O wczasach i letnim odpoczynku pisze WALTER ALTERMANN: Wakacyjny amok

 

Co roku, gdzieś tak w marcu, w tak zwanym lepszym towarzystwie zaczynają się – zrazu lekko i mimochodem, potem coraz bardziej odpowiedzialnie – poważne rozmowy o wakacjach.

Jeżeli na nasze pytanie:

– Jedziecie gdzieś?

Usłyszymy:

– Jeszcze nie wiemy, ale gdzieś trzeba będzie w końcu polecieć…

To musimy mieć się na baczności, albowiem prawdopodobnie nasi przyjaciele szykują jakąś bombę, którą chcą nas zetrzeć z powierzchni ziemi.

Operacja „wakacje”

Wakacje, czyli wybór, gdzie polecimy, gdzie pojedziemy, gdzie będziemy się męczyć i wzdychać do powrotu do domu – to wszystko jest strategiczną operacją, a właściwie wojną. Teoretycznie wakacje powinny dać nam odetchnąć od pracy, od serdecznych rozmów z koleżankami i kolegami, od widoku szefa, a nawet od widoku własnego biurka, czy też od widoku hali montażowej, na której przez osiem godzin skręcamy te same śrubki, w identycznych urządzeniach, których przeznaczenie jest nikomu nieznane.

Porzucenie bezpiecznego domu na dwa – trzy tygodnie, i udanie się na zagraniczne męczarnie jest, żeby to powiedzieć wprost – masochizmem. To co turysta musi przeżyć na lotniskach, w samolotach jest narażaniem psychiki na potworny stres. Nie wspominając, że samolot lata w powietrzu, co w świecie ożywionym praktykują jednie ptaki i nietoperze.

Na miejscu najczęściej na „wakacjuszy” czekają niespodzianki z hotelami, które bardzo często swym poziomem przypominają socjalistyczne akademiki. Jedzenie – z reguły – też jest inne i nasze żołądki doznają szoku, a szok gastryczny zawsze kończy się długim siedzeniem na ustroniu, zamiast na plaży. Jeżeli nie pobytem w szpitalu.

Ludzie narzekają teraz na fale upałów w kraju, ale jeżdżą do Turcji, Grecji czy Egiptu, gdzie 40 stopni Celsjusza to norma. Jakaś logika? Żadnej. Poza ogromnym społecznym przymusem wyjazdu.

Wakacje turystyczne

Innym rodzajem nieszczęścia są wycieczki turystyczne. Nieszczęśnicy, którzy wybierają ten wariant wczasów zagranicznych, spędzają większość czasu, słono przez nich opłacanego, w autokarach. A  pejzaże, zabytki i ruiny najczęściej widzą przez okno pojazdu. Miejscowi organizatorzy wczasów turystycznych wiedzą, że turystę trzeba „zajechać”, żeby miał poczucie wielu wrażeń, a w oczach mętne i wirujące obrazy oglądanych zabytków. Wtedy polski wczasowicz wie, że nie zmarnował pieniędzy. Najczęściej nie wie co zwiedzał, nie zapamięta z jakiego okresu historii pochodzą zabytki, nie odróżnia Minosa od Minotaura, ale że było tego dużo – jest zadowolony.

Morze, nasze morze… drogie

Spora grupa rodaków wybiera też wczasy w Polsce. W tym przypadku prym wiodą wakacje nad Bałtykiem. Dlaczego mieszczanie, którzy cierpią w tramwajach, autobusach, a warszawiacy także w metrze, na kilka tygodni wybierają również tłok, hałas i brud? Przecież normalny człowiek powinien wakacje spędzić w ciszy, w otoczeniu uspokajającej, łagodnej przyrody. Nie mówię o zupełnym odludziu, ale czym mniej nieszczęśników, również odpoczywających tym lepiej.  Ale nie, jak się okazuje tłok, widok tysięcy umęczonych na bałtyckich plażach ludzi, brud panujący w powszechnie miejscowościach nadmorskich jest tym czego rodacy pragną najbardziej. I jeszcze wieczorno-nocny hałas z knajp… Naprawdę luksus. Nie wspominam o cenach, jakie w tym roku serwują nadmorskie sklepy, budki, restauracje… Te drogocenne ceny są wynikiem założenia, że właściciel straganu z badziewiem na nadmorskim deptaku musi się wzbogacić, w ciągu trzech lat najwyżej.

A zatem powstaje naturalne pytanie. Dlaczego wczasy stały się dla Polaka przeżyciem obowiązkowym?

Popis i szpan w stadzie

U źródeł tego amoku, jaki nazywamy wczasami, leży nasza staropolska chęć popisu, bycia lepszym od sąsiada i kolegi z pracy. Chcemy, żeby uznawano nas za ludzi majętnych, potrafiących korzystać ze swego wysokiego statusu społecznego. I jeszcze myślenie stadne. Polega to na tym, że jeżeli znajomi spędzają wakacje w Egipcie – i ciągle się tym chwalą – to my nie możemy być gorsi. Nawet jeżeli – idąc w stadzie – doświadczymy na własnym grzbiecie i organizmie, egipskich męczarni.

Pewien mój znajomy, człowiek dość zamożny, który mógł polecieć w najodleglejszy zakątek świata, spędził poprzednie wakacje w Norwegii. Twierdził potem, że krajobrazy i przyroda były wspaniałe, temperatury przyjemne, hotel i jedzenie na najwyższym poziomie. No i nie było tam żadnego rodaka. Ja mu zazdrościłem, ale byłem wyjątkiem, reszta znajomych uznała go za pomyleńca.

