MARIA GIEDZ: Kontrujesz Tuska, jesteś „PiS-iurą”

Najlepiej się nie odzywać, ale trudno udawać niemowę.

W niedzielne popołudnie wracałam z długiego spaceru po jednej z dzielnic Gdańska, do której przylega piękny, rozległy park. Dochodząc do samochodu, a raczej do pana parkingowego, skomentowałam, że nie pamiętam tak pięknego początku października na Wybrzeżu. – Słońce, lekki wietrzyk, niemal jak w środku lata, aż nie chce się wracać do domu – powiedziałam.

– Tak, rzeczywiście, ale w Warszawie, to była pogoda! Oglądałem w telewizji, a ten marsz! Fantastyczna atmosfera. Kaczyński powiedział, że było tam tylko sześćdziesiąt tysięcy, a ja widziałem co najmniej milion ludzi! A pani nie chciało się tam pojechać?

– Nie widzę przyjemności w takich wiecach, a i nie mam zaufania do Donalda Tuska; to nie mój ulubieniec polityczny – zresztą wolę pospacerować po lesie, więcej z tego pożytku – odpowiedziałam.

– A, PiS-iura – wykrzyknął parkingowy. – PiS zniszczył Polskę! A co, przez te 500+ więcej dzieci się urodziło? Młode kobiety nie chcą rodzić dzieci, bo się boją! Przecież za chwilę niczego nie będziemy mieli! Za co mają wychowywać dzieci? Nie ma pracy, brakuje pieniędzy… A pani ich broni? Tusk nikomu niczego złego nie zrobił. Słyszała Pani jaki on mądry, jak pięknie mówi…

Do rozmowy wtrącił się motocyklista. Młody chłopak, gadżeciarz z kasą, kiedy usłyszał, że nie zachwycam się Tuskiem od razu obrzucił mnie inwektywami, dodając do każdego zdania słowo „PiS-iura”. Kiedy zapytałam dlaczego brak zachwytu nad Tuskiem kojarzy się im z PiS-em, bo przecież w wyborach startuje jeszcze kilka innych partii, usłyszałam, że to tylko Tusk ma rację i to tylko on nas ochroni przed wszelkimi klęskami. I tu zaczęła się wyliczanka owych klęsk – trudno było tego słuchać, ale ja tam miałam samochód i musiałam go odebrać.

Notabene do owego motocyklisty dołączył drugi, też chyba dwudziestoparolatek, bo w kasku trudno ocenić wiek. Zrobiło się mało sympatycznie. Do tego długi wywód, a raczej wykrzykiwanych pełnym gardłem zachwytów nad zaletami Tuska zmusił mnie do pomachania parkingowemu ręką i odjechania.

Morał z tego taki, że najlepiej nie odzywać się, udawać niemowę, tylko robić swoje.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ostatnie przemówienie prezydenta Stefana Starzyńskiego

27 października 1939 r. został aresztowany przez niemieckie Gestapo w gmachu warszawskiego ratusza, bo nie chciał opuścić miejsca pracy – rzecz jasna ani myślał o ucieczce ze stolicy, mimo że marszałek Edward Rydz-Śmigły wysyłał po niego samolot.

Stefan Starzyński zasłynął określeniem: „Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś widzę wielką Warszawę”.

Stefan Starzyński, prezydent Warszawy, a właściwie od 1934 r. jej komisarz (mianowany przez rząd, a nie wybierany przez Radę Miasta). Wypowiedział te legendarne dziś słowa 23 września 1939 r. w komunikacie radiowym do mieszkańców ukochanej przez siebie stolicy. Zaraz potem dodał: „I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce – gruzy leżą, choć tam, gdzie miały być parki – dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale – nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i chwały”.

Starzyński nie wiedział, że to jego ostatnie przemówienie. Niemcy (nie żadni kosmiczni naziści) osadzili go w więzieniu przy ulicy Daniłowiczowskiej, a następnie na Pawiaku. Stamtąd – jak wynika ze śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej – między 21 a 23 grudnia 1939 r. wywieźli prezydenta w nieznanym kierunku. Niezłomnego obrońcę Warszawy rozstrzelali gdzieś na terenie miasta lub w jego okolicach. Dlaczego Starzyński był niezłomny? Po 1 września 1939 r. to on organizował obronę Warszawy. Ochotnicze brygady pomagały zasypanym ludziom i zabezpieczały bombardowane domy.

Stefan Starzyński urodził się 19 sierpnia 1893 r. w Warszawie w drobnoszlacheckiej rodzinie patriotycznej, gdzie żywe były tradycje powstańcze. Podczas I wojny światowej był żołnierzem Legionów. W II RP pełnił funkcję wiceministra skarbu, wiceprezesa Banku Gospodarstwa Krajowego oraz posła i senatora. Warszawa zawdzięcza mu wiele: trasy wjazdowe do miasta, połączenie Starego Miasta z Żoliborzem przez przebicie ul. Bonifraterskiej, wiadukt nad Dworcem Gdańskim, rozbudowę Biblioteki Publicznej i Muzeum Narodowego, sieci wodociągów, kanalizacji, trakcji tramwajowej, 40 nowych szkół, wiele parków. Chciał zbudować 25-kilometrowy odcinek metra. To tylko część jego dokonań, by Warszawa była wielka.

Znane są nazwiska nieżyjących już zabójców Starzyńskiego: oberscharführer Schimmann, hauptscharführer Weber i unterscharführer Perlbach. IPN przesłuchał wielu świadków w Polsce i za granicą, przeprowadził kwerendy. Nie udało się niestety ustalić nazwisk funkcjonariuszy wydających rozkazy. O Stefanie Starzyńskim, świadku zniszczeń Warszawy, warto pamiętać także w kontekście oczekiwanych reparacji od Niemiec.

