Do szacunku dla dobrych rad nawołuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Posłuchajcie Andrzejewskiego

Przedwyborczy bełkot medialny staje się nie do zniesienia. Już nikt nikogo nie słucha, a wszyscy naraz nadają. To ma być kampania wyborcza?!

Trzeba się uspokoić. Niech zaczną media. Zamiast zalewać nas potokiem informacji – w tym odgrzewanych do znudzenia – szumem dezinformacji i kłamstw – ograniczmy się do nadawania wypowiedzi ludzi mądrych. Z obu stron barykady. W Hallerowie, czyli we Władysławowie odpoczywa po wieloletniej skutecznej pracy mądry, bardzo zasłużony w obronie naszych uczciwych obywateli, mecenas Piotr Łukasz Juliusz Andrzejewski. Dobrze byłoby, żeby jeszcze raz stanął w szranki. Właśnie teraz gdy Ojczyzna jest znowu w pilnej potrzebie. Rządzić to mu nie dadzą, zresztą i on sam już tego nie chce. Nie będzie kandydował w nadchodzących wyborach (a szkoda!) ale doradzać i to konkretnie Prezesowi, Premierowi i Prezydentowi powinien. Wszędzie tam niestety są wprawdzie tabuny doradców, ale to na ogół ludzie mało odważni (delikatnie mówiąc) sugerujący to, czego szef chce. Tak to już jest – schlebiacze i lizusy zawsze mają się lepiej (oczywiście do czasu!).

Polityk, adwokat, działacz opozycji demokratycznej w PRL, senator I, II, III, IV, VI i VII kadencji Senatu, sędzia Trybunału Stanu, rodem Warszawiak, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego z wyboru i rodziny o wspaniałych niepodległościowych korzeniach – teraz mieszkający za bałtycką morską wydmą we Władysławowie. Senator żyje teraz nad otwartym morzem, w pięknym modernistycznym pensjonacie „Solmare” wybudowanym przez rodziców Wandę i Aleksandra Andrzejewskich właśnie w Hallerowie w 1936 roku. W tym miejscu w groźnych dla Polski chwilach zbierała się opozycja, a w 1982 ubeckie bojówki go podpaliły niszcząc archiwum i część budynku.

3 czerwca 2007 roku do ówczesnego premiera Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Jarosława Kaczyńskiego mec. P. Ł. J. Andrzejewski pisał:

„Wychodząc z akceptowanej w prawie cywilizacji łacińskiej zasady prawa międzynarodowego: pacta sunt servanta, należy uznać aktualne próby podważenia zasad funkcjonowania Unii Europejskiej jako zintegrowanych działań podmiotów prawa międzynarodowego jakimi są Wspólnoty Europejskie i poszczególne państwa, które to działania mają ugruntowaną aktualnie podstawę prawną w Traktacie Nicejskim, za wymagające szczególnego uzasadnienia w myśl drugiej zasady mogącej usprawiedliwić zmianę obowiązujących powszechnie ustalonych reguł funkcjonowania Unii brzmiącej rebus sic standibus*.

Polska jak i 10 innych państw europejskich, kierując się zasadą domnimania wiarygodności dotychczasowych podmiotów tworzących podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej, przystąpiła do tej formacji na ustalonych i jednomyślnie w drodze kompromisu przyjętych na warunkach i zasadach określonych w aktach akcesyjnych znajdujących oparcie w Traktacie Nicejskim.

Propozycję podważenia istniejącego status quo w oparciu o wątpliwy co do jakości poprawności prawnej, a nadto odrzucony przez część państw wspólnot tworzących Unię projekt tzw. nowego traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej uważam za nieaktualną i niewartą próby jego reanimacji.

Projekt ten narusza szereg fundamentalnych zasad obowiązujących dotąd w prawie międzynarodowym, jak m.in. zasady równowagi i równości stron – jedno państwo – jeden głos materii dotyczącej każdego z członków wspólnot tworzących Unię – połączonej z zasadą suwerenności państw – członków wspólnoty.

Próba politycznego narzucenia poglądów i rozwiązań sprzecznych z tymi zasadami winna być poddana dalszym negocjacjom” – pisał 16 lat temu Andrzejewski.

(…) „Sfera spraw regulowanych tzw. prawem unijnym mającym priorytetową przewagę nad prawem wewnętrznym poszczególnych krajów tworzących kompleks unijnych dotyczy dwóch przedmiotów regulacji: praw i obowiązków obywateli państw zjednoczonych w Unii i praw i obowiązków państw tworzących Unię jako podmiotów prawa międzynarodowego.

