Putin miejski albo jak biuro prasowe prezydent Łodzi nie wpuściło TVP na konferencję prasową

KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Wybaczcie ten długi tytuł, ale czasem tak po prostu trzeba. Nie w obronie TVP, ale obronie wolności słowa. Spętani politycznymi zależnościami od Platformy Obywatelskiej i Lewicy urzędnicy z biura prasowego prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej (KO) nie wpuścili ekipy TVP3 Łódź na konferencję prasową. Nie wpuścili, bo politycznemu dworowi łódzkiego magistratu dziennikarze nie są już potrzebni. Przynajmniej do kampanii wyborczej. Nie są potrzebni nie tylko dziennikarze TVP. Teraz jest moda na magistrackich klakierów.

Złamano prawo prasowe. Złamano obyczaje, których – nie najlepszy to przykład – przestrzegali nawet komuniści w słusznie minionych czasach. Ustrój się zmienił, ale sowiecki charakter drzemał sobie w samorządowym błotku gospodarstwa Pani prezydent Hanny Zdanowskiej. Jej zbiorowy Putin, czyli mechanizm samorządowych stanowisk w biurze prasowym, działa. Przepraszam za porównanie, działa jak na Krymie 8 lat temu. Przepraszam tych mieszkańców Krymu, którzy cierpią z powodu bezprawnego panowania rosyjskiego reżimu i przekupionych lokalnych satrapów.

Biuro prasowe prezydent Łodzi to przyboczna gwardia polityk wpływowej polityk PO (KO) Hanny Zdanowskiej. Gwardia kilkunastu byłych dziennikarzy łódzkiego oddziału gazety ze stołecznego Czerniakowa. I nie tylko.

Rzecznik prezydent trzeciego, co do wielkości polskiego miasta, mówiący, że na konferencję TVP nie miała zaproszenia, toteż ekipa TVP z Łodzi na nią nie wejdzie jest, jak rzecznik Kremla na corocznej konferencji prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Tylko w Moskwie nie wpuszcza się najwyżej ekip gruzińskich lub czeczeńskich mediów i to nie z powodów, z jakich, ewentualnie nie wpuszczono TVP na zwyczajne spotkanie wiceprezydenta Adama Pustelnika z dziennikarzami. Ów wysoki urzędnik samorządowy chciał powiedzieć światu, co będzie z pieniędzmi, które samorządowi dał rząd. Może się wstydził, ale to nie powód pomijać odbiorców TVP, których – z powodu naruszenia prawa prasowego – nie mogła poinformować reporterka, bo jej zakazano, podkreślam zakazano wejścia na konferencję.

Dlaczego TVP nie wpuszczono? Nie mam powodów, aby bronić wszystkich przed biurem prasowym Zdanowskiej, ale aby zastosować takie cenzorskie metody, reporterka – znana mi młoda dziennikarka – musiałaby chyba próbować wejść na konferencję z flagą Korei Północnej. A na pewno tego nie próbowała.

Od lat rzecznik i biuro prasowe ekipy prezydent Zdanowskiej popieranej od trzech kadencji przez PO i to, co zostało z SLD są propagandowo podobni do aparatu sowieckich dygnitarzy. Po prostu numer, jaki wykręcili w Walentynki łódzkiej TVP jest godny miłości Donalda Tuska do Władimira Putina z pamiętnej przechadzki na sopockim molo w 2009 roku.

Nie wpuścili TVP do łódzkiego magistratu, bo nie. Bo tak im się podoba. Prawo prasowe? Rzecznik przecież broni swojej szefowej przed PiS. A łódzki samorząd to samospełniająca się przepowiednia o mieście demokratycznych swobód, tyle, że nie dla tych, co mają inne poglądy niż zespół prasowy Zdanowskiej. Czyli, jak w „Misiu” Barei – Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?

Dziwię się tylko, że, poza prezesem łódzkiego oddziału SDP Zbigniewem Natkańskim i piszącym te słowa, jak na razie nikt z obecnych na konferencji dziennikarzy reporterki TVP nie broni.

Kilka lat temu nie do pomyślenia. Na co liczą ci dziennikarze, którzy milczą wobec łamania ich praw? Na to, że to ich nie spotka? Bzdura. Milczenie rozsierdzi tylko łódzki Kreml, czyli urząd miasta. A zbiorowy Putin prezydent Łodzi, czyli biuro prasowe i rzecznik za kilka miesięcy mogą pisać inne scenariusze.

Cóż to będzie? Kryminał, dramat, kino dla dorosłych? Nie. To będzie farsa, jakiej na pewno wyprze się filmowa Łódź. Przykład? Proszę bardzo. Biuro prasowe prezydent Łodzi może się wkrótce zastanawiać, jakie dwa, no może trzy pytania mogą być zadane i przez kogo na jedynej w roku konferencji prasowej Hanny Zdanowskiej. Na pewno nie będzie pytań o dziury w jezdniach.

 

Nie żyje Daniel Passent, wieloletni publicysta „Polityki”

Zmarł Daniel Passent, publicysta od 1959 roku związany z tygodnikiem „Polityka”. Miał 83 lata.

