CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Niemcy muszą zmienić rząd w Polsce?

Wiadomo, każde wybory są o wszystko, każde są „najważniejsze od 30 lat”, w każdych „musimy się zmobilizować, żeby nie dopuścić”. Ale ta kampania wyborcza jest jakoś dziwnie nerwowa. Wojna na Ukrainie, chaos w Izraelu, jakieś drgawki UE, wiadomo, ale wydaje się, że bez „innych szatanów”, którzy są tu i teraz wyjątkowo „czynni”, całej tej nerwowości wytłumaczyć się nie da.

Zauważyliście jak Scholz zaatakował Polskę bezpośrednio na wiecu? Że niby kilkaset wątpliwych i badanych przez polską prokuraturę przypadków wiz miało spowodować migracyjna katastrofę w Niemczech.

Niemiecka desperacja

Nie sprowadzanie na hura setek tysięcy, czy wręcz milionów nielegalnych imigrantów w imię polityki „Herzlich Willkommen” czy pod pretekstem lewicowej utopii multi-kulti, tylko kilkaset wiz wydanych przez Polskę. Przecież to się kupy nie trzyma. W dodatku łamie wszelkie dotychczasowe zasady niemieckiej polityki zagranicznej. Do tej pory chytrzy Niemcy od brudnej roboty mieli na posyłki Holendrów,  Belgów, czy Czechów. A teraz sam KANCLERZ musiał sobie pobrudzić ręce. Czyż nie świadczy to o wysokim poziomie desperacji?

Albo sprawa z odwróceniem (miałem to określić inaczej, ale nie chcę żeby ktoś miał przeze mnie kłopoty) Zełenskiego. Do tej pory takie rzeczy Niemcy robili w białych rękawiczkach, a teraz uszyli to nićmi grubymi jak liny okrętowe. Podobno nawet Amerykanie byli zdegustowani. A sprawie przyklaskiwały i winą obarczały Polskę głównie media niemieckie i media tych krajów, które są pod największym niemieckim wpływem. To jak bezczelnie instytucje europejskie znoszące unijne embargo na import (nie tranzyt!) ukraińskiego zboża, zostały wykorzystane przez Niemców do skłócenia Polski z Ukrainą, też raczej widać z daleka. Jeśli dorzucić do tego coraz bardziej nerwowe codzienne wiosłowanie niemieckich mediów dla Polaków w Polsce, mamy dość szeroki obraz histerii w jaką na punkcie Warszawy wpadł Berlin.

Dlaczego?

Najświeższym elementem złożonej odpowiedzi jest chyba tekst brytyjskiego „Daily Telegraph” – „Polska próbuje przejąć od Niemiec koronę przemysłowego centrum Europy”. Dlaczego to w ogóle możliwe? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ze wszystkimi problemami, Polska dynamicznie się rozwija. A po drugie dlatego, że Niemcy same podcięły sobie korzenie wzrostu.

Nie, 24 lutego 2022 roku Niemcom świat się nie zawalił. O ich ówczesnym stanie ducha świadczą opowieści ukraińskich dyplomatów, którzy zwrócili się wtedy do swojego „strategicznego sojusznika” o pomoc i usłyszeli, że „nie warto Ukraińcom pomagać, ponieważ Ukrainie zostało kilka godzin”. Trudno wobec tego nie odnieść wrażenia, że Niemcy nie byli jakoś szczególnie zaszokowani inwazją, a raczej oczekiwali jej szybkich efektów. Niestety, ich strategiczny sojusznik – Władimir Putin, skrewił. Wziął na Ukrainie w d. tak, że śmiech rozległ się we wszystkich strefach czasowych. I dopiero, wraz z docieraniem tej świadomości, Niemcom świat się zaczął walić.

A tak było pięknie

A tak było pięknie. „Wspólna” niemiecko-rosyjska – imperialna przestrzeń od Lizbony do Władywostoku, była w zasadzie na ukończeniu. Polska, która się jej koncepcji przeciwstawiała, właściwie osamotniona, po wyborach w USA opuszczona przez zamorskiego sojusznika, który w zasadzie oddał Europę w zarząd duumwiratowi Berlin-Moskwa. Tani gaz płynął do Niemiec szerokim strumieniem Nord Stream, a miał płynąć jeszcze szerszym. Gospodarki krajów unijnych spętane eko-szantażem, nie miały wyjścia, musiały w końcu przejść na system, w którym jedynym dysponentem kurka z rosyjską energią w Europie były Niemcy, które i tak już trzymały UE za mordę, choćby przy pomocy euro. I już, już miały wystrzelić szampany, sypnąć się konfetti i zagrać Odę do Radości z rosyjskim zaśpiewem, gdy nagle okazało się, że strategiczny sojusznik Władimir pokpił sprawę, wszystko schrzanił, sen prysnął jak bańka mydlana, a Berlin został z gaciami spuszczonymi do połowy uda.

Od tamtej pory Niemcy musieli sporo znieść. Kryzys wynikający z braku gazu, połajanki sojuszników, najbardziej bolesne ze strony pogardzanej Polski, niełaska Waszyngtonu zirytowanego ambiwalentną postawą, katastrofa wizerunkowa „moralnego mocarstwa” i dobijające przemysł kosmiczne ceny energii. No, ale nikt nie da tyle ile Niemiec obieca, więc Olaf Scholz obiecał co trzeba, że Niemcy zerwą wreszcie z prorosyjskimi mrzonkami, przestaną importować rosyjskie surowce, Ukrainie tyle sprzętu wojskowego obiecają, że się propagandowe niemieckie instytutu skichają ze szczęścia, a Ukraińcy z przekonania, że „oto strategiczny sojusznik nareszcie się zlitował i ustrategicznił”. A w ogóle to dokonają takiego Zeitenwende, jakiego świat nie widział.

Imperium kontratakuje

No a gdzie dzisiaj w rzeczywistości są Niemcy? Mogli przywrócić do działania swoje elektrownie atomowe, ale tego nie zrobili i najwyraźniej nie mają zamiaru. Przeciwnie, w Niemczech mówi się o naprawie zniszczonego w wyniku tajemniczego wybuchu gazociągu Nord Stream, przecież nie po to żeby nie wracać do dealu z Rosją. Mało tego, mówi się o tym, że pod „nalepką” kazachskiej, nadal sprowadzają rosyjską ropę naftową. Mało tego, nagle dziwnie wzrosły obroty handlowe Niemiec z niektórymi krajami postsowieckimi. Ukraińcy muszą się zadowolić obietnicami, ponieważ Niemcy spełniają tylko niewielką część obietnic, a o Zeitenwende mało kto już chyba pamięta. Jeśli ktoś nie widzi tego, że Niemcy przygotowują się jak rękawiczka na przyjęcie rosyjskiej ręki, to jest ślepy jak martwy kret.

W tym samym czasie „mocarstwo moralne” odzyskuje, jak pisze Grzegorz Kuczyński na łamach Tysol.pl, pole w Europie Środkowej, w ostatnim czasie zdegustowanej jego „zaskakująco” dwuznaczną postawą wobec rosyjskiej inwazji. Wynik wyborów na Słowacji Niemców raczej nie martwi. Fico jest „prorosyjski”? Doskonale. Antyamerykański? Świetnie. Jest też prounijny i to również doskonała dla Niemców informacja. Węgry? Wcześniej, podobnie jak Polska, chłopiec do bicia. Ale teraz i niemiecki przemysł widzi na, nie stroniących od kontaktów z Kremlem Węgrzech, perspektywy i UE przebąkuje o wypłacie KPO (podczas gdy oskarżenia o korupcję przy wydawaniu unijnych pieniędzy, akurat na Węgrzech, w odróżnieniu od Polski, mają pewne podstawy). Bułgaria i Rumunia zmiękły pod niemiecką ręką wchodząc w kompromis ws. ukraińskiego zboża. I w Chorwacji i w Słowenii Berlin może być zadowolony z rozwoju sytuacji i w Mołdawii ciężko pracuje na zadowalające efekty. O Ukrainie nie wspomnę, bo nie możemy jej powstrzymać przed kolejną próba nadepnięcia na niemieckie grabie.

Głupia Polska

I tylko ta głupia Polska stoi na przeszkodzie nie tyko w realizacji koncepcji niemieckiej Mitteleuropy, jakieś Trójmorze buduje ze szlakami komunikacyjnymi, które nie tylko nie są Niemcom potrzebne, ale są wręcz konkurencyjne. Śmie przyciągać firmy z Niemiec kusząc je niskimi cenami energii, a nawet w ramach procesu skracania szlaków dostaw, firmy wychodzące z Chin. Śmie podejmować konkurencyjne inwestycje infrastrukturalne, jakieś porty, lotniska, przecież to nie do pomyślenia! Staje okoniem desperackiej próbie zglajszachtowania europejskich państw pod niemieckim butem (no wiem, Morawiecki, ale jakoś tam staje). No i, co najważniejsze, przecież wielka „wspólna przestrzeń” od Lizbony do Władywostoku, nie powstanie z wielką dziurą w miejsce Polski w samym środku.

No to co pozostaje Niemcom, oprócz rzucenia wszystkiego co mają na próbę zmiany rządu (ze wszystkimi jego wadami, których jestem świadom) w Warszawie?

