WALTER ALTERMANN: Walka antycypacji z przewidywaniem

Jeżeli językoznawcom, muzykologom i behawiorystom „antycypacja” może być przydatna, to już w codziennym, zwykłym języku powinniśmy mówić „przewidywanie”. Ciągle słyszę od sprawozdawców sportowych, że zawodnik „antycypuje” jeżeli dobrze ustawi się do odebrania piłki.  Tymczasem antycypacja – według słownika PWN to:

  1. zakładanie czegoś jeszcze nieistniejącego
  2. znaka, zapowiedź przyszłych wydarzeń
  3. pogląd przyjęty z góry, jeszcze nieudowodniony, ale znajdujący później swoje potwierdzenie
  4. niezgodna z porządkiem czasowym lub logicznym kolejność pojawiania się jakichś elementów w wypowiedzi
  5. muz. wprowadzenie do akordu jednego lub więcej dźwięków składowych akordu następnego
  6. przystosowanie się organizmu do bodźców.

Używanie rzeczonej „antycypacji” zamiast „przewidywania” nie jest zatem błędem, ale okropną manierą, która ma być świadectwem, że prosty sprawozdawca sportowy ma jednak jakieś wykształcenie i jest człowiekiem elity.

Prognoza versu przewidywanie

Od wielu lat mamy „prognozy pogody”. I uważamy to za oczywiste. Dlatego byłem ogromnie zdziwiony i uradowany, gdy w Polsacie jedna miła dziennikarka powiedziała, że przedstawi „przewidywaną na jutro pogodę”. Niby mała rzecz, a cieszy. Cieszy, że są jeszcze ludzie, którzy znają język polski i a nawet nim mówią.

Synergia serwisu

Lubię oglądać mecze, na przykład tenisowe. Lubię oglądać zmagania zawodników z przeciwnikami, z samymi sobą. Sport to ruch, a ruch to życie – a ja lubię życie. Niestety zmaganiom zawodnikom towarzyszą zmagania sprawozdawców z językiem polskim. Ostatnio jeden z nich stwierdził: „Mamy piękną synergię Igi i jej serwisu”. Jeden zwrot i dwa byki.

Po pierwsze – serwis jest wykonywany przez Igę, nie jest bytem osobnym, niezależnym od zawodniczki. Ergo – Iga nie współpracuje, nie współdziała z własnym serwisem.

Po drugie, synergia to, między innymi:

  1. W psychologii społecznej – wspólne działanie dające większe lub nowe efekty; działania uzupełniają się poprzez współpracę i synchronizację. Efekt zorganizowanej pracy zespołowej, który jest większy niż suma efektów działań indywidualnych. W wyniku synergii powstaje efekt organizacyjny będący przeciętną nadwyżką korzyści przypadającą na członka zespołu współdziałającego z pozostałymi osobami, w porównaniu z korzyścią możliwą do osiągnięcia w działaniu indywidualnym. Na przykład: Dwie osoby, działając razem, są w stanie przesunąć ciężką szafę o 10 metrów. Każda z nich osobno mogłaby przesunąć ją nie więcej niż np. 3 metry. Zatem maksymalna suma działań indywidualnych jest równa 2 × 3 m = 6 m, natomiast efekt działań wspólnych wynosi 10 m i jest większy niż suma działań indywidualnych.
  2. W teologii – synergizm jest również jednym z pojęć podstawowych dla teologii katolickiej oraz prawosławnej. Oznacza ona współpracę natury i łaski Bożej. Według tradycyjnej nauki katolickiej łaska jest czymś, co przychodzi do człowieka z nieba, z wolnej decyzji Boga. Następnie uzdalnia ona ludzką naturę do tego, aby człowiek za pomocą wolnej woli oraz uczynków mógł przekraczać swój grzeszny stan i wznosić się wyżej, w kierunku świętości. Między naturą a łaską istnieje zależność oraz równowaga. Przeakcentowanie roli łaski bez uwzględnienia współpracy ludzkich wysiłków prowadzi do kwietyzmu albo predestynacji, natomiast przeakcentowanie ludzkich wysiłków z pominięciem uprzedniości i konieczności łaski prowadzi do pelagianizmu.

Podejrzewam, że sprawozdawca sportowy nie ukończył wydziału psychologii, ale teologii bym nie wykluczał. I chyba pracę licencjacką pisał z „predystynacji” lub „kwietyzmu”.

Osoba w kryzysie

Upały są okropne. Dobrze więc, że we wszystkich stacjach telewizyjnych są ostrzeżenia i rady, jak upały przetrwać. Jednak zastanowiła mnie informacja w TVN, gdy powiedziano: „Jeżeli spotkamy leżącą na ławce osobę w kryzysie bezdomności, wezwijmy służby”.

Kim są „osoby w kryzysie bezdomności”? Są to osoby bezdomne – po prostu. Dlaczego jednak nie powiedziano tego wprost? Bo to – według dominującej obecnie filozofii społecznej – byłoby nieeleganckie, mogłoby takie osoby nieprzyjemnie dotknąć. Naprawdę jednak chodzi o to, żeby przedstawiać świat ładnie, elegancko i bezkonfliktowo. „Osoba w kryzysie bezdomności” to – według tej nowej filozofii – człowiek, który tylko czasowo, na czas kryzysu nie ma gdzie mieszkać.

Syte społeczeństwa Zachodu – a my nie wiadomo czemu za nimi – nie chcą wiedzieć, że są wśród nas biedni, nędzarze i bezdomni. Świat ma być ładniutki, bo pozwala bogatym spać spokojnie. Dlatego też mamy „wykluczonych ekonomicznie”, „wykluczonych edukacyjnie” i tak dalej.

To się po prostu nazywa zakłamanie.

Jak to jest z liczebnikami?

Program historyczny „Tajemnice słynnych budowli”, Discovery Historia, Lektor – „Gino Bartali pomógł ocalić ponad sześćset mężczyzn i kobiet”.

Bartali to wspaniała postać – wielokrotny zwycięzca Tour de France i Giro Italia, zapisał piękną kartę we włoskim ruchu oporu. Jak się szacuje przewiózł w ramie roweru dokumenty blisko tysiąca Żydów, którzy dzięki temu uniknęli komór gazowych Auschwitz. Szkoda więc, że pamięć takiego człowieka stacje telewizyjne traktują z takimi błędami językowymi.

A można było powiedzieć, że pomógł ocalić ponad sześćset osób – kobiet i mężczyzn. Dążenie redaktorów to jak najkrótszego wyrażania informacji jest doprawdy irytujące.

Indianie kontra Hindusi

Wiadomo, że Kolumb płynął do Indii, chcąc odkryć nową drogę morską. Dlatego to mieszkańców obu Ameryk nazywano Indianami, nawet wtedy, gdy pomyłka wyszła na jaw. Hindusi pozostali więc Hindusami, choć czasem nazywano ich także Indusami.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w programie o historii wielkich budowli, w Canal+ jakiś pan – lektor – spokojnie powiedział, że ta oto świątynia w okolicach Delhi, został zbudowana przez Indian, i że widać w niej wpływy arabskie w XIV wieku.