Wiadomość o śmierci swojego wieloletniego publicysty redakcja tygodnika „Polityka” przekazała w w mediach społecznościowych.

„Z ogromnym żalem i wciąż nie mogąc w to uwierzyć informujemy, że odszedł nasz drogi Przyjaciel Daniel Passent” – czytamy na Twitterze.

Daniel Passent urodził się 28 kwietnia 1938 roku w Stanisławowie. Karierę dziennikarską rozpoczął, jeszcze jako student Uniwersytetu Warszawskiego, w 1956 roku w „Sztandarze Młodych”. Trzy lata później związał się z tygodnikiem „Polityka”, w którym publikował ponad 60 lat. Był m.in. jego korespondentem podczas wojny wietnamskiej oraz stałym felietonistą. Na początku lat 60. zdobył prawo do publikacji pamiętników hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, odpowiedzialnego za zagładę Żydów.

Współpracował z kabaretem „Pod Egidą” Jana Pietrzaka pisząc tu teksty antysystemowe. Jednak w latach 80. wielokrotnie bronił na łamach „Polityki” decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego oraz polityki ówczesnych władz.  W latach 1996 –2002 pełnił funkcję polskiego ambasadora w Chile..

Napisał wiele książek, głównie publicystycznych i reportażowych. Od października 2012 prowadził w radiu Tok FM audycję „Goście Passenta”.

opr. jka, źródła: Twitter, Wikipedia

Jarosław Marek Rymkiewicz – Poeta, który kochał Polskę

Na cmentarzu w Milanówku odbył się pogrzeb Jarosława Marka Rymkiewicza, wybitnego poety, przez wielu uważanego za jednego z największych polskich współczesnych mistrzów pióra. Rodzina prosiła o uszanowanie prywatnego charakteru uroczystości, dlatego w mediach zapewne nie będzie relacji. Ale pamiętać o Poecie powinni nie tylko miłośnicy jego wierszy.

Jarosław Rymkiewicz to oczywiście nie tylko poeta, to także znawca twórczości Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego, znawca polskiej literatury, profesor nauk humanistycznych, dramaturg, pisarz, krytyk literacki, eseista, który kochał Polskę i jak dziś czytamy we wspomnieniach o nim – który ukształtował myślenie wielu z Polaków.

Ja chciałabym dodać do tej listy jeszcze jego zasługi w walce o wolność słowa w naszym kraju. Jego jednoznaczna patriotyczna postawa i procesy, jakie w związku z jego wypowiedziami wytoczyła mu Gazeta Wyborcza oraz jego sprzeciw wobec skazujących go na grzywny sądów wzbudzały i budzą szacunek.

Proces, jaki za wypowiedziane słowa wytoczyła mu Gazeta Wyborcza w 2011 r. był dla wielu szokiem – przecież kilka lat wcześniej sama nagrodziła go nagrodą za tom wierszy „Zachód słońca w Milanówku”.  Ale poeta dla tego środowiska był wielkim tylko wtedy, gdy pisał o przyrodzie i domowych zwierzętach i urokach przydomowego ogródka, lub podobnych „neutralnych” tematach.

Przyczyną procesu, jaki wytoczyła mu Gazeta Wyborcza była wypowiedź 77-  letniego wówczas Jarosława Rymkiewicza dla Gazety Polskiej z 2010 r. Bronił wówczas ustawionego na Krakowskim Przedmieściu krzyża i jego strażników, pisał, iż Polacy, stając przy nim, mówią, że chcą pozostać Polakami. Poeta argumentował wtedy: To właśnie budzi teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść – na przykład w redaktorach „Gazety Wyborczej”, którzy pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami i dodał, że redaktorzy Gazety Wyborczej są duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski.  Według niego rodzice czy dziadkowie wielu z nich byli członkami tej organizacji, która była skażona duchem „luksemburgizmu”, a więc ufundowana na nienawiści do Polski i Polaków. Tych redaktorów wychowano tak, że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża. Uważam, że ludzie ci są godni współczucia – polscy katolicy powinni się za nich modlić – napisał poeta.

Gazeta Wyborcza nie chciała mu darować słów „spadkobiercy Komunistycznej Partii Polski – od starszego pana, poety, który w gazecie napisał tylko to, co myśli, zażądała przeprosin i 5 tysięcy złotych odszkodowania za naruszenie tzw. dóbr osobistych.  A wolne polskie sądy zajęły się ustalaniem, co to znaczy, że wg kogoś ktoś jest czyimś „duchowym spadkobiercą”. Kolejne instancje skazywały poetę przyznając tym samym, że musi zapłacić to odszkodowanie, a za swoje słowa przeprosić Wyborczą  – a on na to nie chciał się zgodzić. Wspierały go setki osób, które przychodziły do sądu na rozprawy, choć sale sądowe nie mogły ich pomieścić. Po kolejnym skazującym wyroku Jarosław Marek Rymkiewicz wygłosił apel, który dziś można znaleźć w sieci dzięki filmowi Grzegorza Brauna „Poeta pozwany” , apel warto przypomnieć dosłownie, Jarosław Rymkiewicz powiedział wtedy: Wolność słowa będzie teraz w Polsce ograniczana, ale wy moi drodzy nie zważajcie na to, mówcie dalej co chcecie pamiętajcie że jesteście wolnymi Polakami Gazeta Wyborcza nie będzie nami rządzić.  Zarządowi spółki Agora i redaktorom Gazety Wyborczej chce przypomnieć stare polskie przysłowie – musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce .Nie zmusicie nas do milczenia. Rusi tu nie będzie.

