STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Druga zbrodnia na zamęczonych

80-lat temu (dla mnie to też ważne), ponad 100 tysięcy Polaków – głównie chłopów – zamordowano bestialsko na Ukrainie. Większość leży nie w grobach a w dołach śmierci. To hańba! Trwa taki stan rzeczy wbrew ludziom i Bogu.

11 lipca 2023 r. w czasie porannego programu Radia Wnet Krzysztof Skowroński przeprowadził dwa wywiady – z Pawłem Kukizem i księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zalewskim. Padły bolesne i dramatyczne słowa. Jesteśmy całym sercem z walczącą Ukrainą, ale brak zgody na godny pochówek naszych rodaków to zbrodnia powtórna. Dalsze „pertraktacje”, „negocjacje”, „prośby” nie mają już sensu. Z ukraińskiej strony brak jest woli. Polska musi zażądać. To żaden warunek czegokolwiek, to sprawa do konsekwentnego przeprowadzenia.

Polacy ocenę UPA, ocenę Stefana Bandery mają. Teraz chodzi o sprawę ważniejszą. Właśnie tu i teraz. Ani inwazja rosyjska na Ukrainę, ani rywalizacja polityczna u sąsiadów nie mogą usprawiedliwić, że władze tego kraju odkładają sprawę od kilku już lat.

Kukiz, Zalewski mówią jednym głosem. Dość wyczekiwania. Przeprosiny, uściski, wystąpienia na najwyższych forach – to wszystko już było. Teraz nasi politycy muszą udowodnić, że są Polakami i to co polskie jest dla nich najważniejsze. Tu nie chodzi tylko o przykazania boskie. Wierzący i niewierzący muszą stanąć w jednym szeregu. Zamordowano głównie ludność chłopską, ale i to nie może decydować. Groby, cmentarze, pamięć jest równa dla wszystkich i o wszystkich.

Jeśli ci, którzy rządzą nie potrafią dziś doprowadzić do minimum – nie są nic warci. Słowa wdzięczności łykamy. Bo należą się i to głównie naszemu społeczeństwu, które w obliczu bandyckiej napaści na sąsiada zachowało się jak trzeba. Wiemy, że obywatele Ukrainy bardzo mało wiedzą o zbrodniach na Polakach. Teraz to właśnie Rosjanie brutalnie ich mordują. Dlaczego więc władze Ukrainy nie decydują się na zgodę wypełnienia obowiązku. To jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Czekaliśmy cierpliwie. Ale teraz jest faktem, że to zła wola. Jaka ona będzie, gdy sytuacja Ukrainy poprawi się. Gdy liczni będą w Kijowie zabiegać o kontrakty na odbudowę kraju z wielkiej puli środków, które spłyną na ten kraj. Kto będzie pamiętał o tym co mówiono z wdzięczności wobec Polaków po 24 lutego 2023 r., gdy z rozkazu Putina czołgi wdzierały się na ukraińską ziemię?

Wywiady z Kukizem i Isakowiczem-Zalewskim są na portalu wnet.fm. Warto ich posłuchać. To ważne, no i odważne słowa. Nie są przeciwko Ukrainie. Ale alarmują.

 

 

O znoszeniu ulg dojazdowych dla krwiodawców pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: Znikająca zniżka

 Chodzi o ulgę z początku 2021 r. na przejazdy PKP i PKS dla krwiodawców, którzy w okresie pandemii oddali przynajmniej trzy raz osocze lub krew. Ta zniżka wynosiła 33 %. Ministerstwo Zdrowia podjęło decyzję, że stan zagrożenia epidemicznego nie obowiązuje. Tym samym formalnie od 1 lipca 2023 r.nie ma już zniżki dojazdowej dla krwiodawców. PKP Intercity utrzymało ulgę do końca 2023 roku. Który z przewoźników jeszcze się na to zdecyduje?

Skończyły się komunikacyjne przywileje dla polskich krwiodawców, którzy  za lek niczym niezastąpiony czyli własną krew oraz m.in. osocze, płytki krwi nie mają prawie nic. Osiem czekolad, zwrot kosztów dojazdu do najbliższego punktu krwiodawstwa, zniżki lub darmowe wybrane leki, krótsze oczekiwanie na badania specjalistyczne i/lub wizytę u lekarza specjalisty. O odznaczeniach tu i teraz pisać nie będę, bo temat niniejszego artykułu dotyczy tej niewielkiej zniżki na przejazdy PKP i PKS. Z początku miały zniknąć wraz z dniem 1 lipca, czyli dniem zniesienia stanu zagrożenia epidemicznego w Polsce. Potem pojawiła się informacja, że PKP Intercity będzie honorowało tę zniżkę, ale tylko do września. Jednak w pewnym momencie Ministerstwo Zdrowia zaproponowało, aby ta ulga przysługiwała krwiodawcom w okresie urlopowym. Ale jeżeli ktoś oddał krew 30 czerwca i takie zaświadczenie pobrał z punktu krwiodawstwa a ono jest ważne przez sześć miesięcy od dnia wystawienia, to będzie mógł korzystać z tej ulgi do końca roku kalendarzowego. Lecz po 1 lipca punkty krwiodawstwa nie będą już mogły wystawiać takich zaświadczeń.