Krótka historia wakacji

Historia wakacji nie jest długa. Zaczęła się w połowie XIX wieku. Najpierw na czas kanikuły wyjeżdżali z miast bogaci przemysłowcy, bankierzy i handlowcy. Ściślej biorąc wysyłali na wczasy do swych podmiejskich rezydencji żony i dzieci, ze służbą. Potem zaczęło być modne bywanie „u wód” dla ratowania zdrowia. Zaczęły się też masowe – wśród elit – wakacyjne podróże do Włoch i Grecji. Powstał nawet wielki włoski przemysł pamiątkarski dla turystów.

Krzysztof Teodor Toeplitz wspomina, że jego dziadkowie polubili, pod koniec XIX wieku bywanie u wód w czeskich Toeplitzach, dzisiejszych polskich Cieplicach. I kiedy przyszło do wybierania nazwiska, dziadek dziennikarza zdecydował, że Toeplitz będzie akurat.

Chłopi latem, czyli w wakacje, pracowali. I jak twierdziła złośliwie szlachta – cały czas mają wczasy. Robotnicy i proletariat inteligencki byli tak biedni, że nawet nie myśleli o wakacjach.

Dopiero po I wojnie światowej w wielu państwach europejskich zaczęto organizować wakacje, głównie dla dzieci i młodzieży. Tu największe zasługi miały organizacje skautowskie, które organizowały latem obozy. W wielu państwach Europy również instytucje państwowe zaczęły wspierać finansowo letni wypoczynek dla młodzieży, zagrożonej licznymi chorobami nędzy, przede wszystkim gruźlicą. Ale była to pomoc znikoma.

Jako pierwsi temat wakacji dla wszystkich podnieśli do rangi narodowego problemu hitlerowcy. To oni, chcąc „kupić sobie” robotników i postawić tamę komunizmowi, zaczęli budować domy wczasowe dla robotników. Zwodowano też kilka ogromnych statków wycieczkowych „dla ludu”. Po hitlerowcach temat podjęli sowieci, naśladując rozwiązania niemieckie.

Jak było w Polsce Ludowej nie będę pisał, bo zakładowe wczasy bardzo wielu z nas jeszcze pamięta. Młodzi niech dowiedzą się z innych źródeł.

Dodam tylko, że przebywanie w jednym ośrodku wczasowych z kolegami z pracy było katorgą i powinno być zaliczone do komunistycznych prześladowań. Niemniej, bardzo wielu ludzi po raz pierwszy – dopiero po wojnie – zaznało bycia wczasowiczem.

Lista polskich uzdrowisk, uznanych przez państwo za miejscowości uzdrowiskowe

Poniżej zamieszczam alfabetyczną listę miejscowości, mających w Polsce status uzdrowisk. Gdyby ktoś z Państwa chciał spędzić wakacje w spokoju, no i z nadzieją na polepszeniu stanu swego zdrowia.

Busko Zdrój – upaństwowione w 1922 roku, Ciechocinek upaństwowione w 1922 roku, Cieplice Ślaskie -Zdrój, Duszniki, Horyniec-Zdrój od 1938 roku uznane przez państwo za uzdrowisko, Iwonicz-Zdrój – od 1928, Konstancin-Jeziorna, Krynica-Zdrój, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Muszyna, Nałęczów – od 1928 roku, Piwniczna-Zdrój, Polanica-Zdrój, Polańczyk, Połczyn-Zdrój, Przerzeczyn-Zdrój, Rabka-Zdrój – od 1924 roku, Rymanów-Zdrój – od 1928 roku, Solec-Zdrój – od 1928 roku, Szczawnica – od  1924 roku, Szczawno-Zdrój, Świeradów-Zdrój, Świnoujście, Uniejów – od 2012 roku –  granice „Uzdrowiska Uniejów” obejmują miasto Uniejów i sołectwa: (Człopy, Spycimierz, Spycimierz-Kolonia, Zieleń), Ustka, Ustroń, Wapienne, Wieniec-Zdrój, Żegiestów-Zdrój.

 

O idealnych niewolnikach pisze WALTER ALTERMANN: Ważne drobiazgi mózgowe i polityczne

Powiadają, że życie składa się z drobiazgów. Ale większość z nas na drobiazgi uwagi nie zwraca, czekając na Wielkie Sprawy, jak na główną wygraną w Eurojackpocie. Może dlatego większości z nas czas ucieka, jak piasek między palcami na plaży.

Nie widzimy ważnych drobiazgów, na których trzeba się skupić, a wielkie wygrane padają najczęściej w Danii, Finlandii i Niemczech.

Znerwicowana nerwica

Doszedłem do wniosku, że we współczesnym świecie wszyscy są znerwicowani, na nic nie mają czasu i na niczym nie potrafią się skupić. Weźmy politykę.

Publiczność polityczna, którą obsługują nasi wybrańcy do Sejmu i Senatu, ma cechy, pozwalające na gigantyczne manipulacje. Przede wszystkim elektorat jest niecierpliwy, łatwo się nudzi i codziennie żąda nowych sensacji.

Politycy doskonale wiedzą, że elektorat ma mentalność 5-letniego dziecka, którego nowa zabawka zajmuje co najwyżej trzy dni. Dlatego tzw. sensacje mają być „sprzedawane” w atmosferze „tylko u nas, z ostatniej chwili, to niemożliwe, skandal, afera”. Dodatkowo wszystkie portale wprowadziły informacje, że dany artykuł zajmie nam w czytaniu 2, 5 lub 7 minut. Informacji o materiałach na 10 minutowe czytanie nie zauważyłem, czyli wydawca zakłada, że nikt nie jest w stanie skupić się dłużej niż 9 minut.

