Co słychać u zachodnich sąsiadów – MARIA GIEDZ o podcaście „DACHL, czyli Niemieckie Co Nieco”

W sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych.

Nasi zachodni sąsiedzi w polskich massmediach, zwłaszcza tych mainstreamowych, prezentowani są głównie w kontekście dominacji w Unii Europejskiej, ich stosunku do wojny na Ukrainie i polityczno-gospodarczych relacji z Polską. Nie komentuję czy dobrych, czy złych, po prostu relacji. Przeciętnego Kowalskiego niewiele to interesuje, gdyż postrzega kraj za Nysą jako miejsce, w którym można zarobić, zwłaszcza jeśli mieszka się w zachodnich rejonach Polski. Innych informacji, chyba że wiążą się z sensacją, najczęściej tragiczną w skutkach i to z udziałem naszych rodaków, można się tylko czasem doszukać. O Austrii czy Szwajcarii docierają do nas sporadycznie wiadomości. A na co dzień prawie niczego interesującego o sytuacji w tamtych państwach się nie słyszy, chyba że w sezonie zimowym, kiedy to sporo osób wyjeżdża na narty. A Lichtenstein? Kraj na „Antypodach”, bo właściwie nie wiadomo, gdzie leży i kto w nim mieszka. Sama przejeżdżałam przez to urokliwe „maleństwo” ze dwa razy, zatrzymując się jedynie przy szosie, bo wszędzie własność prywatna.

A tu proszę, ku mojemu miłemu zaskoczeniu w sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych. Załuski, członek gdańskiego oddziału SDP, przez lata mieszkający poza granicami Polski, zdecydował się na prezentowanie cotygodniowego przeglądu wiadomości z terenów Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Lichtensteinu – inaczej mówiąc z terenów DACHL. I tak też zatytułował swój podcast – „DACHL, czyli Niemieckie Co Nieco”, co jest skrótem utworzonym z pierwszych liter oryginalnych nazw owych czterech państw.

Prezentowane przez Załuskiego informacje nie są sensacjami, słynnymi hitami, bez których massmedia od lat nie potrafią funkcjonować. Wręcz przeciwnie, ukazują niemieckojęzyczne społeczeństwa, które, wbrew powszechnej wiedzy, mają podobne do naszych problemy. Jakie polskie media podają, że Austriacy są przeciwni imigrantom i że ich rząd zaostrza prawo imigracyjne, że chcą, aby instytucje unijne zapłaciły im za budowę murów i ogrodzeń uniemożliwiających nielegalne przekraczanie granicy rzekomym uchodźcom? Kto w Polsce mówi, że Austriacy nie chcą przyjmować do siebie owych migrantów i nie chcą płacić za osoby nieprzyjęte w ramach relokacji? Czy któreś z polskich mediów chociaż wspomniało, że Szwajcaria, mimo sankcji wprowadzonych na Rosję, nadal kupuje rosyjską ropę? To dosyć skomplikowany proceder, ale Załuskiemu udało się pokazać, że można obejść przepisy, gdyż szwajcarskie prawo nie ma zastosowania do szwajcarskich obywateli mieszkających za granicą.

To tylko niektóre przykłady, ale zdecydowanie przybliżają wiedzę, i nie tylko tę turystyczną, o krajach niemieckojęzycznych. Jeśli połączymy ją z regularnymi korespondencjami Jana Bogatko ze „Studia za Nysą” możemy wyrobić sobie zupełnie inne zdanie o tych naszych bliskich i nieco dalszych sąsiadach, a nie tkwić w stałych i coraz bardziej niezrozumiałych zawiłościach naszej krajowej polityki.

Poza typowymi informacjami Załuski wyszukuje też ciekawostki, jak ta z księstwa Lichtenstein, w którym od 170 lat prowadzi się badania archeologiczne potwierdzające 7 tys. lat historii ludzkiego osadnictwa na obszarze tego państwa. Oczywiście najwięcej informacji dotyczy Niemiec, gdzie jak podaje Załuski wzrasta ubóstwo dzieci, społeczeństwo żyje w coraz większym niezrozumieniu samych siebie, a politycy i ich partie systemowe tracą poparcie społeczeństwa na rzecz Alternatywy dla Niemiec, prawicowego ugrupowania pozasystemowego. Generalnie podcast DACHL, to zbiór co tydzień prezentowanych informacji, o których można się dowiedzieć jedynie wertując różnorodną prasę niemieckojęzyczną, pod warunkiem, że zna się biegle język niemiecki.

Każda audycja, a było już ich kilkanaście, kończy się fragmentem jednej z publikacji autorstwa Załuskiego, zazwyczaj opowieści o rzeczywistości znad Jeziora Bodeńskiego opartych na spostrzeżeniach autora, czyli z niemiecko-austriacko-szwajcarsko-lichtensteinskiego pogranicza.

 

Protest CMWP SDP przeciwko represjom reżimu na Białorusi wobec Radiu Unet – Redakcji Radia WNET

                                                                                                                            Warszawa, 10 lipca 2023 r.

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko uznaniu przez białoruski reżim Radia Unet – Redakcji Radia WNET dla Białorusi za medium ekstremistyczne i po raz kolejny w imieniu SDP, najstarszej i największej organizacji dziennikarskiej w Polsce, stanowczo potępia trwające na Białorusi represje, w tym  umotywowane politycznie działania administracyjne i procesy pokazowe stosowane także przeciwko mediom i współpracującym z nimi osobom.