Ten podział przedmiotu regulacji prawnej winien znaleźć odzwierciedlenie w trybie stanowienia prawa odrębnym dla każdej z tych grup przedmiotu regulacji. W jednym i drugim przypadku uważam za wskazane odwołanie się do zasady równości podmiotowej. Podmiotowość obywateli państw Unii Europejskiej zgodnie z zasadą równości reprezentatywności każdego z nich uzasadnia zasadę głosowania podwójną większością w zakresie praw i obowiązków każdego obywatela Unii.

Podmiotowość państw członków Unii w obrębie ius gentium i równość ich traktowania z poszanowaniem ich suwerenności w dziedzinie międzynarodowej wymaga odrębnej zasady głosowania w oparciu o równą reprezentatywność w myśl reguły jedno państwo – jeden głos.

Podział podmiotu regulacji na to, co dotyczy państwa jako podmiotu prawa międzynarodowego i na to, co dotyczy osób jako podmiotów prawa prywatnego, wskazuje władzy Unii dla każdej z tych grup podmiotów odrębne uwarunkowania.

Osobnym problemem jest pominięcie trybu stanowienia prawa wspólnotowego nie przez organy władzy wykonawczej Unii, ale władzy ustawodawczej i powrotu do monteskiuszowskiej tradycji podziału władz, a nie jej zagmatwanego pomieszania, jak to ma miejsce obecnie.

Odrzucony projekt traktatu konstytucyjnego narzucony przez tzw. Konwent nie spełnia podstawowych standardów w tym zakresie.

Nawiązując do polskiej tradycji opartej na maksymie, aby będąc „wolnym od hańbiących przemocy nakazów” – cenić drożej nad życie wolność wewnętrzną, niepodległość zewnętrzną i suwerenną egzystencję polityczną Narodu Polskiego i jego członków – pozwalam sobie na skierowanie na ręce Pana Premiera wyżej przedstawionej propozycji do rozważenia w nadchodzących negocjacjach” – podsumował P. Ł. J. Andrzejewski i w liście do Jarosława Kaczyńskiego z 3 czerwca 2007 r.

*                           *                           *

To nie jest już dziś głos wołajacego na puszczy. To jest rdzeń suwerenności. Warto krzyknąć: Andrzejewski wróć. W dodatku nie będzie lepszego reprezentanta spraw morza – ludzi, historycznie morskiej polski i współczesnej okradzionej morskiej gospodarki naszego kraju – flota, stocznie, rybołóstwo. W tych sprawach Kaszubi i w ogóle mieszkańcy pomorza powinni pilnie się zjednoczyć. Zaniedbany skarb przyrodniczy, bastion obronności Półwysep Helski, skorumpowane Wybrzeże Środkowe i niemczony Szczecin – to marnotrawstwo musi ustać poprzez wybór nowych ludzi. I te tereny muszą być reindustrializowane. Przy tej pracy potrzebny jest właśnie ktoś taki jak Andrzejewski z jego wiedzą, wrażliwością i wrodzonym uporem w działaniu. Do 15 października jest jeszcze trochę czasu. Przekrzykiwanie się warto zastąpić dobrą radą – i w sprawach krajowych i zagranicznych.

Zacznijmy od „A”, od Andrzejewskiego.

 

* [łac., 'w takim stanie rzeczy’], klauzula dopuszczająca zmianę umowy w przypadku zmiany okoliczności, w jakich została zawarta.

 

 

Polskie Termopile – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o bohaterstwie Orląt Lwowskich

25 sierpnia 1971 r. sowieckie władze zdecydowały o likwidacji Cmentarza Orląt Lwowskich. Czerwoni nie mogli znieść pamięci o polskim patriotyzmie, szczególnie w wykonaniu polskiej młodzieży i dzieci w listopadzie 1918 r., kiedy Orlęta broniły Lwowa przed Ukraińcami.

Orląt Lwowskich, które ochotniczo stawiły czoła regularnym oddziałom Ukraińskich Strzelców Siczowych, było ponad 6 tysięcy. Polska młodzież skutecznie obroniła miasto aż do 20 listopada 1918 r., kiedy z Przemyśla przyszła odsiecz ppłk. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego (we wrześniu 1939 r. był komendantem Służby Zwycięstwu Polski).

Za pierwszą ofiarę Ukraińców został uznany 23-letni Andrzej Battaglia – pochodzenia włoskiego, syn powstańca styczniowego. Był harcerzem, członkiem Związku Strzeleckiego, studentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Służył w Legionach Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej. W nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r. udał się do zajętych przez Ukraińców koszar 15. Pułku Piechoty Austro-Węgier przy ulicy Kurkowej 15, aby negocjować uwolnienie internowanych tam 30 Polaków. Ukraińcy postrzelili go w brzuch. Zmarł 5 listopada 1918 r. we lwowskim szpitalu. Jego szczątki też spoczęły na cmentarzu Obrońców Lwowa. W listopadzie 1938 r. jednej z ulic Lwowa nadano imię Andrzeja Battaglii (dziś rzecz jasna nieistniejącej).

