WALTER ALTERMANN: Demokracja kapitalistyczna, pieniądze i prawo

Mówią, że demokracja jest najlepszym z możliwych ustrojów. No, nie wiem… Choć oczywiście, przeżywszy realny socjalizm, muszę stwierdzić, że demokracja jest lepsza. Największą zaletą i zarazem wadą demokracji jest to, że rządzi lud. To znaczy lud wybiera, ale rządzą inni, w imieniu ludu. Czasem lud nazywany jest też wyborcami, elektoratem, suwerenem – ale nie zmienia to faktu, że lud nie zna się – w swej glosującej większości – na ekonomii i prawie.

Lud zawsze kieruje się sympatiami i emocjami. Panie głosują na przystojnych, panowie zaś głosują na „twardy i wyrazistych”. Skutkiem czego największe szanse ma zawsze przystojny i krzykliwy. Wady demokracji znane są od zawsze, to znaczy od antycznej Grecji i starożytnego Rzymu. To już wtedy wykształciły się zasady schlebiania ludowi i mamienie go obietnicami nie do spełnienia. I już wtedy bogaci przejmowali majątki ubogich, czyli bogacili się kosztem elektoratu. Choć zarówno bogaci i ubodzy święcie wierzyli w demokrację i straszyli się nawzajem satrapiami Wschodu.

Liberałowie

Jest też inny problem. Mamy w Polsce nie tylko demokrację, ale mamy też panujący nam kapitalizm. A z pełną akceptacją tego ostatniego mam kłopoty. Tym bardziej, że przy tych wyborach objawiają się w Polsce partie skrajnie liberalne, takie, które wyznają doktrynalne założenia liberalizmu. A te założenia są makabryczne.

Liberalizm czy neoliberalizm są doktrynami zakładającymi pełny darwinizm w życiu społecznym. Według tych założeń biedny jest gorszy, bo nie potrafi zostać bogatym. No i ma pecha, że nie urodził się w bogatej rodzinie. Pech zwany był w XIX liberalizmie boską predestynacją, czyli   przeznaczeniem losu każdego człowieka. W co najmocniej wierzyli angielscy i amerykańscy purytanie.

Liberałowie wierzą, że istniej Wielki Boski Plan, według którego działa mechanizm wolnego rynku, który sam z siebie naprawia gospodarkę i handel. Liberowie wierzą też, że wszystko da się wyleczyć przy pomocy ziół i gimnastyki, a edukacja nie jest sprawą państwa, lecz rodziców. Ich zdaniem również państwowe emerytury są zbyteczne, bo starców mają utrzymywać krewni, jeśliby zaś ktoś krewnych nie miał, to trudno, bo w końcu każdy z nas kiedyś i tak umrze. To nie są żarty, są w Polsce partie, które głoszą, że przymusowe ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne to okradanie zaradniejszych, którzy nie mogą rozwinąć swych gospodarczych skrzydeł, bo muszą utrzymywać nieudaczników.

Liberalizm w swej skrajnej postaci skazuje ludzi na dziedziczna biedę i w sumie jest logicznym dalszym ciągiem niewolnictwa. Bardzo mnie dziwi, że tak wielu młodych ludzi popiera naszych ultra-liberałów. Być może, ci wierzący w liberalizm, są przekonani, że zostaną właścicielami niewolników w stylu Amerykańskiego Południa… Jednak obawiam się, że niechcący zapisują w poczet przyszłych białych niewolników.

Kapitalizm byłby wspaniały

Prezydent USA Herbert Hoover powiedział kiedyś, że: „Kapitalizm byłby wspaniały, gdyby tylko kapitaliści nie byli tak chciwi”.  Hoover (ur. 1874 – zm. 1964), był prezydentem USA w czasach Wielkiego Kryzysu. Miał więc „okazję” zobaczyć mechanizm świata, gdy świat walił się w gruzy. Może dlatego Hoover mówił tak szczerze o amerykańskiej gospodarce i światowej ekonomii. Ale i on był twardym liberałem; pod koniec 1930 r. – gdy kryzys szalał – sprzeciwiał się pomysłowi robót publicznych i zasiłkom dla bezrobotnych. Dopiero na początku 1932 r. zaczęto rozdzielać datki żywnościowe dla najbardziej potrzebujących. Hoover apelował do farmerów o ograniczenie produkcji rolnej, a do kapitalistów o pomoc charytatywną dla potrzebujących, lecz nie potrafił przełamać swojego światopoglądu i przeznaczyć środków na uzdrowienie gospodarki, pomoc dla społeczeństwa. Odszedł w niesławie, niewiele zrobiwszy, bo wierzył w moc samonaprawiającego się rynku.

„Kapitalizm byłby wspaniały, gdyby tylko kapitaliści nie byli tak chciwi” – to samo mówili już w XIX wieku socjaliści, ale tych nie będę cytował, a to dlatego, żeby nie być pomówionym o propagowanie komunizmu. Natomiast cytowanie prezydenta USA chyba mi ujdzie na sucho, bo to konserwatysta, liberał i przywódca ojczyzny demokracji.

Ale strach jest, bo lud nasz obecnie nie odróżnia socjalistów od komunistów. I łatwo ludowi podpaść, tym bardziej, że mamy demokrację, czyli władzę ludu właśnie – z wszystkimi jej implikacjami.

Interwencjonizm

Po Hooverze nastąpił Franklin Delano Roosevelt, który rozumiał, że jedynym sposobem na wyjście z kryzysu jest interwencjonizm. Uruchomił więc prace publiczne, posypały się – jak z rogu obfitości państwowe inwestycje w elektrownie, drogi i autostrady… Młodzi Amerykanie pracowali przy sadzeniu i ochronie lasów, budowaniu tam wodnych. Bezrobotni znaleźli pracę i gospodarka drgnęła. Bo tak jest zawsze w kryzysach w kapitalizmie, państwo musi zacząć – dosypując pieniądze do gospodarki, a potem już kręci się samo. Hoover był konserwatywnym liberałem, Roosevelt był mądrzejszy.

