Znamy wyniki „referendów” na Ukrainie – pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wybory po bolszewicku

Na „wyzwolonych” przez orków Putina ziemiach ukraińskich odbyły się „referenda”. Wyniki są znane od dawna. Większość mieszkańców opowie się za wcieleniem do Federacji Rosyjskiej. Do podobnych masowych fałszerstw doszło na okupowanych ziemiach polskich trzy razy: 22 października 1939 r., 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego).

22 października 1939 r. agresor sowiecki nazwał kłamstwa nad urną „wyborami do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Te pseudo-wybory zostały oczywiście poprzedzone propagandą, której pierwszym aktem była nota dyplomatyczna, jaką 17 września 1939 r. o świcie otrzymał polski ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski: „Wojna polsko – niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. […] Warszawa jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. […] Tym samym utraciły ważność umowy, zawarte pomiędzy ZSRS a Polską […] Wobec powyższych okoliczności Rząd Sowiecki polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy.” Ani jedno zdanie nie było tu prawdziwe.

Państwo polskie nie zbankrutowało. Warszawa biła się jeszcze 11 dni: skapitulowała 28 września 1939 r. Legalny, bo działający na podstawie konstytucji kwietniowej rząd RP, po przeniesieniu do Francji, a potem Wielkiej Brytanii, będzie istniał do grudnia 1990 r. A Armia Czerwona nie przekroczyła granicy, tylko brutalnie, bez wypowiedzenia wojny, nas zaatakowała mordując wszędzie branych do niewoli jeńców wojennych (jak później w Katyniu), oraz nikogo i niczego nie wzięła pod opiekę, ale zaczęła totalnie zabijać, łupić i niszczyć.

Jednak to ludobójstwo i barbarzyństwo trzeba było – wzorem moskiewskim – zalegalizować. Temu służyły wspomniane „wybory do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Miały się odbyć jeszcze „wybory do Polskiego Zgromadzenia Ludowego”, ale w wyniku „traktatu o granicy i przyjaźni” z 28 września 1939 r.  – de facto II paktu Ribbentrop-Mołotow – tereny Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza przypadły III Rzeszy niemieckiej, w zamian za m.in. Wileńszczyznę dla ZSRS.

Decyzję o przeprowadzeniu tych „wyborów” podjęło 1 października 1939 r. Biuro Polityczne KC WKP(b) – to samo najwyższe gremium sowieckie, które decydowało wcześniej o ludobójstwie w ramach „operacji polskiej NKWD”, a później o ludobójstwie katyńskim. Od początku szalał terror i propaganda. 22 października, dodatkowo, po miastach poruszały się specjalne grupy agitacyjne: piesze lub samochodowe, namawiające do głosowania na kandydatów „demokratycznych”. W lokalach wyborczych mieszkańców zachęcano kupnem niedostępnych na ogół towarów, lub napiciem się alkoholu. Opornych doprowadzano siłą.

Jakie były wyniki? Na „zachodniej Ukrainie” frekwencja wyniosła 92,83 procent, z czego ponad 90 procent „głosowało” na „demokratów”. Na „zachodniej Białorusi” było to odpowiednio: 96,7 i także ponad 90 procent.

Ale to tylko pierwszy etap „wyborów”. Kolejnym było opowiedzenie się „wybranych” w ten sposób gremiów za przyłączeniem do ZSRS. Rada Najwyższa Związku Sowieckiego oczywiście przychyliła się do owych „próśb”, co skutkowało formalną aneksją ziem II Rzeczpospolitej do powiększonych w ten sposób: Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Obywatelom polskim nadano sowieckie obywatelstwo. Potem, by dopełnić zbrodni, był Katyń i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb ZSRS.

Podobne operacje sowieci przeprowadzili po ponownym „wyzwoleniu” Polski w latach 1944/1945. Dwa akty wyborcze: 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego) zostały sfałszowane. W obu przypadkach głównym manipulatorem był oddelegowany do tego przez Stalina Aron Pałkin. Okupacja skolonizowanej Polski, rozpoczęta 17 września 1939 r., trwała aż do 1989 r. – choć ja bym bardziej łączył tę drugą graniczną datę z 1993 r., kiedy we wrześniu opuściły naszą Ojczyznę ostatnie wojska sowiecko-rosyjskie.

 

 

Docenieni za walkę o wolność słowa i pluralizm mediów. Wręczenie odznaczeń państwowych zasłużonym dziennikarzom

Gala wręczenia odznaczeń państwowych przyznanych przez Prezydenta RP zasłużonym członkom Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odbyła się w czwartek, 8 września w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.  „Pozycja i autorytet SDP ufundowane są na dekadach starań o wolność słowa, o demokratyczny i pluralistyczny kształt środków społecznego przekazu” – napisał Andrzej Duda w liście do uczestników uroczystości.

Galę prowadzili Anna Popek i Krzysztof Skowroński

– To jest wielkie, nasze wspólne dziennikarskie święto. Trochę na nie czekaliśmy – powitał zebranych na gali prezes SDP Krzysztof Skowroński.

Przypomniał, że pomysł, aby wystąpić do Prezydenta z wnioskiem o odznaczenia dla zasłużonych dziennikarzy wyszedł prawie pięć lat temu, przed rocznicą stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, od Hanny Budzisz z Oddziału Warszawskiego SDP. Inicjatywę poparł Zarząd Główny SDP. Czas pandemii, później rosyjska inwazja na Ukrainę opóźniły organizację uroczystości. – Dziś się udało – podkreślił prezes SDP.

Odznaczenia otrzymało blisko 40 dziennikarzy z różnych oddziałów SDP, w imienia Andrzeja Dudy, wręczał je Wojciech Kolarski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP. Odczytał on również list, który Prezydent skierował do uczestników uroczystości.

Wojciech Kolarski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, odczytał list od Andrzeja Dudy i wręczał odznaczenia.

