TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Antykomunista” Tadeusz Mazowiecki

3 listopada 2013 r. na cmentarzu w podwarszawskich Laskach odbył się pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego. To bezsprzeczny fakt. 24 lata wcześniej, 12 września 1989 r. Sejm powołał rząd pierwszego niekomunistycznego prezesa Rady Ministrów w Polsce od zakończenia II wojny światowej. To nieprawda. Spieszę wyjaśnić, dlaczego.

Media głównego nurtu do dziś ukrywają informacje o Mazowieckim z lat powojennych. A ten „pierwszy niekomunistyczny premier” był wówczas gorliwym apologetą sowieckiego zniewolenia Polski, który produkował haniebne artykuły potępiające Żołnierzy Wyklętych i torturowanego przez bezpiekę biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka.

„Antykomunista” Mazowiecki pisał: „Wychowanie nacechowane podejrzliwością i wrogością wobec postępu społecznego, atmosferą środowiska społecznego rozniecającą lub choćby tylko podtrzymującą bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. bp. Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem – oto sumarycznie ujęte przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. (…) nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej i kierowały w tej działalności jego postawą”. Tym smutniejsze, że Mazowiecki znał osobiście bp. Kaczmarka.

Po 1989 r., kiedy takich obrzydliwych tekstów ani Tadeusz Mazowiecki, ani jego zwolennicy nie mogli już ukryć, „pierwszy niekomunistyczny premier” tłumaczył: „Byłem na tym procesie, miałem kartę prasową. Biskup obciążał siebie i wszystkich naokoło, i to mną wstrząsnęło. Nie spodziewałem się, że można siebie i innych tak dalece oskarżać. To było poniżające. Widziałem, że był nerwowy, ale nie przypuszczałem, że znajdował się na środkach farmaceutycznych. Niestety, uwierzyłem w prawdziwość stawianych mu zarzutów. Byłem przekonany, że Kościół w Polsce musi się odnaleźć. Dlatego po procesie napisałem artykuł, jaki napisałem”.

Żołnierzy Wyklętych oskarżał Mazowiecki – razem z Zygmuntem Przetakiewiczem – o pragnienie ugodzenia „bezpośrednio w życie gospodarcze i polityczne kraju drogą dywersji i sabotażu”. Porównywał ich z „hitlerowcami, oprawcami z Dachau, Oświęcimia i Mauthausen”. Po leninowsku usprawiedliwiał ich mordowanie: „byłoby jakąś ahistoryczną, sentymentalną ckliwością nie widzieć tego, że każda wielka przemiana dziejowa pociąga za sobą ofiary także w ludziach. Każda rewolucja społeczna przeciwstawia sobie tych, którzy bronią dotychczasowego porządku rzeczy i tych, którzy walczą o nowy”.

Późniejszy premier atakował także legalny polski rząd w Londynie, nazywając go „rewanżystowskim” i „agenturalnym”: „Ideologia lancy ułańskiej na usługach kapitalistycznej wolności zasłoniła im historyczną szansę wydobycia Polski z wielowiekowych zaniedbań cywilizacyjnych. (…) kierują się zazdrością nie mogąc znieść, że nowa rzeczywistość w Polsce tworzona jest nie przez „fraki, ale kombinezony robotnicze, nie proporczyki kawaleryjskie, ale kielnie murarskie”.

To zresztą nie jedyne prokomunistyczne teksty podobno niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Tę niewątpliwą rysę na życiorysie mógł wszakże, jako premier tzw. III RP, zmazać rzeczywistym odcięciem się nowo tworzonego demokratycznego państwa od komuny. Niestety – Mazowiecki wybrał politykę grubej kreski, a więc braku jakichkolwiek rozliczeń z przeszłością. I tak w „pierwszym niekomunistycznym rządzie od września 1939 r.” zasiadali komunistyczni aparatczycy, a nawet zbrodniarze. Czesław Kiszczak zachował z czasów PRL tekę szefa MSW, Florian Siwicki szefa MON. Czyli jaki to przełom? Antykomunizm z komunistami w rolach głównych?

To wtedy z dymem szły akta bezpieki i uwłaszczała się nomenklatura. Dlatego pierwszym rządem niepodległej Polski był gabinet Jana Olszewskiego, wyłoniony w 1991 r. w wyniku pierwszych w pełni demokratycznych wyborów, a nie na mocy kontraktu okrągłego stołu.

 

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna

Spróbuję napisać recenzję, ale – jak to u mnie notorycznie bywa – z pewnością recenzja rozwinie się w coś grubszego. Dlatego na początku przedstawię typową recenzję, a potem – już dla bardziej wytrwałych czytelników – kilka nasuwających mi się depresyjnych myśli.

RECENZJA WŁAŚCIWA

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

BALLADYNĘ zrealizowaną w Teatrze Telewizji Polskiej, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, zobaczyłem z niemal rocznym opóźnieniem, ale że mamy do czynienia z wielką klasyką naszej literatury dramatycznej, pozwolę sobie teraz odnieść się do dzieła.

Dramat Słowackiego – wbrew pozorom – nie jest do wystawienia łatwy, tym bardziej w realizacji telewizyjnej. W teatrze zespół ma jakieś 3-4 miesiące na doprowadzenie do premiery. W telewizji jest tego czasu niebezpiecznie mniej. Napisałem to, będąc świadomym kłopotów jakie czekały na pana Wojciecha Adamczyka, co musi powodować, że recenzent, w ocenie realizacji telewizyjnej, musi być trochę bardziej pobłażliwy dla efektu.

Niemniej, nie to spowodowało, że BALLADYNA w reżyserii Adamczyka. jest realizacją nieudaną. Przede wszystkim – tak sądzę – reżysera uwiodła teoretyczna łatwość wystawienia tej sztuki, będącej po trosze okrutną bajką, po trosze kopią krwawych dramatów Szekspira. Ale to złudzenie, bo Słowacki zastawił na reżysera kilka pułapek.

Żeby to jakoś przybliżyć niezbyt zaznajomionemu z tajemnicami teatru czytelnikowi, opowiem anegdotkę. Pewien mój znajomy reżyser, zaraz po studiach, otrzymawszy etat w dużym teatrze, otrzymał też od dyrektora propozycję zrealizowania ANTYGONY. Wtedy, w gabinecie dyrektor rozegrał się taki dialog:

– Bardzo dziękuję panu dyrektorowi – powiedział młody reżyser – ale czy oczekuje pan ode mnie dzieła artystycznego, czy lektury szkolnej?

Najpierw dyrektor się żachnął, ale po chwili powiedział:

– Lektury.

Obaj panowie dali tym samym świadectwo swej dojrzałości. Nie da się bowiem zarazem być odkrywcą tajemnic BALLADYNY oraz rzetelnie przedstawić, w klasyczny sposób, fabułę i dać aktorom szanse na stworzenie interesujących ról.

Myślę, że Wojciech Adamczyk nie zadał sobie pytania podstawowego: interpretuję czy rzetelnie opowiadam historię napisaną przez Słowackiego. Dlatego znajdujemy w realizacji telewizyjnej Adamczyka momenty znane już z innych realizacji oraz momenty, z których wynika, że reżyser postanowił „zaszaleć”.

Skutkiem braku decyzji reżysera co do konwencji, jednorodnego stylu dramatu mamy dosłowny galimatias stylistyczny. I z pewnością nie jest to skutkiem myślenia „neomodernistycznego”, ale zwykłego niedomyślenia sprawy.

I choć jestem fanem RANCZA, który to serial Wojciech Adamczyk tak dowcipnie i sprawnie wyreżyserował, to w przypadku BALLADYNY muszę stwierdzić, że spektakl jest niedobry, manieryczny i w żadnym względzie „nie zachwyca”. Jest jeszcze gorzej, bo oprócz wspomnianej realizacji manierycznej, zaprezentowano, obok znanych standardów tego dramatu, „pomysły własne reżysera”.

