Marcin Makowski wraca do dziennikarstwa. Dołączył do redakcji „Wprost”

Od lipca do redakcji tygodnika „Wprost” dołączył Marcin Makowski, były dziennikarz i publicysta m.in. Onetu, Wirtualnej Polski oraz Interii, który ostatnio pracował w amerykańskiej firmie technologicznej.

We „Wprost” Makowski ma m.in. zająć się tematami związanymi z polityką krajową i międzynarodową, społeczeństwem i nauką, w tym przeprowadzaniem cyklicznych wywiadów z czołowymi postaciami polskiego i międzynarodowego życia politycznego, społecznego i naukowego.

Marcin Makowski był wcześniej dyrektorem serwisów informacyjnych Interii, prowadził również „Rozmowy Makowskiego”. Przez blisko dekadę, pracował w Wirtualnej Polsce oraz w Onecie. Prowadził autorskie programy w krakowskim oddziale Polskiego Radia. Publikował również w tygodniku „Do Rzeczy”, „Rzeczpospolitej”, „Klubie Jagiellońskim”, „Polityce”, „Notes from Poland” i „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz na portalu Deon. W listopadzie 2022 roku ogłosił zakończenie kariery dziennikarskiej i objął stanowisko Media Managera w polskim oddziale amerykańskiej agencji technologicznej Vention.

– Zdecydowałem się na powrót do dziennikarstwa, bo wywiady i publicystyka to przestrzeń, w której czuję się najlepiej. Historia w ciągu ostatnich miesięcy zdecydowanie przyspieszyła, chcę ją uczciwie opisywać od strony społecznej, technologicznej i politycznej. „Wprost” daje mi do tego przestrzeń  – mówi Makowski, cytowany w komunikacie prasowym.

opr. jka, źródło: PMPG Polskie Media

O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.

 

O tym, jak zarabia się na wojnie pisze WALTER ALTERMANN: Porozumienia mińskie (3)

Najlepiej  politykę Francji i Niemiec wobec Moskwy widać na przykładzie tzw. „porozumień mińskich”. Ten dokument jest szczerym wyznaniem politycznej wiary Francji i Niemiec w Kreml i świadczy o celach względem Rosji. 

5 września 2014 członkowie trójstronnej grupy kontaktowej – Ukraina, Rosja i OBWE oraz przedstawiciele dwóch „republik ludowych” podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na obszarze Donbasu. Najważniejszy był punkt naczelny, nie objęty numeracją, a mówił on o natychmiastowym dwustronnym zawieszeniu broni. Następne ustalenia były takie:

  1. Przyznanie OBWE roli obserwatora przestrzegania zawieszenia broni.
  2. Wdrożenie decentralizacji władzy poprzez przyjęcie ustawy o szczególnym trybie funkcjonowania samorządu terytorialnego w części obwód donieckiego i ługańskiego.
  3. Utworzenie strefy bezpieczeństwa po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej, i monitorowanie przez OBWE sytuacji na granicy.
  4. Natychmiastowe uwolnienie wszystkich jeńców i zakładników przez obie strony.
  5. Przyjęcie ustawy zakazującej ścigania i karania osób związanych z rebelią w obwodzie donieckim i ługańskim.
  6. Przeprowadzenie dialogu ogólnonarodowego.
  7. Poprawienie sytuacji humanitarnej w Donbasie.
  8. Przeprowadzenie przedterminowych wyborów do władz lokalnych w wybranych częściach obwodu donieckiego i ługańskiego w związku z ich „specjalnym statusem” na podstawie prawa ukraińskiego.
  9. Wycofanie nielegalnych oddziałów zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy.
  10. Opracowanie programów gospodarczej odbudowy Donbasu.
  11. Udzielenie gwarancji osobistego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom rozmów.

Punkt 6, czyli strzał w tył głowy

Czy Zachód – głównie Francja i Niemcy – nie wiedział z kim ma do czynienia? Wiedział, ale chciał nadal handlować z Rosją i zarabiać. Czy od 2014 roku Francja i Niemcy zaczęły się zbroić? Niemcy „zbroili się” w oba Nordstreamy, a Francuzi bardzo cierpieli, gdy USA sprzeciwiły się sprzedaży okrętów wojennych klasy Mistral do Rosji.

Francja i Niemcy zakładają – dowodów nie mam, ale tak uważam – że wojna do nich nie dojdzie, że Rosja zaspokoi się Ukrainą, państwami bałtyckimi, a może nawet Polską.

Na wojnie potrzebne są nie tylko czołgi

Z wybuchem wojny na Ukrainie, a właściwie najazdu Rosji na Ukrainę większość państw Europy oraz USA ogłosiły embargo na sprzedaż Rosji uzbrojenia oraz elementów mogących służyć do produkcji broni – od pistoletów po rakiety, od śrubek po mikroprocesory. Czy rynek broni w jednej chwili padł, a jego gracze rwą sobie włosy, płacząc i rozdzierają szaty? Bynajmniej.

Uświadommy sobie do końca, że wojna potrzebuje wszystkiego, bo wojnę prowadzą ludzie. A ludzie potrzebują jedzenia, ubrań, śpiworów, mundurów, amunicji, karabinów i wszelakiej broni ciężkiej. W obecnej wojnie wykorzystuje się nie tylko pojazdy i machiny wojskowe, ale też ciężarówki, samochody terenowe a nawet motocykle. A te urządzenia – jak wszystkie inne – potrzebują części zamiennych, specjalistycznych olei, płynów chłodzących i setek innych rzeczy. A  jak tu odróżnić, czy silniki samochodowe, alternatory a nawet opony i zderzaki, trafiające do Rosjan zostaną wykorzystane w wojnie czy jedynie w celach cywilnych.

Mafia żywnościowo–zbrojeniowa

Już kilka miesięcy po wybuchu tej wojny okazało się, że rosyjski oddział francuskiej firmy Auchan dostarcza rosyjskiej armii jedzenie i środki higieny, wprost na front, do okopów. Wybuchł skandal, ale Auchan tłumaczył się, że ma przecież ważne kontrakty. Przyjęto to za wystarczające wyjaśnienie.

Ale co tam jedzenie. Okazało się, po zbadaniu zestrzelonych przez Ukraińców dronów, samolotów i helikopterów, że te rosyjskie „urządzenia awiacyjne” pełne są zachodnich elementów, bez których nie mogłyby latać. Gorzej, bo zbadano również czas ich produkcji, i okazało się, że te zachodnie części wyprodukowano całkiem niedawno, już w okresie obowiązującego embarga.

Jeszcze gorzej jest z rosyjskimi rakietami. Ostatnio pewna organizacja zajmująca się monitorowaniem tej wojny, wydała opinię, że około 8 procent części do rosyjskich rakiet wyprodukowano w USA. Nie podaję nazwy tej społecznej organizacji, bo też Amerykanie nie dementują tych rewelacji.

Niepełne embargo, czyli nic

Zachód nakłada na Rosję kolejne zakazy, zwane embargami. Lista towarów, których do Rosji eksportować nie wolno oraz tych, których z Rosji nie wolno sprowadzać rośnie, wydłuża się z każdym kolejnym embargiem. Te zakazy nigdy jednak nie były dla Rosji zbyt dotkliwe i nie osłabiły skutecznie ani rosyjskiej armii, ani gospodarki. Zachód tłumaczy się, że chodzi o to, aby Putin się opamiętał… Znaczy co? Czego naprawdę oczekują najbogatsze państwa Europy od Putina? Że przeprosi, wycofa się z zajętych terenów? A może jeszcze naprawi szkody.

