WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja prowadzi ukierunkowaną wojnę informacyjną przeciwko Polsce

Analiza rosyjskich przekazów o życiu i wydarzeniach w Polsce pokazuje, że Rosja realizuje wobec Polski wieloaspektowy i celowy program walki informacyjnej.

Na łamach rosyjskich gazet i mediów elektronicznych praktycznie nie ma pozytywnych wiadomości o polityce, rządzie, społeczeństwie i życiu w Polsce. Zamiast tego rozprzestrzeniają się fakenewsy i manipulacje, które w założeniu rosyjskich propagandystów, powinny powodować konflikty zarówno wewnętrzne w Polsce, jak i międzynarodowe, aby w ten sposób uniemożliwić realizację polskich programów wzmacniających jej zdolności obronne, suwerenność i niezależność.

Z treści rosyjskich artykułów o Polsce jasno wynika, że ​​informacyjna agresja Moskwy odbywa się w kilku głównych kierunkach. Pierwsza z nich to próba wbicia klina między Polskę a Ukrainę, między Polaków i Ukraińców. Wykorzystują do tego tendencyjne i manipulacyjne doniesienia o wydarzeniach z polsko-ukraińskiej historii oraz przeinaczanie faktów dotyczących współczesnych stosunków ukraińsko-polskich.

Na przykład rosyjskie służby wywiadowcze systematycznie rozpowszechniają w mediach fałszywe doniesienia, że Polska nadal „panuje” na Ukrainie i próbuje realizować ekspansję na Ukrainę Zachodnią.

Pewnego dnia tak zwane „biuro prasowe rosyjskiego wywiadu zagranicznego” doniosło o „stopniowej realizacji przez Warszawę dalekosiężnych planów wobec Ukrainy. Coraz bardziej oczywiste staje się, że nie chodzi tylko o możliwość wprowadzenia >polskich sił pokojowych< w zachodnie regiony tego kraju, ale także o ustanowienie kontroli nad najbardziej perspektywicznymi sektorami gospodarki sąsiedniego kraju”.

Dyrektor rosyjskiego wywiadu Siergiej Naryszkin stwierdził wcześniej „gotowość Polski do aktywniejszej współpracy w kwestii ukraińskiej z Węgrami i Rumunią w celu ukrycia planów zajęcia zachodniej Ukrainy”.

A pod koniec lipca wiceprzewodniczący rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew opublikował na swoim kanale Telegram mapę, na której większość Ukrainy przenosi się do innych krajów, w tym do Polski. W ten sposób Rosja próbuje zamaskować swoje plany aneksji Ukrainy, kłamiąc o „nowym podziale Ukrainy” przez państwa europejskie.

Kilka dni temu rosyjska agencja „Ukraine.Ru” podała „straszne wieści” od tak zwanego politologa Rostislava Iszczenko, że rzekomo „prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zgodził się nadać obywatelom polskim specjalny status na Ukrainie w zamian za wysłanie z Warszawy wojsk na zachód kraju”. Zaznaczył, że „przyjęcie tej normy uczyni z byłej republiki sowieckiej protektorat swojego zachodniego sąsiada”.

Któregoś dnia Naryszkin poinformował, że „polskie kierownictwo rozpoczęło opracowywanie scenariuszy faktycznego rozczłonkowania Ukrainy. Według niego Warszawa jest przekonana, że ​​USA i Wielka Brytania będą zmuszone poprzeć plan podziału byłej republiki radzieckiej.

Rosjanie są również zaskoczeni życzliwością Polaków, którzy dobrze rozumieją ból Ukraińców i udzielają dużej pomocy uchodźcom. Dlatego rosyjska agencja informacyjna RIA Novosti wypacza treść artykułu z „Myśli Polskiej”, w którym jego autorka, Agnieszka Piwar, stwierdza, że ​​„Polacy zostali wprowadzeni w błąd, gdy byli przekonani o konieczności przyjęcia Ukraińców w swoich domach”. Piwar zauważa, że ​​wielu uchodźców przybyło z tych regionów Ukrainy, gdzie nie są prowadzone działania wojenne, a ich celem jest skorzystanie z różnych przywilejów jakie daje Polska”. Co więcej, Agnieszka Piwar stwierdza, że „polskie środki masowego przekazu milczą o tych problemach, bo cenzura działa tak, jak powinna. Autor depeszy dodaje zaś, że Polacy kiedyś „otworzą oczy” na Ukraińców i prędzej czy później ich cierpliwość się wyczerpie. Oczywiście Ukraińcy czasami nie są aniołami, ale wydaje się, że w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma zmanipulowanymi materiałami, z których pierwszy podsumowuje pewne niesystematyczne fakty, co daje drugiemu autorowi podstawy do ogólnych oskarżeń i tworzenia zniekształconego obrazu rzeczywistości. Metoda nie jest nowa i została już dobrze opanowana przez rosyjską propagandę.

Rosja zdaje się też nie szczędzić sił i środków, aby zakłócić realizację przez Polskę programu zbrojeń i stworzenie silnej, zdolnej do obrony armii. Ta sama agencja RIA Novosti nagle stała się „bardzo zaniepokojona”, że rzekomo „decyzja Polski o zakupie południowokoreańskich czołgów spowoduje problemy dla NATO”. Pechowe NATO, kto uchroni je przed błędami, jeśli nie Rosja?

RIA Novosti powołuje się na „amerykańskiego eksperta wojskowego” Daniela Gura, który w artykule dla 19fortfive stwierdził, że zamiar szefa MON Mariusza Błaszczaka zakupu od Korei Południowej czołgów K2, haubic K9 to „niezwykle dziwna decyzja… skoro nowy sprzęt będzie niekompatybilny ze sprzętem NATO, a Polacy będą musieli dostosować metody interakcji czołgów K2 z innymi systemami walki.” Nieszczęśni Polacy, jak poradzą sobie z tak piekielnym zadaniem?

Jednocześnie media rosyjskie odrzucają wszelkie konstruktywne myśli i propozycje Polski. Na przykład bez wystarczającej analizy zareagowali wrogo na propozycję posła PiS Arkadiusza Mularczyka, który niedawno w rozmowie z „Rzeczpospolitą” poruszył temat reparacji od Rosji. Mularczyk z przekonaniem stwierdził, że Polska powinna zdecydowanie „ocenić szkody”, a potem po prostu „poczekać na odpowiedni moment polityczny”. W Rosji nie zwrócono uwagi na to, że wcześniej ten sam poseł mówił o reparacjach, których Polska zamierza domagać się również od Niemiec.

Moskiewscy propagandyści po swojemu wykorzystali również rozmowę Lecha Wałęsy z francuskim „Le Figaro”. Były prezydent wyraził w niej opinię, że „zachodni alianci mylili się co do Moskwy nawet w czasach Gorbaczowa, uznając, że >on jest dobry< i da pokój Rosji”. Wałęsa nazwał obecną sytuację rezultatem tego błędu, mówiąc, że Kreml chce „kontynuować aneksowanie narodów do swojego imperium”. Były prezydent dodał, że nawet w przypadku zwycięstwa Kijowa w konflikcie z Moskwą sytuacja może się powtórzyć za 5-10 lat i aby uniknąć takiego scenariusza, Zachód musi „wymusić zmianę systemu politycznego” w Rosji. Wałęsa podzielał również opinię, że opcją zapewnienia bezpieczeństwa byłoby również podział Rosji, w tym celu konieczny jest bunt narodów żyjących w tym kraju. Te słowa byłego prezydenta niesłusznie nazwano w Rosji „żądnymi krwi”. A szef Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki określił słowa Wałęsy „urojeniami schizofrenicznymi”. W Rosji zapomnieli jednak, że podobne idee od dawna wyrażają nie tylko politycy na całym świecie, ale także sami rosyjscy demokraci, a Imperium Rosyjskie w XXI wieku nie ma innej perspektywy niż zniszczenie przez ruchy wyzwoleńcze narodów, które Moskwa nadal przetrzymuje w swoim „więzieniu”. Świadczą o tym decyzje dwóch Forów Wolnych Narodów Rosji, które już w tym roku odbyły się w Warszawie i Pradze. Rosja musi zniknąć jako „więzienie narodów”, a w jej miejsce powinny pojawić się wolne, suwerenne państwa narodów, które od dawna walczą o swoje wyzwolenie. Dziś przykład Polski inspiruje Ukrainę, która walczy o swoje wyzwolenie, żadne specjalne operacje informacyjne agresora mu nie pomogą.

Moskwa chce straszyć na morzach i oceanach – WOŁODYMYR SYDORENKO o nowej doktrynie rosyjskiej marynarki wojennej

Nowa doktryna rosyjskiej marynarki wojennej jest próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale to próba daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów.