Całkowita rewelacja etniczna. No, ale Canal+ słynie z lekkiego podejścia do faktów jednocześnie biorąc za oglądanie ich programów ciężkie pieniądze. Nie ma na takie coś doczesnej kary?

 

Znane zjawisko społeczne opisuje WALTER ALTERMANN: Działacze sportowi

Jeszcze przed II wojną światową, jeżeli określano kogoś mianem działacza, to był to dla człowieka powód do dumy. Znaczyło to bowiem tyle, że jakiś pan – lub pani – poświęca wolny czas dla dobra społecznego. Byli działacze Polskiego Czerwonego Krzyża, Kropli Mleka a także klubów sportowych. Działacz – oznaczało także człowieka, który ze swego „społecznikostwa” nie czerpie żadnych materialnych korzyści.

Za czasów PRL sporo się zmieniło, bo działaczami określano tekże etatowych członków PZPR. Nie wypadało powiedzieć, że jakiś osobnik ma etat w strukturach miejskich, gminnych, wojewódzkich i krajowych partii. Władza bała się, że lud zacząłby podejrzewać interesowność „działaczy”. Doszło do tego, że etatowi pracownicy klubów, związków sportowych – na szczeblach wojewódzkim i krajowym – którzy pobierali niezłe wynagrodzenia byli „działaczami”.

Bądźmy jednak uczciwi – bywało i tak, że jakiś dyrektor dużego zakładu pracy, centrali czy zjednoczenia naprawdę działał w jakimś klubie społecznie, czyli bez żadnego wynagrodzenia. Ale „w zamian” uzyskiwał profity niematerialne, choć ważne. Po pierwsze – „w zamian” za bycie prezesem czy członkiem władz klubu, kierowany przez „działacza” zakład pracy przelewał na konto klubu spore kwoty. Drugie „w zamian” objawiało się tym, że działacz był znany i poklepywany po plecach przez najwyższe władze, a także często wyjeżdżał z klubem na Zachód. To wszystko się liczyło.

Ten skomplikowany układ „w zamian” bardzo trafnie przedstawiony jest w filmie „Piłkarski poker”. Film jest komedią, ale życie sportowe w naszym kraju to raczej dramat, żeby nie powiedzieć – tragedia. Jak jest dzisiaj z działaczami sportowymi? Inaczej, ale tak samo. Zmieniło się właściwie tylko to, że w grę wchodzą większe sumy – pod i na stole.

Biznesy działacza Mirosława Stasiaka

Były działacz piłkarski, skazany nie task dawno za udział w aferze korupcyjnej, podróżował z reprezentacją do Mołdawii i miał miejsce na trybunie VIP. Gdy wybuchła afera PZPN oświadczył, że Stasiaka zaprosił jeden ze sponsorów kadry.

– Wcześniej nie latałem z drużyną narodową – powiedział Stasiak. – Zaprosiła mnie firma Inszury i może nie powinienem był lecieć, ale miałem tam w Mołdawii biznesy do załatwienia na miejscu i to mnie ostatecznie przekonało do tej podróży. Bardzo żałuję, że wsiadłem do tego samolotu i poleciałem do Mołdawii na mecz. Przepraszam wszystkich kibiców naszej reprezentacji za tę sytuację oraz to, co działo się w ostatnich dniach.

Zirytowało to Rafała Brzoskę, właściciela firmy InPost, który napisał na Twitterze:

– Sugerowanie przez PZPN, że osoba powiązana z korupcją w piłce, czyli Pan Stasiak, rzekomo był zaproszony do Mołdawii przez jednego ze sponsorów (gdzie InPost jest jednym ze sponsorów) jest skandalicznym nadużyciem! Na meczu od nas byli jedynie pracownicy firmy. Oczekujemy natychmiastowego podania informacji, który ze sponsorów rzekomo zaprosił tę osobę. Po drugie — bardzo poważnie zastanawiamy się nad kontynuowaniem wsparcia polskiej piłki w formule, którą ostatnio obserwujemy. Nie pozwolimy na to, by nasz brand był wiązany z korupcją.             W dalszej części rozmowy ujawnił także kulisy swojej relacji z Cezarym Kuleszą, z którym miał się osobiście poznać stosunkowo niedawno, chociaż obaj panowie słyszeli o sobie już w czasie swojej działalności w polskich klubach.

Moralność? Nie wiem o co chodzi…

Afera jest grubym skandalem, który znowu podnosi problem moralnej jakości działaczy PZPN. Przecież prezes tego związku powinien chyba zainteresować się w czyim towarzystwie nasza dumna reprezentacja narodowa poleci na międzynarodowy mecz. Ważne jest też, że PZPN zareagował dopiero w momencie, gdy media sprawę ujawniły. Czyli do tego momentu pan Cezary Kulesza uważał, że zapraszanie na trybunę VIP aferzysty, który kupował i sprzedawał mecze, jest w porządku.

Sport podobno jest szkołą charakterów dla młodzieży. Zatem mam poważne obawy o przyszłość naszej grającej młodzieży, bo skoro można korumpować, kraść, być skazanym, a potem paradować w glorii i chwale, to znaczy, że wszystko jest dozwolone. Na miejscu pana Kuleszy spaliłbym się ze wstydu, albo najpierw ustąpił ze stanowiska, a potem spalił. Ale pan Kulesza jest zadowolony z siebie a winę zrzuca na sponsorów. Marnej jakości mamy działaczy, oj marniutkiej…

Jest jeszcze jeden maly, ale śmieszny wielce aspekt sprawy. Otóż w swym oświadczeniu skazany Stasiak mówi, że do Mołdawii poleciał, bo miał tam „biznesy”… Strach pomysleć jakie, bo czegóż jeszcze ten czlowiek może być specjalistą? Z pewnością nie ustawiania meczy, bo skoro dał się złapać… A samo pojęcie „biznesy” brzmi okropnie, po polsku mówimy „interesy”.

„Biznesy” mówią jedynie osoby zajmujące się interesami od niedawna, i którymi dla bezpieczeństwa powszechnego, powinien zajmować się prewencyjnie i stale prokurator.

Kluby jak dojne krowy

Dzisiaj większość działaczy sportowych nie przynosi klubom pieniędzy, a wręcz odwrotnie – oni dzięki klubom całkiem nieźle żyją. Jeden z mechanizmów jest prosty jak drut. Najpierw klub ustala regulamin reklam, z którego wynika, że osoba, która załatwi klubowi pieniądze za reklamowanie jakiejś firmy na koszulkach, na banerach stadionowych, etc. dostanie określony procent od „przyniesionych pieniędzy”.

W normalnym świecie „reklamodawców i reklamobiorców” – poza sportem – jest to od 10 do 20 procent wartości reklamy. Ale bywaly i są kluby, które pośrednikowi wypłacaja ponad 70 procent. Podobno tenże pośrednik dzieli się z reklamodawcą pod stołem…

Teoretycznie klub dostaje więc 100 procent, ale pod potrąceniu podatku, po odjęciu marży dla reklamodawcy, klubowi zostaje niekiedy ledwie 20 procent kwoty. Ale wszyscy są zadowoleni, poza klubami. Znałem klub, w którym za długi wyłączano już nawet światło, ale jakoś nikt z działaczy się tym nie przejmował. Byli uśmiechnięci i ciągle zmieniali samochody na lepsze.

