WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjskie miasta boją się świętować 9 maja

Rosja zawsze była dumna z Dnia Zwycięstwa, który był okazją do gloryfikacji władz i hucznie obchodzony 9 maja licznymi defiladami, paradami i wiecami. W tym roku jednak wiele miast zrezygnowało z takiego świętowania.    

Według rosyjskich mediów, parady 9 maja 2023 roku zostały już odwołane w co najmniej 21 miastach Rosji. I to nie tylko w tych, które są blisko Krymu i teoretycznie mogłyby zostać trafione rakietami lub dronami z Ukrainy. Kaługa, Ryazan, Orel, Saratów, Lipieck, Jelec, a nawet Tiumeń odmówiły organizacji parad „ze względów bezpieczeństwa”. Odwołanie parad w Pskowie i Wielkim Łuku uzasadniono troską o żołnierzy rosyjskich walczących z Ukrainą. Według szefa regionu Michajła Wiedernikowa oni „zupełnie inaczej postrzegają odgłosy fajerwerków”.

Rosyjskie regiony graniczące z Ukrainą – kurski, bilhorodski i briański – jako pierwsze odwołały parady, ponieważ, jak mówią, regularnie są pod ostrzałem. Władze regionu twierdzą, że ataki przeprowadzane są od strony ukraińskiej. Kijów nie komentuje tych doniesień.

Odwołanie parad zwycięstwa w obwodzie kurskim i biełgorodskim zostało wyjaśnione w następujący sposób – „biorąc pod uwagę trudną obecną sytuację i nie prowokując wroga dużą liczbą sprzętu i personelu wojskowego” – powiedział gubernator obwodu biełgorodzkiego.

Odwołanie defilady 9 maja zapowiedział też mianowany przez Kreml szef Krymu Serhij Aksjonow. Tłumaczył tę decyzję względami bezpieczeństwa. Później także rosyjski szef Sewastopola Mychajło Razwożajew zapowiedział odwołanie parady wojskowej w tym mieście.

Ponadto rosyjska administracja Sewastopola zaapelowała do mieszkańców miasta, aby 9 maja nie odpalali pocisków i rakiet z folią, ponieważ mogłoby to skomplikować pracę obrony przeciwlotniczej.

W Briańsku, Krasnodarze i Soczi władze nie wyjaśniły odwołania parad – po prostu przekazały mieszkańcom informację, że w 2023 roku ich nie będzie.

W Saratowie w Rosji, zamiast parady 9 maja odbędą się koncerty pod oknami weteranów, zapowiedział gubernator regionu Roman Busargin. „Miła niespodzianka pomoże zachować ich zdrowie i sprawi, że będą szczęśliwi w tym szczególnym dniu” – stwierdził.

Świątecznych fajerwerków nie będzie w całym tym regionie. Busargin powiedział, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze lepiej wydać na wsparcie rosyjskich żołnierzy walczących na Ukrainie.

Poinformowano również, że w całej Rosji nie będzie tradycyjnych przemarszów „Nieśmiertelnego Pułku”. Zgodnie ze zwyczajem jest to procesja, w której każdy może stanąć w szeregu i przejść z portretem krewnego, który zginął na wojnie. Rosyjskie władze zawsze były bardzo dumne z tego wydarzenia. Ale w tym roku zostało ono odwołane. I to nie tylko ze względów bezpieczeństwa. Obawiano się, że w wielu regionach uczestnicy takiego pochodu nie będą nieść portretów bliskich poległych w czasie II wojny światowej, tylko fotografie tych, którzy zginęli ostatnio na Ukrainie i stanie się to demonstracją pokazującą ogromne straty armii rosyjskiej w tej wojnie. Przypomnijmy, że według Sztabu Generalnego Ukrainy armia rosyjska straciła na Ukrainie ponad 180 tys. żołnierzy. A rosyjskie władze nie chcą pokazywać swojemu społeczeństwu takich strat…

 

PIOTRA TURLIŃSKIEGO analizy literackie: Karol Zbyszewski prześmiewca historii (6)

„Niemcewicz od przodu i tyłu” – taki jest tytuł dzieła, które dzisiaj chcę Państwu polecić. Autorem jest Karol Zbyszewski. Od razu też postawmy pytanie, czy o historii naszego narodu – można pisać złośliwie i prześmiewczo? Według mnie można – jak najbardziej. A nawet trzeba.

Jeżeli bowiem będziemy lękać się ujawniania naszych wad, przywar, słabości i okropnych śmieszności, to znaczyłoby, że nie jesteśmy tak wielcy i wspaniali, jak o sobie mówimy w czasie uroczystości narodowych. Bo cóż to za cnota, która boi się krytyki? – że przytoczę frazę biskupa Ignacego Krasickiego.

O autorze

Dzisiaj mam przyjemność polecić Państwu dzieło, które powstało przed wojną, ale dopiero po 1990 roku zostało wydane ponownie, po raz pierwszy w latach powojennych. A chodzi o pozycję „Niemcewicz od przodu i tyłu” Karola Zbyszewskiego. Kim był Zbyszewski? Był znanym i cenionym dziennikarzem, słynął w przedwojennej Polsce z ciętego, dosadne, a chwilami nawet okrutnego języka.

Przedmowę do „Niemcewicza…” napisał sam Stanisław Mackiewicz. A był to wielki dziennikarz – jego osobę też musimy przypomnieć. Stanisław Mackiewicz, pseudonim „Cat” (Cat-Mackiewicz; był polskim prawnikiem, wydawcą i pisarzem. Politycznie był monarchistą i konserwatystą. W latach 1922–1939 był redaktorem dziennika „Słowo” wychodzącego w Wilnie. W 1939 opuścił kraj i przez Litwę udał się do Francji. W latach 1954–1955 był premierem rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. Powrócił do Polski w 1956 roku. Zatem, Cat-Mackiewicz tak pisał o Zbyszewskim:

Starszym pannom, a zwłaszcza starszym paniom, które dokoła takiego pisma prowincjonalnego jak „Słowo” mają zawsze dużo do powiedzenia, felietoniki Karola z początku nie podobały się zupełnie. Karol miał styl krótki i obrazowy, ale nie pisał nigdy o kimś, że szedł, tylko zawsze „gramolił się”, zamiast mówić, stale „gdakać”, nigdy nie nazywał dziewczyny lub sportsmenki inaczej jak „klucha”, rzadziej używany był wyraz „klempa”. O kobietach najchętniej pisał przez „kuchty”. Mamy zaprzyjaźnionego ministra w gabinecie. Karol pisze: „tylko taki matoł jak minister…”, tu zostaje wymieniona nazwa resortu. Sam p. marszałek Miedziński w złotych czasach Bloku Bezpartyjnego interweniował u mnie w sprawie jakiegoś felietoniku Karola.

Zalety, talent, nie cofnę się przed wyrazem: wielkość pióra Karola polega na jego niesłychanej jędrności i wyrazistości.

W czasach niesłychanie pompatycznej, mdławej wzniosłości, w powodzi tych nieudolnie skrojonych frazesów, hiperfrazesów, ultrafrazesów, którymi przeładowana jest Polska od góry do dołu, od toastów pp. wójtów do exposé pp. ministrów, lapidarność Karola, chociażby brutalna, chociażby obelżywa, staje się tym czym zimna woda dla spoconego w duchocie ciała. 

Powie ktoś, że Zbyszewski może nie kochał ojczyzny. Nic bardziej mylnego, bo swoim całym życiem – tak na wojnie, jak potem na obczyźnie w Londynie – dowiódł dobrego patriotyzmu. Walczył, działał na emigracji – był odważny. A że naszą historię rozumiał jako przestrogę dla współczesnych, że śmieszyło go nasze narodowe pajacowanie? Że zwalczał nasze pozerstwo, mające najczęściej ukryć ciemne interesy? To tylko zasługa odważnego serca i przenikliwego rozumu.

Niemcewicz – tytułowy bohater

Najpierw Niemcewicz miał być bohaterem pracy doktorskiej Zbyszewskiego. Ale uniwersytet poznański odrzucił dysertację. Oczywiście ze względu na język i złośliwą postawę autora wobec Niemcewicza. W tamtych latach trzeba było pisać o narodowych bohaterach na klęczkach. Zresztą – myślę, że i dzisiaj środowisko naukowe woli gładkie i mdłe rozprawy, niż pisane z pasją publicysty.

Po odrzuceniu jego pracy doktorskiej Zbyszewski postanawia wydać ją jako poważną pracę publicystyczną właśnie. I odnosi sukces – oczywiście w kręgach ludzi wolnych duchowo, którzy wiolą pomniki burzyć, niż je stawiać.

