Słowa Benedykta XVI o mediach i dziennikarzach

W ostatni dzień 2022 roku w Watykanie w wieku 95 lat zmarł papież senior Benedykt XVI. Z tej okazji warto przypomnieć jego nauczanie, które zawarł w swoich orędziach na Światowe Dni Środków Społecznego Przekazu. Pozostaje ono ważne, szczególnie dla dziennikarzy.

Benedykt XVI w swoim nauczaniu dotyczącym mediów, zwracał szczególną uwagę na możliwości i szanse, jakie niesie szybki rozwój środków masowej komunikacji. Przestrzegał też przed zagrożeniami płynącymi z niewłaściwego ich wykorzystania i podkreślał cele jakim powinny służyć.

„Dzięki postępom techniki media w pewnym sensie pokonały czas i przestrzeń, umożliwiając natychmiastową i bezpośrednią komunikację między ludźmi, nawet jeśli dzielą ich wielkie odległości. Stwarza to ogromny potencjał, który może służyć wspólnemu dobru (…). Jak jednak wszyscy wiemy, nasz świat jest daleki od doskonałości. Codziennie przekonujemy się, że bezpośredniość komunikacji niekoniecznie prowadzi do tworzenia więzi współpracy i jedności w społeczeństwie” – pisał Benedykt XVI w 2006 roku w orędziu na 40. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

Papież zauważał szczególną rolę dziennikarzy i ich odpowiedzialność za przekazywane treści.

„Dostarczanie informacji, które kształtują sumienia poszczególnych ludzi, pomaganie im w kształtowaniu swojego myślenia nie jest nigdy zadaniem neutralnym. Prawdziwa komunikacja wymaga moralnej odwagi i stanowczości. Wymaga od pracowników mediów determinacji, aby nie uginali się pod naporem wielkiej ilości informacji ani nie zadowalali się prawdami częściowymi czy prowizorycznymi. Przeciwnie, nakazuje szukać tego, co stanowi najgłębszy fundament i sens ludzkiego życia osobowego i społecznego” – podkreślał.

Przestrzegał jednak przed zamykaniem się w swoich „bańkach informacyjnych”, które dziś są tak bardzo widoczne w naszym medialnym krajobrazie.

„Media są jak gdyby wielkim >okrągłym stołem<, sprzyjającym dialogowi, istnieją w nich jednak pewne tendencje tworzące swoistą monokulturę, która tłumi zdolności twórcze, spłyca idee bardziej subtelne i złożone, nie docenia specyfiki odmiennych kultur oraz szczególnego charakteru wiary religijnej. Do takich wypaczeń dochodzi wówczas, gdy przemysł medialny zaczyna służyć tylko samemu sobie lub kieruje się wyłącznie dążeniem do zysku, tracąc poczucie odpowiedzialności za wspólne dobro” – pisał Benedykt XVI.

Apelował do dziennikarzy „o rzetelne relacjonowanie wydarzeń, wyczerpujące wyjaśnianie zagadnień publicznych i uczciwe przedstawianie różnych punktów widzenia”.

W 2008 roku w orędziu na 42. ŚDŚSP Benedykt XVI zauważył natomiast, że w mediach często „pod pretekstem przedstawiania rzeczywistości w istocie dąży się do usprawiedliwiania i narzucania wypaczonych wzorów życia osobistego, rodzinnego czy społecznego. Ponadto, aby zwiększyć tzw. oglądalność, czasami media nie wahają się uciekać do wulgarności, przemocy i przekraczania zasad.”

Zauważył niebezpieczne zjawisko wykorzystywania mediów nie tylko do przekazywania informacji, ale też kreowania rzeczywistości.

„Gdy komunikacja traci etyczny punkt odniesienia i wymyka się spod kontroli społecznej, przestaje się liczyć z centralnym miejscem człowieka i jego nienaruszalną godnością, co grozi negatywnym wpływem na jego sumienie i jego decyzje, a w ostateczności uzależnieniem wolności i samego życia osób. Właśnie dlatego niezbędne jest, aby środki społecznego przekazu zazdrośnie broniły osoby i w pełni szanowały jej godność” – pisał papież.

I apelował: „Należy unikać, by media stały się tubą materializmu gospodarczego i relatywizmu etycznego.”

W ostatnich latach swojego pontyfikatu Benedykt XVI wiele uwagi poświęcał nowym mediom. Pisał o możliwościach i zagrożeniach jakie niesie ze sobą rozwój internetu i sieci społecznościowych.

„Jak każdy inny owoc ludzkiego geniuszu nowe technologie komunikacji należy umieścić w służbie integralnego dobra osoby i całej ludzkości. Jeśli są one mądrze wykorzystane, mogą pomóc w zaspokojeniu pragnienia sensu, prawdy i jedności, które pozostaje najgłębszym dążeniem człowieka” – pisał w 2011 roku w orędziu na 45. ŚDŚSP.

Dostrzegał, że nowe technologię umożliwiają  „spotykanie się ponad granicami przestrzeni i własnych kultur, dając w ten sposób początek całemu światu nowych potencjalnych przyjaźni”. Przestrzegał jednak: „Ważne jest, aby zawsze pamiętać, że kontakt wirtualny nie może i nie powinien zastępować bezpośredniego kontaktu z ludźmi na wszystkich poziomach naszego życia.”

Orędzie na 47. ŚDŚSP w 2013 roku Benedykt XVI poświęcił internetowym sieciom społecznościowym. Określił je mianem nowej „agory”, czyli  przestrzeni, „w której ludzie dzielą się swoimi pomysłami, informacjami, opiniami i gdzie mogą również powstawać nowe więzi i formy wspólnoty.”

Podkreślał ich szczególną rolę, jaką mogą odegrać w społeczeństwie, pod warunkiem ich należytego wykorzystania.

„Przestrzenie te, kiedy są dowartościowane w sposób właściwy i zrównoważony, przyczyniają się do wspierania form dialogu i debaty. Jeśli dokonują się one z szacunkiem, dbałością o prywatność, odpowiedzialnością i poświęceniem prawdzie, mogą umacniać więzy jedności między ludźmi i skutecznie wspierać zgodę w rodzinie ludzkiej”.

Benedykt XVI trafnie przewidział, że sieci społecznościowe w coraz większym stopniu będą wywierać wpływ na nasze życie.

„Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym ani czysto wirtualnym, lecz dla wielu ludzi, zwłaszcza najmłodszych, stanowi część codziennej rzeczywistości. Sieci społecznościowe są owocem ludzkiej interakcji, ale same z kolei nadają nowe kształty dynamice komunikacji, tworzącej relacje: uważne zrozumienie tego środowiska jest zatem warunkiem wstępnym znaczącej w nim obecności” – pisał papież.

Apelował, aby należycie je wykorzystać, także do głoszenia Dobrej Nowiny we współczesnym świeci.