 

 

 

PIOTR TURLIŃSKI: Jak trzeba pisać o teatrze

Przeczytałem ostatnio monografię „Teatr Stary, jaki był, 1945-2000” Elżbiety Morawiec. Książka została wydana w roku 2018, więc myślę, że prawdziwy miłośnik teatru jeszcze ją znajdzie, a warto, bo Elżbieta Morawiec napisała dzieło wspaniałe. Ta pozycja powinna być obowiązkowa dla studentów, absolwentów i wykładowców wszystkich naszych teatrologii.  

Problem jest jedynie z tytułem, bo obiekt tej monografii nazywa się właściwie inaczej, i jest to: „Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej – teatr w Krakowie”. Stary Teatr jest obok Teatru Narodowego w Warszawie jedną z dwóch narodowych scen dramatycznych, podlegających bezpośrednio Ministrowi Kultury id Dziedzictwa Narodowego. Czyli jest to Stary Teatr, ale w Krakowie wszyscy mówią Teatr Stary. I dlatego autorka dała swej pracy tytuł „krakowski”.

Zanim szerzej rozpłynę się w zachwycie nad dziełem Pani Morawiec, pozwolę sobie jednak przedstawić kłopotliwy, bo nędzny stan dzisiejszego pisania o zjawisku jakim jest teatr.

                Jak nie należy pisać o teatrze

Teatr był, jest i będzie niezwykle atrakcyjnym przedmiotem do opisywania, badania, recenzowania,  publicystyki a także plotek. Niestety w kilku ostatnich dziesięcioleciach mnożą się coraz szybciej teksty, których autorzy zdradzają głęboką niewiedzę. Podejrzewam, że jest to skutek fascynacji teatrem podgrzewanej podstawowym brakiem wiedzy o przedmiocie.

Niewątpliwie przyczyniają się do tego liczne wydziały kulturoznawstwa, na których wykłady i zajęcia prowadzą naukowcy, którzy teatr znają głównie z lektur innych naukowców. „Teatroznawstwo” zamknęło się we własnym kręgu i żyje samo dla siebie. Wytworzyło – jak każda nowa nauka – własny język, który ma opisywać rzeczywistość teatralną. Ale język ten w niczym nie przypomina języka ludzi teatru. No i jest nadęty, napuszony, przemądrzały i nazbyt pewny siebie.

Niestety pożytku z takich teatrologów nie mają ani twórcy teatru, ani widzowie. Pierwsi oczekują analiz swoich sukcesów i porażek, ciekawi są jak widzowie rozumieją treści i formę ich przedstawień, czy to co zamierzyli „przeszło przez rampę”. Widzowie natomiast oczekują od piszących, mówiących w programach telewizyjnych, niejako przewodnika po teatrze, mądrzejszego, który więcej niż oni zrozumiał – bo jest fachowcem. Czekają również na sprawiedliwe oceny spektakli, na zachęty lub odstręczanie pójścia do teatru.

Ale nie ma tak dobrze. Teatrologia jest nakierowana jedynie na teatrologów. Piszący o teatrze budują podejrzane struktury filozoficzne, psychologiczne, których rzekomo dopatrzyli się w przedstawieniach.

Może warto by było, zanim zacznie się o teatrze pisać, popracować dwa-trzy sezony w działach literackich teatrów? Myśl ta przyszła mi do głowy dlatego, że autorka omawianej pozycji była wieloletnim kierownikiem literackim kilku, bardzo dobrych teatrów.

Jak należy pisać o teatrze

Jak się pisze tak piękne dzieło, jakie stworzyła Elżbieta Morawiec? Trzeba mieć talent i wiedzę. A także wiedzieć, że pisze się „dla ludzi” a nie dla innych teatrologów. Przeczytałem kilkanaście monografii poświęconych innym polskim scenom. Autorami większości byli szacowni naukowcy, którzy jak jeden grzeszyli podejściem archiwisty. To znaczy starali się spisać, co i jakich autorów grano, ile razy, kto w danym przedstawieniu wystąpił, kto reżyserował… i tak dalej. Takie informacje znajdziemy również w pracy Elżbiety Morawiec, bo to obowiązek autora monografii. Ale prawie wszyscy jej poprzednicy – w dziele monografii teatrów – na tym poprzestawali. Z pewnością fenomen dzieła Elżbiety Morawiec bierze się stąd, że poznała teatr z bliska, najbliżej jak można – gdy nie jest się aktorem, lub reżyserem. Więcej – ona była ważnym współtwórcą teatru.

Elżbieta Morawiec, urodziła się w 1940 roku w Będzinie, zmarła w listopadzie 2022 roku. Była krytykiem teatralnym i literackim, publicystką, tłumaczką. W latach 1970-1990 była kierownikiem literackim Teatru Polskiego we Wrocławiu, Starego Teatru w Krakowie, warszawskiego Teatru Studio oraz poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. Była też członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz członkiem kapituły Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza.

Tym samym nie dziwi mnie, że ktoś z taką drogą życiową, z takim doświadczeniem zawodowym mógł napisać tak mądrą rozprawę o o teatrze. Elżbieta Morawiec napisała rzecz fascynującą, bo postarała się dotrzeć do źródeł, do przyczyn powstania fenomenu, jakim był Stary Teatr. Rozumiała też, że sztukę teatru tworzą ludzie – czyli artyści teatru. I dlatego jej książkę czyta się jak wciągający historyczny kryminał. Znajdziemy w niej żywych ludzi, którzy ten Teatr Stary tworzyli. Natkniemy się na momenty przełomowe w życiu tej sceny. Znajdziemy też – a może przede wszystkim – sylwetki wybitnych reżyserów i aktorów. Z książki Elżbiety Morawiec wyłania się obraz Teatru Starego na przestrzeni 55 lat. Obraz zmagań z władzami i z własnymi ograniczeniami artystów.

Pozwolę sobie przedstawić Państwu dwa fragmenty dzieła, żeby pokazać doskonałość pisania Elżbiety Morawiec. Na początek fragment opisujący lata stalinowskie, pierwsze lata istnienia Starego Teatru.

Pierwsze lata Starego Teatru

Nie podobna tu streszczać czy bodaj opowiadać tych sztuczydeł – zawsze gdzieś czyhał wróg klasowy, ponury imperialista, szkodnik społeczny etc. Niekiedy w tych swoistych pièces-bien faites (dobrze wykonane kawałki – redakcja) pobrzmiewała ironia. Na przykład w „Inżynierze Sabie” Anna tak wyznawała miłość tytułowemu bohaterowi:

„Wierzę w ciebie. Wierzę, że będziemy produkować najtańszą bieliznę. Chodzi mi o to, żeby ludzie zaczęli „wytwarzać” najdroższą i najtrwalszą miłość”.

W sztuce Maliszewskiego „Wczoraj i przedwczoraj” na tle tradycyjnego dramatu rodzinnego jaskrawo rysują się wątki, złożone w daninie dogmatowi. Brat marnotrawny to malwersant i uciekinier, pozytywny z przyczyn pozaideologicznych ojciec po wojnie zostaje przodownikiem pracy. A inna postać taką oto wygłasza apologię ojca:

Radość wielka nas przenika

Mamy ojca przodownika

Raz na tysiąc lat się zdarza

Taki fajny typ murarza

Myślał, myślał dnie i noce

Aż wyrobił 200 procent.