A teraz przypomnijmy – za encyklopediami – kim był Julian Ursyn Niemcewicz. Życiorys miał bogaty, pełen zwrotów i obrotów – zgodnie z historią Polski, której był nie tylko obserwatorem, ale też aktywnie ja kształtował. Urodził się na Polesiu, w rodzinie średniozamożnej szlachty 16 lutego 1758 roku. Zmarł w Paryżu 21 maja 1841 roku. Był poetą, powieściopisarzem dramaturgiem, historykiem, pamiętnikarzem, publicystą, tłumaczem. Był znaczącym w kraju masonem. Był członkiem Komisji Edukacji narodowej. Od czerwca 1794 był adiutantem i sekretarzem Tadeusza Kościuszki podczas insurekcji kościuszkowskiej. Ranny, został wzięty do niewoli po bitwie pod Maciejowicami (10 października 1794) i osadzony na dwa lata w twierdzy pietropawłowskiej.

W grudniu 1796 uwolniony z więzienia, razem z Kościuszką udał się przez Finlandię, Szwecję, Anglię do Stanów Zjednoczonych. Podróżował po wschodnich stanach, spotkał się z Waszyngtonem i Jeffersonem. 2 lipca 1800 poślubił Amerykankę, Susan Livingston Kean, córkę Petera van Brugh Livingstona, pierwszego skarbnika stanu Nowy Jork. W roku 1798 został wybrany członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Filozoficznego, a w 1806 jako pierwszy Polak otrzymał obywatelstwo amerykańskie. Na wiadomość o śmierci ojca, w latach 1802–1804 odwiedził Polskę, a w 1807 wrócił na stałe do kraju. Został wtedy sekretarzem Senatu, wizytatorem szkół (jako członek Dyrekcji Edukacyjnej) i pierwszym prezesem Dyrekcji Rządowej Teatru Narodowego. Od 1802 był członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a od stycznia 1827 jego prezesem.

Od 1822 osiadł w swych dobrach w podwarszawskim Ursynowie (które chciał pierwotnie nazwać Ameryką), wprowadził tam nowoczesne metody ogrodnictwa i oddał się tam twórczości literackiej. Urząd sekretarza Senatu pełnił również w Królestwie Kongresowym.

Był przeciwnikiem konspiracji niepodległościowej i zwolennikiem legalizmu. Po wybuchu powstania listopadowego w 1830 wyjechał w misji dyplomatycznej do Londynu. 5 grudnia 1830 roku Rząd Tymczasowy Królestwa Polskiego powołał pod jego przewodnictwem kilkunastoosobowy Komitet do Przejrzenia Papierów Policji Tajnej. Jako senator podpisał akt detronizacji cara Mikołaja I. Był członkiem sejmu powstańczego na emigracji. Od września 1833 pozostawał w Paryżu, będąc związanym ze stronnictwem księcia Adama Jerzego Czartoryskiego.  Był prezesem Wydziału Historycznego Towarzystwa Literackiego w Paryżu. Pozostawił liczne pamiętniki z każdego okresu życia.

Julian Ursyn Niemcewicz postrzegał Wielkie Księstwo Litewskie, z którego pochodził, jako nierozerwalną część państwa polskiego. Taki punkt widzenia przekazywał w swojej twórczości, wpływając na kształtowanie się w kolejnych pokoleniach Polaków romantycznej wizji „Kresów”, będących częścią Polski. Historyk Jan Stanisław Bystroń pisał o nim, że: „traktował Polskę jako całość, w granicach przedrozbiorowych, (…) z niczego nie rezygnował, jeździł na Ukrainę, na Litwę, na Pomorze, na Ruś Czerwoną jako na ziemie polskie i budził w szerokich sferach czytelników przekonanie, że granice Królestwa Kongresowego nie są granicami Polski. Nieznośny staruszek (…) całe życie pozostawał obywatelem całej niepodzielnej i niepodległej Polski.

Dlaczego właśnie Niemcewicz?

Dlaczego Niemcewicz został bohaterem książki Zbyszewskiego? Z kilku powodów. Po pierwsze, Niemcewicz zostawił po sobie sporo wspomnień i pamiętników. Po drugie był Niemcewicz świadkiem i niejako współtwórcą najtragiczniejszej części historii Polski, bo był nią przecież czas rozbiorów. Po trzecie wreszcie, życie Niemcewicza jest znaczące i emblematyczne dla światłych ludzi tamtej epoki. Niemcewicz to nie prosty żołnierz – jak Jan Chryzostom Pasek, który zostawił po sobie wspomnienia z innej epoki, ale pisane jednak z pozycji człeka prostego.

Czego szukał Zbyszewski w życiu Niemcewicza? Ano właśnie szukał tamtej epoki, chciał zrozumieć tamte pokolenia, które doprowadziły do upadku potężnego państwa w środku Europy.

Dom rodzinny Niemcewicza

Zbyszewski, solidnie jak na biografa przystaje zaczyna od dzieciństwa i rodziny Niemcewicza. Tam znajduje istne pokłady mentalności ówczesnej szlachty. I sugeruje, że dom rodzinny musiał mieć wpływ na bohatera biografii. Nawet, jeżeli Niemcewicz później próbował wyrwać się z kręgu rodzinnego myślenia i tradycji. Tak opisuje ojca Juliana Ursyna:

Główną troską pana Marcelego było utrzymywać dobre stosunki z Panem Bogiem. Do Wistycz drałował siedem mil piechotą, by się tamtejszej Matce Boskiej przypodobać. Pacierze klepał cały dzień. Nawet grając w mariasza szeptał litanię. Wszyscy domownicy musieli śpiewać godzinki pod jego dyrekcją. W adwent zrywali się państwo Niemcewicze o świcie, po ciemku ładowali z dziećmi w sanie i pędzili do kościoła w Brześciu, tam siadali w ławce z nogami w specjalnym futrzanym worku, Julianek zaś, siedząc, zasypiał, musiał klęczeć godzinami w pobok ławki na zimnej, kamiennej posadzce.

– Mamusiu, czy w piekle są roraty? – pytał z płaczem.

W Klennikach było więcej księży niż w przeciętnej katedrze. Przed opatem Rogalińskim dzieci musiały padać plackiem i całować go w nogę. Święty to był człowiek. Jeszcze świątobliwszym był ksiądz Obłoczyński – asceta, co się nawet na odpustach u bernardynów nie upijał. Ciocia Bisia całowała ślady jego stóp w ogrodzie. Kazania miał tak płomienne, że spędzano na nie wszystkich Żydów z Brześcia, w nadziei, że ich nawróci. Choć gadał po sześć godzin i wymachiwał trupią czaszką – Żydy zostawały przy swoim.

Nad nawróceniem Żydziąt pracował niestrudzenie i pan Marceli. Nie kupił smaru ani nitki w Brześciu, na palnąwszy przy okazji parchom wykładu teologicznego. Ale skutek był marny.

Lepiej poszło panu podczaszemu z nawróceniem swych poddanych – chłopów unitów. Granatowe żupany, pasy, gorseciki, czepki, chustki, parę kijów – nie oparły się kmiotki tylu dowodom wyższości jednej religii nad drugą i przechodziły gromadnie na katolicyzm.

W służbie u Czartoryskich

Książę Adam Czartoryski, bawiący właśnie w Brześciu, zwrócił uwagę na młodego, inteligentnego chłopaka i zaproponował rodzicom, żeby oddali Juliana na jego dwór. Tak właśnie Julian Niemcewicz wszedł w krąg najznamienitszych rodów i spraw wagi państwowej.

Władza Czartoryskich był równa ich majątkowi, a byli panami ogromnych dóbr ziemskich, wsi, miast, miasteczek i licznych „zakładów przemysłowych”. W polityce również byli jednymi z najważniejszych. Dysponowali też Czartoryscy własnym wojskiem oraz dowodzili sporą częścią armii rządowej. Tak to przedstawia Zbyszewski:

Książę Adam był komendantem wojska litewskiego, Niemcewicza – który ukończył korpus w stopniu gefrajtera, czyli wodza aż czterech kadetów – mianował swym adiutantem. Funkcja ta nie przysparzała wiele roboty, w Różance był tylko mały oddział gwardii litewskiej, sprowadzonej przez księcia dla wypróbowania nowych metod musztry. Rano, gdy była ładna pogoda, książę zasiadał na ganku i ćwiczył żołnierzy, ale że nie znał ani starej, ani nowej komendy, gwardziści nie wiedzieli, która prawa, która lewa noga, więc wkrótce wszystko zaplątywało się tak, iż jedynym ratunkiem było pójść na śniadanie.