A skąd Roosevelt brał pieniądze? Przede wszystkim wszyscy Amerykanie musieli wymienić złoto na papierowe pieniądze i rząd USA nigdy już gwarantował wymienialności dolara na złoto przy sztywnym kursie. Rząd położył też ręce na bankach, poddając je ścisłej kontroli, zakazując inwestycji zagraniczny. Roosevelt zrobił też to, co naraziło go na miano komunisty – obłożył wysokimi podatkami dochody powyżej 50.000 dolarów rocznie. Ale największe przychody osiągał rząd z dewaluacji dolara. Za prezydentury Roosevelta wartość dolara spadła o ponad 50 procent. Ale już po II wojnie światowej ogromnie wzrosła – mierząc wartość siłą nabywczą.

Piszę o kryzysie lat 30-tych, bo i u nas od czasu do czasu dochodzą do władzy liberałowie, którzy wyznają monetaryzm, czyli wierzą, że stabilny pieniądz, jego wysoka pozycja na rynkach finansowych jest gwarancją pomyślności gospodarczej. I wierzą, że pod żadnymi warunkami, w żadnych okolicznościach państwo nie może ingerować w gospodarkę. A takie myślenie, takie liberalne zasady gwarantują jedynie stagnację, czyli cofanie się.

Tymczasem Roosevelt dowiódł, że jest wręcz odwrotnie. I w USA polityka interwencjonizmu jest nadal realizowana, bo czymże innym są miliardowe zamówienia rządu na broń i programy kosmiczne? Oczywiście są i negatywne skutki bieżące, które później ustępują, jest to, przede wszystkim, spadek wartości pieniądza. To co przed Rooseveltem kosztowało w USA dolara dzisiaj kosztuje 100 dolarów, ale idący za wzrostem gospodarczym wzrost realnych płac, nie tylko rekompensuje nominalny spadek pieniądza, ale znacznie go wyprzedza.

Taka nieliberalna polityka niesie z sobą oczywiste niebezpieczeństwa dla rynku, jak niekontrolowana inflacja. Ale jest jedynym możliwym wyborem. Dlatego też wszelkiej maści liberałowie są – głównie w obliczu obecnych wyborów – prawdziwie groźni dla Polski. Bo nie da się utrzymywać gospodarki i poziomu życia obywateli naszego kraju na stałym, bezpiecznym poziomie. I nie ma powodu.

Demokracja a prawo

Kilkanaście lat temu doszło w Danii do – wymuszonej przez opinię publiczną – dymisji ministra sprawiedliwości. A stało się to tak. Policja zatrzymała jakiegoś przestępcę, wielokrotnie już skazywanego złodzieja. Ponieważ było to akurat w sobotę wieczorem, zatrzymanego w areszcie złodzieja wypuszczono dopiero po 26 godzinach. A prawo w Danii mówi, że bez decyzji sądu, można zatrzymać człowiek jedynie na 24 godziny.

Prasa podniosła krzyk, zrobił się raban, że tak nie wolno, że złamano prawo. Na to głos zabrał minister sprawiedliwości, mówiąc, że nie rozumie o co chodzi, że zatrzymany to stary kryminalista… Stwierdził też, że duńskie prawo jest niedobre, skoro pozwala zatrzymać podejrzanego jedynie na dobę.

Na takie dictum ministra raban zrobił się jeszcze większy. A premier wymusił w końcu na ministrze rezygnację. Media duńskie uznały to za sukces demokracji.

Wniosek jest z tego taki, że minister nie jest od tego, żeby komentować i narzekać na obowiązujące prawo. On ma je wykonywać. I kropka. Tym bardziej, że słowo „minister” pochodzi z łaciny i oznacza sługę (od: ministrare – służyć, podawać do stołu). A może członkom rządu należałoby co jakiś czas przypominać etymologię słowa „minister”, żeby nie zapominali, że są jedynie sługami narodu, że nie są nad nami?

Z tego duńskiego przypadku wynika jedno generalne przesłanie – w demokracji najważniejsze jest prawo. A literalne przestrzeganie go jest oznaką stopnia demokracji w danym kraju. Warto o tym pamiętać i u nas, bo zbyt często słychać o łamaniu prawa, o obchodzeniu go, o tzw. duchu prawa… Przecież i u nas da się słyszeć: „A co to tam wielkiego, no może coś i było nie tak, ale to w końcu nieistotne drobiazgi, że prawo u nas marne, że trzeba by je zmienić…”. Przestrzegałbym przed takim podejściem do prawa, czyli do demokracji. Bo właśnie od machania ręką na prawo zaczynały się wszystkie okropności na świecie.

Jest tak, jak mawiał major B. w Studium Wojskowym – „Nie byłoby w wojsku żadnych wypadków, gdyby żołnierze sumiennie przestrzegali tego, co zapisane jest w regulaminach”. Wtedy mnie to śmieszyło, dziś myślę, że miał rację.

Ten duński przypadek przypomniał mi się teraz, bo teraz właśnie nadciągają wybory. A od wielu obecnych ministrów i byłych ministrów wszystkich partii, takich którzy znowu kandydują ciągle słyszę, że koniecznie trzeba zmienić prawo, że zdarzały się i im także różne niezgodności z prawem, ale że były do błahostki, nie warte wspomnienia… Ale najwięcej ochoty na zmianę prawa w Polsce mają oczywiście tacy, którzy nigdy żadnej władzy jeszcze nie mieli. Może na szczęście, dla nas?