Durnie

Na koniec mam jeszcze przesłanie dla tych, którzy nie mogą się doczekać żeby się w tej niemieckiej „Europie” rozpuścić. Durnie. Sądzicie, że dostaliście zaproszenia do pełnienia ról równorzędnych Niemcom? Nie, nie macie szans nawet na rolę wice-Niemców. Taka oferta w ogóle nie leży na stole. To znaczy leży, ale skierowana wyłącznie do wąskiej grupy Waszych kierowników, którzy mają pełnić rolę swego rodzaju gubernatorów lebensraum nad Wisłą. Wam ma przypaść wyłącznie rola rynku zbytu i taniej siły roboczej. Niemcy potrzebują Was w zastępstwie chińskich niewolników, ponieważ Chiny, po zassaniu niemieckich technologii, coraz mniej Niemiec potrzebują, a i Wielki Brat zza Atlantyku jest coraz bardziej zirytowany zbliżeniem niemiecko-chińskim.

Na tym powozie nie dostaniecie wygrzanego miejsca obok niemieckiego pana. Waszą rolą będzie ten powóz ciągnąć w zaprzęgu. Dokonajcie więc przynajmniej intelektualnego eksperymentu i pomyślcie, czy nie lepiej ciągnąć wspólnie powóz, może nieco ciasny, ale za to własny?

 

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu red. Samuela Pereiry za wpis w mediach społecznościowych

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  stanowczo protestuje przeciwko wyrokowi Sądu Rejonowego dla m. st. Warszawy, który 5 października b.r. uznał dziennikarza za winnego rzekomego zniesławienia prokurator  poprzez wpis na platformie X (dawniej Twitter)  i skazał go w procesie karnym z art. 212 kk.  W ocenie CMWP SDP kara ta budzi poważne wątpliwości i nie koresponduje z powszechnie przyjętymi standardami w zakresie wolności słowa, wyrażonymi m. in. w Konstytucji i art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka oraz standardami wypracowanymi w krajowym i międzynarodowym orzecznictwie. Dziennikarz w swoich wypowiedziach nie wymienił nawet jej nazwiska, ani żadnych cech, które pozwalałyby przyjąć, że komentarze odnoszą się do jej osoby.  Wyrok jest nieprawomocny, CMWP SDP zapowiada wsparcie dziennikarza, jeśli  złoży od niego apelację.

W grudniu 2021 r. red. Samuel Pereira na Twitterze komentował sprawę wykorzystania techniki operacyjnej w śledztwach dotyczących przestępstw kryminalnych, działo się to w czasie ujawnienia przez media  kontrowersji związanych z wykorzystaniem oprogramowania Pegasus. 23 grudnia 2021 r. dziennikarz ( w dwóch wpisach) napisał: „Mafiosi, dilerzy narkotyków i terroryści chwycą się każdej linii obrony, żeby uchronić się przed odpowiedzialnością”. „Jeśli przestępcy kreują się na ofiary operacyjnych działań państwa polskiego, to jak mają się czuć wszyscy ci ludzie, których oni skrzywdzili? Pomyślcie o tym”. Te krótkie  wpisy sprawiły, iż prokurator Ewa Wrzosek poczuła się zniesławiona i skierowała przeciwko dziennikarzowi prywatny akt oskarżenia.   W listopadzie ub. roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia zdecydował o umorzeniu postępowania, a kosztami procesowymi obciążył prokurator Ewę Wrzosek. W uzasadnieniu wyroku napisano wówczas, iż  wpisy red. Samuela Pereiry„stanowiły tylko i wyłącznie swobodną wypowiedź”, a „zacytowany wpis nie stanowił podstawy do przyjęcia, iż doszło do karalnego pomówienia o właściwości lub postępowanie, które by mogło poniżyć pokrzywdzoną w opinii publicznej. „Pokrzywdzona podniosła jedynie subiektywną ocenę komentarzy” – napisano  w ówczesnym wyroku. Prokurator Ewa Wrzosek odwołała się od tego wyroku, Sąd rozpatrzył to odwołanie 5 października b.r. , a sędzia  Agnieszka Modzelewska skazała dziennikarza za zniesławienie  prokurator Ewy Wrzosek w/w wpisem na Twitterze na 3 miesiące kary ograniczenia wolności poprzez wykonywanie przez 3 miesiące prac społecznych (30 godzin w miesiącu).

W ocenie CMWP SDP  wyrok ten narusza zasadę wolności słowa opartą na prawie do swobodnej wypowiedzi i dziennikarskiej niezależności. Powiązanie wskazanego wpisu w mediach społecznościowych z rzekomym zniesławieniem osoby, której nazwiska pozwany dziennikarz  nie wymienia nawet w swoich wypowiedziach, budzi zdumienie i oburzenie.  Dziennikarz  ma prawo do komentowania bieżących wydarzeń, a dziennikarski komentarz to ten rodzaj wypowiedzi publicystycznej, który przedstawia w sposób subiektywny  aktualne wydarzenia i opinie na ich temat. Komentarz nigdy nie powinien być przyczyną skazania dziennikarza  w procesie karnym. Wyrok ten ignoruje jednocześnie specyfikę przekazu mediów społecznościowych  do jakich należy platforma X (dawniej Twitter), w której komunikat ograniczony jest zaledwie do kilkuset znaków i który oparty jest przez to na krótkich, jednoznacznych, dosadnych i niekiedy ironicznych wypowiedziach. Ten sposób komunikowania masowego jest powszechnie akceptowany, nie można więc zrozumieć dlaczego w/wskazany wpis nie odbiegający od standardów komunikowania na platformie X,  jest powodem skazania w procesie karnym dziennikarza wykonującego swój zawód i korzystającemu z przysługującemu każdemu obywatelowi prawa do swobody wypowiedzi.

Wg informacji opublikowanych przez portal oko.press prokurator Ewa Wrzosek należy do stowarzyszenia prokuratorów Lex Super Omnia, którego członek doprowadził do niesłusznego skazania za komentarz prasowy  w procesie z art. 212 kk powszechnie szanowanego i zasłużonego dziennikarza śledczego red. Jerzego Jachowicza. CMWP SDP protestowało przeciwko temu wyrokowi. Prokurator Ewa Wrzosek podejrzewana jest o przekazywanie osobom nieuprawnionym informacji z prokuratorskich śledztw. Postępowania były związane z głośnymi wypadkami autobusów, do których doszło w Warszawie w 2020 r.  Według informacji opublikowanych m.in. w Gazecie Wyborczej  miała ona pozyskiwać informacje ze śledztwa w tej sprawie, które  otrzymywała od znajomej, prok. Małgorzaty M. , a wg  śledczych jeden z oskarżonych w tej sprawie miał je potem przekazywać prezydentowi stolicy Rafałowi Trzaskowskiemu, wówczas kandydatowi w wyborach prezydenckich. Obecnie prokurator Ewa Wrzosek z powodu tej sprawy jest zawieszona w prawach wykonywania zawodu, w maju b.r. sąd dyscyplinarny przy Prokuratorze Generalnym przedłużył jej zawieszenie do listopada b.r.

CMWP podkreśla, że wyrok  skazujące dla  red. Samuela Pereiry  stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno red. Samuela Pereiry , jak i innych  dziennikarzy, do  komentowania  i  dziennikarskiego reagowania na bieżące wydarzenia. Skazanie red. Samuela Pereiry  powoduje bowiem  tzw. efekt mrożący.  W ocenie CMWP SDP wyrok ten nie odpowiada międzynarodowym standardom w dziedzinie wolności słowa. Nie służy on założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, lecz przyczynia się do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

 

Warszawa, 6 października 2023 r.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP w obronie red. Dominiki Ćosić z TVP

W odpowiedzi na bezpodstawne i brutalne ataki słowne na red. Dominikę Ćosić (TVP),  jakie mają miejsce w mediach społecznościowych CMWP SDP oświadcza, iż obejmuje monitoringiem tę sprawę i udzieli dziennikarce wsparcia i wszelkiej pomocy prawnej, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba i dziennikarka skieruje sprawę do sądu przeciwko autorom szkalujących ją wpisów.  

Brutalność i prowokacyjny język w/w internetowych wypowiedzi oraz zawarte w niektórych z nich groźby wykraczają poza jakiekolwiek standardy debaty publicznej, a są wyjątkowo niebezpieczne, gdy atakuje się w ten sposób przedstawiciela mediów. Szczególnej wymowy tym wypowiedziom nadaje moment, w jakim są one użyte – jest to reakcja na opublikowane przez dziennikarkę informacje dotyczące m.in. poufnych rozmów polityków w Brukseli. 25 września b.r. red. Dominika Ćosić na platformie X napisała iż cyt. w Brukseli mówi się nieoficjalnie, że ponoć Niemcy i Francja obiecały władzom Ukrainy szybkie wejście do UE jeśli Kijów pomoże w obaleniu obecnego polskiego rządu powołując się na własne źródła tej informacji. W odpowiedzi na tę informację konta dziennikarki  w mediach społecznościowych  zalała tzw. fala hejtu skierowana przeciwko niej. Wulgarne epitety oraz insynuacje zawarte w części komentarzy dotyczących w/w wpisów naruszają  dobra osobiste red. Dominiki Ćosić podważając zaufanie do niej zarówno odbiorców jej dziennikarskich przekazów, jak i jej przełożonych, które jest niezbędne do wykonywania zawodu dziennikarza telewizyjnego.  W ocenie  CMWP SDP zmasowany, internetowy atak, z jakim zetknęła się red. Dominika Ćosić ma na celu zdeprecjonowanie pracy korespondentki TVP  znanej z bezkompromisowych i odważnych materiałów dziennikarskich, która wielokrotnie wykazała się profesjonalizmem i odwagą w ujawnianiu opinii publicznej ważnych, międzynarodowych  problemów społecznych i politycznych.