Proces ten wśród wielu Polaków budził prawdziwe zdumienie, nie można było zrozumieć, dlaczego wielki giełdowy koncern medialny walczy z kilkoma słowami wypowiedzianymi przez poetę w jednej z gazet, dlaczego z takim uporem dąży do jego skazania, dlaczego sądy tak ochoczo się tym zajmują, zamiast oddalić pozew. Przecież pan Rymkiewicz miał prawo myśleć co myślał i pisać to co myśli.

Warto więc pamiętać, że Jarosław Marek Rymkiewicz był jednym z tych , który miał odwagę poruszać w swojej twórczości poetyckiej najbardziej palące problemy naszej współczesności, np. jeden z najbardziej znanych swoich wierszy  napisał  19 kwietnia 2010 roku,  9 dni po katastrofie smoleńskiej, pisał  o „krwi na fotelach tupolewa zmywanej szlauchem o świtaniu”  i o tym, że to co nas podzieliło – to się już nie sklei, Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei, którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu (…) Jarosław Marek Rymkiewicz mówił jeszcze, iż literatura nikomu i niczemu nie służy, służyć nie powinna i służyć nie może – ani państwu, ani społeczeństwu, ani politykom, ani gazetom, ani żadnej władzy. Nic ją nie obchodzi, co sądzi o niej społeczeństwo, co sądzi państwo, co sądzi telewizja, co sądzą politycy i partie. Literatura nie jest żebrakiem – mówił poeta – O nic nie prosi i nie czeka na wsparcie. Potrzebuje tylko czytelników, istnieje dlatego, że oni istnieją. I dziękował czytelnikom za to, że czytają jego książki.

My dziś możemy dziękować za dziedzictwo, które Jarosław Marek Rymkiewicz, także nam dziennikarzom, zostawia.  Warto byśmy o nim pamiętali.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Pożytki z czytania ze zrozumieniem albo żołnierze dodatków telewizyjnych

Mam nawyk czytania wszystkiego, co przed oczami. W dodatku do popularnego łódzkiego dziennika – TV pilot nr 5 – zawierającego repertuar stacji i programów telewizyjnych emitowanych w dniach 4-10 lutego 2022 roku, widzę intrygujący tytuł: „Żołnierze Panfiłowa”.

Intrygujący, bo w dzieciństwie zaczytywałem się tłumaczoną z rosyjskiego powieścią Aleksandra Beka” Szosa Wołokołamska”. Jej treścią były dramatyczne dni bohaterskiej obrony jednego z podejść pod Moskwę, którym jesienią 1941 roku nacierali Niemcy. A jednym z bohaterów książki (i rzeczywistej obrony) był generał Iwan Panfiłow.

Zatem, czytam w notce zapowiadającej emisję filmu: „Moskwa, listopad 1941 r. Związek Radziecki przystąpił do II wojny światowej. Niemieckie wojsko podchodzi pod miasto.” Dalej jest kilka słów streszczenia fabuły. Wszystko prawda, tyle że jak w dowcipie o samochodach rozdawanych rzekomo na ulicach Moskwy: okazuje się potem, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochody, a rowery, i nie rozdają, a kradną.

Zastanawiam się, czy notkę napisał jakiś domorosły filmoznawca, czy też została ona dostarczona przez dystrybutora filmu i bezmyślnie przetłumaczona. W każdym przypadku nie powinna w tej formie pojawić się w druku. Wedle obowiązującej w ZSRR narracji historycznej ten kraj od 22 czerwca 1941 roku toczył z faszystowskimi (ewentualnie hitlerowskimi) Niemcami Wielką Wojnę Ojczyźnianą. I nie przystąpił do niej, ale został zmuszony, bo niespodziewanie zaatakowany, czego skutkiem m.in. były niemieckie czołgi pod Moskwą w listopadzie tego samego roku. Za akt przystąpienia do II wojny światowej można ewentualnie uznać dzień 17 września 1939, kiedy wojska radzieckie rozpoczęły „wyzwalanie” zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy, czyli zaatakowały i zajęły połowę Polski toczącej wówczas w wojnę z Niemcami.

A wtedy, po wcześniejszych deklaracjach Anglii i Francji, była to już wojna światowa. Historycy pewnie mają ustalone poglądy na te kwestie. Mnie wkurza pisanie nieprawdy w taki sposób, jakby były to historyczne fakty.