W odpowiedzi na interpelację posła Franciszka Sterczewskiego, jak ta zniżka wpłynęła na przychody Polskich Kolei Państwowych, Waldemar Kraska – wiceminister zdrowia – odpowiedział, że temat wpływu ulgi na przychody firm przewozowych przejęło Ministerstwo Infrastruktury, które to zwróciło się do PKP jako największego przewoźnika w Polsce.

W roku 2022 r. wartość utraconych dochodów z tytułu ulgi dla krwiodawców wyniosła 2 miliony 786 tysięcy złotych – oczywiście brutto.

Ta zniżka dla honorowych dawców najcenniejszego leku powinna pozostać; w końcu 33% to nie tak dużo a krwi nie zastąpi się niczym. I nigdy.

 

 

Komunikat ze strony internetowej PKP Intercity:

 

Ulga dla honorowych dawców krwi

Opublikowano: 2023-06-30, 16:54

 

W związku z odwołaniem stanu zagrożenia epidemicznego, informujemy, że honorowi dawcy krwi uprawnieni do ulgi 33%, mogą skorzystać z przejazdów pociągami PKP Intercity na podstawie biletów z tą ulgą maksymalnie do 30 grudnia 2023 roku włącznie, pod warunkiem posiadania ważnego zaświadczenia poświadczającego uprawnienie do tej ulgi, które zostało wydane najpóźniej w dniu 30 czerwca 2023 r. (uprawnienie przysługuje przez okres 6 miesięcy od dnia wystawienia zaświadczenia).

Zakres uprawnienia

Ulga 33% przysługuje przy przejazdach na podstawie biletów jednorazowych w klasie:

 

  1. a) 1 i 2 pociągów TLK i IC,

 

  1. b) 2 pociągów EIC i EIP.

Dokument poświadczający uprawnienie

Dokumentem poświadczającym uprawnienie do ulgi 33% jest zaświadczenie wydane przez:

 

  1. a) regionalne centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa,

 

  1. b) Wojskowe Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa,

 

  1. c) Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa utworzone przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych (MSWiA).

 

Zaświadczenie ważne jest 6 miesięcy od daty jego wydania i musi zawierać następujące elementy:

 

  1. a) datę wydania,

 

  1. b) imię i nazwisko dawcy krwi,

 

  1. c) numer PESEL dawcy krwi,

 

  1. d) informację o oddaniu 3 donacji krwi lub jej składników, w tym osocza po chorobie COVID‑19.

 

Zgłoszenia do Konkursu Lodołamacze. Jest kategoria dla dziennikarzy

Fundacja Aktywizacji Zawodowej Osób Niepełnosprawnych FAZON, której założycielem jest Polska Organizacja Pracodawców Osób Niepełnosprawnych od 18 lat przyznaje prestiżowe statuetki dla Pracodawców Wrażliwych Społecznie – Lodołamacze. Jedną z kategorii konkursu jest „Dziennikarz bez barier”. Zgłoszenia przyjmowane są do 15 sierpnia.

Konkurs Lodołamacze powstał, by promować zatrudnianie osób z niepełnosprawnościami. Nagradzani są w nim pracodawcy, instytucje oraz osoby, które angażują się w działania na rzecz likwidacji barier, przełamywania stereotypów, uprzedzeń oraz aktywizacji osób z niepełnosprawnościami.

W tym roku tytuły „Lodołamaczy” zostaną przyznane w następujących kategoriach: Zatrudnienie Chronione, Rehabilitacja Społeczno-Zawodowa, Otwarty Rynek Pracy, Instytucja, Przyjazna Przestrzeń-Dostępność, Zdrowa Firma, Dziennikarz bez Barier, Biznes Odpowiedzialny Społecznie- Zrównoważony Rozwój Biznesu (CSR/ESG).

Więcej informacji o konkursie i zasady zgłoszeń TUTAJ.

opr.jka, źródło: POPON

Jest decyzja KRRiT w sprawie koncesji dla Radia TOK FM

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przedłużyła koncesję na nadawanie dla Radia TOK FM – poinformowała rozgłośnia na swojej stronie internetowej.  

Koncesja Radia TOK FM wygasała 3 listopada 2023 roku. Kolejna będzie obowiązywać na następne 10 lat. Należąca do Grupy Radiowej Agora stacja wniosek o przedłużenie koncesji złożyła w październiku 2022 roku.

Przedłużenie koncesji zapowiedział w połowie czerwca przewodniczący KRRiT Maciej Świrski przy okazji spotkania z posłami sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

– Spodziewam się, że do 3 listopada., kiedy koncesja TOK FM wygasa, zostanie ona przedłużona, bo nie widzę na razie przesłanek do odbierania koncesji TOK FM-owi – mówił wówczas szef KRRiT.

opr. jka, źródło: tokfm.pl

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Eksperymenty? Tak, ale na myszach

Publiczna telewizja jest nasza, społeczeństwa. Powinniśmy zatem mieć wpływ na program. A tu nagle zdjęto z anteny magazyn potrzebny, popularny o ustalonej od lat renomie – kryminalny program 997  Dariusza Bohatkiewicza. Decydenci z Woronicza, szanujcie mnie i innych telewidzów choć trochę. Właśnie jako współwłaścicieli tej instytucji powszechnego zaufania. Tak z dnia na dzień – won i do kosza?