„Umiejętność korzystania z nowych języków potrzebna jest nie tyle, aby nadążać za duchem czasu, ale właśnie po to, żeby pozwolić nieskończonemu bogactwu Ewangelii znaleźć takie formy wyrazu, które byłyby w stanie dotrzeć do umysłów i serc wszystkich ludzi. W środowisku cyfrowym słowu pisanemu często towarzyszą obrazy i dźwięki. Skuteczna komunikacja, jak przypowieści Jezusa, wymaga zaangażowania wyobraźni i wrażliwości uczuciowej tych, których chcemy zaprosić na spotkanie z tajemnicą miłości Boga” – podkreślał Benedykt XVI.

opr. jka

 

Ukazał się świąteczny numer „Forum Dziennikarzy”

Świąteczne wydanie „Forum Dziennikarzy”, to zestaw bardzo ciekawych materiałów obejmujących wydarzenia w jakich uczestniczą dziennikarze. Jak zwykle nie brak tematów, które są związane z zainteresowaniami naszych koleżanek i kolegów oraz przeżywanymi przez nich fascynacjami.

Po raz pierwszy w historii Sanktuarium w Gietrzwałdzie odbyła się ogólnopolska pielgrzymka dziennikarzy, o czym pisze Maria Giedz.

W przestrzeni medialnej ważne jest bezpieczeństwo cyberprzestrzeni o czym w rozmowie z włoskimi ekspertami informuje nas Joanna Longawa.

O internetowej grupie Anonymous i ich niedawnym proteście opowiada Alina Bosak w tekście „Zhakowano wolność słowa”.

Jaromir Kwiatkowski wspomina należącego do jego rodziny Kazimierza Dejmka w tekście: „Od partyzanta z >Rakiety< do osamotnionego Króla Leara”.

W 40. rocznicę powstania wojskowych obozów internowania stworzonych przez komunistów dla niepokornych członków Solidarności, swoje teksty dedykuje Maria Giedz.

W najnowszym „Forum Dziennikarzy” można również przeczytać jak swoje święta będą obchodzić w Polsce uciekający przed wojną Ukraińcy.

Polecam też uwadze pozostałe, bardzo ciekawe teksty

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny Forum Dziennikarzy

 

E-WYDANIE DO POBRANIA TUTAJ

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Jedną z bardziej wpływowych postaci polskich mediów wspomina STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Walter

Aby coś ważnego zrobić trzeba uzyskać możliwość istotnego oddziaływania na rzeczywistość, a potem mądrze i skutecznie działać, a nawet tyrać i najlepiej w tej pasji – pracy znajdować przyjemność i sens życia. Ktoś powie: BÓG, HONOR, OJCZYZNA – i dobrze! Ale inny ustawi swoje obowiązki i cele inaczej – uczciwość, odwaga i praca u podstaw, z myślą np. o Konopnickiej, Prusie, Żeromskim. Etykietki, hasła, programy mogą być różne. Ale jeśli ludzie chcą zwyciężać dobrem i służyć ludziom to zasługują na szacunek i nagrodę.

Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania – tak być powinno. Ale znam eksmitowanych wraz z zakładami pracy stoczniowców, którzy na mrozie i w zimnie spawali blachy; znam górników, którzy dzień w dzień zjeżdżali głęboko w ciasne, parne, metanowe korytarze, teraz zasypane; znam pokolenia PGR-owskie, które nadal z nędzy nie mogą się wygrzebać. Znam też dziennikarzy, którzy odważnie idą tam, gdzie niebezpiecznie, albo mówią prawdę i tracą pracę.

Przez kilka lat, do ogłoszenia 13 grudnia stanu wojennego, pracowałem z Mariuszem Walterem. Starałem się. Starałem się tak, że zrobił mnie swoim zastępcą. Myślę, że wiem kim był.

Urodził się w 1937 roku, we Lwowie, ale już po czterech latach został sierotą, bo Rosjanie aresztowali i zabili mu w kijowskim więzieniu ojca – sędziego II RP. Po wojnie mały Mariusz kształtowany był w szkole Pijarów imienia księdza Konarskiego w Krakowie. Było to na ulicy między Sukiennicami a Barbakanem, gdzie po lekcjach grywał z chłopakami w „zośkę”. Starszy brat utrzymywał rodzinę z handlu. Mariusz poszedł na techniczne studia na jedną z najlepszych uczelni – Politechnikę Gliwicką. Ale zagrało mu radio – najpierw studenckie, a potem sportowe nadające szerzej. Wreszcie zaczął się romans z telewizją. Step by step. Robił reportaże i filmy dokumentalne.

Zwrócił na siebie uwagę władzy, decydentów medialnych. Oczywiście wiadomo skąd oni pochodzili. Na pewno nie u ojców Pijarów pobierali nauki. Polska się zmieniała. Protesty, bicie, a nawet zabijanie miało miejsce. Ale były też wielkie nadzieje po poznańskim czerwcu i ogólnopolskim październiku. Było zaproszenie – „pomożecie?”. Choć Rakowiecka była nadal zapełniana, nawet w celach ciągle wierzono, że przyjdą zmiany. Mimo kłamstw, niedotrzymywania słowa, a nawet zbrodni. Życie biegło w cieniu fałszywego brata, którego nikt sobie nie wybierał i który jak w XIX wieku rządził kijem i marchewką. Elity – szlachetne i wykształcone, najbardziej poturbowane, nie wróciły do Polski. Ambitni i odważni uciekali mimo zasieków i straży niemieckich owczarków. Ale w naszym (!) kraju, w Polsce nadal mieszkało, żyło ponad 30 milionów obywateli. Wielu z nich pracowało w szkołach, bibliotekach, na uczelniach, w redakcjach prasowych, w radiu i telewizji. Ludzie kształcili się, dorabiali, zakładali rodziny. Odbudowano zniszczony kraj, powstał przemysł stoczniowy, zarabiała flota handlowa, handel był polski tak jak i huty i zakłady pracy. Tego nikt nie przekreśli, choćby nawet w tym co teraz chce zrobić miał rację.

Mieliśmy wielu bardzo zdolnych ludzi. Niektórzy byli tak bardzo skuteczni w pracy dla Polski, że ich z zazdrości i nienawiści zaszczuto, albo nawet zabito. Wielu wyjechało.

Teraz totalni krytycy niech baczą co sami robią kłócąc się i poniżając innych. Mają pracę, ale ci na medialnym froncie są pod kontrolą i łatwo mogą tę pracę stracić.