Nie lubiący długo przebywać w jednym miejscu książę wyruszył na objazd armii litewskiej, która liczył prawie 5000 ludzi.

            Zwróćmy na tę liczbę wojska baczną uwagę. Ówczesna Litwa, biorąc pod uwagę jej obszar,  była nadal potężnym księstwem, ale do zwiększania liczebności wojska nikt się kwapił. A stan tego 5-tysięcznego wojska był opłakany. Zbyszewski, raczy nas takim opisem:

Pułki po 100 lub 50 żołnierzy stacjonowały latami w małych miasteczkach; na rynku, pośród tłumu Żydziąt oraz kobiet i dzieci śledzących z zainteresowaniem jak mąż lub tata się spisują – czynił książę z powagą przegląd dwóch króciutkich szeregów. Żołnierze nie znali postawy na baczność, stali jak dziady pod kościołem, opierając się na strzelbie z zeszłego stulecia, na szabli lub po prostu na grubym kiju. Oficerów było zwykle więcej niż szeregowych, szlachta kupowała za paręset dukatów rangę porucznika czy pułkownika, z okazji rewii zjeżdżali się wszyscy, bo solidna pijatyka była zapewniona.

Wojsk, choć tak nieliczne, wzbudzało wielki lęk u spokojnych obywateli. Gdy zalegano mu z żołdem, rzucało się na okolicę, rabując niczym Tatarzy. Gdy porucznik potrzebował pieniędzy, a był zajazd w sąsiedztwie – wypożyczał za skromną opłatą cały pułk; sejmiki były żniwem dla żołnierzy, za talara rąbano, kogo wskazano.

Dzielni konfederaci barscy

Taka armia nie mogła stawić nikomu czoła. Czy największe polskie i litewskie rody nie wiedziały o tym? Najpewniej nie wiedziały, a poza tym możni ówczesnej Rzeczypospolitej zajęci byli własnym sprawami – pomnażaniem majątków, zabawami, umizgiwaniem się do Rosjan, którzy od dawna czuli się w naszym kraju jak u siebie. A nawet jeszcze lepiej, bo w Rosji nie było zbyt wielu chętnych do przekupywania carskich żołnierzy i urzędników. A u nas owszem.

Pokutują w nas mity, osłabiające realne widzenie rzeczywistości. Jednym z nich jest sprawa konfederacji barskiej – że zryw, że szlachetnie, że dla ojczyzny ratowania… Rzeczywistość jednak była inna. Tak ją opisuje, za współczesnymi kronikarzami, Zbyszewski:

Najdłużej zabawił książę w Słonimiu u hetmana Ogińskiego. Mały, chuderlawy hetman nazywał Rousseau – kolegą, bo tylko oni dwaj na świecie układali słowa i muzykę do oper, smarował palcem okropne pastelowe bohomazy. Wymyślał harfę z pedałami, budował kanały, pisał sztuki, wytykał bulwary, reżyserował przedstawienia, grał na cytrze – wszystkim się interesował z wyjątkiem wojska.

Podczas konfederacji barskiej wyruszył w pole na czele trzytysięcznej armii. Pod Stołowiczami wypoczywał po pracowitej nocy u boku grubej panny d’Assert, komponując operę, gdy kapitan Suworow napadł na niestrzeżony całkiem obóz; 700 Moskali rozgromiło doszczętnie 5000 konfederatów, nieprzytomnego ze strachu hetmana przeprowadzili słudzy w nocnej koszuli przez granicę. Odtąd Ogiński zniechęcił się do wojska:

– Nie mam szczęścia Czarneckiego! – mówił.

Czy należy pamiętać o przykrych momentach?

Oczywiście każdy naród ma chwile wzniosłe i mało szczytne. Tak jest, po prostu. Martwi mnie jednak, że o momentach naszej słabości i głupoty nie chcemy rozmawiać. Jako naród wolimy przypominać sobie samym jedynie oblicze chwalebne.

Można i tak, ale skutki mogą być znowu opłakane. Poza tym – nasze walki pod Napoleonem, dwa XIX-wieczne krwawe powstania były skutkiem głupoty ojców naszych. Dziś słychać jednak coraz więcej głosów, że rozbiory były jedynie skutkiem przemożnej siły trzech – jakże niedemokratycznych – sąsiadów, my zaś zawsze byliśmy cudowni.

Dlatego warto znać własną historię, a ta ukazana przez Karola Zbyszewskiego jest świetna w czytaniu. Choć hurrapatrioci mogą narzekać. A niech tam sobie narzekają. Rozum musi w nas wreszcie zacząć zwyciężać. Trudna to jest walka, ale konieczna. Jeżeli nie chcemy powtarzać błędów przodków.

I najważniejsze – książka Zbyszewskiego jest pełna dowcipu i dobrego humoru. A że ma śmiech ma własności terapeutyczne… tym bardziej należy przeczytać Zbyszewskiego.

 

 

 

Magdalena Drohomirecka będzie kierowała TVP3

Magdalena Drohomirecka od 27 kwietnia pełni obowiązki dyrektora TVP3 – poinformowała Telewizja Polska.  

Magdalena Drohomirecka to absolwentka historii na Uniwersytecie Jagiellońskim, dziennikarka, publicystka, reportażystka, laureatka wielu nagród dziennikarskich.

Z Telewizją Polską związana jest od dawna. Przez ponad 12 lat prowadziła serwis informacyjny „Kronika” w TVP3 Kraków, a następnie m.in. program publicystyczny „Tematy dnia”. Do 2017 roku była szefową działu programów informacyjnych w TVP3 Kraków. Od 2017 roku związana z TVP3. W czerwcu 2022 roku dołączyła do grona gospodarzy „Klubu Trójki” w Programie III Polskiego Radia. Prowadzi także ,,Debatę dnia” oraz autorską audycję „Dziedzictwo współczesności” w Polskim Radiu 24. W Radiu Kraków jest autorką audycji ,,Po co nam historia”.

Magdalena Drohomirecka jest członkiem Komisji Interwencyjnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Wcześniej TVP3 kierował Jarosław Olechowski, który był również dyrektorem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i TVP Warszawa. Został on odwołany z tych funkcji 25 kwietnia, na stanowisku szefa TAI zastąpił go Michał Adamczyk.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja tonie w oceanie donosów

W samej Rosji uznaje się już, że liczba donosów jest tak wielka, że ​​organy państwowe nie są w stanie sobie z nimi poradzić. Rekordzistka napisała 922 skargi na obywateli, którzy jej zdaniem nie są patriotami.

Niedawno moskiewski sąd ukarał emerytkę Olgę Sleginę grzywną w wysokości 40 tys. rubli z artykułu o „dyskredytowaniu” armii rosyjskiej – donosi „Memoriał”. Jak się okazało, 70-letnia Slegina omawiała sytuację na Ukrainie przy stole podczas obiadu w sanatorium, w którym wypoczywała. Zapytała sąsiada przy stole, a także kelnerkę, czy są za Rosją, czy za Ukrainą. W trakcie rozmowy kobieta stwierdziła, że ​​prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski to „przystojny młodzieniec z poczuciem humoru”.

Kilka dni później Slegina została poinformowana, iż ​​napisano przeciwko niej trzy donosy, w których zarzucono jej, że „chwali Zełenskiego”. Policja sporządziła protokół dotyczący tej sprawy i zabrała kobietę na komisariat. Podczas przesłuchania sprawdzono jej telefon, zapytano o związki z Ukrainą i poproszono o podpisanie protokołu. Slegina nie mogła przeczytać dokumentu ze względu na problemy ze wzrokiem, ale mimo to podpisała się tam, gdzie wskazała policja. Później okazało się, że jej słowa w protokole zostały zmienione, Slegina rzekomo krzyczała w jadalni „Chwała Ukrainie”.

Posiedzenie sądu trwało nie dłużej niż pięć minut – podał „Memoriał”. Sędzia odrzucił wniosek o przełożenie rozprawy ze względu na stan zdrowia siedemdziesięciolatki.

To jest odosobniony przypadek. Sympatyzujący z Ukrainą mieszkańcy Rosji i  terenów przez nią okupowanych są prześladowani za pomocą donosów. Znanym przykładem jest prorosyjski bloger Ołeksandr Talipow z Krymu publikujący na swoim kanale na Telegramie dane osobowe mieszkańców półwyspu, którzy wspierają Ukrainę. Na swoim koncie ma już setki internetowych donosów. W wyniku skarg Talipowa wiele osób poniosło odpowiedzialność administracyjną i karną za „dyskredytowanie” armii rosyjskiej.

