O wartościach dla wybranych pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Musk i meandry wolności słowa

Niby drobiazg, ale nie. Część większej całości. Ważnej całości dotyczącej naszej cywilizacji i jej filaru, wolności słowa. O wolność słowa najgłośniej walczą ci, którzy chcą ją ograniczyć, albo inaczej, chcą ją czcić pod warunkiem, że poglądy wyrażane w ramach wolności słowa zgadzają się z ich poglądami, a jak się nie zgadzają, to są oczywiście językiem nienawiści, rasizmu, dyskryminacji, faszyzmu, które trzeba penalizować, a nienawistników otoczyć kordonem sanitarnym.

Kordon sanitarny może się składać i już się składa z braku dostępu do mediów dla nienawistników. Albo ze skutecznym ograniczaniem tego dostępu. Jak bardzo skuteczne było ograniczanie widzieliśmy choćby po przypadku Donalda Trumpa, któremu wielkie platformy społecznościowe odcięły możliwość komunikowania się z wyborcami, bo tak. A teraz do rzeczy.

Jeden z najbogatszych ludzi na świecie Elon Musk kupił część akcji Twittera, niecałe 10 procent. Choć stał się największym udziałowcem, to jego procenty nie pozwalają przejąć nad tt kontroli. Kontrola według Muska polegałaby na tym, że skończyłaby się nieodgadniona kontrola. Pisząc „nieodgadniona” mam na myśli pełną uznaniowość właścicieli portalu, co jest dopuszczalne, a co nie. Twitter Muska przestałby cenzurować wiele treści, które cenzuruje teraz, na przykład treści niepoprawne politycznie, oczywiście z zachowaniem prawa.

Treści bezprawne, naruszające prawo nie byłyby publikowane albo byłyby zdejmowane. Musk chce jednak czegoś rewolucyjnego: udostępnienia kodu moderacyjnego, żeby każdy mógł sprawdzić na jakiej zasadzie pewne treści są dopuszczalne, a jakie nie. To oznaczałoby dyskusje na temat tego algorytmu i pewnie stałą, albo okresową modyfikacje tegoż w ramach otwartej dyskusji o wolności słowa. Napisałem to, napisałem, napisałem „otwarta dyskusja o wolności słowa”, prawdopodobnie jestem więc niegodziwcem podszyty. Bo jaka otwarta dyskusja o wolności słowa? Nie po to są elity i te elity mają pracowników za pieniądze, żeby jakimś, przepraszam, Jastrzębowskim przychodziła otwarta dyskusja o wolności słowa.

To wcale jednak nie oznacza, że wolność słowa ma być nieograniczona i dopuszczać wprowadzenie ludzi w błąd, czyli świadome i celowe okłamywanie ludzi w celu osiągnięcia ściśle określonych efektów. I tu przykład jak wolność słowa upadła na twarz, że jednak ta wolność powinna być sprawdzana, weryfikowana… Kiedy Musk ogłosił, że chętnie kupiłby resztę Twittera za 43 miliardy dolarów, w sieć, w tym w samego Twittera wpuszczono filmik z amerykańskiej stacji MSNBC, na którym Mika Brzeziński (siostra obecnego ambasadora USA w Polsce i córka Zbigniewa Brzezińskiego) miała powiedzieć w związku z próbą przejęcia przez Muska tt: „Elon Musk próbuje kontrolować co i jak ludzie mają myśleć. To nasza praca”. Sam Musk umieścił uśmieszki pod tym wpisem na tt, ale wpis jest nieprawdziwy niestety. Brzeziński powiedziała to w 2017 roku i jej komentarz dotyczył Donalda Trumpa, nie Elona Muska. Zresztą wtedy za ten komentarz dziennikarka dostała trochę po głowie i musiała się tłumaczyć co miała na myśli mówiąc to, co powiedziała.

Ktoś może rzec, że ona teraz na pewno myśli tak samo właśnie o Musku, bo jest częścią establishmentu uwielbiającego poprawność i skrytą cenzurę. Może tak, a może nie. Wolność słowa jest wielkim darem, ale jak widać wymaga jednak odpowiedzialności. Sprawy nie są czarno-białe (jeśli w ogóle biorąc pod uwagę poprawność polityczną można jeszcze tak pisać). A na koniec niespodzianka: Musk zapowiedział, że jak przejmie tt, to rada nadzorcza, która zarabia teraz 3 miliony dolarów będzie zarabiać zero dolarów. Naprawdę jest o co walczyć.

Prezydent nie ułaskawił red. Sławomira Matusza skazanego z art. 212 kk

Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej postanowił nie zastosować prawa łaski w stosunku do dziennikarza i poety Sławomira Matusza, skazanego wyrokiem Sadu Rejonowego w Sosnowcu z dnia 9 kwietnia 2019 roku na karę łączną grzywny w wysokości 70 stawek dziennych po 40 zł .  Decyzja została podjęta 14 marca b.r. , do CMWP SDP dotarła dopiero teraz.  Centrum wielokrotnie stawało w obronie red. Sławomira Matusza poprzez publikację oświadczeń i stanowisk oraz organizacje konferencji , w czasie których przedstawiano jego sprawę. 

Grzywna jest konsekwencją skazania Sławomira Matusza z art. 212 kk. Za niezapłacenie tej grzywny Sąd Rejonowy w Sosnowcu  na posiedzeniu  27 lipca ub. roku nie zarządził wykonania wyroku więzienia dla red. Sławomira Matusza, tylko zawiesił je bezterminowo. Jednocześnie Sąd zarządził, iż red. Matusz będzie podlegał systematycznym badaniom zdrowotnym, by stwierdzić, czy jest w stanie odbyć tę karę.  W lipcu ub. roku  skazany red. Matusz przedstawił zaświadczenie lekarskie, iż nie jest w stanie odbyć  kary więzienia. Redaktorowi Matuszowi grozi kara bezwzględnego więzienia, ponieważ nie stać go było na zapłacenie zasądzonej prawomocnie kary (5 tysięcy zł), a stan zdrowia nie pozwalał mu na odbycie zastępczych prac społecznych.   CMWP SDP wspierało dziennikarza w tym procesie, apelując do Sądu o powstrzymanie wykonywania tak drastycznej kary za publikacje opinii oraz poprzez apel do Prezydenta RP o jego ułaskawienie. Stosowne pismo do Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie zostało wysłane w kwietniu 2021 r.  CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem, jej obserwatorem  była red. Halina Żwirska. Obrony red. Sławomira Matusza, we współpracy z CMWP SDP, podjął się  mec.  Paweł Matyja.