Gdzie te czasy, kiedy przeciętny polski inteligent czytał sążniste artykuły albo kilkusetstronicowe powieści bez obrazków? Co się z nami stało? Co stało się z naszymi dziennikarzami, że materiał powyżej 10.000 znaków uważają za cegłę jak „Sagę rodu Forsyte’ów”? Dla spokoju sumienia wyjaśniam, że powieść Johna Galsworthy’ego nie jest najdłuższą ze znanych mi powieści. Bo są jeszcze „Buddenbrokowie” Tomasza Manna, czy nasze „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej.

Ludzie uparli się i mówią, że w dzisiejszych czasach nie mają czasu na czytanie. Można by przyjąć takie wytłumaczenie, gdyby nie oczywiste pytanie: a co Państwo robią w wolnym czasie, bo jakiś wolny czas jednak Państwo mają?

Czas wolny

Otóż większość z nas, po powrocie do domu, siada przed telewizorem w fotelu. Z którego wstajemy z powodów jedynie fizjologicznych. I żeby jeszcze był to fotel pilota F 35… To jest tylko fotel lenia, który całe życie oszukuje się, że to co właśnie puszczają mu w okienku jest szalenie ważne, że gdyby tego nie zobaczył, umarłby… Albo cały świat zginąłby.

Czy ludzie pracują nad sobą? Nad swoją wiedzą, swymi relacjami z innymi nieczytającymi, z dziećmi, z żoną, teściami, braćmi i siostrami? Nie pracują, bo muszą oglądać seriale, przeglądać Facebooka czy innego Twittera.

Przerażeniem przejmuje mnie widok maleństwa w wózku, któremu matka daje do rąk komórkę. A sama w tym czasie rozmawia o monstrualnych głupotach z jakąś podobną jej matką. W tramwajach i autobusach taki widok to dzisiaj norma obyczajowa. Matka, która unika kontaktu, nie ma czasu, nie potrafi zająć się własnym dzieckiem nadaje się właściwie do pozbawienia praw rodzicielskich.

A te tłumy młodych ludzi ze słuchawkami w uszach? Idą przez miasto i rozmawiają, nie zwracając na nic uwagi, nie widząc innych ludzi, nie postrzegając nieba, drzew, krzewów i budynków. Czasem nawet nie zauważają samochodów, z czego są zabici i ranni. A o czym ci idący słuchawkowicze tak gadają? O niczym. Tak sobie paplą dla zabicia czasu. Gadają bez przerwy, bo boją się chwili, w której mogliby o czymś pomyśleć, w której coś mogłoby im przyjść do głowy… Może i mają rację, bo każda myśl jest niebezpieczna, może wywrócić indywidualne ludzkie życie a nawet mapę świata. Były już takie przypadki.

To ustawiczne gadanie, przeglądanie Internetu i gapienie się w telewizor są właściwie wyrazem panicznego lęku przed niezależnym myśleniem. Bo myślenie może też przynieść życiowe klęski. Więc lepiej nie zastanawiać się nad niczym. I tylko tak sobie, luźno żyć.

Teoretyczna równość

Demokracja spowodowała, że teoretycznie ludzie są równi. To piękna, wielce humanistyczna idea, którą poparłbym całym sercem, gdyby nie fakt, że ludzi jednak równi nie są. Widzę przecież, rudych, łysych, blondynki, farbowane i naturalne. Widzę też grubych i chudych, ładnych i takich sobie, sprawnych i fajtłapy. Ale wygląd nie jest najważniejszy.

Ludzie nie są równi również pod względem charakterów, wykształcenia i inteligencji. I nie mówmy tylko, że o wszystkim decydują geny, środowisko rodzinne, wzorce środowiskowe. Świat zna ludzi z nizin, wręcz z rynsztoka, którzy wydźwignęli się na wyżyny intelektu, artyzmu, nauki i techniki. Jedno łączyło tych wszystkich wielkich, z pozoru skazanych na klęskę – oni bardzo chcieli wybić się, mieli ambicję i byli pracowici.

A jak jest dzisiaj? Marnie jest. Ludność planety Ziemia, w tym i my, zrobiliśmy się okropnie leniwi. I większość z nas uważa, że wszystkiemu winni są politycy, sitwy i znajomości. Jeżeli sami się nie kształcimy, to uważamy, że wykształceni są kanaliami. Jeżeli jesteśmy już budowlańcami, to nie staramy się lepiej montować instalacje elektryczne, wodociągowe, klimatyzację. A nauczyciele? Przejmują się swoimi uczniami tak na 100 procent? A dziennikarze? Rzeczywiście dążą do oddania prawdy o świecie? Większość z nich chciałaby pisać komentarze. O czym? A to nieważne. Brakuje w Polsce nie tylko lekarzy. Nie mamy już właściwie rzemieślników, którzy naprawiliby dobrze buty, uszyliby dobry garnitur, czy naprawili dobrze samochód.

Dzisiejszemu światu na imię obojętność. Obojętność wobec samego siebie i innych. Zanurzyliśmy się w nieprawdziwym świecie mediów. I tak, dla świętego spokoju, z lenistwa taplamy się w tym bajorku.

Anarchia matką porządku

Świat zrobił się mały, skurczył się, bo w ciągu kilkunastu godzin można przemieścić się do Australii, a jeszcze 80 lat temu taka podróż trwałaby tygodnie. Telewizja i Internet dają nam pozory, że aktywnie uczestniczymy wżyciu tej „globalnej wioski”. Ale „telewizja kłamie”, bo jesteśmy jedynie biernymi obserwatorami, tego co dzieje się naprawdę. Nadto, media nie pokazują nam prawdy o świecie, żeby nas nie denerwować i nie wpędzać w depresję. Jeżeli głód jest jednym z trzech najważniejszych problemów planety, to w mediach gości na miejscu pomiędzy 70. a 80.

Wiem, że moje widzenie świata jest trochę anarchistyczne. Ale bez odrobiny anarchii byłoby jeszcze gorzej.