Studio 2 to było wówczas coś nowego, próba otwarcia i zmiany. Przyjęte zostało entuzjastycznie. Będę o nim pisał, ponieważ tam byłem i miałem okazję wiele się nauczyć. Okazję robić wielkie transmisje – turnieje pokazujące społeczność Polski. Poszukiwaliśmy ludzi ciekawych na terenie całego kraju, by przedstawiać ich w „Progach i barierach”. Poszukiwaliśmy świadków historii (Szotkowski i Sznuk, który nadal dzięki Bogu jest i pracuje). Reportażystów i dokumentalistów było tam wielu i to bardzo dobrych. Miałem szansę robienia filmów z dna Bałtyku o wrakach. Robiliśmy „u Waltera” poszukując rezerw materiałowych. Pokazywaliśmy marnotrastwo i odłogiem leżące gospodarcze dobro. Jednak ktoś z góry stwierdził, że pokazujemy niegospodarność. Zakazano. Ludzie – dziś już starsi pamiętają co robiło i co zrobiło walterowe Studio 2. Było ciekawe, mądre i w dobrym guście. Bo jeśli chce się mieć dobrą telewizję trzeba zatrudniać ludzi nie tylko z wykształceniem ale i gustem – smakiem. Szmira powinna być zakazana.

Czy do Studia 2 wkładano ubeków i kontrolerów? Oczywiście, ale w tej sprawie nie decydował jego szef. Zresztą ci narzuceni wybierani byli przez władzę pieczołowicie i sprytnie potrafili pozyskać sobie widza (lepiej niż np. agent zwany Tomkiem).

Był zresztą inny Tomasz. Hopfer mianowicie. Proszę, wskażcie mi teraz kogoś wymiaru Tomaszewskiego, Żemantowskiego, Ciszewskiego lub właśnie Hopfera. A przecież telewizja potrzebuje postaci wyrazistych. Walter lubił a wręcz kochał sport i potrafił tę igrzyskową branżę dobrze wykorzystać. To był „pracuś”. Żył swoją pasją i zarażał innych. Tylko tacy mogą uczyć i pociągać za sobą następców.

Na pochyłe drzewo zawsze karły skaczą. Złapano pana Mariusza, że się szczepił bez kolejki. Owszem, nieładnie, ale jeden z idoli współczesnych przez godzinę w TVP międlił to oskarżenie wspierany przez… naukowców. Było to głupie i wredne.

Koledzy, podwładni, przyjaciele podejmowali próby zrobienia filmu o Walterze. Szukano ludzi, którzy go znali, nagrywano wypowiedzi. Robili to fachowcy z TVN. Wiadomo, że zręcznie potrafią manipulować, ale najwyraźniej przesadzili w pochwałach, ponieważ koniec był taki, że Walter film o sobie wstawił na półkę. Nie zgodził się, bo najwyraźniej podwładni przesadzili. Nawet bardzo zręczny pan Miszczak Waltera nie przekonał. Zresztą wielokrotnie podejmowano próby zrobienia filmu o Mariuszu Walterze, ale mądry jest ten kto nie pozwoli przesadzić pochlebcom.

Przypomina mi się epizod ze Studia 2 gdzie robiłem m.in. wymyślone przez Waltera „Dni autorskie”. Raz na miesiąc całodzienne przeglądy dorobku najsławniejszych twórców telewizji. A byli to Gruza, Hanuszkiewicz, Antczak, Przybora i Wasowski, Wojtyszko, Bogusław Kaczyński i jeszcze kilkunastu innych. Pomiędzy prezentowanymi dokonaniami twórców były wywiady i wypowiedzi nagrywane uprzednio w studio. I zdarzyło się tak: Bożena Walter (prowadząca) i Aleksander Bardini (bohater programu) wchodzą do studia, największego jakim dysponowało na Woronicza TVP. I co widzimy. Scenograf, wybitny zresztą i pracujący z sukcesami do dziś, więc pominę nazwisko, uczeń profesora, żeby dogodzić swojemu mistrzowi wymyślił wielką piramidę, na szczycie której ustawił wypasione fotele. Zrobił Olimp a rozmówcy mieli być Bogami. Patrzę na pana Bardiniego a ten staje się coraz bardziej czerwony na twarzy, i nagle jak nie ryknie: – Coś ty mi tu k… zrobił! Rozpieprzyć mi to natychmiast. Mają być ceglane ściany studia, na środku stolik i dwa krzesła.

Podlizywanie się i przypodobywanie to największa choroba i grzech wszelkich telewizji. Było tak i jest. Jednak mądrzy szefowie takie zakusy tłumią. Mądrzy nie boją się, że podwładni zajmą ich miejsce. Mądrzy są po prostu lepsi.

Studio 2 to była wprawka. Tak jak i samodzielnie wykonywane reportaże telewizyjne i filmy dokumentalne. Z ducha był Mariusz Walter po prostu reporterem. A to więcej znaczy i jest trudniejsze niż redaktorskie tytuły. Zauważono ten talent nie tylko w kraju, ale i za granicą. Reżyser zdobywał liczne nagrody na zagranicznych festiwalach. A tam to już na pewno nie było nepotyzmu i kumoterstwa. Były za to prawdziwe pieniądze.

Zawistni zawsze szukają dziury w całym. Ale niech pamiętają, że Mariusz Walter odmówił władzy pracy w telewizji w stanie wojennym. Wypatrzył go, docenił zdolności i dał wielką szansę biznesmen Wejchert. O nim też warto napisać uczciwą książkę, zrobić film, pokazując obie strony medalu.

TVN stworzył Walter od zera. Jaki koń jest – każdy widzi. Wielu chciało, ale tylko nielicznym i to połowicznie się udało. Teraz mamy mnogość telewizji. I wybór. Również polityczny. Polska jest przerąbana na pół. Przede wszystkim właśnie medialnie. Choć osobiście ciągle jestem po prawej stronie – często bezsilny a nawet wściekły.

Większośc „ludzi Waltera” już poumierało lub pogubiło się gdzieś. Zresztą prawie nikt już ich nie pamięta. To normalne tak jest w życiu. Idą ławą młodzi. Zresztą, telewizja jest od pokazywania a więc dla młodych. Są rzeczywiście piękni i wykształceni. Ale orać trzeba także na ugorze. A tu jest już mniej chętnych. Chętnie za to ryją pod innymi. A przecież jest w czym wybierać. To w naszym pięknym kraju są rzesze pięknych ludzi tylko trzeba ich odszukać i pokazać – nie na 5 minut ale przynajmniej na godzinną rozmowę. Takich, którzy mają dorobek życia albo wielkie zdolności. Do tego są reportaże i filmy. Tak robił Walter. Magazyny na Woronicza pękają w szwach od dobrych produkcji. Trzeba tam tylko włożyć rękę i wyjąć. Telewizje mielą, jak leci ale codziennej sieczki nikt nie będzie pamiętał. Przejdzie jak mroźna zima, pandemia. Zapomniane będą kłamstwa i manipulacje. Zawsze mają miejsce złośliwe i wredne działania. Na bieżąco szkodzą ale w dłuższej perspektywie dobrym i zdolnym twórcom nie zaszkodzą.