Jeśli program chodzi z aprobatą telewidzów ileś tam już lat, wyjaśnia długo niewyjaśnione, prowadzący zna się na branży i ma kontakty – dlaczego to wszystko marnować? W telewizyjną twarz, żeby się nią stała, trzeba sporo włożyć. Telewizja to inwestycja. Częste rotacje jej nie służą. Panienki z okienka, które migają jak w kalejdoskopie będą zaakceptowane, jeśli nie tylko się urodziwie pokażą, ale dopiero gdy mądrze rzekną. Media chłoną. Ludzie umiarkowanie wierzą, żeby dotrzeć, trzeba przekonać, wybrnąć z tego galimatiasu. Jak mówił w serialu aktor Buczkowski: żeby wyjąć – trzeba włożyć.

Kryminały, kryminałki, poszukiwanie zbirów to ważna sprawa, eksperymenty niewskazane. Bo będzie jak z piłką nożną. Kolejny importowany za grube pieniądze trener emeryt to strzał chybiony. Może był kiedyś dobry, ale już nie jest. Przegrać każdy może, ale trzeba walczyć. W drugiej części tragicznego meczu trener… Ustał. Patrzył jak nas bezceremonialnie leją i oniemiał, nie podejmował żadnych decyzji i za to głównie go ganię.

Ten pan miał w dyspozycji zgraną drużynę składającą się z reprezentantów najlepszych zespołów piłkarskich Europy i postanowił być odnowicielem, afrodyzjakiem. Nie sprawdziło to się ani z Niemcami ani z ubożuchną Mołdawią. I się nie sprawdzi. Trzeba wrócić do składu sprawdzonego i stopniowo, bardzo ostrożnie czynić zmiany. Po prostu! A najpierw dziadkowie działacze dumający gdzieś tam w kulisach mianujcie trenerem Kubę Błaszczykowskiego. Ten eksperyment popieram. Sprawdzi się! No i jest nasz. Cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie co posiadacie. Michniewicz śmieje się teraz w kułak. Po arabsku.

Bandytami Prigożina teraz nas straszą. Nadciągają kupą. Rajd Prigożina to osłona dla wyczekujących pod płotem na okazję migrantów. Pomysł Łukaszenki jest taki, aby ich przepchnąć wraz z tymi, którzy ciągle nadciągają. Moim zdaniem atak może nastąpić w czasie wileńskich obrad NATO.

Decydenci radzą. A tu trzeba zastawić pułapkę. Gdy zbrodniarze zniszczą płoty i ruszy lawina zgromadzona za zaporą, trzeba zaczaić się na prigożinową zgraję i wyciąć ich doszczętnie. Wszyscy odetchną. Putinowsko-Łukaszenkowski pomysł spali na panewce. Zbój triumfować nie będzie. Ciekawe, co na to nasi generałowie?

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Sezon turystyczny na Krymie „w wersji skróconej”.

Tego lata Rosjanie zdecydowanie wolą omijać anektowany Krym jako cel wakacyjnych wyjazdów. Boją się wypoczywać w strefie frontowej.

W latach 80. ubiegłego wieku na Krymie co roku wypoczywało nawet 10 milionów wczasowiczów, choć hotele i sanatoria oferowały mniej niż pół miliona miejsc. Przybywali tu głównie ludzie z Rosji – naftowcy z północy, Syberyjczycy, robotnicy z kopalń i gospodarstw rolnych, którzy ciężko pracowali przez cały rok, aby latem za zaoszczędzone pieniądze móc odpocząć 10 czy nawet 20 dni. W sezonie letnim wszystkie miejsca w hotelach i sanatoriach były zajęte. W związku z tym na sowieckim Krymie kwitło zjawisko tzw. „dzikiej turystyki”. W ZSRR nie było kempingów z prawdziwego zdarzenia, więc ludzie zabierali ze sobą namiot, pół worka ziemniaków, smalec, warzywa, owoce, trzy litry wódki i jechali na Krym. Całe wybrzeże było otoczone namiotami. W każdej dzielnicy tworzyły się całe społeczności „dzikich turystów”, którzy przez kilka lat z rzędu przyjeżdżali w to samo miejsce o tej samej porze, dobrze się znali i zawsze chętnie poznawali nowych „dzikich” przyjaciół. W takich namiotach wieczorami słychać było śpiewy i dziecięce gwary. Ci ludzie nie chodzili do muzeów i galerii sztuki, wystarczało im morze i słońce.

W latach 90., po rozpadzie ZSRR, nastąpił kryzys gospodarczy, a „dzika” turystyka stopniowo zanikała. Liczba odwiedzających Krym spadła do 2 – 3 milionów w ciągu roku.

W latach niepodległej Ukrainy kurort krymski zaczął się rozwijać w inny sposób. Nie było powrotu do „dzikiej” turystyki. Znacznie spadła liczba turystów z Rosji. Zamiast tego ukraińskie Ministerstwo Turystyki zrobiło wszystko, aby przyciągnąć na Krym turystów z krajów europejskich. Sprzyjała temu bogata przeszłość historyczna półwyspu, duża liczba muzeów i innych obiektów kultury. W sumie, według ministerstwa, na Krymie znajduje się ponad 8 tysięcy obiektów, które mogą być interesujące dla turystów. Ponadto Ukraina zaczęła rozwijać system transportu, uruchamiać połączenia lotnicze Krymu z miastami europejskimi, a także podnosić poziom usług. Personel obsługi hoteli i sanatoriów oraz przewodnicy wycieczek zostali przeszkoleni w krajach europejskich. Na Krymie na uniwersytetach utworzono kilka programów edukacyjnych w celu szkolenia specjalistów w dziedzinie turystyki. Do 2010 roku sfera turystyki na półwyspie została właściwie postawiona na nowym fundamencie. Liczba odwiedzających to miejsce wzrosła do 6 -7 milionów rocznie, co uznano za optymalny dla Krymu. Prawie połowę z nich stanowili turyści z krajów europejskich. Taka sytuacja trwała do 2014 roku.

W lutym – marcu 2014 roku Krym został faktycznie przyłączony do Rosji, wprowadzony w jej ramy prawne i system finansowy, powołano rosyjskie władze okupacyjne. Latem 2014 roku praktycznie nie było sezonu wakacyjnego. W późniejszych latach kurort zmienił się nie do poznania. Turystów z Europy i Ukrainy praktycznie nie było. Turyści z Rosji też nie przyjeżdżali chętnie. Wpłynęło na to wiele czynników. Zamknięta została bezpośrednia trasa kolejowa z Moskwy, pociągi musiały być kierowane przez Cieśninę Kerczeńską, do której najpierw przewożono je promem, a później przejeżdżały przez nowo wybudowany Most Kerczeński. Jeśli kiedyś kolej była głównym środkiem transportu na Krym, a droga z Moskwy zajmowała dzień, teraz turyści musieli spędzać w pociągu dwa dni. Liczba pasażerów gwałtownie spadła. Lotnictwo stało się głównym środkiem transportu, ale bilety lotnicze były nieosiągalne dla średniozamożnych ludzi.

Aby zapełnić Krym turystami, władze okupacyjne opracowały specjalne programy. Np. związki zawodowe zaczęły pokrywać koszty podróży na Krym, rosyjski rząd zakazał urzędnikom wyjazdów za granicę i zachęcał do spędzania wakacji na półwyspie. Nasiliła się agitacja i propaganda, całe regiony Rosji skupiały się na  organizowaniu masowego wyjazdu dzieci na Krym, popularny stał się tzw. back-cash – obywatelowi, po powrocie z krymskich wakacji, wypłacano część wydanych pieniędzy. Jednak według Instytutu Studiów Strategicznych Ukrainy, mimo tych zabiegów, nie udało się zwiększyć liczby turystów do ponad 4 milionów.

Gdy Rosja rozpoczęła wojnę na Ukrainie na pełną skalę, Krym zamienił się w fortecę. Półwysep całkowicie stracił swój odświętny i kurortowy wygląd. Plaże i pola, drogi, miasteczka i wioski na półwyspie są dziś poprzecinane okopami, wyłożone „smoczymi zębami” – fantazyjnymi kamiennymi barierami, zatłoczone czołgami, pojazdami opancerzonymi, wyrzutniami rakiet, żołnierzami. W lasach ukryte są lotniska. To właśnie z Krymu Rosja codziennie atakuje ukraińskie miasta i miasteczka rakietami, bombami kierowanymi i dronami kamikadze. Dlatego Ukraina uważa obiekty na Krymie za swoje uzasadnione cele. Atakuje rosyjskie statki, bazy lotnicze, składy broni i jednostki wojskowe. Codziennie na Krymie dochodzi do eksplozji. Czy w takich warunkach można mówić o „ośrodku turystycznym”?

Jednak już na początku 2023 roku urzędnicy władz okupacyjnych powiedzieli, że „kurort na Krymie będzie funkcjonował jak zwykle” i zaczęli przekonywać Rosjan, że Krym jest bezpieczny i namawiali do przyjazdu.

Ale bliskość „frontu rosyjsko-ukraińskiego, gdzie toczą się zacięte walki, wpłynęła na tegoroczny sezon wakacyjny. I choć lato już w pełni, krymskie hotele są prawie puste. Liczba wczasowiczów na Półwyspie Krymskim spadła kilkukrotnie w porównaniu z ostatnim przedwojennym latem, mimo że hotelarze stale obniżają ceny. Turystów przeraża bliskość frontu i zamknięte plaże, które armia rosyjska zamieniła w linie okopów i pola minowe” – pisze RFE/RL.

Hotelarze przyznają, że na lipiec i sierpień jest bardzo mało rezerwacji i będzie dobrze jeśli w tym roku zapełni się choć 10 proc. miejsc. Na plaży też praktycznie nie ma ludzi.

Powody są jasne. W wyniku działań wojennych na półtora roku wstrzymano ruch lotniczy z Krymem, zmniejszono liczbę pociągów, a chętnych na dwudniową podróż jest mało. Tym bardziej, że wszyscy się boją, że Ukraina zaraz zburzy Most Krymski, a potem nie będzie możliwości powrotu z Krymu.

Od końca ubiegłego roku rosyjska armia tworzy pas ochronny wzdłuż wybrzeża półwyspu. Wykopano dziesiątki kilometrów okopów na brzegu morza, stworzono pola minowe i stanowiska strzeleckie oraz ustawiono betonowe zapory przeciwczołgowe. Z tego powodu wiele plaż w zachodniej części Półwyspu Krymskiego nie będzie mogło przyjmować wczasowiczów. Według oficjalnych danych co dziewiąta plaża na Krymie będzie w tym roku niedostępna. Zeszłego lata na półwyspie było 446 kąpielisk, ale w tym sezonie otwarto tylko 371 plaż. Zachodni brzeg jest całkowicie zamknięty.

Nawet okupant dostrzega problem. Na początku czerwca rosyjski przywódca Krymu Serhij Aksjonow powiedział, że tegoroczny sezon turystyczny odbędzie się „w wersji skróconej”. W rzeczywistości samoloty nie latają na Krym, pociągi mogą przewieźć nie więcej niż 1,5 miliona osób, a nie wszyscy będą podróżować samochodem ze względu choćby na długie kolejki na moście nad Cieśniną Kerczeńską. Po drugie, wiele osób po prostu boi się jechać na Krym.

Władze okupacyjne obiecały rozdysponować ponad 2,5 miliarda rubli przedsiębiorstwom sektora turystycznego, którzy ponoszą straty z powodu przestojów. Będą wypłacać płace minimalne 30 000 pracowników w ciągu czterech miesięcy. Biznes turystyczny Sewastopola otrzyma kolejne 543 miliony rubli na te same cele. Jednak wszystkie te pieniądze zostaną rozdzielone między oficjalnie zarejestrowane firmy. Osoby prywatne będą musiały radzić sobie same.

Statystyki potwierdzają, że w tym roku Rosjanie zdecydowanie wolą ominąć anektowany Krym. Według Stowarzyszenia Operatorów Turystycznych Rosji na początku lata obłożenie hoteli na Krymie wynosiło zaledwie 30 – 40 procent, podczas gdy w Soczi w Rosji było już zarezerwowanych 80 – 85 procent pokoi. Na lipiec i sierpień na Krymie jest do tej pory zajęte 17-18 procent pokoi. Tego lata Krym stanowi tylko jeden procent całkowitej liczby rezerwacji wakacyjnych noclegów w Rosji. Rosjanie boją się wypoczywać w strefie frontowej. W 2021 r. udział anektowanego Krymu w rosyjskim rynku turystycznym wynosił 19 proc., a w zeszłym roku spadł do 3 proc. Według niezależnych obserwatorów liczba turystów spadła o 80 – 90 procent w porównaniu z 2021 rokiem.

Na Krymie mówią, że jeśli Rosja zaatakuje ukraińską infrastrukturę, będzie to miało ogromny wpływ na ekologię, a wtedy półwysep może całkowicie stracić swój leczniczy klimat. Ekolodzy już odnotowują krytyczny stan populacji ryb, a zwłaszcza delfinów w Morzu Czarnym, ponieważ sonary okrętów wojennych uszkadza ich narządy orientacji. Wysadzenie przez Rosję zapory w Nowej Kachowce

doprowadziło do tego, że Kanał Północnokrymski przestał działać, półwysep zagrożony jest suszą i burzami piaskowym.  Mieszkańcy Krymu są zaniepokojeni przyszłością półwyspu. Jeśli Rosjanie wycofując się z tego miejsca zastosują taktykę „spalonej ziemi”, jak to zrobili w Chersoniu, Berdiańsku i Mariupolu, to cała infrastruktura Krymu zostanie zniszczona, a miasta na półwyspie będą musiały zostać odbudowane od podstaw. Nikt nie wie, ile lat to może potrwać, ale jasne jest, że w ruinach nie będzie kurortu i turystyki.

 

Do krytyków szefa MEN pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bój to jest wasz ostatni, czyli bezowocne ujadanie

Nie ma specjalnych powodów abym kochał ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka, ale teraz będzie o nim nawet z pewnym podziwem. Otóż ważę, ile to pomyj wylano na katolickiego reformatora oświaty. Co robi źle, co dobrze – ocena zależy od często bezkrytycznego zapatrzenia albo od wściekłej nienawiści do wszystkiego, co polskie i patriotyczne. Zważcie ludkowie (bynajmniej nie dobrzy) sami. Ile trudu – papieru, atramentu, stukania w komputer – zajęło wam niszczenie tego faceta?

Odsądzacie Czarnka od czci i wiary na wszelkie sposoby i… I nic! Minister przypomina mi – w związku z konsekwencją działania, uporem i przyklejoną drwiną uśmiechu – izraelskiego wodza Benjamina Netanjahu. Tamtego wieloletniego premiera, rzeczywiście zanurzonego po uszy, topią usilnie, a on nadal rządzi. Pan Czarnek nie jest przywódcą państwowym, ale facetem, który ma jakiś konkretny program, obwieścił go i realizuje.

A krytykujące szefa MEN potwory liberalne najwidoczniej nie wiedzą czego chcą. Kręcą się, jak coś tam w przeręblu i parują pod wpływem ciepłych temperatur.

Po warszawskim pochodzie 4 czerwca rzeczywiście ci, którzy zjechali się licznie i za własne pieniądze do stolicy mogli mieć satysfakcję. Tu się im udało. Tak jak i wyważone wystąpienie Tuska przed Zamkiem Królewskim. I tyle. Bo jednak sondaże niewiele drgnęły. Skoku nie odnotowano. Więc Donaldowi doradzono: „Nie ma co walczyć delikatnie, wal Donek dosadnie”. I tak już w Poznaniu zrobił. Pokazał prawdziwą gębę. Wściekłego, nie przebierającego w obraźliwych słowach.

Na ministra Czarnka szambo nadal leci. Ale to chłop twardy – przynajmniej tak wygląda. Wokół ma wielu gogusi, którzy pewnikiem wkrótce się wykruszą. Pierwszy krok redukcyjny dokonano w gromadzie wicepremierów. Co prawda tłumaczenie – oczywiście słusznej decyzji – jest bardzo pokrętne i zupełnie niepotrzebne. No trudno. Najważniejsze, że nie ma już tylu wice. Wystarczy jeden. Da radę. Czarnek też. Nie chodzi o to by się do niego modlić, ale aby był konsekwentny i odważny.

To ministerstwo – ważne przecież bardzo – miało wielu tragicznych wodzów. Jeśli nawet był dobry to okazywało się, że liczyć nie umie. Jeśli była lewicowa – to zlikwidowała szkolnictwo zawodowe. Jeśli udawał patriotę i prawicowca to okazywał równie głupi jak długi.

Teraz jest rzeczywiście – nie da się ukryć – prawicowy minister oświaty. Wiele jest sposobó by hamować zbyt daleko idące zapędy. Ale w najważniejszych sprawach minister Czarnek ma rację. Rzecz nie jest nowa – taka będzie Ojczyzna, jak wychowanie młodzieży.

Dookoła jeden z drugim, jak nie cykor to histeryk (skąd my to znamy?) – cichcem nawet słuszne rzeczy wygłaszane są z mównicy w Strasburgu. A należałoby donośnie i odważnie. Tak jak to teraz zrobił kilka razy europoseł Dominik Tarczyński.

Zostało już czasu niewiele, gdy społeczeństwo powie – sprawdzam. Na piśmie. I potem na nic wszelkie gadanie. Komentowanie nie będzie miało sensu, bo i słuchania nie będzie.

 

 

Kolejne pytanie STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Kto sprzedał Polskę?

Kto służył ruskim? Wkrótce będziemy wiedzieli. Komisja ds. zdrajców jest potrzebna. Będzie powołana, ale to mało. Równie ważna będzie komisja, która wskaże złodziei. Łatwo dostępne kwity są! Trzeba poszukać i ujawnić.

Sprzedaż każdego ze 170 statków Polskich Lini Oceanicznych jest udokumentowana. Po prostu są podpisy „sprzedawców”. Robili to ludzie zdradzieckich rządów. I mają się – jak dotąd – dobrze. Czekamy na listy urzędników wyższego i niższego stopnia. Jedni kazali drudzy wykonali. Statki szły pod obce bandery i na żyletki. A forsa za nie parowała. Rosły za to szybko domki od niedużych po pałace. W tych domkach siedzą sobie teraz beneficjenci. Do banków w rajach podatkowych, gdzie trzymają kasę, jeżdżą wypasionymi automobilami spalającymi 20 litrów na sto kilometrów. Ale to nic. Piramida szmalu ze sprzedaży krajowego przemysłu, hut i stoczni jest duża.

Ludzie wy na to spokojnie patrzycie tak jak 700 tysięcy frankowiczów, których pod okiem opiekuńczego państwa obrabowywano by nadal bezkarnie gdyby wcale nie krajowe, ale zagraniczne sądy

Na złodzieju czapka gore. Dlatego tak wielu i tak bardzo boi się komisji zdradziecko-radzieckiej. Tak samo będą się bać złodzieje. Są organizacje, które zatajają rozliczenia, działa to na zasadzie hulaj dusza piekła nie ma. Nazywają to tajemnicą gospodarczą, handlową. Wszystko jest ściśle tajne. Nawet wydatki na papier toaletowy.

Dobiliśmy się wprawdzie, że zarobki, majątki najważniejszych osób w państwie są jawne. Niestety geszefty z lat minionych pozostały tajemnicą. Od czasu do czasu rejestry finansowe i inne archiwa płoną, ludzie umierają i jeszcze pojawia przedawnienie.

Byli właściciele dóbr konsekwentnie, krok po kroku, odzyskują w Polsce ziemię, majątki, domy. Idzie to jak po grudzie. Często w tragicznych okolicznościach, ale idzie. Niestety społeczeństwo jako całość nie odzyskuje tego co budowano przez lata, co wzniesiono od podstaw – jak choćby przemysł motoryzacyjny czy maszynowy. Dramat 3 tysięcznej załogi słupskiej Scani, który się właśnie zaczyna jest tego dobrym przykładem. Obcy Polsce właściciel zamyka fabrykę autobusów, no i już! Słabe polskie związki zawodowe obiecują negocjacje, „walkę” (to wyświechtane słowo). Władza obiecuje również. Zobaczymy.

LOT, PKP, Poczta – póki co ocalały, ale pośrednicy i lobbyści ciągle krążą, choć już nie tak jak było. Ale te pasożyty niczym się nie różnią od mafijnych przestępców. Przecież wiadomo, kto to robi. Kto żyje z układów, umiejętności wciskania się w szpary niezagipsowane, z przekupstwa i korupcji. Widzimy czasem obrazki łapownictwa tak bezczelnego, że aż nie do wiary. A potem cyrk w sądzie gdzie „niezwykła kasta” wychodzi ze skóry by uniewinnić pasożyta.

Po latach walki środowiska dziennikarskiego łaskawie mówi się o likwidacji kuriozalnego paragrafu 212: więzienie za słowo. Mówi się. Przepis uchwalono go bezdyskusyjnie i błyskawicznie. Teraz zapewnienie jego likwidacji może okazać się wyborczą kiełbasą. Do października.

„Wyborczą” mamy od ’89 roku. Gazetę opozycyjną. I przydatną, gdy postępuje uczciwie. Niestety teraz już prawie tego nie robi. Zresztą „wyborcza”, czy „wybiórcza” to nie największe zmartwienie. Internet jest jej i innych gazet największym konkurentem, ale i środkiem działania. Niestety brak obowiązku podpisywania się pod wpisami to raj wściekłych, chamskich i nieuchwytnych łobuzów. Gdyby musieli złożyć autograf mniej byłoby brudu i nienawiści. Proste? Proste! A decydenci wszelacy nie chcą tego zrobić. Piszą więc lawinowo kretyni, a czytają głupcy. Zaabsorbowani hejtową twórczością, innej nie znają. Widać, słychać to w czasie telewizyjnych (licznych) zgadywanek, gdy brak wiedzy o literaturze kompromituje co rusz konkursowicza. I często chodzi o proste pytanie – Mickiewicz, Słowacki.

To już tak jest, że brak wiedzy jest odwrotnie proporcjonalny do rozwoju sprytu. Przy czym spryt cwaniaka najbardziej zadziwia. Ileż to wysiłku musi zrobić taki osobnik by oszukać i okantować. Najłatwiej zrobić to państwu, społeczeństwu. Poniekąd samemu sobie. Ale kto by się przejmował? „Bo nie ważne czyje co je, ważne to co jest moje”. Moje? Twoje? Nasze! Gdy nauka idzie w las, w konsekwencji tenże las może być sprzedany. Na szczęście rozmnożyły się wilki w naszym kraju, przynajmniej złodziei pogonią z kniei.

 

 

Wybrano nowe władze Oddziału SDP w Katowicach

W piątek, 16 czerwca 2023 roku w Klubie Stowarzyszeń Twórczych „Marchołt” odbyło się walne zebranie sprawozdawczo-wyborcze Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach. Wzięło w nim udział 21 uprawnionych członków.

Uczestnicy zebrania udzielili ustępującym władzom absolutorium oraz zatwierdzili sprawozdania za 2022 rok.

Walne wybrało również nowe władze. Prezesem na kadencję 2023 – 2026 został Paweł Gąsiorski. Do zarządu oddziału weszli: Teresa Koziatek, Małgorzata Skórska, Jadwiga Chmielowska i Grzegorz Wacławik. W najbliższych dniach zarząd ukonstytuuje się i przydzieli członkom nowe funkcje.

Ponadto została wybrana komisja rewizyjna, komisja członkowska, sąd dziennikarski i rzecznik dyscyplinarny.

Nowe władze na kadencję 2023-2026:

Zarząd:
Paweł Gąsiorski – Prezes
Grzegorz Wacławik
Teresa Koziatek
Małgorzata Skórska
Jadwiga Chmielowska

Komisja rewizyjna:
Mateusz Zarembowicz
Jolanta Milas
Józef Kowalski

Komisja członkowska:
Jędrzej Lipski
Dagmara Drzazga
Jarosław Brzęczek

Sąd dziennikarski:
Herbert Kopiec
Zdzisław Janeczek
Piotr Hlebowicz

Rzecznik dyscyplinarny:
Stefania Mąsiorska

 

Jak komuniści zlikwidowali prof. Grzybowskiego – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Dla „polskiej” bezpieki pracowali intelektualiści, pisarze, artyści, historycy, dziennikarze, ale także lekarze. Ci ostatni m.in. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ofiarą Mokotowa był inny lekarz, światowej sławy dermatolog prof. Marian Grzybowski, którego rocznicę urodzin (15 czerwca 1895 r.) właśnie obchodzimy.

Naczelnik więzienia mokotowskiego Alojzy Grabicki mówił: „Szpital więzienny na Mokotowie był całkowicie w dyspozycji Departamentu Śledczego i Departamentu X. Wstępu tam nie mieliśmy”.

Lekarka Kamińska, specjalistka chorób wewnętrznych i anatomii patologicznej, która pracę na Mokotowie rozpoczęła 15 lipca 1945 r., opowiadała o personelu szpitala. Komendantem był dr Charbicz (płk dr Charbicz, właściwie Marek Heberman), potem płk dr Maksymilian Kasztelański, następnie płk dr Ludwik Garmada. Wśród lekarzy etatowych wymieniła chirurga Kazimierza Jezierskiego i dermatologa Stefanię Jabłońską.

Szczepionka Fiłatowa

Oddajmy głos więźniowi Władysławowi Minkiewiczowi („Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939 – 1954”, Warszawa 1988):

„Na >ogólniaku<, który jako część więzienia śledczego także podlegał Różańskiemu, rządził naczelnik czy może komendant Grabicki. Jego prawą ręką był oficer od specjalnych zadań, zwany przez nas >specem< [Ryszard Mońko]. Obaj byli niezbyt rozgarnięci, ale niezwykle gorliwie wykonywali powierzone im obowiązki. W szczególnych wypadkach potrafili znęcać się nad więźniami, jak np. po głośnej próbie ucieczki więźniów skazanych na śmierć, kiedy co pewien czas zjawiali się w celi, gdzie osadzono skutych kajdankami i rozebranych do naga Władysława Siłę-Nowickiego, Hieronima Dekutowskiego (>Zaporę<), >Rysia<, >Żbika< i chyba jeszcze kilku innych”.

I dalej: „Grabicki pilnował, żeby podległy mu personel rygorystycznie przestrzegał regulaminu więziennego, a przy tym zawsze dbał o to, by w miarę możności ograniczać wypływające zeń przywileje. (…) W niemal wszystkich przypadkach komendant szpitala, oczywiście ubek, nakazywał stosować uniwersalny w jego mniemaniu lek – oczywiście sowiecki – szczepionkę Fiłatowa. Polegało to na tym, że nacinało się skórę pacjenta, żeby włożyć pod nią wycinek z łożyska rodzącej matki. Mnie stosowano tę szczepionkę dwukrotnie, ale niestety nie przyczyniła się ona do poprawy mego zdrowia w najmniejszym nawet stopniu. (…) Znienawidzona chyba przez wszystkich, którzy mieli z nią do czynienia, ale za to ceniona przez władze więzienne, była doktor Szembergowa”.

W „Polskim almanachu medycznym” za 1956 rok figuruje kilku lekarzy, pracujących na Mokotowie:

Małgorzata Szemberg (dyplom w Wiedniu, 1938), psychiatra II st.;

Guta Cygielman (dyplom w Warszawie, 1952), psychiatra I st.;

Stefania Jabłońska (dyplom we Frunze, 1942)

Z tą ostatnią rozmawiała Małgorzata Szejnert:

„- Lekarze – mówię – musieli jednak stwierdzać zgon. Nie dochodziły do nich wiadomości o tym, co dzieje się potem z ciałami?

– Nigdy nie byłam przy egzekucji. Lekarzom kobietom udawało się tego unikać.

– Nigdy nie podpisywała pani protokołu wykonania wyroku śmierci?

– Raz, może dwa razy… Ale nie byłam przy tym.

– Czy ktoś panią zastępował?

– Brał to na siebie taki miły ksiądz, kapelan więzienny. Nie pamiętam nazwiska… (mowa o kpt. Wincentym Martusiewiczu).

Mówi, że starała się trzymać od tego jak najdalej. Zresztą, nie miała w więzieniu etatu. Przychodziła dwa razy w tygodniu do ambulatorium dla więźniów”.

Stefania Jabłońska etat na Mokotowie jednak miała. W latach 1947 – 1949 zatrudniał ją VI Departament Więziennictwa MBP. Według powszechnej opinii należała do najbardziej zaufanych lekarzy bezpieki na Rakowieckiej.

Na miejsce prof. Grzybowskiego

Stefania Jabłońska była asystentką prof. Mariana Grzybowskiego, szefa warszawskiej Kliniki Dermatologii, naukowca europejskiej sławy. Kiedy w 1949 r. UB aresztował go w związku ze „szpiegowską” sprawą gen. Stanisława Tatara i wkrótce – 11 grudnia 1949 r. – został zamordowany w więzieniu mokotowskim (oficjalna wersja – samobójstwo) Jabłońska błyskawicznie zajęła jego miejsce.

Marian Grzybowski, syn lekarza, w 1918 r. walczył w szeregach Dowborczyków, potem w Wojsku Polskim. W czasie drugiej wojny światowej kierował Kliniką Dermatologii, pracował w Delegaturze Rządu, organizował tajne nauczanie, ukrywał AK-owców. Walczył w Powstaniu Warszawskim (zginął w nim jego młodszy brat Józef – zastrzelony przez własowców). Po wojnie związany z niepodległościowym podziemiem.

Stefania Jabłońska (właściwie Rachela „Szela” Ginzburg) zmarła wiele lat później – w 2017 r. Też pochodziła z rodziny lekarskiej. Medycynę studiowała od 1938 r. w Warszawie, potem w okupowanym przez Sowietów Lwowie, a następnie w Charkowie i we Frunze (Kirgistan). Służyła w Armii Czerwonej, w której również doskonaliła się medycznie. Do Warszawy wróciła w 1946 r. już jako Stefania Jabłońska. Rozpoczęła pracę w Klinice prof. Grzybowskiego, a zarazem w Urzędzie Bezpieczeństwa, wzorem swojej siostry, męża siostry i własnego męża. W przyspieszonym tempie zdobywała stopnie naukowe. 1950 doktorat. 1951 habilitacja. 1952 profesura. W maju 1949 pozwolono jej wyjechać na stypendium do USA. Do PZPR wstąpiła w maju 1950 r., dzięki protekcji rodziny Jakuba Bermana. W 1990 r.

Stefania Jabłońska przeszła na emeryturę jako autorka wielu podręczników akademickich, jeden z najczęściej cytowanych polskich naukowców, wychowawczyni kilku pokoleń lekarzy, honorowa przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego. Zmarła śmiercią naturalną 8 maja 2017 r. w Warszawie.