Inna sprawa. W sieci księgarni w Sewastopolu pojawił się przetłumaczony na język rosyjski, znany w Europie i wydawany we Francji, komiks, który w formie rysunkowej przedstawia biografię Stalina.  Autor książki, Vincen Delma, zatytułował go „Stalin. Droga od seminarzysty do przywódcy narodu”. Konsultantem historycznym podczas powstawania książki był francuski historyk Nicolas Vert, który nazywa siebie znawcą stalinowskich represji i Gułagu. W latach 80. pracował w Rosji na stanowisku dyplomatycznym. Książka ukazała się po raz pierwszy we Francji w 2019 roku, a w 2021 została przetłumaczona na język rosyjski i wydana w Rosji przez wydawnictwo „Exmo”.

W Sewastopolu rozpętała się burza. Książkę nazwano „pracą pseudonaukową, która wypacza historię Rosji i zasługi Stalina”. Tekst opublikowany przez sewastopolskich dziennikarzy zaprzecza, jakoby Stalin prowadził politykę niszczenia „drobnej burżuazji” i nakazywał zesłanie na Syberię odnoszących sukcesy chłopów zwanych „kułakami”. W materiale zaprzeczono też faktom, że Stalin, zgodnie z polityką kolektywizacji, kazał odbierać jej przeciwnikom wszelką żywność. Autorzy donosu nazywają książkę nie tylko antystalinowską, ale antyrosyjską, chociaż nie ma w niej absolutnie rusofobii.

W samej Rosji uznaje się obecnie, że liczba donosów jest tak wielka, że ​​organy państwowe nie są już w stanie sobie z nimi poradzić. Dlatego deputowany do Dumy Państwowej Jewhen Markow wysłał list do Prokuratora Generalnego, w którym stwierdza, że ​​„nawałnica bezpodstawnych skarg paraliżuje pracę organów państwowych, administracji prezydenta.” Sugeruje, aby autorów donosów, zwłaszcza niepotwierdzonych, karać grzywnami.

Tak więc, według statystyk państwowych, Bank Centralny otrzymał w 2022 roku 368 tys. skarg — o 18% więcej niż w 2021 roku. Do Roskomnadzoru (organ odpowiedzialny za kontrolowanie mediów – przyp. red.) wpłynęło prawie 145 tys. skarg – o 25,5% więcej niż w analogicznym okresie 2021 roku. Ministerstwo Obrony Rosji otrzymało 624 tys. skarg. Do administracji prezydenta Rosji wpłynęło ponad milion skarg, czyli sześciokrotnie więcej niż przed rozpoczęciem specjalnej operacji wojskowej. Większość z nich nie została potwierdzona.

Donosy stają się coraz ciekawsze. Były inspektor Państwowej Inspekcji Ruchu, który w pracy miał żółte auto z niebieskim migającym światłem, na pamiątkę służby postanowił pomalować ogrodzenie w te kolory. Ale sąsiad, widząc niebiesko-żółte ogrodzenie, napisał na niego donos, w którym zauważył, że to kolory ukraińskiej flagi i że mężczyzna w ten sposób popiera kijowski „reżim”.  Nie zraził się tym, że jego skarga została uznana za nieuzasadnioną, złożył kolejnych 30 domagając się postawienia sąsiadowi zarzutów karnych.

Nawet deputowani uważają za swój obowiązek pisanie donosów. Na przykład Witalij Borodin, który jest odpowiedzialny za kulturę, w ciągu kilku tygodni zdołał założyć donosy na znanych artystów – Siemiona Slepakowa, Dianę Arbeninę, Walerego Meladze, Danyło Kozłowskiego, Liję Akedżakow, Ałłę Pugaczową i innych.

Rekordzistką liczby donosów została Rosjanka, której nazwiska media nie wymieniają. Napisała 922 donosy na obywateli, którzy jej zdaniem nie są patriotami Rosji. Zauważono, że kobieta spędza 20 godzin dziennie na poszukiwaniu „wrogów Rosji” w sieciach społecznościowych. Swoją działalność tłumaczyła tym, że „nie chce płacić reparacji, jeśli Rosja przegra wojnę”, dlatego pisze donosy w trybie „dwa w dwa dni”. Jak zwracają uwagę rosyjscy politycy, nie da się jej powstrzymać, bo rzekomo „korzysta z konstytucyjnego prawa do odwołania się do organów państwowych”.

Wstrząsająca fotografia z Mariupola Zdjęciem Roku w konkursie World Press Photo

Fotografia Jewhena Małoletki, pokazująca kobietę w ciąży ranną w wyniku zbombardowania szpitala w Mariupolu, otrzymała tytuł „Zdjęcia Roku” w prestiżowym konkursie World Press Photo.

Jak podkreślił przewodniczący jury WPP Brent Lewis, „zapadające w pamięć zdjęcie z oblężenia Mariupola zostało jednogłośnie wybrane jako zwycięzca World Press Photo of the Year”.

Zdjęcie „Mariupol Maternity Hospital Airstrike” ukraińskiego fotografa Jewhena Małoletki, pracującego dla agencji Associated Press,  przedstawia 32-letnią Irynę Kalininę, ranną kobietę w ciąży ewakuowaną ze szpitala położniczego w Mariupolu zniszczonego w wyniku rosyjskiego nalotu. Jej dziecko urodziło się martwe, pół godziny później zmarła również jego matka.

Zwycięzców ogłoszono też w pozostałych kategoriach konkursu World Press Photo. Za „Fotoreportaż Roku” nagrodzono Madsa Nissena, doceniono jego zdjęcia przedstawiające życie w Afganistanie pod rządami talibów. Nagroda za „Projekt Długoterminowy” otrzymała Anush Babajanyan za prace pokazujące skutki niedoboru wody w krajach byłego Związku Radzieckiego.

Nagroda „Open Format” trafiła do Mohameda Mahdy’ego, za interaktywny projekt internetowy, którego tematem był wpływ podnoszenia się wód na społeczność małej rybackiej wioski w Aleksandrii w Egipcie

Nagrodzone prac wybrano z ponad 60 tys. zdjęć i multimediów nadesłanych przez 3752 uczestników konkursu ze 127 krajów.

opr. jka, źródło: worldpressphoto.org

 

Pielgrzymi na motocyklach – relacja TERESY KACZOROWSKIEJ z jubileuszowego zlotu na Jasnej Górze

Radośnie, widowiskowo, w słońcu i z modlitwą rozpoczęli motocykliści swój nowy sezon. Do Częstochowy w pierwszy powielkanocny weekend, 15-16 kwietnia 2023 r., zjechało ok. 40 tys. motocyklistów, nie tylko z Polski. Był to jubileuszowy XX Motocyklowy Zlot Gwiaździsty im. ks. Zdzisława Peszkowskiego.

Organizatorem Zlotów na Jasnej Górze jest Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński. Pierwszy Zlot odbył się w 2004 r., z inicjatywy komandora śp. Wiktora Węgrzyna. Chciał on podziękować patronce Polski za uratowanie życia w groźnym wypadku motocyklowym.

– Złożył wtedy Matce Boskiej Częstochowskiej wotum wdzięczności, w towarzystwie 60 motocyklistów. Potem Zloty rozwinęły się błyskawicznie. Dziś na jubileuszowy XX Zlot przybyło ponad 40 tys. motocyklistów, osiągnęliśmy więc wynik lepszy niż przed pandemią – opowiada na Jasnej Górze wiceprezes Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński Mirosław Wenglorz, motocyklista z Cieszyna.

Inicjatorem Wiktor Węgrzyn

Wiktor Węgrzyn to pomysłodawca Międzynarodowych Motocyklowych Rajdach Katyńskich, które trwają od 2001 r. W latach 70. wyemigrował on z Warszawy do Stanów Zjednoczonych i po obaleniu komunizmu zapragnął w ciekawy sposób przypomnieć zbrodnię katyńską, do dziś bez sądu i kary. W młodości był pasjonatem jazdy motocyklem, pomyślał więc, że pielgrzymi na stalowych rumach mogą to zrobić widowiskowo. Kupił więc motocykl (hondę shadow 750) i razem z Jackiem Kawczyńskim, przyjacielem z Chicago, który też kupił identyczną hondę, rozkręcili motocyklowe patriotyczne eskapady. Do tego stopnia, że kilka lat później, Wiktor Węgrzyn nabył mieszkanie na Krzywym Kole w Warszawie, założył Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński i razem z kapelanem Rodzin Katyńskich ks. Zdzisławem Peszkowskim, przy pomocy polskich motocyklistów, zaczęli z Warszawy organizować pokojowe wyprawy na Wschód.

