Tuska, widać po wypowiedziach polityków – przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, kanclerza Niemiec Olafa Scholza, niemieckiej minister spraw zagranicznych Annaleny Baerbock i przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera. To oni najgłośniej krzyczeli, że PiS to „wróg demokracji”, „niszczyciel praworządności”, „antyeuropejski wichrzyciel” i w ogóle „chory człowiek Europy”. I dlatego trzeba przeciwko tej partii wznieść „zaporę ogniową”.

Pod koniec czerwca br. Manfred Weber powiedział nawet: „Jesteśmy jedyną siłą, która może zastąpić PiS w Polsce i poprowadzić ten kraj z powrotem do Europy”. Inni eurokraci uzupełniali jego wypowiedź tezami, że trzeba jak najszybciej znieść weto i przekształcić UE w federalne superpaństwo, w którym najważniejsze decyzje podejmowane będą w Brukseli, a nie na poziomie stolic państw członkowskich. A to nad Wisłą zagwarantować może im jedynie Donald Tusk.

Przekaz był czytelny. Wydawało się więc, że przynajmniej racjonalnie myślący Polacy nie dadzą się nabrać na to „szwabskie gadanie”. A jednak górę wzięły nie logika i rozsądek, lecz emocje… Na nic się zdało przywoływanie przez polskie media najbardziej kontrowersyjnych działań liberalno-lewicowej opozycji – od wszczynania awantur ulicznych, poprzez blokowanie należnych Polsce funduszy unijnych, po próbę destabilizację granicy z Białorusią.

Nie pomogło ujawnienie dokumentów, obnażających relacje Tuska z „Rosją jako taką”, ani przypominanie afer liberałów i ich związków z niemieckim kapitałem. Nie poskutkowała nawet perspektywa odebrania Polakom 13. i 14. emerytury, 500 plus, Dobrego Startu i temu podobnych programów społecznych. Nawet tłumaczenie, że jedyną polityczną siłą, która utrzyma suwerenność Polski jest Prawo i Sprawiedliwość, nie okazało się wystarczająco mocnym argumentem. Polacy w większości wprawdzie wybrali PiS, ale uzyskane przez tę partię 194 mandaty, to za mało, żeby utworzyć samodzielnie rząd.

 Co za radość, co za sukces

 Po wyborach w Polsce w niemieckich mediach wybuchła euforia. Pojawiły się artykuły o wszystko mówiących tytułach: „Polacy pokazali, że są po stronie demokracji”, „Powrót do Europy, powrót do demokracji”, „To ważne zwycięstwo Europy i jej wartości”, „Czy Kaczyński dobrowolnie odda władzę?”

Już w powyborczy wtorek ekspert ds. polityki zagranicznej CDU Norbert Röttgen napisał w jednym z serwisów społecznościowych, że „demokratyczna decyzja zaowocuje zwiększeniem współpracy i zmniejszeniem konfrontacji w stosunkach pomiędzy Polską a Niemcami i UE”. Z kolei chadecki premier Bawarii, Markus Söder uznał wyniki polskich wyborów za „dobry sygnał dla Europy”. Dla polityka Partii Zielonych Svena Lehmanna to również „wspaniała wiadomość od naszych sąsiadów”. W mediach społecznościowych napisał nawet, że „Nacjonalistyczna, antykobieca i antyqueerowa partia PiS nie ma już większości”. Na tej samej platformie wtórował mu europoseł Zielonych, Michael Bloss: „Co za radość, co za sukces dla demokracji, dla Europy, dla ochrony klimatu”.

Socjaldemokratyczny premier Brandenburgii, Dietmar Woidke nie komentował bezpośrednio wyników wyborów. Odniósł się jedynie do polskich projektów rozbudowy połączeń transportowych na Odrze, ochrony tej rzeki oraz nielegalnej migracji. „Nie mogę się doczekać dobrej wspólnej pracy” – podkreślił w jednym z wywiadów dla stacji Rundfunk Berlin-Brandenburg. Z kolei Zieloni wyrazili nadzieję na intensyfikację współpracy w dziedzinie ochrony przeciwpowodziowej. Jan-Niclas Gesenhues, poseł do Bundestagu z ramienia tej partii, wyraził przekonanie, że „15 października otworzyły się nowe perspektywy w dziedzinie ochrony środowiska”. Głos zabrała również organizacja proekologiczna Deutscher Naturschutzring, której przedstawiciele wezwali do ponownej oceny wcześniejszych porozumień i „natychmiastowego zawieszenia realizacji” projektów budowlanych na Odrze.