4 lipca białoruski sąd uznał białoruską Redakcję Radia Wnet i portal Radio Unet.fm (Радыё Ўнет) za organizację ekstremistyczną. Poinformowało o tym 7 lipca b.r. Radio Wnet. Za przynależność do takiej organizacji na Białorusi grozi nawet 8 lat pozbawienia wolności. Status „organizacji ekstremistycznej” oznacza, iż za publikowanie przez ten podmiot materiałów dziennikarskich grozi odpowiedzialność administracyjna i/lub karna. W praktyce konsekwencją dla dziennikarza może być wysoka grzywna lub kara aresztu, a potem skazanie w procesie karnym na pobyt w więzieniu, czy nawet w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Represjonowani mogą być także odbiorcy takiego medium. Wg informacji dziennikarzy Radia Wnet za lajkowanie i podawanie dalej np. w mediach społecznościowych materiałów takiej organizacji uznanej na Białorusi za „ekstremistyczną” użytkownik może być ukarany grzywną w wysokości od 500 do 800 zł ( w przeliczeniu na polskie złotówki) lub 15-dniowym aresztem oraz konfiskatą „narzędzia przestępstwa”, czyli telefonu lub komputera. Za jakąkolwiek formę współpracy z takim medium grozi nawet 7 lat pozbawienia wolności, a za administrowanie „ekstremistycznych” kanałów i tworzenie materiałów grozi do 10 lat więzienia. Oczywistym jest, że perspektywa takiego wyroku powstrzymuje odbiorców  od sięgania do treści z niezależnych źródeł, także takich jak Radio Unet.

Radio Unet rozpoczęło swoją działalność 11 listopada 2020 roku i zostało utworzone przez dziennikarzy zmuszonych do opuszczenia Białorusi w wyniku represji. Białoruskie wydanie Radia Wnet jest częścią Polskiego Radia Wnet i jest nadawane codziennie rano i wieczorem. Jak czytamy na portalu wnet.fm Radio Unet powstało po to, aby Białorusini, którzy opuścili ojczyznę, mogli zabrać głos za granicą i wiedzieć, co dzieje się ze społeczeństwem białoruskim w różnych częściach świata. Audycje Radia Unet tworzą białoruscy redaktorzy we współpracy z polskimi studiami Radia Wnet w Warszawie, Kijowie, Wilnie i Lwowie oraz korespondentami Radia Wnet działającymi w Polsce, Ukrainie, Litwie i Szwajcarii.

Nie są to pierwsze wyroki sądów dotyczące mediów „ekstremistycznych”. W listopadzie 2021 r. MSW Białorusi uznało osoby „zrzeszone poprzez zasoby internetowe telewizji Biełsat” za formację ekstremistyczną, a w grudniu 2021 r. za taką organizację uznano Radio Swoboda i Radio Wolna Europa. Dziennikarze nadal są najczęstszym celem ataków białoruskiego reżimu, a obecnie co najmniej 29 niezależnych mediów zostało uznanych za „ekstremistyczne”,  zostały przez to zablokowane przez władze (dane z Rezolucji Parlamentu Europejskiego z  15 marca 2023 r.).  Według Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy debatę publiczną na Białorusi niemal całkowicie stłumiono. Należy przy tym podkreślić, iż od 2020 r. białoruskie sądy wydały setki niesprawiedliwych i arbitralnych wyroków w umotywowanych politycznie procesach, w których przesłuchania często odbywały się za zamkniętymi drzwiami, bez należytego procesu sądowego i bez umożliwienia ich obserwowania przez osoby z zewnątrz, np. dziennikarzy innych mediówJaskrawym przykładem takiej praktyki jest uwięzienie i skazanie Andrzeja Poczobuta, dziennikarza i działacza mniejszości polskiej na Białorusi, który został wpisany na „listę terrorystów”. Ponadto reżim Łukaszenki wciąż stosuje tortury, a więźniowie polityczni nadal informują o pogarszającym się stanie zdrowia, poniżaniu oraz nieludzkim i okrutnym traktowaniu więźniów politycznych na Białorusi. Dziennikarze pozostają jedną z grup najbardziej represjonowanych przez reżim, czego kolejnym jaskrawym przykładem jest uwięzienie i skazanie młodej współpracownicy Telewizji Biełsat Kaciaryny Andrejewej. 

Dlatego CMWP SDP po raz kolejny podkreśla kluczową rolę, jaką niezależne media odgrywają w głoszeniu i wspieraniu demokratycznych aspiracji narodu białoruskiego oraz  zwraca się z gorącym apelem  do międzynarodowych organizacji dziennikarskich, aby zwiększyły wsparcie na rzecz budowania zdolności białoruskiego społeczeństwa  do tworzenia wolnych i niezależnych mediów zarówno na Białorusi, jak i poza jej granicami.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

 

 

Materiały źródłowe:

https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2023-0075_PL.html

https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2022-0418_PL.html

https://wnet.fm/2023/07/07/radio-unet-zostalo-uznane-przez-bialoruski-rezim-za-ekstremistyczne/

Pazerni – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Mamona, mamona. Czego się nie robi, by chapnąć co się tylko da. Piłkarze wyłażą ze skóry – ale nie na boisku, a w reklamie. Why? Dlaczego tak niszczą sympatię kibiców, no i honor. Ciekawe ile można zarobić za przyjście przed kamerę i kłapnięcie jednym słowem. Głupie scenariusze reklam działają ponoć – zdaniem reklamodawców na świadomość telewidzów. To wątpliwe chyba, że kora mózgowa zardzewiała lub spróchniała.

Telewizje, radia żeby przeżyć muszą wpuszczać na antenę cały ten ściek. Są oczywiście reklamy w miarę kulturalne, zabawne i niegłupie. Np. takie było „ojciec prać!” albo „Pyrkosz, pyrkosz, a nie jedziesz”. Ale to wyjątki.

