Zmarł towarzysz Jerzy Urban. Zbrodniarz komunistyczny, w stanie wojennym członek związku przestępczego o charakterze zbrojnym, współsprawca zbrodni na polskich niepodległościowcach i kapłanach, w tym zamordowania kapelana Solidarności ks. Jerzego Popiełuszki i Grzegorza Przemyka. W tzw. III RP przez (post) komunistów i „demokratów” uważany za autorytet, po śmierci nagrodzony spoczynkiem na Powązkach Wojskowych w Warszawie.
W 2019 r. na cześć tego żałosnego starca zorganizowano imprezę na Polu Mokotowskim w Warszawie. Ogłupiona gawiedź skandowała: „Urban, Urban, Urban”. Na domiar złego impreza odbyła się w rocznicę zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Zamordowania przez czerwonych kumpli czerwonego Urbana.
Ci kumple to nie jacyś trzepakowi bandyci, tylko przywódcy komunistycznego państwa: towarzysz Jaruzelski, towarzysz Kiszczak et consortes. Bo komunizm w Polsce istniał (doprecyzowując: został nam narzucony siłą) i mordował. Oczywiście mordował nie komunistyczny system, ale jego ludzie. Jedni mordowali, inni tym zbrodniom zaprzeczali, czyli kłamali. W panteonie czerwonych kłamców poczesne miejsce zajmuje właśnie Jerzy Urban.
Przypomnijmy zatem mądrzejszym (bo ogłupiona gawiedź i tak nie pojmie), co to za jegomość, a lepiej powiedzieć – bolszewicki drań. Bo Urban to propagandysta wojny polsko-jaruzelskiej, którego nieprzypadkowo senator Bender nazwał „Goebbelsem stanu wojennego”. To gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” likwidowali Polaków, w tym księży. Nie tylko Jerzego Popiełuszkę, ale i Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca, Sylwestra Zycha. Ci trzej niezłomni kapłani zginęli w 1989 r.
Jana Pawła II zamordować nie zdołali, choć on był głównym celem. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie. A kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso”? Właśnie Urban.
Bo Urban był nie tylko rzecznikiem „polskich” bolszewików, ale też jednym z decydentów ich polityki w stanie wojennym. Jego twórców sąd w III RP nazwał związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Urbana też – choć na ławie oskarżonych nie zasiadł. No bo kto na miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu”? Kto rok wcześniej namawiał Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu propagandowego, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO?
A dzisiejszym komunistom, dla których ów czerwony Goebbels jest guru, przypomnę, jak kłamał o homoseksualistach prześladowanych przez jego kolegów z MSW w ramach akcji „Hiacynt”.
W tzw. III RP miejsce Jerzego Urbana – „Goebbelsa stanu wojennego”, powinno być nie na imprezie w knajpie, ale w więzieniu. Powinien tam trafić jako główny propagandysta czerwonych bandytów na szczytach komunistycznej władzy. To się nie udało w jego przypadku i większości innych czerwonych drani.
Dlatego nie cieszę się, że Jerzy Urban zmarł, bo zmarł nieosądzony. A na koniec Powązki – gdzie położy się w rodzinnie grobie. Kiedyś nekropolia chwały polskiego oręża. Dziś cmentarz komunalny dla komuny. Zbrodniarze obok „Łączki” i kwater powstańczych.
Był stan wojenny, byłem dzieckiem, ale pewne rzeczy już rozumiałem. Pamiętam doskonale, atmosferę stężonej pogardy. Tak, pogardy. Zawsze, kiedy w telewizorze w czasie stanu wojennego pojawiała się nalana twarz Urbana skądś wypełzała wszechogarniająca pogarda, która otaczała kanalię kokonem. Zwykli ludzie, ludzie, którzy umieli odróżniać dobro od zła oczywiście brzydzili się Urbanem. To było naturalne, jak oddychanie.
W czasach przedinternetowych, w czasach dwóch kanałów telewizyjnych cotygodniowe konferencje prasowe rzecznika komunistycznego rządu były także jakąś perwersyjną rozrywką. Obserwowałem go i nigdy, przysięgam nigdy, nie dostrzegłem w nim żadnego błysku, żadnej inteligencji, żadnego polotu. Co najwyżej był dość sprawny. Co najwyżej.
Nielot
Szpetny pingwin machający skrzydełkami nadaremno próbujący zerwać się do lotu. Stworzony do kąpieli w kloace, nie do szybowania. Zresztą kloaka to był jego wybór i wkrótce naturalne środowisko. Odczytywał z kartki, przed reporterami ze świata, często dukając, jak uczniak, tak nieprawdopodobne brednie, tak oderwane od rzeczywistości, że w pewien sposób było to zjawiskowe. Tak. Kreatura w czystej postaci na usługach zbrodniczego reżimu. Oczywiście kreatura moralna, ale także fizyczna, co miało pewne znaczenie nawet dla Jaruzelskiego, który przez długi czas nie mógł zaakceptować tego monstrum. Niski, bardzo brzydki grubas z groteskowo odstającymi wielkimi uszami był przedstawiany przez Polaków na rysunkach i małych rzeźbach jako tyłek z uszami. „Widziałeś pupę z wachlarzami?”I wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.
Odtrutka na komunę
Tak społeczeństwo próbowało odreagować trutkę sączoną przez komunistów. Bo tylko tak mogło. Urban, czyli nikt do wynajęcia. Nie mam wątpliwości, że gdyby ta kanalia była dziś na usługach Putina, to właśnie oświadczałaby światu, że w Buczy Ukraińców mordowali Ukraińcy. Nie mrugnąłby nawet okiem. Odnosiłem wrażenie, że w tych regularnych kłamstwach przed kamerami ze świata, ten wszechstronnie brzydki dziennikarz z socjalistycznej rodziny postanowił mścić się nad światem może za swój los, który w najważniejszej części wybrał sobie sam.
Pan świnia – nie śmieszny dziadzio
Nie chcę uprawiać taniej psychologii, ale mottem życiowym Urbana było „Nie tylko ja jestem świnią”. Tak, nie tylko ty, ale tylko ty chciałeś nią być i nią zostać. Czemu o tym piszę? Czemu w ogóle poświęcam tej kreaturze czas? Żeby nie wygrał po śmierci, żeby postawić go we właściwym miejscu, żeby radosna narracja młodych, głupich lewaków, że to był taki śmieszny dziadek, który dokładał innymi nie przesłoniła tego co najistotniejsze. Urban nie był żadnym śmiesznym dziadkiem. Był prawą ręką komunistycznych zbrodniarzy i morderców. Był ich świadomym narzędziem.