„Roli mediów we współczesnym społeczeństwie informacyjnym nie sposób przecenić. Nazywane czwartą władzą, nie tylko wyznaczają standardy kultury wypowiedzi, nie tylko współorganizują i moderują debatę publiczną, ale też biorą w niej aktywny udział. Zakreślenie kręgu tematycznego poruszanych zagadnień, niezbędna selekcja wiadomości, fachowy komentarz specjalistyczny oraz analizy publicystów to skuteczne narzędzia wpływu na rzeczywistość. Wiąże się z tym olbrzymia odpowiedzialność – a jednocześnie potrzeba zagwarantowania mediom wolności, możliwości swobodnego reprezentowania postaw i poglądów wielu różnych grup i środowisk” – napisał Andrzej Duda.

Prezydent podkreślił, że „Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich położyło w tej dziedzinie znaczące, trwałe zasługi”.

„Państwa głos w sprawach istotnych dla dziennikarzy oraz w kwestiach prawno-instytucjonalnego otoczenia mediów jest wysłuchiwany ze szczególną uwagą. Pozycja i autorytet SDP ufundowane są na dekadach starań o wolność słowa, o demokratyczny i pluralistyczny kształt środków społecznego przekazu”.

Wśród najcenniejszych inicjatyw stowarzyszenia Andrzej Duda wymienił m.in. powstanie Centrum Monitoringu Wolności Prasy oraz „podtrzymywanie szerokich kontaktów z podzielającymi ideały SDP dziennikarzami zagranicznymi – zarówno w wolnym świecie, jak i w krajach, w których trwa opór przeciwko rządom niedemokratycznym”.

Kończąc, Prezydent przekazał życzenia i wyrazy szacunku dla wszystkich członków SDP.

Jako pierwszy Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, za wybitne zasługi dla rozwoju niezależnego dziennikarstwa, za osiągnięcia w pracy dziennikarskiej i działalności społecznej, odznaczony został Krzysztof Skowroński.

Za zasługi w działalności na rzecz środowiska dziennikarzy polskich Złote Krzyże Zasługi otrzymali: Elżbieta Binder-Frycz, Krzysztof Gurba, Piotr Legutko, Wojciech Reszczyński, Zbigniew Rytel.

Srebrnymi Krzyżami Zasługi uhonorowani zostali: Hanna Budzisz, Dagmara Drzazga, Anna Fastnacht-Stupnicka, Maria Giedz, Jolanta Hajdasz, Andrzej Klimczak, Anna Kopras-Fijołek, Anna Malinowska-Wegner, Józef Matusz, Wanda Nadobnik, Anna Pakuła-Sacharczuk, Janusz Pichlak, Mariusz Pilis , Andrzej Radomiński, Wiktor Świetlik, Ewa Urbańska-Lewandowska, Waldemar Wiśniewski, Tadeusz Woźniak, Halina Żwirska.

Brązowymi Krzyżami Zasługi wyróżniono: Huberta Bekrychta, Karinę Łopieńską, Grzegorza Mikę, Wojciecha Pokorę, Ewę Starostę i  Andrzeja Tomczaka.

Ponadto, za sumienne, wzorowe wykonywanie obowiązków zawodowym, Złotym Medalem Za Długoletnią Służbę uhonorowano, wieloletnią dyrektor biura Zarządu Głównego SDP Bożennę Dobrzyńską. Brązowy Medal Za Długoletnią Służbę otrzymał prawnik stowarzyszenia Michał Jaszewski.

Medalami Stulecia Odzyskania Niepodległości za zasługi dla Niepodległej wyróżniono: Teresę Bochwic, Janinę Jankowską, Teresę Kaczorowską, Barbarę Petrozolin-Skowrońską oraz Agnieszkę Romaszewską-Guzy.

W uroczystości wzięli udział przedstawiciele ukraińskich dziennikarzy. W imieniu swoich kolegów i koleżanek sekretarz Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Mykoła Semena gratulował odznaczeń, ale przede wszystkim podziękował Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich za pomoc okazaną uchodźcom z Ukrainy, w tym również dziennikarzom.

Przybliżył również trudną sytuację mediów i dziennikarzy w jego kraju.

– W Ukrainie w wyniku wojny utraciliśmy do 20 proc. mediów. Wielu dziennikarzy musiało przekwalifikować się na dziennikarzy wojskowych, wielu pracuje w warunkach frontowych, wielu poszło walczyć w siłach zbrojnych Ukrainy – mówił Mykoła Semena.

Dodał, że na okupowanych terenach wróg przekształca kanały telewizyjne, gazety i portale internetowe w ośrodki propagandy, a dziennikarzy prześladuje, porywa i torturuje.

Jako wyraz wdzięczności za pomoc okazywaną przez SDP ukraińskim dziennikarzom w tak trudnym czasie, sekretarz Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy wręczył Krzysztofowi Skowrońskiemu pamiątkowy medal. Za pomoc uchodźcom oraz rozwijanie współpracy dziennikarskiej między Polską a Ukrainą uhonorowano również wiceprezes SDP, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolantę Hajdasz.

Relacja wideo z uroczystości TUTAJ

 

Informacja stała się bronią. CMWP SDP o walce z fake newsami na Forum Ekonomicznym w Karpaczu

Walka z fake newsami to zawsze będzie wyścig zbrojeń, na każde narzędzie do ich zwalczania pojawiać się będzie odpowiedź przestępcza. Media zawsze były bronią w konfliktach  międzynarodowych, ale obecnie ze względu na powszechną dostępność technologii produkcji i dystrybucji treści  są bronią porównywalną z bronią konwencjonalną – powiedziała Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP w dyskusji na temat dewastujących skutków, jakie wywołują fake newsy w przestrzeni publicznej. Dyskusja ta odbyła się w pierwszym dniu XXXI Forum Ekonomicznego w Karpaczu. 