CMWP SDP oświadcza, iż takie działanie psuje debatę publiczną i nigdy nie powinno mieć miejsca. Dlatego CMWP SDP udzieli dziennikarce wszelkiego wsparcia i nieodpłatnej pomocy prawnej

dr Jolanta Hajdasz , dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 3 października 2023 r.

Musimy walczyć o prawdę. RELACJA z konferencji o wizerunku państw Europy Środkowej w zachodnich mediach

Chciałabym, aby w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich powstał ranking wolności mediów europejskich na wzór tych jakie robi Freedom House czy Reporterzy bez Granic, ale uczciwiej, rzetelniej robiony – powiedziała wiceprezes SDP i dyrektor CMWP SDP dr Jolanta Hajdasz podsumowując konferencję „Media o nas, my w mediach. Wizerunek kontra rzeczywistość państw i społeczeństw Europy Środkowej w zachodnioeuropejskich mediach”, która odbyła się 27 września w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

Międzynarodową konferencję z udziałem dziennikarzy, publicystów i medioznawców z Polski, Czech, Węgier, Chorwacji i Francji zorganizowały Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Instytut Współpracy Polsko – Węgierskiej im. Wacława Felczaka.

Witając gości dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, przypomniała główne tezy spotkania. – Dlaczego zachodnioeuropejskie media powielają stereotypy i nieprawdziwe, często negatywne oceny o krajach Europy Środkowej, komu jest to potrzebne, a komu to szkodzi, czy potrafimy przeciwdziałać tym zjawiskom?

–  Informacja to jest to, co decyduje o powodzeniu państw o ich sile i słabości – dodał Maciej Szymanowski, dyrektor Instytutu Współpracy Polsko – Węgierskiej im. Wacława Felczaka.

Wojciech Surmacz, prezes Polskiej Agencji Prasowej, która była patronem medialnym wydarzenia, zwrócił uwagę, że dziennikarze zachodni często mają fałszywe wyobrażenie o wolności słowa w Polsce. – Oni nas uczą wolności słowa, ale nie rozumieją, że my po II wojnie światowej właśnie nie robiliśmy nic innego, jak tylko walczyliśmy o wolność słowa i ta wolność słowa jest dla nas święta. Nigdzie nie ma 100 proc. wolności słowa, ale dzisiaj w Polsce jest jedna z największych – zauważył szef PAP.

Nagroda za radio, które łączy ludzi

Do idei wolności słowa nawiązuje nagroda, którą po raz pierwszy CMWP SDP i Instytut Współpracy Polsko – Węgierskiej im. Wacława Felczaka postanowiły razem przyznać. Jej pomysł narodził się właśnie przy okazji organizowania tej konferencji.

– Wolność słowa musi się opierać na odpowiedzialności, wspólnych wartościach i dziennikarskiej niezależności. Według nas najlepiej będziemy mogli wyrazić uszanowanie tych ideałów poprzez przyznanie wspólnej nagrody, nazwaliśmy ją Nagrodą Wolności Słowa Europy Środkowej – mówiła Jolanta Hajdasz.

Tłumaczyła, że szukając kandydata bez namysłu wskazano jedno nazwisko.

– Dziennikarza, który jest powszechnie zanany w Polsce i który na antenie swojego radia porusza bardzo trudne, nieraz kontrowersyjne tematy, z całym pietyzmem traktując tematy międzynarodowe, dbając o to, by Polacy wiedzieli nie tylko o tym co dzieje się w Warszawie, w Krakowie, w Wielkopolsce, czy na Pomorzu, ale także w Niemczech, we Francji, w Czechach, na Węgrzech, w Chorwacji, a także w tak odległych krajach jak Chiny czy Liban – wyliczała szefowa CMWP SDP.

Laureatem pierwszej Nagrody Wolności Słowa Europy Środkowej został twórca i prezes Radia Wnet Krzysztof Skowroński.

Jolanta Hajdasz podkreśliła, że od kiedy sprawuje on funkcję prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nie pozwala przyznawać sobie nagród, w których udział ma SDP, czy CMWP. – Tym razem nie spytaliśmy go o zgodę –  przyznała dyrektor Hajdasz.

– Za ambitne radio bez cenzury, które bardziej przypomina radio publiczne, niż prywatne, które łączy ludzi, w którym zawsze znajdzie się czas na dyskusję, refleksję i polemikę, które szanuje zwykłego człowieka, bez względu na to z jakiego kraju pochodzi i ile ma w kieszeni, które przygarnia młodych pasjonatów mediów i uczy ich dziennikarstwa. Dla wielu osób jest źródłem autentycznych informacji tego co dzieje się na świecie od Tajwanu po Stany Zjednoczone. Jako wyraz uznania dla wieloletniej pracy dla wolności słowa i rzetelnej informacji – uzasadniał przyznanie nagrody Maciej Szymanowski, dyrektor Instytutu Współpracy Polsko – Węgierskiej im. Wacława Felczaka.

Laureat powiedział, że przyjmuje nagrodę z radością, pokorą i dumą.  – Radio Wnet powstało 14 lat temu, jest prywatnym radiem, które zrodziło się z buntu przeciwko temu co się dzieje w Polskich mediach. Wtedy w mediach była absolutna dominacja jedynego typu opowieści o tym, co się dzieje w Polsce i na świecie. Było prostym, romantycznym wyzwaniem dziennikarskim i rzeczywiście w którymś momencie, kiedy radio zaczęło dojrzewać wyszliśmy poza obszar Polski, zaczęliśmy coś, co górnolotnie nazwaliśmy, globalną siecią radiową. mamy studia w kilku krajach, na Tajwanie, w Bejrucie, Paryżu, Wilnie, Lwowie – opowiadał Krzysztof Skowroński.

Skąd się biorą stereotypy?

Pierwszy panel dyskusyjny konferencji nosił tytuł „O nas bez nas. Prawda i kreacja na temat Polski, Czech, Węgier i Chorwacji w mediach”. Wzięli w nim udział:  Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, „Gazety Polskiej Codziennie” i Telewizji Republika; Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”; Michał Karnowski, dziennikarz i publicysta tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl; Béla Bauer z węgierskiego think tanku Századvég  oraz Ondřej Šmigol z czeskiego echo24.

Tomasz Sakiewicz zauważył, że stereotypów odnośnie Polski w zachodnich mediach wytworzyło się bardzo dużo.  – Prawdziwym spektrum problemu są interesy głównych zarządców Unii Europejskiej, którzy przyjmując nowe kraje do wspólnoty zdali sobie sprawę, że została naruszona pewna równowaga sił, która zawsze była dość krucha – mówił.

Szef „Gazety Polskiej” stwierdził, że gdyby kraje Europy Środkowej zaczęły formułować swoje postulaty w sposób mocny, proporcjonalny do przynależnej im siły, mogłyby tę równowagę w UE zaburzyć i stworzyć jakiś nowy układ polityczny.  –  A tego nie do końca sobie życzono, szczególnie nie życzyły sobie tego Niemcy i należało te kraje spacyfikować – tłumaczył.

Dalej Sakiewicz wyjaśniał, że proces pacyfikacji polega na udowadnianiu, że te kraje są gorsze, więc mają bardziej ograniczone prawa. –  Po drugie, ponieważ u nich panowała demokracja, a u nas jej nie było, to oni są lepsi, mają wyższą kulturę. Im można więcej. To powoduje, że oni się uważają za kogoś, kto buduje standardy – mówił naczelny GP.

Zdaniem Pawła Lisickiego zachodnie media na ogół wyznają wartości lewicowo-liberalne i służą wprowadzaniu czteroczłonowej ideologii, która opanowała współczesny Zachód. – Pierwszy człon to imigracjonizm czyli przekonanie, że należy zlikwidować granice państwowe, wpuścić migrantów, najlepiej obcych kulturowo, z najdalej położonych od Europy krajów, czyli Afryki i Bliskiego Wschodu, ponieważ oni posłużą jako element do rozsadzenia tego, co jeszcze pozostało ze starej kultury i cywilizacji europejskiej – dowodził redaktor naczelny „Do Rzeczy”. –  Drugi punkt, to jest klimatyzm, czyli przekonanie, że zmiany klimatyczne, które zachodzą są skrajnie szkodliwe i niebezpieczne, po drugie są efektem działania człowieka, po trzecie państwa dysponują sposobami żeby temu zaradzić. Człowiek kontroluje cały świat, planetę, należy tak dostosować gospodarkę, aby służyła temu celowi.

Trzeci element, według Lisickiego, to genderyzm, czyli przekonanie, że za pomocą środków państwowych, prawnych, społecznych, można wychować i poniekąd stworzyć człowieka na nowo, negując jego zakorzenienie w tym co zastane, w biologii, w tym co nienaruszalne, czyli choćby podziale na płeć.

