Poznaliśmy nominowanych do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka w 2022 roku

Monika Białkowska, Sebastian Duda i Dariusz Karłowicz zostali w tym roku nominowani do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Laureat poznamy 5 października.

Zgłoszenia kandydatów  napłynęły z kilkunastu redakcji. Kapituła Nagrody na posiedzeniu 15 czerwca 2022 r. nominowała trzy osoby.

Monika Białkowska, dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”, autorka wideobloga „Reportaż z wycinków świata”,  nominowana została za doskonały warsztat dziennikarski, kulturę słowa, spontaniczność oraz głos rozsądku w debacie publicznej cechujący się troską o przyszłość Kościoła w Polsce i na świecie. W sposób szczególny Kapituła doceniła stworzony w czasie pandemii i prowadzony po dziś dzień program „Reportaż z wycinków świata”, który dostępny jest w mediach społecznościowych. Kapituła doceniła także napisaną przez Nominowaną książkę reporterską pt. „Nawet jeśli umrę w drodze. Twarzą w twarz z uchodźcami”, w której przedstawiła poruszające historie uchodźców z różnych stron świata, spotkanych w czterech miejscach Europy.

Sebastian Duda, dziennikarz, publicysta i autor książek, redaktor kwartalnika „Więź” nominowany został  za nową jakość publicystyki religijnej, która rodzi się w dialogu z niewiarą; za wnikliwe badanie współczesnej „pustki po Bogu” i szukanie nadziei Zmartwychwstania we współczesnej kulturze; za przenikliwą propozycję „nowego soboru trydenckiego” jako najgłębszej odpowiedzi na kryzys Kościoła.  Kapituła doceniła także jego gotowość do dialogu z przedstawicielami wszystkich stron sporów polskich ideowych oraz nową inicjatywę: podcast „Pomiędzy”, w którym Sebastian Duda  rozmawia z wierzącymi, niewierzącymi, „postwierzącymi”, agnostykami i duchowymi poszukiwaczami.

Dariusz Karłowicz, współzałożyciel i redaktor naczelny rocznika filozoficznego „Teologia Polityczna”. Prezes Fundacji Świętego Mikołaja. Współautor programu telewizyjnego „Trzeci Punkt Widzenia” (TVP Kultura). Autor książek.  Nominację otrzymał za kulturę polemiki i wzór bycia chrześcijaninem w laicyzującym się świecie. Za prawdziwie chrześcijańską nadzieję mimo trudnych problemów, z którymi bez lęku mierzy się na rozmaitych areopagach, używając przy tym klarownych wywodów i przepięknej polszczyzny. Kapituła doceniła w sposób szczególny fakt, iż nominowany ukazuje dziedzictwo Jana Pawła II jako mapę drogową wśród konfliktów i zawirowań współczesności. Instytut Kultury Jana Pawła II na Papieskim Uniwersytecie im. św. Tomasza z Akwinu (Angelicum) w Rzymie, którego jest inicjatorem i współtwórcą, jest tego najlepszym przykładem.

Laureata Nagrody „Ślad” 2022 poznamy podczas uroczystej Gali, która odbędzie się w środę 5 października 2022 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich.


Nagroda Dziennikarska „Ślad” im. bp. Jana Chrapka przyznawana jest od 2002 r. Laureatami jej dotychczasowych edycji byli kolejno: Ewa K. Czaczkowska, Grzegorz Polak, Stefan Wilkanowicz, ks. Jerzy Szymik, Marek Zając, Szymon Hołownia, ks. Marek Gancarczyk, ks. Kazimierz Sowa, Anna Gruszecka, Tomasz Królak, Jacek Moskwa, Krzysztof Ziemiec, ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Tomasz Rożek, Alina Petrowa-Wasilewicz, Brygida Grysiak, ks. Andrzej Draguła, Tomasz Krzyżak, Tomasz Terlikowski i Paulina Guzik.

Patronem nagrody jest bp Jan Chrapek (1948–2001), człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego. Był on członkiem zgromadzenia księży michalitów, doktorem teologii, wybitnym duszpasterzem i znanym naukowcem w zakresie współczesnych mediów. Studiował w Lublinie i Louvain. W latach 1983–1986 byt redaktorem naczelnym miesięcznika „Powściągliwość i Praca”, w okresie 1986–1992 był przełożonym generalnym zgromadzenia księży michalitów. Autor licznych publikacji z zakresu teologii pastoralnej, zwłaszcza środków społecznego przekazu, m.in. „Recepcja programów TV przez młodzież” i „Kościół a media”. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1992 do 1994 r. był biskupem pomocniczym drohiczyńskim, w latach 1994–1999 biskupem pomocniczym toruńskim. Od 1999 roku do swojej tragicznej śmierci w wypadku samochodowym – biskup radomski.

Organizacją Gali Nagrody „Ślad” zajmuje się Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka, powołane przez członków Kapituły Nagrody „Ślad”.

 

Sąd Apelacyjny przychylił się do wniosku red. Tomasza Sakiewicza pozwanego przez prezesa fundacji „Otwarty Dialog”

Sąd Okręgowy w Warszawie – IV Wydział Cywilny na rozprawie 13 czerwca b.r. zdecydował o dalszym rozpoznawaniu sprawy redaktora  Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” pozwanego  przez Bartosza Kramka, prezesa fundacji „Otwarty Dialog”.  Na kolejnej rozprawie 15 lipca  ma być przesłuchany przez Sąd red. Tomasz Sakiewicz, który wnioskował o to formalnie od pierwszych rozpraw w tej sprawie, a którego zdania  sąd niższej instancji nie uwzględnił.  Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP, w imieniu SDP w rozprawie apelacyjnej uczestniczyła red. Anna Maria Szczepaniak. 

Rozprawa odbyła się w trybie zdalnym. Bartosz Kramek zarzuca Tomaszowi Sakiewiczowi, redaktorowi naczelnemu „Gazety polskiej” i wydawnictwu  Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o.o., o wydawcy „Gazety Polskiej”  naruszenie dóbr osobistych w postaci godności, szacunku, czci, dobrego imienia i reputacji poprzez umieszczenia na okładce Gazety Polskiej z 16.08.2017 r. fotomontażu przedstawiającego jego twarz  wmontowaną w postać niemieckiego żołnierza łamiącego polską barierę graniczną. Wyrokiem z dnia 28 lipca 2021 r. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał pozwanym publikację przeprosin oraz zasądził od nich solidarnie na rzecz powoda zadośćuczynienie w kwocie 15 000 zł, a także kwotę 10 000 zł na rzecz Fundacji Centrum Praw Kobiet. Od powyższego orzeczenia pełnomocnik pozwanych wywiódł apelację, w której powołał zarzuty odnoszące się do naruszenia przepisów prawa materialnego, jak i procesowego.

W ocenie CMWP SDP  działanie Pozwanych  odnosiło się do działalności Powoda i  było uzasadnione.  Bartosz Kramek zasiada we władzach Fundacji Otwarty Dialog, która – zdaniem wielu mediów  prowadzi działalność wymierzoną w rząd Rzeczypospolitej Polskiej. Powód zresztą osobiście angażuje się w te działania. Udział z manifestacjach, także tych organizowanych przez Obywateli RP czy Akcję Demokratyczną, to tylko część działalności Bartosza Kramka.   Często  występuje on w mediach, gdzie wygłasza komentarze, wręcz manifesty dotyczące jego działalności politycznej. Trudno nie zauważyć, że stał się przez to politycznym celebrytą. Jest wraz ze swoją żoną Ludmiłą twarzą Fundacji Otwarty Dialog  Dlatego też Bartosz Kramek jest osobą powszechnie znaną, a inkryminowany  fotomontaż jest zrozumiały  dla czytelników „Gazety Polskiej”.  Okładka , o którą toczy się proces  i również treść artykułu, jest uzasadniona działalnością polityczną Powoda.