W Dniu Rosyjskiej Marynarki Wojennej Władimir Putin podpisał dekret zatwierdzający doktrynę rosyjskiej marynarki wojennej. Jak donosi RIA „Novosti”, wyjaśnia w niej granice, strefy interesów narodowych oraz określa główne zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Nawet to stwierdzenie treści doktryny wskazuje na zagrożenie dla całego świata ze strony flot rosyjskich: dokumenty jednego kraju bez udziału innych nie mogą „wyjaśniać granic”, ustanawiać stref interesów narodowych, ponieważ jest to inwazja na granice i strefy interesów innych państw. W dokumencie podkreślono, że Rosja przywiązuje dużą wagę do „zachowania statusu wielkiego mocarstwa morskiego”. Co to oznacza i czy Rosja naprawdę jest „wielką potęgą morską”?

Charakterystyczne jest, że nowy dokument podpisany przez Putina określa interesy Rosji, nie uznając i nie biorąc pod uwagę interesów innych krajów świata. Zgodnie z tym dokumentem, głównym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego Rosji jest więc amerykański kurs na rozszerzenie NATO. Jednocześnie Kreml nie bierze pod uwagę potrzeb bezpieczeństwa innych krajów, choć uważa się, że ekspansja wpływów Rosji na kraje sąsiednie, jej polityka imperialna, wojna na Ukrainie, stwarzanie zagrożenia dla wszystkich krajów europejskich, tworzenie bloków z krajami azjatyckimi stawiają nowe wyzwania dla państw europejskich i nie pozostają bez wpływu na ich bezpieczeństwu. Dlatego kraje demokratyczne z pewnością muszą uwzględnić te czynniki w swojej polityce i wzmocnić środki bezpieczeństwa swoich granic i swoich interesów.

Doktryna zakłada „niepodważalne prawo” Rosji do obecności jej sił morskich na Oceanie światowym i użycia siły militarnej do realizacji swoich interesów, gdy wyczerpią się możliwości dyplomatyczne. Oczywiście Ocean światowy jest własnością całej ludzkości i nikt nie sprzeciwia się obecności rosyjskich statków na wodach. Ale zasada „użycia siły militarnej dla realizacji własnych interesów” jest już sprzeczna z prawem międzynarodowym i stanowi próbę wprowadzenia prawa siły do ​​światowej polityki.

Doktryna morska Rosji potwierdza bezpodstawne prawo Rosji do zajmowania obszarów lądowych i morskich w celu tworzenia swoich baz wojskowych. Wskazuje na to paragraf, w którym stwierdza się, że „wśród zagrożeń dla interesów narodowych jest brak wystarczającej liczby baz poza Rosją”. To znaczy, jeśli Rosja przyzna, że ​​nie ma wystarczającej liczby baz, to zastrzega sobie prawo do zajmowania nowych terytoriów i zakładania tam swoich baz. Nawet teraz doktryna Putina przewiduje „intensyfikację działań na Svalbardzie, Ziemi Franciszka Józefa, Nowej Ziemi i Wyspie Wrangla”. Zakłada również nowe bazy na Morzu Czerwonym i Azowskim oraz w innych obszarach wodnych świata.

Doktryna odbiega od prawa międzynarodowego. Na przykład przewiduje nielegalną działalność Rosji na anektowanych terytoriach. Mówi, że Moskwa „wzmocni infrastrukturę wojskową na Krymie i Flotę Czarnomorską”.

Krym i Morze Czarne zostały już przez Rosję zamienione w niebezpieczne węzły dla całego świata, bo tam mają bazy rosyjskie rakiety, które mogą dotrzeć do wszystkich krajów Europy i Bliskiego Wschodu. Odtąd Rosja dąży do przekształcenia wszystkich swoich wybrzeży morskich na całej długości swoich granic w te same niebezpieczne węzły dla całego świata. Doktryna głosi, że takimi węzłami dla „zapewnienia bezpieczeństwa Rosji” staną się Cieśniny Bałtycka i Kurylska, Morze Czarne, Ochockie i Beringa, wschodnia część Morza Śródziemnego oraz arktyczny obszar wodny. Władimir Putin potwierdza, że ​​ich „ochrona będzie zapewniona wszelkimi sposobami”. Oznacza to, że może chodzić również o rozmieszczenie tam broni nuklearnej, chociaż wiele z powyższych miejsc nie należy do terytorium Rosji i nie odgrywa ważnej roli w ochronie jej bezpieczeństwa. Ale to nie obchodzi państwa-agresora.

Nowa doktryna morska przewiduje prawo Rosji do prowadzenia działalności gospodarczej w dowolnej części oceanów świata. W ten sposób Rosja deklaruje swoje „prawo” do „układania podwodnych kabli i rurociągów” oraz „zapewnienia im bezpieczeństwa”. Jednocześnie w doktrynie Kreml deklaruje „budowa lotniskowców jako kierunek priorytetowy” oraz „rozwój budowy nowoczesnych lotniskowców”. Oczywiste jest, że lotniskowce są potrzebne nie tyle do ochrony własnych granic morskich, gdyż zadanie to można z powodzeniem wykonać za pomocą naziemnych środków wojskowych, ale do agresywnych ataków i stwarzania zagrożeń z dala od własnych granic w strefie interesów innych krajów. Z drugiej strony nieudany przykład ostatnich kampanii morskich rosyjskiego lotniskowca „Admirał Kuzniecow” pokazuje, że Rosja wcale nie jest „wielką potęgą morską”, za jaką chce się uważać.

Oczywiście nowa doktryna jest właśnie próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale próba jest daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów, a bez tego nie da się żyć i pracować na świecie w XXI wieku. Na przykład doktryna wprowadza w pole swojego zainteresowania  Sewastopol i Krym, mimo że zostały anektowane, są to obce terytoria, którym Moskwa nie ma prawa rozporządzać. Prędzej czy później Sewastopol i Krym zostaną wyzwolone, rozszerzy się na nie jurysdykcja Ukrainy, co oznacza, że ​​postanowienia doktryny dotyczące tego obszaru nie zostaną spełnione. Istnieje również wątpliwość, czy inne punkty doktryny są możliwe do realizacji. Nowe morskie ambicje rosyjskie nie stwarzają niczego znaczącego, poza straszeniem całego świata.

 

JAN TESPISKI: W tych szaleństwach jest metoda (7)

Bardzo często artyści postrzeganiu są jako bezrozumni szaleńcy. Ci, którzy tak sądzą mylą się okrutnie. Artyści mają własną logikę, w której ramach są bardzo konsekwentni.

Można powiedzieć – cytując klasyka – że artyści są logicznie logiczni. Tyle tylko, że sposobu ich myślenia i postępowania nie można ich mierzyć zwykłą miarą, miarą zwykłych ludzi.    

Czy renówka to dobry samochód

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Teatr Ludowy w Nowej Hucie prowadziło małżeństwo reżyserów – Krystyna Skuszanka i Jerzy Krasowski. Skuszanka była skupiona na wnikliwych, trudnych i drobiazgowych analizach literackich dramatów, które potem – już jako spektakle – nie bardzo się miały do wyników analiz z prób. Ale też uprawiała ona teatr „mgłą spowity”, w swoim rodzaju poetycki.

Krasowski natomiast stąpał twardo po ziemi. Jego teatr stawiał pytania o kondycję społeczną, o odpowiedzialność. Z całą pewnością nie był on reżyserem uległym, stawiał się władzom. Oczywiście w ramach tamtego systemu.

Poza tym Krasowski jest świetnym przykładem na myślenie osobne, na inną logikę.

W Teatrze Ludowym małżeństwo miało wybitnych aktorów, wtedy młodych, ale z wyraźnymi oznakami wielkich karier. Pewnego razu, Franciszek Pieczka i Witold Pyrkosz otrzymali propozycję zagrania w filmie produkcji francuskiej. To było jak jasny grom dla całego środowiska aktorskiego. W tamtych latach nikt jeszcze nie wyjeżdżał na Zachód grać. W ogóle nikt nigdzie nie wyjeżdżał.

Obaj aktorzy zwrócili się do Krasowskiego o zgodę na wyjazd. Dyrektor podjął decyzję, że Pieczka może jechać, ale Pyrkosz ma zostać w Krakowie. Wtedy odbyła się taka – mniej więcej –   rozmowa między rozżalonym Pyrkoszem a Krasowskim.

– To dlaczego ja nie mogę jechać do Francji, a Pieczkę zwolniłeś?

– Słuchaj Witek, a na co ci to? Tym bardziej, że właśnie dostałeś wielką rolę, to skup się na niej.

–  Ale to raptem trzy tygodnie… ja próby nadgonię – Pyrkosz miał jeszcze nadzieję.

– Nie, Witek, nie… musisz zostać w Nowej Hucie – odpowiedział ostatecznie Krasowski.

Minęły trzy tygodnie. Pod teatr zajechał starym autem marki reanult Franciszek Pieczka. Wszyscy: obsługa techniczna, administracja i aktorzy oraz zbiegli się, żeby oglądać ten błysk Zachodu. A do gabinetu Krasowskiego wdarł się Pyrkosz, który łamiącym się głosem, bliski rozpaczy, powiedział do Krasowskiego:

– Widziałeś?! Pieczka przyjechał renówką!