Co i rusz jakiś polityk Francji lub Niemiec daje światu do zrozumienia – wprost lub nie wprost – że najlepiej by było, gdyby Ukraina zgodziła się na utratę swoich terytoriów, już zajętych przez Rosję, wtedy można by przystąpić do rozmów pokojowych. Jeżeli mamy takich sojuszników, to nasza przyszłość nie jest tak pewna jak się nam wydaje.

Kto jest najbardziej zadowolony z nakładanych przez Zachód zakazów handlu z Rosją? Oczywiście handlarze bronią. Bo ich „ceny zbytu” poszybowały w górę niebywale.

Tajni sojusznicy Rosji

Jak zachodnie części do rosyjskiej broni i uzbrojenia trafiają do dzisiejszego agresora, a przed tą wojną do głównego przeciwnika NATO?

Handlarze bronią i wszelkimi wojennymi akcesoriami tworzą właściwie rodzaj mafii. I jak to w mafii – konkurują ze sobą, ale też ściśle współpracują. Owszem, tajne służby mają wgląd w ich interesy, ale… po pierwsze niepełny, a po drugie nie wszystkie państwa – nawet te z NATO – są zainteresowane wstrzymaniem handlu z Rosją. Biznes to biznes, a wojna to tylko wojna – tak uważają niektórzy z dużych światowych graczy.

Okazało się, że handel bronią, choć teoretycznie kontrolowany przez duże państwa, jest rynkiem podziemnym. I nikt z producentów czy handlarzy nie chwali się na Facebooku czy Instagramie swoimi sukcesami.

Wystarczy, że ktoś – powiedzmy z Brazylii, Turcji czy Bangladeszu – kupi w USA, lub w Niemczech jakieś elektroniczne urządzenia. Powiedzmy czujniki i sterowniki, bądź elementy noktowizorów. Przeznaczeniem tych rzeczy mogą być pralki, zmywarki do naczyń, samochody, lornetki dla myśliwych, cywilne samoloty i helikoptery. Z pewnością zakup pierwotny musi być dokonany przez firmę zarejestrowaną w kraju, którego nie ma na liście zakazów, tworzonych przez ONZ lub USA.

Potem te niezbędne Rosji element rakiet i samolotów odbywają drogę po całym świecie, by w końcu trafić do Rosji właśnie. Czy ktoś jest w stanie śledzić tę drogę? Nie bardzo, tym bardziej, że wiele państw tzw. trzeciego świata ogłasza swą neutralność, co w praktyce oznacza, że nie interesują się z czego mają podatki lub łapówki.

Wszystko to byłoby wesołe, gdyby nie było bardzo smutne, że zacytuję mistrza Wyspiańskiego, który napisał w WESELU: „Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

Lepiej nie wiedzieć

Żeby nie było tak smutno, to teraz pozwalam sobie opowiedzieć mój ukochany, przedwojenny dowcip. Polscy pogranicznicy, tuż przy granicy z Niemcami łapią faceta z pełnym workiem na plecach.

– Co tam macie? – pyta dowódca patrolu.

– Żarcie dla psa – odpowiada przemytnik.

Strażnicy każą mu otworzyć worek, w środku znajdują papierosy i tytoń.

– To jest żarcie dla psa” – pyta dowódca patrolu.

– Ja mu niosę, nie chce, niech nie je – odpowiada przemytnik.

Czy światowi producenci uzbrojenia i części do urządzeń wojennych wiedzą, gdzie ostatecznie trafiają ich produkty? Myślę, że nie chcą wiedzieć.

 

Poznaliśmy nominowanych do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka

Agata Puścikowska, Małgorzata Ziętkiewicz oraz Marcin Jakimowicz – to finaliści tegorocznej edycji Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Z tej trójki jesienią zostanie wyłoniony Laureat, który w październiku na uroczystej gali Nagrody odbierze statuetkę autorstwa Gustawa Zemły oraz nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł.

Zgłoszenia kandydatów do Nagrody napłynęły z kilkunastu redakcji. Wymogi regulaminowe spełniało 16 wskazanych przez środowisko dziennikarskie osób. Kapituła Nagrody na posiedzeniu 19 czerwca 2023 r. nominowała trzy osoby. Są to:

Agata Puścikowska, dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, autorka książek, działaczka społeczna.

Kapituła doceniła doskonały warsztat dziennikarski Nominowanej, wrażliwość wobec tematów społecznych i spraw obecności w społeczeństwie osób niepełnosprawnych i opuszczonych; podejmowanie w publikacjach problematyki kobiet, rodziny; wydobywanie z drugiego planu postaci, które swoim życiem pokazują prawdziwe oblicze chrześcijaństwa.

Członkowie Kapituły doceniła także cykl publikacji książkowych Nominowanej poświęconych siostrom zakonnym, a także działalność społeczną w obszarze pro-life.

Małgorzata Ziętkiewicz, dziennikarka, reporterka telewizyjna Polsat News.

Nominowana od wielu lat zajmuje się problematyką kulturalną, społeczną i religijną. Kapituła uznała, że jej „materiały to najwyższa klasa dziennikarstwa telewizyjnego” – zawsze merytoryczne, zawsze ciekawe i atrakcyjne, zawsze z ogromną kulturą i piękną polszczyzną. Bez wątpienia promuje w nich dobro, prawdę i piękno.

Marcin Jakimowicz, dziennikarz i felietonista „Gościa Niedzielnego” oraz portalu gość.pl. Autor książek.

Zdaniem Kapituły stworzył oryginalny, charakterystyczny sposób pisania o wierze, na tematy religijne, który jest nie do podrobienia; szuka odpowiedzi na pytania które zadają sobie zwykli ludzie wierzący; w swoich tekstach pokazuje dobro w sposób atrakcyjny (wbrew temu, co najczęściej się mówi, że dla mediów dobro jest nieatrakcyjne, a tylko zło jest medialne).

Patronem nagrody, przyznawanej od 2002 roku, jest bp Jan Chrapek (1948–2001), człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego. W latach 1983–1986 był redaktorem naczelnym miesięcznika „Powściągliwość i Praca”, w okresie 1986–1992 przełożonym generalnym zgromadzenia księży michalitów. Autor licznych publikacji z zakresu teologii pastoralnej, zwłaszcza środków społecznego przekazu, m.in. „Recepcja programów TV przez młodzież” i „Kościół a media”. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1992 do 1994 r. był biskupem pomocniczym drohiczyńskim, w latach 1994–1999 biskupem pomocniczym toruńskim. Od 1999 roku do swojej tragicznej śmierci w wypadku samochodowym – biskup radomski.

Laureatami dotychczasowych edycji Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka byli kolejno: Ewa K. Czaczkowska, Grzegorz Polak, Stefan Wilkanowicz, ks. Jerzy Szymik, Marek Zając, Szymon Hołownia, ks. Marek Gancarczyk, ks. Kazimierz Sowa, Anna Gruszecka, Tomasz Królak, Jacek Moskwa, Krzysztof Ziemiec, ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Tomasz Rożek, Alina Petrowa-Wasilewicz, Brygida Grysiak, ks. Andrzej Draguła, Tomasz Krzyżak, Tomasz Terlikowski, Paulina Guzik i Monika Białkowska.

