Po agresji rosyjskiej na Ukrainę: Do broni!!! Felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Tchórze i pociotki, powiedzcie czy nadal nie wierzycie, że to Putin nakazał dokonać masakry naszej elity pod Smoleńskiem? Czy wywołanie wojny to jeszcze za mało? Czy uwierzycie dopiero gdy bandzior wykona atak atomowy lub roznieci śmiertelne promieniowanie na przykład z Czarnobyla. O Smoleńsku przycichło.

Pomnik-schody, prawie niedostrzegalny na ciemnym placu. Niedoświetlony, zaniedbany. O prawdę walczyło dwoje: Macierewicz i Stankiewicz. Pani Ewa zrobiła lepszy film. Prominentny wówczas minister potraktował to jako konkurencję. Prezes TVP długo przestępował z nogi na nogę, ale wyemitował oba filmy dokumentalne o męczeństwie i śmierci ludzi, którzy nie przypuszczali, że można być tak zbrodniczym.

Teraz też – do piątej rano czwartek 24 lutego 2022 roku wierzono, że to co się stało jest niemożliwe. Ostrzeżenia, wielka armia czekająca na mrozie na rozkaz ataku – to wszystko było za mało. „Tylko nie ulegajmy prowokacji” – to było najważniejsze. Teraz obowiązuje wiara w skuteczność sankcji.

Już na molo przewietrzyć się nikt nie polezie. Ale nadal na mównicę sejmową wchodzi facet, próbując mówić o tym, co w obliczu wojny jest rachunkiem, którego obca dłoń nie wyrówna. Mówmy jednym głosem, ale prawdę, która jawi się teraz w ostrych konturach rdzewiejącego, ukradzionego wraku samolotu.

W dniu agresji na Ukrainę Anita Gargas pokazuje film o agentach wpływu. Wypowiadają się liczni. Padają różne mądrości. Ale bez nazwisk. Ci, którzy może teraz nawet trochę się martwią, wleźli pod brukselskie fotele. Kombinują, że trzeba przeczekać.

Jest prezydent, jest rząd. Po co jeszcze ten opozycyjny odwłok, te gadające nieznośne już łby? Jest szum.

Czy rusofile naprawdę uważają, że naród jest głupi lub że ma jednocześnie sklerozę i Alzhaimera. Idą czołgi. Nawet na Kijów.  Jedni będą bronić, a drudzy uciekać. U nas wybrańcy narodu będą teraz czytać 900-stronicową propozycję o prawie wojny, a potem dyskutować zawzięcie. Wypielęgnowani lalusie, którzy w życiu jeszcze nic nie zrobili (owszem, sporo zarobili) będą biegać po telewizyjnych studiach i klepać komunały.

Po co ten kram? W obliczu zagrożenia ochotników do obrony u nas nie zabraknie. Może będzie tak jak w roku 1920. Piłsudski zwrócił się do wójta z Wierzchosławic, do włościan. I 70 procent armii obronnej zapewnili chłopi. Pięknie pisał o tym historyk śp. Andrzej Zakrzewski.

Łażę często ulicą Piękną w Warszawie, ale niestety żadnego Witosa nie spotkałem. Owszem stoi pan Wincenty godnie przy Pl. Trzech Krzyży na pomniku. Te potrafimy wznosić. Szkoda, że prawdziwi przywódcy już z nich nie zejdą. Krzykaczy ci u nas dostatek. A tu trzeba rozdać mężczyznom broń!  Niech wybiorą sobie pozycje na dachach wysokich domów.

Ukraińcy zapomnieli o obronie przeciwlotniczej. Bandyta z czerwoną gwiazdą bezczelnie przelatuje sobie nad stolicą kraju. A my? Gdzie te „Patrioty”, gdzie antyrakietowa artyleria? Ci którzy jeszcze niedawno likwidowali garnizony nadal wożeni są w importowanych limuzynach. Ile pieniędzy wydajemy na tych nierobów?

Policzmy się. I to szybko. Po Afganistanie, Iraku i po misjach mamy już sporo doświadczonych żołnierzy. Wrócą na wezwanie również wypchnięci na zarobkową emigrację – najlepsi wykształceni i odważni. Jak kiedyś hallerowcy.

Rosjanie wyhodowali sobie bezwzględnego kagiebistę. My znajdziemy Andersa, Maczka, Grota, Szendzielarza, Zaporę. Znajdzie się też ksiądz Skorupka. Panie Kurski, puść pan natychmiast filmy – oba. I Macierewicza i Stankiewicz. Smoleńsk jest nierozliczony.

