O tym jak się szarga dobre imię Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: Do moich podlaskich przyjaciół

Nie oglądałem filmu Agnieszki Holland. I nie mam zamiaru go oglądać. Nie istnieje bowiem artystyczna jakość, która warta byłaby obniżaniu bezpieczeństwa Polaków w sytuacji wojny za płotem. A tak postrzegam to co zrobiła Agnieszka Holland.

Sądząc ze zwiastuna, omówień i wywiadów samej reżyser, a także zachwytu ze strony rosyjskiej i białoruskiej propagandy, jej „dzieło” doskonale wpisuje się osłabianie na arenie międzynarodowej pozycji Polski, która tak bardzo przeszkadza z jednej strony imperialnym planom Rosji, a z drugiej imperialnym planom Niemiec.

Holland

Równie dobrze „dzieło” mogłoby być zadedykowane „tragicznie zmarłemu” zdrajcy i dezerterowi Emilowi Czeczce, który przecież opowiadał białoruskiej telewizji mniej więcej to samo.

Agnieszka Holland jest wyjątkowym w polskiej kinematografii przykładem reżysera, który coś potrafi. Jej „Zabić księdza” czy „Europa, Europa” z całą pewnością przejdą do historii polskiego kina. Wielka szkoda, ze wiedziona jakimś dziwacznym emocjonalnym korkociągiem, zakończonym bezmyślną nienawiścią i żałosnym hasłem „żeby było tak jak było”, zeszła na pozycje taniego propagandysty realizującego zamówienia polityczne najbardziej radykalnych środowisk.

Nielegalna imigracja

Czy nielegalna imigracja wiąże się z ludzkim nieszczęściem? No pewnie. Wiedzeni reklamą przemytników ludzi i rosyjskich oraz białoruskich służb ludzie, wykorzystywani są jako swego rodzaju broń przeciwko krajom, które przeszkadzają Kremlowi w radosnej konsumpcji Ukrainy. Płacą spore pieniądze za wycieczkę do Mińska, bo ktoś im nakłamał. Czasem trafiają na podlaskie bagna, gdzie ratuje ich polska Straż Graniczna. I nie, nie są w większości ani rodzinami z dziećmi, ani kotami z Afganistanu, lekarzami, inżynierami, ani nawet Ibrahimem płynącym kilka dni rzeką według relacji rozhisteryzowanych aktywistów. Za to z całą pewnością rosyjskie i białoruskie służby rozmieściły pośród nich terrorystów i sabotażystów.

To co z tym trzeba robić? Poszerzać szlaki przemytu? Wspierać przemytników i rosyjskie i białoruskie służby w ich procederze, jak chcieliby aktywiści i pani Holland? Czy też raczej zamykać szlaki przemytu, odbierać sens operacji hybrydowej. Robić rzeczy oczywiste, bronić swojego domu, bo mamy do tego prawo. Mamy prawo bronić swojego bezpieczeństwa.

„Podlaski szmalcownik”

Nie w tym rzecz jednak żeby się tu wszyscy z Krysztopą zgadzali, nie ma takiego obowiązku, ale chciałbym się tu zwrócić do moich podlaskich przyjaciół. Szczególnie tych „kulturowo aspirujących”. Najczęściej dobrych ludzi, ale im bardziej wykształconych, tym bardziej naiwnych, dla których tacy ludzie jak Agnieszka Holland są „autorytetami”.

Wiem, że ten film obejrzyjcie. Oglądajcie, na zdrowie. Ale kiedy będziecie oglądać, zwróćcie proszę uwagę na to jak Holland portretuje mieszkańców Podlasia. Jako tych, którzy „nie wiadomo co zrobią” kiedy zwróci się do nich imigrant z prośbą o pomoc (tak jakby informacja przekazana Straży Granicznej ratującej durniów na bagnach, była prawie jak donos na gestapo, a aktywiści byli rozstrzeliwani przez Straż Graniczną za „pomoc imigrantom”). Sądząc z żenujących holokaustiańskich „metafor” używanych przez Holland w wywiadach, i tutaj trudno się nie doszukiwać metafory „podlaskiego szmalcownika”. Tak „Wielka Pani Reżyser” widzi Waszych dziadków, rodziców, sąsiadów. Tak widzi Was. Jako amoralnych dzikusów. Choć pewnie żadnego nie zapytała o opinię i żadnego nie poznała.

Ten film zepsuje Polsce opinię. Agnieszka Holland nie zrobi podobnego o tym jak miliony Polaków pomogły milionom Ukraińców. Zostanie tylko ten propagandowy produkcyjniak, który „rozgrzeszy” tych na Zachodzie, którzy pomoc Ukrainie mieli w nosie i da im pretekst żeby Polsce i Polakom nie pomagać jeśli, co nie daj Boże, będą potrzebowali pomocy.

Więc niech przynajmniej przyniesie choć tyle dobrego, żeby wywołać w kimś dysonans poznawczy i weryfikację listy „autorytetów”.

Będziemy wolni! – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI opisuje jak żołnierze AK rozbili ubecką katownię w Radomiu

Latem 1945 r. zbrojne poakowskie podziemie postanowiło rozbić dwie ubeckie katownie – w Kielcach i Radomiu. Kielecka akcja, którą dowodził Antoni Heda „Szary”, była już wielokrotnie opisywana. Mniej znane jest brawurowe uderzenie na Radom. 9 września 1945 r. oddziały pod dowództwem Stefana Bembińskiego „Harnasia” na pół godziny opanowały miasto, zdobyły więzienie i uwolniły aresztowanych, w większości swoich organizacyjnych kolegów.