Nawet Jarosław Iwaszkiewicz, starając się trochę uczłowieczyć socrealistyczny schemat („W Błędomierzu” to był dramat rodzinny, „dobry” brat komunista i „zły” prawicowiec, antysemita, nie ustrzegł się politycznie słusznej, baśniowej iście puenty. W finale jedna z postaci powiada z namaszczeniem:

W każdym takim Błędomierzu – doktor Sawicki i mała Wala, i Rysio, i doktor Wikła, i księżyna, i Staniewicz – i wszyscy oni chcą, aby Polska była lepsza i mądrzejsza, i czystsza, i zdrowsza, i żeby cała ludzkość szła ku nowemu dniowi. Ile razy nas zło przemoże, to trzeba tylko wyciągać ręce do swoich współtowarzyszy i wziąć się w mocne, mocne koło. I wtedy prawdziwie odbudujemy Błędomierz”.

W Starym radzono sobie z produkcyjniakami także inaczej – Tadeusz Kwiatkowski (i spółka) napisali „Traktor i dziewczynę” jako musical, wielki Jan Kurnakowicz puszczał oko do widowni jako Prezes Charles K. MacPherson. Ubolewając nad niesprawiedliwością losu, która zmuszała wybitnego aktora do podejmowania takich zadań Henryk Vogler pisał: „Kreację Kurnakowicza należałoby sfilmować, udźwiękowić i umieścić w tym celu stworzonym archiwum aktorskim”.

Teatr tamtego czasu miał zadanie karkołomne – z jednej strony musiał oddać co nakazowe – nakazowej estetyce, z drugiej zaspokoić gusta publiczności a także starać się je podnieść na wyższy poziom. Rezultatem musiał być eklektyzm, ale w Starym Teatrze miał ten eklektyzm całkiem przyzwoity kształt. Repertuarowy i nie tylko.

Wielcy Starego Teatru

Jak się rzekło na początku, sztuka istniej tylko dzięki artystom. Artysty nie można administracyjnie mianować – choć były takie próby. Również nie stworzą artysty wyższe szkoły artystyczne, artystą człowiek się rodzi, a potem dorasta do sztuki i rośnie swoimi dziełami.

Książka Elżbiety Morawiec zawiera kilkanaście sylwetek wybitnych artystów, związanych ze Starym Teatrem. Zwróćmy uwagę, że swoje dzieło autorka dedykowała Jerzemu Treli, czyli wybitnemu, a może najwybitniejszemu aktorowi Starego Teatru. Z książki Morawiec wybrałem postać największego reżysera tej sceny, Konrada Swinarskiego. Poczytajmy, jak mądrze i wnikliwie portretuje go autorka.

Szczęściem w historii zapisuje się nie tylko cenzura i głupota władzy, ale także osiągnięcia ludzi naprawdę twórczych, A takich nie brakowało w czasach późnego Gomułki. Hübner wiedział, kogo angażuje podpisując w 1964 roku umowę z Konradem Swinarskim. A Swinarski był już wówczas kimś więcej niż dobrze się zapowiadającym młodym reżyserem. Laureat w 1960 roku Nagrody im. Leona Schillera, w 1964 wyróżniony przez niemiecką krytykę teatralną za inscenizację „Pluskwy” Majakowskiego w teatrze berlińskim. Dumny z współzałożenia w Belinie słynnego potem Theater am Halleschen Ufer.

I tu wkraczam na bardzo trudny teren – jak na kilkunastu stronach zapisać choćby część prawdy o genialnym artyście. A Konrad Swinarski niewątpliwie takim był. To się wiedziało już za jego krótkiego, dramatycznego życia.

Ktoś powiedział (Camus? Herling-Grudziński?), że artysta, to ktoś, kto ma los. Jeśli można tak powiedzieć Swinarski był człowiekiem, który losu miał aż w nadmiarze. Ojciec, oficer wojska polskiego, zmarł w 1935 roku, kiedy Konrad miał 6 lat. Matka, która nieopatrznie w czas okupacji przypisała się do narodowości niemieckiej, za co po wojnie skazano ja na obóz dla „wrogów narodu”, zmarła z głodu i wycieńczenia w październiku 1945, Swinarski miał wówczas 16 lat. Także w roku 1945 stracił jedynego brata – wcielony do Wehrmachtu Henryk Swinarski zginął w marcu 1945.

Tragiczne piętno odcisnęło na nim rozdarcie między dwiema kulturami – polska i niemiecką. Miotał się, nigdzie nie czuł się u siebie, wieczny uciekinier, lub jak pisali niektórzy – pielgrzym. Może raczej Edyp – uciekający przed zagadką swojego życia i nieustannie je zgłębiający. Elżbieta Witek-Swinarska pisała:

„ …ciągle uciekał z jednego miejsca w inne miejsce, od jednych ludzi do innych ludzi. Wszędzie było mu dobrze i źle równocześnie. Był w Warszawie, ciągnęło go do Berlina, był w Berlinie, tęsknił do Polski”.

Znacznie później, Jan Błoński, kierownik literacki Starego za czasów Konrada, diagnozował to głębiej:

„Miał wielkie poczucie tragiczności ludzkiego życia. Mógłbym tu wspomnieć zaledwie jakieś wrażenia… na przykład fascynację matką w całej komplikacji miłości i nienawiści. Miał silne poczucie winy, bo matka była właściwie Niemką i chciała nią pozostać. I on odczuwał to jakoś tak, że wszystkich zdradził… ojca zdradził z matką, matkę zdradził z Polską, potem Polskę z Niemcami, kiedy pojechał do Brechta… Stąd ciągły brak miejsca w świecie i silne poczucie winy”.

Istnieją wybitni nawet reżyserzy, dla których teatr jest po prostu realizacją pewnych intelektualno-artystycznych decyzji. Racjonalnych z ducha. Na pewno nie był takim dla Konrada – on poprzez teatr dokonywał nieustannych aktów samopoznania. W sztuce XX wieku można go porównać tylko z Pier Paolo Pasolinim, ta sama namiętność poznania prawdy ich obu zżerała. Prawdy o świecie, ale nade wszystko o sobie samym jako podmiocie i przedmiocie poznania. Był kimś, można rzec symbolicznym dla losu człowieka XX wieku, wieku totalitaryzmów.

Tragiczność przenikała jego życie, włączając w nie motyw losu ludzkiego XX wieku – losu wygnańców, ekspatrydów – „wykorzenionych ludzi”. Był „bezdomny” z winy historii przez duże H. Dom w kulturze polskiej nie był po prostu schedą, lecz świadomym wyborem. Pierwszą ojczyzną było jednak samotne „ja”. Teatr nie mógł być i nie był dla Swinarskiego miejscem uprawiania zawodu reżysera, lecz sceną życia.

Naprawdę warto przeczytać tę mądrą książkę Elżbiety Morawiec.