Posłowie, senatorzy, samorządowcy – w kamasze!  Do broni. Przestańcie strzępić języki po próżnicy. Budujmy natychmiast strzelnice. Teraz już wyjeżdżać z Polski nie ma gdzie. Tu trzeba wrócić!

Ukraińcy też do końca nie wierzyli, że ich napadną. Wierzyc warto, ale w Pana Boga. Bo zawsze raźniej. Natomiast liczyć na cuda nie wystarczy, Obcy nam pomogą albo i nie. Wojny dawno nie było. Powtarzanie proroctwa Lecha Kaczyńskiego – to za mało.  Do broni!!

***

Z ostatniej chwili: jest serdeczna decyzja Prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego postawienia do dyspozycji wojewody lubelskiego, naszego Domu Dziennikarza w Kazimierzu dla szukających pomocy w Polsce rodzin ukraińskich. Przywiozą je mężczyźni a sami niech wracają Ojczyzny bronić. Podpisuję się pod tym pomysłem obiema rękami.

 

Gawronik uniewinniony. Nieoczekiwane zakończenie procesu byłego senatora

Były senator Aleksander Gawronik, oskarżony o podżeganie do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary został  uniewinniony  przez Sąd Okręgowy w Poznaniu.  Ku zaskoczeniu obserwatorów i prokuratury sędzia  Joanna Rucińska zamknęła proces, przeszła do mów końcowych i ogłosiła wyrok – uniewinniony. Proces  Aleksandra Gawronika trwał  6 lat. Wyrok nie jest prawomocny.

Proces byłego senatora Aleksandra Gawronika (zgodził się na publikację pełnego nazwiska) toczył się przed poznańskim Sądem Okręgowym od stycznia 2016 roku.  W akcie oskarżenia zarzucono mu, iż „chcąc, aby inne osoby dokonały porwania, pozbawienia wolności, a następnie zabójstwa Jarosława Ziętary, w związku z jego zawodowym zainteresowaniem i planowanymi publikacjami dotyczącymi tzw. szarej strefy gospodarczej, nakłaniał do tego ustalonych pracowników ochrony firmy Elektromis, w szczególności w ten sposób, że podczas prowadzonej z nimi rozmowy, dotyczącej wpływu na postawę Jarosława Ziętary, stwierdził: on ma być skutecznie zlikwidowany”.

Były senator nie przyznawał się do winy. Nic nie zapowiadało, że podczas rozprawy 24 lutego b.r. zostanie ogłoszony wyrok w tym trwającym 6 lat procesie.  Zaskoczony koniecznością wygłoszenia mowy końcowej prokurator Piotr Kosmaty podkreślał jedynie, iż dowody zebrane w trakcie procesu są spójne i wskazują na to, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu. Brat zamordowanego dziennikarza, Jacek Ziętara apelował o sprawiedliwy wyrok. Obrońca byłego senatora podkreślił z kolei, iż Aleksander Gawronik nie miał motywu do podżegania do zabójstwa dziennikarza, podważał także zeznania świadków w tej sprawie.

Sprawa była objęta monitoringiem Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP.

Ogłoszenie wyroku TUTAJ

Powstał Klub Historyczny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Zarząd Główny SDP powołał Klub Historyczny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jego celem jest rozwijanie wiedzy historycznej, pielęgnowanie wartości patriotycznych oraz propagowanie najnowszych odkryć z dziedziny historii.

Pomysłodawczynią powstania Klubu Historycznego jest Hanna Budzisz z zarządu Oddziału Warszawskiego SDP. Jej inicjatywę poparło ponad 30 członków stowarzyszenia, a Zarząd Główny SDP na ostatnim posiedzeniu, 17 lutego przyjął uchwałę powołującą klub.

W założeniach klubu czytamy m.in.:

„W Klubie Historycznym będziemy pokazywać prawdziwą historię naszej Ojczyny. Ostatnio nasze dzieje są przedstawiane w negatywnym świetle i niejednokrotnie zakłamywane. Szarga się naszych bohaterów narodowych, gdyż dominuje pokazywanie historii z punktu widzenia orientacji politycznej. Chcemy dyskutować nad tymi odmiennymi spojrzeniami na nasze dzieje, pokazywać najnowsze ustalenia, docierać do prawdy historycznej.

Dążyć będziemy do  wzbogacania wiedzy historycznej,  organizując spotkania i dyskusje problemowe. Mamy w planie  także organizowanie konferencji historycznych i nawiązywanie współpracy z instytucjami historycznymi.”