W jaki sposób  w Polsce walczy się z fake newsami, które metody się sprawdzają, a które są zawodne – to pytania, na które odpowiadali Małgorzata Kilian-Grzegorczyk, prezes Stowarzyszenia DEMAGOG prowadzącego portal demagog.org.pl, Samira Bajamowa, działaczka na rzecz praw człowieka w Gruzji,  Olgierd Annusewicz, wykładowca akademicki z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego,  Michał Buczyński, wiceprezes Zarządu i sekretarz Wikimedia MCDC oraz Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP i wiceprezes SDP. Moderatorem dyskusji był dr Tomasz Wszeborowski z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Dyskutanci w większości zgodzili się, iż walka z fake newsami jest bardzo trudna, bo tempo zdarzeń jest tak wielkie, że trudno mu dotrzymać kroku, a w praktyce nie wiadomo, kto jest nadawcą przekazu, ponieważ cechą charakterystyczną fake newsów jest to, że praktycznie zwykłymi,  „cywilnymi” metodami nie można dotrzeć do właścicieli i autorów takich serwisów.  Dlatego tak ważna jest edukacja społeczeństwa, by obnażać mechanizmy, które kreują fake newsy. Po wybuchu wojny na Ukrainie Polska stała się jednym z najczęściej atakowanych krajów przez hakerów, liczba tzw. incydentów naruszających nasze cyberbezpieczeństwo w niektórych kategoriach wzrosła nawet 4 -krotnie, przyznają to  nieoficjalnie  specjaliści od cyberbezpieczeństwa  – powiedziała Jolanta Hajdasz. Gdy niedawno byłam w siedzibie jednego z największych polskich operatorów telekomunikacyjnych  – dodała – pokazano mi,  iż w ciągu minuty w Europie zarejestrowano około 40 tys ataków hakerskich i potwierdzono, iż  nawet połowa z nich miała miejsce w Polsce. Te liczby pokazują skalę problemu, bo sporą część tych ataków stanowią  fake newsy. To jedno z podstawowych cyberzagrożeń w naszym kraju- dodała dyrektor CMWP SDP.

Hasłem przewodnim tegorocznej edycji Forum Ekonomicznego – odbywającego się w dniach 6 – 8 września – jest „Europa w obliczu nowych wyzwań”.  Tegoroczny program merytoryczny jest bogaty, zawiera ponad 300 różnorodnych wydarzeń, od paneli dyskusyjnych, prezentacji raportów i konferencji, po koncerty i spotkania autorskie pisarzy i publicystów. Wśród gości Forum Ekonomicznego w Karpaczu są m.in.  premier Mateusz Morawiecki, wicepremier – minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wicepremier – minister rolnictwa i rozwoju wsi Henryk Kowalczyk, minister zdrowia Adam Niedzielski, minister rodziny i polityki społecznej Marlena Maląg, czy minister finansów Magdalena Rzeczkowska.W Forum weźmie udział również prezes PiS Jarosław Kaczyński, który będzie uczestniczył w panelu dyskusyjnym „Realizm i wartości w polityce” w środę 6 września.  Swój udział w wydarzeniach zapowiedzieli również samorządowcy oraz parlamentarzyści z opozycyjnych klubów. Do Karpacza mają też przyjechać m.in. b. prezydent Chorwacji Kolinda Grabar-Kitarović, minister polityki rolnej i żywności Ukraina Mykola Solskyi  oraz deputowana Rady Najwyższej Ukrainy Kira Rudyk.  Kilkanaście paneli dyskusyjnych poświęconych jest także problemom dotyczącym mediów, nie tylko z perspektywy polskich redakcji, ale także dziennikarzy i mediów krajów Europy Środkowo – Wschodniej.  Patronami medialnymi wydarzenia jest ponad 80 redakcji mediów tradycyjnych i internetowych.

HUBERT BEKRYCHT: Precz z dziennikarstwem obiektywnym!

Nie, nie zwariowałem. Przynajmniej nie czuję się wariatem, a to – jak wiadomo w naszej kulturze – stanowi wyrok, że jednak nierówno jest pod moim sufitem. Trudno, wolę jednak teraz uchodzić za wariata niż po kilku latach być wyrzucony z bezpiecznego szpitala psychiatrycznego, bo masowo będą tam trafiać walnięci dziennikarze, którzy obecnie są uważani za ostoję normalności i poprawności. Politycznej.

Nie ma czegoś takiego, jak dziennikarski obiektywizm. Szczególnie gdy trwa wojna. A inwazja moskiewskiej hordy na Ukrainę jest więcej niż wojną. To starcie cywilizacyjne. Skoro trwa wojna, to pięknoduchy, którzy „za wszelką cenę chcą pokoju na świecie” powinny przestać się mazać i przestać marudzić, że „dziennikarze” trzymają stronę Ukrainy. Tak, w tym sensie jestem stronniczy, czyli – jak głosi biblia polityczne poprawnych dziennikarzy – nie jestem obiektywny. Trzymam stronę Ukraińców i nie obchodzą mnie „zwykli Rosjanie”, nawet jeśli to wrażliwi poeci albo baletnice, którym kazano włożyć rosyjskie mundury…

A pal sześć obiektywizm. Muszę być tylko rzetelny. A będąc rzetelny nie mogę przecież kłamać pisząc Odbiorcom, że „będzie dobrze”, kiedy nie będzie się drażnić Rosji. Bo Rosja, nawet jeśli w niektórych latach niegroźna, zawsze się odrodzi pod postacią azjatyckiej bestii.

Już słyszę ujadanie dystyngowanej sfory dziennikarskich psów gończych poprawnie politycznej opozycji z Polski. Nie ma jednak innego wyjścia, uczciwy dziennikarz musi być po stronie Ukrainy, bo jej bohaterowie, także za nasze pieniądze, bronią Europy. Kontynentu, który – też za nasze pieniądze – postanowił popełnić samobójstwo za pomocą rozerwania wiązadeł jamy ustnej, bo do tego prowadzi nieustanne gadanie o „dobrych Rosjanach”.

Znam sporo Rosjan, szczególnie dziennikarzy. Żaden z nich nie przeprosił za to, co jego rodacy robią na Ukrainie, bo to przecież „nie Rosjanie, tylko rosyjskie władze” robią te okropne rzeczy – mordują, gwałcą, kłamią, rabują… Znani mi żurnaliści z Rosji opowiadają głodne kawałki, jak to współczują Ukraińcom, ale sami w swoich rosyjskich redakcjach przy pomocy swoich rosyjskich mózgów, wykonują tylko swoje rosyjskie obowiązki. A w ogóle pracują w redakcjach muzycznych, sportowych, śniadaniowych lub grają w redakcyjnych orkiestrach…

Niestety, w amoku politycznej ugodowości są też międzynarodowe organizacje dziennikarskie. Członkowie ich władz ciągle myślą jak moja prababcia w 1939 roku, że wojna pójdzie bokiem.