Pan Sławomir Matusz procesował się z władzami i instytucjami samorządowymi Sosnowca od 2016 roku. Sprawy przed Sądem Rejonowym w Sosnowcu toczyły się w trybie karnym o zniesławienie (art. 212 kk), których p. Matusz rzekomo dopuszczał się w pismach oraz w mailach kierowanych wyłącznie do tych instytucji i ich przedstawicieli. W inkryminowanych pismach i mailach p. Matusz zwracał uwagę na nieprawidłowości w działaniach instytucji, do których pisał. Przykładowo zarzucał wady prawne statutów instytucji kultury w Sosnowcu. Mimo, że Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał 5 wyroków, w których potwierdził błędy w ww. statutach, przyznając tym samym rację p. Matuszowi, wyrok dla p. Matusza został utrzymany. W 2018 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy SDP pisało: W związku z postępowaniem karnym w sprawie Sławomira Matusza z Sosnowca osk. z art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 191 § 1 kk oraz zapadłym wyrokiem nakazowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, działając w niniejszej sprawie jako amicus curiae, protestuje przeciwko zarzutom oskarżenia i wnosi o uniewinnienie wyżej wymienionego. Zapadłe orzeczenie (nieprawomocne) spotkało się z oburzeniem opinii publicznej, szczególnie w środowisku dziennikarskim i artystycznym, bo to właśnie ono (a nie działania samego oskarżonego) najmocniej przyczyniło się do upublicznienia okoliczności sprawy, co m.in. miało naruszyć dobra osobiste urzędników i pracowników instytucji kultury.

Redaktorowi Sławomirowi Matuszowi zarzucono zniesławienie urzędników samorządowych, jak również stosowanie groźby bezprawnej w celu zmuszenia do określonego działania i skazano wyrokiem nakazowym .  Tymczasem Sławomir Matusz zarzucał w mailach występowanie nieprawidłowości w instytucjach podlegających organom samorządu terytorialnego. Tego rodzaju działania leżą w interesie społecznym, do Sądu należy zatem zweryfikowanie zasadności argumentacji oskarżonego, jako społecznika zainteresowanego w prawidłowym działaniu jednostek organizacyjnych finansowanych ze środków publicznych. Wg jego twierdzeń, we wrześniu 2017r. prokuratura wszczęła na podstawie jego zawiadomienia dochodzenie w sprawie korupcji w sosnowieckich instytucjach kultury. Jest to istotna okoliczność, która bezwzględnie powinna była zostać zbadana przez Sąd (a nie została), podobnie jak inne kwestie podnoszone przez p. S. Matusza. Sądowi wydającemu wyrok nakazowy umknęły również inne okoliczności stanu faktycznego, jak choćby to, że p. S. Matusz nie przekazał wysłanych przezeń wiadomości e-mailowych szerokiej opinii publicznej, ale skierował je bezpośrednio do osób których dotyczyły, w tym do organów nadzorczych. Ma to szczególne znaczenie w kontekście ustawowego kontratypu – wyłączenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie w przypadku podniesienia prawdziwego zarzutu dotyczącego postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub służącego obronie społecznie uzasadnionego interesu (art. 213 § 2 kk).  Ponadto, co pisaliśmy w wysyłanych do Sądów stanowiskach CMWP  w niniejszej sprawie Pan Sławomir Matusz nie miał wystarczającej opieki prawnej, nie stać go było na opłacenie usługi adwokata. Z pewnością skutkiem tego stanu rzeczy jest niedotrzymanie przez niego terminów procesowych. Z całą pewnością jednak nie zasługuje ani na tę zasądzoną tak wysoką karę grzywny, ani (w konsekwencji jej niezapłacenia) – na karę bezwzględnego pozbawienia wolności  .  CMWP SDP podkreślało także, iż  obserwuje działania i postawę  red. Sławomira Matusza jako zaangażowanego dziennikarza, twórcę i społecznika od co najmniej 4 lat i dlatego CMWP SDP zwróciło się do Prezydenta RP z prośbą o ułaskawienie red.  Sławomira Matusza od ciążących na nim  orzeczeń karnych, w tym szczególnie od ciążącego na nim wyroku karnego z art. 212 kk.

Poczułem się oszukany i zdradzony, wydany na łaskę zdeprawowanej, zdemoralizowanej kasty sędziów i ubeckich konfidentów, bo wczoraj otrzymałem pismo z Sądu Rejonowego w Sosnowcu, wyciąg z Postanowienia z 14 marca 2022 (nr PO.117.9.2022) Prezydenta RP o tym, że Prezydent postanowił nie zastosować wobec mnie prawa łaski, co oznacza, że kara 70 stawek dziennych grzywny jaką Sąd Rejonowy skazał mnie wyrokiem z 9 kwietnia 2019 (sygn. 1153/17) jest utrzymana i Prezydent uznaje ją za słuszną i sprawiedliwą – czytamy  w liście Sławomira Matusza , jaki wysłał do Prezydenta RP 10 kwietnia b.r. w odpowiedzi na decyzję Prezydenta. Publikujemy je za zgodą Autora.

List Sławomira Matusza do Prezydenta RP TUTAJ.

Więcej na temat stanowisk CMWP SDP w sprawie Sławomira Matusza TUTAJ.

Inne informacje na temat sprawy i twórczości  Sławomira Matusza:

Biogram na stronach Instytutu Literatury,

Apel Prof. Andrzeja Nowaka,

W programie Ewy Stankiewicz (1),                                             

W programie Ewy Stankiewicz (2),

W programie „Alarm” w TVP 1,

Poemat pamięci Ofiar Smoleńsku i Katyniu

Matusz dla Ukrainy – na ukraińskich stronach,

O rzeczach strasznych i zakazanych,

W Kurierze Wnet o Ukrainie,

Strona autorska S. Matusza,                                    

Pożegnanie z wolnością” – film P. Bogocza,

Rozmowa m.in. o filmie „Polacy” z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ: Historia łapie nas za głowy

Z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ, polską reżyser filmową – scenarzystką, aktorką, dziennikarka, działaczką opozycji antykomunistycznej – autorką m.in. filmów zrealizowanych po tragedii w Smoleńsku, takich jak.: „Mgła”, „Pogarda”, „Córka” „Testament „Polacy” oraz „Dama”, 11 kwietnia 2022 roku rozmawiał Hubert Bekrycht

HB: Usłyszeliśmy o ustaleniach zespołu Antoniego Macierewicza (11 kwietnia), wcześniej Jarosław Kaczyński wieczorem w 12. rocznicę tragedii mówił, że „(…) wielu z nas miało wielkie wątpliwości (…) wiedziało, że ta cała opowieść, którą słyszeliśmy oficjalnie z prawdą nie ma nic wspólnego (…)”. Jak Pani opowieści zmieniły się przez 12 lat?

