WOŁODYMYR SYDORENKO: „Wartości duchowe i moralne” rosyjskich zbrodniarzy

Jakie „duchowe i moralne” wartości może mieć Putin, jeśli bez powodu rozpętał wojnę na Ukrainie? Jakie wartości „duchowe i moralne” mają rosyjscy żołnierze, którzy plądrują ukraińskie wsie i miasta, gwałcą kobiety, zabijają i porywają i wywożą ukraińskie dzieci do Rosji?

Kilka dni temu prezydent Rosji Władimir Putin polecił rządowi i ministrom konsolidację „duchowych i moralnych wartości Rosji”, dla których należy wzmocnić pracę nad patriotycznym wychowaniem młodzieży. Każdego roku planuje się przeznaczyć 3,9 miliarda rubli na kręcenie patriotycznych filmów dla dzieci. We wszystkich szkołach zawodowych, kolegiach, liceach i technikach zostanie wprowadzone stanowisko doradcy dyrektora oświaty, a na uczelniach nauczyciele będą prowadzić prace wyjaśniające obecny porządek społeczny i polityczny. Ponadto wypracowane zostanie ujednolicone podejście do nauczania historii w szkołach oraz jasno określone zostaną pojęcia „wartości duchowo-moralnych” i „wychowania duchowo-moralnego”.

Co takiego za tym się kryje?  Dlaczego polecenie zostało wydany teraz, a nie, powiedzmy, pięć lat temu? Może coś się ostatnio wydarzyło w Rosji – wzrosła przestępczość, czy zerwane zostały więzi między pokoleniami rodziców i dzieci itp.? Nie, nie było zauważalnych zmian. Dlaczego więc teraz Rosja żąda, by jej obywatele stali się patriotami?

Mówi się, że państwo posługuje się pojęciami patriotyzmu, aby móc usprawiedliwiać zabijanie swoich obywateli. Dla państwa humanitarnego patriotyzm to nie śmierć obywateli, ale umiejętność przetrwania i zwycięstwa w każdej sytuacji bez wzniosłych haseł. Ale Putinowi nie zależy na obywatelach Rosji, których zabił już na polach bitew Ukrainy ponad 63 tys., tylko na sile swojej władzy.

Jakie „duchowe i moralne” wartości może mieć sam Putin, jeśli bez powodu rozpętał wojnę na Ukrainie, twierdząc, że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród i dla swoich urojeń poświęcił setki tysięcy ludzi?

Jakie wartości „duchowe i moralne” mają rosyjscy żołnierze, którzy plądrują ukraińskie wsie i miasta, gwałcą ukraińskie kobiety, zabijają i porywają i wywożą ukraińskie dzieci do Rosji, oddzielając je od rodziców?

Jakie „duchowe i moralne” wartości mają rosyjskie siły zbrojne, które nie prowadzą wojny z żołnierzami wroga, ale bombardują dzielnice mieszkalne i cywilów najnowszymi środkami zabijając dzieci, osoby starsze i kobiety? Jakie „duchowe i moralne” wartości mają żołnierze rosyjscy, którzy w Charkowie, Mariupolu i Berdiańsku zniszczyli 90 proc. budynków mieszkalnych, codziennie bombardują Kijów, Zaporoże, Mikołajów i inne ukraińskie miasta, które nie poddają się wrogowi?

W końcu jakie „duchowe i moralne” wartości mogą mieć ludzie rosyjskiej kultury, które popierają wojnę na Ukrainie i nawołują do zabijania Ukraińców?

Na przykład aktorka Yana Poplavska, cieszyła się, że teraz więcej pieniędzy zostanie przeznaczonych na kino. Boi się jednak, że mogą zostać one rozkradzione. „Niestety, ta prezydencka inicjatywa” –  jak mówi – „może być wykorzystana przez grube pijawki”. Dlatego aktorka sugeruje stworzenie „uczciwego” komitetu młodych utalentowanych reżyserów. Ale gdzie jest gwarancja, że ​​i oni nie staną się za kilka dni „pijawkami”, gdy zobaczą duże pieniądze?

Najwięcej pytań pojawia się jednak w tej części dekretu Putina, który mówi o tym, jak „prawidłowo według wartości duchowych i moralnych” należy pisać historię Rosji. Aby historycy i filmowcy nie „zniekształcali” biografii dowódców wojskowych, monarchów i bohaterów Ojczyzny, prezydent Władimir Putin polecił Ministerstwu Edukacji Rosji opracowanie jednolitego podejścia do nauczania historii w szkołach. Jednak w Rosji historycy od dawna nie piszą prawdy. Na przykład fakt, że marszałek Żukow splądrował Niemcy i przewiózł do swojej daczy pod Moskwą 8 wozów ze zrabowanymi kosztownościami, nie został jeszcze wpisany do podręczników historii.

Co zaskakujące, dziekan Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Ekonomicznej Oleksiy Rutkevich stwierdził, że „już dawno trzeba było wypracować ujednolicone podejście do jej studiów. Historia ojczyzny musi zostać oczyszczona z różnych bzdur. Nie powinien zawierać rzeczy, które niszczą jedność kraju”. Ustalono już, że członkowie Rosyjskiego Towarzystwa Historyczno-Wojskowego opracują ujednolicone podejście do nauczania „poprawnej historii” w szkołach.

Co zaskakujące, nauczyciele wielu rosyjskich uniwersytetów poparli wprowadzenie stanowiska doradcy dyrektora pracy pedagogicznej, choć jasne jest, że będzie to ideologiczny cenzor, który będzie czuwał nad wartościami „duchowymi i moralnymi”. I znowu pojawia się pytanie o „wartości duchowe i moralne” nauczycieli rosyjskich uniwersytetów, liceów, techników i szkół.

 

JAN TESPISKI: Czego bał się Kantor i jakie kłopoty miał Dąbrowski (16)

Rzecz dzieje się w początkach lat sześćdziesiątych, w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie. Dyrektorem jest Bronisław Dąbrowski (ur. 24 XI 1905 – zm. 10 IV 1992) znakomity reżyser, aktor i dyrektor. Dąbrowski właśnie dowiedział się, że jeden z aktorów zachorował i konieczne jest zastępstwo na wieczornej próbie, bo spektakl ma być dnia następnego. Zastępstwa są zawsze kłopotem, ale tym razem większym, bo aktor, który miał zagrać w zastępstwie mieszkał w Nowej Hucie i oczywiście nie miał telefonu. Dąbrowski prosi więc innego z aktorów, żeby pojechał z nim do tej Nowej Huty.

Wsiadają do warszawy. Tu trzeba jeszcze dodać, że jest mroczne listopadowe popołudnie i pada śnieg z deszczem. Naraz dyrektor mówi do towarzyszącego mu aktora:

– Tu ma pan latarkę, będzie pan świecił po znakach, bo teraz słabo widać. I będzie mi pan mówił, do jakiego znaku się zbliżamy.

Aktor odkręca szybę obok kierowcy, wyciąga rękę z latarką na zewnątrz i ruszają. Dabrowski leży dosłownie na szybie warszawy, wypatrując drogi, bo ma bardzo słaby wzrok.  Nie ujechali więcej niż kilometr, gdy Dąbrowski daje aktorowi bułkę zawiniętą w papier i mówi:

– Zgłodniałem, pan będzie mi podsuwał bułkę do ust, a ja będę jadł.

Sytuacja jest więc taka, że aktor lewą ręką karmi dyrektora, a prawą – która już mu zamarza – mając w niej latarkę, świeci po znakach. I informuje dyrektora o tym, co znak „glosi”. Nie ujechali więcej niż drugi kilometr, gdy Dąbrowski ostro hamuje i pyta:

– To jaki znak minęliśmy?