Króciutka notatka, zastanawiam się, czy można ją uznać za zwykłe niechlujstwo i brak redakcyjnego nadzoru, czy może jest to jednak element wojny hybrydowej.  W dodatku nie mam pewności, czy takie dodatki z programem telewizyjnym nie są jakoś znormalizowane, centralnie (nawet tylko w części należącej do jednego koncernu) przygotowywane. Może więc nie tylko w Łodzi dało się przeczytać tę wersję historii II wojny światowej? (wspomniane dodatki ukazują się na terenie całego kraju – red.)

Pozostając na tej samej fali podzielę się pewną obserwacją, też związaną z wojną i okupacją. Otóż przed niewielu laty zdarzyło mi się być w Muzeum Powstania Warszawskiego. Byliśmy dość wąską grupką muzealników – można rzecz sami swoi – więc pani przewodniczka poza opowieścią wynikającą z zakresu obowiązujących informacji dzieliła się z nami spostrzeżeniami na różne tematy.

Takie muzealne ploteczki, kulisy, opowiastki o tym, czego nie widać. Opowiedziała też o największym swoim zadziwieniu, z jakim zetknęła się w ciągu wielu lat pracy.  Było to podczas oprowadzania po muzeum grupki młodzieży, zdaje się licealnej, z jakiegoś miasta spoza Warszawy.

W tym akurat wypadku można dodać, że z prowincji, bo jak powiedziano to nie miejsce zamieszkania, ile stan umysłu.Oto pod koniec zwiedzania opiekująca się uczniami pani nauczycielka zapytała o losy Pałacu Kultury w czasie wojny i okupacji niemieckiej!

Takie mamy dzieci chowanie, które potem dorastają i redagują różne notki i notatki, a także telewizyjne dodatki.

Pomyślałem, że mogę rysować śmiesznie – rozmowa ze ZBIGNIEWEM PISZCZAKO, rysownikiem, karykaturzystą,  satyrykiem

Rysunek satyryczny powinien bazować na prostocie, a nie na zbyt wyszukanej formie, która odwróci naszą uwagę od istoty przekazu. A tak naprawdę najważniejsza jest umiejętność spuentowania – mówi Zbigniew Piszczako olsztyński rysownik, laureat Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny pod hasłem „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”.

Czyżbyś został Zbyszku łowcą nagród?

Od wielu lat biorę udział w różnych konkursach na rysunek satyryczny. Akurat ten konkurs ma rangę międzynarodową i rozgrywany jest w Polsce. Do wyboru były dwie kategorie. Na karykaturę Einsteina i rysunek tematyczny. Ja nie robię karykatur, więc wybór był prosty. Grand Prix dostał ten rysunek, który zdobył najwięcej punktów, bez względu na kategorię. Do tej pory zdarzało się, że otrzymywałem główne nagrody na konkursach satyrycznych, ale Grand Prix dostałem po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie ostatni.

Rysunek satyryczny i karykatura, to w twoim przypadku bardziej pasja, czy zawód?

To pasja i odskocznia, wycisza i uspokaja. Nic nie muszę, a mogę skomentować, czasem rozbawić, czasem zawstydzić. A otaczająca rzeczywistość ma różne barwy i odcienie. Tematy same „wciskają się” i w zależności od nastroju i weny twórczej są szybko lub wolno narysowane.

Czy zamiast kończyć Wydział Mechaniczny ART, nie lepiej było studiować jakieś sztuki plastyczne?

Patrząc z dzisiejszej perspektywy wybór był właściwy. Pracując w firmie mam stałą pensję i nie muszę się martwić jako artysta o zlecenia. Robię to co lubię, kreuję wydarzenia artystyczne, w innych uczestniczę. Mogę spokojnie zajmować się rysunkiem satyrycznym. Jeżeli jest taka możliwość to opublikować w prasie, a z tym jest wręcz tragicznie, coraz mniej gazet korzysta z naszych usług. Mogę też wysyłać swoje rysunki na konkursy.

Kiedy odkryłeś w sobie talent do satyrycznego rysowania?

Trochę z przypadku. Kiedy byłem na studiach, a był to wówczas okres gorący w polityce, narodziny ruchu Solidarności. Oglądając rysunki w prasie codziennej, pomyślałem, że ja też mogę tak „rysować śmiesznie”. Teraz jak patrzę na te pierwsze „prace”, to prawdę powiedziawszy lepiej by było żeby ich nikt nie zobaczył. Nadają się bardziej jako szkic do nowego pomysłu. W pewnym momencie jeden z nestorów olsztyńskiej karykatury Aleksander Wołos powiedział mi: wiesz Zbyszek, jesteś rozpoznawalny po kresce, widać kto to rysował. Można powiedzieć, że to była nobilitacja. Więc komentuję wydarzenia społeczne, polityczne i sportowe do dziś.

Specjalizujesz się w jakimś konkretnym rodzaju rysunku satyrycznego?