Maria Dłużewska: Nic nie zmieniło. To co zawarłam w filmach, które zaczęłam robić o Smoleńsku od jesieni 2010 roku, począwszy „Mgły” jest takie samo, jak to wówczas widziałam. Od początku rozmawiałam ludźmi związanymi z tą katastrofą. Ja po prostu swoich rozmówców słuchałam! Nie miałam powodu, aby im nie wierzyć.

I „Mgła” (2011 r. z Joanną Lichocką) o współpracownikach prezydenta Lecha Kaczyńskiego (m.in. z udziałem późniejszego prezydenta Andrzeja Dudy i wicepremiera Jacka Sasina) i „Pogarda” (2011 r. z J. Lichocką) o rodzinach ofiar (m.in. Ewa Błasik – żona generała Andrzeja Błasika) i „Testament” (2013 r.) o dzieciach ofiar i późniejsze filmy to było wówczas moje życie.

Potem były filmy „Dama” o Marii Kaczyńskiej i „Polacy” o ludziach, którzy próbowali wyjaśnić przyczyny katastrofy rządowego samolotu w Smoleńsku.

Dlaczego „Polaków” – filmu, który dostał  Nagrodę Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2014, nie ma w telewizji? Były projekcje publiczne, była płyta dołączana nawet do gazet, ale wciąż trudno film „Polacy” zobaczyć w telewizji?

Film jest własnością telewizji publicznej.

Dlaczego TVP nie pokazuje Pani filmu „Polacy”?

Nie wiem. Inne filmy były emitowane po 2015 roku, raz, czy dwa razy, a w tej chwili często emituje się „Damę” o Marii Kaczyńskiej, natomiast „Polacy” (2013) leżą gdzieś na półce. Może dlatego, że w tym filmie wypowiadają się wybitni specjaliści, tacy jak wymienieni 11 kwietnia 2022 roku, w trakcie prezentacji raportu Antoniego Macierewicza. Oczywiście, historia biegnie za nami, przed nami, łapie nas za głowy i wszystko się zmienia. I tu nagle zostali wymienieni z wielką atencją niektórzy bohaterowie filmu „Polacy”. Oddano szacunek tym, którym poświęciłam tę opowieść m.in. Wiesławowi Biniendzie, Kazimierzowi Nowaczykowi i Grzegorzowi Szuladzińskiemu (jeden z ekspertów wyjaśniających okoliczności tragedii World Trade Center 11 września 2001 roku) badających przyczyny katastrofy (w filmie wystąpił też Wacław Berczyński). Bez nich nie byłoby tego filmu. Część z nich była ośmieszana, za to, że badali tę sprawę, za to, że robili to w ramach niezależnych badań poza granicami kraju. To są znakomici specjaliści w swoich dziedzinach. „Polacy” to film produkowany przez Roberta Kaczmarka, wybitnego reżysera, dziś szefa FINA (Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny) i ten obraz oraz „Damę” producent przekazał TVP i telewizja publiczna ma do nich prawa.

Ale o ile „Dama” jest produkcją pokazywaną dosyć często, to „Polaków” nie widzimy.

Ja tego nie rozumiem, nie chcę rozumieć.

A rozmawiała Pani z kimś, dlaczego tak jest?

Nie. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby. W stanie wojennym, na jakieś jednostce chyba wojskowej wisiał taki transparent: „Nie fałszuj w koncercie naszego kolektywu”. (śmiech). Być może tu chodzi o kolektyw właśnie… (śmiech). Być może jest jakiś nieformalny zakaz mówienia o specjalistach badających Smoleńsk 10/4/10? O ile w poprzednich moich produkcjach są i muszą być emocje; opowiadają o tym rodziny, przyjaciele, współpracownicy. W przypadku „Polaków” mamy do czynienia z  wysokiej klasy specjalistami, Polakami, którzy od lat mieszkając za granicą postanowili pomóc swojemu Krajowi – rodakom zrozumieć, co się stało 12 lat temu.

Płakać mi się chcę, bo ja kocham swoich bohaterów. I chciałabym aby widz poznał ich sposób ich myślenia, system wartości, mógł towarzyszyć w ich życiu. Próbowałam po prostu pokazać pięknych Polaków.

Kto „fałszował w kolektywie” wśród ludzi próbujących, w imieniu wówczas rządzących w Polsce, wyjaśnić to, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku?

Są przecież niejasne wątki. Na przykład rozdzielenie wizyt. Dlaczego? To, że część ludzi uwierzyła w przekopanie wrakowiska metr w głąb ziemi, to niesłychane. Do Grzegorza Szuladzińskiego do Sydney przyjechał z Melbourne motocyklistów, który niedługo po tragedii brał udział na rajdzie katyńskim. Oni byli na miejscu, nie musieli kopać metr w głąb, aby znajdować różne przedmioty, części samolotu… Przywiózł Szuladzińskiego.

Smoleńsk 10 kwietnia 2010 roku pokazuje tę część narodu, która rozumie, co dla naszej kondycji znaczy likwidację elit, ale odsłania też część wynarodowioną, z kompleksami. Tchórzliwą, bo – ich zdaniem – „lepiej o tym nic nie mówić”, lepiej tkwić w niezbyt dobrze pachnącym ciepełku. Niestety, takich ludzi jest dużo.

Specjaliści i naukowcy, który pomagali wyjaśnić, co było przyczyną smoleńskiej tragedii mieli, delikatnie mówiąc, nieprzyjemności.

Nie chcę już przypominać tej nagonki, której. Na pewno jeden stracił pracę, a Wiesławowi Biniendzie zapewniono ochronę na uniwersytecie Pozakładano kamery, których tam nigdy nie było.

Ma Pani przekonanie, że przyczyniła się Pani do przekonywania nieprzekonanych?