Wygląda na to, że reżyser miotał się pomiędzy szekspirowskim dramatem władzy a draką w Bronxie, czy Pruszkowie. Nie ma także jednego stylu, jednej stylistyki w grze aktorów, niewielu z obsadzonych w BALLADYNIE potrafiło skupić na sobie uwagę.            A jeszcze mniej potrafiło mówić wiersz. Chwilami odnosiło się wrażenie, że sztuka grania utworów pisanych wierszem jest aktorom nieznana. Na tle tak grającego zespołu, chlubnym wyjątkiem jawił się Krzysztof Gosztyła jako Kanclerz.

I tyle byłoby z klasycznej recenzji. Wytrwałych zapraszam do poniżej objawianych myśli recenzenta, które „naszły go” go w związku z oglądanym w telewizji dziełem.

DODATEK DO RECENZJI

O wolność dla pioruna

Gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych Włodzimierz Sokorski napisał artykuł „O wolność dla pioruna”. Był to ważny tekst ówczesnego ministra kultury i sztuki, bo kończył niejako z doktrynalnym realizmem socjalistycznym. W swoim tekście Sokorski łagodnie wyśmiewa współczesne mu realizacje klasyki, w których reżyserzy jak ognia wystrzegali się udziału mocy nadprzyrodzonych. Rozumowali bowiem tak: skoro Boga nie ma, to nie może przecież w teatrze socjalistycznym istnieć boska interwencja. Dlatego reżyserzy Balladyny uśmiercali tytułową bohaterkę nie przy pomocy pioruna, ale gotowali jej śmierć „realistyczną krytycznie”, dla przykładu, na zawał serca.

I oto, po blisko 70-ciu latach od tekstu o uwolnienia pioruna, Wojciech Adamczyk każe umierać Balladynie wskutek poślizgnięcia się na malinach, które rozrzuca na scenie Alina. Efekt jest komediowy. Miało być metafizycznie, a wyszło śmiesznie. Dlaczego Adamczykowi przeszkadzał piorun, a nie przeszkadzało widmo zamordowanej Aliny? I nie dziwiło go, że to zabita szeroko rozsypuje „owoc leśny”? Słowacki napisał, że Balladyna ginie od uderzenia piorunem, bo Bóg musiał ukarać morderczynię i dręczycielkę. I tak powinno zostać. Majstrowanie przy klasykach zawsze kończy się niedobrze. A przecież Słowacki napisał w didaskaliach: Piorun spada i zabija królowę — wszyscy przerażeni.

Królowa czy pankówa

Poważnym kłopotem tej inscenizacji jest potraktowanie przez reżysera tytułowej postaci, czyli Balladyny. Słowacki „skroił” ją na miarę wielkich heroin. Balladyna ma, według Słowackiego, wielki charakter, ale nie ma sumienia. Jest wielka w swych dążeniach, ale jest pozbawiona uczuć.

Co otrzymujemy u Adamczyka? Jego Balladyna jawi się jako przywódczyni współczesnego młodzieżowego gangu. Jest znerwicowana, pozbawiona demonicznej siły. Podejrzewam, że cały dramat oraz pani Katarzyna Ucherska, jako Balladyna, padli ofiarami reżyserskiej chęci uwspółcześnienia utworu. I jest to, niestety, maniera zbyt wielu dzisiejszych reżyserów. Na siłę, bez istotnego rozumienia sensu utworów robią wiele, by na siłę, łopatologicznie „przybliżyć klasykę współczesnemu widzowi”. Jest w tym jakieś szaleństwo. I przerażająca niewiara w widza. Przecież średnio rozgarnięty widz dostrzeże, pojmie i przyswoi sobie, że takich Balladyn, Henryków czy Konradów mamy także w dzisiejszych czasach. Czyż nie lepiej byłoby skupić się na dramatyzmie akcji, na niuansach postaci, niż poświęcać czas i energię na uwspółcześnianie, dajmy na to, Hamleta?

Jest w takiej postawie pewien arywizm, głębokie przekonanie, że świat dzisiejszy jest lepszy niż czas zaprzeszły. Niekiedy, gdy widzę takie przeróbki klasyki mam ochotę zapytać reżysera: A kto zmuszał pana do wybrania klasyki? Przecież wśród współczesnych utworów na pewno by pan coś znalazł.

Niestety do klasyki trzeba dorosnąć. Bo z pewnością nie da się jej zagrać metodą na współczesną prawdulę.

Człowiek, który dzisiaj spaliłby, lub zburzył, zabytek architektury, wpisany na listę zabytków, odpowiadałby przed sądem. Ale już zniszczenie DZIADÓW czy WESELA uchodzi płazem. Gorzej, bo uchodzi za nowatorstwo. I daje kilku nowoczesnym recenzentom okazję do zarobku, a platformom plotkarskim do pisania o twórcy w kategoriach celebryckich.

 

 

Dramatyczne pytanie CEZAREGO KRYSZTOPY dotyczące opozycji i kasty: Ktoś im dosypuje czegoś do herbaty?

Coś się dzieje. Po wyborach w 2019 roku bodaj Rafał Ziemkiewicz postulował prowadzenie terapii grupowej dla przedstawicieli tzw. „elit” na różnych poziomach, które nie są w stanie pogodzić się ani z tym, że nie są „bezalternatywne”, ani z tym, że nie mają już „rządu dusz”, bo inaczej w swoim urojeniu wyższościowym mogą ześwirować. Nikt wtedy tego postulatu nie potraktował poważnie i zapewne dlatego one, proszę Państwa, ześwirowały.

W mniejszej skali widać to na Twitterze. To znaczy akurat tam szurów nigdy nie brakowało. Groźby pobicia, sugestie, że „ktoś wie o nas coś czego sami nie wiemy”, o wulgaryzmach nie wspomnę. Osobiście wręcz przywykłem i banuję głównie tych, którzy w ten czy w inny sposób dotykają mi rodziny, lub prawdopodobnie są tam zawodowo. Przy czym, uczciwie rzecz biorąc żadna ze stron sporu nie jest od takich przypadków wolna, ale ośmielę się postawić tezę, że w takich „metodach dyskusji” absolutnie celują konta szermujące „tolerancją”, oznaczone dużą ilością flag np. LGBT czy UE i hasztagiem „SilniRazem, którzy zagryźć potrafią choćby i swojego, jeśli tylko nie wykazał się wystarczającym rewolucyjnym entuzjazmem. Naprawdę, był czas przywyknąć, ale jednocześnie w ostatnich tygodniach wyraźnie widać wzrost agresji w różnych formach.

Sympatyczni panowie chcieli zabić

W większej skali retoryka jaką zaczynają posługiwać się politycy opozycji, wydaje się, że również weszła w rejestry psychiatryczne. Dość wspomnieć „bon moty” Tuska i Siemoniaka o „silnych ludziach, którzy będą wyprowadzać”. Oczywiście rządzących. Warto podkreślić, miało to miejsce wcześniej. I jeżeli odrzucić tezę, że wszystkim tym biedakom ktoś dosypuje czegoś do herbaty, to trudno uniknąć wniosku, że może jednak słowa polityków mają swoje konsekwencje. Więcej dowodów na jego poparcie dostarczyli sympatyczni panowie, którzy zaatakowali już fizycznie biuro Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej i biuro poseł PiS Moniki Pawłowskiej we Włodawie. W obydwu przypadkach z groźbami śmierci.