 

Problem językowy, czy problem lenistwa? WALTER ALTERMANN: Zaopiekowany problem

„Czy ten problem będzie zaopiekowany?” – zapytała rzecznika rządu Piotra Müllera dziennikarka TVN24. To odkrycie językowe miało miejsce 14.09.2023 r., w biały dzień. Jest to istotne novum przynajmniej dla mnie, a to dlatego, że dowodzi w jaki sposób zmienia się nasz język. 

Geneza tego zwrotu ma swe źródło w języku medyków, z czasów COVID 19, gdy mówili oni swoim fachowym językiem do nas prostaczków. Oczywiście „zaopiekowany” pochodzi od opieki i opiekowania. Medycy w czasie pandemii mówili, że „pacjent jest już zaopiekowany”, co było dziwne, ale zrozumiałe. Wolałbym, żeby mówili, że „pacjent jest już pod naszą opieką”, ale taki jest język fachowy medyków i mówi się trudno, i leczy się dalej.

Jednak dziennikarka TVN24 poszła o krok dalej i stwierdziła, że można się również „zaopiekować” problemem. A na takie dictum zgody już nie ma. Problem jest pojęciem abstrakcyjnym i jak najzupełniej nieożywionym, zatem nie przysługuje mu żadna opieka i żadne „zaopiekowanie”. Można opiekować się ludźmi, kotem i psem, ale problemem? Jest to dziwoląg równy temu, gdyby któryś medyków powiedział: „Pacjent zmarł, ale jest już zaopiekowany”.

TVN zasłynął ostatnimi laty poważnym wagowo słowotwórstwem, a chodzi mu głównie o „ukobiecenie” różnych zawodów i stanowisk, które mają w języku polskim jedynie formę męską. Nie jest to zjawisko groźne. Jest nawet zabawne i mnie rozwesela.

Za co odpowiada minister

 Z kolei wspomniany wyżej rzecznik rządu Piotr Müller, odpowiadając wspomnianej wyżej dziennikarce również popisał się silnym odruchem słowotwórstwa. Powiedział bowiem tak: „Minister odpowiada za ten obszar”.

Jednak w dalszej części swej wypowiedzi rzecznik nie odnosił się ani do naszego pięknego Mazowsza, nie do lasów, nie do ziemi ornej pokrytej łanami zbóż czy buraków cukrowych, a nawet nie do dumnych naszych Tatr. Jak się okazało rzecznikowi, gdy mówił o „obszarze”, chodziło o sferę spraw, z które odpowiada minister.

Skąd zatem bierze się używanie zwrotu „odpowiedzialny za obszar”? Ano z tego, że tak ujęta odpowiedzialność brzmi poważnie, niemal wojskowo. A gdyby rzecznik powiedział, że minister jest odpowiedzialny za te sprawy, za te problemy… to by już nie brzmiało poważnie i rządowo. Nadto, minister zostałby sprowadzony do roli jakiegoś niziutkiej rangi urzędnika… A „obszar odpowiedzialności” brzmi godnie, poważnie i wręcz rządowo.

Radziłbym naszym „oficjalnym osobom” mówić prosto i bez nadmiaru urzędniczej poezji.

W Poznańskiem czy w poznańskim?

Pan od meteo mówi w Polsat News, że w poznańskim lunie. I pokazuje na mapie tereny Wielkopolski. Otóż, mamy dwa różne adresy językowe pod tymi samymi bliskimi adresami. Mamy województwo poznańskie i mamy historyczne ziemie poznańskie, zwane też Wielkopolską.

I tak jakoś wyszło w języku naszym, że prawidłowe jest mówić: „W województwie poznańskim”, ale gdy chodzi o Wielkopolskę musimy pisać i mówić: „W Poznańskiem”. Tak samo jest z łódzkim (gdy mowa o województwie), ale Łódzkiem (gdy mamy na myśli tereny historyczne, geograficzne), a nawet w warszawskim (województwo) i Warszawskiem (gdy mamy na uwadze krain geograficzną, historyczną). Warto tę zasadę przyswoić, bo język to również tradycja historyczna.

Szansa nie jest karą

Dziennikarz sportowy TVP mówi: „Istnieje szansa, że Legia zapłaci karę za zachowanie swoich kibiców”. Otóż szansa nie jest karą. Chyba, że dziennikarz jest zaciekłym anty-legionistą. Ale znam człowieka z jego nieskrywanej miłości do Legii, więc ten wariant nie wchodzi w rachubę. Jemu zapewne chodziło o to, że za zachowanie swych kiboli Legia może zostać ukarana pieniężnie przez UEFA. I wyszło tak, jakby adwokat mówił do swego podopiecznego: „Jest szansa na karę śmierci dla pana”.

Szansa to nadzieja, łut szczęścia, szansa to możliwość małej kary, a nawet wywinięcia się „na sucho” z rąk Temidy. Choć Temida ręce ma zajęte, bo w lewej ma wagę szalkową, a w prawej ręce trzyma nagi miecz. A na oczach ma opaskę, co ma znaczyć, że nie patrzy „na różne takie” okoliczności, że jest sprawiedliwa i kieruje się jedynie prawym. Dura lex sed lex. Mają jednak dziennikarze szczęście, że ich frywolnościami językowymi nie zajmuje się owa Temida…

Łacina z automatycznego tłumacza

Bardzo „interesujące” tłumaczenie łacińskiej maksymy, przywołanej wyżej przeze mnie, „Dura lex sed lex” można znaleźć w tłumaczu Google. Przekład jest taki: „Prawo jest trudne, ale prawo”. Być może tłumaczył to jakiś student prawa, któremu nauka nie szła, ale naprawdę łacińska maksyma znaczy „Twarde prawo, lecz prawo”.  Co oznacza, że trzeba się godzić nawet z niesprzyjającymi nam wyrokami, bo prawo jest prawem.