Krasowski wstał zza biurka, podszedł do okna i popatrzył na zbiegowisko wokół samochodu Pieczki. Po czym powiedział:

– Witek, umówmy się, renówka to nie jest dobry samochód.

Nie pojął podstawowych tendencji utworu

Teoretycznie dyrektorom teatrów powinno zależeć, żeby w ich teatrach reżyserowali wybitni reżyserzy. To teoria. W praktyce natomiast, jeżeli dyrektor sam jest reżyserem, to ta prosta logika zawodzi.

W latach sześćdziesiątych, w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie, za dyrekcji wybitnego dyrektora i reżysera, jakim był Bronisław Dąbrowski, prowadzono akcję poranków dla młodzieży szkolnej. Grano dla uczniów lektury szkolne. Nie była to sztandarowa działalność tej zasłużonej sceny, trochę uboczna. Ale starano się przedstawieniom szkolnym nadać wysoki poziom. Choć dla oszczędności reżyserię powierzano studentom reżyserii lub młody reżyserom. Niemniej, po każdym nowym spektaklu sceny dla młodzieży, ukazywały się w prasie krakowskiej normalne recenzje.

Kilka przedstawień przedpołudniowych zrealizował wtedy Mieczysław Górkiewicz, aktor, kończący w latach 60-tych reżyserię teatralną. Górkiewicz opowiadał, a opowiadał świetnie, jaki dyrektor Dąbrowski miał stosunek do dzieł – mówmy prawdę – tej II kategorii.

Po każdej premierze – opowiadał Górkiewicz – dyrektor zwoływał cały zespół występujący w sztuce oraz reżysera sztuki. Siadali wygodnie, a Dąbrowski prosił któregoś z aktorów o przeczytanie recenzji. Nie było to zadanie łatwe, bo dyrektor żywo komentował teksty. Jeżeli recenzja była przychylna, to Dąbrowski prychał, kasłał, wzdychał i rzucał uwagi krytyczne:

– Zupełny upadek zawodu. Zupełny brak pojęcia o teatrze. Z łapanki biorą tych recenzentów? Przecież ja też widziałem waszą sztukę, ale ten dziennikarzyna pisze chyba o zupełnie innej. Jakie role, jaka tam wyrazistość charakterów…  Tempo dobre – pisze – jak już po pół godzinie przysypiałem. To jest męczarnia dzieci polskich.

Po odczytaniu recenzji i usłyszeniu uwag dyrektora Dąbrowskiego, przerażony reżyser, czekał tylko na ścięcie. Ale nie… Dyrektor był w sumie zadowolony i w konkluzji spotkania pytał:

– Ja już dawno się tak zastanawiam… Po co nam te sztuki dla młodzieży? Przecież to i koszty, i wasz wysiłek niemały… Ja się muszę dobrze zastanowić, czy my będziemy to kontynuowali…

Bywało też inaczej, gdy recenzje chlastały twórców, a głównie reżysera, dyrektor zmieniał się. W trakcie czytania recenzji nie przerywał, uśmiechał się, promieniał z zadowolenia. Mówił mało, ale celnie…

– To, to najlepsze… Proszę to zapamiętać: Reżyser nie pojął podstawowych tendencji utworu… Dobre! A to ci historia – nic nie pojął!

Po czym Dąbrowski długo kiwał głową z niedowierzaniem, łapał się za głowę… A końcu rzucał tylko…

– To co pan, panie Mieczysławie nowego nam zaproponuje?

 A to się wyłożył

W jednym z mniejszych miast teatralnych, ale niezupełnie takim małym, dyrektor zaprosił do zrobienia sztuki wybitnego reżysera. Reżyser ów właśnie święcił triumf artystyczny, bo jego film na podstawie sztuki, którą mu teraz zaproponowano w teatrze, odniósł ogromny sukces. Cały teatr żył trzy miesiące w dużym napięciu, czekając na sceniczne powtórzenie sukcesu filmowego.

Po premierze dyrektor teatru, niby w dyskrecji, ale powszechnie i do wielu osób mówił:

– A to się wyłożył… Widział pan, jak się wybitny reżyser u nas wyłożył? Nie widział pan? No to serdecznie zapraszam. Zostawimy bilety w kasie, proszę tylko dać znać. Film, film… Film a teatr to dwie różne sztuki. Reżyser filmowy z Warszawy a rozpłaszczył się u nas jak żaba na asfalcie.

 

O artystycznych bitwach pisze JAN TESPISKI: Reżyserzy kontra aktorzy albo odwrotnie (6)

Aktorstwo to trudny zawód, bo o jego życiu decydują głównie: talent i charakter. Przemożny wpływ na całą drogę życiową aktorów i finalny sukces ma też miejsce, czyli teatr, w którym aktor dostanie pierwszy angaż, dyrektorzy teatrów i reżyserzy. A to nie zawsze zależy od samego aktora. Często na dobre i złe decyzje ma wpływ przypadek. Zły lub dobry splot wydarzeń. To wszystko powoduje, że aktorzy pracują w wielkim napięciu, czego skutkiem są „odciski” na ich charakterach. 

Powiedział kiedyś Gustaw Holoubek, że w teatrze tylko w dwóch przypadkach dochodzi do konfliktu zespołu aktorskiego z reżyserami. Pierwszy przypadek – według Holoubka – ma miejsce wtedy, gdy reżyser swym talentem i doświadczeniem znacznie góruje na zespołem. W drugim przypadku jest odwrotnie.

Przejdźmy zatem do tragikomicznych przypadków w pracy zespołów.

 Nikt nie będzie mnie tak traktował w teatrze

Do jednego z prowincjonalnych teatrów przyjechał – w początku lat 60-tych – młody reżyser, nowator i rokujący nadziewę. Miał realizować – „Matkę Courage i jej dzieci” Bertolta Brechta. Z początkiem lat 60-tych taka pozycja była na naszych scenach nowością i budziła obawy u aktorów. Bo chodziły słuchy, że trudny to dramaturg i gra się go zupełnie inaczej.

Reżyser chciał – zgodnie z tekstem – żeby sztukę otwierał song Mickiego Majchra i jego dwóch przyjaciół.

– A zatem, panowie zaczynamy tak – mówi reżyser – najpierw środkiem wchodzi Micki, staje na środku sceny. Wchodzi pan na muzyce, cztery takty. Micki pstryka palcami w prawo, i z prawej kulisy wchodzi pan – tu reżyser wskazuje na młodego aktora – i staje pan obok Mickiego. Potem cztery takty. Micki pstryka palcami w lewo i z lewej kulisy wchodzi pan – tu reżyser wskazuje na najstarszego z trójki aktorów. Rozumiemy się? To zaczynamy. Proszę o muzykę.

I zgodnie z pomysłem reżysera, wchodzi Micki, pstryka palcami w prawo, z prawej kulisy wchodzi jego pierwszy kompan. Micki pstryka palcami w lewo… i nikt nie wchodzi.

– Stop! – mówi reżyser. – Panowie, ma być tak… – reżyser powtarza swoje dyspozycje.

Powtarzają scenę, ale znowu drugi kompan Mickiego, który miał wejść na pstryknięcie palcami, z lewej kulisy, nie wchodzi. Powtarzają początek sceny jeszcze dwa razy, ale ten z lewej w ogóle nie wchodzi na scenę. W końcu reżyser pyta:

– Nie rozumiem, o co chodzi?

Po dłuższej chwili znaczącego milczenia, najstarszy z trójki, ten który nie wchodził na scenę, mówi:

– Ja, proszę pana, jestem w tym teatrze już dziesięć lat. Ja tu grałem duże role. Ale dotychczas nikt na mnie palcami nie pstrykał. Ja sobie, na pstrykanie na mnie, nie mogę pozwolić. Ja mam tutaj pozycję! Nikt nie będzie mnie tak traktował w teatrze.

Reżyser milczący

Marek Okopiński był cenionym i uznanym reżyserem. Był też znany z tego, że do aktorów mówił niewiele. Owszem, aktorzy nie przepadają za reżyserami – gadułami. Ale zupełnie milczący reżyser też nie jest darem niebios.

Kiedy Okopiński został dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu (dyrektorował mu w sezonie  1973-74) przyszła za nim sława Wielkiego Milczka. Aktorzy nie byli więc zdziwieni, gdy w czasie prób scenicznych wypowiadał najczęściej cztery zdania: Pierwsze padało zawsze na początek próby: „Proszę, zaczynamy”. Drugie zdanie wypowiadał, około 12.00, gdy nadchodził czas przerwy: „Przerwa, 15 minut, proszę państwa”. Po przerwie powtarzał zdanie pierwsze: „Proszę, zaczynamy”. A na koniec próby Okopiński mówił: „Dziękuję, do jutra”. W takiej sytuacji aktorzy musieli sobie radzić sami, w milczącej obecności reżysera.