Antoni Petrykiewicz od początku listopada 1918 r., jako szeregowiec 8. Kompanii 1. Pułku Strzelców Lwowskich, walczył z Ukraińcami m.in. o Górę Stracenia. Ostatnią bitwę ten 13-letni uczeń II klasy gimnazjalnej stoczył 28 grudnia 1918 r. pod Persenkówką, gdzie został ciężko ranny.

Przez następnych kilkanaście dni umierał w szpitalu na Politechnice Lwowskiej. 16 stycznia został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim. Trumnę z ciałem Antoniego nieśli od cmentarnej bramy aż do grobu czterej jego starsi bracia, a za nimi szli pogrążeni w smutku matka i ojciec. Wszyscy brali udział w obronie Lwowa. W 1932 r. szczątki dzielnego chłopca pochowano na cmentarzu Orląt Lwowskich. Postanowieniem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego Antoni Petrykiewicz został pośmiertnie odznaczony Orderem Virtuti Militari, jako najmłodszy kawaler tego najwyższego polskiego odznaczenia wojennego.

Orlęta Lwowskie musiały jednak dalej się bić – przez kolejne miesiące Ukraińcy oblegali miasto, pozbawione często dostaw wody, elektryczności i aprowizacji. Podobnie było w czasie wojny polsko-bolszewickiej. 17 sierpnia 1920 r. na przedpolu Lwowa pod Zadwórzem spośród 330 walczących ochotniczo Orląt zginęło 318. Przez 11 godzin młodzi Polacy obronili jednak miasto, powstrzymując natarcie 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Sowieci rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami. Zabitym odcinali głowy, ręce i nogi, zabierali ubrania. To Polskie Termopile. A ciała pięciu oficerów, które udało się zidentyfikować, zostały pochowane na cmentarzu Obrońców Lwowa. Za bohaterską obronę w 1918 r. Józef Piłsudski odznaczył Lwów (11 listopada 1920 r. przed kolumną Mickiewicza) – jako jedyne polskie miasto – Krzyżem Virtuti Militari. W maju 2020 r. cmentarz Orląt Lwowskich odzyskał dwa polskie, historyczne lwy.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjscy barbarzyńcy opustoszyli ukraińskie biblioteki

Na okupowanych terenach Ukrainy Rosjanie mogli zniszczyć nawet setki tysięcy książek. Teraz trwa akcja odtwarzania księgozbiorów w bibliotekach, które ucierpiały w wyniku najazdu barbarzyńców.  

Wojna Rosji na Ukrainie, zwłaszcza w okresie zakrojonej na szeroką skalę agresji po lutym 2022 roku, bezdyskusyjnie dowodzi, że pojęcia kultury i Rosji są nie do pogodzenia. Mordowanie ludności cywilnej, w tym dzieci, bombardowania w dzień i w nocy miast, rabunki fabryk, magazynów, muzeów, wywózki sprzętu, zboża, dzieł sztuki, grabieże domów prywatnych – oto opis działań okupantów. Jednak to nie wszystko. Bardzo znamienny jest też stosunek okupantów do książek i bibliotek.

Na Krymie, po zdobyciu półwyspu w 2014 roku, okupanci zabrali z bibliotek, w tym szkolnych, i wywieźli wszystkie podręczniki w języku ukraińskim. Następnie w kilku miejscach odnotowano palenie skonfiskowanych ksiąg. Ogólnie, splądrowano setki bibliotek i ukradziono setki tysięcy woluminów.

Jak donosi Centrum Oporu Narodowego Ukrainy, z bibliotek w samym tylko Donbasie Rosjanie wywieźli prawie 10 tys. książek w języku ukraińskim. Do tej pory, w wyniku ostrzału i tymczasowej okupacji rosyjskiej obwodów zaporoskiego i chersońskiego, co najmniej 116 ukraińskich bibliotek całkowicie straciło swoje księgozbiory, a kolejnych 400 częściowo.

W jednej ze wsi Nova Basan w obwodzie niżżyńskim wojsko rosyjskie zniszczyło w czasie okupacji około 7 tys. książek, głównie w języku ukraińskim: część spalono, część po prostu podarto, a część wykorzystano do rozpalenia ognisk, na których podgrzewano żywność. A we wsi Rowenki w obwodzie ługańskim odnotowano przypadki masowego palenia literatury ukraińskiej w lokalnych kotłowniach, informuje kanał telewizyjny „Nastojasze Wremia” (utworzony przez RFE/RL przy udziale „Głosu Ameryki”) .