To jednak jest doskonały przykład na to, że żadna AI nie zastąpi czterech lat łaciny w porządnym

liceum.

 

 

Informacja od redaktora tekstu W. Altermana: 

Nawet automatyczny edytor tekstu podkreśla słowo „zaopiekowany”. Podkreśla „wężykiem”.

 

 

Chcę zintegrować środowisko dziennikarskie – rozmowa z PAWŁEM GĄSIORSKIM, prezesem Oddziału SDP w Katowicach

Planuję reaktywację Klubu Młodego Dziennikarza”. Członkowie SDP będą mogli w tym klubie przekazywać swoją wiedzę i bogate doświadczenie zawodowe. Zależy mi również na zorganizowaniu konkursu dla młodych dziennikarzy – mówi Paweł Gąsiorski, nowy prezes Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

Jakie ma Pan plany, pomysły i jakie zmiany czekają Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach podczas Pana kadencji, która potrwa do 2026 roku?

Jeśli chodzi o zarząd naszego oddziału,  to przyznam, że zmiany są funkcyjne i kosmetyczne. Poprzednia prezes, Janina Jadwiga Chmielowska, w tym roku postanowiła przekazać swoje stanowisko. Tak się złożyło, że to ja wygrałem, bo kandydowałem na stanowisko prezesa. Jeśli chodzi o pozostałych członków zarządu, to po walnym zebraniu zmieniła się tylko jedna osoba – redaktora Jędrzeja Lipskiego zastąpiła Teresa Koziatek. Dodatkowo niektórym członkom zarządu zostały przydzielone nowe funkcje. Mam nadzieję, że w nowym składzie szybko i skutecznie przystąpimy do działania, a okres mojej kadencji nie będzie czasem zmarnowanym. W ostatnich latach działania Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach nie były zbyt intensywne, co też spowodowane było pandemią. Mam nadzieję, że teraz zbliżymy się do ludzi, a co za tym idzie, otworzymy się bardziej na członków naszego oddziału. Podczas najbliższego wrześniowego zebrania planujemy przedstawienie całemu zespołowi nowego programu. Liczę na zaangażowanie w kolejne projekty. Plany są konkretne i zobaczymy, czy uda nam się je zrealizować.

Po walnym zebraniu śląskiego oddziału pojawiła się propozycja współpracy z młodymi i przyszłymi dziennikarzami. Na czym miałyby polegać takie międzypokoleniowe działania?

W moich planach jest reaktywacja „Klubu Młodego Dziennikarza”. Taki klub samodzielnie prowadziłem wiele lat temu. Mam nadzieję, że moja propozycja będzie poparta przez zarząd naszego stowarzyszenia. Dodatkowo chciałbym rozpocząć współpracę z różnymi uczelniami, które by mogły wesprzeć nasz pomysł.  Chciałbym również zorganizować kursy, czy też spotkania dla naszych członków na temat prawa prasowego, autorskiego, ale również dla najmłodszych pod kątem pracy dziennikarskiej.

Jaki będzie udział zarządu i pozostałych członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach w działaniach związanych z powołaniem Klubu Młodego Dziennikarza?

Członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich będą mogli w tym klubie przekazywać swoją wiedzę i bogate doświadczenie zawodowe. Chodzi o to, aby najmłodszym adeptom sztuki dziennikarskiej przelać jak najwięcej wiedzy od wieloletnich praktyków i autorytetów świata dziennikarskiego.  Zależy mi również na zorganizowaniu konkursu dla młodych dziennikarzy. W chwili obecnej wszystko jest na etapie pomysłu. Planujemy też cykl spotkań wprowadzających w świat  nowinek technologicznych związanych z pracą dziennikarską, zarówno dla młodych, jak i starszych dziennikarzy.

Spośród wielu pomysłów, jakie projekty warto jeszcze wziąć pod uwagę i czy w jakimś stopniu przyczynią się one jeszcze do rozwoju oddziału?

Chciałabym również, aby nasz oddział otworzył się na współpracę międzynarodową, dlatego podjąłem już pewne kroki w tym kierunku. Uśmiecham się do związku dziennikarzy w Ostrawie. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy nie mogli współpracować przy większych projektach i konferencjach z dziennikarzami z Czech. Pewne kroki w tym kierunku już zostały poczynione. Kolejnym ważnym punktem mojego programu jest otwarcie się na rozrywkę dla dziennikarzy, dlatego wiele wskazuje na to, że nasz oddział zostanie partnerem medialnym zawodów sportowych. Sami jako organizacja dziennikarska również możemy zostać współorganizatorem zawodów piłki nożnej w województwie śląskim. Raz jeszcze podkreślę, że w tej kadencji zależy mi głównie na tym, żeby zintegrować tak bardzo spolaryzowane środowisko dziennikarskie.

W jaki sposób można rozpowszechnić markę SDP na Śląsku i czy oprócz patronatów medialnych, konferencji, paneli dyskusyjnych są jakieś inne pomysły, które przyczynią się do promocji działań oddziału?

Nasz oddział z każdym rokiem tracił na wartości, bo od dekady nie byliśmy widoczni na żadnych dużych wydarzeniach na terenie Śląska. Zarząd SDP w Katowicach działał  i pracował, natomiast nie na tyle,  żeby marka SDP była rozpoznawalna. Jako oddział występowaliśmy w niewielu sprawach i zajmowaliśmy stanowisko sporadycznie, dlatego mam nadzieję, że zaczniemy ten stan rzeczy zmieniać. Plan działania naszego zarządu ze środowiskiem dziennikarskim będzie  długofalowy. Mam nadzieję, że uda nam się zjednoczyć grono dziennikarskie, które, jak już wspominałem, jest bardzo podzielone. Jako organizacja zaczniemy zabierać głos, bronić rzetelności i praw dziennikarskich.