Na pierwszy start spod Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie zgłosiło się w sierpniu 2001 r. ponad 40 motocyklistów. Jako pionierzy odwiedzili wówczas świeżo oddane w 2000 r., polskie cmentarze wojenne w Katyniu i Miednoje. Byli pierwszą grupą pielgrzymów na motocyklach, która przejechała kresowe terytoria dawnej Rzeczypospolitej. Kolejne Rajdy tym szlakiem, kierowane przez Wiktora Węgrzyna, prowadziły nieco innymi trasami, ale zawsze szlakiem polskiego oręża, naszych zwycięstw i klęsk. Polscy rycerze na stalowych rumakach zawsze spotykali się z Polakami na Wschodzie, z dyplomatami, oddawali hołd ofiarom zbrodni komunistycznych, zesłańcom powstań narodowych, pochylali głowy nad grobami najwybitniejszych przedstawicieli narodu polskiego, odwiedzając miejsca nierozerwalnie związane z historią naszej Ojczyny. Składali wieńce, stawiali pomniki – np. w 2015 r. aż pięć: trzy pomniki Jana Pawła II oraz św. Faustyny i św. Rafała Kalinowskiego: trzy w Tobolsku na Syberii oraz dwa na Litwie.

Co roku motocykliści znad Wisły pomagali też podnosić się z ruin świątyniom polskim na Wschodzie. Wszędzie zapalali ognie pamięci, nie tylko na grobach Polaków, ale i innych narodów z byłego terenu ZSRS. Zawsze i wszędzie byli entuzjastycznie przyjmowani, szczególnie przez żyjących na wschodnich rubieżach Polaków, którzy co roku na nich oczekują. Pielgrzymi na motocyklach przywożą im dary, książki, umacniają duchowo, krzepią ich serca. „Przywozicie nam kawałek Ojczyzny, patriotyzm, co daje nam potem siłę na cały rok” – mówili motocyklistom wzruszeni rodacy z dawnych Kresach polskich – jako reporterka byłam dwukrotnie na tych niezwykłych Rajdach-Pielgrzymkach: w 2004 i w 2015 r., co zaowocowało dwiema albumowo-reporterskimi książkami: „Zapalają ognie pamięci” (Warszawa 2005) oraz „Od Warszawy do Tobolska” (Warszawa 2015).

Bogaty program XX Zlotu Gwiaździstego

Większość motocyklistów przyjechała do Częstochowy na XX Zlot Gwiaździsty w sobotę, 15 kwietnia 2023 r. Najpierw oddali hołd Żołnierzom Niezłomnym przed pomnikiem kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” w Częstochowie. Inaugurację na Jasnej Górze rozpoczęli po południu odśpiewaniem „Roty”. Potem uczestniczyli w dwóch spotkaniach: z twórcą słynnej firmy Opitimus Romanem Kluską (opowiadał o swoich doświadczeniach w biznesie) i dr. Teresą Kaczorowską (wygłosiła prelekcję o Obławie Augustowskiej). Patriotyczne pieśni motocyklistów, z ich hymnem, śpiewała „wnuczka katyńska” Maria Lamers z Krakowa. Ideą Zlotów Motocyklowych na Jasnej Górze jest przesłanie ks. Peszkowskiego: „Kocham Polskę i ty ja kochaj”. Pierwszy dzień Zlotu motocykliści zakończyli szerokim udziałem w Apelu Jasnogórskim w kaplicy NMP.

W niedzielę, 16 kwietnia 2023 r., na jasnogórskich Błoniach odbyła się msza święta, celebrowana na Szczycie pod przewodnictwem biskupa seniora diecezji drohiczyńskiej Tadeusza Pikusa. Na rozpoczęciu tegorocznego sezonu motocyklowego biskup Pikus wyraził słowa uznania dla motocyklistów za ich troskę o historię i popularyzację prawdy historycznej, za postawę patriotyczną, za pielęgnowanie polskich tradycji, za wierność Ojczyźnie.

– Niechaj wasze drogi prowadzą zawsze do domu rodzinnego, ale też do domu ojczystego, do Polski, którą tak kochacie! – mówił biskup Pikus w swojej homilii, który po mszy św. dokonał poświęcenia pojazdów.

Tradycyjnie Zlot miał charakter patriotyczny i charytatywny: Motocykliści oddawali krew, mogli nabyć książki Teresy Kaczorowskiej (autorki tekstu), płyty Marii Lamers, a także koszulki i pamiątkowe znaczki rajdowe, z których dochód przeznaczony jest na pomoc Polakom z Kresów. Liczni motocykliści przywieźli też ze sobą zabawki dla dzieci, które trafią tam z darami. Ale nader wszystko radowali się swoją obecnością, wspólnymi spotkaniami, końcem pandemii i zimy.

– Nareszcie wsiądziemy na motocykle, ruszymy na rajdy, wycieczki i parady, poczujemy znowu ten wiatr we włosach – mówili, podkreślając, że jednoczy ich Chrystus, Matka Boża i miłość do Polski.

W Zlocie uczestniczyła m.in. Anna Paniszewa dyrektorka represjonowanej polskiej szkoły harcerskiej w Brześciu na Białorusi, więziona w 2021 r., która od dwóch lat jest w Polsce.

– Dziękuję Matce Bożej Częstochowskiej za wolność i proszę o Jej wstawiennictwo za naszego więzionego Andrzeja Poczobuta, który dzisiaj kończy 50 lat – mówiła Paniszewa.

Rajdy trwają

Mimo iż twórca Rajdów i Zlotów, komandor Wiktor Węgrzyn, zmarł 17 stycznia 2017 r. (w wieku 78 lat; spoczywa w świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie) Rajdy Katyńskie trwają – w dniach 12-27 sierpnia 2023 r., trasą Warszawa-Olavinlinna, odbędzie się już XXIII Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński im. Komandora Wiktora Węgrzyna.

– Niestety, w tym roku ze względu na wojnę nie pojedziemy na cmentarze katyńskie w Rosji i Ukrainie. Wybieramy się, i to w kilku naszych rajdach, na północ i południe Europy. Ale i tam szukamy polskości. Niech Bóg ma Was w swojej opiece! Szerokości! – życzył kolegom na nowy sezon Bronisław Biel, prezes Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński.

Fot. Mariusz Jaszczurowski, Marcin Szpądrowski

 

 

WALTER ALTERMANN: Kobiecość współczesna, czyli największe zagrożenia

Beata Tyszkiewicz, w filmie biograficznym mówi: „Ilekroć moja córka Karolina wpada do domu, to od progu pyta – Mama jest? – I tak jest dobrze, że jestem tutaj i jestem dla mojej córki”.

 To wyznanie Beaty wspaniałej aktorki zapadło mi w serce, bo w jednym zdaniu ujęła istotę macierzyństwa. Matka ma być dla dzieci. Nawet – a może tym bardziej – im bardziej są dorosłe.

Macierzyństwo

Podjąłem ten temat, bo dzisiaj w mediach, a także w świadomości społecznej, macierzyństwo kojarzone jest jedynie z ciążą i wychowywaniem noworodków.  Obecnie coraz więcej młodych kobiet żąda praw dla siebie, ale nie jako matek. Dla kobiet ogólnie. I jakoś ucichły żądania praw dla matek. Owszem, pojawiają się głosy o konieczności budowy i organizowania żłobków i przedszkoli, ale dominuje w debacie publicznej głos kobiet pragnących się „samorealizować”. Nie ma w takiej postawie niczego złego, ale pod jednym warunkiem – że owo „samowyzwolenie” niedokona się kosztem dziecka. A z tym jest problem.

Drzewiej inaczej bywało

W kulturze europejskiej przyjęła się dominująca rola kobiety, jako matki, bo to ona przez 9 miesięcy nosi w łonie dziecko. Potem ona je karmi i pielęgnuje. I nie jest to wymysł żadnego z kościołów, to jest „filozofia naturalna”, u której podstaw legła biologia. I te prawa naturalne dotyczą nie tylko ludzi, ale również wszystkich ssaków oraz w mniejszym już stopniu pozostałego stworzenia.

O matce napisano niezliczoną ilość wierszy i prozy, będących dowodem naturalnych związków dzieci z matkami. Najczęściej są to – niestety – utwory słabe, ckliwe i nadmiernie sentymentalne. Ale powstawały z dobroci serca, więc dużego grzechu nie ma, autorom należy się wybaczenie.