Przyjaciele Polski i praworządność

 Według byłego szefa Deutsch-Polnische Gesellschaft Bundesverband e. V., a obecnie pełnomocnika rządu federalnego ds. niemiecko-polskiej współpracy, Dietmara Nietana, wyniki wyborów pokazują, że „Polacy chcą zmian”. „Jestem bardzo szczęśliwy, że polskie społeczeństwo pokazało, że stoi po stronie demokracji” – powiedział w wywiadzie dla publicznej rozgłośni „Bayerischer Rundfunk”. Nietan podekscytowany był zwłaszcza „rekordową frekwencją” – „coś takiego „nie zdarzyło się nigdy w demokratycznej Polsce od upadku komunizmu”. Były współpracownik Martina Schulza powiedział też, że wierzy „w lepsze stosunki z Polską”.

Nietan nie jest oczywiście osamotniony w nadziei na „normalizację”. Również wicedyrektor Deutsches Polen-Institut, Agnieszka Łada-Konefał jest przekonana, że stosunki polsko-niemieckie mogą poprawić się właśnie dzięki zmianie rządu w Warszawie. Szczególnie w kontekście żądań „narodowo-konserwatywnej partii PiS”, która oczekuje od Niemiec ponad 1,3 biliona euro reparacji wojennych.

Z kolei zdaniem Sonji Priebus, eksperta ds. polityki konstytucyjnej przy Uniwersytecie Europejskim Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, zmiana rządu ustabilizowałaby polsko-niemiecką współpracę naukową. „Jak będzie wyglądała ta współpraca, to oczywiście jest dla nas ważne, szczególnie w regionie przygranicznym”. Antyniemieckość PiS w kampanii wyborczej nie wpłynęła jeszcze na współpracę, „ale jeśli coś takiego będzie trwało przez dłuższy czas, to może mieć wpływ”.

Wynik głosowania jest także „ważny dla relacji Polski z Unią Europejską, z którą Polska toczy obecnie wiele konfliktów na tle praworządności” – stwierdziła Priebus. „Lider opozycji, Donald Tusk w trakcie kampanii wyborczej oznajmił, że chce zakończyć te konflikty, bo oznaczają one zamrożenie funduszy unijnych dla Polski.” – podkreśliła Sonja Priebus.

Profesor kulturoznawstwa, również z Viadryny, Anja Hennig, podkreśliła, że „jeśli w Polsce do władzy dojdzie trójstronny sojusz pod rządami Donalda Tuska, to kluczowe będzie przyjęcie wspólnego stanowiska w kwestii praworządności”. „Nie należy lekceważyć szkód, jakie jej brak już wyrządził demokracji w Polsce” – powiedziała w wywiadzie dla rozgłośni Rundfunk Berlin-Brandenburg.

W tym samym czasie państwowa stacja telewizyjna Norddeutscher Rundfunk wyemitowała reportaż ze Świnoujścia. Wynikać miało z niego, że „większość mieszkańców powiatu zdecydowanie opowiada się za zmianą rządu”. „Nie do zniesienia jest dla nich antyeuropejska propaganda narodowo-konserwatywnego PiS. Podżeganie na myślących inaczej, podżeganie na Niemców, naszych sąsiadów, podżeganie na Unię Europejską” – miał mówić przypadkowy przechodzień. „Co to jest? To, co się tutaj dzieje, jest skandaliczne”.

Z kolei napotkana przez reporterów Polka stwierdziła ponoć, że te wybory są dla niej bardzo ważne, ponieważ chce pozostać w UE. „Czuję się Europejką i wielu moich znajomych czuje to samo”. „Mieszkańcy regionu przygranicznego boją się o demokrację w swoim kraju” – skonkludował dziennikarz NDR.

Po co te wybory…

 „Polskiej opozycji udało się wygrać nieuczciwe wybory” – stwierdził na łamach dziennika „Die Tageszeitung” brytyjski historyk Timothy Garton Ash. Na pytanie, czy w Polsce nastąpi płynne przekazanie władzy, odpowiedział: „Będzie z tym problem, bo państwo zostało przejęte przez PiS – część instytucji administracji państwowej, Bank Centralny… Prezydent Andrzej Duda i Trybunał Konstytucyjny będą próbowali stawić opór liberalnej opozycji, która chce przywrócić pierwotny porządek. Musimy więc zachować ostrożność”.