Dlaczego nie interweniuje KRRiTV? To nie jest wbrew wolności słowa. To działania w obronie gwałtownych doznań estetycznych widzów. W obronie jest niedoskonała, jakby bezradna. Przecież chamstwo, bezguście i tupet nie powinny być tolerowane. Nieśmiałość stróżów porządku medialnego to rodzaj tchórzostwa i niewypełnianie przyjętych obowiązków. A cóż jest ważniejszego niż pilnowanie, by media były dla społeczeństwa a nie przeciw niemu. Stróże karzą czasem za różne skrajne pomysły, ale to nie wystarcza. Głupota pozostaje bezkarna. Oczywiście trudno ją mierzyć, ale można. Wystarczy by decyzję powierzyć ludziom, którzy są najkrócej mówiąc „na poziomie” i poziom przekazu utrzymywać będą kierując się oceną estetyki , etyki i sensu.

Nie każdy może być jurorem. Dotyczy to wszelkich sędziów i takich ludzi, których wybieramy by oceniali. W ocenie ważne jest by wiedzieć i mieć odwagę. Nie zastąpią tego papierkowe przepisy i kolubrynowe regulaminy. Niestety nawet uznawani idole przysparzają kiczu. Czy się nie wstydzą? Przecież zarabiają bardzo dobrze. Ale wiadomo – masz milion to chcesz mieć dwa. Pazerność jest jak opium. Łykniesz i już nie jesteś sobą. A dlaczego pomagać tym bogatym – choć jak się mówi – biednym w gruncie rzeczy ludziom. Są – mówi się uzależnieni. Niestety to uproszczenie. Pazerność to nie choroba. Pigułek na to nie ma. Ale jest fiskus, urząd podatkowy.

Zarobki miesięczne sięgające kilkudziesięciu tysięcy to kpina. A uciekanie do rajów podatkowych – to kpina podwójna. Rechot cwaniaków tolerowany jest ciągle. Władza się zmienia. I nic nie robi by to nadużycie zlikwidować. Wyalienowali ze społeczeństwa są krytykowani, ale kpią sobie z tego. Mówi się, że to dotyczy niewielu. A jednocześnie – tak naprawdę – nie wiemy ilu ludzi w naszym kraju korzysta z „podatkowych rajów”. Oni w reklamach medialnych nie występują. Biznes lubi dyskrecję. Tak – zgoda, ale biznes uczciwy. Transparentny.

Mamy wolność słowa jak nigdy. Korzystajmy z tego koledzy dziennikarze.

 

Marcin Makowski wraca do dziennikarstwa. Dołączył do redakcji „Wprost”

Od lipca do redakcji tygodnika „Wprost” dołączył Marcin Makowski, były dziennikarz i publicysta m.in. Onetu, Wirtualnej Polski oraz Interii, który ostatnio pracował w amerykańskiej firmie technologicznej.

We „Wprost” Makowski ma m.in. zająć się tematami związanymi z polityką krajową i międzynarodową, społeczeństwem i nauką, w tym przeprowadzaniem cyklicznych wywiadów z czołowymi postaciami polskiego i międzynarodowego życia politycznego, społecznego i naukowego.

Marcin Makowski był wcześniej dyrektorem serwisów informacyjnych Interii, prowadził również „Rozmowy Makowskiego”. Przez blisko dekadę, pracował w Wirtualnej Polsce oraz w Onecie. Prowadził autorskie programy w krakowskim oddziale Polskiego Radia. Publikował również w tygodniku „Do Rzeczy”, „Rzeczpospolitej”, „Klubie Jagiellońskim”, „Polityce”, „Notes from Poland” i „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz na portalu Deon. W listopadzie 2022 roku ogłosił zakończenie kariery dziennikarskiej i objął stanowisko Media Managera w polskim oddziale amerykańskiej agencji technologicznej Vention.

– Zdecydowałem się na powrót do dziennikarstwa, bo wywiady i publicystyka to przestrzeń, w której czuję się najlepiej. Historia w ciągu ostatnich miesięcy zdecydowanie przyspieszyła, chcę ją uczciwie opisywać od strony społecznej, technologicznej i politycznej. „Wprost” daje mi do tego przestrzeń  – mówi Makowski, cytowany w komunikacie prasowym.

opr. jka, źródło: PMPG Polskie Media

O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.

 

O tym, jak zarabia się na wojnie pisze WALTER ALTERMANN: Porozumienia mińskie (3)

Najlepiej  politykę Francji i Niemiec wobec Moskwy widać na przykładzie tzw. „porozumień mińskich”. Ten dokument jest szczerym wyznaniem politycznej wiary Francji i Niemiec w Kreml i świadczy o celach względem Rosji. 

5 września 2014 członkowie trójstronnej grupy kontaktowej – Ukraina, Rosja i OBWE oraz przedstawiciele dwóch „republik ludowych” podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na obszarze Donbasu. Najważniejszy był punkt naczelny, nie objęty numeracją, a mówił on o natychmiastowym dwustronnym zawieszeniu broni. Następne ustalenia były takie:

  1. Przyznanie OBWE roli obserwatora przestrzegania zawieszenia broni.
  2. Wdrożenie decentralizacji władzy poprzez przyjęcie ustawy o szczególnym trybie funkcjonowania samorządu terytorialnego w części obwód donieckiego i ługańskiego.
  3. Utworzenie strefy bezpieczeństwa po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej, i monitorowanie przez OBWE sytuacji na granicy.
  4. Natychmiastowe uwolnienie wszystkich jeńców i zakładników przez obie strony.
  5. Przyjęcie ustawy zakazującej ścigania i karania osób związanych z rebelią w obwodzie donieckim i ługańskim.
  6. Przeprowadzenie dialogu ogólnonarodowego.
  7. Poprawienie sytuacji humanitarnej w Donbasie.
  8. Przeprowadzenie przedterminowych wyborów do władz lokalnych w wybranych częściach obwodu donieckiego i ługańskiego w związku z ich „specjalnym statusem” na podstawie prawa ukraińskiego.
  9. Wycofanie nielegalnych oddziałów zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy.
  10. Opracowanie programów gospodarczej odbudowy Donbasu.
  11. Udzielenie gwarancji osobistego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom rozmów.