Jakież było zaskoczenie aktorów, gdy na jednej z prób, nagle Okopiński wstał z fotela na widowni i gromkim głosem powiedział:

– No, nie! Proszę państwa.

Przebił się między fotelami i ruszył ku scenie. Aktorzy w okamgnieniu nabrali życia, ruszyli ku proscenium, żeby wreszcie cokolwiek usłyszeć, choćby jedną malutką uwagę.

Okopiński doszedł do proscenium, popatrzył uważnie pod nogi. Prawą nogą poszurał po podłodze widowni… Potem poszurał lewą…

– Ta wykładzina się tutaj wybrzuszyła! Jak to wygląda? W takim teatrze?!

Po czym wrócił na swoje miejsce między rzędami widowni i powiedział:

– Ja sprawę tej wykładziny załatwię, a my kontynuujmy. Proszę bardzo.

To mi się zgadza

Próby generalne, czyli ostatnie próby przed premierą, to wielkie nerwy, wielki wysiłek i skupienie całego zespołu. Aktorzy oczekują od reżyserów akceptacji lub potępienia, ostatnich wskazówek, ostatnich zmian. I w tym momencie reżyser powinien być im bratem i przewodnikiem.

Innym wielkim milczkiem był reżyser Z. Nazwiska nie podaję z sympatii do osoby. Był to człowiek milczący, ale mądry, z ogromną wiedzą. W jednym z największych polskich teatrów doszedł z aktorami do prób generalnych. Rzecz dotyczyła wielkiej klasyki. Po pierwszej generalnej – zwyczajowo są co najmniej trzy – inspicjent poprosił aktorów do saloniku recepcyjnego.

Siedzieli milcząc, w dużych nerwach. Po chwili wszedł reżyser Z. z notatkami w dłoni. Przejrzał je szybko i zaczął omówienie próby:

– Pani… – tu zwrócił się do aktorki grającej główną rolę. – Dobrze, wszystko mi się zgadza. Pan – skierował się do aktora nestora – też mi się zgadza.

I tak reżyser Z. omówił wysiłek i myśl niemal całego dwudziestoosobowego zespołu. Jemu się wszystko zgadzało, ale oni nie wiedzieli, co ma się z czym zgadzać. Jak weszli mało wiedząc, tak nadal wiedzieli tyle samo.

Na koniec, reżyser Z. skierował swój palec w debiutanta, tuż po szkole.

– Z panem natomiast nie jest dobrze. Wie pan, to nie może być tak, o drugim akcie mówię…

Aktorzy skupili się na reżyserze, może i o nich coś powie… A reżyser Z. mówił dalej…

– Chociaż nie, nie mam racji. Dobrze, z panem też mi się zgadza.

 

WALTER ALTERMANN: Dobra książka, ale kto ją pisał?

Powiadają, że polskość pod zaborami przetrwała dzięki polskiej literaturze. W jakiejś części jest to prawda, choć tej wielkiej zasługi nie przypisywałbym jedynie naszym literatom. Prawdą jest jednak, że polskie słowo i myśl przez lata rozbiorów były cenione.

Na spotkaniu z kilkunastoma najbardziej znaczącymi ludźmi teatru, które zwołał w stanie wojennym wicepremier Mieczysław Rakowski, miała miejsce taka sytuacja. Rakowski apelował, trochę też groził, tłumacząc, że bojkot teatru telewizji przez środowisko teatralne jest szkodliwy. Po nim zabrał głos wybitny intelektualista i reżyser teatralny, profesor Bohdan Korzeniewski.

Rząd polskich dusz

– Panie premierze – zaczął profesor. – My Polacy mieliśmy różne rządy, ale jednocześnie przez cały ten czas mieliśmy i mamy najlepszy z możliwych rządów – rząd polskich dusz. Premierem w tym rządzie jest Mickiewicz, ministrem obrony narodowej – Wyspiański, ministrem polskiej pracy jest Norwid, ministrem kultury – Słowacki, ministrem sprawiedliwości – Żeromski, a Prus jest ministrem rozwoju. I zawsze w chwilach próby odwołujemy się do nich, bo oni najlepiej wyartykułowali polskie interesy i polski program. Dlatego też, nie zgadzamy się s tym co dzieje się w kraju obecnie. Bo oni mówią nam, że nie wolno zgadzać się na wszystko.

Powinności literatury

Zacząłem z wysokiego „C”, ale realna, codzienna rzeczywistość bardzo odstaje od przesłania Profesora Korzeniewskiego. Zaraz bowiem po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku władze zaczęły oczekiwać od literatów wsparcia. I spora część piszących tego wsparcia udzieliła. Szczególnie po zamachu majowym z 1926 roku.

Piłsudski i jego ekipa oczekiwali od pisarzy mianowania na zbawców ojczyzny, na daleko lepiej wiedzących i mających historyczną misję. Żeby przeciwnicy Marszałka „nie wycierali nim sobie gęby” prasa podlegać zaczęła ostrej cenzurze, ale z literaturą nie było tak prosto. Owszem, naleźli się pomniejsi pisarze, którzy zaczęli władzy kadzić, ale większość albo milczała, albo była przeciw rządom Marszałka.

Sumienie Kaden-Bandrowskiego

Bardziej jednak bolała władzę postawa Juliusza Kaden-Bandrowskiego, który mając 23 lata, w czasie studiów w Brukseli, zaangażował się (w roku 1908) w działalność PPS-Frakcji Rewolucyjnej, a więc w tajną organizację Piłsudskiego. Kaden-Bandrowski był piłsudczykiem z wyboru, ale jako pisarz nie kierował się filiacjami i sympatiami politycznymi.

W sierpniu 1914 roku, po wybuchu wojny, wstąpił do I Brygady Legionów Polskich i został adiutantem samego Marszałka. Od 1918 roku był również członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej. Brał udział w walkach o Przemyśl. W grudniu 1918 został pierwszym redaktorem naczelnym tygodnika „Żołnierz Polski”. W czasie wojny polsko-bolszewickiej kierował Biurem Prasowym Naczelnego Dowództwa, co spowodowało później głośne oskarżenia o nadużycia finansowe, lecz ostatecznie nieudowodnione. W latach 1923–1926 był przewodniczącym Związku Zawodowego Literatów Polskich. Ponownie w 1933.W 1928 otrzymał Państwową Nagrodę Literacką.

Teoretycznie biorąc Kaden-Bandrowski powinien zostać piewcą nowych czasów, skoro był ich jakże aktywnym współtwórcą. A jednak tak się nie stało. Dlaczego? Bo pisarz miał sumienie, które nie pozwalało mu opisywać innego świata, niż ten, który widział.

I dlatego opisywał Polskę, jako kraj demagogii politycznej, korupcji i ordynarnego złodziejstwa, w których to „zjawiskach” brała udział elita – czyli piłsudczycy. To Kaden-Bandrowski opisał stan umysłu i serc Polaków w momencie odrodzenia się Polski jako „radość z odzyskanego śmietnika”. Bo on dobrze wiedział, że odrodzenie powinno być początkiem „Nowej Polski”, a było powrotem do starej.

Pisał o swoich oczekiwaniach i rozczarowaniach. I tym wzbudzał nienawiść swoich konspiracyjnych i frontowych kolegów.

Dla kogo pan pisze?

I tu doszliśmy do trudnego pytania: pisać według zamówienia, czy według siebie? To naprawdę najbardziej istotne pytanie, na które muszą sobie sami odpowiedzieć artyści. Najgorsze co może spotkać prawdziwego artystę, to być w jakiejś grupie politycznej, widzieć błędy ludzi tej grupy i wstrzymywać się od ich – tych błędów – opisania i potępienia.

Artysta, a przede wszystkim literat, musi być niezależny – niby banał, ale jakże brzemienny w skutki. Bo jakże to – inaczej traktować ludzi bliskich sobie politycznie, a inaczej oponentów? Niestety zdarza się to często wśród dziennikarzy. Ale zostawmy ich. Dzisiaj piszemy o literatach.

Przedwojenna Polska jawi się dzisiaj niektórym jako utracony raj. Zamordowany przez Niemców i komunę. A przecież tak nie było. Wystarczy poczytać dzieła Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Władysława Broniewskiego, Tadeusza Dołęgi-Mostowicza i wielu innych. Międzywojenna Polska rajem nie była.

Piłsudczycy – może nie tyle sam Piłsudski – kazali społeczeństwu wierzyć, że gdyby nie oni Polska nigdy by się nie odrodziła i nie obroniła przed sowietami w 1919- 1920. I z tego wywodzili paradygmat, że tylko oni są uprawnieni do bycia premierami i ministrami. A mniej zasłużonym – według piłsudczyków – należy się być prezesami, dyrektorami, etc. To zawłaszczenie Polski byłoby śmieszne, gdyby nie było prawdziwe i gdyby nie było powodem wielu aberracyjnych pomysłów ówczesnej władzy.