Nie wiem. Po prostu trzeba mówić prawdę tak, aby do każdego dotarła a „Polacy” to dobry film. Przede wszystkim ze względu na bohaterów, którzy jak żołnierze Hallera, kiedy Ojczyzna w była potrzebie, przyjechali ze wszystkich stron, tak jak bohaterowie mojego filmu. Przyjechali służyć swoją wiedzą. Ja jestem, jak to mówią, z tej samej bajki; umiem robić filmy, no to je robię. Krytyka a czasem skrajny ostracyzm środowiska nic mnie nie obchodzi.

Czy robiąc filmy o tragedii smoleńskiej przypuszczała Pani, że odpowiedzialni za nią ludzie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, bo – zdaniem wielu ludzi – na to się teraz zanosi?

Chyba tak, takie sprawy prędzej czy później wychodzą na jaw. Mam cały czas w głowie obrazy i dźwięki z tamtych dni; na przykład, kiedy ówczesny marszałek sejmu, który po Smoleńsku przez jakiś czas pełnił obowiązki prezydenta RP, czyli Bronisław Komorowski mówił przed 10 kwietnia 2010 roku, że „nie ma co przejmować się tym Lechem Kaczyńskim, bo przecież będą wybory, a może gdzieś poleci…”  Tak powiedział Komorowski.

Na litość Pana Boga, przecież to…

„Pogarda” kończy się wypowiedzią urzędnika z Kancelarii Prezydenta RP Pawła Zołoteńkiego, który mówił blisko dekadę temu: „Myślę, że może być jeszcze gorzej, może się zdarzyć coś dużo gorszego…” Miał rację.  Właśnie na to patrzymy na Ukrainie.

… i zło się rozlało.

Tak, to jest ten moment, który przewidział Zołoteńki.

Czuje Pani satysfakcję ze zrobienia tych filmów o tragedii smoleńskiej?

Nie, nie. Jestem bardzo smutna, bo teraz będzie znowu takie wzmożenie, teraz pewnie te filmy będą emitowane.

Obawiam się, że jak moich bohaterów wrzucą do „szuflady” z napisami: „zamach, morderstwo” to ich postawa i dorobek a co za tym idzie wymowa mojego filmu, zmarnują się. Oby nie.

O sądy pyta i sam odpowiada SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: I co? I nic. Kogo to?

Byłem w sądzie w mieście stołecznym Warszawa. Tym razem nie jako oskarżony, a świadek. Zdarza się. Tym razem oskarżony był akurat Rafał Ziemkiewicz. Byłem zeznałem i posiadam w związku z tym kilka przemyśleń natury ogólnej.

Polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Bagienne, muliste bezdenne dno. Ostatnio na przykład niejaki Tomasz Piątek informował z niejaką satysfakcją, że ja zostałem skazany. Okazało się, że i owszem, ale skazany na karę porządkową, bo podobno w pewnym procesie cywilnym, w którym pozwany jest Piątek właśnie, i w którym występowałem już raz jako świadek osobiście, miałem też złożyć jakieś zeznania na piśmie. Tych zeznań na piśmie nie złożyłem, bo nie wiem gdzie są pytania. Więc sąd kazał mi bulić 7 stów w polskich pieniądzach, żeby mnie zdyscyplinować. Odwołałem się od nieprawomocnego postanowienia, bo chętnie złożę zeznania w sprawie słynnego Człowieka Strzałki, zobaczymy.

Ale nie o to chodzi. Piątek wypisuje swoje androny o skazaniu mnie w marcu tego roku. W marcu. Następnie dostaję od sądu polskiego prowadzącego proces, zawiadomienie, żebym się znowu stawił na ten proces ciałem i zeznał. Teraz uwaga. Mam się stawić w lutym. Przyszłego roku. Rozumiecie coś Państwo z tego? Polski wymiar sprawiedliwości. Dno. W lutym. Takie terminy.

I co? I nic. Kogo to? Nikogo. Minie rok, sędzia se przyjdzie do roboty, napije się kawy, założy se łańcuch, wysłucha i se pójdzie.

Nic sędzia z tym nie zrobi, taką ma robotę, nie jego wina, kalendarz zapchany, taki mamy klimat, procedury et cetera. Sądy przeciążone. Teraz prosta sprawa: co warte są zeznania świadka po kilku latach? Przecież pamięć każdego ma pewne ograniczenia. Co warty jest wyrok po kilku latach? Niewiele. To jednak sprawa o dobra osobiste, więc mniejszej wagi. Tymczasem w sądach polskich jest mnóstwo spraw, w których ludziom całkowicie niszczy się życie przez lata, na przykład przez 10 lat, znam takie przypadki, trzymając ich ze statusem oskarżonego, co skutecznie niszczy na przykład jego szanse biznesowe, zawodowe, osobiste. I co? I nic. Kogo to? Nikogo.

Polski wymiar sprawiedliwości. Dno. Polskie państwo świadomie, rozmyślnie, bezczelnie i jawnie torturujące polskich obywateli. I? I nic.

Dobra. Wracamy do Rafała Ziemkiewicza, bo siedzi na ławie oskarżonych. Dlaczego on siedzi na ławie oskarżonych? Bo polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Rafał w kilku wpisach twitterowych skomentował wybryki paniuś ze Strajku Kobiet. Panie gremialnie wydzierały się publicznie, że „wyp…”, „ch… ci w du…” i takie tam. Agresywne, nienawistne, ordynarne, prostackie i głupie. Kiedy publicysta Ziemkiewicz skomentował ich zachowanie, próbując dostosować się do poetyki tych prostaczek, to Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych złożył prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kodeksu karnego.

Co ma do tego Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych? Nic. To organizacja skompromitowana, jej szef Paweł Gaweł zwiał z Polski, bo skazano go prawomocnie na 2 lata więzienia za wyłudzenie z banku 240 tys. zł i za niepłacenie za odebrane towary. Rok temu Sąd Najwyższy uznał kasację Gawła za oczywiście bezzasadną, a sam Gaweł dostał w Norwegii azyl, ponieważ twierdzi, że prześladują go za walkę z faszyzmem.

Ten, że OMZR z trzema paniami oskarżyli Ziemkiewicza. Sprawy w ogóle by nie było, gdyby politycy zlikwidowali haniebny artykuł 212 kodeksu karnego, czyli więzienie za słowa. Wszyscy od lat głoszą, że zlikwidują, ale jak się dorwą do władzy to nie likwidują. A że zapycha się sądy? Że ten sędzia mógłby w tym czasie zająć się poważnymi sprawami karnymi? Że jak się obrażone paniusie poczuły obrażone, to mogłyby iść do sądu cywilnego ze swoim obrażeniem? No, ale wtedy musiałyby płacić za pozew, a tak nie muszą, a sam Gaweł będzie zbierał pewnie pieniądze na wulgarne antydamy.