9 września 1945 r., ok. godz. 20.00 grupa szturmowa dowodzona przez „Harnasia” wjechała czterema wojskowymi samochodami do centrum Radomia. Grupy ubezpieczające obstawiły budynek Urzędu Bezpieczeństwa, komisariatu MO oraz pilnowały skrzyżowań ulic i głównych dróg dojazdowych do miasta.

 „Radość nie do opisania!”

Bembiński dysponował w sumie ok. 135 żołnierzami. Dodatkowym wsparciem było kilkunastu żołnierzy z radomskiej konspiracji, których zadaniem było dokonywanie w różnych częściach miasta działań dywersyjnych.

„Harnaś” wspominał w książce „Te pokolenia z bohaterstwa znane” (1996 r.):„Grupa uderzeniowa doskoczyła w pobliże drzwi wejściowych więzienia. Andrzej Szymański podał gamona (angielski granat) kapr. »Żandarmowi«, ten uzbroił gamona, przylepił do stalowych drzwi. Odskoczyli. Nastąpił wybuch. Wtargnęli do środka. Obsługa więzienna oddała klucze”.

Żołnierz „Harnasia”, Henryk Skurkiewicz „Olszak” (w lutym 1945 r. aresztowany przez UB, sądzony razem z 44 innymi AK-owcami, skazany na dwa lata więzienia i osadzony w radomskiej katowni), opowiadał o sytuacji wewnątrz więzienia: „Już po zapadnięciu zmroku usłyszeliśmy strzały w pobliżu więzienia. Było nas w celi siedmiu. Porwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Nie wiem, jak inni, ale ja od razu wiedziałem, co to oznacza. Usłyszeliśmy okrzyki »hurra, hurra« i potężny wybuch, który wstrząsnął budynkiem. Właśnie wysadzono bramę. Idą po nas! Będziemy wolni! Radość, radość nie do opisania!”.

Z więźniów żołnierze

Jeden z żołnierzy „Harnasia”, Jan Pająk „Sęp”, opisywał dalszy przebieg akcji: „Po wywaleniu bramy wpadliśmy hurmem do środka i przez podwórze przedostaliśmy się na więzienne korytarze. Strażników znaleźliśmy w dyżurnym pokoju. Nie stawiali oporu, zachowywali się spokojnie”.

„Harnaś” relacjonował: „Strażnik więzienny Franciszek Małecki z własnej woli pomagał otwierać cele. Potem dostał za to wyrok: kilka lat więzienia. Obsada niektórych cel uwolniła się sama, wyważając drzwi za pomocą desek z rozbitych prycz”.

Henryk Skurkiewicz „Olszak” pisał: „Nie czekając na pomoc z zewnątrz – wywaliliśmy drzwi ciężką, olbrzymią ławą i wybiegliśmy na korytarz. Usłyszałem wtedy wołanie »Olchy«, kolegi z oddziału: – Gdzie »Olszak«? Odezwij się!
Słyszałem, jak wypytywał o mnie, zawiedziony, że nie znalazł mnie w celi nr 1, z której przed kilkoma dniami przeniesiony zostałem do celi numer 23 na drugim piętrze. Kiedy mnie szukał – już zbiegłem po schodach. Przywitanie nasze było radosne i serdeczne. Nie było jednak czasu na rozmowy! Dostałem bergmana i włączyłem się do akcji. Byłem znowu żołnierzem, nie więźniem”.

 „Dziękuję i życzę szczęścia”

Dowódca Stefan Bembiński „Harnaś” pisał o wyprowadzaniu ludzi z murów katowni: „Ustawienie w czwórki oswobodzonych, zaprowadzenie jakiegokolwiek porządku trwało długo. Z okien nad nami oklaskami i okrzykami dziękowali nam radomianie. Z więzienia wybiegł pchor. Wacław Biernacki »Zawój«, meldując, że akcja zakończona. Poleciłem trębaczowi dać sygnał o zakończeniu akcji. Wystrzelono pociski z rakietnicy. Bardzo wzruszony ruszyłem, prowadząc kolumnę przez plac Jagielloński na ukos do ul. Struga. (…) Dochodzimy wreszcie do Sportowej. Mówimy uwolnionym kolegom, że ci, którzy mogą dojść do swoich znajomych, do wsi, byle nie do swoich domów, są wolni. Zostaną ze mną tylko oficerowie, z którymi w najbliższych dniach pragnie mówić ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« (ówczesny inspektor Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj). Przypominam im, że UB zrobi wszystko, aby ich odnaleźć. Dziękuję i życzę szczęścia”.

„Harnaś” oceniał: „Nie znam dokładnej liczby uwolnionych więźniów. Jerzy Ślaski w swym wspaniałym dziele pt. »Polska Walcząca« przytacza liczbę ok. 300 osób. Myślę, że tylu uwolniliśmy. […] Według oceny naszego wywiadu, siły przeciwnika w Radomiu łącznie wynosiły około 3000 ludzi. Nie jest to liczba zawyżona. Biorąc pod uwagę niewspółmierność sił obu stron, taktyka zastosowana przez nas w tej akcji, to jest bezwzględna blokada wszystkich potencjalnych ognisk zapalnych przeciwnika poza więzieniem, była taktyką jedynie słuszną”.

A straty własne? W uderzeniu na radomskie więzienie zginęło trzech żołnierzy Armii Krajowej.

Skazani za AK

Wkrótce Stefan Bembiński „Harnaś” i Zygmunt Żywocki „Wujek” zostali aresztowani przez bezpiekę i ostatecznie trafili do więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie sądził ich znany kat AK-owców, zmarły już w III RP sędzia Mieczysław Widaj, który do końca życia pobierał wysoką emeryturę 9 tys. zł. Głównym zarzutem przeciw „Harnasiowi” i „Wujkowi” był udział „w związku Armii Krajowej mającym na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”.