Punkt 6, czyli strzał w tył głowy

Czy Zachód – głównie Francja i Niemcy – nie wiedział z kim ma do czynienia? Wiedział, ale chciał nadal handlować z Rosją i zarabiać. Czy od 2014 roku Francja i Niemcy zaczęły się zbroić? Niemcy „zbroili się” w oba Nordstreamy, a Francuzi bardzo cierpieli, gdy USA sprzeciwiły się sprzedaży okrętów wojennych klasy Mistral do Rosji.

Francja i Niemcy zakładają – dowodów nie mam, ale tak uważam – że wojna do nich nie dojdzie, że Rosja zaspokoi się Ukrainą, państwami bałtyckimi, a może nawet Polską.

Na wojnie potrzebne są nie tylko czołgi

Z wybuchem wojny na Ukrainie, a właściwie najazdu Rosji na Ukrainę większość państw Europy oraz USA ogłosiły embargo na sprzedaż Rosji uzbrojenia oraz elementów mogących służyć do produkcji broni – od pistoletów po rakiety, od śrubek po mikroprocesory. Czy rynek broni w jednej chwili padł, a jego gracze rwą sobie włosy, płacząc i rozdzierają szaty? Bynajmniej.

Uświadommy sobie do końca, że wojna potrzebuje wszystkiego, bo wojnę prowadzą ludzie. A ludzie potrzebują jedzenia, ubrań, śpiworów, mundurów, amunicji, karabinów i wszelakiej broni ciężkiej. W obecnej wojnie wykorzystuje się nie tylko pojazdy i machiny wojskowe, ale też ciężarówki, samochody terenowe a nawet motocykle. A te urządzenia – jak wszystkie inne – potrzebują części zamiennych, specjalistycznych olei, płynów chłodzących i setek innych rzeczy. A  jak tu odróżnić, czy silniki samochodowe, alternatory a nawet opony i zderzaki, trafiające do Rosjan zostaną wykorzystane w wojnie czy jedynie w celach cywilnych.

Mafia żywnościowo–zbrojeniowa

Już kilka miesięcy po wybuchu tej wojny okazało się, że rosyjski oddział francuskiej firmy Auchan dostarcza rosyjskiej armii jedzenie i środki higieny, wprost na front, do okopów. Wybuchł skandal, ale Auchan tłumaczył się, że ma przecież ważne kontrakty. Przyjęto to za wystarczające wyjaśnienie.

Ale co tam jedzenie. Okazało się, po zbadaniu zestrzelonych przez Ukraińców dronów, samolotów i helikopterów, że te rosyjskie „urządzenia awiacyjne” pełne są zachodnich elementów, bez których nie mogłyby latać. Gorzej, bo zbadano również czas ich produkcji, i okazało się, że te zachodnie części wyprodukowano całkiem niedawno, już w okresie obowiązującego embarga.

Jeszcze gorzej jest z rosyjskimi rakietami. Ostatnio pewna organizacja zajmująca się monitorowaniem tej wojny, wydała opinię, że około 8 procent części do rosyjskich rakiet wyprodukowano w USA. Nie podaję nazwy tej społecznej organizacji, bo też Amerykanie nie dementują tych rewelacji.

Niepełne embargo, czyli nic

Zachód nakłada na Rosję kolejne zakazy, zwane embargami. Lista towarów, których do Rosji eksportować nie wolno oraz tych, których z Rosji nie wolno sprowadzać rośnie, wydłuża się z każdym kolejnym embargiem. Te zakazy nigdy jednak nie były dla Rosji zbyt dotkliwe i nie osłabiły skutecznie ani rosyjskiej armii, ani gospodarki. Zachód tłumaczy się, że chodzi o to, aby Putin się opamiętał… Znaczy co? Czego naprawdę oczekują najbogatsze państwa Europy od Putina? Że przeprosi, wycofa się z zajętych terenów? A może jeszcze naprawi szkody.

Co i rusz jakiś polityk Francji lub Niemiec daje światu do zrozumienia – wprost lub nie wprost – że najlepiej by było, gdyby Ukraina zgodziła się na utratę swoich terytoriów, już zajętych przez Rosję, wtedy można by przystąpić do rozmów pokojowych. Jeżeli mamy takich sojuszników, to nasza przyszłość nie jest tak pewna jak się nam wydaje.

Kto jest najbardziej zadowolony z nakładanych przez Zachód zakazów handlu z Rosją? Oczywiście handlarze bronią. Bo ich „ceny zbytu” poszybowały w górę niebywale.

Tajni sojusznicy Rosji

Jak zachodnie części do rosyjskiej broni i uzbrojenia trafiają do dzisiejszego agresora, a przed tą wojną do głównego przeciwnika NATO?