CMWP SDP złożyło zawiadomienie o utrudnianiu i tłumieniu krytyki prasowej przez polityków KO

22 września br  zgodnie z deklaracjami składanymi w ostatnich dniach Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  złożyło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego  na używaniu przemocy i gróźb bezprawnych w celu zmuszenia dziennikarza do zaniechania interwencji prasowej oraz utrudnianiu i tłumieniu krytyki prasowej. Są to czyny przestępne określone w art. 43 i 44 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe (t.j. Dz.U. 2018 poz. 1914). Powyższe czyny miały zostać popełnione  19 września 2023 r. w Warszawie przez polityków związanych z partią polityczną „Platforma Obywatelska” m. in. Piotra Borysa, Michała Kołodziejczaka, Andrzeja Rozenka, Hannę Gill-Piątek, Donalda Tuska oraz inne nieustalone osoby na szkodę dziennikarza Telewizji Polskiej S.A. red. Michała Rachonia. Zawiadomienie zostało skierowane do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście. 

19 września 2023 r. przed budynkiem Telewizji Polskiej S.A. przy Placu Powstańców 7 w Warszawie odbyła się konferencja prasowa Donalda Tuska. W/w wygłaszał oświadczenie. W tym czasie dziennikarz TVP red. Michał Rachoń usiłował zadać  Donaldowi Tuskowi pytania, dotyczące m.in. charakteru jego relacji z Angelą Merkel i Władimirem Putinem. Wówczas część z obecnych na miejscu polityków zareagowała agresją wobec dziennikarza. Piotr Borys popychał go, Michał Kołodziejczak kierował wobec niego groźby, Hanna Gill-Piątek i Andrzej Rozenek zagłuszali zadawane pytania, a Donald Tusk powiedział, że dziennikarzowi grozi odpowiedzialność karna. Najdalej posunął się Andrzej Rozenek, który zapytał  red. Michała Rachonia wprost: „ile masz mieszkań kupionych na wynajem, ile masz mieszkań, sześć czy siedem? – A wiesz, że mamy adresy tych mieszkań?” – czytamy w piśmie CMWP SDP do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście.  Pismo podpisała dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz.

Opisane zdarzenia mogą spełniać przesłanki czynów przestępnych stypizowanych w art. 43 i 44 ustawy – Prawo prasowe, tj. używania przemocy (odpychanie, popychanie) oraz gróźb bezprawnych (zastraszanie, w tym grożenie odpowiedzialnością karną oraz wyraźna sugestia dotycząca poznania adresów zamieszkania pokrzywdzonego) w celu zmuszenia dziennikarza do zaniechania interwencji prasowej; a także utrudniania oraz tłumienia krytyki prasowej (zagłuszanie, zakrzykiwanie dziennikarza, popychanie go, odmowa odpowiedzi na pytania itp.). Powyższe działania pokrzywdzony miał prawo odebrać jako stanowiące zagrożenie dla niego, zważywszy, że w/w osoby są znanymi politykami, a ponadto Andrzej Rozenek to były bliski współpracownik Jerzego Urbana, rzecznika prasowego rządu PRL w czasie stanu wojennego, związanego z najbardziej okrutnymi akcjami komunistycznych służb specjalnych. A. Rozenek był związany z wydawanym przez J. Urbana tygodnikiem „NIE” od 1997 roku, w latach 2006–2011 i 2015–2019 pełnił w nim funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Ze względu na jego związki ze środowiskiem byłych służb komunistycznych kierowane przez niego groźby należy traktować poważnie – napisano w piśmie.

CMWP SDP podkreśla także to, iż red.  Michał Rachoń jest współautorem serialu dokumentalnego „Reset” emitowanego w TVP w 2023 r., w którym przedstawiane są zagadnienia polityki międzynarodowej, relacje Polski z Rosją oraz krajami NATO (m.in. Niemcami) oraz ujawniane są  kulisy prowadzenia tej polityki w prezentowanych dokumentach, archiwalnych materiałach filmowych oraz w rozmowach z gośćmi, uczestnikami i analitykami omawianych zdarzeń. Serial ten może stawiać Donalda Tuska i niektórych związanych z nim polityków w negatywnym świetle. Osoby te mogą więc mieć motyw w zniechęceniu Michała Rachonia do kontynuowania interwencji prasowej na ten temat czyli do zajmowania się tą tematyką w pracy dziennikarskiej w przyszłości.  CMWP wnosi o wszczęcie i prowadzenie postępowania przygotowawczego w sprawie  – napisano w piśmie CMWP SDP do Prokuratury.

Pismo CMWP SDP do Prokuratury jest TUTAJ.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Orzeł Biały dla Ryszarda Kuklińskiego

Dopiero 22 września 1997 r. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła śledztwo przeciwko płk. Ryszardowi Kuklińskiemu, uznając, że podejmując współpracę z amerykańskim wywiadem działał na rzecz Polski oraz w stanie „wyższej konieczności”.

Ryszard Kukliński, oficer Sztabu Generalnego LWP, w 1971 r. z własnej inicjatywy podjął współpracę z amerykańską Centralną Agencją Wywiadowczą (CIA). Pod pseudonimem Jack Strong dostarczał Amerykanom informacje o strategicznych planach Związku Sowieckiego i Układu Warszawskiego. To on uprzedził Amerykanów o planowanym wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego.