W czasach kiedy były większe możliwości publikacji, a gazety chętniej zamieszczały rysunki satyryczne, tematyka moich prac była bardziej różnorodna. Dziś większość dotyczy tematyki sportowej ponieważ są publikowane w dziale sportowym „Gazety Olsztyńskiej”. Dla „Życia Olsztyna” ilustruję przewrotne dyskusje Jacka Panasa i Andrzeja Brzozowskiego. Nie robię jedynie karykatury portretowej.

A Niecodziennik ?

To specyficzny periodyk, który wymyśliłem w 2018 r. podczas Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Zacząłem wówczas rozsyłać wśród znajomych rysunki w formie jednostronicowej gazetki komentującej mistrzostwa. Ponieważ każdy kolejny numer był przyjmowany ciepło i z prośbą o jeszcze… więc wychodzi stale, z podtytułem „psychoanalityczny nieregularnik periodyczny”. Teraz również jest publikowany na Facebooku.

Odziedziczyłaś po kimś te umiejętności?

Mój tata poza pracą zawodową zajmował się malarstwem sztalugowym. Jest typowym realistą. Gierymski, Szyszkin, Kossak to jego klimaty. Popełniłem jeden mały obraz olejny i na tym się skończyło. Ciągnie mnie do akwareli i pasteli, które wykorzystuję przy wykonywaniu rysunków satyrycznych. Z drugiej strony wykorzystuję komputer do kolorowania rysunków, ponieważ w druku barwa jest bardziej czysta i wyrazista.

W rysunku satyrycznym ważniejszy jest pomysł, czy umiejętności?

Może to być pomysł i wówczas sam rysunek schodzi na plan dalszy. Czasami technika wykonania, ujęcie. Najlepiej jednak jeżeli te dwa elementy się połączy. Uważam, że rysunek satyryczny powinien bazować na prostocie, a nie na zbyt wyszukanej formie, która odwróci naszą uwagę od istoty przekazu. A tak naprawdę najważniejsza jest umiejętność spuentowania.

Często można się podeprzeć tzw. „dymkiem”?

Tylko ten „dymek” powinien stanowić integralną część rysunku. On w sumie ułatwia przekazanie informacji i odczytanie intencji autora. Jest prawie jednoznaczny, mówię prawie, ponieważ tekst w dymku umożliwia także umiejętne zastosowanie gry słów. Z drugiej strony można iść na totalną łatwiznę, zmieniając „dymki” pozostawić ten sam rysunek.

W przypadku tekstu istnieje możliwość zmiany, poprawki, a jak to jest w przypadku rysunku, jak coś się nie uda, wędruje do kosza?

Nie… jest gumka, ołówek, chwila zastanowienia i wówczas robię nową wersję pomysłu. Czasami robię kilka wersji jednego pomysłu bo skojarzenia, które przyszły do głowy są wieloznaczne.

Czy zdarzyło się, że twój pomysł został inaczej odczytany, niż sobie zakładałeś?

Niejednokrotnie, ale głównie gdy jest to rysunek bez tekstu. W takim przypadku jest większa dowolność interpretacji. Czasami, wyjęty po latach z szuflady rysunek nabiera innego znaczenia w nowym kontekście politycznym czy społecznym. Dostaje jakby nowe życie.

Zajmujesz się także ilustracjami książkowymi, czy one też mają charakter satyryczny?

Zawsze chciałem wykonać serię ilustracji książkowych, ale nie spodziewałem się, że kiedyś to nastąpi. A jednak… nazbierało się tego trochę. Wszystkie moje ilustracje są z nutką satyryczną, z dozą humoru. W ubiegłym roku wydaliśmy jako oddział SDP bardzo ciekawą książkę „Twarze olsztyńskiej estrady” autorstwa Andrzeja Brzozowskiego, zawierającą 52 wywiady z artystami, zdjęcia, anegdoty i moje rysunki satyryczne związane tematycznie z muzyką.

Masz też pewne doświadczenie estradowe?

Z kabaretem „Kaczki z Nowej Paczki” w ramach „Twórczego Miejsca Olsztyna” (organizowanym wspólnie z TMO) przeprowadzaliśmy na żywo konkurs na najlepszy „dymek” do moich rysunków. Ponieważ było to bardzo zabawne, kilka razy wystąpiłem również w ich programie estradowym.

Co teraz robisz ciekawego?

W 2018 roku wyszedłem z inicjatywą zorganizowania ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy, którego celem jest nagrodzenie najlepszego rysunku roku. Mamy w kraju różne konkursy satyryczne, ale nikt nie nagradza karykaturzystów publikujących w prasie, która coraz rzadziej korzysta z tej formy komentarza. Oddział Warmińsko-Mazurski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaakceptował pomysł i został głównym organizatorem konkursu. Zaproponowałem także by patronem konkursu został nasz olsztyński karykaturzysta, malarz i pastelista Aleksander Wołos. W tym roku mamy już 4. edycję konkursu. Na początku lutego zostaną ogłoszone wyniki i dowiemy się jaka praca została rysunkiem roku 2021. Na tym nie koniec działalności promocyjnej, czeka mnie jeszcze zorganizowanie wystaw objazdowych i pokazanie najciekawszych prac nie tylko w regionie, ale i w kraju. Trzecią edycję pokazaliśmy w 15 miejscach wystawienniczych, oczywiście w Olsztynie, ale i w Mrągowie, Sosnowcu, Olecku, Pieniężnie, Opolu, Świątkach, Wąchocku czy Pabianicach. Bardzo ciekawa była prezentacja wystawy pokonkursowej w Hołownie, w rodzinnej miejscowości patrona konkursu Aleksandra Wołosa. Została pokazana w starej, zabytkowej stodole, rysunki rozwieszono bezpośrednio na drewnianych ścianach, a wieczorem wszyscy bawili się przy muzyce w klimatach ukraińsko-polskich w wykonaniu kapeli Drewutnia.