Dziś Ukraińcy na terenach wyzwolonych ratują biblioteki. Wolontariusze z Centrum Oporu Narodowego Ukrainy podkreślają, że niszczenie książek jest standardową praktyką sił okupacyjnych. Ogłosili oni zbiórkę książek dla bibliotek, których księgozbiory ucierpiały w czasie rosyjskiej okupacji. W budżecie państwa nie ma bowiem pieniędzy na uzupełnienie niedoboru.

Weźmy jako przykład wieś Nowy Byków w obwodzie czernihowskim. Przetrwała ona dość krótką rosyjską okupację. Ale jej skutki długo nie zostaną zapomniane przez Ukraińców. Kierownik biblioteki, Tetiana, powiedziała dziennikarzom: „Kiedy po okupacji przyszliśmy do biblioteki, był tam napis, że kościami waszych dzieci nakarmimy psy”. Taka jest rosyjska kultura.

Kierownik biblioteki mówi, że okupacja wsi trwała tylko kilka tygodni, ale okupanci znaleźli czas na zrobienie rewizji w miejscowej bibliotece. Według niej wiele książek, zwłaszcza dotyczących historii współczesnej Ukrainy, literatury ukraińskiej, podręczników i encyklopedii, zostało po prostu spalonych przez rosyjskie wojsko. Zabrali wszystko, co było w jakiś sposób związane z Ukrainą.

Podobnie sytuacja wygląda w sąsiedniej wsi Nova Basan. Kierownik miejscowej biblioteki Natalia powiedziała dziennikarzom, że w czasie okupacji rosyjskie wojsko zniszczyło około 7 tysięcy książek: część podarto, a część po prostu spalono. „Przed tym barbarzyństwem wszystkie półki w bibliotece były wypełnione książkami, teraz są prawie puste” – opowiada Natalia.

Wolontariusze ogłosili teraz kampanię zbierania książek dla splądrowanych bibliotek w całej Ukrainie. PEN Center Ukrainy ogłosiło akcję zbierania i przekazywania ukraińskich książek. Wielu blogerów prowadzi akcje przywracania funduszy bibliotecznych. Zapowiedzieli zbiórkę pieniędzy, za które zakupią książki i przekażą je potrzebującym bibliotekom. Z początkiem nowego roku szkolnego biblioteki w wielu szkołach odnowiły już swoje księgozbiory. Z inicjatywy wolontariuszy do akcji włączyło się wiele lokalnych firm, przedsiębiorców i rodziców, którzy kupili książki dla szkół i przekazali je nauczycielom.

Nie ma wątpliwości, że biblioteki ukraińskie, które ucierpiały z powodu rosyjskiego barbarzyństwa, zostaną odrestaurowane, ale poziom kultury rosyjskiej Ukraińcy zapamiętają na długo.

 

Apel CMWP SDP o zapewnienie bezpieczeństwa i swobody wykonywania zawodu dziennikarzom w kampanii wyborczej

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego kolejnym przykładem jest oplucie i popychanie red. Adriana Boreckiego podczas wiecu wyborczego Platformy Obywatelskiej z udziałem jej przewodniczącego Donalda Tuska w Legionowie 8 sierpnia br., w pierwszym oficjalnym dniu kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w Polsce w 2023 r.  

Red. Adrian Borecki z TVP został odepchnięty i przyparty do samochodu m.in. przez ochroniarzy Donalda Tuska. Następnie jeden z mężczyzn podszedł i go opluł, a dziennikarz wraz z operatorem byli popychani i wyzywani, wielokrotnie uderzono ich także flagą w głowy.

Zdumiewające i skrajnie naganne jest przy tym to, iż zachowanie takie nie spotkało się z potępieniem ani organizatorów w/w wiecu politycznego, ani tych, którzy na nim występowali.

Tymczasem tolerowanie takich skandalicznych zachowań nie rozwiązuje żadnych sporów politycznych, tylko prowadzi do anarchii i brutalizacji życia publicznego. Jest to wyjątkowo niepokojące zjawisko dla każdej kampanii wyborczej.

CMWP SDP przypomina, że  jakiekolwiek fizyczne ataki na dziennikarza wykonującego swoje obowiązki są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy dziennikarzy relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski organizatorów tych wydarzeń, którzy zgodnie z obowiązującym prawem zobowiązani są do zapewnienia dziennikarzom godnych i niezagrażających ich życiu i zdrowiu warunków pracy.

CMWP SDP po raz kolejny apeluje do władz wszystkich partii politycznych, by podjęły działania zapobiegające wszelkim atakom na wykonujących swoje obowiązki dziennikarzy i  osoby pracujące w mediach, szczególnie w nadchodzących tygodniach kampanii wyborczej przed wyborami do parlamentu.

 

                                                                 dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP 

 

Warszawa, 9 sierpnia 2023 r.

