Dezinformacja i sztuczna inteligencja. Wyzwania stojące przed dziennikarstwem na konferencji Media Przyszłości

„Bez ciągłej i coraz głębszej współpracy wiarygodnych mediów demokratyczne społeczeństwa nie obronią się przed lawiną dezinformacji” – ostrzegał Clemens Pig, prezes Europejskiego Stowarzyszenia Agencji Prasowych (EANA), podczas piątej edycji konferencji Media Przyszłości zorganizowanej przez Polską Agencję Prasową.

Konferencja Media Przyszłości to cykliczne wydarzenie z udziałem przedstawicieli polskich i zagranicznych mediów oraz ekspertów branżowych, organizowane przez Polską Agencję Prasową. Jego celem jest dyskusja na temat trendów i zmian, jakim ulega dziennikarstwo, w kontekście zachodzących procesów geopolitycznych i rozwoju technologii.

Podczas tegorocznej edycji poruszano m.in. takie tematy jak wojna w Ukrainie, wszechobecne fake newsy czy ryzyka generowane przez sztuczną inteligencję.

„Jeszcze tak jest, że tak naprawdę to agencje prasowe decydują o tym, co jest w mediach, to my jesteśmy źródłem informacji. Nasze informacje zasilają cały ekosystem mediów. Jesteśmy chyba najbardziej odpowiedzialni za jakość informacji oraz za to, jak te informacje wyglądają i jak wyglądać powinny” – powiedział prezes PAP Wojciech Surmacz otwierając konferencję.

Przyznał jednak, że „jest z tym coraz większy problem, co najmniej od kilku lat – od roku 2014, bo wtedy wybuchła brutalna, bezwzględna i bezlitosna wojna przeciwko Ukrainie, którą wypowiedziała Rosja”.

„Od tamtej pory – szczególnie w Polsce i na Ukrainie – mamy do czynienia z bardzo dużym wyzwaniem, jakim jest walka z potężną falą nieprawdziwych informacji na temat tego, co się dzieje na Ukrainie i w Polsce. Musimy z tym walczyć i tłumaczyć całemu światu, jacy jesteśmy naprawdę” – stwierdził prezes PAP.

Także Clemens Pig, prezes EANA i jednocześnie dyrektor generalny Austriackiej Agencji Prasowej (APA) w swoim wystąpieniu zauważył, że skala wyzwań, stojących przed rzetelnym dziennikarstwem i wiarygodnymi tytułami medialnymi, jest dziś znacznie większa, niż kiedy organizowano pierwszą edycję konferencji Media Przyszłości.

„Pięć lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Najpierw pandemia, a teraz pełnowymiarowa agresja Rosji na Ukrainę przyspieszyły bardzo niebezpieczne zjawiska w naszej przestrzeni publicznej. Ich symbolem są dziś wszechobecne fake newsy, tworzone już nie tylko przez cyberprzestępców czy skorumpowane rządy, ale też coraz sprawniejszą sztuczną inteligencję” – oceniał Clemens Pig.

Zdaniem prezesa EANA o wartości i sile prawdziwych, sprawdzonych wiadomości, przygotowywanych i dystrybuowanych przez fachowe media, świadczy zajadłość, z jaką zwalczane są one przez Moskwę w trakcie trwającego konfliktu w Ukrainie.

„Każda wojna jest brutalną walką z prawdą i ciągłą próbą zagłuszania rzetelnych relacji dezinformacyjnym hałasem. Tym większą rolę do odegrania mają dziś agencje prasowe – poza dostarczaniem społeczeństwu faktów muszą także stale edukować wszystkich swoich pracowników, aby mogli oni skutecznie bronić się przed, coraz lepiej opracowanymi, fake newsami” – tłumaczył ekspert.

Clemens Pig podkreślił, że konferencja Media Przyszłości stanowi istotny element w budowaniu platformy dialogu i współpracy pomiędzy agencjami prasowymi z całego, wolnego świata.

„Żadna, nawet najbardziej wpływowa z nich, w pojedynkę nie poradzi sobie z globalnymi wyzwaniami i zagrożeniami. Ostatnio w Brukseli dyskutowaliśmy o potrzebie kompleksowego weryfikowania informacji pojawiających się w mediach społecznościowych – tylko to jedno działanie wymagać będzie zasobów i kompetencji wykraczających daleko poza możliwości konkretnej agencji pasowej” – wyjaśniał Clemens Pig.

opr. jka, źródła: PAP MediaRoom, pap.pl

 

 

KRZYSZTOF SAPAŁA: Pomnik Powstańców Warszawskich – pierwszy w Polsce!

Chodzi o pomnik poświęcony Powstańcom Warszawskim: Bohaterom Warszawy – Słupsk, który w pierwotnej drewnianej wersji stanął już 15 września 1945 roku. Deski symbolizowały mur, pod którym Niemcy w okupowanej Polsce dokonywali egzekucji.

Już po kilku miesiącach pomnik zaczął się jednak rozpadać. Dlatego warszawiacy, którzy po zakończeniu wojny osiedlili się w Słupsku, powołali do życia społeczny komitet budowy nowego pomnika.

Na czele komitetu stanął pochodzący z Krakowa Edward Łada-Cybulski, człowiek związany z teatrem i prasą, który został zatrudniony na stanowisku kierownika Wydziału Społecznego Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku. W skład komitetu budowy pomnika weszli m.in. ksiądz Jan Zieja – po wojnie przez jakiś czas związany ze Słupskiem i pobliskim Orzechowem oraz Michał Issajewicz pseudonim „Miś” – żołnierz Armii Krajowej, uczestnik zamachu na Franza Kutscherę.

Pieniądze na nowy pomnik zbierali nowi słupszczanie, przeważnie dawni mieszkańcy stolicy, często uczestnicy Powstania Warszawskiego. Część kosztów budowy pomnika pokrył Urząd Miasta Słupska.

Uroczyste odsłonięcie pomnika w miejscu prowizorycznego nastąpiło 15 września 1946 roku, czyli, równo rok po postawieniu pierwszego drewnianego pomnika. Cegły wykorzystane do budowy pomnika pochodzą ze zburzonych, ostrzelanych przez Niemców warszawskich kamienic.

Pomnik został zaprojektowany przez warszawskiego artystę Jana Małetę a wykonany przez Stanisława Wąsowicza i Stanisława Kołodziejskiego. Gotowy monument– wykonany w Warszawie – przyjechał do Słupska specjalnym transportem kolejowym, na który zgodę wyraziły ówczesne władze Warszawy.

Pomnik składa się z dwóch części.  Muru z cegieł przeszytych kulami oraz postaci poległego powstańca. W wyciągniętej wzdłuż ciała dłoni trzyma on granat tak zwaną filipinkę, a drugą opiera się na tarczy z herbem Warszawy. Nad poległym powstańcem pochyla się orzeł, a u jego stóp klęczy płaczące dziecko. W centralnej części muru znajduje się płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa na tle płonącego placu Zamkowego w Warszawie. Cokół zwieńcza napis: „Bohaterom Warszawy – Słupsk”.

W 1962 roku płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa ze słupskiego pomnika w niejasnych okolicznościach zginęła. Sprawców kradzieży nie ustalono, bo zapewne takowej nie było. Ktoś tę płaskorzeźbę Chrystusa owinął w szmaty i podrzucił nocą do Muzeum Pomorza Środkowego. W tym czasie miejsce Chrystusa zajął herb Słupska. W kwietniu 1981 roku za sprawą „Solidarności” pomnikowi przywrócono płaskorzeźbę ukrzyżowanego Chrystusa.

Warunki atmosferyczne oraz upływający czas spowodowały, że pomnik po prostu rozsypywał się i dlatego najpierw w 1984 roku a następnie w roku 2015 był remontowany, ale remonty te niestety nie przyniosły zamierzonego celu i dlatego w roku 2022 miasto otrzymało dotację na remont pomnika z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Renowacja pomnika odbyła się na zasadzie wymiany jego oryginalnych elementów wykonanych z brązu nowymi.

Wszystkie pierwotne części pomnika po odnowieniu trafiły do Izby Pamięci. Zadanie miało charakter prac konserwatorskich oraz restauratorskich i wykonane było zgodnie z ekspertyzą konserwatorską a także programem prac konserwatorsko-restauratorskich Pomnika Powstańców Warszawskich w Słupsku, który jest zabytkiem oraz decyzją Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku.

