HUBERT BEKRYCHT: Ruchy sankcjopodopne UE umacniają Putina

Pojawiły się doniesienia agencyjne, że UE ma wprowadzić wobec Moskwy pakiet sankcji polegający na zakazie importu rosyjskiej ropy, ale… nie tej tłoczonej rurociągami…                          Za komuny w Domu Kultury przy Petrochemii Płock, z okazji rocznicy wybudowania kombinatu, ogłoszono konkurs plastyczny dla najmłodszych pod tytułem: „Ropa w oczach dziecka”. Odpowiedzialnych do tej pory nie wskazano.

Byłoby do śmiechu, gdyby nie sytuacja na Ukrainie. Europejski kraj na oczach „wolnego” świata walczy z ruską hordą zabijającą, gwałcącą, rabującą, a ci biurokraci z Brukseli zastanawiają się jak mieć ciasteczko i je zjeść.

Obłęd. Niemcy, Francuzi, Włosi, Skandynawowie i Benelux chyba gdzieś mają cierpienia Ukraińców. Boją się, że z powodu braku ropy i gazu tyłki im zmarzną. A zmarzną na pewno, jeśli ów twór – a może już potwór – zwany Unią Europejską, się nie obudzi.

Na razie śpią sumienia krajów członkowskich. Śpią smacznie i nie zmieni tego nawet nasza postawa. Cóż z tego, że Polska i m.in. Rumunia oraz kraje bałtyckie zachęcają do działania zdecydowanego wobec Rosji? Na Zachodzie jednak bez zmian. To przecież Rosja. Tutaj nie ma żartów. Ale czym to się skończy? Być może i oby nie, przed zasadniczym atakiem Moskwy na Ukrainę, Kreml będzie atakował hybrydowo włączając całą swoją agenturę w Berlinie, Brukseli, Paryżu i pożytecznych idiotów w tych i innych stolicach Starego Kontynentu. Pożytecznych idiotów, czyli wielu dziennikarzy również.

Może przywódcy Niemiec, Francji, Belgi, Holandii, Włoch myślą, że, kiedy będzie im brakowało paliwa wystarczy, tak jak prezydent Serbii, zadzwonić do Putina i serdecznie o ropę i gaz poprosić.

Tak, władcy Unii Europejskiej są cały czas w PRL-u, na wernisażu wystawy prac najmłodszych podopiecznych Domu Kultury Petrochemii Płock… W Brukseli ciągle „Ropa w oczach dziecka”.

Kłamstwa są już prawdą – PIOTR VORONIN o tym jak Rosja wprowadziła totalną cenzurę

Według oficjalnych rosyjskich mediów Duma Państwowa na posiedzeniu we wtorek 24 maja uchwaliła w pierwszym czytaniu ustawę, która pozwoli Prokuraturze Generalnej na anulowanie rejestracji mediów bez decyzji sądu i zainicjuje zakaz korzystania z zasobów internetowych dla „rozsiewanie fejków, dyskredytowanie rosyjskiej armii i wzywanie do sankcji”.

Według portalu Meduza ustawa daje również rosyjskiemu prokuratorowi generalnemu i jego zastępcom prawo do pozbawienia zagranicznych dziennikarzy akredytacji bez orzeczenia sądu.

Za ustawą głosowało 361 deputowanych, nie było głosów na „nie”, 4 wstrzymało się. W tym samym czasie, według RBC, podczas dyskusji, nawet frakcja Partii Komunistycznej wypowiedziała się przeciwko tej inicjatywie. Oleksiy Kurinny sugerował, że nowe prawo może stać się instrumentem nacisku politycznego na media i proponował pozbawienie ich rejestracji nie decyzją Prokuratora Generalnego, lecz sądu.

Dokument został przekazany do rozpatrzenia przez grupę deputowanych pod przewodnictwem szefa Komitetu Bezpieczeństwa Dumy Państwowej Wasyla Piskariewa. Dotyczy to zarówno mediów rosyjskich, jak i zagranicznych działających w Rosji.

Ta skandaliczna decyzja, wykraczająca poza cały rosyjski system prawny, w tym konstytucję, która proklamuje wolność słowa i zakazuje cenzury, nie zaskoczyła analityków, ponieważ rosyjska Duma Państwowa już uchwaliła szereg wątpliwych co do zgodności z konstytucją ustaw, zakazujących przekazywania niektórych informacji, które tak naprawdę legalizują cenzurę urzędową.

Wszystko zaczęło się od tego, że 29 marca 2019 r. weszła w życie ustawa o wzmocnieniu odpowiedzialności za obrazę władzy i symboli państwowych w Rosji. Przewiduje ona maksymalną grzywnę w wysokości 300 000 rubli. Aresztowanie pod tym zarzutem jest możliwe w przypadku ponownego popełnienia naruszenia. I choć w Rosji nie ma odrębnej ustawy o znieważaniu prezydenta, dla wszystkich było jasne, że zmiany były spowodowane negatywnym stosunkiem Rosjan do praktyk Władimira Putina i nasiloną krytyką jego działań. Dlatego wszelkie uwagi krytyczne pod adresem głowy państwa można było interpretować jako obrazę urzędnika i symbolu państwa, co uniemożliwiało krytykę „króla”. Jednak w marcu br. przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki zaproponował dalsze podwyższenie kary „za obrazę prezydenta”.

Ponadto ustanowiono odpowiedzialność karną za publiczne rozpowszechnianie „oczywiście nieprawdziwych” informacji o weteranach wielkiej wojny ojczyźnianej, co więcej zrównano ją z odpowiedzialnością za „rehabilitację nazizmu”. Jednocześnie nikt nie odebrał rosyjskiej prokuraturze możliwości zakwalifikowania jakiejkolwiek negatywnej opinii o historii i jej poszczególnych przedstawicielach jako „obrazy weterana” (swoją drogą, Aleksiej Nawalny został skazany na podstawie tego artykułu) lub jako „rehabilitacji nazizmu”, Z rehabilitację nazizmu grozi grzywna do 3 milionów rubli, kary pracy przymusowej lub pozbawienia wolności do trzech lat. Za publiczne „poniżanie honoru lub godności weteranów”, a także „bluźnierstwo przeciwko symbolom chwały wojskowej Rosji” lub „oczywisty brak szacunku dla dni chwały wojskowej”, popełnione za pośrednictwem mediów lub Internetu można zostać skazanym na grzywny – od 2 do 5 milionów rubli, a nawet na karę pozbawienia wolności do pięciu lat.

Duma Państwowa zobowiązała się również do rozszerzenia ustawodawstwa o tzw. „zagranicznych agentach”, choć sprzeczne jest to z art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i konstytucją samej Rosji. Pod koniec 2020 roku Putin podpisał ustawę rozszerzającą podmioty uznawane za agentów zagranicznych i ustanawiającą odpowiedzialność karną za nieprzestrzeganie przepisów. Z art. 1 wynika, że ​​agentem zagranicznym jest organizacja lub osoba, która celowo gromadzi informacje na terytorium Rosji i jej organów państwowych. I choć ustawa zajmuje się informacją wojskowo-techniczną i polityczną, to jednak jak pokazuje praktyka, pod ten status rząd wprowadza każdą organizację lub osobę, która zbiera informacje w Rosji, bo nawet informacje z dziedziny edukacji czy ekonomii można uznać za polityczne. Na podstawie tego prawa duża liczba mediów, redakcji i indywidualnych korespondentów pracujących dla światowych mediów została uznana za zagranicznych agentów i zakazano ich działalności.