W oficjalnej narracji „bezstronnych”, niemieckich mediów nie znalazły się natomiast komentarze zwykłych Niemców, którzy pytali na różnych forach: „Skąd pomysł, że jedna strona spektrum partyjnego w Polsce jest bardziej ‘demokratyczna’ od drugiej? Takie stwierdzenia są głęboko niedemokratyczne. Przy takim podejściu nie ma już chyba potrzeby organizowania żadnych wyborów. Wystarczy zakazać działalności tym, których uważa się za wrogów demokracji i wtedy pozostaną już tylko ‘fajni i postępowi’ politycy, którzy zawsze mają rację” … Co z punktu widzenia nowoeuropejskich wyznawców ponowoczesności z pewnością jest całkiem „cool”. Bo przecież „Stany Zjednoczone Europy” brzmią dużo lepiej niż jakaś tam Rzeczpospolita Polska… W tej sytuacji nie ma chyba sensu walczyć o „naszą i waszą wolność”. Zwłaszcza, że Niemcy i Francja szykują już kolejną, na wskroś „demokratyczną” zmianę w unijnych traktatach.

Nowe reformy mają na celu ostateczne ograniczenie resztek suwerenności państw członkowskich. Projekt zakłada przekształcenie Unii, która była pomyślana jako stowarzyszenie suwerennych państw, w superpaństwo federalne. W tworze takim rola państw członkowskich byłaby poważnie ograniczona – obecnie Polska ma prawo weta, ale po ewentualnej zmianie rządu, zrezygnowałaby zapewne z tego narzędzia. I to pomimo, że aż 58 proc. Polaków opowiada się przeciwko rezygnacji z weta.

Ostatni bój tęczowych demokratów

 Przy podejmowaniu najważniejszych decyzji Rady Europejskiej – m.in. przy rozstrzygnięciach budżetowych, podatkowych i dotyczących bezpieczeństwa – wymagana dotąd była jednomyślność. Obecnie Francja i Niemcy chcą to zmienić. Paryż i Berlin uznały bowiem, że weto pozwala niektórym państwom „blokować unijne decyzje oraz zastraszać większość wspólnoty”. W nowej, federalnej Unii obowiązywałaby wspólna polityka wewnętrzna i zagraniczna. Superpaństwo miałoby także wspólne wojsko, sądy i system podatkowy.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości byli takim rozwiązaniom przeciwni. Co zresztą bezustannie podkreślali. Za to liberalno-lewicowa opozycja z pewnością wykona wolę Berlina bez mrugnięcia okiem… Nawet jeśli likwidacja zasady jednomyślności będzie oznaczać odebranie Polakom suwerenności.

Po likwidacji prawa weta stracilibyśmy ostatecznie zdolność do blokowania niekorzystnych dla nas pomysłów unijnych urzędników i stalibyśmy się państwem całkowicie zależnym od Brukseli i Berlina. Przykładem takiego mechanizmu jest głosowanie nad „Fit for 55” – pomimo braku naszego poparcia, pakiet klimatyczny został przyjęty… Notabene, obecnie Komisja Europejska pracuje nad nową dyrektywą, której celem będzie podwyższenie podatków za korzystanie z „zanieczyszczonych paliw”: węgla, ropy i gazu.

Różnice w interesach Polski i Unii nie kończą się bynajmniej na prawie do weta. Niemcy i Francja chcą, aby państwa członkowskie przekazały władzę w kolejnych kluczowych dziedzinach na rzecz Brukseli. Komisja Europejska dąży do decydowania o kwestiach związanych z lasami, edukacją, zdrowiem, prawem rodzinnym, obroną cywilną i przemysłem. W takim przypadku Polacy zostaliby sprowadzeni do roli klienta, którego Berlin mógłby, ale nie musiał słuchać. Kanclerz Scholz jasno powiedział, że w demokracji liberalnej nie jednomyślność zapewnia największą legitymację, lecz są nią walka o większość i sojusze… Powiedział, a duża cześć polskiego społeczeństwa, chyba bezrefleksyjnie, to zaakceptowała.