Przed sądem zeznałem, że Rafał dla dobrej komunikacji próbował dostosować poetykę i formę swojej wypowiedzi do czegoś, co paniusie mogłyby ogarnąć, a przyzwalanie przez nas na publiczne chamstwo Strajku Kobiet jest błędem, więc piętnujmy i nie przyzwalajmy. Teraz pewnie przekręciarz Gaweł oskarży mnie z prywatnego aktu oskarżenia, bo nic go to nie kosztuje, ja będę siedział tam, gdzie Rafał Ziemkiewicz, a on być może zeznawać będzie jako świadek. I tak się sądy będą zapychać i tak to będzie działać, czyli nie działać.

Polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Bagienne, muliste bezdenne dno. A nas próbuje się przekonać, że tak musi być. Nie musi.

Dziennikarze z Zaporoża dziękują greckim i polskim kolegom za pomoc

Profesjonalne apteczki, powerbanki, plecaki, śpiwory – takie m.in. dary trafiły do ukraińskich  dziennikarzy z transportu przygotowanego przez Związek Dziennikarzy Dzienników Ateńskich (JUADN). W jego organizacji pomagało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy (NSJU) podziękował na swojej stronie internetowej greckim i polskim kolegom za otrzymane dary. Profesjonalne torby medyczne trafiły do dziennikarzy w Zaporożu. W regionie tym w marcu wojska rosyjskie przeprowadzały ciężkie ataki rakietowe, ostrzelana została m.in. elektrownia atomowa.

NSJU  przypomniał również, że w Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym schronienie znalazło sześciu ukraińskich pracowników mediów z rodzinami.

O transporcie pomocy Związku Dziennikarzy Dzienników Ateńskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na Ukrainę pisaliśmy TUTAJ.

opr. jka, źródło: nsju.org

 

HUBERT BEKRYCHT: Niemcy są wspólnikami Putina a masakra w Buczy ma też kolory Francji

Oby czarny scenariusz nigdy się nie spełnił, ale na początku kwietnia 2022 roku nie ma się co oszukiwać, nie będzie żadnej wojny Europy i świata z Moskwą. Niemcy czekają aż Ukraina się wykrwawi, a Francuzi pogrążeni w wyborczych walkach będą się chować za jakąś polityczną linią Maginota. Reszta świata już ma wakacje, a rosyjska inwazja na Ukrainę trwa… Rozpacz i wścikłość. Nie tylko mnie obrazy z rosyjskiej pacyfikacji Buczy skojarzyły się z archiwalnymi zdjęciami z Katynia, do którego pewnie w tym roku mało kto pojedzie… Bo to przecież Rosja.

Rosja, której trupi oddech wnika w DNA Europy. Rosja, której zbrodnie ubrane w przymiotniki: „imperialne”, „sowieckie” i „kremlowskie” będą zawsze zbrodniami. Rosyjskimi. Nie mam widać w sobie tyle „empatii”, co wielu moich uczonych znajomych, który mówią, że co innego to Putin, a co innego zwykli Rosjanie, czyli obywatele Federacji Rosyjskiej. Nie, to Rosjanie zabijają dzieci, cywilów, dokonują, jak za Stalina pacyfikacji całych wsi, palą, bombardują, gwałcą, torturują i kradną! Kradną, aby potem wysłać zrabowane Ukraińcom rzeczy do swoich domów.

Kanalie owe, bo przecież nie żołnierze, mogą jednak liczyć na osłonę Zachodu. Tak, wiem, co piszę. Zachodni politycy szczególnie z Niemiec, Francji, wielu z Beneluksu i krajów skandynawskich relatywizują winę Rosjan – mimo morza przelanej ukraińskiej krwi – nadal chcą handlować z Putinem, ergo chcą niszczyć ukraińskie miasta, bo to za zachodnie pieniądze ze sprzedaży ropy są te bomby, które spadają na Kijów, Charków, Mariupol.

Berlin chce (sic!) już łagodzenia sankcji. W piątym tygodniu inwazji moskiewskiej szarańczy na Ukrainę, Niemcy i Francja, która zresztą jeszcze nie tak dawno temu sprzedawała części do rosyjskiego uzbrojenia, chcą złagodzenia sankcji nałożonych przez cały cywilizowany świat na kremlowski reżim. Niepojęte.

A jednak to się dzieje. Postawa Węgier, co zaakcentował również polski rząd, jest także nie do wytłumaczenia, choć Budapeszt potępił rosyjską agresję, pozostaje żal, że władze tego kraju nadal chcą handlować z Moskwą. I nie przekona mnie to, że Węgrzy mogą zostać bez paliwa. Bzdura. Są w UE. Mam nadzieję, że premier Orban to naprawi, bo długo nie odzyska zaufania w Polsce i Europie. Ale to nie Węgry nakręciły gospodarczo agresję rosyjską na Ukrainę. To Niemcy i Francja.

Europa nie jest wcale podzielona, ona jest dzielona. Przez Berlin i Paryż. Zatem, może jeszcze jest nadzieja?

Dwa duże państwa UE i NATO Niemcy i Francja piszą księgę hańby. Niemiecką i francuską księgę hańby. Na zwłokach cywili znalezionych m.in. na ulicach w ukraińskiej Buczy są niezmywalne ślady niemieckiej i francuskiej prorosyjskiej polityki międzynarodowej. To dowody zbrodni.

Premier Mateusz Morawiecki powiedział w poniedziałek, że z Putinem się nie negocjuje. Jeśli nad Sekwaną i Renem tego nie zrozumieją, może wkrótce dojść do sytuacji, że większość Europejczyków nie będzie rozmawiała z Niemcami i Francuzami. Przecież ponad 80 lat temu też nie rozmawiano z Hitlerem i Pétainem.

 

Wszyscy chwalą trenera a SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI pisze: Michniewicz ma wiedzę

Jest w środowisku dziennikarzy sportowych strach. Olbrzymi strach. Co wie Czesław? Jest w środowisku nie tylko stołecznych sportżurnalów powszechny rachunek sumienia, a właściwie rachunek przypomnienia: „Co też ja mogłem w przeszłości nawywiajać? Czy wie to Czesław i czy nie daj Boże powie?” Spotykają się teraz w małych pubach na obrzeżach Warszawy i zamawiają piwo wyłącznie bezalkoholowe.