Organizacją Gali Nagrody „Ślad” zajmuje się Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka, powołane przez członków Kapituły Nagrody „Ślad”.

opr. jka, źródło: Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka

Dezinformacja i sztuczna inteligencja. Wyzwania stojące przed dziennikarstwem na konferencji Media Przyszłości

„Bez ciągłej i coraz głębszej współpracy wiarygodnych mediów demokratyczne społeczeństwa nie obronią się przed lawiną dezinformacji” – ostrzegał Clemens Pig, prezes Europejskiego Stowarzyszenia Agencji Prasowych (EANA), podczas piątej edycji konferencji Media Przyszłości zorganizowanej przez Polską Agencję Prasową.

Konferencja Media Przyszłości to cykliczne wydarzenie z udziałem przedstawicieli polskich i zagranicznych mediów oraz ekspertów branżowych, organizowane przez Polską Agencję Prasową. Jego celem jest dyskusja na temat trendów i zmian, jakim ulega dziennikarstwo, w kontekście zachodzących procesów geopolitycznych i rozwoju technologii.

Podczas tegorocznej edycji poruszano m.in. takie tematy jak wojna w Ukrainie, wszechobecne fake newsy czy ryzyka generowane przez sztuczną inteligencję.

„Jeszcze tak jest, że tak naprawdę to agencje prasowe decydują o tym, co jest w mediach, to my jesteśmy źródłem informacji. Nasze informacje zasilają cały ekosystem mediów. Jesteśmy chyba najbardziej odpowiedzialni za jakość informacji oraz za to, jak te informacje wyglądają i jak wyglądać powinny” – powiedział prezes PAP Wojciech Surmacz otwierając konferencję.

Przyznał jednak, że „jest z tym coraz większy problem, co najmniej od kilku lat – od roku 2014, bo wtedy wybuchła brutalna, bezwzględna i bezlitosna wojna przeciwko Ukrainie, którą wypowiedziała Rosja”.

„Od tamtej pory – szczególnie w Polsce i na Ukrainie – mamy do czynienia z bardzo dużym wyzwaniem, jakim jest walka z potężną falą nieprawdziwych informacji na temat tego, co się dzieje na Ukrainie i w Polsce. Musimy z tym walczyć i tłumaczyć całemu światu, jacy jesteśmy naprawdę” – stwierdził prezes PAP.

Także Clemens Pig, prezes EANA i jednocześnie dyrektor generalny Austriackiej Agencji Prasowej (APA) w swoim wystąpieniu zauważył, że skala wyzwań, stojących przed rzetelnym dziennikarstwem i wiarygodnymi tytułami medialnymi, jest dziś znacznie większa, niż kiedy organizowano pierwszą edycję konferencji Media Przyszłości.

„Pięć lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Najpierw pandemia, a teraz pełnowymiarowa agresja Rosji na Ukrainę przyspieszyły bardzo niebezpieczne zjawiska w naszej przestrzeni publicznej. Ich symbolem są dziś wszechobecne fake newsy, tworzone już nie tylko przez cyberprzestępców czy skorumpowane rządy, ale też coraz sprawniejszą sztuczną inteligencję” – oceniał Clemens Pig.

Zdaniem prezesa EANA o wartości i sile prawdziwych, sprawdzonych wiadomości, przygotowywanych i dystrybuowanych przez fachowe media, świadczy zajadłość, z jaką zwalczane są one przez Moskwę w trakcie trwającego konfliktu w Ukrainie.

„Każda wojna jest brutalną walką z prawdą i ciągłą próbą zagłuszania rzetelnych relacji dezinformacyjnym hałasem. Tym większą rolę do odegrania mają dziś agencje prasowe – poza dostarczaniem społeczeństwu faktów muszą także stale edukować wszystkich swoich pracowników, aby mogli oni skutecznie bronić się przed, coraz lepiej opracowanymi, fake newsami” – tłumaczył ekspert.

Clemens Pig podkreślił, że konferencja Media Przyszłości stanowi istotny element w budowaniu platformy dialogu i współpracy pomiędzy agencjami prasowymi z całego, wolnego świata.

„Żadna, nawet najbardziej wpływowa z nich, w pojedynkę nie poradzi sobie z globalnymi wyzwaniami i zagrożeniami. Ostatnio w Brukseli dyskutowaliśmy o potrzebie kompleksowego weryfikowania informacji pojawiających się w mediach społecznościowych – tylko to jedno działanie wymagać będzie zasobów i kompetencji wykraczających daleko poza możliwości konkretnej agencji pasowej” – wyjaśniał Clemens Pig.

opr. jka, źródła: PAP MediaRoom, pap.pl

 

 

KRZYSZTOF SAPAŁA: Pomnik Powstańców Warszawskich – pierwszy w Polsce!

Chodzi o pomnik poświęcony Powstańcom Warszawskim: Bohaterom Warszawy – Słupsk, który w pierwotnej drewnianej wersji stanął już 15 września 1945 roku. Deski symbolizowały mur, pod którym Niemcy w okupowanej Polsce dokonywali egzekucji.

Już po kilku miesiącach pomnik zaczął się jednak rozpadać. Dlatego warszawiacy, którzy po zakończeniu wojny osiedlili się w Słupsku, powołali do życia społeczny komitet budowy nowego pomnika.

Na czele komitetu stanął pochodzący z Krakowa Edward Łada-Cybulski, człowiek związany z teatrem i prasą, który został zatrudniony na stanowisku kierownika Wydziału Społecznego Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku. W skład komitetu budowy pomnika weszli m.in. ksiądz Jan Zieja – po wojnie przez jakiś czas związany ze Słupskiem i pobliskim Orzechowem oraz Michał Issajewicz pseudonim „Miś” – żołnierz Armii Krajowej, uczestnik zamachu na Franza Kutscherę.

Pieniądze na nowy pomnik zbierali nowi słupszczanie, przeważnie dawni mieszkańcy stolicy, często uczestnicy Powstania Warszawskiego. Część kosztów budowy pomnika pokrył Urząd Miasta Słupska.

Uroczyste odsłonięcie pomnika w miejscu prowizorycznego nastąpiło 15 września 1946 roku, czyli, równo rok po postawieniu pierwszego drewnianego pomnika. Cegły wykorzystane do budowy pomnika pochodzą ze zburzonych, ostrzelanych przez Niemców warszawskich kamienic.

Pomnik został zaprojektowany przez warszawskiego artystę Jana Małetę a wykonany przez Stanisława Wąsowicza i Stanisława Kołodziejskiego. Gotowy monument– wykonany w Warszawie – przyjechał do Słupska specjalnym transportem kolejowym, na który zgodę wyraziły ówczesne władze Warszawy.