Andrzej Strug pytania o podstawy

Bolało też ludzi ówczesnych władz, że Andrzej Strug, sam legionista, zwany sumieniem legionów, nie popadł w zachwyt i wytykał piłsudczykom wszystkie grzechy. O ile Kadena-Bandrowskiego łatwiej było atakować i zwalczać, to ze Strugiem było trudniej. Urodzony w 1971 roku, w 1914 już jako starszy pan, siadł na konia i wjechał do Kielc razem z Władysławem Belina-Prażmowskim. Przedtem był konspiratorem, zesłanym do Archangielska, działaczem PPS.

Powieści Struga, to jedno wielkie wołanie o sprawiedliwość społeczną, której nie dostrzegał w Polsce odrodzonej. Jako człowiek lewicy – Strug był znaczącym działaczem PPS – podejmował też krytykę nie tylko skutków, ale przyczyn złego stanu rzeczy. Był krytykiem kapitalizmu, wielkich majątków obszarniczych i wyzysku – pod każdą postacią. Opowiadał się za społeczną gospodarką.

Taki Andrzej Strug, nieznany przed 1918 rokiem, bardzo bolał piłsudczyków. Ale mieli w zanadrzu kartę nie do przebicia, w walce literatów – za i przeciw nim. Była nią Kazimiera Iłłakowiczówna.

Kazimiera Iłłakowiczówna i wielka miłość, chyba nieodwzajemniona

Ta wielka poetka była najgorętszą piewczynią osoby Marszałka. W latach 1926–1935 była jego osobistą sekretarką. Po śmierci Piłsudskiego wydała tom wspomnień „Ścieżka obok drogi”. Tytuł jest znaczący, co wyjaśnia sama pisarka – ścieżka to mały trakt jej życia. który biegł obok wielkiej drogi Marszałka.

Naprawdę mało jest równie dziwnych utworów. Autorka opisuje swoje spotkania, pracę z Piłsudskim, ale tak naprawdę buduje mu monument. Bez cienia wątpliwości, bez jakichkolwiek wahań wnosi pomnik wielkiej postaci. Mało jest w literaturze hagiograficznej podobnych tekstów. Piłsudski – według Iłłakowiczówny – jest wielki i święty.

Złośliwi twierdzili, że z Marszałkiem łączył ją wieloletni romans. Ale to nie ma nic do rzeczy. Bardzo wiele kochanek sławnych ludzi jest wobec nich krytyczna, choćby na ociupinkę, na jotę… A tu nic, czysta miłość ideowa do wielkiego człowieka.

Wszystkim dzisiejszym „śledzicielom jedynej prawdy”, którzy potępiają współczesnych pisarz za błędy młodości, czyli za kilka wierszy o Stalinie lub Bierucie, polecam przeczytać dzieło Iłlakowiczówny. Naprawdę jest zabawne.

Iłłakowiczówna miała prawo napisać co napisała i jak to napisała. Tak widziała swego idola. I jako pisarka miała do tego prawo. Ale też my mamy prawo osądzać jej dzieło. Nie ją samą. Bo jest naprawdę wielka różnica pomiędzy twórcą a dziełem. O czym dzisiaj ciągle się zapomina lub nie wie.

 

 

O wczasach i letnim odpoczynku pisze WALTER ALTERMANN: Wakacyjny amok

 

Co roku, gdzieś tak w marcu, w tak zwanym lepszym towarzystwie zaczynają się – zrazu lekko i mimochodem, potem coraz bardziej odpowiedzialnie – poważne rozmowy o wakacjach.

Jeżeli na nasze pytanie:

– Jedziecie gdzieś?

Usłyszymy:

– Jeszcze nie wiemy, ale gdzieś trzeba będzie w końcu polecieć…

To musimy mieć się na baczności, albowiem prawdopodobnie nasi przyjaciele szykują jakąś bombę, którą chcą nas zetrzeć z powierzchni ziemi.

Operacja „wakacje”

Wakacje, czyli wybór, gdzie polecimy, gdzie pojedziemy, gdzie będziemy się męczyć i wzdychać do powrotu do domu – to wszystko jest strategiczną operacją, a właściwie wojną. Teoretycznie wakacje powinny dać nam odetchnąć od pracy, od serdecznych rozmów z koleżankami i kolegami, od widoku szefa, a nawet od widoku własnego biurka, czy też od widoku hali montażowej, na której przez osiem godzin skręcamy te same śrubki, w identycznych urządzeniach, których przeznaczenie jest nikomu nieznane.

Porzucenie bezpiecznego domu na dwa – trzy tygodnie, i udanie się na zagraniczne męczarnie jest, żeby to powiedzieć wprost – masochizmem. To co turysta musi przeżyć na lotniskach, w samolotach jest narażaniem psychiki na potworny stres. Nie wspominając, że samolot lata w powietrzu, co w świecie ożywionym praktykują jednie ptaki i nietoperze.

Na miejscu najczęściej na „wakacjuszy” czekają niespodzianki z hotelami, które bardzo często swym poziomem przypominają socjalistyczne akademiki. Jedzenie – z reguły – też jest inne i nasze żołądki doznają szoku, a szok gastryczny zawsze kończy się długim siedzeniem na ustroniu, zamiast na plaży. Jeżeli nie pobytem w szpitalu.

Ludzie narzekają teraz na fale upałów w kraju, ale jeżdżą do Turcji, Grecji czy Egiptu, gdzie 40 stopni Celsjusza to norma. Jakaś logika? Żadnej. Poza ogromnym społecznym przymusem wyjazdu.

Wakacje turystyczne

Innym rodzajem nieszczęścia są wycieczki turystyczne. Nieszczęśnicy, którzy wybierają ten wariant wczasów zagranicznych, spędzają większość czasu, słono przez nich opłacanego, w autokarach. A  pejzaże, zabytki i ruiny najczęściej widzą przez okno pojazdu. Miejscowi organizatorzy wczasów turystycznych wiedzą, że turystę trzeba „zajechać”, żeby miał poczucie wielu wrażeń, a w oczach mętne i wirujące obrazy oglądanych zabytków. Wtedy polski wczasowicz wie, że nie zmarnował pieniędzy. Najczęściej nie wie co zwiedzał, nie zapamięta z jakiego okresu historii pochodzą zabytki, nie odróżnia Minosa od Minotaura, ale że było tego dużo – jest zadowolony.

Morze, nasze morze… drogie

Spora grupa rodaków wybiera też wczasy w Polsce. W tym przypadku prym wiodą wakacje nad Bałtykiem. Dlaczego mieszczanie, którzy cierpią w tramwajach, autobusach, a warszawiacy także w metrze, na kilka tygodni wybierają również tłok, hałas i brud? Przecież normalny człowiek powinien wakacje spędzić w ciszy, w otoczeniu uspokajającej, łagodnej przyrody. Nie mówię o zupełnym odludziu, ale czym mniej nieszczęśników, również odpoczywających tym lepiej.  Ale nie, jak się okazuje tłok, widok tysięcy umęczonych na bałtyckich plażach ludzi, brud panujący w powszechnie miejscowościach nadmorskich jest tym czego rodacy pragną najbardziej. I jeszcze wieczorno-nocny hałas z knajp… Naprawdę luksus. Nie wspominam o cenach, jakie w tym roku serwują nadmorskie sklepy, budki, restauracje… Te drogocenne ceny są wynikiem założenia, że właściciel straganu z badziewiem na nadmorskim deptaku musi się wzbogacić, w ciągu trzech lat najwyżej.

A zatem powstaje naturalne pytanie. Dlaczego wczasy stały się dla Polaka przeżyciem obowiązkowym?

Popis i szpan w stadzie

U źródeł tego amoku, jaki nazywamy wczasami, leży nasza staropolska chęć popisu, bycia lepszym od sąsiada i kolegi z pracy. Chcemy, żeby uznawano nas za ludzi majętnych, potrafiących korzystać ze swego wysokiego statusu społecznego. I jeszcze myślenie stadne. Polega to na tym, że jeżeli znajomi spędzają wakacje w Egipcie – i ciągle się tym chwalą – to my nie możemy być gorsi. Nawet jeżeli – idąc w stadzie – doświadczymy na własnym grzbiecie i organizmie, egipskich męczarni.

Pewien mój znajomy, człowiek dość zamożny, który mógł polecieć w najodleglejszy zakątek świata, spędził poprzednie wakacje w Norwegii. Twierdził potem, że krajobrazy i przyroda były wspaniałe, temperatury przyjemne, hotel i jedzenie na najwyższym poziomie. No i nie było tam żadnego rodaka. Ja mu zazdrościłem, ale byłem wyjątkiem, reszta znajomych uznała go za pomyleńca.