– Zakaz postoju, panie dyrektorze.

Dąbrowski wrzuca wsteczny bieg i cofa samochód, jedzie i staje przed nieszczęsnym znakiem.

– To jest zakaz zatrzymywania się… – z gniewem mówi Dąbrowski. – Ale ja pamiętam, że z panem to ja miałem już kłopoty przy „Kordianie”.

Czego się bał Tadeusz Kantor

Twórcą, współtwórcą niebywałych anegdot był też Tadeusz Kantor. Opowiadał Krzysztof Miklaszewski, że doprosił się u mistrza rozmowy o „Umarłej klasie”. Ten wspaniały spektakl miał premierę w 1975 roku, w Krakowie – rzecz oczywista.

Kantor przyjął go w domu. Maria Stangret-Kantor – żona, wybitna malarka, członkini Grupy Krakowskiej i aktorka teatru Cricot 2, podała herbatę, zostawiając panów samych.

Tu trzeba wiedzieć, że z okazji premiery tego spektaklu Tadeusz Kantor wydał manifest artystyczny „Teatr śmierci”. Kłopot był jednak w tym, że Kantor – jak większość malarzy – pisał metajęzykiem. No, takim wewnętrznym językiem, którego sensy i znaczenia właściwie znał tylko on sam. Miklaszewski chciał bardziej prostych wyjaśnień, włączył magnetron i zaczął wypytywać mistrza o sens tego manifestu, a także sens samego spektaklu.

Ale Kantor z uporem powtarzał tezy i sformułowania zawarte już w manifeście. Sytuacja była więc patowa. Ale naraz z kuchni dobiegł głos Marii Stangret:

– Tadziu, powiedz panu, że ty po prostu bardzo się śmierci boisz.

Chwila niezręcznej ciszy, a po tej chwili Kantor jęknął z bólem do małżonki:

– Marysiu, ja cię bardzo proszę… Marysiu…

Rewindykacja 

Gdzieś jesienią 1974 roku Kraków został oblepiony poziomymi afiszami: „Tadeusz Kantor. Rewindykacja.” Afisz głosił też, gdzie i kiedy ma nastąpić wydarzenie. Ponieważ nikt z krakusów wcześniej nie wiedział o nowym spektaklu Cricot 2, w piwnicznej kawiarni przy Siennej zebrał się całkiem spory tłumek teatromanów. Na uczestników nieznanego zdarzenia czekały krzesła, ustawione naprzeciw stołu, stojącego na podeście.

Z niewielkim opóźnieniem Kantor zasiadł za stołem. Rozłożył grubą teczkę, pełną jakichś papierów. I zaczął rewindykować. Chodziło mu o to, że „różni tacy pseudo-nowatorzy przypisują sobie moje osiągnięcia”, m.in. scenę bez kurtyny, do której teraz „pretendują różni tacy”. I przywrócił sobie jeszcze kilkanaście innych poważnych osiągnięć. Na dowód pokazywał dokumenty, recenzje i plakaty.

Była dodatkowa atrakcja tej „rewindykacji”. Otóż co kilkanaście minut Kantor zrywał się do stolika, wybiegał w boczną przestrzeń i niewidoczny dla zebranych i robił komuś niewidocznemu dziką awanturę. Po czym wracał i wygłaszał poboczny monolog o niegodziwości Krakowskiego Oddziału Związku Artystów Plastyków, który użyczył mu sali, owszem, ale nie zapewnił spokoju. Tak więc prowadził jednocześnie dwie artystyczne akcje: przeciw tym, co zawłaszczają jego osiągnięcia oraz przeciw bandzie spiskujących przeciw niemu działaczy Związku Plastyków.

Potem okazało się, że Kantor biegał do położonej w bocznej malutkiej sali kawiarenki, w której siedziała sobie cicho jakaś parka.

Z tym zawłaszczaniem cudzych osiągnięć rzeczywiście było niedobrze. W latach osiemdziesiątych pojawił się w polskim teatrze reżyser – pomińmy nazwisko – który dosłownie kopiował teatr Cricot 2. U mas ludowych teatr uzurpatora cieszył się dużym powodzeniem i estymą. Ale znaleźli się uczciwi krytycy, którzy wytknęli młodemu reżyserowi, że nie jest oryginalny, że jest zaledwie niedoskonałym kopistą. Wtedy ów młody człowiek oświadczył publicznie, że to co robi, robi świadomie, bo czuje się kontynuatorem sztuki teatru Tadeusza Kantora.

Na takie brewerie zagregował ostro sam Kantor. W „Życiu Literackim” napisał, że nikogo nie upoważniał do twórczej kontynuacji. I czegoś takiego on, Tadeusz Kantor, sobie nie życzy i wyprasza sobie.

Jest faktem, że wielu próbowało go naśladować. Ale ich spektakle były jak jarmarczne karuzele, przy metafizycznej maszynie życia i przemijania Tadeusza Kantora.

Co ja robię w tym akademickim teatrze?

W roku 1976 krakowska Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna obchodziła jubileusz 30-lecia, oczywiście w Teatrze im J. Słowackiego. W związku z tym jubileuszem warte odnotowania są dwie anegdoty. Pierwsza z nich dotyczy także Tadeusza Kantora.

Jakim sposobem organizatorom jubileuszu udało się namówić Kantora do zaprojektowania dekoracji – nie wiadomo. Dość, że zgodził się i wykonał wspaniałą pracę. Wielka scena teatru wznosiła się trzema wielkimi, na całą swą szerokość, podestami, obitymi czarną sceniczną podłogą. Na podestach Kantor ustawił kilka stylowych stolików – z różnych epok – wraz z pasującymi do nich stylistycznie krzesłami. Aktorzy, absolwenci dzisiejszej Akademii Teatralnej siedzieli przy tych stolikach. W odpowiednim momencie, kolejna z aktorek, kolejny z aktorów wstawali od stolików, przechodzili ku proscenium i deklamowali fragmenty „Pana Tadeusza”.

Z opisu niby nic wielkiego, ale ileż było wspaniałego malarskiego rytmu w tej przestrzeni. Ileż nastroju w światłach…

Jubileusz przebiegł udanie, bo też najwspanialsi polscy aktorzy – jak się okazało – byli absolwentami krakowskiej uczelni.

Tylko Tadeusz Kantor chodził w kulisach sceny, bardzo zdenerwowany i bezgłośnie coś do siebie mamrotał. Naraz przystanął i tłukąc głową w belkę konstrukcji szeptał:

– Boże, Boże co ja robię w tym akademickim teatrze?

Druga jubileuszowa anegdota jest związana z Jerzym Bińczyckim.

Przedtem jednak trzeba powiedzieć, że każdy z aktorów, zanim zaczął mówić swój fragment „Pana Tadeusza” dedykował występ którejś z profesorek, z profesorów. Gdy nadszedł czas Bińczyckiego, ten dostojnie wyszedł na przód sceny, skłonił uroczyście głowę i powiedział:

– Szkolnej Komisji Dyscyplinarnej, poświęcam.

A potem zaczął, zupełnie a propos:

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!

Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,

A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy

O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy…

 

 

 

Mniej lub bardziej wnikliwe obserwacje WALTERA ALTERMANNA: Codzienne zaskoczenia

Codzienność przynosi liczne zaskoczenia. Komu nie niesie, ten oczy i uszy ma zamknięte. Oto kilka drobiazgów, które same do mnie przypłynęły z informacyjnym szumem kilku ostatnich dni.