Klub ma być otwarty nie tylko dla członków SDP, ale dla wszystkich zainteresowanych dziejami Polski i świata. Spotkania mają się odbywać w ostatni czwartek każdego miesiąca. Pierwsze planowane jest w marcu.

Wśród tematów, które KH SDP zamierza podjąć w najbliższym czasie są m.in. „Straty Warszawy”, czyli o dobrach zagrabionych i wywiezionych  przez Niemców po upadku Powstania Warszawskiego, czy „Patriotyzm Artura Rubinsteina” z okazji przypadających w tym roku rocznic 135. urodzin i  40. śmierci pianisty.

O spotkaniach Klubu Historycznego SDP będziemy na bieżąco informować na naszym portalu.

Regulamin Klubu można pobrać TUTAJ.

WALTER ALTERMANN: Inicjatywa & Projekt, czyli o zdarzeniach, które dopiero mają być, ale już się odbyły

Inicjatywa robi u nas niezłą karierę. Niby istnieje od dawna, ale teraz rozpycha się i niechciana wyłazi na pierwszą linię frontu walki o zangielszczenie języka polskiego. Chyba dlatego, że inicjatywa jest ogólna i pojemna. Inicjatywą może być spektakl teatralny, manifestacja zwolenników lub przeciwników rządu, właściwe każde publiczne wystąpienie może być inicjatywą. Spacer po parku miejskim, w zwołanym gronie wielbicieli spacerów też bywa inicjatywą.

„Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 inicjatyw, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy” – poinformował 16 lutego 2022 roku wysoki urzędnik. Po polsku zdanie powinno wyglądać tak: „Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 zdarzeń, wydarzeń, imprez, manifestacji, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy”. Sam, gdybym musiał wybrałbym zdarzenia lub wydarzenia.

Według Słownika Poprawnej Polszczyzny, pod red. Witolda Doroszewskiego (PWN, 1987) „inicjatywa to impuls do działania, pomysł, projekt do realizacji”.

A zatem inicjatywa jest intelektualnym zaczątkiem tego, co dopiero ma się stać. Ale… wspomniany urzędnik zapowiada przecież konkretne zdarzenia. To jak? Zakładam, że ów urzędnik znał kilka słów mogących zastąpić inicjatywę. Dlaczego? Może urzędnik chciał powiedzieć modnie, współcześnie. Może, jak inny urzędnicy, wstydzi się takich polskich słów jak choćby wydarzenie, zdarzenie?  Oczywiście zdarzenie jest najczęściej nagłe, niespodziewane i ma mniejszą rangę niż inicjatywa. Z kolei wydarzenie jest najczęściej ważne i doniosłe. A jednak inicjatywa boli w uchu.

W przeszłości równie mocno bolało mnie pojęcie prywatna inicjatywa. Według władz PRL, które z lubością przypisywały temu określeniu wartość zbiorczą, obejmującą prywatną gastronomię, zakłady krawieckie, szewskie, ślusarskie a także rzemieślnicze zakłady wytwarzające wózki dla dzieci, łyżwy, lampki, żyrandole, zabawki i tysiące potrzebnych ludziom artykułów codziennego użytku, nie bardzo miały ochotę na mówienie prawdy o roli prywatnych przedsiębiorców. Więc władze postanowiły przykryć to co istniało naprawdę, a pojęcie prywatna inicjatywa było doskonałym kamuflażem przed prawdą, przed tym, że w państwie ludu i mas pracujących istnieje (i ma się jako tako) sektor prywatny. Prywatni rzemieślnicy, prywatni przedsiębiorcy jednak istnieli i spełniali ważną rolę wobec ludzi i dla państwa, ale władzom nie przechodziło przez gardło przyznanie, że są oni niezwykle potrzebni. Gdyby ową prywatną inicjatywę zanalizować, to wyszłoby nam to samo co z obecną inicjatywą popierania Ukrainy, że inicjatywa oznacza takie coś, co jest, ale dokładnie nie wiadomo czym.

Jeszcze śmieszniej było za PRL-u z pojęciami inicjatywa obywatelską lub inicjatywa społeczna.  „Wystąpiła ostatnio inicjatywa społeczna, żeby położyć kres zjawisku koników handlujących biletami do kin, którzy najpierw w kasach kin bilety wykupują w cenach oficjalnych, a potem sprzedają je ze znacznym zyskiem…” – wyczytałem przed wielu laty w gazecie. O co chodziło? Ano o to, żeby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – dać znać obywatelom, że władza widzi „nieprawidłowości” oraz, że mamy w kraju zdrowe siły społeczne, których władza słucha. Naprawdę było tak, że o jakichś problemach wiedzieli wszyscy, ale władzom nie wypadało ot tak przyznać się, że przez lata problemu nie rozwiązywały. Więc dla kamuflażu posługiwano się jakimiś nieokreślonymi inicjatywami społecznymi.