W związku z tym oświadczam: nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę neutralny, czyli „obiektywny”,  wobec inwazji moskiewskiej na Ukrainę. Nie zamierzam być obiektywny, bo obiektywizm dziennikarski to utopia gorsza niż komunizm. W dziennikarstwie jest tylko zwyczajna ludzka przyzwoitość, którą podobni mi pismacy nazywają po prostu rzetelnością.

Jeśli trzeba będzie ratować Ukrainę, Polskę, Europę na wojnie i w wojnie z propagandą Kremla nie zawaham się użyć adekwatnych środków. Przeciw Rosjanom jestem w stanie walczyć z bronią w ręku. Gdyby jednak dowódcy NATO uznali to za niebezpieczne, mogę jako dziennikarz, kłamać, manipulować, mataczyć. Byle przeciw Rosji! Byle przeciwko zidiociałym od poprawności politycznej urzędnikom nazywających siebie dziennikarzami, którzy chcą ratować tyłki układając się z promoskiewskimi ośrodkami władzy w różnych krajach Europy i świata.

 

JAN TESPISKI: Uwaga, dzieci na widowni! (9)

Choć wszystkie teatry zarzekają się, że nie grają „bajek”, czyli spektakli dla dzieci, to jednak bez takich przedstawień, bez dziecięcej widowni nie miałyby wystarczających wpływów z teatralnej kasy.

Gdzieś tak do 1960 roku, a może trochę dłużej istniały teatry Młodego Widza, których cały repertuar nastawiony był na dzieci i nastolatków. Te teatry w założeniu miały, jako kopia „radzieckich osiągnięć”, wychowywać młodzież w duchu idei socjalizmu. W praktyce jednak stały się teatrami dla młodej widowni, z odpowiednim dla wieku repertuarem. Jednym z takich teatrów był krakowski Teatr Młodego Widza. Grał w nim nawet – jako nastolatek – Roman Polański.

Opowiadał mi pewien aktor, wtedy młody człowiek, że miał przyjemność – w latach siedemdziesiątych – dzielić garderobę w Teatrze Bagatela w Krakowie, z Ferdynandem Solowskim. Solowski to bardzo interesująca postać. Miał swoją wielką pasję, trochę tylko związaną z teatrem, były nią szopki krakowskie. Obok teatru były całym jego światem. Najpierw sam tworzył szopki, potem zaczął je zbierać, a w końcu stał się największym ich kolekcjonerem. Ferdynand Solowski wspaniale opowiadał, bez cienia uśmiechu sączył opowieści o swoich teatralnych przygodach.

Ale Solowski nie był gadułą. Po prostu od czasu do czasu raczył młodszego kolegę wspomnieniami. Poniżej zamieszczam trzy anegdoty krakowskiego aktora Ferdynanda Solowskiego. Są wielce dwuznaczne w swym przesłaniu i w puencie nie wiadomo było – śmiać się czy płakać.

Podkóweczki

Grałem kiedyś złego czarodzieja – opowiadał Solowski. Scenograf z reżyserem wymyślili, że w drugim akcie tańczę. Proszę bardzo, czyli mówi się trudno. Jednak nie miał to być normalny taniec. W tańcu miałem krzesać iskry. W tym celu zrobiono mi specjalne buty, których podeszwy były z metalowej szczotki. Na scenie natomiast, w odpowiednim miejscu, ułożono grubą blachę. Blacha była podpięta do plusa prądu 24 volt, natomiast moje buty, czyli ja cały, byłem podpięty do minusa. W ciemności prawie zupełnej tańczyłem, istotnie krzesząc snopy iskier. Robiło to rzeczywiście wrażenie na dzieciach. Tak było do ósmego przedstawienia. Na dziewiątym przedstawieniu, jakiś nowy teatralny elektryk podpiął stalową płytę do normalnego prądu.

Spędziłem prawie trzy tygodnie w szpitalu. Teatr, panie kolego – kończył Ferdynand Solowski – teatr wymaga poświęceń.

Piorunowładny

Miałem też i taką przygodę z efektami – opowiadał Ferdynand Solowski. – W jakiejś bajce grałem dobrego czarodzieja. Ci czarodzieje jakoś tak w ogóle do mnie przylgnęli…  Tym razem wymyślono, że będę miotał pioruny. Dano mi małe petardy do rąk, uprzednio jednak – mając już doświadczenia z krzesaniem iskier – zakładałem skórzane rękawiczki. No i ciskałem tymi petardkami o podłogę sceny. Bardzo ładnie wybuchały. Krótko mówiąc efekt był. Na jakimś jednak – chyba trzydziestym przedstawieniu – petardki wybuchły mi w dłoni.

Dwa tygodnie zwolnienia. O, widzi pan – Solowski pokazał młodemu aktorowi prawą dłoń – kciuk i wskazujący były mocno poszarpane, zszyli, oczywiście, ale pamiątka została.

Co zrobić z niegrzecznym Tadziem?

Gdyby pan kiedyś, nie życzę tego, ale wszystko może się zdarzyć – mówił za trzecim razem Solowski – miał kiedyś grać w bajce, to pod żadnym pozorem, za żadną gażę, niech pan nie zgadza się – jak to mówią – nawiązywać nici porozumienia z widownią. To znaczy niech pan niczego wprost do dzieci nie mówi, nich pan o nic widowni nie pyta…

Grałem w spektaklu o niegrzecznym Tadeuszku, który psocił, rozrabiał jak pijany zając. W sumie sympatyczna postać. Ale bajka miała mieć wymiar dydaktyczny, zatem w finale, gdy wszystkie jego sprawki wychodziły na jaw, łapię tego urwisa za kołnierz, podprowadzam do proscenium i mówię do widowni: „I co mam teraz zrobić z tym niegrzecznym Tadziem?”