Szanowanie starszych to podstawa naszego polskiego wychowania. Nawet tych, którzy sami się szanują. Co prawda nie wszyscy starcy są godni szacunku, ale trudno… Szanować nie zaszkodzi.

Cna staruszka

Złośliwość podpowiada mi też, że przecież starzy idoci biorą się z młodych idiotów, bo nikt, kto za młodu był mądry, idiocieje dopiero na starość. Głupolami rodzimy się i umieramy. Niemniej mam dużo szacunku dla starszych, szczególnie nieznajomych, bo z góry nie zakładam, że każdy starszy to głupek.

Stoję karnie na przystanku, oczekując na autobus. Naraz pojawia się mocno starsza pani, tak koło osiemdziesiątki. Schludnie ubrana, miły wyraz twarzy. I zaczyna czytać rozkład jazdy. Ale nie jest z lektury zadowolona, więc pyta współnieszczęśników komunikacji miejskiej – jak ma dojechać na pocztę. Słucham, patrzę i dochodzi do mnie, że starsza pani nie wie, gdzie jest ta poczta. Więc wkraczam i pytam o konkrety.

– Tak dokładnie to nie wiem, bo ja na pocztę nie chodzę – odpowiada – ostatnio byłam z siedem lat temu. Ale gdzieś tam na Lutomierskiej – mówi.

Lutomierska długa, więc mówię:

– Tam, po drugiej stronie ulicy, ma pani autobus 99. Niech pani pojedzie dwa przystanki, wysiądzie i zapyta. Jak będzie daleko, to wsiądzie pani w tramwaj 2A i dojedzie pani.

– Dziękuję panu – mówi starsza pani. – Bo wie pan, z tego wszystkiego to się człowiekowi wszystko w głowie poje.ie.

Zamarłem z zaskoczenia, ale ona mówi jeszcze tak:

– No, panie, poje.się czy nie?

– Poje.ie się – odparłem zgodliwie.

A co miałem zrobić? Zwracać jej uwagę na niestosowność takiego wyrażania się? Staruszcze pod osiemdziesiątkę? No, i chciałem być dla niej miły…, że taki swój chłop ze mnie.

Murzyn kontra swój

Wchodzę do apteki. W środku, przede mną jest tylko jedna kobieta – w średnim wieku – która właśnie wiedzie ostry spór z „magistrem”. Magister jest czarnoskóry, ale dobrze mówi po polsku. I słyszę, że chyba po raz któryś tłumaczy kobiecie, że jej recepta jest już przedawniona.

– Ale jak przedawniona?

– Bo receptę może pani zrealizować jedynie przez miesiąc od jej wystawienia, a pani recepta ma już cztery miesiące.

– To ja poproszę z kierownikiem – mówi kobieta.

Po chwili z zaplecza pojawia się kierowniczka. I powtarza, że recepta jest już nieważna. Kobieta wychodzi, ale kiedy jest już przy drzwiach, odwraca się i mówi:

– Ja wiedziałam, że tu nic nie załatwię, bo tu pracuje murzyn!

Mistrzostwo propagandy

Oglądam program o wojennych fabrykach w czasie II wojny światowej. I zaskakuje mnie informacja jak bardzo USA pomogły sprzętowo ZSRR. Okazuje się, że ogromne ilości czołgów, samolotów i samochodów ciężarowych, których w czasie wojny używali Sowieci pochodziła właśnie z Ameryki. Ogółem do 1945 roku, do Związku Radzieckiego trafiło z USA ponad 11.000 samolotów, ponad 7.000 czołgów, kilkaset tysięcy pojazdów mechanicznych oraz prawie 2 mln ton zaopatrzenia różnego typu.

Coś tam wiedziałem o tej pomocy, ale nagle dotarło do mnie, że na żadnym sowieckim filmie z czasów wojny nie widziałem tego amerykańskiego sprzętu. Sowieci po prostu filmowali jedynie swoje maszyny. Nie chcieli się przyznać, że brali pomoc od ojczyzny światowego kapitalizmu, od wuja Sama. Ale przecież brali.

Owszem, ZSRR sumiennie zapłacił za tę pomoc złotem wydobywanym poprzez zeków na Syberii, ale czy Amerykanom podziękował? Tego nie jestem już pewien. Chyba nie, a już na pewno niewiele o tym w ZSRR mówiono. I chyba dzisiejsi Rosjanie też nie wiedzą o tej pomocy. Oni są nad wyraz ambitni, nawet kosztem prawdy, co zresztą widać i teraz.

Prostactwo i chamstwo

Jak każdy oglądający telewizję, narażony jestem na nie tylko na treści płynące z reklam, atakowny jestem też ich formą i propagowaniem w reklamach prostactwa i chamstwa. Przykłady? Proszę bardzo.

Przykład 1.

Dwóch mężczyzn rozmawia o zdrowiu. Pierwszy pyta:

– Jak tam twoje kolana?

– Martw się o siebie – odpowiada drugi.

Dlaczego tak? Co chcieli przekazać – poza nazwą leku na dolegliwości kolan – producenci tej reklamy? Nie wiem. Może tak według nich wygląda rozmowa dwóch twardych mężczyzn? Gdyby ktoś ze znajomych mnie tak potraktował, natychmiast przestałby być znajomym.

Przykład 2.

Reklama samochodu. Młody mężczyzna, chcąc się pochwalić nowym samochodem, mówi do ojca:

– Widziałeś takie auto tato?

I co odpowiada dobry ojciec, który powinien się cieszyć, że synowi dobrze się wiedzie? On mówi, okropnym, chrapliwym, odpychającym głosem.

– A takie widziałeś?

I pokazuje synowi własne, lepsze auto.

Co łączy oba te dzieła? Promowanie knajactwa, prostactwa i brutalności. To mamy w reklamach, zamiast ludzkich stosunków, ludzkich uczuć, serdeczności, współczucia oraz dumy z syna. Taki ma być wzór mężczyzn w Polsce początków XXI wieku? A może sami „reklamodawcy” wywodzą się z takich środowisk?

Rozmowy są najważniejsze

Po dłuższym nieczytaniu gazet papierowych, kupiłem sobotnio-niedzielny magazyn „Gazety Wyborczej”. I w pociągu przestudiowałem go „od deski do deski”. Powiem, że lektura jest przygnębiająca. Okazuje się, że liczni rozmówcy dziennikarzy nie mogą już dłużej żyć w kraju takim jak Polska. Co im przeszkadza? Nietolerancja, zaściankowość i wstecznictwo. I to głównie w sprawach wolności seksualnych obyczajów. Jest nawet artykuł, wywiad z osobą, która żyje w „związku otwartym”, który sprowadza się do tego, że ona i mąż akceptują innych partnerów. A ona nawet się cieszy, gdy mąż wychodzi na nocną randkę. Dla tej pani, wielość partnerów, to wielość rozmów z interesującymi ludźmi. Rozmowy z partnerami są najważniejsze – zapewnia interlokutorka gazety. Czyżby znaczyło to, że bez seksu ta pani nie rozmawia?

Nie jestem wstecznikiem, wiem, że takie związki od wieków były, są i będą. I jeżeli uczestnikom takich „stadeł” jest z tym dobrze, to niech tak sobie żyją. Jeżeli jednak „Gazeta Wyborcza” przedstawia różne odejścia od normy jako wyższe niż „klasyka” seksualna, to mam pytanie. Czy mamy do czynienia jeszcze z walką o tolerancję i akceptację – za czym jestem – czy już z propagowaniem mniejszości kosztem większości?