Projekt (prodżekt)

Musiałem kiedyś odwiedzać (kilka razy w miesiącu) znajomego dyrektora teatru, w jego miejscu pracy, czyli w gabinecie dyrektora teatru. I zawsze na jego okrągłym stoliku leżała ta sama kaseta VHS. Stolik, przy którym rozmawialiśmy był, poza tym pusty a kaseta czyściutka, żadnego na niej kurzu, żadnego paproszka. Zrozumiałem, że skoro ta kaseta tak znacząco sobie leży i leży, to znaczy jest dla dyrektora ważna. Postanowiłem być miły i zapytałem co jest na kasecie.

– O, to jest mój projekt. Wiesz, to jest dla mnie bardzo ważny projekt – powiedział dyrektor i wzruszył się. Przy czym projekt wymawiał jako prodżekt.

– Masz na tej taśmie zapisany jakiś spektakl? – zapytałem.

– Nie, nie, to nie jest spektakl.

–  Widowisko? – naprawdę chciałem wiedzieć.

– Widowisko też nie, To jest po prostu projekt.

– Zaraz, moment – trochę się wściekłem – projekt powinien być na papierze jako zapowiedź tego co ma dopiero być.

– O, nie! Nie myśl po staremu – reżysero-dyrektor uśmiechnął się z wyższością. Zresztą jak chcesz to mogę ci puścić.

No i obejrzałem widowisko plenerowe, z dużą ilością sztucznej mgły w roli oparów, kręcącymi się po łąkach i lasach aktorami oraz smutnymi śpiewami z offu. Rzecz był patriotyczna w treści i bardzo artystyczna w formie. Minęło już kilka lat, a mnie wciąż dręczy pytanie: Dlaczego mój stary znajomy nie chciał się przyznać, że zrealizował w plenerze normalne widowisko? A może prawda jest prosta: za widowisko zamawiający płacił mniej, a za projekt więcej?

Z inicjatywą i prodżektami – mówiąc kolokwialnie – mamy w plecy. Język nasz osłabiany przez lata z powodu naszego lenistwa i zapatrzenia na świat jest w trudnej sytuacji. Czy się obroni? A, to już zależy od nas wszystkich, a od dziennikarzy szczególnie.

Kolejne posiedzenie Komisji Statutowej

Na trzecim spotkaniu, w czwartek 17 lutego, zebrała się Komisja Statutowa. Kontynuowała poprawianie najważniejszego dokumentu SDP.

Posiedzenie odbyło się w trybie zdalnym. Członkowie Komisji, zgodnie z przyjętą zasadą pracy, szczegółowo analizują poszczególne zapisy statutu i zgłaszają poprawki. Zbiera je prawnik SDP Michał Jaszewski, który na ich podstawie przygotowuje później  propozycje poszczególnych paragrafów.  Na styczniowym zebraniu Komisja przeanalizowała  dwa pierwsze rozdziały statutu: „Postanowienia ogólne” oraz  „Cele Stowarzyszenia i środki działania”. Teraz zmiany zostały jeszcze raz omówione i poddane głosowaniu.

Po przyjęciu propozycji, rozpoczęto analizę trzeciego rozdziału „Członkowie Stowarzyszenia – ich prawa i obowiązki”. Zaproponowane zmiany będą przedmiotem głosowania na kolejnym posiedzeniu Komisji Statutowej, które zaplanowano na 24 marca na godz. 15.

Skład Komisji Statutowej:

Krzysztof Skowroński, Hubert Bekrycht, Agnieszka Borowska, Witold Gadowski, Maria Giedz, Jolanta Hajdasz, Andrzej Klimczak, Wanda Nadobnik, Mariusz Pilis, Sonia Kwaśny, Wojciech Pokora, Grzegorz Radzicki, Aleksandra Tabaczyńska, Jadwiga Chmielowska, Piotr Górski, Grzegorz Mika, Krystyna Mokrosińska, Zbigniew Natkański, Anna Pakuła-Sacharczuk, Jan Poniatowski,  Marek Rudnicki, Martyna Seroka, Ewa Starosta, Paweł Stauffer, Andrzej Stawiarski, Janusz Wikowski, Barbara Ziółkowska.

