PIOTRA TURLIŃSKIEGO opis literackiej bezwzględności: Stanisław Grochowiak. Geniusz pomijany (5)

Święty Szymon Słupnik

 

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzi chłopaka na szafot przywiedli,

Unieśli m głowę w muskularnej pętli.

Powołał go Pan na stryk.

 

Powołał go pan,

By trwał,

By śpiewał mu pieśń

I piał.

 

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili

I włosy jej ścięli, i ręce spalili.

Powołał ja Pan

Na gnój.

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzie mych wierszy słuchając powstają

I wilki wychodzą żerującą zgrają…

Powołał mnie Pan

Na bunt.

 

W tym utworzy Grochowiak sugeruje nam, że i jemu przypadł los Szymona Słupnika. Niełatwy, ale wielki, bo rozmyślny, celowy. I takie też było życie Stanisława Grochowiaka.

                                                                                Łatka

Turpiści – nazwał ich Julian Przyboś, w swoim wierszu „Oda do turpistów”. Tę niemiłą etykietę, tę łatkę przypiął Przyboś kilku młodym poetom, z początkiem lat 60-tych, ale tak już jakoś na lata zostało. W gruncie rzeczy „etykiet twórca”, uznany i rządzący wtedy środowiskiem poetów, chciał młodych konkurentów zdyskredytować, bo turpiści, to ludzie lubujący się tym co brzydkie, okropne i wstrętne. A ci młodzi opisywali jedynie nasz dzień powszechny, szukali poezji i wielkich rzeczy w tym co obok, tuż za zakrętem drogi. Oni zastanawiali się i zgłębiali kondycję prostego człowieka. Przyboś natomiast – w najpełniej z możliwych sposobów realizował dogmat „sztuki dla sztuki” i budował swoją świątynię „nowych środków wyrazu”.

Niestety i dzisiaj jeszcze można przeczytać w społecznych encyklopediach, że „W poezji polskiej turpizm pojawił się po 1956 roku i posługiwali się nim: Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Andrzej Bursa i inni. Programowo przedstawiciele turpizmu włączyli do swoich utworów motywy brzydoty, kalectwa, choroby, śmierci”.

Tak nie było, bo to nowa poezja budował kanony nowej estetyki. Takiej która wyrastała z buntu wobec ustalonych kanonów piękna. Ci „nowi poeci” zwracali się ku peryferiom, dowartościowując to, co pomijane i dyskryminowane. I nie bez przyczyny na szeroką skalę zjawisko to zaistniało po 1956 roku – stanowiło bowiem kontestację socrealistycznych ideałów sztuki i piękna. Obca też im była międzywojenna estetyka „pięknych i nowoczesnych wierszy” Juliana Przybosia.

            Brzydota stała się tu kategorią estetyczną, a także etyczną – wyrażała bowiem akceptację świata w całości, jak również postawę empatii wobec pokrzywdzonych i odrzuconych – to można przeczytać nawet na portalu e-szkoła. Czyli łatka Juliana Przybosia przykleiła się na dobre, do nowych poetów.

Powojenne rozumienie świata

Bezsprzecznie na widzenie świata w przypadku „turpistów” miały ich doświadczenia wojenne. Oni, w odróżnieniu od pokoleń międzywojennych, widzieli i przeżyli upadek cywilizacji, nieopisywalne zbrodnie i ludzką mękę. Na własne też oczy doświadczyli również wszechobecnych, wcale niebohaterskich, śmierci i poniżenia. I chcieli dać temu świadectwo. Widać – nie mogli tego robić językiem, metaforami i cała poetyką dawnego świata, którego upadek zaczął się w 1939 roku.             Poetykę „buntowników” można odnaleźć w poetyce Tadeusza Różewicza, zwłaszcza po 1956 roku, w tomach takich jak: „Poemat otwarty”, „Formy”, „Rozmowa z księciem”, „Głos Anonima”, „Zielona róża” i kolejnych. Różewicz używa brzydoty jako narzędzia podważania optymistycznej wizji świata, demaskuje moralny nihilizm nowoczesnej cywilizacji i zło tkwiące w każdej ludzkiej jednostce.

Innym z potępionych miał być Stanisław Grochowiak. Jego tomy – takie jak „Ballada rycerska”, „Menuet z pogrzebaczem”, „Rozbieranie do snu”, „Kanon” czy „Nie było lata” – to przykłady poezji powstającej z fascynacji rozkładem i śmiercią. Jednocześnie Grochowiak jest w tym nurcie estetą – jego twórczość odwołuje się do tradycji średniowiecza i baroku, zwłaszcza do malarstwa wielkich mistrzów tych epok. Grochowiak w kilkudziesięciu wierszach opisuje zresztą malarskie wizje świata, malarskie filozofie wielkich malarzy przeszłości. Rzeczony turpizm Grochowiaka, jak wskazuje Stanisław Burkot, ma również wymiar etyczny – stanowi narzędzie zgłębiania tajemnicy ludzkiego cierpienia i przemijania.

Należy również wspomnieć w tym kontekście o Erneście Bryllu. „Wigilie wariata”, „Autoportret z bykiem”, „Twarz nie odsłonięta”, „Sztuka stosowana” to przykłady jego wczesnych tomów poetyckich, w których doszła do głosu estetyka turpizmu.

Tymczasem dla tych mocno wkraczających w świat dużej literatury, ówczesne elity literatury – nie przewidywały ważnego miejsca. Być też może, że po prostu tej nowej poezji, ówcześni udekorowani już luminarze sztuki nie rozumieli. Przykre to, ale jakże typowe dla zazdrosnych twórców i leniwych znawców literatury. Poza tym – wielcy artyści – a mówię tu o pokoleniu Przybosia – nie są wolni od zwykłej ludzkiej zawiści.

Najbardziej w twórczości Grochowiaka podziwiam „Sześciokrotne śpiewy poranne” za ich obrazowanie, za rytm i bezwzględność w widzeniu świata. Mówię o bezwzględności, bo tego oczekuję od poetów. Okłamywać się mogę sam.

Sześciokrotne śpiewy poranne (fragmenty)

Skąd oni biorą nienawiść? Z małości?

Więc gdzie się skrwawił baranek ich wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie była ta rzeź,

Gdzie samo sobie skalpowali czoła?

 

„Człowiek uczciwy nawet psa się wstydzi” – 

Tak przeczytałem w staroświeckiej książce

A biła północ,

A że nastał świt, Poznałem z piania niezawodnych hycli.

*

Oto umiemy, oto nauczeni

Jesteśmy wreszcie: kręcić bicze z piasku,

Wbić tysiąc ćwieków w jedno ziarnko maku,

Córkę piekarza wypiastować z sowy.

 

I dokładamy do wszystkiego ręki

Czułej jak ręka hodowcy lub gacha:

Do bicza z piasku,

Do ziarenka maku,

Do drew, co płoną w rodzinnym kominku.

*

A o czym gwarzyć przy rodzinnym stole?

Wuj odpiął skrzydła, że były mu zbędne,

Stryj jeszcze wierzy, a wierzy korzystnie,

Bo wiara stryja przenosi go w góry.

 

Głód? Gdzieś tam dalej, A zresztą w gazetach

O rozmnożeniu cudownym planktonu

Pisali dzisiaj? O śmierci? W peticie.

Petit jest czcionką wyłącznie dla młodych.

(…)

My nie po trupach. My po przemyśleniu

Idziemy w niebo, po szczeblach drabiny:

Są z nas Jakuby nie z Ducha, nie z Ojca,

A z przysposobień Ochotniczej Straży.