No cóż, Izraelici mieli do wyboru Jezusa i Barabasza. My również mieliśmy 15 października wybór – pomiędzy suwerennością i podległością. I też wybraliśmy w najpodlejszy z możliwych sposobów. Ale stało się… I trzeba będzie z tym żyć. Może jednak nie oznacza to dla Polski totalnej katastrofy. Może „zwycięstwo” liberalnych demokratów będzie ich ostateczną kompromitacją. I końcem. Raz na zawsze… Bo przecież koalicja, której jednym spoiwem jest rządza władzy, nie może długo funkcjonować.

 

Więcej aktualności na temat krajów niemieckojęzycznych na kanale autora: https://www.youtube.com/@DACHL

 

Znowu filozoficzne pytanie WALTERA ALTERMANNA: Czy nie jesteśmy trochę dziwni?

Nie mam zbyt dużych doświadczeń jak żyją inne narody. Trochę oczywiście bywałem w świecie, ale nie na tyle długo, żeby autorytatywnie osądzać innych, i żeby porównywać innych ze świata z nami. Jednak z racji długiego życia mam trochę obserwacji i wniosków co do nas samych.

Myślę, że mamy bardzo rozwinięty instynkt teatralny – to znaczy łatwo przychodzi nam udawanie. Udatnie i zgrabnie idzie nam wcielać się w takie role, jak: gorliwy patriota, współczujący innym, tolerancyjny, postępowy i bez uprzedzeń, otwarty na świat, świadomy uczestnik życia  politycznego… i rola najważniejsza – bardzo mądry. Oczywiście ról, które my Polacy gramy sami przed sobą, jest wiele, ale te wymienione wyżej są najważniejsze.

A jak jest z nami naprawdę? Moim zdaniem – jesteśmy zupełnie inni, niż sądzimy o sobie. Poniżej trzy przykłady. Pierwszy poniekąd już historyczny, dwa następne aktualne, dosłownie.

I tylko sobie nie myśl…

Z początkiem lat osiemdziesiątych poznałem w Londynie dziwną parę. Ona była Polką, on Libańczykiem. On nawet dość dobrze mówił po polsku, ale na polskich towarzyskich spotkaniach nie mówił nic, siedział cicho w kącie i tylko się łagodnie uśmiechał. Ona natomiast szalała, zawsze była pobudzona, dużo mówiła i śmiała się z własnych dowcipów.

Ktoś z „miejscowych” Polaków zdradził mi sekret tej pary. Ona przyjechała do Londynu na początku lat 70. jako turystka, ale oczywiście natychmiast zaczęła pracować. Okazało się jednak, że zarobione pieniądze nie starczają jej nawet na wynajęcie choćby łóżka w pięcioosobowym pokoju. Wtedy ktoś z osiadłych w Londynie Polaków poznał ją z owym Libańczykiem, który za darmo pozwolił jej zamieszkać, w osobnym pokoju rzecz jasna. Czas upływał i zbliżał się termin powrotu pani, bo wiza opiewała jedynie na trzy miesiące. Wtedy Libańczyk zaproponował jej fikcyjne małżeństwo. Po normalnym, urzędowym ślubie, a jakże, pani nadal mieszkała u Libańczyka. W końcu zaczęły pojawiać się ich wspólne dzieci. A pani, nie rzadziej niż raz na tydzień mówiła do swego męża:

– Ale żebyś sobie nie myślał, że my naprawdę jesteśmy małżeństwem…

I tak trwają z sobą do dzisiaj w zgodzie, bo Libańczyk ma niebywale łagodny charakter. Przy czym pani nadal co i rusz oświadcza, także przy obcych, że ów Libańczyk jest jej mężem jedynie na niby.

Myślę, że umiejętność życia w subiektywnym świecie, umiejętność wypierania z siebie prawdy o sobie samym jest naszą narodową „silną stroną”, jak mówią spece od marketingu. Tyle tylko, że nie wszyscy w świecie mają tak dobre charaktery jak ów Libańczyk z Londynu, i niestety sądzą nas obiektywnie.

Kurtka

Czasy są trudne. Inflacji niby nie ma, ale ceny są znacznie wyższe niż jeszcze dwa lata temu. Przy czym – nie za wszystkie te „nowe” ceny odpowiada rząd i prezes Glapiński. Niestety inflacja ma też swoich cichych, małych „twórców”.