Ministerstwo kultury dotuje ambitne czasopisma, także „Forum Dziennikarzy”  

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło wyniki programu „Czasopisma”. Dofinansowano 45 projektów na łączną kwotę 3 592 995 zł. Wśród beneficjentów znalazł się magazyn „Forum Dziennikarzy” wydawany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Jak tłumaczy MKiDN „celem programu jest wspieranie najbardziej znaczących ogólnopolskich czasopism kulturalnych, zarówno tych o wieloletnim dorobku i ugruntowanej pozycji, jak i tych, które uzyskały status opiniotwórczych w ostatnich latach.”

Największe dotacje na 2022 rok otrzymały Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego na kwartalnik „Kronos. Metafizyka Kultura Religia” (135 tys. zł), Oficyna wydawnicza „Mówią wieki” na magazyn historyczny „Mówią wieki” (105 tys. zł), spółka Biały Kruk na miesięcznik „Wpis – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” (105 tys. zł),  Instytut im. Jerzego Grotowskiego na czasopismo teatralne „Didaskalia” (104,5 tys. zł) oraz spółka Wnet na „Kurier Wnet” (104,3 tys. zł).

Kilku wnioskodawcom przyznano trzyletnie dofinansowanie, wśród nich znalazło się Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które na rozwój czasopisma „Forum Dziennikarzy” będzie otrzymywało co roku 75 tys. zł.

opr. jka, źródło: MKiDN

 

Putin miejski albo jak biuro prasowe prezydent Łodzi nie wpuściło TVP na konferencję prasową

KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Wybaczcie ten długi tytuł, ale czasem tak po prostu trzeba. Nie w obronie TVP, ale obronie wolności słowa. Spętani politycznymi zależnościami od Platformy Obywatelskiej i Lewicy urzędnicy z biura prasowego prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej (KO) nie wpuścili ekipy TVP3 Łódź na konferencję prasową. Nie wpuścili, bo politycznemu dworowi łódzkiego magistratu dziennikarze nie są już potrzebni. Przynajmniej do kampanii wyborczej. Nie są potrzebni nie tylko dziennikarze TVP. Teraz jest moda na magistrackich klakierów.

Złamano prawo prasowe. Złamano obyczaje, których – nie najlepszy to przykład – przestrzegali nawet komuniści w słusznie minionych czasach. Ustrój się zmienił, ale sowiecki charakter drzemał sobie w samorządowym błotku gospodarstwa Pani prezydent Hanny Zdanowskiej. Jej zbiorowy Putin, czyli mechanizm samorządowych stanowisk w biurze prasowym, działa. Przepraszam za porównanie, działa jak na Krymie 8 lat temu. Przepraszam tych mieszkańców Krymu, którzy cierpią z powodu bezprawnego panowania rosyjskiego reżimu i przekupionych lokalnych satrapów.

Biuro prasowe prezydent Łodzi to przyboczna gwardia polityk wpływowej polityk PO (KO) Hanny Zdanowskiej. Gwardia kilkunastu byłych dziennikarzy łódzkiego oddziału gazety ze stołecznego Czerniakowa. I nie tylko.

Rzecznik prezydent trzeciego, co do wielkości polskiego miasta, mówiący, że na konferencję TVP nie miała zaproszenia, toteż ekipa TVP z Łodzi na nią nie wejdzie jest, jak rzecznik Kremla na corocznej konferencji prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Tylko w Moskwie nie wpuszcza się najwyżej ekip gruzińskich lub czeczeńskich mediów i to nie z powodów, z jakich, ewentualnie nie wpuszczono TVP na zwyczajne spotkanie wiceprezydenta Adama Pustelnika z dziennikarzami. Ów wysoki urzędnik samorządowy chciał powiedzieć światu, co będzie z pieniędzmi, które samorządowi dał rząd. Może się wstydził, ale to nie powód pomijać odbiorców TVP, których – z powodu naruszenia prawa prasowego – nie mogła poinformować reporterka, bo jej zakazano, podkreślam zakazano wejścia na konferencję.

Dlaczego TVP nie wpuszczono? Nie mam powodów, aby bronić wszystkich przed biurem prasowym Zdanowskiej, ale aby zastosować takie cenzorskie metody, reporterka – znana mi młoda dziennikarka – musiałaby chyba próbować wejść na konferencję z flagą Korei Północnej. A na pewno tego nie próbowała.

Od lat rzecznik i biuro prasowe ekipy prezydent Zdanowskiej popieranej od trzech kadencji przez PO i to, co zostało z SLD są propagandowo podobni do aparatu sowieckich dygnitarzy. Po prostu numer, jaki wykręcili w Walentynki łódzkiej TVP jest godny miłości Donalda Tuska do Władimira Putina z pamiętnej przechadzki na sopockim molo w 2009 roku.