Krótka historia wakacji

Historia wakacji nie jest długa. Zaczęła się w połowie XIX wieku. Najpierw na czas kanikuły wyjeżdżali z miast bogaci przemysłowcy, bankierzy i handlowcy. Ściślej biorąc wysyłali na wczasy do swych podmiejskich rezydencji żony i dzieci, ze służbą. Potem zaczęło być modne bywanie „u wód” dla ratowania zdrowia. Zaczęły się też masowe – wśród elit – wakacyjne podróże do Włoch i Grecji. Powstał nawet wielki włoski przemysł pamiątkarski dla turystów.

Krzysztof Teodor Toeplitz wspomina, że jego dziadkowie polubili, pod koniec XIX wieku bywanie u wód w czeskich Toeplitzach, dzisiejszych polskich Cieplicach. I kiedy przyszło do wybierania nazwiska, dziadek dziennikarza zdecydował, że Toeplitz będzie akurat.

Chłopi latem, czyli w wakacje, pracowali. I jak twierdziła złośliwie szlachta – cały czas mają wczasy. Robotnicy i proletariat inteligencki byli tak biedni, że nawet nie myśleli o wakacjach.

Dopiero po I wojnie światowej w wielu państwach europejskich zaczęto organizować wakacje, głównie dla dzieci i młodzieży. Tu największe zasługi miały organizacje skautowskie, które organizowały latem obozy. W wielu państwach Europy również instytucje państwowe zaczęły wspierać finansowo letni wypoczynek dla młodzieży, zagrożonej licznymi chorobami nędzy, przede wszystkim gruźlicą. Ale była to pomoc znikoma.

Jako pierwsi temat wakacji dla wszystkich podnieśli do rangi narodowego problemu hitlerowcy. To oni, chcąc „kupić sobie” robotników i postawić tamę komunizmowi, zaczęli budować domy wczasowe dla robotników. Zwodowano też kilka ogromnych statków wycieczkowych „dla ludu”. Po hitlerowcach temat podjęli sowieci, naśladując rozwiązania niemieckie.

Jak było w Polsce Ludowej nie będę pisał, bo zakładowe wczasy bardzo wielu z nas jeszcze pamięta. Młodzi niech dowiedzą się z innych źródeł.

Dodam tylko, że przebywanie w jednym ośrodku wczasowych z kolegami z pracy było katorgą i powinno być zaliczone do komunistycznych prześladowań. Niemniej, bardzo wielu ludzi po raz pierwszy – dopiero po wojnie – zaznało bycia wczasowiczem.

Lista polskich uzdrowisk, uznanych przez państwo za miejscowości uzdrowiskowe

Poniżej zamieszczam alfabetyczną listę miejscowości, mających w Polsce status uzdrowisk. Gdyby ktoś z Państwa chciał spędzić wakacje w spokoju, no i z nadzieją na polepszeniu stanu swego zdrowia.

Busko Zdrój – upaństwowione w 1922 roku, Ciechocinek upaństwowione w 1922 roku, Cieplice Ślaskie -Zdrój, Duszniki, Horyniec-Zdrój od 1938 roku uznane przez państwo za uzdrowisko, Iwonicz-Zdrój – od 1928, Konstancin-Jeziorna, Krynica-Zdrój, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Muszyna, Nałęczów – od 1928 roku, Piwniczna-Zdrój, Polanica-Zdrój, Polańczyk, Połczyn-Zdrój, Przerzeczyn-Zdrój, Rabka-Zdrój – od 1924 roku, Rymanów-Zdrój – od 1928 roku, Solec-Zdrój – od 1928 roku, Szczawnica – od  1924 roku, Szczawno-Zdrój, Świeradów-Zdrój, Świnoujście, Uniejów – od 2012 roku –  granice „Uzdrowiska Uniejów” obejmują miasto Uniejów i sołectwa: (Człopy, Spycimierz, Spycimierz-Kolonia, Zieleń), Ustka, Ustroń, Wapienne, Wieniec-Zdrój, Żegiestów-Zdrój.

 

O idealnych niewolnikach pisze WALTER ALTERMANN: Ważne drobiazgi mózgowe i polityczne

Powiadają, że życie składa się z drobiazgów. Ale większość z nas na drobiazgi uwagi nie zwraca, czekając na Wielkie Sprawy, jak na główną wygraną w Eurojackpocie. Może dlatego większości z nas czas ucieka, jak piasek między palcami na plaży.

Nie widzimy ważnych drobiazgów, na których trzeba się skupić, a wielkie wygrane padają najczęściej w Danii, Finlandii i Niemczech.

Znerwicowana nerwica

Doszedłem do wniosku, że we współczesnym świecie wszyscy są znerwicowani, na nic nie mają czasu i na niczym nie potrafią się skupić. Weźmy politykę.

Publiczność polityczna, którą obsługują nasi wybrańcy do Sejmu i Senatu, ma cechy, pozwalające na gigantyczne manipulacje. Przede wszystkim elektorat jest niecierpliwy, łatwo się nudzi i codziennie żąda nowych sensacji.

Politycy doskonale wiedzą, że elektorat ma mentalność 5-letniego dziecka, którego nowa zabawka zajmuje co najwyżej trzy dni. Dlatego tzw. sensacje mają być „sprzedawane” w atmosferze „tylko u nas, z ostatniej chwili, to niemożliwe, skandal, afera”. Dodatkowo wszystkie portale wprowadziły informacje, że dany artykuł zajmie nam w czytaniu 2, 5 lub 7 minut. Informacji o materiałach na 10 minutowe czytanie nie zauważyłem, czyli wydawca zakłada, że nikt nie jest w stanie skupić się dłużej niż 9 minut.

Gdzie te czasy, kiedy przeciętny polski inteligent czytał sążniste artykuły albo kilkusetstronicowe powieści bez obrazków? Co się z nami stało? Co stało się z naszymi dziennikarzami, że materiał powyżej 10.000 znaków uważają za cegłę jak „Sagę rodu Forsyte’ów”? Dla spokoju sumienia wyjaśniam, że powieść Johna Galsworthy’ego nie jest najdłuższą ze znanych mi powieści. Bo są jeszcze „Buddenbrokowie” Tomasza Manna, czy nasze „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej.

Ludzie uparli się i mówią, że w dzisiejszych czasach nie mają czasu na czytanie. Można by przyjąć takie wytłumaczenie, gdyby nie oczywiste pytanie: a co Państwo robią w wolnym czasie, bo jakiś wolny czas jednak Państwo mają?

Czas wolny

Otóż większość z nas, po powrocie do domu, siada przed telewizorem w fotelu. Z którego wstajemy z powodów jedynie fizjologicznych. I żeby jeszcze był to fotel pilota F 35… To jest tylko fotel lenia, który całe życie oszukuje się, że to co właśnie puszczają mu w okienku jest szalenie ważne, że gdyby tego nie zobaczył, umarłby… Albo cały świat zginąłby.

Czy ludzie pracują nad sobą? Nad swoją wiedzą, swymi relacjami z innymi nieczytającymi, z dziećmi, z żoną, teściami, braćmi i siostrami? Nie pracują, bo muszą oglądać seriale, przeglądać Facebooka czy innego Twittera.

Przerażeniem przejmuje mnie widok maleństwa w wózku, któremu matka daje do rąk komórkę. A sama w tym czasie rozmawia o monstrualnych głupotach z jakąś podobną jej matką. W tramwajach i autobusach taki widok to dzisiaj norma obyczajowa. Matka, która unika kontaktu, nie ma czasu, nie potrafi zająć się własnym dzieckiem nadaje się właściwie do pozbawienia praw rodzicielskich.

A te tłumy młodych ludzi ze słuchawkami w uszach? Idą przez miasto i rozmawiają, nie zwracając na nic uwagi, nie widząc innych ludzi, nie postrzegając nieba, drzew, krzewów i budynków. Czasem nawet nie zauważają samochodów, z czego są zabici i ranni. A o czym ci idący słuchawkowicze tak gadają? O niczym. Tak sobie paplą dla zabicia czasu. Gadają bez przerwy, bo boją się chwili, w której mogliby o czymś pomyśleć, w której coś mogłoby im przyjść do głowy… Może i mają rację, bo każda myśl jest niebezpieczna, może wywrócić indywidualne ludzkie życie a nawet mapę świata. Były już takie przypadki.

To ustawiczne gadanie, przeglądanie Internetu i gapienie się w telewizor są właściwie wyrazem panicznego lęku przed niezależnym myśleniem. Bo myślenie może też przynieść życiowe klęski. Więc lepiej nie zastanawiać się nad niczym. I tylko tak sobie, luźno żyć.

Teoretyczna równość

Demokracja spowodowała, że teoretycznie ludzie są równi. To piękna, wielce humanistyczna idea, którą poparłbym całym sercem, gdyby nie fakt, że ludzi jednak równi nie są. Widzę przecież, rudych, łysych, blondynki, farbowane i naturalne. Widzę też grubych i chudych, ładnych i takich sobie, sprawnych i fajtłapy. Ale wygląd nie jest najważniejszy.