My, idealni niewolnicy

Przeczytałem, to co opisałem i doszedłem do wniosku, że to świat idealnych niewolników. Takich jak my dzisiaj, takich, co chcą być niewolnikami. Z jednym zastrzeżeniem, żeby trochę więcej nam płacili a rachunki nad morzem nie były tak wysokie. I żeby nie było wojny, bo trudno o cukier.

Trochę mnie już znudziło pisanie o wielkich tego świata, tym bardziej, że ich jest jakieś 3 procent na planecie, a nas idealnych niewolników jest znacznie więcej, bo 97 procent. I w dużej mierze sami sobie zgotowaliśmy nasz los.

O tym, co dręczy dziennikarza na wakacjach pisze HUBERT BEKRYCHT: Demokracja szkodzi mediom

Najpopularniejszy, najlepszy, ale też i najbardziej zdegenerowany system rządzenia światem, czyli demokracja ma najgorszy wpływ na media. Wszędzie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii jak w i Japonii, Australii i w Mongolii. Z tym, że z tą mongolską demokracją to jest problem. No, ale w końcu z każdą demokracją bywają problemy. Z mediami w demokracji, niestety, stało się to, co musiało się stać – zanikają tradycyjne a pojawiają się media, które społeczne są tylko z nazwy.

Demokracja daje, teoretycznie, ogromne prawa mediom. Dziennikarz jest osobą uprzywilejowaną, niemal na granicy władzy. Reporterzy, bywa, obalają rządy, prezydentów, ale najczęściej zmieniają swoich szefów. Bo kto będzie lubił prezesa gazety, która podała, że jakiś minister ma kochankę albo wydał kilka tysięcy w miejscowej walucie na odzież damską płacąc służbową kartą?

W związku z tym prasa, radio, telewizja, a nade wszystko internetowe potwory nazywające siebie portalami, zaczynają przekraczać granice demokracji zadeptując jej ślady prawne. Na całym świecie znane jest zjawisko tzw. dziennikarskiego przesunięcia, które polega na stawianiu się pracownika redakcji ponad obowiązującymi przepisami wszystkich kodeksów. Władze, nie chcąc mieć kłopotów, początkowo to ignorują a potem… A potem jest już za późno. Kolejne szczeble administracji są pożerane przez żarłoczne media.

Teraz naprawdę gra się „dziennikarskimi śledztwami”. Choć bardzo podziwiam Koleżanki i Kolegów zajmujących się tzw. dziennikarstwem śledczym i doceniam, że często ich praca przynosi efekty, to zawsze będę powtarzał: nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty!

Czy nie możemy powrócić do zwykłego dziennikarstwa, tak aby żaden polityk nie podrzucał redakcjom kompromitujących materiałów na innych polityków? A może sama demokracja musi się zreformować, bo za kilka lat nie będzie istniała? Będą tylko redakcje i ich wojny. Politycy będą pisali artykuły a dziennikarze staną się politykami. Zresztą takie przykłady już obserwujemy. I to nie tylko w Mongolii.

Żegnamy JACKA WEGNERA (1940-2022)

18 lipca zmarł po ciężkiej chorobie jeden z naszych Seniorów, członek SDP od 1969 roku, aktywny uczestnik wielu Zjazdów, wybierany do różnych gremiów,   w latach 2008 – 2014 Rzecznik Dyscyplinarny ZG SDP. W ostatnich latach czytaliśmy jego artykuły w „Forum dziennikarzy”.   

Był absolwentem dziennikarstwa i polonistyki na UW. Wszechstronny  w pracy dziennikarskiej (od ,,reporterki miejskiej” po publicystykę  kulturalną i społeczno-polityczną). Współpracował przed 1980 m.in. z ,,Kurierem Polskim” , ,,Głosem Pracy”,,, Expresem Wieczornym”  ,,Współczesnością” , ,,Kulturą”, ,,Więzią”, ,,Kameną”  i in. , publikował też w czasopismach bezdebitowych i ,,drugiego obiegu”  (m.in. w ,,Kulturze” paryskiej, ,,Opinii” i innych). Aktywny  w opozycji antykomunistycznej, związany z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROBCiO),  współtworzył redakcję ,,U progu”.

Od stanu wojennego przez cztery lata  – taksówkarz warszawski (refleksje w jego  książce „Taksówkarskie epitafium” ).

W latach 1990-2007 (do emerytury) w Instytucie Dziennikarstwa UW,  prowadził m.in. zajęcia z podstaw warsztatu dziennikarskiego i public relations (PR);  2001-2007   prezes Fundacji na Rzecz Rozwoju Szkolnictwa Dziennikarskiego przy Instytucie Dziennikarstwa UW. Publikował w ,,Rzeczpospolitej”, ,,Tygodniku Solidarność”, ,,Kurierze Polskim” i innych.

Był autorem eseistycznych książek –  historyczno-literackich i historyczno-politycznych  m.in.: „Konwicki czarodziej polskiego losu”,  „Rzeczpospolita. Duma i wstyd”, „Biesy sarmackie, Sternicy. Opowieść o dziesięciu przywódcach PPR i PZPR….”(dwa wydania), „Bez świadków obrony. Historia Jerzego i Ryszarda Kowalczyków”, „Zamach na Lenina. Krótka  historia  <Ruchu>” ,  „Reporter. Wspomnienia <Figuranta>”.

Zanim zawładnęła nim choroba –  towarzyski, dowcipny, zawsze chętny by pomóc, podwieźć, porozmawiać,   zagrać w brydża, dyskutować na tematy polityczne i historyczne – sprzeciwiając się często obiegowym, sztampowym sądom.  Pozostanie taki w naszej pamięci.