Na koniec proszę o anegdotę

Byłem początkującym rysownikiem. Poszedłem na wystawę i zarazem spotkanie karykaturzystów, usiadłem z boku. Kilka osób już znałem, jak Józefa Burniewicza, który roztaczał wielkie plany stojące przed olsztyńską karykaturą. Po spotkaniu podszedł do mnie starszy, dystyngowany pan, który siedział niedaleko mnie i coś szkicował, zapytał o nazwisko i pokazał rysunek. Jesteś tu nowy, będę przyglądał się twoim poczynaniom – powiedział. I tak poznałem Edwarda Michalskiego znakomitego karykaturzystę, który narysował moją facjatę będącą do dziś najlepszą moją karykaturą.

 Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Andrzej Zb. Brzozowski

 

Rysunek Zbigniewa Piszczako pt. „Kroplówka” nagrodzony Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”

 


Zbigniew Piszczako

Olsztyński satyryk, rysownik, karykaturzysta i ilustrator. Członek Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury (SPAK) oraz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Absolwent Akademii Rolniczo – Technicznej w Olsztynie. Rysuje do prasy od 1986 roku. Związany głównie z czasopismami Warmii i Mazur. Stały współpracownik „Nowego Życia Olsztyna” i „Gazety Olsztyńskiej”. Wielokrotnie nagradzany na konkursach ogólnopolskich rysunku satyrycznego. Uczestnik wielu wystaw krajowych i zagranicznych. Na początku tego roku Zbigniew Piszczako otrzymał Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny, który przebiegał pod hasłem „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”. Zgłoszono 692 prace 376 autorów z 52 krajów. Do II etapu zakwalifikowano 167 prac 130 autorów z 42 krajów. Międzynarodowe (jedenastoosobowe) jury najwyżej oceniło pracę Zbyszka pt. „Kroplówka”. Organizatorem konkursu jest Fundacja Festiwalu Satyry Europejskiej „Koziołki” mająca na celu upowszechnianie satyry europejskiej oraz integrację i wspieranie działań twórców działających na polu humoru i satyry. Podtytuł „Koziołki” w nazwie imprezy, nawiązuje do koziołków z wieży Poznańskiego Ratusza, będących symbolem miasta – siedziby festiwalu. Koziołki, to także firmowa statuetka imprezy wręczana laureatom konkursu.

Śpiew, który łączy kultury. Koncert międzynarodowego Chóru „W Akcji”

Chcą budować mosty między kulturami, otwierać się na drugiego człowieka, szukać tego co nas łączy, a nie dzieli i zarażać tym swoich słuchaczy. To misja Chóru „W Akcji”, który w czwartkowy wieczór wystąpił w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.    

Nie są zawodowymi muzykami. Mają w swoim gronie nauczycieli, inżynierów, menedżerów, studentów. Ale ich koncert dostarczył słuchaczom wiele emocji, radości i wzruszeń, a przecież o to chodzi w sztuce. Jest jeszcze coś co Chór „W Akcji” wyróżnia spośród innych śpiewających zespołów. Jego członkowie trafili do Polski z różnych stron świata – Etiopii, Zimbabwe, Rwandy, Indii, Włoch, Francji, Rosji, Holandii, Stanów Zjednoczonych. Takie międzynarodowe towarzystwo zebrała Luiza Chrzanowska, z wykształcenia ekonomistka, której pasją jest muzyka. 20 lat mieszkała za granicą, przez pięć lat prowadziła międzynarodowy chór w Brukseli.

– Dyrygent bez chóru to jak rybka bez wody, dlatego gdy wróciłam do Polski wiedziałam, że będę chciała jakiś chór założyć – opowiada. – Z drugiej strony ostatnie lata spędziłam w międzynarodowym środowisku i czegoś podobnego szukałam w Warszawie.

Ogłoszenia o naborze zamieściła na facebookowych grupach gromadzących cudzoziemców. Dobrze trafiła.

– Nie spodziewałam się tak dużego odzewu, myślałam że będziemy zaczynać z ośmioma, dziewięcioma osobami, tymczasem na przesłuchania zgłosiło się 36 osób – mówi Luzia Chrzanowska.

Swoją decyzję uzasadniali krótko: tęsknili za śpiewaniem.

– W Polsce jest wiele chórów, ale brakuje takich międzynarodowych, gdzie ktoś kto nie mówi po polsku może śpiewać – zauważa Luiza Chrzanowska.