Całkiem spora grupa, jeśli nie większość ludzi, którzy coś nam sprzedają, świadczą jakieś usługi nie chce pohamować swych dużych apetytów i podwyższa ceny bez umiaru.  Tym samym wpływając znacząco na poziom i tak dużej inflacji.

Tu podam przykład, bo bez przykładu żadna teoria nie jest wiarygodna. Kilka dni temu wziąłem swoją letnią kurtkę i zaniosłem do pralni. Kurtka jest lekka, bez podszewki, ot jakby koszula, tyle, że z grubszego płótna. Pani w pralni dokładnie obejrzała com przyniósł i odkryła na wszytej w kurtkę metce, że należy ją prać w wodzie, w temperaturze 40 stopni. Ucieszyłem się, że pranie będzie ekologiczne, bez żadnych dzikiej chemii.

Zapytałem o cenę, a pani powiedziała, że będzie to kosztować 45 zł. Zabrałem kurtkę do domu i sam ją wyprałem w pralce. Koszt, licząc płyn do prania, energię elektryczną oraz amortyzację pralki to góra 4 zł.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że przy takiej polityce cenowej firma owej pani niebawem uda się do rządu z żądaniem wspomożenia jej finansowo, bo przecież był Covid, jest inflacja i stan niepokoju w Europie. I jak znam życie, to jej dadzą, z  mojego oczywiście, bo przecież własnych pieniędzy ministrowie nie oddadzą.

Niestety cechuje nas światopogląd ograniczony jedynie do własnych interesów, przy deklarowanym mocnym patriotyzmie. Deklaratywnie gotowi jesteśmy dla kraju poświęcić wszystko, z wyjątkiem utrzymywania cen na normalnym, niespekulanckim poziomie. A dodatkowo mamy duży kłopot poznawczy. Oczywiście z wysnuwaniem wniosków z faktu, że ogólne ma wpływ na to co jednostkowe, czyli nasze prywatne idzie nam świetnie. Ale już zrozumienie faktu, że to co nasze,  jednostkowe, ma też wpływ na ogólne, a w konsekwencji również nasze – to idzie nam już opornie.

Ceny

W Wielkiej Brytanii do dzisiaj obowiązuje średniowieczne prawo, głoszące, że gdy sprzedający podaje cenę za towar, to potem nie może żądać więcej. Możliwe jest jedynie obniżanie ceny, ale jej podwyższanie jest zakazane. Skutkiem tego, gdy – powiedzmy na targu – jakiś sprzedawca oferuje towar za trzy funty, a kiedy okazujemy zainteresowanie, oświadcza, że się pomylił i żąda pięciu  funtów, to możemy wezwać policjanta, który nakaże mu sprzedać daną rzeczy za pierwotną cenę. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby nie naciągać klientów, nie wabić ich fałszywie niską ceną.

U nas natomiast praktyka jest wręcz bandycka. Idę do dużej sieci handlowej, wybieram kilka artykułów, patrząc przy tym na ceny. Potem z koślawym sklepowym wózkiem dochodzę do kasy. I tu okazuje się, mam na to paragon, że ceny w sklepie są cenami netto, bez VAT! Pytam o tę różnicę ekspedientkę, która brutalnym, chrapliwym głosem oświadcza:

– To pan nie wie, że jest VAT?

– Wiem – odpowiadam – ale na stoiskach powinna być podana cena z Vatem.

– Daj se pan spokój… – mówi kasjerka.

– To ja poproszę kierownika…

– Taaa, akurat kierownik będzie czas tracił – kasjerka nadal broni interesów firmy.

– To w taki razie, powiadomię o waszej praktyce odpowiedni urząd.

– Urząd? Panie, tu bez przerwy są różne kontrole i nic nam nie zrobią… – triumfuje kasjerka.

Oczywiście przegrałem to starcie i nigdzie nie będę interweniował, bo przecież wiem, że naprawdę żaden urząd „w gospodarce rynkowej” żadnej sieci handlowej nic zrobić nie może… Bo kapitalizm jest dla kapitalistów. A może wyjadę do Wielkiej Brytanii…

 

Od redakcji:

Po dłuższych przemyśleniach Autor został w Polsce.