– Do czego prowadzą te trzy elementy? – pytał publicysta. – I tu się pojawia ostatni z nich, globalizm, czyli przekonanie, że trzeba znieść istnienie państw narodowych, tożsamości narodowej i doprowadzić do powstania jednej machiny państwowej, która będzie kontrolowała wszystkich w duchu postępu.

Lisicki podkreślił, że wszystkie te elementy zawierają się w polityce UE, a państwa, takie jak Polska czy Węgry, które się im przeciwstawiają, opisywane są jako złe.

– Media zachodnie realizują konkretne interesy polityczno-ideologiczne – zakończył szef „Do Rzeczy”.

Michał Karnowski, zauważył, że Berlin czy Paryż, bardzo pilnują, aby nie powstało nic, co mogłoby się przeciwstawić tym interesom. – Wyszydzano Grupę Wyszehradzką, torpedowano projekt Trójmorza – mówił.

Publicysta przyznał, że najważniejsze jest uświadomienie, że wszystkie te narzędzia służą zdobyciu panowania nad nami. – Jeśli rzecz zostanie nazwana, atak staje się mniej skuteczny – podkreślał. – Najważniejsze, taką czerwoną linią, jest zaś pilnowanie suwerenności państw narodowych.

Zdaniem Béli Bauera, prasa zachodnia ocenia wszystko na podstawie własnych odniesień kulturowych. Zauważył na przykład, że w Niemczech wschodnich można spotkać się z większą wrażliwością, z uwagi na wspólne doświadczenia związane z czasem komunizmu.

Ekspert węgierskiego think-tanku podkreślił też, że ważne jest przekazanie młodszym pokoleniom wiedzy na temat jak działała dyktatura, ułatwi to wzajemne zrozumienie.

Ondřej Šmigol, zauważył, że w zachodnich mediach mało się pisze o Czechach. Jego zdaniem może to wynikać z tego, że jego kraj dawno nie miał prawdziwie konserwatywnego rządu.  – Kiedy jesteśmy grzeczni nikogo nie interesujemy, może bardziej powinniśmy zabierać głos? –  zastanawiał się czeski publicysta.

Polacy źle o Polsce

W drugim panelu poruszono temat: „Między kłamstwem a absurdem. Fake newsy na temat Europy Środkowej”. Dyskutowali: Dominika Cosić, dziennikarka i publicystka, korespondentka TVP w Brukseli; Rafał Ziemkiewicz, pisarz, publicysta tygodnika „Do Rzeczy; Jan Bogatko, korespondent polskich mediów z Niemiec; Goran Andrijanić chorwacki dziennikarz i publicysta tygodnika „Sieci”; Jan Hroudný, analityk czeskiego portalu Pravý břeh – Prawy Brzeg oraz Boris Kálnoky, dyrektor węgierskiej szkoły medialnej MCC – Mathias Corvinus Collegium.

Rafał Ziemkiewicz, przyznał że media zachodnie są zalane nieprawdziwymi informacjami na temat krajów Europy Wschodniej. Zauważył jednak, że 99 proc. fake newsów na temat naszego kraju zostało wyprodukowanych w Polsce. – To nie są wymysły dziennikarzy zachodnich – mówił publicysta. – Polska opozycja jest opozycją donosicielską i jej głównym zajęciem jest produkowanie fake newsów i chodzenie z tym do Parlamentu Europejskiego, do gazet zachodnich i mobilizowanie ich żeby wspierały walkę z polskim populizmem, z polskim zacofaniem, z polską wspólnotą i tym nacjonalistyczno-katolickim rządem, który Polacy wybierają.

Zgodziła się z tym Dominika Cosić, przyznając, że autorami tekstów nieprzychylnych naszemu krajowi w zachodnich mediach bardzo często są właśnie Polacy.  – I to jest bardzo przykre, coś takiego nie występuje na zachodzie Europy. Brytyjczycy, Francuzi, Niemcy mogą mieć pretensję do swojego rządu, ale będą się starali załatwiać to wewnątrz kraju, nie będą tego upubliczniać – mówiła dziennikarka.

Goran Andrijanić w swoim wystąpieniu pokreślił, że polski rynek medialny jest najbardziej pluralistyczny w całej Europie Środkowej. – W Chorwacji konserwatywna cześć społeczeństwa nie ma swojej reprezentacji medialnej – mówił. Dodał, że w mediach głównego nurtu dominuje narracja lewicowa, także jeśli chodzi o tematy dotyczące Polski.

Jan Hroudný, przyznał, że w czeskich mediach zdarzają się fake newsy na temat Polski. – Ale w ostatnich latach zmieniło się postrzeganie Polski, zauważamy postęp jaki nastąpił w waszym kraju, wielką pomoc udzielaną Ukrainie. Pojedyncze przypadki fake newsów nie mają na to większego wpływu – zauważył.

Boris Kálnoky stwierdził, że to co można przeczytać, szczególnie w niemieckiej prasie o Polsce czy Węgrzech więcej mówi o tych mediach niż o opisywanych krajach. Jako przyczynę wskazał mentalność społeczeństwa kraju za Odrą. -Niemiecka dusza pożegnała się z myśleniem narodowościowym, nastąpił zastępczy nacjonalizm, oni są najlepszymi Europejczykami i te cnoty niemieckie są w ten sposób przedstawiany, żeby każdy był tak dobrym Europejczykiem jak Niemcy – tłumaczył Kálnoky. –  Jeżeli w polskich mediach pojawią się jakieś artykuły antyunijne, wywołują one w prasie niemieckiej irracjonalną reakcję, wydaje im się że są osobiście atakowani.

Jan Bogatko, zauważył, iż większość niemieckich mediów jest lewicowa, a większość niemieckich dziennikarzy to wyborcy SPD i Zielonych. –  Obraz Polski i Węgier, w mniejszym stopniu Czech czy Chorwacji, nie jest korzystny i to widać gołym okiem czytając wszystkie niemieckie gazety od lewej do prawej, słuchając rozgłośni radiowych, czy oglądając telewizję – mówił.

Zauważył jednak, że niemieccy czytelnicy bardzo często wyczuwają fałsz w tej narracji. – Przyglądam się komentarzom i czytelnicy reagują właściwie, piszą: byliśmy w Polsce, jest tam bardzo ładnie, nie ma takiego brudu, ludzie są sympatyczni, nikt na nikogo nie napada itd. – opowiadał Bogatko.

Jego zdaniem lekarstwem na fake newsy powinna być właśnie zdecydowana reakcja.  – Reakcja na dezinformację często prowadzi do korekty artykułu lub sprawia, że inne media nie sięgają już do takiej informacji. Wskazywać placem,  gdzie jest kłamstwo i z tym kłamstwem się rozprawiać – stwierdził publicysta.

Jak zbudować pozytywny obraz kraju

Przeciwdziałaniu niewłaściwej narracji w zachodnich mediach poświęcony był ostatni panel konferencji, który nosił tytuł: „Od diagnozy do działania. Jak zmienić fałszywy wizerunek Polski, Czech, Węgier i Chorwacji w mediach”. Do dyskusji na ten temat zaproszeni zostali:  Elżbieta Królikowska-Avis, publicystka, korespondentka, mediów polskich z Wielkiej Brytanii; Krzysztof Załuski, dziennikarz „Dziennika Bałtyckiego”, autor podcastu DACHL czyli niemieckieco nieco, obserwator mediów i polityki w Niemczech; Olivier Bault z Francji, korespondent Observatoire du Journalisme, redaktor portalu sovereignty.pl; Sławomir Wróbel, dziennikarz, korespondent polskich mediów z Wielkiej Brytanii oraz Luka Tripalo, publicysta i dziennikarz tygodnika „Glas Koncila” z Chorwacji.

Elżbieta Królikowska-Avis podkreślała, że dużą rolę w budowaniu pozytywnego wizerunku Polski w zachodnich mediach, powinno odgrywać nasze MSZ. Opowiadała jak przez kilka lat prowadziła dla resortu spraw zagranicznych anglojęzyczny portal i informacje tam zamieszczane rozsyłała do największych światowych mediów.

Bardziej intensywne działania dla budowana wizerunku Polski zagranicą, jej zdaniem, musi podejmować też Polska Fundacja Narodowa. – Tam powinni pracować ludzie, którzy znają się na marketingu, kochają Polskę, są obyci w świecie – stwierdziła publicystka.

Krzysztof Załuski przytoczył badania na temat tego skąd Niemcy biorą wiedzę o Polsce: 37 proc. wskazało na telewizję, 28 proc. ukształtowała szkoła, 26 proc. na podstawie rozmów z rodziną, 25 proc. wskazało na inne media, 5 proc. na podstawie książek.

– W poprawianiu naszego wizerunku zagranicą trzeba się skupić się na przekonywaniu dziennikarzy zachodnich, że Polska jest fajna. Na przykład organizować dla nich wyjazdy fakultatywne – radził dziennikarz.

Sławomir Wróbel mówił o tym jak na przestrzeni lat zmieniał się obraz Polaków w brytyjskich mediach. Narracje były różne. – Dla wielu Brytyjczyków na przykład był wielki szok poznawczy, że Polacy otworzyli się na uchodźców z Ukrainy – opowiadał.