Oczywiście, że nie ma ludzi niezastąpionych i nie każdy musi kochać każdego. Oceniajmy jednak tych, którzy odeszli patrząc na to co zrobili. Nie z perspektywy dnia dzisiejszego, politycznej rywalizacji, incydentów. Telewizje, radia turlają się i będą się turlać. Zawsze władza chce nimi i poprzez nie rządzić, by pozyskiwać wyborców. To oczywiście błąd. Ludzie dostrzegają prawdy życia i prawdy mediów. Trzeba zaryzykować i uwierzyć, że społeczeństwo już dorosło i nie jest głupie. Decydentów mamy wielu, zbyt wielu. Bezpośredniej agitacji też jest za dużo. Oczywiście powinniśmy słuchać tych, których wybraliśmy demokratycznie. Oczywiście do czasu, bo jeśli się nie sprawdzają, mamy następne wyborcze terminy. Ważne by wybierać nie „swoich”, ale najlepszych.

Mariusz Walter chorował od dłuższego czasu. Na to się nie poradzi. Może amerykańska telewizja w Polsce byłaby lepsza, uczciwsza, gdyby był zdrowy, nadal żył i nią kierował. Może. Teraz można i należy już tylko wyrazić szacunek i podziękować za to, co długoletnim trudem codziennym zrobił. Wściekłość i domysły zostawmy ludziom lubiącym działać zazdrośnie i niesprawiedliwie.

To była długa droga – ze Lwowa, przez Kraków i Gliwice do Warszawy. Ludzie wierzący, gdy spotkają kiedyś zamordowanego w Kijowie ojca pana Mariusza niech zapytają, czy jest dumny z syna. Myślę, że tak. A to przecież najważniejsza nagroda.

 

 

Nie żyje Andrzej Matul, legendarny dziennikarz Polskiego Radia

Andrzej Matul, lektor i dziennikarz radiowy, zmarł w wieku 75 lat. Z Polskim Radiem związany był od 1973 roku.

Andrzej Matul swoją karierę w Polskim Radiu rozpoczynał w „Sygnałach Dnia”, później prowadził „Cztery Pory Roku” i „Lato z Radiem”, a także „Radiowy Tygodnik Kulturalny”.

W latach 90. był zastępcą kierownika, a potem kierownikiem Redakcji Kulturalnej radiowej Jedynki. W roku 2000 objął funkcję zastępcy kierownika Redakcji Kultury i Wiedzy, a potem szefa Redakcji Pasm Muzyczno – Publicystycznych. Prowadził wiele autorskich audycji m.in. „Wieczory z Jedynką”.

Był wyróżniony Złotym Mikrofonem i Złotym Chryzostomem oraz tytułem Mistrz Mowy Polskiej.

opr. jka, źródło: Polskie Radio

 

Specjalnie dla sdp.pl szczuje CEZARY KRYSZTOPA: Temida, bierz go!

Nieco nam ostatnio spowszedniał temat „nadzwyczajnej kasty”. Bo i cóż mogłoby nas zaskoczyć po złodziejach kiełbasy, karuzeli z kamienicami i dobroczyńcach Gangu Obcinaczy Palców? Zjadacze majtek? Sądowa trupa żonglerów im. Lecha Falandysza?

Niczemu nie umniejszając powagi, żeby nie napisać, grozy, przyzwyczailiśmy się do sędziów i prokuratorów otwarcie uprawiających politykę, donoszących na własną ojczyznę, aktywnie zabiegających na zagranicznych dworach o zemstę na jej „niewdzięcznych” obywatelach, otwarcie podnoszących rokosz przeciwko legalnym instytucjom państwa polskiego, czy iustytuujących się bezwstydnie z politykami po knajpach.

Najwyraźniej jednak „nadzwyczajna kasta” tego przedłużającego się poczucia opadania emocji, nie była w stanie znieść. I postanowiła podkręcić temperaturę.

Wyroki

Na początek okazało się, że znieważanie polskiego munduru przez Barbarę Kurdej-Szatan to nic takiego. Aktoreczka spokojnie może wyzywać  funkcjonariuszy Straży Granicznej oraz – w anturażu najbardziej odrażających przekleństw – nazywać ich „maszynami bez serca, mózgu i bez niczego, ślepo wykonującymi rozkazy”. Być może jako okoliczność łagodzącą potraktowano wkład jaki wniosła w promocję nadwiślańskiej myśli aktywistycznej w białoruskiej reżimowej telewizji Łukaszenki i Putina.

Następnie okazało się, że Magdalenie Ogórek i Rafałowie Ziemkiewiczowi nie wolno odnosić wrażenia względem aktywistki Elżbiety Podleśnej. Wszyscy wiemy jak niebezpieczne mogą być wrażenia rodzące się w głowach nieautoryzowanych pod kątem zawartości certyfikowanych światopoglądów.

Na koniec sąd uniewinnił był Pawła Kasprzaka, który sam o swojej zorganizowanej podczas lockdownu inbie, pisał, że „znieważył i naruszył nietykalność cielesną policjanta”.

A to tylko wyciąg z co głośniejszych medialnie spraw. W istocie należałoby do nich dodać uniewinnioną kierowniczkę IKEI, która zwolniła pracownika po zacytowaniu przez niego fragmentów Pisma Świętego na zamkniętym forum, wyroki łaskawe dla aktywistów wspomagających przemyt ludzi przez granicę, sprawę Sadurskiego itd. itp.

Linia orzecznicza

Mówiąc brutalnie – nie spodziewajmy się, że ktokolwiek cokolwiek z tym zrobi – rządzący zafiksowali się na celu w postaci pieniędzy z UE, których nie dostaniemy właśnie dlatego, że na każdym kroku okazujemy słabość – i są na etapie uświęcenia wszelkich rozpaczliwych środków.

Natomiast, biorąc pod uwagę, że próbka badawcza jest już przecież spora, możemy się pokusić o ekstrapolację linii orzeczniczej, która się z niej wyłania. Jakąż to zasadą kierują się sądy pod przewodem „nadzwyczajnej kasty”? Dlaczego jednym wolno obrażać czy naruszać nietykalność cielesną, a innym nie wolno nawet „mieć wrażenia”? Chodzi może o praworządność, czy też którąś z wolności obywatelskich? No, ale te dotyczyłyby wszystkich po równo. Nie, jedynym logicznym wnioskiem, jest to, że chodzi absolutnie i wyłącznie o czysty środowiskowy kalizm na zasadzie „święci celebryci i błogosławieni aktywiści być dobrzy, bo nasi, a nie-nasi być źli i my ich zjeść”. I myliłby się ten, kto by sądził, że chodzi o „złych pisiorów”, to już zaszło znacznie dalej. Znieważani strażnicy czy policjanci nie muszą nimi być i bardzo możliwe, że nimi nie są. Wypełniając obowiązki stanęli jednak na drodze „rewolucji”, co przypieczętowało ich los.