 

My nie po trupach. My pozostawiamy

Za sobą tylko ptaki okulałe,

Muchę skrzywdzoną, trawę zadeptaną,

Albo – co chlubne – nowy Dom dla Starców.

*

Bo twarz mieć trzeba, z którą jest do twarzy.

Nogi w obuwiu. W kalendarzy miłość.

Teściów najlepiej w osobnym mieszkaniu.

Ojca w szacunku. Alkohol p o z a t e m.

 

Ci, co się dręczą, sami sobie winni –

Ci, co niewinni, ci się nie udręczą

Choć bądźmy skromni: Na niewinność panien

Patrzeć dziś raczej należy przez palce.

* (…)

Skąd oni biorą swą pychę? Z litości?

Więc gdzie się skrwawił mój baranek wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie dopadł mnie mrok,

Wilgoć na skale, senność na wilgoci?

 

Opowiedz ptaka.

Dobre, opowiadam…

Jest teraz w locie statecznym, dokolnym…

Lecz gdy znienacka

Dopadnie go noc,

On niespokojnie śpi na sercu dzwonu. 

 

                                                                    Grochowiak – moralista

Moralność – zakłada odpowiedzialność jednostki, każdego z osobna, za własne czyny. Nie ma moralności zbiorowej. Choć suma moralności jednostek może się składać na wspólną moralność, lub nawet jej zupełny brak.

Dla mnie Grochowiak był moralistą. Wiem, że „moralista” brzmi jakoś tak drętwo, jak nudziarstwo. Ale jego moralistyka była najlepszej próby rozważaniem o rzeczach pierwszych i ostatecznych. Daj nam Boże więcej moralistów. Podobnie było zresztą z Różewiczem.

W przypadku Grochowiaka mamy do czynienia z twórcą, który moralistyce potrafił nadać oryginalny, interesujący kształt. A przede wszystkim umiał dostrzec zło w sobie i każdym z nas. I nikogo nie ułaskawiał ze względu na „okoliczności łagodzące”. Dla niego żaden system polityczny nie mógł być wymówką. I mówiąc zupełnie bezwzględnie – nie ma dobrej literatury, która nie jest moralizowaniem. Nawet jeżeli przeciwstawia się tradycyjnym wartościom, to też moralizatorska – a rebour.

Grochowiak naraził się środowisku. Być może niepotrzebnie. Bo trochę zabrzmiało to tak, jakby Wielki pastwił się nad Maluczkimi. Ale to właśnie tym pomniejszym poetom i naukowcom od literatury, władze PRL powierzyły redagowanie, stworzyły i dały im „w pacht” miesięcznik „Poezja”. Grochowiak nie wytrzymał, publicznie to powiedział, niedługo przed swoją śmiercią. W telewizji stwierdził, że „Poezja” gromadzi miernoty, że nie publikują w „Poezji” żadnych wartościowych utworów, i nie ma jej łamach wspaniałych poetów, którzy przecież są, żyją.

Dla prawdy historycznej: „Poezja”, była miesięcznikiem, ukazywała się w latach 1965–1990. Jej redaktorami naczelnymi byli, kolejno: Jan Zygmunt Jakubowski (1965–72), Bohdan Drozdowski (1972–87), Marek Wawrzkiewicz (1987–90).

 

                                                                    Poezja i wiersze

Poezja Stanisława Grochowiaka była jak pieśni, ona sama wypływała z ust – jak mawiają aktorzy. Ale też Grochowiak miał rzadko spotykany, nawet u wielkich poetów, muzyczny słuch. Tako sam wielki słuch jaki mieli Lechoń, Tuwim, Broniewski, Gałczyński. Grochowiak nie pisał wierszy programowych, słusznych czy też walczących. Nie traktował poezji jako środka do wypowiedzi filozoficznych. Choć były dzięki temu właśnie pełne najgłębszej filozofii, bo była to filozofia gorącej miłości życia.

Może to właśnie dzięki temu niebywałemu słuchowi na nasz polski język tak doceniane są dramaty. Napisał ich cztery – wykaz dzieł Grochowiaka podaję poniżej – a wszystkie „niosą widzowi” świat poetycki, subtelny i delikatny. Jego bohaterowi mówią prosto, ale z rzadko spotykanym urokiem słowa, składni, frazeologii i metafor.

Jego dramaty ujmowały też filmowców, a „Chłopcy”, w reżyserii Ryszarda Bera – opowieść dziejąca się w domu starców, ciągle jest pokazywana w telewizji, bo jest mądra, a role napisane dla aktorów są wspaniałe.

Często nadużywa się pojęcia „poezja” i każdy wiersz zostaje poezją… A poezja to szczyt sztuki, natomiast wiersze, nawet i dobre, to tylko wytwory rzemiosła literackiego. A Stanisław Grochowiak był poetą.

                                                           Lęki

Dzisiaj już się go nie wydaje, nie rozmawia się o nim. I chyba niewielu czyta jego poezję. A to jest wielka szkoda dla naszej wrażliwości. Na przykład, trzeba znać jego „Pejzaż”, żeby zrozumieć jego świat, albo jak on ten nasz świat widział.

Pejzaż

Więc oto ziemia moja Ojczyzna

Wszystko we mnie co wieczne – z tych oto ogórków,

Z tych bladych kwiatów szarpanych żarłocznie

Przez chude jak szkielety wróble

 

Wszystko co we mnie otwiera ten pejzaż

Koniem sterczącym w niebo kopytami

Różą znienacka ogromna jak krowa

Wiatrakiem zeschłym

 

I wreszcie człowiek – z flaszki pionowej

Ostatnia kroplę chciwie wypija

Płacze

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

                                                                        Alkohol

Stanisław Grochowiak umarł młodo. Mówią, że pił. Alkoholowi zresztą poświęcił dużo miejsca w swej twórczości, w tym wspaniały dramat „Lęki poranne”. A „Lęki…” mówią nie tylko o tej chorobie, mówią też o tym, że wrażliwi ludzie muszą pić, bo społeczeństwo jest okrutne wobec słabych. Napisał to kiedyś inny poeta, że są społeczeństwa, w których nie sposób żyć na trzeźwo.

Bóg Grochowiaka, jego osobisty intymny Bóg, zabrał go bardzo wcześnie, zaledwie w 42 roku życia. Może było i tak, że Bóg zabiera duchy doskonałe wcześniej, pozwalając tym niedoskonałym żyć dłużej, aby się wypiękniły ostatecznie.

W ciągu tych 42 lat swego życia Stanisław Grochowiak dokonał w literaturze bardzo wiele, zostawiając po sobie trwały ślad. Jest autorem kilkunastu tomików poezji, dwóch opowiadań, trzech powieści i czterech dramatów.