 

JAN TESPISKI: Czego Jakub Rotbaum nie czytał oraz o przegranej walce z biologią (15)

Bohaterów tej anegdoty jest dwóch. Pierwszym jest Jakub Rotbaum (1901 – 1994), żydowski reżyser teatralny i malarz. Rotbaum – przed wojną był znanym i cenionym reżyserem teatrów żydowskich, także reżyserem filmów w języku jidisz. Był dla kultury żydowskiej w Polsce osoba cenną. Jednak polski teatr znał słabo, żeby nie powiedzieć, że wcale go nie znał. Drugi z bohaterów to Józef Gruda (właśc. Witold Kościałkowski 1916 – 1981). Jego rodzicami byli podpułkownik Marian Zyndram-Kościałkowski, jeden z czołowych polityków dwudziestolecia międzywojennego, premier Rzeczypospolitej w latach 1935-1936, i Anna z Krysińskich. Siostra, Maria Kościałkowska, to aktorka krakowskich teatrów. Gruda swój teatralny życiorys zaczął pisać jako kierownik literacki teatrów, kończył jako reżyser.

Gruda był po wojnie, latach 1953-54 był kierownikiem lierackim Teatru Polskiego w Bielsku Białej, w latach 1954-56 Teatrów Dramatycznych we Wrocławiu. A dyrektorem i reżyserem tych teatrów był właśnie Rotbaum.

Wrocław był zniszczony, teatry dosłownie powstawały na gruzach. Gruda sypiał w sekretariacie Teatru Polskiego. Pewnego dnia między Rotbaumem a Grudą odbyła się taka rozmowa.

– Pan wie, że powinniśmy wystawić coś dużego – zaczął Rotbaum. – Pan wie co to by mogło być?

– Może „Wesele”? – powiedział Gruda.

– Jakie wesele? Kogo wesele?

– Stanisława Wyspiańskiego – dopełnił informację Gruda.

– „Wesele” Wyspiańskiego…? Nie znam.

– Ja panu dyrektorowi dam tekst…

I tak się stało. Wieczorem Józef Gruda usnął na leżance w sekretariacie, ale około drugiej w nocy obudził go telefon.

– Pan Gruda? Tu Rotbaum. Ja przeczytałem to „Wesele”. Aj, aj – co to jest za genialna sztuka! Panie Gruda, my musimy to robić. Ja bardzo panu dziękuję.

Pierwszym zaskoczeniem realizacji „Wesela” przez Jakuba Rotbauma było to, że wyprowadził sztukę z „chłopskiej chaty”. I rzecz rozgrywała się w polskim pejzażu. Dugim zaskoczeniem było to, że bohaterowie jedli i pili. Pewnego dnia, na jednej z pierweszych prób Totbauma bowiem zauważył:

– A co to za wesele jak oni nie ją, nie piją…? Na weselu się je i pije.

Rotbaum w ogóle nie odniósł się do obrosłej inscenizacjami wielkiej legendy polskiego arcydramatu. Ubrał sztukę w realizm zachowań, nie tracąc jednocześnie – a może nawet wzmacniając – jej znaczenia symboliczne. Jeżeli pół wieku później Andrzej Wajda kazał aktorom swego filmowego „Wesela” jeść i pić, co wywołało głosy sprzeciwu, to musimy pamiętać, że Rotbaum był pierwszy.

Być może to wielkie wydarzenie, jakim była inscenizacja „Wesela” przez Rotbauma, jego nowe odczytanie dramatu wzięło się stąd, że – żeby tak to ująć – reżyser nie miał żadnych zobowiązań wobec swych poprzedników. Może zatem czasem warto dać w ręce ludzi spoza polskiego kręgu kulturowego nasze „rodowe srebra”. Jest szansa, że oni spojrzą na nasze dziedzictwo w sposób odkrywczy.

Dejmek kontra biologia

Starzy reżyserzy powiadają, że połowa sukcesu to trafna obsada. Jeżeli bowiem w roli walecznego bohatera obsadzimy kogoś, kto świetnie wypada w rolach zagubionych egzystencjalnych straceńców – mogą być duże kłopoty. Owszem, w czasie prób można co nieco skorygować, ale z kury nie zrobi się jastrzębia. I odwrotnie. Jedną z takich sytuacji, w której reżyser walczył z biologią aktora przedstawiam poniżej.

Akcja rozgrywa się w Teatrze Nowym w Łodzi. W czasie prób Seweryn Butrym, aktor obdarzony niskim, władczym głosem, nie bardzo realizował założenia Kazimierza Dejmka. Po kilku kolejnych dniach, gdy szło niedobrze, doszło do takiej rozmowy.

– Przecież mówiłem już wiele razy, że w tej scenie pan prosi, wręcz błaga go o załatwienie pańskiej sprawy – mówi Dejmek.

– Rozumiem, panie dyrektorze.

– No, to powtarzamy – mówi Dejmek.

Butrym wchodzi jeszcze raz, ale znowu straszy partnera, traktując go wyniośle. Dejmek przerywa.

– Czy pan mnie rozumie? Przecież mówiłem tyle razy, że jest pan w sytuacji po prośbie, a pan na niego krzyczy.

– Rozumiem, panie dyrektorze, postaram się.

Zaczynają jeszcze raz, ale Butrym nieodmiennie traktuje partnera z góry, jakby mu rozkazywał.

– Stop! – mówi Dejmek. –  Niech mi pan powie, ile pan u mnie zarabia?

– Mam pułap 5.000 zł miesięcznie, zero norm i 500 zł od spektaklu.

– A zatem tak – mówi Dejmek. – Co miesiąc pięć tysięć, pięć tysięcy… jak psu w d..ę.

Po tej uwadze Seweryn Butrym grał prawie to, czego oczekiwał reżyser. Ale zupełnie tego, o co chodziło, nie był stanie zagrać, bo jego emploi to był zwycięski, górny bohater.

Wystawa „Andrzej Gojke. Pozdrowienia z festiwalowej Gdyni. Portrety i autografy twórców polskiego filmu” w Łodzi

W Galerii Kawiarnia w Łódzkim Domu Kultury (ul. Traugutta 18) 14 października o godz. 18 odbędzie się wernisaż wystawy zdjęć Andrzeja Gojke, fotografa, sekretarza Oddziału Gdańskiego SDP. Ekspozycję można będzie oglądać do 4 listopada.

Zdjęcia, które się złożą na łódzką wystawę, Andrzej Gojke wykonał w czasie kilkunastu edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W różnych sytuacjach sportretował aktorów, reżyserów, operatorów. Na łódzkiej wystawie będzie można zobaczyć ok. 60 zdjęć, na których widnieją wybitni twórcy filmowi, m.in. Andrzej Wajda, Janusz Morgenstern, Jerzy Antczak, Janusz Zaorski, Kazimierz Kutz, Jerzy Skolimowski, Filip Bajon, Jan Jakub Kolski, Paweł Edelman, Ewa Braun, Jacek Bławut, Marek Koterski, Krzysztof Zanussi,  Allan Starski, Leon Niemczyk, Gustaw Holoubek, Małgorzata Potocka, Janusz Gajos, Witold Pyrkosz, Alina Janowska, Irena Kwiatkowska, Barbara Krafftówna, Jadwiga Barańska, Ryszard Kotys i wiele innych.