Handlarze bronią i wszelkimi wojennymi akcesoriami tworzą właściwie rodzaj mafii. I jak to w mafii – konkurują ze sobą, ale też ściśle współpracują. Owszem, tajne służby mają wgląd w ich interesy, ale… po pierwsze niepełny, a po drugie nie wszystkie państwa – nawet te z NATO – są zainteresowane wstrzymaniem handlu z Rosją. Biznes to biznes, a wojna to tylko wojna – tak uważają niektórzy z dużych światowych graczy.

Okazało się, że handel bronią, choć teoretycznie kontrolowany przez duże państwa, jest rynkiem podziemnym. I nikt z producentów czy handlarzy nie chwali się na Facebooku czy Instagramie swoimi sukcesami.

Wystarczy, że ktoś – powiedzmy z Brazylii, Turcji czy Bangladeszu – kupi w USA, lub w Niemczech jakieś elektroniczne urządzenia. Powiedzmy czujniki i sterowniki, bądź elementy noktowizorów. Przeznaczeniem tych rzeczy mogą być pralki, zmywarki do naczyń, samochody, lornetki dla myśliwych, cywilne samoloty i helikoptery. Z pewnością zakup pierwotny musi być dokonany przez firmę zarejestrowaną w kraju, którego nie ma na liście zakazów, tworzonych przez ONZ lub USA.

Potem te niezbędne Rosji element rakiet i samolotów odbywają drogę po całym świecie, by w końcu trafić do Rosji właśnie. Czy ktoś jest w stanie śledzić tę drogę? Nie bardzo, tym bardziej, że wiele państw tzw. trzeciego świata ogłasza swą neutralność, co w praktyce oznacza, że nie interesują się z czego mają podatki lub łapówki.

Wszystko to byłoby wesołe, gdyby nie było bardzo smutne, że zacytuję mistrza Wyspiańskiego, który napisał w WESELU: „Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

Lepiej nie wiedzieć

Żeby nie było tak smutno, to teraz pozwalam sobie opowiedzieć mój ukochany, przedwojenny dowcip. Polscy pogranicznicy, tuż przy granicy z Niemcami łapią faceta z pełnym workiem na plecach.

– Co tam macie? – pyta dowódca patrolu.

– Żarcie dla psa – odpowiada przemytnik.

Strażnicy każą mu otworzyć worek, w środku znajdują papierosy i tytoń.

– To jest żarcie dla psa” – pyta dowódca patrolu.

– Ja mu niosę, nie chce, niech nie je – odpowiada przemytnik.

Czy światowi producenci uzbrojenia i części do urządzeń wojennych wiedzą, gdzie ostatecznie trafiają ich produkty? Myślę, że nie chcą wiedzieć.

 

Poznaliśmy nominowanych do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka

Agata Puścikowska, Małgorzata Ziętkiewicz oraz Marcin Jakimowicz – to finaliści tegorocznej edycji Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Z tej trójki jesienią zostanie wyłoniony Laureat, który w październiku na uroczystej gali Nagrody odbierze statuetkę autorstwa Gustawa Zemły oraz nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł.

Zgłoszenia kandydatów do Nagrody napłynęły z kilkunastu redakcji. Wymogi regulaminowe spełniało 16 wskazanych przez środowisko dziennikarskie osób. Kapituła Nagrody na posiedzeniu 19 czerwca 2023 r. nominowała trzy osoby. Są to:

Agata Puścikowska, dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, autorka książek, działaczka społeczna.

Kapituła doceniła doskonały warsztat dziennikarski Nominowanej, wrażliwość wobec tematów społecznych i spraw obecności w społeczeństwie osób niepełnosprawnych i opuszczonych; podejmowanie w publikacjach problematyki kobiet, rodziny; wydobywanie z drugiego planu postaci, które swoim życiem pokazują prawdziwe oblicze chrześcijaństwa.

Członkowie Kapituły doceniła także cykl publikacji książkowych Nominowanej poświęconych siostrom zakonnym, a także działalność społeczną w obszarze pro-life.

Małgorzata Ziętkiewicz, dziennikarka, reporterka telewizyjna Polsat News.

Nominowana od wielu lat zajmuje się problematyką kulturalną, społeczną i religijną. Kapituła uznała, że jej „materiały to najwyższa klasa dziennikarstwa telewizyjnego” – zawsze merytoryczne, zawsze ciekawe i atrakcyjne, zawsze z ogromną kulturą i piękną polszczyzną. Bez wątpienia promuje w nich dobro, prawdę i piękno.

Marcin Jakimowicz, dziennikarz i felietonista „Gościa Niedzielnego” oraz portalu gość.pl. Autor książek.

Zdaniem Kapituły stworzył oryginalny, charakterystyczny sposób pisania o wierze, na tematy religijne, który jest nie do podrobienia; szuka odpowiedzi na pytania które zadają sobie zwykli ludzie wierzący; w swoich tekstach pokazuje dobro w sposób atrakcyjny (wbrew temu, co najczęściej się mówi, że dla mediów dobro jest nieatrakcyjne, a tylko zło jest medialne).

Patronem nagrody, przyznawanej od 2002 roku, jest bp Jan Chrapek (1948–2001), człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego. W latach 1983–1986 był redaktorem naczelnym miesięcznika „Powściągliwość i Praca”, w okresie 1986–1992 przełożonym generalnym zgromadzenia księży michalitów. Autor licznych publikacji z zakresu teologii pastoralnej, zwłaszcza środków społecznego przekazu, m.in. „Recepcja programów TV przez młodzież” i „Kościół a media”. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1992 do 1994 r. był biskupem pomocniczym drohiczyńskim, w latach 1994–1999 biskupem pomocniczym toruńskim. Od 1999 roku do swojej tragicznej śmierci w wypadku samochodowym – biskup radomski.