 

                                                      Dzieła Stanisława Grochowiaka

 

Poezja: Ballada Rycerska (1956); Menuet z pogrzebaczem (1958), Rozbieranie do snu (1959); Agresty (1963); Kanony (1965; Totentanz in Polen (1969) poemat; Nie było lata (1969); Polowanie na cietrzewie (1972; Bilard (1975); Haiku-Images (1978); Allende (1974) poemat; Wiersze nieznane i rozproszone (1996); Wiersze dla dzieci (2017); Wiersze zebrane (2017)

Opowiadania: Lamentnice (1958); Prozy (1996) – zawierają niepublikowane utwory prozatorskie, dodatkowo powieść Trismus i opowiadania ze zbioru Lamentnice

Powieści: Plebania z magnoliami (1956); Trismus (1958); Karabiny (1965)

Dramaty: Szachy (1961); Partita na instrument drewniany (1962); Król IV (1963); Chłopcy (1964)

Baśnie: Żyjątko Biedajstwo i Ci inni (2009)

Realizacje filmowe: Księżyc, reż. Stanisław Brejdygant; Kaprysy Łazarza, reż. Janusz Zaorski; Chłopcy, reż. Ryszard Ber; Partita na instrument drewniany, reż. Janusz Zaorski; Karabiny, reż. Waldemar Podgórski

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jaworzno – nie polski, ale komunistyczny obóz

W kwietniu 1945 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego utworzyło Centralne Obozy Pracy, z najbardziej znanym w Jaworznie. Dla Polski zaczynało się sowieckie zniewolenie, o czym nawet w III RP duża część mediów wolała i woli wciąż milczeć. Kłamią wciąż o „wyzwoleniu” – mimo podobieństw do agresji Rosji na Ukrainie.

Komunistyczny (błagam – nie używajmy terminu „polski”) obóz dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie, tak samo zresztą jak w Świętochłowicach-Zgodzie, powstał na bazie byłego podobozu KL Auschwitz, a komendantem obu, w różnych okresach, był komunistyczny „partyzant” – Szlomo Morel.

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia.

Większość mediów w Polsce uwierzyła w wersję o Morelu – więźniu Auschwitz. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się – Salomon Morel nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie.

W 1943 r. Morel przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: „21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną i natychmiast przychodzimy do Lublina i organizujemy MO”.

Komendantem obozu w Jaworznie Morel został w 1949 r. Były więzień wspominał: – Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: „Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki”. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.

W 2005 r. Izrael, gdzie Morel uciekł w 1992 r., odmówił wydania zbrodniarza (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, jako zbrodni przeciwko ludzkości), bo… Polska jest krajem antysemickim. Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami – w przeciwieństwie do Świętochłowic-Zgody, gdzie trafiali też Niemcy i volksdeutsche – byli tylko Polacy.

Salomon Morel zmarł jako dziadek wnuczętom w 2007 r. w Tel Awiwie. Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę. O tym większość mediów III RP znów nie pisała, albo pisała półgębkiem, bo musiałyby wspomnieć, z czego ten przywilej wynikał – a wynikał ze zbrodniczej kariery tego krwawego komendanta powojennych, komunistycznych obozów w okupowanej przez sowietów Polsce.

 

Korespondent „Wall Street Journal” zatrzymany w Rosji

W Jekaterynburgu na Uralu został zatrzymany korespondent amerykańskiego dziennika „Wall Street Journal” Evan Gershkovich  – podała w czwartek agencja Reutera, powołując się na media rządowe w Moskwie. Federalna Służba Bezpieczeństwa oskarża go o szpiegostwo.

Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) poinformowała, że dziennikarz zbierał informacje będące tajemnicą państwową i że wszczęto sprawę karną dotyczącą szpiegostwa. Twierdzi, że Gershkovich otrzymał „od strony amerykańskiej” zadanie zebrania informacji o „działalności jednego z przedsiębiorstw kompleksu wojskowo-obronnego”. Nie przedstawiono na to żadnych dowodów.

Niezależny portal Meduza podał wcześniej, że amerykański dziennikarz zaginął w Jekaterynburgu. Nie było z nim kontaktu przez ostatnią dobę. Powołał się na Jarosława Szyrszykowa, mieszkańca Jekaterynburga, który pomagał korespondentowi podczas jego pobytu w tym mieście.

Gershkovich przyjechał na Ural, by napisać materiał o Grupie Wagnera, prywatnej firmie wojskowej wysyłającej najemników do walk przeciwko Ukrainie.

Dziennikarz WSJ pracuje w Moskwie od około sześciu lat, pisze o Rosji, Ukrainie i krajach byłego ZSRR.

opr. jka, źródła: reuters.com, pap.pl

 

 

W mediach nie powinno być miejsca na szarganie świętości. Felieton JOLANTY HAJDASZ

Ostatni tydzień przyniósł kolejne informacje związane z medialnymi reakcjami na skandaliczny atak telewizji TVN i wydawnictwa Agora na osobę i dziedzictwo Jana Pawła II.  Chcę dzisiaj zwrócić uwagę na jeden z wielu skutków tej sprawy, tym razem dotyczący wolności słowa.

W tym wypadku punktem wyjścia jest prowokacyjna i obrazoburcza okładka tygodnika założonego przez byłego rzecznika prasowego z czasów stanu wojennego i rządów wojskowej ekipy Wojciecha Jaruzelskiego. Na okładce tej gazety opublikowano wizerunek papieża Jana Pawła II, krucyfiksu i ukrzyżowanej na nim plastikowej lalki, co w obecnej sytuacji celowo podgrzewa emocje i nastroje społeczne upokarzając katolików poprzez wyszydzanie ich największych świętości. Zapewne także dlatego Poczta Polska podjęła decyzję o wycofaniu tej konkretnej gazety ze swoich placówek, choć w oficjalnym komunikacie poinformowała jedynie o kalkulacjach i ryzyku biznesowym. W ten sam sposób zachował się PKN Orlen, który poinformował także, iż to konkretne wydanie tej gazety nie będzie sprzedawane na ich stacjach benzynowych.

W obronie gazety wypowiedzieli się jednak różni medioznawcy i redaktorzy naczelni krytykując nie gazetę, która drwi z Krzyża świętego i z Jana Pawła II, ale tych, którzy nie chcą takiej gazety sprzedawać. I jak zawsze w takim wypadku przywołuje się zasadę wolności słowa, która jest fundamentem demokracji i której poszanowanie gwarantuje konstytucja. To nie firma dystrybucyjna będzie decydować o tym, co ma być publikowane w gazecie, nie ma ona prawa odmówić sprzedaży – twierdzą krytycy decyzji Orlenu i Poczty. Tygodnik NIE rozważa skierowanie do sądu spraw przeciwko obu tym firmom, które odmówiły sprzedaży tego skandalicznego wydania prowokacyjnej gazety, jego wydawca spółka Urma złożyła do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zawiadomienie „o podejrzeniu stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów” przez Orlen i Pocztę Polską.

W przeszłości wypowiadałam się wielokrotnie w podobny sposób, dlatego teraz chciałabym wyjaśnić, dlaczego w mojej ocenie obecnie mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Innymi słowy, dlaczego teraz rację ma i Orlen, i Poczta Polska, które wycofały się ze sprzedaży czegoś, co jednoznacznie uderza w najważniejsze dla katolików wartości. Wolność słowa nie jest wartością jedyną i nadrzędną, zawsze musi wiązać się z odpowiedzialnością, która może być ograniczona prawami i wartościami innej osoby czy osób. I właśnie o tym obie te firmy nam przypomniały. Ale szukając uzasadnienia ich aktualnych decyzji najprościej byłoby przywołać casus „Gazety Polskiej z 2019 roku, gdy postanowiła ona dołączyć naklejkę „strefa wolna od LGBT” do swojego wydania, a firma Empik odmówiła sprzedaży tego numeru. Wielokrotnie redaktor naczelny GP wyjaśniał wtedy, że tygodnikowi chodziło o sprzeciw wobec ideologii LGBT, a CMWP SDP broniło „Gazety Polskiej” z pełnym przekonaniem Wówczas to sąd prawomocnie jednak stwierdził, że „Gazeta Polska” nie miała racji i Empik miał prawo z dnia na dzień zawiesić jej dystrybucję. Skoro więc miał takie prawo Empik, nawet błędnie interpretując intencje tygodnika, to tak samo dystrybutor tygodnika NIE mógł zawiesić jego sprzedaż, tym bardziej, że zaatakowany to realnie żyjący w przeszłości powszechnie szanowany człowiek i najwyższe religijne wartości dla milionów osób. Ale w obecnej sytuacji byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie.