Na co wstaje jakiś sześciolatek i sepleniąc mówi: „Zakopać gnoja do doła i ojscać.”

Gdzie schował się Alibaba?

Graliśmy też bajkę o Alibabie i 40 rozbójnikach. W pewnym momencie jakże pozytywny Alibaba ucieka rozbójnikom i chowa się w koronie drzewa. I przykazuje widowni, żeby go nie wydała.

Grałem herszta zbójów. Podchodzę do proscenium i mówię, że jeżeli ktoś powie mi, gdzie ukrył się Alibaba, to dam mu czekoladkę. I jak pan uważa? Dzieci wspierały Alibabę? A skąd… Na każdym przedstawieniu znalazła się przynajmniej jedna kanalia, która pokazywała, gdzie Alibaba się schronił.

Mówią, że teatr wychowuje…

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Robota i ludzie (4)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Rozkopane ulice

Zwyczajem naszych dużych miast jest otwieranie maksymalnie dużego „frontu robót”. Jest to iście Gogolowska filozofia. Obecnie w takiej Łodzi rozkopane są prawie wszystkie ciągu komunikacyjne miasta. Nie sposób nigdzie dojechać. Roboty trwają, choć robotników budowlanych nie widać. Łodzianie klną, stoją w korkach, nadkładają drogi.

Przykrą praktyką jest to, że na wytypowanej do remontu ulicy pojawiają się robotnicy drogowi, zrywają asfalt… i znikają na trzy miesiące. Przez trzy miesiące na remontowanej ulicy nic się nie dziej. Robotnicy gdzieś się ulotnili, a ulica jest nieprzejezdna.

Zadałem sobie trud i doszedłem do wiedzy w tej sprawie. Otóż zgodnie z prawem budowlanym, firma podejmująca się remontu ulicy musi w sposób znaczący zacząć budowę, wtedy ma prawo do 30 procentowej zaliczki. Dopiero uzyskawszy te pieniądze firma szuka materiałów. Ale jej pracownicy nie próżnują, bo w tym czasie remontują inną ulicę.

Brakuje ludzi

Da się też zauważyć znacząco mało robotników przy remontach ulic.

– Brakuje nam rąk do pracy, bo Ukraińcy wyjechali – tłumaczą się władze.

Jest to tylko „prawda częściowa”. Od lat bowiem pracownicy budowlani są za nisko opłacani. Ostatnio usłyszałem od znaczącego w mieście Łodzi urzędnika, że budowlańcy żądają nawet 5 tys. złotych pensji. Temu urzędnikowi wydało się to wielkimi pieniędzmi. Ciekawe czy on wyszedł by na ulice, by w upale, deszczu i na mrozie wykonywać ciężką pracę?

Niestety pokutuje u nas „jaśniepańskie” przekonanie, że robotnik musi zarabiać mniej, niż urzędnik.  Współcześni, wykształceni urzędnicy kontynuują złą tradycję, żyją przekonaniem, że jest jakaś mityczna drabinka zarobków. I nie wiedzą, że robotnicy budowlani na Zachodzie zarabiają dwa trzy  razy więcej niż robotnik przy taśmie i urzędnicy. I nie dlatego, Że Zachód kocha robotników budowlanych, nie oni tam wiedzą, że za tak wyniszczającą pracę trzeba dużo płacić. I dlatego mają pracowników budowlanych.

Sześciu a jakoby dwunastu ich było

Tragikomiczną sytuację obserwowałem, jakieś trzy lata temu, w mojej rodzinnej Łodzi. Miasto zajęło się odnowieniem dwóch śródmiejskich parków: im. Sienkiewicza oraz im. Moniuszki. Prace miały trwać rok, ale trwały dwa lata.

Przyjrzałem się sprawie i okazało się, że przedsiębiorca, który podjął się odnawiania obu parków  opracował sprytną metodę. U jej źródeł był brak pracowników. Wynalazek z dziedziny zarządzania kadrami był taki, że sześciu robotników pracowało przez tydzień „na Sienkiewiczu”, a w następnym tygodniu byli obecni „na Moniuszki”.

Roboty wlokły się niemiłosiernie, parki były zamknięte… W końcu są odnowione, całkiem dobrze.

 Dawniej było szybciej

I tak to jest z naszym budownictwem. Brakuje pieniędzy, brak ludzi do pracy. Budowy ciągną się, jak budowy gotyckich katedr, choć nie ma w nich nic trudnego.

Z rozrzewnieniem wspominam tempo budów i remontów w latach pięćdziesiątych. No tak, ale wtedy chłopak ze wsi podejmował się pracy w budownictwie, bo po kilku latach pracy dostawał mieszkanie w mieście. Wieś była przeludniona, i kto mógł uciekał z niej. Dzisiaj sytuacja jest inna. Dzieci i wnukowie tych co odbudowywali po wojnie kraj nie marzą o pracy dziadków i ojców.

I jeszcze jedno: póki nie przyjmiemy do wiadomości, że zarobki na budowach muszą być wysokie, póty będziemy babrać się z budowaniem, będziemy się wściekać na zamknięte ulice… Ale jak to  będzie nie wiem. Ja ostrzegałem. Zobaczymy jakaż to będzie Jaśnie Państwa Rządzących wola.

 

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Historia i mity (3)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Kapitał państwowy

 Będąc mieszkańcem Łodzi, przesiąkłem trochę jej historią. A jest kilka najciekawszych faktów z przeszłości tego miasta, które pozwalają zrozumieć jak w ciągu 40 lat z małej wsi, posiadającej co prawda prawa miejskie, stała się ta Łódź ogromnym miastem i potęgą gospodarczą.

Rozwój przemysłu włókienniczego w Łodzi i kilku miastach okolicznych nastąpił za sprawą rządu Królestwa Polskiego. Po upadku Napoleońskiej Odysei, rząd nasz zorientował się, że wszystkie ośrodki produkujące tekstylia znalazły się poza jego granicami. A że Polaków trzeba było jednak ubrać, tedy ówczesny minister skarbu, Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki podjął decyzję o rządowych inwestycjach w przemysł wełniany i bawełniany. I nie były to hasła, z których nigdy niczego nie zbudowano.