25 kwietnia 2022 r. grupa posłów złożyła do Dumy Państwowej projekt nowej ustawy „O kontroli działalności osób pozostających pod obcymi wpływami”. Zbierze ona wszystkie zasady dotyczące działalności osób i organizacji uznanych za „zagranicznych agentów”. Obecnie działalność osób i organizacji uznanych za „zagranicznych agentów” regulują cztery ustawy: „O organizacjach non-profit”; „O środkach wobec osób zaangażowanych w łamanie podstawowych praw i wolności człowieka, praw i wolności obywateli Federacji Rosyjskiej”; „O środkach masowego przekazu”, „O stowarzyszeniach publicznych”. Każda z nich ma zasady, które ograniczają działalność poszczególnych podmiotów i zakładają odpowiedzialność karną.

Jeśli zostanie przyjęta ustawa „O kontroli działalności osób pozostających pod wpływem obcych”, dokument ustanowi nowe zasady uznawania za „zagranicznych agentów”, nowe obowiązki i ograniczenia. Jednocześnie w przypadku uchwalenia nowej ustawy zastosowanie będą miały wszystkie istniejące normy dotyczące odpowiedzialności za naruszenia popełniane przez „zagranicznych agentów”, które są już zapisane w Kodeksie karnym i Kodeksie wykroczeń administracyjnych.

Rosyjscy prawodawcy postanowili też uregulować historię swojego kraju. Rosjanie są oczywiście zmęczeni porównywaniem działań Putina do Hitlera i polityki sowieckiej do nazistowskich Niemiec. Dlatego prezydent Rosji Władimir Putin podpisał już ustawę wprowadzającą do Kodeksu wykroczeń administracyjnych artykuł o „publicznej identyfikacji” ZSRR z nazistowskimi Niemcami i negujący „decydującą rolę narodu sowieckiego w pokonaniu nazistowskich Niemiec i misję  humanitarną ZSRR w celu wyzwolenia Europy”. Prawo to przewiduje grzywny dla osób fizycznych w wysokości do 2 tysięcy rubli lub areszt do 15 dni, dla osób prawnych – grzywnę w wysokości do 50 tysięcy rubli. Ustawa uchwalona przez Dumę Państwową 6 kwietnia mówi, że identyfikacja dotyczyła zbieżności celów, decyzji i działań kierownictwa ZSRR, dowództwa i wojskowych ZSRR z celami, decyzjami i działaniami nazistowskich Niemiec. Odtąd okazuje się, że każda krytyczna opinia publicystów, historyków czy analityków na temat działań stalinowskiego reżimu w czasie II wojny światowej podlega zakazowi i odpowiedzialności karnej.

W marcu 2022 r., wraz z rozpoczęciem na dużą skalę wojny z Ukrainą, Duma Państwowa jednogłośnie i w trzech czytaniach uchwaliła ustawę o karach za rozpowszechnianie „nieścisłych informacji o działaniach rosyjskiego wojska”. Ustawa wprowadziła nowy artykuł w kodeksie karnym, zgodnie z którym wszelkie negatywne informacje o armii rosyjskiej można uznać za fałszywe i ukarane. „Winnym” grozi do trzech lat więzienia. Jeśli fejk jest rozpowszechniany w ramach zorganizowanej grupy, czyli redakcji mediów, maksymalny wymiar kary wzrasta do 10 lat więzienia. Jeżeli rozpowszechnianie „nieścisłych informacji” spowodowało „poważne konsekwencje”, sprawcom grozi do 15 lat więzienia.

Przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin powiedział, że organ ten uchwalił również ustawę przewidującą karę pozbawienia wolności do trzech lat za „wezwania do nałożenia sankcji przeciwko Federacji Rosyjskiej”. Ponadto poprawki zabraniają „dyskredytowania rosyjskich sił zbrojnych”. Pierwsze tego rodzaju naruszenie będzie skutkowało odpowiedzialnością administracyjną, a drugie – już karną w postaci grzywny od 100 do 300 tysięcy rubli lub kary pozbawienia wolności do trzech lat. Dlatego Roskomnadzor stwierdził, że rosyjskie media powinny relacjonować działania militarne Rosji wyłącznie na podstawie informacji z oficjalnych źródeł rosyjskich. Zażądał usunięcia przez media artykułów nazywających to, co dzieje się na Ukrainie „wojną” lub „atakiem” i zablokował kilka niezależnych rosyjskich mediów.

Prezydent Rosji Władimir Putin już podpisał ustawę o karze pozbawienia wolności do 15 lat za „fejki o rosyjskiej armii”. W związku z groźbą postępowania karnego po przyjęciu tej ustawy rosyjska sekcja BBC podjęła decyzję o czasowym zawieszeniu pracy w Rosji. „Nowaja Gazeta” ogłosiła usunięcie materiałów o rosyjskiej inwazji na Ukrainę, a następnie przeniosła redakcję całkowicie poza Rosję. To tylko niektóre przykłady.  Od początku wojny w Rosji zostało zablokowanych wiele mediów.

A koło represji już nabrało rozpędu. Kilka dni temu wszczęto sprawy karne na podstawie artykułu „o fałszerstwach” o rosyjskiej armii przeciwko Aleksiejowi Gorinowowi i Elenie Kotenoczkinie, dwóm deputowanym miejskim obwodu krasnosilskiego w Moskwie, po tym, jak Rada Deputowanych nie zgodziła się z tzw. operacją specjalną. Deputowanym miejskim grozi do 10 lat więzienia za ich antywojenną postawę.

W Petersburgu sąd orzekł w sprawie „podróbek” przeciwko dziennikarce Marii Ponomarenko, która 17 marca opublikowała na swoim kanale na Telegramie informację, że rosyjskie siły powietrzne rozpoczęły nalot na Teatr Dramatyczny w Mariupolu. Jednocześnie rosyjskie Ministerstwo Obrony zdementowało tę informację.

Wszczęto sprawę karną przeciwko Weronice Biłocerkiewskiej, która zamieściła na swoim profilu na Instagramie szereg postów zawierających informacje o wykorzystaniu rosyjskiej armii do niszczenia ukraińskich miast i ludności cywilnej podczas operacji specjalnej. Twierdzą, że „Biłocerkiewska zdyskredytowała władze publiczne i armię rosyjską”. Chociaż w rzeczywistości to Rosja, jej rząd i armia zdyskredytowały się. W obwodzie tomskim zostało wszczęte postępowanie karne przeciwko mieszkańcowi Siwerska i mieszkańcowi Tomska. W jednym z portali społecznościowych zamieścili oni informacje o stratach rosyjskich żołnierzy, a także o ich działaniach na terytorium Ukrainy.

Sprawę karną wszczęto przeciwko petersburskiej artystce Aleksandrze Skoszilenko, która w sklepie zamieniła metki z cenami na informacje o zmarłych w Mariupolu. Oskarżana jest także o rozpowszechnianie „fejków” na temat armii rosyjskiej. Kilka tysięcy takich spraw zostało już wniesionych w Rosji, a jeszcze więcej jest administracyjnych spraw „zdyskredytowania” sił zbrojnych.