Stefan Bembiński „Harnaś” opowiadał o procesie: „Dwudziestego szóstego lutego 1946 r., około godziny 9 wywołano mnie z celi. […] Wyrok był już przed rozprawą postanowiony, bo wysoki sąd w czasie rozprawy ignorował mnie zupełnie, jakbym już nie istniał. […] Przewodniczący sądu monotonnym głosem czytał wyrok i uzasadnienie. Przełożony mój, ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« otrzymał łącznie 10 lat więzienia, ja łącznie – karę śmierci i pozbawienie wszelkich praw na zawsze. Trochę zawirowało mi w głowie, jak po uderzeniu obuchem, ale stałem”. W akcie oskarżenia nie mogło zabraknąć „gwałtownego zamachu na więzienie w Radomiu”. Inni żołnierze „Harnasia” też ponieśli surowe konsekwencje.

„Nikt nam wolności nie darował”

Stefanowi Bembińskiemu „Harnasiowi” komuniści złagodzili wyrok, kolejno – na dożywocie i na 10 lat więzienia. Przetrzymywany w Rawiczu i we Wronkach, na wolność wyszedł w 1952 r., ale przez lata był szykanowany, nie mógł znaleźć pracy. Po październiku 1956 r. organizował w Radomiu oddział ZBoWiD-u i pełnił funkcję jego prezesa. W latach 80. zaczął działać w Solidarności, m.in. jako przewodniczący Sekcji Żołnierskiej przy Zarządzie Regionu Ziemia Radomska.
Pozostali uczestnicy radomskiej akcji po wyjściu z więzienia też byli represjonowani i mieli kłopoty ze znalezieniem pracy. Wielu – tak jak „Harnaś” – poparło następnie Solidarność i za działalność niepodległościową było internowanych w stanie wojennym.

W czerwcu 1989 r. Stefan Bembiński został wybrany na senatora ziemi radomskiej z ramienia Komitetu Obywatelskiego. 30 sierpnia 1989 r. na uroczystym posiedzeniu z okazji 50. rocznicy wybuchu II wojny światowej powiedział m.in.: „Ofiara krwi żołnierzy Września, walka i ogromne straty poniesione przez Naród Polski w okresie okupacji niemieckiej są tak wielkie, że możemy stwierdzić: nikt nam wolności nie darował. Myśmy ją sami wywalczyli, a stwierdzenie to tym bardziej podkreśla tragiczną sytuację naszego społeczeństwa, w jakiej znalazło się ono od połowy 1945 r. do mniej więcej 1956 r. Okres ten, okres zbrodni i pogardy dla społeczeństwa polskiego, musi trwać w pamięci narodu po to, aby nigdy więcej nie powtórzyły się podobne zbrodnie dokonane przez Polaków na Polakach. (…) Czas najwyższy skończyć z anonimowością, przemilczeniami i fałszerstwami”.

Stefan Bembiński „Harnaś” zmarł 1 stycznia 1998 r. w Radomiu. Jego słowa do dziś nie doczekały się realizacji…

 

O zmianie w polityce historycznej Polski pisze TADEUSZ PŁŻAŃSKI: Ulmowie – odtrutka na kłamstwa

Dzięki Markowej o męczeństwu Rodziny Ulmów świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata a sprawcami niewyobrażalnych zbrodni byli Niemcy.

„Wśród tych, którzy zginęli za udzielanie pomocy Żydom, była rodzina Ulmów: Józef, będąca w stanie błogosławionym Wiktoria oraz sześcioro ich nieletnich dzieci. Wraz z ukrywanymi Didnerami, Grünfeldami i Goldmanami zostali oni zamordowani w swoim domu w Markowej 24 marca 1944 roku” – czytaliśmy w uchwale, jaką w 2016 r. Sejm RP – przez aklamację – złożył hołd wszystkim Polakom ratującym Żydów podczas II wojny światowej.

Muzeum im. Rodziny Ulmów otworzył w tym samym roku w Markowej na Podkarpaciu prezydent RP Andrzej Duda. Bo to sprawa państwowa. Głowa państwa jednoznacznie nazwała Polaków ratujących Żydów bohaterami, a ich oprawców, Niemców, mordercami. Tak samo jak 1 marca nie ma wątpliwości, że Żołnierze Wyklęci walczyli o niepodległy byt państwa polskiego, a druga strona – komunistyczna – to zdrajcy i zbrodniarze.

W sejmowej uchwale wyrażono też „uznanie dla samorządu województwa podkarpackiego, który poprzez budowę muzeum o ogólnopolskim charakterze pierwszy na tak szeroką skalę upamiętnił to nadzwyczajne bohaterstwo”. I faktycznie, to pierwsze – nie tylko w Polsce, ale zapewne na całym świecie – miejsce opowiadające o tragedii Żydów, ale uwzględniające rolę Polaków. Nie jako prześladowców, ale pomagających im ludzi. Pomagających naszym starszym  braciom w wierze, obywatelom – o czym często się zapomina – Rzeczypospolitej.