Ostateczne uniewinnienie red. Przemysława Jarasza z z Głosu Zabrza i Rudy Śl. w jego obronie występowało CMWP SDP

Redaktor Przemysław Jarasz  z Głosu Zabrza i Rudy Śl. został po raz  trzeci  prawomocnie uniewinniony w batalii sądowej wytoczonej mu przez „doradcę” prawnego z art. 212 kk. W jego obronie występowało CMWP SDP. 

3 lipca b.r. Sąd Okręgowy w Gliwicach nie dopatrzył się przestępczego działania dziennikarza Głosu Zabrza i Rudy Śl. Przemysława Jarasza w treści zapytania prasowego, jakie ten  wystosował w 2018 roku do prezesa sądu w Lublinie w sprawie bohatera swoich publikacji interwencyjnych – zabrzańskiego „doradcy” prawnego Fabiana Pawlaka.  Sędzia Arkadiusz Łata podtrzymał i tym samym uprawomocnił grudniowy wyrok pierwszej instancji, uniewinniając  redaktora Przemysława Jarasza od zarzutu rzekomego zniesławienia prawnika. Ten musi teraz pokryć koszty procesu i zwrócić redaktorowi koszty obrony adwokackiej, prowadzonej przez kancelarię radców prawnych Koczyk & Szafrański z Zabrza (w pierwszej instancji) oraz mecenasa Pawła Matyję (w drugiej instancji). To już trzecie prawomocne uniewinnienie red. Jarasza od prywatnego oskarżenia karnego ze strony Fabiana Pawlaka.

Tym razem ów prawnik (nie posiadający uprawnień zawodowych adwokata czy radcy prawnego) zarzucił dziennikarzowi niewłaściwe sformułowanie pytania prasowego, wysłanego pisemnie do prezesa sądu rejonowego w Lublinie. Pawlak bowiem reklamując w internecie swe usługi prawne, chwalił się publicznie doświadczeniem zdobytym w sądzie . W rzeczywistości – jak  ustalił redaktor – Fabian Pawlak był w lubelskim sądzie pracownikiem działu administracyjnego i stażystą, bez związku z orzecznictwem.

Jak przypomniał portal tysol.pl w sumie przeciwko red. Jaraszowi w Sądzie Rejonowym w Zabrzu prowadzone były trzy procesy karne z oskarżenia Fabiana Pawlaka (w dwóch pierwszych drugim współoskarżonym był red. naczelny Głosu Zabrza Jakub Lazar). W 2018 roku ten tygodnik lokalny ujawnił, iż część klientów prawnika czuła się pokrzywdzona jego działaniem i wprowadzona w błąd co do jego uprawnień zawodowych (nie mógł np. reprezentować ich w sprawach karnych czy rozwodowych, choć na swej stronie internetowej zapewniał, iż świadczy niemal pełen wachlarz usług). Niektórzy klienci Pawlaka, szukali więc ratunku w zabrzańskim biurze poselskim Borysa Budki, redakcji Głosu Zabrza, a także złożyli zawiadomienia do prokuratury (postępowania były wszczęte, ale finalnie umorzono je).

Dziennikarza wspierało CMWP SDP. Więcej TUTAJ i TUTAJ.

W tekście wykorzystano materiał z portalu tysol.pl https://www.tysol.pl/a106900-dziennikarz-oskarzony-bo-zadal-pytanie-sad-zdecydowal

Wsparcie CMWP SDP dla LDZ Zmotoryzowani Łodzianie

CMWP SDP informuje, iż obejmuje swoim monitoringiem sprawę Jarosława Kostrzewy, łódzkiego społecznika  i  szefa stowarzyszenia LDZ Zmotoryzowani Łodzianie, któremu rzecznik prasowy Prezydent Łodzi Marcin Masłowski grozi procesem sądowym.  Sprawa dotyczy  krytycznych wobec władz miasta publikacji dotyczących fatalnego stanu komunikacji i dróg miejskich w Łodzi, jakie ukazują się w mediach społecznościowych stowarzyszenia. 

W ostatnich dniach Jarosław Kostrzewa w jednym z facebookowych wpisów przedstawił publiczne dokumenty i zacytował informacje TVP3 Łódź ws. remontu ulicy Przepiórczej na łódzkim osiedlu w Łagiewnikach. Jak poinformowała PAP chodziło o koszt przebudowy tej drogi i to, że w okolicach są działki należące do byłego wiceprezydenta, a obecnego sekretarza miasta Łodzi, Wojciecha Rosińskiego. To było także nawiązanie do materiału TVP 3 Łódź na ten temat. Tymczasem rzecznik prasowy  Hanny Zdanowskiej, prezydent Łodzi  zażądał przeprosin za tę publikację i wpłacenia 5 tysięcy złotych na konto jednej z fundacji charytatywnych oraz zagroził, że jeśli autor wpisu nie opublikuje „sprostowania” za naruszenie „dóbr miasta”, to pozwie autora wpisu do sądu.