W mojej ocenie decyzja o wycofaniu ze sprzedaży tego tygodnika absolutnie była uzasadniona wyjątkowo prowokacyjnym działaniem tej gazety. Swoją treścią i przekazem naruszyła ona dobra osobiste katolików w postaci ich godności i prawa do niedyskryminacji oraz w prowokacyjny i obrazoburczy sposób wzmagając przy tym poczucie zagrożenia katolików poprzez wykorzystanie emocji towarzyszących odbiorowi tego typu publikacji. Potęgowała ona przez to napięcia i konflikt społeczny, także ten, z jakim mamy do czynienia po emisji reportażu „Franciszkańska 3” w telewizji TVN 24 i publikacji książki wydawnictwa Agora p.t. „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział”.  Działania takie są sprzeczne z etyką dziennikarską i elementarnym poszanowaniem wartości i autorytetów innych osób, bo mogą przyczyniać się do   wywoływania nienawiści lub dyskryminacji. Już na tej podstawie decyzja o zaniechaniu dystrybucji mediów zawierających takie treści jest w tym wypadku absolutnie usprawiedliwiona.

Najwyższy czas zadać jednak przy tym publicznie pytanie, czy gazeta założona przez jednego z najwyższych aparatczyków komunistycznych, jakim był Jerzy Urban w ogóle może być uważana za prasę i czy naprawdę można kogoś o takim życiorysie i dokonaniach nazywać dziennikarzem, czyli osobą, której praca musi i powinna być skierowana na dążenie do poszukiwania i przedstawiania prawdy o otaczającym nas świecie. Jerzy Urban aż do swojej śmierci korzystał w wyjątkowo cyniczny sposób z wolności słowa, jaką inni wywalczyli przeciwstawiając się złu i przemocy takich osób jak on z tzw. poprzedniego systemu. Jest rzeczą wyjątkowo smutną i przygnębiającą, że nigdy tacy ludzie jak on nie ponieśli żadnych konsekwencji swoich ogromnych win z czasów komunistycznych, że mogli bogacić się i działać w przestrzeni publicznej bez ograniczeń. Jerzy Urban przez całe lata po 1989 roku prowokował, atakował, wyśmiewał i szydził z katolików, wychował bez przeszkód całe zastępy swoich naśladowców, tych którzy nie widzą nic niestosownego i złego w publicznym poniżaniu, pomawianiu i wyśmiewaniu innych wiedząc, że nic im się nie stanie, bo przecież mamy „wolność słowa”. Dziś obrońcy takiej wolności krytykują i chcą karać tych, którzy ten postawiony na głowie świat antywartości ośmielają się nazywać po imieniu, przywracając słowom i czynom właściwy sens i logikę. To przecież absurd i zaprzeczenie tego, czym ma być wolność słowa – szlachetna idea, uosabiająca dobre i pozytywne wartości wynikające z naturalnego dążenia człowieka do prawdy.

Założony przez komunistycznego propagandystę tygodnik NIE przez całe lata swojego istnienia był i jest wyjątkowo bulwersujący ze względu na skrajnie wulgarny, rynsztokowy język i publikowane treści. Przez te lata sprzeniewierzył się wielokrotnie zasadom zawodowej etyki dziennikarzy.  Dla tej gazety, tak jak dla Jerzego Urbana znakiem rozpoznawczym stał się cynizm i prowokacje oraz chorobliwa, a z perspektywy czasu widać, że wręcz demoniczna niechęć do Kościoła katolickiego oraz osób konsekrowanych, księży i sióstr zakonnych, a także katolików świeckich. Wielokrotnie bezpodstawnie i w wyjątkowo prowokacyjny sposób na łamach tego pisma był atakowany święty Jan Paweł II. Obecnie tygodnik NIE kontynuuje tę bulwersującą tradycję budowania swojej marki i pozycji ekonomicznej m.in. na bezpodstawnym szarganiu i atakowaniu autorytetu świętego Papieża, co jest wyjątkowo bulwersującym sposobem korzystania z wolności słowa gwarantowanej przez państwo polskie. W mojej ocenie w polskim systemie medialnym na takie działania nie powinno być miejsca. To dobrze, że i Orlen, i Poczta Polska przypomniała nam o tym jednoznacznie.

Polska siajowa – WALTER ALTERMANN o budowaniu i nie tylko

To nie architekci, urbaniści a nawet deweloperzy są winni nowemu, paskudnemu światu jaki powstaje w Polskich miastach. Przecież ktoś szalbierzom budowlanym zezwala na szarogęsienie się, ktoś im pozwala budować paskudztwa, gdzie sobie tylko zażyczą. Ktoś im pozwala na betonowanie każdego skrawka wolnej miejskiej przestrzeni.

Na początek – wyjaśnijmy tytuł tego felietonu. Mamy dwa słowa – Polska i siajowy. Polska – chciałoby się powiedzieć, za klasykiem – jaka jest każdy widzi. Ale tak nie jest, bo ja ją widzę jako twór coraz bardziej siajowy – gdy chodzi o współczesną architekturę i  urbanistykę. A co oznacza „siajowy, siajowa”? Wyjaśnimy poniżej

W XIX wieku fabryki wytwarzające materiały bawełniane i wełniane powstawały w Łodzi prawie z miesiąca na miesiąc. Aż rynek się nasycił łódzkimi tekstyliami i zaczęły się kłopoty. Doszło też do tego, że ceny surowej bawełny zaczęły rosnąć i tym samym ceny łódzkich tkanin poszły mocno w górę, na tyle wysoko, że robotniczej biedoty i biednych chłopów nie było stać na te materiały. A chodzić w czymś jednak trzeba było.

Tandetny geniusz Szai Rosenblatta

I tym momencie pojawia się łebski kapitalista, niejaki Szaia Rosenblatt. W 1858 założył niewielką manufakturę tkacką, w 1873 uruchomił przędzalnię mechaniczną, a w 1885 tkalnię mechaniczną. W 1892 roku przedsiębiorstwo zostało przekształcone w Spółkę Akcyjną Wyrobów Bawełnianych Szai Rosenblatta i dysponowało dużym terenem przemysłowym o powierzchni 7,6 hektara.

Tkaniny produkowane przez tę spółkę były tanie, bo były niebywale marnej jakości, co stało się źródłem łódzkiego gwarowego określenia: „siajowy” tzn. niskiej jakości, tandetny, kiepski. Jeszcze w latach 60-tych starzy łodzianie na marny produkt mówili właśnie tak – siajowy.

Materiały Rosenblatta dosłownie rozchodziły się w rękach, nie wytrzymywały długo – spódnice rozpadały się po kilku praniach, koszule przecierały się po dwóch tygodniach. Dlaczego Rosenblatt sprzedawał tanio swoje tekstylia? Bo produkował je bardzo tanio. Tkał swoje towary z surowca odpadowego, z tego co zamiatali i wyrzucali na śmieci inni fabrykanci. W końcu dorobił się własnego nazwiska, a właściwie imienia, i zapisał się w historii. Ale chwały mu taka ludzka pamięć raczej nie przyniosła.

Dziedzictwo Szaji Rosenblatta

Współcześni polscy architekci i urbaniści są spadkobiercami wielkiej idei Szaji. I żwawo kroczą szlakiem wydeptanym przez niego. Masowo produkują siajowe krajobrazy, w których dominują prostopadłosiany z lanego betonu. Produkują, czyli projektują i budują obiekty tanie i tandetne, czyli siajowe. A kiedy już takich tworów – potworków uzbiera się w jakimś mieście spora grupa, mamy siajową urbanistykę.

Nie podoba mi się to co widzę, chodząc i jeżdżąc po Polsce. W całym kraju powstaje coraz więcej i więcej paskudnych budynków. Zupełnie takich, jakby architekta przy tym nie było. Podejrzewam, że jakiś inżynier – oczywiście z uprawnieniami – kopiuje istniejące już budowle, troszkę zmienia rysunki i kieruje te niby-projekty do wykonania. A kopiuje te najtańsze w budowie. Bo wtedy zysk dewelopera jest większy. Zupełnie jak z interesami Rosenblatta.

Mieszkanie to nie tylko dach nad głową

Człowiek powinien mieszkać w miarę wygodnie. I powinien mieć poczucie bezpieczeństwa – że będzie mieszkał długo i w spokoju. Dla deweloperów mieszkanie to interes, czyli zysk. Dla nas to warunki do wychowywania dzieci, do pracy i spokoju na starość.

Deweloperzy chcą maksymalizować zysk, czyli zarabiać jak najwięcej i jak najszybciej. Bo pieniądz spać nie może. My zaś, chcemy mieszkać tanio. Naprawdę, to są dwa różne interesy.

Deweloperzy chcą swoje mieszkania sprzedawać. My zaś, możemy mieszkać w mieszkaniach wynajmowanych. Jeżeli tylko będziemy mieli gwarancję, że czynsz nie pochłonie 70 procent naszych dochodów.

Dlatego najważniejszym wyzwaniem cywilizacyjnym – w Polsce obecnie – jest budowa mieszkań pod wynajem. Szczególnie dla młodych małżeństw. Dlatego z niepokojem patrzę, że obie największe partie chcą obciążyć państwo wysokimi dopłatami do kredytów mieszkaniowych. Czyli chcą budować mieszkania własnościowe. A wielu, naprawdę wielu ludzi nie będzie na nie stać. No i skarzemy młode małżeństwa na tułaczkę, na płacenie gigantycznych sum za wynajem.

W Polsce potrzebne jest budowanie mieszkań pod wynajem. I powinny robić to gminy. Oczywiście przy pomocy państwa. Chyba, że zarówno PiS, jak i PO chcą wzmocnić finansowo „sektor  budowlany” – mówiąc po staremu, lub deweloperów – mówiąc językiem dzisiejszym. Bo nikt nie zagwarantuje, że skoro państwo będzie dopłacało do mieszkań, to deweloperzy natychmiast nie podniosą ich ceny. To logiczne i nikt im tego nie zabroni. A żadna władza nie wprowadzi cen regulowanych na mieszkania, bo mamy kapitalizm, czyli ostoję wolności.

Miasta dawne

Wróćmy jednak do architektów i urbanistów, czyli ich braku. W dawnych wiekach zabudowa miast charakteryzowała się ogromną ciasnotą. Dlaczego? Bo im mniejsze obszarowo było miasto, tym mury je okalające mogły być – na długość – krótsze. I tym łatwiej było je bronić. Oczywiście i dzisiaj są miasta o niebywałej ciasnocie i bardzo wysokich budynkach. Taki jest na przykład Szanghaj.  Ale tam naprawdę nie ma już gdzie budować.

Dlaczego jednak trwa w Polsce wstawianie nowych, jak najwyższych budynków w centrach miast? Wszystkie skwery, małe parki są obecnie zabudowywane. Czyżby nasi architekci naprawdę wzorowali się na Sznghaju? Nie, po prostu i w tej sprawie również kłania się Szaja Rosenblatt. Rzecz w tym, że rynek mieszkaniowy należy dziś do deweloperów, a marzenia o rynku nabywcy należy włożyć między bajki, bo państwo nasze robi wszystko, by bankom i deweloperom żyło się jeszcze lepiej. Kosztem potencjalnych nabywców mieszkań. A ponieważ w koszt postawienia budynku należy włączyć także media – wodę, ścieki, ogrzewanie, gaz i prąd – to taniej jest budować tam, gdzie one już są pod ręką.

Człowiek miejski musi mieć nie tylko mieszkanie, musi także móc wyprowadzić psa, pójść samemu na krótki spacer w pobliżu swego mieszkania, popatrzeć przy okazji na drzewa i krzewy. Przestrzeń także kształtuje naszą świadomość i psychikę. I dlatego powinniśmy mieszkać w okolicy ładnej. Ale te – jakże podstawowe i niewyszukane – możliwości zabierają mu właśnie deweloperzy.

Bezczelność

Polskie prawo budowlane stanowi, że mieszkanie nie może mieć mniej niż 25 metrów kwadratowych. A jeden z największych polskich deweloperów buduje w Warszawie domy z klitkami mającymi po 10 metrów kwadratowych. I kiedy władze Warszawy odmówiły przyjęcia budynku, to ówże pan chce te swoje cele więzienne zarejestrować jako pomieszczenia hotelowe.

To jest szaizm do kwadratu, bo wiadomo, że hotelami one nigdy nie będą. Choć… Szaia Rosenblatt działał w granicach prawa, niczego nie obchodził, nie mataczył, nie mówił, że jego tkaniny są papierem lub tekturą… Poważniejszy był jednak, choć i tak oszust.

W dzikiej puszczy, nad Notecią powstał upiorny zamek. Śledztwo dowiodło, że było fałszowanie dokumentów, łapówki i spisek przeciw prawu. A jednak teraz daje się słyszeć głosy, że burzenie tego paskudztwa byłoby przesadą. I idzie ku temu, że budowniczy zapłaci jakiś mandacik, ale zamek będzie miał.

Prawo budowlane jasno określa jaka musi odległość między budynkami. Im wyższy budynek, tym w większej od niego odległości mogą powstać następne. To jest zresztą matematycznie wyliczone. Bo chodzi o to, żeby do budynków docierało światło dnia codziennego. I co z takim rygorystycznym prawem? Ano nic. Władze miast nagminnie zgadzają się na omijanie prawa. Bo jedyne prawo, jakie ich interesuje, to prawo wyborcze – w sensie i znaczeniu –  czy dalej będą rządzić.

O guście władców polskich miast

Bądźmy jednak sprawiedliwi – to nie architekci, urbaniści a nawet deweloperzy są winni nowemu, paskudnemu światu jaki powstaje w Polskich miastach. Przecież ktoś szalbierzom budowlanym zezwala na szarogęsienie się, ktoś im pozwala budować paskudztwa, gdzie sobie tylko zażyczą. Ktoś im pozwala na betonowanie każdego skrawka wolnej miejskiej przestrzeni.

A są to władze miast, czyli prezydenci i rady gmin. Ja wiem, że jakiekolwiek budowanie – choćby bez sensu – upaja władze miast już od czasów antycznych Greków i Rzymian. Bo władza, która buduje daje pokaz swej mocy.

Jednak Grecy i Rzymianie nie budowali takich paskudztw, na jakie zgadzają się obecne władze. Po latach naprawdę nie będzie na czym oka zawiesić. Będziemy się wstydzić – pośmiertnie – przed praprawnukami.

Kim są ludzie, którzy zasiadają w radach gmin? Skąd biorą się prezydenci miast? Widzieli kiedyś jakieś zagraniczne, porządnie zaprojektowane osiedla i miasta? Bywają w jakichś muzeach – poza oficjalnymi okazjami? Mają w domu jakieś albumy z dawnym i współczesnym malarstwem, architekturą? Chyba niczego nie widzieli i nie mają nawet cienia dobrego gustu. Bo w większości są to absolwenci zarządzania.

Oczywiście są naczelni architekci miast, są planiści, którzy mogą mieć głos decydujący, mogą też zgłaszać swoje veto… tak, ale oni są mianowani przez prezydentów i burmistrzów. Podskoczą? Oj, nie bardzo podskakują.

Silne państwo

Silne państwo to takie, które nie daje się kiwać oszustom, także budowlanym. Prawo w silnym państwie jednakowo traktuje dużych i małych złodziei. Silne państwo musi brać pod uwagę także interesy najsłabszych obywateli. Silne państwo, które okazuje swą moc jedynie słabym jest jedynie państwem okrutnym i bezmyślnym.

Marzę o takim silnym państwie, które powie szalbierzom budowlanym – nie, basta, stop!

 

Dyrektor CMWP SDP w TV Trwam i w Radiu Maryja o medialnych atakach na Jana Pawła II

Współczesne medialne nagonki i zmasowane ataki są zawsze bardzo efektowne, wykorzystują najnowocześniejsze techniki przekazu, by sprawić wrażenie czegoś bardzo poważnego, ale mają oddziaływać nie na racjonalne myślenie, ale na nasze emocje i odruchy, które są czymś naturalnym dla nawet średnio wrażliwego człowieka. Dlatego np. posługują się tak mocno naciąganym w tym wypadku  zarzutem dotyczącym krzywdy wyrządzonej dziecku –  mówiła w audycji „Rozmowy niedokończone” na antenie Radia Maryja i w Tv Trwam  dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ponad trzygodzinna audycja na żywo z telefonicznym udziałem widzów i słuchaczy miała miejsce 16 marca b.r. Jej gospodarzem był o. Grzegorz Moj. W audycji kilkakrotnie cytowano oświadczenie ZG SDP w obronie dobrego imienia Jana Pawła II. 

Gość „Rozmów niedokończonych” odniosła się do ostatnich ataków na św. Jana Pawła II. Chodzi m.in. o materiał TVN i książkę wydawnictwa Agora  insynuujące, że Karol Wojtyła – jako metropolita krakowski – tuszował przypadki pedofilii. Dr Jolanta Hajdasz wskazała, że obie te publikacje są pełne błędów i manipulacji. Zwróciła uwagę, że materiały te  należy wpisać w szerszy kontekst ataków na Kościół katolicki. Mamy do czynienia z operacją socjotechniczną, której celem jest zniszczenie autorytetu Kościoła jeszcze bardziej, bo przecież dzieje się to od lat. Te próby są robione cały czas. Uderza się w ten symbol, jakim jest Jan Paweł II dla wielu Polaków, właściwie dla wszystkich, bo po śmierci Jana Pawła II przecież to widzieliśmy,  ten rodzaj jedności całego narodu, wierzących i niewierzących, wokół Jego osoby. To był człowiek blisko zwykłych ludzi i dlatego teraz  trzeba ten autorytet obalić. Jest czymś wyjątkowo niegodziwym, że wykorzystuje się do tego właśnie przestępstwo pedofilii – powiedziała dyrektor CMWP SDP.

Środowiska, które chcą zniszczyć dziedzictwo św. Jana Pawła II, aby zrealizować swój cel, posługują się takimi narzędziami, jak środki masowego komunikowania. A misją mediów powinno być szukanie prawdy w otaczającej nas rzeczywistości – podkreśliła wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.   Zamiast tego otrzymaliśmy zniekształcenia, przeinaczanie faktów, oszczerstwa, pomówienia, zniesławienia i bezpodstawne oskarżenia, na które nie powinno być miejsca w medialnych przekazach.  Są to przecież najcięższe przewinienia zawodowe w dziennikarstwie, piętnowane we wszystkich dziennikarskich kodeksach etycznych, w tym w najpowszechniejszej na świecie Międzynarodowej Karcie Etyki Dziennikarskiej, przyjętej i zaakceptowanej przez największe organizacje dziennikarskie na świecie. Niestety, wszystkie te wymienione w tej karcie dziennikarskie wykroczenia możemy odnaleźć we wspomnianych publikacjach o Papieżu Polaku. Z rzetelnym dziennikarstwem ani reportaż TVN, ani publikacja Agory nie ma nic wspólnego. Dlatego dzisiaj z pełnym przekonaniem trzeba o tym mówić i apelować  do wszystkich, by nie ulegali tym manipulacjom i insynuacjom,  by przedstawiali dziedzictwo Jana Pawła II rzetelne i uczciwe, oraz by mieli odwagę i byli gotowi do obrony Jego dobrego imienia – powiedziała Jolanta Hajdasz.

Cała audycja jest TUTAJ.

Oświadczenie Zarządu Głównego SDP w sprawie medialnych ataków na Jana Pawła II TUTAJ.

Oświadczenie Zarządu Głównego SDP w sprawie medialnych ataków na Jana Pawła II

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyraża stanowczy protest i oburzenie przeciwko działaniom mającym  na celu szkalowanie pamięci świętego Jana Pawła II, wielkiego Polaka i wielkiego autorytetu moralnego dla milionów ludzi na całym świecie. Jest dla nas rzeczą wyjątkowo przykrą i oburzającą, iż narzędziem, jakim posłużyły się  środowiska i osoby pragnące zniszczyć dziedzictwo najwybitniejszego Polaka w dziejach naszego kraju,  stały się  środki masowego komunikowania rozpowszechniane na terenie Polski.

W książce „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział” autorstwa holenderskiego dziennikarza Ekke Overbeeka wydanej przez Agorę oraz w wyprodukowanym i  wyemitowanym przez telewizję TVN24  reportażu Marcina Gutowskiego „Franciszkańska 3”  autorzy usiłują dowieść, iż Jan Paweł II już od czasów, kiedy był metropolitą krakowskim, tuszował pedofilię wśród księży i taką linię zachował podczas całego pontyfikatu. Autorów tych publikacji cechuje brak warsztatu historycznego i całkowity brak krytycyzmu wobec źródeł wytworzonych przez komunistyczną SB i co szczególnie bulwersujące, całkowita pomijanie tego, iż to właśnie Jan Paweł II był pierwszym papieżem, który rozpoczął systemową walkę z seksualnymi nadużyciami duchownych, i to w skali całego świata.

Zniekształcanie, przeinaczanie faktów, oszczerstwa, pomówienia, zniesławienia i bezpodstawne oskarżenia to najcięższe przewinienia zawodowe w dziennikarstwie, piętnowane we wszystkich dziennikarskich kodeksach etycznych, w tym  w najpowszechniejszej  na świecie Międzynarodowej Karcie Etyki Dziennikarskiej przyjętej przez Międzynarodową Federację Dziennikarzy (IFJ) już w 1954 r. a te wszystkie dziennikarskie wykroczenia możemy odnaleźć we wspomnianych publikacjach o Papieżu – Polaku. Dlatego apelujemy do wszystkich dziennikarzy, by nie ulegali tym manipulacjom i insynuacjom, by przedstawiali dziedzictwo Jana Pawła II rzetelne i uczciwe, oraz by mieli odwagę i byli gotowi do obrony Jego dobrego imienia w Polsce i na świecie.

Zarząd Główny SDP

 

Nie odbierzecie nam Jana Pawła II – komentarz JOLANTY HAJDASZ

Ważne jest by dzisiaj odłożyć na bok emocje, otrzeć cisnące się do oczu łzy i na zimno, z naukową dokładnością przyjrzeć się zarzutom, jakie wielkie media i stojący za nimi bogaci i wpływowi właściciele stawiają naszemu Papieżowi Janowi Pawłowi II. Mają one tak wątłe, tak słabe podstawy, że nie można ich nazwać inaczej niż insynuacjami.

Z bólem, przykrością, smutkiem, ze złością i bezsilnym oburzeniem wielu z nas obserwuje bezprecedensowy atak na pamięć o nieżyjącym od blisko dwóch dekad człowieku – naszym świętym Papieżu Janie Pawle II. Atak, z którego kolejną intensywną odsłoną mamy do czynienia w ostatnich dniach. Liczba filmów, komentarzy, liczba różnego rodzaju artykułów, tekstów długich i krótkich jest ogromna, każdy, kto chce to śledzić traci długie godziny na ich poznanie. W zalewie pseudonaukowej i pseudodziennikarskiej twórczości zaczyna umykać sedno sprawy i ma się wrażenie, że informacji jest dużo, że dowodów na nieprawość jest wiele, a lista zarzutów stale rośnie. Ale to tylko efekt zmasowanej nagonki i bezprecedensowego ataku na człowieka, który do życie zdecydowanej większości ludzi mu współczesnych wniósł wiele dobra, serca i mądrości, który przywracał godność i wartości pokoleniom udręczonym zbrodniami II wojny światowej, upokorzonym na wszelkie sposoby ideologią i realiami życia w krajach komunistycznych i totalitarnych, ludziom, którym na wiele sposobów pomagał wstawać z kolan.

Dlatego tak ważne jest by dzisiaj odłożyć na bok emocje, otrzeć cisnące się do oczu łzy i na zimno, z naukową dokładnością przyjrzeć się zarzutom, jakie wielkie media i stojący za nimi bogaci i wpływowi właściciele stawiają naszemu Papieżowi Janowi Pawłowi II. Mają one tak wątłe, tak słabe podstawy, że nie można ich nazwać inaczej niż insynuacjami. Bo gdyby zastosować logikę autorów tych ataków odbywających się pod hasłem „papież Polak krył pedofilię” to trzeba by uznać, że pedofilię wokół siebie kryli wszyscy ówcześni politycy, prezydenci państw i władze, które rządziły w poszczególnych krajach, a jest ona tak powszechnym zjawiskiem, że zapewne statystycznie praktycznie każdy jej doświadczył, a to przecież absurd. Nie dajmy sobie narzucić takiego myślenia.

Tym razem źródłem, które dostarczyło argumentów na zmasowany atak na pamięć Jana Pawła II są dwie publikacje – reportaż wyemitowany w telewizji TVN i książka holenderskiego autora wydana przez Agorę, koncern, który jest właścicielem m.in. „Gazety Wyborczej”.

Kilka zdań o autorze tej książki, bo wg mnie to bardzo ważne informacje, które pomagają odkryć mechanizm tej machiny do niszczenia Papieża, jaka jest teraz zastosowana . Autor tej książki, holenderski dziennikarz to ta sama osoba, która przed laty odkryła i namówiła niejakiego Marka Lisińskiego do założenia fundacji „Nie lękajcie się”. Fundacja ta była pierwszą organizacją mającą wspierać ofiary pedofilii w Kościele, a jej działalność od początku wspierały entuzjastycznie mainstreamowe media. Fundacji udało się zebrać setki tysięcy złotych, a dzięki dziwnym manipulacjom wspomniany szef tej fundacji spotkał się nawet z zapewne nieświadomym oszustwa Papieżem Franciszkiem, co miało go uwiarygodnić w oczach nas wszystkich. Wszyscy widzieli scenę, gdy Papież całuje rzekomą ofiarę w rękę, o czym natychmiast informowali w mediach społecznościowych, a potem tradycyjnych ci, którzy stali za tą wielką mistyfikacją.  Warto więc zauważyć, że w grudniu 2021 roku sąd w Łodzi uznał, że świadectwa molestowania przez księdza przedstawione przez Marka Lisińskiego są absolutnie niewiarygodne, a były prezes fundacji „Nie lękajcie się” kłamał także w sprawach finansowych. Sąd drugiej instancji całkowicie oddalił roszczenia tego byłego działacza na rzecz pokrzywdzonych w Kościele, który żądał od diecezji, parafii i oskarżonego księdza miliona zł. odszkodowania. Miał on nawet zapłacić ponad 11 tysięcy kosztów tego procesu.

Jaka jest dziś wiarygodność dziennikarza, który pomylił się co do wiarygodności osoby tego typu ?   Co już przed laty stało za rzekomą chęcią wykorzystania przez Holendra pogmatwanych losów naiwnego człowieka, który ośmielił się być twarzą ruchu, do którego nigdy nie powinien przystępować?  Gdy te sprawy wyszły na jaw, Holender zarzekał się, że od lat nie zajmuje się już tematem molestowania seksualnego w Kościele. Dziś widzimy, że zmienił zdanie. A może po raz kolejny mamy do czynienia z całkowitą nieprawdą, jak wtedy, gdy holenderski dziennikarz namawiał Lisińskiego do założenia fundacji i gdy ją promował?

Bardzo wymowne jest także to, że holenderski autor książki „Maxima culpa” całkowicie pomija zdanie swojego głównego oskarżonego, czyli po prostu Jana Pawła II.  Z metodologicznego punktu widzenia, gdy chce się stawiać tak śmiałe tezy pod hasłem „wiedział czy nie wiedział” o pedofilach konieczne jest skorzystanie   z powszechnie dostępnych źródeł, czyli dokumentów dzieł i wypowiedzi Karola Wojtyły/Jana Pawła II i opracowań na ten temat. Przecież Papież nie działał w próżni ani odosobnieniu. Pisał, mówił, robił i przekonywał publicznie. Piszą o tym setki osób na całym świecie. Ale jego działania i wypowiedzi przeczyłyby postawionej tezie, więc trzeba je pomijać. Zabiegany, bombardowany emocjonalnymi słowami i obrazami współczesny człowiek nawet się nie zorientuje, kiedy przyswoi myślenie takiego manipulatora, a resztę zrobią media społecznościowe i internet. Na takie nasze reakcje liczą autorzy tej obecnej nagonki na papieża.

Drugim poważnym zarzutem wobec tych obu publikacji o rzekomym tolerowaniu przez Jana Pawła II pedofilii jest absolutnie bezkrytyczne korzystanie z SB-eckich źródeł archiwalnych bez pokazywania kontekstu historycznego, bez próby weryfikacji ich prawdziwości i z całkowitą ignorancją kontrowersyjnych metod pozyskiwania informacji przez służbę bezpieczeństwa, a raczej urząd bezpieczeństwa, bo w większości przypadków sprawy, o których mówią atakujący Jana Pawła II to sprawy z naprawdę odległej przeszłości. Wystarczy wspomnieć oskarżenia pod adresem nieżyjącego od ponad 70 lat kardynała Sapiehy, o którego winie ma przesądzać świadectwo świadka już blisko 100 letniego i dokumenty bezpieki, wymuszane na brutalnie przesłuchiwanych księżach w latach 50-tych. Wiarygodność tych materiałów jest niewielka albo wręcz żadna, a na nich opierają swoje zarzuty osoby atakujące Jana Pawła II.

Dziś jednak fakty przestają mieć znaczenie, a w przestrzeni publicznej już pojawiają się żądania usuwania pomników Jana Pawła II, które  – co ważne – postawił tak skompromitowany polityk, jak Stefan Niesiołowski. Nie lekceważmy tych wszystkich sygnałów i bądźmy gotowi na obronę naszego Papieża Polaka, z którego dumny może być cały nasz naród. Nie damy się nabrać na te wszystkie podłości, w których tak ochoczo uczestniczą niektórzy „dziennikarze”. Nie robią tego z niewiedzy ani naiwności, zbyt długo wielu z nich działa na medialnym rynku, by posądzać ich wypowiedzi o brak namysłu. Ale im więcej będą atakować nasze świętości, tym bardziej aktywnie będziemy się temu przeciwstawiać. Nie damy sobie odebrać mądrości Jana Pawła II. Nie chodzi przecież o nas, tylko o nasze dzieci i wnuki. To im musimy zostawić normalny świat, w którym będą umiały odnaleźć dobro, a zło wskazać nazwać złem. Nas nauczył tego Jan Paweł II.  I tę jego naukę musimy ocalić bez względu na to, jak wściekłe są ataki jego przeciwników.

 

 

Jak walczyć z fake newsami? Nowy numer „Forum Dziennikarzy”

Nowy numer „Forum Dziennikarzy” poświęcony jest projektowi realizowanemu przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Ministerstwo Spraw Zagranicznych StopFake PL. W jaki sposób jest on realizowany, jaki jest jego zasięg i jak ważny jest obecnie, gdy toczy się wojna na Ukrainie napadniętej przez Rosję – to wszystko znajdziecie w najnowszym, pierwszym w tym roku, wydaniu naszego pisma.

Wojna na Ukrainie ma wpływ na relacje międzynarodowe na całym świecie – również w Kurdystanie o czym pisze Maria Giedz.

Piotr Boroń w swoim poradniku medialnym pokazuje obowiązujące tendencje i przestrzega przed niebezpieczeństwami jakie oferują współczesne media. W innym materiale przypomina żurnalistom o zapomnianym patronie ich profesji.

Jak zwykle czytelnicy „Forum Dziennikarzy” znajdą jeszcze inne interesujące materiały.

Miłej lektury życzy

Andrzej Klimczak

redaktor naczelny „Forum Dziennikarzy”

 

E-WYDANIE DO POBRANIA TUTAJ

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego

 

 

Ostatnia rozprawa red. Piotra Filipczyka z portalu wPolityce.pl pozwanego z art. 212 kk. Sprawa objęta monitoringiem CMWP SDP

2 marca 2023 r. w Sądzie Rejonowym w Gdyni, w II Wydziale Karnym odbyło się piąte już posiedzenie przeciwko Piotrowi Filipczykowi, dziennikarzowi z portalu wPolityce.pl. Wszystko wskazuje na to, że jest to ostatnie rozprawa przed wydaniem wyroku w sprawie oskarżonego dziennikarza.  Piotr Filipczyk opisał  konflikt między Henrykiem Jezierskim, właścicielem wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta, a gdańskim radnym PiS Waldemarem Jaroszewiczem. Dziennikarz nie uczestniczył w owym konflikcie, ale za to, że odważył się go opisać, został oskarżony o zniesławienie przez Henryka Jezierskiego.  Domaga się on od pozwanego dziennikarza przeprosin, 20 tysięcy złotych tzw. nawiązki dla siebie i zwrotu kosztów procesu. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP, jej obserwatorem jest red. Maria Giedz.  CMWP SDP  apeluje o uniewinnienie dziennikarza od stawianych zarzutów. 

Postępowanie to toczy się w trybie niejawnym, czyli z wyłączeniem jawności, dlatego prezentowanie szczegółów owego procesu nie jest możliwe. Nalezy jednak podkreślić, iż prywatnym oskarżycielem dziennikarza jest Henryk Jezierski, który procesuje się lub procesował co najmniej z siedmioma trójmiejskimi dziennikarzami. Opublikowany na portalu www.wpolityce.pl w dniu 29 stycznia 2019 r. tekst zatytułowany „Teczkowy skandal w Gdańsku? Sprawę zbada policja. Radni PiS dostali maile, że jeden z nich miał współpracować z SB” stał się podstawą do wysunięcia żądania o ukaranie dziennikarza i zdjęcie tekstu z portalu. Sprawę prowadzi sędzia Joanna Biernacka. W ostatniej rozprawie uczestniczyli: oskarżyciel Henryk Jezierski, oskarżony Piotr Filipczyk oraz jego obrońca mec. Robert Małecki, a także Maria Giedz, obserwator z ramienia CMWP.

Henryk Jezierski pozywa lub oskarża nie tylko  dziennikarzy z Wybrzeża, gdyż procesował się również m.in. z Krzysztofem Skowrońskim, prezesem SDP. We wszystkich tych procesach przewija się wątek podejrzenia o rzekomą współpracę Jezierskiego ze służbami bezpieczeństwa czasów PRL-u. Filipczyk opisując konflikt Jezierskiego z radnym Jaroszewiczem podał informację o mailach rozesłanych do gdańskich radnych na temat rzekomej współpracy Jaroszewicza z komunistycznymi służbami. Napisał: Nadawcą wiadomości, która krąży także po redakcjach, był Henryk Jezierski, znany m.in. z antysemickich publikacji dziennikarz sam jakiś czas temu zdemaskowany jako tajny współpracownik SB. Jezierski miał grozić Jaroszewiczowi, że nagłośni sprawę, jeśli ten nie złoży mandatu. – Zgłosiłem już na policję próbę szantażu i oszczerstwo – mówi nam Jaroszewicz. I dodaje, że, aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podda się autolustracji. Spór pomiędzy Jezierskim, a Jaroszewiczem został zamknięty prawomocnym wyrokiem na niekorzyść Jezierskiego. Jednak na tym nie zakończyły się procesy.

Zawarty w tekście Filipczyka zwrot „zdemaskowany jako tajny współpracownik SB”, dotyczący Jezierskiego, stał się podstawą do wszczęcia procesu. Artykuł ukazał się po publikacji książki Daniela Wicentego: „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym”, wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją jaka zaistniała w Polsce po „Okrągłym Stole” i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej. Był to okres, w którym „Tajni Współpracownicy”, czy też „Kandydaci na Tajnych Współpracowników” masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Jednym z takich miejsc, gdzie niszczono dokumenty z gdańskiego KW PZPR była Stara Papiernia w Łapinie. Ponoć do gdańskiego IPN-u trafiło zaledwie 10 proc. owych dokumentów. 90 proc. została zlikwidowana.

Zapewne nikt by się opisywaniem Henryka Jezierskiego nie zajmował, gdyby on sam, już po IPN-owskiej publikacji nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk jako samozwańczy kandydat Katolickiego Stowarzyszenia dziennikarzy, które stanowczo zaprzeczyło, by kiedykolwiek udzieliło mu swojej rekomendacji.

Kolejny termin rozprawy, na którym ma zostać ogłoszony wyrok, Sąd wyznaczył na 10 marca 2023 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy popiera wniosek obrony red. Piotra Filipczyka o uniewinnienie dziennikarza od wszystkich zarzutów.

oprac. Maria Giedz