Mimo że sami byliśmy skazani na Holocaust, uratowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy naszych żydowskich sąsiadów.Podkreślmy, że we wszystkich pozostałych żydowskich muzeach na obu półkulach Polacy są przedstawiani zupełnie inaczej. Albo się nas przemilcza, albo przypisuje najgorsze cechy, na czele z rzekomym, wyssanym z mlekiem matki już od średniowiecza antysemityzmem – pogromowym, ludobójczym. Nawet część autorów polskich podręczników szkolnych pisze (a przynajmniej pisała), że w czasie wojny mordowaliśmy Żydów. W Wielkiej Brytanii polska młodzież wciąż musi się uczyć o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Dlatego muzeum Ulmów to odtrutka na artykuły w „Die Welt” czy „RIA-Nowosti” na kłamstwa Grossa, Bartoszewskiego czy Tokarczuk. Na przeprosiny za Jedwabne Kwaśniewskich czy Michników. Antidotum na filmy w stylu „Pokłosia” czy „Idy” i seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którymi Niemcy naszym kosztem mogą się wybielać. Dzięki Markowej i tamtejszemu muzeum świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. To dobra zmiana w polskiej polityce historycznej. Teraz czekamy na więcej. Czyli, na beatyfikację rodziny Ulmów.

CEZARY KRYSZTOPA: Generator beki niezamierzonej, czyli dyletanckie wersety opozycji – odc. 373

– Dlaczego Pisiory mają aż 37 procent poparcia? – zapytała pod postem z ostatnim sondażem Kantara jedna ze zrozpaczonych zwolenniczek Donalda Tuska – Bo opozycja jest tak durna, że aż trudno w to uwierzyć – odpowiedziałem (abstrahuję tu od wiarygodności sondaży).

Nie wiem jaki jest strategiczny plan Donalda Tuska, choć nie wygląda na to żeby miał coś wspólnego z wygrywaniem wyborów. Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk chce te wybory przegrać, a jednak trudno uwierzyć żeby w tym tajemniczym spisku uczestniczyła cała partia. Jak jednak tego nie zakładać, skoro inaczej trzeba byłoby przyjąć, że mamy do czynienia z wyjątkową w polskiej polityce po 1989 roku bandą kretynów.

Z pustymi rękami

PiS rządzi drugą kadencję. Jak każdą partię władzy, dotykają ją patologie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wiem ile z tego co Gazeta Wyborcza pisze o zdymisjonowanym wiceministrze Wawrzyku jest prawdą, nie jest to medium do którego mam choćby minimum zaufania, ale problem kiepskiej kontroli nad migracją istnieje i gdyby opozycja potrafiła złożyć dwa do dwóch, zapewne po kampanii partii rządzącej nie byłoby co zbierać. Tylko, że w tym celu trzeba dysponować jakąś minimalną wiarygodnością i powagą, a tą największa partia opozycyjna od dawna nie dysponuje. Szczeniacki sposób bycia jej lidera tym bardziej tu nie pomaga. I tak do kolejnych wyborów Platforma Obywatelska idzie z pustymi rękoma, durnymi grepsami i wszystkimi sklepami w okolicy poobrażanymi.

Generator

Ostatnim hitem Internetów jest platformerski „generator” memów z Jarosławem Kaczyńskim. Sztabowcy PO zlecili sztucznej inteligencji wytworzenie portretu Jarosława Kaczyńskiego z nienaturalnie wielkimi oczami i napisem „Ja jestem zagrożeniem”. Grafika pojawiła się na bilbordach i w Internecie. Już samo założenie, że twarz starszego pana z oczami jak z mangi kogoś przestraszy, wydaje się dosyć groteskowe, ale gdyby tego było komuś mało, powstał zamieszczony w sieci „generator” napisów do tej grafiki, przy pomocy którego internauci mogą dopisać czemu według nich zagraża Jarosław Kaczyński. W takich sytuacjach internautom nie trzeba dwa razy powtarzać.

Sieć zalana została platformerskimi grafikami, według których Jarosław Kaczyński jest zagrożeniem dla różnego rodzaju mafii, dla „Rudego i cwaniaków jego”, dla germańskich klakierów, dla „ryżego Donka”, dla „sołtysa z Chobielina”, dla Grupy Webera, dla „Hyżego Rója”, dla Belzebuba, dla folksdojczów, dla „przygłupów z PO”, dla europejskich szatniarzy, dla „niemieckiego rumaka” i „włoskiego ogiera”, dla aktywiszcza z Sopotu, dla pomagierów Baćki, czy dla Tuska.

Będzie na nas

To ostatnie wprawdzie nie powinno mieć miejsca, ponieważ równie zabawna jak sam „generator” jest lektura kodu źródłowego strony, w którym twórcy zapisali kilometr słów, których teoretycznie „nie wolno w generatorze użyć”. I tam pracowicie wyliczyli nie tylko nazwisko i przezwiska Tuska, ale również umieścili we wszelki odmianach „Niemców”, „Unię Europejską” czy „Brukselę”. Co ciekawe pod ich ochroną znalazły się również „Rosja”, „kacapy” czy „naziści”. Cóż to jednak za wyzwanie dla internautów, skoro wystarczy wstawić dodatkową spację żeby uzyskać autoryzowaną przez Platformę Obywatelską grafikę głoszącą, że „Kaczyński jest zagrożeniem dla bandy Ryżego”? A nie jest to pierwszy raz kiedy Platforma natka się na te grabie. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2015 roku była to akcja „Co na to Bronek”.

Naprawdę tak trudno było to przewidzieć? Tak się zastanawiam, może warto ich wszystkich jakoś zabezpieczyć? Wiele wskazuje, że sami dla siebie są znacznie większym zagrożeniem, niż Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo co im do głowy wpadnie, a jakby co to przecież będzie na nas.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Batalia o krzyż na Westerplatte

2 września 1939 roku nalot bombowy Luftwaffe wywołał poważne zniszczenia w atakowanej przez Niemców Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić…” – powie po latach, 12 czerwca 1987 roku, na Westerplatte Ojciec Święty Jan Paweł II.

