JAN TESPISKI: Moda w teatrach i inne zdarzenia (18)

Teatry nie są wolne od mód. Moda, tak zrozumiała w zmienności ubiorów, obuwia i fryzur, w teatrach jest niebezpieczna. Modne nowinki w teatrach dotyczą głównie repertuaru, ale też sposobu inscenizacji klasyki. Szczególnie ten drugi przypadek jest irytujący.

O ile chodzi o repertuar – kilkanaście lat temu przez nasze teatry przeszła – jak powódź z przerwanej tamy – moda na utwory tzw. młodych brutalistów. Dramaty były ciężkie, bo ukazywały ludzkie dno – narkotyki, alkohol, przemoc w rodzinie, brak społecznej empatii. Na szczęście ta moda dość szybko przeminęła. Być może na Zachodzie, gdzie żyje się lepiej i stateczniej niż u nas, odsłonięcie tego marginesu ludzkiego dna miało sens, bo było wstrząsem. U nas jednak przeniesienie na deski sceny sytuacji i obrazów powszechnej codzienności raczej mijało się z celem.

Panują też mody co do inscenizacji i reżyserii. Pamiętam z lat sześćdziesiątych modne wystawianie Szekspira w garniturach. Oczywiście było to śmieszne, choć wielu się podobało. Moim zdaniem już po trzeciej takiej „garniturowej inscenizacji” Makbeta czy Hamleta garnitury stawały się też kostiumami.

Skąd brały się takie mody? Z „pańskiego” przekonania, że ciemny lud nie dostrzeże samych siebie, nie odczyta swoich ambicji i lęków w starym dramacie, jeśli nie podpowiemy mu łopatologicznie, że Hamlet w garniturze, to jeden z nas współczesnych. A przecież wrażliwy widz – bo dla niewrażliwego w ogóle nie ma po co grać – właśnie pod renesansowym czy barokowym kostiumem łatwiej odnajdzie samego siebie, łatwiej utożsami się z bohaterem.

Bywały też małe mody, i o nich dzisiaj jedna, ale za to mocna anegdota.

Bunkier, mgły i balony

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych niezwykle popularnym dramaturgiem na naszych scenach był Ireneusz Iredyński. Ten wspaniały pisarz, autor m.in. wielkich, znaczących dramatów: „Jasełka moderne” i „Żegnaj Judaszu” był też niebywale płodny twórczo. Z regularnością maszyny publikował rok w rok, po dwa-trzy utwory. Niestety nie wszystkie były wybitne, choć każdy miał swoją klasę.

W 1976 roku jeden z takich „pomniejszych” utworów postanowił wystawić, jako prapremierę, krakowski Teatr Bagatela. Byli to „Narkomani”. Reżyserii podjął się Mieczysław Górkiewicz, ówczesny dyrektor.

Sztuka jest o władzy i domniemanych, ale niepokazywanych w sztuce, burzycielach, którzy tę władzę chcą obalić. Czy naprawdę istnieją przeciwnicy władzy? Nie wiadomo, ale władca robi wszystko, by cały dwór był o tym przekonany. Ludzie władcy i on sam zamknięci są w bunkrze, a swoją władzę traktują jak trzymający ich przy życiu narkotyk. Stąd też tytuł sztuki.

W tamtych latach modna była pewna brutalność dekoracji, połączona z dosłownością, żeby nie powiedzieć brutalnym realizmem. I tym tropem postanowił podążać Górkiewicz.

Bunkier jak żywy

Przede wszystkim reżyser postanowił, że na scenie stanie prawdziwy stalowy bunkier. Zamówiono więc w jednym z poważnych stalowych krakowskich przedsiębiorstw prawdziwe monstrum inżynierii. Podłogę, pokrywającą całą scenę stanowiły trzy ciężkie schodkowe podesty, oparte na stalowym rusztowaniu. Podłoga była z grubej blachy, bo inaczej chodzi się po grubej, a inaczej po cienkiej blasze – tłumaczył wszystkim reżyser. Zresztą Górkiewicz kochał mówić, i całemu zespołowi, wszystkim w teatrze opowiadał z podnieceniem, jakie znaczenie ma, dla wymowy sztuki owa stalowa konstrukcja.

Od stalowego podestu odchodziły symetrycznie w górę jakby wręgi statku, też obudowane grubą blachą. Z takiej samej blachy miał być sufit bunkra oraz ciężka stalowa klapa, którą od czasu do czasu miał uchylać władca, żeby pokazać wszystkim swoim ludziom, że na powierzchni ziemi są dymy, pożary, bo trwa walka z przeciwnikiem, i że dlatego oni muszą tkwić w bunkrze.

Przy montażu wszytko szło gładko, do czasu próby zamontowania dachu bunkra, bo cała ta poważna – na wagę – konstrukcja załamała się. Wtedy do pracy przystąpili stolarze teatralni, którzy z desek i sklejki, jak to normalnie w teatrze, wykonali zgrabny bunkier, z dachem i uchylaną klapą, ale podesty zostały stalowe.

Mgła jak marzenie

Przeżywszy jakoś tragedię ze stalą, Mieczysław Górkiewicz objawił nowy pomysł. Pewnego dnia zawołał na scenę teatralnego palacza, a gdy trochę zdziwiony człowiek stanął na deskach sceny, to pomiędzy nim a siedzącym na widowni Górkiewiczem – dyrektorem i reżyserem w jednym – odbył się taki dialog.

– Pan jest u nas palaczem? – zapytał Górkiewicz.

– Jestem.

– Czy to prawda że kotłownia znajduje się akurat pod sceną?

– Akuratnie, pod samiuśką – powiedział palacz.

– Bardzo proszę, żeby od kotła poprowadził pan na scenę instalację, która będzie kończyła się zaworem pary dokładnie za drugą kulisą… Bo w czasie spektaklu będziemy puszczać na scenę parę.  Rozumie pan?

– Ja pana dyrektora rozumiem – powiedział palacz. Ale po prawdzie, to nasze ogrzewanie do tego się nie nadaje, bo akuratnie…

Tu Górkiewicz przerwał palaczowi.

– Ja panu już bardzo panu dziękuję, proszę wykonać, bez dyskusji.

Palacz wyszedł, a dyrektor miał dłuższy monolog do aktorów.

– I tak właśnie jest w teatrze. Cokolwiek człowiek chce wykonać nowego, to zaraz dyskusje, to się nie da, tamtego nie można… A mnie chodzi o to, żebyście wy brodzili w tej parze, jakby we mgle, bo wy jesteście jak narkomani, właśnie. Zaczadzeni władzą…

Potem przez miesiąc w kotłowni trwały prace techniczne, i w czasie prób było słychać piłowanie, walenie młotem i różne takie techniczne działania. Ale Górkiewicz jakby tego nie słyszał. I w kółko powtarzał:

– Tak, będzie dobrze, te tabuny, kłęby pary stworzą wspaniała atmosferę. Tak ma być.

Po miesiącu konstrukcja „parociągu” była gotowa i nadszedł dzień objawienia pary jako ostrego zabiegu inscenizacyjnego. Wszyscy byli na widowni, cały zespół teatru, wpatrzeni w drugą prawą kulisę. I wtedy Górkiewicz krzyknął:

– Para naprzód!

Po chwili usłyszano cichy pisk odkręcanego zaworu instalacji, i z kranu rury, biegnącej spod sceny, na wysokości około metra, poleciało kilkanaście słabych kropel wody. Zapanowała głęboka cisza. I w tej ciszy powoli, godnie wszedł na scenę palacz, i cicho, spokojnie powiedział:

– Ja żem chciał panu dyrektorowi od początku powiedzieć, że nasza instalacja nie je parowa, ino wodna, ale pan nie chciał słuchać.

I wrócił do siebie, pod scenę.

Balony

Po klęsce stali i pary, Górkiewiczowi został jeszcze jeden pomysł, który objawił z emfazą:

– A w finale pierwszego aktu, moi drodzy, oni brodzą w balonach, w kolorowych balonach, bo jest w nich metafora pustki i formy zarazem. Dlatego kupimy dwie setki balonów, bo mogą się psuć, żeby było na zapas. Potem z setkę umieścimy w paludamencie, pod sufitem sceny, w takich rynienkach. Rynienki obróci techniczny i te balony spadną na scenę. Będzie pięknie.

Gdy nadszedł czas próby balonowej, było dziwnie, bowiem na scenę spadło ciężkim lotem około sto nadmuchanych prezerwatyw, przezroczystych i zupełnie niekolorowych. Zapanował cisza, i tylko Górkiewicz wyjaśnił.

– W całym Krakowie nie ma balonów, więc zostało to…

Potem opadła kurtyna, zamiatając podmuchem część „balonów” na widownię. Niezrażony tym, wychodząc na przerwę w próbie, Górkiewicz powiedział do asystenta:

– Proszę powiedzieć paniom sprzątaczkom, że w przerwie mają te balony zebrać i wynieść.

Jednak po przerwie balono-prezerwatywy nadal zaściełały widownię. Górkiewicz się wściekł i kazał zawołać kierowniczkę administracyjną. Weszła osoba energiczna, która rozłożywszy szeroko ręce powiedziała:

– Nasze panie oświadczyły, że tego świństwa do ręki nie wezmą.

I tak skończyła się przygoda Mieczysława Górkiewicza z nowymi modami w teatrze.

 

 

SDP CAFE. Edycja 2. KATARZYNA RODZIEWICZ

ODCINEK 4. Z Katarzyną Rodziewicz, kustoszką w Dworze Marzeń z Izbą Admiralską Józefa Unruga, malarką, poetką, rozmawia Anita Nowak.   

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: TAP – Przysięga wojskowa wobec Boga nadal obowiązuje

10 listopada 1939 r. w kościele garnizonowym przy ul Długiej w Warszawie (dzisiejsza Katedra polowa Wojska Polskiego Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski) ks. Jan Zieja przyjął uroczystą przysięgę twórców Tajnej Armii Polskiej, jednej z pierwszych wojskowych organizacji podziemnych. Komendantem został mjr. Jan Włodarkiewicz „Darwicz”, a szefem sztabu ppor. Witold Pilecki „Witold”.

TAP powstała z połączenia dwóch tajnych grup: Jana Dangla (studenci Szkoły Głównej Handlowej) i wspomnianego mjr. Jana Włodarkiewicza (wojskowi i chrześcijańscy działacze społeczni; Włodarkiewicz został potem szefem dywersyjnej jednostki „Wachlarz”, zmarł 19 marca 1942 r. we Lwowie).

Spotkanie założycielskie odbyło się dzień wcześniej – 9 listopada 1939 r. w mieszkaniu kuzynki Pileckiego – Eleonory Ostrowskiej, na warszawskim Żoliborzu przy alei Wojska Polskiego 40 m. 7.
Tajna Armia Polska miała wyraźny rys chrześcijańsko-narodowy (w dzisiejszym antypolskim bełkocie poprawno-politycznym zostałaby faszystowską). Zajmowała się głównie wywiadem, gromadziła informacje o niemieckich represjach wobec Polaków i współpracownikach okupanta, organizowała – po przygotowaniu lewych dokumentów – przerzut osób do polskiego wojska we Francji, w końcu prowadziła dywersję.

To właśnie w ramach TAP Witold Pilecki przedostanie się dobrowolnie do Auschwitz, aby zbadać możliwość uwolnienia przewiezionych tam wcześniej członków organizacji. 19 września 1940 r., w tym samym mieszkaniu przy alei Wojska Polskiego 40, pozwoli się aresztować Niemcom (dziś na budynku jest tablica, a nieopodal pomnik Pileckiego). Ostrowska zachowa dla potomności słowa, jakie rotmistrz wypowiedział podczas zatrzymania: „Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem”. W obozie razem z odnalezionymi tam TAP-owcami Pilecki założy Związek Organizacji Wojskowej. Gdy w Warszawie powstanie Związek Walki Zbrojnej, przemianowany potem na Armię Krajową, ZOW – tak samo zresztą jak TAP – stanie się ich częścią.

Rota przysięgi żołnierzy Tajnej Armii Polskiej brzmiała:

„Przyjmując za dewizę mego życia hasło:

Bóg, Honor i Ojczyzna

ślubując Narodowi Polskiemu bezgranicznie wierną i ofiarną służbę oświadczam, że złożona w swoim czasie wobec Boga przysięga wojskowa obowiązuje mnie nadal w stosunku do obecnego i jedynie legalnego rządu Gen. Sikorskiego i do władz tajnej organizacji wojskowej N.A.P. [Narodowa Armia Polska – tak brzmiała wcześniejsza nazwa TAP] i zgodnie z tą przysięgą przyrzekam uroczyście słowem honoru:

  1. Zachować ścisłą karność i bezwzględne posłuszeństwo przełożonym organizacyjnym,
  2. Przestrzegać wiernie i ściśle powierzonych mi tajemnic organizacyjnych i nigdy na ten temat rozmów poza służbą z nikim nie prowadzić,
  3. Składając wszystkie swe siły dla dobra Ojczyzny, wypełniać włożone na mnie obowiązki z całą sumiennością i ofiarnością – aż do chwili, gdy z mego przyrzeczenia zwolniony już będę.

Tak mi dopomóż Bóg”.

Ksiądz Jan Zieja pełnił wcześniej posługę m.in. podczas wojny polsko-bolszewickiej, będzie potem aktywny w wielu strukturach konspiracyjnych: kapelan przy Komendzie Głównej AK, Szarych Szeregów oraz Batalionów Chłopskich. Rozwinie współpracę z Frontem Odrodzenia Polski oraz Radą Pomocy Żydom „Żegota”. W Powstaniu Warszawskim zostanie kapelanem walczącego na Mokotowie pułku „Baszta”. W okresie PRL ks. Zieja współzakładał KOR, współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Solidarnością.

Tadeusz Płużański

SDP CAFE. Edycja 2. ROBERT KWIATEK

ODCINEK 3. Z Robertem Kwiatkiem, fotoreporterem, publicystą, działaczem opozycji antykomunistycznej, rozmawia Maria Giedz.   

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

SDP CAFE. Edycja 2. BERNARD NOWAK

ODCINEK 2. Z Bernardem Nowakiem, lubelskim pisarzem i wydawcą, rozmawia Wojciech Pokora.   

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

 TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Antykomunista” Tadeusz Mazowiecki

3 listopada 2013 r. na cmentarzu w podwarszawskich Laskach odbył się pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego. To bezsprzeczny fakt. 24 lata wcześniej, 12 września 1989 r. Sejm powołał rząd pierwszego niekomunistycznego prezesa Rady Ministrów w Polsce od zakończenia II wojny światowej. To nieprawda. Spieszę wyjaśnić, dlaczego.

Media głównego nurtu do dziś ukrywają informacje o Mazowieckim z lat powojennych. A ten „pierwszy niekomunistyczny premier” był wówczas gorliwym apologetą sowieckiego zniewolenia Polski, który produkował haniebne artykuły potępiające Żołnierzy Wyklętych i torturowanego przez bezpiekę biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka.

„Antykomunista” Mazowiecki pisał: „Wychowanie nacechowane podejrzliwością i wrogością wobec postępu społecznego, atmosferą środowiska społecznego rozniecającą lub choćby tylko podtrzymującą bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. bp. Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem – oto sumarycznie ujęte przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. (…) nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej i kierowały w tej działalności jego postawą”. Tym smutniejsze, że Mazowiecki znał osobiście bp. Kaczmarka.

Po 1989 r., kiedy takich obrzydliwych tekstów ani Tadeusz Mazowiecki, ani jego zwolennicy nie mogli już ukryć, „pierwszy niekomunistyczny premier” tłumaczył: „Byłem na tym procesie, miałem kartę prasową. Biskup obciążał siebie i wszystkich naokoło, i to mną wstrząsnęło. Nie spodziewałem się, że można siebie i innych tak dalece oskarżać. To było poniżające. Widziałem, że był nerwowy, ale nie przypuszczałem, że znajdował się na środkach farmaceutycznych. Niestety, uwierzyłem w prawdziwość stawianych mu zarzutów. Byłem przekonany, że Kościół w Polsce musi się odnaleźć. Dlatego po procesie napisałem artykuł, jaki napisałem”.

Żołnierzy Wyklętych oskarżał Mazowiecki – razem z Zygmuntem Przetakiewiczem – o pragnienie ugodzenia „bezpośrednio w życie gospodarcze i polityczne kraju drogą dywersji i sabotażu”. Porównywał ich z „hitlerowcami, oprawcami z Dachau, Oświęcimia i Mauthausen”. Po leninowsku usprawiedliwiał ich mordowanie: „byłoby jakąś ahistoryczną, sentymentalną ckliwością nie widzieć tego, że każda wielka przemiana dziejowa pociąga za sobą ofiary także w ludziach. Każda rewolucja społeczna przeciwstawia sobie tych, którzy bronią dotychczasowego porządku rzeczy i tych, którzy walczą o nowy”.

Późniejszy premier atakował także legalny polski rząd w Londynie, nazywając go „rewanżystowskim” i „agenturalnym”: „Ideologia lancy ułańskiej na usługach kapitalistycznej wolności zasłoniła im historyczną szansę wydobycia Polski z wielowiekowych zaniedbań cywilizacyjnych. (…) kierują się zazdrością nie mogąc znieść, że nowa rzeczywistość w Polsce tworzona jest nie przez „fraki, ale kombinezony robotnicze, nie proporczyki kawaleryjskie, ale kielnie murarskie”.

To zresztą nie jedyne prokomunistyczne teksty podobno niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Tę niewątpliwą rysę na życiorysie mógł wszakże, jako premier tzw. III RP, zmazać rzeczywistym odcięciem się nowo tworzonego demokratycznego państwa od komuny. Niestety – Mazowiecki wybrał politykę grubej kreski, a więc braku jakichkolwiek rozliczeń z przeszłością. I tak w „pierwszym niekomunistycznym rządzie od września 1939 r.” zasiadali komunistyczni aparatczycy, a nawet zbrodniarze. Czesław Kiszczak zachował z czasów PRL tekę szefa MSW, Florian Siwicki szefa MON. Czyli jaki to przełom? Antykomunizm z komunistami w rolach głównych?

To wtedy z dymem szły akta bezpieki i uwłaszczała się nomenklatura. Dlatego pierwszym rządem niepodległej Polski był gabinet Jana Olszewskiego, wyłoniony w 1991 r. w wyniku pierwszych w pełni demokratycznych wyborów, a nie na mocy kontraktu okrągłego stołu.

 

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna

Spróbuję napisać recenzję, ale – jak to u mnie notorycznie bywa – z pewnością recenzja rozwinie się w coś grubszego. Dlatego na początku przedstawię typową recenzję, a potem – już dla bardziej wytrwałych czytelników – kilka nasuwających mi się depresyjnych myśli.

RECENZJA WŁAŚCIWA

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

BALLADYNĘ zrealizowaną w Teatrze Telewizji Polskiej, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, zobaczyłem z niemal rocznym opóźnieniem, ale że mamy do czynienia z wielką klasyką naszej literatury dramatycznej, pozwolę sobie teraz odnieść się do dzieła.

Dramat Słowackiego – wbrew pozorom – nie jest do wystawienia łatwy, tym bardziej w realizacji telewizyjnej. W teatrze zespół ma jakieś 3-4 miesiące na doprowadzenie do premiery. W telewizji jest tego czasu niebezpiecznie mniej. Napisałem to, będąc świadomym kłopotów jakie czekały na pana Wojciecha Adamczyka, co musi powodować, że recenzent, w ocenie realizacji telewizyjnej, musi być trochę bardziej pobłażliwy dla efektu.

Niemniej, nie to spowodowało, że BALLADYNA w reżyserii Adamczyka. jest realizacją nieudaną. Przede wszystkim – tak sądzę – reżysera uwiodła teoretyczna łatwość wystawienia tej sztuki, będącej po trosze okrutną bajką, po trosze kopią krwawych dramatów Szekspira. Ale to złudzenie, bo Słowacki zastawił na reżysera kilka pułapek.

Żeby to jakoś przybliżyć niezbyt zaznajomionemu z tajemnicami teatru czytelnikowi, opowiem anegdotkę. Pewien mój znajomy reżyser, zaraz po studiach, otrzymawszy etat w dużym teatrze, otrzymał też od dyrektora propozycję zrealizowania ANTYGONY. Wtedy, w gabinecie dyrektor rozegrał się taki dialog:

– Bardzo dziękuję panu dyrektorowi – powiedział młody reżyser – ale czy oczekuje pan ode mnie dzieła artystycznego, czy lektury szkolnej?

Najpierw dyrektor się żachnął, ale po chwili powiedział:

– Lektury.

Obaj panowie dali tym samym świadectwo swej dojrzałości. Nie da się bowiem zarazem być odkrywcą tajemnic BALLADYNY oraz rzetelnie przedstawić, w klasyczny sposób, fabułę i dać aktorom szanse na stworzenie interesujących ról.

Myślę, że Wojciech Adamczyk nie zadał sobie pytania podstawowego: interpretuję czy rzetelnie opowiadam historię napisaną przez Słowackiego. Dlatego znajdujemy w realizacji telewizyjnej Adamczyka momenty znane już z innych realizacji oraz momenty, z których wynika, że reżyser postanowił „zaszaleć”.

Skutkiem braku decyzji reżysera co do konwencji, jednorodnego stylu dramatu mamy dosłowny galimatias stylistyczny. I z pewnością nie jest to skutkiem myślenia „neomodernistycznego”, ale zwykłego niedomyślenia sprawy.

I choć jestem fanem RANCZA, który to serial Wojciech Adamczyk tak dowcipnie i sprawnie wyreżyserował, to w przypadku BALLADYNY muszę stwierdzić, że spektakl jest niedobry, manieryczny i w żadnym względzie „nie zachwyca”. Jest jeszcze gorzej, bo oprócz wspomnianej realizacji manierycznej, zaprezentowano, obok znanych standardów tego dramatu, „pomysły własne reżysera”.

Wygląda na to, że reżyser miotał się pomiędzy szekspirowskim dramatem władzy a draką w Bronxie, czy Pruszkowie. Nie ma także jednego stylu, jednej stylistyki w grze aktorów, niewielu z obsadzonych w BALLADYNIE potrafiło skupić na sobie uwagę.            A jeszcze mniej potrafiło mówić wiersz. Chwilami odnosiło się wrażenie, że sztuka grania utworów pisanych wierszem jest aktorom nieznana. Na tle tak grającego zespołu, chlubnym wyjątkiem jawił się Krzysztof Gosztyła jako Kanclerz.

I tyle byłoby z klasycznej recenzji. Wytrwałych zapraszam do poniżej objawianych myśli recenzenta, które „naszły go” go w związku z oglądanym w telewizji dziełem.

DODATEK DO RECENZJI

O wolność dla pioruna

Gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych Włodzimierz Sokorski napisał artykuł „O wolność dla pioruna”. Był to ważny tekst ówczesnego ministra kultury i sztuki, bo kończył niejako z doktrynalnym realizmem socjalistycznym. W swoim tekście Sokorski łagodnie wyśmiewa współczesne mu realizacje klasyki, w których reżyserzy jak ognia wystrzegali się udziału mocy nadprzyrodzonych. Rozumowali bowiem tak: skoro Boga nie ma, to nie może przecież w teatrze socjalistycznym istnieć boska interwencja. Dlatego reżyserzy Balladyny uśmiercali tytułową bohaterkę nie przy pomocy pioruna, ale gotowali jej śmierć „realistyczną krytycznie”, dla przykładu, na zawał serca.

I oto, po blisko 70-ciu latach od tekstu o uwolnienia pioruna, Wojciech Adamczyk każe umierać Balladynie wskutek poślizgnięcia się na malinach, które rozrzuca na scenie Alina. Efekt jest komediowy. Miało być metafizycznie, a wyszło śmiesznie. Dlaczego Adamczykowi przeszkadzał piorun, a nie przeszkadzało widmo zamordowanej Aliny? I nie dziwiło go, że to zabita szeroko rozsypuje „owoc leśny”? Słowacki napisał, że Balladyna ginie od uderzenia piorunem, bo Bóg musiał ukarać morderczynię i dręczycielkę. I tak powinno zostać. Majstrowanie przy klasykach zawsze kończy się niedobrze. A przecież Słowacki napisał w didaskaliach: Piorun spada i zabija królowę — wszyscy przerażeni.

Królowa czy pankówa

Poważnym kłopotem tej inscenizacji jest potraktowanie przez reżysera tytułowej postaci, czyli Balladyny. Słowacki „skroił” ją na miarę wielkich heroin. Balladyna ma, według Słowackiego, wielki charakter, ale nie ma sumienia. Jest wielka w swych dążeniach, ale jest pozbawiona uczuć.

Co otrzymujemy u Adamczyka? Jego Balladyna jawi się jako przywódczyni współczesnego młodzieżowego gangu. Jest znerwicowana, pozbawiona demonicznej siły. Podejrzewam, że cały dramat oraz pani Katarzyna Ucherska, jako Balladyna, padli ofiarami reżyserskiej chęci uwspółcześnienia utworu. I jest to, niestety, maniera zbyt wielu dzisiejszych reżyserów. Na siłę, bez istotnego rozumienia sensu utworów robią wiele, by na siłę, łopatologicznie „przybliżyć klasykę współczesnemu widzowi”. Jest w tym jakieś szaleństwo. I przerażająca niewiara w widza. Przecież średnio rozgarnięty widz dostrzeże, pojmie i przyswoi sobie, że takich Balladyn, Henryków czy Konradów mamy także w dzisiejszych czasach. Czyż nie lepiej byłoby skupić się na dramatyzmie akcji, na niuansach postaci, niż poświęcać czas i energię na uwspółcześnianie, dajmy na to, Hamleta?

Jest w takiej postawie pewien arywizm, głębokie przekonanie, że świat dzisiejszy jest lepszy niż czas zaprzeszły. Niekiedy, gdy widzę takie przeróbki klasyki mam ochotę zapytać reżysera: A kto zmuszał pana do wybrania klasyki? Przecież wśród współczesnych utworów na pewno by pan coś znalazł.

Niestety do klasyki trzeba dorosnąć. Bo z pewnością nie da się jej zagrać metodą na współczesną prawdulę.

Człowiek, który dzisiaj spaliłby, lub zburzył, zabytek architektury, wpisany na listę zabytków, odpowiadałby przed sądem. Ale już zniszczenie DZIADÓW czy WESELA uchodzi płazem. Gorzej, bo uchodzi za nowatorstwo. I daje kilku nowoczesnym recenzentom okazję do zarobku, a platformom plotkarskim do pisania o twórcy w kategoriach celebryckich.

 

 

Dramatyczne pytanie CEZAREGO KRYSZTOPY dotyczące opozycji i kasty: Ktoś im dosypuje czegoś do herbaty?

Coś się dzieje. Po wyborach w 2019 roku bodaj Rafał Ziemkiewicz postulował prowadzenie terapii grupowej dla przedstawicieli tzw. „elit” na różnych poziomach, które nie są w stanie pogodzić się ani z tym, że nie są „bezalternatywne”, ani z tym, że nie mają już „rządu dusz”, bo inaczej w swoim urojeniu wyższościowym mogą ześwirować. Nikt wtedy tego postulatu nie potraktował poważnie i zapewne dlatego one, proszę Państwa, ześwirowały.

W mniejszej skali widać to na Twitterze. To znaczy akurat tam szurów nigdy nie brakowało. Groźby pobicia, sugestie, że „ktoś wie o nas coś czego sami nie wiemy”, o wulgaryzmach nie wspomnę. Osobiście wręcz przywykłem i banuję głównie tych, którzy w ten czy w inny sposób dotykają mi rodziny, lub prawdopodobnie są tam zawodowo. Przy czym, uczciwie rzecz biorąc żadna ze stron sporu nie jest od takich przypadków wolna, ale ośmielę się postawić tezę, że w takich „metodach dyskusji” absolutnie celują konta szermujące „tolerancją”, oznaczone dużą ilością flag np. LGBT czy UE i hasztagiem „SilniRazem, którzy zagryźć potrafią choćby i swojego, jeśli tylko nie wykazał się wystarczającym rewolucyjnym entuzjazmem. Naprawdę, był czas przywyknąć, ale jednocześnie w ostatnich tygodniach wyraźnie widać wzrost agresji w różnych formach.

Sympatyczni panowie chcieli zabić

W większej skali retoryka jaką zaczynają posługiwać się politycy opozycji, wydaje się, że również weszła w rejestry psychiatryczne. Dość wspomnieć „bon moty” Tuska i Siemoniaka o „silnych ludziach, którzy będą wyprowadzać”. Oczywiście rządzących. Warto podkreślić, miało to miejsce wcześniej. I jeżeli odrzucić tezę, że wszystkim tym biedakom ktoś dosypuje czegoś do herbaty, to trudno uniknąć wniosku, że może jednak słowa polityków mają swoje konsekwencje. Więcej dowodów na jego poparcie dostarczyli sympatyczni panowie, którzy zaatakowali już fizycznie biuro Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej i biuro poseł PiS Moniki Pawłowskiej we Włodawie. W obydwu przypadkach z groźbami śmierci.

Szczególny przypadek

Szczególnym natomiast przypadkiem tego zjawiska jest przypadek tzw. „nadzwyczajnej kasty”. Szczególnym być może nie ze względu na radykalizm środków, śmiercią, przynajmniej na razie nikomu nie grożą, ale szczególnym przez kontrast ze standardami, którymi TEORETYCZNIE powinni podlegać. Ja oczywiście nie mam nadmiernych złudzeń co do grupy, której niezdekomunizowane korzenie towarzyskie, naukowe i inne, sięgają bierutowskich duraczówek i morderców Żołnierzy Wyklętych, ale oni sami postrzegają się przecież jako „nadzwyczajna kasta”, szczyt stworzenia i moralne drogowskazy. A tymczasem ciężko patrzeć co się z nimi, przynajmniej z tą najbardziej widoczną częścią, dzieje.

Oto ludzie, którzy TEORETYCZNIE powinni obiektywnie kierować się prawem tworzonym przez ustawodawcę, żądają wpływu na to prawo, co stoi w sprzeczności z „monteksiuszowskim podziałem władzy”, który mają na sztandarach. Kwestionują status sędziów, którzy nie chcą chodzić z nimi w jednym kieracie, zarówno wbrew KON-STY-TUC-JI, w której powoływanie sędziów jest wyłączną prerogatywą Prezydenta, jak też w sprzeczności z wyrokami ubóstwianego trybunału Leanertsa zwanego potocznie TSUE. Co więcej, im też ostatnio wyraźnie się pogorszyło!

 Już za późno

Ci postsędziowie snują swoje wizje „usuwania” innych sędziów z zawodu w ramach dyskusji pod hasłem „Gruba kreska czy Norymberga?”. Wyobrażacie sobie? Dyskutują o usuwaniu z zawodu kolegów pod hasłem kojarzącym się z wyrokami śmierci na niemieckich nazistowskich morderców. „Moralny drogowskaz” sędzia Gąciarek daje się fotografować na tle otwarcie politycznych transparentów typu „Ziobro musi odejść”, a sędzia Kamińska, autorka określenia „nadzwyczajna kasta”, która, trzeba jej oddać, otwarcie mówiła, że „pragnie zemsty”, rozpacza w Senacie z powodu niewystarczających w jej opinii represji wobec sędziów w ewentualnej ustawie o czystkach. Jak to się ma do Art. 178 Konstytucji p. 3, według którego „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”?

Trzeba było słuchać Rafała Ziemkiewicza i przeprowadzić grupowe terapie. Teraz już za późno, ześwirują do reszty niezależnie od tego czy przegrają, czy wygrają wybory. Choć fakt, że w tym drugim wypadku mogą być bardziej niebezpieczni dla otoczenia.

JOLANTA HAJDASZ: O zapomnianych kapłanach, zakonnikach i siostrach zakonnych

Po raz czwarty obchodziliśmy 19 października Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. Co kryje się za tą dość długą nazwą? Dlaczego jest tak ważne, byśmy na moment zatrzymali się w zgiełku naszej codzienności i uświadomili sobie, jak wielki – jako naród – mamy dług do spłacenia wobec księży i sióstr zakonnych prześladowanych przez współczesne totalitaryzmy – nazizm i komunizm?

W odniesieniu do komunizmu to ciągle jeszcze jest historia pełna luk i białych plam, które mamy obowiązek wypełnić prawdziwą treścią. I koniecznie musimy zdawać sobie sprawę z tego, że jest to historia zapisana przede wszystkim w ludzkiej pamięci, w opowieściach świadków którzy znali, widzieli, rozmawiali z tymi, którzy nierzadko jakimś nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności poznali coś, co miało być ukryte. A raczej poprawię się – co ma nadal pozostać ukryte, bo wiele jest środowisk, które zabiegają o to, byśmy nie znali tego elementu naszej historii – bohaterstwa i bezinteresownego poświęcenia dla innych przez naszych polskich duchownych.

Szczególnie dotyczy to właśnie duchownych żyjących w latach stalinizmu i tzw. realnego socjalizmu, którzy nie tylko nie mieli szansy na utrwalanie i opisywanie swojej ówczesnej postawy czy dokumentowanie swoich działań, ale musieli się kamuflować i ukrywać, by przetrwać i móc funkcjonować w czasach, w których przyszło im żyć. Dotyczy to przede wszystkim zafałszowanego ustroju komunistycznego, zakłamanego pod każdym względem.

Komunizm ukrywał prawdę i nią manipulował, po to, by nie tylko zniszczyć człowieka fizycznie, ale także zniszczyć i zatruć pamięć o nim. Nie było przy tym żadnych reguł, które dają się dziś zrozumieć w prosty, logiczny sposób bez znajomości kontekstu i natury sytemu komunistycznego. Posłużę się przykładem losów dwóch wielkich duchownych niezłomnych – prymasa Stefana Wyszyńskiego i arcybiskupa Antoniego Baraniaka, aresztowanych razem, tej samej nocy z 25 na 26 września 1953 r. Ale Prymas był „tylko” – tu oczywiście cudzysłów – internowany co oznaczało, iż np. otrzymywał listy, choć nie wszystkie, paczki, choć nie zawsze i mógł czytać i pisać, pracować intelektualnie w tych tak przecież trudnych warunkach. Mógł dać o sobie świadectwo.

Jego dawny sekretarz bp Antoni Baraniak trafił do zwykłego więzienia, gdzie był bity i torturowany, a żadne listy od niego i do niego nie trafiały, gdzie nie było dostępu do książek i prawa do spaceru po ogrodzie, a rodzina nie tyle że nie mogła go odwiedzić, to nawet w ogóle miesiącami nie wiedziała, czy on żyje, gdzie przebywa, co się z nim dzieje. Mało tego, gdy w grudniu 1955 roku po zmianach politycznych zamieniono mu więzienie na internowanie, gdy wykończonego torturami i więziennymi warunkami przewieziono go z Warszawy do Marszałek w dzisiejszej diecezji kaliskiej, to nadal starannie ukrywano przed światem, gdzie on jest. Do schorowanego człowieka nie dopuszczono nawet lekarza, a szantażem zmuszano do milczenia księdza, w którego parafii umieszczono biskupa – ubecy powiedzieli wyraźnie, że jeśli ktokolwiek się dowie, że „Baraniak przebywa w tym domu”, to go wywiozą tam, „gdzie nikt go nigdy nie znajdzie”.

Ich groźby to nie były puste słowa, dowodem na to są setki bezimiennych polskich bohaterów, na czele z rotmistrzem Pileckim, którzy do dziś nie mają nawet swojego grobu, nie wiemy, kiedy i jak zostali zamordowani.  Najbliższy brat arcybiskupa Baraniaka z wykształcenia był księgowym, przez całe życie nie mógł znaleźć pracy w rodzinnym Lesznie gdzie mieszkał, pracował aż w Zielonej Górze, więc cały tydzień go w domu nie było, bo to nie były czasy, w których dało się dojeżdżać do pracy na takie odległości, ktoś inny z rodziny tracił pracę i nie mógł jej znaleźć, a w Poznaniu do sąsiadów siostrzeńca arcybiskupa latami przychodzili ubecy i wypytywali o rodzinne zwyczaje i inne sprawy. Były to pozornie błahe rzeczy, ale przecież dzisiaj widać wyraźnie po co to było robione. Przekaz był prosty – trzymajcie się jak najdalej od tej rodziny, bo nimi interesuje się Urząd Bezpieczeństwa, a po co wam kłopoty. I znowu izolacja, osamotnienie, problemy dnia codziennego…. I jak w takich warunkach przekazać prawdę, mówić o ideałach i moralnych powinnościach, jak opisywać, co się przeszło i co się planuje, gdy ma się świadomość, iż każdym gestem, każdym spotkaniem można przynieść komuś kłopoty? Zostaje milczenie i ukrywanie tego co ważne. To była rzeczywistość duchownych niezłomnych.

Paradoksalnie zachowane donosy i materiały ubeckie są dziś głównym świadectwem niezłomności tych księży, ale to przecież za mało. Dopóki żyją świadkowie ich życia i świadkowie życia tych, którzy ich znali i się z nimi zetknęli – rozmawiajmy z nimi i zapisujmy ich wspomnienia. Nierzadko kontekst danego zdarzenia, te okruchy zebrane w jedną całość wyjaśnią nam więcej niż niejeden podręcznik.

Symbolem polskich duchownych jest oczywiście ksiądz Jerzy Popiełuszko, dlatego Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych obchodzony jest 19 października, w symbolicznym dniu jego śmierci, bo pamiętajmy, że jest to ciągle jeszcze data oficjalna, a do tej pory nie wiadomo, kto i kiedy podjął decyzję o zabiciu księdza ani na jakim szczeblu zapadła decyzja. Wiadomo jedynie, że zabójstwa dokonali trzej pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A przecież ksiądz Popiełuszko to ikona bohaterstwa współczesnych duchownych, a co z tymi innymi, o których wiemy tak mało? Kto potrafi dzisiaj wymienić ich nazwiska? Antoni Baraniak przypominany jest już częściej w kontekście ogromnych zasług, jakie przez swoją postawę ma dla Kościoła i dla państwa polskiego, ale co przeciętny Polak wie o świętej pamięci księżach Sylwestrze Zychu, Stefanie Niedzielaku, Stanisławie Suchowolcu, biskupie Czesławie Kaczmarku czy siostrze urszulance Franciszce Popiel, która zginęła w bardzo dziwnym wypadku samochodowym. Siostra ta to przykład, że obok bohaterskich księży duchownych były też zakonnice, ciche skromne i starannie ukrywające swoją tak cenną działalność, żeby tylko komuniści się o niej nie dowiedzieli, żeby tylko móc ją jak najdłużej prowadzić.

Zapisujmy te historie w parafialnych kronikach, gazetach i portalach, do których mamy dostęp, czy nawet w listach do instytucji zajmujących się historią takich jak np. IPN, możemy wysłać taki list nawet do arcybiskupa w swojej diecezji. Historia duchownych niezłomnych to przede wszystkim ich działalność wśród ludzi i dla ludzi. Naszym obowiązkiem jest tę historię najpierw utrwalić, a potem upowszechniać. Jan Paweł II uczcił pamięć bohaterskich duchownych prześladowanych przez niemieckich faszystów beatyfikując ich jedocześnie w 1999 roku. Może doczekamy wszyscy, że kościół także doceni poprzez wyniesienie na ołtarze tych zapomnianych męczenników komunizmu i ciągle jeszcze fałszowanych i nieznanych historiach.

 

 

 

JAN TESPISKI: O Kotku Protku i innych zabawnych zdarzeniach (17)

Rzecz rozegrała się w „roku leninowskim” a bohaterami tej anegdoty są Jerzy Zitzmann i Jan Ziętek. W 1970 roku przypadała setna rocznica urodzin Włodzimierza Lenina. ZSRR oszalał, rocznicę obchodzono z nieznaną wcześniej pompą. Uruchomiono cały ogromny aparat propagandowy, telewizję, radio, prasę – zdawało się, że na świecie i w samym Związku Radzieckim, nie ma niczego innego godnego uwagi – poza tą rocznicą.

O niczym innym nie mówiono i nie pisano, poza Leninem. Portretami Wodza Rewolucji i cytatami z jego pism wystrojono ulice, dworce oraz wszystkie miejsca publiczne, fabryki, uczelnie szkoły oraz przedszkola. Nie wspominając o miejscach stacjonowania milionowej armii, milicji i innych takich.

Jan Zitzmann (ur. 11 05 1918 – zm. 18 01 1999) –  był malarzem, scenografem i reżyserem  teatralnym, twórcą filmów animowanych. Był też wieloletnim dyrektorem Teatru Lalek „Banialuka” w Bielsku Białej, pomysłodawcą, organizatorem i dyrektorem bielskich międzynarodowych festiwali teatrów lalek.

Jerzy Ziętek (ur. 10 09 1901– zm. 20 XI 1985) to polityk, urzędnik, samorządowiec, działacz partyjny i państwowy. Był m.in. Członkiem Komitetu Centralnego PZPR (1964–1981), przewodniczący prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. (1964–1973). Ziętek był dla Śląska postacią nie tylko wielką, ale i wiele mogącą.

Ideowy Kotek Protek

Rok przed rocznicą, Ziętek zwołał naradę wszystkich dyrektorów teatrów Śląska. Powiedział jasno i wyraźnie, że obchody rocznicy muszą być wspaniałe, że od teatrów oczekuje się odpowiedniego repertuaru. A ponieważ jest to niezwykle ważne, dlatego też dyrektorzy będą rozliczani z wykonania zadania.

Pod koniec 1969 roku Ziętek znowu zwołał naradę, na której dyrektorzy teatrów przedstawiali sposoby – czyli sztuki teatralne – które mają uświetnić jubileusz urodzin Lenina. Wszyscy dyrektorzy, jak się okazało, karnie wystawiali liczne propagandowe sztuki radzieckie, znane i nielubiane jeszcze z lat pięćdziesiątych. Były też nowe sztuki radzieckie, ale tak samo słabe jak te starsze. Na końcu Ziętek zapytał Zitzmanna:

– No, a u was dyrektorze, w tych waszych lalkach, jak zamiarujecie uczcić rocznicę?

– My wybraliśmy na rocznicę – zaczął Zitzmann trochę łamiacym się głosem – sztukę, która w doskonały sposób ukazuje wartości społeczeństwa socjalistycznego, która podnosi socjalistyczny humanizm do rangi wyzwania indywidualnego, ta sztuka będzie niosła wartości, w które wierzymy i które wyznajemy…

– Dobra – przerwał mu Ziętek – ale ty mi chopie powidz, jako jest ta sztuka, no jakiś tytuł mo?

– Ma. Sztukę napisał Zbigniew Poprawski, ona nazywa się, ta sztuka znaczy… „Kotek Protek”…

Na marginesie… Czy Ziętek i Zitzmann brali serio tę rocznicę? Nie sądzę. Bo w roku 1970 traktowano już takie wydarzenia jak rytualny obowiązek. Ma być – i tyle.

Sojuz z papierem

Ludwik Benoit (ur. 18 07 1920 – zm. 4 11 1992) był aktorem wybitnym i co równie ważne – był lubiany przez publiczność. Wielki zawodowiec, znający swój fach.

Film „Przygody Pana Michała” (1969) kręcono – między innymi – na stepach Ukrainy.

– Kierownikiem planu zdjęciowego był jakiś Rosjanin.I nic mu nie wychodziło – wspominał Ludwik Benoit. – Budzono nas o szóstej rano, charakteryzowano, ubierano w ciężkie kostiumy… I tak czekaliśmy na transport, żeby nas zawieziono na plan. Upały były nieznośne. Topiliśmy się jak świece, nie mieliśmy potem już siły, żeby zagrać. I nigdy nie było wiadomo o której te samochody po nas przyjadą. Kierownik planu czuł się – chyba – trochę winny, bo co i rusz przybiegał do nas, opowiadał jakiś żart i znikał. A myśmy w tym upale umierali. Pewnego razu wpadł do nas z gazetą w ręku, i machając nią podniecony, wykrzyczał z radością:

– Proszę państwa, mamy kolejny niezwykły sukces… Wczoraj wystrzelono w kosmos kolejny statek z serii Sojuz…

– A wczoraj w kiblu znowu nie było papieru toaletowego – odpowiedział Ludwik Benoit.

Benua i Fua

Przed wielu laty, za dyrekcji Kazimierza Dejmka w Teatrze Nowym w Łodzi, po kolejnej premierze, panowieLudwik Benoit i Mieczysław Voit poszli w miasto. Było już po północy, kiedy weseli wracali. Może trochę podśpiewywali. Zatrzymał ich patrol milicji.

– Dowody poproszę – zaczął plutonowy MO.

Panowie dali dowody. Plutonowy je otworzył.

– A zatem, zakłócają ciszę nocną… obywatel Benoit…

Plutonowy wymówił nazwisko tak, jak było napisane.

– Bardzo przepraszam, ale moje nazwisko wymawia się Benua… – powiedział Ludwik Benoiot.

– A zatem mamy tu do czynienie – kontynuowała plutonowy – z obywatelem Benua oraz obywatelem Fua.

– Bardzo przepraszam – powiedział Mieczysław Voit – ale mnie się wymawia, jak pisze – Voit.

Plutonowy zamilkł, patrzył na aktorów spode łba, a po chwili powiedział:

– Czyli… sprawa jest bardzo podejrzana. Jedziemy na komendę…

Na szczęście na komendzie znalazł się jaki oficer – teatroman, który obu aktorów przeprosił i puścił wolno.