Witamy w świecie, w którym połowa społeczeństwa nie podlega ochronie prawnej i z mocy sądu, można jej zrobić… no, jeszcze nie wszystko, ale sytuacja jest rozwojowa.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Marszałek Śmigły-Rydz nie zmarł, ukrywa się…

Oficjalna informacja brzmi. 2 grudnia 1941 r. w Warszawie zmarł marszałek Edward Śmigły-Rydz i został pochowany w gronie najbliższych przyjaciół 6 grudnia na Starych Powązkach pod przybranym nazwiskiem Adama Zawiszy. Tymczasem Naczelny Wódz Wojska Polskiego we wrześniu 1939 r. mógł odejść nawet ponad rok później, a nawet został zamordowany.

18 września 1939 r. Edward śmigły-Rydz przekroczył granicę z Rumunią, aby kontynuować walkę na Zachodzie. Nigdy tam jednak nie dotarł. Razem z najwyższymi władzami II RP został internowany. Komunistyczna propaganda przez 50 lat mówiła o hańbie, zdradzie. Dziś coraz częściej słyszy się głosy, że Rydz dowodził dobrze, a wojna i tak była przegrana.
Marszałek Józef Piłsudski wysoko go cenił: „… nie zawiódł mnie ani w jednym wypadku… pod względem mocy charakteru i woli stoi najwyżej pośród generałów polskich… jeden z moich kandydatów na Naczelnego Wodza”.
Płk Bogusław Miedziński, który razem ze Śmigłym przekroczył most na Czeremoszu, tak ocenił jego wyjazd z kraju: „Gdyby umarł, to by żył; wobec tego, że żyje – umarł”.

Dalsze losy Marszałka to ciąg mało znanych wydarzeń i znaków zapytania. Niewiele wiemy o jego pobycie w Rumunii, ucieczce na Węgry, powrocie do Polski w październiku 1941 r. i próbach włączenia się w konspirację. Najbardziej zagadkowa wydaje się jednak śmierć. Oficjalnym powodem zgonu była angina pectoris, tylko… na tę chorobę Rydz nigdy nie cierpiał. Inaczej niż jego sąsiad z mieszkania przy ul. Sandomierskiej 18 na Mokotowie – płk Zygmunt Polak, który używał nazwiska Zawisza i chociaż był młodszy, z wyglądu bardzo przypominał Śmigłego. Czyżby wziął udział w wielkiej mistyfikacji, która pozwalała Marszałkowi dalej działać w konspiracji? Dodajmy, że płk Polak zmarł w 1982 r.
Zastanawiać musi fakt, że wywiady kilku krajów szukały Śmigłego nie tylko w Polsce, ale i w Turcji, Bułgarii, Jugosławii, na Bliskim Wschodzie, w Afryce Północnej – aż do września 1943 r.

Informacje polskiego wywiadu z lipca 1942 r. wskazywały, że Marszałek mieszka w Palestynie. 26 lipca 1942 r. w jednej z nowojorskich gazet można było przeczytać, że Niemcy proponowali Śmigłemu urząd gubernatora, ale ten odmówił. W niemieckim dokumencie, opatrzonym klauzulą „tajna sprawa państwowa” i bazującym na polskich informacjach, czytamy, że Śmigły-Rydz zmarł 11 lutego 1943 r. w Warszawie na… zakażenie krwi, spowodowane ropniem w nodze. Inna wersja głosi, że padł ofiarą ludzi gen. Władysława Sikorskiego, dla którego Marszałek był konkurencją.

Prof. Paweł Wieczorkiewicz przytaczał rozmowę, jaką Stalin odbył z Andersem w marcu 1942 r. Stalin pyta o premiera Kozłowskiego, ministra Becka i marszałka Rydza. Anders: Według wiadomości z kraju znajduje się w Warszawie, podobno ciężko chory na angina pectoris. Stalin: Ukrywa się chyba? Anders: Naturalnie.

 

Ogłoszono nominowanych do Nagród Mediów Publicznych 2022

Nagrody Mediów Publicznych 2022 przyznawane są w kategoriach: „Obraz”, „Słowo”, „Muzyka” oraz „Idea”. Kapituły powołane przez TVP, PAP, Polskie Radio i rozgłośnie regionalne Polskiego Radia ogłosiły właśnie swoje nominacje. Kto zostanie laureatem dowiemy się 5 grudnia.

Nagrody Mediów Publicznych, po jedenastu latach przerwy, powróciły w 2019 roku. Przyznawane są osobom  ważnym dla rozwoju kultury narodowej.  Organizatorami i fundatorami NMP są: TVP – „Obraz”, Polskie Radio – „Muzyka”, PAP – „Słowo” i regionalne rozgłośnie Polskiego Radia – „Idea”. Honorowy patronat nad wydarzeniem sprawuje Rada Mediów Narodowych.

W kategorii „Obraz” w tym roku nominowano Marię Dłużewską, autorkę ponad 40 ważnych filmów dokumentalnych. Została doceniona przez kapitułę za „twórczość dokumentalną, otwartość na świat i dbałość o pamięć o polskim dziedzictwie”.

Kolejnym nominowanym jest Zdzisław Cozac, scenarzysta, producent, reżyser filmowy i operator. „W filmach nie tylko przedstawia udokumentowane fakty, ale też stawia odważne pytania, nawet tam, gdzie nie ma jednoznacznych odpowiedzi” – głosi uzasadnienie Kapituły.

Trzecim nominowanym został Andrzej Mastalerz, aktor filmowy i teatralny, reżyser. Doceniony przez kapitułę za „oryginalne łącznie talentu aktorskiego z reżyserskim”.

Kapitułę nagrody w kategorii „Obraz” tworzą: Aneta Woźniak, Anna Popek, Przemysław Babiarz, Paweł Rzewuski i Jerzy Kopański.

Nominację w kategorii „Muzyka” otrzymała Renata Przemyk, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i aktorka. W uzasadnieniu zwrócono uwagę, iż artystka „twierdzi, że w muzyce nie ma granic i potwierdza to swoją twórczością”.

Kolejnym nominowanym w tej kategorii jest dyrygent Łukasz Borowicz. „Jego inicjatywy koncertowe i wydawnicze przywracają zapomniane dzieła polskiej literatury symfonicznej i operowej” – podkreślono w uzasadnieniu.

Szansę na nagrodę ma również kompozytor, aranżer, basista, multiinstrumentalista i producent Marcin Pospieszalski . „W istotny sposób angażuje się w promowanie muzyki tradycyjnej. Umiejętnie łączy świat jazzu i muzyki rozrywkowej z idiomami polskiej muzyki tradycyjnej. Od lat nieprzerwanie współpracuje z radiem jako wykonawca i producent” – przypomniano w uzasadnieniu.

W skład kapituły kategorii „Muzyka” wchodzą: Piotr Beczała, Józef Skrzek, Krzysztof Herdzin, Katarzyna Moś i Krzysztof Ścierański.