Teraz chór liczy 40 osób. Działa w ramach Jezuickiego Centrum Społecznego „W Akcji”, które pomaga uchodźcom w Polsce, działa na rzecz promocji wiary i sprawiedliwości w krajach Trzeciego Świata oraz pragnie rozwijać młodych ludzi poprzez doświadczenie wolontariatu.

– Chcemy pokazać, że inne kultury wnoszą coś nowego, ubogacają. Szukamy tego co łączy, a nie tego co nas dzieli. Chcemy przekazywać to innymi – dodaje założycielka chóru.

Jak to wygląda w praktyce można się przekonać na koncertach Chóru „W Akcji”, takich jak ten, który w czwartkowy wieczór, 20 stycznia zorganizowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Czas jest jeszcze świąteczny, więc i repertuar musiał być bożonarodzeniowy. Nie był to jednak zwyczajny koncert kolęd. Urzekł słuchaczy nie tylko różnorodnością języków, ale też zmiennością nastrojów, a przede wszystkim pięknym, pełnym emocji śpiewem.

Występ rozpoczął się refleksyjną, adwentową  pieśnią  „Oh comme Emmanuel” („Przyjdź Emmanuelu”), później oczekiwanie zamieniło się w radość z Bożego Narodzenia wyśpiewaną w emocjonalnym „Gaudete”. Dalej cud przyjścia na świat Zbawiciela wychwalany był po francusku w „Les anges dans nos campagnes” i po polsku w „Przybieżeli do Betlejem”. Pomiędzy znalazł się jeszcze wzruszający utwór „Christmas poor”, który oddawał prawdziwy sens świąt  – kiedy otwieramy się na innych, często wykluczonych, z którymi może nie jest nam po drodze, to wtedy tak naprawdę rodzi się Jezus w naszym sercu.

Wielkie brawa zebrała pieśń o pokoju „Ukuthula” wykonana w południowoafrykańskim języku zulu. Na koniec chór porwał słuchaczy w międzynarodową świąteczną podróż zapraszając do wspólnego zaśpiewania kolędy „Cicha noc” po angielsku, niemiecku, francusku, szwedzku, białorusku, hiszpańsku, włosku i polsku.

Gdy umilkły brawa wszyscy się dziwili, że chór który wykonał tak piękny, w pełni profesjonalny koncert, działa zaledwie od trzech miesięcy, spotykając się na próbach raz w tygodniu. Padło pytanie: jak to możliwe?

– Jestem osobą wierzącą. Pan Bóg to zrobił – odpowiedziała Luiza Chrzanowska.

jka

Komisja Statutowa rozpoczęła poprawianie statutu

W czwartek, 20 stycznia na drugim spotkaniu zebrała się Komisja Statutowa. Pracowała w formule hybrydowej, omówiła dwa pierwsze rozdziały statutu.

Komisja rozpoczęła szczegółowe analizowanie poszczególnych zapisów statutu. Uwagi i propozycje członków zbierał prawnik SDP Michał Jaszewski, który na ich podstawie opracuje dokładne brzmienie poszczególnych paragrafów dokumentu. Będą one później poddane głosowaniu. Na czwartkowym posiedzeniu omówiono dwa pierwsze rozdziały statutu: „Postanowienia ogólne” oraz  „Cele Stowarzyszenia i środki działania”.

Prezes SDP Krzysztof Skowroński zaproponował, aby w celu usprawnienia pracy komisji, wcześniej do biura Zarządu Głównego SDP nadsyłać uwagi i propozycje do kolejnych dwóch rozdziałów statutu. Ich omówieniem komisja zajmie się na następnym posiedzeniu, które zaplanowano na 17 lutego.

Skład Komisji Statutowej:

Krzysztof Skowroński, Hubert Bekrycht, Agnieszka Borowska, Witold Gadowski, Maria Giedz, Jolanta Hajdasz, Andrzej Klimczak, Wanda Nadobnik, Mariusz Pilis, Sonia Kwaśny, Wojciech Pokora, Grzegorz Radzicki, Aleksandra Tabaczyńska, Jadwiga Chmielowska, Piotr Górski, Grzegorz Mika, Krystyna Mokrosińska, Zbigniew Natkański, Anna Pakuła-Sacharczuk, Jan Poniatowski,  Marek Rudnicki, Martyna Seroka, Ewa Starosta, Paweł Stauffer, Andrzej Stawiarski, Janusz Wikowski, Barbara Ziółkowska.

Zbigniew Piszczako laureatem Grand Prix międzynarodowego konkursu

Olsztyński karykaturzysta i jednocześnie sekretarz zarządu Oddziału Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Zbigniew Piszczako został laureatem Grand Prix międzynarodowego konkursu „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”, na który wpłynęły 692 prace 376 autorów z 52 krajów.

Konkurs został zorganizowany z okazji jubileuszu 100-lecia przyznania Nagrody Nobla Albertowi Einsteinowi. Naukowiec formalnie nie otrzymał nagrody za Teorię Względności i wzór E=mc2, z czego jest najbardziej znany, lecz za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego. Idea konkursu odnosi się do naukowego dorobku Alberta Einsteina oraz jego społecznej działalności na rzecz pokoju.