Po nalocie 2 września polska obrona zachwiała się, a przechodzący załamanie nerwowe mjr Henryk Sucharski na znak kapitulacji kazał wywiesić białą flagę. Kiedy wydawało się, że placówka poddaje się, dowództwo przejął zastępca Sucharskiego kpt. Franciszek Dąbrowski (aby nie robić fermentu w szeregach, fakt ten utajniono przed żołnierzami). Dzięki temu Westerplatte broniło się bohatersko do 7 września, uniemożliwiając Hitlerowi przeprowadzenie uroczystości włączenia Gdańska do III Rzeszy niemieckiej.

Po wojnie na żołnierskich mogiłach cmentarza obrońców Westerplatte stanął krzyż. Postawili go w 1946 roku gdańscy portowcy z inicjatywy kpt. Franciszka Dąbrowskiego, w miejscu, gdzie zginęło najwięcej Westerplatczyków. Ale w 1962 roku do Gdańska miał przyjechać Nikita Chruszczow i krzyż zniknął (kierowca, który miał wyrzucić krzyż na śmietnik, przewiózł go potajemnie nocą do parafii świętej Jadwigi w Nowym Porcie). Miejsce krzyża na Westerplatte zajął sowiecki czołg T-34.

W sierpniu 1980 roku brygadzista Czesław Nowak zorganizował w Zarządzie Portu Gdańsk strajk, pamiętając o krwawym doświadczeniu grudnia 1970 roku. Obok postulatów ekonomicznych i niepodległościowych nie zapomniał o krzyżu Dąbrowskiego, o czym mówili portowcy Westerplatczycy. Wraz z kolegami Nowak pojechał do parafii, wykopał krzyż, który stał wśród bzów, i na przyczepie ciągnika przewiózł go na półwysep.

Ale to był dopiero początek walki. Komuniści odpowiedzieli obroną czołgu – symbolu nienaruszalnej przyjaźni polsko-radzieckiej. Kolejny kryzys, a nawet rozlew krwi, zażegnał kompromis – czołg został, ale razem z krzyżem. 30 sierpnia 1981 roku w obecności kilkunastu tysięcy osób bp Lech Kaczmarek odprawił przed przywróconym krzyżem Mszę świętą. Wziął w niej udział ks. Jerzy Popiełuszko, a Jan Paweł II podczas audiencji w Castel Gandolfo 6 września powiedział: „Ze wzruszeniem dowiedziałem się, że przywrócono na Westerplatte krzyż, który tam stał”. Czesław Nowak miał swoje Westerplatte.
Ale to nie koniec batalii o krzyż. W 1989 roku komuniści przestawili go bokiem do żołnierskich mogił. Walka Czesława Nowaka o przywrócenie krzyża w pierwotnym miejscu zakończyła się dopiero w 2010 roku (czołg zniknął z Westerplatte trzy lata wcześniej).

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja na Krymie narusza wolność sumienia i wyznania

Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, najbardziej prześladowaną grupą religijną są Świadkowie Jehowy.

Jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy, w czterech miastach Krymu – Armiańsku, Symferopolu, Sakach i Dżankoju – niedawno rosyjskie siły bezpieczeństwa przeprowadziły dziewięć przeszukań członków organizacji religijnej Świadkowie Jehowy. W Symferopolu rewizję przeprowadzono np. w mieszkaniu Kateryny Melnychuk. Kobieta została poinformowana o wszczęciu przeciwko niej sprawy karnej i po przesłuchaniu została zwolniona. 11 sierpnia 2023 roku kontrolowany przez Kreml Sąd Rejonowy w Dżankoj po dwóch tygodniach pozbawienia wolności umieścił Wiktora Ursę, przedstawiciela organizacji religijnej Świadkowie Jehowy, w areszcie domowym.

Przeszukano także mieszkańca Symferopola Dmytro Zacharewicza, zięcia Oleksandra Woronczikina, zamieszanego w jedną z podobnych spraw w Symferopolu. Tego samego dnia mężczyzna otrzymał decyzję o postawieniu go w stan oskarżenia w sprawie karnej. Na wniosek śledczego sąd umieścił jego oraz innego wyznawcę ŚJ w areszcie domowym.

W mieście Armiańsk siły bezpieczeństwa przeszukały jeden z dwóch domów członków organizacji ŚJ. W miejscowości Saki siedem grup sił bezpieczeństwa, w tym cztery uzbrojone, przeprowadziły dwugodzinne przeszukanie domu 62-letniego Świadka Jehowy, którego nazwisko nie zostało ujawnione. Zabrano mu urządzenia elektroniczne.

Szczegóły przeszukań w Dżankoju nie są obecnie znane, poza tym, że jednym z zatrzymanych był starszy członek grupy. „Odbywał spotkania z zwolennikami za pośrednictwem łącza wideo, promował idee zakazanej organizacji i emitował materiały ekstremistyczne. Zajmował się także pozyskiwaniem nowych zwolenników, zbieraniem i dystrybucją datków” – podała służba prasowa Komitetu Śledczego Rosji. Podejrzany został zatrzymany i oskarżony za udział w „zakazanej organizacji religijnej”. Podczas przeszukania zabezpieczono literaturę ekstremistyczną.

Tym samym do chwili obecnej 25 mieszkańców Krymu zostało oskarżonych w związku z przynależnością do Świadków Jehowy. Sześciu z nich zostało już skazanych na karę pozbawienia wolności na okres 6 lat lub więcej i odbywa karę w rosyjskich koloniach.