Pomnik składa się z dwóch części.  Muru z cegieł przeszytych kulami oraz postaci poległego powstańca. W wyciągniętej wzdłuż ciała dłoni trzyma on granat tak zwaną filipinkę, a drugą opiera się na tarczy z herbem Warszawy. Nad poległym powstańcem pochyla się orzeł, a u jego stóp klęczy płaczące dziecko. W centralnej części muru znajduje się płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa na tle płonącego placu Zamkowego w Warszawie. Cokół zwieńcza napis: „Bohaterom Warszawy – Słupsk”.

W 1962 roku płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa ze słupskiego pomnika w niejasnych okolicznościach zginęła. Sprawców kradzieży nie ustalono, bo zapewne takowej nie było. Ktoś tę płaskorzeźbę Chrystusa owinął w szmaty i podrzucił nocą do Muzeum Pomorza Środkowego. W tym czasie miejsce Chrystusa zajął herb Słupska. W kwietniu 1981 roku za sprawą „Solidarności” pomnikowi przywrócono płaskorzeźbę ukrzyżowanego Chrystusa.

Warunki atmosferyczne oraz upływający czas spowodowały, że pomnik po prostu rozsypywał się i dlatego najpierw w 1984 roku a następnie w roku 2015 był remontowany, ale remonty te niestety nie przyniosły zamierzonego celu i dlatego w roku 2022 miasto otrzymało dotację na remont pomnika z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Renowacja pomnika odbyła się na zasadzie wymiany jego oryginalnych elementów wykonanych z brązu nowymi.

Wszystkie pierwotne części pomnika po odnowieniu trafiły do Izby Pamięci. Zadanie miało charakter prac konserwatorskich oraz restauratorskich i wykonane było zgodnie z ekspertyzą konserwatorską a także programem prac konserwatorsko-restauratorskich Pomnika Powstańców Warszawskich w Słupsku, który jest zabytkiem oraz decyzją Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku.

 

 

Dzieło polsko-ukraińskie w Grecji – TERESA KACZOROWSKA o odsłonięciu pomnika Juliusza Słowackiego na Peloponezie

W Grecji, w nadmorskim mieście Nauplion na Peloponezie, odsłonięto w niedzielę, 11 czerwca 2023 r. pomnik polskiego poety Juliusza Słowackiego. Monument stanął przy kościele katolickim pw. Przemienienia Pańskiego z inicjatywy jego proboszcza, chrystusowca ks. Ryszarda Karapudy.  Pomnik został sfinansowany przez tę parafię, a jego wykonawcami są ukraińscy artyści: rzeźbiarz Aleksander Porozhniuk i jego żona, historyk sztuki Liza Porozhniuk.

Artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Artyści ci pochodzą z Doniecka, od 2014 r. są uchodźcami wojennymi i przebywają w Polsce – znaleźli schronienie na plebanii w Zielonej na płn. Mazowszu.

Pisarka z Polski, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, dr Teresa Kaczorowska, wygłaszając podczas uroczystości odczyt o podróży Juliusza Słowackiego po Grecji w 1836 r. i jego związkach z Helladą, podkreśliła, że bez przyjaźni autorów pomnika z ks. Ryszardem Karapudą, z czasów kiedy ten duszpasterz pracował w Doniecku, nie byłoby tego monumentu.

– W Grecji powstało dzieło polsko-ukraińskie – mówiła. – Dziękuję Wam za nie z całego serca! Dziękuję za pamięć i hołd oddany wielkiemu polskiemu poecie. Dziękuję za ten pierwszy ślad upamiętniający obecność Juliusza Słowackiego w Helladzie 187 lat temu!

Uroczystość była bardzo podniosła. Uczestniczył w niej nuncjusz papieski w Grecji ks. biskup Jan Romeo Pawłowski, który przewodniczył mszy św. i wygłosił homilię. Była też konsul z Ambasady Polskiej w Atenach Ewa Pańczuk, ponadto dyrektor Instytutu Archeologicznego w Atenach prof. Juliusz Czebreszuk, działacze polonijni (Instytut J. Słowackiego przygotował ulotkę) oraz 40-osobowa grupa uczniów i nauczycieli ze Szkoły Polskiej w Atenach, którzy recytowali fragmenty wiersza „Grób Agamemnona” Juliusz Słowackiego. Z Polski przybyli też ukraińscy artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie.

Ks. Ryszard Karapuda z dr. Teresą Kaczorowską.

Uroczystość zakończyła się radosną biesiadą przy polskich gołąbkach, które przygotowali Wioletta i Marek Stuskowie, Polacy mieszkający w pobliskim Argos.

***

Juliusz Słowacki (ur. 4 września 1809 r. w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 r. w Paryżu) to jeden z największych poetów polskich, przedstawiciel epoki romantyzmu. Obok Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego jest jednym z polskich wieszczów narodowych.. Mimo iż żył niecałe 40 lat, jego twórczość literacka jest bogata i bardzo różnorodna – pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść.

Grecja ciekawiła Słowackiego od najmłodszych lat (jego ojciec, Euzebiusz Słowacki,  był filologiem klasycznym, grecystą). O wyprawie do Grecji, i dalej po Egipcie, Palestynie i Syrii, poeta marzył od lat. Zrealizował ją w okresie od sierpnia 1836 r. do czerwca 1837 r. Nazwie ją później „pobożną podróżą”.

Pierwszym etapem życiowej wędrówki poety była Grecja. Słowacki z kolegą, Zenonem Brzozowskim, wypłynęli z Neapolu 24 sierpnia 1836 r. Poeta zabrał ze sobą drewniany sekretarzyk podróżny, pióro, zeszyt na notatki oraz ołówek i album rysunkowy. 4 września 1836 r. przypłynęli na wyspę Korfu, gdzie Słowacki spędził 4 dni i spotkał się z greckim poetą Dionizosem Salomosem. Potem popłynął do Patry, gdzie odwiedził bohatera greckiego powstania narodowego Kanarisa (Konstantinosa). Z Patry Słowacki z kolegą udali się konno wzdłuż północnego brzegu Peloponezu do Nauplion – nadmorskiego miasta, które w latach 1823–1834, było pierwszą stolicą nowożytnego państwa greckiego, siedzibą pierwszego rządu wolnej Grecji i króla Ottona.

Być może Słowacki odwiedził w Nafplio świątynię, przy której stanął pomnik, ale była ona wtedy meczetem.  Dopiero w czerwcu 1839 r. król Otto przydzielił meczet katolikom, którzy było w Nafplio ok. 300 i nie mieli swojego kościoła. W 1840 r. przeprowadzono jego remont i król Otto nadał świątyni imię Przemienienia Pańskiego, co miało oznaczać przemianę Grecji po wyzwoleniu kraju z tureckiej długiej niewoli.

Z Napfilo Słowacki jechał przez Argolidę, w tym Argos, a 19 września 1836 r. dotarł z kolegą do Myken, które wywarły na nim ogromne wrażenie. Lwia Brama, zasypana rumowiskiem tysiącleci, ledwo wystawała wtedy ponad powierzchnię. Pobliski Grób Agamemnona (Skarbiec Atrydów) też nie przypominał dzisiejszego stanu. Wiodący do niego korytarz i brama do połowy były zasypane. W miejscu legendarnego grobu bohatera spod Troi, na tle dziejów starożytnej Grecji, poeta rozważał nieszczęsne losy własnego narodu. Pisał:

Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;

A teraz jesteś służebnicą cudzą — 

Choć wiem, że słowa te nie zadrżą długo

W sercu — gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

Mówię — bom smutny — i sam pełen winy!