 

 

Dzieło polsko-ukraińskie w Grecji – TERESA KACZOROWSKA o odsłonięciu pomnika Juliusza Słowackiego na Peloponezie

W Grecji, w nadmorskim mieście Nauplion na Peloponezie, odsłonięto w niedzielę, 11 czerwca 2023 r. pomnik polskiego poety Juliusza Słowackiego. Monument stanął przy kościele katolickim pw. Przemienienia Pańskiego z inicjatywy jego proboszcza, chrystusowca ks. Ryszarda Karapudy.  Pomnik został sfinansowany przez tę parafię, a jego wykonawcami są ukraińscy artyści: rzeźbiarz Aleksander Porozhniuk i jego żona, historyk sztuki Liza Porozhniuk.

Artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Artyści ci pochodzą z Doniecka, od 2014 r. są uchodźcami wojennymi i przebywają w Polsce – znaleźli schronienie na plebanii w Zielonej na płn. Mazowszu.

Pisarka z Polski, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, dr Teresa Kaczorowska, wygłaszając podczas uroczystości odczyt o podróży Juliusza Słowackiego po Grecji w 1836 r. i jego związkach z Helladą, podkreśliła, że bez przyjaźni autorów pomnika z ks. Ryszardem Karapudą, z czasów kiedy ten duszpasterz pracował w Doniecku, nie byłoby tego monumentu.

– W Grecji powstało dzieło polsko-ukraińskie – mówiła. – Dziękuję Wam za nie z całego serca! Dziękuję za pamięć i hołd oddany wielkiemu polskiemu poecie. Dziękuję za ten pierwszy ślad upamiętniający obecność Juliusza Słowackiego w Helladzie 187 lat temu!

Uroczystość była bardzo podniosła. Uczestniczył w niej nuncjusz papieski w Grecji ks. biskup Jan Romeo Pawłowski, który przewodniczył mszy św. i wygłosił homilię. Była też konsul z Ambasady Polskiej w Atenach Ewa Pańczuk, ponadto dyrektor Instytutu Archeologicznego w Atenach prof. Juliusz Czebreszuk, działacze polonijni (Instytut J. Słowackiego przygotował ulotkę) oraz 40-osobowa grupa uczniów i nauczycieli ze Szkoły Polskiej w Atenach, którzy recytowali fragmenty wiersza „Grób Agamemnona” Juliusz Słowackiego. Z Polski przybyli też ukraińscy artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie.

Ks. Ryszard Karapuda z dr. Teresą Kaczorowską.

Uroczystość zakończyła się radosną biesiadą przy polskich gołąbkach, które przygotowali Wioletta i Marek Stuskowie, Polacy mieszkający w pobliskim Argos.

***

Juliusz Słowacki (ur. 4 września 1809 r. w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 r. w Paryżu) to jeden z największych poetów polskich, przedstawiciel epoki romantyzmu. Obok Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego jest jednym z polskich wieszczów narodowych.. Mimo iż żył niecałe 40 lat, jego twórczość literacka jest bogata i bardzo różnorodna – pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść.

Grecja ciekawiła Słowackiego od najmłodszych lat (jego ojciec, Euzebiusz Słowacki,  był filologiem klasycznym, grecystą). O wyprawie do Grecji, i dalej po Egipcie, Palestynie i Syrii, poeta marzył od lat. Zrealizował ją w okresie od sierpnia 1836 r. do czerwca 1837 r. Nazwie ją później „pobożną podróżą”.

Pierwszym etapem życiowej wędrówki poety była Grecja. Słowacki z kolegą, Zenonem Brzozowskim, wypłynęli z Neapolu 24 sierpnia 1836 r. Poeta zabrał ze sobą drewniany sekretarzyk podróżny, pióro, zeszyt na notatki oraz ołówek i album rysunkowy. 4 września 1836 r. przypłynęli na wyspę Korfu, gdzie Słowacki spędził 4 dni i spotkał się z greckim poetą Dionizosem Salomosem. Potem popłynął do Patry, gdzie odwiedził bohatera greckiego powstania narodowego Kanarisa (Konstantinosa). Z Patry Słowacki z kolegą udali się konno wzdłuż północnego brzegu Peloponezu do Nauplion – nadmorskiego miasta, które w latach 1823–1834, było pierwszą stolicą nowożytnego państwa greckiego, siedzibą pierwszego rządu wolnej Grecji i króla Ottona.

Być może Słowacki odwiedził w Nafplio świątynię, przy której stanął pomnik, ale była ona wtedy meczetem.  Dopiero w czerwcu 1839 r. król Otto przydzielił meczet katolikom, którzy było w Nafplio ok. 300 i nie mieli swojego kościoła. W 1840 r. przeprowadzono jego remont i król Otto nadał świątyni imię Przemienienia Pańskiego, co miało oznaczać przemianę Grecji po wyzwoleniu kraju z tureckiej długiej niewoli.

Z Napfilo Słowacki jechał przez Argolidę, w tym Argos, a 19 września 1836 r. dotarł z kolegą do Myken, które wywarły na nim ogromne wrażenie. Lwia Brama, zasypana rumowiskiem tysiącleci, ledwo wystawała wtedy ponad powierzchnię. Pobliski Grób Agamemnona (Skarbiec Atrydów) też nie przypominał dzisiejszego stanu. Wiodący do niego korytarz i brama do połowy były zasypane. W miejscu legendarnego grobu bohatera spod Troi, na tle dziejów starożytnej Grecji, poeta rozważał nieszczęsne losy własnego narodu. Pisał:

Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;

A teraz jesteś służebnicą cudzą — 

Choć wiem, że słowa te nie zadrżą długo

W sercu — gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

Mówię — bom smutny — i sam pełen winy!

(Juliusz Słowacki, „Grób Agamemnona”)

Te smutki i pamięć o Ojczyźnie poniesie Słowacki przez cały czas podróży…

Z Myken poeta udał się do Koryntu, w którym był zaledwie jeden dzień. Następnego dnia dotarł do Aten, gdzie spędził tydzień. Ostatnim punktem w Grecji była dla Słowackiego wyspa Siros, skąd odpłynął z kolegą statkiem do Aleksandrii. Na Siroz Słowacki napisał całą „Pieśń I i III” ze swej poetyckiej relacji z podróży. Z kolei pod Aleksandrią poeta-pielgrzym, poeta-tułacz, napisał sławny „Hymn o zachodzie słońca: Smutno mi Boże”… Najczystszy to przykład liryki religijnej uderzającej w ton prywatnej modlitwy pełnej tęsknoty do kraju i przeświadczenia o znikomości człowieczej egzystencji.

Później podróżował po Palestynie, Syrii i Libanie. Powrócił do Europy (do Livorno we Włoszech) 16 czerwca 1837 r. Z głową pełną wrażeń, jak pisał, po tej „ślicznej podróży”, „pełnej przyjemności i zachwyceń”.

Podróż ta była dla poety nieoceniona, zarówno pod względem twórczym, duchowym, jak zdrowotnym. Zaowocowała licznymi utworami i rysunkami, poeta wysłał też pięć listów do matki (zachowały się trzy), a reminiscencje tej podróży rozsypał później w całej swej twórczości. Poza tym podróż ta umocniła go na ciele, czuł się zdrowszy i silniejszy, a przede wszystkim bogatszy duchowo – powrócił nawet do praktyk religijnych. Po powrocie, 11 lipca 1837 r., Słowacki pisał z Livorno do matki:

„Grecja pełna ruin przecudownych podobała mi się bardzo, i bardziej niż Rzym mnie zachwyciła […].

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosjanie powtórzyli stalinowską zbrodnię

Cel zbrodni – wysadzenie zapory w Nowej Kachowce – jest taki sam jaki miał Stalin w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

18 sierpnia 1941 r., na rozkaz Stalina, wojska radzieckie 20 tonami materiałów wybuchowych wysadzili zaporę na Dnieprze w Zaporożu, aby opóźnić natarcie armii niemieckiej. Jak zawsze Rosjanie, publicznie oskarżyli o tę zbrodnię wojska niemieckie i dopiero po wojnie przyznali się do udziału w niej. Według różnych źródeł w wielkiej powodzi wzdłuż Dniepru zginęło wówczas od 20 do 100 tysięcy osób, w tym do 3 tysiące żołnierzy Armii Czerwonej, którzy utrzymywali linię frontu w pobliżu Zaporoża, a także dziesiątki tysięcy zwierząt. Gleba była zmyta na ogromnych obszarach wzdłuż biegu rzeki.