Jakiś  czas temu powstała strona oddziału SDP w Katowicach, gdzie zaczynacie aktualizować różne treści istotne dla społeczności dziennikarskiej z regionu. Pojawiły się również wstępne informacje na temat publikacji dotyczącej historii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach. Czy to początki wybudzania oddziału katowickiego z długiego letargu?

Strona https://sdp.net.pl/ powstała jeszcze za kadencji poprzedniej pani prezes. Nie ukrywam, że byłem jej pomysłodawcą i współautorem. Stron naszego oddziału, jest zintegrowana z portalem sdp.pl. Jeśli chodzi o monografię, to bardzo się cieszę, że zarząd zgodził się na realizację tego pomysłu. Historyk podpisał umowę z naszym oddziałem i już pracuje nad pierwszą publikacją, która zostanie dla przyszłych pokoleń.

Paweł Gąsiorski mieszka i pracuje w regionie częstochowskim. Od wielu lat publikuje w mediach  lokalnych. 16 czerwca 2023 roku został wybrany prezesem Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach. Jego pasją jest tenis stołowy.

O mediach i komunikacji na Forum Ekonomicznym w Karpaczu

„Etyka mediów w erze dezinformacji”, „Czwarta władza. Jak media kreują rzeczywistość?”, czy „Dziennikarz naszych czasów. Nowe oblicze zawodu” – to tematy tylko niektórych paneli dyskusyjnych na temat mediów, jakie odbyly się w pierwszym dniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Biorą w nich udział zarówno dziennikarze, jak i przedstawiciele organizacji zajmujących się różnymi elementami komunikowania masowego. Na Forum akredytowanych jest kilkuset dziennikarzy z większości największych i najważniejszych redakcji w kraju, m.in. TVP, Polskiego Radia, PAP, Rzeczpospolitej, Onetu, Interii, Polska Press, TV Trwam oraz  kilkuset redakcji newsowych i  branżowych. Głównym partnerem medialnym Forum jest w tym roku Rzeczpospolita i Polskie Radio, a wśród głównych partnerów komercyjnych są dwie firmy medialne –  TVN Warner Bros. Discovery oraz platforma TikTok. Partnerami medialnymi imprezy, prezentującymi swoje logotypy na materiałach reklamowych organizatorów  jest ponad 70 redakcji z Polski i zagranicy.  CMWP SDP zostało zaproszone do udziału w Forum Ekonomicznym po raz drugi. 

Jednym z największych wyzwań, przed którymi stoją media, jest dezinformacja. Zjawisko to polega na celowym rozpowszechnianiu nieprawdziwych informacji w celu manipulowania opinią publiczną. Wyzwanie pogłębia się, gdyż w dobie Internetu każdy może publikować treści, co prowadzi do szybkiego i niekontrolowanego rozprzestrzeniania się fałszywych informacji.  Czy w erze dezinformacji etyka mediów  odgrywa jeszcze jakąś rolę, czy przeciwnie, nasze czasy to kres etyki dziennikarskiej –  to pytania, na które odpowiadali uczestnicy pierwszego panelu dyskusyjnego poświęconego najbardziej aktualnym problemom współczesnych mediów. Odbył się on w pierwszym dniu Forum, 5 września.   Panel ten prowadził red. Michał Karnowski z tygodnika Sieci, a uczestniczyli w nim Michał Ossowski, red. nacz. Tygodnika Solidarność, Olga Dziedzic z Fundacji Impuls Dla Młodych,  red. Jaśmina Nowak z Radia Wnet, Ion Ionita, red. naczelny  Adevarul/Historia z Rumunii i Ron Haviv z USA, współzałożyciel VII Photo Agency.  Rozmówcy zgodzili się, iż dezinformacja ma poważne konsekwencje, takie jak podział społeczeństwa, wzrost napięcia politycznego oraz osłabienie demokracji. W ich ocenie  etyka mediów jest nadal bardzo istotna, także po to, by chronić odbiorców przed dezinformacją i propagandą. Media są na etapie permanentnej rewolucji technologicznej, postęp techniczny jest tak szybki ze nie nadążamy za nim, fake się rozchodzi co najmniej sześć razy szybciej,  a sprostowanie się nie klika – powiedział red. Marcin Ossowski. W takiej sytuacji trzeba postawić na edukację, na uświadamianie ludziom, czym jest dziennikarstwo i w jaki sposób w dzisiejszym świecie sprawdzać źródła informacji, z których się korzysta – stwierdził Ron Haviv. Potrzebujemy standardów,  potrzebujemy kodeksów, ale przede wszystkim trzeba walczyć o profesjonalizm i prawdę w mediach  – podsumował red. Michał Karnowski.

Codziennie, w czasie trwania Forum Ekonomicznego w Karpaczu odbywa się kilkanaście  paneli dyskusyjnych poświęconych m.in.mediom, komunikacji, wykorzystaniu mediów w cyberprzestępczości i cybebezpieczeństwie, oraz narzędziom i metodom wykorzystywania mediów do działań informacyjnych, marketingowych, politycznych, czy  w sprawach dotyczących bezpieczeństwa.  Wśród dziennikarzy z Polski  uczestniczacych w dyskusjach i prowadzących panele są m.in. red. Rafał Ziemkiewicz, red. Maria Przełomiec, red. Krzysztof Ziemiec, red. Bogusław Chrabota, red. Grzegorz Nowacki, czy  red. Nicola Bochyńska. Na zaproszenie organizatorów  udział w panelu dyskusyjnym pt. „Media apolityczne. Na ile to realne?” weźmie także Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP.