(Juliusz Słowacki, „Grób Agamemnona”)

Te smutki i pamięć o Ojczyźnie poniesie Słowacki przez cały czas podróży…

Z Myken poeta udał się do Koryntu, w którym był zaledwie jeden dzień. Następnego dnia dotarł do Aten, gdzie spędził tydzień. Ostatnim punktem w Grecji była dla Słowackiego wyspa Siros, skąd odpłynął z kolegą statkiem do Aleksandrii. Na Siroz Słowacki napisał całą „Pieśń I i III” ze swej poetyckiej relacji z podróży. Z kolei pod Aleksandrią poeta-pielgrzym, poeta-tułacz, napisał sławny „Hymn o zachodzie słońca: Smutno mi Boże”… Najczystszy to przykład liryki religijnej uderzającej w ton prywatnej modlitwy pełnej tęsknoty do kraju i przeświadczenia o znikomości człowieczej egzystencji.

Później podróżował po Palestynie, Syrii i Libanie. Powrócił do Europy (do Livorno we Włoszech) 16 czerwca 1837 r. Z głową pełną wrażeń, jak pisał, po tej „ślicznej podróży”, „pełnej przyjemności i zachwyceń”.

Podróż ta była dla poety nieoceniona, zarówno pod względem twórczym, duchowym, jak zdrowotnym. Zaowocowała licznymi utworami i rysunkami, poeta wysłał też pięć listów do matki (zachowały się trzy), a reminiscencje tej podróży rozsypał później w całej swej twórczości. Poza tym podróż ta umocniła go na ciele, czuł się zdrowszy i silniejszy, a przede wszystkim bogatszy duchowo – powrócił nawet do praktyk religijnych. Po powrocie, 11 lipca 1837 r., Słowacki pisał z Livorno do matki:

„Grecja pełna ruin przecudownych podobała mi się bardzo, i bardziej niż Rzym mnie zachwyciła […].

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosjanie powtórzyli stalinowską zbrodnię

Cel zbrodni – wysadzenie zapory w Nowej Kachowce – jest taki sam jaki miał Stalin w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

18 sierpnia 1941 r., na rozkaz Stalina, wojska radzieckie 20 tonami materiałów wybuchowych wysadzili zaporę na Dnieprze w Zaporożu, aby opóźnić natarcie armii niemieckiej. Jak zawsze Rosjanie, publicznie oskarżyli o tę zbrodnię wojska niemieckie i dopiero po wojnie przyznali się do udziału w niej. Według różnych źródeł w wielkiej powodzi wzdłuż Dniepru zginęło wówczas od 20 do 100 tysięcy osób, w tym do 3 tysiące żołnierzy Armii Czerwonej, którzy utrzymywali linię frontu w pobliżu Zaporoża, a także dziesiątki tysięcy zwierząt. Gleba była zmyta na ogromnych obszarach wzdłuż biegu rzeki.

Przed rozpoczęciem rosyjskiej „gorącej wojny” z Ukrainą rosyjska propaganda chwaliła się, że „może zrobić to ponownie”. I w nocy 7 czerwca 2023 roku powtórzyli to – wysadzili zaporę w Nowej Kachowce na Dnieprze, ale już poniżej Zaporoża. Tym razem, jak poinformowało berlińskie biuro Światowego Programu Żywnościowego ONZ, z powodu zniszczenia tamy i powodzi na dużą skalę, ucierpią miliony ludzi. Przedstawiciel urzędu zaznaczył, że rozlana woda niszczy uprawy, pola, ogrody, przedsiębiorstwa przemysłowe, budynki mieszkalne, infrastrukturę oświaty, kultury, transportu itp. Setki tysięcy hektarów lądu zamienią się w „dno morza”. Fakt ten, zdaniem przedstawiciela ONZ, niszczy nadzieję 345 milionów głodujących na cały świecie ludzi na otrzymanie żywności w 2023 roku. Powiedział też, że ceny żywności na rynku światowym są najwyższe od 10 lat.

Skala i skutki zniszczenia tamy są ogromne. Obecnie z wyrwy w zaporze wypływa co sekundę 30 000 metrów sześciennych wody. Jej poziom poniżej tamy podnosi się bardzo szybko i jak przewidują eksperci, może wzrosnąć do 17 metrów powyżej normalnego poziomu, a woda rozleje się na miliony hektarów po obu stronach Dniepru, zalewając wszystko, co tam żyje. A powyżej wysadzonej tamy od Nowej Kachowki i wyżej od Zaporoża, a właściwie do Kijowa, poziom wody w Dnieprze może spaść o 5 – 10 metrów, co oznacza, że ​​woda cofnie się od brzegów za kilka miesięcy do100 metrów lub więcej. Dlatego już zasiane w tej okolicy pola, szklarnie, ogrody, które były nawadniane z Dniepru, stracą wodę. Wpłynie to też negatywnie na  system zaopatrzenia w wodę budownictwa mieszkaniowego i przemysłu.

Według doniesień ukraińskich mediów materiały wybuchowe zostały przywiezione na zaporę w Nowej Kachowce przez wojska rosyjskie zaraz po zajęciu tego terytorium, Zapora cały czas była w rękach Rosjan, a wojska ukraińskie nie miały do ​​niej dostępu. Materiały wybuchowe przywieziono ciężarówkami w ilości kilku ton i umieszczono wewnątrz tamy w pobliżu prądnic. Jedna z wersji, mówiąca o zniszczeniu zapory przez ostrzał z zewnątrz nie ma sensu, gdyż wyrwa w zaporze o takich rozmiarach mogła powstać jedynie w wyniku potężnego wybuchu z wnętrza konstrukcji. Cel tej zbrodni jest taki sam jak Stalina w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

Wysadzenie zapory w Nowej Kachowce nazywane jest poważnym przestępstwem przeciwko środowisku, ponieważ jego konsekwencje mają ogromny negatywny wpływ na populację nad Dnieprem, a także na świat zwierząt i ekologię rozległego regionu. Przede wszystkim jest to również akt terroryzmu nuklearnego, ponieważ elektrownia jądrowa w Zaporożu, obecnie przejęta przez Rosjan i zamknięta, wykorzystuje wodę z Dniepru do chłodzenia wyłączonych reaktorów. Poziom wody po powodzi obniży się, a jej dopływ do elektrowni jądrowej Zaporoże może zostać wstrzymany, co może doprowadzić do uszkodzenia reaktorów i uwolnienia substancji radioaktywnych do atmosfery.

Tylko natychmiastowa ewakuacja przez służby ukraińskie ludności z zalanych terenów pozwoliła zapobiec ofiarom w ludziach. Już pierwszego dnia z zalanych regionów ewakuowano ponad 2000 osób.

Ofiary są w świecie zwierząt, tych dzikich jeszcze nikt nie policzył, ale w całkowicie zalanym zoo w mieście Nowa Kachowka utonęło ponad 300 różnych osobników,  przeżyło tylko ptactwo wodne. Personel zoo nie był w stanie uratować zwierząt, ponieważ teren był zaminowany przez okupantów, którzy nie pozwalali pracownikom zbliżać się do zwierząt. Specjaliści ostrzegają, że z powodu zanieczyszczenia wody w Dnieprze rozpocznie się śmierć ryb, w niektórych miejscach już to nastąpiło.