Przed rozpoczęciem rosyjskiej „gorącej wojny” z Ukrainą rosyjska propaganda chwaliła się, że „może zrobić to ponownie”. I w nocy 7 czerwca 2023 roku powtórzyli to – wysadzili zaporę w Nowej Kachowce na Dnieprze, ale już poniżej Zaporoża. Tym razem, jak poinformowało berlińskie biuro Światowego Programu Żywnościowego ONZ, z powodu zniszczenia tamy i powodzi na dużą skalę, ucierpią miliony ludzi. Przedstawiciel urzędu zaznaczył, że rozlana woda niszczy uprawy, pola, ogrody, przedsiębiorstwa przemysłowe, budynki mieszkalne, infrastrukturę oświaty, kultury, transportu itp. Setki tysięcy hektarów lądu zamienią się w „dno morza”. Fakt ten, zdaniem przedstawiciela ONZ, niszczy nadzieję 345 milionów głodujących na cały świecie ludzi na otrzymanie żywności w 2023 roku. Powiedział też, że ceny żywności na rynku światowym są najwyższe od 10 lat.

Skala i skutki zniszczenia tamy są ogromne. Obecnie z wyrwy w zaporze wypływa co sekundę 30 000 metrów sześciennych wody. Jej poziom poniżej tamy podnosi się bardzo szybko i jak przewidują eksperci, może wzrosnąć do 17 metrów powyżej normalnego poziomu, a woda rozleje się na miliony hektarów po obu stronach Dniepru, zalewając wszystko, co tam żyje. A powyżej wysadzonej tamy od Nowej Kachowki i wyżej od Zaporoża, a właściwie do Kijowa, poziom wody w Dnieprze może spaść o 5 – 10 metrów, co oznacza, że ​​woda cofnie się od brzegów za kilka miesięcy do100 metrów lub więcej. Dlatego już zasiane w tej okolicy pola, szklarnie, ogrody, które były nawadniane z Dniepru, stracą wodę. Wpłynie to też negatywnie na  system zaopatrzenia w wodę budownictwa mieszkaniowego i przemysłu.

Według doniesień ukraińskich mediów materiały wybuchowe zostały przywiezione na zaporę w Nowej Kachowce przez wojska rosyjskie zaraz po zajęciu tego terytorium, Zapora cały czas była w rękach Rosjan, a wojska ukraińskie nie miały do ​​niej dostępu. Materiały wybuchowe przywieziono ciężarówkami w ilości kilku ton i umieszczono wewnątrz tamy w pobliżu prądnic. Jedna z wersji, mówiąca o zniszczeniu zapory przez ostrzał z zewnątrz nie ma sensu, gdyż wyrwa w zaporze o takich rozmiarach mogła powstać jedynie w wyniku potężnego wybuchu z wnętrza konstrukcji. Cel tej zbrodni jest taki sam jak Stalina w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

Wysadzenie zapory w Nowej Kachowce nazywane jest poważnym przestępstwem przeciwko środowisku, ponieważ jego konsekwencje mają ogromny negatywny wpływ na populację nad Dnieprem, a także na świat zwierząt i ekologię rozległego regionu. Przede wszystkim jest to również akt terroryzmu nuklearnego, ponieważ elektrownia jądrowa w Zaporożu, obecnie przejęta przez Rosjan i zamknięta, wykorzystuje wodę z Dniepru do chłodzenia wyłączonych reaktorów. Poziom wody po powodzi obniży się, a jej dopływ do elektrowni jądrowej Zaporoże może zostać wstrzymany, co może doprowadzić do uszkodzenia reaktorów i uwolnienia substancji radioaktywnych do atmosfery.

Tylko natychmiastowa ewakuacja przez służby ukraińskie ludności z zalanych terenów pozwoliła zapobiec ofiarom w ludziach. Już pierwszego dnia z zalanych regionów ewakuowano ponad 2000 osób.

Ofiary są w świecie zwierząt, tych dzikich jeszcze nikt nie policzył, ale w całkowicie zalanym zoo w mieście Nowa Kachowka utonęło ponad 300 różnych osobników,  przeżyło tylko ptactwo wodne. Personel zoo nie był w stanie uratować zwierząt, ponieważ teren był zaminowany przez okupantów, którzy nie pozwalali pracownikom zbliżać się do zwierząt. Specjaliści ostrzegają, że z powodu zanieczyszczenia wody w Dnieprze rozpocznie się śmierć ryb, w niektórych miejscach już to nastąpiło.

Ponadto rozlana woda zalała magazyny chemiczne, toalety, wysypiska śmieci, może to doprowadzić do chorób i epidemii.

Po obu stronach Dniepru, gdzie utworzono linie obrony zarówno wojsk rosyjskich, jak i ukraińskich, zaminowano ogromne obszary, teraz miny zostały zmyte przez przepływ wody, swobodnie pływają i w każdej chwili mogą wybuchnąć.

Zarówno zalanie pól i gospodarstw rolnych poniżej zapory, jak i utrata plonów z powodu obniżenia poziomu wody na polach powyżej zapory – w równym stopniu doprowadzą do bankructwa rolników.

Detonacja tamy spowoduje również zaprzestanie dopływu wody do Kanału Północnokrymskiego, dla którego kiedyś budowano Zbiornik Kachowski i Elektrownię Kachowską. Okupantowi na Krymie udało się już radykalnie rozszerzyć uprawę zbóż – ryżu, kukurydzy, zbóż, roślin strączkowych i innych, których nie da się uprawiać bez wody. W tym roku, według oficjalnych danych Ministerstwa Rolnictwa Krymu, powierzchnia zasiewów wyłącznie pod ryż wzrosła sześciokrotnie, do ok. 3,5 tys. ha w porównaniu z 630 ha w 2022 r. Jednocześnie, jak wyjaśnili rolnicy, na hektar pól ryżowych potrzeba średnio od 15 do 25 metrów sześciennych wody. I raczej jej nie będzie. Dlatego rolnicy na okupowanym Krymie poniosą ogromne straty…

Jak poinformowała Prokuratura Generalna Ukrainy, o wysadzeniu tamy w Nowej Kachowce zawiadomiono już Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W jego imieniu zostanie przeprowadzone śledztwo w sprawie zbrodni. Obliczone będzie też odszkodowanie nie tylko za zniszczenia samej elektrowni wodnej, którą trzeba będzie odbudować po wyzwoleniu okupowanych terenów Ukrainy, ale także z tytułu utraty uprawy przez rolników, niszczenie budynków mieszkalnych, obiektów infrastruktury przemysłowej i cywilnej. Wszystkie te straty zostaną uwzględnione w ogólnej kwocie reparacji, które zostaną przedstawione Rosji po ukraińskim zwycięstwie.

 

Hubert Bekrycht: PRECZ Z KOMUNĄ!

34 i 31 lat temu wydarzyły się w Polsce rzeczy fundamentalne. W kolejności wybory, które, miały być wstępem do odzyskania niepodległości oraz zdrada elit układających się z komunistami wraz z  ich agenturą. Wybory 4 czerwca 1989 r. były zasłoną dymną przed upadkiem rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 r. 4 czerwca 89′ miał zapobiec realnemu upadkowi komunizmu, co próbowano zatrzymać 4 czerwa 92′. Na szczęście nieskutecznie.

O tym, że wybory 4 czerwca 1989 roku to lipa przekonałem się kilkanaście dni wcześniej. To wówczas niektórzy działacze polityczni Solidarności nie zaprotestowali, kiedy komuniści nie zarejestrowali NZS. W całym kraju rozpoczęły się strajki studenckie. Od końca maja do 3 czerwca 1989 r. strajkowaliśmy przy al. Kościuszki 65 w Łodzi.

Pudrowanie trupa

Wchodząc na strajk uważałem, że wybory 4 czerwca są ważne, wychodząc wiedziałem już, że to kit, że trzeba już tylko skreślić komuchów i ich pomocników z tzw. listy krajowej, bo te wybory to jednak była ściema. Pudrowanie komuszego trupa za zgodą części opozycji. Boleśnie się o tym przekonałem trzy lata później, 4 czerwca 1992 r. Czyja była Polska po upadku rządu premiera Olszewskiego? Komunistów i ich pomagierów. Dopiero po kilkunastu latach zaczęło się przejaśniać. No i się zaczęło.

Poduszka po upadku komuny

Opluwanie konserwatywnych rządów i ich wyborców to gra, która ma przestraszyć ludzi chcących aby Polska należała do jej obywateli – nie do rosyjskiej, czy innej obcej agentury i nie do nihilistycznych grup, dla których donosy do UE na Polskę są jedyną metodą polityczną. 4 czerwca 1989 r. rozpoczął proces hamowania rozpadu komunizmu i gloryfikacji PRL oraz jej służb siłowych. 4 czerwca 89′ doprowadził do 4 czerwca 92′, bo chciano wysadzić w powietrze marzenia Polaków o prawdziwej suwerenności. Komunistyczna bezpieka probówała zniszczyć wszystko, co symbolizowały solidarnościowe wartości.