Andrzej Gojke to dziennikarz, fotoreporter, fotograf. Pracował dla wielu gazet na Wybrzeżu, współpracował też z prasą ogólnopolską. Publikował zdjęcia m.in. w „Polityce”, „Przeglądzie”, „Newsweeku” „Wprost” i „Gali”.  Zdobył liczne nagrody i wyróżnienia w konkursach fotograficznych, miał kilkanaście wystaw autorskich. Od 2013 r. jest członkiem zarządu Oddziału Gdańskiego SDP, a od 2016 r. jego sekretarzem.

Więcej o wystawie można przeczytać TUTAJ.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Na śmierć towarzysza Urbana

Zmarł towarzysz Jerzy Urban. Zbrodniarz komunistyczny, w stanie wojennym członek związku przestępczego o charakterze zbrojnym, współsprawca zbrodni na polskich niepodległościowcach i kapłanach, w tym zamordowania kapelana Solidarności ks. Jerzego Popiełuszki i Grzegorza Przemyka. W tzw. III RP przez (post) komunistów i „demokratów” uważany za autorytet, po śmierci nagrodzony spoczynkiem na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

W 2019 r. na cześć tego żałosnego starca zorganizowano imprezę na Polu Mokotowskim w Warszawie. Ogłupiona gawiedź skandowała: „Urban, Urban, Urban”. Na domiar złego impreza odbyła się w rocznicę zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Zamordowania przez czerwonych kumpli czerwonego Urbana.

Ci kumple to nie jacyś trzepakowi bandyci, tylko przywódcy komunistycznego państwa: towarzysz Jaruzelski, towarzysz Kiszczak et consortes. Bo komunizm w Polsce istniał (doprecyzowując: został nam narzucony siłą) i mordował. Oczywiście mordował nie komunistyczny system, ale jego ludzie. Jedni mordowali, inni tym zbrodniom zaprzeczali, czyli kłamali. W panteonie czerwonych kłamców poczesne miejsce zajmuje właśnie Jerzy Urban.

Przypomnijmy zatem mądrzejszym (bo ogłupiona gawiedź i tak nie pojmie), co to za jegomość, a lepiej powiedzieć – bolszewicki drań. Bo Urban to propagandysta wojny polsko-jaruzelskiej, którego nieprzypadkowo senator Bender nazwał „Goebbelsem stanu wojennego”. To gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” likwidowali Polaków, w tym księży. Nie tylko Jerzego Popiełuszkę, ale i Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca, Sylwestra Zycha. Ci trzej niezłomni kapłani zginęli w 1989 r.

Jana Pawła II zamordować nie zdołali, choć on był głównym celem. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie. A kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso”? Właśnie Urban.

Bo Urban był nie tylko rzecznikiem „polskich” bolszewików, ale też jednym z decydentów ich polityki w stanie wojennym. Jego twórców sąd w III RP nazwał związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Urbana też – choć na ławie oskarżonych nie zasiadł. No bo kto na miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu”? Kto rok wcześniej namawiał Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu propagandowego, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO?

A dzisiejszym komunistom, dla których ów czerwony Goebbels jest guru, przypomnę, jak kłamał o homoseksualistach prześladowanych przez jego kolegów z MSW w ramach akcji „Hiacynt”.

W tzw. III RP miejsce Jerzego Urbana – „Goebbelsa stanu wojennego”, powinno być nie na imprezie w knajpie, ale w więzieniu. Powinien tam trafić jako główny propagandysta czerwonych bandytów na szczytach komunistycznej władzy. To się nie udało w jego przypadku i większości innych czerwonych drani.

Dlatego nie cieszę się, że Jerzy Urban zmarł, bo zmarł nieosądzony. A na koniec Powązki – gdzie położy się w rodzinnie grobie. Kiedyś nekropolia chwały polskiego oręża. Dziś cmentarz komunalny dla komuny. Zbrodniarze obok „Łączki” i kwater powstańczych.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Nie odbierzesz mi pogardy

Był stan wojenny, byłem dzieckiem, ale pewne rzeczy już rozumiałem. Pamiętam doskonale, atmosferę stężonej pogardy. Tak, pogardy. Zawsze, kiedy w telewizorze w czasie stanu wojennego pojawiała się nalana twarz Urbana skądś wypełzała wszechogarniająca pogarda, która otaczała kanalię kokonem. Zwykli ludzie, ludzie, którzy umieli odróżniać dobro od zła oczywiście brzydzili się Urbanem. To było naturalne, jak oddychanie.

W czasach przedinternetowych, w czasach dwóch kanałów telewizyjnych cotygodniowe konferencje prasowe rzecznika komunistycznego rządu były także jakąś perwersyjną rozrywką. Obserwowałem go i nigdy, przysięgam nigdy, nie dostrzegłem w nim żadnego błysku, żadnej inteligencji, żadnego polotu. Co najwyżej był dość sprawny. Co najwyżej.

Nielot

Szpetny pingwin machający skrzydełkami nadaremno próbujący zerwać się do lotu. Stworzony do kąpieli w kloace, nie do szybowania. Zresztą kloaka to był jego wybór i wkrótce naturalne środowisko. Odczytywał z kartki, przed reporterami ze świata, często dukając, jak uczniak, tak nieprawdopodobne brednie, tak oderwane od rzeczywistości, że w pewien sposób było to zjawiskowe. Tak. Kreatura w czystej postaci na usługach zbrodniczego reżimu. Oczywiście kreatura moralna, ale także fizyczna, co miało pewne znaczenie nawet dla Jaruzelskiego, który przez długi czas nie mógł zaakceptować tego monstrum. Niski, bardzo brzydki grubas z groteskowo odstającymi wielkimi uszami był przedstawiany przez Polaków na rysunkach i małych rzeźbach jako tyłek z uszami. „Widziałeś pupę z wachlarzami?”I wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Odtrutka na komunę

Tak społeczeństwo próbowało odreagować trutkę sączoną przez komunistów. Bo tylko tak mogło. Urban, czyli nikt do wynajęcia. Nie mam wątpliwości, że gdyby ta kanalia była dziś na usługach Putina, to właśnie oświadczałaby światu, że w Buczy Ukraińców mordowali Ukraińcy. Nie mrugnąłby nawet okiem. Odnosiłem wrażenie, że w tych regularnych kłamstwach przed kamerami ze świata, ten wszechstronnie brzydki dziennikarz z socjalistycznej rodziny postanowił mścić się nad światem może za swój los, który w najważniejszej części wybrał sobie sam.

Pan świnia – nie śmieszny dziadzio

Nie chcę uprawiać taniej psychologii, ale mottem życiowym Urbana było „Nie tylko ja jestem świnią”. Tak, nie tylko ty, ale tylko ty chciałeś nią być i nią zostać. Czemu o tym piszę? Czemu w ogóle poświęcam tej kreaturze czas? Żeby nie wygrał po śmierci, żeby postawić go we właściwym miejscu, żeby radosna narracja młodych, głupich lewaków, że to był taki śmieszny dziadek, który dokładał innymi nie przesłoniła tego co najistotniejsze. Urban nie był żadnym śmiesznym dziadkiem. Był prawą ręką komunistycznych zbrodniarzy i morderców. Był ich świadomym narzędziem.

Pramowa nienawiści

To on osobiście przygotował grunt pod zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki, to on na niego szczuł posługując się w swoich publikacjach fałszywymi nazwiskami. Na miesiąc przed uprowadzeniem i zamordowaniem księdza Jerzego, Urban na łamach warszawskiego tygodnika „Tu i Teraz” pod pseudonimem Jan Rem pisał o mszach świętych odprawianych przez Popiełuszkę jako „seansach nienawiści”. Wszyscy wiedzieli, że Rem to prawa ręka Jaruzelskiego, Urban. Ksiądz Popiełuszko odpowiedział na ten paszkwil w swoim kazaniu: „Pan Jan Rem, chociaż wszyscy wiemy, kto tchórzliwie kryje się pod tym pseudonimem, pozwolił sobie na bezkarne plucie w sposób wyjątkowo prymitywny na tysiące ludzi gromadzących się w powadze, aby modlić się za Ojczyznę. Nie zabierałbym głosu, gdyby to był paszkwil na mnie osobiście. Kieruję się bowiem w życiu zasadą, że nikt nie jest w stanie mnie obrazić, ale czuję się w obowiązku zabrać głos, gdy ktoś ubliża społeczności kościelnej i wchodzi z brudnymi butami w sfery misterium Kościoła, ofiary Mszy Świętej. Już samo nazywanie liturgii Mszy Świętej, cytuję: „seansem nienawiści”, „sesją politycznej wścieklizny”, „czarną mszą i zbiorową histerią”, świadczy wystarczająco o tym, że autor paszkwilu jest gorliwym sługą szatana, ojca nienawiści.” Po podrzuceniu przez esbeków księdzu Popiełuszce ulotek i matryc do mieszkania, Urban w 1983 roku napisał paszkwil w „Expressie Wieczornym” pod tytułem „Garsoniera obywatela Popiełuszki”. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z kłamstw, które współwymyślił i rozpowszechniał. Tekst podpisał nazwiskiem dziennikarza Michała Ostrowskiego, potem Urban udawał, że tego nie pamiętał. Tyle, że żaden Michał Ostrowski nie pracował w „Expresie Wieczornym” …

Pogarda

Po tak zwanym zakończeniu komunizmu, do którego w Polsce po 1989 nigdy nie doszło, Urban świetnie znalazł się w biznesowej rzeczywistości wykorzystując na łamach swojego tygodnika wszystkie możliwe esbeckie znajomości i kwity. Swoją dewizę życiową „Nie tylko ja jestem świnią” realizował tam z wielkim powodzeniem. Nie ma we mnie grama zachwytu nad jego rzekomymi umiejętnościami przedsiębiorcy. Jest złość, że nie rozliczyliśmy tego bezczelnego Goebbelsa stanu wojennego, że opuściliśmy sprawiedliwość i pamięć po ofiarach komunistów myśląc, że jesteśmy miłosierni. Nie, nie byliśmy miłosierni, byliśmy słabi, byliśmy frajerami, daliśmy się jak dzieci ograć zbrodniarzom, którzy grali nam widowiskowo na nosie. Wiem, gdzie jest miejsce Urbana, wiem, gdzie jest miejsce bałwanów relatywizujących tę kanalię. Mam dla was prezent, wieczną pogardę.

MARIA GIEDZ: Gedania, to więcej niż klub sportowy

Aż nie chce się wierzyć, ale od 1922 r., praktycznie bez przerwy do dzisiaj, istnieje w Gdańsku klub sportowy o nazwie Gedania (od 2006 roku: GKS Gedania 1922). Ktoś mógłby powiedzieć, że to żaden ewenement. Tylko że Gedania była polskim klubem sportowym w mieście, które mocą Traktatu Wersalskiego podpisanego 28 czerwca 1922 r., stało się dziwnym tworem o nazwie Wolne Miasto Gdańsk, gdzie Polaków traktowano marginalnie.

Dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku, fot. M. Giedz

Klub powstał 15 sierpnia 1922 r. Minęło właśnie 100 lat jego istnienia i z tej okazji Radio Gdańsk zorganizowało niezwykle interesującą debatę, która bynajmniej nie dotyczyła tematyki czysto sportowej. Wręcz przeciwnie rozmawiano o Polakach, a przede wszystkim o duchu polskości, który dzięki Gedanii był „pielęgnowany” nawet w najtrudniejszych czasach, a tylko w tle pojawiał się wątek sportowy. To była znakomita lekcja polskiej historii, a poprowadzili ją znawcy dziejów Pomorza i Gdańska, które w rzeczywistości nigdy nie było miastem niemieckim, chociaż Niemcy od stuleci roszczą sobie do niego prawa. Uczestnikami panelu byli: dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku i dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Gdańsk zawsze był miastem wielokulturowym, ale nie był niemiecki, chociaż większość jego mieszkańców znała ten język i posługiwała się w najróżniejszych instytucjach.

Dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, fot. M. Giedz

Gdańsk okresu międzywojennego

– W Gdańsku nieprzerwanie funkcjonowała dynamiczna mniejszość polska, która przetrwała okres zaborów i była aktywna w okresie szturmu Hakaty (Niemiecki Związek Marchii Wschodniej – niemiecka nacjonalistyczna organizacja działająca w latach 1894-1934) na przełomie XIX i XX wieku – tłumaczył Grzegorz Berendt. Na obszarze, który od 1920 tworzył Wolne Miasto Gdańsk, aktywni i świadomi Polacy nie byli zbiorowością zbyt liczną. Stanowili zbiorowość kilkunastu tysięcy osób, ale byli zorganizowani i wydawali własną prasę. Wyróżniali się i nie obawiali się mówić o swojej tożsamości, występować wobec władz, nawet w okresie, kiedy była dominacja państwowości niemieckiej, po zawieszeniu broni w listopadzie w 1918 roku, a przed wejściem w życie postanowień traktatu wersalskiego na początku 1920 roku. W tym trudnym okresie, wypełnionym walkami politycznymi i przelewem krwi, kilkanaście tysięcy Polaków mówiło o swoich aspiracjach i marzyło o tym, żeby Gdańsk znalazł się w wolnej Polsce.

Dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, fot. M. Giedz

Wśród polskich mieszkańców Gdańska, jak wyjaśniał Janusz Trupinda – byli bankowcy i przemysłowcy, była inteligencja, ale większością była ludność pracująca fizycznie, pracownicy portowi, ludność niezamożna. Dla nich Gdańsk jest polskim miastem – nigdy nie zaakceptowali tego rozwiązania, które my nazywamy Drugim Wolnym Miastem Gdańsk (pierwsze, to autonomiczne terytorium w latach 1807-1814). Polacy nie lubili, kiedy nazywano ich mniejszością narodową. To wyszło później przy pierwszych igrzyskach Polaków z zagranicy w Warszawie.

Sytuacja Polaków mieszkających w Wolnym Mieście Gdańsku była trudna nawet przed dojściem do władzy Adolfa Hitlera – podkreślał Michał Pacześniak, moderator dyskusji. – Już w latach dwudziestych Niemcy starali się dominować w mieście i ograniczali prawa Polaków.

– Wolne Miasto Gdańsk pod względem struktury politycznej było Rzeszą w miniaturze – mówił Berendt. – Była to kopia struktury politycznej: od radykalnej lewicy, przez socjaldemokrację, partię katolicką centrum, partie mieszczańskie, po nacjonalistów. Niezależnie od tego, czy mówimy o internacjonalistycznej lewicy niemieckiej, czy o konserwatywnych nacjonalistach, wszyscy potępiali i krytykowali oderwanie terenu Gdańska od Rzeszy. Postulowali zjednoczenie z niemiecką ojczyzną. Dążyli wszelkimi sposobami, by jak najbardziej ograniczać polskie życie i aktywność na tym terenie, w granicach prawa. W latach 1922-1933 było bardzo trudno. Po maju 1933 przez pewien czas, paradoksalnie, było trochę łatwiej. Wszystkie ugrupowania w Gdańsku z determinacją starały się nie dopuścić do tego, by pojawiła się większa liczba Polaków, posiadających prawa polityczne. Te dwadzieścia tysięcy ludzi z Polski wniosło nowy element dynamiki, ale ci ludzie nie mieli praw publicznych, by na terenie Wolnego Miasta Gdańska zmienić cokolwiek w sposób demokratyczny. Żywiołem dominującym, również w okresie demokratycznym, były niemieckie ugrupowania, które kierowały się takimi, a nie innymi priorytetami.

Deklaracja polskości

– Jeszcze przed powstaniem Wolnego Miasta Gdańska, zaczęło działać Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, był to rok 1894 – kontynuował Trupinda.

Założeniem owego towarzystwa było wzmacnianie polskiej tożsamości narodowej poprzez sport, który, jak mówił Trupinda, nie zawierał w sobie pierwiastka rywalizacji. Założycielom „bardziej chodziło o współdziałanie, wspólne uprawianie sportu, budowanie umiejętności, które później mogłyby się przydać w budowaniu polskiego państwa”. Jednak dla młodych ludzi, zwłaszcza tych z sekcji piłkarskiej, rywalizacja była ważna. Doszło więc do odłączenia się owej sekcji z Towarzystwa. Jednak funkcjonowanie samodzielne nie było łatwe. Młodzi ludzie nie mieli miejsca do treningu, nie mieli pieniędzy i nie miał ich kto trenować. Zdeterminowali postanowili założyć klub sportowy, a był to rok 1922. Nazwali go Gedania od nazwy sekcji piłkarskiej.

Karol Nawrocki podkreślał, że Gedania powstała na wartościach polskich „Sokołów”, niestety w atmosferze niechęci do Polaków. W wielu środowiskach, głównie niemieckich mówiło się, że: „Polacy nie zasługują na swoje państwo, niezależnie od zmieniającej się struktury państwowej”.

– Gdy spojrzymy na książki myślicieli z drugiej połowy XIX w. czy na słownik zwrotów polsko-pruskich, to zobaczymy, że tam Polak jest człowiekiem drugiej kategorii, przeznaczonym do tego, aby służyć niemieckiemu panu, a to jest druga połowa XIX w. – mówił Nawrocki. – Hitler w sposób synkretyczny właściwie, taki mało twórczy, ale bardzo polityczny to pozbierał i realizował, ale nastawienie Wolnego Miasta Gdańska, jego władz i samych Niemców wobec Polski, było w moim uznaniu konsekwentnie antypolskie. Gedania, która znaczyła Polska, miała problemy z rozwijaniem się, to było też pewną wypadkową polityki geopolitycznej i relacji dyplomatycznych pomiędzy II Rzeczpospolitą i III Rzeszą, a wcześniej Republiką Weimarską. Pewnie, gdybyśmy weszli w te szczegóły, to zobaczylibyśmy różne temperatury tych emocji, ale z jedną stałą i niezmienną, to znaczy Polska i Polacy stanowią partnera drugiej kategorii, niezależnie od zmieniających się organizmów państwowych i nazw. Gedania zbudowana na fundamencie „Sokoła” była klubem, który jednoczył ludzi, nie tylko ze skłonnością do sportu, do wielu dyscyplin, ale przynależność do niego była deklaracją polskości.

Dodał też, że – sport w latach 20. i 30. był jednym z przejawów aktywności. Na zdjęciach przechowywanych w bibliotece PAN w Gdańsku widzimy pięknie przyozdobione domy w środku miasta, widzimy Polaków manifestujących 11 listopada i 3 maja, którzy byli pod biało-czerwonymi flagami i swoimi transparentami. Harcerze byli w mundurach, harcerki i młodzież akademicka w swoich strojach. Oni szli w sposób zorganizowany i nie bali się okazywać swojej polskości wobec niemieckiej, 90 proc. większości. Oni ją manifestowali. To była mniejszość, ale niezwykle dynamiczna, silna i zdeterminowana.

Warto jeszcze dodać, że mimo wielu przeciwności i ogromnej niechęci Niemców wobec Polaków Gedania i jej stadion była miejscem otwartym dla wszystkich, z którego mogli korzystać m.in. członkowie żydowskiego klubu Bar Kochba, wyrzuceni ze stadionów i sal gimnastycznych zarządzanych przez kluby niemieckie.

Mała Polska w Gdańsku

Gedania miała swój stadion wybudowany w latach 20. XX w., a mieszczący się u zbiegu dzisiejszych ulicy Tadeusza Kościuszki i Alei Legionów. Karol Nawrocki nazwał ten stadion „sanktuarium polskości i Polaków, którzy bili się o wolną Polskę i jej służyli”. Dawniej o tym stadionie mówiło się, że to „Mała Polska w Gdańsku”. Bowiem jest jednym z najważniejszych symboli polskości obok Westerplatte i Poczty Polskiej.

– Ten stadion był miejscem wielu polskich manifestacji – wyjaśnia Janusz Trupinda. –Są zachowane dokumenty, jest zachowany film, na którym można zobaczyć dumnych Polaków, którzy u siebie, na tym kawałku Polski demonstrują swoją polskość i prezentują się z jak najlepszej strony. Gedania była klubem rodzinnym. Utrzymała swój wielosekcyjny charakter, który nie mógł rywalizować z Lechią, Stoczniowcem, lecz miał swój klimat.

Dzisiaj stadionu właściwie nie ma. Jest w opłakanym stanie. Teren znalazł się w rękach chyba największego dewelopera budującego w Gdańsku – spółki Robyg 18, w której ponoć – jak można wyczytać na portalu Gdańsk Strefa Prestiżu – były prezydent Gdańska Paweł Adamowicz miał w 2017 r. 37 tys. akcji.

– Zagospodarowanie tego miejsca z odpowiednim szacunkiem i rozmachem architektonicznym, a także uszanowaniem przeszłości tego miejsca jest wielką szansą dla Gdańska – stwierdził Janusz Trupinda. – To nie powinien być teren, który zabudujemy w sposób standardowy. Powinniśmy potraktować go szczególnie i dać świadectwo naszej czci tym ludziom, którzy zginęli, ale i tym wszystkim, którzy z Gedanią byli przed wojną związani.

A tak na marginesie, zawodnicy Gedanii uczestniczyli w dziesięciu Olimpiadach, zdobywali Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy…

 

Po raz kolejny STEFAN TRUSZCZYŃSKI ostrzega: Lizusostwo szkodzi!

– Są na sali wójtowie, niech wstaną i poświadczą – zaordynował prowadzący spotkanie z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w Kołobrzegu. Chodziło o to, że samorządy dostają jednak pieniądze od rządu. I dwie sieroty, po chwili wahania wstały. Kamera pokazywała ich od tyłu, więc nie widzieliśmy zażenowania, które na pewno było. Prezes szybko zmienił temat, chyba też mu było głupio. Meetingi powiedzmy przed wyborcze to zawsze sztampa organizacyjna. Ale okazuje się, można je zmieniać. Oczywiście zależy to przede wszystkim od głównego bohatera tych spotkań.

Na spotkaniu we Wrocławiu prezes PiS pokazał jakby nową twarz. Mówił o dwóch kaczorach (jeden to Donald), o sobie jako zawodniku NBA. Dystans i żart. Ktoś dobrze doradził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nawet najtrudniejsze sprawy można omawiać bez zbędnego naburmuszenia. A tak zwykle politycy robią. Anegdota i luz lepiej trafiają. Cały występ polityka robi się ciekawszy i lepiej skupia uwagę.