W kategorii „Słowo” nominację do Nagrody Mediów Publicznych 2022 uzyskał Ernest Bryll. „Pisze prosto, bez patosu, ale spod serca na odwieczne tematy poezji – o relacjach z ludźmi, rodzimym, kartoflanym Mazowszu, naszej tradycji, przeszłości, duchach naszych przodków – po prostu o Polsce i Polakach” – podkreślono.

Nominację otrzymał również Wiesław Helak, który – jak przypomniała Kapituła, „w ostatnich dziesięciu latach napisał i wydał siedem książek wpisujących się w kresowy nurt literatury polskiej”.

Trzecim nominowanym został socjolog prof. Andrzej Zybertowicz, który w ocenie kapituły „pokazuje rzeczywistość społeczną i polityczną taką, jaką ona w istocie jest, a nie w wersji zgodnej z polityczną poprawnością”.

Kapitułę kategorii „Słowo” tworzą: Joanna Siedlecka, Krzysztof Masłoń, Wojciech Tomczyk, Andrzej Mastalerz i Radosław Gil.

W kategorii „Idea” nominowany został Felicjan Andrzejczak, muzyk, wokalista, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich piosenkarzy.

Wśród nominowanych znalazł się również Leszek Długosz, poeta, pieśniarz, kompozytor, legendarny artysta „Piwnicy pod Baranami”.  Nominację uzyskał także Jarosław Jakubowski, poeta, prozaik, dramatopisarz, krytyk literacki i dziennikarz.

W skład Kapituły Nagrody Mediów Publicznych w kategorii „Idea” wchodzą prezesi rozgłośni regionalnych Polskiego Radia.

Ogłoszenie laureatów i wręczenie nagród zaplanowano na 5 grudnia podczas gali w siedzibie Telewizji Polskiej.

opr. jka, źródła: pap.pl, TVP

 

Dziennikarz BBC zatrzymany i pobity przez chińską policję

Brytyjska publiczna stacja BBC podała, że chińska policja zatrzymała i pobiła jednego z jej dziennikarzy, który w Szanghaju relacjonował protesty przeciw restrykcjom covidowym. Po kilku godzinach reporter został zwolniony.

„BBC jest niezwykle zaniepokojona traktowaniem naszego dziennikarza Eda Lawrence’a, który został aresztowany i zakuty w kajdanki podczas relacjonowania protestów w Szanghaju. Był przetrzymywany przez kilka godzin, zanim został zwolniony. Podczas aresztowania był bity i kopany przez policję. Stało się to w czasie, gdy pracował jako akredytowany dziennikarz” – napisała stacja BBC w oświadczeniu.

Dodano, że stacja nie otrzymała wiarygodnego oficjalnego wyjaśnienia powodu zatrzymania swojego dziennikarza. Po kilku godzinach reporter został zwolniony.

Do incydentu odniósł się na Twitterze szef brytyjskiej dyplomacji. James Cleverly określił zatrzymanie dziennikarza jako „głęboko niepokojące”.

„Wolność mediów i wolność protestowania muszą być przestrzegane. Żaden kraj nie jest wyjątkiem” – napisał na Twitterze Cleverly.

Protesty przeciwko restrykcjom covdowym rozpoczęły się w mieście Urumczi, a w weekend objęły wiele chińskich miast.

opr. jka, źródła: bbc.com. pap.pl

 

Nasz publicysta CEZARY KRYSZTOPA chyba żartuje: Nic się nie dzieje, pogłębiamy integrację

Mało kto już pamięta, że referendum ws. przystąpienia do Unii Europejskiej w 2003 roku musiało trwać dwa dni żeby móc doczłapać się do przekroczenia 50-procentowej, zwykle nieosiągalnej dla polskich referendów, frekwencji wymaganej do tego żeby uznać je za wiążące.

Tak czy siak, Polacy, którzy zagłosowali w nim „tak”, w tej liczbie i ja, zrobili to w przekonaniu o tym, że wstępują do „raju” równych w różnorodności. A przy okazji zamożnych. Jakiś czas później, czym mniej naiwni ode mnie nie byli specjalnie zaskoczeni, okazało się, że prawdziwa umowa brzmi zupełnie inaczej. Przede wszystkim Polacy mieli nie tracić okazji do tego żeby milczeć. Równie istotne okazało się to żeby Polacy byli tacy jak się od nich oczekuje, a nie tacy jak im się podoba. Żeby wykazywali się autoryzowanym zestawem światopoglądowym i nie sprawiali kłopotów nowemu wcieleniu rewolucji. Jeśli chodzi natomiast o dobrobyt, okazało się, że nie może on przekraczać poziomu wystarczającego dla taniej siły roboczej i rynku zbytu.

Polacy i zombie

Polacy, jak to Polacy, nigdy nie umieli uszanować wyznaczonej im przez ważniejszych i mądrzejszych roli, musieli zacząć fikać i kwestionować ustalony porządek rzeczy. Nic dziwnego, że nasi dobroczyńcy i ci niemieccy i ci brukselscy ostatecznie postanowili naprawić swój błąd i Polaków zagłodzić. Zresztą, tak bardzo się znów starać nie muszą, czego by nam nie zrobili i jak nie „oszukali”, mogą być pewni, że zawsze „będziemy gotowi do kompromisu”.

No, ale czy sama eurocentrala może tu być pewna swojej niezłomnej potęgi? Wbrew temu co się niektórym wydaje chyba nie. Ciągle oczywiście dysponuje Babilonem monumentalnych budynków, bizantyjską administracją i głębokim przekonaniem o swojej wyższości i prawie do pouczania innych, ale czy nie jest już w istocie tylko żałosnym, choć jeszcze groźnym, zombie, do którego jeszcze nie dotarło, że UE jest martwa?

Rozpad

„Unia walutowa się rozpadnie – inwestorzy powinni wyciągnąć wnioski na wczesnym etapie” – pisał ostatnio na łamach internetowej wersji Die Welt Thomas Mayer, założyciel i dyrektor Instytutu Badawczego Flossbach von Storch. Tezę swoja argumentował tym, że europejscy politycy zwyczajnie nie dbają o wspólną walutę, kierując się raczej krótkoterminowym interesem politycznym w zakresie własnych państw narodowych. Czyli, nawet te, mające na co dzień pełne gęby „europejskości” zachodnie mądrale, nie poczuwają się do wspólnego europejskiego interesu, pilnując raczej interesów własnych. Może i nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że nie istnieje żaden europejski naród, który mógłby takiego interesu być depozytariuszem.

Z utrzymaniem granic również nie jest najlepiej. Szczególnie od czasu tragicznej w skutkach z punktu widzenia całej Europy polityki „Herzlich Willkommen” Angeli Merkel. Struktura europejskich miast, kiedyś będących dla mieszkańca Europy Wschodniej niedoścignionym wzorcem, powoli rozpada się pod naporem odmawiającej uznania „europejskich wartości”, a jednocześnie będącej według wytycznych autoryzowanych ideologii – nietykalną – dziczy. Kraje takie jak Włochy, Grecja czy Hiszpania uginają się po równo pod naporem zmierzających do obiecanego przez Mutti „raju” imigrantów jak i presją progresywnych kapłanów rewolucji, z jednej strony żądającej od nich przyjmowania wszystkich, a z drugiej cichcem odmawiających partycypowania w konsekwencjach.