Holenderska spółka większościowym udziałowcem wydawcy „Rzeczpospolitej”

Należąca do Grzegorza Hajdarowicza firma KCI nie kontroluje już spółki Gremi Media, wydającej m.in. dzienniki „Rzeczpospolita” i „Parkiet”. Większościowym udziałowcem stała się holenderska spółka Pluralis, wspierana przez fundusz miliardera George’a Sorosa.

Jak poinformowała spółka KCI w komunikacie giełdowym,  „24 sierpnia 2023 r. doszło do realizacji opcji >Call<, na podstawie której Pluralis nabył pakiet 240.416 akcji serii A uprzywilejowanych co do głosu spółki Gremi Media S.A., co pozwoliło na osiągnięcie przez Pluralis 57% głosów na walnym zgromadzeniu Spółki Gremi Media S.A.”

Pluralis po raz pierwszy w Gremi Media zainwestował w 2021 roku. Wśród akcjonariuszy tej holenderskiej firmy są m.in.  King Baudouin Foundation, fundacje Tinius Trust i KIM, Mediahuis, Media Development Investment Fund, Soros Economic Development Fund. Jak podkreśla Bloomberg, informując o tej transakcji, spółka wspierana jest przez fundusz miliardera George’a Sorosa.

opr. jka, źródła KCI, bloomberg.com

O ograniczeniach bez metafor pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Obroża uniwersalna

Litościwy sędzia miast pakować oskarżonego w ciasną celę daje mu obrożę elektroniczną, która umożliwia stałą kontrolę. Wówczas skazany przebywa w areszcie domowym i rozmyśla we własnym mieszkaniu nad tym co zrobił. Czasem dochodzi do wniosku, że postępował źle i z wdzięcznością myśli o sędzim.

Obroże przydałyby się niektórym posłom, tym którzy bezkarnie wykorzystują immunitet, łżą bez opamiętania i kary. Mówią, że Pan Bóg jest cierpliwy, ale sprawiedliwy. Ciągle w to wierzymy. Przynajmniej ja wierzę.

Elektroniczny dozór dla złodziei rozszerzony na posłów i senatorów jak na razie jest niedostępny dla jurysdykcji. Reforma sądownictwa to tylko werbalna gadanina odsuwająca decyzje ad Kalendas Graecas. Pan Ziobro choć wielofunkcyjny i na pewno uczciwy to jednak łagodny minister, przynajmniej wobec swoich kolegów. Różni jego krytycy skaczą mu po brzuchu wygadując co ślina na język niesie. No ale jest demokracja. W prawdzie jest paragraf 212 na dziennikarzy. To jednak zdecydowane przegięcie, niesprawiedliwe i szkodliwe. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich od lat przeciwko paragrafowi 212 protestuje. Bezskutecznie. Oczywiście jest również bezczelność bezdowodowych oskarżeń i nieuczciwość. Jest niedostateczne sprawdzanie faktów przy zbieraniu informacji. Wszystko to powinien rzetelnie oceniać sąd. W jego rękach jest orzeczenie sprawiedliwe i profesjonalne.

W Polsce niezwykle ważny polityk mimo wydawałoby się uzasadnionych oskarżeń o korupcję siedzi na jednym z najważniejszych foteli władzy i koledzy go bronią, choć na pewno wielu robi to tylko z politycznych powodów. Jest „nasz”, więc musimy go bronić.

Wybory zbliżają się szybkim krokiem. Nadzieję mają zarówno rządzący i krytykujący. Suweren zadecyduje. Proponuję zwiększenie produkcji. Obroże się przydają. Nie tylko dla psiaków, ale i dla polityków. Nie cieszą się oni miłością ludzi, ale i tak ludzie pójdą do urn. Jaki będzie wynik zobaczymy.

Trzeba odpowiedzieć na ważne pytania referendalne – przede wszystkim głosując na tych którzy myślą o Polsce, a nie inspirowani są złudnymi obietnicami. Każdy głos będzie się liczył. Biała kartka będzie tak samo ważna – czy wrzucił ją człowiek mądry czy naiwny. Demokracja. Podobno nic lepszego nie wymyślono. Ale demos sparzył się już wielokrotnie, chciał dobrze, lecz zabrano mu środki produkcji, podwyższono wiek emerytalny, stąd wędrówki za chlebem.

Lud pracujący miast i wsi to śmieszne dziś określenie. Ale taki lud istnieje i to on wypracowuje budżet, środki do życia i obrony kraju.

Tenże lud założy kiedyś obroże partyjnym cwanym ludziom i złodziejom wspólnego dobra. Są kwity. Mamy na razie pożyteczny „Reset” telewizyjny. Potrzebny jest prawdziwy i dogłębny sprawdzian. Reset jak było naprawdę. Zło pokazać trzeba i pokonać. To sprawdzanie właśnie się zaczęło.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Jeśli napadną na mój kraj…

Jeśli napadną na mój kraj – teraz, jesienią, zimą, wiosną – czy kłócić i kłamać przestaną Tusk, Kamysz, Hołownia i na zakąskę śmieszny Kołodziejczak? Czy zamkną usta wyznawcy liderów, których, dla kontynuacji „kariery” w przyszłym Sejmie, nie powstrzymuje wstyd a nawet zdrada? Czy głupi szczeniak dla prywatnego interesu pójdzie w układy ze zbrodniarzami zabijającymi i grabiącymi naszych sąsiadów? To nie jest żadna opozycja. To wrogowie, piąta kolumna – zaprzańcy i zdrajcy. O tych mówił stary Maciej z „Pana Tadeusza”: głupi, głupi, głupi.