W przesłanej do Sądu Apelacyjnego opinii Amicus curiae  sporządzonej przez Michała Jaszewskiego, doradcę prawnego SDP, CMWP SDP  podkreśliło, iż decyzje sądu I instancji odnoszące się do kwestii dowodowych budzą ogromne wątpliwości. Sąd oddalił bowiem szereg wniosków dowodowych red. Tomasza Sakiewicza, w tym wszystkie wnioski dotyczące przesłuchania świadków. Ponadto nie wyraził zgody na odroczenie rozprawy, zamykając ją na tym samym posiedzeniu i przesłuchując w charakterze strony wyłącznie Bartosza Kramka. Pełnomocnik Pozwanych wskazał też na zastrzeżenia dotyczące bezstronności sędziego orzekającego w I instancji. Abstrahując w tym miejscu od czysto procesualistycznej oceny tego stanu rzeczy, nie ulega wątpliwości, że ten wątek sprawy wymaga dogłębnego zbadania przez Sąd Apelacyjny pod kątem ustalenia, czy Pozwani nie zostali pozbawieni możliwości obrony ich praw w toczącym się postępowaniu, jak również – szerzej – czy nie pozbawiono ich prawa do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy przez niezależny, bezstronny i niezawisły sąd (art. 45 ust. 1 Konstytucji RP).

Tekst: Anna Maria Szczepaniak

Więcej na ten temat TUTAJ.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Szablista wszech czasów Jerzy Pawłowski podwójnym agentem

W 1976 r. został skazany na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz USA – 10 lat spędził w więzieniu. Mało kto wie, że wcześniej był tajnym współpracownikiem UB i SB, czemu do końca życia zaprzeczał. Odkrywamy nieznaną historię szablisty wszech czasów – Jerzego Pawłowskiego.

Wielokrotny olimpijczyk (1952 – 1972), złoty, trzykrotnie srebrny i brązowy medalista olimpijski, 18-krotny medalista MŚ, 14-krotny indywidualny mistrz Polski we florecie i szabli. W sumie zdobył 21 medali. Najlepszy sportowiec XXV i XXX-lecia PRL (wyprzedził nawet Irenę Szewińską; na którą – jak się potem okazało – donosił bezpiece), laureat plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski (1957 i 1968).

Jerzy Pawłowski lubił podkreślać, że jego rodzina była nękana przez komunę, co przekładało się też na jego postawę: „Miałem antyubecką świadomość. Ubek to było pojęcie ponadnarodowe, to była władza pozbawiająca człowieka osobowości. Przeraźliwie wszechmocna”. O swoich związkach z ubecją milczał.

Przygodę ze sportem zaczął w 1949 r. w klubie „Grochów”, skąd trafił do milicyjnej „Gwardii”. Po trzech latach, kiedy powołano go do LWP, przeniósł się do „Legii”. Wojskowemu klubowi pozostał wierny do końca sportowej kariery, armii do końca życia – był zawodowym wojskowym. Szybko trafił pod skrzydła słynnego węgierskiego trenera, majora Janosa Keveya. Pierwszy tytuł – mistrza Polski we florecie – zdobył już w 1952 r. Największym sukcesem, w wieku 36 lat, było pierwsze miejsce na igrzyskach olimpijskich w 1968 r. w Meksyku.

Pawłowski był u szczytu sportowej kariery. W 1973 r., w uznaniu zasług, wybrano go prezesem Polskiego Związku Szermierczego, którym był przez dwa lata. W międzyczasie ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Rozpoczął pracę jako adiunkt w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie.

Sielanka skończyła się w kwietniu 1975 r., kiedy został aresztowany przez kontrwywiad wojskowy (operacja jego rozpracowania nosiła kryptonim „Gracz”). Miał wpaść w restauracji Baszta w Pyrach. Inna wersja głosiła, że Pawłowski nie żyje, że zabito go na Okęciu, kiedy próbował uciec z Polski. Plotka była o tyle uzasadniona, że człowiek, który przez lata był na pierwszych stronach gazet, nagle zniknął. Cenzura zakazała wymieniać jego nazwiska nawet w kontekście wcześniej odniesionych sukcesów. Rzecz jasna złoty medalista nie mógł też znaleźć się w kadrze na zbliżające się szermiercze MŚ. Milczenie o Pawłowskim trwało 10 lat i 44 dni, czyli dokładnie tyle, ile przesiedział w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie i w Barczewie.

Z ujawnionych dokumentów śledztwa i procesu wynika, że Pawłowski do szpiegostwa przyznał się bardzo szybko – podczas trzech dwugodzinnych przesłuchań. Potwierdził, że CIA zwerbowało go wiosną 1964 r. podczas jego pobytu w USA i nadało pseudonim „Paweł”. Na polecenie Amerykanów miał wstąpić do PZPR.

Dla Amerykanów był cenny nie tylko dlatego, że był światowej sławy szermierzem, ale to, że był majorem LWP, a przede wszystkim współpracował z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Te ostatnie zwerbowały go w 1950 r. i nadały pseudonim „Szczery”. Tu o współpracy miał zadecydować szantaż.

Już w wolnej Polsce (kiedy został zdemaskowany jako agent bezpieki), wyznał: „Podpisałem zobowiązanie, ponieważ nie chciałem, żeby dobrali się do mojego ojca, żołnierza AK”. Historia z ojcem w AK to bajka. Tej samej bezpiece Pawłowski po aresztowaniu opowiedział o szczegółach pracy dla Amerykanów. Donosił również na kolegów-sportowców. W jego aktach są m.in. informacje, że podczas meksykańskiej olimpiady Szewińska i Komar zajmowali się handlem.

Po roku od aresztowania – 8 kwietnia 1976 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego skazał go na 25 lat więzienia, utratę praw publicznych na 10 lat i zdegradował do stopnia szeregowca.

„Zdrada Ojczyzny, zbrodnia szpiegostwa – działania przeciw podstawowym interesom obrony kraju – musi wywoływać tym surowsze potępienie, gdy czynu tego dopuszcza się człowiek, któremu Polska Ludowa umożliwiła wykształcenie, rozwijanie zamiłowań i wykorzystanie talentu sportowego, awans społeczny i dostatni byt, sukcesy i sławę w ulubionej dyscyplinie sportu. Nie może nie wywoływać odrazy fakt, że Jerzy Pawłowski reprezentując nasze barwy narodowe na wielu imprezach sportowych, jednocześnie zdradzał Polskę, sprzedając za nędzne, judaszowskie srebrniki [o pieniądzach od CIA niżej – TP], jej tajemnice. Pawłowski prowadził podwójne życie. Był człowiekiem o dwóch obliczach – istniał inny Pawłowski – karierowicz, bezkrytyczny wielbiciel Zachodu, samolub, dorobkiewicz – Pawłowski, dla którego dobrem najwyższym są pieniądze” – pisał organ Ministerstwa Obrony Narodowej – „Żołnierz Wolności”. Zdrada Ojczyzny nie musiała być jednak tak wielka, skoro Pawłowski dostał „jedynie” 25 lat. Za szpiegostwo groziła bowiem kara śmierci.

W celi w Barczewie przebywał z kryminalistami, którzy – jak mówił – mieli go zniszczyć, ale nie dał się, a kilku nawet przyłożył. Za cenę wcześniejszego wyjścia z więzienia, w okresie stanu wojennego, władze zaproponowały Pawłowskiemu napisanie książki i nagranie filmu, w których potępi imperializm i pochwali socjalizm, i PRL, czyli pośrednio Jaruzelskiego i Kiszczaka. Więzień zgodził się. W pełni poparł też decyzję WRON. Wkrótce przyszła nagroda. W 1984 r. na specjalnym posiedzeniu Rada Państwa PRL udzieliła mu łaski. Postanowiono wymienić Pawłowskiego i czterech innych agentów amerykańskich osadzonych w polskich więzieniach na skazanego w USA superszpiega PRL-u Mariana Zacharskiego. Słynna wymiana nastąpiła w 1985 r. na moście w Berlinie.

Pawłowski postanowił jednak zostać w Polsce. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówił: „Zaprosił mnie konsul generalny USA i zapytał, czy chcę wyjechać do jego kraju, odpowiedziałem, że zostaję. I jeszcze mu powiedziałem, że zostaję dlatego, że to jest mój kraj i że to komuniści powinni wyjechać do Rosji, jeśli im pobyt w Polsce nie odpowiada. Ja mam pewne zasady”. Pawłowski zawsze mówił obrazowo, górnolotnie. Pierwszy raz propozycję pozostania w Stanach miał dostać w 1958 r. na szermierczych mistrzostwach świata. Ma się rozumieć – odmówił.