Patrzą się na siebie i zastanawiają się: Kto i co może Czesławowi zdradzić ten, co siedzi naprzeciwko mnie i udaje przyjaciela? Przypominają różne wycieczki nie zawsze krajowe, imprezy i aftery nie tylko pomeczowe. Odżywają zapomniane skandale, szykowane są linie obrony, PR-owców na wszelki wypadek pyta się w jaki sposób milczeć najskuteczniej?

Czy może jednak komentować? Iść w zaparte? Bagatelizować? Jest strach. Nowy selekcjoner reprezentacji Polski w piłkę nożną Czesław Michniewicz okazał się gwarantem emocji nie tylko sportowych. Dał nam awans (piłkarze odegrali tu pewną rolę) na Mistrzostwa Świata w Katarze, wygraliśmy ze Szwecją zdecydowanie i zasłużenie, choć niewielu dawało reprezentacji i Michniewiczowi szanse. Ale dał nam też bonus. Dał nam pełnoskalową wendetę. Za długo poniżali go pismaki jakimiś insynuacjami, że się za często do Fryzjera umawiał. Umawiał to umawiał, może mu włosy szybko rosły. Nie wasz grzebień. Żeby komuś zarzuty robić, że sobie lubi podzwonić? Też coś.

W czasie rozmowy w Kanale Sportowym Czesław Michniewicz błysnął wiedzą o pewnym dziennikarzu, że się tak wyrażę nieoficjalną. Ni mniej, ni więcej, powiedział, że ów dziennikarz leżał w krzakach pobity przez zdradzanego męża. O innym, także znanym powiedział, że mu się koszulka poci. I zaczęły się spekulacje, a kto co, a kiedy, a z kim. Śmieszkom, którzy innych chcieli wyszydzać zamykano usta pytaniem: A ty to niby lepszy? A pamiętasz…

Każdy chciałby zapomnieć. A teraz co? Być dziennikarzem sportowym bezskandalizujacym? Niby można. Tu mi się przypomina pewien dowcip. Pani na lekcji w szkole średniej pyta uczniów: Czy według was nie można się dobrze bawić bez alkoholu? Wstaje przerośnięty Jaś i mówi – Niby można, ale po co się męczyć? Z dużą przyjemnością będę teraz oglądać Czesława Michniewicza. Ma facet wiedzę. Uczestniczącą.

Pociąg życia – MARIA GIEDZ opisuje ukraińską wyprawę fotoreportera Roberta Kwiatka

 Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc. Do Polski przyjechało niemal trzy miliony ukraińskich uchodźców i zapewne będzie ich jeszcze więcej. Na granicę polsko-ukraińską docierają w różny sposób, najwięcej z nich przybywa pociągani. Rzadko razem z uchodźcami, np. tymi z Kijowa albo i z dalszych miejsc wędruje pociągiem polski dziennikarz, bo ci najchętniej poruszają się samochodami. A jednak, jeden z lepszych polskich fotoreporterów, mieszkający w Trójmieście, Robert Kwiatek, członek Zarządu Oddziału Gdańskiego SDP, właśnie w taki sposób przemieszczał się po Ukrainie i to bez mała przez dwa tygodnie.

Z Gdańska Robert Kwiatek wyruszył niemal natychmiast po rozpoczęciu inwazji wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy. Nie dostał ukraińskiej akredytacji, to znaczy dostał, ale już po powrocie do Polski. Fotografował więc tylko to, na co mu pozwolono. Jak sam mówi, widział znacznie więcej niż mógł uwiecznić na zdjęciach. Nie ma na nich scen walki, czy bestialskiego zachowania rosyjskich bandytów, ani nie ma nawet ukraińskich żołnierzy, tak ofiarnie walczących o swój kraj. Za to widział zwykłych ludzi, z którymi rozmawiał, którym pomagał, z którymi wspólnie wędrował pociągiem, nazwanym przez niego „pociągiem życia”.

Dworzec w Kijowie

– Jedną ręką robię zdjęcia, a drugą pomagam wchodzić małym dzieciom – komentuje Kwiatek pokazując fotografię, na której widać wdzierający się tłum do pociągu przypominającego naszą trójmiejską SKM-kę sprzed kilkunastu lat, łączącą Wejherowo z Gdańskiem. – Pociąg upchany, dzieci i starsze osoby siedzą, tacy jak ja jedziemy na stojąco, przez 12 godzin z Kijowa do Lwowa. Jest już pozornie bezpiecznie. Wiele osób nie wiedziało, dokąd dojedzie, wybrało kierunek – najpierw Lwów, a dalej Polska.

To był jeden z wielu pociągów, który wystartował z Kijowa. Robert twierdzi, że nazywanie pociągiem tego zestawu wagonów, to zbyt duże słowo, bo to znacznie gorsze od podmiejskiej „elektryczki”.

– Dzieci, kobiety, starsze osoby, czasem ktoś młodszy, może student – kontynuuje Kwiatek. – Nikomu to nie przeszkadza, że na sześciu miejscach siedzi 8-10 osób, siedzą też na podłodze i dużo jedzie na stojąco. Dodatkowo są psy, koty, różne bagaże. Niektórzy toczą rozmowy, z których wyławiam pojedyncze słowa, a zwłaszcza nazwy: Polska, Warszawa, Kraków, Siedlce, Wrocław, Gdańsk. Jedziemy wolno. Jest jedzenie, picie, gwar, są telefony. Czasem ktoś przebijał się do ubikacji, której nie było, ale nie dawał wiary i szedł. Ci ludzie, chociaż zmęczeni byli już szczęśliwi, bo mieli za sobą strach i niepewność. Trud da się wytrzymać. Pytali mnie jak w Polsce. Niektórzy nie wiedzieli, gdzie mają pójść, do kogo się zgłosić, gdy dojadą. Nie wiedzieli, czy wystarczy im pieniędzy, kiedy do Polski dojadą, bo ukraińska komunikacja teraz nic nie kosztuje. W ramach wojny jeździ się za darmo.

Robert próbował „na gorąco” i fotografować i notować, zrobić choć krótkie zapiski. Chociaż na stojąco trudno było pisać.