Drucki -Lubecki powiedział, że budową przemysłu powinien zajmować się prywatny kapitał, skoro jednak w Polsce takiego kapitału nie ma, to pieniądze musi znaleźć rząd. I ówczesne władze pieniądze znalazły, i to ogromne. Teoretycznie były to pożyczki oraz rządowe darowizny w działki budowlane, zwolnienia z podatków etc. Tak zachęceni tkacze, głównie ze Śląska, zaczęli napływać ze swymi warsztatami do Łodzi, Zgierza, Zelowa i Ozorkowa. W krótkim czasie Łódź stała się wielkim miastem.

A co stało się ze zwrotem rządowych pożyczek, które otrzymali pierwsi tkacze. Przepadły, ale z tym także rząd się liczył. Żaden z pierwszych łódzkich fabrykantów nie zwrócił państwu ani złotówki, ale zostawili po sobie przecież pionierzy łódzkiego przemysłu realne inwestycje.

Miejskie legendy głoszą, że Łódź zbudował kapitał niemiecki i żydowski, ale jest to nieprawda. Łódź powstała za pieniądze Królestwa Polskiego. A wspomniane pieniądze Niemców i Żydów pojawiły się jakieś 30- 40 lat później, i był to kapitał zarobiony na handlu łódzkimi tekstyliami.

Piszę o tym, przekonany głęboko, że bez inwestycji rządowych w budownictwo mieszkaniowe nie rozwiążemy problemu dostępności mieszkań. Owszem, Królestwo Polskie, nie było państwem niepodległym, ale działało mądrze. Warto brać przykład z takich przodków.

Śmierć TBS-ów

Hitem przed dwudziestu kilku laty miały być Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Powstawały we wszystkich większych miastach, głosząc że są one sposobem na tanie mieszkania „dla ludności”. Na takie hasło miasta oddawały, lub sprzedawało po niskich cenach tereny budowlane, najczęściej w dobrych lokalizacjach.

Niestety obecnie większość TBS-ów jest dzisiaj normalnymi, prywatnymi przedsiębiorstwami. TBS-y przekształciły się w przedsiębiorstwa działające dla zysku, oczywiście maksymalnego.  Dzisiaj spełniają one dwie funkcje. Po pierwsze administrują wybudowanymi przez siebie obiektami mieszkalnymi. Po drugie, dalej budują na zasadach czystego kapitalizmu.

Stało się tak, bo inicjatorzy tych tworów – gminy i działacze TBS-ów – nie doszacowali kosztów budowy, utrzymania, czyli eksploatacji. I gdy mieszkalne budynki już stały, to władze gmin miały dwa wyjścia – albo nadal dopłacać do kosztów wynajmu lub sprzedaży, albo też zgodzić się na prywatyzację czegoś, co miało być współczesną spółdzielnią. Władze poddały się, bo nie mogły stale dopłacać do mieszkań. I tak to skończyła się epoka „społecznego budownictwa”, dobie neoliberalizmu.

Samorządy – nikt nie liczy się z mieszkańcami

O ile mówimy już o budowaniu, to musimy też wspomnieć o remontach przestrzeni gminnych, rewitalizacji historycznych budynków oraz remontach ulic.

Po powstaniu Polski Odrodzonej, w 1918 roku, władze takiej Łodzi zorientowały się, że właściwie żaden plac miejski, żaden park nie jest własnością miasta. Owszem były działki nadające się budowę, ale też były w prywatnych rękach. Trzeba było odkupywać tereny miejskie, żeby móc budować szpitale, szkoły i inne siedziby miejskich urzędów, instytucji. Z czasem miejskich budynków przybywało i zaczął się pojawiać problem z ich remontami.

Istnym pandemonium dla miast była prywatyzacja domów, kamienic po 1945 roku. Nagle miasta stały się bogate, czyli biedne, bo czynsze były niskie a oczekiwania lokatorów wysokie. Po 1990 roku gminy rozpoczęły masową sprzedaż własnych nieruchomości, głównie mieszkań i budynków mieszkalnych. Idea była słuszna, ale praktyka niekoniecznie. Ludzie wykupywali mieszkania, nie zastanawiając się nad tym, że niebawem budynki będą wymagały drogich remontów, a na to szczęściarzy już stać nie było. Niemniej pozostało sporo budynków, pod zarządem lub będące własnością miast, te trzeba remontować za pieniądze gmin. Zaczęło być skąpo z kasą. W lepszej sytuacji były miasta z Ziem Zachodnich, bo tam można było sprzedać – a właściwie pozbyć się każdego budynku. Na pozostałym terenie Polski miasta do dzisiaj obciążone są kosztami remontów i utrzymania budynków mieszkalnych.

W Łodzi miasto podjęło niemały wysiłek „rewitalizacji budynków historycznych”. Napisałem o rewitalizacji w w cudzysłowie, bo nie wszystko co stare jest zabytkiem, a opinia społeczna oczekuje, że całe centrum miasta będzie błyszczało nowością. Tymczasem koszt rewitalizacji jest wysoki, częściej opłacałoby się budynek zburzyć i na jego miejscu  postawić nowy.

Jest też i taki kłopot, że to co miasto nazywa rewitalizacją jest zwyczajnym remontem odtworzeniowym, bo pozostają ciasne podwórka, z mrocznymi oficynami, bez wind. Niestety są wśród nas miłośnicy tej dawnej biednej Łodzi, którzy czynią wiele hałasu o marnej jakości budynki. Ci ludzie zapominają, że każda epoka niejako nakłada swój styl na miasto.

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Pieniądze (2)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Niech buduje kapitał

Wszystkie władze, po roku 1990, mają cudowną wymówkę: „Rząd nie jest od budowania. Nie możemy wchodzić w drogę prywatnym inwestorom”. Tą samą wymówką posługują się samorządy. Niestety rząd i samorządy „nie zauważają” zapisu w prawie, który pozwala interweniować państwu i gminom, w przypadkach poważnych problemów społecznych. Jeżeli zaś brak mieszkań, niewydolność systemu energetycznego nie są takimi problemami, to co nimi jest? Huczne urządzanie przez gminy FFF, czyli festynów, festiwali i fajerwerków?