Ludzie nie są równi również pod względem charakterów, wykształcenia i inteligencji. I nie mówmy tylko, że o wszystkim decydują geny, środowisko rodzinne, wzorce środowiskowe. Świat zna ludzi z nizin, wręcz z rynsztoka, którzy wydźwignęli się na wyżyny intelektu, artyzmu, nauki i techniki. Jedno łączyło tych wszystkich wielkich, z pozoru skazanych na klęskę – oni bardzo chcieli wybić się, mieli ambicję i byli pracowici.

A jak jest dzisiaj? Marnie jest. Ludność planety Ziemia, w tym i my, zrobiliśmy się okropnie leniwi. I większość z nas uważa, że wszystkiemu winni są politycy, sitwy i znajomości. Jeżeli sami się nie kształcimy, to uważamy, że wykształceni są kanaliami. Jeżeli jesteśmy już budowlańcami, to nie staramy się lepiej montować instalacje elektryczne, wodociągowe, klimatyzację. A nauczyciele? Przejmują się swoimi uczniami tak na 100 procent? A dziennikarze? Rzeczywiście dążą do oddania prawdy o świecie? Większość z nich chciałaby pisać komentarze. O czym? A to nieważne. Brakuje w Polsce nie tylko lekarzy. Nie mamy już właściwie rzemieślników, którzy naprawiliby dobrze buty, uszyliby dobry garnitur, czy naprawili dobrze samochód.

Dzisiejszemu światu na imię obojętność. Obojętność wobec samego siebie i innych. Zanurzyliśmy się w nieprawdziwym świecie mediów. I tak, dla świętego spokoju, z lenistwa taplamy się w tym bajorku.

Anarchia matką porządku

Świat zrobił się mały, skurczył się, bo w ciągu kilkunastu godzin można przemieścić się do Australii, a jeszcze 80 lat temu taka podróż trwałaby tygodnie. Telewizja i Internet dają nam pozory, że aktywnie uczestniczymy wżyciu tej „globalnej wioski”. Ale „telewizja kłamie”, bo jesteśmy jedynie biernymi obserwatorami, tego co dzieje się naprawdę. Nadto, media nie pokazują nam prawdy o świecie, żeby nas nie denerwować i nie wpędzać w depresję. Jeżeli głód jest jednym z trzech najważniejszych problemów planety, to w mediach gości na miejscu pomiędzy 70. a 80.

Wiem, że moje widzenie świata jest trochę anarchistyczne. Ale bez odrobiny anarchii byłoby jeszcze gorzej.

My, idealni niewolnicy

Przeczytałem, to co opisałem i doszedłem do wniosku, że to świat idealnych niewolników. Takich jak my dzisiaj, takich, co chcą być niewolnikami. Z jednym zastrzeżeniem, żeby trochę więcej nam płacili a rachunki nad morzem nie były tak wysokie. I żeby nie było wojny, bo trudno o cukier.

Trochę mnie już znudziło pisanie o wielkich tego świata, tym bardziej, że ich jest jakieś 3 procent na planecie, a nas idealnych niewolników jest znacznie więcej, bo 97 procent. I w dużej mierze sami sobie zgotowaliśmy nasz los.

O tym, co dręczy dziennikarza na wakacjach pisze HUBERT BEKRYCHT: Demokracja szkodzi mediom

Najpopularniejszy, najlepszy, ale też i najbardziej zdegenerowany system rządzenia światem, czyli demokracja ma najgorszy wpływ na media. Wszędzie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii jak w i Japonii, Australii i w Mongolii. Z tym, że z tą mongolską demokracją to jest problem. No, ale w końcu z każdą demokracją bywają problemy. Z mediami w demokracji, niestety, stało się to, co musiało się stać – zanikają tradycyjne a pojawiają się media, które społeczne są tylko z nazwy.

Demokracja daje, teoretycznie, ogromne prawa mediom. Dziennikarz jest osobą uprzywilejowaną, niemal na granicy władzy. Reporterzy, bywa, obalają rządy, prezydentów, ale najczęściej zmieniają swoich szefów. Bo kto będzie lubił prezesa gazety, która podała, że jakiś minister ma kochankę albo wydał kilka tysięcy w miejscowej walucie na odzież damską płacąc służbową kartą?

W związku z tym prasa, radio, telewizja, a nade wszystko internetowe potwory nazywające siebie portalami, zaczynają przekraczać granice demokracji zadeptując jej ślady prawne. Na całym świecie znane jest zjawisko tzw. dziennikarskiego przesunięcia, które polega na stawianiu się pracownika redakcji ponad obowiązującymi przepisami wszystkich kodeksów. Władze, nie chcąc mieć kłopotów, początkowo to ignorują a potem… A potem jest już za późno. Kolejne szczeble administracji są pożerane przez żarłoczne media.

Teraz naprawdę gra się „dziennikarskimi śledztwami”. Choć bardzo podziwiam Koleżanki i Kolegów zajmujących się tzw. dziennikarstwem śledczym i doceniam, że często ich praca przynosi efekty, to zawsze będę powtarzał: nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty!

Czy nie możemy powrócić do zwykłego dziennikarstwa, tak aby żaden polityk nie podrzucał redakcjom kompromitujących materiałów na innych polityków? A może sama demokracja musi się zreformować, bo za kilka lat nie będzie istniała? Będą tylko redakcje i ich wojny. Politycy będą pisali artykuły a dziennikarze staną się politykami. Zresztą takie przykłady już obserwujemy. I to nie tylko w Mongolii.

Żegnamy JACKA WEGNERA (1940-2022)

18 lipca zmarł po ciężkiej chorobie jeden z naszych Seniorów, członek SDP od 1969 roku, aktywny uczestnik wielu Zjazdów, wybierany do różnych gremiów,   w latach 2008 – 2014 Rzecznik Dyscyplinarny ZG SDP. W ostatnich latach czytaliśmy jego artykuły w „Forum dziennikarzy”.   

Był absolwentem dziennikarstwa i polonistyki na UW. Wszechstronny  w pracy dziennikarskiej (od ,,reporterki miejskiej” po publicystykę  kulturalną i społeczno-polityczną). Współpracował przed 1980 m.in. z ,,Kurierem Polskim” , ,,Głosem Pracy”,,, Expresem Wieczornym”  ,,Współczesnością” , ,,Kulturą”, ,,Więzią”, ,,Kameną”  i in. , publikował też w czasopismach bezdebitowych i ,,drugiego obiegu”  (m.in. w ,,Kulturze” paryskiej, ,,Opinii” i innych). Aktywny  w opozycji antykomunistycznej, związany z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROBCiO),  współtworzył redakcję ,,U progu”.

Od stanu wojennego przez cztery lata  – taksówkarz warszawski (refleksje w jego  książce „Taksówkarskie epitafium” ).

W latach 1990-2007 (do emerytury) w Instytucie Dziennikarstwa UW,  prowadził m.in. zajęcia z podstaw warsztatu dziennikarskiego i public relations (PR);  2001-2007   prezes Fundacji na Rzecz Rozwoju Szkolnictwa Dziennikarskiego przy Instytucie Dziennikarstwa UW. Publikował w ,,Rzeczpospolitej”, ,,Tygodniku Solidarność”, ,,Kurierze Polskim” i innych.

Był autorem eseistycznych książek –  historyczno-literackich i historyczno-politycznych  m.in.: „Konwicki czarodziej polskiego losu”,  „Rzeczpospolita. Duma i wstyd”, „Biesy sarmackie, Sternicy. Opowieść o dziesięciu przywódcach PPR i PZPR….”(dwa wydania), „Bez świadków obrony. Historia Jerzego i Ryszarda Kowalczyków”, „Zamach na Lenina. Krótka  historia  <Ruchu>” ,  „Reporter. Wspomnienia <Figuranta>”.

Zanim zawładnęła nim choroba –  towarzyski, dowcipny, zawsze chętny by pomóc, podwieźć, porozmawiać,   zagrać w brydża, dyskutować na tematy polityczne i historyczne – sprzeciwiając się często obiegowym, sztampowym sądom.  Pozostanie taki w naszej pamięci.

Naszej drogiej  Koleżance  Annie  Malinowskiej- Wegner  (przewodniczącej Klubu ,,Akapit”)  przekazujemy wyrazy głębokiego współczucia!  

Pogrzeb odbędzie się w Katowicach, a w Warszawie pożegnamy naszego Kolegę na Mszy Św. w kościele Św. Krzyża 29.08.2022r. o godz. 18:00.

 

Jak rozliczyć rosyjskie zbrodnie wojenne w Ukrainie? Analiza WOŁODYMYRA SYDORENKY

Ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka zaangażowanych jest w inicjatywę „Trybunał Putina”, której celem jest dokumentowanie zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie.