Nie wpuścili TVP do łódzkiego magistratu, bo nie. Bo tak im się podoba. Prawo prasowe? Rzecznik przecież broni swojej szefowej przed PiS. A łódzki samorząd to samospełniająca się przepowiednia o mieście demokratycznych swobód, tyle, że nie dla tych, co mają inne poglądy niż zespół prasowy Zdanowskiej. Czyli, jak w „Misiu” Barei – Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?

Dziwię się tylko, że, poza prezesem łódzkiego oddziału SDP Zbigniewem Natkańskim i piszącym te słowa, jak na razie nikt z obecnych na konferencji dziennikarzy reporterki TVP nie broni.

Kilka lat temu nie do pomyślenia. Na co liczą ci dziennikarze, którzy milczą wobec łamania ich praw? Na to, że to ich nie spotka? Bzdura. Milczenie rozsierdzi tylko łódzki Kreml, czyli urząd miasta. A zbiorowy Putin prezydent Łodzi, czyli biuro prasowe i rzecznik za kilka miesięcy mogą pisać inne scenariusze.

Cóż to będzie? Kryminał, dramat, kino dla dorosłych? Nie. To będzie farsa, jakiej na pewno wyprze się filmowa Łódź. Przykład? Proszę bardzo. Biuro prasowe prezydent Łodzi może się wkrótce zastanawiać, jakie dwa, no może trzy pytania mogą być zadane i przez kogo na jedynej w roku konferencji prasowej Hanny Zdanowskiej. Na pewno nie będzie pytań o dziury w jezdniach.

 

Nie żyje Daniel Passent, wieloletni publicysta „Polityki”

Zmarł Daniel Passent, publicysta od 1959 roku związany z tygodnikiem „Polityka”. Miał 83 lata.

Wiadomość o śmierci swojego wieloletniego publicysty redakcja tygodnika „Polityka” przekazała w w mediach społecznościowych.

„Z ogromnym żalem i wciąż nie mogąc w to uwierzyć informujemy, że odszedł nasz drogi Przyjaciel Daniel Passent” – czytamy na Twitterze.

Daniel Passent urodził się 28 kwietnia 1938 roku w Stanisławowie. Karierę dziennikarską rozpoczął, jeszcze jako student Uniwersytetu Warszawskiego, w 1956 roku w „Sztandarze Młodych”. Trzy lata później związał się z tygodnikiem „Polityka”, w którym publikował ponad 60 lat. Był m.in. jego korespondentem podczas wojny wietnamskiej oraz stałym felietonistą. Na początku lat 60. zdobył prawo do publikacji pamiętników hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, odpowiedzialnego za zagładę Żydów.

Współpracował z kabaretem „Pod Egidą” Jana Pietrzaka pisząc tu teksty antysystemowe. Jednak w latach 80. wielokrotnie bronił na łamach „Polityki” decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego oraz polityki ówczesnych władz.  W latach 1996 –2002 pełnił funkcję polskiego ambasadora w Chile..

Napisał wiele książek, głównie publicystycznych i reportażowych. Od października 2012 prowadził w radiu Tok FM audycję „Goście Passenta”.

opr. jka, źródła: Twitter, Wikipedia

Jarosław Marek Rymkiewicz – Poeta, który kochał Polskę

Na cmentarzu w Milanówku odbył się pogrzeb Jarosława Marka Rymkiewicza, wybitnego poety, przez wielu uważanego za jednego z największych polskich współczesnych mistrzów pióra. Rodzina prosiła o uszanowanie prywatnego charakteru uroczystości, dlatego w mediach zapewne nie będzie relacji. Ale pamiętać o Poecie powinni nie tylko miłośnicy jego wierszy.

Jarosław Rymkiewicz to oczywiście nie tylko poeta, to także znawca twórczości Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego, znawca polskiej literatury, profesor nauk humanistycznych, dramaturg, pisarz, krytyk literacki, eseista, który kochał Polskę i jak dziś czytamy we wspomnieniach o nim – który ukształtował myślenie wielu z Polaków.

Ja chciałabym dodać do tej listy jeszcze jego zasługi w walce o wolność słowa w naszym kraju. Jego jednoznaczna patriotyczna postawa i procesy, jakie w związku z jego wypowiedziami wytoczyła mu Gazeta Wyborcza oraz jego sprzeciw wobec skazujących go na grzywny sądów wzbudzały i budzą szacunek.