„Nie byłoby niepodległej Polski bez bohaterskiej misji, jakiej podjął się z czysto patriotycznych pobudek gen. Kukliński. W wyniku nuklearnej hekatomby zniknęłaby ona z mapy Europy. Pominięcie go na liście osób, które na stulecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości zostaną pośmiertnie uhonorowane najwyższym polskim odznaczeniem jest dla mnie równie smutne jak niezrozumiałe” – przypominam słowa Jerzego Bukowskiego, byłego reprezentanta prasowego śp. generała Ryszarda Kuklińskiego. Przypominam w kontekście niezrealizowanej prośby do prezydenta RP o pośmiertnie odznaczenie „pierwszego polskiego oficera w NATO” Orderem Orła Białego.

Bo Kukliński zrobił najwięcej dla obalenia komunizmu, jak stwierdził jeden z szefów CIA. Jego samotna misja to dalszy ciąg walki Polaków z okupantami o wolność waszą i naszą. Kolejna odsłona powstań narodowych, szczególnie wojny 1920 r., walki podjętej 1 i 17 września 1939 r., potem prowadzonej na wszystkich frontach II wojny światowej, w końcu kontynuowanej przez Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Potem był poznański czerwiec 1956 r., rok 1976, wybuch i karnawał Solidarności, przerwany wprowadzeniem stanu wojennego. Nieprzypadkowo płk Kukliński został potem honorowym członkiem Światowego Związku Żołnierzy AK i „Solidarności”.

Ze względu na istotę Jego misji, na to, jak bardzo zaszkodził czerwonym i pokrzyżował ich plany, chcieli go zlikwidować, jak zlikwidowali wcześniej Pileckiego czy Fieldorfa. Ścigany, ostatecznie skazany zaocznie na karę śmierci w 1984 r. za „dezercję i zdradę”. Ale też na degradację i konfiskatę mienia – jak inni Żołnierze Niezłomni.

Ale czerwoni oprawcy dokonali kolejnej zbrodni: zabicia pamięci, czyli wyklęcia. Jeśli mówiono o Nich, o Pileckim, Fieldorfie, Kuklińskim, to wyłącznie jako o bandytach i zdrajcach. I Kukliński byłby faktycznie zdrajcą, gdyby wiedzy, jaką miał o III wojnie światowej, nie przekazał wolnemu światu. W III RP (PRL-bis) trwało dalsze systemowe dezawuowanie Kuklińskiego. W najlepsze panoszyło się kłamstwo komunistyczno-urbanowe, które przeniosło się głównie na łamy „GW”.
Dziś trzeba mieć nadzieję, że tak jak śp. Ryszard Kukliński został – w 2016 r. przez prezydenta Andrzeja Dudę – awansowany na stopień generała, tak w końcu zostanie kawalerem Orderu Orła Białego. A Jaruzelski, Siwicki i Kiszczak będą zdegradowani i pozbawieni odznaczeń.

 

O tym jak się szarga dobre imię Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: Do moich podlaskich przyjaciół

Nie oglądałem filmu Agnieszki Holland. I nie mam zamiaru go oglądać. Nie istnieje bowiem artystyczna jakość, która warta byłaby obniżaniu bezpieczeństwa Polaków w sytuacji wojny za płotem. A tak postrzegam to co zrobiła Agnieszka Holland.

Sądząc ze zwiastuna, omówień i wywiadów samej reżyser, a także zachwytu ze strony rosyjskiej i białoruskiej propagandy, jej „dzieło” doskonale wpisuje się osłabianie na arenie międzynarodowej pozycji Polski, która tak bardzo przeszkadza z jednej strony imperialnym planom Rosji, a z drugiej imperialnym planom Niemiec.

Holland

Równie dobrze „dzieło” mogłoby być zadedykowane „tragicznie zmarłemu” zdrajcy i dezerterowi Emilowi Czeczce, który przecież opowiadał białoruskiej telewizji mniej więcej to samo.

Agnieszka Holland jest wyjątkowym w polskiej kinematografii przykładem reżysera, który coś potrafi. Jej „Zabić księdza” czy „Europa, Europa” z całą pewnością przejdą do historii polskiego kina. Wielka szkoda, ze wiedziona jakimś dziwacznym emocjonalnym korkociągiem, zakończonym bezmyślną nienawiścią i żałosnym hasłem „żeby było tak jak było”, zeszła na pozycje taniego propagandysty realizującego zamówienia polityczne najbardziej radykalnych środowisk.

Nielegalna imigracja

Czy nielegalna imigracja wiąże się z ludzkim nieszczęściem? No pewnie. Wiedzeni reklamą przemytników ludzi i rosyjskich oraz białoruskich służb ludzie, wykorzystywani są jako swego rodzaju broń przeciwko krajom, które przeszkadzają Kremlowi w radosnej konsumpcji Ukrainy. Płacą spore pieniądze za wycieczkę do Mińska, bo ktoś im nakłamał. Czasem trafiają na podlaskie bagna, gdzie ratuje ich polska Straż Graniczna. I nie, nie są w większości ani rodzinami z dziećmi, ani kotami z Afganistanu, lekarzami, inżynierami, ani nawet Ibrahimem płynącym kilka dni rzeką według relacji rozhisteryzowanych aktywistów. Za to z całą pewnością rosyjskie i białoruskie służby rozmieściły pośród nich terrorystów i sabotażystów.