Laureatami dotychczasowych edycji Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka byli kolejno: Ewa K. Czaczkowska, Grzegorz Polak, Stefan Wilkanowicz, ks. Jerzy Szymik, Marek Zając, Szymon Hołownia, ks. Marek Gancarczyk, ks. Kazimierz Sowa, Anna Gruszecka, Tomasz Królak, Jacek Moskwa, Krzysztof Ziemiec, ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Tomasz Rożek, Alina Petrowa-Wasilewicz, Brygida Grysiak, ks. Andrzej Draguła, Tomasz Krzyżak, Tomasz Terlikowski, Paulina Guzik i Monika Białkowska.

Organizacją Gali Nagrody „Ślad” zajmuje się Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka, powołane przez członków Kapituły Nagrody „Ślad”.

opr. jka, źródło: Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka

Dezinformacja i sztuczna inteligencja. Wyzwania stojące przed dziennikarstwem na konferencji Media Przyszłości

„Bez ciągłej i coraz głębszej współpracy wiarygodnych mediów demokratyczne społeczeństwa nie obronią się przed lawiną dezinformacji” – ostrzegał Clemens Pig, prezes Europejskiego Stowarzyszenia Agencji Prasowych (EANA), podczas piątej edycji konferencji Media Przyszłości zorganizowanej przez Polską Agencję Prasową.

Konferencja Media Przyszłości to cykliczne wydarzenie z udziałem przedstawicieli polskich i zagranicznych mediów oraz ekspertów branżowych, organizowane przez Polską Agencję Prasową. Jego celem jest dyskusja na temat trendów i zmian, jakim ulega dziennikarstwo, w kontekście zachodzących procesów geopolitycznych i rozwoju technologii.

Podczas tegorocznej edycji poruszano m.in. takie tematy jak wojna w Ukrainie, wszechobecne fake newsy czy ryzyka generowane przez sztuczną inteligencję.

„Jeszcze tak jest, że tak naprawdę to agencje prasowe decydują o tym, co jest w mediach, to my jesteśmy źródłem informacji. Nasze informacje zasilają cały ekosystem mediów. Jesteśmy chyba najbardziej odpowiedzialni za jakość informacji oraz za to, jak te informacje wyglądają i jak wyglądać powinny” – powiedział prezes PAP Wojciech Surmacz otwierając konferencję.

Przyznał jednak, że „jest z tym coraz większy problem, co najmniej od kilku lat – od roku 2014, bo wtedy wybuchła brutalna, bezwzględna i bezlitosna wojna przeciwko Ukrainie, którą wypowiedziała Rosja”.

„Od tamtej pory – szczególnie w Polsce i na Ukrainie – mamy do czynienia z bardzo dużym wyzwaniem, jakim jest walka z potężną falą nieprawdziwych informacji na temat tego, co się dzieje na Ukrainie i w Polsce. Musimy z tym walczyć i tłumaczyć całemu światu, jacy jesteśmy naprawdę” – stwierdził prezes PAP.

Także Clemens Pig, prezes EANA i jednocześnie dyrektor generalny Austriackiej Agencji Prasowej (APA) w swoim wystąpieniu zauważył, że skala wyzwań, stojących przed rzetelnym dziennikarstwem i wiarygodnymi tytułami medialnymi, jest dziś znacznie większa, niż kiedy organizowano pierwszą edycję konferencji Media Przyszłości.

„Pięć lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Najpierw pandemia, a teraz pełnowymiarowa agresja Rosji na Ukrainę przyspieszyły bardzo niebezpieczne zjawiska w naszej przestrzeni publicznej. Ich symbolem są dziś wszechobecne fake newsy, tworzone już nie tylko przez cyberprzestępców czy skorumpowane rządy, ale też coraz sprawniejszą sztuczną inteligencję” – oceniał Clemens Pig.

Zdaniem prezesa EANA o wartości i sile prawdziwych, sprawdzonych wiadomości, przygotowywanych i dystrybuowanych przez fachowe media, świadczy zajadłość, z jaką zwalczane są one przez Moskwę w trakcie trwającego konfliktu w Ukrainie.

„Każda wojna jest brutalną walką z prawdą i ciągłą próbą zagłuszania rzetelnych relacji dezinformacyjnym hałasem. Tym większą rolę do odegrania mają dziś agencje prasowe – poza dostarczaniem społeczeństwu faktów muszą także stale edukować wszystkich swoich pracowników, aby mogli oni skutecznie bronić się przed, coraz lepiej opracowanymi, fake newsami” – tłumaczył ekspert.

Clemens Pig podkreślił, że konferencja Media Przyszłości stanowi istotny element w budowaniu platformy dialogu i współpracy pomiędzy agencjami prasowymi z całego, wolnego świata.

„Żadna, nawet najbardziej wpływowa z nich, w pojedynkę nie poradzi sobie z globalnymi wyzwaniami i zagrożeniami. Ostatnio w Brukseli dyskutowaliśmy o potrzebie kompleksowego weryfikowania informacji pojawiających się w mediach społecznościowych – tylko to jedno działanie wymagać będzie zasobów i kompetencji wykraczających daleko poza możliwości konkretnej agencji pasowej” – wyjaśniał Clemens Pig.

opr. jka, źródła: PAP MediaRoom, pap.pl

 

 

KRZYSZTOF SAPAŁA: Pomnik Powstańców Warszawskich – pierwszy w Polsce!

Chodzi o pomnik poświęcony Powstańcom Warszawskim: Bohaterom Warszawy – Słupsk, który w pierwotnej drewnianej wersji stanął już 15 września 1945 roku. Deski symbolizowały mur, pod którym Niemcy w okupowanej Polsce dokonywali egzekucji.