Olivier Bault przyznał, że wizerunek Polski i Węgier we francuskich mediach znacznie się pogorszył po dojściu do władzy opcji konserwatywnych.-  Polska jest przedstawiana na przykład jako kraj zacofany, ponieważ jest tam zakaz aborcji – mówił. Jednak to co najbardziej go uderzyło, to całkowity brak porównania do sytuacji na Zachodzie. – Jeśli media pisały o upolitycznieniu polskiego Trybunału Konstytucyjnym, to nie było porównania do francuskiej Rady Konstytucyjnej, która jest dużo bardziej polityczna. Członkowie są tam mianowani przez prezydenta, parlament, nawet nie muszą mieć doświadczenia prawniczego, mogą nimi być politycy. Dlaczego tak się dzieje? – zastanawiał się publicysta. –  Bo po prostu media nie lubią rządów na Węgrzech i w Polsce, ponieważ to są rządy konserwatywne, niedobre, bo prawicowe.

Ważna alternatywna informacja

We wnioskach podsumowujących konferencję Jolanta Hajdasz podkreśliła, że  wizerunek Polski, Węgier, Czech, Chorwacji w zachodnioeuropejskich mediach bywa niesprawiedliwy, niesłuszny, wręcz fałszywy. – Główną rzeczą, o którą musimy dbać to jest zabieganie o to, by w przestrzeni publicznej pojawiała się informacja alternatywna do lewicowej, do tej która jest niesprawiedliwa, niesłuszna, nieprawdziwa – mówiła dyrektor CMWP SDP.

Dlatego jej zdaniem ważne jest, abyśmy umieli stworzyć i utrzymać wszelkie kanały komunikacji.

– Chciałabym też, aby w SDP powstał ranking wolności mediów europejskich, nie tylko naszej części Europy, na wzór tych jakie robi Freedom House czy Reporterzy bez Granic, ale uczciwiej, rzetelniej robiony – powiedziała Jolanta Hajdasz.

Tłumaczyła, że taki ranking powinien być oparty na znanej od lat w medioznastwie metodzie krytycznej analizy dyskursu –  Kiedy oceniamy, analizujemy nie tylko treść, co się w mediach ukazuje, ale także kontekst, kiedy i w jakich okolicznościach coś jest publikowane, jak wygląda system medialny. Nie jest to zadanie łatwe, ale potrzebne – podkreśliła szefowa CMWP SDP.

Pomysł rankingi poparł prezes SDP Krzysztof Skowroński. – To jest wielkie wyzwanie, ale mam nadzieję że taki ranking powstanie – stwierdził.

Podsumowując konferencję, zauważył że jej uczestnicy trafnie opisali sytuację.

– My możemy robić wiele rzeczy, ale oczywiście nastawienia tej machiny, która jest na Zachodzie, która powstawała przez kilkadziesiąt lat, nie zmienimy. Takie nastawienie mogą zmienić tylko Niemcy, Francuzi w wolnych wyborach, kiedy obudzą się i powiedzą, że coś jest nie tak, budujemy Unię Europejską, budujemy bogactwo, jesteśmy tygrysami, a tu nagle 40 proc. bezrobocia wśród młodych ludzi. Jeżeli porównają fakt medialny, że jest cudownie, i fakt z własnego życia, to może się obudzą, a może się nie obudzą, może nadal będą budować swoje socjalistyczne ojczyzny, a my mamy doświadczenie, że socjalistyczne ojczyzny wcale nam nie służyły. Nie pozbawiajmy się jednak nadziei, kropla drąży skałę – powiedział Krzysztof Skowroński.

Przyznał, że powinniśmy się też uderzyć we własne piersi. – Media niemieckie piszą źle o Polsce, ale jak my piszemy o Niemczech, jak piszemy o Francji? Gdyby nie Miłosierdzie Boże dziennikarze smażyliby się w piekle, bo patrzymy tylko na to co jest negatywne i z tego negatywnego zdarzenia tworzymy wizerunki nie tylko ludzi, ale całych narodów i to jest wielka wada. Jan Paweł II mówił: budujmy mosty, ale czy my je rzeczywiście budujemy ? Naszym zadaniem jest to, aby jak najwięcej o sobie widzieć. To jest ważne, żebyśmy poznawali swoje media, swoją kulturę – zakończył prezes SDP.

jka

Zdjęcia: Robert Woźniak

Zapis wideo konferencji TUTAJ.     

Komentarz Huberta Bekrychta: Pozew codzienny – Sakiewicz przed sądem, czyli milcz, bo wiem, gdzie mieszkasz

Komentarz Huberta Bekrychta: Pozew codzienny, czyli czyli milcz, bo wiem, gdzie mieszkasz (na końcu)

Andrzej Rozenek, który przez lata był zastępcą redaktora naczelnego „Nie”, rzecznika stanu wojennego i władz komunistycznych Jerzego Urbana, pozwał redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie” Tomasza Sakiewicza.

Portal Niezależna tak opisuje wydarzenie, które poprzedziło sądowy finał pewnej konferencji prasowej: „Donald Tusk zorganizował konferencję prasową przed siedzibą TVP. Przyszedł na nią dziennikarz TVP Michał Rachoń i zadawał liderowi PO pytania dotyczące polityki resetu z Rosją realizowaną w czasach rządów PO-PSL. W odpowiedzi… grożono mu więzieniem” – napisał portal Niezależna.

I dalej: „W pewnym momencie doszło do wymiany zdań z Andrzejem Rozenkiem, wieloletnim zastępcą Jerzego Urbana w tygodniku „NIE”, wytrwałym obrońcą esbeckich przywilejów emerytalnych, a obecnie – kandydatem Koalicji Obywatelskiej do Sejmu. Rozenek był wobec dziennikarza TVP wyjątkowo agresywny” – napisano.

Sakiewicz tak charakteryzował Rozenka i jego groźby pod adresem Rachonia. „Mówimy o człowieku, który ma codzienny kontakt z esbekami i który broni ich praw, który się obracał w towarzystwie esbeków, następcy Urbana. I on mówi #wiemy gdzie mieszkasz#. Za takie rzeczy idzie się do więzienia. On powinien zostać natychmiast zatrzymany. Jeżeli prokuratura działa, to mam nadzieję, że właśnie już wszczyna dochodzenie” – mówił Sakiewicz.

Rozenek domaga się wydania orzeczenia zakazującego Sakiewiczowi wypowiedzi porównujących Rozenka do #bandytów politycznych grożących dziennikarzom# Chce również, by Sakiewicz przeprosił go publicznie w TVP Info, a dodatkowo… listownie z własnoręcznym podpisem oraz żeby wpłacił 10 tys. zł na jedną z organizacji.

                                                                 ***

Nazwanie Andrzeja Rozenka dziennikarzem już jest sporym nadużyciem. Wieloletni wicenaczelny poskomunistycznego tygodnika – którego to działalność ogłupia i realizuje interes Kremla, nadto godzi w zdrowy rozsądek, nie ma po prostu dziennikarskich zdolności honorowych. A bycie zastępcą Jerzego Urbana to po prostu hańba.

Pomysł pozwania redaktora naczelnego „Gazety Polskiej ma przed wyborami, przynieść Rozenkowi rozgłos, bo startuje on z listy KO. Pozew w trybie wyborczym przeciwko dziennikarzowi konserwatywnych mediów to pomysł konsekwentny tuż zamknięciu ust ministrowi sprawiedliwości suwerennego kraju przez „niezależny” sąd. Czy Rozenek liczy na kolejny skandal w polskim wymiarze sprawiedliwości?

Może się przeliczy, może nie… Ważne jest, abyśmy pamiętali, że odradza się moskiewski układ w naszym kraju. Przed tym należy strzec Polaków.  

 

 

Hubert Bekrycht,

sekretarz generaly

Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

red. nacz. portalu sdp.pl

CEZARY KRYSZTOPA: Dokąd pędzisz kozacze?

Wołodymyr Zełenski zaapelował na forum ONZ o przyznanie Niemcom stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Napisze to sobie jeszcze raz, bo niektórzy poczciwi pudzie w to nie uwierzą – Wołodymyr Zełenski zaapelował na forum ONZ o przyznanie Niemcom stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Tak, chodzi o tych samych Niemców, którzy, według relacji ukraińskich dyplomatów, po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, spuścili ją na bambus mówiąc, że „Ukraińcom nie warto pomagać, ponieważ zostało im kilka godzin”. A potem, kiedy okazało się, że jednak nieco więcej, obiecany transport pięciu tysięcy śmiercionośnych niemieckich hełmów, wysyłali, jeśli dobrze pamiętam kilka miesięcy. Chodzi również o tych samych Niemców, którzy nigdy nie rozliczyli się z nazizmu i wiszą nam grube reparacje, ale to może Ukraińców mniej obchodzić.

Kozacka szarża

Kiedy od jakiegoś czasu pisałem, między innymi na tych łamach, że Ukraina właśnie odwraca sojusze i idzie pokłonić się Niemcom, prawdopodobnie z błogosławieństwem USA, spotykałem się z pretensjami na Twitterze. A, że przedwczesne wnioski, a że „Ukraińcy nie są tacy głupi”. Jak się okazuje, jednak są. Czy już wobec serii impertynenckich wypowiedzi ukraińskich polityków, sankcji którymi grozi nam Ukraina, której tyle daliśmy i apelu Zełenskiego, wszyscy, a przynajmniej większość, zgadza się co do tego, że Ukraina postanowiła raz jeszcze energicznie nadepnąć na niemieckie grabie? Jeśli tak, to zostawmy oczywiste fakty i zastanówmy się co z tego wynika.