W ten sposób dzieje się coś niesłychanego na świecie: deklarując w konstytucji wolność słowa i mediów oraz zakazując cenzury, rosyjski parlament wprowadził tyle zakazów kodeksów administracyjnych i karnych, że wyrażanie jakichkolwiek prawdziwych informacji o rządzie i jego przedstawicielstwach, o weteranach, o działaniach władz i armii rosyjskiej i innych rodzajów sił zbrojnych stało się niemożliwe. Wszystkie prawdziwe informacje są prawnie kwalifikowane jako fałszywe. Jednocześnie prawie wszystkie zniekształcone, stronnicze i nieprawdziwe informacje są kwalifikowane jako prawdziwe. Kojarzy się to orwellowskimi „wojna jest pokojem”, „kłamstwa są prawdą”. W świecie mediów w całej Europie jest to bezprecedensowy eksperyment ustanowienia totalnej cenzury w interesie dyktatorskiego reżimu, który powinien podlegać międzynarodowym sądom.

 

Wyznanie SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO: Bycie sędzią jest piękne

Najgorzej to jak się człowiek naczyta. Pamiętam czytałem kiedyś wspaniały tekst sędziego Adama Rzeplińskiego, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego pod tytułem „Być sędzią”. Tekst naprawdę niezwykły, o tym jaki powinien być sędzia. Każdemu polecam.

Tu fragment: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność.”

Czytałem ten tekst mając kilkunastoletnie doświadczenie reportera sądowego i uczestnicząc w wielu procesach służbowo i prywatnie. Mam o sędziach wyrobione zdanie i jest ono obszerne oraz posiada wiele przypisów, oraz bogatą artukułografię.Teraz przypomniały mi się fragmenty z „poczuciem godności osobistej”, „prawości i nienagannej przeszłości”, „dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej”, a przypomniały mi się po lekturze tekstu o tym jak sędzia Piotr Gąciarek ze stowarzyszenia Iustitia wygrał prawomocnie sprawę z TVP o naruszenie dóbr osobistych.

W skrócie, w jednym z programów pokazano, że sędzia Gąciarek kilka lat temu poznał kobietę na portalu randkowym. Jak przyznał sam sędzia kobiecie z portalu randkowego, której nigdy nie widział przesłał 13 tysięcy złotych i telefon komórkowy. Oczywiście okazało się, że kobieta używała fałszywego nazwiska i niczego nie oddała. Została wytropiona i surowo skazana. Sędzia uznał, że materiał w TVP wskazywał, że jego relacje umożliwiły skazanie tej kobiety, co byłoby nadużyciem stanowiska. Dwa sądy uznały, że dobra osobiste użytkownika portalu randkowego zostały naruszone i przyznano mu prawomocnie zadośćuczynienie wynoszące 40 tysięcy złotych.

Oprócz tego sędziego trzeba przeprosić, gdyż materiał zawierał krzywdzące go i nieprawdziwe informacje. Przy czym informacje, że sędzia Gąciarek przesłał nieznanej pani z portalu randkowego 13 tysięcy złotych i telefon są prawdziwe, bo sam sędzia je potwierdził. Najważniejsze, że historia dobrze się skończyła, że sędzia Piotr Gąciarek obronił dobre imię niezbędne przecież dla tego zawodu zaufania publicznego.

A na koniec proponuję Państwu, dla utrwalenia, fragment artykułu prof. A. Rzeplińskiego pod tytułem „Być sędzią”: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność…”

Ukraina apeluje do zagranicznych dziennikarzy: nie korzystajcie z rosyjskich zaproszeń do Mariupola

Ukraiński minister kultury Ołeksandr Tkaczenko poinformował na Telegramie, że rosyjscy okupanci próbują zorganizować w Mariupolu tournee prasowe dla zagranicznych dziennikarzy. Przestrzegł przed udziałem w tych „propagandowych inscenizacjach, służących powielaniu kłamstw na temat Ukrainy”.

„Rosyjska dezinformacja przyjmuje niewiarygodne formy. (…) Najważniejszym celem wroga jest zdyskredytowanie działań Ukrainy podczas wojny. Do Mariupola przywieziono już specjalne »dekoracje« dla zagranicznych mediów – zebrane z okupowanych terenów fragmenty ukraińskiej amunicji oraz ludzi, którzy zostaną przedstawieni jako miejscowi naoczni świadkowie” – napisał Tkaczenko.

Szef resortu kultury przestrzegł dziennikarzy, że udział w podobnych rosyjskich przedsięwzięciach byłby złamaniem ukraińskiego prawa.

„Nie można mówić o objazdach dla prasy w miejscach kontrolowanych przez wroga. Chciałbym przekazać kolegom dziennikarzom z zagranicy: przekraczanie granicy państwowej i działalność mediów na terytorium naszego kraju, w tym na obszarach okupowanych, są regulowane przez ustawodawstwo Ukrainy” – podkreślił Ołeksandr Tkaczenko.

Jak powiedziała w rozmowie z Polską Agencją Prasową, Katarzyna Chawryło, ekspertka warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, Rosja organizuje dla zachodnich dziennikarzy wyjazdy np. do Mariupola.

„W ostatnim czasie brały w nich udział m.in. media z Niemiec i Francji, co relacjonowała rosyjska telewizja. Są to przedstawiciele niszowych tytułów, lecz ich obecność wystarczy, by w kremlowskiej telewizji zbudować propagandowy przekaz o »obiektywnych zachodnich reporterach, dążących do prawdy mimo panującej na Zachodzie cenzury«” – zauważyła Katarzyna Chawryło.

opr. jka, źródło: pap.pl

O unijnym szalonym władcy pisze CEZARY KRYSZTOPA: Brukselski czubek

Historia zna szalonych władców, którzy szkodzili swojemu ludowi. Nawet jeśli Neron, wbrew pogłoskom, nie spalił Rzymu – jedna z wersji głosi, że tylko wykorzystał pożar, żeby zbudować sobie większy pałac – to sprowadził okrutne prześladowania na chrześcijan, usiłując bezpodstawnym oskarżeniem odsunąć od siebie podejrzenia. Z kolei bizantyjski cesarz Justyn II kazał się wozić tronem na kółkach po pałacu, gryząc przy tym dworzan. Dwóch z nich miał nawet zjeść. A król Francji Karol VI miał uważać, że jest ze szkła, więc zabronił się dotykać, pod ubraniem nosił poduszki, by na koniec przestał się myć, przebierać i ostatecznie zapomniał kim jest.

Jednak wyjątkowym przypadkiem szalonego władcy jest oligarchia zasiadła dziś w Brukseli, która ogłosiła się władcą Europy, choć nikt jej na to stanowisko nie wybrał. Wyjątkowym, ponieważ jako pierwszy w historii szalony władca ma nie tylko przemożną chęć szkodzenia „poddanym”, ale ma również w tym zakresie dokładny plan, który z konsekwencją godną zdrowego na umyśle, systematycznie wprowadza w życie.