Podstawę do ścigania karnego wyznawców Świadków Jehowy dał policji Sąd Najwyższy Rosji, który w 2017 roku uznał „Centrum Zarządzania Świadków Jehowy w Rosji” za organizację ekstremistyczną i zakazał jej działalności. Na całym świecie grupa Świadkowie Jehowy liczy ponad osiem milionów wyznawców. W żadnym kraju nie jest ona zabroniona i zwalczana. W Rosji wszystkie podmioty prawne związane ze Świadkami Jehowy zostały uznane za ekstremistyczne i zakazane.

Na Krymie procesy Świadków Jehowy odbywają się przynajmniej raz na sześć miesięcy. I tak w lutym 2023 roku kontrolowany przez Rosję Sąd Miejski w Jałcie wydał wyroki przeciwko czterem Świadkom Jehowy. Trzej organizatorzy zbiorowych wydarzeń religijnych zostali skazani na różne kary – od 6 lat i 6 miesięcy do 6 lat i 1 miesiąca  –  które będą odbywać w kolonii poprawczej na zasadach ogólnych.

Według Dmytro Lubynetsa, Rzecznika Praw Człowieka Rady Najwyższej Ukrainy, Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, w tym 17 przeciwko przedstawicielom Świadków Jehowy. Pozostała część spraw to postępowania karne wobec zwolenników tureckiej partii Hizb ut-Tahrir, której ideę pokojowego utworzenia globalnego kalifatu podziela wielu Tatarów krymskich. Ale to inna historia.

Zdaniem rzecznika prześladowanie członków organizacji religijnych stanowi naruszenie przez Rosję art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka oraz art. 9 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, zgodnie z którym każdy ma prawo do wolności myśli, sumienia i wyznania.

„Rosja w dalszym ciągu ignoruje rezolucję Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 74/168, w której społeczność międzynarodowa wzywa ten kraj do zapewnienia wolności religii i przekonań bez dyskryminacji” – dodał Dmytro Lubynets.

Polowanie na członków Świadków Jehowy odbywa się w całej Rosji. Jakiś czas temu Departament Stanu USA skrytykował wyrok wydany w Rosji na dwóch wyznawców tej organizacji religijnej: „Potępiamy decyzję rosyjskiego sądu, który skazał wyznawcę Świadków Jehowy Dmitrija Golika na siedem lat więzienia więzienia, a Oleksija Berczuka na osiem lat więzienia” – napisał na Twitterze rzecznik Departamentu Stanu Ned Price.

 

Nowy sezon w Teatrze Telewizji. Wraca Kobra

W nowym sezonie Teatru Telewizji do repertuaru powrócą przedstawienia kryminalne w paśmie Teatru Sensacji – Powrót Kobry. Poza tym telewizyjna scena nadal będzie świętowała swój jubileusz 70-lecia. Na widzów czekają spektakle odwołujące się zarówno treścią, jak i formą do najlepszych tradycji Teatru TV.

Odświeżone pasmo Teatru Sensacji – Powrót Kobry zainaugurowane zostanie już we wrześniu, pojawią się w nim spektakle łączące dreszczyk emocji z przymrużeniem oka. Jak przypomina Telewizja Polska, w II połowie XX wieku Teatr Sensacji cieszył się ogromną popularnością i przyciągał przed ekrany wielomilionową publiczność. W ramach odświeżonego pasma zaplanowano nie tylko wcześniej zrealizowane przedstawienia, ale także współczesne wersje dwóch cenionych spektakli kryminalnych napisanych w latach 60. –  „Mord w hurtowni” autorstwa Marka Domańskiego, który wyreżyseruje Adam Sajnuk oraz „Znowu łut szczęścia” Joe Alexa, w reżyserii Małgorzaty Kosturkiewicz.

W nowy sezonie Teatru Telewizji, w repertuarze znajdą się również dwa przedstawienia zrealizowane na podstawie tekstów mistrza Aleksandra Fredry, którego rok właśnie obchodzimy. 4 września zaplanowano inscenizację „Pierwszej lepszej”, wzbogaconą o oryginalną warstwę muzyczną, wyreżyserowaną przez Magdalenę Małecką-Wippich. Natomiast 18 grudnia będzie można obejrzeć spektakl „Podstolina” będący reinterpretacją „Zemsty” w reżyserii Mariusza Malca.

Wśród różnorodnych gatunkowo sztuk dramaturgów polskich i zagranicznych, inspirowanych pierwszymi dekadami rozwoju Teatru Telewizji widzowie będą mogli zobaczyć: sztukę Moliera „Latający lekarz” (reż. Krzysztof Lang), która była pierwszą molierowską inscenizacją Teatru Telewizji (1957 r., reż. Bronisław Pawlik), prowokującą rozważania moralne sztukę Jerzego Szaniawskiego „Zegarek” (reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska), wcześniej zrealizowaną przez Jerzego Antczaka w 1961 roku oraz spektakl muzyczny „Apetyt na czereśnie” (reż. Anna Sroka-Hryń), który w latach 70. zaistniał na telewizyjnej scenie w reżyserii Romualda Szejda.

W planach powtórkowych Teatru Telewizji zaznaczone zostaną akcenty okolicznościowe i rocznicowe – m.in. „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” Witolda Gombrowicza i w reżyserii Roberta Glińskiego z ostatnią rolą Barbary Krafftówny (emisja w przededniu 95. rocznicy urodzin aktorki), a także „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Macieja Prusa, który jest pożegnaniem zmarłego w kwietniu tego roku twórcy.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

 

CEZARY KRYSZTOPA: Pospolity ogon macha elitarnym psem

Jest coś nieprawdopodobnego w tym, że opozycja w Polsce po raz kolejny idzie do wyborów z pustymi rękoma i licząc nie wiadomo na co.Mieli tyle już czasu od 2015 roku, aby skonfrontować się z rzeczywistością, wyciągnąć wnioski, zaproponować coś ożywczego, porwać Polaków pomysłami. Ale nie, uparcie odmawiają kontaktu z logiką, od ośmiu lat żyją w przekonaniu, że wszystko jest super, PiS wygrywa przez przypadek i wystarczy odstawiać szopkę.