Można przypuszczać, że w 1985 r. Pawłowski został w Polsce, bo nic już mu nie groziło. Karę – i to w skróconym czasie – odsiedział i na tym represje się skończyły. Odzyskał wolność i znów, mimo 53 lat, zaczął trenować, ale tylko amatorsko, gdyż na reprezentowanie Polski już mu nie pozwolono.

Dlaczego szpiegował? Dla pieniędzy – to klasyczna definicja szpiegostwa. Pod koniec lat 60. Pawłowski jeździł ekskluzywnym mercedesem 300, takim jak ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkał w centrum stolicy w domu wypełnionym antycznymi meblami i kolekcją cennych obrazów. Po wyroku skonfiskowano mu majątek (w ramach dodatkowej kary), ale potem musiano mu go zwrócić – na filmie Jerzego Zalewskiego „Szpiedzy” widać Pawłowskiego w pięknym salonie na tle zabytkowych sprzętów. Sam tłumaczył to szczęściem w pokerze, w którego namiętnie i z powodzeniem grał.

Pawłowski utrzymywał: „Nigdy nie brałem pieniędzy od CIA. To kłamstwo komunistycznej propagandy i dziennikarzy powiązanych z SB. Kiedy mnie skazywali, za wszelką cenę chcieli mi udowodnić pobieranie ogromnych pieniędzy za szpiegostwo, takich, jakie KGB, GRU oraz polskie SB i MSW płaciły swym agentom na Zachodzie, np. Zacharskiemu. (…) Tworzona przez SB, WSW i generała Kiszczaka teoria mojej rzekomej pazerności na pieniądze [Kiszczak pisze o tym w swoich wspomnieniach, przy okazji pracy Pawłowskiego dla służb specjalnych PRL – TP], musiała uzasadniać skandaliczny kapturowy proces i wyrok, jaki otrzymałem. Była to zemsta generała Kiszczaka, mieściła się w ogólnej polityce okłamywania społeczeństwa, a w moim przypadku było to szkalowanie świadome» zdrajcy komuny «, jakim niewątpliwie byłem”.
Innym razem (kiedy okazało się, że jednak pieniądze brał) mówił: „Otrzymałem tylko raz zwrot kosztów podróży i utrzymania przez 12 dni we Francji. To wszystko!”.

Zwrot kosztów nie mógł jednak wystarczyć na mercedesa i antyki. Można spytać – skoro wcześniej pobierał wynagrodzenie od UB, dlaczego później miał nie skorzystać z pieniędzy CIA? Do wygodnego życia wystarczała pensja majora WP i apanaże wybitnego szablisty – pupilka władz. On jednak chciał więcej.

Wielkim patriotą Pawłowski został po 1989 r. Wtedy właśnie zaczął opowiadać, jak to z narażeniem życia walczył z komuną. Tylko jeśli ideowo pracował dla CIA, to jak nazwać jego wcześniejszą pracę dla UB?

Pawłowski nie wstydził się określenia – Wallenrod. Żalił się, że wolna Polska rehabilituje innych patriotów, a jego nie. Tylko czy były podstawy do rehabilitacji?

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wyklęta „Marcysia” – ofiara bezpieki i Rzepeckiego

5 czerwca 1949 r. kpt. Emilia Malessa ps. m.in. „Marcysia” popełniła samobójstwo. Miała 40 lat i była bezsilna, obarczona poczuciem winy, odrzucona przez część środowiska byłych żołnierzy Armii Krajowej, które zarzucało jej zdradę i „wsypanie” kolegów. Przyczynił się do tego Józef Goldberg-Różański, który dał jej oficerskie słowo honoru, że żaden z ujawnionych niepodległościowców nie będzie represjonowany. Ale przede wszystkim przełożony „Marcysi” – płk Jan Rzepecki.

 

Emilia Malessa, urodzona w 1909 r. w rodzinie o tradycjach patriotycznych, 1 września 1939 r. zgłosiła się do pracy w Ochotniczej Służbie Kobiet. Od października 1939 r. organizowała komórkę łączności zagranicznej przy Komendzie Głównej Służby Zwycięstwu Polski, którą kierowała następnie w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej aż do końca okupacji niemieckiej.

Zadaniem placówki, działającej pod kryptonimami: „Zenobia”, „Łza”, „Załoga” i najbardziej znanym – „Zagroda”, było utrzymywanie łączności między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie. Na przełomie lat 1943 i 1944 – w okresie największego rozwoju – „Zagroda” dysponowała 120 ludźmi w całej Europie. „Pani na Zagrodzie”, jak ją nazywano, zorganizowała też trasy kurierskie i system ekspedycji poczty, bazujący na najnowszych osiągnięciach techniki fotograficznej (mikrofilmowanie). Komórka łączności odbierała także przeszkolonych na Zachodzie żołnierzy – cichociemnych. To „Marcysia”, w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. pod Skierniewicami przejmowała pierwszego cichociemnego – majora Jana Piwnika, „Ponurego”, z którym dwa lata później wzięła ślub.

Virtuti Militari i awans na kapitana

W Powstaniu Warszawskim „Marcysia” otrzymała order Virtuti Militari za bohaterską służbę kurierską podczas walk w Śródmieściu, w Batalionie Szturmowym kpt. Kazimierza Bilskiego „Ruma”, do którego przeszła na własną prośbę (miała przydział do odwodu sztabu KG AK). Po kapitulacji Powstania uciekła z transportu do Rzeszy i przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowała kanały łączności między AK a Zachodem.

Za całokształt działalności konspiracyjnej Emilia Malessa została awansowana do stopnia kapitana. Po rozwiązaniu AK pozostała w podziemiu, najpierw w organizacji „NIE” (jej dowódca – August Emil Fieldorf, jeszcze jako pułkownik, polecił jej zorganizowanie szlaku kurierskiego z kraju na Zachód), potem w Delegaturze Sił Zbrojnych, w końcu w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Była członkiem ścisłego sztabu, a przede wszystkim nadal kierowała komórką łączności zagranicznej. 31 października 1945 r. została aresztowana przez UB.

Na polecenie Rzepeckiego

Tu zaczyna się początek tragedii Emilii Malessy. W areszcie ujawniła kolegów z WiN-u. Powód? Pułkownik Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP ręczył jej „oficerskim słowem honoru”, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Różański przekonywał, odwołując się do jej patriotycznych uczuć: „tylu już Polaków niepotrzebnie zginęło, trzeba z tym skończyć”. Jeśli nie pójdzie na ugodę – argumentował dalej ubek – „będzie odpowiedzialna za mordownię”. „Marcysia” uwierzyła, wychowana w świecie wartości, w którym słowo honoru coś znaczyło.

Różański słowa jednak nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania członków WiN. Po latach winę zrzucał na innych – twierdził, że jego honor ma swoją wagę, ale zwolnieniu aresztowanych kategorycznie sprzeciwił się Bierut, który – dodatkowo – zarzucił mu uleganie drobnomieszczańskim przesądom. Z kolei radziecki doradca MBP – płk NKWD Jurij Nikołaszkin zdziwił się ponoć: „Co to znaczy, że ty dałeś słowo honoru? Jeśli dałeś, to znaczy ono było twoje, a jak było twoje, to możesz je odebrać”.

W więzieniu, oszukana i zrozpaczona Malessa, w akcie protestu, podjęła pierwszą głodówkę. Wiele wskazuje jednak na to, że decyzję o ujawnieniu uzgodniła wcześniej z kierownictwem organizacji. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk Jana Rzepeckiego (a także płk Antoniego Sanojcy), co w wojsku oznaczało ni mniej, ni więcej tylko rozkaz. Według relacji Rzepecki nie pozostawił „Marcysi” wyboru: jeśli nie ujawni współpracowników, zaszkodzi im znacznie bardziej. Obaj pułkownicy mieli to potwierdzić w rozmowie z historykiem Cezarym Chlebowskim. Jeśli tak, oznacza to, że Rzepecki przerzucił całą odpowiedzialność za swoją decyzję na Malessę.