A ty maszeruj, maszeruj…

Teraz też próbuje zniszczyć powołując się na marzenia o niepodległym kraju z 4 czerwca 89′ a milcząc o 4 czerwca 92′. Ten marsz ma bronić kraj przed legalnie wybraną władzą, konserwatywnym rządem wybranym przez wymaganą większość wyborców. To będzie marsz komunistycznych premierów z SLD (teraz w PE z list KO- PO), celebrytów mających w PRL jak w raju, sierot po PRL, którzy oprócz pieniedzy chcą władzy i pomagających im liberałów, lewicowców, lewaków a także olbrzymi zbiór – chcę w to wierzyć – zmanipulowanych osób. Na Wschodzie trwa inwazja ruskich barbarzyńców na Ukrainę. U nas trwa inwazja postkomunizmu na nasze umysły. Pod szyldem ważnej daty. Daty wykrzywionej poprzez manipulację faktów historycznych. Daty wykorzystanej cynicznie w polityce.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wielu morderców Witolda Pileckiego

25 maja 1948 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie komuniści zamordowali Witolda Pileckiego. Oskarżyciel – wyjątkowo dyspozycyjny i krwawy „prokurator” Czesław Łapiński, któremu Instytut Pamięci Narodowej postawił zarzut mordu sądowego na rotmistrzu, nie doczekał wyroku – zmarł w 2004 r. Winnych jest dużo więcej. To przywódcy komunistycznej partii i państwa, kierownictwo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, inni przedstawiciele „ludowego” wymiaru bezprawia, brutalni śledczy.

Wyrok na Pileckiego i jego współpracowników wydał – wspierany zakłamanymi tezami oskarżycielskimi „prokuratora” Czesława Łapińskiego o szpiegostwie i zaprzedaniu się obcym mocarstwom – Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: ppłk Jan Hryckowian (przewodniczący składu a zarazem szef „sądu”; przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim; w czasie wojny AK-owiec odznaczony Krzyżem Walecznych; skazał na śmierć co najmniej 16 żołnierzy niepodległościowego podziemia, orzekał m.in. w pokazowym procesie płk Jana Rzepeckiego, prezesa I Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość,), kpt. Józef Badecki (też przedwojenny prawnik – absolwent Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie; wydał co najmniej 29 !!!! wyroków śmierci, m.in. na słynnego dowódcę AK/WiN na Lubelszczyźnie, mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”) i kpt. Stefan Nowacki (ławnik, wzięty do sprawy z warszawskiej jednostki wojskowej). Ryszard Czarkowski, który protokołował rozprawę, twierdził potem, że nic nie pamięta, gdyż po pobycie w czasie wojny w obozie w Treblince zachorował na psychozę poobozową. Nie przeszkodziło mu to jednak zostać następnie adwokatem.

Zaraz po wyroku skład „sędziowski” w tajnej opinii napisał: „Z uwagi na popełnienie przez skazanych Pileckiego i Płużańskiego (Tadeusza, mojego ojca, kuriera Pileckiego do gen. Andersa – przyp. autora) najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali (…) skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują”.

Ojciec do końca życia (zmarł w 2002 r.) uważał swojego dowódcę za świętego polskiego patriotyzmu.

Pod szczególnym nadzorem

Nad „właściwym” przebiegiem śledztwa i procesu czuwał zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego do spraw szczególnych (oskarżenie Pileckiego i jego współpracowników miało charakter szczególny) ppłk Henryk Podlaski.

W dokumentach o Podlaskim czytamy: Podlaski Hersz, syn Mojżesza i Szpryncy Austern, ur. 7 marca 1919 r. w Suwałkach. Później imiona rodziców zmieniono – odpowiednio – na Maurycego i Stanisławę. W 1956 r. Henryk Podlaski zaczął używać imienia Bernard, po czym ślad po nim zaginął. Przez dłuższy czas szukała go KG MO, bezskutecznie. Mówiło się, że utonął w nurtach Bugu. Miał to być albo akt samobójczy, albo wynik nieudanej ucieczki na Wschód. W 1966 r., po 10 latach starań, żona krwawego „prokuratora” uzyskała potwierdzenie jego zgonu. Istnieją jednak relacje, że cała sprawa została sfingowana, a Podlaski… zamieszkał w ZSRS u boku swojej siostry, która wyszła za mąż za wysokiego funkcjonariusza NKWD.

3 maja 1948 r. Najwyższy Sąd Wojskowy wyrok na Pileckiego utrzymał w mocy. Z ramienia Naczelnej Prokuratury Wojskowej dopilnował tego mjr Rubin Szwajg. Urodzony 15 listopada 1898 r. w Jarosławiu, syn Dawida, podobnie jak Henryk (Hersz) Podlaski, w stalinowskiej „prokuraturze” był odpowiedzialny za sprawy szczególne. 10 lipca 1948 r. Szwajg napisał do MON prośbę o zwolnienie ze służby wojskowej: „z uwagi na to, że zamierzam wraz z żoną wyjechać do Izraela, by tam połączyć się z naszą najbliższą rodziną. Mamy w Izraelu córkę naszą, rodziców i rodzeństwo”. W latach 2000 Interpol dostarczył stronie polskiej takie oto dane: Rubin Szwajg – SHATKAY Reuben, s. David, ur. 15 listopada 1898 r., zm. 19 kwietnia 1992 r. w Izraelu.

Gmach stalinizmu

W składzie „sędziowskim” NSW, prócz spełniających drugorzędną rolę – płk Kazimierza Drohomireckiego, ppłk Romana Kryże i por. Jerzego Kwiatkowkiego, zasiadał mjr (potem ppłk) Leo (Lew) Hochberg. W akcie narodzin tego ostatniego czytamy: „W obecności Szoela Gohberga (Gochberga) – inspektora towarzystwa ubezpieczeniowego [ojciec Leo był wydawcą prasy żydowskiej i założycielem tygodnika „Frajtag” (później „Unzer Leben”)] i Gabiela Ołata (Oleła), miejscowego podrabina, urodził się (3) 15 lutego 1899 r. w Łodzi o godz. 11 w nocy z żony Rejzli z domu Wajntraub, 21 lat. Przy obrzezaniu nadano dziecku imię Lew”.

Leo Hochberg zmarł w 1978 r. W Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego (kwiecień-czerwiec 1978 r., nr 2 (106)) w rubryce „In memoriam” czytamy o Hochbergu, że „jako znawca problematyki i historii żydowskiej oraz znakomity hebraista” wniósł „poważny wkład do prac Instytutu”. Potem jest skrócony życiorys zmarłego: Po ukończeniu gimnazjum w Odessie (1917 r.) i prawa na Uniwersytecie Warszawskim (1926 r.) był radcą prawnym w Banku Dyskontowym w Warszawie. W dalszej części życiorysu napisano, że „w okresie II wojny światowej [już od 1939 r.] przebywał w Związku Radzieckim, pracując na różnych stanowiskach w bankowości i w przemyśle poligraficznym. Pełnił także funkcję przewodniczącego Związku Patriotów Polskich w ZSRR na okręg Baszkirskiej Republiki Autonomicznej. W 1944 r. wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, pełniąc służbę w sądownictwie wojskowym (m. in. „sędzia”, a następnie zastępca szefa Wojskowego Sądu Garnizonowego w rodzinnej Łodzi)”.

I dalej Biuletyn ŻIH: „Odszedł od nas wybitny erudyta, mądry doradca, uczynny i oddany współpracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce, człowiek wielkiego serca i dobroci”. Ani słowa o tym, że był stalinowskim pułkownikiem, a tym bardziej o jego udziale w mordzie sądowym na rotmistrzu Pileckim i procesach innych żołnierzy AK.

„Byłem bardzo zmęczony”

Sprawę nadzorował osobiście szef Departamentu Śledczego MBP, płk Józef Goldberg-Różański, który faktycznie wydawał wyroki. Pomagał mu naczelnik Wydziału II ppłk Adam Humer i dyr. Departamentu III MBP (ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem), inny płk Józef Czaplicki (Izydor Kurc) przez swoją nienawiść do AK-owców nazywany „Akowerem”.

Na biurka Różańskiego i Czaplickiego trafiały notatki „agentów celnych”, czyli więziennych kapusiów, rozpracowujących Pileckiego i jego wywiadowców. Dostawał je również wiceminister bezpieki gen. Roman Romkowski (Natan Kikiel), który faktycznie rządził MBP (szef resortu gen. Stanisław Radkiewicz – polski internacjonał, był figurantem).