Już po kilku miesiącach pomnik zaczął się jednak rozpadać. Dlatego warszawiacy, którzy po zakończeniu wojny osiedlili się w Słupsku, powołali do życia społeczny komitet budowy nowego pomnika.

Na czele komitetu stanął pochodzący z Krakowa Edward Łada-Cybulski, człowiek związany z teatrem i prasą, który został zatrudniony na stanowisku kierownika Wydziału Społecznego Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku. W skład komitetu budowy pomnika weszli m.in. ksiądz Jan Zieja – po wojnie przez jakiś czas związany ze Słupskiem i pobliskim Orzechowem oraz Michał Issajewicz pseudonim „Miś” – żołnierz Armii Krajowej, uczestnik zamachu na Franza Kutscherę.

Pieniądze na nowy pomnik zbierali nowi słupszczanie, przeważnie dawni mieszkańcy stolicy, często uczestnicy Powstania Warszawskiego. Część kosztów budowy pomnika pokrył Urząd Miasta Słupska.

Uroczyste odsłonięcie pomnika w miejscu prowizorycznego nastąpiło 15 września 1946 roku, czyli, równo rok po postawieniu pierwszego drewnianego pomnika. Cegły wykorzystane do budowy pomnika pochodzą ze zburzonych, ostrzelanych przez Niemców warszawskich kamienic.

Pomnik został zaprojektowany przez warszawskiego artystę Jana Małetę a wykonany przez Stanisława Wąsowicza i Stanisława Kołodziejskiego. Gotowy monument– wykonany w Warszawie – przyjechał do Słupska specjalnym transportem kolejowym, na który zgodę wyraziły ówczesne władze Warszawy.

Pomnik składa się z dwóch części.  Muru z cegieł przeszytych kulami oraz postaci poległego powstańca. W wyciągniętej wzdłuż ciała dłoni trzyma on granat tak zwaną filipinkę, a drugą opiera się na tarczy z herbem Warszawy. Nad poległym powstańcem pochyla się orzeł, a u jego stóp klęczy płaczące dziecko. W centralnej części muru znajduje się płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa na tle płonącego placu Zamkowego w Warszawie. Cokół zwieńcza napis: „Bohaterom Warszawy – Słupsk”.

W 1962 roku płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa ze słupskiego pomnika w niejasnych okolicznościach zginęła. Sprawców kradzieży nie ustalono, bo zapewne takowej nie było. Ktoś tę płaskorzeźbę Chrystusa owinął w szmaty i podrzucił nocą do Muzeum Pomorza Środkowego. W tym czasie miejsce Chrystusa zajął herb Słupska. W kwietniu 1981 roku za sprawą „Solidarności” pomnikowi przywrócono płaskorzeźbę ukrzyżowanego Chrystusa.

Warunki atmosferyczne oraz upływający czas spowodowały, że pomnik po prostu rozsypywał się i dlatego najpierw w 1984 roku a następnie w roku 2015 był remontowany, ale remonty te niestety nie przyniosły zamierzonego celu i dlatego w roku 2022 miasto otrzymało dotację na remont pomnika z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Renowacja pomnika odbyła się na zasadzie wymiany jego oryginalnych elementów wykonanych z brązu nowymi.

Wszystkie pierwotne części pomnika po odnowieniu trafiły do Izby Pamięci. Zadanie miało charakter prac konserwatorskich oraz restauratorskich i wykonane było zgodnie z ekspertyzą konserwatorską a także programem prac konserwatorsko-restauratorskich Pomnika Powstańców Warszawskich w Słupsku, który jest zabytkiem oraz decyzją Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku.

 

 

Dzieło polsko-ukraińskie w Grecji – TERESA KACZOROWSKA o odsłonięciu pomnika Juliusza Słowackiego na Peloponezie

W Grecji, w nadmorskim mieście Nauplion na Peloponezie, odsłonięto w niedzielę, 11 czerwca 2023 r. pomnik polskiego poety Juliusza Słowackiego. Monument stanął przy kościele katolickim pw. Przemienienia Pańskiego z inicjatywy jego proboszcza, chrystusowca ks. Ryszarda Karapudy.  Pomnik został sfinansowany przez tę parafię, a jego wykonawcami są ukraińscy artyści: rzeźbiarz Aleksander Porozhniuk i jego żona, historyk sztuki Liza Porozhniuk.

Artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Artyści ci pochodzą z Doniecka, od 2014 r. są uchodźcami wojennymi i przebywają w Polsce – znaleźli schronienie na plebanii w Zielonej na płn. Mazowszu.

Pisarka z Polski, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, dr Teresa Kaczorowska, wygłaszając podczas uroczystości odczyt o podróży Juliusza Słowackiego po Grecji w 1836 r. i jego związkach z Helladą, podkreśliła, że bez przyjaźni autorów pomnika z ks. Ryszardem Karapudą, z czasów kiedy ten duszpasterz pracował w Doniecku, nie byłoby tego monumentu.

– W Grecji powstało dzieło polsko-ukraińskie – mówiła. – Dziękuję Wam za nie z całego serca! Dziękuję za pamięć i hołd oddany wielkiemu polskiemu poecie. Dziękuję za ten pierwszy ślad upamiętniający obecność Juliusza Słowackiego w Helladzie 187 lat temu!