„Sędziowie”

Od 4 stycznia 1947 r. była sądzona, razem z dziewięcioma innymi WIN-owcami przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Trwającemu miesiąc procesowi przewodniczył płk Władysław Garnowski. Ten przedwojenny prawnik (studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie), AK-owiec, po wojnie w sądownictwie wojskowym (m.in. szef WSR w Poznaniu i w Warszawie), a w końcu prezes Najwyższego Sądu Wojskowego, ma na koncie w sumie 23 wyroki śmierci.

Prócz Garnowskiego sądzili: Jan Hryckowian i Stanisław Kaczmarek. Hryckowian, też przedwojenny prawnik (po Uniwersytecie Jagiellońskim), urodzony w 1907 r. w Latrobe (Pensylwania), w czasie wojny – jako oficer AK – odznaczony Krzyżem Walecznych (jego żona, Stanisława Hryckowian była adiutantem gen. Fieldorfa „Nila”). Miesiąc po procesie Rzepeckiego, w marcu 1947 r., już w randze podpułkownika, został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Wtedy właśnie dopuścił się największej liczby zbrodni sądowych (w sumie 16., w tym mord na Witoldzie Pileckim).

Mniej znany, ale równie krwawy oprawca w todze – kpt. Stanisław Kaczmarek, też był sędzią warszawskiego WSR. Jako przewodniczący składu i sędzia pomocniczy skazywał byłych żołnierzy AK (w tym 3 i 5 Wileńskiej Brygady) oraz działaczy niepodległościowych. Wielu zostało straconych.

Oskarżyciel

Oskarżał sam Naczelny Prokurator Wojskowy Henryk Holder. Urodzony w 1914 r. w Szczerzcu (Lwowskie), syn Mojżesza i Wincentyny. Tak jak Garnowski był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wojny podporucznik Armii Czerwonej. Naczelnym Prokuratorem Wojskowym był w latach 1946-1948. Przez następne dwa lata kierował Departamentem Służby Sprawiedliwości MON (odmawiał m.in. ułaskawienia skazanych na karę śmierci).

Po przeniesieniu do rezerwy, m.in. dyrektor Biura Prawnego Rady Państwa.
W mowie oskarżycielskiej płk Holder zarzucił WiN-owcom m.in. terroryzm, morderstwa, szpiegostwo, propagandę antypaństwową, a także współpracę z faszystami z NSZ i UPA, oraz uchylanie się od służby wojskowej (oczywiście w lWP). Atakował „reakcję” – PSL i rząd na emigracji, wykazując ich związki z WiN (w rzeczywistości nie chciał ich premier Mikołajczyk, słusznie obawiając się prowokacji).

Koniec pięknej karty

Proces nazwano – od nazwiska głównego podsądnego – procesem Rzepeckiego. Jego patriotyczna karta była długa: żołnierz Legionów, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, w okresie międzywojennym służył zawodowo w wojsku, w maju 1926 r. stanął po stronie rządu przeciwko zamachowi Józefa Piłsudskiego, we wrześniu 1939 r. szef oddziału operacyjnego w sztabie armii „Kraków”, od października 1939 r. w SZP, następnie w ZWZ i AK (szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej – za czteroletnią służbę na tym stanowisku otrzymał Złoty Krzyż Virtuti Militari), po Powstaniu Warszawskim w niewoli niemieckiej, organizator i dowódca Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Tu niestety piękna karta Rzepeckiego się kończy. Stefan Korboński (ostatni delegat Rządu na Kraj, podwładny Rzepeckiego) zapisał: „Po aresztowaniu ujawnił on wszystko bez wyjątku: ludzi, adresy, broń i pieniądze, obliczane na około jeden milion dolarów. Według wiadomości, jakie do mnie doszły, nie zostało to na nim wymuszone torturami [potwierdzają to inne relacje], a stało się dzięki pewnemu systemowi obrony, jaki Rzepecki przyjął. Przyznał on uroczyście i kategorycznie, że pozostanie w konspiracji było ciężkim błędem i oświadczył, że ze swej strony dokona wszystkiego, by ten błąd naprawić i podziemie WiN ostatecznie zlikwidować. Wobec tego w śledztwie wydał wszystkich i wszystko. W zamian za to otrzymał przyrzeczenie, że nikt z ludzi przez niego ujawnionych nie zostanie aresztowany i to przyrzeczenie było przez szereg miesięcy przez bezpiekę honorowane. Jest to pierwszy wypadek masowego ujawnienia podwładnych, dokonany przez przełożonego, bez ich wiedzy i zgody”.

Potem, gdy na Rakowiecką trafił rtm Witold Pilecki, ubecy chcieli go „przekonać”, aby namawiał żołnierzy niepodległościowego podziemia do ujawnienia się, tak jak to zrobił prezes WiN. Pilecki odpowiedział: „Rzepeckiemu za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz”. Dlatego Rzepecki uniknął śmierci, a Pilecki musiał zginąć. Musiała zginąć również Emilia Malessa…

„Nie lubi chodzić na pogrzeby”

Malessę „bronił” Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, należący do starannie wyselekcjonowanego grona w pełni dyspozycyjnych wobec bezpieki adwokatów. Stefan Korboński wspominał: „Gdy na zakończenie zabrali głos adwokaci (…) poszli oni po utartej drodze obrony w wypadkach, gdy oskarżeni przyznają się do winy. Powołując się na złe środowisko, w którym ich klienci wyrośli, na błędy polityczne Polski przedwrześniowej, na reakcyjność otoczenia, w którym działali, wreszcie podkreślając fakt, że oskarżeni przejrzeli na oczy, przyznali się do popełnienia przestępstwa, jakim była ich podziemna działalność i okazali żal oraz skruchę, prosili o łagodny wymiar kary. Tak to do ostatniego dowódcy wojskowego podziemia i jego sztabu zastosowano system obrony, typowy dla procesów o kradzież z włamaniem”.

O Maślance mówiło się, że interesują go tylko ci klienci, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Gdy jeden z aresztowanych dowódców AK zwrócił mu kiedyś uwagę, że taki sposób obrony godzi w jego honor, Maślanko odpowiedział, że „ten towar nie jest już obecnie w obiegu”. Czasem odmawiał podjęcia się obrony, bo „nie lubi chodzić na pogrzeby”.

Po miesiącu procesu – 3 lutego 1947 r. ogłoszono wyrok. Najwyższą karę – KS – otrzymał Marian Gołębiewski. Kazimierz Leski i Henryk Żuk dostali po 12 lat, Józef Rybicki i Ludwik Muzyczka – po 10, Jan Rzepecki – 8, Jan Szczurek-Cergowski – 7, Antoni Sanojca – 6, Tadeusz Jachimek – 4. Najłagodniej potraktowano Emilię Malessę, skazując ją na 2 lata. Większość skazanych (w tym Malessę) następnie ułaskawiono. Komuniści chcieli w ten sposób udawać łagodnych wobec tych, którzy wyznali swoje winy, a przede wszystkim potępili dalszy opór, legalizując nową władzę. Jak wyglądała łaskawość „ludowej” władzy? Wielu skazanych w procesie Rzepeckiego (w tym on sam) i innych powojennych procesach, zostało potem ponownie aresztowanych. Byli torturowani w śledztwie, a następnie odsiadywali wieloletnie wyroki.

Nie chciała opuścić więzienia

Ruta Czaplińska (szefowa łączności Komendy Głównej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ps. „Ewa”) w książce „Z archiwum pamięci. 3653 więzienne dni” wspominała „Marcysię” – koleżankę z Rakowieckiej: „Mimo, że w procesie dostała tylko dwa lata i była ułaskawiona przez Bieruta (mogła być natychmiast zwolniona), nie chciała opuścić więzienia. Cały czas była namawiana na wyjście z obietnicą zwolnienia pozostałych aresztowanych. Ale ona uparcie trwała przy swoim. Wyszła wreszcie parę miesięcy potem i swoją walkę prowadziła już na wolności, wierząc, że będzie mogła więcej osiągnąć. Prowadziła liczne pertraktacje z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, przypominając bezustannie o wszystkich przyrzeczeniach wypuszczenia na wolność ujawnionych osób, wymieniając wszystkich z nazwiska”.