Kozacka szarża na Polskę ma miejsce niedługo po wizycie niemieckiej minister spraw zagranicznych Annaleny Baerbock w Kijowie. Nieoficjalnie mówi się od dłuższego czasu o ożywionych kontaktach dyplomatycznych Kijowa z Berlinem. Reakcja Zełenskiego na polskie embargo, bezczelne wyrzuty na forum ONZ, wyjście podczas przemówienia Andrzeja Dudy, wydaje się mocno przerysowana. Tak jakby kwestia embarga była tylko pretekstem do wypowiedzenia „przyjaźni” z Polską. Z kolei czasowa korelacja pomiędzy atakami ze strony Ukrainy i niemieckiej indukowanej histerii na punkcie przegrzanej „afery wizowej”, sprawia wrażenie koordynacji. Warto też odnotować jak nagle von der Leyen jest zachwycona postępami Ukrainy na drodze od Unii europejskiej. Być może korelacja daty premiery filmu Holland jest tu przypadkowa. A być może nie. Tak czy siak, trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś tu bardzo zapragnął „wygrać” dla „partii niemieckiej” wybory w Polsce.

Polnische Aktion

Z drugiej strony czynni szatani, którzy się za to zabrali, zdają się być dotknięci tą samą wadą genetyczną, co opozycja w Polsce (a może to jakiś wirus przenoszący się w wyniku zbyt bliskich kontaktów). Dość, ze trzeba być ślepym żeby nie widzieć, że wszystkie te nerwowe ruchy… służą znienawidzonemu PiS. Polacy w swojej masie przestali rzucać się na widok Niemca do zbierania szparagów i niemieckie połajanki odnoszą skutki odwrotne do zamierzonego. Z kolei beneficjentem zawału polityki wschodniej, z jakichś powodów, nie potrafi zostać Konfederacja, która nie może wyjść z naiwnej tiktokowej maniery. Paradoksalnie, prezentując twardą postawę wobec niewdzięcznych ukraińskich władz, rządzący w Polsce najlepiej trafiają w emocje społeczne i najwyraźniej kryzys nie tyle im nie szkodzi, co wręcz służy.

A na poziomie państwowym? Tutaj niemieccy „stratedzy” nie przewidzieli do końca, jak się wydaje, wszystkich skutków Polnische Aktion. Jak bowiem wygląda, niezwykle z punktu widzenia Niemiec istotny, mechanizm szantażu, który ma wymusić powstanie Związku Socjalistycznych Republik Europejskich? Ano „rozszerzenie (o Ukrainę) w zamian za oddanie suwerenności przez m.in. Polskę”. No więc, jakby to delikatnie ująć, ta drezyna już nie pojedzie. A przynajmniej nie na tej zasadzie.

Oczywiście, że ta kolejna Polnische Aktion nam zaszkodzi. Odwrócenie znaków – Niemcy pomagają/ Polska morduje „uchodźców”, będzie do jakiegoś stopnia skuteczne, co utrudni prowadzenie polityki zagranicznej. Trzeba się też będzie rozstać z pewnymi złudzeniami i przygotować do tego, że Niemcy będziemy teraz mieli z dwóch stron. Ale przeżyjemy, nie takie terminy przeżywaliśmy.

Ukraiński powróz

Za to Ukraina, uważam, nakłada sobie na szyję powróz i będzie miała wiele szczęścia jeśli ten powróz będzie służył pasaniu jej przez niemieckiego bauera. O wiele bardziej prawdopodobne bowiem jest to, że bauer ją na tym powrozie powiesi, kiedy tylko zaświeci przychylne światło od strony Kremla. Robił to już tyle razy, był czas przywyknąć. Niemcy zawsze, zawsze, niezależnie od tego jaką akurat noszą maskę, ostatecznie wybiorą Rosję. Taka jest ich geopolityczna logika. Ukraina ma szansę wyłącznie na rolę branki. Niekoniecznie żywej.

Dlaczego więc Ukraińcy to sobie robią? Nie wiem. Być może kiedyś ktoś nakręci na Ukrainie odpowiednik serialu „Reset” i wtedy się dowiemy.

WALTER ALTERMANN: Demokracja kapitalistyczna, pieniądze i prawo

Mówią, że demokracja jest najlepszym z możliwych ustrojów. No, nie wiem… Choć oczywiście, przeżywszy realny socjalizm, muszę stwierdzić, że demokracja jest lepsza. Największą zaletą i zarazem wadą demokracji jest to, że rządzi lud. To znaczy lud wybiera, ale rządzą inni, w imieniu ludu. Czasem lud nazywany jest też wyborcami, elektoratem, suwerenem – ale nie zmienia to faktu, że lud nie zna się – w swej glosującej większości – na ekonomii i prawie.

Lud zawsze kieruje się sympatiami i emocjami. Panie głosują na przystojnych, panowie zaś głosują na „twardy i wyrazistych”. Skutkiem czego największe szanse ma zawsze przystojny i krzykliwy. Wady demokracji znane są od zawsze, to znaczy od antycznej Grecji i starożytnego Rzymu. To już wtedy wykształciły się zasady schlebiania ludowi i mamienie go obietnicami nie do spełnienia. I już wtedy bogaci przejmowali majątki ubogich, czyli bogacili się kosztem elektoratu. Choć zarówno bogaci i ubodzy święcie wierzyli w demokrację i straszyli się nawzajem satrapiami Wschodu.

Liberałowie

Jest też inny problem. Mamy w Polsce nie tylko demokrację, ale mamy też panujący nam kapitalizm. A z pełną akceptacją tego ostatniego mam kłopoty. Tym bardziej, że przy tych wyborach objawiają się w Polsce partie skrajnie liberalne, takie, które wyznają doktrynalne założenia liberalizmu. A te założenia są makabryczne.

Liberalizm czy neoliberalizm są doktrynami zakładającymi pełny darwinizm w życiu społecznym. Według tych założeń biedny jest gorszy, bo nie potrafi zostać bogatym. No i ma pecha, że nie urodził się w bogatej rodzinie. Pech zwany był w XIX liberalizmie boską predestynacją, czyli   przeznaczeniem losu każdego człowieka. W co najmocniej wierzyli angielscy i amerykańscy purytanie.

Liberałowie wierzą, że istniej Wielki Boski Plan, według którego działa mechanizm wolnego rynku, który sam z siebie naprawia gospodarkę i handel. Liberowie wierzą też, że wszystko da się wyleczyć przy pomocy ziół i gimnastyki, a edukacja nie jest sprawą państwa, lecz rodziców. Ich zdaniem również państwowe emerytury są zbyteczne, bo starców mają utrzymywać krewni, jeśliby zaś ktoś krewnych nie miał, to trudno, bo w końcu każdy z nas kiedyś i tak umrze. To nie są żarty, są w Polsce partie, które głoszą, że przymusowe ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne to okradanie zaradniejszych, którzy nie mogą rozwinąć swych gospodarczych skrzydeł, bo muszą utrzymywać nieudaczników.

Liberalizm w swej skrajnej postaci skazuje ludzi na dziedziczna biedę i w sumie jest logicznym dalszym ciągiem niewolnictwa. Bardzo mnie dziwi, że tak wielu młodych ludzi popiera naszych ultra-liberałów. Być może, ci wierzący w liberalizm, są przekonani, że zostaną właścicielami niewolników w stylu Amerykańskiego Południa… Jednak obawiam się, że niechcący zapisują w poczet przyszłych białych niewolników.

Kapitalizm byłby wspaniały

Prezydent USA Herbert Hoover powiedział kiedyś, że: „Kapitalizm byłby wspaniały, gdyby tylko kapitaliści nie byli tak chciwi”.  Hoover (ur. 1874 – zm. 1964), był prezydentem USA w czasach Wielkiego Kryzysu. Miał więc „okazję” zobaczyć mechanizm świata, gdy świat walił się w gruzy. Może dlatego Hoover mówił tak szczerze o amerykańskiej gospodarce i światowej ekonomii. Ale i on był twardym liberałem; pod koniec 1930 r. – gdy kryzys szalał – sprzeciwiał się pomysłowi robót publicznych i zasiłkom dla bezrobotnych. Dopiero na początku 1932 r. zaczęto rozdzielać datki żywnościowe dla najbardziej potrzebujących. Hoover apelował do farmerów o ograniczenie produkcji rolnej, a do kapitalistów o pomoc charytatywną dla potrzebujących, lecz nie potrafił przełamać swojego światopoglądu i przeznaczyć środków na uzdrowienie gospodarki, pomoc dla społeczeństwa. Odszedł w niesławie, niewiele zrobiwszy, bo wierzył w moc samonaprawiającego się rynku.

„Kapitalizm byłby wspaniały, gdyby tylko kapitaliści nie byli tak chciwi” – to samo mówili już w XIX wieku socjaliści, ale tych nie będę cytował, a to dlatego, żeby nie być pomówionym o propagowanie komunizmu. Natomiast cytowanie prezydenta USA chyba mi ujdzie na sucho, bo to konserwatysta, liberał i przywódca ojczyzny demokracji.

Ale strach jest, bo lud nasz obecnie nie odróżnia socjalistów od komunistów. I łatwo ludowi podpaść, tym bardziej, że mamy demokrację, czyli władzę ludu właśnie – z wszystkimi jej implikacjami.