Po bezsensownym zbombardowaniu Winnicy i zabiciu na ulicy 25 osób, w tym trojga dzieci, a także zniszczeniu centrum medycznego Neuromed, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że należy powołać specjalny trybunał do zbadania zbrodni rosyjskich na Ukrainie tak szybko, jak to możliwe. „Ten dzień po raz kolejny udowodnił, że Rosja powinna zostać oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne. Żadne państwo na świecie nie stanowi takiego zagrożenia terrorystycznego jak Rosja” – powiedział Zełenskij.

„Gdyby ktoś przeprowadził atak rakietowy na ośrodek medyczny w Dallas lub Dreźnie, jak by to nazwano? Czy to nie terroryzm? Rosja zabiła dziewczynki, gdy w Hadze w Holandii odbywała się konferencja na temat rosyjskich zbrodni wojennych. Konferencja, na której zdecydowano, co należy zrobić, aby każdy rosyjski żołnierz został ukarany. Po tym nikt nie może mieć wątpliwości, że jak najszybciej potrzebny jest specjalny trybunał w sprawie rosyjskiej agresji na Ukrainę” – dodał.

Zełenski zwrócił się także do załogi łodzi podwodnej, z której na Winnicę wystrzelono pociski; „Chcę, aby załoga tego statku, z którego pociski poleciały dzisiaj do Winnicy, wiedziała na pewno, że więzienie to najlepsza rzecz, jaka ich czeka”. Przypomnijmy, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, przemawiając na konferencji w Hadze, wezwał do utworzenia specjalnego trybunału, który zapewniłby ukaranie wszystkich odpowiedzialnych za rozpoczęcie rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku. Rząd Wielkiej Brytanii przyznał Ukrainie pakiet wsparcia w wysokości 2,5 miliona funtów, aby pomóc Prokuratorowi Generalnemu Ukrainy w zbadaniu rosyjskich zbrodni wojennych.

Jak idzie przygotowanie procesów rosyjskich faszystów?

W Hadze odbyła się Ukraina Accountability Conference, w której udział wzięli przedstawiciele 45 krajów. Konferencję zorganizował rząd Niderlandów, Prokuratura Międzynarodowego Trybunału Karnego oraz Komisja Europejska. Uzgodnili polityczną deklarację w sprawie współpracy i utworzyli grupę dialogową, aby zgromadzić krajowe, europejskie i międzynarodowe inicjatywy w zakresie dokumentacji i wymiaru sprawiedliwości dotyczących zbrodni wojennych. Pracami grupy będzie kierować Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy.

„Sprawiedliwość i odpowiedzialność mają fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia pokoju i bezpieczeństwa. Tak więc najlepszym sposobem przeciwstawienia się działaniom Rosji są dwie rzeczy. Po pierwsze, społeczność międzynarodowa musi zapewnić Ukrainie zwycięstwo. Po drugie, ci, którzy popełniają zbrodnie powinni zostać postawieni przed wymiarem sprawiedliwości – powiedziała na konferencji Iryna Venediktova, Prokurator Generalna Ukrainy. Zwróciła uwagę na fakt, że „zakończenie bezkarności za poważne zbrodnie jest naszą wspólną odpowiedzialnością”. Według niej Ukraina udowodniła, że ​​jest w stanie poradzić sobie z ciężarem śledztw. Jednak biorąc pod uwagę skalę i wagę tych zbrodni, sprawiedliwość dla ofiar można osiągnąć jedynie w symbiozie ze społecznością międzynarodową.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ONZ nie pozostaje na uboczu. Ponad 40 krajów podpisało oficjalne oświadczenie, że popierają pozew Ukrainy przeciwko Federacji Rosyjskiej przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości ONZ na podstawie Konwencji o zapobieganiu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku. „Po raz kolejny deklarujemy nasze poparcie dla skargi, którą Ukraina wniosła do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości zgodnie z Konwencją ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 r., w której Ukraina dąży do ustalenia, że ​​Rosja nie posiada prawa do prowadzenia operacji wojskowych na Ukrainie na podstawie nieuzasadnionych zarzutów o ludobójstwo” – czytamy w oświadczeniu. Państwa sygnatariusze podkreślają wagę takiego właśnie procesu i po raz kolejny wzywają Rosję do „natychmiastowego zawieszenia operacji wojskowych na Ukrainie, zgodnie z postanowieniem sądu w orzeczeniu o środkach tymczasowych z dnia 16 marca 2022 r.”.

Oczywiste jest, że sukces zarówno międzynarodowego trybunału ONZ, jak i jakiegokolwiek trybunału, który miałby osądzić rosyjskie zbrodnie, będzie zależeć od tego, jak przekonywujące będą dowody zebrane na Ukrainie. „Trybunał Putina” – inicjatywa o tej nazwie skupiła najważniejsze organizacje praw człowieka Ukrainy, które dokumentują ślady zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie i przesłuchują świadków. Robią to we współpracy z obrońcami praw człowieka, a wszystkie opracowane materiały są następnie przekazywane organom śledczym. Dokumentaliści tej inicjatywy przesłuchują świadków i zbierają dowody do dalszego wykorzystania przez śledczych. To oni już udokumentowali zeznania naocznych świadków zbrodni rosyjskich w obwodzie kijowskim – w Buczy, Hostomelu, Borodziance i Irpieniu.

Uczestniczka inicjatywy Nataliya Yashchuk mówi: „Mamy własną metodologię zbierania informacji: jest to zbiór dokumentacji wideo. Z zapisem czasu i daty, co dokładnie się wydarzyło, kto ucierpiał, jakie są konsekwencje zbrodni wojennej.” Sądy i organy ścigania akceptują takie zeznania.

Ogólnie rzecz biorąc, ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka pracuje nad inicjatywą „Trybunał Putina” we współpracy z organami ścigania. Proces zbierania dowodów rozpoczęli natychmiast, od pierwszych dni wojny. Początkowo miejsca zbrodni były po prostu rejestrowane. Po wyzwoleniu terytoriów zaczęli odwiedzać te miejsca i rozmawiać z tymi, którzy przeżyli. Autorzy filmów dokumentalnych wykorzystują w swojej pracy Rzymski Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego. Zgodnie z nim gromadzą i przetwarzają informacje, które są następnie przekazywane prawnikom w celu dalszego opracowania spraw oraz organom śledczym w celu przeprowadzenia dochodzenia. Na przykład tylko w obwodzie kijowskim istnieją dane ze 107 osiedli, czyli już ponad 1000 odcinków.

Uczestnicy inicjatywy są przekonani, że proces powinien brać pod uwagę nie tylko ludzkie ofiary, ale także ogromne szkody materialne i kulturowe wyrządzone przez Rosjan. Na przykład, do 15 lipca UNESCO udokumentowało zniszczenia 163 obiektów kultury na Ukrainie: 71 budynków sakralnych, 12 muzeów, 32 budynki historyczne, 24 budynki poświęcone działalności kulturalnej, 17 zabytków, 7 bibliotek. Tak stwierdził Lazar Assomo, dyrektor Centrum Światowego Dziedzictwa UNESCO, podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ „Zniszczenie dziedzictwa kulturowego w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę”. Przeprowadzenie spotkania na ten temat poparło 38 państw członkowskich ONZ – podała ukraiński „Głos Ameryki”.

Lazar Assomo zauważył, że ponad połowa zarejestrowanych uszkodzeń lub zniszczeń obiektów (53%) miała miejsce w obwodach charkowskim i donieckim. W Kijowie znacznie ucierpiały także obiekty kultury, w szczególności potwierdzono uszkodzenie lub zniszczenie 26 obiektów. 40% z nich to budowle sakralne.

Ukraina ma jednak pełniejsze dane dotyczące niszczenia dóbr kultury. Do tej pory zarejestrowano 423 epizody uszkadzania lub niszczenia obiektów dziedzictwa kulturowego Ukrainy. Sprawy te są weryfikowane i publikowane na specjalnej platformie internetowej. 128 z nich to obiekty nieruchomego dziedzictwa kulturowego posiadające oficjalny status zabytków. Około stu obiektów zostało całkowicie lub prawie całkowicie zniszczonych.

„Podkreślam też, że wojna dotyka nie tylko dziedzictwa materialnego, ale całego sektora kulturalnego Ukrainy. Artyści, kustosze muzeów i wielu innych pracowników kultury zostało z powodu wojny pozbawionych środków do życia. Masowe wysiedlenia ludności zagrażają ochronie dziedzictwa niematerialnego, a także ciągłości życia kulturalnego” – zauważył Lazar Assomo.

W swoim przemówieniu stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslica nakreślił paralele między Rosją a nazistowskimi Niemcami i wspomniał o procesach norymberskich. Jest przekonany, że oprócz powołania Specjalnego Trybunału do spraw zbrodni rosyjskiej agresji na Ukrainę potrzebny jest instrument kompensacji wszelkich szkód spowodowanych agresją, w tym dziedzictwa kulturowego.