Ostatecznie, jeśli to nie pomaga, trzeba odstawić szopkę jeszcze bardziej. W efekcie stanowią jedyny bodaj w historii przypadek, kiedy to opozycja zużywa się szybciej niż rządzący.

Jak to możliwe, że konstelacja środowisk mądrali, którzy mają się za lepszych od innych, stanowiących w swoim mniemaniu wszelkie aspekty elit, począwszy od naukowych, poprzez społeczne i samorządowe, a skończywszy na medialnych, nie jest w stanie urodzić jakiejś spójnej wizji, choćby i kłamliwej – wiadomo przecież że nie interesuje ich nic oprócz tego „żeby było tak jak było”, a poważnymi rzeczami żeby się zajęli Niemcy – ale jednak jakiejś. A przynajmniej takiej, która pozwoliłaby się samooszukiwać jakiejś szerszej grupie wyborców.

„Elity”

Możliwości są dwie. Albo tyle te „elity” są nic nie warte, co wcale nie jest wykluczone, biorąc pod uwagę w jak cieplarnianych warunkach – nie musząc się konfrontować z odmiennymi opiniami, które były skutecznie „anulowane” w ramach michnikowskiej „cancel culture” – się wychowały. Albo to wcale nie one stanowią tu siłę napędową.

I tutaj ciekawą wskazówką jest pewne, pozornie mało istotne zdarzenie na Twitterze. Otóż, sam znany z agresywnych zachowań poseł PO Sławomir Nitras przestał obserwować jednego z wulgarnych hejterów kojarzonych z napastliwą grupą #SilniRazem. Nawet nie zbanował, tylko przestał obserwować. A „co gorsza” wyjaśnił, że to z powodu używania przez niego „języka nienawiści”. Ten się obraził, a #SilniRazem jęli maglować Nitrasa. Ten, po kilku dniach… ukorzył się przed hejterem i przeprosił. A sprawa cała zaczęła się od tego, że hejterowi i jego zwolennikom nie spodobał się pomysł zaproszenia na Campus Trzaskowskiego tzw. „symetrystów”.

Symetryści

Samo istnienie owych „symetrystów” wydaje się być dowodem na istnienie pewnych procesów myślowych w środowiskach antypisowskich. Tym „niechlubnym” mianem określani są ludzie, którzy w dobrej wierze usiłują zwrócić uwagę opozycyjnych bonzów na ślepotę uliczki w jaką zabrnęli. Jednak każda ich opinia, czy wskazówka jest natychmiast neutralizowana jako „zdrada”.

Zatem, jeżeli jądrem systemu antypisowskiego i jego główną siłą napędową są wiedzione prostymi instynktami siły symbolizowane przez hejtera, którego przeprosił  Nitras, to jesteśmy w domu. Tłumaczyłoby to bowiem popularność takich punktów programu jak „wypie.dalać”, czy „osiem gwiazdek” z kompletnie służebną rolą „elit” ograniczoną do ich legitymizowania i wyjaśniania dlaczego „wypie.dalać” to wcale nie wulgaryzm.

Jądro ciemności

Tyle że, ten kto ma wątpliwą przyjemność obserwowania tego co się z tym „jądrem ciemności” na przykład na Twitterze (teraz X) dzieje, ten wie, że sytuacja przypomina tam atmosferą domniemaną atmosferę w bunkrze Hitlera niedługo przed kapitulacją. Jeszcze liczą, jak na kontrofensywę Steinera, a to na „Panią Joannę” – nie, nie, wróć, to nie działa! – a może „niech Manfred coś powie” – nie, nie, wróć, wszystko nie tak! – ale w istocie już tylko coraz bardziej desperacko ostrzeliwują się z bunkra wobec każdego kto na hasło – ***** – nie odpowie – ***. Czy tak ma wyglądać środowisko „idące po władzę”?

I żeby było jasne. Ich słabość niczego PiS-owi nie gwarantuje. PiS może zawsze przegrać sam ze sobą.

Przewodniczący KRRiT nałożył karę na nadawcę Radia ZET

Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski nałożył na spółkę Eurozet, nadawcę Radia ZET, karę w wysokości 476 tys. zł. za emisję „przekazów dezinformujących opinię publiczną na temat okoliczności przejazdu prezydenta Ukrainy przez terytorium Polski.”

Sprawa dotyczy informacji podanej w grudniu 2022 roku przez reportera Radia ZET Mariusza Gierszewskiego, który miał ustalić, że amerykańskie Secret Service przewożąc przez Polskę Wołodymyra Zełenskiego w czasie jego podróży do Stanów Zjednoczonych nie zwróciło się o pomoc do naszych służb i policji.

KRRiT poinformowała, że przewodniczący Maciej Świrski, po przeprowadzeniu postępowania wszczętego z urzędu, stwierdził naruszenie przez spółkę Eurozet art. 18 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji poprzez emisję przekazów sprzecznych z prawem, z polską racją stanu i poglądów sprzecznych z dobrem społecznym tj. przekazów dezinformujących opinię publiczną w sprawie okoliczności przejazdu prezydenta Ukrainy przez terytorium Polski, wyemitowanych w programie Radia ZET. W związku z tym nałożył na nadawcę karę pieniężną w wysokości 476 tys. zł

W uzasadnieniu, które ukazało się na stronie KRRiT, szczegółowo opisano przebieg postępowania.