U źródeł takiego niefrasobliwego myślenia władz gmin, a i rządów, leży liberalna doktryna, której pierwszym przykazaniem jest idea „wolności gospodarczej” oraz przykazanie drugie, które głosi, że wszystkie podmioty gospodarcze są sobie równe i mają te same prawa. Piękna to myśl, wykuta nawet na ogromnym głazie ustawionym przed Rockefeller Center w Nowym Jorku.

Myśl ta jednak niefrasobliwie przenosi prawa wolności jednostki na prawa gospodarcze. Że też pomysłodawcom kucia takich myśli w kamieniu nie przyszło do głowy, że fortuna Rockefellerów powstała w nader podejrzanych okolicznościach, i teraz zmierzenie się z siłą polityczną tej fortuny – przez przeciętnego Amerykanina – jest niemożliwe.

Myśl liberalna teoretycznie może i jest dobra, tyle, że nie sprawdziła się w żadnym państwie. Bo nie ma na całym świecie ani jednego państwa, które stosowałoby literalnie doktrynę liberalną. No, może poza Polską, której liberałowie zgotowali trudne przejście z socjalizmu na kapitalizm. A w ojczyźnie liberalizmu, czyli w USA? Gospodarka tego mocarstwa w dużej mierze oparta jest na zamówieniach rządowych, głównie zbrojeniowych, więc w ojczyźnie liberałów liberalizmu też nie ma.

Ciekawe zresztą, że w Polsce burmistrzowie, prezydenci miast pod żadną groźbą nie chcą się przyznać, że są twardymi liberałami. Oni startują z grup towarzyskich, typu: „Przyjaciele Zdzisia”, „Znajomi Ewuni”. Partie ogólnopolskie – poza lewicą – również unikają nazywania się po imieniu. Widać mają coś do ukrycia. Co prawda istniał kiedyś Kongres Liberalno-Demokratyczny, ale zorientowawszy się, że nazwa jest przykra, szybko się zmienił, połączył i teraz jego założyciele występują pod sztandarem Platformy Obywatelskiej, bo nazwa ta nic nie znaczy.

Za czyje pieniądze budujemy?

Przykra prawda jest taka, że każdy inwestor musi mieć na swoją budowę pieniądze, zwane dla niepoznaki środkami. Liberałowie polscy zakładali, że wszyscy inwestorzy świata rzucą się na Polskę, pragnąc ją maksymalnie gęsto zabudować. Oczywiście w marzeniach liberałów miały to być budowle nowoczesne, według najwyższych światowych standardów. I tak stało się w jednym, jedynym miejscu w kraju, w Warszawie.

Jednak poza Warszawą nasza ludność zamieszkuje inne miasta, a nawet wsie. Tutaj już tak wesoło nie jest. Każdy inwestor bowiem, patrzy zysków – jak mawiano przed laty. A w przypadku większych i małych miast o dobrych zyskach można jedynie pomarzyć.

W  Polsce buduje obcy kapitał, kierując się nie sentymentem do krajobrazu czy ludzi, a właśnie zyskiem. Przy czym kapitaliści umieją liczyć. I nie wzrusza ich potężny głód mieszkań w Polsce, nie płaczą nad faktem, że młode małżeństwa gnieżdżą się w w dwóch małych pokojach, albo w kawalerce. Powtarzam – liczy się jedynie zysk.

Oczywiście wyjściem byłyby środki państwowe i gminne. Ale ani rząd – tak naprawdę, ano gminy nie palą się do zaciągania kredytów na budownictwo mieszkaniowe. Czasem przepłynie przez kraj szeroka fala dyskusji, której wynikiem są stwierdzenia, że jednak trzeba by zacząć budować pod wynajem. I w sumie na tym się kończy. W dyskusjach, w wysnuwaniu wniosków jesteśmy mocni – odwrotnie proporcjonalnie do realnych działań.

Kolejne partie – najczęściej przed wyborami – ogłaszają potężna programy budowy mieszkań pod wynajem, ale po wyborach mają jakieś pilniejsze sprawy, skoro programy  nie ruszają. A kłopot jest, bo mieszkań mamy w Polsce za mało.

Inwestycje w mieszkania, czyli patologia

 Choć nie jest prawdą, że mieszkań w kraju się nie buduje w ogóle. Powstają budynki, w których mieszkania na pniu wykupywane są przez wyspecjalizowane firmy, zajmujące się wynajmem mieszkań. Firmy te traktują własne inwestycje w mieszkania jak każdy inny interes. Skoro bowiem z wynajmu mogą uzyskać kilka razy przychodu, niż z bankowych lokat, to kupują mieszkania, żeby je wynająć i zarobić. Są też firmy kupujące mieszkania, grając na zwyżkę cen i sprzedają je dalej, w momencie gdy wartość lokali przyzwoicie / nieprzyzwoicie wzrośnie. W ten sposób rynek mieszkań – głównie w stolicy – ma się całkiem dobrze. Zarabiają inwestorzy, zarabiają budujący, zarabia rynek materiałów budowlanych i ci, którzy kupują mieszkania spekulacyjnie.

I jedynie wynajmujący mieszkania mają powody do płaczu, bo dzisiaj wynajęcie kawalerki w Warszawie to koszt od 2 do 3 tys. miesięcznie. Zakładając, że młodzi ludzie, a to oni są klientami właścicieli mieszkań zarabiają w Warszawie około 4,5 tys. złotych miesięcznie, to perspektywy tych osób nie są różowe,  bo pracują, na mieszkanie i jedzenie. A gdzie tak upragnione przez rodziców i rząd dzieci? Na rynku mieszkaniowym pojawiają się też nowo-budowane mieszkania, które mieszkaniami de facto nie są, bo maja po 10 metrów kwadratowych powierzchni.