W ocenie CMWP SDP takie działanie w imieniu władz samorządowych  jest próbą zastraszenia autora publikacji, by nie podejmował krytycznych wobec władz miasta tematów, co w oczywisty sposób narusza zasadę wolności słowa i jest sprzeczne z funkcją, jaką mają pełnić media , w tym media społecznościowe, w demokratycznym społeczeństwie.  Na tym etapie sprawy grożenie skierowaniem sprawy do sądu jest działaniem zdecydowanie przedwczesnym, a biorąc pod uwagę tematykę publikacji – jest działaniem wręcz niedopuszczalnym . Każdy obywatel ma prawo do własnej, także krytycznej oceny działań władz samorządowych i każdy ma prawo ją publikować, a prawo to dotyczy szczególnie dziennikarzy oraz tych, którzy prowadzą publicznie media społecznościowe zgodnie z regulaminem tych mediów i w interesie społecznym, a tak było w tym wypadku. Jarosław Kostrzewa publikuje m.in. na profilu  LDZ Zmotoryzowani Łodzianie  na Facebooku  krytyczne wobec władz miasta materiały głównie dotyczące fatalnego stanu komunikacji i dróg miejskich. 33 tys. obserwujących, którzy – jak piszą o sobie – tworzą „społeczność działającą dla poprawy infrastruktury w Łodzi, pokazującą łódzkie absurdy na ulicach”.

Na obecnym etapie sprawy CMWP SDP informuje, iż obejmuje ją monitoringiem i zapewnia, iż udzieli dziennikarzowi – społecznikowi wsparcia i nieodpłatnej pomocy prawnej, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.

dr Jolanta Hajdasz,  dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 21 lipca 2023 r.

Więcej na ten temat TUTAJ.

Dziennikarz Paweł Mażejka skazany na 6 lat kolonii karnej za przekazanie informacji Biełsatowi

Grodzieński Sąd Miejski skazał dziennikarza Pawła Mażejkę i prawniczkę Julię Jurhilewicz na karę sześciu lat pozbawienia wolności. Mażejka ma trafić do kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

Jak informuje portal Belsat.eu, znany grodzieński dziennikarz i obrończyni więźniów politycznych przebywali w areszcie przez prawie rok. Przez ten czas powody ich aresztowania były nieznane – obrońcy zostali zmuszeni do podpisania zobowiązań o zachowaniu tajemnicy. Dopiero podczas pierwszego posiedzenia sądu okazało się, że reżim Łukaszenki oskarżył ich o przekazanie informacji Telewizji Biełsat, co zostało uznane za „sprzyjanie działalności ekstremistycznej”.

Z materiałów sprawy wynika, że Mażejka rzekomo „działał w zmowie z Julią Jurhilewicz i od lutego do marca 2022 roku przekazał nieokreślonym osobom, w celu umieszczenia na portalu organizacji Biełsat, otrzymane od Julii Jurhilewicz informacje dotyczące pozbawienia jej licencji adwokackiej, wykluczenia jej z Grodzieńskiego Kolegium Adwokackiego oraz dotyczące rozpatrzenia przez Miński Sąd Miejski sprawy karnej przeciwko Alesiowi Puszkinowi i ogłoszonego wyroku”.

Paweł Mażejka jest znanym grodzieńskim dziennikarzem niezależnych mediów, lokalnym działaczem społecznym, kulturalnym oraz propagatorem białoruskiej historii.

opr. jka, źródło: Belsat.eu

 

Koniec niebieskiego ptaszka. Twitter zmienia logo

Popularny serwis społecznościowy Twitter ma nowe logo. Kultowego niebieskiego ptaszka zastąpiła stylizowana litera X.

Zmianę zapowiedział Elon Musk właściciel platformy w niedzielę w serii tweetów.

„Wkrótce pożegnamy się z marką Twitter i stopniowo wszystkimi ptakami” – zapowiedział. Później zamieścił krótki filmik z nowym logo – stylizowaną literą X, poinformował, że adres x.com będzie odsyłał do Twittera  oraz opublikował zdjęcie siedziby firmy z wyświetlonym na fasadzie nowym logo.

W poniedziałek z serwisu społecznościowego zniknął już niebieski ptaszek.

Z wpisu dyrektor generalnej Twittera Lindy Yaccarino, wynika, że nowy znaczek graficzny to początek zmian na platformie.