W tradycyjnym społeczeństwie miejskim kobiety również pracowały, ale zwykle w domu, w małych warsztatach rzemieślniczych – ulokowanych najczęściej w ich mieszkaniach. Dzieci – tym samym – były pod ręką i na oku, więc kobiety z trudem, ale godziły rolę matki i pracownicy. Zresztą – dzieci w miastach również pracowały, najczęściej pomagając rodzicom. Osobnym tematem była wieś, gdzie pracowało się całymi rodzinami. Praca była ciężka, ale na wsi, w polu również pracowały całe rodziny, bo już małe dzieci wykorzystywano do znojnej pracy.

Inne kobiety

Tradycyjną rodzinę zniszczył XIX-wieczny kapitalizm, który potrzebował coraz więcej rąk do pracy w fabrykach. Z momentem, gdy kobiety zaczęły pracować w fabrykach, zaczęło się podważanie tradycyjnego układu, w którym kobiecie wyznaczano przede wszystkim rolę matki. Praca fabryczna kobiet była niezwykle wyczerpująca, bo była ciężka i wielogodzinna. Właściwie, to ludzie fabryczni wracali do domów jedynie tylko po to, żeby się przespać.

Kto myśli, że zmyślam, niech poczyta choćby Dickensa, Zolę lub Żeromskiego, znajdzie tam porażające dzisiaj obrazy nędzy robotniczej. A za nędzą szła z kolei jej nieodrodna siostra – degeneracja. Bo jest od dawna znanym faktem, że nędza rodzi występek i zbrodnię.

Rychło też okazało się, że nie wszystkie kobiety mają równie rozwinięty instynkt macierzyński. To znaczy – zawsze tak było, że nie dla wszystkich kobiet macierzyństwo było szczytem marzeń i celem podróży, jaką jest życie. Ale też presja społeczna, wywierana na kobiety, była tak ogromna, że te „inne” ani się nie skarżyły ani nawet nie narzekały.

Dziecko – po co?

Poza czynnikami biologicznymi, wytwarzającymi przecież wielkie emocje, rodziny chciały mieć dzieci także z przyczyn ekonomicznych. W kulturze chłopskiej każde kolejne dziecko było kolejnymi rękoma do pracy w polu. To, że w przypadku rodzin wielodzietnych nie było możliwości – już dorosłych dzieci – obdzielić ziemią, jakoś większości chłopów nie obchodziło. Może zdolność przewidywania własnej przyszłości nie była ich silną stroną?

W rodzinach arystokracji i szlachty, w przeciwieństwie do rodzin chłopskich, wielodzietność była okazją do powiększenia majątków – pod warunkiem, że znalazło się odpowiednia partię. Oczywiście pojawiła się filozofia sentymentalna, żeby ukrywać prawdziwe interesy i błękitnokrwiści zaczęli opowiadać o dziedzicach nazwiska, jako o boskich wyrokach.

W rodzinach mieszczańskich, podobnie jak w chłopskich, dzieci od najwcześniejszych lat zaprzęgano do nauki zawodu, najczęściej rzemieślniczego. Władcom księstw i królestw też bardzo zależało na zwiększaniu populacji, bo państwa były silne mnogością ludności. I każdy nowonarodzony mógł w przyszłości zostać żołnierzem. Jednakże w miarę rozwoju technologii wojennych, zapotrzebowanie na „prostego człowieka” malało.

Mity

Zdaje mi się, że pora już najwyższa przestać martwić się malejącą w Europie wielkością populacji. Nie od liczby ludności zależy dzisiaj pomyślność i siła starego kontynentu. Zależy ona od poziomu życia, czyli akceptacji przez ludzi swego materialnego bytu i wytwarzania zdolności do tworzenia nowych technologii.

Sięganie po stare mity o koniecznej wielodzietności rodzin i odnawianie ich, jest zawracaniem Wisły kijem. Kobiety dzisiejsze nie pragną mieć więcej niż dwoje dzieci, bo wiedzą, ile trzeba nadludzkiego wysiłku, żeby wychować nowego człowieka. I dlatego rolą państwa jest ulżyć matkom, stworzyć warunki, żeby znój matek był jak najmniejszy. Może trzeba przeznaczać więcej pieniędzy nie tylko na przedszkola, ale płacić rodzinom, które same zorganizują sobie opiekę nad dzieckiem?

Matka w domu

Widok żłobków, nie jest dla mnie widokiem budującym, bo maluchy jak najdłużej powinny być z matką, a nie z panią ze żłobka. Matka powinna być w domu – jak powiedziała Beata Tyszkiewicz. A moim zdaniem, powinna być jak najdłużej.

Jest też problem z kobietami pragnącymi „się realizować” i nie chcących mieć dzieci, lub mieć jedynie jedno. Nie należy się im dziwić. Uważam to za naturalne. Pora już, żeby nasi politycy, dziennikarze i różni inni „władcy dusz” uświadomili sobie, że ludzki świat naprawdę jest różny. I nie należy dążyć do kształtowania wszystkich na jeden wzór. W wielości bytów jest wolność siła narodów i państw.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjska wojna niszczy przyrodę nie tylko na Ukrainie  

Armia rosyjska już wyrządziło ogromne szkodę środowisku naturalnemu Ukrainy. Ucierpieć może jednak nie tylko ten kraj, ale i natura całej planety.

Szkody wyrządzone wodom Morza Azowskiego, Kaspijskiego i Czarnego rozciągają się na inne kraje i ludność innych regionów. Szkody te mają pośredni wpływ na przyrodę i ludność sąsiednich krajów – Polski, Gruzji, Azerbejdżanu, Turcji, Rumunii, Bułgarii, Litwy, Łotwy i Estonii, Niemiec i innych.

Żołnierze rosyjscy celowo niszczą w Ukrainie chronione obszary naturalne. Szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy Andrij Jermak poinformował ostatnio na swoim kanale Telegram, że rosyjskie wojsko zajęło 20 ukraińskich rezerwatów przyrody. „Są to parki przyrody, w których należy szczególnie chronić rzadkie gatunki zwierząt i roślin. Jednak zamieniają je w tereny łowieckie, kopalnie do wydobywania materiałów budowlanych i wykorzystują do parkowania czołgów i pojazdów wojskowych. Przetrwanie dzikiej przyrody to kolejny ważny powód, dla którego ziemie ukraińskie powinny zostać jak najszybciej uwolnione” – zauważył Andrij Jermak. Wśród obszarów, które zostały zniszczone, znajduje się 10 parków narodowych, 8 rezerwatów przyrody i 2 rezerwaty biosfery. Zagrożone zniszczeniem są akweny o powierzchni około 600 tysięcy hektarów, które są objęte Konwencją Ramsar (chroni obszary wodno-błotne mające znaczenie międzynarodowe, m.in. jako środowisko życia ptactwa – przyp. red.). Szkody wyrządzone tym terenom nie pozostaną bez znaczenia dla środowiska wielu europejskiej krajów.

Wcześniej pierwszy zastępca szefa Ministerstwa Środowiska i Ochrony Przyrody Ukrainy Rusłan Greczanyk powiedział, że w wyniku wojny na pełną skalę  wyrządzono Ukrainie szkody ekologiczne szacowane na co najmniej dwa biliony hrywien. Teraz zniszczenia te jeszcze wzrosły. Według wiceminister obrony Hanny Malyar rosyjskie wojsko zorganizowało wycinkę lasów w okupowanych częściach Zaporoża, Chersoniu i innych okupowanych regionach Ukrainy.

Na międzynarodowej konferencji we Lwowie minister ochrony środowiska i zasobów naturalnych Ukrainy Rusłan Strelec poinformował, że szkody ekologiczne Ukrainy spowodowane rosyjską agresją na pełną skalę wynoszą już 3 biliony hrywien, a część zasobów naturalnych została bezpowrotnie utracona.

„Rosjanie jak barbarzyńcy niszczą wszystko, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że środowisko nie uznaje granic. Już obliczyliśmy straty: 3 biliony hrywien szkód w środowisku spowodowanych zanieczyszczeniem ziemi, powietrza, spalonych lasów i zniszczonych zasobów naturalnych. Istnieją zasoby naturalne Ukrainy, które zostały utracone na zawsze” – powiedział minister.