Proces, jaki za wypowiedziane słowa wytoczyła mu Gazeta Wyborcza w 2011 r. był dla wielu szokiem – przecież kilka lat wcześniej sama nagrodziła go nagrodą za tom wierszy „Zachód słońca w Milanówku”.  Ale poeta dla tego środowiska był wielkim tylko wtedy, gdy pisał o przyrodzie i domowych zwierzętach i urokach przydomowego ogródka, lub podobnych „neutralnych” tematach.

Przyczyną procesu, jaki wytoczyła mu Gazeta Wyborcza była wypowiedź 77-  letniego wówczas Jarosława Rymkiewicza dla Gazety Polskiej z 2010 r. Bronił wówczas ustawionego na Krakowskim Przedmieściu krzyża i jego strażników, pisał, iż Polacy, stając przy nim, mówią, że chcą pozostać Polakami. Poeta argumentował wtedy: To właśnie budzi teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść – na przykład w redaktorach „Gazety Wyborczej”, którzy pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami i dodał, że redaktorzy Gazety Wyborczej są duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski.  Według niego rodzice czy dziadkowie wielu z nich byli członkami tej organizacji, która była skażona duchem „luksemburgizmu”, a więc ufundowana na nienawiści do Polski i Polaków. Tych redaktorów wychowano tak, że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża. Uważam, że ludzie ci są godni współczucia – polscy katolicy powinni się za nich modlić – napisał poeta.

Gazeta Wyborcza nie chciała mu darować słów „spadkobiercy Komunistycznej Partii Polski – od starszego pana, poety, który w gazecie napisał tylko to, co myśli, zażądała przeprosin i 5 tysięcy złotych odszkodowania za naruszenie tzw. dóbr osobistych.  A wolne polskie sądy zajęły się ustalaniem, co to znaczy, że wg kogoś ktoś jest czyimś „duchowym spadkobiercą”. Kolejne instancje skazywały poetę przyznając tym samym, że musi zapłacić to odszkodowanie, a za swoje słowa przeprosić Wyborczą  – a on na to nie chciał się zgodzić. Wspierały go setki osób, które przychodziły do sądu na rozprawy, choć sale sądowe nie mogły ich pomieścić. Po kolejnym skazującym wyroku Jarosław Marek Rymkiewicz wygłosił apel, który dziś można znaleźć w sieci dzięki filmowi Grzegorza Brauna „Poeta pozwany” , apel warto przypomnieć dosłownie, Jarosław Rymkiewicz powiedział wtedy: Wolność słowa będzie teraz w Polsce ograniczana, ale wy moi drodzy nie zważajcie na to, mówcie dalej co chcecie pamiętajcie że jesteście wolnymi Polakami Gazeta Wyborcza nie będzie nami rządzić.  Zarządowi spółki Agora i redaktorom Gazety Wyborczej chce przypomnieć stare polskie przysłowie – musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce .Nie zmusicie nas do milczenia. Rusi tu nie będzie.

Proces ten wśród wielu Polaków budził prawdziwe zdumienie, nie można było zrozumieć, dlaczego wielki giełdowy koncern medialny walczy z kilkoma słowami wypowiedzianymi przez poetę w jednej z gazet, dlaczego z takim uporem dąży do jego skazania, dlaczego sądy tak ochoczo się tym zajmują, zamiast oddalić pozew. Przecież pan Rymkiewicz miał prawo myśleć co myślał i pisać to co myśli.

Warto więc pamiętać, że Jarosław Marek Rymkiewicz był jednym z tych , który miał odwagę poruszać w swojej twórczości poetyckiej najbardziej palące problemy naszej współczesności, np. jeden z najbardziej znanych swoich wierszy  napisał  19 kwietnia 2010 roku,  9 dni po katastrofie smoleńskiej, pisał  o „krwi na fotelach tupolewa zmywanej szlauchem o świtaniu”  i o tym, że to co nas podzieliło – to się już nie sklei, Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei, którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu (…) Jarosław Marek Rymkiewicz mówił jeszcze, iż literatura nikomu i niczemu nie służy, służyć nie powinna i służyć nie może – ani państwu, ani społeczeństwu, ani politykom, ani gazetom, ani żadnej władzy. Nic ją nie obchodzi, co sądzi o niej społeczeństwo, co sądzi państwo, co sądzi telewizja, co sądzą politycy i partie. Literatura nie jest żebrakiem – mówił poeta – O nic nie prosi i nie czeka na wsparcie. Potrzebuje tylko czytelników, istnieje dlatego, że oni istnieją. I dziękował czytelnikom za to, że czytają jego książki.