Elżbieta Morawiec, Teatr Stary jaki był 1945-2000. Wydanie pierwsze. Kraków 2018, ARCANA

Co słychać u zachodnich sąsiadów – MARIA GIEDZ o podcaście „DACHL, czyli Niemieckie Co Nieco”

W sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych.

Nasi zachodni sąsiedzi w polskich massmediach, zwłaszcza tych mainstreamowych, prezentowani są głównie w kontekście dominacji w Unii Europejskiej, ich stosunku do wojny na Ukrainie i polityczno-gospodarczych relacji z Polską. Nie komentuję czy dobrych, czy złych, po prostu relacji. Przeciętnego Kowalskiego niewiele to interesuje, gdyż postrzega kraj za Nysą jako miejsce, w którym można zarobić, zwłaszcza jeśli mieszka się w zachodnich rejonach Polski. Innych informacji, chyba że wiążą się z sensacją, najczęściej tragiczną w skutkach i to z udziałem naszych rodaków, można się tylko czasem doszukać. O Austrii czy Szwajcarii docierają do nas sporadycznie wiadomości. A na co dzień prawie niczego interesującego o sytuacji w tamtych państwach się nie słyszy, chyba że w sezonie zimowym, kiedy to sporo osób wyjeżdża na narty. A Lichtenstein? Kraj na „Antypodach”, bo właściwie nie wiadomo, gdzie leży i kto w nim mieszka. Sama przejeżdżałam przez to urokliwe „maleństwo” ze dwa razy, zatrzymując się jedynie przy szosie, bo wszędzie własność prywatna.

A tu proszę, ku mojemu miłemu zaskoczeniu w sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych. Załuski, członek gdańskiego oddziału SDP, przez lata mieszkający poza granicami Polski, zdecydował się na prezentowanie cotygodniowego przeglądu wiadomości z terenów Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Lichtensteinu – inaczej mówiąc z terenów DACHL. I tak też zatytułował swój podcast – „DACHL, czyli Niemieckie Co Nieco”, co jest skrótem utworzonym z pierwszych liter oryginalnych nazw owych czterech państw.

Prezentowane przez Załuskiego informacje nie są sensacjami, słynnymi hitami, bez których massmedia od lat nie potrafią funkcjonować. Wręcz przeciwnie, ukazują niemieckojęzyczne społeczeństwa, które, wbrew powszechnej wiedzy, mają podobne do naszych problemy. Jakie polskie media podają, że Austriacy są przeciwni imigrantom i że ich rząd zaostrza prawo imigracyjne, że chcą, aby instytucje unijne zapłaciły im za budowę murów i ogrodzeń uniemożliwiających nielegalne przekraczanie granicy rzekomym uchodźcom? Kto w Polsce mówi, że Austriacy nie chcą przyjmować do siebie owych migrantów i nie chcą płacić za osoby nieprzyjęte w ramach relokacji? Czy któreś z polskich mediów chociaż wspomniało, że Szwajcaria, mimo sankcji wprowadzonych na Rosję, nadal kupuje rosyjską ropę? To dosyć skomplikowany proceder, ale Załuskiemu udało się pokazać, że można obejść przepisy, gdyż szwajcarskie prawo nie ma zastosowania do szwajcarskich obywateli mieszkających za granicą.

To tylko niektóre przykłady, ale zdecydowanie przybliżają wiedzę, i nie tylko tę turystyczną, o krajach niemieckojęzycznych. Jeśli połączymy ją z regularnymi korespondencjami Jana Bogatko ze „Studia za Nysą” możemy wyrobić sobie zupełnie inne zdanie o tych naszych bliskich i nieco dalszych sąsiadach, a nie tkwić w stałych i coraz bardziej niezrozumiałych zawiłościach naszej krajowej polityki.

Poza typowymi informacjami Załuski wyszukuje też ciekawostki, jak ta z księstwa Lichtenstein, w którym od 170 lat prowadzi się badania archeologiczne potwierdzające 7 tys. lat historii ludzkiego osadnictwa na obszarze tego państwa. Oczywiście najwięcej informacji dotyczy Niemiec, gdzie jak podaje Załuski wzrasta ubóstwo dzieci, społeczeństwo żyje w coraz większym niezrozumieniu samych siebie, a politycy i ich partie systemowe tracą poparcie społeczeństwa na rzecz Alternatywy dla Niemiec, prawicowego ugrupowania pozasystemowego. Generalnie podcast DACHL, to zbiór co tydzień prezentowanych informacji, o których można się dowiedzieć jedynie wertując różnorodną prasę niemieckojęzyczną, pod warunkiem, że zna się biegle język niemiecki.

Każda audycja, a było już ich kilkanaście, kończy się fragmentem jednej z publikacji autorstwa Załuskiego, zazwyczaj opowieści o rzeczywistości znad Jeziora Bodeńskiego opartych na spostrzeżeniach autora, czyli z niemiecko-austriacko-szwajcarsko-lichtensteinskiego pogranicza.

 

Protest CMWP SDP przeciwko represjom reżimu na Białorusi wobec Radiu Unet – Redakcji Radia WNET

                                                                                                                            Warszawa, 10 lipca 2023 r.

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko uznaniu przez białoruski reżim Radia Unet – Redakcji Radia WNET dla Białorusi za medium ekstremistyczne i po raz kolejny w imieniu SDP, najstarszej i największej organizacji dziennikarskiej w Polsce, stanowczo potępia trwające na Białorusi represje, w tym  umotywowane politycznie działania administracyjne i procesy pokazowe stosowane także przeciwko mediom i współpracującym z nimi osobom.

4 lipca białoruski sąd uznał białoruską Redakcję Radia Wnet i portal Radio Unet.fm (Радыё Ўнет) za organizację ekstremistyczną. Poinformowało o tym 7 lipca b.r. Radio Wnet. Za przynależność do takiej organizacji na Białorusi grozi nawet 8 lat pozbawienia wolności. Status „organizacji ekstremistycznej” oznacza, iż za publikowanie przez ten podmiot materiałów dziennikarskich grozi odpowiedzialność administracyjna i/lub karna. W praktyce konsekwencją dla dziennikarza może być wysoka grzywna lub kara aresztu, a potem skazanie w procesie karnym na pobyt w więzieniu, czy nawet w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Represjonowani mogą być także odbiorcy takiego medium. Wg informacji dziennikarzy Radia Wnet za lajkowanie i podawanie dalej np. w mediach społecznościowych materiałów takiej organizacji uznanej na Białorusi za „ekstremistyczną” użytkownik może być ukarany grzywną w wysokości od 500 do 800 zł ( w przeliczeniu na polskie złotówki) lub 15-dniowym aresztem oraz konfiskatą „narzędzia przestępstwa”, czyli telefonu lub komputera. Za jakąkolwiek formę współpracy z takim medium grozi nawet 7 lat pozbawienia wolności, a za administrowanie „ekstremistycznych” kanałów i tworzenie materiałów grozi do 10 lat więzienia. Oczywistym jest, że perspektywa takiego wyroku powstrzymuje odbiorców  od sięgania do treści z niezależnych źródeł, także takich jak Radio Unet.