Był taki polityk, który znalazł radę dla tych, co chcieliby kupić sobie mieszkanie. Tym politykiem był Bronisław Komorowski, ówczesny prezydent. Indagującemu go człowiekowi, który skarżył się, że siostra nie wie jak zdobyć mieszkanie, Pan Prezydent tubalnym głosem oświadczył:

– Niech siostra zmieni pracę na lepiej płatną i niech weźmie w banku kredyt i sobie to mieszkanie kupi!

Ciekawe co teraz powiedziałby Prezydent Komorowski, w sytuacji ogromnego skoku wysokości opłat kredytowych. Niestety, Bronisław Komorowski milczy, czego osobiście żałuję, bo ma on niewykorzystywany talent komiczny. Choć sam o tym nie wie.

Warsztaty dziennikarskie z CMWP SDP podczas Festiwalu Kultury Kresowej w Mrągowie

Jak  skutecznie pomagać dziennikarzom lokalnym, jakie są współczesne zagrożenia wolności słowa i czym na  co dzień zajmuje się Centrum Monitoringu Wolności Prasy  – to pytania, na które odpowiadała Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP w trakcie warsztatów dziennikarskich zorganizowanych przez Warmińsko  – Mazurski Oddział SDP. Odbyły się one w Mrągowie 20 sierpnia br.  podczas tegorocznego Festiwalu Kultury Kresowej . 

Mrągowo już po raz 27. gościło artystów i miłośników Kresów z Polski, Ukrainy i Białorusi. Festiwal Kultury Kresowej niekonwencjonalne zjawisko kulturowe i jak podkreślają jego organizatorzy  – jedyna tego rodzaju propozycja w kraju. W tym roku festiwal zmienił nieco swoją formułę, a jego głównym wydarzeniem był Koncert Galowy dla Pokoju w amfiteatrze w Mrągowie, w którym wystąpiły  zespoły z Ukrainy, Białorusi, Litwy i Polski. Wśród tych zespołów były:  Srebrna Kwinta (Ukraina), Aksamitki (Ukraina) reprezentujące Federację Organizacji Polskich na Ukrainie, Liber Cante (Białoruś), Rodzinny Zespół Żychów (Białoruś), Zespół Pieśni i Tańca Wilenka (Litwa) i dziecięco młodzieżowy zespół Sukces Mrągowo (Polska). Gwiazdą wieczoru był zespół  DAGADANA (Polska/Ukraina).  Koncert brawurowo  poprowadziły: Anna Adamowicz i Irena Telesz-Burczyk.

W warsztatach dziennikarskich prelegentem była także Hanna Szymborska, która przedstawiła  historię  27. edycji Festiwalu Kultury Kresowej w Mrągowie oraz  red. Mateusz Kossakowski, wiceprezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP. W spotkaniu uczestniczyła także red. Aleksandra Tabaczyńska, skarbnik SDP.

Zobacz także TUTAJ.

Lwowskie, polskie Termopile – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o bitwie pod Zadwórzem

17 sierpnia 1920 r. w Zadwórzu – wsi położonej 33 km od Lwowa – 330 młodych Polaków stoczyło zwycięski bój z przeważającymi siłami bolszewików, nie dopuszczając do zdobycia przez nich miasta. Złożony głównie z lwowskiej młodzieży batalion Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego przez 11 godzin stawiał heroiczny opór napastnikom.

Obrońcy odparli sześć szarż konnych armii Budionnego. Batalion uległ dopiero po przybyciu nowych sił kawalerii bolszewickiej i po wyczerpaniu amunicji. W nierównej walce poległo 318 polskich żołnierzy. Walczyli do końca na kolby i bagnety. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Sowieci rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami. Zabitym odcinali głowy, ręce i nogi, zabierali ubrania. Pozostali przy życiu ranni oficerowie ostatnimi nabojami odbierali sobie życie. Opór ochotników pod Zadwórzem umożliwił innym oddziałom polskim wycofanie się i zajęcie pozycji obronnych pod Lwowem.

Ciała pięciu poległych oficerów, które udało się zidentyfikować, zostały pochowane na cmentarzu Orląt we Lwowie. Pozostali bohaterowie spoczęli na żołnierskim cmentarzu, w pobliżu usypanego na ich cześć kurhanu, gdzie umieszczono tablicę pamiątkową z napisem: „Orlętom poległym w dniu 17 sierpnia 1920 roku w walkach o całość ziem kresowych”. Do 1939 r. pomnik chwały był celem wypraw kombatantów, harcerzy i młodzieży, gdzie składano ślubowania i przyrzeczenia.

Pod Zadwórzem zginął m.in. 19-letni Konstanty Zarugiewicz, polski Ormianin, uczeń siódmej klasy, obrońca Lwowa z 1918 r., kawaler Krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. W 1925 r. jego matka Jadwiga Zarugiewiczowa została poproszona, aby spośród ciał znalezionych na pobojowisku wskazać jedno, które złożono następnie w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Wcześniejszego wyboru Lwowa jako miejsca pochodzenia szczątków bezimiennego żołnierza dokonał 4 kwietnia 1925 r. z 15 pobojowisk, na których w latach 1914-1920 rozegrały się najbardziej krwawe walki o niepodległość, Józef Buczkowski – ogniomistrz 14. Pułku Artylerii Polowej, kawaler Virtuti Militari.
Lekarz ocenił wiek zabitego na ok. 14 lat, stwierdził u niego postrzały w głowę i w nogę, co dowodziło śmierci w boju. Po pożegnalnym nabożeństwie we lwowskiej katedrze zwłoki przybyły pociągiem na stołeczny Dworzec Główny 2 listopada 1925 r., skąd kondukt przeszedł do katedry św. Jana na okolicznościową Mszę Świętą. Następnie trumnę na armatniej lawecie w uroczystym pochodzie przetransportowano na pl. Saski. Na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza w arkadach Pałacu Saskiego w Warszawie znalazł się napis: „Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę”.

Niemcy wysadzili Pałac już po Powstaniu Warszawskim: w ostatnich dniach grudnia 1944 r. Teraz – razem z jego odbudową – Grób odzyska historyczny kontekst.