Zdaniem ministra najbardziej cierpią plantacje leśne. „Prawie 3 miliony hektarów lasów zostało uszkodzonych – to prawie jedna trzecia leśnych terytoriów Ukrainy, 500 tysięcy hektarów jest obecnie okupowanych lub w strefie działań wojennych. Tym samym w wyniku działań Rosji wyrządzono ogromne szkody 600 gatunkom fauny i 750 gatunkom flory” – zaznaczył.

Jak zauważył ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow, artykuł 55 pierwszego protokołu do konwencji genewskiej zabrania prowadzenia wojny ze środowiskiem naturalnym poprzez jego niszczenie, ale Rosja się tym nie przejmuje. Według Państwowej Inspekcji Ochrony Środowiska od początku inwazji na pełną skalę do Jednolitego Rejestru Szkód wpisano 1042 zdarzenia, które miały miejsce na terytorium Ukrainy w wyniku agresji zbrojnej Rosji i spowodowały szkody w środowisku .

Tymczasem ukraiński ekosystem ma ogromne znaczenie dla Europy. Obejmuje 35 procent różnorodności biologicznej kontynentu, żyje tu ponad 70 tysięcy gatunków biologicznych, 29% terytorium Ukrainy to naturalna roślinność, a także uprawiana roślinność naturalna, 16% terytorium kraju to lasy, przez Ukrainę przepływa prawie 63 tysiące rzek. W Czerwonej Księdze Ukrainy, w najnowszym wydaniu na 2021 rok, zarejestrowanych jest 687 gatunków zwierząt i 857 gatunków roślin, które są zagrożone wyginięciem.

Dniepr jest czwartą najdłuższą rzeką w Europie. Jednak 14 marca, po ostrzelaniu przez rosyjskie wojsko oczyszczalni ścieków, do Dniepru zaczęła napływać nieoczyszczone ścieki z kilku dzielnic Zaporoża. Szkody wyrządzone środowisku Ukrainy wpływają na stan ekologiczny Morza Czarnego. Oprócz zniszczenia dzikiej przyrody w wyniku pożarów lasów spowodowanych ostrzałem, w Morzu Czarnym znaleziono tysiące martwych delfinów, co może być wynikiem zwiększonego hałasu żeglugi i użycia potężnych systemów sonarowych przez marynarkę wojenną.

Jednym z zagrożeń wysokiego ryzyka są uszkodzenia składowisk ciekłych odpadów przemysłowych. W kraju jest ich łącznie 465, w których składują ponad 6 miliardów ton odpadów. Ponad 200 z nich znajduje się we wschodniej Ukrainie, regionie najbardziej dotkniętym wojną. Badanie przeprowadzone przez OBWE w 2019 r. wykazało, że potencjalne zagrożenia związane z uszkodzeniem tych obiektów obejmują ryzyko powodzi, wybuchów oraz zagrożenia chemiczne, środowiskowe i pożarowe. Teraz, trzy lata po opublikowaniu tego raportu, rosyjskie wojsko zaatakowało już ponad 40 obiektów przemysłowych.

Do długotrwałych skutków odczuwanych przez ludność należą choroby płuc i różne rodzaje nowotworów spowodowane wdychaniem metali ciężkich i substancji rakotwórczych zawartych w materiałach wybuchowych i gruzach zbombardowanych budynków. Poważnym problemem jest azbest, wysoce szkodliwa substancja, która dopiero niedawno została zakazana na Ukrainie. Materiał ten, obecny w konstrukcjach budynków zniszczonych przez bombardowania, może powodować szereg chorób, od trudności w oddychaniu po raka płuc, żołądka, narządów rozrodczych i innych.

O szkodach w środowisku naturalnym obwodu chersońskiego mówił Ołeksij Wasiluk, szef organizacji społecznej Ukraińska Grupa Ochrony Środowiska. „Oto Askania Nowa – to wciąż najsłynniejszy rezerwat przyrody w Europie. To miejsce, w którym spotyka się Sywasz, rezerwat Morza Czarnego, wyspa Dżaryłgacz i wszystkie te mokradła na południu obwodu chersońskiego, to miejsce jest jednym z najważniejszych dla ptaków w Europie Środkowej i Północnej. Latem przebywa tu największa kolonia ptaków. Jesienią występuje największe skupisko ptaków na emigracji. Część z nich nie odlatuje, a zimą jest tu największe skupisko zimujących ptaków. Los milionów ptaków od Afryki po Skandynawię zależy od tego, jak zachowane i spokojne jest to terytorium” – powiedział ekolog.

W wyniku odcięcia zasilania czarnobajowskiej fermy drobiu położonej w pobliżu Chersonia, w której na początku wojny hodowano 3 miliony kurczaków, nastąpiła katastrofa biologiczna i ekologiczna na dużą skalę, spowodowana brakiem możliwości ich utylizacji.

Zajęcie i okupacja elektrowni jądrowych stwarza ogromne zagrożenie dla środowiska, ludzi i zwierząt. Rosja kontynuuje nuklearny szantaż świata. Ostrzał lub atak rakietowy na aktywną strefę jednego z 15 reaktorów czterech działających ukraińskich elektrowni jądrowych może doprowadzić do katastrofy nuklearnej na dużą skalę. Ponadto zajęcie przez wojsko rosyjskie terenu nieczynnej czarnobylskiej elektrowni jądrowej niesie ze sobą istotne zagrożenie katastrofą radiacyjną, zarówno w wyniku uszkodzenia znajdujących się tam obiektów, jak i ewentualnego spalenia okolicznych lasów i stepów, które zgromadziły znaczną ilość substancji radioaktywnych. W wyniku ruchu rosyjskich pojazdów opancerzonych przez terytorium strefy zamkniętej usunięto wierzchnią warstwę ziemi na terenie składowania odpadów radioaktywnych, co spowodowało wzrost poziomu tła radiacyjnego do 7,6 razy.

Niszczenie ekosystemów, zanieczyszczanie gleb i obszarów wodnych, zmniejszanie bioróżnorodności, wzrost liczby szkodników w lasach to nie jest pełna lista problemów środowiskowych, z jakimi spotka się Ukraina po zakończeniu wojny. Można przypuszczać, że przyszła katastrofa ekologiczna na Ukrainie będzie miała charakter nie tylko lokalny, ale i regionalny, gdyż zanieczyszczenie ekosystemów wodnych i morskich, wód gruntowych możliwym promieniowaniem, odpadami chemicznymi lub toksycznymi będzie miało transgraniczny wpływ na wiele krajów europejskich.

 

Donald Tusk przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Relacja obserwatora CMWP SDP z rozprawy

3 kwietnia w warszawskim Sądzie Okręgowym odbyła się  I rozprawa w procesie cywilnym, jaki Donald Tusk wytoczył Tomaszowi Sakiewiczowi, redaktorowi naczelnemu tygodnika „Gazeta Polska” oraz jego wydawcy Niezależnemu Wydawnictwu Polskiemu. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej zarzuca redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” naruszenie dóbr osobistych, domaga się od niego publikacji wielokrotnych przeprosin na łamach mediów tradycyjnych i społecznościowych oraz po 100 tysięcy złotych odszkodowania zarówno od red. Sakiewicza, jak i pozwanego wydawnictwa. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP.

Przedmiotem sporu jest okładka  „Gazety Polskiej” z  20 lipca 2022 r. , jego postawę wobec obywateli Polski. Donald Tusk domaga się publikacji wielokrotnych przeprosin na łamach mediów tradycyjnych i społecznościowych oraz po 100 tysięcy złotych odszkodowania zarówno od red. Sakiewicza, jak i pozwanego wydawnictwa.

Sprawa dotyczy okładki tygodnika, który ukazał się 20 lipca 2022 r.  na której zdaniem pozwanego opublikowano jego wizerunek „w sposób bezpodstawnie sugerujący wrogą, nawiązującą do neonazistowskiej propagandy”. Ukazany na niej lider PO ma zaciśniętą pięść i jest opatrzony napisem Gott mit uns. Poniżej znajduje się dopisek: Słowa Donalda Tuska: „Wierzysz w Boga, nie głosujesz na PiS” to odpowiednik pruskiego „Gott mit uns”, obecnego na klamrach niemieckich pasów. Padły, gdy polski rząd wspiera Ukrainę w walce pod innym starym hasłem: „W imię Boga za wolność naszą i waszą”. Patriarcha Cyryl i Tusk głoszą, że najwyższe dobro nie jest po stronie tych, co niosą sztandar wolności, ale po stronie tyranii.