Fit for 55

Ubolewam nad tym, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że tak jak poprzedzający go tzw. „Zielony bezwład” czy też „ład” – oparty prawdopodobnie na założeniach wyskrobanych na ścianach celi opuszczonego ośrodka dla obłąkanych – „Fit for 55” Fransa Timmermansa jest de facto planem masowego podniesienia cen wszystkiego, a co za tym idzie, obniżenia wzrostu gospodarczego i celowego zubożenia mieszkańców Europy. I nie jest to żadna metafora ani przesada, mamy za wszystko płacić więcej, co ma prowadzić do obniżenia konsumpcji i przez to zmniejszenie wydzielania przez nas rozmaitych gazów, co z kolei ma podobno „uratować planetę”.

Załóżmy przez chwilę, że nasz szalony władca chce dla nas dobrze i rzeczywiście chodzi mu o to żebyśmy przeżyli mityczne „wielkie wymieranie”. Problem w tym, że karlejąca od dawna w sensie gospodarczym – i nie tylko – Europa wydala kilkanaście procent „szkodzących planecie gazów” w skali świata (ta proporcja ciągle się zmniejsza, np. dlatego, że Europa coraz bardziej odstaje gospodarczo od centrów współczesnego globu). Większość „wydalają” Chiny, Indie, Stany Zjednoczone, Rosja (a w Europie „zielone” Niemcy, ale nie mówcie nikomu, bo będzie im przykro). I w sporej części przypadków te państwa nie mają zamiaru przestać wydalać. W związku z czym nawet gdyby Europa stała się jutro lodową pustynią, albo niczego niewydalającą dziurą, w ogólnym bilansie niewiele by to zmieniło.

Ktoś by pomyślał – no tak, ale wojna wszystko przeorała – urealnia bezużyteczne ideologie. Nawet Niemcy, trudno powiedzieć na ile szczerze, usiłują odrzucić paradygmat „ekologii opartej na nieekologicznym gazie z Rosji”, a przyjąć paradygmat realnego „bezpieczeństwa energetycznego państwa”. Nie dotyczy to jednak naszego brukselskiego władcy. Ten upiera się, że nawet jeśli na chwilę musielibyśmy powrócić do pewnego energetycznego pragmatyzmu, to on nie zamierza w żadnym wypadku rezygnować ze swoich ambitnych zielonych celów!

I tutaj powstaje pytanie czym się właściwie nasz szalony władca kieruje. No wiadomo, kieruje nim szaleństwo, a jednak jest zdolny do wytworzenia czegoś tak z jednej strony szalonego, ale z drugiej konsekwentnego w swoim szaleństwie, jak „Fit for 55”. Może więc ów władca takim zupełnym idiotą nie jest. Czy można uwierzyć, że nie zdaje sobie sprawy z „ekologicznej” bezcelowości swojego „ambitnego planu”?

Zamiłowania obłąkanego

Być może pewną wskazówką są tutaj inne zamiłowania obłąkanego. Weźmy takie zamiłowanie do zabijania dzieci nienarodzonych, zwane dla niepoznaki aborcją, albo zamiłowanie do zabijania staruszków, zwane dla niepoznaki eutanazją, albo upór w promocji – tak promocji, o efektach świadczą statystyki – powiedzmy niestandardowych zachowań seksualnych, czy też promocji skrajnego egoizmu. Wszystkie te „zamiłowania” mają pewien niepozorny zbiór wspólny. Mają sprawić żebyśmy zabijali więcej dzieci i staruszków, jak najmniej się rozmnażali i żeby nie interesowało nas żadne tam „dobro wspólne” (to mamy zostawić naszemu szalonemu władcy, on się nim zajmie lepiej). Mamy jako ludzie, a jako Polacy to już wyjątkowo, na różnych poziomach podlegać atrofii.

A kiedy już zabijemy wszystkie dzieci i staruszków, przestaniemy się rozmnażać i konsumować, a być może również rozmawiać ze sobą skupieni na „samorealizacji” i smartfonach, wtedy zostaniemy ostatnim wydalającym szkodliwe gazy problemem do usunięcia przed osiągnięciem stanu uznawanego przez naszego szalonego władcę za idealny.

Jak pisałem na wstępie, historia zna wielu szalonych władców, ale tego chyba jeszcze nie…

WALTER ALTERMANN: W Polsce, czyli nigdzie – obraz współczesności w naszych filmach

W tytule cytuję słynne stwierdzenia Alfreda Jarry’ego, autora groteskowego dramatu „Ubu Król, czyli Polacy” z 1888 roku. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” – powiedział Jarry w przemówieniu przed premierą w 1896 roku.

            Uspokajam naszych hurra patriotów, że to zdanie nie jest antypolskie, bo istotnie Polski nie było wtedy na mapach świata. Nadto sztuka jest absurdalna, uznawana za zapowiedź surrealizmu i z Polską nie ma nic wspólnego. W Polsce, czyli nigdzie – jednak ten zwrot jak najbardziej trafnie opisuje współczesne polskie kino.

Przytłaczająca większość współczesnej produkcji filmowej z ostatnich kilku lat osadzona jest w przestrzeni materialnej i mentalnej wszędzie, czyli właśnie nigdzie. Gdyby do tych filmów podłożyć dubbing – powiedzmy – hiszpański czy włoski, z całą pewnością nikt z zagranicznych widzów nie zorientowałby się w jakim kraju rzecz się rozgrywa. Złożyło się na taki stan rzeczy wiele istotnych powodów. Tutaj jednak – z braku miejsca na długie rozprawy – ograniczę się do kilku najważniejszych.

Scenariusze

W każdym filmie najważniejszy jest scenariusz. On jest tym biblijnym „słowem” od którego zaczyna się wszystko. Dobry scenariusz – już w trakcie lektury – musi zainteresować samych twórców. Bez dobrego scenariusza nie może powstać i nie powstanie, żaden dobry film.

Jeżeli film ma mieć – poza artystycznym – także społeczny charakter, to byłoby dobrze, żeby twórcy, przed przystąpieniem do produkcji, powiedzieli sobie wyraźnie – po co dzieło kręcą, o czym ma być i kto ma je oglądać. Czy jedynie dla własnej chwały, czy ku uciesze i rozrywce, czy też ma „wstrząsnąć sumieniami” albo „pobudzić do myślenia nad kondycją mentalną Polaków”. No, cokolwiek. Podejrzewam jednak, że większość twórców tak cieszy się z możliwości kręcenia, że zapomina – po co ma kręcić.

Popatrzymy na wielkie klasyki naszej kinematografii. Od razu uświadamiamy sobie, że punktem wyjścia była wielka literatura – „Chłopi” i „Ziemia obiecana” Reymonta, Trylogia Sienkiewicza, „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Popioły” Żeromskiego. I scenariusze na podstawie tych powieści opowiadały historie, sprawy, problemy ważne dla Polaków.

To wyobraźnia i klasa autora powodują, czy jakaś powieść, bądź nowela, nadają się do przeróbki na film. Bo jest też wielka literatura, która z pewnością nie jest filmowa.

Polska kinematografia ma też w dorobku dobre filmy, które powstały na podstawie scenariuszy nie będących adaptacją wielkiej literatury.

Za scenariuszami jest też i taki problem, że coraz częściej powstają one przy udziale reżyserów, bądź sami reżyserzy piszą je dla siebie. Wtedy krytyka mówi o „kinie autorskim”. Oczywiście reżyserzy znają najlepiej język kina, ale też jest w Polsce wielu literatów, którzy pisali i piszą dla kina.