Szczególny przypadek

Szczególnym natomiast przypadkiem tego zjawiska jest przypadek tzw. „nadzwyczajnej kasty”. Szczególnym być może nie ze względu na radykalizm środków, śmiercią, przynajmniej na razie nikomu nie grożą, ale szczególnym przez kontrast ze standardami, którymi TEORETYCZNIE powinni podlegać. Ja oczywiście nie mam nadmiernych złudzeń co do grupy, której niezdekomunizowane korzenie towarzyskie, naukowe i inne, sięgają bierutowskich duraczówek i morderców Żołnierzy Wyklętych, ale oni sami postrzegają się przecież jako „nadzwyczajna kasta”, szczyt stworzenia i moralne drogowskazy. A tymczasem ciężko patrzeć co się z nimi, przynajmniej z tą najbardziej widoczną częścią, dzieje.

Oto ludzie, którzy TEORETYCZNIE powinni obiektywnie kierować się prawem tworzonym przez ustawodawcę, żądają wpływu na to prawo, co stoi w sprzeczności z „monteksiuszowskim podziałem władzy”, który mają na sztandarach. Kwestionują status sędziów, którzy nie chcą chodzić z nimi w jednym kieracie, zarówno wbrew KON-STY-TUC-JI, w której powoływanie sędziów jest wyłączną prerogatywą Prezydenta, jak też w sprzeczności z wyrokami ubóstwianego trybunału Leanertsa zwanego potocznie TSUE. Co więcej, im też ostatnio wyraźnie się pogorszyło!

 Już za późno

Ci postsędziowie snują swoje wizje „usuwania” innych sędziów z zawodu w ramach dyskusji pod hasłem „Gruba kreska czy Norymberga?”. Wyobrażacie sobie? Dyskutują o usuwaniu z zawodu kolegów pod hasłem kojarzącym się z wyrokami śmierci na niemieckich nazistowskich morderców. „Moralny drogowskaz” sędzia Gąciarek daje się fotografować na tle otwarcie politycznych transparentów typu „Ziobro musi odejść”, a sędzia Kamińska, autorka określenia „nadzwyczajna kasta”, która, trzeba jej oddać, otwarcie mówiła, że „pragnie zemsty”, rozpacza w Senacie z powodu niewystarczających w jej opinii represji wobec sędziów w ewentualnej ustawie o czystkach. Jak to się ma do Art. 178 Konstytucji p. 3, według którego „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”?

Trzeba było słuchać Rafała Ziemkiewicza i przeprowadzić grupowe terapie. Teraz już za późno, ześwirują do reszty niezależnie od tego czy przegrają, czy wygrają wybory. Choć fakt, że w tym drugim wypadku mogą być bardziej niebezpieczni dla otoczenia.

JOLANTA HAJDASZ: O zapomnianych kapłanach, zakonnikach i siostrach zakonnych

Po raz czwarty obchodziliśmy 19 października Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. Co kryje się za tą dość długą nazwą? Dlaczego jest tak ważne, byśmy na moment zatrzymali się w zgiełku naszej codzienności i uświadomili sobie, jak wielki – jako naród – mamy dług do spłacenia wobec księży i sióstr zakonnych prześladowanych przez współczesne totalitaryzmy – nazizm i komunizm?

W odniesieniu do komunizmu to ciągle jeszcze jest historia pełna luk i białych plam, które mamy obowiązek wypełnić prawdziwą treścią. I koniecznie musimy zdawać sobie sprawę z tego, że jest to historia zapisana przede wszystkim w ludzkiej pamięci, w opowieściach świadków którzy znali, widzieli, rozmawiali z tymi, którzy nierzadko jakimś nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności poznali coś, co miało być ukryte. A raczej poprawię się – co ma nadal pozostać ukryte, bo wiele jest środowisk, które zabiegają o to, byśmy nie znali tego elementu naszej historii – bohaterstwa i bezinteresownego poświęcenia dla innych przez naszych polskich duchownych.

Szczególnie dotyczy to właśnie duchownych żyjących w latach stalinizmu i tzw. realnego socjalizmu, którzy nie tylko nie mieli szansy na utrwalanie i opisywanie swojej ówczesnej postawy czy dokumentowanie swoich działań, ale musieli się kamuflować i ukrywać, by przetrwać i móc funkcjonować w czasach, w których przyszło im żyć. Dotyczy to przede wszystkim zafałszowanego ustroju komunistycznego, zakłamanego pod każdym względem.

Komunizm ukrywał prawdę i nią manipulował, po to, by nie tylko zniszczyć człowieka fizycznie, ale także zniszczyć i zatruć pamięć o nim. Nie było przy tym żadnych reguł, które dają się dziś zrozumieć w prosty, logiczny sposób bez znajomości kontekstu i natury sytemu komunistycznego. Posłużę się przykładem losów dwóch wielkich duchownych niezłomnych – prymasa Stefana Wyszyńskiego i arcybiskupa Antoniego Baraniaka, aresztowanych razem, tej samej nocy z 25 na 26 września 1953 r. Ale Prymas był „tylko” – tu oczywiście cudzysłów – internowany co oznaczało, iż np. otrzymywał listy, choć nie wszystkie, paczki, choć nie zawsze i mógł czytać i pisać, pracować intelektualnie w tych tak przecież trudnych warunkach. Mógł dać o sobie świadectwo.

Jego dawny sekretarz bp Antoni Baraniak trafił do zwykłego więzienia, gdzie był bity i torturowany, a żadne listy od niego i do niego nie trafiały, gdzie nie było dostępu do książek i prawa do spaceru po ogrodzie, a rodzina nie tyle że nie mogła go odwiedzić, to nawet w ogóle miesiącami nie wiedziała, czy on żyje, gdzie przebywa, co się z nim dzieje. Mało tego, gdy w grudniu 1955 roku po zmianach politycznych zamieniono mu więzienie na internowanie, gdy wykończonego torturami i więziennymi warunkami przewieziono go z Warszawy do Marszałek w dzisiejszej diecezji kaliskiej, to nadal starannie ukrywano przed światem, gdzie on jest. Do schorowanego człowieka nie dopuszczono nawet lekarza, a szantażem zmuszano do milczenia księdza, w którego parafii umieszczono biskupa – ubecy powiedzieli wyraźnie, że jeśli ktokolwiek się dowie, że „Baraniak przebywa w tym domu”, to go wywiozą tam, „gdzie nikt go nigdy nie znajdzie”.

Ich groźby to nie były puste słowa, dowodem na to są setki bezimiennych polskich bohaterów, na czele z rotmistrzem Pileckim, którzy do dziś nie mają nawet swojego grobu, nie wiemy, kiedy i jak zostali zamordowani.  Najbliższy brat arcybiskupa Baraniaka z wykształcenia był księgowym, przez całe życie nie mógł znaleźć pracy w rodzinnym Lesznie gdzie mieszkał, pracował aż w Zielonej Górze, więc cały tydzień go w domu nie było, bo to nie były czasy, w których dało się dojeżdżać do pracy na takie odległości, ktoś inny z rodziny tracił pracę i nie mógł jej znaleźć, a w Poznaniu do sąsiadów siostrzeńca arcybiskupa latami przychodzili ubecy i wypytywali o rodzinne zwyczaje i inne sprawy. Były to pozornie błahe rzeczy, ale przecież dzisiaj widać wyraźnie po co to było robione. Przekaz był prosty – trzymajcie się jak najdalej od tej rodziny, bo nimi interesuje się Urząd Bezpieczeństwa, a po co wam kłopoty. I znowu izolacja, osamotnienie, problemy dnia codziennego…. I jak w takich warunkach przekazać prawdę, mówić o ideałach i moralnych powinnościach, jak opisywać, co się przeszło i co się planuje, gdy ma się świadomość, iż każdym gestem, każdym spotkaniem można przynieść komuś kłopoty? Zostaje milczenie i ukrywanie tego co ważne. To była rzeczywistość duchownych niezłomnych.

Paradoksalnie zachowane donosy i materiały ubeckie są dziś głównym świadectwem niezłomności tych księży, ale to przecież za mało. Dopóki żyją świadkowie ich życia i świadkowie życia tych, którzy ich znali i się z nimi zetknęli – rozmawiajmy z nimi i zapisujmy ich wspomnienia. Nierzadko kontekst danego zdarzenia, te okruchy zebrane w jedną całość wyjaśnią nam więcej niż niejeden podręcznik.