Interwencjonizm

Po Hooverze nastąpił Franklin Delano Roosevelt, który rozumiał, że jedynym sposobem na wyjście z kryzysu jest interwencjonizm. Uruchomił więc prace publiczne, posypały się – jak z rogu obfitości państwowe inwestycje w elektrownie, drogi i autostrady… Młodzi Amerykanie pracowali przy sadzeniu i ochronie lasów, budowaniu tam wodnych. Bezrobotni znaleźli pracę i gospodarka drgnęła. Bo tak jest zawsze w kryzysach w kapitalizmie, państwo musi zacząć – dosypując pieniądze do gospodarki, a potem już kręci się samo. Hoover był konserwatywnym liberałem, Roosevelt był mądrzejszy.

A skąd Roosevelt brał pieniądze? Przede wszystkim wszyscy Amerykanie musieli wymienić złoto na papierowe pieniądze i rząd USA nigdy już gwarantował wymienialności dolara na złoto przy sztywnym kursie. Rząd położył też ręce na bankach, poddając je ścisłej kontroli, zakazując inwestycji zagraniczny. Roosevelt zrobił też to, co naraziło go na miano komunisty – obłożył wysokimi podatkami dochody powyżej 50.000 dolarów rocznie. Ale największe przychody osiągał rząd z dewaluacji dolara. Za prezydentury Roosevelta wartość dolara spadła o ponad 50 procent. Ale już po II wojnie światowej ogromnie wzrosła – mierząc wartość siłą nabywczą.

Piszę o kryzysie lat 30-tych, bo i u nas od czasu do czasu dochodzą do władzy liberałowie, którzy wyznają monetaryzm, czyli wierzą, że stabilny pieniądz, jego wysoka pozycja na rynkach finansowych jest gwarancją pomyślności gospodarczej. I wierzą, że pod żadnymi warunkami, w żadnych okolicznościach państwo nie może ingerować w gospodarkę. A takie myślenie, takie liberalne zasady gwarantują jedynie stagnację, czyli cofanie się.

Tymczasem Roosevelt dowiódł, że jest wręcz odwrotnie. I w USA polityka interwencjonizmu jest nadal realizowana, bo czymże innym są miliardowe zamówienia rządu na broń i programy kosmiczne? Oczywiście są i negatywne skutki bieżące, które później ustępują, jest to, przede wszystkim, spadek wartości pieniądza. To co przed Rooseveltem kosztowało w USA dolara dzisiaj kosztuje 100 dolarów, ale idący za wzrostem gospodarczym wzrost realnych płac, nie tylko rekompensuje nominalny spadek pieniądza, ale znacznie go wyprzedza.

Taka nieliberalna polityka niesie z sobą oczywiste niebezpieczeństwa dla rynku, jak niekontrolowana inflacja. Ale jest jedynym możliwym wyborem. Dlatego też wszelkiej maści liberałowie są – głównie w obliczu obecnych wyborów – prawdziwie groźni dla Polski. Bo nie da się utrzymywać gospodarki i poziomu życia obywateli naszego kraju na stałym, bezpiecznym poziomie. I nie ma powodu.

Demokracja a prawo

Kilkanaście lat temu doszło w Danii do – wymuszonej przez opinię publiczną – dymisji ministra sprawiedliwości. A stało się to tak. Policja zatrzymała jakiegoś przestępcę, wielokrotnie już skazywanego złodzieja. Ponieważ było to akurat w sobotę wieczorem, zatrzymanego w areszcie złodzieja wypuszczono dopiero po 26 godzinach. A prawo w Danii mówi, że bez decyzji sądu, można zatrzymać człowiek jedynie na 24 godziny.

Prasa podniosła krzyk, zrobił się raban, że tak nie wolno, że złamano prawo. Na to głos zabrał minister sprawiedliwości, mówiąc, że nie rozumie o co chodzi, że zatrzymany to stary kryminalista… Stwierdził też, że duńskie prawo jest niedobre, skoro pozwala zatrzymać podejrzanego jedynie na dobę.

Na takie dictum ministra raban zrobił się jeszcze większy. A premier wymusił w końcu na ministrze rezygnację. Media duńskie uznały to za sukces demokracji.

Wniosek jest z tego taki, że minister nie jest od tego, żeby komentować i narzekać na obowiązujące prawo. On ma je wykonywać. I kropka. Tym bardziej, że słowo „minister” pochodzi z łaciny i oznacza sługę (od: ministrare – służyć, podawać do stołu). A może członkom rządu należałoby co jakiś czas przypominać etymologię słowa „minister”, żeby nie zapominali, że są jedynie sługami narodu, że nie są nad nami?

Z tego duńskiego przypadku wynika jedno generalne przesłanie – w demokracji najważniejsze jest prawo. A literalne przestrzeganie go jest oznaką stopnia demokracji w danym kraju. Warto o tym pamiętać i u nas, bo zbyt często słychać o łamaniu prawa, o obchodzeniu go, o tzw. duchu prawa… Przecież i u nas da się słyszeć: „A co to tam wielkiego, no może coś i było nie tak, ale to w końcu nieistotne drobiazgi, że prawo u nas marne, że trzeba by je zmienić…”. Przestrzegałbym przed takim podejściem do prawa, czyli do demokracji. Bo właśnie od machania ręką na prawo zaczynały się wszystkie okropności na świecie.

Jest tak, jak mawiał major B. w Studium Wojskowym – „Nie byłoby w wojsku żadnych wypadków, gdyby żołnierze sumiennie przestrzegali tego, co zapisane jest w regulaminach”. Wtedy mnie to śmieszyło, dziś myślę, że miał rację.

Ten duński przypadek przypomniał mi się teraz, bo teraz właśnie nadciągają wybory. A od wielu obecnych ministrów i byłych ministrów wszystkich partii, takich którzy znowu kandydują ciągle słyszę, że koniecznie trzeba zmienić prawo, że zdarzały się i im także różne niezgodności z prawem, ale że były do błahostki, nie warte wspomnienia… Ale najwięcej ochoty na zmianę prawa w Polsce mają oczywiście tacy, którzy nigdy żadnej władzy jeszcze nie mieli. Może na szczęście, dla nas?

 

Problem językowy, czy problem lenistwa? WALTER ALTERMANN: Zaopiekowany problem

„Czy ten problem będzie zaopiekowany?” – zapytała rzecznika rządu Piotra Müllera dziennikarka TVN24. To odkrycie językowe miało miejsce 14.09.2023 r., w biały dzień. Jest to istotne novum przynajmniej dla mnie, a to dlatego, że dowodzi w jaki sposób zmienia się nasz język. 

Geneza tego zwrotu ma swe źródło w języku medyków, z czasów COVID 19, gdy mówili oni swoim fachowym językiem do nas prostaczków. Oczywiście „zaopiekowany” pochodzi od opieki i opiekowania. Medycy w czasie pandemii mówili, że „pacjent jest już zaopiekowany”, co było dziwne, ale zrozumiałe. Wolałbym, żeby mówili, że „pacjent jest już pod naszą opieką”, ale taki jest język fachowy medyków i mówi się trudno, i leczy się dalej.

Jednak dziennikarka TVN24 poszła o krok dalej i stwierdziła, że można się również „zaopiekować” problemem. A na takie dictum zgody już nie ma. Problem jest pojęciem abstrakcyjnym i jak najzupełniej nieożywionym, zatem nie przysługuje mu żadna opieka i żadne „zaopiekowanie”. Można opiekować się ludźmi, kotem i psem, ale problemem? Jest to dziwoląg równy temu, gdyby któryś medyków powiedział: „Pacjent zmarł, ale jest już zaopiekowany”.

TVN zasłynął ostatnimi laty poważnym wagowo słowotwórstwem, a chodzi mu głównie o „ukobiecenie” różnych zawodów i stanowisk, które mają w języku polskim jedynie formę męską. Nie jest to zjawisko groźne. Jest nawet zabawne i mnie rozwesela.

Za co odpowiada minister

 Z kolei wspomniany wyżej rzecznik rządu Piotr Müller, odpowiadając wspomnianej wyżej dziennikarce również popisał się silnym odruchem słowotwórstwa. Powiedział bowiem tak: „Minister odpowiada za ten obszar”.

Jednak w dalszej części swej wypowiedzi rzecznik nie odnosił się ani do naszego pięknego Mazowsza, nie do lasów, nie do ziemi ornej pokrytej łanami zbóż czy buraków cukrowych, a nawet nie do dumnych naszych Tatr. Jak się okazało rzecznikowi, gdy mówił o „obszarze”, chodziło o sferę spraw, z które odpowiada minister.

Skąd zatem bierze się używanie zwrotu „odpowiedzialny za obszar”? Ano z tego, że tak ujęta odpowiedzialność brzmi poważnie, niemal wojskowo. A gdyby rzecznik powiedział, że minister jest odpowiedzialny za te sprawy, za te problemy… to by już nie brzmiało poważnie i rządowo. Nadto, minister zostałby sprowadzony do roli jakiegoś niziutkiej rangi urzędnika… A „obszar odpowiedzialności” brzmi godnie, poważnie i wręcz rządowo.

Radziłbym naszym „oficjalnym osobom” mówić prosto i bez nadmiaru urzędniczej poezji.

W Poznańskiem czy w poznańskim?