Jednym z najwybitniejszych był  Jerzy Stawiński. To on napisał dla kina dzieła wybitne, takie jak: „Człowiek na torze”, „Eroica”, „Zezowate szczęście” – reżyserii Andrzeja Munka czy „Kanał” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To Stawiński napisał również scenariusz do „Krzyżaków” Sienkiewicza w reżyserii Aleksandra Forda.

Grzech Żeromskiego

Niestety film polski coraz rzadziej korzysta z talentów wielkich literatów, potrafiących pisać filmowe scenariusze. Dzieje się tak nie tylko z powodu nadmiernych – mym zdaniem – ambicji sporej grupy reżyserów. Powodem jest i to, że zgodnie z polskim prawem autorskim reżyser twórcą nie jest.

Twórcy naszego prawa autorskiego, głównie Stefan Żeromski, popełnili w roku 1918 błąd, który mści się dzisiaj na naszej kinematografii. Otóż prawo autorskie mówi, że prawa do tantiem mają autorzy tekstów i muzyki, choreografowie, ale już nie reżyserzy. Takie prawo obowiązuje w Polsce od  czasu powstania ZAiKS-u i skutkuje właśnie tym, że reżyserzy sami zaczęli pisać, bo już jako autorzy scenariuszy mają prawo do tantiem.

Oczywiście Żeromskiego, Słonimskiego i innych inicjatorów powstania ZAiKS-u należy rozgrzeszyć, bo przecież w roku 1918 zawód reżysera właściwie nie istniał nawet w teatrze, a co dopiero w kinie.

Przykładem dość dowolnego traktowania sfery literackiej w filmie jest fakt, że wielu reżyserów na planie zdjęciowym, czyli w ostatniej chwili, prosi aktorów by mówili „własnymi słowami”. A sztuka to konstrukcja, także dialogu. Naturalność też może być, ale w filmach dokumentalnych.

Konflikt

Żeby film miał „wewnętrzny napęd” akcja musi zawierać istotny konflikt. Najlepszym przykładem jest „Antygona” Sofoklesa, bo zarówno tytułowa bohaterka, jak i jej przeciwnik Kreon stają przed wyborem – szanować prawa ludzkie, polityczne czy boskie. Bez konfliktu, z którym utożsami się widz nie ma dobrego dzieła: powieści, sztuki teatralnej czy filmu.

Popatrzmy na arcydzieło Wajdy, na „Ziemię obiecaną”. Przede wszystkim geniuszem był autor, czyli Reymont. To on zawarł w powieści dylemat: dorabiać się czy pozostać biernym wobec życia. Ale dorabianie się w ówczesnej Łodzi znaczyło również akceptację powszechnej nędzy robotników i zgodę na ich wyzysk, a w finale wezwanie kozaków, żeby rozstrzelali głodową demonstrację robotniczą.

Polska bieda i odrzucenie społeczne

Bardzo modne jest teraz robienie filmów o polskiej biedzie. Niestety filmy te ukazują bohaterów jako ludzi odmóżdżonych. Realizatorzy tak wiele wysiłku poświęcają na ukazanie materialnej biedy, niekiedy wprost odrażającej, że już nie starcza im sił na ukazanie bohaterów jako ludzi myślących i czujących. A zapewniam, że kilku znanych mi tzw. meneli ma bogatsze życie wewnętrzne niż kilku znanych mi scenarzystów i reżyserów razem wziętych. Rzecz w tym, że twórcy takich filmów nie rozumieją prostych ludzi, nie rozumieją biedy i związanych z nią problemów. Oni – ci twórcy – epatują nas ekranową biedą i każą nam razem z ich bohaterami tonąć w brudzie i nędzy. Ani to moralne, ani atrakcyjne.

Może nie znają genialnego zdania Francuzki – siostry Emmanuelli, która poświęciła życie kairskim nędzarzom, żyjącym od pokoleń na wysypiskach śmieci. Ta wielka kobieta powiedziała: „Nie szukam miłosierdzia, tylko sprawiedliwości”.

Ale w naszym kinie nie ma ukazania przyczyn biedy, nie ma też mowy o drogach i szansach na wyjście z nędzy. Mamy jedynie bardziej czy mniej wzruszające obrazki z ludzkiego dna.

A jest przecież do obejrzenia – przez polskich scenarzystów i reżyserów – wielki film „Parasite”, którego scenariusz napisali Joon-ho Bong i Jin Won Han, a reżyserem jest Joon-ho Bong. Ten film z Korei Południowej zdobył 4 Oscary, 45 innych nagród i 37 nominacji. O czym jest dzieło? O współczesnym społeczeństwie, które żyje jak na schodach – najbiedniejsi na samym dole, a na szczycie, na ostatnim schodku najbogatsi. Co ich łączy? Właściwie, poza językiem, nic.

Filmy o bohaterach

A może w dzisiejszej Polsce – po prostu – nie ma żadnych problemów społecznych i zagubieni twórcy muszą sięgać do czasów walki z komuną? Nie mówię, że takie filmy nie są potrzebne, ale mijają już 32 lata od upadku komuny, co znaczy, że dzisiejsi 30-latkowie i 40-latkowie dorośli i żyją w innych czasach, uciekają jednak od opisu czasów, w których żyją.

Liczne są ostatnimi laty filmy – głównie telewizyjne – opisujących heroizm ludzi, którzy w roku 1945 nie złożyli broni i podjęli walkę z nową władzą. Jedne z tych filmów zrobione są dobrze, inne gorzej, ale łączy je swoisty eskapizm, bo opowiadają sprawy zaprzeszłe.

Najlepszym przykładem tego typu produkcji filmowej niech będzie film Władysława Pasikowskiego „Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Rzecz jest wyreżyserowana dobrze, dobrze zagrana, ale – niestety – najsłabszy jest scenariusz. Mamy bowiem do czynienia z konfliktem między głównym bohaterem a resztą jego mundurowych kolegów. Jednak w filmie nie ma wewnętrznego konfliktu bohatera. A to jest gwarancją zaistnienia dramatu. Chyba, że uznać za konflikt to, że bohater obawia się dekonspiracji i aresztowania. Zresztą wątek strachu jest w filmie nader eksploatowany, aż do granic śmieszności. Bo przecież każdy szpieg musi zakładać, że może zostać złapany. Jeżeli nie zakłada, to znaczy, że jest szalony, czyli mało wiarygodny. I w sumie mamy sprawnie opowiedzianą historię o niewiarygodnym bohaterze filmu.

Następcy – wystąp

Gdyby być skrupulatnym i dokładnie liczyć, to rok 2022 jest już 33 rokiem nowych czasów. Zatem, jeżeli PRL istniał lat 44 – od roku 1945 do roku 1989 i  jeżeli dodamy teraz te 33 lata czasów obecnych do roku 1945, to wyjdzie nam, że jesteśmy obecnie – poniekąd i jakby – w roku 1978. I gdybyśmy porównali osiągnięcia polskiej kinematografii z lat 1945-1978 z latami 1989-2022, to niestety tamten „miniony system” dał kinematografii większe szanse na stworzenie wybitnych dzieł kinematografii, niż czasy obecne.