Niektórych, podległych kierownictwu bezpieki, „oficerów” śledczych ze sprawy Pileckiego wymieńmy w kolejności alfabetycznej (w nawiasach data i miejsce śmierci). Stefan Alaborski (1972, Warszawa, pod zmienionym 12 lat wcześniej nazwiskiem Malinowski), Tadeusz Bochenek (1994, Warszawa), Henryk Buza (1970, miejsce nieznane), Walenty Chmiel (1952, Nieporęt – na skutek postrzelenia), Józef Dusza (1993, Warszawa), Władysław Fabiszewski (1987, Warszawa), Jan Janicki (1997, Toruń), Jerzy Kroszel (1989, Gdańsk), Stefan Skrzypiec (1988, Tarnowskie Góry), Tadeusz Słowianek (1993, Łódź, jako podpułkownik, na przebieg jego kariery nie wpłynęła surowa nagana, potem zatarta, którą otrzymał w 1962 r. za upicie się), Ludwik Woźnica (1988, Łódź). Jak widać, po odejściu z MBP, rozproszyli się po całym kraju.

W 2009 r. zmarł Marian Krawczyński, jeden z najbardziej „zasłużonych” w sprawie, podpisany pod aktem oskarżenia. Przed wojną skończył zawodówkę, po wojnie pułkownik. Jego sąsiadem na Mokotowie był zmarły w 2012 r. Eugeniusz Chimczak, najpierw śledczy PUBP w Tomaszowie Lubelskim, w końcu pułkownik w Warszawie, w bezpiece do… 15.06.1984 r. – Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą dupę, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wyciśniemy” – wspominał Chimczaka mój ojciec, Tadeusz Płużański, oficer Pileckiego do zadań specjalnych. – Spotkałem go w latach 70. na Nowym Świecie, ale nie naplułem mu w twarz.

Przy ul. Spacerowej mieszkał inny ober-oprawca Jerzy Kaskiewicz, zmarły w 1999 r. To on prowadził pierwsze przesłuchania grupy Pileckiego i wnosił o tymczasowy areszt, do czego „przychylił się” wiceszef Naczelnej Prokuratury Wojskowej ppłk Henryk (Hersz) Podlaski.

Kolejny ubek to Stanisław Łyszkowski, w latach 1955-1956 uczestnik kursu operacyjnego w ZSRS. Na emeryturę przeszedł w 1978 r., w stopniu generała brygady LWP, jako dyrektor Departamentu Techniki MSW.

Za stworzenie systemu przemocy współodpowiadał ppłk Ludwik Serkowski, zmarły w 1990 r. w Warszawie. Jego podwładny, a zarazem bezpośredni szef śledczych z Rakowieckiej, Bronisław Szymański, urodził się w 1922 r. w Omsku. Oddelegowany przez NKWD do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, trafił następnie do centrali MBP. W 1954 r. odwołany do ZSRS. Ślad po nim zaginął.

4 listopada 1947 r. Witold Pilecki, w obecności Krawczyńskiego i „prokuratora” NPW mjr Zenona Rychlika potwierdził, że złożone w śledztwie zeznania były dobrowolne. „Opieka” śledczego powodowała, że powiedzenie „prokuratorowi”, iż zeznania zostały wymuszone, mijało się z celem. Każda próba powiedzenia prawdy kończyła się wznowieniem śledztwa, czyli ponownymi torturami. Pamiętać trzeba również, że „prokurator” przychodził do więzienia, gdzie rządziła bezpieka i był na ogół osobą starannie wyselekcjonowaną. Odwołać zeznania można było dopiero przed „sądem”, z czego skorzystał rotmistrz. Na swoim procesie stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala „sądowa” też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało.

Dwaj „prokuratorzy”

Śmierć rotmistrza Pileckiego „przyklepał” inny komunistyczny morderca: Mieczysław Dytry, „prokurator” Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Jak się to odbyło? Dytry – 5 lutego 1948 r. – zatwierdził akt oskarżenia, zmajstrowany wcześniej w brutalnym śledztwie przez „oficerów” UB, zaakceptowany 23 stycznia 1948 r. przez wspomnianego już Adama Humera.

Zbrodniarz Dytry uznał, że oskarżenie Pileckiego – ochotnika do Auschwitz – ma oparcie w „ustaleniach” ubeckich przesłuchań, a przyjęta w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 kwalifikacja „przestępstw” jest zgodna z prawem. „Dokument” podpisał wspominany Henryk (Hersz) Podlaski, a dwa dni później, 7 lutego 1948 r. przesłał go do jednego z najkrwawszych komunistycznych trybunałów śmierci: Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Tam śmierć Witolda Pileckiego – jak już wiemy – została „sądownie” potwierdzona.

W sprawie rotmistrza i pozostałych uczestniczył także „prokurator” Stanisław Cypryszewski, na etacie w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Urodzony w 1893 r. w Kowlu. Jego życie nie wskazywało na późniejszą zdradę. Uczestnik powstania wielkopolskiego i wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. (po stronie polskiej). Brał również udział w wojnie obronnej 1939 r. i należał do Armii Krajowej. Przed wojną ukończył Wydział Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W czasie wojny, w latach 1940-1944, pracował w Sądzie Okręgowym w Lublinie.

Cypryszewski na drugą stronę przeszedł w 1944 r., kiedy został zmobilizowany do tzw. Ludowego Wojska Polskiego. W stalinowskiej Naczelnej Prokuraturze Wojskowej nadzorował eliminowanie przeciwników politycznych uzurpatorskiej komunistycznej władzy, co było ukryte pod funkcją pracownika Wydziału IX Wykonania Orzeczeń i Ułaskawień.
Jakie były opinie przełożonych o Cypryszewskim? „Poprawia stale styl i konstrukcje swych pism i powiększa swój zasób wiedzy prawniczej. Rokuje nadzieję, że po pewnym czasie będzie dobrym wiceprokuratorem Wydziału V N.P.W”.

„Na stanowisku wiceprokuratora dał się poznać jako dobry fachowiec – prawnik, wysoce zdyscyplinowany oficer, nie szczędzący wysiłków, by pracą swą i podległego mu personelu postawić na wyższym poziomie”.
Za tymi okrągłymi słowami kryje się dramat męczonych i mordowanych polskich niepodległościowców.

Po „okresie błędów i wypaczeń” został przeniesiony do rezerwy, rozpoczął lukratywną pracę jako adwokat i obrońca wojskowy w Warszawie. W końcu znał się na rzeczy, miał kontakty…

Stanisław Cypryszewski zmarł w Warszawie w 1983 r. w wieku 90 lat i został pochowany na Cmentarzu Komunalnym Północnym. Nigdy nie osądzony, nigdy nie napiętnowany.

Strzał w tył głowy

Egzekucję Witolda Pileckiego 25 maja 1948 r. nadzorował Ryszard Mońko, zastępca naczelnika mokotowskiego więzienia Alojzego Grabickiego.

Mońko (dwa zawody: technik rolniczy i mechanik, do 1962 r. był m. in. naczelnikiem więzienia w Częstochowie) zeznawał jako świadek (tak jak śledczy Krawczyński i Chimczak) na procesie „prokuratora” Czesława Łapińskiego.

– A jak było z egzekucją Pileckiego?

– To był jedyny przypadek w mojej karierze (prokuratorowi IPN Mońko powiedział, że w żadnej tego typu sprawie nie brał udziału). Zastępowałem Grabickiego, który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie „prokuratora” [mowa o wspomnianym już Stanisławie Cypryszewskim] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano (były wyjątki, komuniści powiesili np. gen. Fieldorfa, aby go upokorzyć). Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB (etatowy morderca starszy sierżant Piotr Śmietański, sądząc z podpisów na protokołach wykonania KS ledwo piśmienny). Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Wincenty Martusiewicz (z parafii św. Michała Archanioła na warszawskim Mokotowie).

– Gdzie pogrzebano Pileckiego?

– Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy.

– Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?

– A co miałem robić?

Ryszard Mońko do końca cieszył się spokojem i grubym portfelem (resortowa emerytura w wysokości 9 tys. złotych). Zmarł w 2016 r. w Hrubieszowie.

W egzekucji rotmistrza Pileckiego brał także udział Kazimierz Jezierski, ubecki lekarz, a prywatnie mąż słynnej piosenkarki Wiery Gran.

Do dziś szczątki Witolda Pileckiego nie zostały zidentyfikowane.

 

O wyborach i nie tylko pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Szczury w polityce nie toną

PiS i Kaczyński wygrają jesienne wybory w krótkich abcugach. Nie tylko dzięki własnym zasługom ale i beznadziejnej, bezprogramowej, antypolskiej a nawet bluźnierczej opozycji. Pieski jeszcze ujadają, ale karawana jedzie dalej.