Ponadto rozlana woda zalała magazyny chemiczne, toalety, wysypiska śmieci, może to doprowadzić do chorób i epidemii.

Po obu stronach Dniepru, gdzie utworzono linie obrony zarówno wojsk rosyjskich, jak i ukraińskich, zaminowano ogromne obszary, teraz miny zostały zmyte przez przepływ wody, swobodnie pływają i w każdej chwili mogą wybuchnąć.

Zarówno zalanie pól i gospodarstw rolnych poniżej zapory, jak i utrata plonów z powodu obniżenia poziomu wody na polach powyżej zapory – w równym stopniu doprowadzą do bankructwa rolników.

Detonacja tamy spowoduje również zaprzestanie dopływu wody do Kanału Północnokrymskiego, dla którego kiedyś budowano Zbiornik Kachowski i Elektrownię Kachowską. Okupantowi na Krymie udało się już radykalnie rozszerzyć uprawę zbóż – ryżu, kukurydzy, zbóż, roślin strączkowych i innych, których nie da się uprawiać bez wody. W tym roku, według oficjalnych danych Ministerstwa Rolnictwa Krymu, powierzchnia zasiewów wyłącznie pod ryż wzrosła sześciokrotnie, do ok. 3,5 tys. ha w porównaniu z 630 ha w 2022 r. Jednocześnie, jak wyjaśnili rolnicy, na hektar pól ryżowych potrzeba średnio od 15 do 25 metrów sześciennych wody. I raczej jej nie będzie. Dlatego rolnicy na okupowanym Krymie poniosą ogromne straty…

Jak poinformowała Prokuratura Generalna Ukrainy, o wysadzeniu tamy w Nowej Kachowce zawiadomiono już Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W jego imieniu zostanie przeprowadzone śledztwo w sprawie zbrodni. Obliczone będzie też odszkodowanie nie tylko za zniszczenia samej elektrowni wodnej, którą trzeba będzie odbudować po wyzwoleniu okupowanych terenów Ukrainy, ale także z tytułu utraty uprawy przez rolników, niszczenie budynków mieszkalnych, obiektów infrastruktury przemysłowej i cywilnej. Wszystkie te straty zostaną uwzględnione w ogólnej kwocie reparacji, które zostaną przedstawione Rosji po ukraińskim zwycięstwie.

 

Hubert Bekrycht: PRECZ Z KOMUNĄ!

34 i 31 lat temu wydarzyły się w Polsce rzeczy fundamentalne. W kolejności wybory, które, miały być wstępem do odzyskania niepodległości oraz zdrada elit układających się z komunistami wraz z  ich agenturą. Wybory 4 czerwca 1989 r. były zasłoną dymną przed upadkiem rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 r. 4 czerwca 89′ miał zapobiec realnemu upadkowi komunizmu, co próbowano zatrzymać 4 czerwa 92′. Na szczęście nieskutecznie.

O tym, że wybory 4 czerwca 1989 roku to lipa przekonałem się kilkanaście dni wcześniej. To wówczas niektórzy działacze polityczni Solidarności nie zaprotestowali, kiedy komuniści nie zarejestrowali NZS. W całym kraju rozpoczęły się strajki studenckie. Od końca maja do 3 czerwca 1989 r. strajkowaliśmy przy al. Kościuszki 65 w Łodzi.

Pudrowanie trupa

Wchodząc na strajk uważałem, że wybory 4 czerwca są ważne, wychodząc wiedziałem już, że to kit, że trzeba już tylko skreślić komuchów i ich pomocników z tzw. listy krajowej, bo te wybory to jednak była ściema. Pudrowanie komuszego trupa za zgodą części opozycji. Boleśnie się o tym przekonałem trzy lata później, 4 czerwca 1992 r. Czyja była Polska po upadku rządu premiera Olszewskiego? Komunistów i ich pomagierów. Dopiero po kilkunastu latach zaczęło się przejaśniać. No i się zaczęło.

Poduszka po upadku komuny

Opluwanie konserwatywnych rządów i ich wyborców to gra, która ma przestraszyć ludzi chcących aby Polska należała do jej obywateli – nie do rosyjskiej, czy innej obcej agentury i nie do nihilistycznych grup, dla których donosy do UE na Polskę są jedyną metodą polityczną. 4 czerwca 1989 r. rozpoczął proces hamowania rozpadu komunizmu i gloryfikacji PRL oraz jej służb siłowych. 4 czerwca 89′ doprowadził do 4 czerwca 92′, bo chciano wysadzić w powietrze marzenia Polaków o prawdziwej suwerenności. Komunistyczna bezpieka probówała zniszczyć wszystko, co symbolizowały solidarnościowe wartości.

A ty maszeruj, maszeruj…

Teraz też próbuje zniszczyć powołując się na marzenia o niepodległym kraju z 4 czerwca 89′ a milcząc o 4 czerwca 92′. Ten marsz ma bronić kraj przed legalnie wybraną władzą, konserwatywnym rządem wybranym przez wymaganą większość wyborców. To będzie marsz komunistycznych premierów z SLD (teraz w PE z list KO- PO), celebrytów mających w PRL jak w raju, sierot po PRL, którzy oprócz pieniedzy chcą władzy i pomagających im liberałów, lewicowców, lewaków a także olbrzymi zbiór – chcę w to wierzyć – zmanipulowanych osób. Na Wschodzie trwa inwazja ruskich barbarzyńców na Ukrainę. U nas trwa inwazja postkomunizmu na nasze umysły. Pod szyldem ważnej daty. Daty wykrzywionej poprzez manipulację faktów historycznych. Daty wykorzystanej cynicznie w polityce.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wielu morderców Witolda Pileckiego

25 maja 1948 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie komuniści zamordowali Witolda Pileckiego. Oskarżyciel – wyjątkowo dyspozycyjny i krwawy „prokurator” Czesław Łapiński, któremu Instytut Pamięci Narodowej postawił zarzut mordu sądowego na rotmistrzu, nie doczekał wyroku – zmarł w 2004 r. Winnych jest dużo więcej. To przywódcy komunistycznej partii i państwa, kierownictwo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, inni przedstawiciele „ludowego” wymiaru bezprawia, brutalni śledczy.

Wyrok na Pileckiego i jego współpracowników wydał – wspierany zakłamanymi tezami oskarżycielskimi „prokuratora” Czesława Łapińskiego o szpiegostwie i zaprzedaniu się obcym mocarstwom – Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: ppłk Jan Hryckowian (przewodniczący składu a zarazem szef „sądu”; przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim; w czasie wojny AK-owiec odznaczony Krzyżem Walecznych; skazał na śmierć co najmniej 16 żołnierzy niepodległościowego podziemia, orzekał m.in. w pokazowym procesie płk Jana Rzepeckiego, prezesa I Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość,), kpt. Józef Badecki (też przedwojenny prawnik – absolwent Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie; wydał co najmniej 29 !!!! wyroków śmierci, m.in. na słynnego dowódcę AK/WiN na Lubelszczyźnie, mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”) i kpt. Stefan Nowacki (ławnik, wzięty do sprawy z warszawskiej jednostki wojskowej). Ryszard Czarkowski, który protokołował rozprawę, twierdził potem, że nic nie pamięta, gdyż po pobycie w czasie wojny w obozie w Treblince zachorował na psychozę poobozową. Nie przeszkodziło mu to jednak zostać następnie adwokatem.