To co z tym trzeba robić? Poszerzać szlaki przemytu? Wspierać przemytników i rosyjskie i białoruskie służby w ich procederze, jak chcieliby aktywiści i pani Holland? Czy też raczej zamykać szlaki przemytu, odbierać sens operacji hybrydowej. Robić rzeczy oczywiste, bronić swojego domu, bo mamy do tego prawo. Mamy prawo bronić swojego bezpieczeństwa.

„Podlaski szmalcownik”

Nie w tym rzecz jednak żeby się tu wszyscy z Krysztopą zgadzali, nie ma takiego obowiązku, ale chciałbym się tu zwrócić do moich podlaskich przyjaciół. Szczególnie tych „kulturowo aspirujących”. Najczęściej dobrych ludzi, ale im bardziej wykształconych, tym bardziej naiwnych, dla których tacy ludzie jak Agnieszka Holland są „autorytetami”.

Wiem, że ten film obejrzyjcie. Oglądajcie, na zdrowie. Ale kiedy będziecie oglądać, zwróćcie proszę uwagę na to jak Holland portretuje mieszkańców Podlasia. Jako tych, którzy „nie wiadomo co zrobią” kiedy zwróci się do nich imigrant z prośbą o pomoc (tak jakby informacja przekazana Straży Granicznej ratującej durniów na bagnach, była prawie jak donos na gestapo, a aktywiści byli rozstrzeliwani przez Straż Graniczną za „pomoc imigrantom”). Sądząc z żenujących holokaustiańskich „metafor” używanych przez Holland w wywiadach, i tutaj trudno się nie doszukiwać metafory „podlaskiego szmalcownika”. Tak „Wielka Pani Reżyser” widzi Waszych dziadków, rodziców, sąsiadów. Tak widzi Was. Jako amoralnych dzikusów. Choć pewnie żadnego nie zapytała o opinię i żadnego nie poznała.

Ten film zepsuje Polsce opinię. Agnieszka Holland nie zrobi podobnego o tym jak miliony Polaków pomogły milionom Ukraińców. Zostanie tylko ten propagandowy produkcyjniak, który „rozgrzeszy” tych na Zachodzie, którzy pomoc Ukrainie mieli w nosie i da im pretekst żeby Polsce i Polakom nie pomagać jeśli, co nie daj Boże, będą potrzebowali pomocy.

Więc niech przynajmniej przyniesie choć tyle dobrego, żeby wywołać w kimś dysonans poznawczy i weryfikację listy „autorytetów”.

Będziemy wolni! – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI opisuje jak żołnierze AK rozbili ubecką katownię w Radomiu

Latem 1945 r. zbrojne poakowskie podziemie postanowiło rozbić dwie ubeckie katownie – w Kielcach i Radomiu. Kielecka akcja, którą dowodził Antoni Heda „Szary”, była już wielokrotnie opisywana. Mniej znane jest brawurowe uderzenie na Radom. 9 września 1945 r. oddziały pod dowództwem Stefana Bembińskiego „Harnasia” na pół godziny opanowały miasto, zdobyły więzienie i uwolniły aresztowanych, w większości swoich organizacyjnych kolegów.

9 września 1945 r., ok. godz. 20.00 grupa szturmowa dowodzona przez „Harnasia” wjechała czterema wojskowymi samochodami do centrum Radomia. Grupy ubezpieczające obstawiły budynek Urzędu Bezpieczeństwa, komisariatu MO oraz pilnowały skrzyżowań ulic i głównych dróg dojazdowych do miasta.

 „Radość nie do opisania!”

Bembiński dysponował w sumie ok. 135 żołnierzami. Dodatkowym wsparciem było kilkunastu żołnierzy z radomskiej konspiracji, których zadaniem było dokonywanie w różnych częściach miasta działań dywersyjnych.

„Harnaś” wspominał w książce „Te pokolenia z bohaterstwa znane” (1996 r.):„Grupa uderzeniowa doskoczyła w pobliże drzwi wejściowych więzienia. Andrzej Szymański podał gamona (angielski granat) kapr. »Żandarmowi«, ten uzbroił gamona, przylepił do stalowych drzwi. Odskoczyli. Nastąpił wybuch. Wtargnęli do środka. Obsługa więzienna oddała klucze”.

Żołnierz „Harnasia”, Henryk Skurkiewicz „Olszak” (w lutym 1945 r. aresztowany przez UB, sądzony razem z 44 innymi AK-owcami, skazany na dwa lata więzienia i osadzony w radomskiej katowni), opowiadał o sytuacji wewnątrz więzienia: „Już po zapadnięciu zmroku usłyszeliśmy strzały w pobliżu więzienia. Było nas w celi siedmiu. Porwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Nie wiem, jak inni, ale ja od razu wiedziałem, co to oznacza. Usłyszeliśmy okrzyki »hurra, hurra« i potężny wybuch, który wstrząsnął budynkiem. Właśnie wysadzono bramę. Idą po nas! Będziemy wolni! Radość, radość nie do opisania!”.

Z więźniów żołnierze

Jeden z żołnierzy „Harnasia”, Jan Pająk „Sęp”, opisywał dalszy przebieg akcji: „Po wywaleniu bramy wpadliśmy hurmem do środka i przez podwórze przedostaliśmy się na więzienne korytarze. Strażników znaleźliśmy w dyżurnym pokoju. Nie stawiali oporu, zachowywali się spokojnie”.

„Harnaś” relacjonował: „Strażnik więzienny Franciszek Małecki z własnej woli pomagał otwierać cele. Potem dostał za to wyrok: kilka lat więzienia. Obsada niektórych cel uwolniła się sama, wyważając drzwi za pomocą desek z rozbitych prycz”.

Henryk Skurkiewicz „Olszak” pisał: „Nie czekając na pomoc z zewnątrz – wywaliliśmy drzwi ciężką, olbrzymią ławą i wybiegliśmy na korytarz. Usłyszałem wtedy wołanie »Olchy«, kolegi z oddziału: – Gdzie »Olszak«? Odezwij się!
Słyszałem, jak wypytywał o mnie, zawiedziony, że nie znalazł mnie w celi nr 1, z której przed kilkoma dniami przeniesiony zostałem do celi numer 23 na drugim piętrze. Kiedy mnie szukał – już zbiegłem po schodach. Przywitanie nasze było radosne i serdeczne. Nie było jednak czasu na rozmowy! Dostałem bergmana i włączyłem się do akcji. Byłem znowu żołnierzem, nie więźniem”.

 „Dziękuję i życzę szczęścia”

Dowódca Stefan Bembiński „Harnaś” pisał o wyprowadzaniu ludzi z murów katowni: „Ustawienie w czwórki oswobodzonych, zaprowadzenie jakiegokolwiek porządku trwało długo. Z okien nad nami oklaskami i okrzykami dziękowali nam radomianie. Z więzienia wybiegł pchor. Wacław Biernacki »Zawój«, meldując, że akcja zakończona. Poleciłem trębaczowi dać sygnał o zakończeniu akcji. Wystrzelono pociski z rakietnicy. Bardzo wzruszony ruszyłem, prowadząc kolumnę przez plac Jagielloński na ukos do ul. Struga. (…) Dochodzimy wreszcie do Sportowej. Mówimy uwolnionym kolegom, że ci, którzy mogą dojść do swoich znajomych, do wsi, byle nie do swoich domów, są wolni. Zostaną ze mną tylko oficerowie, z którymi w najbliższych dniach pragnie mówić ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« (ówczesny inspektor Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj). Przypominam im, że UB zrobi wszystko, aby ich odnaleźć. Dziękuję i życzę szczęścia”.

„Harnaś” oceniał: „Nie znam dokładnej liczby uwolnionych więźniów. Jerzy Ślaski w swym wspaniałym dziele pt. »Polska Walcząca« przytacza liczbę ok. 300 osób. Myślę, że tylu uwolniliśmy. […] Według oceny naszego wywiadu, siły przeciwnika w Radomiu łącznie wynosiły około 3000 ludzi. Nie jest to liczba zawyżona. Biorąc pod uwagę niewspółmierność sił obu stron, taktyka zastosowana przez nas w tej akcji, to jest bezwzględna blokada wszystkich potencjalnych ognisk zapalnych przeciwnika poza więzieniem, była taktyką jedynie słuszną”.

A straty własne? W uderzeniu na radomskie więzienie zginęło trzech żołnierzy Armii Krajowej.

Skazani za AK

Wkrótce Stefan Bembiński „Harnaś” i Zygmunt Żywocki „Wujek” zostali aresztowani przez bezpiekę i ostatecznie trafili do więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie sądził ich znany kat AK-owców, zmarły już w III RP sędzia Mieczysław Widaj, który do końca życia pobierał wysoką emeryturę 9 tys. zł. Głównym zarzutem przeciw „Harnasiowi” i „Wujkowi” był udział „w związku Armii Krajowej mającym na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”.

Stefan Bembiński „Harnaś” opowiadał o procesie: „Dwudziestego szóstego lutego 1946 r., około godziny 9 wywołano mnie z celi. […] Wyrok był już przed rozprawą postanowiony, bo wysoki sąd w czasie rozprawy ignorował mnie zupełnie, jakbym już nie istniał. […] Przewodniczący sądu monotonnym głosem czytał wyrok i uzasadnienie. Przełożony mój, ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« otrzymał łącznie 10 lat więzienia, ja łącznie – karę śmierci i pozbawienie wszelkich praw na zawsze. Trochę zawirowało mi w głowie, jak po uderzeniu obuchem, ale stałem”. W akcie oskarżenia nie mogło zabraknąć „gwałtownego zamachu na więzienie w Radomiu”. Inni żołnierze „Harnasia” też ponieśli surowe konsekwencje.

„Nikt nam wolności nie darował”

Stefanowi Bembińskiemu „Harnasiowi” komuniści złagodzili wyrok, kolejno – na dożywocie i na 10 lat więzienia. Przetrzymywany w Rawiczu i we Wronkach, na wolność wyszedł w 1952 r., ale przez lata był szykanowany, nie mógł znaleźć pracy. Po październiku 1956 r. organizował w Radomiu oddział ZBoWiD-u i pełnił funkcję jego prezesa. W latach 80. zaczął działać w Solidarności, m.in. jako przewodniczący Sekcji Żołnierskiej przy Zarządzie Regionu Ziemia Radomska.
Pozostali uczestnicy radomskiej akcji po wyjściu z więzienia też byli represjonowani i mieli kłopoty ze znalezieniem pracy. Wielu – tak jak „Harnaś” – poparło następnie Solidarność i za działalność niepodległościową było internowanych w stanie wojennym.

W czerwcu 1989 r. Stefan Bembiński został wybrany na senatora ziemi radomskiej z ramienia Komitetu Obywatelskiego. 30 sierpnia 1989 r. na uroczystym posiedzeniu z okazji 50. rocznicy wybuchu II wojny światowej powiedział m.in.: „Ofiara krwi żołnierzy Września, walka i ogromne straty poniesione przez Naród Polski w okresie okupacji niemieckiej są tak wielkie, że możemy stwierdzić: nikt nam wolności nie darował. Myśmy ją sami wywalczyli, a stwierdzenie to tym bardziej podkreśla tragiczną sytuację naszego społeczeństwa, w jakiej znalazło się ono od połowy 1945 r. do mniej więcej 1956 r. Okres ten, okres zbrodni i pogardy dla społeczeństwa polskiego, musi trwać w pamięci narodu po to, aby nigdy więcej nie powtórzyły się podobne zbrodnie dokonane przez Polaków na Polakach. (…) Czas najwyższy skończyć z anonimowością, przemilczeniami i fałszerstwami”.

Stefan Bembiński „Harnaś” zmarł 1 stycznia 1998 r. w Radomiu. Jego słowa do dziś nie doczekały się realizacji…

 

O zmianie w polityce historycznej Polski pisze TADEUSZ PŁŻAŃSKI: Ulmowie – odtrutka na kłamstwa

Dzięki Markowej o męczeństwu Rodziny Ulmów świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata a sprawcami niewyobrażalnych zbrodni byli Niemcy.

„Wśród tych, którzy zginęli za udzielanie pomocy Żydom, była rodzina Ulmów: Józef, będąca w stanie błogosławionym Wiktoria oraz sześcioro ich nieletnich dzieci. Wraz z ukrywanymi Didnerami, Grünfeldami i Goldmanami zostali oni zamordowani w swoim domu w Markowej 24 marca 1944 roku” – czytaliśmy w uchwale, jaką w 2016 r. Sejm RP – przez aklamację – złożył hołd wszystkim Polakom ratującym Żydów podczas II wojny światowej.

Muzeum im. Rodziny Ulmów otworzył w tym samym roku w Markowej na Podkarpaciu prezydent RP Andrzej Duda. Bo to sprawa państwowa. Głowa państwa jednoznacznie nazwała Polaków ratujących Żydów bohaterami, a ich oprawców, Niemców, mordercami. Tak samo jak 1 marca nie ma wątpliwości, że Żołnierze Wyklęci walczyli o niepodległy byt państwa polskiego, a druga strona – komunistyczna – to zdrajcy i zbrodniarze.

W sejmowej uchwale wyrażono też „uznanie dla samorządu województwa podkarpackiego, który poprzez budowę muzeum o ogólnopolskim charakterze pierwszy na tak szeroką skalę upamiętnił to nadzwyczajne bohaterstwo”. I faktycznie, to pierwsze – nie tylko w Polsce, ale zapewne na całym świecie – miejsce opowiadające o tragedii Żydów, ale uwzględniające rolę Polaków. Nie jako prześladowców, ale pomagających im ludzi. Pomagających naszym starszym  braciom w wierze, obywatelom – o czym często się zapomina – Rzeczypospolitej.

Mimo że sami byliśmy skazani na Holocaust, uratowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy naszych żydowskich sąsiadów.Podkreślmy, że we wszystkich pozostałych żydowskich muzeach na obu półkulach Polacy są przedstawiani zupełnie inaczej. Albo się nas przemilcza, albo przypisuje najgorsze cechy, na czele z rzekomym, wyssanym z mlekiem matki już od średniowiecza antysemityzmem – pogromowym, ludobójczym. Nawet część autorów polskich podręczników szkolnych pisze (a przynajmniej pisała), że w czasie wojny mordowaliśmy Żydów. W Wielkiej Brytanii polska młodzież wciąż musi się uczyć o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Dlatego muzeum Ulmów to odtrutka na artykuły w „Die Welt” czy „RIA-Nowosti” na kłamstwa Grossa, Bartoszewskiego czy Tokarczuk. Na przeprosiny za Jedwabne Kwaśniewskich czy Michników. Antidotum na filmy w stylu „Pokłosia” czy „Idy” i seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którymi Niemcy naszym kosztem mogą się wybielać. Dzięki Markowej i tamtejszemu muzeum świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. To dobra zmiana w polskiej polityce historycznej. Teraz czekamy na więcej. Czyli, na beatyfikację rodziny Ulmów.

CEZARY KRYSZTOPA: Generator beki niezamierzonej, czyli dyletanckie wersety opozycji – odc. 373

– Dlaczego Pisiory mają aż 37 procent poparcia? – zapytała pod postem z ostatnim sondażem Kantara jedna ze zrozpaczonych zwolenniczek Donalda Tuska – Bo opozycja jest tak durna, że aż trudno w to uwierzyć – odpowiedziałem (abstrahuję tu od wiarygodności sondaży).

Nie wiem jaki jest strategiczny plan Donalda Tuska, choć nie wygląda na to żeby miał coś wspólnego z wygrywaniem wyborów. Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk chce te wybory przegrać, a jednak trudno uwierzyć żeby w tym tajemniczym spisku uczestniczyła cała partia. Jak jednak tego nie zakładać, skoro inaczej trzeba byłoby przyjąć, że mamy do czynienia z wyjątkową w polskiej polityce po 1989 roku bandą kretynów.

Z pustymi rękami

PiS rządzi drugą kadencję. Jak każdą partię władzy, dotykają ją patologie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wiem ile z tego co Gazeta Wyborcza pisze o zdymisjonowanym wiceministrze Wawrzyku jest prawdą, nie jest to medium do którego mam choćby minimum zaufania, ale problem kiepskiej kontroli nad migracją istnieje i gdyby opozycja potrafiła złożyć dwa do dwóch, zapewne po kampanii partii rządzącej nie byłoby co zbierać. Tylko, że w tym celu trzeba dysponować jakąś minimalną wiarygodnością i powagą, a tą największa partia opozycyjna od dawna nie dysponuje. Szczeniacki sposób bycia jej lidera tym bardziej tu nie pomaga. I tak do kolejnych wyborów Platforma Obywatelska idzie z pustymi rękoma, durnymi grepsami i wszystkimi sklepami w okolicy poobrażanymi.

Generator

Ostatnim hitem Internetów jest platformerski „generator” memów z Jarosławem Kaczyńskim. Sztabowcy PO zlecili sztucznej inteligencji wytworzenie portretu Jarosława Kaczyńskiego z nienaturalnie wielkimi oczami i napisem „Ja jestem zagrożeniem”. Grafika pojawiła się na bilbordach i w Internecie. Już samo założenie, że twarz starszego pana z oczami jak z mangi kogoś przestraszy, wydaje się dosyć groteskowe, ale gdyby tego było komuś mało, powstał zamieszczony w sieci „generator” napisów do tej grafiki, przy pomocy którego internauci mogą dopisać czemu według nich zagraża Jarosław Kaczyński. W takich sytuacjach internautom nie trzeba dwa razy powtarzać.

Sieć zalana została platformerskimi grafikami, według których Jarosław Kaczyński jest zagrożeniem dla różnego rodzaju mafii, dla „Rudego i cwaniaków jego”, dla germańskich klakierów, dla „ryżego Donka”, dla „sołtysa z Chobielina”, dla Grupy Webera, dla „Hyżego Rója”, dla Belzebuba, dla folksdojczów, dla „przygłupów z PO”, dla europejskich szatniarzy, dla „niemieckiego rumaka” i „włoskiego ogiera”, dla aktywiszcza z Sopotu, dla pomagierów Baćki, czy dla Tuska.

Będzie na nas

To ostatnie wprawdzie nie powinno mieć miejsca, ponieważ równie zabawna jak sam „generator” jest lektura kodu źródłowego strony, w którym twórcy zapisali kilometr słów, których teoretycznie „nie wolno w generatorze użyć”. I tam pracowicie wyliczyli nie tylko nazwisko i przezwiska Tuska, ale również umieścili we wszelki odmianach „Niemców”, „Unię Europejską” czy „Brukselę”. Co ciekawe pod ich ochroną znalazły się również „Rosja”, „kacapy” czy „naziści”. Cóż to jednak za wyzwanie dla internautów, skoro wystarczy wstawić dodatkową spację żeby uzyskać autoryzowaną przez Platformę Obywatelską grafikę głoszącą, że „Kaczyński jest zagrożeniem dla bandy Ryżego”? A nie jest to pierwszy raz kiedy Platforma natka się na te grabie. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2015 roku była to akcja „Co na to Bronek”.

Naprawdę tak trudno było to przewidzieć? Tak się zastanawiam, może warto ich wszystkich jakoś zabezpieczyć? Wiele wskazuje, że sami dla siebie są znacznie większym zagrożeniem, niż Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo co im do głowy wpadnie, a jakby co to przecież będzie na nas.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Batalia o krzyż na Westerplatte

2 września 1939 roku nalot bombowy Luftwaffe wywołał poważne zniszczenia w atakowanej przez Niemców Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić…” – powie po latach, 12 czerwca 1987 roku, na Westerplatte Ojciec Święty Jan Paweł II.

Po nalocie 2 września polska obrona zachwiała się, a przechodzący załamanie nerwowe mjr Henryk Sucharski na znak kapitulacji kazał wywiesić białą flagę. Kiedy wydawało się, że placówka poddaje się, dowództwo przejął zastępca Sucharskiego kpt. Franciszek Dąbrowski (aby nie robić fermentu w szeregach, fakt ten utajniono przed żołnierzami). Dzięki temu Westerplatte broniło się bohatersko do 7 września, uniemożliwiając Hitlerowi przeprowadzenie uroczystości włączenia Gdańska do III Rzeszy niemieckiej.

Po wojnie na żołnierskich mogiłach cmentarza obrońców Westerplatte stanął krzyż. Postawili go w 1946 roku gdańscy portowcy z inicjatywy kpt. Franciszka Dąbrowskiego, w miejscu, gdzie zginęło najwięcej Westerplatczyków. Ale w 1962 roku do Gdańska miał przyjechać Nikita Chruszczow i krzyż zniknął (kierowca, który miał wyrzucić krzyż na śmietnik, przewiózł go potajemnie nocą do parafii świętej Jadwigi w Nowym Porcie). Miejsce krzyża na Westerplatte zajął sowiecki czołg T-34.

W sierpniu 1980 roku brygadzista Czesław Nowak zorganizował w Zarządzie Portu Gdańsk strajk, pamiętając o krwawym doświadczeniu grudnia 1970 roku. Obok postulatów ekonomicznych i niepodległościowych nie zapomniał o krzyżu Dąbrowskiego, o czym mówili portowcy Westerplatczycy. Wraz z kolegami Nowak pojechał do parafii, wykopał krzyż, który stał wśród bzów, i na przyczepie ciągnika przewiózł go na półwysep.

Ale to był dopiero początek walki. Komuniści odpowiedzieli obroną czołgu – symbolu nienaruszalnej przyjaźni polsko-radzieckiej. Kolejny kryzys, a nawet rozlew krwi, zażegnał kompromis – czołg został, ale razem z krzyżem. 30 sierpnia 1981 roku w obecności kilkunastu tysięcy osób bp Lech Kaczmarek odprawił przed przywróconym krzyżem Mszę świętą. Wziął w niej udział ks. Jerzy Popiełuszko, a Jan Paweł II podczas audiencji w Castel Gandolfo 6 września powiedział: „Ze wzruszeniem dowiedziałem się, że przywrócono na Westerplatte krzyż, który tam stał”. Czesław Nowak miał swoje Westerplatte.
Ale to nie koniec batalii o krzyż. W 1989 roku komuniści przestawili go bokiem do żołnierskich mogił. Walka Czesława Nowaka o przywrócenie krzyża w pierwotnym miejscu zakończyła się dopiero w 2010 roku (czołg zniknął z Westerplatte trzy lata wcześniej).