Organ podaje m.in., że nadawca w odpowiedzi na decyzję o wszczęciu postępowania wniósł o jego umorzenie z uwagi  na „brak postaw prawnych i faktycznych” do ukarania. Jego zdaniem audycja nie zawierała jakichkolwiek treści dezinformujących opinię publiczną, a wszelkie przekazane w niej informacje zostały zebrane z dochowaniem należytej staranności dziennikarskiej.

Dalej KRRiT informuje, że zwróciła się do pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa przestrzeni informacyjnej RP oraz ministra spraw wewnętrznych i administracji z prośbą o przekazanie informacji, czy polskie służby były informowane o przejeździe przez Polskę prezydenta Ukrainy w dniu 21 grudnia 2022 r. i czy współpracowały ze służbami innych państw w zakresie organizacji tego etapu podróży Wołodymyra Zełeńskiego oraz czy ktokolwiek w imieniu nadawcy programu Radia ZET podejmował próby weryfikowania u źródeł rządowych informacji na ten temat. W odpowiedzi pełnomocnik miał stwierdzić m.in., „że informacja podana przez Radio ZET nie opiera się na prawdzie, zaś jej interpretacja stanowi próbę wykorzystania nieprawdziwej informacji do deprecjonowania państwa polskiego.”

Natomiast sekretarz stanu w MSWiA poinformował Radę „m.in., że polskie służby są w stałym kontakcie ze swoimi zagranicznymi odpowiednikami w kwestii bezpieczeństwa ochranianych na terenie Polski osób VIP, regularnie wymieniają się informacjami ze służbami ukraińskimi i amerykańskimi i współpracują ze sobą w zakresie bezpieczeństwa. Podkreślił także, iż przedstawiciele redakcji Radia Zet nie kontaktowali się z MSWiA ani podległymi MSWiA formacjami (Służbą Ochrony Państwa oraz Polską Policją) w celu weryfikacji informacji dotyczących podróży Wołodymyra Zełeńskiego do Stanów Zjednoczonych.”

Nadawca po zapoznaniu się z odpowiedziami organów państwa, określił je jako „ogólnikowe i wymijające”. Miał też podkreślić, „iż w aktach postępowania nie ma ani jednego konkretnego dowodu na to, że przekaz nadawcy naruszył ustawę o radiofonii i telewizji, co świadczy o bezzasadności postępowania.”

Przewodniczący KRRiT w obszernym uzasadnieniu prawnym nałożonej kary stwierdził m.in., „że emisja wskazanych przekazów naruszyła art. 18 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji, poprzez propagowanie działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz dobrem społecznym. Zaprezentowanie w audycji informacyjnej ustalenia dziennikarza śledczego, że >Amerykańskie Secret Service przewożąc przez Polskę Władimira Zełenskiego nie zwróciło się o pomoc do naszych służb i policji<, jest wykorzystaniem nieprawdziwej informacji do deprecjonowania państwa polskiego i jest działaniem sprzecznym z normami prawa prasowego, w szczególności – choć nie wyłącznie – jego art. 6. Publikowanie tego typu doniesień jest sprzeczne z prawem oraz polską racją stanu, bowiem ma na celu przedstawienie negatywnego wizerunku struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa oraz godzi w pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Zważywszy na uwarunkowania związane z wojną Rosji przeciwko Ukrainie publikacje medialne nieoparte na prawdzie lub zmanipulowane są sprzeczne z polską racją stanu”.

opr. jka, źródło: KRRiT

Opisz swoich przodków w konkursie „Stąd Jestem!”

Instytut Staszica zaprasza do udziału w konkursie „Stąd Jestem!”. Uczestnicy mają za zadanie napisanie eseju lub nagranie filmu poświęconego inspirującej postaci lub postaciach będących ich przodkami. Na zwycięzców czekają atrakcyjne nagrody z portfolio marki Apple: Mac Book Pro 13, iPad lub iPhone 14 czy słuchawki AirPods. Jury oceni m.in. oryginalność, wartość literacką czy potencjał historii do inspirowania innych.

Postawa i doświadczenia przodków mają wpływ na postawy i wybory poszczególnych osób. Wychowanie i przekaz rodzinny są kluczowe dla budowy wspólnoty narodowej. Właśnie dlatego think-tank Instytut Staszica wraz z partnerami postanowił stworzyć inicjatywę zachęcającą Polki i Polaków do poszukiwania źródeł swojej tożsamości. –  Chcemy przekonywać, że genealogia to nie jedynie zabawa dla ziemiaństwa i arystokracji. Jest mnóstwo inspirujących a nieodkrytych życiorysów i historii przodków wielu z nas mówi dr Piotr Balcerowski, wiceprezes Instytutu Staszica i koordynator konkursu. – Chcemy by młodsi i starsi Polacy czerpali inspirację od swoich przodków w wielu sprawach. Przecież mogą to być opowieści i o dzielnych żołnierzach, i o kreatywnych przedsiębiorcach, oddanych społecznikach, w końcu ludziach poświęcających się swoim rodzinom.

Prace konkursowe mogą być przesyłane w formie esejów lub filmów. Te pierwsze nie powinny przekraczać długości 6 tysięcy znaków (ze spacjami), a filmy mieścić się czasie 5 minut (w formie linków do profilów na platformie Youtube). Nadsyłanie prac konkursowych możliwe jest do końca września poprzez stronę internetową www.stadjestem.pl, tam też znajduje się regulamin konkursu. Ogłoszenie laureatów nastąpi do końca października.

opr. jka, źródło Instytut Staszica