Symbolem polskich duchownych jest oczywiście ksiądz Jerzy Popiełuszko, dlatego Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych obchodzony jest 19 października, w symbolicznym dniu jego śmierci, bo pamiętajmy, że jest to ciągle jeszcze data oficjalna, a do tej pory nie wiadomo, kto i kiedy podjął decyzję o zabiciu księdza ani na jakim szczeblu zapadła decyzja. Wiadomo jedynie, że zabójstwa dokonali trzej pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A przecież ksiądz Popiełuszko to ikona bohaterstwa współczesnych duchownych, a co z tymi innymi, o których wiemy tak mało? Kto potrafi dzisiaj wymienić ich nazwiska? Antoni Baraniak przypominany jest już częściej w kontekście ogromnych zasług, jakie przez swoją postawę ma dla Kościoła i dla państwa polskiego, ale co przeciętny Polak wie o świętej pamięci księżach Sylwestrze Zychu, Stefanie Niedzielaku, Stanisławie Suchowolcu, biskupie Czesławie Kaczmarku czy siostrze urszulance Franciszce Popiel, która zginęła w bardzo dziwnym wypadku samochodowym. Siostra ta to przykład, że obok bohaterskich księży duchownych były też zakonnice, ciche skromne i starannie ukrywające swoją tak cenną działalność, żeby tylko komuniści się o niej nie dowiedzieli, żeby tylko móc ją jak najdłużej prowadzić.

Zapisujmy te historie w parafialnych kronikach, gazetach i portalach, do których mamy dostęp, czy nawet w listach do instytucji zajmujących się historią takich jak np. IPN, możemy wysłać taki list nawet do arcybiskupa w swojej diecezji. Historia duchownych niezłomnych to przede wszystkim ich działalność wśród ludzi i dla ludzi. Naszym obowiązkiem jest tę historię najpierw utrwalić, a potem upowszechniać. Jan Paweł II uczcił pamięć bohaterskich duchownych prześladowanych przez niemieckich faszystów beatyfikując ich jedocześnie w 1999 roku. Może doczekamy wszyscy, że kościół także doceni poprzez wyniesienie na ołtarze tych zapomnianych męczenników komunizmu i ciągle jeszcze fałszowanych i nieznanych historiach.

 

 

 

JAN TESPISKI: O Kotku Protku i innych zabawnych zdarzeniach (17)

Rzecz rozegrała się w „roku leninowskim” a bohaterami tej anegdoty są Jerzy Zitzmann i Jan Ziętek. W 1970 roku przypadała setna rocznica urodzin Włodzimierza Lenina. ZSRR oszalał, rocznicę obchodzono z nieznaną wcześniej pompą. Uruchomiono cały ogromny aparat propagandowy, telewizję, radio, prasę – zdawało się, że na świecie i w samym Związku Radzieckim, nie ma niczego innego godnego uwagi – poza tą rocznicą.

O niczym innym nie mówiono i nie pisano, poza Leninem. Portretami Wodza Rewolucji i cytatami z jego pism wystrojono ulice, dworce oraz wszystkie miejsca publiczne, fabryki, uczelnie szkoły oraz przedszkola. Nie wspominając o miejscach stacjonowania milionowej armii, milicji i innych takich.

Jan Zitzmann (ur. 11 05 1918 – zm. 18 01 1999) –  był malarzem, scenografem i reżyserem  teatralnym, twórcą filmów animowanych. Był też wieloletnim dyrektorem Teatru Lalek „Banialuka” w Bielsku Białej, pomysłodawcą, organizatorem i dyrektorem bielskich międzynarodowych festiwali teatrów lalek.

Jerzy Ziętek (ur. 10 09 1901– zm. 20 XI 1985) to polityk, urzędnik, samorządowiec, działacz partyjny i państwowy. Był m.in. Członkiem Komitetu Centralnego PZPR (1964–1981), przewodniczący prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. (1964–1973). Ziętek był dla Śląska postacią nie tylko wielką, ale i wiele mogącą.

Ideowy Kotek Protek

Rok przed rocznicą, Ziętek zwołał naradę wszystkich dyrektorów teatrów Śląska. Powiedział jasno i wyraźnie, że obchody rocznicy muszą być wspaniałe, że od teatrów oczekuje się odpowiedniego repertuaru. A ponieważ jest to niezwykle ważne, dlatego też dyrektorzy będą rozliczani z wykonania zadania.

Pod koniec 1969 roku Ziętek znowu zwołał naradę, na której dyrektorzy teatrów przedstawiali sposoby – czyli sztuki teatralne – które mają uświetnić jubileusz urodzin Lenina. Wszyscy dyrektorzy, jak się okazało, karnie wystawiali liczne propagandowe sztuki radzieckie, znane i nielubiane jeszcze z lat pięćdziesiątych. Były też nowe sztuki radzieckie, ale tak samo słabe jak te starsze. Na końcu Ziętek zapytał Zitzmanna:

– No, a u was dyrektorze, w tych waszych lalkach, jak zamiarujecie uczcić rocznicę?

– My wybraliśmy na rocznicę – zaczął Zitzmann trochę łamiacym się głosem – sztukę, która w doskonały sposób ukazuje wartości społeczeństwa socjalistycznego, która podnosi socjalistyczny humanizm do rangi wyzwania indywidualnego, ta sztuka będzie niosła wartości, w które wierzymy i które wyznajemy…

– Dobra – przerwał mu Ziętek – ale ty mi chopie powidz, jako jest ta sztuka, no jakiś tytuł mo?

– Ma. Sztukę napisał Zbigniew Poprawski, ona nazywa się, ta sztuka znaczy… „Kotek Protek”…

Na marginesie… Czy Ziętek i Zitzmann brali serio tę rocznicę? Nie sądzę. Bo w roku 1970 traktowano już takie wydarzenia jak rytualny obowiązek. Ma być – i tyle.

Sojuz z papierem

Ludwik Benoit (ur. 18 07 1920 – zm. 4 11 1992) był aktorem wybitnym i co równie ważne – był lubiany przez publiczność. Wielki zawodowiec, znający swój fach.

Film „Przygody Pana Michała” (1969) kręcono – między innymi – na stepach Ukrainy.

– Kierownikiem planu zdjęciowego był jakiś Rosjanin.I nic mu nie wychodziło – wspominał Ludwik Benoit. – Budzono nas o szóstej rano, charakteryzowano, ubierano w ciężkie kostiumy… I tak czekaliśmy na transport, żeby nas zawieziono na plan. Upały były nieznośne. Topiliśmy się jak świece, nie mieliśmy potem już siły, żeby zagrać. I nigdy nie było wiadomo o której te samochody po nas przyjadą. Kierownik planu czuł się – chyba – trochę winny, bo co i rusz przybiegał do nas, opowiadał jakiś żart i znikał. A myśmy w tym upale umierali. Pewnego razu wpadł do nas z gazetą w ręku, i machając nią podniecony, wykrzyczał z radością:

– Proszę państwa, mamy kolejny niezwykły sukces… Wczoraj wystrzelono w kosmos kolejny statek z serii Sojuz…

– A wczoraj w kiblu znowu nie było papieru toaletowego – odpowiedział Ludwik Benoit.

Benua i Fua

Przed wielu laty, za dyrekcji Kazimierza Dejmka w Teatrze Nowym w Łodzi, po kolejnej premierze, panowieLudwik Benoit i Mieczysław Voit poszli w miasto. Było już po północy, kiedy weseli wracali. Może trochę podśpiewywali. Zatrzymał ich patrol milicji.

– Dowody poproszę – zaczął plutonowy MO.

Panowie dali dowody. Plutonowy je otworzył.