Pramowa nienawiści
To on osobiście przygotował grunt pod zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki, to on na niego szczuł posługując się w swoich publikacjach fałszywymi nazwiskami. Na miesiąc przed uprowadzeniem i zamordowaniem księdza Jerzego, Urban na łamach warszawskiego tygodnika „Tu i Teraz” pod pseudonimem Jan Rem pisał o mszach świętych odprawianych przez Popiełuszkę jako „seansach nienawiści”. Wszyscy wiedzieli, że Rem to prawa ręka Jaruzelskiego, Urban. Ksiądz Popiełuszko odpowiedział na ten paszkwil w swoim kazaniu: „Pan Jan Rem, chociaż wszyscy wiemy, kto tchórzliwie kryje się pod tym pseudonimem, pozwolił sobie na bezkarne plucie w sposób wyjątkowo prymitywny na tysiące ludzi gromadzących się w powadze, aby modlić się za Ojczyznę. Nie zabierałbym głosu, gdyby to był paszkwil na mnie osobiście. Kieruję się bowiem w życiu zasadą, że nikt nie jest w stanie mnie obrazić, ale czuję się w obowiązku zabrać głos, gdy ktoś ubliża społeczności kościelnej i wchodzi z brudnymi butami w sfery misterium Kościoła, ofiary Mszy Świętej. Już samo nazywanie liturgii Mszy Świętej, cytuję: „seansem nienawiści”, „sesją politycznej wścieklizny”, „czarną mszą i zbiorową histerią”, świadczy wystarczająco o tym, że autor paszkwilu jest gorliwym sługą szatana, ojca nienawiści.” Po podrzuceniu przez esbeków księdzu Popiełuszce ulotek i matryc do mieszkania, Urban w 1983 roku napisał paszkwil w „Expressie Wieczornym” pod tytułem „Garsoniera obywatela Popiełuszki”. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z kłamstw, które współwymyślił i rozpowszechniał. Tekst podpisał nazwiskiem dziennikarza Michała Ostrowskiego, potem Urban udawał, że tego nie pamiętał. Tyle, że żaden Michał Ostrowski nie pracował w „Expresie Wieczornym” …
Pogarda
Po tak zwanym zakończeniu komunizmu, do którego w Polsce po 1989 nigdy nie doszło, Urban świetnie znalazł się w biznesowej rzeczywistości wykorzystując na łamach swojego tygodnika wszystkie możliwe esbeckie znajomości i kwity. Swoją dewizę życiową „Nie tylko ja jestem świnią” realizował tam z wielkim powodzeniem. Nie ma we mnie grama zachwytu nad jego rzekomymi umiejętnościami przedsiębiorcy. Jest złość, że nie rozliczyliśmy tego bezczelnego Goebbelsa stanu wojennego, że opuściliśmy sprawiedliwość i pamięć po ofiarach komunistów myśląc, że jesteśmy miłosierni. Nie, nie byliśmy miłosierni, byliśmy słabi, byliśmy frajerami, daliśmy się jak dzieci ograć zbrodniarzom, którzy grali nam widowiskowo na nosie. Wiem, gdzie jest miejsce Urbana, wiem, gdzie jest miejsce bałwanów relatywizujących tę kanalię. Mam dla was prezent, wieczną pogardę.
Aż nie chce się wierzyć, ale od 1922 r., praktycznie bez przerwy do dzisiaj, istnieje w Gdańsku klub sportowy o nazwie Gedania (od 2006 roku: GKS Gedania 1922). Ktoś mógłby powiedzieć, że to żaden ewenement. Tylko że Gedania była polskim klubem sportowym w mieście, które mocą Traktatu Wersalskiego podpisanego 28 czerwca 1922 r., stało się dziwnym tworem o nazwie Wolne Miasto Gdańsk, gdzie Polaków traktowano marginalnie.
Dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku, fot. M. Giedz
Klub powstał 15 sierpnia 1922 r. Minęło właśnie 100 lat jego istnienia i z tej okazji Radio Gdańsk zorganizowało niezwykle interesującą debatę, która bynajmniej nie dotyczyła tematyki czysto sportowej. Wręcz przeciwnie rozmawiano o Polakach, a przede wszystkim o duchu polskości, który dzięki Gedanii był „pielęgnowany” nawet w najtrudniejszych czasach, a tylko w tle pojawiał się wątek sportowy. To była znakomita lekcja polskiej historii, a poprowadzili ją znawcy dziejów Pomorza i Gdańska, które w rzeczywistości nigdy nie było miastem niemieckim, chociaż Niemcy od stuleci roszczą sobie do niego prawa. Uczestnikami panelu byli: dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku i dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.
Gdańsk zawsze był miastem wielokulturowym, ale nie był niemiecki, chociaż większość jego mieszkańców znała ten język i posługiwała się w najróżniejszych instytucjach.
Dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, fot. M. Giedz
Gdańsk okresu międzywojennego
– W Gdańsku nieprzerwanie funkcjonowała dynamiczna mniejszość polska, która przetrwała okres zaborów i była aktywna w okresie szturmu Hakaty (Niemiecki Związek Marchii Wschodniej – niemiecka nacjonalistyczna organizacja działająca w latach 1894-1934) na przełomie XIX i XX wieku – tłumaczył Grzegorz Berendt. Na obszarze, który od 1920 tworzył Wolne Miasto Gdańsk, aktywni i świadomi Polacy nie byli zbiorowością zbyt liczną. Stanowili zbiorowość kilkunastu tysięcy osób, ale byli zorganizowani i wydawali własną prasę. Wyróżniali się i nie obawiali się mówić o swojej tożsamości, występować wobec władz, nawet w okresie, kiedy była dominacja państwowości niemieckiej, po zawieszeniu broni w listopadzie w 1918 roku, a przed wejściem w życie postanowień traktatu wersalskiego na początku 1920 roku. W tym trudnym okresie, wypełnionym walkami politycznymi i przelewem krwi, kilkanaście tysięcy Polaków mówiło o swoich aspiracjach i marzyło o tym, żeby Gdańsk znalazł się w wolnej Polsce.
Dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, fot. M. Giedz
Wśród polskich mieszkańców Gdańska, jak wyjaśniał Janusz Trupinda – byli bankowcy i przemysłowcy, była inteligencja, ale większością była ludność pracująca fizycznie, pracownicy portowi, ludność niezamożna. Dla nich Gdańsk jest polskim miastem – nigdy nie zaakceptowali tego rozwiązania, które my nazywamy Drugim Wolnym Miastem Gdańsk (pierwsze, to autonomiczne terytorium w latach 1807-1814). Polacy nie lubili, kiedy nazywano ich mniejszością narodową. To wyszło później przy pierwszych igrzyskach Polaków z zagranicy w Warszawie.