Pan od meteo mówi w Polsat News, że w poznańskim lunie. I pokazuje na mapie tereny Wielkopolski. Otóż, mamy dwa różne adresy językowe pod tymi samymi bliskimi adresami. Mamy województwo poznańskie i mamy historyczne ziemie poznańskie, zwane też Wielkopolską.

I tak jakoś wyszło w języku naszym, że prawidłowe jest mówić: „W województwie poznańskim”, ale gdy chodzi o Wielkopolskę musimy pisać i mówić: „W Poznańskiem”. Tak samo jest z łódzkim (gdy mowa o województwie), ale Łódzkiem (gdy mamy na myśli tereny historyczne, geograficzne), a nawet w warszawskim (województwo) i Warszawskiem (gdy mamy na uwadze krain geograficzną, historyczną). Warto tę zasadę przyswoić, bo język to również tradycja historyczna.

Szansa nie jest karą

Dziennikarz sportowy TVP mówi: „Istnieje szansa, że Legia zapłaci karę za zachowanie swoich kibiców”. Otóż szansa nie jest karą. Chyba, że dziennikarz jest zaciekłym anty-legionistą. Ale znam człowieka z jego nieskrywanej miłości do Legii, więc ten wariant nie wchodzi w rachubę. Jemu zapewne chodziło o to, że za zachowanie swych kiboli Legia może zostać ukarana pieniężnie przez UEFA. I wyszło tak, jakby adwokat mówił do swego podopiecznego: „Jest szansa na karę śmierci dla pana”.

Szansa to nadzieja, łut szczęścia, szansa to możliwość małej kary, a nawet wywinięcia się „na sucho” z rąk Temidy. Choć Temida ręce ma zajęte, bo w lewej ma wagę szalkową, a w prawej ręce trzyma nagi miecz. A na oczach ma opaskę, co ma znaczyć, że nie patrzy „na różne takie” okoliczności, że jest sprawiedliwa i kieruje się jedynie prawym. Dura lex sed lex. Mają jednak dziennikarze szczęście, że ich frywolnościami językowymi nie zajmuje się owa Temida…

Łacina z automatycznego tłumacza

Bardzo „interesujące” tłumaczenie łacińskiej maksymy, przywołanej wyżej przeze mnie, „Dura lex sed lex” można znaleźć w tłumaczu Google. Przekład jest taki: „Prawo jest trudne, ale prawo”. Być może tłumaczył to jakiś student prawa, któremu nauka nie szła, ale naprawdę łacińska maksyma znaczy „Twarde prawo, lecz prawo”.  Co oznacza, że trzeba się godzić nawet z niesprzyjającymi nam wyrokami, bo prawo jest prawem.

To jednak jest doskonały przykład na to, że żadna AI nie zastąpi czterech lat łaciny w porządnym

liceum.

 

 

Informacja od redaktora tekstu W. Altermana: 

Nawet automatyczny edytor tekstu podkreśla słowo „zaopiekowany”. Podkreśla „wężykiem”.

 

 

Chcę zintegrować środowisko dziennikarskie – rozmowa z PAWŁEM GĄSIORSKIM, prezesem Oddziału SDP w Katowicach

Planuję reaktywację Klubu Młodego Dziennikarza”. Członkowie SDP będą mogli w tym klubie przekazywać swoją wiedzę i bogate doświadczenie zawodowe. Zależy mi również na zorganizowaniu konkursu dla młodych dziennikarzy – mówi Paweł Gąsiorski, nowy prezes Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

Jakie ma Pan plany, pomysły i jakie zmiany czekają Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach podczas Pana kadencji, która potrwa do 2026 roku?

Jeśli chodzi o zarząd naszego oddziału,  to przyznam, że zmiany są funkcyjne i kosmetyczne. Poprzednia prezes, Janina Jadwiga Chmielowska, w tym roku postanowiła przekazać swoje stanowisko. Tak się złożyło, że to ja wygrałem, bo kandydowałem na stanowisko prezesa. Jeśli chodzi o pozostałych członków zarządu, to po walnym zebraniu zmieniła się tylko jedna osoba – redaktora Jędrzeja Lipskiego zastąpiła Teresa Koziatek. Dodatkowo niektórym członkom zarządu zostały przydzielone nowe funkcje. Mam nadzieję, że w nowym składzie szybko i skutecznie przystąpimy do działania, a okres mojej kadencji nie będzie czasem zmarnowanym. W ostatnich latach działania Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach nie były zbyt intensywne, co też spowodowane było pandemią. Mam nadzieję, że teraz zbliżymy się do ludzi, a co za tym idzie, otworzymy się bardziej na członków naszego oddziału. Podczas najbliższego wrześniowego zebrania planujemy przedstawienie całemu zespołowi nowego programu. Liczę na zaangażowanie w kolejne projekty. Plany są konkretne i zobaczymy, czy uda nam się je zrealizować.

Po walnym zebraniu śląskiego oddziału pojawiła się propozycja współpracy z młodymi i przyszłymi dziennikarzami. Na czym miałyby polegać takie międzypokoleniowe działania?

W moich planach jest reaktywacja „Klubu Młodego Dziennikarza”. Taki klub samodzielnie prowadziłem wiele lat temu. Mam nadzieję, że moja propozycja będzie poparta przez zarząd naszego stowarzyszenia. Dodatkowo chciałbym rozpocząć współpracę z różnymi uczelniami, które by mogły wesprzeć nasz pomysł.  Chciałbym również zorganizować kursy, czy też spotkania dla naszych członków na temat prawa prasowego, autorskiego, ale również dla najmłodszych pod kątem pracy dziennikarskiej.

Jaki będzie udział zarządu i pozostałych członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach w działaniach związanych z powołaniem Klubu Młodego Dziennikarza?

Członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich będą mogli w tym klubie przekazywać swoją wiedzę i bogate doświadczenie zawodowe. Chodzi o to, aby najmłodszym adeptom sztuki dziennikarskiej przelać jak najwięcej wiedzy od wieloletnich praktyków i autorytetów świata dziennikarskiego.  Zależy mi również na zorganizowaniu konkursu dla młodych dziennikarzy. W chwili obecnej wszystko jest na etapie pomysłu. Planujemy też cykl spotkań wprowadzających w świat  nowinek technologicznych związanych z pracą dziennikarską, zarówno dla młodych, jak i starszych dziennikarzy.

Spośród wielu pomysłów, jakie projekty warto jeszcze wziąć pod uwagę i czy w jakimś stopniu przyczynią się one jeszcze do rozwoju oddziału?

Chciałabym również, aby nasz oddział otworzył się na współpracę międzynarodową, dlatego podjąłem już pewne kroki w tym kierunku. Uśmiecham się do związku dziennikarzy w Ostrawie. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy nie mogli współpracować przy większych projektach i konferencjach z dziennikarzami z Czech. Pewne kroki w tym kierunku już zostały poczynione. Kolejnym ważnym punktem mojego programu jest otwarcie się na rozrywkę dla dziennikarzy, dlatego wiele wskazuje na to, że nasz oddział zostanie partnerem medialnym zawodów sportowych. Sami jako organizacja dziennikarska również możemy zostać współorganizatorem zawodów piłki nożnej w województwie śląskim. Raz jeszcze podkreślę, że w tej kadencji zależy mi głównie na tym, żeby zintegrować tak bardzo spolaryzowane środowisko dziennikarskie.

W jaki sposób można rozpowszechnić markę SDP na Śląsku i czy oprócz patronatów medialnych, konferencji, paneli dyskusyjnych są jakieś inne pomysły, które przyczynią się do promocji działań oddziału?

Nasz oddział z każdym rokiem tracił na wartości, bo od dekady nie byliśmy widoczni na żadnych dużych wydarzeniach na terenie Śląska. Zarząd SDP w Katowicach działał  i pracował, natomiast nie na tyle,  żeby marka SDP była rozpoznawalna. Jako oddział występowaliśmy w niewielu sprawach i zajmowaliśmy stanowisko sporadycznie, dlatego mam nadzieję, że zaczniemy ten stan rzeczy zmieniać. Plan działania naszego zarządu ze środowiskiem dziennikarskim będzie  długofalowy. Mam nadzieję, że uda nam się zjednoczyć grono dziennikarskie, które, jak już wspominałem, jest bardzo podzielone. Jako organizacja zaczniemy zabierać głos, bronić rzetelności i praw dziennikarskich.

Jakiś  czas temu powstała strona oddziału SDP w Katowicach, gdzie zaczynacie aktualizować różne treści istotne dla społeczności dziennikarskiej z regionu. Pojawiły się również wstępne informacje na temat publikacji dotyczącej historii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach. Czy to początki wybudzania oddziału katowickiego z długiego letargu?

Strona https://sdp.net.pl/ powstała jeszcze za kadencji poprzedniej pani prezes. Nie ukrywam, że byłem jej pomysłodawcą i współautorem. Stron naszego oddziału, jest zintegrowana z portalem sdp.pl. Jeśli chodzi o monografię, to bardzo się cieszę, że zarząd zgodził się na realizację tego pomysłu. Historyk podpisał umowę z naszym oddziałem i już pracuje nad pierwszą publikacją, która zostanie dla przyszłych pokoleń.

Paweł Gąsiorski mieszka i pracuje w regionie częstochowskim. Od wielu lat publikuje w mediach  lokalnych. 16 czerwca 2023 roku został wybrany prezesem Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach. Jego pasją jest tenis stołowy.