„X to przyszły stan nieograniczonej interaktywności – skoncentrowany na audio, wideo, przesyłaniu wiadomości, płatnościach/bankowości – tworzący globalny rynek pomysłów, towarów, usług i możliwości. Obsługiwany przez sztuczną inteligencję X połączy nas wszystkich w sposób, który dopiero zaczynamy sobie wyobrażać” – napisała Yaccarino.

opr. jka, źródło: Twitter

Nie żyje Lech Jęczmyk, publicysta, tłumacz, znawca literatury science fiction

W wieku 87 lat, 17 lipca zmarł Lech Jęczmyk, redaktor, publicysta, tłumacz, wydawca, popularyzator literatury science fiction. Wyróżniony Laurem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Lech Jęczmyk urodził się 10 stycznia 1936 roku. W swojej karierze zawodowej był m.in. kierownikiem redakcji w Wydawnictwie „Iskry” i szefem działu literatury anglojęzycznej w Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. W stanie wojennym był autorem, redaktorem i kolporterem podziemnych czasopism. W latach 1990 – 1992 pełnił funkcję redaktora naczelnego czasopisma „Fantastyka”, był też kierownikiem działu publicystyki TVP1 oraz zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Spotkania”.

Tłumaczył książki m.in.  Thomasa Bergera, Philipa K. Dicka, Josepha Hellera, Kurta Vonneguta, JG Ballarda.

Był współpracownikiem Radia Wnet, współtwórcą Akademii Radia Wnet. Jego teksty z przemyśleniami dotyczącymi spraw społecznych, kulturowych i historycznych były publikowane na łamach Kuriera WNET.

W 2011 roku został uhonorowany Laurem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

„Dla mojego środowiska i pokolenia Lech Jęczmyk był jednak i zawsze będzie kimś więcej, niż świetnym wydawcą i tłumaczem. Był przede wszystkim autorytetem” – powiedział wówczas w laudacji Rafał Ziemkiewicz.

Msza święta żałobna za duszę śp. Lecha Jęczmyka zostanie odprawiona we wtorek, 25 lipca o godz. 14, w kościele Matki Bożej Królowej Polski przy ul. Gdańskiej na warszawskim Żoliborzu.

opr. jka, źródła: pap.pl, wnet.fm

 

CEZARY KRYSZTOPA: Ukraina straciła drugą szansę na pierwsze wrażenie

W sprawy Ukrainy emocjonalnie wciągnąłem się podczas Pomarańczowej Rewolucji. Pomagałem jak mogłem i umiałem. Chodziłem a demonstracje w Warszawie, robiłem grafiki, poznawałem zaangażowanych Ukraińców. Potem to samo podczas Majdanu

Za każdym razem byłem przekonany o tym, że przed nami świetlana przyszłość. Oni wyzwolą się spod rosyjskiej dominacji, a polska pomoc stanie się podwaliną pod nowe otwarcie stosunków między nami. Dużo ze znajomymi Ukraińcami rozmawialiśmy, czasem z konstruktywnym skutkiem, jak wtedy kiedy po burzliwej dyskusji musiałem uznać, że słynne zdjęcie dzieci przywiązanych drutem kolczastym do drzewa, które w naszej masowej wyobraźni było ilustracją Rzezi Wołyńskiej, było komunistyczną manipulacją i ilustracją przedwojennej okrutnej, ale niezwiązanej z Rzezią Wołyńską, kryminalnej zbrodni Marianny Wolińskiej. A czasem bez konstruktywnych wniosków, jak wtedy kiedy im tłumaczyłem, że ich zachwyt Niemcami źle się dla nich skończy, bo ci zawsze sprzedadzą ich Rosji za czapkę śliwek, czy też wtedy kiedy im tłumaczyłem, że krążący po Ukrainie emisariusze Gazety Wyborczej i Platformy Obywatelskiej, nie są ich przyjaciółmi.

Później, później…

Za każdym razem jednak, kiedy chciałem poruszyć kwestie dotyczące ludobójstwa na Wołyniu, słyszałem – Nie teraz, bo wiesz, Rewolucja, Majdan, aneksja Krymu, inwazja Donbasu. Jak im odmówić racji? Historia jest ważna, ale żywi ważniejsi. Podkreślałem wprawdzie, że powinni pamiętać że moją perspektywą nie jest perspektywa ukraińska, ale polska i nie da się tego odkładać w nieskończoność, ale w istocie odkładałem.

Pierwsza szansa

24 lutego 2022 roku zawalił się świat, który znaliśmy. Ten kto mówi, że nie zadawał sobie wtedy pytania gdzie zatrzymają się rosyjskie czołgi, z dużą dozą prawdopodobieństwa kłamie. Mimo to Polska i Polacy ruszyli do masowej pomocy. Nie tylko dla chwalebnego odruchu serca, ale również przez świadomość zwierzęcej moskiewskiej brutalności, którą Polacy dobrze znają i woleliby sobie na nowo nie przypominać. Polska stała się na jakiś czas jedynym oparciem Ukrainy. I Ukraina nie dała się zaorać w trzy dni jak chcieli tego rosyjscy generałowie żyjący najwyraźniej zamierzchłą potęgą.