– W pociągu panował zaduch, część osób przysypiała – dodaje fotoreporter. – „Pociąg życia” stukał kołami, to miły dźwięk, bo wcześniej kojarzyłem go z odgłosami walki, wtedy nie usypiał. Liczyłem, że wreszcie uda mi się zasnąć, to nic, że na stojąco, że byłem bez jedzenia i picia, ale bezpiecznie. Widziałem tylko drobny wycinek z życia tego pociągu, ale każdy wagon wyglądał podobnie. Przez skrzypiący głośnik usłyszałem stacją Berdyczów, to znajoma z historia nazwa…

Kiedy Kwiatek jechał z Przemyśla do Lwowa i dalej do Kijowa pociągi były puste, a te w przeciwnym kierunku pełne ludzi i nadziei na przeżycie.

Dworzec we Lwowie

Exodus, wszyscy chcą uciec. Jakieś dziecko płacze, bo się zgubiło. Mimo wycia syren informujących o alarmie przeciw bombowym nikt nie opuszczał peronu. Wszyscy ustawieni w kolejce czekali na pociąg, chociaż wiedzieli, że jeden skład wszystkich nie pomieści. Bali się, że chowając się przed ewentualnymi bombami mogą stracić szansę na wydostanie się z kraju, w którym głównym celem rosyjskich bandytów są cywile: kobiety, dzieci, starcy… Jechali nie tylko wolno, ale i w zaciemnieniu. Ludzie powyłączali telefony. Bali się, że pociąg mogą zaatakować dywersanci.

Z opowieści Roberta wynika, że wiele osób nie wiedziało co ze sobą zrobić. Jechało byle do przodu, byle uciec.

– Pewna kobieta z trójką dzieci nie miała nikogo w Polsce – mówi Robert. – Zastanawiałem się, czy nie zabrać jej ze sobą do Gdańska? Ale gdzieś żeśmy się zgubili, a przy takim morzu ludzi i takim morzu zła trudno wszystkiego pilnować. Jedno wiem, że w pociągu działało takie „pospolite ruszenie”. Każdy przekazywał sobie nawzajem kontakty. Przydałyby się kontakty dla tych ludzi w Polsce – to apel do naszej ambasady. Ulotki powinny znaleźć się już we Lwowie.

Robert pokazuje kolejne  i kolejne zdjęcia. Tym razem Lwów, ale nie miasto, tylko dworzec i powstałe wokół niego prowizoryczne miasteczko dla tych uratowanych, zmęczonych, lecz żywych. Czekają na nich wolontariusze, również z Polski. Jest Polski Czerwony Krzyż i najróżniejsze organizacje. Są też ciepłe napoje, posiłki i transport w różne strony: pociągi, autobusy, busy, samochody osobowe.

– Stały nawet beczki z palącym się drewnem, dające odrobinę ciepła – dorzuca Robert. – Ktoś grał na harmonii, z głośnika dobiegał śpiew. Miałem łzy w oczach. Do pierwszego pociągu nie miałem szans się dostać, bo przepuszczałem dzieci i kobiety, a płynęła rzeka ludzi. Dziękuję Polsko za wspaniałą postawę! Ja wróciłem bezpiecznie, nie każdemu jest to dane, a wszystko z winy jednego kretyna Putina, bandyty i zbrodniarza…

Wiele zdjęć Roberta Kwiatka można obejrzeć na Facebooku, jego prywatnym koncie, ale otwartym.

Próba wejścia do Pociągu Życia. Wszyscy się nie zmieszczą. Fot. Robert Kwiatek
Rzeka ludzi w pociągu z Kijowa do Lwowa. Fot. Robert Kwiatek
Lwów, Miasto pomocy. Koczujący ludzie. Fot. Robert Kwiatek
Lwów. Dworzec Kolejowy. Ludzie czekają na pociąg do Przemyśla. Fot. Robert Kwiatek

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: PZPN stopniuje hańbę

Prawie wszyscy cywilizowani ludzie zgodzili się, że napaść Rosji na Ukrainę to zbrodnia i hańba. Wielu cywilizowanych ludzi, organizacji, stowarzyszeń, państw postanowiło zerwać z Rosją wszelkie kontakty w tym także biznesowe. Polscy piłkarze (chwała im za to) mówili, że nie będą w tej sytuacji grać meczów z reprezentacją Rosji, nawet gdyby reprezentacja Rosji udawała inną reprezentację z inną flagą, hymnem i nazwą. Dziękuję, do widzenia, nie chcemy mieć z wami niczego wspólnego. Pa, pa.

Moim zdaniem to dobra i skuteczna w dłuższej perspektywie taktyka otorbiania Rosjan, pokazywania im, że są niechciani, niepożądani i niech zdecydują jaką chcą mieć ojczyznę wywierając naciski na rządzących, tak jak są wywierane zewnętrzne naciski na nich. Ponad pół miliona Rosjan już zdecydowało i po wybuchu wojny z Ukrainą opuściło państwo Putina. Głównie mieli to być dobrze wykształceni ludzie, klasa średnia, która nie widzi dla siebie przyszłości w bandyckim państwie odizolowanym od świata. Ich kompetencje pozwalają szybko zaaklimatyzować się w innych międzynarodowych środowiskach.

Polski Związek Piłki Nożnej wydał jeszcze w lutym oświadczenie w sprawie inwazji militarnej Rosji na Ukrainę. Oświadczenie było proste i oszczędne w słowach, oto jego dwa fragmenty: „Występ w meczu z reprezentacją Rosji byłby haniebny nie tylko dla naszych reprezentantów, ale dla całego środowiska piłkarskiego, byłby zaprzeczeniem solidarności z narodem ukraińskim. Jako związek piłkarski odmawiamy udziału w meczach barażowych, w których występuje drużyna z Rosji.” oraz apel do FIFA „nadszedł czas, aby wprowadzić go w życie, wykluczając Rosyjski Związek Piłki Nożnej z eliminacji do Mistrzostw Świata w Katarze w 2022 roku.”. No i FIFA wykluczyła Rosję z rozgrywek, chociaż pewnie nie tylko z powodu oświadczenie PZPN. Niemniej…

Sponsorem PZPN jest taka francuska budowlana firma „Leroy Merlin”. Ta firma nie chce się wycofać z Rosji, bo w Rosji zarabia pieniądze. Że te pieniądze służą Putinowi do prowadzenia wojny i zabijania Ukraińców? Z tym jakoś sobie Francuzi duchowo poradzili. Położyli na szali hańbę i wyrzuty sumienia, a po drugiej pieniądze. Wyszło im, że hańbę i wyrzuty sumienia jakoś zniosą. Nie pierwszy to raz w historii Francji i Francuzów. Widocznie nie przeszkadzają im zakrwawione ruble.