Podczas rozprawy  Sąd przesłuchał w charakterze świadka red. Piotra Lisiewicza, który jest autorem okładkowego artykułu z tego wydania GP pt. „Gott mit uns, czyli były demokrata Tusk. By wygrać, musi nas znowu zgnoić i ubrudzić”. Redaktor GP zeznał w sądzie, że powodem napisania tego artykuł była wypowiedź Tuska: „wierzysz w Boga, nie głosujesz na PiS”. To była wtedy głośna wypowiedź. Według sondażu IPSOS dla opozycyjnego portalu oko.press 54% uczestniczących w praktykach religijnych zapowiedziało wtedy oddanie głosu na partię PiS. Stąd wypowiedź Tuska uznałem za absurdalną i obraźliwą; oczywiście dopuszczalną w warunkach wolności słowa, ale obraźliwą, bo sugerującą, że osoba biorąca udział w praktykach religijnych i głosująca na PiS sprzeniewierza się tym zasadom. Lisiewicz zwrócił uwagę na to, że Tusk nie tylko nigdy nie wycofał się ze swoich słów, lecz zaledwie kilka dni temu powtórzył publicznie, iż wierzący w Boga nie może głosować na PiS czy Konfederację. Publicysta twierdzi, że odbieranie prawa osobom wierzącym do popierania jakiejś partii politycznej jest nadużyciem. Donald Tusk wcześniej podczas Strajku Kobiet, który dopuszczał się agresji wobec kościołów, zaprosił Martę Lempart do Brukseli, założył też maseczkę z błyskawicą. A później powód staje w roli kogoś, kto nakazuje wierzącym, na kogo mają głosować – zauważył Lisiewicz.

Przed salą rozpraw stawili się przedstawiciele mediów oraz osoby prywatne, które w ten sposób chciały zamanifestować swoje poparcie dla pozwanego red. Tomasza Sakiewicza i „Gazety Polskiej” i  które protestowały przeciwko  kneblowaniu ust  publicystom krytykującym PO.  Tomasz Sakiewicz uważa, że proces, który wytoczył mu lider PO, to jedynie element prowadzonych na szeroką skalę działań, mających na celu zastraszanie krytycznych wobec Donalda Tuska  dziennikarzy: Proces, który wytoczył Donald Tusk, to jeden z trzech procesów wytoczonych mi i moim mediom i jeden z wielu procesów wytoczonych ostatnio dziennikarzom , ale szczególnie uwziął się chyba na mnie.  Donald Tusk żąda w nich po 100 tysięcy złotych oraz wielokrotnych przeprosin. Wszystko po to, żeby wywołać efekt mrożący; wszystko po to, żeby doprowadzić do tego, żeby nie krytykować go i nie atakować.

Zdaniem naczelnego „Gazety Polskiej” mamy do czynienia z sytuacją niedorzeczną: W tym wypadku proces jest absolutnie kuriozalny, ponieważ dotyczy satyrycznej okładki, na której redakcja zażartowała z jego [D.Tuska – przyp. red.] powiedzenia – kto powinien spośród wierzących głosować i na kogo. Tego typu procesy są w ogóle niemożliwe w zachodnim świecie, ponieważ skończyłby się kompromitacją dla polityka. Sakiewicz twierdzi, że tego podobne procesy są niezwykle niebezpieczne ze względu na przekaz, jaki jest dawany społeczeństwu: Dzisiaj niestety ciągle żyjemy w standardzie, w którym dziennikarz ma służyć ważnym ludziom, a nie opinii publicznej – zresztą w dużej części zaatakowanej przez Donalda Tuska. Chyba nikt bardziej nie upokorzył ostatnio ludzi wierzących niż Donald Tusk, zakazując im głosować na pewne partie – powiedział po rozprawie red. Tomasz Sakiewicz.

Rozprawa została odroczona do 16 czerwca b.r.  Na ten dzień sędzia Rafał Wagner wyznaczył przesłuchania powoda i pozwanego, czyli Donalda Tuska i red. Tomasza Sakiewicza.

 Tekst: Anna Maria Szczepaniak, zdjęcia: Mateusz Okrasiński i Łukasz Żmuda

Informacja o monitoringu CMWP SDP TUTAJ.

 

Czy „apolityczne” sądy pozamykają nas w psychiatrykach? Pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zakusy

Niewątpliwy primaaprilisowy radiowy żart w jedynce, że rowerzyści będą musieli wyposażyć swoje dwukołowce w tablice rejestracyjne – przywołał mi wspomnienie felietonu sprzed laty. W „Expresie wieczornym” redaktor Zbigniew Mitzner (1910-1968) ośmieszył kierownika warszawskiej komunikacji. Z ratusza oznajmiono, że tory tramwajowe m.in. na Marszałkowskiej ogrodzone będą płotami. Bo giną piesi. Prześmiewczo rozwinął wizję i zasugerował, aby kopać doły z drapieżnymi zwierzętami. Też w trosce o obywateli. Ha, ha się rozległo i pomysłowy urzędnik spłonął żywcem.

Teraz idzie w kierunku ubezwłasnowolnienia. Zajmuję się od trzech tygodni reportersko ob. Krzysztofem Chrzanowskim ze wsi Trynosy, którego w powiecie Ostrów Mazowiecka chcą ubezwłasnowolnić zamykając w szpitalu psychiatrycznym „na badania” trwające aż dwa-trzy tygodnie (ale może i siedem!). 40-latek ma spory majątek, którego dorobił się ciężką fizyczną pracą. Dysponuje kilkoma opiniami lekarzy psychiatrów (z gabinetów prywatnych), którzy stwierdzili na piśmie, że nie rozpoznają objawów chorób psychicznych, upośledzenia umysłowego ani zaburzeń świadomości. Ale ci lekarze nie mają dla sądu w powiecie Ostrów Mazowiecka pieczątki z adnotacją „biegły sądowy”. Sąd wierzy jedynie pani doktor z Choroszczy, która jest zastępcą dyrektora szpitala psychiatrycznego i dwóm paniom, które przez 1-2 godziny badały p. Chrzanowskiego. Obie nie są lekarzami psychiatrii – jedna psychologiem, a druga biegłym sądowym w zakresie psychiatrii przy sądzie okręgowym w Białymstoku. Drogo – jak wynika z rachunków – te badania kosztowały, ale wniosek brzmi: „wydaniu ostatecznej opinii odnośnie stanu jego (chodzi o p. Krzysztofa Chrzanowskiego) zdrowia psychicznego i poczytalności tempore criminis niezbędne jest poddanie go obserwacji sądowo-psychiatrycznej w warunkach oddziału psychiatrycznego.”

Tak więc – zamknąć na tygodnie. Zresztą p. Chrzanowski oświadczył (w obecności mojej i innych dziennikarzy), że do szpitala psychiatrycznego gotów jest zgłosić się dobrowolnie. Byle nie do Choroszczy, bo tam już był i po prostu boi się tam poddać testom (nota bene negatywne opinie o tej placówce łatwo znaleźć w Internecie). Pan Krzysztof jest na dodatek w trakcie procesu rozwodowego. Ma wspólnotę majątkową z żoną. Jeśli zostanie ubezwłasnowolniony – wszystko straci.

Tendencje ku ubezwłasnowolnieniu obywateli są zawsze obecne. Wkrótce zacznie się o tym dyskusja społeczna, bo przygotowywana jest ustawa. Na ile i kogo można będzie badać w zakładach psychiatrycznych – to bardzo ważne ustalenia legislacyjne. Niedawno wyrwaliśmy się spod władzy autorytarnej. To jak będzie w Polsce zależy teraz od nas samych. Jesteśmy suwerenni. Choć suwerenność obgryzana jest różnymi metodami. Niestety również przez własnych zdrajców i zaprzańców głosujących w Brukseli przeciw Polsce. Przysyłają nam stamtąd „obserwatorów” – ślepych i głuchych. Mają bliżej do Paryża, gdzie policja tłucze ludzi, a prezydent uparł się jak osioł.

Ostatnio na trybunie pojawił się młodzian, który szuka pretekstu by zabrać należne nam pieniądze. PO przyklaskuje: im gorzej, tym lepiej. Przypomina się pani komisarz, która zamknęła nam stocznie. Goszczono ją szarmancko, a ona już przed przyjazdem do Polski wiedziała co zrobi. Jej wyroku nie kwestionowali „nasi-nie nasi” sędziowie. Może by wielu z nich nawet przyklasnęło. Przecież trzeba być przeciw PiS. Gdzie się tylko da. Kandydat na premiera płynnie szwargocze spod Gdańskiego Żurawia. Robi się coraz goręcej i na dworze i w polityce. Ale nie dajmy się zwariować. Bo zamkną nas w psychiatryku.