Tusk po prostu kocha Deutchland, a Kaczyński Polskę. To różnica podstawowa. Polska jest tu i teraz. I będzie nadal. Już dość tych strachów. Wybatożyli nas i wyziębiali za Uralem. To nie tylko Katyń – to deportacje i wynarodowianie. To śmierć milionów obywateli polskiej narodowości. Polska przeszła piekło nazizmu ale nieszczęść doświadczyła i od zwykłych Niemców gorąco ten zbrodniczy ruch popierających. Przeszła też czerwoną zarazę, od której nie było ucieczki. Wszyscy nie mogli emigrować, uciec. Tu żyli, budowali to, co zniszczono i co jakiś czas buntowali się. W końcu się udało. I tego – suwerenności – strzec trzeba jak oka w głowie. I nie bać się. Nie ładować w nowe poddaństwo choćby nie wiem jakim kusiło blichtrem. Straciliśmy wprawdzie przemysł i handel ale mamy póki co jeszcze rolnictwo i lasy. I coraz mądrzejsze, lepiej wykształcone społeczeństwo.

Na żadne kuszenie unijne nie pójdziemy. Gróźb się nie bójmy. To wszystko strachy na Lachy. Niech każdy przyjrzy się tej żałosnej opozycji, która ma jeszcze szansę otrzeźwieć. Oto „tygrysek”, który mógłby mieć za sobą potęgę polskiego chłopa. Tak jak miał Wincenty Witos, gdy jednym słowem dla ocalenia Ojczyzny zwołał aż 70% żołnierzy 960 tysięcznej armii, która dokonała cudu nie tylko nad Wisłą. Dziś PSL to karykatura, będzie „walczyć” by w ogóle przejść przez próg wyborczy.

Na liberalnej lewicy też są dziwolągi. Np. tacy, którzy usilnie działali by zlikwidować polską armię. Pomagali zasypywać kopalnie, choć tam jeszcze węgla na kilkadziesiąt lat. Chwieje się w polskich posadach gazeta codzienna o zobowiązującym tytule – „Rzeczpospolita”. Kupił Pan Obajtek niemiecką „Polska Press”, a ob. Hajdarowicz upłynnia Niemcom akcje swojego pisma.

Dajmy sobie spokój z Hołownią, Biedroniem, Siemoniakiem i podobnymi. Jest jeszcze kilka miesięcy. Wynajdźmy (nawet poprzez partie opozycyjne) ludzi ciekawych, mądrych i rokujących dobrze swoim dotychczasowym życiem. Poszukajmy ludzi za których nie będziemy musieli się wstydzić. Czy to tak trudno dostrzec złodziei, kombinatorów i tchórzy.

Jacy są nasi politycy każdy widzi. Jest sproporządnych, ale sa też i tacy, którzy kpią sobie z podstawowych zasad sprawiedliwości – np. poprzez okradanie własnego kraju wykorzystując „raje podatkowe”. Mijają lata, a oprócz czczego gadania nic się w tej sprawie nie robi! Może dlatego, że beneficjenci są we wszystkich partiach. Może są jednak i w PiS szczury, które tak się pochowały, tak wgryzły głęboko, że niedostrzegalnie szkodzą.

Szczury lądowe nie lubią morza a mamy ponad 500 kilometrów linii brzegowej. Stoją jeszcze dwie smutne fregaty przy Skwerze Kościuszki w Gdyni. Tę historyczną – Dar Pomorza – postawiono na kołkach wiele lat temu. Choć jej rówieśnicy pływają jeszcze po morzach i oceanach. Druga, też piękna łajba „Dar Młodzieży” jest sprawna ale sztuka żeglarstwa na niej zanika. Na paradach wzdłuż zatoki gdańskiej pływa na silniku. Pisał wspaniałe książki Meissner i inni, powstawały filmy i piosenki o morzu. Działał prężnie klub dziennikarzy marynistów. Teraz do szkół morskich wciskają nauki krawiectwa, przewodnictwa. Dziś Polskie Linie Oceaniczne mają 4 statki ze 174 przed rozbiorem morskiej Polski.

Dziadostwo szerzy się szybko. Mówimy tylko o tym co dobre: przekop, tunel, drogi, koleje i lotnictwo. Oczywiście i armia, która rośnie w siłę – choć trochę za wolno. Komu to wszystko chcemy oddać w ręce. Tuskowi – Hołowni – Biedroniowi? To chyba jakieś żarty.

PiS wygra, ale niech oczyści szeregi. Dlaczego nie wyjaśniono afery Amber Gold, brak woli w sprawie Smoleńska, nie znamy sprawców politycznych zabójstw, a ostatnio cwaniaków w ukraińskiej aferze zbożowej. Ponoć minister rolnictwa zna nazwiska, niech je poda – wszystkich jest podobno aż 500.

Z prowincji do Warszawy przybywa mało kto. Jeśli już uda się kariera to przede wszystkim nęci Bruksela. Może by spowodować publiczne rozliczenie naszych europosłów. Niektórzy z nich jawnie szkodzą bez żenady. Są wśród nich może i mądrzy. Ale mądrzy inaczej. Mamroczą coś cicho pod nosem i nie bardzo ich widać na sali obrad w roli walczących donośnie o polskie sprawy. Może takie rozmowy z europosłami należałoby w TVP przeprowadzić na żywo po angielsku, francusku. Zorientowalibyśmy się jak u nich ze znajomością języków obcych. Przypomnijmy zresztą wszystkich – bo niektórzy w ogóle się nie pokazują.

Jeszcze czas, jeszcze można zdążyć. Niech zostaną przeprowadzone długie – półgodzinne, a nawet i dłuższe – rozmowy na wizji. Telewizji ci u nas dostatek. Ale po dziennikarsku: z lewicowymi przez prawicowych dziennikarzy i odwrotnie, z ziobrystami i „zakonnikami” Kaczyńskiego powinni rozmawiać tvnowcy i polsatowcy. Tak, tak. Byłoby ciekawie. I sprawiedliwie. Pod patronatem prezydenta albo któregoś z powszechnie szanowanych profesorów. Oj działoby się. Nie trzeba by było zapychać programu quizami i koncertami.

Mówi się, że szczury uciekają z tonącego okrętu. Nic podobnego. Szczury potrafią dobrze pływać. Okręt zatonie, a one zmienią najwyżej siedlisko.

 

 

Normalne wariactwo, czyli HUBERT BEKRYCHT: Precz z komuną! Albo koniec świata (3)

Nie ma już większych wątpliwości. Świat, który znamy odchodzi do… No właśnie, gdzie? Nie leci kometa, i – pomimo alarmów ekologów – nie ma na razie potwierdzonych klimatycznych zmian, które rozwalą planetę. Także Putinowi grożącemu wojną jądrową nikt nie pozwoli nacisnąć czerwonego guzika. Świat, moim zdaniem, będzie nadal istniał. Tyle, że bez głowy i bez systemu nerwowego. Zresztą już teraz, na przykładzie dziennikarzy i naszej pracy, można odnieść takie wrażenie, bo aby przekazywać informacje trzeba mieć głowę na karku.

Przykre to lecz prawdziwe, ale nie ma się co oszukiwać, dziennikarze pierwsi ucinają ludziom głowę.  Najpierw paraliżują umysł wlewając tyleż prawdy, co fałszu. Przedtem jednak następuje prawdziwa obróbka mózgu. Na zamówienie polityków oczywiście.

W Hadze o równowadze

Całkiem spora grupa mediów i dziennikarzy się temu przeciwstawia, ale polityczna i społeczna poprawność zabija nie tylko duszę, ale i system podtrzymywania zdrowego rozsądku.

Pisałem już o kongresie europejskich dziennikarzy w Hadze i o przedziwnym przebiegu obrad, o akademickich dyskusjach i niepotrzebnnym tzw. biciu piany oraz o uwielbieniu większości delegatów dla pewnej arabskiej stacji telewizyjnej. No i o debacie na temat sytuacji na Ukrainie bez udziału delegata z Ukrainy.

(Nie) zależność w czasie wojny

Ostatniego dnia obrady przypominały pościg. Szybkość przyjmowania ważnych decyzji była wprost proporcjonalna do czasu upływającego do odlotu samolotów wielu dlegatów. W końcu piatek jest też w Europie. Maszyna ruszyła i przyjęto wiele ważnych dokumentów m.in. intencyjna uchwała o poparciu KE w dziele walki o wolnośc mediów. Tyle, że nie wiadomo, czy zajmująca się tymi sprawami komisarz Vera Jurowa po kolejnych wyborach i ponownej nominacji do tytułu biurokratki roku, dotrzyma obietnic.