Emilia Malessa domagała się po prostu dotrzymania słowa honoru, które dał jej Józef Różański. Zabiegała o wizytę u Bieruta, pisała do szefa bezpieki Radkiewicza (obszerny memoriał pozostał bez odpowiedzi).
Na wiosnę 1948 r. listę z nazwiskami aresztowanych i okolicznościami ich ujawnienia wysłała też do placówek dyplomatycznych. Świat jednak milczał. Prócz interweniowania u władz, „Marcysia” pomagała też więzionym i ich rodzinom. Odwiedzała w celach towarzyszki niedoli, wysyłała im paczki. Świadczyła na rzecz żołnierzy podziemia, zeznając z wolnej stopy na ich procesach.

W kwietniu 1949 r. Malessa napisała list do Różańskiego: „Po wyczerpaniu na przestrzeni trzech i pół lat wszystkich środków dla uzyskania zwolnienia pozostałych ujawnionych, donoszę Panu Pułkownikowi, że od 9 kwietnia podjęłam głodówkę [przechodnie na ul. Rakowieckiej widzieli ją skuloną pod więziennym murem], jako ostatni z mojej strony akt protestu przeciwko niedotrzymaniu umowy dotyczącej akcji ujawniania WiN i grupy »Liceum«. Mając za sobą wypełnienie wszystkich obowiązków wobec mego kraju w okresie okupacji oraz w pierwszym okresie niepodległości przez dokonanie aktu ujawniania, mam niewątpliwie prawo oczekiwać od władz bezpieczeństwa, a w szczególności od Pana Pułkownika jako głównego inicjatora akcji ujawniania, decyzji, która zapobiegnie mojej śmierci i dalszemu więzieniu lojalnie ujawnionych wobec państwa ludzi”.

Jan Rzepecki po ostatecznym wyjściu na wolność w połowie lat 50. został zrehabilitowany. Służył w LWP, działał w ZBoWiD-zie, w 1956 r. poparł Gomułkę, został historykiem. Uratował głowę, ale czy honor?
Ruta Czaplińska: „Marcysia” „wielokrotnie, jeszcze w więzieniu mokotowskim, a potem już na wolności, chciała się widzieć i rozmawiać z Rzepeckim, ale ten nie poczuwał się do niczego i zostawił ją samą”. Do dziś często poświadcza się nieprawdę, że WiN ujawniła Malessa, a Rzepecki – postawiony przed faktami dokonanymi, nie mając już wyboru – tylko to potwierdził.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Jesteśmy za głupi, aby to pojąć

Jeszcze chwilę temu na szwajcarskich lotniskach prężyły się smukłe sylwetki prywatnych odrzutowców „mędrców”, którzy zlecieli się na Światowe Forum w Davos. Z tego co mi wiadomo żaden z tych samolotów nie porusza się dzięki sile wiatru czy słońca, żaden nie jest na baterię, ani nawet na pastę sojową. Wszystkie, literalnie wszystkie, latają dzięki spalaniu bardzo mało ekologicznego paliwa lotniczego pochodzącego ze straszliwych surowców kopalnych. Nie wiem jak w tym roku, ale podobno w 2020 żeby szczyt w Davos mógł się odbyć, do Szwajcarii przylecieć musiało 1500 samolotów, które ilość wyemitowały CO2 równą ilości w sytuacji, w której te same samoloty przetransportowałyby 76 652 zwykłych pasażerów do Davos i z powrotem.

Jednak nasi mędrcy są na to poświęcenie gotowi, tym bardziej, że w końcu decydują w swoim przekonaniu o losach świata. Tylko oni. Niedługo potem rozjadą się do swoich krajów, by z pełnym przekonaniem uchodzić za „demokratów” czy wręcz „obrońców demokracji”. Wprawdzie demokracja to z definicji rządy ludu, nie „mędrców” z ich prywatnymi odrzutowcami, ale od lat przecież mówimy już o demokracji liberalnej, w której „rządy bezrozumnego ludu” są w rzeczywistości zastąpione rządami „światłych gremiów”, które od ludu widzą lepiej. W innych, mniej postępowych czasach, taką formę nazwano by oligarchią, ale dziś jednak lepiej w uszach ludu brzmi „demokracja liberalna”. A kiedy w uszach ludu brzmi to lepiej, lud uspokojony poczuciem, że „nadal żyje w demokracji” nie wydaje niepotrzebnych okrzyków, które mogłyby „mędrcom” zakłócić doniosłe procesy myślowe.

Ku naszej radości

A procesy te sięgają na tyle daleko, że zwykły człowiek nigdy by za nimi nie nadążył. Być może więc, biorąc pod uwagę niedoskonałość materii, z którą przyszło „mędrcom” pracować, całkiem możliwe, że na przeszkodzie planowanemu za pięć lat wprowadzeniu „globalnej waluty” stanie ten niewydolny „czynnik ludzki”. W innych jednak przypadkach, takich jak obciążenie gospodarek, szczególnie Europy, mechanizmami duszącymi wstydliwą konsumpcję i emisję CO2, wysokie gremia wydają się nadzwyczaj skuteczne. Wprawdzie redukcja emisji CO2 przez coraz bardziej upośledzoną gospodarczo Europę, w skali niemiłosiernie kotłującego świata, wydaje się mało zauważalna, ale to mało istotne wobec przejmującej symboliki poświęcenia, dawania przykładu i kary za stulecia europejskiej supremacji.

Również przyszłość wielkie umysły malują nam w jakże ambitnych barwach, planując odebrać przygłupim, ciągle skażonym demokracją w przestarzałym rozumieniu tego słowa, rządom lokalnym, kolejne partie suwerenności. I wykorzystując w tym celu atmosferę pewnego niepokoju, ciągle obecnego po pandemii, która przeorała świat w te i nazad, oddać je o ileż bardziej światłemu WHO, żeby już nigdy więcej nikt nie śmiał kwestionować nieomylności jego wyroków. Ku naszej radości, jak najbardziej i nasz rząd również prowadzi w tej sprawie negocjacje.

Adoracja

Nie łudźmy się, horyzontów ku którym sięgają umysły „mędrców” nie jesteśmy w stanie objąć. W ich tytanicznej pracy nie jesteśmy w stanie im pomóc. Jedyne co możemy, to spróbować je swoimi ograniczonymi, choć przecież pełnymi gorącej wiary w to, że nad nami czuwają, umysłami i sercami, adorować.

Chyba, że ktoś jest akurat w Szwajcarii, wtedy może symbolicznie pomachać chusteczką odrzutowcom.

HUBERT BEKRYCHT: Ruchy sankcjopodopne UE umacniają Putina

Pojawiły się doniesienia agencyjne, że UE ma wprowadzić wobec Moskwy pakiet sankcji polegający na zakazie importu rosyjskiej ropy, ale… nie tej tłoczonej rurociągami…                          Za komuny w Domu Kultury przy Petrochemii Płock, z okazji rocznicy wybudowania kombinatu, ogłoszono konkurs plastyczny dla najmłodszych pod tytułem: „Ropa w oczach dziecka”. Odpowiedzialnych do tej pory nie wskazano.

Byłoby do śmiechu, gdyby nie sytuacja na Ukrainie. Europejski kraj na oczach „wolnego” świata walczy z ruską hordą zabijającą, gwałcącą, rabującą, a ci biurokraci z Brukseli zastanawiają się jak mieć ciasteczko i je zjeść.

Obłęd. Niemcy, Francuzi, Włosi, Skandynawowie i Benelux chyba gdzieś mają cierpienia Ukraińców. Boją się, że z powodu braku ropy i gazu tyłki im zmarzną. A zmarzną na pewno, jeśli ów twór – a może już potwór – zwany Unią Europejską, się nie obudzi.