Oczywiście nasz PZPN w związku z tym konsekwentnie wycofał się z umową sponsorską z żabojadami. A nie, wróć, tu się coś wydarzyło tajemniczego. Do dziś (23 marca 2022) PZPN z tej umowy się jednak nie wycofał, a Leroy Merlin nie ma zamiaru (stan na dziś) wycofać się z Rosji. A więc?

Szanowny PZPN-ie. Chyba nie będziemy stopniować hańby i udawać, że jedna jest do zaakceptowania a inna nie? Świeżość bywa tylko jedna – pierwsza i tym samym ostatnia. A skoro jesiotr jest drugiej świeżości, to oznacza to po prostu, że jest zepsuty – pisał Bułhakow. Z hańbą jest identycznie, nie ma hańby do zaakceptowania. Hańbą jest grać z Rosją i hańbą jest mieć sponsora, który zakrwawionymi rękoma przynosi pieniądze. Jak dziennikarze mają relacjonować i opisywać mecze polskiej reprezentacji, która wspierana jest zhańbionymi pieniędzmi?

„List”, chyba, z zachodniej Europy tłumaczy SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

List, najprawdopodobniej z Europy Zachodniej zatytułowano: „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

Sławomir Jastrzębowski przetłumaczył ten list. Nie na polski, ukraiński, czy angielski, a na język ludzki. Czy europejski? Oceńcie Państwo sami. Jastrzębowski próbuje zrozumieć argumentację zachodniej części Starego Kontynentu wobec Ukrainy. Kraju walczącego z brutalną inwazją współczesnych barbarzyńców z Rosji i ich herszta Putina. Wszyscy Czytelnicy, szczególnie Ci o dużej wrażliwości i słabych nerwach poszeni są o wytrwanie do końca listu:

„Ukraino, Ukraino. Nie tak miało być. Czemu Ty nie chcesz umrzeć? Przecież umówiliśmy się, że odwrócimy głowy na 48 godzin, żeby Cię wziął do lasu, zastrzelił, zmiażdżył czaszkę gąsienicą czołgu, a część Ciebie, która przetrwałaby, trzymałby pod kacapskim butem. A Ty co? Wszystko zepsułaś, Ukraino. Po co Ci ta wolność? Do czego?

Czy myślisz, że Putinowi miło patrzeć, jak musi niszczyć Twoje miasta? Czy myślisz, że on chcę zabijać Twoje dzieci, Ukraino? Ty, go do tego zmusiłaś. Jemu jest coraz ciężej. Nam zresztą też. A przecież wszystko było ustalone. Żylibyśmy z Rosjanami dobrze, a nawet jeszcze lepiej. W jedną stronę płynęłoby więcej ropy i gazu, a w drugą więcej euro i nie byłoby nikogo, kto nie byłby zadowolony. Ciebie nie liczę, Ukraino. Ciebie miało nie być. To upraszczałoby sytuację.

Trochę by w ONZ ponarzekali, ale tam też już dużo naszych. Zresztą mamy naszych wszędzie. Nam wolna Ukraina do niczego nie jest potrzebna. Prawdę powiedziawszy wolna Litwa, Łotwa czy Estonia też nie. Bo do czego? Polska? Po kolei. Przyjdzie czas i na Polskę, świat przeżyje bez Polski. Tyle lat Polski nie było i był porządek. Interesy będą bez Ciebie Ukraino i bez Polski łatwiejsze. Bo te Polaki trochę jak Wy, Ukraińcy. Życie oddawać za wolność? Buntować się? Warto? Myśleliśmy, że się teraz za łby weźmiecie, Ty z tymi Polakami, że przeszłość zaczniecie sobie wypominać, ale nie.

Dziwne z Was narody. Miskę byście dostali i dach nad głową. Czego jeszcze chcecie? Wiemy, wiemy, wolności. Co Wy z tą wolnością? Na co Wam to? Zobaczcie na swoje zniszczone miasta. Na swoich bliskich, którzy zginęli przez Ciebie Ukraino, bo przez kogo? Warto? Czy Ty nie rozumiesz Ukraino, że my mamy kontrakty i interesy? A przez Ciebie musimy wycofywać z Rosji firmy? Ty wiesz jakie to są straty? Że co? Że Putin bandyta i morderca? Może i tak. No i? Przecież on od lat bandyta i morderca, cały świat wie i jakoś się przyzwyczailiśmy. Głównie swoich mordował i za mordę trzymał. Wiernym kundlom dawał jachty i odrzutowce.

My też karmimy swoje wierne kundle. Szczekają dla nas. Po ukraińsku i po polsku. Różnie. Szczekają z zacietrzewieniem i moralną wyższością, za moralną wyższość im dopłacamy. Z Putinem można było handlować. Nam tak za bardzo nie przeszkadza, że on Ciebie morduje Ukraino, potrafimy odwracać głowy. Tylko, że to za długo trwa i nasza opinia publiczna zaczyna się z tym źle czuć. Te obrazki Waszych zabitych dzieci…

Po co to pokazujecie? Wiesz Ukraino, jacy są ludzie. Mają te serca i uczucia. To komplikuje. Im dłużej Ty nie chcesz umrzeć Ukraino, tym bardziej komplikuje. Musimy udawać sankcje, a ukrywać przepływy pieniędzy coraz trudniej, bo coraz większa presja. Plan był dobry i perspektywiczny. Putin robi u siebie co chce, to jego sprawa. Jakoś byśmy zaakceptowali, gdyby do siebie dołączył Ciebie Ukraino i Polskę.

Wydalibyśmy kilka not oburzenia, ale przecież nikt nie będzie umierał za Kijów czy Warszawę. Po co? My chcemy mieć w domach gaz i wyjeżdżać na wakacje. Nikt się nie spodziewał, że Ty Ukraino będziesz tak walczyć. Putin obiecywał, że góra dwa dni. Dziwne. Jego błąd. Ma teraz wielki problem przez Ciebie, wszyscy mamy. Trudno powiedzieć co będzie. Czemu? Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

 

Ponoć oryginał tego listu jest już w jednym z europejskich archiwów…