Jednocześnie palącą wręcz kwestią, szczególnie wobec o wiele sprawniejszej od rosyjskiej armii rosyjskiej propagandy, stało się „posprzątanie” kwestii spornych. A było co, choćby w związku z rozwijającym się na Ukrainie „kultem Bandery” i jemu podobnych oraz zakazem ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej, „sprzątać”. 11 lipca 2022 wydawało się oczywistym, że po bezprecedensowej fali polskiej pomocy, w ramach której Polacy przyjęli miliony ukraińskich kobiet i dzieci tak, że ku zaskoczeniu całego świata nie trzeba było budować obozów dla uchodźców, z ust wdzięcznego prezydenta Zełenskiego padnie wreszcie słowo „przepraszam” a kwestie sporne zostaną z łatwością zdmuchnięte. Nic takiego się nie stało. Szkoda, to mogło być nowe otwarcie, pierwsze wrażenie w nowym rozdziale.

Druga szansa

Kolejne miesiące przyniosły morze przelanej krwi ukraińskich obrońców. Ukraińcy zadziwili świat zawziętością, z jaką nie tylko przepędzili „niezwyciężoną armię czerwoną” spod Kijowa, ale również odzyskali część utraconych terytoriów. Wszystko to nie byłoby możliwe bez polskiej pomocy. Finansowej, w zakresie uzbrojenia I politycznej. W ramach tej pomocy, przed czym sam ostrzegałem, Polska wręcz naruszała własne zasoby w sposób krytyczny, czym zmobilizowała większą część Zachodu, a nawet niezadowolone z kłopotów kumpla Władimira Niemcy, do podobnych gestów. Wydawało się, że 11 lipca 2023, 80. rocznica kulminacyjnej dla Rzezi Wołyńskiej Krwawej Niedzieli, musi już być momentem przełomu. Ofiary zasługują na pamięć ze swojej natury, ale i Polska jako państwo i Polacy, wydaje się, że „zasłużyli” na gest ze strony prezydenta Zełenskiego. I znowu nic takiego nie nastąpiło.

Nie chcę się już pastwić nad Prezydentem Andrzejem Dudą, który być może jest przekonany, że do takiego „przełomu” doprowadził, o czym świadczą jego zupełnie niepotrzebne słowa skierowane do zasłużonego księdza Isakowicza-Zaleskiego, ale wszystkie te słowa o „pojednaniu” i „przebaczeniu”, które padły podczas obchodów, zdają się być zawieszone w pustce bez konkretów z ukraińskiej strony. Nic dziwnego, ponieważ do „przebaczenia” i „pojednania” potrzebne są najpierw „wyznanie win” i „żal za grzechy”. A tego, w okrągłych słowach ukraińskich oficjeli różnych szczebli, unikających stwierdzeń kto kogo zabijał i kto jest czemu winien, zabrakło. A przede wszystkim zabrakło ich ze strony prezydenta Zełenskiego. Nie trzeba „ruskiej propagandy”, kiedy przy dziwnej zachowawczości polskich władz, Ukraińcy sami dbają o wbijanie klina pomiędzy nich a Polaków. W ten sposób zmarnowane zostały dwie dobre okazje na „pierwsze wrażenie”. I raczej już się nie powtórzą.

Ukraina potrzebuje bardziej

Pomiędzy Rosją a Niemcami Polska potrzebuje Ukrainy. Ale Ukraina potrzebuje Polski w o wiele większym stopniu. Zachłystując się znowu byciem w centrum uwagi, Ukraińcy popełniają po raz kolejny ten sam błąd – jaskółki ćwierkały, że tuż przed szczytem poczuli się na tyle pewnie z zachodnimi „gwarancjami”, że trochę zbagatelizowali rolę Polski jako ich największego rzecznika. Więc jeśli wyjeżdżają z Wilna z dużym niedosytem, to istotnie przez brak wdzięczności (…) To samo było po 2014, kiedy np. polska zbrojeniówka sporo oferowała, ale oni zachłysnęli się ofertami Zachodu, z których niewiele wyszło (…) – pisała na Twitterze po szczycie w Wilnie analityk i ekspert ds. międzynarodowych dr Beata Górka-Winter, która pisała również, że „w kuluarach było słychać, że próbują nas odsuwać”.

Jeśli Ukraińcom wydawało się, że „już nie potrzebują Polski”, ponieważ mają teraz większych kolegów, to po niezadowalających wynikach szczytu w Wilnie, na którym Niemcy wrócili w amerykańskie łaski, wydaje się, że dostali bolesną nauczkę. Czy ta z kolei ich czegoś nauczy? Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że piłka nie jest po polskiej stronie.