Radio Unet rozpoczęło swoją działalność 11 listopada 2020 roku i zostało utworzone przez dziennikarzy zmuszonych do opuszczenia Białorusi w wyniku represji. Białoruskie wydanie Radia Wnet jest częścią Polskiego Radia Wnet i jest nadawane codziennie rano i wieczorem. Jak czytamy na portalu wnet.fm Radio Unet powstało po to, aby Białorusini, którzy opuścili ojczyznę, mogli zabrać głos za granicą i wiedzieć, co dzieje się ze społeczeństwem białoruskim w różnych częściach świata. Audycje Radia Unet tworzą białoruscy redaktorzy we współpracy z polskimi studiami Radia Wnet w Warszawie, Kijowie, Wilnie i Lwowie oraz korespondentami Radia Wnet działającymi w Polsce, Ukrainie, Litwie i Szwajcarii.

Nie są to pierwsze wyroki sądów dotyczące mediów „ekstremistycznych”. W listopadzie 2021 r. MSW Białorusi uznało osoby „zrzeszone poprzez zasoby internetowe telewizji Biełsat” za formację ekstremistyczną, a w grudniu 2021 r. za taką organizację uznano Radio Swoboda i Radio Wolna Europa. Dziennikarze nadal są najczęstszym celem ataków białoruskiego reżimu, a obecnie co najmniej 29 niezależnych mediów zostało uznanych za „ekstremistyczne”,  zostały przez to zablokowane przez władze (dane z Rezolucji Parlamentu Europejskiego z  15 marca 2023 r.).  Według Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy debatę publiczną na Białorusi niemal całkowicie stłumiono. Należy przy tym podkreślić, iż od 2020 r. białoruskie sądy wydały setki niesprawiedliwych i arbitralnych wyroków w umotywowanych politycznie procesach, w których przesłuchania często odbywały się za zamkniętymi drzwiami, bez należytego procesu sądowego i bez umożliwienia ich obserwowania przez osoby z zewnątrz, np. dziennikarzy innych mediówJaskrawym przykładem takiej praktyki jest uwięzienie i skazanie Andrzeja Poczobuta, dziennikarza i działacza mniejszości polskiej na Białorusi, który został wpisany na „listę terrorystów”. Ponadto reżim Łukaszenki wciąż stosuje tortury, a więźniowie polityczni nadal informują o pogarszającym się stanie zdrowia, poniżaniu oraz nieludzkim i okrutnym traktowaniu więźniów politycznych na Białorusi. Dziennikarze pozostają jedną z grup najbardziej represjonowanych przez reżim, czego kolejnym jaskrawym przykładem jest uwięzienie i skazanie młodej współpracownicy Telewizji Biełsat Kaciaryny Andrejewej. 

Dlatego CMWP SDP po raz kolejny podkreśla kluczową rolę, jaką niezależne media odgrywają w głoszeniu i wspieraniu demokratycznych aspiracji narodu białoruskiego oraz  zwraca się z gorącym apelem  do międzynarodowych organizacji dziennikarskich, aby zwiększyły wsparcie na rzecz budowania zdolności białoruskiego społeczeństwa  do tworzenia wolnych i niezależnych mediów zarówno na Białorusi, jak i poza jej granicami.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

 

 

Materiały źródłowe:

https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2023-0075_PL.html

https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2022-0418_PL.html

https://wnet.fm/2023/07/07/radio-unet-zostalo-uznane-przez-bialoruski-rezim-za-ekstremistyczne/

Pazerni – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Mamona, mamona. Czego się nie robi, by chapnąć co się tylko da. Piłkarze wyłażą ze skóry – ale nie na boisku, a w reklamie. Why? Dlaczego tak niszczą sympatię kibiców, no i honor. Ciekawe ile można zarobić za przyjście przed kamerę i kłapnięcie jednym słowem. Głupie scenariusze reklam działają ponoć – zdaniem reklamodawców na świadomość telewidzów. To wątpliwe chyba, że kora mózgowa zardzewiała lub spróchniała.

Telewizje, radia żeby przeżyć muszą wpuszczać na antenę cały ten ściek. Są oczywiście reklamy w miarę kulturalne, zabawne i niegłupie. Np. takie było „ojciec prać!” albo „Pyrkosz, pyrkosz, a nie jedziesz”. Ale to wyjątki.

Dlaczego nie interweniuje KRRiTV? To nie jest wbrew wolności słowa. To działania w obronie gwałtownych doznań estetycznych widzów. W obronie jest niedoskonała, jakby bezradna. Przecież chamstwo, bezguście i tupet nie powinny być tolerowane. Nieśmiałość stróżów porządku medialnego to rodzaj tchórzostwa i niewypełnianie przyjętych obowiązków. A cóż jest ważniejszego niż pilnowanie, by media były dla społeczeństwa a nie przeciw niemu. Stróże karzą czasem za różne skrajne pomysły, ale to nie wystarcza. Głupota pozostaje bezkarna. Oczywiście trudno ją mierzyć, ale można. Wystarczy by decyzję powierzyć ludziom, którzy są najkrócej mówiąc „na poziomie” i poziom przekazu utrzymywać będą kierując się oceną estetyki , etyki i sensu.

Nie każdy może być jurorem. Dotyczy to wszelkich sędziów i takich ludzi, których wybieramy by oceniali. W ocenie ważne jest by wiedzieć i mieć odwagę. Nie zastąpią tego papierkowe przepisy i kolubrynowe regulaminy. Niestety nawet uznawani idole przysparzają kiczu. Czy się nie wstydzą? Przecież zarabiają bardzo dobrze. Ale wiadomo – masz milion to chcesz mieć dwa. Pazerność jest jak opium. Łykniesz i już nie jesteś sobą. A dlaczego pomagać tym bogatym – choć jak się mówi – biednym w gruncie rzeczy ludziom. Są – mówi się uzależnieni. Niestety to uproszczenie. Pazerność to nie choroba. Pigułek na to nie ma. Ale jest fiskus, urząd podatkowy.

Zarobki miesięczne sięgające kilkudziesięciu tysięcy to kpina. A uciekanie do rajów podatkowych – to kpina podwójna. Rechot cwaniaków tolerowany jest ciągle. Władza się zmienia. I nic nie robi by to nadużycie zlikwidować. Wyalienowali ze społeczeństwa są krytykowani, ale kpią sobie z tego. Mówi się, że to dotyczy niewielu. A jednocześnie – tak naprawdę – nie wiemy ilu ludzi w naszym kraju korzysta z „podatkowych rajów”. Oni w reklamach medialnych nie występują. Biznes lubi dyskrecję. Tak – zgoda, ale biznes uczciwy. Transparentny.

Mamy wolność słowa jak nigdy. Korzystajmy z tego koledzy dziennikarze.

 

Marcin Makowski wraca do dziennikarstwa. Dołączył do redakcji „Wprost”

Od lipca do redakcji tygodnika „Wprost” dołączył Marcin Makowski, były dziennikarz i publicysta m.in. Onetu, Wirtualnej Polski oraz Interii, który ostatnio pracował w amerykańskiej firmie technologicznej.

We „Wprost” Makowski ma m.in. zająć się tematami związanymi z polityką krajową i międzynarodową, społeczeństwem i nauką, w tym przeprowadzaniem cyklicznych wywiadów z czołowymi postaciami polskiego i międzynarodowego życia politycznego, społecznego i naukowego.