Sytuacja Polaków mieszkających w Wolnym Mieście Gdańsku była trudna nawet przed dojściem do władzy Adolfa Hitlera – podkreślał Michał Pacześniak, moderator dyskusji. – Już w latach dwudziestych Niemcy starali się dominować w mieście i ograniczali prawa Polaków.
– Wolne Miasto Gdańsk pod względem struktury politycznej było Rzeszą w miniaturze – mówił Berendt. – Była to kopia struktury politycznej: od radykalnej lewicy, przez socjaldemokrację, partię katolicką centrum, partie mieszczańskie, po nacjonalistów. Niezależnie od tego, czy mówimy o internacjonalistycznej lewicy niemieckiej, czy o konserwatywnych nacjonalistach, wszyscy potępiali i krytykowali oderwanie terenu Gdańska od Rzeszy. Postulowali zjednoczenie z niemiecką ojczyzną. Dążyli wszelkimi sposobami, by jak najbardziej ograniczać polskie życie i aktywność na tym terenie, w granicach prawa. W latach 1922-1933 było bardzo trudno. Po maju 1933 przez pewien czas, paradoksalnie, było trochę łatwiej. Wszystkie ugrupowania w Gdańsku z determinacją starały się nie dopuścić do tego, by pojawiła się większa liczba Polaków, posiadających prawa polityczne. Te dwadzieścia tysięcy ludzi z Polski wniosło nowy element dynamiki, ale ci ludzie nie mieli praw publicznych, by na terenie Wolnego Miasta Gdańska zmienić cokolwiek w sposób demokratyczny. Żywiołem dominującym, również w okresie demokratycznym, były niemieckie ugrupowania, które kierowały się takimi, a nie innymi priorytetami.
Deklaracja polskości
– Jeszcze przed powstaniem Wolnego Miasta Gdańska, zaczęło działać Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, był to rok 1894 – kontynuował Trupinda.
Założeniem owego towarzystwa było wzmacnianie polskiej tożsamości narodowej poprzez sport, który, jak mówił Trupinda, nie zawierał w sobie pierwiastka rywalizacji. Założycielom „bardziej chodziło o współdziałanie, wspólne uprawianie sportu, budowanie umiejętności, które później mogłyby się przydać w budowaniu polskiego państwa”. Jednak dla młodych ludzi, zwłaszcza tych z sekcji piłkarskiej, rywalizacja była ważna. Doszło więc do odłączenia się owej sekcji z Towarzystwa. Jednak funkcjonowanie samodzielne nie było łatwe. Młodzi ludzie nie mieli miejsca do treningu, nie mieli pieniędzy i nie miał ich kto trenować. Zdeterminowali postanowili założyć klub sportowy, a był to rok 1922. Nazwali go Gedania od nazwy sekcji piłkarskiej.
Karol Nawrocki podkreślał, że Gedania powstała na wartościach polskich „Sokołów”, niestety w atmosferze niechęci do Polaków. W wielu środowiskach, głównie niemieckich mówiło się, że: „Polacy nie zasługują na swoje państwo, niezależnie od zmieniającej się struktury państwowej”.
– Gdy spojrzymy na książki myślicieli z drugiej połowy XIX w. czy na słownik zwrotów polsko-pruskich, to zobaczymy, że tam Polak jest człowiekiem drugiej kategorii, przeznaczonym do tego, aby służyć niemieckiemu panu, a to jest druga połowa XIX w. – mówił Nawrocki. – Hitler w sposób synkretyczny właściwie, taki mało twórczy, ale bardzo polityczny to pozbierał i realizował, ale nastawienie Wolnego Miasta Gdańska, jego władz i samych Niemców wobec Polski, było w moim uznaniu konsekwentnie antypolskie. Gedania, która znaczyła Polska, miała problemy z rozwijaniem się, to było też pewną wypadkową polityki geopolitycznej i relacji dyplomatycznych pomiędzy II Rzeczpospolitą i III Rzeszą, a wcześniej Republiką Weimarską. Pewnie, gdybyśmy weszli w te szczegóły, to zobaczylibyśmy różne temperatury tych emocji, ale z jedną stałą i niezmienną, to znaczy Polska i Polacy stanowią partnera drugiej kategorii, niezależnie od zmieniających się organizmów państwowych i nazw. Gedania zbudowana na fundamencie „Sokoła” była klubem, który jednoczył ludzi, nie tylko ze skłonnością do sportu, do wielu dyscyplin, ale przynależność do niego była deklaracją polskości.
Dodał też, że – sport w latach 20. i 30. był jednym z przejawów aktywności. Na zdjęciach przechowywanych w bibliotece PAN w Gdańsku widzimy pięknie przyozdobione domy w środku miasta, widzimy Polaków manifestujących 11 listopada i 3 maja, którzy byli pod biało-czerwonymi flagami i swoimi transparentami. Harcerze byli w mundurach, harcerki i młodzież akademicka w swoich strojach. Oni szli w sposób zorganizowany i nie bali się okazywać swojej polskości wobec niemieckiej, 90 proc. większości. Oni ją manifestowali. To była mniejszość, ale niezwykle dynamiczna, silna i zdeterminowana.
Warto jeszcze dodać, że mimo wielu przeciwności i ogromnej niechęci Niemców wobec Polaków Gedania i jej stadion była miejscem otwartym dla wszystkich, z którego mogli korzystać m.in. członkowie żydowskiego klubu Bar Kochba, wyrzuceni ze stadionów i sal gimnastycznych zarządzanych przez kluby niemieckie.
Mała Polska w Gdańsku
Gedania miała swój stadion wybudowany w latach 20. XX w., a mieszczący się u zbiegu dzisiejszych ulicy Tadeusza Kościuszki i Alei Legionów. Karol Nawrocki nazwał ten stadion „sanktuarium polskości i Polaków, którzy bili się o wolną Polskę i jej służyli”. Dawniej o tym stadionie mówiło się, że to „Mała Polska w Gdańsku”. Bowiem jest jednym z najważniejszych symboli polskości obok Westerplatte i Poczty Polskiej.
– Ten stadion był miejscem wielu polskich manifestacji – wyjaśnia Janusz Trupinda. –Są zachowane dokumenty, jest zachowany film, na którym można zobaczyć dumnych Polaków, którzy u siebie, na tym kawałku Polski demonstrują swoją polskość i prezentują się z jak najlepszej strony. Gedania była klubem rodzinnym. Utrzymała swój wielosekcyjny charakter, który nie mógł rywalizować z Lechią, Stoczniowcem, lecz miał swój klimat.
Dzisiaj stadionu właściwie nie ma. Jest w opłakanym stanie. Teren znalazł się w rękach chyba największego dewelopera budującego w Gdańsku – spółki Robyg 18, w której ponoć – jak można wyczytać na portalu Gdańsk Strefa Prestiżu – były prezydent Gdańska Paweł Adamowicz miał w 2017 r. 37 tys. akcji.