Organizatorem konkursu jest Fundacja Festiwalu Satyry Europejskiej „Koziołki” we współpracy z Departamentem Energii Jądrowej i pod Honorowym Patronatem Ministra Klimatu i Środowiska.

Wyniki konkursu:

GRAND PRIX –  Zbigniew Piszczako (Polska) za pracę „Kroplówka”

W kategorii „Albert Einstein”: pierwsze miejsce zdobył Marco D’Agostino (Włochy), drugie Grzegorz Szumowski (Polska), a trzecie Walter Toscano (Peru).
W kategorii „Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”: pierwsze miejsce zdobył Paweł Kuczyński (Polska), drugie Maciej Trzepałka (Polska), trzecie Mello Silvano (Brazylia).

Zbigniew Piszczako jest współzałożycielem Stowarzyszenia Aktywnej Satyry i członkiem Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury. Ukończył Akademię Rolniczo-Techniczną w Olsztynie. Rysuje do prasy od 1986 roku. Obecnie współpracuje przede wszystkim z prasą regionalną i lokalną, ale ma na swoim koncie współpracę m.in. z tygodnikiem „Wprost”, „Super Expressem”, „Piłką Nożną”, „Twoim Weekendem” czy „Gilotyną”. Pomysłodawca Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa (obecnie trwa już 4. edycja konkursu) organizowana przez Oddział Warmińsko-Mazurski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (więcej TUTAJ).

 

Dekalog medialny STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Po pierwsze: nie służ aktualnie sprawującym władzę – kacykom, prezesom ani żadnym innym kupującym dziennikarzy za obietnice stanowisk, prezenty droższe lub śmieciowe. A prawdę i sprawiedliwość mając na względzie służyć będziesz swą pracą społeczeństwu, kierując się prawem i zasadami demokracji.

Po drugie: nie nadużywaj słów wielkich – jak Bóg, Honor, Ojczyzna – by nie stawały się pojęciami wyświechtanymi, nie robiącymi większego wrażenia. Degradacja wartości słowa to niepowetowana strata. A słowo to oręż żurnalisty.

Po trzecie: nie goń za mamoną. Dbaj o poziom i wartość przekazu – aby to osiągnąć, odpocznij czasem.

Po czwarte: korzystaj z wolności Schengen, ale pamiętaj, skąd jesteś i co zawdzięczasz krajowi rodziców, nauczycieli i współobywateli. Szanuj to wszystko.

Po piąte: krytykuj, piętnuj, jeśli trzeba. Wal śmiało i prostolinijnie. Ale nie zabijaj – jak muchę gazetą. Daj krytykowanemu szansę obrony.

Po szóste: nie zawłaszczaj cudzego. Nie wyciągaj łapy korzystając z przywileju władzy, wpływu medialnego. Pamiętaj o swoich pryncypialnych zobowiązaniach.

Po siódme: nie zżynaj, nie przepisuj bez podania źródła. Gardź plagiatem. A jeśli nawet nie boisz się demaskatorskiej roli Internetu, to bój się własnego sumienia. Wierz w to, że oszustwo zawsze się wyda.

Po ósme: nie kłam, nawet dla zysku takiego czy innego. Nie łżyj – bo to najcięższy grzech dziennikarza. A jeśli nie wstydzisz się pisać nieprawdę, nie boisz się sądu ani Pana Boga – bój się Hieny (to antynagroda SDP). Ona cię dopadnie.

Po dziewiąte i dziesiąte: pożądaj laurów i nagród dziennikarskich – a te są liczne w pączkujących ciągle konkursach. To zdrowe pożądanie winno zmobilizować do pracy. A jest o czym pisać, co nagrywać i filmować. Trzymaj się zasad, a znajdą Cię i wyróżnią.

 

 

Puchar Polski POD w Steel Darcie w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym

Dom Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym w weekend 8 – 9 stycznia zorganizował rozgrywki Pucharu Polski POD w Steel Darcie.

W tej prestiżowej dla polskiej społeczności darta imprezie wzięła udział prawie setka zawodników. Po emocjonujących rozgrywkach, w sobotę wśród pań triumfowała Ewelina Modrzejewska, a wśród panów Jerzy Kobylarz. W niedzielę najlepsi okazali się Katarzyna Drążek oraz Maciej Zaborski.

Położony na Górze Małachowskiego, w samym środku Kazimierskiego Parku Krajobrazowego, w sąsiedztwie willi Marii i Jerzego Kuncewiczów, Dom Dziennikarza SDP zaprasza wszystkich do klimatycznego Kazimierza Dolnego. Oferuje 65 pokoi o zróżnicowanym standardzie. Jest to też idealny obiekt do zorganizowania konferencji, spotkań biznesowych, a także, co pokazał turniej darta, innych imprez. Więcej informacji można znaleźć TUTAJ. Zapraszamy również do śledzenia profilu Domu Dziennikarza na Facebooku TUTAJ.

opr. jka