– A zatem, zakłócają ciszę nocną… obywatel Benoit…

Plutonowy wymówił nazwisko tak, jak było napisane.

– Bardzo przepraszam, ale moje nazwisko wymawia się Benua… – powiedział Ludwik Benoiot.

– A zatem mamy tu do czynienie – kontynuowała plutonowy – z obywatelem Benua oraz obywatelem Fua.

– Bardzo przepraszam – powiedział Mieczysław Voit – ale mnie się wymawia, jak pisze – Voit.

Plutonowy zamilkł, patrzył na aktorów spode łba, a po chwili powiedział:

– Czyli… sprawa jest bardzo podejrzana. Jedziemy na komendę…

Na szczęście na komendzie znalazł się jaki oficer – teatroman, który obu aktorów przeprosił i puścił wolno.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: „Wartości duchowe i moralne” rosyjskich zbrodniarzy

Jakie „duchowe i moralne” wartości może mieć Putin, jeśli bez powodu rozpętał wojnę na Ukrainie? Jakie wartości „duchowe i moralne” mają rosyjscy żołnierze, którzy plądrują ukraińskie wsie i miasta, gwałcą kobiety, zabijają i porywają i wywożą ukraińskie dzieci do Rosji?

Kilka dni temu prezydent Rosji Władimir Putin polecił rządowi i ministrom konsolidację „duchowych i moralnych wartości Rosji”, dla których należy wzmocnić pracę nad patriotycznym wychowaniem młodzieży. Każdego roku planuje się przeznaczyć 3,9 miliarda rubli na kręcenie patriotycznych filmów dla dzieci. We wszystkich szkołach zawodowych, kolegiach, liceach i technikach zostanie wprowadzone stanowisko doradcy dyrektora oświaty, a na uczelniach nauczyciele będą prowadzić prace wyjaśniające obecny porządek społeczny i polityczny. Ponadto wypracowane zostanie ujednolicone podejście do nauczania historii w szkołach oraz jasno określone zostaną pojęcia „wartości duchowo-moralnych” i „wychowania duchowo-moralnego”.

Co takiego za tym się kryje?  Dlaczego polecenie zostało wydany teraz, a nie, powiedzmy, pięć lat temu? Może coś się ostatnio wydarzyło w Rosji – wzrosła przestępczość, czy zerwane zostały więzi między pokoleniami rodziców i dzieci itp.? Nie, nie było zauważalnych zmian. Dlaczego więc teraz Rosja żąda, by jej obywatele stali się patriotami?

Mówi się, że państwo posługuje się pojęciami patriotyzmu, aby móc usprawiedliwiać zabijanie swoich obywateli. Dla państwa humanitarnego patriotyzm to nie śmierć obywateli, ale umiejętność przetrwania i zwycięstwa w każdej sytuacji bez wzniosłych haseł. Ale Putinowi nie zależy na obywatelach Rosji, których zabił już na polach bitew Ukrainy ponad 63 tys., tylko na sile swojej władzy.

Jakie „duchowe i moralne” wartości może mieć sam Putin, jeśli bez powodu rozpętał wojnę na Ukrainie, twierdząc, że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród i dla swoich urojeń poświęcił setki tysięcy ludzi?

Jakie wartości „duchowe i moralne” mają rosyjscy żołnierze, którzy plądrują ukraińskie wsie i miasta, gwałcą ukraińskie kobiety, zabijają i porywają i wywożą ukraińskie dzieci do Rosji, oddzielając je od rodziców?

Jakie „duchowe i moralne” wartości mają rosyjskie siły zbrojne, które nie prowadzą wojny z żołnierzami wroga, ale bombardują dzielnice mieszkalne i cywilów najnowszymi środkami zabijając dzieci, osoby starsze i kobiety? Jakie „duchowe i moralne” wartości mają żołnierze rosyjscy, którzy w Charkowie, Mariupolu i Berdiańsku zniszczyli 90 proc. budynków mieszkalnych, codziennie bombardują Kijów, Zaporoże, Mikołajów i inne ukraińskie miasta, które nie poddają się wrogowi?

W końcu jakie „duchowe i moralne” wartości mogą mieć ludzie rosyjskiej kultury, które popierają wojnę na Ukrainie i nawołują do zabijania Ukraińców?

Na przykład aktorka Yana Poplavska, cieszyła się, że teraz więcej pieniędzy zostanie przeznaczonych na kino. Boi się jednak, że mogą zostać one rozkradzione. „Niestety, ta prezydencka inicjatywa” –  jak mówi – „może być wykorzystana przez grube pijawki”. Dlatego aktorka sugeruje stworzenie „uczciwego” komitetu młodych utalentowanych reżyserów. Ale gdzie jest gwarancja, że ​​i oni nie staną się za kilka dni „pijawkami”, gdy zobaczą duże pieniądze?

Najwięcej pytań pojawia się jednak w tej części dekretu Putina, który mówi o tym, jak „prawidłowo według wartości duchowych i moralnych” należy pisać historię Rosji. Aby historycy i filmowcy nie „zniekształcali” biografii dowódców wojskowych, monarchów i bohaterów Ojczyzny, prezydent Władimir Putin polecił Ministerstwu Edukacji Rosji opracowanie jednolitego podejścia do nauczania historii w szkołach. Jednak w Rosji historycy od dawna nie piszą prawdy. Na przykład fakt, że marszałek Żukow splądrował Niemcy i przewiózł do swojej daczy pod Moskwą 8 wozów ze zrabowanymi kosztownościami, nie został jeszcze wpisany do podręczników historii.

Co zaskakujące, dziekan Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Ekonomicznej Oleksiy Rutkevich stwierdził, że „już dawno trzeba było wypracować ujednolicone podejście do jej studiów. Historia ojczyzny musi zostać oczyszczona z różnych bzdur. Nie powinien zawierać rzeczy, które niszczą jedność kraju”. Ustalono już, że członkowie Rosyjskiego Towarzystwa Historyczno-Wojskowego opracują ujednolicone podejście do nauczania „poprawnej historii” w szkołach.

Co zaskakujące, nauczyciele wielu rosyjskich uniwersytetów poparli wprowadzenie stanowiska doradcy dyrektora pracy pedagogicznej, choć jasne jest, że będzie to ideologiczny cenzor, który będzie czuwał nad wartościami „duchowymi i moralnymi”. I znowu pojawia się pytanie o „wartości duchowe i moralne” nauczycieli rosyjskich uniwersytetów, liceów, techników i szkół.

 

JAN TESPISKI: Czego bał się Kantor i jakie kłopoty miał Dąbrowski (16)

Rzecz dzieje się w początkach lat sześćdziesiątych, w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie. Dyrektorem jest Bronisław Dąbrowski (ur. 24 XI 1905 – zm. 10 IV 1992) znakomity reżyser, aktor i dyrektor. Dąbrowski właśnie dowiedział się, że jeden z aktorów zachorował i konieczne jest zastępstwo na wieczornej próbie, bo spektakl ma być dnia następnego. Zastępstwa są zawsze kłopotem, ale tym razem większym, bo aktor, który miał zagrać w zastępstwie mieszkał w Nowej Hucie i oczywiście nie miał telefonu. Dąbrowski prosi więc innego z aktorów, żeby pojechał z nim do tej Nowej Huty.

Wsiadają do warszawy. Tu trzeba jeszcze dodać, że jest mroczne listopadowe popołudnie i pada śnieg z deszczem. Naraz dyrektor mówi do towarzyszącego mu aktora:

– Tu ma pan latarkę, będzie pan świecił po znakach, bo teraz słabo widać. I będzie mi pan mówił, do jakiego znaku się zbliżamy.

Aktor odkręca szybę obok kierowcy, wyciąga rękę z latarką na zewnątrz i ruszają. Dabrowski leży dosłownie na szybie warszawy, wypatrując drogi, bo ma bardzo słaby wzrok.  Nie ujechali więcej niż kilometr, gdy Dąbrowski daje aktorowi bułkę zawiniętą w papier i mówi:

– Zgłodniałem, pan będzie mi podsuwał bułkę do ust, a ja będę jadł.

Sytuacja jest więc taka, że aktor lewą ręką karmi dyrektora, a prawą – która już mu zamarza – mając w niej latarkę, świeci po znakach. I informuje dyrektora o tym, co znak „glosi”. Nie ujechali więcej niż drugi kilometr, gdy Dąbrowski ostro hamuje i pyta:

– To jaki znak minęliśmy?

– Zakaz postoju, panie dyrektorze.

Dąbrowski wrzuca wsteczny bieg i cofa samochód, jedzie i staje przed nieszczęsnym znakiem.

– To jest zakaz zatrzymywania się… – z gniewem mówi Dąbrowski. – Ale ja pamiętam, że z panem to ja miałem już kłopoty przy „Kordianie”.

Czego się bał Tadeusz Kantor

Twórcą, współtwórcą niebywałych anegdot był też Tadeusz Kantor. Opowiadał Krzysztof Miklaszewski, że doprosił się u mistrza rozmowy o „Umarłej klasie”. Ten wspaniały spektakl miał premierę w 1975 roku, w Krakowie – rzecz oczywista.

Kantor przyjął go w domu. Maria Stangret-Kantor – żona, wybitna malarka, członkini Grupy Krakowskiej i aktorka teatru Cricot 2, podała herbatę, zostawiając panów samych.

Tu trzeba wiedzieć, że z okazji premiery tego spektaklu Tadeusz Kantor wydał manifest artystyczny „Teatr śmierci”. Kłopot był jednak w tym, że Kantor – jak większość malarzy – pisał metajęzykiem. No, takim wewnętrznym językiem, którego sensy i znaczenia właściwie znał tylko on sam. Miklaszewski chciał bardziej prostych wyjaśnień, włączył magnetron i zaczął wypytywać mistrza o sens tego manifestu, a także sens samego spektaklu.

Ale Kantor z uporem powtarzał tezy i sformułowania zawarte już w manifeście. Sytuacja była więc patowa. Ale naraz z kuchni dobiegł głos Marii Stangret:

– Tadziu, powiedz panu, że ty po prostu bardzo się śmierci boisz.

Chwila niezręcznej ciszy, a po tej chwili Kantor jęknął z bólem do małżonki:

– Marysiu, ja cię bardzo proszę… Marysiu…

Rewindykacja 

Gdzieś jesienią 1974 roku Kraków został oblepiony poziomymi afiszami: „Tadeusz Kantor. Rewindykacja.” Afisz głosił też, gdzie i kiedy ma nastąpić wydarzenie. Ponieważ nikt z krakusów wcześniej nie wiedział o nowym spektaklu Cricot 2, w piwnicznej kawiarni przy Siennej zebrał się całkiem spory tłumek teatromanów. Na uczestników nieznanego zdarzenia czekały krzesła, ustawione naprzeciw stołu, stojącego na podeście.

Z niewielkim opóźnieniem Kantor zasiadł za stołem. Rozłożył grubą teczkę, pełną jakichś papierów. I zaczął rewindykować. Chodziło mu o to, że „różni tacy pseudo-nowatorzy przypisują sobie moje osiągnięcia”, m.in. scenę bez kurtyny, do której teraz „pretendują różni tacy”. I przywrócił sobie jeszcze kilkanaście innych poważnych osiągnięć. Na dowód pokazywał dokumenty, recenzje i plakaty.

Była dodatkowa atrakcja tej „rewindykacji”. Otóż co kilkanaście minut Kantor zrywał się do stolika, wybiegał w boczną przestrzeń i niewidoczny dla zebranych i robił komuś niewidocznemu dziką awanturę. Po czym wracał i wygłaszał poboczny monolog o niegodziwości Krakowskiego Oddziału Związku Artystów Plastyków, który użyczył mu sali, owszem, ale nie zapewnił spokoju. Tak więc prowadził jednocześnie dwie artystyczne akcje: przeciw tym, co zawłaszczają jego osiągnięcia oraz przeciw bandzie spiskujących przeciw niemu działaczy Związku Plastyków.

Potem okazało się, że Kantor biegał do położonej w bocznej malutkiej sali kawiarenki, w której siedziała sobie cicho jakaś parka.

Z tym zawłaszczaniem cudzych osiągnięć rzeczywiście było niedobrze. W latach osiemdziesiątych pojawił się w polskim teatrze reżyser – pomińmy nazwisko – który dosłownie kopiował teatr Cricot 2. U mas ludowych teatr uzurpatora cieszył się dużym powodzeniem i estymą. Ale znaleźli się uczciwi krytycy, którzy wytknęli młodemu reżyserowi, że nie jest oryginalny, że jest zaledwie niedoskonałym kopistą. Wtedy ów młody człowiek oświadczył publicznie, że to co robi, robi świadomie, bo czuje się kontynuatorem sztuki teatru Tadeusza Kantora.

Na takie brewerie zagregował ostro sam Kantor. W „Życiu Literackim” napisał, że nikogo nie upoważniał do twórczej kontynuacji. I czegoś takiego on, Tadeusz Kantor, sobie nie życzy i wyprasza sobie.

Jest faktem, że wielu próbowało go naśladować. Ale ich spektakle były jak jarmarczne karuzele, przy metafizycznej maszynie życia i przemijania Tadeusza Kantora.

Co ja robię w tym akademickim teatrze?

W roku 1976 krakowska Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna obchodziła jubileusz 30-lecia, oczywiście w Teatrze im J. Słowackiego. W związku z tym jubileuszem warte odnotowania są dwie anegdoty. Pierwsza z nich dotyczy także Tadeusza Kantora.

Jakim sposobem organizatorom jubileuszu udało się namówić Kantora do zaprojektowania dekoracji – nie wiadomo. Dość, że zgodził się i wykonał wspaniałą pracę. Wielka scena teatru wznosiła się trzema wielkimi, na całą swą szerokość, podestami, obitymi czarną sceniczną podłogą. Na podestach Kantor ustawił kilka stylowych stolików – z różnych epok – wraz z pasującymi do nich stylistycznie krzesłami. Aktorzy, absolwenci dzisiejszej Akademii Teatralnej siedzieli przy tych stolikach. W odpowiednim momencie, kolejna z aktorek, kolejny z aktorów wstawali od stolików, przechodzili ku proscenium i deklamowali fragmenty „Pana Tadeusza”.

Z opisu niby nic wielkiego, ale ileż było wspaniałego malarskiego rytmu w tej przestrzeni. Ileż nastroju w światłach…

Jubileusz przebiegł udanie, bo też najwspanialsi polscy aktorzy – jak się okazało – byli absolwentami krakowskiej uczelni.

Tylko Tadeusz Kantor chodził w kulisach sceny, bardzo zdenerwowany i bezgłośnie coś do siebie mamrotał. Naraz przystanął i tłukąc głową w belkę konstrukcji szeptał:

– Boże, Boże co ja robię w tym akademickim teatrze?

Druga jubileuszowa anegdota jest związana z Jerzym Bińczyckim.

Przedtem jednak trzeba powiedzieć, że każdy z aktorów, zanim zaczął mówić swój fragment „Pana Tadeusza” dedykował występ którejś z profesorek, z profesorów. Gdy nadszedł czas Bińczyckiego, ten dostojnie wyszedł na przód sceny, skłonił uroczyście głowę i powiedział:

– Szkolnej Komisji Dyscyplinarnej, poświęcam.

A potem zaczął, zupełnie a propos:

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!

Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,

A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy

O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy…

 

 

 

Mniej lub bardziej wnikliwe obserwacje WALTERA ALTERMANNA: Codzienne zaskoczenia

Codzienność przynosi liczne zaskoczenia. Komu nie niesie, ten oczy i uszy ma zamknięte. Oto kilka drobiazgów, które same do mnie przypłynęły z informacyjnym szumem kilku ostatnich dni.

Szanowanie starszych to podstawa naszego polskiego wychowania. Nawet tych, którzy sami się szanują. Co prawda nie wszyscy starcy są godni szacunku, ale trudno… Szanować nie zaszkodzi.

Cna staruszka

Złośliwość podpowiada mi też, że przecież starzy idoci biorą się z młodych idiotów, bo nikt, kto za młodu był mądry, idiocieje dopiero na starość. Głupolami rodzimy się i umieramy. Niemniej mam dużo szacunku dla starszych, szczególnie nieznajomych, bo z góry nie zakładam, że każdy starszy to głupek.

Stoję karnie na przystanku, oczekując na autobus. Naraz pojawia się mocno starsza pani, tak koło osiemdziesiątki. Schludnie ubrana, miły wyraz twarzy. I zaczyna czytać rozkład jazdy. Ale nie jest z lektury zadowolona, więc pyta współnieszczęśników komunikacji miejskiej – jak ma dojechać na pocztę. Słucham, patrzę i dochodzi do mnie, że starsza pani nie wie, gdzie jest ta poczta. Więc wkraczam i pytam o konkrety.

– Tak dokładnie to nie wiem, bo ja na pocztę nie chodzę – odpowiada – ostatnio byłam z siedem lat temu. Ale gdzieś tam na Lutomierskiej – mówi.

Lutomierska długa, więc mówię:

– Tam, po drugiej stronie ulicy, ma pani autobus 99. Niech pani pojedzie dwa przystanki, wysiądzie i zapyta. Jak będzie daleko, to wsiądzie pani w tramwaj 2A i dojedzie pani.

– Dziękuję panu – mówi starsza pani. – Bo wie pan, z tego wszystkiego to się człowiekowi wszystko w głowie poje.ie.

Zamarłem z zaskoczenia, ale ona mówi jeszcze tak:

– No, panie, poje.się czy nie?

– Poje.ie się – odparłem zgodliwie.

A co miałem zrobić? Zwracać jej uwagę na niestosowność takiego wyrażania się? Staruszcze pod osiemdziesiątkę? No, i chciałem być dla niej miły…, że taki swój chłop ze mnie.

Murzyn kontra swój

Wchodzę do apteki. W środku, przede mną jest tylko jedna kobieta – w średnim wieku – która właśnie wiedzie ostry spór z „magistrem”. Magister jest czarnoskóry, ale dobrze mówi po polsku. I słyszę, że chyba po raz któryś tłumaczy kobiecie, że jej recepta jest już przedawniona.

– Ale jak przedawniona?

– Bo receptę może pani zrealizować jedynie przez miesiąc od jej wystawienia, a pani recepta ma już cztery miesiące.

– To ja poproszę z kierownikiem – mówi kobieta.

Po chwili z zaplecza pojawia się kierowniczka. I powtarza, że recepta jest już nieważna. Kobieta wychodzi, ale kiedy jest już przy drzwiach, odwraca się i mówi:

– Ja wiedziałam, że tu nic nie załatwię, bo tu pracuje murzyn!

Mistrzostwo propagandy

Oglądam program o wojennych fabrykach w czasie II wojny światowej. I zaskakuje mnie informacja jak bardzo USA pomogły sprzętowo ZSRR. Okazuje się, że ogromne ilości czołgów, samolotów i samochodów ciężarowych, których w czasie wojny używali Sowieci pochodziła właśnie z Ameryki. Ogółem do 1945 roku, do Związku Radzieckiego trafiło z USA ponad 11.000 samolotów, ponad 7.000 czołgów, kilkaset tysięcy pojazdów mechanicznych oraz prawie 2 mln ton zaopatrzenia różnego typu.

Coś tam wiedziałem o tej pomocy, ale nagle dotarło do mnie, że na żadnym sowieckim filmie z czasów wojny nie widziałem tego amerykańskiego sprzętu. Sowieci po prostu filmowali jedynie swoje maszyny. Nie chcieli się przyznać, że brali pomoc od ojczyzny światowego kapitalizmu, od wuja Sama. Ale przecież brali.

Owszem, ZSRR sumiennie zapłacił za tę pomoc złotem wydobywanym poprzez zeków na Syberii, ale czy Amerykanom podziękował? Tego nie jestem już pewien. Chyba nie, a już na pewno niewiele o tym w ZSRR mówiono. I chyba dzisiejsi Rosjanie też nie wiedzą o tej pomocy. Oni są nad wyraz ambitni, nawet kosztem prawdy, co zresztą widać i teraz.

Prostactwo i chamstwo

Jak każdy oglądający telewizję, narażony jestem na nie tylko na treści płynące z reklam, atakowny jestem też ich formą i propagowaniem w reklamach prostactwa i chamstwa. Przykłady? Proszę bardzo.

Przykład 1.

Dwóch mężczyzn rozmawia o zdrowiu. Pierwszy pyta:

– Jak tam twoje kolana?

– Martw się o siebie – odpowiada drugi.

Dlaczego tak? Co chcieli przekazać – poza nazwą leku na dolegliwości kolan – producenci tej reklamy? Nie wiem. Może tak według nich wygląda rozmowa dwóch twardych mężczyzn? Gdyby ktoś ze znajomych mnie tak potraktował, natychmiast przestałby być znajomym.

Przykład 2.

Reklama samochodu. Młody mężczyzna, chcąc się pochwalić nowym samochodem, mówi do ojca:

– Widziałeś takie auto tato?

I co odpowiada dobry ojciec, który powinien się cieszyć, że synowi dobrze się wiedzie? On mówi, okropnym, chrapliwym, odpychającym głosem.

– A takie widziałeś?

I pokazuje synowi własne, lepsze auto.

Co łączy oba te dzieła? Promowanie knajactwa, prostactwa i brutalności. To mamy w reklamach, zamiast ludzkich stosunków, ludzkich uczuć, serdeczności, współczucia oraz dumy z syna. Taki ma być wzór mężczyzn w Polsce początków XXI wieku? A może sami „reklamodawcy” wywodzą się z takich środowisk?

Rozmowy są najważniejsze

Po dłuższym nieczytaniu gazet papierowych, kupiłem sobotnio-niedzielny magazyn „Gazety Wyborczej”. I w pociągu przestudiowałem go „od deski do deski”. Powiem, że lektura jest przygnębiająca. Okazuje się, że liczni rozmówcy dziennikarzy nie mogą już dłużej żyć w kraju takim jak Polska. Co im przeszkadza? Nietolerancja, zaściankowość i wstecznictwo. I to głównie w sprawach wolności seksualnych obyczajów. Jest nawet artykuł, wywiad z osobą, która żyje w „związku otwartym”, który sprowadza się do tego, że ona i mąż akceptują innych partnerów. A ona nawet się cieszy, gdy mąż wychodzi na nocną randkę. Dla tej pani, wielość partnerów, to wielość rozmów z interesującymi ludźmi. Rozmowy z partnerami są najważniejsze – zapewnia interlokutorka gazety. Czyżby znaczyło to, że bez seksu ta pani nie rozmawia?

Nie jestem wstecznikiem, wiem, że takie związki od wieków były, są i będą. I jeżeli uczestnikom takich „stadeł” jest z tym dobrze, to niech tak sobie żyją. Jeżeli jednak „Gazeta Wyborcza” przedstawia różne odejścia od normy jako wyższe niż „klasyka” seksualna, to mam pytanie. Czy mamy do czynienia jeszcze z walką o tolerancję i akceptację – za czym jestem – czy już z propagowaniem mniejszości kosztem większości?

 

JAN TESPISKI: Czego Jakub Rotbaum nie czytał oraz o przegranej walce z biologią (15)

Bohaterów tej anegdoty jest dwóch. Pierwszym jest Jakub Rotbaum (1901 – 1994), żydowski reżyser teatralny i malarz. Rotbaum – przed wojną był znanym i cenionym reżyserem teatrów żydowskich, także reżyserem filmów w języku jidisz. Był dla kultury żydowskiej w Polsce osoba cenną. Jednak polski teatr znał słabo, żeby nie powiedzieć, że wcale go nie znał. Drugi z bohaterów to Józef Gruda (właśc. Witold Kościałkowski 1916 – 1981). Jego rodzicami byli podpułkownik Marian Zyndram-Kościałkowski, jeden z czołowych polityków dwudziestolecia międzywojennego, premier Rzeczypospolitej w latach 1935-1936, i Anna z Krysińskich. Siostra, Maria Kościałkowska, to aktorka krakowskich teatrów. Gruda swój teatralny życiorys zaczął pisać jako kierownik literacki teatrów, kończył jako reżyser.

Gruda był po wojnie, latach 1953-54 był kierownikiem lierackim Teatru Polskiego w Bielsku Białej, w latach 1954-56 Teatrów Dramatycznych we Wrocławiu. A dyrektorem i reżyserem tych teatrów był właśnie Rotbaum.

Wrocław był zniszczony, teatry dosłownie powstawały na gruzach. Gruda sypiał w sekretariacie Teatru Polskiego. Pewnego dnia między Rotbaumem a Grudą odbyła się taka rozmowa.

– Pan wie, że powinniśmy wystawić coś dużego – zaczął Rotbaum. – Pan wie co to by mogło być?

– Może „Wesele”? – powiedział Gruda.

– Jakie wesele? Kogo wesele?

– Stanisława Wyspiańskiego – dopełnił informację Gruda.

– „Wesele” Wyspiańskiego…? Nie znam.

– Ja panu dyrektorowi dam tekst…

I tak się stało. Wieczorem Józef Gruda usnął na leżance w sekretariacie, ale około drugiej w nocy obudził go telefon.

– Pan Gruda? Tu Rotbaum. Ja przeczytałem to „Wesele”. Aj, aj – co to jest za genialna sztuka! Panie Gruda, my musimy to robić. Ja bardzo panu dziękuję.

Pierwszym zaskoczeniem realizacji „Wesela” przez Jakuba Rotbauma było to, że wyprowadził sztukę z „chłopskiej chaty”. I rzecz rozgrywała się w polskim pejzażu. Dugim zaskoczeniem było to, że bohaterowie jedli i pili. Pewnego dnia, na jednej z pierweszych prób Totbauma bowiem zauważył:

– A co to za wesele jak oni nie ją, nie piją…? Na weselu się je i pije.

Rotbaum w ogóle nie odniósł się do obrosłej inscenizacjami wielkiej legendy polskiego arcydramatu. Ubrał sztukę w realizm zachowań, nie tracąc jednocześnie – a może nawet wzmacniając – jej znaczenia symboliczne. Jeżeli pół wieku później Andrzej Wajda kazał aktorom swego filmowego „Wesela” jeść i pić, co wywołało głosy sprzeciwu, to musimy pamiętać, że Rotbaum był pierwszy.

Być może to wielkie wydarzenie, jakim była inscenizacja „Wesela” przez Rotbauma, jego nowe odczytanie dramatu wzięło się stąd, że – żeby tak to ująć – reżyser nie miał żadnych zobowiązań wobec swych poprzedników. Może zatem czasem warto dać w ręce ludzi spoza polskiego kręgu kulturowego nasze „rodowe srebra”. Jest szansa, że oni spojrzą na nasze dziedzictwo w sposób odkrywczy.

Dejmek kontra biologia

Starzy reżyserzy powiadają, że połowa sukcesu to trafna obsada. Jeżeli bowiem w roli walecznego bohatera obsadzimy kogoś, kto świetnie wypada w rolach zagubionych egzystencjalnych straceńców – mogą być duże kłopoty. Owszem, w czasie prób można co nieco skorygować, ale z kury nie zrobi się jastrzębia. I odwrotnie. Jedną z takich sytuacji, w której reżyser walczył z biologią aktora przedstawiam poniżej.

Akcja rozgrywa się w Teatrze Nowym w Łodzi. W czasie prób Seweryn Butrym, aktor obdarzony niskim, władczym głosem, nie bardzo realizował założenia Kazimierza Dejmka. Po kilku kolejnych dniach, gdy szło niedobrze, doszło do takiej rozmowy.

– Przecież mówiłem już wiele razy, że w tej scenie pan prosi, wręcz błaga go o załatwienie pańskiej sprawy – mówi Dejmek.

– Rozumiem, panie dyrektorze.

– No, to powtarzamy – mówi Dejmek.

Butrym wchodzi jeszcze raz, ale znowu straszy partnera, traktując go wyniośle. Dejmek przerywa.

– Czy pan mnie rozumie? Przecież mówiłem tyle razy, że jest pan w sytuacji po prośbie, a pan na niego krzyczy.

– Rozumiem, panie dyrektorze, postaram się.

Zaczynają jeszcze raz, ale Butrym nieodmiennie traktuje partnera z góry, jakby mu rozkazywał.

– Stop! – mówi Dejmek. –  Niech mi pan powie, ile pan u mnie zarabia?

– Mam pułap 5.000 zł miesięcznie, zero norm i 500 zł od spektaklu.

– A zatem tak – mówi Dejmek. – Co miesiąc pięć tysięć, pięć tysięcy… jak psu w d..ę.

Po tej uwadze Seweryn Butrym grał prawie to, czego oczekiwał reżyser. Ale zupełnie tego, o co chodziło, nie był stanie zagrać, bo jego emploi to był zwycięski, górny bohater.

Wystawa „Andrzej Gojke. Pozdrowienia z festiwalowej Gdyni. Portrety i autografy twórców polskiego filmu” w Łodzi

W Galerii Kawiarnia w Łódzkim Domu Kultury (ul. Traugutta 18) 14 października o godz. 18 odbędzie się wernisaż wystawy zdjęć Andrzeja Gojke, fotografa, sekretarza Oddziału Gdańskiego SDP. Ekspozycję można będzie oglądać do 4 listopada.

Zdjęcia, które się złożą na łódzką wystawę, Andrzej Gojke wykonał w czasie kilkunastu edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W różnych sytuacjach sportretował aktorów, reżyserów, operatorów. Na łódzkiej wystawie będzie można zobaczyć ok. 60 zdjęć, na których widnieją wybitni twórcy filmowi, m.in. Andrzej Wajda, Janusz Morgenstern, Jerzy Antczak, Janusz Zaorski, Kazimierz Kutz, Jerzy Skolimowski, Filip Bajon, Jan Jakub Kolski, Paweł Edelman, Ewa Braun, Jacek Bławut, Marek Koterski, Krzysztof Zanussi,  Allan Starski, Leon Niemczyk, Gustaw Holoubek, Małgorzata Potocka, Janusz Gajos, Witold Pyrkosz, Alina Janowska, Irena Kwiatkowska, Barbara Krafftówna, Jadwiga Barańska, Ryszard Kotys i wiele innych.

Andrzej Gojke to dziennikarz, fotoreporter, fotograf. Pracował dla wielu gazet na Wybrzeżu, współpracował też z prasą ogólnopolską. Publikował zdjęcia m.in. w „Polityce”, „Przeglądzie”, „Newsweeku” „Wprost” i „Gali”.  Zdobył liczne nagrody i wyróżnienia w konkursach fotograficznych, miał kilkanaście wystaw autorskich. Od 2013 r. jest członkiem zarządu Oddziału Gdańskiego SDP, a od 2016 r. jego sekretarzem.

Więcej o wystawie można przeczytać TUTAJ.