Nie wiadomo również, jaki będzie miała przebieg operacja wzajemnego odłączania się, czy też przyszywania do siebie Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (EFJ)  i Światowej Federacji Dziennikarskiej (IFJ). Podjęto w tej sprawie uchwałę. Tyle, że na ewentualne zmiany przyjdzie czas dopiero przy nastepnych wyborach do władz EFJ za dwa lata. Przyjęto także inne dokumenty m.in. dotyczące dziennikarzy relacjonujących rosyjską inwazję na terytorium naszego wschodniego sąsiada oraz pomocy mediom na Ukrainie.

W nocy z czwartku 11 maja na piątek 12 maja biura organizacyjnego kongresu przysłano projekty pilnych uchwał. Jakich? Między innymi propozycję dokumentu autorstwa reprezentantów małej (110 członków) polskiej organizacji o bardzo adekwatnej do grupy nazwie: Towarzystwo Dziennikarskie. Dwóch oddanych członków tego towarzystwa wiernie pracowało nad uchwałą ws. pogarszania się stanu wolności mediów w Polsce.

Głos zabrał prominentny członek TD, wieloletni dziennikarz i pomocnik liberalnych polityków, sam zresztą ubiegał się o mandat PO w wyborach do europarlamentu a wcześniej był członkiem PZPR. Grzmiał z trybuny, że to katastrofa, że media w Polsce toną, że nie ma u nas wolności słowa…

Spokojnie czekając na wynik głosowania stanął ów filar TD nieco z boku prezydium. Wówczas to, jako naczelny wariat SDP, poprosiłem o głos. Próbowałem tłumaczyć, iż w Polsce, owszem wiele się mediach zmieniło, ale na lepsze. Po prostu większa liczba ludzi nie mających przed 2015 r. możliwości odbioru mediów odpowiadających ich konserwatywnym poglądądom, uzyskała do takich mediów dostęp. A o tym, że w naszym kraju jest wolność głoszenia rozaitych, nawet głupich poglądów, świadczy fakt przybycia do Hagi dwóch wspaniałych polskich dziennikarzy z TD a nie umieszczenia ich w więzieniu.

Na koniec swojej, przyznaję, nieco emeocjonalnej przemowy zaznaczyłem iż sprawozdawca projektu „pilnej” uchwały mający teraz usta pełne frazesów o wolności słowa, sam należał do komunistycznej partii, która skutecznie tłumiła ową wolność a słowa poddawała cenzurze.

Przedstawiciel TD zarzucił mi kłamstwo, bo wspomniałem (ach ten precyzyjny prawniczy język), że był działaczem komunistycznej partii. Poprawiłem się i odtąd mówiłem, że był członkiem tego hegemonistycznego ugrupowania i ekspozytury Moskwy nad Wisłą.

Wróciłem na miejsce. Wniosek przeszedł. Tylko SDP i Ukraińcy mieli inne zdanie. Głosowaliśmy przeciw. Kilka federacji, niektóre z krajów postkomunistycznych, wstrzymało się od głosu. Zapewne leczą w ten sposób sumienie.

Potem przyszło do mnie niezwykle barwne towarzystwo, też dziennikarskie, ale z całej Europy. Tłumaczyło mi dwóch Francuzów, Grek, Hiszpanka i Portugalka, że przecież oni mają znajomych komunistów, z którymi rozmawiają i nawet się przyjaźnią. Spytałem członków tej niezwykłej delegacji, czy wiedzą, że mówimy o prawdziwej partii komunistycznej sprzed 1989 roku? Nie wiedzieli, ale nie tracili sił. Dowodzili, że komuniści też mają prawa obywatelskie…

Po chwili podszedł do mnie delegat z Niemiec i powiedział, że większość delegatów wierzy tylko w to, co im się przedstawi w oficjalnych przemowach i dokumentach. Wiedział co mówi. Na moją uwagę, że to przecież dziennikarze, odrzekł, że tym gorzej dla dziennikarstwa.

I dla odbiorców ich mediów.

 

HUBERT BEKRYCHT: (Nie) zależność w czasie wojny (2)

Będzie krótko. To niektórzy już może przyjmą z niedowierzaniem, zatem – być może – zaskoczenie numer dwa: będzie krótko, ale i na temat, bo tematu nie wybierałem. Temat wybrał mnie.

Otóż, jestem delegatem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podczas odbywającego się w Hadze kongresu Europejskiej Federacji Dziennikarzy (Annual Meeting European Federation of Journalists – EFJ). Po południu miała być dyskusja o niezależności dziennikarskiej w obliczu coraz większej liczby konfliktów zbrojnych na świecie, a szczególnie w obliczu agresji rosyjskiej na Ukrainę. Dyskusja była, ale nie o tym.

Holnderska depresja i rosyjska ruletka

Panel prowadziła Holenderka, przewodnicząca tamtejszego stowarzyszenia dziennikarskiego (NVJ) Renske Heddma. Oprócz niej w debacie uczestniczyła szefowa działu zagranicznego niderlandzkiego koncernu medialnego NOS Esther Bootsma, wieloletnia korespondentka telewizji Al Jazeera Step Vaessen oraz dwóch Rosjan. Jeden musiał uciekać na Zachód, bo Putin przeszło rok temu, właśnie za niezależne dziennikarstwo postanowił go ukarać przynajmniej wieloletnim więzieniem a mówiło się też o gotowości Kremla do wyeliminowania – nazwałem go tak dla bezpieczeństwa – opisywanego Rosjanina numer 1. Ów zaraz po debacie zniknął, jak to się mówi, po angielsku.

A teraz Rosjanin numer 2. Wjeżdża do Moskwy, kiedy chce. Wraca. Narzeka na „represje” Putina w postaci trzymiesięcznej wizy, ale przyjeżdża do Rosji i z niej po prostu wyjeżdża na Zachód w stanie nietkniętym. A przecież, jak napisano w tytule debaty, jest niezależnym rosyjskim dziennikarzem. Kiedy kończy się dyskusja zostaje jeszcze długo. Pytam go, bo mnie to męczyło, czy ja coś pokręciłem, że on przyjeżdża i wyjeżdża do Moskwy ze swobodą gwiazd rocka, popu lub sportu, które jeszcze niedawno korzystały z zaproszeń Kremla? „Kolego, nie boisz się, że Cię Putin nie wypuści, bo źle o nim piszesz?”. A on mi z uśmiechem na ustach odpowiada:, „Ale ja nie piszę o Putinie, nie piszę polityce tylko o ekonomii”. Przyznam, że mnie zatkało. Zapytałem, czy żartuje? Odpowiedział, że nie i mnie odetkało.

Al Jazeera wzorem niezalezności dziennikarskiej, czyli paranoja

Przypominam, wszystko dzieje się teraz w holenderskiej Hadze na kongresie dziennikarskim EFJ podczas debaty o niezależności mediów. Rosjanin, prawdopodobnie z zagranicznym paszportem swobodnie poruszający się teraz po swoim kraju a do tego korespondentka arabskiej telewizji Al Jazeera mówią o niezależności. Reporterka zresztą zapewniała, że dobrze się tam czuje, bo zadaje tylko swoje pytania, że jej stacja jest niezależną korporacją medialną, że w ogóle jest tam super. Zaniemówiłem. Telewizja wielokrotnie podejrzewana o sprzyjanie terrorystom i niedopuszczalne z nimi kontakty, faworyzująca Palestyńczyków w sporze z Izraelem, jest „niezależna”? „Chyba od rozumu swoich odbiorców” – przypomniały mi się słowa mojego przyjaciela. Ale nie, groteska trwa. Jeden z reprezentantów Towarzystwa Dziennikarskiego zabiera głos. Bredzi coś o wyważaniu racji podczas wojny, niedosłyszałem, czy na Bliskim Wschodzie, czy na Ukrainie. A potem mówi, że relacja z jesieni 2021 roku autorstwa Step Vaessen z granicy polsko-białoruskiej, w której dziennikarka stronniczo – moim zdaniem – przedstawiała domniemane wypychanie przez polskich żołnierzy uchodźców m.in. z państw arabskich, którzy jakoby uciekali przed wojną w swoich krajach, z powrotem na Białoruś.