Być może sprawiła to ogromna komercjalizacja kultury? Być może twórcy nasi uznali, że wszystko jest w porządku i pora jedynie zarabiać i bawić się? Być może kino ma być tylko rozrywką? Nie wiem. Obawiam się jednak, że nasza kinematografia utknęła w na piaszczystej drodze. Koła machiny buksują, a pojazd coraz bardzie zakopuje się w piachu.

W każdym razie nie widzę godnych następców Stanisława Barei, Sylwestra Chęcińskiego, Jerzego Hoffmana, Jerzego Kawalerowicza, Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Jana Rybkowskiego i Andrzeja Wajdy. I gdyby ktoś krzyknął – nawet bardzo głośno: „Następcy wystąp!”, to zapanowałaby długa i martwa cisza.

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Majowej jutrzenki przestroga

Dzięki Bogu dożyliśmy 231. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja! Dla młodszych: to takie Mission Impossible końca XVIII wieku. Udało się tylko dlatego, że mocno – delikatnie mówiąc – izolowano zdrajców Polski, czyli ówczesną opozycję, od twórców pierwszej w Europie i drugiej na świecie Ustawy Zasadniczej.

Niestety, tamta opozycja na żołdzie ruskim i pruskim po kilkunastu miesiącach osiągnęła swój cel, czyli drugi rozbiór Rzeczpospolitej, Było to w 1793 roku. Dwa lata później zdrajcy z Polski wraz z Rosją, Prusami i Austrią na 123 lata położyli kres naszej państwowości.

Nie ma właściwie nic do dodania, jeśli chodzi o likwidację własnego kraju, do którego w sporym stopniu przyczynili się obywatele tegoż państwa. Nie ma też sensu wymieniać zdrajców z imienia i nazwiska, czy też nazw grup zaprzańców. Nie ma też po ponad dwustu latach wielkich zmian w mechanizmie takich działań.  W naszej części Europy, zdrada – od rozbiorów Polski – to podobny proces. Zawsze mniejszość, którą pominięto, której nikt nie wybierał, brzydko się chwyta brzytwy paktów z wrogiem.

Tak też jest w Polsce. Na szczęście niewielu, ale mamy głupków, mamy agentów obcych wywiadów, mamy zdrajców. Niestety, czasem ich działania są nazywane „patriotycznymi”.

Cały świat patrzy na Ukrainę, na zmagania naszych sąsiadów z ruską hordą najeźdźców. Społeczność międzynarodowa widzi też zaangażowanie Polaków w pomoc Ukraińcom. Na tle tego wsparcia, dzięki Bogu, słabo widać, w najlepszym przypadku głupie posunięcia polityczne opozycji – przeciwników naszego rządu, chociaż można nawet powiedzieć przeciwników Polaków. W dobie wojny, ktoś kto przeszkadza władzom kraju pomagającego Ukrainie, czyli władzom Polski, jest po prostu sojusznikiem Kremla.

Opozycja powołuje się na „prawdziwy patriotyzm” Polaków, bo chce po prostu otumanić wszystkich i po raz kolejny oszukać. Politycznie. Gospodarczo. Ze zwykłej politycznej zemsty. Patriotyzm bowiem to nie walka polityczna w obliczu zagrożenia wojną światową; to nie kpiny z rządzących; to nie donoszenie na własny kraj do organów administracji Unii Europejskiej, której od 18 lat Polska jest członkiem.

Dobrze, że nie ma u nas wojny, jak za naszą wschodnią granicą, bo opozycja chcąc zrobić na złość polskiemu rządowi, mogłaby się przyłączyć do strony przeciwnej. Z drugiej strony jednak, gdyby, czysto teoretycznie, taka sytuacja miałaby miejsce, znając „mądrość” i „skuteczność” naszej opozycji, Putin siedziałby już dawno w celi a prawnicy pisaliby już przeciwko ruskiemu dyktatorowi akt oskarżenia…

Aha, Parlament Europejski właśnie w rocznicę Święto Konstytucji 3 maja, w dniach, kiedy wspieramy Ukrainę w jej walce z rosyjską agresją, zaplanował „debatę” o „praworządności” w Polsce.

W PE zasiadają potomkowie zaborców, którzy zlikwidowali ostatecznie w 1795 roku nasz kraj. Potomkowie Prusaków sprzed dwóch wieków, czyli Niemcy oraz potomkowie Austriaków sprzed ponad 200 lat, czyli… Austriacy a także Rosjanie. Tak, tak, Rosjanie też są w PE. To jawni albo zakamuflowani sojusznicy Putina z Niemiec, Francji, Austrii, Skandynawii i innych krajów, ale nade wszystko to mentalni Rosjanie z polskiej opozycji, która – oby tylko z głupoty – donosi na Polskę.

 

 

 

Po raz pierwszy na naszych łamach pisze CEZARY KRYSZTOPA: Nowy Musk Twittera

Elon Musk kupił Twittera za 44 miliardy dolarów. PKB, na przykład Białorusi, w 2017 roku to ok. 55 miliardów dolarów, co daje jakieś pojęcie o biznesowej skali tej inwestycji. Nie daje jednak zupełnie pojęcia na temat skali wpływu, jaki ta transakcja może wywołać na świecie, szczególnie w jego zachodniej części.

My w Polsce, słusznie zresztą, jesteśmy zajęci nieco innymi sprawami, mamy za ścianą wojnę i wściekłą Rosję na głowie, ale ci, którzy w ten czy w inny sposób śledzą przynajmniej angielskojęzyczną strefę światowej przestrzeni medialnej, widzą jak ta transakcja wstrząsnęła progresywną lewicą. Histeria, jaką rozpętano, począwszy od „gróźb” opuszczenia Twittera, poprzez „bunt” pracowników (zagrożenie, którym było podstawą do decyzji o zawieszeniu możliwości wprowadzania zmian na Twitterze przez pracowników), a skończywszy na groźbach zamordowania nowego właściciela, przypomina histerię po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta. Nawet wykonane przez internautów memy są podobne i wykorzystują motywy tamtej histerii sprzed kilku lat. Dlaczego tak się dzieje?

Internet to dziś główny kanał przepływu informacji i opinii na świecie. Natomiast z tej „wolności”, którą dawał u zarania swojego istnienia niewiele już zostało. Główne kanały przepływu informacji i opinii zostały zmonopolizowane przez kilka koncernów w ramach głównych platform mediów społecznościowych i głównych wyszukiwarek. Owszem, oligopol został zbudowany przy pomocy narzędzi wolnego rynku i dobrych produktów, ale czy efekt jest przez to mniej totalitarny?

Ten, kto sądzi, że dysponując narzędziami jakie dają nam koncerny, dysponuje narzędziami obiektywnymi, jest nieuleczalnym naiwniakiem. O tym, co wyszuka dla nas wyszukiwarka, czy jakie informacje, czy opinie do nas dotrą, nie decyduje ten, kto ich szuka. W największym stopniu decydują o tym stworzone przez ludzi, bynajmniej nie o konserwatywnych poglądach, algorytmy, które te strumienie kształtują. Z kolei o tym, jakie informacje i opinie do nas absolutnie nie mają prawa dotrzeć, a czasem wręcz na wieki zniknąć z dostępnej przestrzeni informacyjnej, decyduje często również korporacyjny cenzor. Nie ma tu miejsca by wymienić przypadki banowania, celowego ograniczania zasięgów treści konserwatywnych i przymykania oka na agresję, czy wręcz promocję treści progresywnych. Większość z Państwa zresztą te przykłady zna, lub sama tego doświadczyła.