Z jakimż trudem przyszło dobić się suwerenności. I ile wyciekło krwi, ile było koszmaru, ile bólu i tragedii. A jednak z podłym  grymasem twarzy śmią mówić: „nie Polska a Europa!”. „Ja nie jestem Polką, Polakiem – ja jestem i chcę być Europejczykiem”. Głupi nie boją się teutońskiego mordercy ani ruskiego batoga. Wykluwają się nagle nawet wśród lubianych i popularnych.

Nienawiść! Gangrena nienawiści to choroba gorsza niż alkoholizm czy koronawirus. Idzie to przez kraj, który rozwija się jak nigdy i zalewa go śmierdzącą cieczą. To gorsze niż tysiące ton śmieci zwożonych do Polski za judaszowe eurosrebrniki. Ten szlam trzeba zatrzymać perswazją a nawet siłą. Wrogich ludzi zatrzymać trudniej.

Małżeństwo, które się pożre i znienawidzi nie powinno już wchodzić do jednego łóżka. Zacietrzewieni zmęczą się, zostaną wyśmiani i wzgardzeni. Któż pamięta już nawet nie po latach, ale po miesiącach o głupich wodzach, nieudolnych przywódcach – prezesach, premierach, ministrach. Poszli won, niech siedzą cicho i modlą się do topniejącej kupki ukradzionych pieniędzy. Właściwie ich miejsce powinno być w pierdlu. Ale ludek znad Wisły to dobrotliwe towarzystwo i nie pamiętliwe stworzenia. W newralgicznych momentach obronić się potrafimy. Kosy idą na sztorc a wolontariuszy zgłosi się więcej niż można będzie zorganizować batalionów. Niestety, pamięć krótka – skleroza połączona z Alzheimerem pustoszy głowy.

Niemiecki rzeźnik mordował warszawską Wolę a dokończył żywota na ciepłej państwowej posadzie. Żydzi powiesili Eichmana, ale dali się przekupić i weszli w ścisłe relacje ekonomiczne z opłacającymi się teraz sowicie potomkami morderców i grabieżców. Zresztą i u nas niektóre samorządy dopuszczają do nazistowskich ekscesów.

Naród odpowie w referendum, Polacy obronią Polskę, na to znajdzie się siła i odwaga. Chcemy gwarancji sojuszów, ale już przekonaliśmy się, że one mogą nas zawieść. Niedotrzymane może być słowo ludzi, którzy honor postawią po interesie własnym. „Pecunia non olet” tak jest niestety. Tak się w świecie, w życiu dzieje.

Teraz poprośmy jeszcze by zamknęli się ujadacze, ale chyba tego nie zrobią. Nawet gdy wróg wykona atak. Nawet, kiedy będzie to atak rozpoznawczy. Oni tak zwykle czynią: razwietką nazywają. Żaden wraży statek powietrzny nie powinien bezkarnie przekroczyć granicy na polskim niebie. Organizatorów przemytu ludzi należy nie tylko wyłapać, ale i pozbawić możliwości uprawiania tego procederu.

Nie bójmy się. Straszenie to szantaż. Tchórzostwo, czyli przekonywanie, że będzie gorzej to nie obrona. To zagrożenie bytu! Suwerenności. Poradźmy sobie z własną 5-tą kolumną. Zbrójmy się i organizujmy do obrony. Już ostatni to czas i alarmowy dzwon. „Wakacje” się skończyły. Nadchodząca rocznica tragicznego września ’39 – to memento! Koniec z gadaniem, trzeba wydłubać zgniłe robaki z życiodajnego jadła. Jest nas dużo i mamy wiarę!

 

Do szacunku dla dobrych rad nawołuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Posłuchajcie Andrzejewskiego

Przedwyborczy bełkot medialny staje się nie do zniesienia. Już nikt nikogo nie słucha, a wszyscy naraz nadają. To ma być kampania wyborcza?!

Trzeba się uspokoić. Niech zaczną media. Zamiast zalewać nas potokiem informacji – w tym odgrzewanych do znudzenia – szumem dezinformacji i kłamstw – ograniczmy się do nadawania wypowiedzi ludzi mądrych. Z obu stron barykady. W Hallerowie, czyli we Władysławowie odpoczywa po wieloletniej skutecznej pracy mądry, bardzo zasłużony w obronie naszych uczciwych obywateli, mecenas Piotr Łukasz Juliusz Andrzejewski. Dobrze byłoby, żeby jeszcze raz stanął w szranki. Właśnie teraz gdy Ojczyzna jest znowu w pilnej potrzebie. Rządzić to mu nie dadzą, zresztą i on sam już tego nie chce. Nie będzie kandydował w nadchodzących wyborach (a szkoda!) ale doradzać i to konkretnie Prezesowi, Premierowi i Prezydentowi powinien. Wszędzie tam niestety są wprawdzie tabuny doradców, ale to na ogół ludzie mało odważni (delikatnie mówiąc) sugerujący to, czego szef chce. Tak to już jest – schlebiacze i lizusy zawsze mają się lepiej (oczywiście do czasu!).

Polityk, adwokat, działacz opozycji demokratycznej w PRL, senator I, II, III, IV, VI i VII kadencji Senatu, sędzia Trybunału Stanu, rodem Warszawiak, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego z wyboru i rodziny o wspaniałych niepodległościowych korzeniach – teraz mieszkający za bałtycką morską wydmą we Władysławowie. Senator żyje teraz nad otwartym morzem, w pięknym modernistycznym pensjonacie „Solmare” wybudowanym przez rodziców Wandę i Aleksandra Andrzejewskich właśnie w Hallerowie w 1936 roku. W tym miejscu w groźnych dla Polski chwilach zbierała się opozycja, a w 1982 ubeckie bojówki go podpaliły niszcząc archiwum i część budynku.