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja na Krymie narusza wolność sumienia i wyznania

Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, najbardziej prześladowaną grupą religijną są Świadkowie Jehowy.

Jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy, w czterech miastach Krymu – Armiańsku, Symferopolu, Sakach i Dżankoju – niedawno rosyjskie siły bezpieczeństwa przeprowadziły dziewięć przeszukań członków organizacji religijnej Świadkowie Jehowy. W Symferopolu rewizję przeprowadzono np. w mieszkaniu Kateryny Melnychuk. Kobieta została poinformowana o wszczęciu przeciwko niej sprawy karnej i po przesłuchaniu została zwolniona. 11 sierpnia 2023 roku kontrolowany przez Kreml Sąd Rejonowy w Dżankoj po dwóch tygodniach pozbawienia wolności umieścił Wiktora Ursę, przedstawiciela organizacji religijnej Świadkowie Jehowy, w areszcie domowym.

Przeszukano także mieszkańca Symferopola Dmytro Zacharewicza, zięcia Oleksandra Woronczikina, zamieszanego w jedną z podobnych spraw w Symferopolu. Tego samego dnia mężczyzna otrzymał decyzję o postawieniu go w stan oskarżenia w sprawie karnej. Na wniosek śledczego sąd umieścił jego oraz innego wyznawcę ŚJ w areszcie domowym.

W mieście Armiańsk siły bezpieczeństwa przeszukały jeden z dwóch domów członków organizacji ŚJ. W miejscowości Saki siedem grup sił bezpieczeństwa, w tym cztery uzbrojone, przeprowadziły dwugodzinne przeszukanie domu 62-letniego Świadka Jehowy, którego nazwisko nie zostało ujawnione. Zabrano mu urządzenia elektroniczne.

Szczegóły przeszukań w Dżankoju nie są obecnie znane, poza tym, że jednym z zatrzymanych był starszy członek grupy. „Odbywał spotkania z zwolennikami za pośrednictwem łącza wideo, promował idee zakazanej organizacji i emitował materiały ekstremistyczne. Zajmował się także pozyskiwaniem nowych zwolenników, zbieraniem i dystrybucją datków” – podała służba prasowa Komitetu Śledczego Rosji. Podejrzany został zatrzymany i oskarżony za udział w „zakazanej organizacji religijnej”. Podczas przeszukania zabezpieczono literaturę ekstremistyczną.

Tym samym do chwili obecnej 25 mieszkańców Krymu zostało oskarżonych w związku z przynależnością do Świadków Jehowy. Sześciu z nich zostało już skazanych na karę pozbawienia wolności na okres 6 lat lub więcej i odbywa karę w rosyjskich koloniach.

Podstawę do ścigania karnego wyznawców Świadków Jehowy dał policji Sąd Najwyższy Rosji, który w 2017 roku uznał „Centrum Zarządzania Świadków Jehowy w Rosji” za organizację ekstremistyczną i zakazał jej działalności. Na całym świecie grupa Świadkowie Jehowy liczy ponad osiem milionów wyznawców. W żadnym kraju nie jest ona zabroniona i zwalczana. W Rosji wszystkie podmioty prawne związane ze Świadkami Jehowy zostały uznane za ekstremistyczne i zakazane.

Na Krymie procesy Świadków Jehowy odbywają się przynajmniej raz na sześć miesięcy. I tak w lutym 2023 roku kontrolowany przez Rosję Sąd Miejski w Jałcie wydał wyroki przeciwko czterem Świadkom Jehowy. Trzej organizatorzy zbiorowych wydarzeń religijnych zostali skazani na różne kary – od 6 lat i 6 miesięcy do 6 lat i 1 miesiąca  –  które będą odbywać w kolonii poprawczej na zasadach ogólnych.

Według Dmytro Lubynetsa, Rzecznika Praw Człowieka Rady Najwyższej Ukrainy, Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, w tym 17 przeciwko przedstawicielom Świadków Jehowy. Pozostała część spraw to postępowania karne wobec zwolenników tureckiej partii Hizb ut-Tahrir, której ideę pokojowego utworzenia globalnego kalifatu podziela wielu Tatarów krymskich. Ale to inna historia.

Zdaniem rzecznika prześladowanie członków organizacji religijnych stanowi naruszenie przez Rosję art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka oraz art. 9 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, zgodnie z którym każdy ma prawo do wolności myśli, sumienia i wyznania.

„Rosja w dalszym ciągu ignoruje rezolucję Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 74/168, w której społeczność międzynarodowa wzywa ten kraj do zapewnienia wolności religii i przekonań bez dyskryminacji” – dodał Dmytro Lubynets.

Polowanie na członków Świadków Jehowy odbywa się w całej Rosji. Jakiś czas temu Departament Stanu USA skrytykował wyrok wydany w Rosji na dwóch wyznawców tej organizacji religijnej: „Potępiamy decyzję rosyjskiego sądu, który skazał wyznawcę Świadków Jehowy Dmitrija Golika na siedem lat więzienia więzienia, a Oleksija Berczuka na osiem lat więzienia” – napisał na Twitterze rzecznik Departamentu Stanu Ned Price.