Dość, że mając władzę kształtowania głównych kanałów przepływu informacji i opinii, koncerny będące właścicielami głównym platform mediów społecznościowych i wyszukiwarek, zbudowały sobie coś w rodzaju interfejsów do obsługi społeczeństw i są władne te społeczeństwa kształtować. W ten sposób mogą nawet decydować o tym, kto wygra wybory. Przesadzam? To przypomnijcie sobie jak tuż przed wyborami odcięto główne kanały dostępu do wyborców urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych!

Jak ma się do demokracji fakt, że to, kto zostanie wybrany w „demokratycznych wyborach” nie tyle decyduje się przy urnach wyborczych, co raczej na „konsolach” operatorów kształtujących wyborców strumieniami przepływu informacji i opinii. Czy z takiego „systemu demokratycznego”, a co za tym idzie, z takiego państwa i jego instytucji nie zostaje pusta żałosna wydmuszka? „Wybory” są i na Białorusi, cóż z tego jednak, skoro wiadomo, kto je wygra.

Większość państw niespecjalnie broni swojej supremacji w tym zakresie. Część z oportunizmu, niewiele jest przykładów wymuszenia przez państwo respektowania prawa przez światowe koncerny, które wypracowały doskonałe metody unikania odpowiedzialności. Innej części znowu, w to graj – postrzegają oni zwalczający wolność słowa oligopol Big Tech, jako sojusznika w trzymaniu pod butem „złych konserwatystów”, nie bacząc na to, że sami stają się sługami pozbawionych legitymacji demokratycznej wielkich korporacji. Gdzie na tym spektrum znajduje się Polska? Nie wiem, ale dotychczasowe próby obrony wolności słowa w sieci, albo spełzły na niczym, albo schowane zostały do szuflady.

I stąd to wycie, które rozległo się po zakupie Twittera przez miliardera, który wyjątkowo nie jest postrzegany, jako przedstawiciel najtwardszego progresywnego betonu. Behemot zadrżał z bólu i strachu. Boi się, że w szczelnym systemie, który zbudował może pojawić się wyrwa. Czy słusznie?

To się okaże. Elon Musk musiałby spełnić swoje obietnice i pokładane w nim nadzieje. A z miliarderami, to jednak nigdy nic nie wiadomo.

O końcu czerwonych pomników pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Na prawym brzegu Wisły nie ma już Berlinga

Przez 34 lata na prawym brzegu Wisły straszył Zygmunt Berling. Zniknął w 2019 r. w „czynie społecznym”. Miasto stołeczne nie miało zamiaru go dekomunizować. Niech to będzie przestroga dla wszystkich samorządów w Polsce: nie chcecie po dobroci, nie słuchacie apeli IPN, czytaj: świadomie łamiecie prawo, to wam pomożemy.

Bo ustawa Sejmu z 1 kwietnia 2016 r. zakazywała propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego „przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Samorządy na usunięcie reliktów sowieckiej dominacji miały dużo czasu, bo aż rok. Wiele nie chciało się zastosować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej następca Rafał Trzaskowski nie chciał tak samo, a może jeszcze bardziej – prezydent m. st. wielokrotnie publicznie kontestował wszelkie zabiegi dekomunizacyjne, i niestety skutecznie je zwalczał – patrz przywrócenie większości komunistycznych patronów ulic, czyli faktyczna rekomunizacja. W sprawie Berlinga (Zygmunta) Trzaskowskiego (Rafała) wspierała Jaruzelska (Monika): „Moim zdaniem to akt wandalizmu”. I wiele środowisk (post)komunistycznych.

 

Z przetrąconymi nogami

I tak urodzony 27 kwietnia 1896 r. w Limanowej Berling straszył w Warszawie zbyt długo. Podobnie, jak w Koszalinie pomnik „Zwycięskiej Armii Radzieckiej”. Wobec takiej samorządowej „opieszałości” monument obalił ostatnio za pomocą koparki 39-letni mieszkaniec. Też w „czynie społecznym”. Pomnik rozpadł się na kawałki, a w sumie szkoda, bo mógł trafić do muzeum komunizmu. Ze względu na swoje wartości edukacyjne (wyjątkowe sowieckie zakłamanie): russkij sołdat przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka.

Ale wracając do Berlinga. Jego w ogóle nie żal. Stał na czerwonym (nomen omen) cokole, z przetrąconymi (można się domyślać przez sowietów) nogami. Architektoniczne szkaradztwo.

Czy to sukces, że Berling z przestrzeni publicznej zniknął? Nie do końca, bo gdyby nie wspomniani „społecznicy” trwałby dalej. I zakłamywał przestrzeń publiczną, infekując kolejne pokolenia Polaków. Fatalnie to świadczy o władzach stołecznego grodu.

Hołd dla Stalina

Zygmunt Berling był zdrajcą. Ten żołnierz Legionów Polskich, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, w czasie II wojny światowej sam stał się bolszewikiem.

Po agresji sowietów na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. wzięty do niewoli. I podzieliłby los ponad dwóch dziesiątków tysięcy polskich jeńców, gdyby nie dał sobie przetrącić nóg, a właściwie całego polskiego kręgosłupa.

NKWD zwerbowało go w obozie w Starobielsku. Werbowali tacy osobnicy jak generał-major Wasilij Maksim Zarubin, wcześniej sekretarz ambasady sowieckiej w Waszyngtonie. Do sowieckiej siatki Zarubina w USA należał Konstanty Gebert (dziennikarz, współzałożyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych), Aleksander Hertz (socjolog), Oskar Lange (ekonomista), Julian Tuwim (poeta).

I znów czytelnikowi należy się powrót do Berlinga: po zdradzie katyńskiej przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworząc deklarację hołdu i lojalności wobec mega-mordercy Stalina. Zdrajca Berling zatwierdzał wyroki śmierci na swoich żołnierzach podejrzanych o związki z polskim podziemiem niepodległościowym.

Duch czasów

Ale w Warszawie zostały jeszcze inne pamiątki po sowieckim „wyzwoleniu”. Nie mówię o Pomniku Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej (przez Warszawiaków nazywanym „pomnikiem utrwalaczy”), rozebranym w 1991 r. (dziś przed Pałacem Lubomirskich stoi pomnik Tadeusza Kościuszki).

Nie mówię też o Pomniku Braterstwa Broni („czterech śpiących”), odsłoniętym na Placu Wileńskim w listopadzie 1945 r. (zniknął dopiero w 2011 r.), czy rok późniejszym Pomniku Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej, upamiętniającym sołdatów poległych w trakcie „wyzwalania” warszawskiej Pragi (dotrwał do 2018 r.).

