Fenomen polskiej polityki – MARIA GIEDZ o książce „Porozumienie Centrum. Studium działalności partii i środowiska politycznego”

Na rynku wydawniczym ukazała się nowa pozycja książkowa autorstwa Adama Chmieleckiego przedstawiająca zapomnianą już i mało znaną partię polityczną w Polsce o nazwie Porozumienie Centrum, którą można nazwać protoplastą Prawa i Sprawiedliwości. Dla politologów, dziennikarzy, ale i zwykłych ludzi pasjonujących się polską polityką winna być to obowiązkowa lektura, chociaż nie czyta się jej łatwo, mimo że napisania jest przystępnym, prostym, spójnym językiem. Bowiem tematyka ta zalicza się do niezwykle trudnych.

Książka Chmieleckiego, notabene prezesa Radia Gdańsk, dziennikarza, a i członka SDP, jest pracą naukową a nie opracowaniem popularno-naukowym, co zapewne dla szerszego grona czytelników byłoby łatwiejszym do jej przyswojenia. Niemniej warto „zacisnąć zęby”, jeśli chce się poznać tajniki życia politycznego III Rzeczypospolitej i zrozumieć działania pierwszoplanowych polityków zarówno tych rządowych, jak i opozycyjnych. Warto też dodać, że do publikacji tej autor wykorzystał ogromną bazę źródłową, co należy do rzadkości wśród osób piszących o polskiej polityce, a już prawcie wcale u polityków.

PC jako ugrupowanie polityczne, powstało 12 maja 1990 r. Jednak jego korzenie sięgają sierpnia 1980 r., czyli fali strajków i powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Głównym założycielem był Jarosław Kaczyński. Funkcjonowało do 2001 r., kiedy to, na bazie PC, wyłoniło się Prawo i Sprawiedliwość. To krótka historia. Autor analizuje ją bardzo szczegółowo, ale nie zapomina o przeszłości, czyli czasie formowania się samego ugrupowania i zarzutach późniejszych jego oponentów. Na przykład: Kaczyńscy, zarówno Jarosław, jak i Lech „traktowali Okrągły Stół (negocjacje prowadzone od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 r. przez przedstawicieli PRL-u pod przywództwem Czesława Kiszczaka i demokratycznej opozycji na czele z Lechem Wałęsą oraz stron kościelnych, których uczestnikiem był m.in. ks. Alojzy Orszulik) jako działanie tylko i wyłącznie taktyczne, mające doprowadzić do wytworzenia dynamiki społeczno-politycznej, która pozwoliłaby na pełne odrzucenie komunizmu i odzyskanie niepodległości”. Chmielecki, na podstawie wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego podkreśla, że „nie było tam żadnego tajnego układu”. A traktowanie Okrągłego Stołu „jako swoistej strategicznej umowy między dwoma równouprawnionymi stronami jest całkowicie nieuzasadnione”. Natomiast doszło tam (głównie chodzi o toczące się już jesienią 1989 r. rozmowy w Magdalence m.in. w kwestii legalizacji „S”) do „fraternizacji” większości przedstawicieli strony solidarnościowej z liderami strony rządowej, czyli z Kiszczakiem, Aleksandrem Kwaśniewskim. Co ciekawe Jarosław Kaczyński nie uczestniczył w tych rozmowach, a to jemu dzisiejsza opozycja przypisuje właśnie tę fraternizację.

Książka ma ponad 400 stron, więc trudno opisywać wszystkie zawarte w niej wątki. Niemniej niezwykle wciągające jest tło rodzenia się PC, kształtowanie się owego systemu partyjnego po stronie postsolidarnościowej po 1989 r., podejmowanie prób odwołania się do dziedzictwa partii z okresu międzywojennego. Nie było to łatwe, gdyż wielu postsolidarnościowych polityków, np. związanych z Socjaldemokrację RP opierało się na fundamentach PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza).

Autor sporo poświęca działalności politycznej obu braci Kaczyńskich, a także „Tygodnikowi Solidarność” kierowanym w pewnym okresie przez Jarosława Kaczyńskiego. Co ciekawe podział polityczny toczący się do dzisiaj pomiędzy PO (Platforma Obywatelska) a PiS zrodził się właśnie wówczas, kiedy to Kaczyński został nominowany na redaktora naczelnego „Tygodnika”. Ta niechęć środowiska Adama Michnika, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego… do Kaczyńskiego przerodziła się wręcz w nienawiść. Powodem stały się rozbieżności polityczne, czyli Mazowiecki reprezentował linię zachowawczą, a Kaczyński pełną niezależność, pisanie o sprawach, o których się dotąd nie pisało. Na łamach „Tygodnika” pojawiły się teksty osób publikujących dotychczas w prasie podziemnej, jak Teresa Bochwic, Krzysztof Czabański, Wojciech Giełżyński, Teresa Kuczyńska, Jacek Maziarski, Piotr Wierzbicki…

Historia samego PC jest niezwykle frapująca. Chociaż chyba najciekawsze i najmniej znane są wątki ukazujące różnice ideowe i programowe między PC a środowiskami niepodległościowymi i to od samego początku, czyli od 1990 r. Interesujące są również kontakty z chadecją europejską (Europejska Partia Ludowa), dla której „Kaczyński stał się pierwszym rozczarowaniem”. Autor swobodnie porusza się po ponad dekadzie funkcjonowania PC. Przedstawia poszczególne rządy, atmosferę wyborów zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich, a także PC pełniącego rolę opozycji pozaparlamentarnej.

Kontynuacją PC stał się PiS, który jest ważną partią na politycznej scenie Polski. Autor prezentuje działalność PiS-u w latach 2001-2022, przedstawiając zarówno jego wzloty, jak i upadki. Porównuje idee, program, metody działania z PC i opisuję rolę PC jaką pełni w PiS. Przy okazji przedstawia zachowania różnych polityków PiS wywodzących się z innych środowisk politycznych niż PC. W podsumowaniu podkreśla, że co prawda PC miało mniejszą siłę przebicia niż PiS to obie partie miały i mają ogromny wpływ na kształt III RP. To „ze środowiska politycznego PC wywodziło się pięciu z siedmiu premierów Polski po 1989 r. Miało ono również istotny wpływ na objęcie urzędu przez trzech z pięciu prezydentów RP od 1990 r., pochodzących z wolnych i bezpośrednich wyborów”. Można więc stwierdzić, że PC to fenomen w polskim środowisku politycznym i niezależnie od tego, czy ktoś się nim zachwyca, czy raczej działalność PC jest dla niego kontrowersyjna, a nawet bulwersująca, to dobrze się stało, że ukazało się właśnie takie opracowanie.

Opracowanie „Porozumienie Centrum” Adama Chmieleckiego ukazało się nakładem wydawnictwa Neriton dzięki wsparciu Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego.

Nowy cykl dokumentalny w TVP Historia „Czarna Wołga.  Kryminalna historia PRL” 

TVP Historia zaprasza na nowy serial dokumentalny „Czarna Wołga. Kryminalna historia PRL”. Premiera pierwszego z ośmiu odcinków 26 października o godz. 20.

Dokument przeniesie widzów w głąb kryminalnego świata minionej epoki i zaprezentuje sposób działania peerelowskich przestępców, organów ścigania, a także mechanizm szerzącego się strachu.

„Kryminalny PRL bardziej przypomina Chicago i to w latach 20. Napady na banki, jak choćby ten w Wołowie, zabójstwo posła, zamachy terrorystyczne czy groźba wrzucenia półtora kilograma cyjanku do ujęcia wody dla miasta. No i oczywiście legendarna Czarna wołga — ale czy na pewno była to legenda? W 1965 roku dwie kobiety w Warszawie uprowadziły dziewczynkę i odjechały taksówką, właśnie czarną wołgą. O tym wszystkim opowiemy Państwu w serialu dokumentalnym „Czarna Wołga. Kryminalna historia PRL” – mówi o serialu jego twórca, autor książki „Czarna wołga”, Przemysław Semczuk, cytowany w komunikacie TVP.

Przemysław Semczuk, dziennikarz i ceniony znawca epoki PRL-u, dociera do bohaterów i świadków tamtych wydarzeń, a także do materiałów archiwalnych IPN, z których wyłaniają się historie kryminalne. Czarna Wołga grasująca w latach 60. i 70. po ulicach polskich miast to nie tylko miejska legenda. Porwania dzieci, brutalne zabójstwa, napady na banki, kradzieże, tajemnicze zniknięcia i głośne procesy sądowe — te historie wydarzyły się naprawdę. O tych zbrodniach, a także o przestępstwach, o których niewiele się mówi do dziś, opowiada nowy cykl dokumentalny, który będzie można śledzić od czwartku, 26 października o godz. 20 w TVP Historia i o godz. 21 w TVP Historia 2.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

 

Kim są i czy ból języka sprawia im przyjemność? Odpowiada WALTER ALTERMANN: Sadyści językowi

Od kilkunastu miesięcy staram się tutaj pomóc w sprawach językowej poprawności wypowiedzi –  piszącym i mówiącym w mediach. I co? Nic, a może jeszcze gorzej. Zaczynam podejrzewać, że w gronie dręczących nasz język, depczących i pomiatających jego normami znajdować się musi spora grupa sadystów, którym sprawia chorą przyjemność, tak brutalne kaleczenie języka Polaków.

Czy sadyści są w większości nieznających, lub udających, że nie znają rodzimego języka? Nie wiem, ale coś musi być na rzeczy. Niemniej nic nie zmusi mnie, do zaprzestania mego zbożnego dzieła, czyli zwracania im wszystkim na błędy. Przejdźmy zatem do najnowszych przykładów.

Drogowe zmiany albo językowa katastrofa

Rzecznik prasowy Urzędu Miasta Łodzi, a więc osoba, od której z racji etatu, trzeba wymagać jasności i poprawności wypowiedzi, pisze 29. 09. 2023 roku: „Na najbliższe tygodnie zapowiada się duża intensyfikacja prac, sporej drogowej układanki robót, aby dopiąć drogowe inwestycje na ostatnią prostą. Pozwoli to przywrócić jeszcze w tym roku tramwaje na Bałutach. Od niedzieli zmiany na placu Kościelnym, od środy na Spornej i Smugowej”.

Jakie w tej wypowiedzi mamy błędy rzecznika? Cała jego wypowiedź jest okropnym błędem. Ale są też trzy fałszywe perełki:

1. Nie mówimy „na najbliższe tygodnie”, powinniśmy mówić „w najbliższych tygodniach”. A to dlatego, że tydzień jest miarą czasu, w którego naturze jest upływ, bieg, postęp. Natomiast „na” sugeruje jakąś płaszczyznę. I nie jest to płaszczyzna porozumienia między rzecznikiem a mną.

2. Rzecznik pisze: „…zapowiada sięsporej drogowej układanki robót”. Panie Rzeczniku, jeżeli w orzeczeniu ma Pan „zapowiada się” to dalej musi być „spora układanka robót”. Takie są związki syntaktyczne w języku polsikm. Innych nie ma i nie będzie. Istnieją w naszym (przynajmniej w moim) języku stałe związki: rządu, zgody i przynależności. Warto je poznać, przyswoić i przestrzegać. Bo nie znać ich nie przystoi, rzecznikowi.

3. Od biedy można: „dopiąć inwestycje na ostatniej prostej”, ale z pewnością nie na: „ostatnią prostą”.

Cały komunikat jest frywolny, żartobliwy i chyba pisany na serwetce w jakiejś kawiarni, albo na komórce. Młodopolscy poeci w kawiarniach, na serwetkach pisywali wierszyki dla kochanek. Ale rzecznik dużego miasta musi się zdecydować – być poetą czy jednak urzędnikiem, którego informacje powinny być konkretne i w żadnym stopniu nie mogą być pisane na „luzie”. A to dlatego, że wykopki drogowe w Łodzi są dla jej mieszkańców realnym i zupełnie niepoetyckim koszmarem.

Wybory na temat

W naszych stacjach telewizyjnych pojawił się nowy zwrot, w związku z nadciągającymi nieuchronnie wyborami. Otóż słyszę: „Te wybory są na temat”. Po czym dziennikarze mówią o polityce.

Według „Słownika poprawnej polszczyzny” profesora Witolda Doroszewskiego temat może być aktualny, drażliwy, interesujący, ważny. Mamy też temat przewodni, tematy polityczne.

Można przeskakiwać z tematu na temat, odbiegać od tematu.

 Słownik notuje również: mówić, pisać na jakiś temat. Ale uznaje za błąd: mówienie i pisanie o temacie. Doroszewski uznaje, że temat jest wyrazem nadużywanym w mowie potocznej i w języku urzędowym. Na przykład nie powinno się pisać na temat usprawnień, lepiej o usprawnieniach.

Za niepoprawne uznaje również słownik: Poglądy na temat czyjejś działalności, bo poprawnie można mieć poglądy na czyjąś działalność.

Jak więc widzimy „w temacie” tematu jest problem. Choć teoretycznie wszyscy musieliśmy pisać na jakieś tamaty w szkole. I teoretycznie wszyscy wiedzą, że temat jest klarownym wyłożeniem zadania do napisania, do rozmów i dyskusji.

Już Wojciech Młynarski pisał i śpiewał… w temacie Marioli…, co było satyrycznym zwróceniem uwagi, że poprawnie jest na temat, a w temacie jest błędem. Bo nie rozmawiamy w temacie, lecz na temat. Przecież kazali nam pisać wypracowania na temat. I nich tak zostanie.

Przy okazji… pamiętam świetny temat z języka polskiego w liceum, który był taki: „Droga jaką w powieści „Potop” przebywa Kmicic”. Temat był perfidny, bo bez przeczytania powieści człek mylił drogi Kmicica. Dlatego wymyślenie dobrego tematu jest dużą sztuką, tak samo jak dobrego tytułu. Bo fatalnym tematem wypracowania, czy dyskusji jest taki temat: „Bohaterstwo i niezłomność głównego bohatera…? Tak ustawiony temat nie jest żadnym tematem wypracowania, ale klepaniem formułek, lizusostwa i zidiocenia.

Natomiast oczywistym świadectwem niedouczenia i psucia języka jest powiedzenie, że: „Te wybory są na temat”. To jest niedopuszczalny w cywilizowanym świecie tzw. skrót myślowy. Ten skrót obnaża też wiedzę autora zwrotu tak w sprawie znaczenia pojęcia temat, jak i wybór.

Ale już nie będę sprawy ciągnął. Wybór to wybór, temat to temat, oczywiście można o wyborach rozmawiać, ale przecież nie z każdym.

Drewno sezonowe

W brytyjskim programie o remontach mieszkań pokazują dębową deskę, a lektor oświadcza:„Jest to drewno sezonowe”. Tyle tylko, że o drewnie sezonowym nikt jeszcze nie słyszał. Bo jakie miałoby być to drewno? Na lato i jesień, czy na zimę i wiosnę?

Oczywiście lektor, albo lektor i tłumacz są niechlujni, bo chodzi tu o drewno podsuszone, czyli sezonowane. Sezonuje się drewno trzymając je w tak zwanych sztaplach czyli sosach,  pod dachem, na powietrzu. Suszy się je też w specjalnych termicznych suszarniach. Przeciętnemu człowiekowi ta wiedza może być zbyteczna, ale skoro już o suszonym, czyli sezonowanym drewnie mówim, to mówmy prawdę.

Wosk czy lak?

W brytyjskim, odcinkowym programie o renowacji zabytków widzimy jak bohaterka odciska pięczęć w laku, ale lektor czyta, że to wosk. Słuchając tego jestem zakłopotany, bo wiedza o historii topi się jak lak, lub wosk… Szkoda takiej pomyłki, bo lak do odciskania pieczęci ma wielką historię w literaturze,  teatrze i filmie, przecież wszystkie ważne listy zawsze były lakowane, żeby posłaniec  listu nie przeczytał. Znaczenie laku, jako środka do zabezpieczenia tajemnicy korespondencji urzędowej, czy prywatnej zmniejszyło się, gdy do użytku weszły koperty klejone. Ale co tam wiedza, kiedy płacą tłumaczowi za linijkę tekstu, lub za minutę emisyjną, nie za wiedzę.

Efekt domina

Na internetowej stronie miasta Łodzi, dochodzi ciągle to samochwalstwa. I ja to rozumiem, wybaczam i uznaję za mało istotne. Czasami tylko szlag mnie trafia, gdy czytam językowe bzdury. Ostatnio ktoś z urzędu napisał, że po kompleksowym wyremontowaniu ulicy Włókienniczej mamy „efekt domina”, bo wokół zaroiło się już od następnych rewitalizacji.

Piszący chciał pochwalić swego pracodawcę, dać jasno do zrozumienia, że jest świetnie, ale wyszło bez sensu. Bo czymże jest „efekt domina”? Wystarczy przypomnieć sobie zabawę w pionowe ustawianie kostek domina, a potem lekkie popchnięcie ostatniej kostki – wtedy ta przewrócona przez nas kostka uderza w stojacą przed nią, ta trzecia uderza w czwartą … i tak do końca, po kolei upadają wszystkie kostki.

Zatem efekt domina ma w języku polskim, także na świecie, znaczenie negatywne, pejoratywne, a zwrot „efekt domina” oznacza klęskę jakiegoś systemu. I zawsze ta klęska zaczyna się od czegoś jednostkowego i małego, ale w efekcie mamy sporą katastrofę. Administratorowi miejskiej strony na Facebooku chodziło jednak o sukces. A wyszło śmiesznie.

Żeby to jeszcze dokładniej wyjaśnić – gdy upada jeden średniej wielkości bank – ostatnio w USA – to po nim sypią się, jak kostki domina, kolejne banki. Bo wszystkie były z sobą powiązane i wzajemnie się ubezpieczały – wtedy właśnie mówimy o „efekcie domina”.

A ten administrator strony Łodzi… nie on pierwszy i nie ostatni, licząc na sukces kończy na grubej katastrofie.

 

Miał medal od Łukaszenki i pogrzeb z honorami  – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o mordercy „Inki”

„Jak trudno umierać, gdy naście masz lat. Jak trudno zaśpiewać piosenkę. Gdy z pąka dopiero rozwijasz się w kwiat. Ze śmiercią wędrując pod rękę” – śpiewa Andrzej Kołakowski w pięknej piosence „Inka”.17-letnia Danuta Siedzikówna „Inka” umierała po wyroku śmierci, którego żądał występujący w roli prokuratora ubek Wacław Krzyżanowski. 13 października 2014 r. został pochowany z wojskową asystą honorową na Cmentarzu Komunalnym w Koszalinie.

Krzyżanowski był pierwszym stalinowskim „prokuratorem”, któremu wymiar sprawiedliwości III RP – w 1993 r. – zarzucił mord sądowy. 3 sierpnia 1946 r. dla „Inki”, sanitariuszki antykomunistycznego oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, zażądał kary śmierci. Krzyżanowski zarzucił Danucie Siedzikównie działanie w „bandzie Łupaszki”, nielegalne posiadanie broni i wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Tego ostatniego czynu nie udowodnił jej nawet podległy bezpiece „sąd” i nie potwierdziło dwóch z pięciu zeznających „dobrowolnie” w sprawie milicjantów, którym żołnierze „Łupaszki” darowali życie. Jeden z nich przyznał, że „Inka” opatrzyła go, gdy został ranny w walce z żołnierzami 5. Wileńskiej Brygady AK. Taki z Siedzikówny był „bandyta”.

Wstyd, czyli żart

Jak wojsko tłumaczyło zgodę na honory podczas pogrzebu płk. Krzyżanowskiego, oprawcy Danuty Siedzikówny „Inki”? „Był żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego, uczestniczył w bitwie pod Lenino” – wyjaśniał kpt. Zbigniew Izraelski z 8. Koszalińskiego Pułku Przeciwlotniczego.

Kto był wnioskodawcą? Związek Żołnierzy Wojska Polskiego z Koszalina. Wniosek o asystę wpłynął do Garnizonu Koszalin w dniu pogrzebu Krzyżanowskiego i została ona od ręki przyznana.

– Nie wiedzieliśmy, że jest to prokurator Krzyżanowski – tłumaczył się kapitan Izraelski. Czyli wojsko nie wiedziało, że emerytowany płk Wacław Krzyżanowski to… emerytowany płk Wacław Krzyżanowski, który odpowiada za śmierć „Inki”. Czy założono, że w Koszalinie mieszka dwóch emerytowanych pułkowników o tych samych personaliach? Formalnie zresztą ten morderca sądowy prokuratorem nie był.

Podobno wcześniej wojsko też było wysyłane na pogrzeby pułkowników z KBW i innych utrwalaczy „ludowej” władzy. Wnioski składał ten sam, co w wypadku Krzyżanowskiego, Związek Żołnierzy WP, skupiający wielu komunistycznych wojskowych. To taki odpowiednik warszawskiego Klubu Generałów, tylko w skali lokalnej.

„Wstyd. Zażądałem wyjaśnień od dowódcy Garnizonu Koszalin, który podjął taką decyzję” – napisał na Twitterze minister obrony Tomasz Siemoniak. I w trybie natychmiastowym odwołał ze stanowisk dowódcę oraz komendanta garnizonu Koszalin.

Żart polegał na tym, że panowie wkrótce zostali do pracy przywróceni.

Kto jest inwalidą?

„W dniu 10 października 2014 r. odszedł od nas na zawsze nasz Kochany, Wspaniały Tatuś, Teść, Dziadek i Pradziadek płk WP w st. spoczynku, prawnik Wacław Krzyżanowski, weteran II wojny światowej, Sybirak, inwalida wojenny” – można było przeczytać nekrolog w „Głosie Koszalińskim”. Bo Krzyżanowski służbę wojskową rozpoczął w 1943 r. w Dżambule (Kazachstan), należał do dywizji kościuszkowskiej, w ramach której brał udział w bitwie pod Lenino. Potem ten zesłaniec syberyjski stanął po stronie swoich czerwonych prześladowców. To taki Jaruzelski w mikroskali.

Rentę inwalidzką Krzyżanowski załatwił sobie w 2000 r., po odebraniu mu uprawnień kombatanckich. Jako schorzenia podał: psychoorganiczne otępienie, nadciśnienie tętnicze, miażdżycę, zespół stresu pourazowego. Początkowo ZUS odmówił mu renty, ale pułkownik wygrał w sądzie II instancji.

Prawdziwym inwalidą – po śledztwie w gdańskim WUBP – zostałaby, gdyby przeżyła – Danuta Siedzikówna „Inka”. Zwyrodniali ubecy bili ją i poniżali. Rozbierali do naga, a do jej celi wpuszczali żony funkcjonariuszy, którzy zginęli w akcjach przeciwko oddziałom Szendzielarza. Krzyżanowski tłumaczył się typowo: „Byłem młody. Wcześniej nie brałem udziału w żadnej sprawie sądowej. Zostałem skierowany na proces przypadkowo, bez przeszkolenia i przygotowania”. Faktycznie – nawet w świetle komunistycznej sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) Krzyżanowski nie mógł występować przed sądem. Nie był prokuratorem, bo nie ukończył (a nawet nie zaczął) studiów prawniczych i rzecz jasna nie zrobił także aplikacji. Ale kto by się w 1946 r. takim drobiazgiem przejmował? Dla komunistycznych pryncypałów ważne były inne jego kwalifikacje. Pełna dyspozycyjność i zaliczenie szkoły oficerów bezpieczeństwa w Łodzi.

Kolejne sprawy

Ale odnośnie do braku doświadczenia w występowaniu przed sądem w sprawach politycznych Krzyżanowski kłamał. 3 sierpnia 1946 r., dwie godziny przed sprawą „Inki”, oskarżał 19-letniego Hansa Baumana, gdańskiego Niemca, którego rodzina przymierała głodem. Pewnego czerwcowego dnia 1945 r. znalazł on w lesie karabin z kilkoma nabojami, upolował dzięki niemu sarnę, po czym broń zakopał. Zdobycznym mięsem Bauman podzielił się z mieszkającymi w jego domu Polakami. Wpadł wskutek donosu.

Po śledztwie, prowadzonym przez funkcjonariuszy PUBP w Miastku, Krzyżanowski oskarżył Baumana o nielegalne posiadanie broni i prowadzenie działalności wywrotowej, mającej na celu oderwanie Gdańska od Polski. Żądając dla niego kary śmierci, stalinowski „prokurator” twierdził, że oskarżony jest „wrogo ustosunkowany do państwa polskiego, spodziewał się wojny i niewątpliwie miał zamiar użyć karabinu w stosownej chwili przeciwko państwu polskiemu”. Z odnalezionych akt jednoznacznie wynikało, że Krzyżanowski samodzielnie przeprowadził śledztwo i sformułował akt oskarżenia. Bauman został rozstrzelany 9 sierpnia 1946 r. To druga zbrodnia sądowa w karierze „prokuratora”.
Tego samego dnia – 3 sierpnia 1946 r. – Krzyżanowski wnioskował o jeszcze jedną karę śmierci – dla 16-letniego Benedykta Wyszeckiego z Gdańska, u którego znaleziono w piwnicy kilka karabinów i amunicję (karabiny były bez zamków i zardzewiałe; chłopak przyznał się, że zbierał je na polach, by bawić się w wojsko). Podżegany przez Krzyżanowskiego komunistyczny „sąd” uznał, że Wyszecki dopuścił się przestępstwa z lekkomyślności, ale okazał się łaskawy, skazując go „tylko” na siedem lat więzienia. W przeciwnym wypadku Krzyżanowski miałby na sumieniu kolejną niepełnoletnią osobę.

Medal od Łukaszenki

A jak wyglądało ściganie Krzyżanowskiego po 1989 r.? Sąd III RP z siedzibą w Poznaniu stwierdził, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę odegrał on w procesach stalinizmu, i uniewinnił mordercę.

Krzyżanowski tłumaczył się, że „stalinowski system prawny miał charakter przestępczy”. Ale już on – funkcjonariusz tego systemu – przestępcą oczywiście nie był.

W PRL u ten „inwalida wojenny” otrzymał za swoją służalczość wiele odznaczeń i nagród. Czym tak zasłużył się komunistom? „Prokuratorem” w Gdańsku był do 1950 r. W wojskowym wymiarze sprawiedliwości (czytaj: bezprawia) pracował potem na Śląsku i na Pomorzu, w 1976 r. zwolniony do rezerwy w stopniu pułkownika.

Historyk Piotr Szubarczyk przypominał historię związaną z Krzyżanowskim: „Do Koszalina przyjechała delegacja władz białoruskich, wręczając mu medal za zasługi wojenne. Ludzie Łukaszenki oświadczyli, że pamiętają o swoich kombatantach, nawet jeśli ci żyją poza granicami kraju. Krzyżanowski medal przyjął. Warto pamiętać, że jedno ze świąt państwowych Białorusi przypada 17 września, w rocznicę wyzwolenia od »jaśniepanów polskich«”.

„Niech żyje Polska”

Płk Wacław Krzyżanowski, morderca sądowy, dożył pięknego wieku 91 lat, a po śmierci miał piękny pogrzeb z kompanią reprezentacyjną Wojska Polskiego.
Danuta Siedzikówna „Inka” nie skończyła 18 lat. 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 w piwnicy gdańskiego więzienia przy ul. Kurkowej została rozstrzelana razem z Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem”. Ginęli z okrzykiem: „Niech żyje Polska”. Ich nie tylko kompania reprezentacyjna, ale też nikt inny nie odprowadzał. Komunistyczni bandyci zrzucili bohaterów do bezimiennych dołów, w których ich ciała leżały przez dziesięciolecia. Odnalazła je dopiero – na cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku – ekipa naukowców prof. Krzysztofa Szwagrzyka.

WALTER ALTERMANN: Śmieszne drobiazgi wyborcze albo lekarze mimo woli

Nie ma nic śmieszniejszego niż wpadki i odjazdowe zachowania ludzi, którzy chcą być poważni, bo uważają – dla przykładu – że wybory są rzeczą najpoważniejszą z poważnych. Nie mówię, że wybory nie są ważne, ale zalew powagi, a właściwie grozy, dla których wybory są jedynie pretekstem, w ostatnich dniach jest powalający. Może jest i tak, że politycy wiedzą to, czego my prości ludzie o samych sobie nie wiemy – że lubimy się bać?

Żeby chociaż jeden na dziesięciu polityków, reklamujących siebie i swoje partie miał choć odrobinę poczucia humor, minimalny – niechby jak główka szpilki – dystans do siebie samego… Nic! Wszyscy politycy zachowują się jak japońscy samurajowie, którzy w przypadku przegranej musieli popełnić seppuku. Te wybory niosą z sobą przerażający nastrój grozy i apokaliptyczne wizje.

Gdybym już trochę na tym świecie nie żył, uwierzyłbym siewcom zagłady. Ale przecież wiem z doświadczenia, że nasz polski świat po wyborach wróci do normy. Na kolejne cztery lata. Dlatego zatem tak bardzo mnie cieszą – choć jest to humor najczarniejszy z czarnych – gdy widzę i słyszę w tej kampanii ucieszne wpadki? Proszę bardzo, oto przykłady.

Prosimy o entuzjazm

1 października 2023 roku, w katowickim Spodku odbywa się konwencja PiS. Telewizje relacjonują ją rzetelnie, choć niektóre wyraźnie sympatyzują z odbywającym się w tym samy czasie marszem opozycji po Warszawie.

Najpierw na ogromnej scenie tej hali sportowej w Katowicach pojawia para młodych ludzi, kobieta i mężczyzna, w którym rozpoznaję rzecznika PiS – Rafała Bochenka. I ta młoda para „rozgrzewa” zgromadzoną publiczność. Nie mam nic przeciwko, bo tak robią wszystkie partie w takich razach, czyli w okolicznościach. Jednak pan Bochenek w pewnym momencie rzuca wyzwanie zgromadzonym:

– Klaszczemy – krzyczy do mikrofonu – i proszę o więcej spontaniczności!

Być może chciał powiedzieć „więcej entuzjazmu”, ale powiedział „spontaniczności”.

Z drugiej strony – prowadzenie takich spotkań jest niezwykle stresujące i trzeba mieć stalowe nerwy, żeby się takiego zadania podjąć.

Prowadzący spotkania wyborcze

Dawno, dawno temu, w odległym województwie… konwencję pewnej partii prowadził przyjaciel młodego lidera tej partii – reporter prywatnej stacji telewizyjnej.

Jegomość powiedział, że jest apolityczny, a już na pewno nie będzie głosował na partię, która zaprosiła go do prowadzenia tej konwencji. Był to jakiś discjokey, kiedyś oprócz telewizji pracował w lokalnym radio – osobnik żywy i żywiołowy, a jakże, ale nie przewyższający inteligencją młodzieżowych muzyków, których lansował w programach.

Po takim wstępie zapanowała na widowni martwa cisza. Sytuację uratował jednak starszy pan, który wstał i zaczął mocno bić brawo – spontanicznie, ale z rozmysłem. Po chwili klaskali wszyscy, dając do zrozumienia, że cenią sobie „obiektywizm” prowadzącego.

Nuda powtórzeń

To co istotne mówią w kampanii zawsze liderzy partii. Dlatego też rola „szeregowych kandydatów” łatwa nie jest. Rekordziści bywają w telewizjach i radiostacjach po kilka razy w tygodniu. Rodzi się więc pytanie – czy są oni w stanie powiedzieć cokolwiek nowego? Czy objawią jakieś nieznane jeszcze publiczności elementy programu swych partii? Oczywiście, że nie. Takich cudów nad urną nie ma.

I leje się z ekranów i głośników potop powtórek, zalewa nas zwielokrotniona fala tego, co już znamy, bo przecież mówili to liderzy. Przy czym tu trzeba kandydatów pochwalić, że powtarzając po liderach, umieją stworzyć wrażenie, że sami to wszystko przed chwila wymyślili. Naprawdę, świat teatru i filmu stracił wielu uzdolnionych aktorsko osobniczek i osobników, którzy marnują się w polityce.

Jednakże kandydaci mają świadomość, że powtarzają już wielekroć powiedziane. I to rodzi w nich stres. A najlepszym ratunkiem przed stresem jest agresja i dlatego w studiach odbywają się dzikie awantury i prezentacja nieprzystojnych zachowań kandydatów.

Tu muszę jednak uderzyć się w piersi i powiedzieć, że trochę przesadziłem, bo programy partyjne są w dyskusjach na dalekich, bardzo dalekich planach. Na pierwszym zaś są próby zniszczenia przeciwników politycznych, próby odebrania im godności i prawa do rozumu. Na razie są to próby zniszczenia werbalnego, ale jednak są.

W sumie dyskusje są ucieszne, bo argumenty ad personam, odnośnie przeciwników, też są już dobrze znane. Tym samym wygrywa ten, kto głośniej krzyczy, częściej przerywa adwersarzom

Obowiązki dziennikarzy

Od dawna wśród wielu dziennikarzy panuje moda na luz. Szczególnie gdy chodzi o ubieranie się do pracy. Mówię o panach dziennikarzach, bo panie z natury swej płci bardzo dbają o wygląd, i słusznie. I oto, skutkiem luzu, mamy ciężkie zderzenie dwóch światów. Jest kampania przedwyborcza, kandydaci organizuję mnóstwo konferencji i zawsze są starannie ubrani. Dominuje – wśród panów kandydatów – garnitur i niebieska koszula, Krawaty są nieczęste, ale bywają.

Dziennikarze natomiast są niechlujni, ubrani niby to wygodnie, ale bez „sznytu”. Zgodnie z Wyspiańskim; „Ubrałem się w com ta miał”. Ostatnio widziałem dziennikarza – z mikrofonem swojego radia, bo mikrofony są teraz „obrendowane”, czyli posiadają logo firmy, która dziennikarza posyła na daną konferencję prasową. Jednak tu nazwę stacji pominę, bo być może ów dziennikarz pracuję tam w ramach resocjalizacji?

Zatem, radiowiec ów miał na sobie, od dołu patrząc: sandały, szorty i koszulę w ptaki, jakby akurat wrócił z Hawajów. W sumie ubrany był jak ostatnia łachudra.

Serce. Po której stronie?

Znaleźć dobre hasło wyborcze nie jest łatwo, a nawet jest to niezwykle trudne i ciężkie. I ja to rozumiem. Jednak obecne hasło lewicy powala z nóg. Bo jaki jest sens tej hasłowej myśli, że „serce mam po lewej stronie? Skoro lewica jest po lewej stronie układu politycznego i ponieważ serce każdy ma po stronie lewej, więc lewica jest serdeczna, i jest tak bliska człowiekowi, jak jego serce, i dlatego trzeba na lewicę głosować. Prawda, że paranoja?

Anatom, który wymyślił to hasło oraz politolodzy i działacze lewicowych partii, którzy to hasło wzięli jak swoje są – mym zdaniem – infantylni. Albo też mają mnie za równego sobie – gdy idzie o czytanie ze zrozumieniem – czyli za idiotę.

Żeby nie było tak smutno przypomnę fragment o położeniu serca z „Lekarza mimo woli” Moliera. Przypomnę, że tytułowy bohater jest wieśniakiem, który przez 6 lat „wysługiwał się lekarzowi”, a potem przez przypadek uznany został za lekarza – cudotwórcę.

 

SGANAREL

Czy to jest chora?

GERONT

Tak. To moja jedyna córka, byłbym w rozpaczy, gdyby umarła.

SGANAREL

Niechże ją Bóg broni! Nie wolno jej umrzeć bez przepisu lekarza.

GERONT

Oniemiała nagle, i to bez przyczyny; ten właśnie wypadek stał się powodem odwłoki małżeństwa.

SGANAREL do chorej

Daj mi panna rękę. do GERONTA Wyraźnie widać z pulsu, że jest niema.

GERONT

Tak, ale chciałbym, abyś mi pan mógł powiedzieć, skąd to pochodzi.

SGANAREL

Sądzę, że to zatamowanie czynności języka zależne jest od pewnych humorów, które my uczeni nazywamy humorami złośliwymi; tym bardziej, że wapory są uformowane przez wyziewy soków tworzących się w ogniskach choroby. Otóż, gdy te wapory, przechodzą od lewej strony, po której leży wątroba, ku prawej stronie, w której znajduje się serce, może się zdarzyć, że płuco spotyka na swej drodze pomienione wapory, wypełniające komory łopatki; że zaś właśnie te wapory…

GERONT

W istocie, nie można lepiej tego wywieść. Jedna tylko rzecz mnie uderzyła: to ustęp o sercu i wątrobie. Zdaje mi się, że pan je mieścisz inaczej, niż są; że serce jest po lewej stronie, a wątroba po prawej.

SGANAREL

W istocie; tak było dawniej: ale myśmy to zmienili i teraz uprawiamy medycynę zupełnie nowym systemem.

GERONT

Nie wiedziałem i przepraszam za swoje nieuctwo.

SGANAREL

Nic nie szkodzi; nie ma pan wszak obowiązku dotrzymywać nam kroku co do wykształcenia.

 

Molier jest mądry i zabawny, mam jednak przeczucie, że ta kampania do niczego mądrego, ani zabawnego nie doprowadzi.

 

 

SDP na konferencji Anti-Disinformation Warsaw Summit

– Nie jesteśmy bezradni. Są przepisy prawa ustanowione w naszych krajach, które pozwalają walczyć z dezinformacją, tylko trzeba z nich korzystać. Po to właśnie jest ta konferencja –  te słowa wypowiedział Maciej Świrski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji podczas Warszawskiego Szczytu przeciw Dezinformacji pt. „Anti-Disinformation Warsaw Summit” Obrady odbyły się w salach Zamku Królewskiego w środę, 4. października, a cała konferencja trwa do czwartku.

W obradach udział wzięli przedstawiciele organów regulujących rynek medialny w państwach Europy Środkowo-Wschodniej oraz krajach bałtyckich. Kulminacyjnym momentem tego dnia stało się podpisanie wspólnej deklaracji przez regulatorów audiowizualnych z pięciu krajów: Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) – Polska; Litewskiej Komisji ds. Radia i Telewizji; Krajowej Rady ds. Mediów Elektronicznych – Łotwa; Krajowej Rady ds. Audiowizualnych -Rumunia oraz Krajowej Rady Ukrainy ds. Telewizji i Radiofonii.

„Wojna Rosji przeciwko Ukrainie i rosyjskie imperialne ambicje przyczyniły się do zmiany sytuacji geopolitycznej w całej Europie, w szczególności w Europie Środkowo-Wschodniej i państwach bałtyckich. Dynamiczny rozwój technologii w obszarze narzędzi komunikacji cyfrowej otworzył rynki medialne na szerokie możliwości w zakresie dostępu do informacji, zarówno w procesie tworzenia treści, jak i ich odbioru” – głosi podpisana deklaracja.

Ponadto Państwa – Sygnatariusze zobowiązały się do:

– ochrony suwerenności i dobrego imienia państw oraz nienaruszalności ich granic;

– ochrony wolności słowa, wspierania odpowiedzialności za informowanie społeczeństwa, ochrony dziennikarzy i ładu medialnego zgodnie z jurysdykcją terytorialną i europejskimi ramami prawnymi;

– zabezpieczenia prawa obywateli do rzetelnej i wiarygodnej informacji jako integralnej części swobody wypowiedzi; ochrony niezależności organów regulacyjnych ds. mediów;

– edukowania obywateli w zakresie dezinformacji i propagandy poprzez wspieranie włączenia umiejętności korzystania z mediów jako obowiązkowej tematyki w szkołach.

Pełny tekst deklaracji: https://stop-disinformation.eu/pl/node/38

Zapowiedziano także utworzenie sekretariatu w celu wdrożenia zapisów tej deklaracji oraz wymiany informacji i koordynacji ustaleń. Deklaracja została podpisana na czas nieograniczony i wchodzi w życie z dniem podpisania. W imieniu Polski deklarację podpisał przewodniczący KRRiT Maciej Świrski.

Drugiego dnia konferencji odbył się roboczy panel dyskusyjny o różnych sposobach walki z dezinformacją, między innymi inicjatywie Polskiej Agencji Prasowej „Fake Hunter” i współpracy z fact-checkerami, a także szczegółom współpracy krajowych regulatorów mediów.

 

 

 

 

MARIA GIEDZ: Kontrujesz Tuska, jesteś „PiS-iurą”

Najlepiej się nie odzywać, ale trudno udawać niemowę.

W niedzielne popołudnie wracałam z długiego spaceru po jednej z dzielnic Gdańska, do której przylega piękny, rozległy park. Dochodząc do samochodu, a raczej do pana parkingowego, skomentowałam, że nie pamiętam tak pięknego początku października na Wybrzeżu. – Słońce, lekki wietrzyk, niemal jak w środku lata, aż nie chce się wracać do domu – powiedziałam.

– Tak, rzeczywiście, ale w Warszawie, to była pogoda! Oglądałem w telewizji, a ten marsz! Fantastyczna atmosfera. Kaczyński powiedział, że było tam tylko sześćdziesiąt tysięcy, a ja widziałem co najmniej milion ludzi! A pani nie chciało się tam pojechać?

– Nie widzę przyjemności w takich wiecach, a i nie mam zaufania do Donalda Tuska; to nie mój ulubieniec polityczny – zresztą wolę pospacerować po lesie, więcej z tego pożytku – odpowiedziałam.

– A, PiS-iura – wykrzyknął parkingowy. – PiS zniszczył Polskę! A co, przez te 500+ więcej dzieci się urodziło? Młode kobiety nie chcą rodzić dzieci, bo się boją! Przecież za chwilę niczego nie będziemy mieli! Za co mają wychowywać dzieci? Nie ma pracy, brakuje pieniędzy… A pani ich broni? Tusk nikomu niczego złego nie zrobił. Słyszała Pani jaki on mądry, jak pięknie mówi…

Do rozmowy wtrącił się motocyklista. Młody chłopak, gadżeciarz z kasą, kiedy usłyszał, że nie zachwycam się Tuskiem od razu obrzucił mnie inwektywami, dodając do każdego zdania słowo „PiS-iura”. Kiedy zapytałam dlaczego brak zachwytu nad Tuskiem kojarzy się im z PiS-em, bo przecież w wyborach startuje jeszcze kilka innych partii, usłyszałam, że to tylko Tusk ma rację i to tylko on nas ochroni przed wszelkimi klęskami. I tu zaczęła się wyliczanka owych klęsk – trudno było tego słuchać, ale ja tam miałam samochód i musiałam go odebrać.

Notabene do owego motocyklisty dołączył drugi, też chyba dwudziestoparolatek, bo w kasku trudno ocenić wiek. Zrobiło się mało sympatycznie. Do tego długi wywód, a raczej wykrzykiwanych pełnym gardłem zachwytów nad zaletami Tuska zmusił mnie do pomachania parkingowemu ręką i odjechania.

Morał z tego taki, że najlepiej nie odzywać się, udawać niemowę, tylko robić swoje.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ostatnie przemówienie prezydenta Stefana Starzyńskiego

27 października 1939 r. został aresztowany przez niemieckie Gestapo w gmachu warszawskiego ratusza, bo nie chciał opuścić miejsca pracy – rzecz jasna ani myślał o ucieczce ze stolicy, mimo że marszałek Edward Rydz-Śmigły wysyłał po niego samolot.

Stefan Starzyński zasłynął określeniem: „Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś widzę wielką Warszawę”.

Stefan Starzyński, prezydent Warszawy, a właściwie od 1934 r. jej komisarz (mianowany przez rząd, a nie wybierany przez Radę Miasta). Wypowiedział te legendarne dziś słowa 23 września 1939 r. w komunikacie radiowym do mieszkańców ukochanej przez siebie stolicy. Zaraz potem dodał: „I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce – gruzy leżą, choć tam, gdzie miały być parki – dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale – nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i chwały”.

Starzyński nie wiedział, że to jego ostatnie przemówienie. Niemcy (nie żadni kosmiczni naziści) osadzili go w więzieniu przy ulicy Daniłowiczowskiej, a następnie na Pawiaku. Stamtąd – jak wynika ze śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej – między 21 a 23 grudnia 1939 r. wywieźli prezydenta w nieznanym kierunku. Niezłomnego obrońcę Warszawy rozstrzelali gdzieś na terenie miasta lub w jego okolicach. Dlaczego Starzyński był niezłomny? Po 1 września 1939 r. to on organizował obronę Warszawy. Ochotnicze brygady pomagały zasypanym ludziom i zabezpieczały bombardowane domy.

Stefan Starzyński urodził się 19 sierpnia 1893 r. w Warszawie w drobnoszlacheckiej rodzinie patriotycznej, gdzie żywe były tradycje powstańcze. Podczas I wojny światowej był żołnierzem Legionów. W II RP pełnił funkcję wiceministra skarbu, wiceprezesa Banku Gospodarstwa Krajowego oraz posła i senatora. Warszawa zawdzięcza mu wiele: trasy wjazdowe do miasta, połączenie Starego Miasta z Żoliborzem przez przebicie ul. Bonifraterskiej, wiadukt nad Dworcem Gdańskim, rozbudowę Biblioteki Publicznej i Muzeum Narodowego, sieci wodociągów, kanalizacji, trakcji tramwajowej, 40 nowych szkół, wiele parków. Chciał zbudować 25-kilometrowy odcinek metra. To tylko część jego dokonań, by Warszawa była wielka.

Znane są nazwiska nieżyjących już zabójców Starzyńskiego: oberscharführer Schimmann, hauptscharführer Weber i unterscharführer Perlbach. IPN przesłuchał wielu świadków w Polsce i za granicą, przeprowadził kwerendy. Nie udało się niestety ustalić nazwisk funkcjonariuszy wydających rozkazy. O Stefanie Starzyńskim, świadku zniszczeń Warszawy, warto pamiętać także w kontekście oczekiwanych reparacji od Niemiec.

CMWP SDP złożyło zawiadomienie o utrudnianiu i tłumieniu krytyki prasowej przez polityków KO

22 września br  zgodnie z deklaracjami składanymi w ostatnich dniach Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  złożyło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego  na używaniu przemocy i gróźb bezprawnych w celu zmuszenia dziennikarza do zaniechania interwencji prasowej oraz utrudnianiu i tłumieniu krytyki prasowej. Są to czyny przestępne określone w art. 43 i 44 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe (t.j. Dz.U. 2018 poz. 1914). Powyższe czyny miały zostać popełnione  19 września 2023 r. w Warszawie przez polityków związanych z partią polityczną „Platforma Obywatelska” m. in. Piotra Borysa, Michała Kołodziejczaka, Andrzeja Rozenka, Hannę Gill-Piątek, Donalda Tuska oraz inne nieustalone osoby na szkodę dziennikarza Telewizji Polskiej S.A. red. Michała Rachonia. Zawiadomienie zostało skierowane do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście. 

19 września 2023 r. przed budynkiem Telewizji Polskiej S.A. przy Placu Powstańców 7 w Warszawie odbyła się konferencja prasowa Donalda Tuska. W/w wygłaszał oświadczenie. W tym czasie dziennikarz TVP red. Michał Rachoń usiłował zadać  Donaldowi Tuskowi pytania, dotyczące m.in. charakteru jego relacji z Angelą Merkel i Władimirem Putinem. Wówczas część z obecnych na miejscu polityków zareagowała agresją wobec dziennikarza. Piotr Borys popychał go, Michał Kołodziejczak kierował wobec niego groźby, Hanna Gill-Piątek i Andrzej Rozenek zagłuszali zadawane pytania, a Donald Tusk powiedział, że dziennikarzowi grozi odpowiedzialność karna. Najdalej posunął się Andrzej Rozenek, który zapytał  red. Michała Rachonia wprost: „ile masz mieszkań kupionych na wynajem, ile masz mieszkań, sześć czy siedem? – A wiesz, że mamy adresy tych mieszkań?” – czytamy w piśmie CMWP SDP do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście.  Pismo podpisała dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz.

Opisane zdarzenia mogą spełniać przesłanki czynów przestępnych stypizowanych w art. 43 i 44 ustawy – Prawo prasowe, tj. używania przemocy (odpychanie, popychanie) oraz gróźb bezprawnych (zastraszanie, w tym grożenie odpowiedzialnością karną oraz wyraźna sugestia dotycząca poznania adresów zamieszkania pokrzywdzonego) w celu zmuszenia dziennikarza do zaniechania interwencji prasowej; a także utrudniania oraz tłumienia krytyki prasowej (zagłuszanie, zakrzykiwanie dziennikarza, popychanie go, odmowa odpowiedzi na pytania itp.). Powyższe działania pokrzywdzony miał prawo odebrać jako stanowiące zagrożenie dla niego, zważywszy, że w/w osoby są znanymi politykami, a ponadto Andrzej Rozenek to były bliski współpracownik Jerzego Urbana, rzecznika prasowego rządu PRL w czasie stanu wojennego, związanego z najbardziej okrutnymi akcjami komunistycznych służb specjalnych. A. Rozenek był związany z wydawanym przez J. Urbana tygodnikiem „NIE” od 1997 roku, w latach 2006–2011 i 2015–2019 pełnił w nim funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Ze względu na jego związki ze środowiskiem byłych służb komunistycznych kierowane przez niego groźby należy traktować poważnie – napisano w piśmie.

CMWP SDP podkreśla także to, iż red.  Michał Rachoń jest współautorem serialu dokumentalnego „Reset” emitowanego w TVP w 2023 r., w którym przedstawiane są zagadnienia polityki międzynarodowej, relacje Polski z Rosją oraz krajami NATO (m.in. Niemcami) oraz ujawniane są  kulisy prowadzenia tej polityki w prezentowanych dokumentach, archiwalnych materiałach filmowych oraz w rozmowach z gośćmi, uczestnikami i analitykami omawianych zdarzeń. Serial ten może stawiać Donalda Tuska i niektórych związanych z nim polityków w negatywnym świetle. Osoby te mogą więc mieć motyw w zniechęceniu Michała Rachonia do kontynuowania interwencji prasowej na ten temat czyli do zajmowania się tą tematyką w pracy dziennikarskiej w przyszłości.  CMWP wnosi o wszczęcie i prowadzenie postępowania przygotowawczego w sprawie  – napisano w piśmie CMWP SDP do Prokuratury.

Pismo CMWP SDP do Prokuratury jest TUTAJ.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Orzeł Biały dla Ryszarda Kuklińskiego

Dopiero 22 września 1997 r. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła śledztwo przeciwko płk. Ryszardowi Kuklińskiemu, uznając, że podejmując współpracę z amerykańskim wywiadem działał na rzecz Polski oraz w stanie „wyższej konieczności”.

Ryszard Kukliński, oficer Sztabu Generalnego LWP, w 1971 r. z własnej inicjatywy podjął współpracę z amerykańską Centralną Agencją Wywiadowczą (CIA). Pod pseudonimem Jack Strong dostarczał Amerykanom informacje o strategicznych planach Związku Sowieckiego i Układu Warszawskiego. To on uprzedził Amerykanów o planowanym wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego.

„Nie byłoby niepodległej Polski bez bohaterskiej misji, jakiej podjął się z czysto patriotycznych pobudek gen. Kukliński. W wyniku nuklearnej hekatomby zniknęłaby ona z mapy Europy. Pominięcie go na liście osób, które na stulecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości zostaną pośmiertnie uhonorowane najwyższym polskim odznaczeniem jest dla mnie równie smutne jak niezrozumiałe” – przypominam słowa Jerzego Bukowskiego, byłego reprezentanta prasowego śp. generała Ryszarda Kuklińskiego. Przypominam w kontekście niezrealizowanej prośby do prezydenta RP o pośmiertnie odznaczenie „pierwszego polskiego oficera w NATO” Orderem Orła Białego.

Bo Kukliński zrobił najwięcej dla obalenia komunizmu, jak stwierdził jeden z szefów CIA. Jego samotna misja to dalszy ciąg walki Polaków z okupantami o wolność waszą i naszą. Kolejna odsłona powstań narodowych, szczególnie wojny 1920 r., walki podjętej 1 i 17 września 1939 r., potem prowadzonej na wszystkich frontach II wojny światowej, w końcu kontynuowanej przez Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Potem był poznański czerwiec 1956 r., rok 1976, wybuch i karnawał Solidarności, przerwany wprowadzeniem stanu wojennego. Nieprzypadkowo płk Kukliński został potem honorowym członkiem Światowego Związku Żołnierzy AK i „Solidarności”.

Ze względu na istotę Jego misji, na to, jak bardzo zaszkodził czerwonym i pokrzyżował ich plany, chcieli go zlikwidować, jak zlikwidowali wcześniej Pileckiego czy Fieldorfa. Ścigany, ostatecznie skazany zaocznie na karę śmierci w 1984 r. za „dezercję i zdradę”. Ale też na degradację i konfiskatę mienia – jak inni Żołnierze Niezłomni.

Ale czerwoni oprawcy dokonali kolejnej zbrodni: zabicia pamięci, czyli wyklęcia. Jeśli mówiono o Nich, o Pileckim, Fieldorfie, Kuklińskim, to wyłącznie jako o bandytach i zdrajcach. I Kukliński byłby faktycznie zdrajcą, gdyby wiedzy, jaką miał o III wojnie światowej, nie przekazał wolnemu światu. W III RP (PRL-bis) trwało dalsze systemowe dezawuowanie Kuklińskiego. W najlepsze panoszyło się kłamstwo komunistyczno-urbanowe, które przeniosło się głównie na łamy „GW”.
Dziś trzeba mieć nadzieję, że tak jak śp. Ryszard Kukliński został – w 2016 r. przez prezydenta Andrzeja Dudę – awansowany na stopień generała, tak w końcu zostanie kawalerem Orderu Orła Białego. A Jaruzelski, Siwicki i Kiszczak będą zdegradowani i pozbawieni odznaczeń.