WALTER ALTERMAN: Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3). Polska – wolność przede wszystkim

Rosja, Polska, Ukraina – starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3); Polska – wolność przede wszystkim

Paweł Jasienica w „Polsce Piastów” postawił tezę, że okres rozbicia dzielnicowego (od 1138 r. do 1320) był dla Polaków zbawienny. Nieistnienie centralnej władzy wymusiło na społeczeństwie szlacheckim w Polsce istotne rozumienie wspólnego interesu – twierdził Jasienica. Dało to podstawy do szanowania i cenienia wolności indywidualnej.

Złota wolność – rodowód

Z jednaj bowiem strony trzeba było dbać o własne sprawy (w ramach księstw), nie zapominając o fakcie, że w sąsiednich księstwach żyją ludzie mający ten sam język, pochodzenie i hołdujący wspólnym wartościom. Z drugiej strony – każda silna władza centralna jest opresyjna wobec poddanych – wymaga powinności na rzecz państwa i podatków.

To w okresie rozbicia dzielnicowego – zdaniem Jasienicy – ukształtował się charakter narodowy Polaków, to wtedy nasz naród „zakodowany” został raz na zawsze. Skoro bowiem nie było królów, którzy wszędzie w Europie byli właścicielami ziem i ludzi, byli prawodawcami i sędziami oraz naczelnymi dowódcami, zatem skoro królów w Polsce nie było, to władzę trzeba było wziąć we własne ręce. Władzę i odpowiedzialność.

Władza książąt dzielnicowych był słaba i dlatego książęta musieli „dogadywać się” ze szlachtą. W ten sposób szlachta stała się faktycznym władcą swego państwa. I wtedy to właśnie szlachecka relikwią stała się wolność. Nie oceniamy tu następnych wieków, na razie szukamy źródeł złotej wolności szlachty.

Dodajmy jeszcze jedno: Polska była fenomenem w Europie pod względem liczby szlachty, czyli  osób mających bierne i czynne prawo wyborcze. W większości europejskich państw szlachta stanowiła około 2 procent ogółu ludności. Natomiast w Polsce od 8 do 10 procent. To był bardzo dużo i ten stan rzeczy kształtował też siłę polityczną szlachty. Dla przykładu, uważa się, że rewolucja Cromwella uczyniła z Anglii demokrację, bo bierne i czynne prawo wyborcze uzyskało 2,5 procent ludności.

Jeszcze za czasów Piastów prymat władzy książęcej i królewskiej był oczywisty. Piastowie mieli naturalne prawa do ziem i ludzi. I zachowywali się jak na ówczesnych władców przystało. Liczyli się z ówczesnym rycerstwem, które potem przekształciło się w szlachtę, ale to książęta i królowie dokonywali nadań ziemi, to oni płacili za wyprawy wojenne. Ale też wszelkie nieposłuszeństwo karali „na gardle”. Piastowie zachowywali się jak właściciele przedsiębiorstwa, którego nazwa to Polska, Mazowsze, Małopolska, Wielkopolska itd. Byli jak najbardziej typowymi średniowiecznymi władcami.

Ze zgonem Kazimierza Wielkiego wygasła jednak prymarna linia Piastów. I to wtedy na scenę polityczną wchodzi szlachta. Oczywiście przewodzili jej możnowładcy, których Polska już się dorobiła. Zasady elekcyjności królów bardzo się szlachcie podobały. Bo w czasie interregnum i w czasie elekcji miała bardzo dużo do powiedzenia – tak w sprawach kraju, jak i swoim własnym interesie.

W historii mówi się o Piastach i Jagiellonach, tak jakby byli oni równorzędnymi królewskim rodami. Tak nie było. Piastowie byli królami „z natury”, a każdy z Jagiellonów był wybierany.

Lęk szlachty przed władzą dynastyczną

Po wygaśnięciu rodu Jagiellonów zaczęły się już prawdziwe problemy Polski, a problemem głównym była złota wolność szlachecka. Każdy kolejny wybierany władca Polski musiał szlachtę przekupić, dając jej nowe przywileje. A ponieważ królów wybierano często, to szlachta obrastała w prawa i opacznie rozumiane „wolności”.

Szlachta „nie zauważyła”, że to co było dobre w okresie rozbicia dzielnicowego, teraz gdy państwo rozrastało się, nieco uwierało, bo potrzebna była silna władza centralna, władza królów.

Za dużo wolności

Z czasem obce dwory chciały mieć wpływ na to kto zostanie królem Polski. Pojawili się w interregnum posłowie obcych państw, którzy namawiali do wyboru właśnie ich kandydata. Niestety nie ograniczali się oni jedynie do działań oratorskich i dochodziło do przekupywania elektorów. Rzecz jasna najwięcej brali magnaci, bo przy ich klamce wisiało mnóstwo braci kontuszowej, wokół magnatów tworzyły się „partie”. Te partie, niestety, nie zawieszały swej aktywności po wyborach. Skorumpowani magnaci mieli już na stałe, na swój polityczny użytek, skorumpowanych przez siebie pomniejszych szlachciców.

W czasach, gdy w państwach Zachodniej Europy, coraz większą siłę ekonomiczną przedstawiały miasta, w Polsce szlachta ograniczała coraz bardziej ich znaczenie. Dlaczego? Bo dobrze wiedziano, że wraz z siłą ekonomiczna miast będzie wzrastało ich znaczenie polityczne. A polityka w Polsce miała być zastrzeżona jedynie dla stanu szlacheckiego.

Mówiąc o dominującej roli szlachty i jej wolności, wyjaśnijmy też, że w dawnej Polsce nie wszyscy chłopi byli poddanymi. Przede wszystkim chłopi osiadli na Prawie Magdeburskim cieszyli się znaczną wolnością od danin i innych opłat na rzecz szlachty. Poza tym spora część chłopstwa była wolna lub korzystała z dużej wolności, np. w dobrach królewskich czy biskupich. W latach 20-tych XX wieku przeprowadzono badania antropologiczne w wybranych miejscach Polski. Wtedy okazało się, że np. chłopi z łowickich dóbr biskupich byli średnio wyżsi od pozostałych chłopów w Polsce o 12 cm. To ogromna różnica, świadcząca, że łowiczanie nie cierpieli głodu, że odżywiali się po prostu lepiej.