Sytuacja powtórzyła się w sobotę 1 października. W Koszalinie i właśnie w Kołobrzegu. Było o wszystkim co najważniejsze – w kraju i za granicą. A dużo tego się dzieje. Rozmowy te transmitowane na cały kraj są ważne. Jeśli prowadzone są płynnie wcale nie potrzeba „pytacza”. Takowy na ogół zabiera czas i.… mizdrzy się do notabla.

Tym razem jednak wykonał taką robotę prowadzący spotkanie. Na inicjowane przez niego okrzyki sali: „Jarosław, Jarosław, prezes poprosił, aby już nie skandować: „Wiem jak mam na imię”. I lizusowskie działania ustały. Wymyślono także, że na koniec będą pytania z sali. I słusznie. A dlaczego te pytania nie są zadawane bezpośrednio przez uczestników spotkania. Zaprosiłbym taką osobę do stolika, podał rączkę i wysłuchał. A tu nie. Prowadzący ma pytania na karteczkach i odczytuje. Po cholerę taka forma cenzurowania. Inteligentny żadnej pracy i pytań się nie boi. Bo i czego ma się bać? Jeśli czegoś nie wie, to zwyczajnie mówi, że zapyta branżowego ministra i odpowie. I tak się zdarzyło.

Spotkania są potrzebne. Nie tylko dla tej grupki wybranych. Ale wiedza na bieżąco co władza myśli, co planuje i jak się tłumaczy z niedoróbek to ważne. To co jest, co się dzieje sami wiemy. Oczywiście trochę ważnych wskaźników i liczb istotnych w sprawach gospodarczych też się należy.

Występowanie w telewizji to bardziej zdobycie się na maksymalną szczerość i prostotę (nie mylić z prostactwem) w zachowaniu. Reżyserzy i różne usłużne przydupasy, choćby nie wiem, jak się starali, sprawy nie załatwią. Kaczyński też użył zwrotu: „Jaki jest koń, każdy widzi”. Oczywiście miał nam myśli swojego głównego adwersarza. Ale nie jeździł po nim jak po łysej kobyle. Powiedział co myśli, ale spokojnie.

I tak jest lepiej. Lepiej i skuteczniej. Krzykacz krzyczy, bo się boi. To strach podsuwa pomysły o brutalnym atakowaniu. To brak argumentów i zaprzaństwo powodują odwracanie kota ogonem i zaprzeczanie tego co się przed chwilą publicznie rzekło. To takie struganie głupa. Pinokio się przypomina. Nos wydłuża. Panie Boże chroń mnie przed głupimi przyjaciółmi. Z wrogami sobie poradzę. Usłużny partyjny wspólnik może i chce dobrze, ale psuje. Wiarygodność, nastrój. Może przesadzam, że ten obywatel prowadzący imprezę w Kołobrzegu aż tak bardzo zawinił. To dla przestrogi wobec innych: podlizywanie się w telewizji to bardzo zła metoda. Szkodzi!

TERESA KACZOROWSKA: Festiwal Mazurka Dąbrowskiego

Podczas Festiwalu Mazurka Dąbrowskiego (28-30 września 2022 r.), ponad 30 działaczy Polonii, przybyłych z kilku państw obydwu półkul świata, przybliżono Patronów 2022 Roku w Polsce i poruszono wiele istotnych spraw dotyczących emigracji polskiej. Festiwal zorganizowało Światowe Stowarzyszenie „Republika Polonia” z USA, a dofinansowała go Kancelaria Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego. Festiwal prowadziła prezes tej organizacji, mecenas Maria Szonert-Binienda ze Stanów Zjednoczonych.

Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie

Pierwszego dnia rodacy z zagranicy odwiedzili na Kaszubach dwa muzea związane z Józefem Wybickim: Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie (w jego gmachu urodził się, 29 września 1747 r., Józef Wybicki) oraz Muzeum Historyczne Generała Wybickiego w Sikorzynie (dawny dwór Wybickich, gdzie autor Hymnu Polski się wychowywał). Te dwa ciekawe muzea łączy szlak turystyczny, wśród pięknych kaszubskich jezior i lasów.

Drugiego dnia w centrum hotelowo-konferencyjnym w Turznie pod Toruniem odbyła się konferencja poświęcona Patronom Roku 2022 – Marii Konopnickiej (odczyt „Maria Konopnicka – postać, twórczość oraz jej znaczenie dla Polaków spoza kraju” wygłosiła autorka tego tekstu, dr Teresa Kaczorowska, szefowa Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP), Józefowi Mackiewiczowi (prelekcje mieli Romuald Mieczkowski i Maria Szonert-Binienda) oraz Józefowi Wybickiemu (o historii Hymnu Narodowego opowiedział Lech Makowiecki). W drugiej połowie dnia zaplanowano dwa interesujące panele: ekspercki pod hasłem „Co to znaczy być państwowcem?” z udziałem profesorów Wiesława Wysockiego i Grzegorza Górskiego oraz panel polonijny z reprezentantami polskiego rządu i działaczy polonijnych. Na zakończenie dnia prof. Ryszard Grucza przybliżył historię pałacu w Turznie (bywali w nim m.in. Fryderyk Chopin, Zawisza Czarny), a Lech Makowiecki zaprezentował swój program artystyczny.

Podkreślano, że Polonia – często  bardziej patriotyczna niż Polacy w kraju – jest dla kraju olbrzymim kapitałem i może być animatorem wizerunku Polski za granicą. Ocenia się, że jedna trzecia narodu polskiego żyje na obczyźnie, choć dokładna liczba nie jest obecnie znana. – Zamierzamy wkrótce zrobić dokładne badania o liczebności naszych rodaków w świecie, już powołaliśmy  zespół koordynacyjny – obiecał dyrektor Departamentu Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą Jan Badowski, który odpowiadał na liczne zapytania emigrantów.

Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba” w Toruniu

Ostatniego, trzeciego dnia, wybrano się do Torunia. Zwiedzono tam otwarty w 2020 r. Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba”, który oddaje hołd blisko 35 tysiącom Polakom ratującym Żydów. Jest to rozwinięcie powstałej w 2016 r. Kaplicy Pamięci Męczenników Polskich znajdującej się naprzeciwko, w Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji  i św. Jana Pawła II, gdzie później odbyła się msza św. pod przewodnictwem o. dr. Tadeusza Rydzyka w intencji Polonii, a szczególnie Światowego Stowarzyszenia „Republika Polonia”. Na zakończenie Festiwalu, w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (niepublicznej szkoły wyższej założonej w Toruniu przez o. Tadeusza Rydzyka w 2001 r. należącej do Fundacji Lux Veritatis) zaplanowano wystąpienia przedstawicieli polskich władz oraz instytucji, szeroką dyskusję oraz panel polonijny z udziałem Waldemara Gołębiewskiego z USA.

Działacze polonijni z Nowego Jorku Halina i Zbigniew Koralewscy, z Teresą Kaczorowską

Emigranci podkreślali, że dopiero od 2015 r. Polonia na świecie traktowana jest przez kraj ojczysty poważnie jako część narodu i bardziej wspierane są jej inicjatywy w dziedzinie kultury, edukacji, czy gospodarki. Z kolei minister Jan Dziedziczak, pełnomocnik Rządu do Spraw Polonii i Polaków za Granicą, prosił  rodaków w świecie o pomoc w ich krajach w obronie dobrego imienia Polski, nawoływał do jedności, zachowania języka ojczystego i kultury. – Polska i Polonia powinny być partnerami dla spraw Rzeczypospolitej – mówił.