3 czerwca 2007 roku do ówczesnego premiera Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Jarosława Kaczyńskiego mec. P. Ł. J. Andrzejewski pisał:

„Wychodząc z akceptowanej w prawie cywilizacji łacińskiej zasady prawa międzynarodowego: pacta sunt servanta, należy uznać aktualne próby podważenia zasad funkcjonowania Unii Europejskiej jako zintegrowanych działań podmiotów prawa międzynarodowego jakimi są Wspólnoty Europejskie i poszczególne państwa, które to działania mają ugruntowaną aktualnie podstawę prawną w Traktacie Nicejskim, za wymagające szczególnego uzasadnienia w myśl drugiej zasady mogącej usprawiedliwić zmianę obowiązujących powszechnie ustalonych reguł funkcjonowania Unii brzmiącej rebus sic standibus*.

Polska jak i 10 innych państw europejskich, kierując się zasadą domnimania wiarygodności dotychczasowych podmiotów tworzących podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej, przystąpiła do tej formacji na ustalonych i jednomyślnie w drodze kompromisu przyjętych na warunkach i zasadach określonych w aktach akcesyjnych znajdujących oparcie w Traktacie Nicejskim.

Propozycję podważenia istniejącego status quo w oparciu o wątpliwy co do jakości poprawności prawnej, a nadto odrzucony przez część państw wspólnot tworzących Unię projekt tzw. nowego traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej uważam za nieaktualną i niewartą próby jego reanimacji.

Projekt ten narusza szereg fundamentalnych zasad obowiązujących dotąd w prawie międzynarodowym, jak m.in. zasady równowagi i równości stron – jedno państwo – jeden głos materii dotyczącej każdego z członków wspólnot tworzących Unię – połączonej z zasadą suwerenności państw – członków wspólnoty.

Próba politycznego narzucenia poglądów i rozwiązań sprzecznych z tymi zasadami winna być poddana dalszym negocjacjom” – pisał 16 lat temu Andrzejewski.

(…) „Sfera spraw regulowanych tzw. prawem unijnym mającym priorytetową przewagę nad prawem wewnętrznym poszczególnych krajów tworzących kompleks unijnych dotyczy dwóch przedmiotów regulacji: praw i obowiązków obywateli państw zjednoczonych w Unii i praw i obowiązków państw tworzących Unię jako podmiotów prawa międzynarodowego.

Ten podział przedmiotu regulacji prawnej winien znaleźć odzwierciedlenie w trybie stanowienia prawa odrębnym dla każdej z tych grup przedmiotu regulacji. W jednym i drugim przypadku uważam za wskazane odwołanie się do zasady równości podmiotowej. Podmiotowość obywateli państw Unii Europejskiej zgodnie z zasadą równości reprezentatywności każdego z nich uzasadnia zasadę głosowania podwójną większością w zakresie praw i obowiązków każdego obywatela Unii.

Podmiotowość państw członków Unii w obrębie ius gentium i równość ich traktowania z poszanowaniem ich suwerenności w dziedzinie międzynarodowej wymaga odrębnej zasady głosowania w oparciu o równą reprezentatywność w myśl reguły jedno państwo – jeden głos.

Podział podmiotu regulacji na to, co dotyczy państwa jako podmiotu prawa międzynarodowego i na to, co dotyczy osób jako podmiotów prawa prywatnego, wskazuje władzy Unii dla każdej z tych grup podmiotów odrębne uwarunkowania.

Osobnym problemem jest pominięcie trybu stanowienia prawa wspólnotowego nie przez organy władzy wykonawczej Unii, ale władzy ustawodawczej i powrotu do monteskiuszowskiej tradycji podziału władz, a nie jej zagmatwanego pomieszania, jak to ma miejsce obecnie.

Odrzucony projekt traktatu konstytucyjnego narzucony przez tzw. Konwent nie spełnia podstawowych standardów w tym zakresie.

Nawiązując do polskiej tradycji opartej na maksymie, aby będąc „wolnym od hańbiących przemocy nakazów” – cenić drożej nad życie wolność wewnętrzną, niepodległość zewnętrzną i suwerenną egzystencję polityczną Narodu Polskiego i jego członków – pozwalam sobie na skierowanie na ręce Pana Premiera wyżej przedstawionej propozycji do rozważenia w nadchodzących negocjacjach” – podsumował P. Ł. J. Andrzejewski i w liście do Jarosława Kaczyńskiego z 3 czerwca 2007 r.

*                           *                           *

To nie jest już dziś głos wołajacego na puszczy. To jest rdzeń suwerenności. Warto krzyknąć: Andrzejewski wróć. W dodatku nie będzie lepszego reprezentanta spraw morza – ludzi, historycznie morskiej polski i współczesnej okradzionej morskiej gospodarki naszego kraju – flota, stocznie, rybołóstwo. W tych sprawach Kaszubi i w ogóle mieszkańcy pomorza powinni pilnie się zjednoczyć. Zaniedbany skarb przyrodniczy, bastion obronności Półwysep Helski, skorumpowane Wybrzeże Środkowe i niemczony Szczecin – to marnotrawstwo musi ustać poprzez wybór nowych ludzi. I te tereny muszą być reindustrializowane. Przy tej pracy potrzebny jest właśnie ktoś taki jak Andrzejewski z jego wiedzą, wrażliwością i wrodzonym uporem w działaniu. Do 15 października jest jeszcze trochę czasu. Przekrzykiwanie się warto zastąpić dobrą radą – i w sprawach krajowych i zagranicznych.

Zacznijmy od „A”, od Andrzejewskiego.

 

* [łac., 'w takim stanie rzeczy’], klauzula dopuszczająca zmianę umowy w przypadku zmiany okoliczności, w jakich została zawarta.