My dziś możemy dziękować za dziedzictwo, które Jarosław Marek Rymkiewicz, także nam dziennikarzom, zostawia.  Warto byśmy o nim pamiętali.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Pożytki z czytania ze zrozumieniem albo żołnierze dodatków telewizyjnych

Mam nawyk czytania wszystkiego, co przed oczami. W dodatku do popularnego łódzkiego dziennika – TV pilot nr 5 – zawierającego repertuar stacji i programów telewizyjnych emitowanych w dniach 4-10 lutego 2022 roku, widzę intrygujący tytuł: „Żołnierze Panfiłowa”.

Intrygujący, bo w dzieciństwie zaczytywałem się tłumaczoną z rosyjskiego powieścią Aleksandra Beka” Szosa Wołokołamska”. Jej treścią były dramatyczne dni bohaterskiej obrony jednego z podejść pod Moskwę, którym jesienią 1941 roku nacierali Niemcy. A jednym z bohaterów książki (i rzeczywistej obrony) był generał Iwan Panfiłow.

Zatem, czytam w notce zapowiadającej emisję filmu: „Moskwa, listopad 1941 r. Związek Radziecki przystąpił do II wojny światowej. Niemieckie wojsko podchodzi pod miasto.” Dalej jest kilka słów streszczenia fabuły. Wszystko prawda, tyle że jak w dowcipie o samochodach rozdawanych rzekomo na ulicach Moskwy: okazuje się potem, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochody, a rowery, i nie rozdają, a kradną.

Zastanawiam się, czy notkę napisał jakiś domorosły filmoznawca, czy też została ona dostarczona przez dystrybutora filmu i bezmyślnie przetłumaczona. W każdym przypadku nie powinna w tej formie pojawić się w druku. Wedle obowiązującej w ZSRR narracji historycznej ten kraj od 22 czerwca 1941 roku toczył z faszystowskimi (ewentualnie hitlerowskimi) Niemcami Wielką Wojnę Ojczyźnianą. I nie przystąpił do niej, ale został zmuszony, bo niespodziewanie zaatakowany, czego skutkiem m.in. były niemieckie czołgi pod Moskwą w listopadzie tego samego roku. Za akt przystąpienia do II wojny światowej można ewentualnie uznać dzień 17 września 1939, kiedy wojska radzieckie rozpoczęły „wyzwalanie” zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy, czyli zaatakowały i zajęły połowę Polski toczącej wówczas w wojnę z Niemcami.

A wtedy, po wcześniejszych deklaracjach Anglii i Francji, była to już wojna światowa. Historycy pewnie mają ustalone poglądy na te kwestie. Mnie wkurza pisanie nieprawdy w taki sposób, jakby były to historyczne fakty.

Króciutka notatka, zastanawiam się, czy można ją uznać za zwykłe niechlujstwo i brak redakcyjnego nadzoru, czy może jest to jednak element wojny hybrydowej.  W dodatku nie mam pewności, czy takie dodatki z programem telewizyjnym nie są jakoś znormalizowane, centralnie (nawet tylko w części należącej do jednego koncernu) przygotowywane. Może więc nie tylko w Łodzi dało się przeczytać tę wersję historii II wojny światowej? (wspomniane dodatki ukazują się na terenie całego kraju – red.)

Pozostając na tej samej fali podzielę się pewną obserwacją, też związaną z wojną i okupacją. Otóż przed niewielu laty zdarzyło mi się być w Muzeum Powstania Warszawskiego. Byliśmy dość wąską grupką muzealników – można rzecz sami swoi – więc pani przewodniczka poza opowieścią wynikającą z zakresu obowiązujących informacji dzieliła się z nami spostrzeżeniami na różne tematy.

Takie muzealne ploteczki, kulisy, opowiastki o tym, czego nie widać. Opowiedziała też o największym swoim zadziwieniu, z jakim zetknęła się w ciągu wielu lat pracy.  Było to podczas oprowadzania po muzeum grupki młodzieży, zdaje się licealnej, z jakiegoś miasta spoza Warszawy.

W tym akurat wypadku można dodać, że z prowincji, bo jak powiedziano to nie miejsce zamieszkania, ile stan umysłu.Oto pod koniec zwiedzania opiekująca się uczniami pani nauczycielka zapytała o losy Pałacu Kultury w czasie wojny i okupacji niemieckiej!

Takie mamy dzieci chowanie, które potem dorastają i redagują różne notki i notatki, a także telewizyjne dodatki.