Formalnie i prawnie nie istniało w Polsce rozróżnienie na szlachtę wyższą i niższą, różnice leżały jedynie w zamożności. Rozróżnienie formalne istniało jeszcze w stanie rycerskim, kiedy to przewidywano odmienne kary dla rycerstwa wyższego i niższego, lecz ustrój demokracji szlacheckiej zrównał nominalnie w prawach wszystkich szlachetnie urodzonych. Z czasem jednak pojawiło się głębsze zróżnicowanie ekonomiczne, pojawiły się rody arystokratyczne, szlachta średnia i szlachta szaraczkowa, o różnym statusie społecznym, czasem różniąca się od chłopstwa jedynie kultywowaniem rodowej tradycji i odrębnym statusem prawnym.

Od XVII wieku stan szlachecki w Polsce staje się coraz bardziej zamknięty w sobie, dąży do podkreślenia swej wyjątkowości, także poprzez mitologizowanie swego pochodzenia wywodząc swe pochodzenie od Sarmatów. Szlachta coraz bardziej dba o legitymowanie się dokumentami rodowymi. Osoby legitymujące się świeżym szlachectwem, nie miały wielkich szans na wejście do starych rodzin, a małżeństwa zawierane między osobami szlachetnie urodzonymi z osobami o bardziej pospolitym pochodzeniu (również mieszczańskim) były postrzegane jako mezalians.

Podkreślmy i to, że w Królestwie nigdy nie było książąt, hrabiów, wicehrabiów i całej reszty oznaczonej tytułami magnaterii. Polska szlachta miała zagwarantowane statutami, że nikt nie będzie się tytułem wynosił nad nikogo. Nie wolno też było przyjmować żadnych tytułów z rąk obcych dworów.  Natomiast byli oni na Litwie i Rusi. Dlatego też, szczególnie po Unii Lubelskiej, pojawiły się w Rzeczypospolite tytuły.

Zabawną historią jest to, że już w XIX wieku nasz wielki komediopisarz Aleksander Fredro „zaczął się pisać” jak Aleksander hrabia Fredro. Tytuł uzyskał na austriackim dworze, co bardzo śmieszyło (ale po cichu) prawdziwych wyższych herbowych. Jeżeli komuś bardzo zależało mógł też zostać hrabią papieskim, wystarczyło przekazać Watykanowi odpowiednio dużą sumę. Ale każdy „hrabia papieski” był już powodem do jawnych już drwin.

Do końca XVIII wieku szlachta w Polsce cieszyła się licznymi przywilejami: wyłącznego prawa własności ziemskiej, wolności od uwięzienia przed wydaniem wyroku sądowego, prawo to nie przysługiwało nieposesjonatom, wolności od podatków z ziem folwarcznych, wolności od ceł przywozowych za towary nabyte za granicą na własny użytek, prawa do nabywania po niskiej cenie soli, wyłączności do korzystania z praw publicznych, wyłączności na dostęp do godności świeckich i publicznych.

Zaznaczmy, że szlachectwo nie dawało pełni praw, dopiero w powiązaniu z ziemiaństwem, czyli posiadaniem ziemi stanowiło obywatelstwo i stwarzało możliwości korzystania ze wszystkich wolności szlacheckich.

Zauważmy, że nie w każdej „ziemi” szlachty było tyle samo. W Rzeczypospolitej w XVII w ziemi łomżyńskiej szlachta stanowiła 47% mieszkańców, w ziemi wiskiej 45%, natomiast natomiast województwo bracławskie zamieszkiwał zaledwie 1% szlachty, krakowskiej 1,7%, ziemię wieluńską 2,45%, województwo sieradzkie 4,66%, województwo pomorskie 6,7%, w Wielkopolsce szlachta stanowiła 4,8% ogółu społeczeństwa.

Rokosz Zebrzydowskiego i wojny w imię wolności szlacheckiej

Lęk szlachty przed wzmacnianiem władzy królewskiej był stały i silny. Za przykład niech nam posłuży bunt szlachty przeciwko Zygmuntowi III Wazie w latach 1606–1607. Królowi zarzucano faworyzowanie jezuitów oraz cudzoziemców i przypisywano zamiar wprowadzenia władzy absolutnej. Z pewnością wiadomo, że dążył on do ustanowienia dziedziczności tronu, pozbawienia szlachty większości przywilejów i pozostawienia izbie poselskiej jedynie głosu doradczego, a nie stanowiącego.

Spór zaostrzyło ultrakatolickie nastawienie władcy, niechętnie widziane przez różnowierców oraz jego konflikt z wpływowym Janem Zamoyskim.

Bunt w latach 1606–1607 nazywamy rokoszem Zebrzydowskiego, lub rokoszem sandomierskim, w którym katolicy, jak i protestanci, magnateria, jak i szlachta walczyli o zabranie monarsze prawa rozdawnictwa zwolnionych urzędów i zmuszenia go do wygnania jezuitów i cudzoziemców.

Przywódcami buntu byli: marszałek wielki koronny Mikołaj Zebrzydowski, Jan Szczęsny Herburt, Stanisław Diabeł Stadnicki i podczaszy litewski Janusz Radziwiłł. Chcieli oni zdetronizować Zygmunta III Wazę, wprowadzić obieralność urzędników ziemskich na sejmikach oraz zmusić posłów do ścisłego przestrzegania instrukcji sejmikowych. O ten ostatni postulat buntowników walka toczyła się do samego końca Rzeczypospolitej. Chodziło w istocie o to, żeby poseł był jedynie biernym wykonawcą woli sejmików ziemskich.

Rokosz zakończył się zwycięstwem króla w bitwie pod Guzowem w 1607 roku, lecz wzmocnienie władzy królewskiej zostało udaremnione. Aby się przed nim ustrzec, sprecyzowano dawniejszy przepis o prawie do wypowiedzenia królowi posłuszeństwa, nakazano też senatorom rezydentom zdawać sprawę sejmowi z urzędowania przy boku monarchy. Król zgodnie z wolą magnatów (niechętnych wzmocnieniu jego władzy) odstąpił od wymierzenia kar buntownikom.

Rokoszanie ulegli, ale ich wspólna idea, idea złotej wolności, wyszła bez szwanku, tryumfująca, nawet uświęcona nowymi ustawami.

Prawo do występowania poddanych przeciwko władcy gwarantował artykuł konfederacji warszawskiej z 1573 roku, wysnuty z przywileju mielnickiego z 1501 roku, gdzie zapewniano senatorom prawo do uznania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana.

Egoizm wolności

Egoizm szlachty (jak każdy egoizm polityczny), zrazu wolno, małymi krokami, potem coraz szybciej i szybciej zaczął działać przeciw niej. Aż – pomijając już poszczególne przypadki – doprowadził do rozbiorów.

Krótkowzroczne rozumienie własnego interesu szlachty przejawiało się i w tym, że nie chciała dać wolności ukraińskim kozakom. Ze względów ekonomicznych byli temu przeciwni panowie ukraińscy, bo bali się utraty dochodów od niewolnego chłopstwa. Ze względów emocjonalnych i fundamentalistycznych sprzeciwiała się też szlachta Korony i Litwy. Danie jakiejkolwiek wolności Kozakom było dla szlachty niedopuszczalne, bo choć czasami biedniejsza, to nie chciała równać się z chłopstwem.

Spadek, nie do końca dobry

W tym miejscu mówimy tylko o podstawowych cechach narodu – obywatelskości i wolności. Te pozostały najważniejsze także pod rozbiorami.

Od połowy XIX wieku trwało wchodzenie reszty społeczeństwa (mieszczaństwa i chłopstwa) „w buty szlachty”. Były pozytywy takiego dziedzictwa, ale była też kontynuacja negatywnych cech szlacheckiego myślenia. Tak więc etos wolności i obywatelskości „trafił pod strzechy” i przyczynił się walnie do odrodzenia państwa. Ale przy okazji znalazły swych kontynuatorów w nowych warstwach: brak głębszej refleksji nad istotą państwa, przedkładanie własnego interesu nad dobro ogółu, organiczna wręcz skłonność do popisywania się przed innymi majątkiem i pozycją społeczną.

Gdybyż to szlachta nasza potrafiła się samoograniczyć w korzystaniu z własnej wolności, może inaczej potoczyły się nasze dzieje. Pewności nie ma, ale że nikt nie próbował to też prawda.

 

 

 

Putin to współczesny Hitler. Rozmowa z MYKOLĄ SEMENĄ, ukraińskim dziennikarzem i publicystą

Mykola Semena – rocznik 1950. Ukraiński dziennikarz – publicysta, był korespondentem Radia Swoboda, autor kilku książek, w tym: „Mustafa Dżemilew: Człowiek, który przezwyciężył stalinizm” (ukr. «Мустафа Джемілєв: людина, яка перемогла сталін)”, a także serii artykułów analitycznych dla czołowych ukraińskich gazet („Den”, „Dzerkało Tyżnia”) i czasopism („Suchasnist”, „Ukrainsky Zhurnal”). Był dzirnnikarzem na Krymie, zainicjował powstanie pierwszej ukraińskojęzycznej gazety na półwyspie „Krymska Svitlytsia” (1993 r.), był zastępcą redaktora naczelnego.

Po rosyjskiej agresji na Krym w 2014 r. Mykola Semena był represjonowany przez putinowską,  „administrację” półwyspu. W kwietniu 2016 r. został aresztowany przez „władze” rosyjskie na Krymie i oskarżony o działanie „wbrew integralności terytorialnej Federacji Rosyjskiej”.  We wrześniu 2017 r. Semenę uznanno za winnego „separatyzmu” i skazano na karę dwóch i pół roku w zawieszeniu. Pozbawiono go prawa do „działalności publicznej” – zabroniono mu wykonywania zawodu dziennikarza oraz opuszczania Federacji Rosyjskiej, za którą Putin uważa bezprawnie anektowany Krym.

Wyrok na Semenę został skrytykowany jako „umotywowany politycznie” przez szereg zachodnich rządów i przez wiele organizacji pozarządowych. Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie podała,  że ​​„sprawa Semeny przypomina nam wszystkim arbitralną praktykę wyciszania głosów krytycznych na Krymie”.Unia Europejska nazwała wyrok na Semenę „wyraźnym naruszeniem wolności wypowiedzi i wolności mediów” i zażądała jego natychmiastowego uwolnienia. Sam Mykola Semena wyrok na siebie wydany przez Rosję nazwał „wyrokiem przeciwko dziennikarstwu ”.

Odznaczony tytułem honorowym „Zasłużony Dziennikarz Ukrainy” (2009), dyplomem Rady Najwyższej Ukrainy „Za działalność społeczną” (2010) oraz medalem „25 lat niepodległości Ukrainy” (2016).

Redakcja sdp.pl publikuje fragmenty zarejestrowanej na początku marca 2022 r. rozmowy telefonicznej Huberta Bekrychta z Mykolą Semeną – ukraińskim dziennikarzem, publicystą, b. korespondentem Radia Swoboda skazanym przez rosyjskie „władze” na Krymie na 2 lata więzienia:

Hubert Bekrycht, red. nacz portalu SDP – sdp.pl: Mykola, pierwsze dni rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Waszego bohaterskiego oporu, pierwszych zwycięstw militarnych Waszego Wojska i Obywateli przyniosły także, niestety, wiele zbrodni wojennych, których na ludności cywilnej kraju dokonują bandyci w rosyjskich mundyrach i dywersanci.

MYKOLA SEMENA: Sytuacja militarna na Ukrainie jest – jak to mówią ludzie – dynamiczna i złożona, ale to jest prawdziwa wojna – agresja, inwazja Rosji na niepodległą Ukrainę! I to oczywiście rosyjskie kłamstwa, rosyjska dezyinformacja, że to jest jakaś „specjalna wojskowa, graniczna, operacja” Kremla. Uderzenia Moskwy na nasz kraj nie są wymierzone w obiekty wojskowe tylko w ludność cywilną, w nasze miasta, wsie, infrastrukturę. Rosyskie bomby padają na kolumny uchodźców – głównie kobiet i dzieci, którzy usiłują wydostać się spod ostrzału moskiewskich wojsk.

Widzimy obrazy bombardowanych miejsc, które jeszcze niedawno były normalnymi europejskimi miastami. Wprost trudno w to uwierzyć…

Na przykład Charków jest bardzo zniszczony po barbarzyńskich atakach Rosji. Miesjca zabytkowe, kurorty turystyczne, osiedla mieszkaniowe, szpitale, szkoły, domy dziecka, przedszkola. Tak, to niewyobrażalne. Rosyjkie bestialstwo podczas ataków ludzie prównują to ze zniszczeniami, których Niemcy dokonali podczas II wojny światowej.

 To są po prostu zbrodnie wojenne.

Tak, to zbrodnie. Rosyjskie zbrodnie wojenne! Służby prokuratorskie dokumentują te okropieństwa wojny (Polska przystąpiła do zbierania świadectw i dowodów zbrodni rosyjskich na Ukrainie – sdp. pl). Masakry ludności cywilnej, zbrodnie na dzieciach, strzelanie do cywilów to przecież zbrodnie przeciwko ludzkości. My dziennikarze też zapisujemy te wszystkie zbrodnie na wszystkich dostępnych nośnikach. Jesteśmy zmęczeni, ale walczymy także na swoim froncie, froncie prawdy o tej wojnie. Jesteśmy też bardzo wdzięczni za pomoc Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wiem, że otworzyliście swój Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu nad Wisłą dla uchodźców, dla dzieci, ale także dla ukrińskich dziennikarzy i ich rodzin. Bardzo dziękujmy za tę gościnę w trudnym dla nas czasie… Organizacje ukraińskich dziennikarzy koordynują swoje działania z SDP.

Jako ukraińscy reporterzy, publicyści, pracownicy mediów my też próbujemy pomagać ludności cywilnej, właczamy się w akcje pomocowe. Staramy się również pomagać korespondentom zagranicznym. Wówczas jesteśmy już nie tylko dziennikarzami, ale także ich przewodnikami, tłumaczami. Nasze ministerstwo obrony wprowadziło uproszczoną procedurę akredytacyjną na korespondentów relaconujących działania wojenne. Chodzi po prostu o przekazywanie prawdy.

No właśnie, ukraińskie władze i Wy dziennikarze, którzy pracujecie na tej wojnie, zwracacie uwagę na kłamstwa i dezinformacje Moskwy, które przyczyniają się także do zbrodni i ogromnych zniszczeń kraju. 

Mamy w ogóle do czynienia z równoległą wojną informacyjną. Czasem polega to na tym, że Rosja próbuje zniszczyć ukraińskie media i prowadzić swoją kremlowską, kłamliwą propagandę. Na szczęście nie udają się rosyjskie ataki na przykład na wieże telewizyjne i nadajniki, jak próby niszczenia takiej instalacji w Kijowie i innych miastach. Rosjanie kłamią i będą kłamać, ale to nie zahamuje naszego oporu. Świat przestaje wierzyć Putinowi.

Niestety za późno…

Za późno, ale wierzę, że uda się wspólnie  pokonać putinowską Rosję. Nie tylko zresztą militarnie, ale także dzięki naszej, amerykańskiej, europejskiej i oczywiście polskiej dyplomacji.  Ukraina przeciwstawia się teraz cynicznemu wrogowi. Niebezpiecznemu człowiekowi, który ze swoją ekipą po prostu podżega do wojny z moim krajem. Putin to taki współczesny Hitler. Inaczej nie da się tego określić. Walczymy z nim, z jego wojskowymi bandytami  – jak mówią ludzie – udającymi tylko żołnierzy, żołnierzy ubranych w rosyjskie mundury.

Teraz oczywiście przydałoby się wsparcie naszych sojuszników, najbardziej zamknięcie nieba nad Ukrainą dla moskiewskich samolotów, ale wiemy, że pomoc militarna NATO dla Ukrainy to problem złożony.

HUBERT BEKRYCHT: Kolaboracja mentalna, czyli, jak opozycja wspiera Putina

Miałem nie pisać o polityce, kiedy Rosjani bombardują Ukrainę zabijając cywilów, gwałcąc, niszcząc miasta i wsie, zastraszając ludzi, rabując. Miałem nie pisać o polityce, kiedy do Europy, głównie do Polski, zmierza fala prawdziwych wojennych uchodźców uciekających z ogarniętego kataklizmem kraju. Miałem nie pisać o polityce, kiedy widzimy wszędzie małe i duże akty solidarności z Ukrainą, kiedy pomoc nie jest czczym hasłem. Miałem nie pisać o polityce, bo dziennikarstwo, przynajmnie tak powinno być, nie tylko na tym polega. Miałem nie pisać o polityce… Niestety, nie da się milczeć, kiedy część polityków, szczególnie z opozycji, po prostu przekracza granice przyzwoitości. I to wówczas, kiedy – co niechaj zabrzmi patetycznie – wróg u bram.

Nigdy nie ukrywałem, że jestem konserwatystą, w naszych warunkach – zwolennikiem prawicy – chociaż, podkreślam, nie wszystko, co robi rząd Zjednoczonej Prawicy i PiS mi się podoba. Nawet jednak gdybym nie był zwolennikiem prawicy, teraz, kiedy trwa rosyjska inwazja na Ukrainę, popierałbym działania tego rządu wobec zagrożenia, które wywołał Putin –  wobec wojny, która jest kopią II wojny światowej, a prezydent Rosji klonem Hitlera.

Nie ma sensu rozważać możliwych scenariuszy na scenie publicznej, kiedy trwa wojna o podłożu cywilizacyjnym. My – cywilizacja europejska kontra oni – Rosja i jej sojusznicy. Nie ma sensu, bo to przecież i tak nie przyniesie żadnych politycznych następstw. A przecież owe następstwa są celem polityki. A teraz ich nie będzie, bo przecież opozycja nie ma szans na przedterminowe wybory. Dlaczego? To oczywiste – jest wojna i trzeba przygotować się do obrony Polski i innych krajów UE i NATO, bo Putin może nie czekać na to aż  Ukraina, uchowaj Boże, się wykrwawi.

W tej sytuacji polska opozycja parlamentarna, znowu, po kilku dniach względnej ciszy, przeistacza się w luźne grono antyrządowych działaczy chcących – podejrzewam, że z powodu zwyczajnej ludzkiej frustracji, bo przecież nie małostkowości – zwrócić na siebie uwagę.

Przecież nie chodzi chyba opozycji, aby wywołać w Polsce awanturę polityczną w obliczu wojny, która toczy za naszą wschodnią granicą. Przecież opozycji nie może chodzić o destabilizację polskiego rządu w obliczy największego po II wojnie światowej kryzysu uchodźczego w Europie. Przecież nie chodzi opozycji o to, aby podczas wizyty w Polsce wiceprezydent USA i innych światowych przywódców wywołać wrażenie, że jesteśmy niestabilni politycznie i nie możemy prowadzić działań pomocowych, a nade wszystko obronnych wobec NATO i UE.

Opozycji nie chodzi przecież o to, co napisałem powyżej. Opozycja jest przecież przepełniona polską racją stanu. Opozycji chodzi po prostu o przejęcie steru administracji państwowej.

Szanowni Państwo z opozycji, to nie najlepszy moment na to, abyście teraz przejmowali władzę w Polsce.

Wybory będą na jesieni 2023 roku, jeśli jeszcze będzie Polska. A to czy będzie zależy także od opozycji i tego, aby nie zachowywała się tak jak sojusznik Rosji i Putina. Teraz można czasem mieć wrażenie, że opozycja w Polsce wspiera reżim w Moskwie. Ufam, jeszcze, że nie celowo. Tyle, że znajomi mówią, że jestem naiwny…

Polska dziennikarka Monika Andruszewska uratowała ok. 20 rodzin w Irpieniu

O tym, czego dokonała polska korespondentka wojenna Monika Andruszewska  poinformował  ekspert ds. tematyki wschodniej politolog z Uniwersytetu Warszawskiego Nedim Useinow. „Dzielna Polka, moja przyjaciółka Monika Andruszewska, świetna dziennikarka i reporterka wojenna, ale przede wszystkim Człowiek” – napisał.

„Według świadectwa ukraińskich żołnierzy na zdj. (chyba ochotników) uratowała ok. 20 rodzin pod zbombardowanym przez Rosjan mostem w Irpieniu k. Kijowa” – poinformował Useinow. „Kiedy zagraniczni dziennikarze kręcili materiał dla swoich stacji, ona odstawiła kamerę i rzuciła się na pomoc ludziom. Brawo! Po prostu chapeau bas” – podkreślił.

https://www.facebook.com/nedimuseinov/posts/7129155203824624

Informacje na ten temat na antenie Radia Wnet przekazywał w poniedziałek korespondent tej stacji na Ukrainie Paweł Bobołowicz.

 KOMENTARZ Huberta Bekrychta:

Czasem zastanawiam się, co ja zrobiłbym w takiej sytuacji, w jakiej znalazła się Monika Andruszewska? Nie wiem, czy takie rozważania mają sens, kiedy w takim położeniu nie byłem, ale wiem co radziłbym innym dziennikarzom.

  1. Dbaj o siebie, bo martwy nie pomożesz nikomu;
  2. Kiedy możesz pomóc, pomagaj – materiał „sam się zrobi”, masz jeszcze czas na dziennikarskie nagrody;
  3. Kiedy widzisz zło, reaguj, ale pamiętaj o punkcie 1.

Redaktor Monika już dawno to zrozumiała. Dziennikarz jest bezstronny w czasie pokoju. Podczas wojny wszystko się zmienia. Reporter, jak napisał, Useinow, to przede wszystkim Człowiek. W sytuacjach ostatecznych, zero-jedynkowych musi zachowywać się tak, jak każdy, komu bliskie są najważniejsze wartości. Tu, nie ma dyskusji.

Jak „pójdę” dalej. Gdybym kiedyś znalazł się na takiej wojnie, jak ta brutalna rosyjska inwazja na niepodległą Ukrainę, a moje informacje, nie daj Boże, na niewiele by się zdały, postąpiłbym tak:

Nie przyglądałbym się biernie, jak giną ludzie, nasi sąsiedzi – strzelałbym do najeźdźców, bo teraz Ukraina, a potem Polska…

 

Po agresji rosyjskiej na Ukrainę: Do broni!!! Felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Tchórze i pociotki, powiedzcie czy nadal nie wierzycie, że to Putin nakazał dokonać masakry naszej elity pod Smoleńskiem? Czy wywołanie wojny to jeszcze za mało? Czy uwierzycie dopiero gdy bandzior wykona atak atomowy lub roznieci śmiertelne promieniowanie na przykład z Czarnobyla. O Smoleńsku przycichło.

Pomnik-schody, prawie niedostrzegalny na ciemnym placu. Niedoświetlony, zaniedbany. O prawdę walczyło dwoje: Macierewicz i Stankiewicz. Pani Ewa zrobiła lepszy film. Prominentny wówczas minister potraktował to jako konkurencję. Prezes TVP długo przestępował z nogi na nogę, ale wyemitował oba filmy dokumentalne o męczeństwie i śmierci ludzi, którzy nie przypuszczali, że można być tak zbrodniczym.

Teraz też – do piątej rano czwartek 24 lutego 2022 roku wierzono, że to co się stało jest niemożliwe. Ostrzeżenia, wielka armia czekająca na mrozie na rozkaz ataku – to wszystko było za mało. „Tylko nie ulegajmy prowokacji” – to było najważniejsze. Teraz obowiązuje wiara w skuteczność sankcji.

Już na molo przewietrzyć się nikt nie polezie. Ale nadal na mównicę sejmową wchodzi facet, próbując mówić o tym, co w obliczu wojny jest rachunkiem, którego obca dłoń nie wyrówna. Mówmy jednym głosem, ale prawdę, która jawi się teraz w ostrych konturach rdzewiejącego, ukradzionego wraku samolotu.

W dniu agresji na Ukrainę Anita Gargas pokazuje film o agentach wpływu. Wypowiadają się liczni. Padają różne mądrości. Ale bez nazwisk. Ci, którzy może teraz nawet trochę się martwią, wleźli pod brukselskie fotele. Kombinują, że trzeba przeczekać.

Jest prezydent, jest rząd. Po co jeszcze ten opozycyjny odwłok, te gadające nieznośne już łby? Jest szum.

Czy rusofile naprawdę uważają, że naród jest głupi lub że ma jednocześnie sklerozę i Alzhaimera. Idą czołgi. Nawet na Kijów.  Jedni będą bronić, a drudzy uciekać. U nas wybrańcy narodu będą teraz czytać 900-stronicową propozycję o prawie wojny, a potem dyskutować zawzięcie. Wypielęgnowani lalusie, którzy w życiu jeszcze nic nie zrobili (owszem, sporo zarobili) będą biegać po telewizyjnych studiach i klepać komunały.

Po co ten kram? W obliczu zagrożenia ochotników do obrony u nas nie zabraknie. Może będzie tak jak w roku 1920. Piłsudski zwrócił się do wójta z Wierzchosławic, do włościan. I 70 procent armii obronnej zapewnili chłopi. Pięknie pisał o tym historyk śp. Andrzej Zakrzewski.

Łażę często ulicą Piękną w Warszawie, ale niestety żadnego Witosa nie spotkałem. Owszem stoi pan Wincenty godnie przy Pl. Trzech Krzyży na pomniku. Te potrafimy wznosić. Szkoda, że prawdziwi przywódcy już z nich nie zejdą. Krzykaczy ci u nas dostatek. A tu trzeba rozdać mężczyznom broń!  Niech wybiorą sobie pozycje na dachach wysokich domów.

Ukraińcy zapomnieli o obronie przeciwlotniczej. Bandyta z czerwoną gwiazdą bezczelnie przelatuje sobie nad stolicą kraju. A my? Gdzie te „Patrioty”, gdzie antyrakietowa artyleria? Ci którzy jeszcze niedawno likwidowali garnizony nadal wożeni są w importowanych limuzynach. Ile pieniędzy wydajemy na tych nierobów?

Policzmy się. I to szybko. Po Afganistanie, Iraku i po misjach mamy już sporo doświadczonych żołnierzy. Wrócą na wezwanie również wypchnięci na zarobkową emigrację – najlepsi wykształceni i odważni. Jak kiedyś hallerowcy.

Rosjanie wyhodowali sobie bezwzględnego kagiebistę. My znajdziemy Andersa, Maczka, Grota, Szendzielarza, Zaporę. Znajdzie się też ksiądz Skorupka. Panie Kurski, puść pan natychmiast filmy – oba. I Macierewicza i Stankiewicz. Smoleńsk jest nierozliczony.

Posłowie, senatorzy, samorządowcy – w kamasze!  Do broni. Przestańcie strzępić języki po próżnicy. Budujmy natychmiast strzelnice. Teraz już wyjeżdżać z Polski nie ma gdzie. Tu trzeba wrócić!

Ukraińcy też do końca nie wierzyli, że ich napadną. Wierzyc warto, ale w Pana Boga. Bo zawsze raźniej. Natomiast liczyć na cuda nie wystarczy, Obcy nam pomogą albo i nie. Wojny dawno nie było. Powtarzanie proroctwa Lecha Kaczyńskiego – to za mało.  Do broni!!

***

Z ostatniej chwili: jest serdeczna decyzja Prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego postawienia do dyspozycji wojewody lubelskiego, naszego Domu Dziennikarza w Kazimierzu dla szukających pomocy w Polsce rodzin ukraińskich. Przywiozą je mężczyźni a sami niech wracają Ojczyzny bronić. Podpisuję się pod tym pomysłem obiema rękami.

 

Gawronik uniewinniony. Nieoczekiwane zakończenie procesu byłego senatora

Były senator Aleksander Gawronik, oskarżony o podżeganie do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary został  uniewinniony  przez Sąd Okręgowy w Poznaniu.  Ku zaskoczeniu obserwatorów i prokuratury sędzia  Joanna Rucińska zamknęła proces, przeszła do mów końcowych i ogłosiła wyrok – uniewinniony. Proces  Aleksandra Gawronika trwał  6 lat. Wyrok nie jest prawomocny.

Proces byłego senatora Aleksandra Gawronika (zgodził się na publikację pełnego nazwiska) toczył się przed poznańskim Sądem Okręgowym od stycznia 2016 roku.  W akcie oskarżenia zarzucono mu, iż „chcąc, aby inne osoby dokonały porwania, pozbawienia wolności, a następnie zabójstwa Jarosława Ziętary, w związku z jego zawodowym zainteresowaniem i planowanymi publikacjami dotyczącymi tzw. szarej strefy gospodarczej, nakłaniał do tego ustalonych pracowników ochrony firmy Elektromis, w szczególności w ten sposób, że podczas prowadzonej z nimi rozmowy, dotyczącej wpływu na postawę Jarosława Ziętary, stwierdził: on ma być skutecznie zlikwidowany”.

Były senator nie przyznawał się do winy. Nic nie zapowiadało, że podczas rozprawy 24 lutego b.r. zostanie ogłoszony wyrok w tym trwającym 6 lat procesie.  Zaskoczony koniecznością wygłoszenia mowy końcowej prokurator Piotr Kosmaty podkreślał jedynie, iż dowody zebrane w trakcie procesu są spójne i wskazują na to, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu. Brat zamordowanego dziennikarza, Jacek Ziętara apelował o sprawiedliwy wyrok. Obrońca byłego senatora podkreślił z kolei, iż Aleksander Gawronik nie miał motywu do podżegania do zabójstwa dziennikarza, podważał także zeznania świadków w tej sprawie.