Marcin Makowski był wcześniej dyrektorem serwisów informacyjnych Interii, prowadził również „Rozmowy Makowskiego”. Przez blisko dekadę, pracował w Wirtualnej Polsce oraz w Onecie. Prowadził autorskie programy w krakowskim oddziale Polskiego Radia. Publikował również w tygodniku „Do Rzeczy”, „Rzeczpospolitej”, „Klubie Jagiellońskim”, „Polityce”, „Notes from Poland” i „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz na portalu Deon. W listopadzie 2022 roku ogłosił zakończenie kariery dziennikarskiej i objął stanowisko Media Managera w polskim oddziale amerykańskiej agencji technologicznej Vention.

– Zdecydowałem się na powrót do dziennikarstwa, bo wywiady i publicystyka to przestrzeń, w której czuję się najlepiej. Historia w ciągu ostatnich miesięcy zdecydowanie przyspieszyła, chcę ją uczciwie opisywać od strony społecznej, technologicznej i politycznej. „Wprost” daje mi do tego przestrzeń  – mówi Makowski, cytowany w komunikacie prasowym.

opr. jka, źródło: PMPG Polskie Media

O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.

 

O tym, jak zarabia się na wojnie pisze WALTER ALTERMANN: Porozumienia mińskie (3)

Najlepiej  politykę Francji i Niemiec wobec Moskwy widać na przykładzie tzw. „porozumień mińskich”. Ten dokument jest szczerym wyznaniem politycznej wiary Francji i Niemiec w Kreml i świadczy o celach względem Rosji. 

5 września 2014 członkowie trójstronnej grupy kontaktowej – Ukraina, Rosja i OBWE oraz przedstawiciele dwóch „republik ludowych” podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na obszarze Donbasu. Najważniejszy był punkt naczelny, nie objęty numeracją, a mówił on o natychmiastowym dwustronnym zawieszeniu broni. Następne ustalenia były takie:

  1. Przyznanie OBWE roli obserwatora przestrzegania zawieszenia broni.
  2. Wdrożenie decentralizacji władzy poprzez przyjęcie ustawy o szczególnym trybie funkcjonowania samorządu terytorialnego w części obwód donieckiego i ługańskiego.
  3. Utworzenie strefy bezpieczeństwa po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej, i monitorowanie przez OBWE sytuacji na granicy.
  4. Natychmiastowe uwolnienie wszystkich jeńców i zakładników przez obie strony.
  5. Przyjęcie ustawy zakazującej ścigania i karania osób związanych z rebelią w obwodzie donieckim i ługańskim.
  6. Przeprowadzenie dialogu ogólnonarodowego.
  7. Poprawienie sytuacji humanitarnej w Donbasie.
  8. Przeprowadzenie przedterminowych wyborów do władz lokalnych w wybranych częściach obwodu donieckiego i ługańskiego w związku z ich „specjalnym statusem” na podstawie prawa ukraińskiego.
  9. Wycofanie nielegalnych oddziałów zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy.
  10. Opracowanie programów gospodarczej odbudowy Donbasu.
  11. Udzielenie gwarancji osobistego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom rozmów.

Punkt 6, czyli strzał w tył głowy

Czy Zachód – głównie Francja i Niemcy – nie wiedział z kim ma do czynienia? Wiedział, ale chciał nadal handlować z Rosją i zarabiać. Czy od 2014 roku Francja i Niemcy zaczęły się zbroić? Niemcy „zbroili się” w oba Nordstreamy, a Francuzi bardzo cierpieli, gdy USA sprzeciwiły się sprzedaży okrętów wojennych klasy Mistral do Rosji.

Francja i Niemcy zakładają – dowodów nie mam, ale tak uważam – że wojna do nich nie dojdzie, że Rosja zaspokoi się Ukrainą, państwami bałtyckimi, a może nawet Polską.

Na wojnie potrzebne są nie tylko czołgi

Z wybuchem wojny na Ukrainie, a właściwie najazdu Rosji na Ukrainę większość państw Europy oraz USA ogłosiły embargo na sprzedaż Rosji uzbrojenia oraz elementów mogących służyć do produkcji broni – od pistoletów po rakiety, od śrubek po mikroprocesory. Czy rynek broni w jednej chwili padł, a jego gracze rwą sobie włosy, płacząc i rozdzierają szaty? Bynajmniej.

Uświadommy sobie do końca, że wojna potrzebuje wszystkiego, bo wojnę prowadzą ludzie. A ludzie potrzebują jedzenia, ubrań, śpiworów, mundurów, amunicji, karabinów i wszelakiej broni ciężkiej. W obecnej wojnie wykorzystuje się nie tylko pojazdy i machiny wojskowe, ale też ciężarówki, samochody terenowe a nawet motocykle. A te urządzenia – jak wszystkie inne – potrzebują części zamiennych, specjalistycznych olei, płynów chłodzących i setek innych rzeczy. A  jak tu odróżnić, czy silniki samochodowe, alternatory a nawet opony i zderzaki, trafiające do Rosjan zostaną wykorzystane w wojnie czy jedynie w celach cywilnych.

Mafia żywnościowo–zbrojeniowa

Już kilka miesięcy po wybuchu tej wojny okazało się, że rosyjski oddział francuskiej firmy Auchan dostarcza rosyjskiej armii jedzenie i środki higieny, wprost na front, do okopów. Wybuchł skandal, ale Auchan tłumaczył się, że ma przecież ważne kontrakty. Przyjęto to za wystarczające wyjaśnienie.

Ale co tam jedzenie. Okazało się, po zbadaniu zestrzelonych przez Ukraińców dronów, samolotów i helikopterów, że te rosyjskie „urządzenia awiacyjne” pełne są zachodnich elementów, bez których nie mogłyby latać. Gorzej, bo zbadano również czas ich produkcji, i okazało się, że te zachodnie części wyprodukowano całkiem niedawno, już w okresie obowiązującego embarga.

Jeszcze gorzej jest z rosyjskimi rakietami. Ostatnio pewna organizacja zajmująca się monitorowaniem tej wojny, wydała opinię, że około 8 procent części do rosyjskich rakiet wyprodukowano w USA. Nie podaję nazwy tej społecznej organizacji, bo też Amerykanie nie dementują tych rewelacji.

Niepełne embargo, czyli nic

Zachód nakłada na Rosję kolejne zakazy, zwane embargami. Lista towarów, których do Rosji eksportować nie wolno oraz tych, których z Rosji nie wolno sprowadzać rośnie, wydłuża się z każdym kolejnym embargiem. Te zakazy nigdy jednak nie były dla Rosji zbyt dotkliwe i nie osłabiły skutecznie ani rosyjskiej armii, ani gospodarki. Zachód tłumaczy się, że chodzi o to, aby Putin się opamiętał… Znaczy co? Czego naprawdę oczekują najbogatsze państwa Europy od Putina? Że przeprosi, wycofa się z zajętych terenów? A może jeszcze naprawi szkody.

Co i rusz jakiś polityk Francji lub Niemiec daje światu do zrozumienia – wprost lub nie wprost – że najlepiej by było, gdyby Ukraina zgodziła się na utratę swoich terytoriów, już zajętych przez Rosję, wtedy można by przystąpić do rozmów pokojowych. Jeżeli mamy takich sojuszników, to nasza przyszłość nie jest tak pewna jak się nam wydaje.