Uroczystość była bardzo podniosła. Uczestniczył w niej nuncjusz papieski w Grecji ks. biskup Jan Romeo Pawłowski, który przewodniczył mszy św. i wygłosił homilię. Była też konsul z Ambasady Polskiej w Atenach Ewa Pańczuk, ponadto dyrektor Instytutu Archeologicznego w Atenach prof. Juliusz Czebreszuk, działacze polonijni (Instytut J. Słowackiego przygotował ulotkę) oraz 40-osobowa grupa uczniów i nauczycieli ze Szkoły Polskiej w Atenach, którzy recytowali fragmenty wiersza „Grób Agamemnona” Juliusz Słowackiego. Z Polski przybyli też ukraińscy artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie.

Ks. Ryszard Karapuda z dr. Teresą Kaczorowską.

Uroczystość zakończyła się radosną biesiadą przy polskich gołąbkach, które przygotowali Wioletta i Marek Stuskowie, Polacy mieszkający w pobliskim Argos.

***

Juliusz Słowacki (ur. 4 września 1809 r. w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 r. w Paryżu) to jeden z największych poetów polskich, przedstawiciel epoki romantyzmu. Obok Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego jest jednym z polskich wieszczów narodowych.. Mimo iż żył niecałe 40 lat, jego twórczość literacka jest bogata i bardzo różnorodna – pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść.

Grecja ciekawiła Słowackiego od najmłodszych lat (jego ojciec, Euzebiusz Słowacki,  był filologiem klasycznym, grecystą). O wyprawie do Grecji, i dalej po Egipcie, Palestynie i Syrii, poeta marzył od lat. Zrealizował ją w okresie od sierpnia 1836 r. do czerwca 1837 r. Nazwie ją później „pobożną podróżą”.

Pierwszym etapem życiowej wędrówki poety była Grecja. Słowacki z kolegą, Zenonem Brzozowskim, wypłynęli z Neapolu 24 sierpnia 1836 r. Poeta zabrał ze sobą drewniany sekretarzyk podróżny, pióro, zeszyt na notatki oraz ołówek i album rysunkowy. 4 września 1836 r. przypłynęli na wyspę Korfu, gdzie Słowacki spędził 4 dni i spotkał się z greckim poetą Dionizosem Salomosem. Potem popłynął do Patry, gdzie odwiedził bohatera greckiego powstania narodowego Kanarisa (Konstantinosa). Z Patry Słowacki z kolegą udali się konno wzdłuż północnego brzegu Peloponezu do Nauplion – nadmorskiego miasta, które w latach 1823–1834, było pierwszą stolicą nowożytnego państwa greckiego, siedzibą pierwszego rządu wolnej Grecji i króla Ottona.

Być może Słowacki odwiedził w Nafplio świątynię, przy której stanął pomnik, ale była ona wtedy meczetem.  Dopiero w czerwcu 1839 r. król Otto przydzielił meczet katolikom, którzy było w Nafplio ok. 300 i nie mieli swojego kościoła. W 1840 r. przeprowadzono jego remont i król Otto nadał świątyni imię Przemienienia Pańskiego, co miało oznaczać przemianę Grecji po wyzwoleniu kraju z tureckiej długiej niewoli.

Z Napfilo Słowacki jechał przez Argolidę, w tym Argos, a 19 września 1836 r. dotarł z kolegą do Myken, które wywarły na nim ogromne wrażenie. Lwia Brama, zasypana rumowiskiem tysiącleci, ledwo wystawała wtedy ponad powierzchnię. Pobliski Grób Agamemnona (Skarbiec Atrydów) też nie przypominał dzisiejszego stanu. Wiodący do niego korytarz i brama do połowy były zasypane. W miejscu legendarnego grobu bohatera spod Troi, na tle dziejów starożytnej Grecji, poeta rozważał nieszczęsne losy własnego narodu. Pisał:

Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;

A teraz jesteś służebnicą cudzą — 

Choć wiem, że słowa te nie zadrżą długo

W sercu — gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

Mówię — bom smutny — i sam pełen winy!

(Juliusz Słowacki, „Grób Agamemnona”)

Te smutki i pamięć o Ojczyźnie poniesie Słowacki przez cały czas podróży…

Z Myken poeta udał się do Koryntu, w którym był zaledwie jeden dzień. Następnego dnia dotarł do Aten, gdzie spędził tydzień. Ostatnim punktem w Grecji była dla Słowackiego wyspa Siros, skąd odpłynął z kolegą statkiem do Aleksandrii. Na Siroz Słowacki napisał całą „Pieśń I i III” ze swej poetyckiej relacji z podróży. Z kolei pod Aleksandrią poeta-pielgrzym, poeta-tułacz, napisał sławny „Hymn o zachodzie słońca: Smutno mi Boże”… Najczystszy to przykład liryki religijnej uderzającej w ton prywatnej modlitwy pełnej tęsknoty do kraju i przeświadczenia o znikomości człowieczej egzystencji.

Później podróżował po Palestynie, Syrii i Libanie. Powrócił do Europy (do Livorno we Włoszech) 16 czerwca 1837 r. Z głową pełną wrażeń, jak pisał, po tej „ślicznej podróży”, „pełnej przyjemności i zachwyceń”.

Podróż ta była dla poety nieoceniona, zarówno pod względem twórczym, duchowym, jak zdrowotnym. Zaowocowała licznymi utworami i rysunkami, poeta wysłał też pięć listów do matki (zachowały się trzy), a reminiscencje tej podróży rozsypał później w całej swej twórczości. Poza tym podróż ta umocniła go na ciele, czuł się zdrowszy i silniejszy, a przede wszystkim bogatszy duchowo – powrócił nawet do praktyk religijnych. Po powrocie, 11 lipca 1837 r., Słowacki pisał z Livorno do matki:

„Grecja pełna ruin przecudownych podobała mi się bardzo, i bardziej niż Rzym mnie zachwyciła […].