Sprawa była objęta monitoringiem Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP.

Ogłoszenie wyroku TUTAJ

Powstał Klub Historyczny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Zarząd Główny SDP powołał Klub Historyczny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jego celem jest rozwijanie wiedzy historycznej, pielęgnowanie wartości patriotycznych oraz propagowanie najnowszych odkryć z dziedziny historii.

Pomysłodawczynią powstania Klubu Historycznego jest Hanna Budzisz z zarządu Oddziału Warszawskiego SDP. Jej inicjatywę poparło ponad 30 członków stowarzyszenia, a Zarząd Główny SDP na ostatnim posiedzeniu, 17 lutego przyjął uchwałę powołującą klub.

W założeniach klubu czytamy m.in.:

„W Klubie Historycznym będziemy pokazywać prawdziwą historię naszej Ojczyny. Ostatnio nasze dzieje są przedstawiane w negatywnym świetle i niejednokrotnie zakłamywane. Szarga się naszych bohaterów narodowych, gdyż dominuje pokazywanie historii z punktu widzenia orientacji politycznej. Chcemy dyskutować nad tymi odmiennymi spojrzeniami na nasze dzieje, pokazywać najnowsze ustalenia, docierać do prawdy historycznej.

Dążyć będziemy do  wzbogacania wiedzy historycznej,  organizując spotkania i dyskusje problemowe. Mamy w planie  także organizowanie konferencji historycznych i nawiązywanie współpracy z instytucjami historycznymi.”

Klub ma być otwarty nie tylko dla członków SDP, ale dla wszystkich zainteresowanych dziejami Polski i świata. Spotkania mają się odbywać w ostatni czwartek każdego miesiąca. Pierwsze planowane jest w marcu.

Wśród tematów, które KH SDP zamierza podjąć w najbliższym czasie są m.in. „Straty Warszawy”, czyli o dobrach zagrabionych i wywiezionych  przez Niemców po upadku Powstania Warszawskiego, czy „Patriotyzm Artura Rubinsteina” z okazji przypadających w tym roku rocznic 135. urodzin i  40. śmierci pianisty.

O spotkaniach Klubu Historycznego SDP będziemy na bieżąco informować na naszym portalu.

Regulamin Klubu można pobrać TUTAJ.

WALTER ALTERMANN: Inicjatywa & Projekt, czyli o zdarzeniach, które dopiero mają być, ale już się odbyły

Inicjatywa robi u nas niezłą karierę. Niby istnieje od dawna, ale teraz rozpycha się i niechciana wyłazi na pierwszą linię frontu walki o zangielszczenie języka polskiego. Chyba dlatego, że inicjatywa jest ogólna i pojemna. Inicjatywą może być spektakl teatralny, manifestacja zwolenników lub przeciwników rządu, właściwe każde publiczne wystąpienie może być inicjatywą. Spacer po parku miejskim, w zwołanym gronie wielbicieli spacerów też bywa inicjatywą.

„Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 inicjatyw, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy” – poinformował 16 lutego 2022 roku wysoki urzędnik. Po polsku zdanie powinno wyglądać tak: „Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 zdarzeń, wydarzeń, imprez, manifestacji, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy”. Sam, gdybym musiał wybrałbym zdarzenia lub wydarzenia.

Według Słownika Poprawnej Polszczyzny, pod red. Witolda Doroszewskiego (PWN, 1987) „inicjatywa to impuls do działania, pomysł, projekt do realizacji”.

A zatem inicjatywa jest intelektualnym zaczątkiem tego, co dopiero ma się stać. Ale… wspomniany urzędnik zapowiada przecież konkretne zdarzenia. To jak? Zakładam, że ów urzędnik znał kilka słów mogących zastąpić inicjatywę. Dlaczego? Może urzędnik chciał powiedzieć modnie, współcześnie. Może, jak inny urzędnicy, wstydzi się takich polskich słów jak choćby wydarzenie, zdarzenie?  Oczywiście zdarzenie jest najczęściej nagłe, niespodziewane i ma mniejszą rangę niż inicjatywa. Z kolei wydarzenie jest najczęściej ważne i doniosłe. A jednak inicjatywa boli w uchu.

W przeszłości równie mocno bolało mnie pojęcie prywatna inicjatywa. Według władz PRL, które z lubością przypisywały temu określeniu wartość zbiorczą, obejmującą prywatną gastronomię, zakłady krawieckie, szewskie, ślusarskie a także rzemieślnicze zakłady wytwarzające wózki dla dzieci, łyżwy, lampki, żyrandole, zabawki i tysiące potrzebnych ludziom artykułów codziennego użytku, nie bardzo miały ochotę na mówienie prawdy o roli prywatnych przedsiębiorców. Więc władze postanowiły przykryć to co istniało naprawdę, a pojęcie prywatna inicjatywa było doskonałym kamuflażem przed prawdą, przed tym, że w państwie ludu i mas pracujących istnieje (i ma się jako tako) sektor prywatny. Prywatni rzemieślnicy, prywatni przedsiębiorcy jednak istnieli i spełniali ważną rolę wobec ludzi i dla państwa, ale władzom nie przechodziło przez gardło przyznanie, że są oni niezwykle potrzebni. Gdyby ową prywatną inicjatywę zanalizować, to wyszłoby nam to samo co z obecną inicjatywą popierania Ukrainy, że inicjatywa oznacza takie coś, co jest, ale dokładnie nie wiadomo czym.