Kto jest najbardziej zadowolony z nakładanych przez Zachód zakazów handlu z Rosją? Oczywiście handlarze bronią. Bo ich „ceny zbytu” poszybowały w górę niebywale.

Tajni sojusznicy Rosji

Jak zachodnie części do rosyjskiej broni i uzbrojenia trafiają do dzisiejszego agresora, a przed tą wojną do głównego przeciwnika NATO?

Handlarze bronią i wszelkimi wojennymi akcesoriami tworzą właściwie rodzaj mafii. I jak to w mafii – konkurują ze sobą, ale też ściśle współpracują. Owszem, tajne służby mają wgląd w ich interesy, ale… po pierwsze niepełny, a po drugie nie wszystkie państwa – nawet te z NATO – są zainteresowane wstrzymaniem handlu z Rosją. Biznes to biznes, a wojna to tylko wojna – tak uważają niektórzy z dużych światowych graczy.

Okazało się, że handel bronią, choć teoretycznie kontrolowany przez duże państwa, jest rynkiem podziemnym. I nikt z producentów czy handlarzy nie chwali się na Facebooku czy Instagramie swoimi sukcesami.

Wystarczy, że ktoś – powiedzmy z Brazylii, Turcji czy Bangladeszu – kupi w USA, lub w Niemczech jakieś elektroniczne urządzenia. Powiedzmy czujniki i sterowniki, bądź elementy noktowizorów. Przeznaczeniem tych rzeczy mogą być pralki, zmywarki do naczyń, samochody, lornetki dla myśliwych, cywilne samoloty i helikoptery. Z pewnością zakup pierwotny musi być dokonany przez firmę zarejestrowaną w kraju, którego nie ma na liście zakazów, tworzonych przez ONZ lub USA.

Potem te niezbędne Rosji element rakiet i samolotów odbywają drogę po całym świecie, by w końcu trafić do Rosji właśnie. Czy ktoś jest w stanie śledzić tę drogę? Nie bardzo, tym bardziej, że wiele państw tzw. trzeciego świata ogłasza swą neutralność, co w praktyce oznacza, że nie interesują się z czego mają podatki lub łapówki.

Wszystko to byłoby wesołe, gdyby nie było bardzo smutne, że zacytuję mistrza Wyspiańskiego, który napisał w WESELU: „Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

Lepiej nie wiedzieć

Żeby nie było tak smutno, to teraz pozwalam sobie opowiedzieć mój ukochany, przedwojenny dowcip. Polscy pogranicznicy, tuż przy granicy z Niemcami łapią faceta z pełnym workiem na plecach.

– Co tam macie? – pyta dowódca patrolu.

– Żarcie dla psa – odpowiada przemytnik.

Strażnicy każą mu otworzyć worek, w środku znajdują papierosy i tytoń.

– To jest żarcie dla psa” – pyta dowódca patrolu.

– Ja mu niosę, nie chce, niech nie je – odpowiada przemytnik.

Czy światowi producenci uzbrojenia i części do urządzeń wojennych wiedzą, gdzie ostatecznie trafiają ich produkty? Myślę, że nie chcą wiedzieć.

 

Poznaliśmy nominowanych do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka

Agata Puścikowska, Małgorzata Ziętkiewicz oraz Marcin Jakimowicz – to finaliści tegorocznej edycji Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Z tej trójki jesienią zostanie wyłoniony Laureat, który w październiku na uroczystej gali Nagrody odbierze statuetkę autorstwa Gustawa Zemły oraz nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł.

Zgłoszenia kandydatów do Nagrody napłynęły z kilkunastu redakcji. Wymogi regulaminowe spełniało 16 wskazanych przez środowisko dziennikarskie osób. Kapituła Nagrody na posiedzeniu 19 czerwca 2023 r. nominowała trzy osoby. Są to:

Agata Puścikowska, dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, autorka książek, działaczka społeczna.

Kapituła doceniła doskonały warsztat dziennikarski Nominowanej, wrażliwość wobec tematów społecznych i spraw obecności w społeczeństwie osób niepełnosprawnych i opuszczonych; podejmowanie w publikacjach problematyki kobiet, rodziny; wydobywanie z drugiego planu postaci, które swoim życiem pokazują prawdziwe oblicze chrześcijaństwa.

Członkowie Kapituły doceniła także cykl publikacji książkowych Nominowanej poświęconych siostrom zakonnym, a także działalność społeczną w obszarze pro-life.

Małgorzata Ziętkiewicz, dziennikarka, reporterka telewizyjna Polsat News.

Nominowana od wielu lat zajmuje się problematyką kulturalną, społeczną i religijną. Kapituła uznała, że jej „materiały to najwyższa klasa dziennikarstwa telewizyjnego” – zawsze merytoryczne, zawsze ciekawe i atrakcyjne, zawsze z ogromną kulturą i piękną polszczyzną. Bez wątpienia promuje w nich dobro, prawdę i piękno.

Marcin Jakimowicz, dziennikarz i felietonista „Gościa Niedzielnego” oraz portalu gość.pl. Autor książek.

Zdaniem Kapituły stworzył oryginalny, charakterystyczny sposób pisania o wierze, na tematy religijne, który jest nie do podrobienia; szuka odpowiedzi na pytania które zadają sobie zwykli ludzie wierzący; w swoich tekstach pokazuje dobro w sposób atrakcyjny (wbrew temu, co najczęściej się mówi, że dla mediów dobro jest nieatrakcyjne, a tylko zło jest medialne).

Patronem nagrody, przyznawanej od 2002 roku, jest bp Jan Chrapek (1948–2001), człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego. W latach 1983–1986 był redaktorem naczelnym miesięcznika „Powściągliwość i Praca”, w okresie 1986–1992 przełożonym generalnym zgromadzenia księży michalitów. Autor licznych publikacji z zakresu teologii pastoralnej, zwłaszcza środków społecznego przekazu, m.in. „Recepcja programów TV przez młodzież” i „Kościół a media”. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1992 do 1994 r. był biskupem pomocniczym drohiczyńskim, w latach 1994–1999 biskupem pomocniczym toruńskim. Od 1999 roku do swojej tragicznej śmierci w wypadku samochodowym – biskup radomski.

Laureatami dotychczasowych edycji Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka byli kolejno: Ewa K. Czaczkowska, Grzegorz Polak, Stefan Wilkanowicz, ks. Jerzy Szymik, Marek Zając, Szymon Hołownia, ks. Marek Gancarczyk, ks. Kazimierz Sowa, Anna Gruszecka, Tomasz Królak, Jacek Moskwa, Krzysztof Ziemiec, ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Tomasz Rożek, Alina Petrowa-Wasilewicz, Brygida Grysiak, ks. Andrzej Draguła, Tomasz Krzyżak, Tomasz Terlikowski, Paulina Guzik i Monika Białkowska.

Organizacją Gali Nagrody „Ślad” zajmuje się Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka, powołane przez członków Kapituły Nagrody „Ślad”.

opr. jka, źródło: Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka