WALTER ALTERMANN: Kobiecość współczesna, czyli największe zagrożenia

Beata Tyszkiewicz, w filmie biograficznym mówi: „Ilekroć moja córka Karolina wpada do domu, to od progu pyta – Mama jest? – I tak jest dobrze, że jestem tutaj i jestem dla mojej córki”.

 To wyznanie Beaty wspaniałej aktorki zapadło mi w serce, bo w jednym zdaniu ujęła istotę macierzyństwa. Matka ma być dla dzieci. Nawet – a może tym bardziej – im bardziej są dorosłe.

Macierzyństwo

Podjąłem ten temat, bo dzisiaj w mediach, a także w świadomości społecznej, macierzyństwo kojarzone jest jedynie z ciążą i wychowywaniem noworodków.  Obecnie coraz więcej młodych kobiet żąda praw dla siebie, ale nie jako matek. Dla kobiet ogólnie. I jakoś ucichły żądania praw dla matek. Owszem, pojawiają się głosy o konieczności budowy i organizowania żłobków i przedszkoli, ale dominuje w debacie publicznej głos kobiet pragnących się „samorealizować”. Nie ma w takiej postawie niczego złego, ale pod jednym warunkiem – że owo „samowyzwolenie” niedokona się kosztem dziecka. A z tym jest problem.

Drzewiej inaczej bywało

W kulturze europejskiej przyjęła się dominująca rola kobiety, jako matki, bo to ona przez 9 miesięcy nosi w łonie dziecko. Potem ona je karmi i pielęgnuje. I nie jest to wymysł żadnego z kościołów, to jest „filozofia naturalna”, u której podstaw legła biologia. I te prawa naturalne dotyczą nie tylko ludzi, ale również wszystkich ssaków oraz w mniejszym już stopniu pozostałego stworzenia.

O matce napisano niezliczoną ilość wierszy i prozy, będących dowodem naturalnych związków dzieci z matkami. Najczęściej są to – niestety – utwory słabe, ckliwe i nadmiernie sentymentalne. Ale powstawały z dobroci serca, więc dużego grzechu nie ma, autorom należy się wybaczenie.

W tradycyjnym społeczeństwie miejskim kobiety również pracowały, ale zwykle w domu, w małych warsztatach rzemieślniczych – ulokowanych najczęściej w ich mieszkaniach. Dzieci – tym samym – były pod ręką i na oku, więc kobiety z trudem, ale godziły rolę matki i pracownicy. Zresztą – dzieci w miastach również pracowały, najczęściej pomagając rodzicom. Osobnym tematem była wieś, gdzie pracowało się całymi rodzinami. Praca była ciężka, ale na wsi, w polu również pracowały całe rodziny, bo już małe dzieci wykorzystywano do znojnej pracy.

Inne kobiety

Tradycyjną rodzinę zniszczył XIX-wieczny kapitalizm, który potrzebował coraz więcej rąk do pracy w fabrykach. Z momentem, gdy kobiety zaczęły pracować w fabrykach, zaczęło się podważanie tradycyjnego układu, w którym kobiecie wyznaczano przede wszystkim rolę matki. Praca fabryczna kobiet była niezwykle wyczerpująca, bo była ciężka i wielogodzinna. Właściwie, to ludzie fabryczni wracali do domów jedynie tylko po to, żeby się przespać.

Kto myśli, że zmyślam, niech poczyta choćby Dickensa, Zolę lub Żeromskiego, znajdzie tam porażające dzisiaj obrazy nędzy robotniczej. A za nędzą szła z kolei jej nieodrodna siostra – degeneracja. Bo jest od dawna znanym faktem, że nędza rodzi występek i zbrodnię.

Rychło też okazało się, że nie wszystkie kobiety mają równie rozwinięty instynkt macierzyński. To znaczy – zawsze tak było, że nie dla wszystkich kobiet macierzyństwo było szczytem marzeń i celem podróży, jaką jest życie. Ale też presja społeczna, wywierana na kobiety, była tak ogromna, że te „inne” ani się nie skarżyły ani nawet nie narzekały.

Dziecko – po co?

Poza czynnikami biologicznymi, wytwarzającymi przecież wielkie emocje, rodziny chciały mieć dzieci także z przyczyn ekonomicznych. W kulturze chłopskiej każde kolejne dziecko było kolejnymi rękoma do pracy w polu. To, że w przypadku rodzin wielodzietnych nie było możliwości – już dorosłych dzieci – obdzielić ziemią, jakoś większości chłopów nie obchodziło. Może zdolność przewidywania własnej przyszłości nie była ich silną stroną?

W rodzinach arystokracji i szlachty, w przeciwieństwie do rodzin chłopskich, wielodzietność była okazją do powiększenia majątków – pod warunkiem, że znalazło się odpowiednia partię. Oczywiście pojawiła się filozofia sentymentalna, żeby ukrywać prawdziwe interesy i błękitnokrwiści zaczęli opowiadać o dziedzicach nazwiska, jako o boskich wyrokach.

W rodzinach mieszczańskich, podobnie jak w chłopskich, dzieci od najwcześniejszych lat zaprzęgano do nauki zawodu, najczęściej rzemieślniczego. Władcom księstw i królestw też bardzo zależało na zwiększaniu populacji, bo państwa były silne mnogością ludności. I każdy nowonarodzony mógł w przyszłości zostać żołnierzem. Jednakże w miarę rozwoju technologii wojennych, zapotrzebowanie na „prostego człowieka” malało.

Mity

Zdaje mi się, że pora już najwyższa przestać martwić się malejącą w Europie wielkością populacji. Nie od liczby ludności zależy dzisiaj pomyślność i siła starego kontynentu. Zależy ona od poziomu życia, czyli akceptacji przez ludzi swego materialnego bytu i wytwarzania zdolności do tworzenia nowych technologii.

Sięganie po stare mity o koniecznej wielodzietności rodzin i odnawianie ich, jest zawracaniem Wisły kijem. Kobiety dzisiejsze nie pragną mieć więcej niż dwoje dzieci, bo wiedzą, ile trzeba nadludzkiego wysiłku, żeby wychować nowego człowieka. I dlatego rolą państwa jest ulżyć matkom, stworzyć warunki, żeby znój matek był jak najmniejszy. Może trzeba przeznaczać więcej pieniędzy nie tylko na przedszkola, ale płacić rodzinom, które same zorganizują sobie opiekę nad dzieckiem?

Matka w domu

Widok żłobków, nie jest dla mnie widokiem budującym, bo maluchy jak najdłużej powinny być z matką, a nie z panią ze żłobka. Matka powinna być w domu – jak powiedziała Beata Tyszkiewicz. A moim zdaniem, powinna być jak najdłużej.

Jest też problem z kobietami pragnącymi „się realizować” i nie chcących mieć dzieci, lub mieć jedynie jedno. Nie należy się im dziwić. Uważam to za naturalne. Pora już, żeby nasi politycy, dziennikarze i różni inni „władcy dusz” uświadomili sobie, że ludzki świat naprawdę jest różny. I nie należy dążyć do kształtowania wszystkich na jeden wzór. W wielości bytów jest wolność siła narodów i państw.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjska wojna niszczy przyrodę nie tylko na Ukrainie  

Armia rosyjska już wyrządziło ogromne szkodę środowisku naturalnemu Ukrainy. Ucierpieć może jednak nie tylko ten kraj, ale i natura całej planety.

Szkody wyrządzone wodom Morza Azowskiego, Kaspijskiego i Czarnego rozciągają się na inne kraje i ludność innych regionów. Szkody te mają pośredni wpływ na przyrodę i ludność sąsiednich krajów – Polski, Gruzji, Azerbejdżanu, Turcji, Rumunii, Bułgarii, Litwy, Łotwy i Estonii, Niemiec i innych.

Żołnierze rosyjscy celowo niszczą w Ukrainie chronione obszary naturalne. Szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy Andrij Jermak poinformował ostatnio na swoim kanale Telegram, że rosyjskie wojsko zajęło 20 ukraińskich rezerwatów przyrody. „Są to parki przyrody, w których należy szczególnie chronić rzadkie gatunki zwierząt i roślin. Jednak zamieniają je w tereny łowieckie, kopalnie do wydobywania materiałów budowlanych i wykorzystują do parkowania czołgów i pojazdów wojskowych. Przetrwanie dzikiej przyrody to kolejny ważny powód, dla którego ziemie ukraińskie powinny zostać jak najszybciej uwolnione” – zauważył Andrij Jermak. Wśród obszarów, które zostały zniszczone, znajduje się 10 parków narodowych, 8 rezerwatów przyrody i 2 rezerwaty biosfery. Zagrożone zniszczeniem są akweny o powierzchni około 600 tysięcy hektarów, które są objęte Konwencją Ramsar (chroni obszary wodno-błotne mające znaczenie międzynarodowe, m.in. jako środowisko życia ptactwa – przyp. red.). Szkody wyrządzone tym terenom nie pozostaną bez znaczenia dla środowiska wielu europejskiej krajów.

Wcześniej pierwszy zastępca szefa Ministerstwa Środowiska i Ochrony Przyrody Ukrainy Rusłan Greczanyk powiedział, że w wyniku wojny na pełną skalę  wyrządzono Ukrainie szkody ekologiczne szacowane na co najmniej dwa biliony hrywien. Teraz zniszczenia te jeszcze wzrosły. Według wiceminister obrony Hanny Malyar rosyjskie wojsko zorganizowało wycinkę lasów w okupowanych częściach Zaporoża, Chersoniu i innych okupowanych regionach Ukrainy.

Na międzynarodowej konferencji we Lwowie minister ochrony środowiska i zasobów naturalnych Ukrainy Rusłan Strelec poinformował, że szkody ekologiczne Ukrainy spowodowane rosyjską agresją na pełną skalę wynoszą już 3 biliony hrywien, a część zasobów naturalnych została bezpowrotnie utracona.

„Rosjanie jak barbarzyńcy niszczą wszystko, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że środowisko nie uznaje granic. Już obliczyliśmy straty: 3 biliony hrywien szkód w środowisku spowodowanych zanieczyszczeniem ziemi, powietrza, spalonych lasów i zniszczonych zasobów naturalnych. Istnieją zasoby naturalne Ukrainy, które zostały utracone na zawsze” – powiedział minister.

Zdaniem ministra najbardziej cierpią plantacje leśne. „Prawie 3 miliony hektarów lasów zostało uszkodzonych – to prawie jedna trzecia leśnych terytoriów Ukrainy, 500 tysięcy hektarów jest obecnie okupowanych lub w strefie działań wojennych. Tym samym w wyniku działań Rosji wyrządzono ogromne szkody 600 gatunkom fauny i 750 gatunkom flory” – zaznaczył.

Jak zauważył ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow, artykuł 55 pierwszego protokołu do konwencji genewskiej zabrania prowadzenia wojny ze środowiskiem naturalnym poprzez jego niszczenie, ale Rosja się tym nie przejmuje. Według Państwowej Inspekcji Ochrony Środowiska od początku inwazji na pełną skalę do Jednolitego Rejestru Szkód wpisano 1042 zdarzenia, które miały miejsce na terytorium Ukrainy w wyniku agresji zbrojnej Rosji i spowodowały szkody w środowisku .

Tymczasem ukraiński ekosystem ma ogromne znaczenie dla Europy. Obejmuje 35 procent różnorodności biologicznej kontynentu, żyje tu ponad 70 tysięcy gatunków biologicznych, 29% terytorium Ukrainy to naturalna roślinność, a także uprawiana roślinność naturalna, 16% terytorium kraju to lasy, przez Ukrainę przepływa prawie 63 tysiące rzek. W Czerwonej Księdze Ukrainy, w najnowszym wydaniu na 2021 rok, zarejestrowanych jest 687 gatunków zwierząt i 857 gatunków roślin, które są zagrożone wyginięciem.

Dniepr jest czwartą najdłuższą rzeką w Europie. Jednak 14 marca, po ostrzelaniu przez rosyjskie wojsko oczyszczalni ścieków, do Dniepru zaczęła napływać nieoczyszczone ścieki z kilku dzielnic Zaporoża. Szkody wyrządzone środowisku Ukrainy wpływają na stan ekologiczny Morza Czarnego. Oprócz zniszczenia dzikiej przyrody w wyniku pożarów lasów spowodowanych ostrzałem, w Morzu Czarnym znaleziono tysiące martwych delfinów, co może być wynikiem zwiększonego hałasu żeglugi i użycia potężnych systemów sonarowych przez marynarkę wojenną.

Jednym z zagrożeń wysokiego ryzyka są uszkodzenia składowisk ciekłych odpadów przemysłowych. W kraju jest ich łącznie 465, w których składują ponad 6 miliardów ton odpadów. Ponad 200 z nich znajduje się we wschodniej Ukrainie, regionie najbardziej dotkniętym wojną. Badanie przeprowadzone przez OBWE w 2019 r. wykazało, że potencjalne zagrożenia związane z uszkodzeniem tych obiektów obejmują ryzyko powodzi, wybuchów oraz zagrożenia chemiczne, środowiskowe i pożarowe. Teraz, trzy lata po opublikowaniu tego raportu, rosyjskie wojsko zaatakowało już ponad 40 obiektów przemysłowych.

Do długotrwałych skutków odczuwanych przez ludność należą choroby płuc i różne rodzaje nowotworów spowodowane wdychaniem metali ciężkich i substancji rakotwórczych zawartych w materiałach wybuchowych i gruzach zbombardowanych budynków. Poważnym problemem jest azbest, wysoce szkodliwa substancja, która dopiero niedawno została zakazana na Ukrainie. Materiał ten, obecny w konstrukcjach budynków zniszczonych przez bombardowania, może powodować szereg chorób, od trudności w oddychaniu po raka płuc, żołądka, narządów rozrodczych i innych.

O szkodach w środowisku naturalnym obwodu chersońskiego mówił Ołeksij Wasiluk, szef organizacji społecznej Ukraińska Grupa Ochrony Środowiska. „Oto Askania Nowa – to wciąż najsłynniejszy rezerwat przyrody w Europie. To miejsce, w którym spotyka się Sywasz, rezerwat Morza Czarnego, wyspa Dżaryłgacz i wszystkie te mokradła na południu obwodu chersońskiego, to miejsce jest jednym z najważniejszych dla ptaków w Europie Środkowej i Północnej. Latem przebywa tu największa kolonia ptaków. Jesienią występuje największe skupisko ptaków na emigracji. Część z nich nie odlatuje, a zimą jest tu największe skupisko zimujących ptaków. Los milionów ptaków od Afryki po Skandynawię zależy od tego, jak zachowane i spokojne jest to terytorium” – powiedział ekolog.

W wyniku odcięcia zasilania czarnobajowskiej fermy drobiu położonej w pobliżu Chersonia, w której na początku wojny hodowano 3 miliony kurczaków, nastąpiła katastrofa biologiczna i ekologiczna na dużą skalę, spowodowana brakiem możliwości ich utylizacji.

Zajęcie i okupacja elektrowni jądrowych stwarza ogromne zagrożenie dla środowiska, ludzi i zwierząt. Rosja kontynuuje nuklearny szantaż świata. Ostrzał lub atak rakietowy na aktywną strefę jednego z 15 reaktorów czterech działających ukraińskich elektrowni jądrowych może doprowadzić do katastrofy nuklearnej na dużą skalę. Ponadto zajęcie przez wojsko rosyjskie terenu nieczynnej czarnobylskiej elektrowni jądrowej niesie ze sobą istotne zagrożenie katastrofą radiacyjną, zarówno w wyniku uszkodzenia znajdujących się tam obiektów, jak i ewentualnego spalenia okolicznych lasów i stepów, które zgromadziły znaczną ilość substancji radioaktywnych. W wyniku ruchu rosyjskich pojazdów opancerzonych przez terytorium strefy zamkniętej usunięto wierzchnią warstwę ziemi na terenie składowania odpadów radioaktywnych, co spowodowało wzrost poziomu tła radiacyjnego do 7,6 razy.

Niszczenie ekosystemów, zanieczyszczanie gleb i obszarów wodnych, zmniejszanie bioróżnorodności, wzrost liczby szkodników w lasach to nie jest pełna lista problemów środowiskowych, z jakimi spotka się Ukraina po zakończeniu wojny. Można przypuszczać, że przyszła katastrofa ekologiczna na Ukrainie będzie miała charakter nie tylko lokalny, ale i regionalny, gdyż zanieczyszczenie ekosystemów wodnych i morskich, wód gruntowych możliwym promieniowaniem, odpadami chemicznymi lub toksycznymi będzie miało transgraniczny wpływ na wiele krajów europejskich.

 

Donald Tusk przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Relacja obserwatora CMWP SDP z rozprawy

3 kwietnia w warszawskim Sądzie Okręgowym odbyła się  I rozprawa w procesie cywilnym, jaki Donald Tusk wytoczył Tomaszowi Sakiewiczowi, redaktorowi naczelnemu tygodnika „Gazeta Polska” oraz jego wydawcy Niezależnemu Wydawnictwu Polskiemu. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej zarzuca redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” naruszenie dóbr osobistych, domaga się od niego publikacji wielokrotnych przeprosin na łamach mediów tradycyjnych i społecznościowych oraz po 100 tysięcy złotych odszkodowania zarówno od red. Sakiewicza, jak i pozwanego wydawnictwa. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP.

Przedmiotem sporu jest okładka  „Gazety Polskiej” z  20 lipca 2022 r. , jego postawę wobec obywateli Polski. Donald Tusk domaga się publikacji wielokrotnych przeprosin na łamach mediów tradycyjnych i społecznościowych oraz po 100 tysięcy złotych odszkodowania zarówno od red. Sakiewicza, jak i pozwanego wydawnictwa.

Sprawa dotyczy okładki tygodnika, który ukazał się 20 lipca 2022 r.  na której zdaniem pozwanego opublikowano jego wizerunek „w sposób bezpodstawnie sugerujący wrogą, nawiązującą do neonazistowskiej propagandy”. Ukazany na niej lider PO ma zaciśniętą pięść i jest opatrzony napisem Gott mit uns. Poniżej znajduje się dopisek: Słowa Donalda Tuska: „Wierzysz w Boga, nie głosujesz na PiS” to odpowiednik pruskiego „Gott mit uns”, obecnego na klamrach niemieckich pasów. Padły, gdy polski rząd wspiera Ukrainę w walce pod innym starym hasłem: „W imię Boga za wolność naszą i waszą”. Patriarcha Cyryl i Tusk głoszą, że najwyższe dobro nie jest po stronie tych, co niosą sztandar wolności, ale po stronie tyranii.

Podczas rozprawy  Sąd przesłuchał w charakterze świadka red. Piotra Lisiewicza, który jest autorem okładkowego artykułu z tego wydania GP pt. „Gott mit uns, czyli były demokrata Tusk. By wygrać, musi nas znowu zgnoić i ubrudzić”. Redaktor GP zeznał w sądzie, że powodem napisania tego artykuł była wypowiedź Tuska: „wierzysz w Boga, nie głosujesz na PiS”. To była wtedy głośna wypowiedź. Według sondażu IPSOS dla opozycyjnego portalu oko.press 54% uczestniczących w praktykach religijnych zapowiedziało wtedy oddanie głosu na partię PiS. Stąd wypowiedź Tuska uznałem za absurdalną i obraźliwą; oczywiście dopuszczalną w warunkach wolności słowa, ale obraźliwą, bo sugerującą, że osoba biorąca udział w praktykach religijnych i głosująca na PiS sprzeniewierza się tym zasadom. Lisiewicz zwrócił uwagę na to, że Tusk nie tylko nigdy nie wycofał się ze swoich słów, lecz zaledwie kilka dni temu powtórzył publicznie, iż wierzący w Boga nie może głosować na PiS czy Konfederację. Publicysta twierdzi, że odbieranie prawa osobom wierzącym do popierania jakiejś partii politycznej jest nadużyciem. Donald Tusk wcześniej podczas Strajku Kobiet, który dopuszczał się agresji wobec kościołów, zaprosił Martę Lempart do Brukseli, założył też maseczkę z błyskawicą. A później powód staje w roli kogoś, kto nakazuje wierzącym, na kogo mają głosować – zauważył Lisiewicz.

Przed salą rozpraw stawili się przedstawiciele mediów oraz osoby prywatne, które w ten sposób chciały zamanifestować swoje poparcie dla pozwanego red. Tomasza Sakiewicza i „Gazety Polskiej” i  które protestowały przeciwko  kneblowaniu ust  publicystom krytykującym PO.  Tomasz Sakiewicz uważa, że proces, który wytoczył mu lider PO, to jedynie element prowadzonych na szeroką skalę działań, mających na celu zastraszanie krytycznych wobec Donalda Tuska  dziennikarzy: Proces, który wytoczył Donald Tusk, to jeden z trzech procesów wytoczonych mi i moim mediom i jeden z wielu procesów wytoczonych ostatnio dziennikarzom , ale szczególnie uwziął się chyba na mnie.  Donald Tusk żąda w nich po 100 tysięcy złotych oraz wielokrotnych przeprosin. Wszystko po to, żeby wywołać efekt mrożący; wszystko po to, żeby doprowadzić do tego, żeby nie krytykować go i nie atakować.

Zdaniem naczelnego „Gazety Polskiej” mamy do czynienia z sytuacją niedorzeczną: W tym wypadku proces jest absolutnie kuriozalny, ponieważ dotyczy satyrycznej okładki, na której redakcja zażartowała z jego [D.Tuska – przyp. red.] powiedzenia – kto powinien spośród wierzących głosować i na kogo. Tego typu procesy są w ogóle niemożliwe w zachodnim świecie, ponieważ skończyłby się kompromitacją dla polityka. Sakiewicz twierdzi, że tego podobne procesy są niezwykle niebezpieczne ze względu na przekaz, jaki jest dawany społeczeństwu: Dzisiaj niestety ciągle żyjemy w standardzie, w którym dziennikarz ma służyć ważnym ludziom, a nie opinii publicznej – zresztą w dużej części zaatakowanej przez Donalda Tuska. Chyba nikt bardziej nie upokorzył ostatnio ludzi wierzących niż Donald Tusk, zakazując im głosować na pewne partie – powiedział po rozprawie red. Tomasz Sakiewicz.

Rozprawa została odroczona do 16 czerwca b.r.  Na ten dzień sędzia Rafał Wagner wyznaczył przesłuchania powoda i pozwanego, czyli Donalda Tuska i red. Tomasza Sakiewicza.

 Tekst: Anna Maria Szczepaniak, zdjęcia: Mateusz Okrasiński i Łukasz Żmuda

Informacja o monitoringu CMWP SDP TUTAJ.

 

Czy „apolityczne” sądy pozamykają nas w psychiatrykach? Pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zakusy

Niewątpliwy primaaprilisowy radiowy żart w jedynce, że rowerzyści będą musieli wyposażyć swoje dwukołowce w tablice rejestracyjne – przywołał mi wspomnienie felietonu sprzed laty. W „Expresie wieczornym” redaktor Zbigniew Mitzner (1910-1968) ośmieszył kierownika warszawskiej komunikacji. Z ratusza oznajmiono, że tory tramwajowe m.in. na Marszałkowskiej ogrodzone będą płotami. Bo giną piesi. Prześmiewczo rozwinął wizję i zasugerował, aby kopać doły z drapieżnymi zwierzętami. Też w trosce o obywateli. Ha, ha się rozległo i pomysłowy urzędnik spłonął żywcem.

Teraz idzie w kierunku ubezwłasnowolnienia. Zajmuję się od trzech tygodni reportersko ob. Krzysztofem Chrzanowskim ze wsi Trynosy, którego w powiecie Ostrów Mazowiecka chcą ubezwłasnowolnić zamykając w szpitalu psychiatrycznym „na badania” trwające aż dwa-trzy tygodnie (ale może i siedem!). 40-latek ma spory majątek, którego dorobił się ciężką fizyczną pracą. Dysponuje kilkoma opiniami lekarzy psychiatrów (z gabinetów prywatnych), którzy stwierdzili na piśmie, że nie rozpoznają objawów chorób psychicznych, upośledzenia umysłowego ani zaburzeń świadomości. Ale ci lekarze nie mają dla sądu w powiecie Ostrów Mazowiecka pieczątki z adnotacją „biegły sądowy”. Sąd wierzy jedynie pani doktor z Choroszczy, która jest zastępcą dyrektora szpitala psychiatrycznego i dwóm paniom, które przez 1-2 godziny badały p. Chrzanowskiego. Obie nie są lekarzami psychiatrii – jedna psychologiem, a druga biegłym sądowym w zakresie psychiatrii przy sądzie okręgowym w Białymstoku. Drogo – jak wynika z rachunków – te badania kosztowały, ale wniosek brzmi: „wydaniu ostatecznej opinii odnośnie stanu jego (chodzi o p. Krzysztofa Chrzanowskiego) zdrowia psychicznego i poczytalności tempore criminis niezbędne jest poddanie go obserwacji sądowo-psychiatrycznej w warunkach oddziału psychiatrycznego.”

Tak więc – zamknąć na tygodnie. Zresztą p. Chrzanowski oświadczył (w obecności mojej i innych dziennikarzy), że do szpitala psychiatrycznego gotów jest zgłosić się dobrowolnie. Byle nie do Choroszczy, bo tam już był i po prostu boi się tam poddać testom (nota bene negatywne opinie o tej placówce łatwo znaleźć w Internecie). Pan Krzysztof jest na dodatek w trakcie procesu rozwodowego. Ma wspólnotę majątkową z żoną. Jeśli zostanie ubezwłasnowolniony – wszystko straci.

Tendencje ku ubezwłasnowolnieniu obywateli są zawsze obecne. Wkrótce zacznie się o tym dyskusja społeczna, bo przygotowywana jest ustawa. Na ile i kogo można będzie badać w zakładach psychiatrycznych – to bardzo ważne ustalenia legislacyjne. Niedawno wyrwaliśmy się spod władzy autorytarnej. To jak będzie w Polsce zależy teraz od nas samych. Jesteśmy suwerenni. Choć suwerenność obgryzana jest różnymi metodami. Niestety również przez własnych zdrajców i zaprzańców głosujących w Brukseli przeciw Polsce. Przysyłają nam stamtąd „obserwatorów” – ślepych i głuchych. Mają bliżej do Paryża, gdzie policja tłucze ludzi, a prezydent uparł się jak osioł.

Ostatnio na trybunie pojawił się młodzian, który szuka pretekstu by zabrać należne nam pieniądze. PO przyklaskuje: im gorzej, tym lepiej. Przypomina się pani komisarz, która zamknęła nam stocznie. Goszczono ją szarmancko, a ona już przed przyjazdem do Polski wiedziała co zrobi. Jej wyroku nie kwestionowali „nasi-nie nasi” sędziowie. Może by wielu z nich nawet przyklasnęło. Przecież trzeba być przeciw PiS. Gdzie się tylko da. Kandydat na premiera płynnie szwargocze spod Gdańskiego Żurawia. Robi się coraz goręcej i na dworze i w polityce. Ale nie dajmy się zwariować. Bo zamkną nas w psychiatryku.

 

 

PIOTRA TURLIŃSKIEGO opis literackiej bezwzględności: Stanisław Grochowiak. Geniusz pomijany (5)

Święty Szymon Słupnik

 

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzi chłopaka na szafot przywiedli,

Unieśli m głowę w muskularnej pętli.

Powołał go Pan na stryk.

 

Powołał go pan,

By trwał,

By śpiewał mu pieśń

I piał.

 

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili

I włosy jej ścięli, i ręce spalili.

Powołał ja Pan

Na gnój.

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzie mych wierszy słuchając powstają

I wilki wychodzą żerującą zgrają…

Powołał mnie Pan

Na bunt.

 

W tym utworzy Grochowiak sugeruje nam, że i jemu przypadł los Szymona Słupnika. Niełatwy, ale wielki, bo rozmyślny, celowy. I takie też było życie Stanisława Grochowiaka.

                                                                                Łatka

Turpiści – nazwał ich Julian Przyboś, w swoim wierszu „Oda do turpistów”. Tę niemiłą etykietę, tę łatkę przypiął Przyboś kilku młodym poetom, z początkiem lat 60-tych, ale tak już jakoś na lata zostało. W gruncie rzeczy „etykiet twórca”, uznany i rządzący wtedy środowiskiem poetów, chciał młodych konkurentów zdyskredytować, bo turpiści, to ludzie lubujący się tym co brzydkie, okropne i wstrętne. A ci młodzi opisywali jedynie nasz dzień powszechny, szukali poezji i wielkich rzeczy w tym co obok, tuż za zakrętem drogi. Oni zastanawiali się i zgłębiali kondycję prostego człowieka. Przyboś natomiast – w najpełniej z możliwych sposobów realizował dogmat „sztuki dla sztuki” i budował swoją świątynię „nowych środków wyrazu”.

Niestety i dzisiaj jeszcze można przeczytać w społecznych encyklopediach, że „W poezji polskiej turpizm pojawił się po 1956 roku i posługiwali się nim: Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Andrzej Bursa i inni. Programowo przedstawiciele turpizmu włączyli do swoich utworów motywy brzydoty, kalectwa, choroby, śmierci”.

Tak nie było, bo to nowa poezja budował kanony nowej estetyki. Takiej która wyrastała z buntu wobec ustalonych kanonów piękna. Ci „nowi poeci” zwracali się ku peryferiom, dowartościowując to, co pomijane i dyskryminowane. I nie bez przyczyny na szeroką skalę zjawisko to zaistniało po 1956 roku – stanowiło bowiem kontestację socrealistycznych ideałów sztuki i piękna. Obca też im była międzywojenna estetyka „pięknych i nowoczesnych wierszy” Juliana Przybosia.

            Brzydota stała się tu kategorią estetyczną, a także etyczną – wyrażała bowiem akceptację świata w całości, jak również postawę empatii wobec pokrzywdzonych i odrzuconych – to można przeczytać nawet na portalu e-szkoła. Czyli łatka Juliana Przybosia przykleiła się na dobre, do nowych poetów.

Powojenne rozumienie świata

Bezsprzecznie na widzenie świata w przypadku „turpistów” miały ich doświadczenia wojenne. Oni, w odróżnieniu od pokoleń międzywojennych, widzieli i przeżyli upadek cywilizacji, nieopisywalne zbrodnie i ludzką mękę. Na własne też oczy doświadczyli również wszechobecnych, wcale niebohaterskich, śmierci i poniżenia. I chcieli dać temu świadectwo. Widać – nie mogli tego robić językiem, metaforami i cała poetyką dawnego świata, którego upadek zaczął się w 1939 roku.             Poetykę „buntowników” można odnaleźć w poetyce Tadeusza Różewicza, zwłaszcza po 1956 roku, w tomach takich jak: „Poemat otwarty”, „Formy”, „Rozmowa z księciem”, „Głos Anonima”, „Zielona róża” i kolejnych. Różewicz używa brzydoty jako narzędzia podważania optymistycznej wizji świata, demaskuje moralny nihilizm nowoczesnej cywilizacji i zło tkwiące w każdej ludzkiej jednostce.

Innym z potępionych miał być Stanisław Grochowiak. Jego tomy – takie jak „Ballada rycerska”, „Menuet z pogrzebaczem”, „Rozbieranie do snu”, „Kanon” czy „Nie było lata” – to przykłady poezji powstającej z fascynacji rozkładem i śmiercią. Jednocześnie Grochowiak jest w tym nurcie estetą – jego twórczość odwołuje się do tradycji średniowiecza i baroku, zwłaszcza do malarstwa wielkich mistrzów tych epok. Grochowiak w kilkudziesięciu wierszach opisuje zresztą malarskie wizje świata, malarskie filozofie wielkich malarzy przeszłości. Rzeczony turpizm Grochowiaka, jak wskazuje Stanisław Burkot, ma również wymiar etyczny – stanowi narzędzie zgłębiania tajemnicy ludzkiego cierpienia i przemijania.

Należy również wspomnieć w tym kontekście o Erneście Bryllu. „Wigilie wariata”, „Autoportret z bykiem”, „Twarz nie odsłonięta”, „Sztuka stosowana” to przykłady jego wczesnych tomów poetyckich, w których doszła do głosu estetyka turpizmu.

Tymczasem dla tych mocno wkraczających w świat dużej literatury, ówczesne elity literatury – nie przewidywały ważnego miejsca. Być też może, że po prostu tej nowej poezji, ówcześni udekorowani już luminarze sztuki nie rozumieli. Przykre to, ale jakże typowe dla zazdrosnych twórców i leniwych znawców literatury. Poza tym – wielcy artyści – a mówię tu o pokoleniu Przybosia – nie są wolni od zwykłej ludzkiej zawiści.

Najbardziej w twórczości Grochowiaka podziwiam „Sześciokrotne śpiewy poranne” za ich obrazowanie, za rytm i bezwzględność w widzeniu świata. Mówię o bezwzględności, bo tego oczekuję od poetów. Okłamywać się mogę sam.

Sześciokrotne śpiewy poranne (fragmenty)

Skąd oni biorą nienawiść? Z małości?

Więc gdzie się skrwawił baranek ich wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie była ta rzeź,

Gdzie samo sobie skalpowali czoła?

 

„Człowiek uczciwy nawet psa się wstydzi” – 

Tak przeczytałem w staroświeckiej książce

A biła północ,

A że nastał świt, Poznałem z piania niezawodnych hycli.

*

Oto umiemy, oto nauczeni

Jesteśmy wreszcie: kręcić bicze z piasku,

Wbić tysiąc ćwieków w jedno ziarnko maku,

Córkę piekarza wypiastować z sowy.

 

I dokładamy do wszystkiego ręki

Czułej jak ręka hodowcy lub gacha:

Do bicza z piasku,

Do ziarenka maku,

Do drew, co płoną w rodzinnym kominku.

*

A o czym gwarzyć przy rodzinnym stole?

Wuj odpiął skrzydła, że były mu zbędne,

Stryj jeszcze wierzy, a wierzy korzystnie,

Bo wiara stryja przenosi go w góry.

 

Głód? Gdzieś tam dalej, A zresztą w gazetach

O rozmnożeniu cudownym planktonu

Pisali dzisiaj? O śmierci? W peticie.

Petit jest czcionką wyłącznie dla młodych.

(…)

My nie po trupach. My po przemyśleniu

Idziemy w niebo, po szczeblach drabiny:

Są z nas Jakuby nie z Ducha, nie z Ojca,

A z przysposobień Ochotniczej Straży.

 

My nie po trupach. My pozostawiamy

Za sobą tylko ptaki okulałe,

Muchę skrzywdzoną, trawę zadeptaną,

Albo – co chlubne – nowy Dom dla Starców.

*

Bo twarz mieć trzeba, z którą jest do twarzy.

Nogi w obuwiu. W kalendarzy miłość.

Teściów najlepiej w osobnym mieszkaniu.

Ojca w szacunku. Alkohol p o z a t e m.

 

Ci, co się dręczą, sami sobie winni –

Ci, co niewinni, ci się nie udręczą

Choć bądźmy skromni: Na niewinność panien

Patrzeć dziś raczej należy przez palce.

* (…)

Skąd oni biorą swą pychę? Z litości?

Więc gdzie się skrwawił mój baranek wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie dopadł mnie mrok,

Wilgoć na skale, senność na wilgoci?

 

Opowiedz ptaka.

Dobre, opowiadam…

Jest teraz w locie statecznym, dokolnym…

Lecz gdy znienacka

Dopadnie go noc,

On niespokojnie śpi na sercu dzwonu. 

 

                                                                    Grochowiak – moralista

Moralność – zakłada odpowiedzialność jednostki, każdego z osobna, za własne czyny. Nie ma moralności zbiorowej. Choć suma moralności jednostek może się składać na wspólną moralność, lub nawet jej zupełny brak.

Dla mnie Grochowiak był moralistą. Wiem, że „moralista” brzmi jakoś tak drętwo, jak nudziarstwo. Ale jego moralistyka była najlepszej próby rozważaniem o rzeczach pierwszych i ostatecznych. Daj nam Boże więcej moralistów. Podobnie było zresztą z Różewiczem.

W przypadku Grochowiaka mamy do czynienia z twórcą, który moralistyce potrafił nadać oryginalny, interesujący kształt. A przede wszystkim umiał dostrzec zło w sobie i każdym z nas. I nikogo nie ułaskawiał ze względu na „okoliczności łagodzące”. Dla niego żaden system polityczny nie mógł być wymówką. I mówiąc zupełnie bezwzględnie – nie ma dobrej literatury, która nie jest moralizowaniem. Nawet jeżeli przeciwstawia się tradycyjnym wartościom, to też moralizatorska – a rebour.

Grochowiak naraził się środowisku. Być może niepotrzebnie. Bo trochę zabrzmiało to tak, jakby Wielki pastwił się nad Maluczkimi. Ale to właśnie tym pomniejszym poetom i naukowcom od literatury, władze PRL powierzyły redagowanie, stworzyły i dały im „w pacht” miesięcznik „Poezja”. Grochowiak nie wytrzymał, publicznie to powiedział, niedługo przed swoją śmiercią. W telewizji stwierdził, że „Poezja” gromadzi miernoty, że nie publikują w „Poezji” żadnych wartościowych utworów, i nie ma jej łamach wspaniałych poetów, którzy przecież są, żyją.

Dla prawdy historycznej: „Poezja”, była miesięcznikiem, ukazywała się w latach 1965–1990. Jej redaktorami naczelnymi byli, kolejno: Jan Zygmunt Jakubowski (1965–72), Bohdan Drozdowski (1972–87), Marek Wawrzkiewicz (1987–90).

 

                                                                    Poezja i wiersze

Poezja Stanisława Grochowiaka była jak pieśni, ona sama wypływała z ust – jak mawiają aktorzy. Ale też Grochowiak miał rzadko spotykany, nawet u wielkich poetów, muzyczny słuch. Tako sam wielki słuch jaki mieli Lechoń, Tuwim, Broniewski, Gałczyński. Grochowiak nie pisał wierszy programowych, słusznych czy też walczących. Nie traktował poezji jako środka do wypowiedzi filozoficznych. Choć były dzięki temu właśnie pełne najgłębszej filozofii, bo była to filozofia gorącej miłości życia.

Może to właśnie dzięki temu niebywałemu słuchowi na nasz polski język tak doceniane są dramaty. Napisał ich cztery – wykaz dzieł Grochowiaka podaję poniżej – a wszystkie „niosą widzowi” świat poetycki, subtelny i delikatny. Jego bohaterowi mówią prosto, ale z rzadko spotykanym urokiem słowa, składni, frazeologii i metafor.

Jego dramaty ujmowały też filmowców, a „Chłopcy”, w reżyserii Ryszarda Bera – opowieść dziejąca się w domu starców, ciągle jest pokazywana w telewizji, bo jest mądra, a role napisane dla aktorów są wspaniałe.

Często nadużywa się pojęcia „poezja” i każdy wiersz zostaje poezją… A poezja to szczyt sztuki, natomiast wiersze, nawet i dobre, to tylko wytwory rzemiosła literackiego. A Stanisław Grochowiak był poetą.

                                                           Lęki

Dzisiaj już się go nie wydaje, nie rozmawia się o nim. I chyba niewielu czyta jego poezję. A to jest wielka szkoda dla naszej wrażliwości. Na przykład, trzeba znać jego „Pejzaż”, żeby zrozumieć jego świat, albo jak on ten nasz świat widział.

Pejzaż

Więc oto ziemia moja Ojczyzna

Wszystko we mnie co wieczne – z tych oto ogórków,

Z tych bladych kwiatów szarpanych żarłocznie

Przez chude jak szkielety wróble

 

Wszystko co we mnie otwiera ten pejzaż

Koniem sterczącym w niebo kopytami

Różą znienacka ogromna jak krowa

Wiatrakiem zeschłym

 

I wreszcie człowiek – z flaszki pionowej

Ostatnia kroplę chciwie wypija

Płacze

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

                                                                        Alkohol

Stanisław Grochowiak umarł młodo. Mówią, że pił. Alkoholowi zresztą poświęcił dużo miejsca w swej twórczości, w tym wspaniały dramat „Lęki poranne”. A „Lęki…” mówią nie tylko o tej chorobie, mówią też o tym, że wrażliwi ludzie muszą pić, bo społeczeństwo jest okrutne wobec słabych. Napisał to kiedyś inny poeta, że są społeczeństwa, w których nie sposób żyć na trzeźwo.

Bóg Grochowiaka, jego osobisty intymny Bóg, zabrał go bardzo wcześnie, zaledwie w 42 roku życia. Może było i tak, że Bóg zabiera duchy doskonałe wcześniej, pozwalając tym niedoskonałym żyć dłużej, aby się wypiękniły ostatecznie.

W ciągu tych 42 lat swego życia Stanisław Grochowiak dokonał w literaturze bardzo wiele, zostawiając po sobie trwały ślad. Jest autorem kilkunastu tomików poezji, dwóch opowiadań, trzech powieści i czterech dramatów.

 

                                                      Dzieła Stanisława Grochowiaka

 

Poezja: Ballada Rycerska (1956); Menuet z pogrzebaczem (1958), Rozbieranie do snu (1959); Agresty (1963); Kanony (1965; Totentanz in Polen (1969) poemat; Nie było lata (1969); Polowanie na cietrzewie (1972; Bilard (1975); Haiku-Images (1978); Allende (1974) poemat; Wiersze nieznane i rozproszone (1996); Wiersze dla dzieci (2017); Wiersze zebrane (2017)

Opowiadania: Lamentnice (1958); Prozy (1996) – zawierają niepublikowane utwory prozatorskie, dodatkowo powieść Trismus i opowiadania ze zbioru Lamentnice

Powieści: Plebania z magnoliami (1956); Trismus (1958); Karabiny (1965)

Dramaty: Szachy (1961); Partita na instrument drewniany (1962); Król IV (1963); Chłopcy (1964)

Baśnie: Żyjątko Biedajstwo i Ci inni (2009)

Realizacje filmowe: Księżyc, reż. Stanisław Brejdygant; Kaprysy Łazarza, reż. Janusz Zaorski; Chłopcy, reż. Ryszard Ber; Partita na instrument drewniany, reż. Janusz Zaorski; Karabiny, reż. Waldemar Podgórski

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jaworzno – nie polski, ale komunistyczny obóz

W kwietniu 1945 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego utworzyło Centralne Obozy Pracy, z najbardziej znanym w Jaworznie. Dla Polski zaczynało się sowieckie zniewolenie, o czym nawet w III RP duża część mediów wolała i woli wciąż milczeć. Kłamią wciąż o „wyzwoleniu” – mimo podobieństw do agresji Rosji na Ukrainie.

Komunistyczny (błagam – nie używajmy terminu „polski”) obóz dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie, tak samo zresztą jak w Świętochłowicach-Zgodzie, powstał na bazie byłego podobozu KL Auschwitz, a komendantem obu, w różnych okresach, był komunistyczny „partyzant” – Szlomo Morel.

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia.

Większość mediów w Polsce uwierzyła w wersję o Morelu – więźniu Auschwitz. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się – Salomon Morel nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie.

W 1943 r. Morel przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: „21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną i natychmiast przychodzimy do Lublina i organizujemy MO”.

Komendantem obozu w Jaworznie Morel został w 1949 r. Były więzień wspominał: – Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: „Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki”. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.

W 2005 r. Izrael, gdzie Morel uciekł w 1992 r., odmówił wydania zbrodniarza (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, jako zbrodni przeciwko ludzkości), bo… Polska jest krajem antysemickim. Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami – w przeciwieństwie do Świętochłowic-Zgody, gdzie trafiali też Niemcy i volksdeutsche – byli tylko Polacy.

Salomon Morel zmarł jako dziadek wnuczętom w 2007 r. w Tel Awiwie. Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę. O tym większość mediów III RP znów nie pisała, albo pisała półgębkiem, bo musiałyby wspomnieć, z czego ten przywilej wynikał – a wynikał ze zbrodniczej kariery tego krwawego komendanta powojennych, komunistycznych obozów w okupowanej przez sowietów Polsce.

 

Korespondent „Wall Street Journal” zatrzymany w Rosji

W Jekaterynburgu na Uralu został zatrzymany korespondent amerykańskiego dziennika „Wall Street Journal” Evan Gershkovich  – podała w czwartek agencja Reutera, powołując się na media rządowe w Moskwie. Federalna Służba Bezpieczeństwa oskarża go o szpiegostwo.

Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) poinformowała, że dziennikarz zbierał informacje będące tajemnicą państwową i że wszczęto sprawę karną dotyczącą szpiegostwa. Twierdzi, że Gershkovich otrzymał „od strony amerykańskiej” zadanie zebrania informacji o „działalności jednego z przedsiębiorstw kompleksu wojskowo-obronnego”. Nie przedstawiono na to żadnych dowodów.

Niezależny portal Meduza podał wcześniej, że amerykański dziennikarz zaginął w Jekaterynburgu. Nie było z nim kontaktu przez ostatnią dobę. Powołał się na Jarosława Szyrszykowa, mieszkańca Jekaterynburga, który pomagał korespondentowi podczas jego pobytu w tym mieście.

Gershkovich przyjechał na Ural, by napisać materiał o Grupie Wagnera, prywatnej firmie wojskowej wysyłającej najemników do walk przeciwko Ukrainie.

Dziennikarz WSJ pracuje w Moskwie od około sześciu lat, pisze o Rosji, Ukrainie i krajach byłego ZSRR.

opr. jka, źródła: reuters.com, pap.pl

 

 

W mediach nie powinno być miejsca na szarganie świętości. Felieton JOLANTY HAJDASZ

Ostatni tydzień przyniósł kolejne informacje związane z medialnymi reakcjami na skandaliczny atak telewizji TVN i wydawnictwa Agora na osobę i dziedzictwo Jana Pawła II.  Chcę dzisiaj zwrócić uwagę na jeden z wielu skutków tej sprawy, tym razem dotyczący wolności słowa.

W tym wypadku punktem wyjścia jest prowokacyjna i obrazoburcza okładka tygodnika założonego przez byłego rzecznika prasowego z czasów stanu wojennego i rządów wojskowej ekipy Wojciecha Jaruzelskiego. Na okładce tej gazety opublikowano wizerunek papieża Jana Pawła II, krucyfiksu i ukrzyżowanej na nim plastikowej lalki, co w obecnej sytuacji celowo podgrzewa emocje i nastroje społeczne upokarzając katolików poprzez wyszydzanie ich największych świętości. Zapewne także dlatego Poczta Polska podjęła decyzję o wycofaniu tej konkretnej gazety ze swoich placówek, choć w oficjalnym komunikacie poinformowała jedynie o kalkulacjach i ryzyku biznesowym. W ten sam sposób zachował się PKN Orlen, który poinformował także, iż to konkretne wydanie tej gazety nie będzie sprzedawane na ich stacjach benzynowych.

W obronie gazety wypowiedzieli się jednak różni medioznawcy i redaktorzy naczelni krytykując nie gazetę, która drwi z Krzyża świętego i z Jana Pawła II, ale tych, którzy nie chcą takiej gazety sprzedawać. I jak zawsze w takim wypadku przywołuje się zasadę wolności słowa, która jest fundamentem demokracji i której poszanowanie gwarantuje konstytucja. To nie firma dystrybucyjna będzie decydować o tym, co ma być publikowane w gazecie, nie ma ona prawa odmówić sprzedaży – twierdzą krytycy decyzji Orlenu i Poczty. Tygodnik NIE rozważa skierowanie do sądu spraw przeciwko obu tym firmom, które odmówiły sprzedaży tego skandalicznego wydania prowokacyjnej gazety, jego wydawca spółka Urma złożyła do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zawiadomienie „o podejrzeniu stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów” przez Orlen i Pocztę Polską.

W przeszłości wypowiadałam się wielokrotnie w podobny sposób, dlatego teraz chciałabym wyjaśnić, dlaczego w mojej ocenie obecnie mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Innymi słowy, dlaczego teraz rację ma i Orlen, i Poczta Polska, które wycofały się ze sprzedaży czegoś, co jednoznacznie uderza w najważniejsze dla katolików wartości. Wolność słowa nie jest wartością jedyną i nadrzędną, zawsze musi wiązać się z odpowiedzialnością, która może być ograniczona prawami i wartościami innej osoby czy osób. I właśnie o tym obie te firmy nam przypomniały. Ale szukając uzasadnienia ich aktualnych decyzji najprościej byłoby przywołać casus „Gazety Polskiej z 2019 roku, gdy postanowiła ona dołączyć naklejkę „strefa wolna od LGBT” do swojego wydania, a firma Empik odmówiła sprzedaży tego numeru. Wielokrotnie redaktor naczelny GP wyjaśniał wtedy, że tygodnikowi chodziło o sprzeciw wobec ideologii LGBT, a CMWP SDP broniło „Gazety Polskiej” z pełnym przekonaniem Wówczas to sąd prawomocnie jednak stwierdził, że „Gazeta Polska” nie miała racji i Empik miał prawo z dnia na dzień zawiesić jej dystrybucję. Skoro więc miał takie prawo Empik, nawet błędnie interpretując intencje tygodnika, to tak samo dystrybutor tygodnika NIE mógł zawiesić jego sprzedaż, tym bardziej, że zaatakowany to realnie żyjący w przeszłości powszechnie szanowany człowiek i najwyższe religijne wartości dla milionów osób. Ale w obecnej sytuacji byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie.

W mojej ocenie decyzja o wycofaniu ze sprzedaży tego tygodnika absolutnie była uzasadniona wyjątkowo prowokacyjnym działaniem tej gazety. Swoją treścią i przekazem naruszyła ona dobra osobiste katolików w postaci ich godności i prawa do niedyskryminacji oraz w prowokacyjny i obrazoburczy sposób wzmagając przy tym poczucie zagrożenia katolików poprzez wykorzystanie emocji towarzyszących odbiorowi tego typu publikacji. Potęgowała ona przez to napięcia i konflikt społeczny, także ten, z jakim mamy do czynienia po emisji reportażu „Franciszkańska 3” w telewizji TVN 24 i publikacji książki wydawnictwa Agora p.t. „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział”.  Działania takie są sprzeczne z etyką dziennikarską i elementarnym poszanowaniem wartości i autorytetów innych osób, bo mogą przyczyniać się do   wywoływania nienawiści lub dyskryminacji. Już na tej podstawie decyzja o zaniechaniu dystrybucji mediów zawierających takie treści jest w tym wypadku absolutnie usprawiedliwiona.

Najwyższy czas zadać jednak przy tym publicznie pytanie, czy gazeta założona przez jednego z najwyższych aparatczyków komunistycznych, jakim był Jerzy Urban w ogóle może być uważana za prasę i czy naprawdę można kogoś o takim życiorysie i dokonaniach nazywać dziennikarzem, czyli osobą, której praca musi i powinna być skierowana na dążenie do poszukiwania i przedstawiania prawdy o otaczającym nas świecie. Jerzy Urban aż do swojej śmierci korzystał w wyjątkowo cyniczny sposób z wolności słowa, jaką inni wywalczyli przeciwstawiając się złu i przemocy takich osób jak on z tzw. poprzedniego systemu. Jest rzeczą wyjątkowo smutną i przygnębiającą, że nigdy tacy ludzie jak on nie ponieśli żadnych konsekwencji swoich ogromnych win z czasów komunistycznych, że mogli bogacić się i działać w przestrzeni publicznej bez ograniczeń. Jerzy Urban przez całe lata po 1989 roku prowokował, atakował, wyśmiewał i szydził z katolików, wychował bez przeszkód całe zastępy swoich naśladowców, tych którzy nie widzą nic niestosownego i złego w publicznym poniżaniu, pomawianiu i wyśmiewaniu innych wiedząc, że nic im się nie stanie, bo przecież mamy „wolność słowa”. Dziś obrońcy takiej wolności krytykują i chcą karać tych, którzy ten postawiony na głowie świat antywartości ośmielają się nazywać po imieniu, przywracając słowom i czynom właściwy sens i logikę. To przecież absurd i zaprzeczenie tego, czym ma być wolność słowa – szlachetna idea, uosabiająca dobre i pozytywne wartości wynikające z naturalnego dążenia człowieka do prawdy.

Założony przez komunistycznego propagandystę tygodnik NIE przez całe lata swojego istnienia był i jest wyjątkowo bulwersujący ze względu na skrajnie wulgarny, rynsztokowy język i publikowane treści. Przez te lata sprzeniewierzył się wielokrotnie zasadom zawodowej etyki dziennikarzy.  Dla tej gazety, tak jak dla Jerzego Urbana znakiem rozpoznawczym stał się cynizm i prowokacje oraz chorobliwa, a z perspektywy czasu widać, że wręcz demoniczna niechęć do Kościoła katolickiego oraz osób konsekrowanych, księży i sióstr zakonnych, a także katolików świeckich. Wielokrotnie bezpodstawnie i w wyjątkowo prowokacyjny sposób na łamach tego pisma był atakowany święty Jan Paweł II. Obecnie tygodnik NIE kontynuuje tę bulwersującą tradycję budowania swojej marki i pozycji ekonomicznej m.in. na bezpodstawnym szarganiu i atakowaniu autorytetu świętego Papieża, co jest wyjątkowo bulwersującym sposobem korzystania z wolności słowa gwarantowanej przez państwo polskie. W mojej ocenie w polskim systemie medialnym na takie działania nie powinno być miejsca. To dobrze, że i Orlen, i Poczta Polska przypomniała nam o tym jednoznacznie.

Polska siajowa – WALTER ALTERMANN o budowaniu i nie tylko

To nie architekci, urbaniści a nawet deweloperzy są winni nowemu, paskudnemu światu jaki powstaje w Polskich miastach. Przecież ktoś szalbierzom budowlanym zezwala na szarogęsienie się, ktoś im pozwala budować paskudztwa, gdzie sobie tylko zażyczą. Ktoś im pozwala na betonowanie każdego skrawka wolnej miejskiej przestrzeni.

Na początek – wyjaśnijmy tytuł tego felietonu. Mamy dwa słowa – Polska i siajowy. Polska – chciałoby się powiedzieć, za klasykiem – jaka jest każdy widzi. Ale tak nie jest, bo ja ją widzę jako twór coraz bardziej siajowy – gdy chodzi o współczesną architekturę i  urbanistykę. A co oznacza „siajowy, siajowa”? Wyjaśnimy poniżej

W XIX wieku fabryki wytwarzające materiały bawełniane i wełniane powstawały w Łodzi prawie z miesiąca na miesiąc. Aż rynek się nasycił łódzkimi tekstyliami i zaczęły się kłopoty. Doszło też do tego, że ceny surowej bawełny zaczęły rosnąć i tym samym ceny łódzkich tkanin poszły mocno w górę, na tyle wysoko, że robotniczej biedoty i biednych chłopów nie było stać na te materiały. A chodzić w czymś jednak trzeba było.

Tandetny geniusz Szai Rosenblatta

I tym momencie pojawia się łebski kapitalista, niejaki Szaia Rosenblatt. W 1858 założył niewielką manufakturę tkacką, w 1873 uruchomił przędzalnię mechaniczną, a w 1885 tkalnię mechaniczną. W 1892 roku przedsiębiorstwo zostało przekształcone w Spółkę Akcyjną Wyrobów Bawełnianych Szai Rosenblatta i dysponowało dużym terenem przemysłowym o powierzchni 7,6 hektara.

Tkaniny produkowane przez tę spółkę były tanie, bo były niebywale marnej jakości, co stało się źródłem łódzkiego gwarowego określenia: „siajowy” tzn. niskiej jakości, tandetny, kiepski. Jeszcze w latach 60-tych starzy łodzianie na marny produkt mówili właśnie tak – siajowy.

Materiały Rosenblatta dosłownie rozchodziły się w rękach, nie wytrzymywały długo – spódnice rozpadały się po kilku praniach, koszule przecierały się po dwóch tygodniach. Dlaczego Rosenblatt sprzedawał tanio swoje tekstylia? Bo produkował je bardzo tanio. Tkał swoje towary z surowca odpadowego, z tego co zamiatali i wyrzucali na śmieci inni fabrykanci. W końcu dorobił się własnego nazwiska, a właściwie imienia, i zapisał się w historii. Ale chwały mu taka ludzka pamięć raczej nie przyniosła.

Dziedzictwo Szaji Rosenblatta

Współcześni polscy architekci i urbaniści są spadkobiercami wielkiej idei Szaji. I żwawo kroczą szlakiem wydeptanym przez niego. Masowo produkują siajowe krajobrazy, w których dominują prostopadłosiany z lanego betonu. Produkują, czyli projektują i budują obiekty tanie i tandetne, czyli siajowe. A kiedy już takich tworów – potworków uzbiera się w jakimś mieście spora grupa, mamy siajową urbanistykę.

Nie podoba mi się to co widzę, chodząc i jeżdżąc po Polsce. W całym kraju powstaje coraz więcej i więcej paskudnych budynków. Zupełnie takich, jakby architekta przy tym nie było. Podejrzewam, że jakiś inżynier – oczywiście z uprawnieniami – kopiuje istniejące już budowle, troszkę zmienia rysunki i kieruje te niby-projekty do wykonania. A kopiuje te najtańsze w budowie. Bo wtedy zysk dewelopera jest większy. Zupełnie jak z interesami Rosenblatta.

Mieszkanie to nie tylko dach nad głową

Człowiek powinien mieszkać w miarę wygodnie. I powinien mieć poczucie bezpieczeństwa – że będzie mieszkał długo i w spokoju. Dla deweloperów mieszkanie to interes, czyli zysk. Dla nas to warunki do wychowywania dzieci, do pracy i spokoju na starość.

Deweloperzy chcą maksymalizować zysk, czyli zarabiać jak najwięcej i jak najszybciej. Bo pieniądz spać nie może. My zaś, chcemy mieszkać tanio. Naprawdę, to są dwa różne interesy.

Deweloperzy chcą swoje mieszkania sprzedawać. My zaś, możemy mieszkać w mieszkaniach wynajmowanych. Jeżeli tylko będziemy mieli gwarancję, że czynsz nie pochłonie 70 procent naszych dochodów.

Dlatego najważniejszym wyzwaniem cywilizacyjnym – w Polsce obecnie – jest budowa mieszkań pod wynajem. Szczególnie dla młodych małżeństw. Dlatego z niepokojem patrzę, że obie największe partie chcą obciążyć państwo wysokimi dopłatami do kredytów mieszkaniowych. Czyli chcą budować mieszkania własnościowe. A wielu, naprawdę wielu ludzi nie będzie na nie stać. No i skarzemy młode małżeństwa na tułaczkę, na płacenie gigantycznych sum za wynajem.

W Polsce potrzebne jest budowanie mieszkań pod wynajem. I powinny robić to gminy. Oczywiście przy pomocy państwa. Chyba, że zarówno PiS, jak i PO chcą wzmocnić finansowo „sektor  budowlany” – mówiąc po staremu, lub deweloperów – mówiąc językiem dzisiejszym. Bo nikt nie zagwarantuje, że skoro państwo będzie dopłacało do mieszkań, to deweloperzy natychmiast nie podniosą ich ceny. To logiczne i nikt im tego nie zabroni. A żadna władza nie wprowadzi cen regulowanych na mieszkania, bo mamy kapitalizm, czyli ostoję wolności.

Miasta dawne

Wróćmy jednak do architektów i urbanistów, czyli ich braku. W dawnych wiekach zabudowa miast charakteryzowała się ogromną ciasnotą. Dlaczego? Bo im mniejsze obszarowo było miasto, tym mury je okalające mogły być – na długość – krótsze. I tym łatwiej było je bronić. Oczywiście i dzisiaj są miasta o niebywałej ciasnocie i bardzo wysokich budynkach. Taki jest na przykład Szanghaj.  Ale tam naprawdę nie ma już gdzie budować.

Dlaczego jednak trwa w Polsce wstawianie nowych, jak najwyższych budynków w centrach miast? Wszystkie skwery, małe parki są obecnie zabudowywane. Czyżby nasi architekci naprawdę wzorowali się na Sznghaju? Nie, po prostu i w tej sprawie również kłania się Szaja Rosenblatt. Rzecz w tym, że rynek mieszkaniowy należy dziś do deweloperów, a marzenia o rynku nabywcy należy włożyć między bajki, bo państwo nasze robi wszystko, by bankom i deweloperom żyło się jeszcze lepiej. Kosztem potencjalnych nabywców mieszkań. A ponieważ w koszt postawienia budynku należy włączyć także media – wodę, ścieki, ogrzewanie, gaz i prąd – to taniej jest budować tam, gdzie one już są pod ręką.

Człowiek miejski musi mieć nie tylko mieszkanie, musi także móc wyprowadzić psa, pójść samemu na krótki spacer w pobliżu swego mieszkania, popatrzeć przy okazji na drzewa i krzewy. Przestrzeń także kształtuje naszą świadomość i psychikę. I dlatego powinniśmy mieszkać w okolicy ładnej. Ale te – jakże podstawowe i niewyszukane – możliwości zabierają mu właśnie deweloperzy.

Bezczelność

Polskie prawo budowlane stanowi, że mieszkanie nie może mieć mniej niż 25 metrów kwadratowych. A jeden z największych polskich deweloperów buduje w Warszawie domy z klitkami mającymi po 10 metrów kwadratowych. I kiedy władze Warszawy odmówiły przyjęcia budynku, to ówże pan chce te swoje cele więzienne zarejestrować jako pomieszczenia hotelowe.

To jest szaizm do kwadratu, bo wiadomo, że hotelami one nigdy nie będą. Choć… Szaia Rosenblatt działał w granicach prawa, niczego nie obchodził, nie mataczył, nie mówił, że jego tkaniny są papierem lub tekturą… Poważniejszy był jednak, choć i tak oszust.

W dzikiej puszczy, nad Notecią powstał upiorny zamek. Śledztwo dowiodło, że było fałszowanie dokumentów, łapówki i spisek przeciw prawu. A jednak teraz daje się słyszeć głosy, że burzenie tego paskudztwa byłoby przesadą. I idzie ku temu, że budowniczy zapłaci jakiś mandacik, ale zamek będzie miał.

Prawo budowlane jasno określa jaka musi odległość między budynkami. Im wyższy budynek, tym w większej od niego odległości mogą powstać następne. To jest zresztą matematycznie wyliczone. Bo chodzi o to, żeby do budynków docierało światło dnia codziennego. I co z takim rygorystycznym prawem? Ano nic. Władze miast nagminnie zgadzają się na omijanie prawa. Bo jedyne prawo, jakie ich interesuje, to prawo wyborcze – w sensie i znaczeniu –  czy dalej będą rządzić.

O guście władców polskich miast

Bądźmy jednak sprawiedliwi – to nie architekci, urbaniści a nawet deweloperzy są winni nowemu, paskudnemu światu jaki powstaje w Polskich miastach. Przecież ktoś szalbierzom budowlanym zezwala na szarogęsienie się, ktoś im pozwala budować paskudztwa, gdzie sobie tylko zażyczą. Ktoś im pozwala na betonowanie każdego skrawka wolnej miejskiej przestrzeni.

A są to władze miast, czyli prezydenci i rady gmin. Ja wiem, że jakiekolwiek budowanie – choćby bez sensu – upaja władze miast już od czasów antycznych Greków i Rzymian. Bo władza, która buduje daje pokaz swej mocy.

Jednak Grecy i Rzymianie nie budowali takich paskudztw, na jakie zgadzają się obecne władze. Po latach naprawdę nie będzie na czym oka zawiesić. Będziemy się wstydzić – pośmiertnie – przed praprawnukami.

Kim są ludzie, którzy zasiadają w radach gmin? Skąd biorą się prezydenci miast? Widzieli kiedyś jakieś zagraniczne, porządnie zaprojektowane osiedla i miasta? Bywają w jakichś muzeach – poza oficjalnymi okazjami? Mają w domu jakieś albumy z dawnym i współczesnym malarstwem, architekturą? Chyba niczego nie widzieli i nie mają nawet cienia dobrego gustu. Bo w większości są to absolwenci zarządzania.

Oczywiście są naczelni architekci miast, są planiści, którzy mogą mieć głos decydujący, mogą też zgłaszać swoje veto… tak, ale oni są mianowani przez prezydentów i burmistrzów. Podskoczą? Oj, nie bardzo podskakują.

Silne państwo

Silne państwo to takie, które nie daje się kiwać oszustom, także budowlanym. Prawo w silnym państwie jednakowo traktuje dużych i małych złodziei. Silne państwo musi brać pod uwagę także interesy najsłabszych obywateli. Silne państwo, które okazuje swą moc jedynie słabym jest jedynie państwem okrutnym i bezmyślnym.

Marzę o takim silnym państwie, które powie szalbierzom budowlanym – nie, basta, stop!

 

Dyrektor CMWP SDP w TV Trwam i w Radiu Maryja o medialnych atakach na Jana Pawła II

Współczesne medialne nagonki i zmasowane ataki są zawsze bardzo efektowne, wykorzystują najnowocześniejsze techniki przekazu, by sprawić wrażenie czegoś bardzo poważnego, ale mają oddziaływać nie na racjonalne myślenie, ale na nasze emocje i odruchy, które są czymś naturalnym dla nawet średnio wrażliwego człowieka. Dlatego np. posługują się tak mocno naciąganym w tym wypadku  zarzutem dotyczącym krzywdy wyrządzonej dziecku –  mówiła w audycji „Rozmowy niedokończone” na antenie Radia Maryja i w Tv Trwam  dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ponad trzygodzinna audycja na żywo z telefonicznym udziałem widzów i słuchaczy miała miejsce 16 marca b.r. Jej gospodarzem był o. Grzegorz Moj. W audycji kilkakrotnie cytowano oświadczenie ZG SDP w obronie dobrego imienia Jana Pawła II. 

Gość „Rozmów niedokończonych” odniosła się do ostatnich ataków na św. Jana Pawła II. Chodzi m.in. o materiał TVN i książkę wydawnictwa Agora  insynuujące, że Karol Wojtyła – jako metropolita krakowski – tuszował przypadki pedofilii. Dr Jolanta Hajdasz wskazała, że obie te publikacje są pełne błędów i manipulacji. Zwróciła uwagę, że materiały te  należy wpisać w szerszy kontekst ataków na Kościół katolicki. Mamy do czynienia z operacją socjotechniczną, której celem jest zniszczenie autorytetu Kościoła jeszcze bardziej, bo przecież dzieje się to od lat. Te próby są robione cały czas. Uderza się w ten symbol, jakim jest Jan Paweł II dla wielu Polaków, właściwie dla wszystkich, bo po śmierci Jana Pawła II przecież to widzieliśmy,  ten rodzaj jedności całego narodu, wierzących i niewierzących, wokół Jego osoby. To był człowiek blisko zwykłych ludzi i dlatego teraz  trzeba ten autorytet obalić. Jest czymś wyjątkowo niegodziwym, że wykorzystuje się do tego właśnie przestępstwo pedofilii – powiedziała dyrektor CMWP SDP.

Środowiska, które chcą zniszczyć dziedzictwo św. Jana Pawła II, aby zrealizować swój cel, posługują się takimi narzędziami, jak środki masowego komunikowania. A misją mediów powinno być szukanie prawdy w otaczającej nas rzeczywistości – podkreśliła wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.   Zamiast tego otrzymaliśmy zniekształcenia, przeinaczanie faktów, oszczerstwa, pomówienia, zniesławienia i bezpodstawne oskarżenia, na które nie powinno być miejsca w medialnych przekazach.  Są to przecież najcięższe przewinienia zawodowe w dziennikarstwie, piętnowane we wszystkich dziennikarskich kodeksach etycznych, w tym w najpowszechniejszej na świecie Międzynarodowej Karcie Etyki Dziennikarskiej, przyjętej i zaakceptowanej przez największe organizacje dziennikarskie na świecie. Niestety, wszystkie te wymienione w tej karcie dziennikarskie wykroczenia możemy odnaleźć we wspomnianych publikacjach o Papieżu Polaku. Z rzetelnym dziennikarstwem ani reportaż TVN, ani publikacja Agory nie ma nic wspólnego. Dlatego dzisiaj z pełnym przekonaniem trzeba o tym mówić i apelować  do wszystkich, by nie ulegali tym manipulacjom i insynuacjom,  by przedstawiali dziedzictwo Jana Pawła II rzetelne i uczciwe, oraz by mieli odwagę i byli gotowi do obrony Jego dobrego imienia – powiedziała Jolanta Hajdasz.

Cała audycja jest TUTAJ.

Oświadczenie Zarządu Głównego SDP w sprawie medialnych ataków na Jana Pawła II TUTAJ.