Tu warto przypomnieć historię „czterech śpiących” (w ramach „braterstwa” z Polakami czterej „spali”, gdy Niemcy zarzynali Powstanie Warszawskie, a trzej walczyli – zarzynali na Pradze polskie podziemie niepodległościowe). Przez lata minister Andrzej Krzysztof Kunert (sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa) wmawiał nam, że „śpiący” muszą pozostać na warszawskiej Pradze, bo „oddają ducha tamtych czasów”. Ale Polacy „ducha” tego poznawali w kazamatach NKWD-owskich i ubeckich katowni. Na Pradze przy ul. 11 Listopada, Ratuszowej, Sierakowskiego, Strzeleckiej. Gdy na drugim brzegu Wisły tliło się jeszcze powstanie, tu „wyzwoliciele” hurtowo wyłapywali i mordowali AK-owców.

A sekretarz Kunert, razem z prezydentem Komorowskim budowali pomnik bitwy polsko-bolszewickiej 1920 r. w Ossowie. Pomnik bolszewicki.

Mały Franek” contra „Inka”

W tym samym roku co pomnik Berlinga (1985) na Pradze stanął Pomnik Kościuszkowców – w 40. rocznicę „wyzwolenia” Warszawy. Tym razem nie „zawdzięczamy” go Andrzejowi Krzysztofowi Kunertowi, ale Włodzimierzowi Sokorskiemu – komunistycznemu dygnitarzowi, który był nie tylko politrukiem lWP, funkcjonariuszem KPP i PPR, ale także Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Pomnik stoi do dziś…

I przynajmniej jeszcze jedna stołeczna sowiecka „pamiątka”: Pomnik Partyzanta przy rondzie de Gaulle’a, poświęcony Gwardii Ludowej i Franciszkowi Zubrzyckiemu (po remoncie w 2014 r. na cokole pojawił się dla zmyłki nowy napis: „Partyzantom walczącym o wolną Polskę w czasie II wojny światowej”). Ten „Mały Franek” wsławił się jedną akcją na polską leśniczówkę, podczas której zabrał dubeltówkę i 5 tys. złotych. Można powiedzieć: taki (sowiecki) bohater, jakie (sowieckie) wyzwolenie. Ulicy Zubrzyckiego wyjątkowo – w ramach rekomunizacji – Rafał Trzaskowski nie przywrócił. Najwyraźniej Danuta Siedzikówna „Inka”, która „Małego Franka” zastąpiła, jest zbyt znana, a w bezideowej prokomunistycznej polityce liczą się przecież słupki poparcia.

HUBERT BEKRYCHT: Le Macron – Mesje le Bufą sowietik

Od razu zaznaczam, że – moim zdaniem – procesowym dybom powinien podlegać każdy, kto w krytyce ponownie wybranego na stanowisko prezydenta Francji Emmanuela Macrona upatruje pochwały liderki opozycji Marine Le Pen. Oboje są prorosyjscy a teraz, po reelekcji Macrona, oboje bezradni wobec Niemiec i bezczelnie zapatrzeni w Putina, choć zaprzeczali temu podczas dosyć bezbarwnej kampanii. I oboje pojęcia nie mają, że Ukraina to niepodległe państwo napadnięte przez rosyjskie hordy barbarzyńców, które kiedyś mogą też przelać się przez Sekwanę, Loarę i Rodan.

Macron jest bezczelnym młokosem politycznym i kompletnie niekompetentnym prezydentem Francji. Gdyby nie pandemia i wojna nikt nawet nie zauważyłby, że w Paryżu jest jakiś, pardon, Mesje le Bufą Le Marcron sowietik * (*pisownia zamierzona).

Bufon to we Francji nic nowego. Oni tam tak mają. Jak Amerykanie, wielbiciele żabich udek i ślimaków znad Wisły, wiedzą teraz tak niewiele o świecie, jak Putin o wojnie, bo gdyby wiedział już nie byłoby Europy…

Nadto Francuzi wielbią Rosję od kołyski, a Sowieciarzom z czasów komunizmu wybaczali wszystko. No, prawie wszystko. To, czego nie wybaczali zwolennicy Macrona, wybaczali fani Le Pen. Taka tam jest liberalna i konserwatywna, prorosyjska rzeczywistość polityczna. Właściwie nad Sekwaną nie było kandydatów na prezydenta nie wyznających poglądu, że „może tam i Putin jest mordercą, ale co to ma do pieniędzy, które w Moskwie można zarobić.”

Smutne, ale prawdziwe. Druga tura była już łatwiejsza dla Macrona, bo Le Pen zrobiono taki czarny PR, jakby rządziła we Francji dwie kadencje i sprzedała Lazurowe Wybrzeże Chińczykom a Korsykę Hindusom. Dla odsądzających Le Pen od czci i wiary lewicowo zapatrujących się Francuzów, jak to dla lewaków, kompletnie nie miało znaczenia, że to Macron sprzedawał Rosji optykę i ważne część składowe do broni pustoszącej teraz Ukrainę, broni która pozwala ruskim hordom zabijać, gwałcić i okaleczać Ukraińców i rabować kraj.

Francuzi zgubiliby się na lotnisku, gdyby nie napisy kierujące do toalet, ale ich nowy stary prezydent nadal jest bufonem, który ma czelność wyzywać inne głowy państw od „antysemitów”, tak w przypadku Mateusza Morawieckiego, bo nasz premier przypomniał prezydentowi V Republiki, iż to dzięki francuskiej broni giną ukraińskie dzieci. To samo bufonadą z Niemców i przedstawicieli wielu krajów tzw. starej Unii Europejskiej.

Oni po prostu uważają się za lepszych. Ciągle myślą, że Putin to równorzędny o partnera do robienia interesów. I że zawsze, jak od Macrona, odbierze od nich telefon. Kiedy się zorientują, że seryjny morderca musi atakować do końca swego życia? W tym przypadku seryjnym mordercą są Rosjanie, z nielicznymi wyjątkami, czyhający na polityczną śmierć Ukrainy, aby potem napaść na Polskę, na państwa bałtyckie, na Rumunię (za zgodą Francji) a może nawet kiedyś zaatakować Czechy (za zgodą Niemiec).

Nie wiem, kiedy stary Zachód zorientuje się, że ruskie morderstwa na Ukrainie to – jak utrzymuje Putin – nie są prowokacje Kijowa i Warszawy, ale wiem, iż Francuzów może w tej sprawie dotyczyć wytłumaczenie z żabami w roli głównej. Otóż, jak powszechnie wiadomo, żywą żabę można ugotować, jeśli bardzo powoli podgrzewa się wodę. W pewnym momencie, sympatyczny płaz orientuje się, że stoi u progu żabiego raju, ale jest za późno.

Jeśli jednak Putin w taki sposób gotuje Francuzów dając im wybór między Macronem a Le Pen, to, kto na Boga, po finiszu tej termicznej obróbki zje tę „żabę”? Przecież nie Francuzi… Hast du verstanden?

***

Tym mieszkańcom Polski, którzy w nocy niedzielę na sobotę świętowali zwycięstwo prorosyjskiego kandydata Macrona i przegraną prorosyjskiej kandydatki Le Pen w wyborach na prezydenta Francji dedykuję starą jak świat anegdotę:

Pewna przedwojenna hrabina miała trzy nocniki  – biały, niebieski i czerwony… A jak weszli ruscy to hrabina się ze strachu zes…., to znaczy zestresowała się i nie zdążyła…

 

Podczas pisania tego felietonu inspirowałem się rozmową, którą przeprowadziłem z politologiem prof. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim w sobotę 23 kwietnia 2022 roku  dla PAP.