Na razie śpią sumienia krajów członkowskich. Śpią smacznie i nie zmieni tego nawet nasza postawa. Cóż z tego, że Polska i m.in. Rumunia oraz kraje bałtyckie zachęcają do działania zdecydowanego wobec Rosji? Na Zachodzie jednak bez zmian. To przecież Rosja. Tutaj nie ma żartów. Ale czym to się skończy? Być może i oby nie, przed zasadniczym atakiem Moskwy na Ukrainę, Kreml będzie atakował hybrydowo włączając całą swoją agenturę w Berlinie, Brukseli, Paryżu i pożytecznych idiotów w tych i innych stolicach Starego Kontynentu. Pożytecznych idiotów, czyli wielu dziennikarzy również.

Może przywódcy Niemiec, Francji, Belgi, Holandii, Włoch myślą, że, kiedy będzie im brakowało paliwa wystarczy, tak jak prezydent Serbii, zadzwonić do Putina i serdecznie o ropę i gaz poprosić.

Tak, władcy Unii Europejskiej są cały czas w PRL-u, na wernisażu wystawy prac najmłodszych podopiecznych Domu Kultury Petrochemii Płock… W Brukseli ciągle „Ropa w oczach dziecka”.

Kłamstwa są już prawdą – PIOTR VORONIN o tym jak Rosja wprowadziła totalną cenzurę

Według oficjalnych rosyjskich mediów Duma Państwowa na posiedzeniu we wtorek 24 maja uchwaliła w pierwszym czytaniu ustawę, która pozwoli Prokuraturze Generalnej na anulowanie rejestracji mediów bez decyzji sądu i zainicjuje zakaz korzystania z zasobów internetowych dla „rozsiewanie fejków, dyskredytowanie rosyjskiej armii i wzywanie do sankcji”.

Według portalu Meduza ustawa daje również rosyjskiemu prokuratorowi generalnemu i jego zastępcom prawo do pozbawienia zagranicznych dziennikarzy akredytacji bez orzeczenia sądu.

Za ustawą głosowało 361 deputowanych, nie było głosów na „nie”, 4 wstrzymało się. W tym samym czasie, według RBC, podczas dyskusji, nawet frakcja Partii Komunistycznej wypowiedziała się przeciwko tej inicjatywie. Oleksiy Kurinny sugerował, że nowe prawo może stać się instrumentem nacisku politycznego na media i proponował pozbawienie ich rejestracji nie decyzją Prokuratora Generalnego, lecz sądu.

Dokument został przekazany do rozpatrzenia przez grupę deputowanych pod przewodnictwem szefa Komitetu Bezpieczeństwa Dumy Państwowej Wasyla Piskariewa. Dotyczy to zarówno mediów rosyjskich, jak i zagranicznych działających w Rosji.

Ta skandaliczna decyzja, wykraczająca poza cały rosyjski system prawny, w tym konstytucję, która proklamuje wolność słowa i zakazuje cenzury, nie zaskoczyła analityków, ponieważ rosyjska Duma Państwowa już uchwaliła szereg wątpliwych co do zgodności z konstytucją ustaw, zakazujących przekazywania niektórych informacji, które tak naprawdę legalizują cenzurę urzędową.

Wszystko zaczęło się od tego, że 29 marca 2019 r. weszła w życie ustawa o wzmocnieniu odpowiedzialności za obrazę władzy i symboli państwowych w Rosji. Przewiduje ona maksymalną grzywnę w wysokości 300 000 rubli. Aresztowanie pod tym zarzutem jest możliwe w przypadku ponownego popełnienia naruszenia. I choć w Rosji nie ma odrębnej ustawy o znieważaniu prezydenta, dla wszystkich było jasne, że zmiany były spowodowane negatywnym stosunkiem Rosjan do praktyk Władimira Putina i nasiloną krytyką jego działań. Dlatego wszelkie uwagi krytyczne pod adresem głowy państwa można było interpretować jako obrazę urzędnika i symbolu państwa, co uniemożliwiało krytykę „króla”. Jednak w marcu br. przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki zaproponował dalsze podwyższenie kary „za obrazę prezydenta”.

Ponadto ustanowiono odpowiedzialność karną za publiczne rozpowszechnianie „oczywiście nieprawdziwych” informacji o weteranach wielkiej wojny ojczyźnianej, co więcej zrównano ją z odpowiedzialnością za „rehabilitację nazizmu”. Jednocześnie nikt nie odebrał rosyjskiej prokuraturze możliwości zakwalifikowania jakiejkolwiek negatywnej opinii o historii i jej poszczególnych przedstawicielach jako „obrazy weterana” (swoją drogą, Aleksiej Nawalny został skazany na podstawie tego artykułu) lub jako „rehabilitacji nazizmu”, Z rehabilitację nazizmu grozi grzywna do 3 milionów rubli, kary pracy przymusowej lub pozbawienia wolności do trzech lat. Za publiczne „poniżanie honoru lub godności weteranów”, a także „bluźnierstwo przeciwko symbolom chwały wojskowej Rosji” lub „oczywisty brak szacunku dla dni chwały wojskowej”, popełnione za pośrednictwem mediów lub Internetu można zostać skazanym na grzywny – od 2 do 5 milionów rubli, a nawet na karę pozbawienia wolności do pięciu lat.

Duma Państwowa zobowiązała się również do rozszerzenia ustawodawstwa o tzw. „zagranicznych agentach”, choć sprzeczne jest to z art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i konstytucją samej Rosji. Pod koniec 2020 roku Putin podpisał ustawę rozszerzającą podmioty uznawane za agentów zagranicznych i ustanawiającą odpowiedzialność karną za nieprzestrzeganie przepisów. Z art. 1 wynika, że ​​agentem zagranicznym jest organizacja lub osoba, która celowo gromadzi informacje na terytorium Rosji i jej organów państwowych. I choć ustawa zajmuje się informacją wojskowo-techniczną i polityczną, to jednak jak pokazuje praktyka, pod ten status rząd wprowadza każdą organizację lub osobę, która zbiera informacje w Rosji, bo nawet informacje z dziedziny edukacji czy ekonomii można uznać za polityczne. Na podstawie tego prawa duża liczba mediów, redakcji i indywidualnych korespondentów pracujących dla światowych mediów została uznana za zagranicznych agentów i zakazano ich działalności.

25 kwietnia 2022 r. grupa posłów złożyła do Dumy Państwowej projekt nowej ustawy „O kontroli działalności osób pozostających pod obcymi wpływami”. Zbierze ona wszystkie zasady dotyczące działalności osób i organizacji uznanych za „zagranicznych agentów”. Obecnie działalność osób i organizacji uznanych za „zagranicznych agentów” regulują cztery ustawy: „O organizacjach non-profit”; „O środkach wobec osób zaangażowanych w łamanie podstawowych praw i wolności człowieka, praw i wolności obywateli Federacji Rosyjskiej”; „O środkach masowego przekazu”, „O stowarzyszeniach publicznych”. Każda z nich ma zasady, które ograniczają działalność poszczególnych podmiotów i zakładają odpowiedzialność karną.

Jeśli zostanie przyjęta ustawa „O kontroli działalności osób pozostających pod wpływem obcych”, dokument ustanowi nowe zasady uznawania za „zagranicznych agentów”, nowe obowiązki i ograniczenia. Jednocześnie w przypadku uchwalenia nowej ustawy zastosowanie będą miały wszystkie istniejące normy dotyczące odpowiedzialności za naruszenia popełniane przez „zagranicznych agentów”, które są już zapisane w Kodeksie karnym i Kodeksie wykroczeń administracyjnych.

Rosyjscy prawodawcy postanowili też uregulować historię swojego kraju. Rosjanie są oczywiście zmęczeni porównywaniem działań Putina do Hitlera i polityki sowieckiej do nazistowskich Niemiec. Dlatego prezydent Rosji Władimir Putin podpisał już ustawę wprowadzającą do Kodeksu wykroczeń administracyjnych artykuł o „publicznej identyfikacji” ZSRR z nazistowskimi Niemcami i negujący „decydującą rolę narodu sowieckiego w pokonaniu nazistowskich Niemiec i misję  humanitarną ZSRR w celu wyzwolenia Europy”. Prawo to przewiduje grzywny dla osób fizycznych w wysokości do 2 tysięcy rubli lub areszt do 15 dni, dla osób prawnych – grzywnę w wysokości do 50 tysięcy rubli. Ustawa uchwalona przez Dumę Państwową 6 kwietnia mówi, że identyfikacja dotyczyła zbieżności celów, decyzji i działań kierownictwa ZSRR, dowództwa i wojskowych ZSRR z celami, decyzjami i działaniami nazistowskich Niemiec. Odtąd okazuje się, że każda krytyczna opinia publicystów, historyków czy analityków na temat działań stalinowskiego reżimu w czasie II wojny światowej podlega zakazowi i odpowiedzialności karnej.