Zresztą, jeśli chodzi o tzw. „europejskie wartości”, to kto tym samozwańczym inżynierom społecznym, dał prawo do ich definiowania?  Tzw. Ojcowie Założyciele Unii Europejskiej byli głęboko wierzącymi chrześcijanami. Obecne tzw. „wartości europejskie” nie mają nic wspólnego z wartościami chrześcijańskimi, na których chciał budować zjednoczoną Europę Robert Schuman. Dziś pewnie, kiedy słyszy o tym, że „wartościami europejskimi” są „prawo do zabijania dzieci”, „prawo do ich seksualizowania” czy możliwość kwestionowania podstawowych pojęć biologicznych, takich jak płeć, zapewne przewraca się w swoim grobie w kościele Saint Quentin w Scy-Chazelles we Francji. Czy kiedy więc, rzecz jasna najmądrzejsze na świecie, niemieckie media piszą o tym, że „Europejczycy ze wschodu nie rozumieją wartości europejskich, w związku z czym wspólnocie grozi rozpad”, podczas gdy wschodni Europejczycy resztką sił stoją na straży wartości Ojców Założycieli, to kto tych wartości w istocie nie rozumie?

Albo kluczowa obecnie polityka energetyczna. Czy stanowi dla kogoś tajemnicę, że ta koncepcja oparta na supremacji Niemiec i rosyjskiego gazu, pod płaszczykiem „ekologii” i „klimatyzmu”, uległa kompletnej katastrofie? Nie będzie rosyjskiego gazu, a Niemcy nie będą energetycznym hubem, ale czy to spowodowało jakąś refleksję u Timmermansa, czy jemu podobnych? A skąd! Na szczycie COP27 Timmermans zapowiedział jeszcze zaostrzenie „klimatycznych” kryteriów. Podczas gdy coraz bardziej zapyziała w stosunku do reszty świata i będąca, w sensie gospodarczym, coraz mniejszą jego częścią Europa, mogłaby i cała wymrzeć, a zapewne stanowiłoby to dla ogólnego bilansu emisji CO2, niewielką różnicę. Obłąkany plan Fit for 55, będący w istocie unikalnym w historii planem autodestrukcji, nadal obowiązuje. To nie ma prawa działać.

„Solidarność europejska”

Ktoś zapyta – A europejska solidarność? Jaka solidarność? Kiedy wybuchła pandemia, państwa UE zaczęły sobie kraść transporty materiałów medycznych, a celowało w tym „moralne imperium” mające ambicje przewodzenia Europie – Niemcy. A gdzie jest solidarność europejska wobec uginającej się pod ciężarem wojennych uchodźców z Ukrainy, Polski? Gdzie są europejskie fundusze na ich utrzymanie? Decyzją brukselskich kacyków mających pełne mordy „solidarności europejskiej”, Polska nie otrzymała z tego tytułu ani grosza. Przeciwnie, uznano, że to doskonała okazja żeby nas, w związku z naszymi obiekcjami, tu i teraz „zagłodzić”. Lepszej okazji może nie być. A gdzie jest „europejska solidarność” jeśli chodzi o radzenie sobie z kryzysem energetycznym, nota bene w największym stopniu zawinionym przez Niemców? Niemcy nie chcą limitu cenowego na zakup gazu, ponieważ są gotowi płacić więcej niż biedniejsi partnerzy. A na pomoc publiczną (straszne słowo w UE, z jej powodu Polska musiała zatłuc swoje stocznie) wydadzą 200 miliardów euro, co spokojnie wystarczy na to żeby nie tylko utrzymać swoje firmy, ale też żeby te mogły wykupić europejską konkurencję. I taka to „solidarność”.

Wymieniać kolejne obszary podlegające coraz dalej idącej destrukcji, można długo. Ktoś powie – no ale zawsze tak było, że za blichtrem wielkich słów kryły się brutalne interesy. I będzie miał rację. Ale z faktu, że ostatnio to wszystko otwarcie wypłynęło już na wierzch również coś wynika. Ten system ulega coraz szybszej degradacji. Niemcy już nie ukrywają tego, ze trzymają za twarz unijne instytucje, otwarcie obsadzając je Niemcami, w kolejnych krajach rośnie niezadowolenie z ich „przywódczej”, a w istocie pasożytniczej roli. Stare, prorosyjskie, europejskie potęgi kompromitują się wobec tego co Rosja wyprawia na Ukrainie. Tymczasem kanclerz Scholz, jak gdyby nigdy nic, ogłasza, że „Niemcy są gotowe przejąć odpowiedzialność za Europę”, a w ogóle to „trzeba znieść jednomyślność”, bo przecież dosyć już tego marudzenia maluczkich. To tylko pozornie objaw siły. W istocie to objaw desperacji.

I co teraz?

I co teraz będzie? Nie wiem. Być może krajom, które mają dosyć niemieckiej przemocy, uda się zbudować siłę, która tę bryłę ruszy z posad i zatrzyma przed przepaścią. Ostatecznie, o ile działają, wolności przepływu ludzi, towarów i usług, to rzeczywiste wartości. A być może to się nie uda.

Na każdy z tych wariantów musimy być przygotowani. I tutaj, kiedy widzę jak sytuacja na Ukrainie zmienia rolę Polski, to przy całym oczywistym dramacie wojny, w tym zakresie bywam optymistą. A kiedy widzę polskich przywódców pogarszających stopniowo pozycję negocjacyjną Polski w sporze z Brukselą w imię płonnych nadziei na parę groszy, których Unia Europejska być może w ogóle już nie ma, a na pewno dać nam (choć przecież kredyty z KPO i tak spłacamy!) nie ma interesu, bywam również pesymistą.

WALTER ALTERMANN: Gościni, czyli ekstremiści rosną w siłę

W TVN, w programie o kosmosie, prowadzący powiedział: „Witamy naszą gościnię”. Wystraszyłem się, bo pomyślałem, że pojawi się jakaś kosmitka, ale na szczęście nie. Weszła ładna, zgrabna pani.

Czytając, patrząc i słuchając, jak z uporem i metodycznie feministki walczą o sfeminizowanie wszystkich nazw, niegdyś zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn, czegoś nie rozumiem. A konkretnie nie wiem co im daje zastąpienie gościa „gościnią” . Czy kobiety walczące na wszystkich polach o równouprawnienie, naprawdę wierzą, że to coś zmieni? Najwyżej polepszy im samopoczucie.