Zaraz po wyroku skład „sędziowski” w tajnej opinii napisał: „Z uwagi na popełnienie przez skazanych Pileckiego i Płużańskiego (Tadeusza, mojego ojca, kuriera Pileckiego do gen. Andersa – przyp. autora) najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali (…) skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują”.

Ojciec do końca życia (zmarł w 2002 r.) uważał swojego dowódcę za świętego polskiego patriotyzmu.

Pod szczególnym nadzorem

Nad „właściwym” przebiegiem śledztwa i procesu czuwał zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego do spraw szczególnych (oskarżenie Pileckiego i jego współpracowników miało charakter szczególny) ppłk Henryk Podlaski.

W dokumentach o Podlaskim czytamy: Podlaski Hersz, syn Mojżesza i Szpryncy Austern, ur. 7 marca 1919 r. w Suwałkach. Później imiona rodziców zmieniono – odpowiednio – na Maurycego i Stanisławę. W 1956 r. Henryk Podlaski zaczął używać imienia Bernard, po czym ślad po nim zaginął. Przez dłuższy czas szukała go KG MO, bezskutecznie. Mówiło się, że utonął w nurtach Bugu. Miał to być albo akt samobójczy, albo wynik nieudanej ucieczki na Wschód. W 1966 r., po 10 latach starań, żona krwawego „prokuratora” uzyskała potwierdzenie jego zgonu. Istnieją jednak relacje, że cała sprawa została sfingowana, a Podlaski… zamieszkał w ZSRS u boku swojej siostry, która wyszła za mąż za wysokiego funkcjonariusza NKWD.

3 maja 1948 r. Najwyższy Sąd Wojskowy wyrok na Pileckiego utrzymał w mocy. Z ramienia Naczelnej Prokuratury Wojskowej dopilnował tego mjr Rubin Szwajg. Urodzony 15 listopada 1898 r. w Jarosławiu, syn Dawida, podobnie jak Henryk (Hersz) Podlaski, w stalinowskiej „prokuraturze” był odpowiedzialny za sprawy szczególne. 10 lipca 1948 r. Szwajg napisał do MON prośbę o zwolnienie ze służby wojskowej: „z uwagi na to, że zamierzam wraz z żoną wyjechać do Izraela, by tam połączyć się z naszą najbliższą rodziną. Mamy w Izraelu córkę naszą, rodziców i rodzeństwo”. W latach 2000 Interpol dostarczył stronie polskiej takie oto dane: Rubin Szwajg – SHATKAY Reuben, s. David, ur. 15 listopada 1898 r., zm. 19 kwietnia 1992 r. w Izraelu.

Gmach stalinizmu

W składzie „sędziowskim” NSW, prócz spełniających drugorzędną rolę – płk Kazimierza Drohomireckiego, ppłk Romana Kryże i por. Jerzego Kwiatkowkiego, zasiadał mjr (potem ppłk) Leo (Lew) Hochberg. W akcie narodzin tego ostatniego czytamy: „W obecności Szoela Gohberga (Gochberga) – inspektora towarzystwa ubezpieczeniowego [ojciec Leo był wydawcą prasy żydowskiej i założycielem tygodnika „Frajtag” (później „Unzer Leben”)] i Gabiela Ołata (Oleła), miejscowego podrabina, urodził się (3) 15 lutego 1899 r. w Łodzi o godz. 11 w nocy z żony Rejzli z domu Wajntraub, 21 lat. Przy obrzezaniu nadano dziecku imię Lew”.

Leo Hochberg zmarł w 1978 r. W Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego (kwiecień-czerwiec 1978 r., nr 2 (106)) w rubryce „In memoriam” czytamy o Hochbergu, że „jako znawca problematyki i historii żydowskiej oraz znakomity hebraista” wniósł „poważny wkład do prac Instytutu”. Potem jest skrócony życiorys zmarłego: Po ukończeniu gimnazjum w Odessie (1917 r.) i prawa na Uniwersytecie Warszawskim (1926 r.) był radcą prawnym w Banku Dyskontowym w Warszawie. W dalszej części życiorysu napisano, że „w okresie II wojny światowej [już od 1939 r.] przebywał w Związku Radzieckim, pracując na różnych stanowiskach w bankowości i w przemyśle poligraficznym. Pełnił także funkcję przewodniczącego Związku Patriotów Polskich w ZSRR na okręg Baszkirskiej Republiki Autonomicznej. W 1944 r. wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, pełniąc służbę w sądownictwie wojskowym (m. in. „sędzia”, a następnie zastępca szefa Wojskowego Sądu Garnizonowego w rodzinnej Łodzi)”.

I dalej Biuletyn ŻIH: „Odszedł od nas wybitny erudyta, mądry doradca, uczynny i oddany współpracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce, człowiek wielkiego serca i dobroci”. Ani słowa o tym, że był stalinowskim pułkownikiem, a tym bardziej o jego udziale w mordzie sądowym na rotmistrzu Pileckim i procesach innych żołnierzy AK.

„Byłem bardzo zmęczony”

Sprawę nadzorował osobiście szef Departamentu Śledczego MBP, płk Józef Goldberg-Różański, który faktycznie wydawał wyroki. Pomagał mu naczelnik Wydziału II ppłk Adam Humer i dyr. Departamentu III MBP (ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem), inny płk Józef Czaplicki (Izydor Kurc) przez swoją nienawiść do AK-owców nazywany „Akowerem”.

Na biurka Różańskiego i Czaplickiego trafiały notatki „agentów celnych”, czyli więziennych kapusiów, rozpracowujących Pileckiego i jego wywiadowców. Dostawał je również wiceminister bezpieki gen. Roman Romkowski (Natan Kikiel), który faktycznie rządził MBP (szef resortu gen. Stanisław Radkiewicz – polski internacjonał, był figurantem).

Niektórych, podległych kierownictwu bezpieki, „oficerów” śledczych ze sprawy Pileckiego wymieńmy w kolejności alfabetycznej (w nawiasach data i miejsce śmierci). Stefan Alaborski (1972, Warszawa, pod zmienionym 12 lat wcześniej nazwiskiem Malinowski), Tadeusz Bochenek (1994, Warszawa), Henryk Buza (1970, miejsce nieznane), Walenty Chmiel (1952, Nieporęt – na skutek postrzelenia), Józef Dusza (1993, Warszawa), Władysław Fabiszewski (1987, Warszawa), Jan Janicki (1997, Toruń), Jerzy Kroszel (1989, Gdańsk), Stefan Skrzypiec (1988, Tarnowskie Góry), Tadeusz Słowianek (1993, Łódź, jako podpułkownik, na przebieg jego kariery nie wpłynęła surowa nagana, potem zatarta, którą otrzymał w 1962 r. za upicie się), Ludwik Woźnica (1988, Łódź). Jak widać, po odejściu z MBP, rozproszyli się po całym kraju.