W marcu 2022 r., wraz z rozpoczęciem na dużą skalę wojny z Ukrainą, Duma Państwowa jednogłośnie i w trzech czytaniach uchwaliła ustawę o karach za rozpowszechnianie „nieścisłych informacji o działaniach rosyjskiego wojska”. Ustawa wprowadziła nowy artykuł w kodeksie karnym, zgodnie z którym wszelkie negatywne informacje o armii rosyjskiej można uznać za fałszywe i ukarane. „Winnym” grozi do trzech lat więzienia. Jeśli fejk jest rozpowszechniany w ramach zorganizowanej grupy, czyli redakcji mediów, maksymalny wymiar kary wzrasta do 10 lat więzienia. Jeżeli rozpowszechnianie „nieścisłych informacji” spowodowało „poważne konsekwencje”, sprawcom grozi do 15 lat więzienia.

Przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin powiedział, że organ ten uchwalił również ustawę przewidującą karę pozbawienia wolności do trzech lat za „wezwania do nałożenia sankcji przeciwko Federacji Rosyjskiej”. Ponadto poprawki zabraniają „dyskredytowania rosyjskich sił zbrojnych”. Pierwsze tego rodzaju naruszenie będzie skutkowało odpowiedzialnością administracyjną, a drugie – już karną w postaci grzywny od 100 do 300 tysięcy rubli lub kary pozbawienia wolności do trzech lat. Dlatego Roskomnadzor stwierdził, że rosyjskie media powinny relacjonować działania militarne Rosji wyłącznie na podstawie informacji z oficjalnych źródeł rosyjskich. Zażądał usunięcia przez media artykułów nazywających to, co dzieje się na Ukrainie „wojną” lub „atakiem” i zablokował kilka niezależnych rosyjskich mediów.

Prezydent Rosji Władimir Putin już podpisał ustawę o karze pozbawienia wolności do 15 lat za „fejki o rosyjskiej armii”. W związku z groźbą postępowania karnego po przyjęciu tej ustawy rosyjska sekcja BBC podjęła decyzję o czasowym zawieszeniu pracy w Rosji. „Nowaja Gazeta” ogłosiła usunięcie materiałów o rosyjskiej inwazji na Ukrainę, a następnie przeniosła redakcję całkowicie poza Rosję. To tylko niektóre przykłady.  Od początku wojny w Rosji zostało zablokowanych wiele mediów.

A koło represji już nabrało rozpędu. Kilka dni temu wszczęto sprawy karne na podstawie artykułu „o fałszerstwach” o rosyjskiej armii przeciwko Aleksiejowi Gorinowowi i Elenie Kotenoczkinie, dwóm deputowanym miejskim obwodu krasnosilskiego w Moskwie, po tym, jak Rada Deputowanych nie zgodziła się z tzw. operacją specjalną. Deputowanym miejskim grozi do 10 lat więzienia za ich antywojenną postawę.

W Petersburgu sąd orzekł w sprawie „podróbek” przeciwko dziennikarce Marii Ponomarenko, która 17 marca opublikowała na swoim kanale na Telegramie informację, że rosyjskie siły powietrzne rozpoczęły nalot na Teatr Dramatyczny w Mariupolu. Jednocześnie rosyjskie Ministerstwo Obrony zdementowało tę informację.

Wszczęto sprawę karną przeciwko Weronice Biłocerkiewskiej, która zamieściła na swoim profilu na Instagramie szereg postów zawierających informacje o wykorzystaniu rosyjskiej armii do niszczenia ukraińskich miast i ludności cywilnej podczas operacji specjalnej. Twierdzą, że „Biłocerkiewska zdyskredytowała władze publiczne i armię rosyjską”. Chociaż w rzeczywistości to Rosja, jej rząd i armia zdyskredytowały się. W obwodzie tomskim zostało wszczęte postępowanie karne przeciwko mieszkańcowi Siwerska i mieszkańcowi Tomska. W jednym z portali społecznościowych zamieścili oni informacje o stratach rosyjskich żołnierzy, a także o ich działaniach na terytorium Ukrainy.

Sprawę karną wszczęto przeciwko petersburskiej artystce Aleksandrze Skoszilenko, która w sklepie zamieniła metki z cenami na informacje o zmarłych w Mariupolu. Oskarżana jest także o rozpowszechnianie „fejków” na temat armii rosyjskiej. Kilka tysięcy takich spraw zostało już wniesionych w Rosji, a jeszcze więcej jest administracyjnych spraw „zdyskredytowania” sił zbrojnych.

W ten sposób dzieje się coś niesłychanego na świecie: deklarując w konstytucji wolność słowa i mediów oraz zakazując cenzury, rosyjski parlament wprowadził tyle zakazów kodeksów administracyjnych i karnych, że wyrażanie jakichkolwiek prawdziwych informacji o rządzie i jego przedstawicielstwach, o weteranach, o działaniach władz i armii rosyjskiej i innych rodzajów sił zbrojnych stało się niemożliwe. Wszystkie prawdziwe informacje są prawnie kwalifikowane jako fałszywe. Jednocześnie prawie wszystkie zniekształcone, stronnicze i nieprawdziwe informacje są kwalifikowane jako prawdziwe. Kojarzy się to orwellowskimi „wojna jest pokojem”, „kłamstwa są prawdą”. W świecie mediów w całej Europie jest to bezprecedensowy eksperyment ustanowienia totalnej cenzury w interesie dyktatorskiego reżimu, który powinien podlegać międzynarodowym sądom.

 

Wyznanie SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO: Bycie sędzią jest piękne

Najgorzej to jak się człowiek naczyta. Pamiętam czytałem kiedyś wspaniały tekst sędziego Adama Rzeplińskiego, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego pod tytułem „Być sędzią”. Tekst naprawdę niezwykły, o tym jaki powinien być sędzia. Każdemu polecam.

Tu fragment: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność.”

Czytałem ten tekst mając kilkunastoletnie doświadczenie reportera sądowego i uczestnicząc w wielu procesach służbowo i prywatnie. Mam o sędziach wyrobione zdanie i jest ono obszerne oraz posiada wiele przypisów, oraz bogatą artukułografię.Teraz przypomniały mi się fragmenty z „poczuciem godności osobistej”, „prawości i nienagannej przeszłości”, „dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej”, a przypomniały mi się po lekturze tekstu o tym jak sędzia Piotr Gąciarek ze stowarzyszenia Iustitia wygrał prawomocnie sprawę z TVP o naruszenie dóbr osobistych.

W skrócie, w jednym z programów pokazano, że sędzia Gąciarek kilka lat temu poznał kobietę na portalu randkowym. Jak przyznał sam sędzia kobiecie z portalu randkowego, której nigdy nie widział przesłał 13 tysięcy złotych i telefon komórkowy. Oczywiście okazało się, że kobieta używała fałszywego nazwiska i niczego nie oddała. Została wytropiona i surowo skazana. Sędzia uznał, że materiał w TVP wskazywał, że jego relacje umożliwiły skazanie tej kobiety, co byłoby nadużyciem stanowiska. Dwa sądy uznały, że dobra osobiste użytkownika portalu randkowego zostały naruszone i przyznano mu prawomocnie zadośćuczynienie wynoszące 40 tysięcy złotych.

Oprócz tego sędziego trzeba przeprosić, gdyż materiał zawierał krzywdzące go i nieprawdziwe informacje. Przy czym informacje, że sędzia Gąciarek przesłał nieznanej pani z portalu randkowego 13 tysięcy złotych i telefon są prawdziwe, bo sam sędzia je potwierdził. Najważniejsze, że historia dobrze się skończyła, że sędzia Piotr Gąciarek obronił dobre imię niezbędne przecież dla tego zawodu zaufania publicznego.