Te posełki, sędzinie, gościnie chcą dać znać, głównie mężczyznom, że kobiety są równe mężczyznom, a właściwie lepsze. No, dobrze. Mogę przyjąć, że istnieje grupa kobiet, którym rola żon, matek i babć nie wystarcza. Co prawda większość z tych dzisiejszych feministek nie wyrzeka się ról przypisanych z natury kobietom, ale dodatkowo chcą być „mężczyznom równe”. Panie chcą być równe, ale zarazem lepsze, bo mogą być matkami.

Może powinienem napisać „paniniom”, bo „pani” jest jednak urobione wprost od „pan”? A może nadszedł już czas, żeby w ogólne zrezygnować ze słowa „pani” i wymyślić jakieś nowe. Może przyjęłoby się pojęcie „mapania” lub „paniama” – powstałe z połączenia matka i pani?

Zastanawiałem się ostatnio, szukałem nawet w Internecie, ale nie znalazłem informacji jaki procent wśród populacji kobiet w dzisiejszej Polsce stanowią feministki. Myślę, że jest ich znacznie mniej, niż się wydaje. A wydaje się nam, że jest ich dużo dlatego, że każde dopiero co wznoszące się ruchy społeczne są wyjątkowo aktywne i hałaśliwe. Tak było, na przykład, z feministkami i ruchami socjalistycznymi w końcówce XIX wieku.

Z feministkami byłoby to wszystko zrozumiałe, trochę nawet zabawne, ale w sumie do przyjęcia, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok do feministek przyłączają się nowe grupy pań i panów, i z wolna stajemy naprzeciw poważnego ekstremizmu.

Ekstremizm kontra fundamentalizm

Do feministek dołączają zwolennicy i zwolenniczki LGBT, zwolenniczki złagodzenia prawa antyaborcyjnego. I to też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że naprzeciw nim stają coraz liczniejsze szyki fundamentalistów i „fundamentalistyczek”.

Fundamentaliści powołują się na prawa boskie a z Pisma Świętego wyciągają przesłanki dla stanowienia współczesnego świeckiego prawa. Przy czym – jak poucza nas historia – wszelkiego rodzaju święte księgi podlegają interpretacji, reinterpretacji i kontreinterpretacji. Taki jest bowiem charakter świętych ksiąg, że z rozmysłem pozostawiają ogromne pole dla interpretatorów, albowiem pisane są językiem metaforycznym.

Można by się spierać, kto wykonał pierwszy ruch: feministki czy fundamentalistki. W każdym razie znaczącym politycznie zwycięstwem tych drugich była zmiana prawa antyaborcyjnego na bardziej restrykcyjne. Co wzmogło aktywność feministek i ich przyszywanych koalicjantów spod znaku LGBT i innych nowoczesnych znaków.

Jedno jest pewne, że fundamentaliści zburzyli kompromis, tak trudno wypracowany, za czasów św. pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego samego, na którego czyny i słowa tak chętnie – przy innych okazjach – się powołują. Moim zdaniem, odejście od tamtego prawa, było poważnym błędem. Ale taka jest już natura obu stron: ekstremistów i fundamentalistów, że burzenie ich podnieca. Budowanie mniej, ale za to burzenie niezwykle mocno, niemal orgiastycznie.

Sacrum i profanum

Poza tym, życiu duchowym mamy dwie sfery: sacrum i profanum. I mylenie tych dwóch mentalnych przestrzeni jest okropnym błędem i prowadzi do wielkich kłopotów społecznych. W Nowym Testamencie jest fragment, w którym Jezus mówi, że co cesarskie należy oddać cesarzowi, a co boskie, Bogu. Ale jakoś nikt się tym fragmentem nie przejmuje.

Mylenie tych dwóch porządków, a co za tym idzie wszelkie próby – z jednej strony – ograniczania sfery boskiej w życiu człowieka, na korzyść sfery profanum, burzy zawsze kruchy społeczny ład. Z drugiej strony jest odwrotnie, ale równie niebezpiecznie, bo marginalizacja sacrum i laicyzacja również zagrażają spokojowi społecznemu. Nie przekonują mnie argumenty fundamentalistów, którzy chcą rozciągnąć prawa boskie na każdą piędź ziemi, na każdy ludzki ruch i odruch. Tak samo, jak przeraża mnie „nowoczesne” myślenie feministek i wszelkiej maści postępowców, którzy nie przewidują żadnego miejsca dla Boga w życiu jednostek i całego społeczeństwa.

Inności

Uważam, że nie ma jednego społecznego wzorca zachowań. Poza szanowaniem prawa. A prawo – dotychczas i na szczęście  –  milczy w sprawach seksualności, transpłciowości, a nawet deklarowanych orientacji. Tak samo, jak szczęśliwie milczy na temat zdrad i współżycia pozamałżeńskiego. Nie ma też w prawie zakazu rozwodów, rozstawania się kochanków i wszelkich innych ludzkich niecności.

Piszę o tym, bo obawiam się, że nasi rodzimi fundamentaliści mogą w skrytości pracować nad powrotem do średniowiecznego prawa. Za czasów Bolesława Chrobrego tak o traktowaniu cudzołożników u Lechitów pisał niemiecki kronikarz Thietmar: „Prowadzi się skazańca na most targowy i przymocowuje doń wbijając gwóźdź poprzez mosznę z jądrami. Następnie umieszcza się obok ostry nóż i pozostawia mu się trudny wybór: albo tam umrzeć, albo obciąć ową część ciała”.

Co tam zresztą średniowiecze. Przecież dzisiaj, w pierwszej ćwierci XXI wieku, w wielu krajach muzułmańskich za współżycie seksualne bez ślubu lub pozamałżeńskie zdrady ludzie są kamienowani.

Podjąłem ten niełatwy temat, albowiem niewiadome są drogi postępowych feministek, LGBT oraz fundamentalistów. I na swych drogach nie zatrzymają się oni przed niczym. Przed czym uczciwie przestrzegam.

Równość płci w klatce

Żeby jednak nie było tak serio i smutno, przedstawię głupi, ale ucieszny przypadek jednej pani, która chciała być równa mężczyznom. Otóż 30 X 2021 roku odbyła się pierwsza walka kobiety z mężczyzną w MMA w Polsce.

Nie wiem czy jest to sukces czegokolwiek – wielkiej idei czy jednego człowieka, ale tak było. W klatce stanęli: pani Ula Siekacz i pan Piotr MuaBoy. Walczyli na gali MMA-VIP 3. Wcześniej Pani Ula była już znana i odnosiła sukcesy w walce o siłowanie się na rękę, co się nazywa arm wrestling. Niestety pan MyaBoy’em nie okazał się gentleman’em, bo od razu zasypał panią Ulę gradem ciosów… i wygrał. Agencja nie podają, czy pani Ula zdecyduje się na rewanż.

A pisał wieszcz: „Kobieto, puchu marny…”. Gdzie te czasy, gdy cnotą niewieścią była zwiewna lekkość bytu tudzież elegancja w słowach, ruchach i geście?