Naszej drogiej  Koleżance  Annie  Malinowskiej- Wegner  (przewodniczącej Klubu ,,Akapit”)  przekazujemy wyrazy głębokiego współczucia!  

Pogrzeb odbędzie się w Katowicach, a w Warszawie pożegnamy naszego Kolegę na Mszy Św. w kościele Św. Krzyża 29.08.2022r. o godz. 18:00.

 

Jak rozliczyć rosyjskie zbrodnie wojenne w Ukrainie? Analiza WOŁODYMYRA SYDORENKY

Ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka zaangażowanych jest w inicjatywę „Trybunał Putina”, której celem jest dokumentowanie zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie.

Po bezsensownym zbombardowaniu Winnicy i zabiciu na ulicy 25 osób, w tym trojga dzieci, a także zniszczeniu centrum medycznego Neuromed, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że należy powołać specjalny trybunał do zbadania zbrodni rosyjskich na Ukrainie tak szybko, jak to możliwe. „Ten dzień po raz kolejny udowodnił, że Rosja powinna zostać oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne. Żadne państwo na świecie nie stanowi takiego zagrożenia terrorystycznego jak Rosja” – powiedział Zełenskij.

„Gdyby ktoś przeprowadził atak rakietowy na ośrodek medyczny w Dallas lub Dreźnie, jak by to nazwano? Czy to nie terroryzm? Rosja zabiła dziewczynki, gdy w Hadze w Holandii odbywała się konferencja na temat rosyjskich zbrodni wojennych. Konferencja, na której zdecydowano, co należy zrobić, aby każdy rosyjski żołnierz został ukarany. Po tym nikt nie może mieć wątpliwości, że jak najszybciej potrzebny jest specjalny trybunał w sprawie rosyjskiej agresji na Ukrainę” – dodał.

Zełenski zwrócił się także do załogi łodzi podwodnej, z której na Winnicę wystrzelono pociski; „Chcę, aby załoga tego statku, z którego pociski poleciały dzisiaj do Winnicy, wiedziała na pewno, że więzienie to najlepsza rzecz, jaka ich czeka”. Przypomnijmy, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, przemawiając na konferencji w Hadze, wezwał do utworzenia specjalnego trybunału, który zapewniłby ukaranie wszystkich odpowiedzialnych za rozpoczęcie rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku. Rząd Wielkiej Brytanii przyznał Ukrainie pakiet wsparcia w wysokości 2,5 miliona funtów, aby pomóc Prokuratorowi Generalnemu Ukrainy w zbadaniu rosyjskich zbrodni wojennych.

Jak idzie przygotowanie procesów rosyjskich faszystów?

W Hadze odbyła się Ukraina Accountability Conference, w której udział wzięli przedstawiciele 45 krajów. Konferencję zorganizował rząd Niderlandów, Prokuratura Międzynarodowego Trybunału Karnego oraz Komisja Europejska. Uzgodnili polityczną deklarację w sprawie współpracy i utworzyli grupę dialogową, aby zgromadzić krajowe, europejskie i międzynarodowe inicjatywy w zakresie dokumentacji i wymiaru sprawiedliwości dotyczących zbrodni wojennych. Pracami grupy będzie kierować Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy.

„Sprawiedliwość i odpowiedzialność mają fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia pokoju i bezpieczeństwa. Tak więc najlepszym sposobem przeciwstawienia się działaniom Rosji są dwie rzeczy. Po pierwsze, społeczność międzynarodowa musi zapewnić Ukrainie zwycięstwo. Po drugie, ci, którzy popełniają zbrodnie powinni zostać postawieni przed wymiarem sprawiedliwości – powiedziała na konferencji Iryna Venediktova, Prokurator Generalna Ukrainy. Zwróciła uwagę na fakt, że „zakończenie bezkarności za poważne zbrodnie jest naszą wspólną odpowiedzialnością”. Według niej Ukraina udowodniła, że ​​jest w stanie poradzić sobie z ciężarem śledztw. Jednak biorąc pod uwagę skalę i wagę tych zbrodni, sprawiedliwość dla ofiar można osiągnąć jedynie w symbiozie ze społecznością międzynarodową.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ONZ nie pozostaje na uboczu. Ponad 40 krajów podpisało oficjalne oświadczenie, że popierają pozew Ukrainy przeciwko Federacji Rosyjskiej przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości ONZ na podstawie Konwencji o zapobieganiu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku. „Po raz kolejny deklarujemy nasze poparcie dla skargi, którą Ukraina wniosła do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości zgodnie z Konwencją ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 r., w której Ukraina dąży do ustalenia, że ​​Rosja nie posiada prawa do prowadzenia operacji wojskowych na Ukrainie na podstawie nieuzasadnionych zarzutów o ludobójstwo” – czytamy w oświadczeniu. Państwa sygnatariusze podkreślają wagę takiego właśnie procesu i po raz kolejny wzywają Rosję do „natychmiastowego zawieszenia operacji wojskowych na Ukrainie, zgodnie z postanowieniem sądu w orzeczeniu o środkach tymczasowych z dnia 16 marca 2022 r.”.

Oczywiste jest, że sukces zarówno międzynarodowego trybunału ONZ, jak i jakiegokolwiek trybunału, który miałby osądzić rosyjskie zbrodnie, będzie zależeć od tego, jak przekonywujące będą dowody zebrane na Ukrainie. „Trybunał Putina” – inicjatywa o tej nazwie skupiła najważniejsze organizacje praw człowieka Ukrainy, które dokumentują ślady zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie i przesłuchują świadków. Robią to we współpracy z obrońcami praw człowieka, a wszystkie opracowane materiały są następnie przekazywane organom śledczym. Dokumentaliści tej inicjatywy przesłuchują świadków i zbierają dowody do dalszego wykorzystania przez śledczych. To oni już udokumentowali zeznania naocznych świadków zbrodni rosyjskich w obwodzie kijowskim – w Buczy, Hostomelu, Borodziance i Irpieniu.