A na koniec proponuję Państwu, dla utrwalenia, fragment artykułu prof. A. Rzeplińskiego pod tytułem „Być sędzią”: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność…”

Ukraina apeluje do zagranicznych dziennikarzy: nie korzystajcie z rosyjskich zaproszeń do Mariupola

Ukraiński minister kultury Ołeksandr Tkaczenko poinformował na Telegramie, że rosyjscy okupanci próbują zorganizować w Mariupolu tournee prasowe dla zagranicznych dziennikarzy. Przestrzegł przed udziałem w tych „propagandowych inscenizacjach, służących powielaniu kłamstw na temat Ukrainy”.

„Rosyjska dezinformacja przyjmuje niewiarygodne formy. (…) Najważniejszym celem wroga jest zdyskredytowanie działań Ukrainy podczas wojny. Do Mariupola przywieziono już specjalne »dekoracje« dla zagranicznych mediów – zebrane z okupowanych terenów fragmenty ukraińskiej amunicji oraz ludzi, którzy zostaną przedstawieni jako miejscowi naoczni świadkowie” – napisał Tkaczenko.

Szef resortu kultury przestrzegł dziennikarzy, że udział w podobnych rosyjskich przedsięwzięciach byłby złamaniem ukraińskiego prawa.

„Nie można mówić o objazdach dla prasy w miejscach kontrolowanych przez wroga. Chciałbym przekazać kolegom dziennikarzom z zagranicy: przekraczanie granicy państwowej i działalność mediów na terytorium naszego kraju, w tym na obszarach okupowanych, są regulowane przez ustawodawstwo Ukrainy” – podkreślił Ołeksandr Tkaczenko.

Jak powiedziała w rozmowie z Polską Agencją Prasową, Katarzyna Chawryło, ekspertka warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, Rosja organizuje dla zachodnich dziennikarzy wyjazdy np. do Mariupola.

„W ostatnim czasie brały w nich udział m.in. media z Niemiec i Francji, co relacjonowała rosyjska telewizja. Są to przedstawiciele niszowych tytułów, lecz ich obecność wystarczy, by w kremlowskiej telewizji zbudować propagandowy przekaz o »obiektywnych zachodnich reporterach, dążących do prawdy mimo panującej na Zachodzie cenzury«” – zauważyła Katarzyna Chawryło.

opr. jka, źródło: pap.pl

O unijnym szalonym władcy pisze CEZARY KRYSZTOPA: Brukselski czubek

Historia zna szalonych władców, którzy szkodzili swojemu ludowi. Nawet jeśli Neron, wbrew pogłoskom, nie spalił Rzymu – jedna z wersji głosi, że tylko wykorzystał pożar, żeby zbudować sobie większy pałac – to sprowadził okrutne prześladowania na chrześcijan, usiłując bezpodstawnym oskarżeniem odsunąć od siebie podejrzenia. Z kolei bizantyjski cesarz Justyn II kazał się wozić tronem na kółkach po pałacu, gryząc przy tym dworzan. Dwóch z nich miał nawet zjeść. A król Francji Karol VI miał uważać, że jest ze szkła, więc zabronił się dotykać, pod ubraniem nosił poduszki, by na koniec przestał się myć, przebierać i ostatecznie zapomniał kim jest.

Jednak wyjątkowym przypadkiem szalonego władcy jest oligarchia zasiadła dziś w Brukseli, która ogłosiła się władcą Europy, choć nikt jej na to stanowisko nie wybrał. Wyjątkowym, ponieważ jako pierwszy w historii szalony władca ma nie tylko przemożną chęć szkodzenia „poddanym”, ale ma również w tym zakresie dokładny plan, który z konsekwencją godną zdrowego na umyśle, systematycznie wprowadza w życie.

Fit for 55

Ubolewam nad tym, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że tak jak poprzedzający go tzw. „Zielony bezwład” czy też „ład” – oparty prawdopodobnie na założeniach wyskrobanych na ścianach celi opuszczonego ośrodka dla obłąkanych – „Fit for 55” Fransa Timmermansa jest de facto planem masowego podniesienia cen wszystkiego, a co za tym idzie, obniżenia wzrostu gospodarczego i celowego zubożenia mieszkańców Europy. I nie jest to żadna metafora ani przesada, mamy za wszystko płacić więcej, co ma prowadzić do obniżenia konsumpcji i przez to zmniejszenie wydzielania przez nas rozmaitych gazów, co z kolei ma podobno „uratować planetę”.

Załóżmy przez chwilę, że nasz szalony władca chce dla nas dobrze i rzeczywiście chodzi mu o to żebyśmy przeżyli mityczne „wielkie wymieranie”. Problem w tym, że karlejąca od dawna w sensie gospodarczym – i nie tylko – Europa wydala kilkanaście procent „szkodzących planecie gazów” w skali świata (ta proporcja ciągle się zmniejsza, np. dlatego, że Europa coraz bardziej odstaje gospodarczo od centrów współczesnego globu). Większość „wydalają” Chiny, Indie, Stany Zjednoczone, Rosja (a w Europie „zielone” Niemcy, ale nie mówcie nikomu, bo będzie im przykro). I w sporej części przypadków te państwa nie mają zamiaru przestać wydalać. W związku z czym nawet gdyby Europa stała się jutro lodową pustynią, albo niczego niewydalającą dziurą, w ogólnym bilansie niewiele by to zmieniło.

Ktoś by pomyślał – no tak, ale wojna wszystko przeorała – urealnia bezużyteczne ideologie. Nawet Niemcy, trudno powiedzieć na ile szczerze, usiłują odrzucić paradygmat „ekologii opartej na nieekologicznym gazie z Rosji”, a przyjąć paradygmat realnego „bezpieczeństwa energetycznego państwa”. Nie dotyczy to jednak naszego brukselskiego władcy. Ten upiera się, że nawet jeśli na chwilę musielibyśmy powrócić do pewnego energetycznego pragmatyzmu, to on nie zamierza w żadnym wypadku rezygnować ze swoich ambitnych zielonych celów!

I tutaj powstaje pytanie czym się właściwie nasz szalony władca kieruje. No wiadomo, kieruje nim szaleństwo, a jednak jest zdolny do wytworzenia czegoś tak z jednej strony szalonego, ale z drugiej konsekwentnego w swoim szaleństwie, jak „Fit for 55”. Może więc ów władca takim zupełnym idiotą nie jest. Czy można uwierzyć, że nie zdaje sobie sprawy z „ekologicznej” bezcelowości swojego „ambitnego planu”?

Zamiłowania obłąkanego

Być może pewną wskazówką są tutaj inne zamiłowania obłąkanego. Weźmy takie zamiłowanie do zabijania dzieci nienarodzonych, zwane dla niepoznaki aborcją, albo zamiłowanie do zabijania staruszków, zwane dla niepoznaki eutanazją, albo upór w promocji – tak promocji, o efektach świadczą statystyki – powiedzmy niestandardowych zachowań seksualnych, czy też promocji skrajnego egoizmu. Wszystkie te „zamiłowania” mają pewien niepozorny zbiór wspólny. Mają sprawić żebyśmy zabijali więcej dzieci i staruszków, jak najmniej się rozmnażali i żeby nie interesowało nas żadne tam „dobro wspólne” (to mamy zostawić naszemu szalonemu władcy, on się nim zajmie lepiej). Mamy jako ludzie, a jako Polacy to już wyjątkowo, na różnych poziomach podlegać atrofii.

A kiedy już zabijemy wszystkie dzieci i staruszków, przestaniemy się rozmnażać i konsumować, a być może również rozmawiać ze sobą skupieni na „samorealizacji” i smartfonach, wtedy zostaniemy ostatnim wydalającym szkodliwe gazy problemem do usunięcia przed osiągnięciem stanu uznawanego przez naszego szalonego władcę za idealny.

Jak pisałem na wstępie, historia zna wielu szalonych władców, ale tego chyba jeszcze nie…