W relacji była wzmianka o „setkach ofiar” takiego postępowania polskich służb mundurowych. Nie doprecyzowano, jakie to ofiary, bo na pewno nie śmiertelne. W tamtym tygodniu nie było przypadków śmierci obcokrajowców, którzy nielegalnie przedostali się przez granicę Polski i UE szmuglowani przez przemytników ludzi. No i na tym „niezależnym dziennikarstwie” arabskiej stacji jest wyraźna rysa. Nie ma w relacji oficjalnego stanowiska Straży Granicznej, są tylko świadkowie „zbrodni” jej funkcjonariuszy i Wojska Polskiego, ale bez podania źródła i dowodów informacji, że istotnie ktoś poniósł śmierć.

Podczas dyskusji mówię niderlandzkiej dziennikarce telewizji Al Jazeera, że nie usłyszałem nigdy jak pyta kogoś z elit politycznych Bliskiego Wschodu o podejrzenia korupcyjne i związki z terrorystami. Nie odpowiedziała na te moje wątpliwości. Co do rzetelności relacji z granicy podkreśliłem, ze korespondentka – delikatnie mówiąc – mija się z prawdą. Zaprzeczyła. Tłumaczyła, że było wiele jej relacji i chyba nie mówimy o tej samej. Po spotkaniu w prywatnej rozmowie też trzyma się tej wersji. Opadły mi ręce…

Wątpliwości, prawda i rzetelność zamiast obiektywizmu

Reasumując na kongresie największej europejskiej korporacji dziennikarskiej do debaty o niezależności mediów podczas wojny zaproszono, między innymi, dwie osoby.

Osoba numer 1: Rosyjski dziennikarz, który podczas inwazji Moskwy na Ukrainę swobodnie porusza się po kraju Putina, wjeżdża i wyjeżdża, kiedy mu się podoba i do tego na w zachodnich mediach nie pisze o polityce, ale o ekonomii…

Osoba numer 2: Holenderka, korespondentka Al Jazeery, która jeszcze przed inwazją relacjonując kryzys uchodźczy, do którego doprowadził kumpel Putina mówi w relacji dla arabskiego koncernu medialnego, że polskie służby wpychają z powrotem na Białoruś „wycieńczonych” uchodźców. Uwaga moja: głównie młodych mężczyzn z Bliskiego Wschodu. Korespondentka nie potrafi do dziś wytłumaczyć, czy były jakieś „ofiary”, czy mówiła o innych „ofiarach” sprzed innej niż polska i UE granicy.

Szlag mnie trafił, bo gadają, gadają, a gdzie w tym wszystkim napadnięty kraj – Ukraina? Siedzi obok mnie. Konkretnie siedzi obok mnie zdenerwowany mój kolega szef IMTUU, Niezależnego Związku Mediów na Ukrainie Serhiy Shturkhetskyy (to oficjalna pisownia jego nazwiska w alfabecie łacińskim). Zgłosił się do głosu wcześniej, ale coś go prowadząca nie dostrzega. Krzyknąłem „Posłuchajcie głosu wolnej Ukrainy”! Mężczyzna z obsługi technicznej podchodzi z mikrofonem do ukraińskiego dziennikarza. Serhij najpierw dziękuje za wsparcie dla jego walczącego z rosyjskimi barbarzyńcami kraju, potem już z przekąsem wspomina, ze chętnie znalazłby się w gronie panelistów, ale nikt go nie zapraszał…

Gra orkiestra, szwagra biją – jak mówią w moich stronach, w Łodzi i okolicach.

No dobra, okłamałem Was, nie było krótko. Ale na pewno na temat. Bo są zgromadzenia, które zupełnie nie trzymają się wyznaczonych tematów i są tematy, które jak ten – powtórzę – mnie wybrały. A mojego kłamstwa o tym, że będzie krótko nie wstydzę się. Niech inni wstydzą się kłamstw o domniemanej niezależności i obiektywizmie podczas relacji z konfliktów, inwazji i wojen.

I z przykrością pisze, że nie ma obiektywizmu dziennikarskiego. Nie tylko podczas wojny. Są tylko, jak w życiu i w każdym zawodzie, rzetelność i uczciwość przekazu.

Łatwe filmy, których nie ma – STEFAN TRUSZCZYŃSKI podsuwa pomysły dziennikarzom

Łatwe filmy, których nie ma, to filmy dokumentalne o naszych wybitnych sportowcach. Jest ogromna ilość materiału zdjęciowego, byłoby to niezwykle entuzjastyczne oglądanie i pożytek patriotyczny. Oczywiście filmy muszą być dobre, jak to się teraz mówi – profesjonalne (np. o Ryszardzie Szurkowskim – Zbigniewa Rytela). A nie ma! Why! Do stu tysięcy beczek kartaczy!

Zanikła umiejętność robienia filmowego dokumentu? Na pewno nie jest doceniony. Aeropagi krytyków, zatwierdzaczy, kolaudantów! Zamykają się szczelnie w tajnych gabinetach i radzą. Wyobrażam sobie, że siedzą tam wyfraczeni podobnie jak uczestnicy pomeczowych dyskusji w TV. Rzecz o sporcie – czymś z założenia pogodnym i luzackim. A tu widzę karawaniarzy w smokingach klepiących na ogół komunały, które mogłaby wygłosić babcia pogardliwie zwana mocherówką. Bo piłkę nożną oglądamy często, a wiedza techniczna o niej nie jest zbyt skomplikowana. To samo robią, w czasie meczów wbici w garnitury, trenerzy i działacze. Powinni jeszcze przypinać sobie medale, a na pewno tych blaszek mają dużo.

Nie chodzi tylko o medalistów i mistrzów –  choć o nich przede wszystkim. Ale tych nieszczęśników sportu, którzy zeszli z aren połamani (dosłownie lub psychicznie) i klepią biedę, jak wzgardzona i zapomniana Agata Wróbel. Ta dzielna kobieta, medalistka, której (i nam) grano hymn narodowy, uprawiająca morderczą dziedzinę sportu, dla „zasłużonych” – wyfraczonych była, skończyła karierę i już nie dawała im właśnie profitów.

Powinien powstać mądry film o zakopiańczyku Wojciechu Fortunie, o wysokich lotach tego odważnego chłopaka, ale i o upadkach młodego człowieka pozostawionego samotnie wśród pijackich pochlebców. Te 111 metrów i cudowne sprawozdanie Bohdana Tomaszewskiego wysłuchałem bladym świtem w hoteliku w Chojnicach w czasie reporterskiej rajzy. Byliśmy wtedy w trójkę – Basia Pietkiewicz i Michał Jaranowski. I była wielka radość o poranku. A potem usłyszeliśmy, po kilku latach, że mistrz bije żonę. Szok. Ale jako, że tylko prawda jest ciekawa – filmy o Wielkich powinny pokazywać także ich upadki.

Czy Wanda Rutkiewicz, Andrzej Zawada doczekają się pełnokrwistych filmów dokumentalnych – takich, jakimi Oni byli. A Kukuczka z całą prawdą o jego śmierci. Właściwie całe pokolenie, w każdym razie ogromna część najwspanialszych wspinaczy polskich zginęła w górach. Kto mógłby sprostać filmowemu wyzwaniu. Powstała średnio-dobra, okrojona fabuła o Marusarzu, dlaczego nie ma filmu o kpt. Baranowskim, o mistrzu fechtunku i architekcie Zabłockim, o Chychle, Kuleju, Pietrzykowskim.

Pamiętam wielu szefów od sportu i po prostu świetnych dziennikarzy sportowych – Macieja Biegę, Tomasza Hopfera, Bohdana Tomaszewskiego, Jacka Żemantowskiego. Już ich nie ma. A dlaczego nie wyrośli nowi? Czy ktoś zazdrośnie blokował kariery? Oczywiście pojawiają się odważne, ciekawe teksty sportowe. Ale media elektroniczne to bryndza. Owszem, transmisje. Tego mamy pod dostatkiem. Ale „dysk olimpijski” już nie wiruje. To za trudne dla smsiarzy i mejlowców. W teleturniejach telewizyjnych zawodnicy rzeczywiście imponują wiedzą. Tyle, że nie o literaturze.

Klepacze klepią prześcigając się w tempie narracji i przerywaniu gościom wypowiedzi. Gdzie tak gonicie? Niech będzie spoko, ale szeroko i głębiej. Czy trzeba kochać sport, żeby go dobrze dziennikarsko eksploatować? Myślę, że wystarczy lubić. Natomiast zupełnie niezbędne są umiejętności. Osobnik utalentowany po prostu ma w sobie magnez, który przyciąga. Pracuś może być doceniony, ale pokochany nie będzie.

Dlatego trzeba szukać talentów, ale nie przez układy polityczne i nepotyzm. Szukać muszą mądrzy i doświadczeni. A jest w czym wybierać. W małych redakcjach te połowy się udają. Dlaczego nieskuteczne jest to w redakcjach największych?