– Zagospodarowanie tego miejsca z odpowiednim szacunkiem i rozmachem architektonicznym, a także uszanowaniem przeszłości tego miejsca jest wielką szansą dla Gdańska – stwierdził Janusz Trupinda. – To nie powinien być teren, który zabudujemy w sposób standardowy. Powinniśmy potraktować go szczególnie i dać świadectwo naszej czci tym ludziom, którzy zginęli, ale i tym wszystkim, którzy z Gedanią byli przed wojną związani.
A tak na marginesie, zawodnicy Gedanii uczestniczyli w dziesięciu Olimpiadach, zdobywali Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy…
– Są na sali wójtowie, niech wstaną i poświadczą – zaordynował prowadzący spotkanie z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w Kołobrzegu. Chodziło o to, że samorządy dostają jednak pieniądze od rządu. I dwie sieroty, po chwili wahania wstały. Kamera pokazywała ich od tyłu, więc nie widzieliśmy zażenowania, które na pewno było. Prezes szybko zmienił temat, chyba też mu było głupio. Meetingi powiedzmy przed wyborcze to zawsze sztampa organizacyjna. Ale okazuje się, można je zmieniać. Oczywiście zależy to przede wszystkim od głównego bohatera tych spotkań.
Na spotkaniu we Wrocławiu prezes PiS pokazał jakby nową twarz. Mówił o dwóch kaczorach (jeden to Donald), o sobie jako zawodniku NBA. Dystans i żart. Ktoś dobrze doradził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nawet najtrudniejsze sprawy można omawiać bez zbędnego naburmuszenia. A tak zwykle politycy robią. Anegdota i luz lepiej trafiają. Cały występ polityka robi się ciekawszy i lepiej skupia uwagę.
Sytuacja powtórzyła się w sobotę 1 października. W Koszalinie i właśnie w Kołobrzegu. Było o wszystkim co najważniejsze – w kraju i za granicą. A dużo tego się dzieje. Rozmowy te transmitowane na cały kraj są ważne. Jeśli prowadzone są płynnie wcale nie potrzeba „pytacza”. Takowy na ogół zabiera czas i.… mizdrzy się do notabla.
Tym razem jednak wykonał taką robotę prowadzący spotkanie. Na inicjowane przez niego okrzyki sali: „Jarosław, Jarosław, prezes poprosił, aby już nie skandować: „Wiem jak mam na imię”. I lizusowskie działania ustały. Wymyślono także, że na koniec będą pytania z sali. I słusznie. A dlaczego te pytania nie są zadawane bezpośrednio przez uczestników spotkania. Zaprosiłbym taką osobę do stolika, podał rączkę i wysłuchał. A tu nie. Prowadzący ma pytania na karteczkach i odczytuje. Po cholerę taka forma cenzurowania. Inteligentny żadnej pracy i pytań się nie boi. Bo i czego ma się bać? Jeśli czegoś nie wie, to zwyczajnie mówi, że zapyta branżowego ministra i odpowie. I tak się zdarzyło.
Spotkania są potrzebne. Nie tylko dla tej grupki wybranych. Ale wiedza na bieżąco co władza myśli, co planuje i jak się tłumaczy z niedoróbek to ważne. To co jest, co się dzieje sami wiemy. Oczywiście trochę ważnych wskaźników i liczb istotnych w sprawach gospodarczych też się należy.
Występowanie w telewizji to bardziej zdobycie się na maksymalną szczerość i prostotę (nie mylić z prostactwem) w zachowaniu. Reżyserzy i różne usłużne przydupasy, choćby nie wiem, jak się starali, sprawy nie załatwią. Kaczyński też użył zwrotu: „Jaki jest koń, każdy widzi”. Oczywiście miał nam myśli swojego głównego adwersarza. Ale nie jeździł po nim jak po łysej kobyle. Powiedział co myśli, ale spokojnie.
I tak jest lepiej. Lepiej i skuteczniej. Krzykacz krzyczy, bo się boi. To strach podsuwa pomysły o brutalnym atakowaniu. To brak argumentów i zaprzaństwo powodują odwracanie kota ogonem i zaprzeczanie tego co się przed chwilą publicznie rzekło. To takie struganie głupa. Pinokio się przypomina. Nos wydłuża. Panie Boże chroń mnie przed głupimi przyjaciółmi. Z wrogami sobie poradzę. Usłużny partyjny wspólnik może i chce dobrze, ale psuje. Wiarygodność, nastrój. Może przesadzam, że ten obywatel prowadzący imprezę w Kołobrzegu aż tak bardzo zawinił. To dla przestrogi wobec innych: podlizywanie się w telewizji to bardzo zła metoda. Szkodzi!
Podczas Festiwalu Mazurka Dąbrowskiego (28-30 września 2022 r.), ponad 30 działaczy Polonii, przybyłych z kilku państw obydwu półkul świata, przybliżono Patronów 2022 Roku w Polsce i poruszono wiele istotnych spraw dotyczących emigracji polskiej. Festiwal zorganizowało Światowe Stowarzyszenie „Republika Polonia” z USA, a dofinansowała go Kancelaria Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego. Festiwal prowadziła prezes tej organizacji, mecenas Maria Szonert-Binienda ze Stanów Zjednoczonych.
Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie
Pierwszego dnia rodacy z zagranicy odwiedzili na Kaszubach dwa muzea związane z Józefem Wybickim: Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie (w jego gmachu urodził się, 29 września 1747 r., Józef Wybicki) oraz Muzeum Historyczne Generała Wybickiego w Sikorzynie (dawny dwór Wybickich, gdzie autor Hymnu Polski się wychowywał). Te dwa ciekawe muzea łączy szlak turystyczny, wśród pięknych kaszubskich jezior i lasów.
Drugiego dnia w centrum hotelowo-konferencyjnym w Turznie pod Toruniem odbyła się konferencja poświęcona Patronom Roku 2022 – Marii Konopnickiej (odczyt „Maria Konopnicka – postać, twórczość oraz jej znaczenie dla Polaków spoza kraju” wygłosiła autorka tego tekstu, dr Teresa Kaczorowska, szefowa Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP), Józefowi Mackiewiczowi (prelekcje mieli Romuald Mieczkowski i Maria Szonert-Binienda) oraz Józefowi Wybickiemu (o historii Hymnu Narodowego opowiedział Lech Makowiecki). W drugiej połowie dnia zaplanowano dwa interesujące panele: ekspercki pod hasłem „Co to znaczy być państwowcem?” z udziałem profesorów Wiesława Wysockiego i Grzegorza Górskiego oraz panel polonijny z reprezentantami polskiego rządu i działaczy polonijnych. Na zakończenie dnia prof. Ryszard Grucza przybliżył historię pałacu w Turznie (bywali w nim m.in. Fryderyk Chopin, Zawisza Czarny), a Lech Makowiecki zaprezentował swój program artystyczny.
Podkreślano, że Polonia – często bardziej patriotyczna niż Polacy w kraju – jest dla kraju olbrzymim kapitałem i może być animatorem wizerunku Polski za granicą. Ocenia się, że jedna trzecia narodu polskiego żyje na obczyźnie, choć dokładna liczba nie jest obecnie znana. – Zamierzamy wkrótce zrobić dokładne badania o liczebności naszych rodaków w świecie, już powołaliśmy zespół koordynacyjny – obiecał dyrektor Departamentu Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą Jan Badowski, który odpowiadał na liczne zapytania emigrantów.
Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba” w Toruniu
Ostatniego, trzeciego dnia, wybrano się do Torunia. Zwiedzono tam otwarty w 2020 r. Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba”, który oddaje hołd blisko 35 tysiącom Polakom ratującym Żydów. Jest to rozwinięcie powstałej w 2016 r. Kaplicy Pamięci Męczenników Polskich znajdującej się naprzeciwko, w Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, gdzie później odbyła się msza św. pod przewodnictwem o. dr. Tadeusza Rydzyka w intencji Polonii, a szczególnie Światowego Stowarzyszenia „Republika Polonia”. Na zakończenie Festiwalu, w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (niepublicznej szkoły wyższej założonej w Toruniu przez o. Tadeusza Rydzyka w 2001 r. należącej do Fundacji Lux Veritatis) zaplanowano wystąpienia przedstawicieli polskich władz oraz instytucji, szeroką dyskusję oraz panel polonijny z udziałem Waldemara Gołębiewskiego z USA.
Działacze polonijni z Nowego Jorku Halina i Zbigniew Koralewscy, z Teresą Kaczorowską
Emigranci podkreślali, że dopiero od 2015 r. Polonia na świecie traktowana jest przez kraj ojczysty poważnie jako część narodu i bardziej wspierane są jej inicjatywy w dziedzinie kultury, edukacji, czy gospodarki. Z kolei minister Jan Dziedziczak, pełnomocnik Rządu do Spraw Polonii i Polaków za Granicą, prosił rodaków w świecie o pomoc w ich krajach w obronie dobrego imienia Polski, nawoływał do jedności, zachowania języka ojczystego i kultury. – Polska i Polonia powinny być partnerami dla spraw Rzeczypospolitej – mówił.
Na „wyzwolonych” przez orków Putina ziemiach ukraińskich odbyły się „referenda”. Wyniki są znane od dawna. Większość mieszkańców opowie się za wcieleniem do Federacji Rosyjskiej. Do podobnych masowych fałszerstw doszło na okupowanych ziemiach polskich trzy razy: 22 października 1939 r., 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego).
22 października 1939 r. agresor sowiecki nazwał kłamstwa nad urną „wyborami do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Te pseudo-wybory zostały oczywiście poprzedzone propagandą, której pierwszym aktem była nota dyplomatyczna, jaką 17 września 1939 r. o świcie otrzymał polski ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski: „Wojna polsko – niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. […] Warszawa jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. […] Tym samym utraciły ważność umowy, zawarte pomiędzy ZSRS a Polską […] Wobec powyższych okoliczności Rząd Sowiecki polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy.” Ani jedno zdanie nie było tu prawdziwe.
Państwo polskie nie zbankrutowało. Warszawa biła się jeszcze 11 dni: skapitulowała 28 września 1939 r. Legalny, bo działający na podstawie konstytucji kwietniowej rząd RP, po przeniesieniu do Francji, a potem Wielkiej Brytanii, będzie istniał do grudnia 1990 r. A Armia Czerwona nie przekroczyła granicy, tylko brutalnie, bez wypowiedzenia wojny, nas zaatakowała mordując wszędzie branych do niewoli jeńców wojennych (jak później w Katyniu), oraz nikogo i niczego nie wzięła pod opiekę, ale zaczęła totalnie zabijać, łupić i niszczyć.
Jednak to ludobójstwo i barbarzyństwo trzeba było – wzorem moskiewskim – zalegalizować. Temu służyły wspomniane „wybory do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Miały się odbyć jeszcze „wybory do Polskiego Zgromadzenia Ludowego”, ale w wyniku „traktatu o granicy i przyjaźni” z 28 września 1939 r. – de facto II paktu Ribbentrop-Mołotow – tereny Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza przypadły III Rzeszy niemieckiej, w zamian za m.in. Wileńszczyznę dla ZSRS.
Decyzję o przeprowadzeniu tych „wyborów” podjęło 1 października 1939 r. Biuro Polityczne KC WKP(b) – to samo najwyższe gremium sowieckie, które decydowało wcześniej o ludobójstwie w ramach „operacji polskiej NKWD”, a później o ludobójstwie katyńskim. Od początku szalał terror i propaganda. 22 października, dodatkowo, po miastach poruszały się specjalne grupy agitacyjne: piesze lub samochodowe, namawiające do głosowania na kandydatów „demokratycznych”. W lokalach wyborczych mieszkańców zachęcano kupnem niedostępnych na ogół towarów, lub napiciem się alkoholu. Opornych doprowadzano siłą.
Jakie były wyniki? Na „zachodniej Ukrainie” frekwencja wyniosła 92,83 procent, z czego ponad 90 procent „głosowało” na „demokratów”. Na „zachodniej Białorusi” było to odpowiednio: 96,7 i także ponad 90 procent.
Ale to tylko pierwszy etap „wyborów”. Kolejnym było opowiedzenie się „wybranych” w ten sposób gremiów za przyłączeniem do ZSRS. Rada Najwyższa Związku Sowieckiego oczywiście przychyliła się do owych „próśb”, co skutkowało formalną aneksją ziem II Rzeczpospolitej do powiększonych w ten sposób: Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Obywatelom polskim nadano sowieckie obywatelstwo. Potem, by dopełnić zbrodni, był Katyń i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb ZSRS.
Podobne operacje sowieci przeprowadzili po ponownym „wyzwoleniu” Polski w latach 1944/1945. Dwa akty wyborcze: 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego) zostały sfałszowane. W obu przypadkach głównym manipulatorem był oddelegowany do tego przez Stalina Aron Pałkin. Okupacja skolonizowanej Polski, rozpoczęta 17 września 1939 r., trwała aż do 1989 r. – choć ja bym bardziej łączył tę drugą graniczną datę z 1993 r., kiedy we wrześniu opuściły naszą Ojczyznę ostatnie wojska sowiecko-rosyjskie.
Gala wręczenia odznaczeń państwowych przyznanych przez Prezydenta RP zasłużonym członkom Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odbyła się w czwartek, 8 września w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. „Pozycja i autorytet SDP ufundowane są na dekadach starań o wolność słowa, o demokratyczny i pluralistyczny kształt środków społecznego przekazu” – napisał Andrzej Duda w liście do uczestników uroczystości.
Galę prowadzili Anna Popek i Krzysztof Skowroński
– To jest wielkie, nasze wspólne dziennikarskie święto. Trochę na nie czekaliśmy – powitał zebranych na gali prezes SDP Krzysztof Skowroński.
Przypomniał, że pomysł, aby wystąpić do Prezydenta z wnioskiem o odznaczenia dla zasłużonych dziennikarzy wyszedł prawie pięć lat temu, przed rocznicą stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, od Hanny Budzisz z Oddziału Warszawskiego SDP. Inicjatywę poparł Zarząd Główny SDP. Czas pandemii, później rosyjska inwazja na Ukrainę opóźniły organizację uroczystości. – Dziś się udało – podkreślił prezes SDP.
Odznaczenia otrzymało blisko 40 dziennikarzy z różnych oddziałów SDP, w imienia Andrzeja Dudy, wręczał je Wojciech Kolarski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP. Odczytał on również list, który Prezydent skierował do uczestników uroczystości.
Wojciech Kolarski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, odczytał list od Andrzeja Dudy i wręczał odznaczenia.
„Roli mediów we współczesnym społeczeństwie informacyjnym nie sposób przecenić. Nazywane czwartą władzą, nie tylko wyznaczają standardy kultury wypowiedzi, nie tylko współorganizują i moderują debatę publiczną, ale też biorą w niej aktywny udział. Zakreślenie kręgu tematycznego poruszanych zagadnień, niezbędna selekcja wiadomości, fachowy komentarz specjalistyczny oraz analizy publicystów to skuteczne narzędzia wpływu na rzeczywistość. Wiąże się z tym olbrzymia odpowiedzialność – a jednocześnie potrzeba zagwarantowania mediom wolności, możliwości swobodnego reprezentowania postaw i poglądów wielu różnych grup i środowisk” – napisał Andrzej Duda.
Prezydent podkreślił, że „Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich położyło w tej dziedzinie znaczące, trwałe zasługi”.
„Państwa głos w sprawach istotnych dla dziennikarzy oraz w kwestiach prawno-instytucjonalnego otoczenia mediów jest wysłuchiwany ze szczególną uwagą. Pozycja i autorytet SDP ufundowane są na dekadach starań o wolność słowa, o demokratyczny i pluralistyczny kształt środków społecznego przekazu”.
Wśród najcenniejszych inicjatyw stowarzyszenia Andrzej Duda wymienił m.in. powstanie Centrum Monitoringu Wolności Prasy oraz „podtrzymywanie szerokich kontaktów z podzielającymi ideały SDP dziennikarzami zagranicznymi – zarówno w wolnym świecie, jak i w krajach, w których trwa opór przeciwko rządom niedemokratycznym”.
Kończąc, Prezydent przekazał życzenia i wyrazy szacunku dla wszystkich członków SDP.
Jako pierwszy Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, za wybitne zasługi dla rozwoju niezależnego dziennikarstwa, za osiągnięcia w pracy dziennikarskiej i działalności społecznej, odznaczony został Krzysztof Skowroński.
Za zasługi w działalności na rzecz środowiska dziennikarzy polskich Złote Krzyże Zasługi otrzymali: Elżbieta Binder-Frycz, Krzysztof Gurba, Piotr Legutko, Wojciech Reszczyński, Zbigniew Rytel.
Srebrnymi Krzyżami Zasługi uhonorowani zostali: Hanna Budzisz, Dagmara Drzazga, Anna Fastnacht-Stupnicka, Maria Giedz, Jolanta Hajdasz, Andrzej Klimczak, Anna Kopras-Fijołek, Anna Malinowska-Wegner, Józef Matusz, Wanda Nadobnik, Anna Pakuła-Sacharczuk, Janusz Pichlak, Mariusz Pilis , Andrzej Radomiński, Wiktor Świetlik, Ewa Urbańska-Lewandowska, Waldemar Wiśniewski, Tadeusz Woźniak, Halina Żwirska.
Brązowymi Krzyżami Zasługi wyróżniono: Huberta Bekrychta, Karinę Łopieńską, Grzegorza Mikę, Wojciecha Pokorę, Ewę Starostę i Andrzeja Tomczaka.
Ponadto, za sumienne, wzorowe wykonywanie obowiązków zawodowym, Złotym Medalem Za Długoletnią Służbę uhonorowano, wieloletnią dyrektor biura Zarządu Głównego SDP Bożennę Dobrzyńską. Brązowy Medal Za Długoletnią Służbę otrzymał prawnik stowarzyszenia Michał Jaszewski.
Medalami Stulecia Odzyskania Niepodległości za zasługi dla Niepodległej wyróżniono: Teresę Bochwic, Janinę Jankowską, Teresę Kaczorowską, Barbarę Petrozolin-Skowrońską oraz Agnieszkę Romaszewską-Guzy.
W uroczystości wzięli udział przedstawiciele ukraińskich dziennikarzy. W imieniu swoich kolegów i koleżanek sekretarz Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Mykoła Semena gratulował odznaczeń, ale przede wszystkim podziękował Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich za pomoc okazaną uchodźcom z Ukrainy, w tym również dziennikarzom.
Przybliżył również trudną sytuację mediów i dziennikarzy w jego kraju.
– W Ukrainie w wyniku wojny utraciliśmy do 20 proc. mediów. Wielu dziennikarzy musiało przekwalifikować się na dziennikarzy wojskowych, wielu pracuje w warunkach frontowych, wielu poszło walczyć w siłach zbrojnych Ukrainy – mówił Mykoła Semena.
Dodał, że na okupowanych terenach wróg przekształca kanały telewizyjne, gazety i portale internetowe w ośrodki propagandy, a dziennikarzy prześladuje, porywa i torturuje.
Jako wyraz wdzięczności za pomoc okazywaną przez SDP ukraińskim dziennikarzom w tak trudnym czasie, sekretarz Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy wręczył Krzysztofowi Skowrońskiemu pamiątkowy medal. Za pomoc uchodźcom oraz rozwijanie współpracy dziennikarskiej między Polską a Ukrainą uhonorowano również wiceprezes SDP, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolantę Hajdasz.
Walka z fake newsami to zawsze będzie wyścig zbrojeń, na każde narzędzie do ich zwalczania pojawiać się będzie odpowiedź przestępcza. Media zawsze były bronią w konfliktach międzynarodowych, ale obecnie ze względu na powszechną dostępność technologii produkcji i dystrybucji treści są bronią porównywalną z bronią konwencjonalną – powiedziała Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP w dyskusji na temat dewastujących skutków, jakie wywołują fake newsy w przestrzeni publicznej. Dyskusja ta odbyła się w pierwszym dniu XXXI Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
W jaki sposób w Polsce walczy się z fake newsami, które metody się sprawdzają, a które są zawodne – to pytania, na które odpowiadali Małgorzata Kilian-Grzegorczyk, prezes Stowarzyszenia DEMAGOG prowadzącego portal demagog.org.pl, Samira Bajamowa, działaczka na rzecz praw człowieka w Gruzji, Olgierd Annusewicz, wykładowca akademicki z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, Michał Buczyński, wiceprezes Zarządu i sekretarz Wikimedia MCDC oraz Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP i wiceprezes SDP. Moderatorem dyskusji był dr Tomasz Wszeborowski z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.
Dyskutanci w większości zgodzili się, iż walka z fake newsami jest bardzo trudna, bo tempo zdarzeń jest tak wielkie, że trudno mu dotrzymać kroku, a w praktyce nie wiadomo, kto jest nadawcą przekazu, ponieważ cechą charakterystyczną fake newsów jest to, że praktycznie zwykłymi, „cywilnymi” metodami nie można dotrzeć do właścicieli i autorów takich serwisów. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczeństwa, by obnażać mechanizmy, które kreują fake newsy. Po wybuchu wojny na Ukrainie Polska stała się jednym z najczęściej atakowanych krajów przez hakerów, liczba tzw. incydentów naruszających nasze cyberbezpieczeństwo w niektórych kategoriach wzrosła nawet 4 -krotnie, przyznają to nieoficjalnie specjaliści od cyberbezpieczeństwa – powiedziała Jolanta Hajdasz. Gdy niedawno byłam w siedzibie jednego z największych polskich operatorów telekomunikacyjnych – dodała – pokazano mi, iż w ciągu minuty w Europie zarejestrowano około 40 tys ataków hakerskich i potwierdzono, iż nawet połowa z nich miała miejsce w Polsce. Te liczby pokazują skalę problemu, bo sporą część tych ataków stanowią fake newsy. To jedno z podstawowych cyberzagrożeń w naszym kraju- dodała dyrektor CMWP SDP.
Hasłem przewodnim tegorocznej edycji Forum Ekonomicznego – odbywającego się w dniach 6 – 8 września – jest „Europa w obliczu nowych wyzwań”. Tegoroczny program merytoryczny jest bogaty, zawiera ponad 300 różnorodnych wydarzeń, od paneli dyskusyjnych, prezentacji raportów i konferencji, po koncerty i spotkania autorskie pisarzy i publicystów. Wśród gości Forum Ekonomicznego w Karpaczu są m.in. premier Mateusz Morawiecki, wicepremier – minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wicepremier – minister rolnictwa i rozwoju wsi Henryk Kowalczyk, minister zdrowia Adam Niedzielski, minister rodziny i polityki społecznej Marlena Maląg, czy minister finansów Magdalena Rzeczkowska.W Forum weźmie udział również prezes PiS Jarosław Kaczyński, który będzie uczestniczył w panelu dyskusyjnym „Realizm i wartości w polityce” w środę 6 września. Swój udział w wydarzeniach zapowiedzieli również samorządowcy oraz parlamentarzyści z opozycyjnych klubów. Do Karpacza mają też przyjechać m.in. b. prezydent Chorwacji Kolinda Grabar-Kitarović, minister polityki rolnej i żywności Ukraina Mykola Solskyi oraz deputowana Rady Najwyższej Ukrainy Kira Rudyk. Kilkanaście paneli dyskusyjnych poświęconych jest także problemom dotyczącym mediów, nie tylko z perspektywy polskich redakcji, ale także dziennikarzy i mediów krajów Europy Środkowo – Wschodniej. Patronami medialnymi wydarzenia jest ponad 80 redakcji mediów tradycyjnych i internetowych.
Nie, nie zwariowałem. Przynajmniej nie czuję się wariatem, a to – jak wiadomo w naszej kulturze – stanowi wyrok, że jednak nierówno jest pod moim sufitem. Trudno, wolę jednak teraz uchodzić za wariata niż po kilku latach być wyrzucony z bezpiecznego szpitala psychiatrycznego, bo masowo będą tam trafiać walnięci dziennikarze, którzy obecnie są uważani za ostoję normalności i poprawności. Politycznej.
Nie ma czegoś takiego, jak dziennikarski obiektywizm. Szczególnie gdy trwa wojna. A inwazja moskiewskiej hordy na Ukrainę jest więcej niż wojną. To starcie cywilizacyjne. Skoro trwa wojna, to pięknoduchy, którzy „za wszelką cenę chcą pokoju na świecie” powinny przestać się mazać i przestać marudzić, że „dziennikarze” trzymają stronę Ukrainy. Tak, w tym sensie jestem stronniczy, czyli – jak głosi biblia polityczne poprawnych dziennikarzy – nie jestem obiektywny. Trzymam stronę Ukraińców i nie obchodzą mnie „zwykli Rosjanie”, nawet jeśli to wrażliwi poeci albo baletnice, którym kazano włożyć rosyjskie mundury…
A pal sześć obiektywizm. Muszę być tylko rzetelny. A będąc rzetelny nie mogę przecież kłamać pisząc Odbiorcom, że „będzie dobrze”, kiedy nie będzie się drażnić Rosji. Bo Rosja, nawet jeśli w niektórych latach niegroźna, zawsze się odrodzi pod postacią azjatyckiej bestii.
Już słyszę ujadanie dystyngowanej sfory dziennikarskich psów gończych poprawnie politycznej opozycji z Polski. Nie ma jednak innego wyjścia, uczciwy dziennikarz musi być po stronie Ukrainy, bo jej bohaterowie, także za nasze pieniądze, bronią Europy. Kontynentu, który – też za nasze pieniądze – postanowił popełnić samobójstwo za pomocą rozerwania wiązadeł jamy ustnej, bo do tego prowadzi nieustanne gadanie o „dobrych Rosjanach”.
Znam sporo Rosjan, szczególnie dziennikarzy. Żaden z nich nie przeprosił za to, co jego rodacy robią na Ukrainie, bo to przecież „nie Rosjanie, tylko rosyjskie władze” robią te okropne rzeczy – mordują, gwałcą, kłamią, rabują… Znani mi żurnaliści z Rosji opowiadają głodne kawałki, jak to współczują Ukraińcom, ale sami w swoich rosyjskich redakcjach przy pomocy swoich rosyjskich mózgów, wykonują tylko swoje rosyjskie obowiązki. A w ogóle pracują w redakcjach muzycznych, sportowych, śniadaniowych lub grają w redakcyjnych orkiestrach…
Niestety, w amoku politycznej ugodowości są też międzynarodowe organizacje dziennikarskie. Członkowie ich władz ciągle myślą jak moja prababcia w 1939 roku, że wojna pójdzie bokiem.
W związku z tym oświadczam: nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę neutralny, czyli „obiektywny”, wobec inwazji moskiewskiej na Ukrainę. Nie zamierzam być obiektywny, bo obiektywizm dziennikarski to utopia gorsza niż komunizm. W dziennikarstwie jest tylko zwyczajna ludzka przyzwoitość, którą podobni mi pismacy nazywają po prostu rzetelnością.
Jeśli trzeba będzie ratować Ukrainę, Polskę, Europę na wojnie i w wojnie z propagandą Kremla nie zawaham się użyć adekwatnych środków. Przeciw Rosjanom jestem w stanie walczyć z bronią w ręku. Gdyby jednak dowódcy NATO uznali to za niebezpieczne, mogę jako dziennikarz, kłamać, manipulować, mataczyć. Byle przeciw Rosji! Byle przeciwko zidiociałym od poprawności politycznej urzędnikom nazywających siebie dziennikarzami, którzy chcą ratować tyłki układając się z promoskiewskimi ośrodkami władzy w różnych krajach Europy i świata.
Choć wszystkie teatry zarzekają się, że nie grają „bajek”, czyli spektakli dla dzieci, to jednak bez takich przedstawień, bez dziecięcej widowni nie miałyby wystarczających wpływów z teatralnej kasy.
Gdzieś tak do 1960 roku, a może trochę dłużej istniały teatry Młodego Widza, których cały repertuar nastawiony był na dzieci i nastolatków. Te teatry w założeniu miały, jako kopia „radzieckich osiągnięć”, wychowywać młodzież w duchu idei socjalizmu. W praktyce jednak stały się teatrami dla młodej widowni, z odpowiednim dla wieku repertuarem. Jednym z takich teatrów był krakowski Teatr Młodego Widza. Grał w nim nawet – jako nastolatek – Roman Polański.
Opowiadał mi pewien aktor, wtedy młody człowiek, że miał przyjemność – w latach siedemdziesiątych – dzielić garderobę w Teatrze Bagatela w Krakowie, z Ferdynandem Solowskim. Solowski to bardzo interesująca postać. Miał swoją wielką pasję, trochę tylko związaną z teatrem, były nią szopki krakowskie. Obok teatru były całym jego światem. Najpierw sam tworzył szopki, potem zaczął je zbierać, a w końcu stał się największym ich kolekcjonerem. Ferdynand Solowski wspaniale opowiadał, bez cienia uśmiechu sączył opowieści o swoich teatralnych przygodach.
Ale Solowski nie był gadułą. Po prostu od czasu do czasu raczył młodszego kolegę wspomnieniami. Poniżej zamieszczam trzy anegdoty krakowskiego aktora Ferdynanda Solowskiego. Są wielce dwuznaczne w swym przesłaniu i w puencie nie wiadomo było – śmiać się czy płakać.
Podkóweczki
Grałem kiedyś złego czarodzieja – opowiadał Solowski. Scenograf z reżyserem wymyślili, że w drugim akcie tańczę. Proszę bardzo, czyli mówi się trudno. Jednak nie miał to być normalny taniec. W tańcu miałem krzesać iskry. W tym celu zrobiono mi specjalne buty, których podeszwy były z metalowej szczotki. Na scenie natomiast, w odpowiednim miejscu, ułożono grubą blachę. Blacha była podpięta do plusa prądu 24 volt, natomiast moje buty, czyli ja cały, byłem podpięty do minusa. W ciemności prawie zupełnej tańczyłem, istotnie krzesząc snopy iskier. Robiło to rzeczywiście wrażenie na dzieciach. Tak było do ósmego przedstawienia. Na dziewiątym przedstawieniu, jakiś nowy teatralny elektryk podpiął stalową płytę do normalnego prądu.
Spędziłem prawie trzy tygodnie w szpitalu. Teatr, panie kolego – kończył Ferdynand Solowski – teatr wymaga poświęceń.
Piorunowładny
Miałem też i taką przygodę z efektami – opowiadał Ferdynand Solowski. – W jakiejś bajce grałem dobrego czarodzieja. Ci czarodzieje jakoś tak w ogóle do mnie przylgnęli… Tym razem wymyślono, że będę miotał pioruny. Dano mi małe petardy do rąk, uprzednio jednak – mając już doświadczenia z krzesaniem iskier – zakładałem skórzane rękawiczki. No i ciskałem tymi petardkami o podłogę sceny. Bardzo ładnie wybuchały. Krótko mówiąc efekt był. Na jakimś jednak – chyba trzydziestym przedstawieniu – petardki wybuchły mi w dłoni.
Dwa tygodnie zwolnienia. O, widzi pan – Solowski pokazał młodemu aktorowi prawą dłoń – kciuk i wskazujący były mocno poszarpane, zszyli, oczywiście, ale pamiątka została.
Co zrobić z niegrzecznym Tadziem?
Gdyby pan kiedyś, nie życzę tego, ale wszystko może się zdarzyć – mówił za trzecim razem Solowski – miał kiedyś grać w bajce, to pod żadnym pozorem, za żadną gażę, niech pan nie zgadza się – jak to mówią – nawiązywać nici porozumienia z widownią. To znaczy niech pan niczego wprost do dzieci nie mówi, nich pan o nic widowni nie pyta…
Grałem w spektaklu o niegrzecznym Tadeuszku, który psocił, rozrabiał jak pijany zając. W sumie sympatyczna postać. Ale bajka miała mieć wymiar dydaktyczny, zatem w finale, gdy wszystkie jego sprawki wychodziły na jaw, łapię tego urwisa za kołnierz, podprowadzam do proscenium i mówię do widowni: „I co mam teraz zrobić z tym niegrzecznym Tadziem?”
Na co wstaje jakiś sześciolatek i sepleniąc mówi: „Zakopać gnoja do doła i ojscać.”
Gdzie schował się Alibaba?
Graliśmy też bajkę o Alibabie i 40 rozbójnikach. W pewnym momencie jakże pozytywny Alibaba ucieka rozbójnikom i chowa się w koronie drzewa. I przykazuje widowni, żeby go nie wydała.
Grałem herszta zbójów. Podchodzę do proscenium i mówię, że jeżeli ktoś powie mi, gdzie ukrył się Alibaba, to dam mu czekoladkę. I jak pan uważa? Dzieci wspierały Alibabę? A skąd… Na każdym przedstawieniu znalazła się przynajmniej jedna kanalia, która pokazywała, gdzie Alibaba się schronił.