Uczestniczka inicjatywy Nataliya Yashchuk mówi: „Mamy własną metodologię zbierania informacji: jest to zbiór dokumentacji wideo. Z zapisem czasu i daty, co dokładnie się wydarzyło, kto ucierpiał, jakie są konsekwencje zbrodni wojennej.” Sądy i organy ścigania akceptują takie zeznania.

Ogólnie rzecz biorąc, ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka pracuje nad inicjatywą „Trybunał Putina” we współpracy z organami ścigania. Proces zbierania dowodów rozpoczęli natychmiast, od pierwszych dni wojny. Początkowo miejsca zbrodni były po prostu rejestrowane. Po wyzwoleniu terytoriów zaczęli odwiedzać te miejsca i rozmawiać z tymi, którzy przeżyli. Autorzy filmów dokumentalnych wykorzystują w swojej pracy Rzymski Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego. Zgodnie z nim gromadzą i przetwarzają informacje, które są następnie przekazywane prawnikom w celu dalszego opracowania spraw oraz organom śledczym w celu przeprowadzenia dochodzenia. Na przykład tylko w obwodzie kijowskim istnieją dane ze 107 osiedli, czyli już ponad 1000 odcinków.

Uczestnicy inicjatywy są przekonani, że proces powinien brać pod uwagę nie tylko ludzkie ofiary, ale także ogromne szkody materialne i kulturowe wyrządzone przez Rosjan. Na przykład, do 15 lipca UNESCO udokumentowało zniszczenia 163 obiektów kultury na Ukrainie: 71 budynków sakralnych, 12 muzeów, 32 budynki historyczne, 24 budynki poświęcone działalności kulturalnej, 17 zabytków, 7 bibliotek. Tak stwierdził Lazar Assomo, dyrektor Centrum Światowego Dziedzictwa UNESCO, podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ „Zniszczenie dziedzictwa kulturowego w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę”. Przeprowadzenie spotkania na ten temat poparło 38 państw członkowskich ONZ – podała ukraiński „Głos Ameryki”.

Lazar Assomo zauważył, że ponad połowa zarejestrowanych uszkodzeń lub zniszczeń obiektów (53%) miała miejsce w obwodach charkowskim i donieckim. W Kijowie znacznie ucierpiały także obiekty kultury, w szczególności potwierdzono uszkodzenie lub zniszczenie 26 obiektów. 40% z nich to budowle sakralne.

Ukraina ma jednak pełniejsze dane dotyczące niszczenia dóbr kultury. Do tej pory zarejestrowano 423 epizody uszkadzania lub niszczenia obiektów dziedzictwa kulturowego Ukrainy. Sprawy te są weryfikowane i publikowane na specjalnej platformie internetowej. 128 z nich to obiekty nieruchomego dziedzictwa kulturowego posiadające oficjalny status zabytków. Około stu obiektów zostało całkowicie lub prawie całkowicie zniszczonych.

„Podkreślam też, że wojna dotyka nie tylko dziedzictwa materialnego, ale całego sektora kulturalnego Ukrainy. Artyści, kustosze muzeów i wielu innych pracowników kultury zostało z powodu wojny pozbawionych środków do życia. Masowe wysiedlenia ludności zagrażają ochronie dziedzictwa niematerialnego, a także ciągłości życia kulturalnego” – zauważył Lazar Assomo.

W swoim przemówieniu stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslica nakreślił paralele między Rosją a nazistowskimi Niemcami i wspomniał o procesach norymberskich. Jest przekonany, że oprócz powołania Specjalnego Trybunału do spraw zbrodni rosyjskiej agresji na Ukrainę potrzebny jest instrument kompensacji wszelkich szkód spowodowanych agresją, w tym dziedzictwa kulturowego. 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemiecka zbrodnia w Jedwabnem

29 czerwca 1941 roku szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej.

 

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 roku wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner  –  dowódca Einsatzkommando Białystok (J.T. Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.
W tle dyskusji pozostaje również stosunek części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno.

Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale dywersja trwała przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939, w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach.
Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom.

CMWP SDP w „Salonie Dziennikarskim” w TVP INFO

Kulisy zwolnienia Tomasza Lisa z funkcji redaktora naczelnego „Newsweeka” i konsekwencje tego faktu oraz  komentarze do gróźb Donalda Tuska w odniesieniu do prezesa NBP i  bieżących wydarzeń politycznych to tematy najnowszej audycji „Salon dziennikarski”  emitowanej na żywo w TVP INFO 9 lipca 2022. Tym razem gośćmi red. Michała Karnowskiego byli red. Stanisław Janecki z tygodnika Sieci, red. Jacek Łęski z TVP i mec. Marek Markiewicz oraz Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP. 

Wirtualna Polska najczęściej cytowanym medium w czerwcu. Na podium też „Rzeczpospolita” i RMF FM

Na informacje portalu Wirtualna Polska najczęściej powoływali się w czerwcu dziennikarze innych mediów – wynika z cyklicznego rankingu „Najbardziej opiniotwórcze media” przygotowywanego przez Instytut Monitorowanie Mediów (IMM).

Wirtualna Polska w czerwcu cytowana była 1987 razy. Tak dobry wynik portal tez uzyskał m.in. dzięki publikacji reportażu na temat nadużyć, do których miało dochodzić w Domu Pomocy Społecznej dla dzieci w Jordanowie oraz materiałom o sprawie mobbingu w redakcji „Newsweeka”. Na drugim miejscu znalazła się „Rzeczpospolita”, na informacje z tego dziennika powoływano się 1701 razy. Trzecia pozycja przypadła radiu RMF FM, które w czerwcu cytowano 1538 razy.

Wśród tytułów prasowych za „Rzeczpospolitą” znalazły się „Super Express” (1281 cytowań) i „Gazeta Wyborcza” (1250 wzmianek).

W kategorii stacji telewizyjnych najbardziej opiniotwórczy okazał się TVN24 (1173 odniesienia), który wyprzedził Polsat News (822 cytowania) i TVP Info (700 wzmianek).

Najczęściej cytowanymi rozgłośniami radiowymi poza RMF FM były jeszcze Radio ZET (1323 cytowań) oraz Program I Polskiego Radia (469 wzmianek).

Wśród portali internetowych do pierwszej trójki, za Wirtualną Polską, weszły Onet.pl (1378 odniesień) i Interia.pl (849 cytowań).

„Gazeta Polska”, z wynikiem 521 odniesień, zajęła pierwsze miejsce w kategorii tygodników i dwutygodników, wyprzedziła „Do Rzeczy” (338 wzmianek) oraz „Vivę” (231 cytowań).

opr. jka, źródło: Instytut Monitorowania Mediów (IMM)

JAN TESPISKI: Jak to dawniej z teatrem bywało, czyli anegdoty teatralne i ludzkie (1)

Lubię anegdoty. Uważam je za skondensowaną literaturę, w której zawarte są ludzkie doświadczenia. Anegdota rodzi się z ludzkich słabości i potknięć. Zupełnie jak u Chaplina, kiedy biedak poślizgnie się na skórce od banana nie jest śmiesznie, ale kiedy to samo spotyka bogatego burżuja – jest dowcip. W teatrze też nikt nie śmieje się z wpadek ostatniego na liście płac, jeżeli jednak wpadkę zaliczy „mistrz”, jest wesoło.

Starałem się moje anegdoty teatralne tak opowiedzieć, żeby nikomu z ludzi teatru nie stała się krzywda. Pracują przecież w ogromnym napięciu i „na sobie”, bo sami są materią i twórcami zarazem. Dlatego, gdyby któraś z anegdot – mimo mych starań – mogła kogoś urazić, nie podaję nazwisk, a niekiedy nazw teatrów. Wydaje mi się bowiem, że anegdota ma uczyć i bawić. Nigdy obrażać.

Nie obędzie się też bez kilku słów wprowadzeń. Anegdota często rodzi się w swoich czasach, choć bywa ponadczasowa.

Socrealizm w teatrze

Od roku 1946 roku delikatnie, po trochu, a ostro i w całości po Zjeździe Literatów w Szczecinie, który odbył się w styczniu 1949 roku, socrealizm zapanował w teatrach naszych. Była to doktryna zakładająca skrajną indoktrynację komunistyczną. Sztuka – w tym teatr – miała ukazywać słuszne kierunki, potępiać wrogów i gloryfikować „postępowców”. Żadnych wahań, żadnych odcieni szarości. Miała panować jedynie czerń i biel – to w dramacie. Natomiast na scenie królował realizm, zwany realizmem socjalistycznym. Wszystko miało być jak w życiu: buty, meble i rekwizyty. Zjawiały się na scenie nawet prawdziwe tokarki, brony, siewniki… Kłopot był z aktorami, bo ci mieli swoje twarze, nie zawsze pasujące do sztuk rozgrywających się w środowiskach wiejskich i robotniczych. Amantów obsadzano więc w roli „klasowych wrogów”. Ale iluż może być wrogów naraz na scenie, gdy sztuka jest robotniczo-chłopska, a zdrowa część społeczeństwa stanowi przemożną siłę?

Komisje społeczne

Nad prawomyślnością sztuk czuwała oczywiście partia i jej zbrojne ramię w walce z reliktami przeszłości, czyli cenzura. To stwarzało jednak wrażenie niecałkowitej wolności sztuki teatralne. Władze wymyśliły zatem, że formalnie każdą sztukę i cały repertuar będzie oceniał tzw. czynnik społeczny. Powołano komisje teatralne, przy każdym teatrze, z dużą przewagą robotników – i to koniecznie prostych. Byli jeszcze przedstawiciele administracji, ale niższego szczebla. Oczywiście komisjami kierowała partia, wcale nie z ukrycia i nie po cichu.

Te komisje oceniały – przed przystąpieniem do prób – czy tekst jest słuszny. Jeżeli nie, to autor musiał poprawiać. Po premierze komisje zbierały się raz jeszcze i w ogniu dyskusji decydował, czy efekt jest zadowalający. Jeżeli uznano, że sztuka jest słuszna, to komisje wyznaczały minimalny limit dla danej pozycji, czyli decydowały, ile razy dany spektakl ma być zagrany. Żeby jak najwięcej ludzi mogło przekonać się do drogich nam treści.

Dyrekcje teatrów jak ognie bały się „sukcesu” w oczach komisji. Sztuki były, jak jedna, nudne i trudno było zorganizować widownię. Widzowie „z kasy” pojawiali się na sztukach słusznych rzadko. Posiłkowano się więc wojskiem, zorganizowanymi grupami ZMP i aktywem partyjnym. Jeżeli jednak sztuka miała być grana, powiedzmy 70 razy, a w okolicy wojska było mało? Ktoś z aparatu partyjnego wpadł na straszny pomysł, wymyślił, że na sztuki będą obowiązkowo chodzili pracownicy administracyjni teatru i obsługa techniczna. Na tę okoliczność zmieniono godziny pracy administracji teatralnej – która miała pracować od 8.00 do 12.00 i od 18.00 do 22.00. Teraz wyobraźmy sobie księgową, która dzień w dzień musi odsiedzieć na widowni całą sztukę, która zna prawie całą na pamięć… A do tego sztuka może uśpić już w pierwszym akcie.

Widz z kasy

Zdarzało się jednak, rzadko bo rzadko, że ktoś nieświadom sprawy szedł do teatru dobrowolnie i kupował bilet. Tak zdarzyło się kiedyś w warszawskim Ateneum. Na widowni siedzieli sami pracownicy teatru, nie liczą pary, która kupiła bilety. Po pierwszym akcie do dyrektora Janusza Warmińskiego podszedł nieśmiało jego zastępca, bardzo smutny.

– No i co tam? – zapytał Warmiński.

– Tych dwoje, co kupiło bilety już sobie poszło. To nie wiem, czy mamy dalej grać dla samych swoich?

– Gramy, ale powiem aktorom, żeby grali szybciej – podjął decyzję dyrektor Warmiński.

Ożywienie

Kiedyś, także w Ateneum, na widowni byli sami żołnierze. Komedia socrealistyczna jakoś ich nie rozweselała. Siedzieli, jak martwi. Być może dlatego, że byli po raz pierwszy w życiu w teatrze. Nagle, w połowie drugiego aktu, żołnierze wybuchnęli gromkim śmiechem, odezwały się nawet rzęsiste oklaski. Stojący, jak zawsze, w kulisach dyrektor Warmiński ożywił się.

– Chwyciło, nareszcie chwyciło – dyrektor wbił się palcami w ramię inspicjenta. – Pan pójdzie i sprawdzi co się stało…

Inspicjent wrócił po chwili, siadł przy pulpicie, milcząc.

– No i co, i co? – dyrektor był bardzo poruszony i szczęśliwy.

– E, nic… Jeden żołnierz z balkonu zwymiotował na parter.

Akademia bez pamięci

Socrealizm zapanował również w szkołach teatralnych. W 1952 roku przyjęto do jednej z nich młodego człowieka, który dobrze rozumiał, że talent talentem, ale poglądy też trzeba mieć słuszne. Zaraz po rozpoczęciu studiów, będąc dopiero miesiąc w szkole, dowiedział się, że studenci III-go roku przygotowują akademię ku czci rewolucji 1917 roku. I nasz bohater zgłosił się. Wyraził chęć wystąpienia na uroczystości. Starsi koledzy zdziwili się, ale nie odmówili.

Kiedy nadszedł ów dzień, adept aktorstwa wyszedł na scenę i dziarsko zaczął mówić wiersz Majakowskiego. Niestety utknął pod koniec pierwszej zwrotki. Zaczął jeszcze raz, i jeszcze… W końcu zszedł ze sceny a akademia potoczyła się dalej.

Nieszczęśnik zaś siedział na schodach, za sceną i bił głową w balustradę. Przy czym bez przerwy powtarzał:

– Boże, Boże, po co ja się urodziłem?…

Później pedagodzy nie mieli do niego pretensji o słabą pamięć, ale o Boga, to i owszem.

Socjalistyczna piękność

W szkoła aktorskich była też moda, wynikająca z czujności klasowej, żeby na studia aktorskie przyjmować „ludzi prostych z urody”. Tak też przyjęto K., który był, biorąc pod uwagę urodę, idealnym przedstawicielem ciemiężonego przez wieki polskiego chłopstwa. Studiował dobrze, miał talent, przykładał się do pracy. Jednakże na jednym z posiedzeń Rady Pedagogicznej, któryś z aktorów – przedwojennego oczywiście chowu – wyraził pewną wątpliwość co do wspomnianego studenta K.

– Ja wiem – powiedział pedagog aktorstwa – że chłopak ma talent, że chce. Ale ta twarz…

– O, przepraszam – zerwał się z krzesła pierwszy sekretarz POP szkoły aktorskiej – ten K. to jest nasza socjalistyczna piękność.

Białoruska dziennikarka ponownie przed sądem. Oskarżono ją o „zdradę stanu”

Za zamkniętymi drzwiami sądu obwodowego w Homlu na Białorusi ruszył proces dziennikarki  Kaciaryny Andrejewej, która już została skazana za „organizację zamieszek”. Tym razem reżim Łukaszenki ma ją oskarżać o „zdradę stanu”. Może jej grozić nawet 15 lat więzienia.

Kaciaryna Andrejewa to dziennikarka Biełsatu, która  wraz z Darią Czulcową została zatrzymana 15 listopada 2020 roku, po brutalnej pacyfikacji akcji upamiętnienia pobitego na śmierć Ramana Bandarenki. Dziennikarki relacjonowały te wydarzenia. 18 lutego 2021 roku sąd skazał je na dwa lata kolonii karnej za „organizację zamieszek” i blokowanie komunikacji miejskiej. Obie trafiły do kolonii karnej w Homlu. Wliczając czas spędzony w areszcie powinny wyjść na wolność 5 września 2022 roku.

Jednak 10 lutego 2022 roku Andrejewa  została niespodziewanie przewieziona do Aresztu Śledczego w Homlu. Jak pisze portal Belsat.eu,7 kwietnia bliscy dziennikarki poinformowali, że została ona oskarżona o „zdradę stanu”. Grozi jej za to od 7 do 15 lat pozbawienia wolności.

Nie wiadomo dokładnie co i na jakiej podstawie reżim w Mińsku zarzuca dziennikarce, bo sprawa została utajniona. Portal Belsat.eu podaje, że adwokat Andrejewej musiał podpisać zobowiązanie do nieujawniania informacji dotyczących postępowania nawet rodzinie oskarżonej. Sprawa dziennikarki jest rozpatrywana za zamkniętymi drzwiami, wstępu na salę rozpraw nie mają  nawet jej krewni.

opr. jka, źródło: Belsat.eu