Jeszcze śmieszniej było za PRL-u z pojęciami inicjatywa obywatelską lub inicjatywa społeczna.  „Wystąpiła ostatnio inicjatywa społeczna, żeby położyć kres zjawisku koników handlujących biletami do kin, którzy najpierw w kasach kin bilety wykupują w cenach oficjalnych, a potem sprzedają je ze znacznym zyskiem…” – wyczytałem przed wielu laty w gazecie. O co chodziło? Ano o to, żeby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – dać znać obywatelom, że władza widzi „nieprawidłowości” oraz, że mamy w kraju zdrowe siły społeczne, których władza słucha. Naprawdę było tak, że o jakichś problemach wiedzieli wszyscy, ale władzom nie wypadało ot tak przyznać się, że przez lata problemu nie rozwiązywały. Więc dla kamuflażu posługiwano się jakimiś nieokreślonymi inicjatywami społecznymi.

Projekt (prodżekt)

Musiałem kiedyś odwiedzać (kilka razy w miesiącu) znajomego dyrektora teatru, w jego miejscu pracy, czyli w gabinecie dyrektora teatru. I zawsze na jego okrągłym stoliku leżała ta sama kaseta VHS. Stolik, przy którym rozmawialiśmy był, poza tym pusty a kaseta czyściutka, żadnego na niej kurzu, żadnego paproszka. Zrozumiałem, że skoro ta kaseta tak znacząco sobie leży i leży, to znaczy jest dla dyrektora ważna. Postanowiłem być miły i zapytałem co jest na kasecie.

– O, to jest mój projekt. Wiesz, to jest dla mnie bardzo ważny projekt – powiedział dyrektor i wzruszył się. Przy czym projekt wymawiał jako prodżekt.

– Masz na tej taśmie zapisany jakiś spektakl? – zapytałem.

– Nie, nie, to nie jest spektakl.

–  Widowisko? – naprawdę chciałem wiedzieć.

– Widowisko też nie, To jest po prostu projekt.

– Zaraz, moment – trochę się wściekłem – projekt powinien być na papierze jako zapowiedź tego co ma dopiero być.

– O, nie! Nie myśl po staremu – reżysero-dyrektor uśmiechnął się z wyższością. Zresztą jak chcesz to mogę ci puścić.

No i obejrzałem widowisko plenerowe, z dużą ilością sztucznej mgły w roli oparów, kręcącymi się po łąkach i lasach aktorami oraz smutnymi śpiewami z offu. Rzecz był patriotyczna w treści i bardzo artystyczna w formie. Minęło już kilka lat, a mnie wciąż dręczy pytanie: Dlaczego mój stary znajomy nie chciał się przyznać, że zrealizował w plenerze normalne widowisko? A może prawda jest prosta: za widowisko zamawiający płacił mniej, a za projekt więcej?

Z inicjatywą i prodżektami – mówiąc kolokwialnie – mamy w plecy. Język nasz osłabiany przez lata z powodu naszego lenistwa i zapatrzenia na świat jest w trudnej sytuacji. Czy się obroni? A, to już zależy od nas wszystkich, a od dziennikarzy szczególnie.

Kolejne posiedzenie Komisji Statutowej

Na trzecim spotkaniu, w czwartek 17 lutego, zebrała się Komisja Statutowa. Kontynuowała poprawianie najważniejszego dokumentu SDP.

Posiedzenie odbyło się w trybie zdalnym. Członkowie Komisji, zgodnie z przyjętą zasadą pracy, szczegółowo analizują poszczególne zapisy statutu i zgłaszają poprawki. Zbiera je prawnik SDP Michał Jaszewski, który na ich podstawie przygotowuje później  propozycje poszczególnych paragrafów.  Na styczniowym zebraniu Komisja przeanalizowała  dwa pierwsze rozdziały statutu: „Postanowienia ogólne” oraz  „Cele Stowarzyszenia i środki działania”. Teraz zmiany zostały jeszcze raz omówione i poddane głosowaniu.

Po przyjęciu propozycji, rozpoczęto analizę trzeciego rozdziału „Członkowie Stowarzyszenia – ich prawa i obowiązki”. Zaproponowane zmiany będą przedmiotem głosowania na kolejnym posiedzeniu Komisji Statutowej, które zaplanowano na 24 marca na godz. 15.

Skład Komisji Statutowej:

Krzysztof Skowroński, Hubert Bekrycht, Agnieszka Borowska, Witold Gadowski, Maria Giedz, Jolanta Hajdasz, Andrzej Klimczak, Wanda Nadobnik, Mariusz Pilis, Sonia Kwaśny, Wojciech Pokora, Grzegorz Radzicki, Aleksandra Tabaczyńska, Jadwiga Chmielowska, Piotr Górski, Grzegorz Mika, Krystyna Mokrosińska, Zbigniew Natkański, Anna Pakuła-Sacharczuk, Jan Poniatowski,  Marek Rudnicki, Martyna Seroka, Ewa Starosta, Paweł Stauffer, Andrzej Stawiarski, Janusz Wikowski, Barbara Ziółkowska.

Ministerstwo kultury dotuje ambitne czasopisma, także „Forum Dziennikarzy”  

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło wyniki programu „Czasopisma”. Dofinansowano 45 projektów na łączną kwotę 3 592 995 zł. Wśród beneficjentów znalazł się magazyn „Forum Dziennikarzy” wydawany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Jak tłumaczy MKiDN „celem programu jest wspieranie najbardziej znaczących ogólnopolskich czasopism kulturalnych, zarówno tych o wieloletnim dorobku i ugruntowanej pozycji, jak i tych, które uzyskały status opiniotwórczych w ostatnich latach.”

Największe dotacje na 2022 rok otrzymały Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego na kwartalnik „Kronos. Metafizyka Kultura Religia” (135 tys. zł), Oficyna wydawnicza „Mówią wieki” na magazyn historyczny „Mówią wieki” (105 tys. zł), spółka Biały Kruk na miesięcznik „Wpis – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” (105 tys. zł),  Instytut im. Jerzego Grotowskiego na czasopismo teatralne „Didaskalia” (104,5 tys. zł) oraz spółka Wnet na „Kurier Wnet” (104,3 tys. zł).

Kilku wnioskodawcom przyznano trzyletnie dofinansowanie, wśród nich znalazło się Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które na rozwój czasopisma „Forum Dziennikarzy” będzie otrzymywało co roku 75 tys. zł.

opr. jka, źródło: MKiDN