W 2009 r. zmarł Marian Krawczyński, jeden z najbardziej „zasłużonych” w sprawie, podpisany pod aktem oskarżenia. Przed wojną skończył zawodówkę, po wojnie pułkownik. Jego sąsiadem na Mokotowie był zmarły w 2012 r. Eugeniusz Chimczak, najpierw śledczy PUBP w Tomaszowie Lubelskim, w końcu pułkownik w Warszawie, w bezpiece do… 15.06.1984 r. – Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą dupę, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wyciśniemy” – wspominał Chimczaka mój ojciec, Tadeusz Płużański, oficer Pileckiego do zadań specjalnych. – Spotkałem go w latach 70. na Nowym Świecie, ale nie naplułem mu w twarz.

Przy ul. Spacerowej mieszkał inny ober-oprawca Jerzy Kaskiewicz, zmarły w 1999 r. To on prowadził pierwsze przesłuchania grupy Pileckiego i wnosił o tymczasowy areszt, do czego „przychylił się” wiceszef Naczelnej Prokuratury Wojskowej ppłk Henryk (Hersz) Podlaski.

Kolejny ubek to Stanisław Łyszkowski, w latach 1955-1956 uczestnik kursu operacyjnego w ZSRS. Na emeryturę przeszedł w 1978 r., w stopniu generała brygady LWP, jako dyrektor Departamentu Techniki MSW.

Za stworzenie systemu przemocy współodpowiadał ppłk Ludwik Serkowski, zmarły w 1990 r. w Warszawie. Jego podwładny, a zarazem bezpośredni szef śledczych z Rakowieckiej, Bronisław Szymański, urodził się w 1922 r. w Omsku. Oddelegowany przez NKWD do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, trafił następnie do centrali MBP. W 1954 r. odwołany do ZSRS. Ślad po nim zaginął.

4 listopada 1947 r. Witold Pilecki, w obecności Krawczyńskiego i „prokuratora” NPW mjr Zenona Rychlika potwierdził, że złożone w śledztwie zeznania były dobrowolne. „Opieka” śledczego powodowała, że powiedzenie „prokuratorowi”, iż zeznania zostały wymuszone, mijało się z celem. Każda próba powiedzenia prawdy kończyła się wznowieniem śledztwa, czyli ponownymi torturami. Pamiętać trzeba również, że „prokurator” przychodził do więzienia, gdzie rządziła bezpieka i był na ogół osobą starannie wyselekcjonowaną. Odwołać zeznania można było dopiero przed „sądem”, z czego skorzystał rotmistrz. Na swoim procesie stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala „sądowa” też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało.

Dwaj „prokuratorzy”

Śmierć rotmistrza Pileckiego „przyklepał” inny komunistyczny morderca: Mieczysław Dytry, „prokurator” Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Jak się to odbyło? Dytry – 5 lutego 1948 r. – zatwierdził akt oskarżenia, zmajstrowany wcześniej w brutalnym śledztwie przez „oficerów” UB, zaakceptowany 23 stycznia 1948 r. przez wspomnianego już Adama Humera.

Zbrodniarz Dytry uznał, że oskarżenie Pileckiego – ochotnika do Auschwitz – ma oparcie w „ustaleniach” ubeckich przesłuchań, a przyjęta w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 kwalifikacja „przestępstw” jest zgodna z prawem. „Dokument” podpisał wspominany Henryk (Hersz) Podlaski, a dwa dni później, 7 lutego 1948 r. przesłał go do jednego z najkrwawszych komunistycznych trybunałów śmierci: Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Tam śmierć Witolda Pileckiego – jak już wiemy – została „sądownie” potwierdzona.

W sprawie rotmistrza i pozostałych uczestniczył także „prokurator” Stanisław Cypryszewski, na etacie w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Urodzony w 1893 r. w Kowlu. Jego życie nie wskazywało na późniejszą zdradę. Uczestnik powstania wielkopolskiego i wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. (po stronie polskiej). Brał również udział w wojnie obronnej 1939 r. i należał do Armii Krajowej. Przed wojną ukończył Wydział Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W czasie wojny, w latach 1940-1944, pracował w Sądzie Okręgowym w Lublinie.

Cypryszewski na drugą stronę przeszedł w 1944 r., kiedy został zmobilizowany do tzw. Ludowego Wojska Polskiego. W stalinowskiej Naczelnej Prokuraturze Wojskowej nadzorował eliminowanie przeciwników politycznych uzurpatorskiej komunistycznej władzy, co było ukryte pod funkcją pracownika Wydziału IX Wykonania Orzeczeń i Ułaskawień.
Jakie były opinie przełożonych o Cypryszewskim? „Poprawia stale styl i konstrukcje swych pism i powiększa swój zasób wiedzy prawniczej. Rokuje nadzieję, że po pewnym czasie będzie dobrym wiceprokuratorem Wydziału V N.P.W”.

„Na stanowisku wiceprokuratora dał się poznać jako dobry fachowiec – prawnik, wysoce zdyscyplinowany oficer, nie szczędzący wysiłków, by pracą swą i podległego mu personelu postawić na wyższym poziomie”.
Za tymi okrągłymi słowami kryje się dramat męczonych i mordowanych polskich niepodległościowców.

Po „okresie błędów i wypaczeń” został przeniesiony do rezerwy, rozpoczął lukratywną pracę jako adwokat i obrońca wojskowy w Warszawie. W końcu znał się na rzeczy, miał kontakty…

Stanisław Cypryszewski zmarł w Warszawie w 1983 r. w wieku 90 lat i został pochowany na Cmentarzu Komunalnym Północnym. Nigdy nie osądzony, nigdy nie napiętnowany.

Strzał w tył głowy

Egzekucję Witolda Pileckiego 25 maja 1948 r. nadzorował Ryszard Mońko, zastępca naczelnika mokotowskiego więzienia Alojzego Grabickiego.

Mońko (dwa zawody: technik rolniczy i mechanik, do 1962 r. był m. in. naczelnikiem więzienia w Częstochowie) zeznawał jako świadek (tak jak śledczy Krawczyński i Chimczak) na procesie „prokuratora” Czesława Łapińskiego.

– A jak było z egzekucją Pileckiego?

– To był jedyny przypadek w mojej karierze (prokuratorowi IPN Mońko powiedział, że w żadnej tego typu sprawie nie brał udziału). Zastępowałem Grabickiego, który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie „prokuratora” [mowa o wspomnianym już Stanisławie Cypryszewskim] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano (były wyjątki, komuniści powiesili np. gen. Fieldorfa, aby go upokorzyć). Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB (etatowy morderca starszy sierżant Piotr Śmietański, sądząc z podpisów na protokołach wykonania KS ledwo piśmienny). Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Wincenty Martusiewicz (z parafii św. Michała Archanioła na warszawskim Mokotowie).

– Gdzie pogrzebano Pileckiego?

– Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy.

– Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?

– A co miałem robić?

Ryszard Mońko do końca cieszył się spokojem i grubym portfelem (resortowa emerytura w wysokości 9 tys. złotych). Zmarł w 2016 r. w Hrubieszowie.

W egzekucji rotmistrza Pileckiego brał także udział Kazimierz Jezierski, ubecki lekarz, a prywatnie mąż słynnej piosenkarki Wiery Gran.

Do dziś szczątki Witolda Pileckiego nie zostały zidentyfikowane.